Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Stanisław Lem

Hormon agatotropowy

fragment

 

 

 

 

RĘKOPIS ZNALEZIONY W BUTELCE

 

CZĘŚĆ I

 

"Dnia szóstego przed Idami Augustowymi roku Pańskiego tysiącznego siedemsetnego siedemdziesiątego siódmego.

W imię Boże! Ja, caballero Diego y Canvahillas, podróżnik a badacz portugalijski, króla Alfonsa Szedziwego i Jezabeli królowej sługa i podnóżek pokorny, rozpoczynam przy wspomożeniu Ducha Świętego opowieść najprawdziwszą o peregrynacjach niezmiernych, podróżach zamorskich i dziwokrętach niezwyczajnych, jakich przez lat sześćdziesiąt cztery żywota mego ziemskiego zaznałem z bożą łaską, amen.

Urodziłem się w Sagres, mieście niezbyt podłem, portowem, gdzie mię ojcowie jezuici wszelakich cnót zakonnych trzciną, namową, nóżką capią a powrósłem do drąga przystojnie umocnionym nauczali. Wdzięcznością zdjęty, wielokroć z przewielebnej siedziby ojców na wzgórzu za miastem się mieszczącej uciekałem, aliści każdy raz z powrotem przez macierz moją, jejmość Gregaressę, za ucho do stołu Pańskiego sprowadzeń, młodości cnotliwie tamże dokonałem. Uczyłem się tedy geografii wybornej u ojca Hiacynta od Jana w Oleju, któren kulistość globu lagą na głowach naszych demonstrował, takoż matematyki i algebry u ojca Bonifacego od Wszystkich Świętych, któren tabliczkę mnożenia na sempiternie mi wypisał, takoż obojga kaligrafii greckiej a rzymiańskiej, czego śladem jest krzywy grzbiet mój i ucho lewe, nieraz ciągnione, i przez to od prawego o cali dwa, inkubasów siedem dłuższe. Od owej opieki mniszej miastowy a siedzący żywot sobie obmierziwszy, zmiany szukając, po otrzymaniu pierwszych święceń i przyuczeniu się języków obcych, jako to: ałtabazyjskiego, korumandzkiego, pintaszywskiego, oraz dialektu Jałpominajów, wyruszyłem na morze w roku Pańskim 1709. Popłynąłem na galliocie Santa Eubrazja, która do kupca wenecjańskiego Mantabraja należała, znanego jako handlarz niewolników i człek nabożny, czym wielką się od Kościoła cieszył łaską. Miał też od samego kardynała Bregoncji przyzwoleństwo skóry darcia pasami z pleców murzyńskich, nie bez miary, jeno na potrzeby bieżące. W czym nic złego, jako że byli to poganie, a on katolik.

Galliota, o której prawię, statek był stary i rozpadający się na części, z przyczyny skąpstwa przyrodzonego kupca, któren jeno o Królestwie Niebieskiem dumając, najmniejszych nie chciał poczynić napraw. Chocia nie przystoją słowa takie podróżnikowi świątobliwemu, wżdy już rzec muszę, iż wygódki na okręcie kupca onego precz wszystkie były bez otworów na zewnątrz statku odmykać się mających, jako to we zwyczaju jest, a to z tej przyczyny, iż Mantabraj ogród wielgachny w Lissabonie mając wiela dlań nawozu potrzebował, który załoga samoniechcąc w czasie podróży w głębi statku gromadziła. Skąpstwem takim do tego dowiódł, iż po każdej peregrynacji galliota się o łokci sześć z przyczyn nagromadzenia dorozumianego balastu zagłębiała, a to i na dziesięć, jeśli nie do Hameryki, lecz do Indii podróż się miała. Co wszystko jest rzecz, w całej Portugalii znana; gwoli skromności już bym się od Opisu onego zdzierżą, aliści wyjaśnić muszę, skąd się wzięły na galliocie ludzie i wypadki, które opowiem.

