Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Magdalena Grochowska

Jerzy Giedroyc. Do Polski ze snów

2009

 

(...)

 

LEGENDĘ OBMYĆ WE KRWI

Słowo "ofiara" w ustach Giedroycia nie było metaforą. Lubił powtarzać za Piłsudskim, że Polacy chcieliby odzyskać niepodległość za dwa grosze i dwie krople krwi. Dopuszczał wysokie koszty. W Marcu popychał pióro Mieroszewskiego - Polski "nie należy oblewać zimną wodą", pisał, "w tej chwili trzeba ludzi podniecać, by wyprowadzić ich ze stanu drętwoty, niż zbytnio przestrzegać". Gdy w 1975 roku mówił Aleksandrowi Smolarowi, że nie można robić polityki bez ofiar, to zdanie kryło wizję realnej krwi.

- Ja spytałem: "Jakże pan może mówić spokojnie, siedząc za granicą, że w Polsce może się polać krew?" - opowiada Smolar. - Czasem w swojej bezwzględności i surowości miewał bardzo zabawny język... Powiedział: "Jakiś podział pracy musi być". Ale on siebie też nie oszczędzał. Oczywiście, nie narażał się na więzienia. Ale żył jak chłop pańszczyźniany, przez pięćdziesiąt lat prawie nie wychodził z domu... To niewyobrażalne. Ludzie w Polsce ryzykowali, ale poza tym mieli często normalne życie. Opozycja była też środowiskiem towarzyskim, bardzo gratyfikującym. On zaś żył w zakonie o najbardziej surowej regule. Prawo moralne czerpał z własnej wizji Polski i własnej wizji patriotyzmu.

Mawiał: to bardzo dobrze, że nie było w Polsce aktów terroru, ale jednocześnie jest to dowód braku determinacji społeczeństwa.

Po Grudniu '70 wciąż - jakby z nadzieją - przepowiadał nowy wybuch. "Od 70-tego roku męczy mnie problem, czy należy tego rodzaju rozruchy czy minirewolucje popierać i rozdmuchiwać - pisał do Mieroszewskiego wiosną 1975 roku. - To jest bardzo ciężka decyzja. Dziś jestem zdecydowany iść tą drogą nawet za cenę zostania samemu. Bo nie ma innego wyjścia".

Jesteśmy w przededniu rewolucji, powtarzał w listach. Miłosz gasił jego ekscytację, malując obraz tanków, które niechybnie zmiażdżą wszelkie ruchy w Polsce. Kołakowski ostrzegał, że nowy Grudzień byłby nieszczęściem. Nie wolno czynić niczego - pisał do Giedroycia w 1975 roku - co taką perspektywę by wzmacniało! Giedroyc odpowiadał: "...każdy taki wybuch mimo wszystko przyspiesza dojrzewanie klasy robotniczej".

- To mnie raziło - mówi Leszek Kołakowski. - Uważałem, że ani Giedroyc, ani tym bardziej ja, ani nikt inny mieszkający w Paryżu czy Londynie nie mamy prawa nawoływać do jakichkolwiek akcji w Polsce. Możemy pisać, ale nie w ten sposób, by być rzecznikami powstania, które w ówczesnej sytuacji byłoby beznadziejne. To, co się stało w Polsce ostatecznie, to znaczy powstanie "Solidarności" i dalszy ciąg, zaczęło się nie od strzelania do ubeków, tylko od pokojowego oporu. KOR, mimo dość ostrego stanowiska, nie planował obalenia ustroju w Polsce. "Solidarność" nie zamierzała usuwać reżimu. Czy ludzie mieli strzelać do żołnierzy i policjantów?

W tekście O nas samych Kołakowski pisał w "Kulturze" w połowie 1975 roku: Polacy dźwigają na karku "geografię swoją i Sienkiewicza, i powstania, i rok 1918, i 1920, i 1939, i 1944, i duszę pozytywistyczno-endecką, i duszę romantyczno-pepeesowsko-legionową". Trapi nas nieustanny dylemat: "z motyką na słońce czy z motyką do ogródka?", "czy przed siebie patrzeć, czy tylko pod nogi, aby się nie potknąć?". To znaczy: czy nie należy odłożyć aspiracji niepodległościowych w imię realizmu?

Autor uważa, że dziś - kiedy nie obeschła jeszcze krew robotników polskich pomordowanych w grudniu 1970 roku - tylko szaleniec mógłby wzywać do pałasza. Należy skupić się w działaniach na tym, co wykonalne, ale nie tracić z oczu żądań dalekosiężnych. Pisał: "...nie jesteśmy my tacy bezsilni, póki nam Słowo potrzebne w głowie tkwi nieustannie, a jak świat światem ludzie bez motyki i bez pałasza Słowem na słońce się porywali i - uważajmy - przeważnie z jakąś skutecznością". Po wybuchu Sierpnia '80 Aniela Mieczysławska z niepokojem pisała do Giedroycia: "oby nie przeciągnięto struny i zwyciężyły rozsądne elementy - w przeciwnym razie może czekać naród... los Czechosłowacji". Redaktor odpisał, że na nastroje powstańcze w kraju "nie ma materiału". Ludzie nienawidzą Rosji, ale są sparaliżowani strachem przed sowiecką interwencją, według niego - przesadnym.

Dojrzewanie klasy robotniczej. Dojrzewanie opozycji. W listach Giedroycia te procesy ścielą się jak gładka tkanina. Z Paryża nie widać podszewki: dramatycznych splotów ludzkich losów, wygórowanych kosztów. Giedroyc zawsze śle ofiarom wszelką możliwą pomoc, lecz ich twarze ledwo omiata wzrokiem, Z represji, jakie ich dotykają, potrafi wycisnąć dla "sprawy" ostatnie soki. Kisiel mawiał, że gdy kogoś aresztują, Giedroyc jest zachwycony, bo wtedy może organizować międzynarodowe akcje protestacyjne...

Bardzo się o R[ewską] martwię, nie poczuwając się zresztą do winy (to ona była karygodnie nieostrożna) - pisał do Mieroszewskiego w 1958 roku. - Posłałem jej pieniądze i finansuję obronę. Nie wykluczam, że będzie to wbrew intencjom pewien kapitał polityczny dla nas. Bardzo nakręcam korespondentów zagranicznych na ten proces.

Bardzo ta sprawa jest dla mnie przykra, choć nie poczuwam się tu do odpowiedzialności. To była bardzo egzaltowana i nieostrożna dziewczyna.

Na rozprawie była też Dąbrowska - donosił Zofii Hertz, która właśnie wyjechała na wakacje. - Wszyscy to uważają za ogromny sukces «K» i jako demonstrację na naszą cześć. Hanka chodzi w legendzie zamachu na Kutscherę. Jednym słowem, prawdziwa polska, przesadna histeria.

Rewska oczekiwała od Giedroycia nie tylko współpracy, lecz także przyjaźni, której on nie mógł jej dać. Ich kontakty po wpadce zamarły. Poprosiła go jeszcze, by jej dorastającemu synowi załatwił jakąś pracę we Francji. Odpowiedział, że to niemożliwe, recesja.

Rudzińska była w śledztwie dzielna, Giedroyc to cenił. Nigdy nie dowiedział się, jaka scena rozegrała się w areszcie śledczym, gdy Rudzińskiej doręczono paczkę od matki. Na dnie odkryła świeżą, pachnącą różę. Córka zrozumiała znak: "kochamy cię". Uklękła na pryczy i zaczęła strasznie płakać.

W 1990 roku powiedziała, że może niepotrzebnie w jednym z listów (przechwyconych przez bezpiekę) Giedroyc sugerował jej, by Marii Dąbrowskiej przekazała prośbę o napisanie wstępu do wydawanej właśnie w Instytucie Literackim książki Żydzi w kulturze polskiej Aleksandra Hertza.

- Sprawy Rewskiej i Rudzińskiej dotyczył mój pierwszy spór z Giedroyciem - opowiada Krzysztof Kozłowski. - "Dwie szlachetne i dzielne kobiety siedzą w kryminale - mówię redaktorowi - ponieważ przepisywały przez kalkę artykuły z «Kultury». Tych kilka kopii, które dotrą do ludzi, nie są warte tych lat, zmarnowanych w kryminale...". Giedroyc na to: "Myli się pan, myli się pan". A ja czułem, że coś mi tutaj nie gra.

Oczekiwania Giedroycia wobec ludzi w kraju budzą podejrzenie o bagatelizowanie ryzyka. Jakby nie rozumiał realiów Polski. "Czy prawdą jest wiadomość, że autorzy, którzy drukują w «Kulturze», są na «indeksie»? - pytał Lipskiego w 1958 roku. - Jeśli to prawda, to nie sądzi Pan, że jedynym wyjściem najrealniejszym jest właśnie drukowanie? Można obłożyć ekskomuniką Zagórskiego np., ale jeśli będzie 5 czy 10 pisarzy czołowych, to wszystko trzaska. ...Polska, patrząc realistycznie, miałaby naprawdę wielkie szanse, gdyby społeczeństwo mogło opanować swoją nerwowość i zdecydowało się na rozsądny nacisk na rządzących...".