Jako Pisma Świętego a kompasu i cyrkla świadom, pełniłem na statku obowiązki brandmejstra, topornika trzeciego, untergromfagasa, lekarza-wbijszydły, zębociąga i duchostrawcy, czyli kapłana. Załogę mieliśmy ducha gorącego i dziarską przezmiernie. Kapitan gallioty, zwany Jonathan Brabizel, w portach okrzykniony ogólnie Drupakiem (nikt dlaczego nie wiedział), był człek postury niemałej, w ogólności cichy, jak płomień rudy i z defektami dwoma. Pierwszy jawny był i kapitan go nie krył, mianowicie za młodu na wyspie ludożernej przebywając, w braku wódki kwas się siarczany pić przyuczył, czego już odzwyklić sposobu nie masz. Druga wada gorsza była, bo się jej sromał, i ukrywana: a to ci miał na czele róg naturalny, długością w palec męża, twardy i niby krowi, który zwyczajnie włosem owijał i czapką zakrywał. Rozsierdziwszy się atoli, alibo po kwasu onego łyknięciu, gdy sobie ducha ogniem siarczanym sparzył, wylatał ze sterowni, na pokład i wielkim głosem rycząc bódł marynarzy, deptał, tłamsił i w ogóle przewracał. Mówiono nawet po cichu, że placki robi jak krowa, czego stwierdzić nie mogę, świadkiem nie będąc.

Uciechy wiela przysparzał nam mały Melchiorek Curdepplo, chłopię zacne a skoczne, choć grzbietem garbate, pomocnikiem kucharza będące. Pełen wigoru i żartów uciesznych, rozweselał załogę, która z dziewiąci się składała co najtęższych w całej Portugalii oprychów.

Pierwszy, bosman Allepiastro, zwany był Wkufluoko, jako że w bitce jednej w porcie Angielczyków Southampton wrażono mu w czeluść kufel od piwa, który oko opasawszy, w orbitę czerepu tak się był wraził, iż mu na zawsze pozostał, od czego marynarz ów jakoby w monokulusie chadzał, z okiem za szybką szklaną mrugającym. Ten siły był takiej, że z suchara solonego, ręką go krzynę pocisnąwszy, sok ciemny puszczał.

Drugi, Sebastiano, o przydomku Mordziel, były galernik, tym się chlubił, że przy Saragossy miasta fortecznego zdobywaniu pół grodu zgwałcił, drugie pół z dymem puścił. Poznawszy go bliżej, interes w nim dla literatury odkryłem niepospolity. Napisy na drzwiach a ścianach sztucznie wyczyniał, z których śmiechu wiela było, kromie tego gdzie mógł, monetę brzęczącą dobywał i w kupki układał, wizerunkiem Monarchy w złocie odbitym jawno się lubując. Miłość taka do tronu piękna jest rzecz.

Dwaj następni - Brabiaga i Grabiaga - bracia w pasie i rzyci na wiek ze sobą zrośnieni - razem się na okręty najmować musieli, przeciwieństwem jeno charakterów niezgodni, bo skoro jeden na lewo iść chciał, drugi zamiarował w prawo, z czego wżdy nic nie wychodziło, jako że każdy w inną się stronę natężał. Zwyczajnie tedy na pokładzie leżeli, kudły ze łbów sobie wydrapując i oczy pazdurami orząc, przy szczególnej jeno burzy alibo gwałcie powszechnym do zgody nakłonić się dając.

Piąty, Anselmo Tortalare, człek był o chudości niezmiernej i przy mgle łacno go było nie dostrzec. Nieszczęsny dziurę w żywocie posiadał, bo pomocnik kapitana rożen raz do ostrzenia niosąc mimochodem na wylot go przebił. Dziura owa nie całkiem się zarosła i wiatr na niej melodyje wygwizdywał smętne, od czego lico nieszczęśnika zdłużyło się, a melankolija nieraz go parła.

Ósmy nie wiem, kto był, jako że cały czas podróży na dole statku w serze ejdamerskim siedział, która rzecz tak się stała:

Kapitan raz nieopatrznie ochotnika wezwał, który by na dół do luki towarowej zeszedł w czasie kołysania wielkiego, gwoli dopatrzenia towarów. Specjalnie sery polecił uwadze onego marynarza, iżby je przed szczurami (których ze sześć setek wieźliśmy) opatrzył. On marynarz na dół zeszedłszy, nigdy już nie wrócił, aliści dziurę sobie w największym ejdamerze uczyniwszy (który ser jest jak kamień młyński, czerwoną skórą odziany, a żółty i wielce smakowity od środka), we wnętrzu pozostał i jeno pustą skórę od sera nieuszczknioną pozostawił, którąśmy po długim czasie naleźli. Z marynarza zasię jeno tasiemki od kalessonów czarne zostały, widać go szczurowie gdzieś w kącie dopadli.