- Poprosił mnie, bym odnalazł jakiegoś ukraińskiego literata, który leczy się w Konstancinie - opowiada Andrzej Walicki, rzecz działa się w 1961 roku. - Miał współdziałać z Instytutem Literackim przy wydaniu antologii ukraińskiej Rozstrilane widrodżennia. Ja go odnalazłem i dopiero wtedy zrozumiałem, jacy z Giedroyciem byliśmy naiwni. Ukrainiec z miejsca uznał mnie za prowokatora. Giedroyc traktował Polskę popaździernikową jako kraj bardzo poluzowany.

W 1963 roku pisał do Stempowskiego, że przewóz "Kultury" do Polski nie naraża kurierów; jeśli człowiek trzyma język za zębami, nic mu nie grozi.

W procesie "taterników" w lutym 1970 roku posypały się kary nadzwyczaj surowe, w porównaniu z wyrokami Marcowymi sprzed roku. Maciej Kozłowski (archeolog) - cztery i pół roku, Jakub Karpiński (socjolog) - cztery, Krzysztof Szymborski (biofizyk) i Maria Tworkowska -po trzy i pół. Małgorzata Szpakowska (krytyk literacki) - trzy. (W wyniku rewizji w kwietniu kary złagodzono).

Karpiński i Szpakowska zostali doklejeni do procesu. Gdy bezpieka zatrzymała citroena z wydawnictwami Instytutu Literackiego, ci dwoje siedzieli już w areszcie za dokumentowanie Marca. (Materiały przekazane przez Karpińskiego i innych pośredników na Zachód natychmiast wyda Giedroyc w serii "Dokumenty", w tomach: Wydarzenia marcowe 1968 oraz Polskie przedwiośnie).

Cel jest aż nadto wyraźny - komentował proces w swym dzienniku Mieczysław Rakowski, wówczas naczelny "Polityki", a po latach ostatni premier PRL i ostatni pierwszy sekretarz KC PZPR - trzeba osądzić paryską "Kulturę" i dostarczyć amunicję ideologom typu Kolczyńskiego...

Oskarżenie umocowano na "dowodzie szpiegowskim", jakim był list Giedroycia do Kozłowskiego, znaleziony przy Tworkowskiej.

W filmie Tratwa "Kultury" Małgorzata Szpakowska powiedziała:

Ośrodkiem procesu, jak wiadomo, zrobiono list Jerzego Giedroycia, określany w śledztwie jako instrukcja. W Autobiografii na cztery ręce Jerzy Giedroyc twierdzi, że tekst ten został sfałszowany. Ja go widziałam w aktach, natomiast nie znalazłam w nich żadnego świadectwa, aby ktokolwiek kwestionował jego autentyczność... Otóż samo jego napisanie było czymś dalece nieroztropnym, a przewiezienie do Czechosłowacji to już dowód skandalicznej głupoty... A były jeszcze pewne treści tego dokumentu, bardzo osobliwe. Niewątpliwie były tam normalne pytania redaktora "Kultury" o to, jak się pismo rozchodzi w pewnych środowiskach... Ale pojawiały się tam np. pytania o możliwości zorganizowania radiostacji na kraje socjalistyczne, konkurencyjnej w stosunku do "Wolnej Europy", o możliwość stworzenia organizacji młodzieżowej na całą Europę Wschodnią z bazą w Jugosławii, o rozmieszczenie wojsk radzieckich w Czechosłowacji. Pytania te były potem bardzo niebezpieczne na procesie, ale przede wszystkim świadczyły o niesłychanej naiwności, zważywszy na to, do kogo były kierowane. A zlecenia te były, no właśnie, dla pani, która woziła je ze sobą i dała się z nimi aresztować, co już samo pokazuje, jakim partnerem mogła być dla redaktora "Kultury".

Dlaczego o tym mówię? Po pierwsze, nigdy dotąd... nie wypadało mi powiedzieć, że sprawa, w której byłam sądzona, generalnie mi się nie podobała. Drugi powód jest... merytoryczny. Otóż Jerzy Giedroyc jest człowiekiem, któremu w pewnym sensie oszczędzone zostały doświadczenia XX wieku, tzn. nie przeszedł ani lagrów, ani okupacji, ani konspiracji. I właśnie brak doświadczenia konspiracyjnego w całej tej sprawie dał się odczuć.