Marynarzem dziewiątym był kucharz, człek otyłości przezmiernej, który jako że po trapie (schody to są z desek uczynione) na okręt wejść nie mógł, na dźwigu był wzniesiony, a do kambuza, czyli kuchni przez dziurę w dachu wprawion, za czym dziurę ową deskami zabito. Od czego korzyść wielka, bo z racji drzwi wąskich do spiżarni ani na pokład sam chodzić nie mógł i ja sam mu ochędóstwo jadalne przynosiłem, jako to boczek, szpyrkę, suchary, groch i pekeflejsz.

Załoga nasza po odpłynięciu z portu Lissabony żagle drutowała, liny łojem wołowym smarowała, tabak żuła i pokład wiórowała. Tako się matrosski obyczaj podtrzymywał przez miesiąc i dni szesnaście. Wiatr nam w plecy dując popędzał i dotarliśmy do portu Yokkapurama zwanego. Otwarłszy luki uźreliśmy, iż z ładunków jeno porostów bawolich, beczek pięć zostało, sera zasię ani jednego, szczurów za to mnogość nieprzeliczona. Na ląd owo zwiózłszy, załadowaliśmy oślego lipianu gramsztyków tysiąc, tyleż anarchabasów niezwietrzałych trzydzieści cztery puszki, kule a proch dymny, o czym jeszcze będzie. Ruszywszy w drogę powrotną, po trzech tygodniach jazdy wybornej dostaliśmy się w tak nazwaną tamecznie cyklonę.

Cyklona jest to, jakobyś wziął powietrza przygarść, uklepał na podobieństwo babki, w środku dziurę (okiem zwaną) zrobił, bokami zasie bez miary wszelakiej potrząsał a dmuchał. Okręt, w burzyszcze takowe wpadłszy, skacze dzień i noc, aże się ludziom w kościach zawiasy naturze przeciwne robią, a zęby od ciągłego kłapania bolą. Góra wodna jedna za drugą tłuką nas w rufę, to jest gallioty zadnicę, i tak pływaliśmy trzy dni i trzy noce, z ducha opadając. Kapitan przywiązał się do brambomstengi z gąsiorkiem kwasu siarczanego i duszę nim sobie orzeźwiał, nam męstwo przykazując. Pomocnik jego kręcił kołem sterowym w jedną stronę i w drugą, z czego wżdy nic, bo wszędzie jednaka była czarnocha, wiatru wycie, chmury na łeb urwanie i nieszczęścia dopust.

Na czwarty dzień wszyscy przy pompach stali, jako że ładunek wiadomy - boki statku nadwerężył i woda na dnie przybierała. Po bokach w morzu potwory pluskały: lewiatany, śmierdzichlusty, sprośne syreny, morzojadki i jensze, od czego serca w nas truchlały i z Bogiem sporzyć się chciało, czemu takie cudactwa potworzył, inaczej urządzić to mogąc.

Tak dopłynęliśmy do granicy wód znanych i na szerokości, którą później powiem, uźreliśmy pośród mórz chmurę wielgachną, białawą, na co matrosy wnet na kolana padły, powiadali, iż piekła to przedsień jest, do którego niechybnie popadniemy. Ja atoli lepszej byłem myśli, jako że oo jezuici, wyborne w tej materii wiadomości mający, bramy i jensze urządzenia piekielne szczegółowo mi opisali, co w pamięci mając, wiedziałem, że inaczej tam zgoła wygląda.

Zbliżywszy się, wpadliśmy w chmurę oną, jako że wiatr nas bez litościwa zmiłowania pchał, i niebawem chwiejba się uspokoiła, jasność powstała wielka i wpłynęliśmy na gładź przezmierną. Curdepplo, na maszcie stojący, wielkim głosem zawrzasnął: "Ziemia! Ziemia!" Radość zapanowała okrutna. Kapitan z uciechy rogiem mnie w nogę dziabnął, czego znak do dzisiaj posiadam. Z troków szalupę opuściwszy, wsiedliśmy w sześciu z kapitanem i wiosłami w wodzie pobełtawszy, do brzegu ruszyli. Na czym się część pierwsza pisania mojego kończy i absztrychuje.

 

 

CZĘŚĆ II

 

Pokazowało się, że ziemia przez nas zwidziana, kaktusem, drzewem chlebodajnem i kozą dojną porosła, jest wyspa przez mieszkańców jej czarnych Angusta zwana. Wynurza się ona z łona morskiego na podobieństwo kapelusza. Rondo jego są nadmorskie niziny, zielenią przybrane, głębiej zasię, gdzie wypukłość jest czapki, góry kręgiem wielgachne stoją, o szczytach śniegiem pokrytych. W samym zasię środku, gdzie kapelusz zaklęśnienie posiada, jest spora kotlina piękności niezwyczajnej, z jeziorem a ogrodami. Tamże stolica leży, Arkaktuaną zwana. Na ląd wstąpiwszy, wraz ze zdumieniem postaci czarnych uźreliśmy, od czego lękowie w serca nas ugryzło, zali to niewierzący ludojedzi nie są, którzy by nas piec na wolnym ogniu a pożywać mieli. Murzyni owi wraz nam orzechów kokosowych, ananasów i wiele inszej strawy przynieśli. Na pokład wróciwszy, kapitan rzekł: Pogany to niezmierne, zatracone, goło chodzą, banany darmo zajadają, wódkę nizacz mają, jeno się łagodnem słowem od brata naszego opędzają. Trza im królestwo zrobić!

Wnet też puszki na brzeg wyrychtować kazał, a kulami je naładowawszy, sam od jednej k drugiej chodził i w zapał białem żelazem tykał, od czego grzmot ze smrodem powstawał wielki, a brandfugasy, kugle, knyple, bomby uszate i karkasy na brzeg leciały, chaty murzyńskie w gruz obracając. Pod wieczór ogień ostanowiwszy, siłą na pokład Murzynów starszych zwleczono i kapitan objawił im, jako od tej chwili portugalskie królestwo na wyspie obwieszcza, dla dusz zasię ciemnych zbawienia chrzest nazajutrz się sprawi, przeciwnych takowemu na paliczek nawlekając. Dalej jadła co pyszniejszego Murzynom przynieść rozkazał i rzekł, że koniec będzie ichniej wolności: od dzisiaj, pry, my tu królujem. Jako namiestnik królewski radził takoż, żeby się Murzyni z dobrawoli ukorzyli, wiarę jedyną przyjęli i w posłuszeństwie żyli. Aby zasię starszy ich lepiej rzecz wyrozumiał, dziurkaczem, który jest kołek bosmański do żaglów szycia, głowę mu rozbił. Starszy krwią się nieco zalał i spytał, zali wszyscy, co na okręcie są, takie mniemanie przedstawują, iżby już kres swobodzie wyspiarskiej przyszedł. Mnie, który jestem ducha miększego jako insze, rzecz się widziała niegodna i rzekłem, iż podług mnie gwałt im się dzieje, za co zaraz bodnięty przez kapitana byłem.

Murzyni oddalili się z płaczem wielkim. W nocy, powieczerzawszy, kapitan kwasem upojony spał krzepko, załoga zasię gaworzyła, jako to będzie, skoro każden na plecach sześciu niewolników do Portugalii zajedzie.

Mnie ino markotniło, a było z czego. Po północku, gdy sen wszystkich zmorzył, Murzyni, dech przytaiwszy, na pokład wstąpili, na załogę się rzucili, a kaktusowymi kolcami wiążąc, jednego za drugim jak barana na wyspę nieśli. Mnie zasię kazowali na brzegu siadać. Pod strażą będąc widziałem, jako skrępowanych nakłaniali do napitku jakiegoś przyjęcia, gdy atoli marynarze jak mąż jeden odmówili, siłą poić ich próbowali, ale i z tego nic nie wyszło. Wonczas ku skale wielkiej ich zawiedli, z której co jakiś czas woda fontanem wyskakuje, gorąca jak ogień i siarką podle cuchnąca. Które źródło oni Gayzerem zwą. W on Gayzer rzucali matrosów przez pardonu i zmiłowania, sami przy tym jak bobrowie płakali, a na ostatku kucharza cisnęli, który jako człek w sobie cielesny zatkał skałę i tak im on Gayzer popsował.