W autobiograficznej książce Taternictwo nizinne Jakub Karpiński przywołuje słowa redaktora, skierowane do pasażerki citroena, by nie zgubiła listu. "Nie zgubiła..." - stwierdza z ironią Karpiński. Mówi Maciej Kozłowski, pisarz, historyk, dyplomata: - Jak generał w czasie wojny nie brał pod uwagę niebezpieczeństw, jakie wynikać mogły dla ludzi z kraju z zaangażowania we współpracę z "Kulturą". Zdawał sobie sprawę z zagrożeń, ale uważał, że rozmawia z dorosłymi, z których każdy podejmuje decyzje na własne ryzyko. Nie byliśmy przez niego manipulowani, jak to próbowano przedstawić na procesie. Ja doskonale rozumiałem, co robię i co mi za to grozi. I on rozumiał, że jak mnie złapią, to pójdę siedzieć. Była inna rzecz, z której nie zdawał sobie sprawy: jak bardzo jest wyizolowana ze społeczeństwa ta garsteczka ludzi, która próbuje przeciwstawić się reżimowi. Bo przecież w PRL-u wcale nie było tak, że bohaterski naród pod wodzą Kościoła trwa w oporze. Przytłaczająca większość społeczeństwa była z reżimem pogodzona i próbowała sobie znaleźć jakąś niszę. Moim środowiskiem był klub wysokogórski. Gdy mnie zamknęli, zwołano nadzwyczajne zebranie krakowskiego oddziału klubu. Na sto osób, które wzięły w nim udział, dziewięćdziesiąt osiem głosowało za natychmiastowym wyrzuceniem mnie. Po wyjściu z kryminału spotkałem się z tymi ludźmi. Mieli do mnie głębokie pretensje, że przeze mnie nie doszła do skutku wyprawa alpinistyczna... Giedroyc spotykał się z opozycjonistami i troszkę rozciągał ten ich obraz na całe społeczeństwo.

Wysokie wyroki dla "taterników" skomentował w "Kulturze" Her-ling-Grudziński. Chłodno, pragmatycznie, bez roztkliwiania się odparł zarzut, że Instytut lekkomyślnie naraża ludzi. "Każda ofiara w walce o wolność jest tragedią, ale kiedy w historii wolność gwarantowała gotowym do walki o nią życie bez ofiar?".

Ludziom mężnym i niepogodzonym Giedroyc potrafił oddać hołd. Rok po procesie "taterników" wydał książkę Rewolta szczecińska i jej znaczenie (w opracowaniu Ewy Wacowskiej). Zapis rozmów nowego (po Grudniu '70) kierownictwa partyjno-rządowego z delegatami strajkującej załogi stoczni szczecińskiej.

Do spotkania doszło 24 stycznia 1971 roku w świetlicy stoczniowej. Dziewięć miesięcy później dotarły do Lafitu trzy szpule magnetofonowe nagrań, które zawierały wystąpienia robotników oraz Edwarda Gierka, Piotra Jaroszewicza, Wojciecha Jaruzelskiego, Franciszka Szlachcica. W łańcuchu, który przekazywał taśmy, uczestniczyły dziesiątki ludzi -podkreślono we wstępie książki. "Ich ryzykowne i uciążliwe przedsięwzięcie przysłuży się niewątpliwie sprawie robotniczej, sprawie sprawiedliwości społecznej - przyszłości Polski". I konkluzja: "Opozycja lewicowa w kraju wkracza w okres dojrzałości...".

Kilka ogniw tego łańcucha można odtworzyć. Reżyser Krzysztof Kieślowski przywiózł nagranie ze Szczecina do Warszawy. Dał innemu filmowcowi, Andrzejowi Titkowowi. W mieszkaniu Jana Strzeleckiego, socjologa, socjalisty i wówczas jeszcze członka partii, słuchano tych nagrań w gronie opozycjonistów. Adam Michnik dał taśmy reżyserowi Bolesławowi Sulikowi, który wywiózł je za granicę. Ich treść spisała Nina Smolar.

Po wyjściu z więzienia Maciej Kozłowski nie mógł dostać pracy, był objęty zakazem druku. Dopiero w 1981 roku otrzymał paszport. Odwiedził wtedy Giedroycia.

Mówił w Tratwie "Kultury": "Troszkę się jednak rozczarowałem, inna tam już była atmosfera, nie taka serdeczna, jaką zapamiętałem. Giedroyc był bardzo przejęty tym, co działo się w Polsce, gdzie szalała «Solidarność». Nie wracaliśmy do przeszłości. Może za dużo się spodziewałem...". Wspomina:

- Z mojego punktu widzenia to spotkanie było niesatysfakcjonujące, ale rozumiem Giedroycia - on na wszystko patrzył pod kątem politycznym. Wtedy zjawiały się u niego pielgrzymki z Polski osób ważnych i wpływowych, był już tym troszkę zmęczony, a ja byłem "Mister Nobody".

Tego samego roku Barbara Toruńczyk pytała Giedroycia, co myślał o kosztach Marca: spacyfikowanych studentach i inteligencji. "Bo jak Pana znam i znam Pana przewrotność, to Pan na pewno myślał, że to bardzo dobrze, że ofiary muszą być?".

Giedroyc przytaknął. Uważał, że "to jest problem legendy - że z tego wyjdą ludzie z... jakimś kapitałem legendy właśnie, który im pozwoli na kontynuowanie tej działalności potem".

Barbara Toruńczyk: "Pana opcja zawsze była inna: ostrego hartowania elit politycznych, nawet za cenę strat; Pan jak Piłsudski wybiera drogę na skróty, z której wychodzą przywódcy, legenda, zimna koncepcja polityczna...".

Znów przytaknął. "Nic mnie tak nie doprowadzało do szału jak właśnie to, co reprezentowała... Maria Dąbrowska, jak również to mówienie o biologicznym zachowaniu narodu polskiego. Bzdura zupełna. To jest po prostu szukanie pretekstu do własnego oportunizmu czy tchórzostwa".

Mówi Mirosław Chojecki, członek KOR-u, szef Niezależnej Oficyny Wydawniczej NOWA, wielokrotnie więziony:

- Gdyby o konieczności poniesienia ofiary mówił ktoś, kto się przez całe życie dekował, można by mieć wątpliwości. Ale to mówił człowiek, który w czasie Powstania Warszawskiego chciał skakać ze spadochronem do Polski. Giedroyc zawsze wybiegał myślą w przyszłość, nigdy nie rozpamiętywał tego, co było. Dlatego nie rozmawiał z Kozłowskim o procesie "taterników". Przecież wszyscy wiedzieliśmy, że nie idziemy bawić się w piaskownicy! Jeżeli ktoś podejmował współpracę z Instytutem Literackim, to było oczywiste, że jest to działanie obarczone ryzykiem. Każdy musiał je sobie skalkulować.

Opowiada Henryk Giedroyc:

- Nasze pokolenie było wychowane w duchu "trzeba ofiar". Jak się rąbie drzewo, to lecą wióry, dla nas to było normalne.

W wolnej Polsce, gdy Kozłowski był ambasadorem RP w Izraelu, został oskarżony w 2000 roku o kłamstwo lustracyjne. Wtedy Giedroyc, półtora miesiąca przed swoją śmiercią, napisał list, który znalazł się w materiale dowodowym przed Sądem Lustracyjnym. I tak historia zatoczyła koło. W liście opisał zasługi Kozłowskiego "w walce o odzyskanie niepodległości" i cenę, jaką zapłacił w sprawie "taterników". Oskarżenie Kozłowskiego nazwał haniebnym epizodem III Rzeczypospolitej.

- Ten list nie miał realnego wpływu na sprawę, ale dawał mi satysfakcję - opowiada Maciej Kozłowski. - Tak głębokie przejęcie się moją sprawą przez Giedroycia było dla mnie nawet zaskoczeniem, bo przecież to nie był człowiek łatwo okazujący osobiste sympatie... Wywarł ogromny wpływ na moje życie od pierwszego spotkania, gdy miałem dwadzieścia jeden lat do ostatniego, gdy miałem ponad sześćdziesiąt. Sam fakt, że poszedłem siedzieć, naznaczył mnie. W pewnym sensie moje życie upływało w cieniu Giedroycia.

Jan Nowak-Jeziorański już po śmierci Giedroycia mówił Jarosławowi Kurskiemu, autorowi swojej biografii, że nie mógł spokojnie słuchać nawoływań "do walki rewolucyjnej z pomocą miesięcznika, którego produkcja trwa sześć tygodni!". (Giedroyc zaś miał Nowaka-Jeziorańskiego za człowieka "z kompleksem Powstania Warszawskiego i Budapesztu").

W "Kulturze" trudno co prawda znaleźć bezpośrednie wezwanie do rewolucji, łatwo jednak zauważyć radykalizację tonu, śrubowanie oczekiwań, zdumiewającą lekkość, gdy mowa o cenie krwi.

Oto reakcja "Kultury" na stan wojenny, artykuł wstępny: jeżeli chce się uniknąć rzezi bezbronnych, "trzeba być gotowym do odpowiedzenia przemocą na przemoc, nawet w obliczu drastycznej nierówności sił... Podziwiamy polskie podziemie lat wojny; podziwiamy dziś Afganów. Podstawą działania i jednych, i drugich była gotowość poświęcenia życia".