Potem starsi ichni przybliżyli się i rzekli mi, bym bez lękowia pozostał. Są oni, pry, narodem wolnym i nikt ich w niewolników nie obróci. Znalazłem później naród on czarny sercu memu miły i przebywałem z nim lat czterdzieści i trzy, a jako było opowiem.

Pytali mnie Murzyni na początku, co to za wiara taka, którąśmy im przyjąć kazali, a która mord i pożogę niecić wszędy nakazuje. Na męczeństwo gotowy, ciemności w głowach ich rozproszyć pragnący, wnet im Ewangelię wieścić jąłem.

- Powiadasz - rzeką - że wiara twa bliźnich miłować każe, a oto zgliszcza domostw naszych jeszcze dymią, jakoż to pogodzić? Kłamiesz niechybnie, czego świadectwem łydy twoje, jako trzcina na wietrze, dygocące od strachu, aliści nie bój się; włos ci z głowy nie spadnie.

Odparłem, że wszystko, co o wierze chrześcijańskiej rzekłem, prawdą jest i że ziomkowie moi chlubią się mianem narodu bardziej katolickiego niż inne, że wszelako, gdy człek do wiary praktykowania przystępuje, natura jego ułomna skazy pewne w rzecz wnosi.

- Skazy pewne? - powtórzyli Murzyni. Czas jakiś milczkiem na siebie poglądali, potem zaś ze sobą pogadawszy, znowu pytać urnie jęli:

- A król, o którym dowódca twój prawił, kto zacz? Jako mogłem, majestatu katolickiego chwałę im odmalowałem, o purpurze monarszej, zbytku komnat królewskich a zabaw pałacowych prawiąc.

- Aha - rzekli - król rządca jest wasz najwyższy? Skoro mu sobą rządzić przyzwalacie, persona to musi być cnót a mądrości wybornej. Opowiedz nam przeto o tym, co nynie wam panuje.

W kłopot mnie wprawili, bo o monarsze naszym, Alfonsie, dwie jeno rzeczy pewnie wiedziałem: pierwszą, że infantem będąc kotom ogony wyrywał, którą skłonność jako monarcha zachował, co dworacy niektórzy za dowód stałości charakteru poczytywali, i rzecz drugą, iż kiedy dekret podpisywał brata jego, xięcia de Oros, na palenie małym ogniem skazujący, do ministra rzekł: "Paskudne daliście mi pióro, panie markizie". Mniemając, iż dzikusowie subtelności dworu europejskiego nie pochwycą, niewiedzą w materii wymienionej się zasłoniłem.

Szukałem potem bożków jakowychś, bałwanów, iżbym je utrącić a rozbić mógł i Boga prawdziwego obwieścić. Żadnej wszelako kukły nie mieli; zapytani odrzekli mi, iż to, co Bogiem zowie, duch jest sprawiedliwości i dobroci, w sercach powszechnie mieszkający. Pytałem, zali się do onego modlą? Nie wiedzieli, co to takiego, po wyrozumieniu zasię rzekli, jako się mylę: jakaż może być korzyść od wyrazów klepania? Jedna jest, a to od życia poćciwego. Tom się z nimi nie zgodził i o zbawieniu duszy mówił. A właśnie jedno dziecko zachorzało i zmarło, którego ojciec od zmysłów odchodził. By go w cnocie podnieść, o żywotach świętych mu opowiadałem, o Szymonie Słupniku, który lat trzydzieści na słupie w skwar a słotę stojał gwoli światłości wiekuistej zyszczenia. Rzekł mi na to ojciec ów, iż samolubstwem to mu się widzi. Gdyby to dla drugich czynił, duszę własną na męki wydając, godziwe by było, jako by i on krwi a bólu dla dziecięcia swego poratowania nie poskąpił. Nie siebie bowiem zbawiać obyczaj ich nakazuje, jeno bliźnich.

Sprawy wiary na lata przyszłe odstawiwszy, bytem się ich zająłem. Uźrałem, iż dobra różnego dosyć mają i każdy rzemiosłem się para, ten buty, ów pługi, trzeci wreszcie wozy wytwarzając. Pieniędzy nijakich nie masz, jeno tak: chcesz sandałów - pójdziesz do szewca (onże sandalarz), parę godziwą wybierzesz, pokłonisz mu się a odejdziesz. Rzekłem: zła to systema, mógłbym bowiem pójść do szewca i wszystkie buty zabrać (bo bronił nie będzie). Czym się inni obują? Oni na to ze śmiechem: zali stonogą jesteś, że tyla butów ci trzeba? Nie wiedziałem tedy, co rzec.