Pierwotna wersja tego tekstu brzmiała jeszcze ostrzej. Giedroyc przedstawił ją tydzień po wprowadzeniu stanu wojennego na zebraniu z udziałem Herlinga-Grudzińskiego, Zofii Hertz, Pomianów, Zdzisława Najdera i Henryka Giedroycia. Nigdy przedtem nie widzieli redaktora w takich emocjach. Proponował organizację w kraju partyzantki, której emigracja dostarczyłaby broni. W burzliwej, czterogodzinnej dyskusji ten apel o powstanie został przez Pomiana i Najdera złagodzony i w tej wersji ukazał się w druku. Towarzyszył mu tekst Krzysztofa Pomiana 13 grudnia 1981, w którym autor przyrównał cios stanu wojennego do najazdu hitlerowskiego na Polskę. Opowiada Eugeniusz Smolar:

- Nas stanowisko "Kultury" oburzyło. Giedroyc traktował ofiary jako swego rodzaju abstrakt polityczny.

Andrzej Walicki:

- Byłem wtedy w Australii. Jednemu z moich znajomych Giedroyc powiedział, że Polska potrzebuje "Powstania Warszawskiego".

Dwa dni po 13 grudnia Maisons-Laffitte odwiedził Krzysztof Kozłowski, którego stan wojenny zaskoczył na Zachodzie. Był wtorek, godziny przedpołudniowe.

- Zastałem Giedroycia i Herlinga - opowiada. - Dzwonią do różnych wybitnych Polaków emigracyjnych, czytają im apel i proszą o podpisanie. Odezwa sprawdzała się do tego: Polacy, podejmijcie aktywny zbrojny opór. Ja słucham tego i mówię: "Panie redaktorze, ale kto się ma bronić i jak? Bo struktury «Solidarności» do walki zbrojnej są mało przygotowane, a poza tym nie mają broni... Przecież to jest nawoływanie do samobójstwa!". Giedroyc podniósł się, ale nie sięgnął po butelkę whisky, co świadczyło o tym, że jest na mnie maksymalnie wkurzony. Powiedział: "Myli się pan. To trzeba obmyć krwią. Ja wiem, że każdy opór jest beznadziejny, ale ma sens. Jeżeli nie poleje się krew, to nie będzie mitu, a Polska ugrzęźnie w błocie na całe pokolenie. Nie o to chodzi, żeby zwyciężyć. Oczywiście, że ten opór nic nie może dać w sensie wojskowym. Ale musi polać się krew...". Wtedy ja powiedziałem, że to jest absurd. Nie podpisano mu tego apelu, nigdy się w "Kulturze" nie ukazał.

Wspomina Krzysztof Pomian:

- Mój tekst to jest tekst histeryka. Stefan Kisielewski, który właśnie był w Paryżu, zrobił mi o to karczemną awanturę. Odszczekiwałem mu się trochę - żeby zbyt łatwo nie zatriumfował, ale czułem, że miał rację. Jedyna wartość mojego tekstu polega na tym, że on pokazuje, w jakim stanie psychicznym byliśmy wszyscy. Artykuł wstępny też nosił piętno tego klimatu. Jest wysoce prawdopodobne, że Giedroyc w rozmowie z Kozłowskim również wygadywał głupstwa. Ale, na miłość boską, nie róbmy z niego nieomylnego autorytetu! To był żywy człowiek, który miał swoje romantyczne uniesienia, w którym tkwiła legenda 1905 roku i Frakcji Rewolucyjnej PPS... On stracił panowanie nad sobą i dzięki temu stał się bardziej ludzki.

Miesiąc później pismo odzyskuje trzeźwość. W numerze z marca 1982 roku Zdzisław Najder w tekście Przy zasadach stójmy każe "Solidarności" wystrzegać się czczych gestów i zachować wierność dotychczasowym zasadom pokojowej rewolucji. "Solidarność" reprezentuje taką siłę, że może sobie pozwolić na umiar, spokój czy nawet powolność. Najder nawołuje do rozsądku.

- Byłem absolutnie przeciwny krwawej konfrontacji - wspomina Adam Michnik. - Uważałem, że wojny ze Związkiem Sowieckim na kije i czołgi nie wygramy. Byłem przekonany, że trzeba walczyć, lecz nie poprzez przemoc. Giedroyc cały czas miał Piłsudskiego w oczach i używał sformułowań, które były mylące... Przecież był wielkim krytykiem Powstania Warszawskiego! On rozumował tak: naród, który pozwoliłby zabrać sobie swoją wolność, jest narodem z przetrąconym kręgosłupem. I ja też tak rozumowałem. Krew popłynęła w kopalni "Wujek", ale to nie była nasza agresja, tylko nas napadli. Giedroyc miał różne pretensje do "Solidarności", ale nie pamiętam, żeby kiedykolwiek potępił nas za to, że nie sięgnęliśmy po przemoc.