Wielcem się też obyczajom ich małżeńskim dziwował, który taki jest: mąż do niewiasty przychodząc, kocham cię, prawi, żoną mi bądź, przyjacielem. Ona mu na to "tak" rzecze alibo "nie" i po krzyku, zaczem bez obrzędu wszelakiego idą, chatę budują (lub cieśli proszą) i tak sobie w pracy a radości żywot pędzą. Gdy zasię niezgoda między nimi wynika, bez wrzasków wszelakich, włosów a zębów rwania mówią sobie, jako się wedle usposobienia omylili, i grzecznie w dwie strony rozchodzą. Pytałem, jako to, sakramentu nie znając, zwyczajnego nawet zapisu do xięgi nie czynią (bo piśmienni są) ani też innego dokumentu na pergamencie? Odparł mi jeden ze starszych, który, uczonym będąc, miru wielkiego zażywał: na cóż pergament a inkaust i pieczęć woskowa, jeśli pociągu serdecznego nie masz? Nic więzy zewnętrzne, nic formuły rzeczone, nic śluby, a gębą ruchanie i przysiąg mamrotanie, skoro w sercu popiół i ruina. Tam jeno miłość być musi, nie w xiędze: Bez tego nic. Pytałem, zali dokumentów nie sporządzają, skoro ktoś dom kupuje alibo dzierżawi, czy też jensze czyni dohowory? Odrzekł: nic nie kupuje się u nas. Każdy, co potrafi, wytwarza, na skład niesie i kto chce rzecz potrzebną bierze. Takoż wspólnie pola uprawiają, zboża sieją, zna, a chleb pieką. Widząc mnie zdumionym, spytał Murzyn ów uczony, co w tym dziwnego.

- Jeżeli komu pracować się nie spodoba - rzekłem - co wtedy czynicie?

- Chorość myślisz - rzekł - rozumiem. Kurować trzeba chorego, juści, że go nikt do pracy nakłaniał nie będzie.

- Nie - rzekłem - nie w chorobie rzecz. Weźmy oto, że zdrowy całkiem człek pracować nie chce, jeno z cudze) się pracy pożywiać, co wtedy?

Uśmiechnął się on starzec i prawi:

- Jakoż to nie chory? Widzi mi się, żeś w zabłądzenie popadł. Jakoż nie chory, skoro pracować nie chce? Juści chory, jeno na umyśle. Takoż go kurować będziemy, póki prawdy nie zoczy. Wżdy bez pracy człowiek żyć nie może. A jeśli ktoś, dla przykładu, dychać nie zechce, zali to choroba nie jest? Wżdy jeśliby dech wstrzymał, zemrzeć by mu przyszło. Takoż i my pomarlibyśmy wszyscy, jeśliby pracę powszechną ostanowić. Że nikt zasię przed czasem swoim zemrzeć nie chce, pracuje. Nadto praca i przyjemnością jest. Co dzień tego nie wiesz, boś przywykł, jako i dychając ustawicznie nie pojmujesz, że powietrze, do płuc penetrując, rozkosz ci sprawia, spróbuj atoli do wody głowę wrazić, wnet poczujesz, jaki to skarb wielki! Takoż i z pracą!

Tak mnie tym dychaniem zamówił, że nie wiedziałem, co rzec. Pojąłem, że uczciwość Murzynów tych a dobroć niezwykła jest rzecz: wierząc do śmierci w słowo rzeczone, dotrzymują go zawsze i nie trza im sądów ani pachołków, ni halabardników, ni dybów a smoły topionej i kata. Pytałem, zali wojen u nich nie masz. Nie wiedzieli, co takiego. Wyklarować im chciałem wedle sił, palbę puszek gallioty naszej przypominając, strumienie krwi, mówiłem o bagnetowym kiszek pruciu, szablą głów płataniu i jenszych arkanach bitewnych. Strachem i smutkiem jęci pytali jeden przez drugiego, zali w kraju moim każdy może sąsiada wedle woli jak muchę ubić i po co to czyni. Wżdy zabójca w czarnej chadza sławie, jak u nich się przytrafiło, gdy kowal pewien, kując młotem, który mu się w ręku ułamał, dziecko patrzące zabił. Odrzekłem, iż bliźniego w pojedynkę zabić wiara nam zakazuje, gdy atoli ludu wielka moc się zbrojnego zbierze, a na przedzie margrabia, król lub inszy władca, wonczas najechać drugie państwo, z dymem miasta puścić, wyrżnąć a ograbić - chwalebna jest rzecz. Nie pojęli i powiedali, jako duby smalone bredzę.

Podglądnąłem takoż, iż do strawy mi płyn zielony mieszali, czym przeląkłem się wielce, mniemając, iż otruć mnie pragną, aliści rzecz okazała się insza. Oto z kaktusa, Zielonym Kłem zwanego, sok szmaragdowy wyciskają i w wielkich kadziach chowają, który smak posiada miodu niestarego, a skutek niezwykły. Oto człek, który kilka łyków soku onego przełknie, dobrze czynić musi, choćby, nie chciał. Chociażby się cała jego natura przeciwiła, przecie wroga całował będzie i ostatnią mu z grzbietu zwleczoną koszulę ofiaruje. Taki to płyn dziwny, którego oni sami potrzeby nie czując, nie piją, od praojców jeno sposób przyrządzenia znają i na czarną godzinę go kryją, gdyby zaś nawała wraża na wyspę ich wstąpić chciała. Likwor on nie upija wcale ani nie rozwesela, jeno morale ludzką podnosi. Miałem go, jako mi rzekli, do potraw domieszanym w ilości znikomej, bym się snadź zbyt szybko nie przekabacił. Złe wapory muszą pierwej wywietrzeć.

Dobrym chcąc się od razu stać niezmiernie, po kryjomu cały dzban napitku onego wychyliłem, chocia mnie przestrzegali, jako że we wszystkiem miarę zachować należy. Skutki pokazały się niebawem. Oto na kolana padłszy, publiczną spowiedź z łajdactw moich przed miasteczkiem miałem i błagałem, iżby mnie na pal nawlekli i oczy wyłupili, bom jest świnia i gad sprośny. Pokutę czyniąc, zwlokłem z grzbietu odzienie i ofiarowałem się przed progiem ich domu wspólnego leżeć, by mnie zaś za słomiankę mieli.

Nie chcąc do pohańbienia mojego dopuścić, zaraz mnie kocami okryli i wodą polewali, by ona dobroć nadmierna wyszła z mego ciała, co się też stało po trzech dniach.

Z wyspy można było popłynąć łódką w różne strony, jako że była tam przygarść wysepek, które w kupie się archipelagiem zowią. Sami Arkaktuańczycy nigdzie nie pływają, aliści ja, ruchliwsze przyrodzenie posiadając, wnet o łódkę prosiłem i zaraz popłynąłem.

Na pierwszej wysepce, małej ale ładnej, kwiatem białym porosłej, mieszkali Murzyni, którzy stoły w domach swoich na jednej nodze stojące budują, od czego wciąż się przewracać by musiały, aliści w każdej rodzinie ktoś zawżdy przy stole siedzi i sprzęt on podpiera. Gdy im nogi w większej liczbie przybijać do stołu radziłem, natarli na mnie wraz i ucha kęs mi spory naderwali, ledwiem się ucieczką salwował. Pływając dalej, wysepkę znalazłem, która zamieszkana była przez ludzi jako my, skórą nieco tylko ciemniejszych, jedno że na czworakach chodzących. Tak wszyscy, dzieci, kobiety, mężowie po miasteczku sobie raczkowali. Pytałem, czemu na dwu nogach nie chodzą? Rzekli mi z wielkim na moją postawę patrząc zadziwieniem, iż nie wiedzieli, że tak można. Pierwszy powstał zaraz i z uciechy, że to tak przyjemnie, kozły fikał, inni w te pędy za nim. Wołali, że wielkim ich jestem ratownikiem a mędrcem, i chcieli, bym u nich pierwszym wodzem został, czemu się sprzeciwiłem, rozumiejąc, iż lepiej mi być parobasem u mądrych, niźli królem u idyjotów"...

 

Stanisław Lem "Sezam i inne opowiadania", 1954 r.

 

 

 





Fantastyka-naukowa - subiektywny wybór