Nie był jednak w ostatniej dekadzie PRL-u rzecznikiem umiarkowania. Jakaś igła magnetyczna odwróciła się w nim i wskazywała biegun wojowniczego antykomunizmu.

Krótko po wprowadzeniu stanu wojennego odrzuca tekst Kisiela Bić się czy rozmawiać, w którym autor przypomina straszne koszty powstań narodowych i postuluje polityczne dogadanie się z Moskwą. Herling-Grudziński w "Kulturze" (nie wymieniając Kisiela z nazwiska) nazwie te poglądy dziecinnymi rojeniami "politycznych realistów". (Artykuł Kisiela ukaże się w "Zeszytach Literackich" Barbary Toruńczyk).

W 1984 roku Herling-Grudziński pisze w swym dzienniku:

Problem krwi, nasze najnowsze narodowe tabu. Sławi się (słusznie) polską bezkrwawą rewolucję ludową, powtarza się (niesłusznie), że "życie ludzkie jest najwyższą wartością". I zapomina się przy tym, że udana bezkrwawa rewolucja nie może się z góry wyrzec wszelkiego ryzyka przelewu krwi, bo nie wyrzeka się go z góry przeciwnik. ...bezkrwawa rewolucja, która z góry odrzuca wszelkie ryzyko przelewu krwi, ryzykuje przeobrażenie się w rewolucję bezkrwistą.

"Kultura" niezmiennie krytykuje w tamtym czasie "Solidarność" za tendencje ugodowe i odrzuca możliwość dialogu z władzą. Jednocześnie śle podziemiu bezcenną pomoc: pieniądze, sprzęt, materiały poligraficzne.

Represje są straszne dla jednostek, pisał Giedroyc pod koniec 1986 roku, ale ruchy społeczne wychodzą z nich wzmocnione.

Mirosław Dzielski, filozof i polityk z kręgów krakowskiej opozycji prawicowej i katolickiej, stwierdzał pod koniec 1983 roku w podziemnym piśmie "13 grudnia": "Giedroyc zamieszcza od czasu do czasu w swoim organie dziwne westchnienia w rodzaju, że niech zginie raczej połowa ludzkości, byle komunizm zniknął... O którą połowę chodzi Panu, Mości Książę - o tę, co mieszka nad Wisłą, czy o tę, która wygodnie żyje sobie w Paryżu?".

Linia Giedroycia - pozbawiona jasnej koncepcji działania - jest niebezpieczna, pisał, podgrzewa tylko kocioł, grozi wybuchem. Dzielski postulował, by niecierpliwy politycznie antykomunizm rewolucyjny zastąpić "antykomunizmem twórczym", skupionym na problemie swobód ekonomicznych. Nie stawiał na zmianę władzy, lecz na cywilizowanie systemu od wewnątrz.

Podobne nuty brzmiały w książce Andrzeja Walickiego Spotkania z Miłoszem, której maszynopis autor przysłał Giedroyciowi na początku 1984 roku. W swym dzienniku Walicki tak wówczas charakteryzował książkę: "Są to wyznania człowieka, który ustroju nie aprobuje, ale który mimo to uzasadnia konieczność działania w ramach tego ustroju".

Walicki docenia niesuwerenną wprawdzie, ale odrębną, państwowość polską. Nie chce osłabienia PRL-u; uważa, że liberalizacja zależy od stabilizacji kraju. Jest przeciwny ostentacyjnej opozycji. Głosi prymat kultury, prawa i gospodarki nad polityką. Ideę oswajania partii, wzajemnego przystosowania się narodu i systemu, historycznego kompromisu. Bo PRL - zakotwiczony na długo na Wschodzie - nie ma alternatywy.

Interes narodowy mógłby stanowić wspólną dla społeczeństwa i władzy "instancję odwoławczą". Walicki nie podziela obaw Miłosza i Giedroycia, że w Polakach wartości narodowe przybierają zawsze charakter endecki. Uważa, że pogłębiając polską samowiedzę, można wydźwignąć uczucia narodowe z poziomu prymitywnych instynktów do poziomu krytycznej świadomości, która by społeczeństwo integrowała i utrwalała jego tożsamość.

Stan wojenny przyjął jako klęskę osobistą. "Pragnąłem być jednym z ogniw wielkiego łańcucha łączącego ludzi - od ludzi opozycji do tych ludzi władzy, którzy chcieli uwzględniać aspiracje społeczeństwa. Łańcuch ten jednak został zerwany". Ale też interpretował 13 grudnia jako "działanie w obronie klosza, dzięki któremu Polska mogła zachować swoje «istotne odmienności»".

Po lekturze maszynopisu Giedroyc pyta Miłosza w styczniu 1984 roku: "Czy jest ścisłe, że Ty bardzo popierasz wydanie tej książki? ...czytałem z bardzo mieszanymi uczuciami i z rosnącą irytacją. Jest to człowiek, który wszystko przewidział, wiedział lepiej niż wszyscy inni i zawsze stał z boku... Niewątpliwie książka jest napisana doskonale, strony dotyczące literatury sowieckiej są niezmiernie interesujące - w sumie bardzo się zastanawiam nad decyzją jej wydania".

Jednak w marcu odrzuca książkę.

- Stawka na ewolucyjny rozwój wydarzeń nie spodobała mu się, nie chciał takiego manifestu - mówi Andrzej Walicki. - Uważał, że ja ex post uzasadniam racje ludzi środka. Wtedy nie był gotów przyjąć takiej optyki. Taktyka działalności wewnątrzsystemowej, która mu się tak podobała u mnie, kiedy spotkaliśmy się przed laty pierwszy raz, i którą potem popierał, po stanie wojennym wydała mu się zdezaktualizowana. On zastanawiał się nad - przynajmniej symbolicznie - rewolucyjną drogą wyjścia. Między stanem wojennym a Okrągłym Stołem on się poważnie wahał... Przejście do taktyki konfrontacyjnej, choćby w sferze werbalnej, to był wielki skok mentalnościowy, który stanowił dla Giedroycia olbrzymią pokusę. Gdyby umarł wtedy, kiedy zastanawiał się nad obraniem drogi krwawej, stałby się bohaterem Macierewiczów... Ale potem zerwał z manichejskim podziałem na dobro i zło pisane dużą literą. Uznał, że racje są podzielone, że należy przedstawić w "Zeszytach Historycznych" racje Jaruzelskiego. Uznał Herlinga za jastrzębia. W jego sporze z Michnikiem przyznał rację Michnikowi. W gruncie rzeczy obaj przeszli podobne meandry - od etyki walki do etyki kompromisu. Michnik przemawiał do generała Kiszczaka w liście z grudnia 1983 roku językiem "dobro - zło". Bo czasy jednoznacznego zaangażowania wymuszały uproszczenia. Potem zrozumiał, że demokracja jest szara. Wszystko jest w niej trochę zrelatywizowane. Nie może być oparta na walce, tylko na kooperacji i kompromisie.

Spotkania z Miłoszem wyszły w Wydawnictwie Aneks w 1985 roku.

W 1998 roku Giedroyc wydrukował w "Zeszytach Historycznych" artykuł Wojciecha Jaruzelskiego, w którym generał na pięćdziesięciu stronach bronił swej decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego.

O ówczesnej taktyce Herlinga-Grudzińskiego i Giedroycia mówił Adam Michnik po latach: "Oni wtedy permanentnie podnosili poprzeczkę. Komu się tylko dało, stawiali zarzut, że jest za mało waleczny. ...w ówczesnym myśleniu «Kultury» było z jednej strony stałe oskarżanie polskiej opozycji, że jest za miękka, gamoniowata, ciapowata, a z drugiej - niedostrzeganie, ignorowanie rysujących się w komunizmie pęknięć".

Mieli intelektualny wkład w sprawy kraju, podkreślał Michnik, ale nie mieli prawa osądzać odwagi ludzi w kraju.

Jeszcze pod koniec 1988 roku "Kultura", piórem Marka Zielińskiego, wyrzucała Polakom, że nie są skłonni wydać decydującej wojny systemowi, "...za mało w nas zdolności do ofiar, do wylania nawet i krwi, kiedy zajdzie potrzeba". Nie pozbawi się komunistów władzy, pisał Zieliński, bez gotowości do walki zbrojnej, "a może nawet bez wojny o globalnym charakterze". Komunizm został wprowadzony na tereny Europy poprzez wojnę i prawdopodobnie tylko tą drogą kiedyś zostanie zniszczony. "Jeżeli się o tym zapomina, skazujemy się na pogardę jako ludzie słabi i nieinteligentni".

Pół roku później komuniści pokojowo oddali władzę.