Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Stanisław Lem

Klient Panaboga

 



Opowiadają, że w Connecticut żył sobie pewien bardzo bogaty gangster, który miał własny pałac na Florydzie i wory złota w podziemiach licznych banków. Na każde jego skinienie czekał zastęp zbrojnych. Z pomocą tych wiernych sług złożył do grobu wszystkich, co przeszkadzali mu w interesach, i nie było dla niego rzeczy niedostępnej. Gdy jednak stuknął mu ósmy krzyżyk, poczuł wielki lęk. Dawniej nie zaprzątał sobie głowy myślami o śmierci, teraz jednak serce ściskał mu coraz większy niepokój. Leżąc na puchowym tapczanie i otaczając się kłębami wonnego dymu cygar, oddawał się w samotności medytacjom. Nie wiadomo - rozważał - czy nie ma jednak jakiejś mocy nadprzyrodzonej, przed której oblicze zostanę doprowadzony po zgonie. Kiepsko wtedy będzie ze mną!

Na koniec przestały mu smakować najwykwintniejsze potrawy, patrzeć już nie mógł na gumę do żucia, a pląsy najpiękniejszych girlsów wprawiały go w melancholię. Dręczyła go wciąż wizja sądu ostatecznego, aż pewnej nocy bezsennej przyszło mu do głowy, że najpewniejsze ze wszystkich są transakcje gotówkowe. Umierając - myślał - i tak zostawię tu cały majątek i nic z niego nie będę miał. Czy nie byłoby więc roztropnie zapisać go kościołowi, który potęgą swych modłów wybłaga dla mnie wiekuiste przebaczenie?

Do rana przewracał się na posłaniu, a ledwo pierwszy świt zaróżowił niebo, zatelefonował do swego przybocznego maklera. Wyłuszczywszy mu swe troski, spytał:

- Nie wiem, co robić, bo nie znam się na religii; niech mi pan powie, mister Gynns, który kościół jest w najlepszych stosunkach z niebem?

- Nie wiem - odparł makler - ale to prosta rzecz. Niech się pan zwróci do Panaboga.

- Co - zakipiał gniewem stary gangster - ja do pana z interesem, a pan kpi sobie ze mnie?

- Wcale nie kpię. Mam na myśli Panaboga, to jest Panamerykańskie Biuro Obsługi Grzeszników-Ateistów, towarzystwo z ograniczonymi udziałami, Northcumberland 122.

- Tak, to co innego - odrzekł gangster, położył słuchawkę na widełki i pojechał pod wskazany adres.

Ledwo wymienił swe nazwisko, urzędnik w błękitnej szacie obsypanej gwiazdami zaprowadził go przed oblicze naczelnego dyrektora. Dyrektor urzędował w gabinecie ogromnym jak nawa; zza jego biurka ciągnął wonny wiew, pompowany przez aparaturę klimatyczną, a tłem rozmowy był dyskretny chorał organowy. Usadziwszy czcigodnego klienta w fotelu nieporównanej miękkości, dyrektor wysłuchał go uważnie i rzekł:

- Pan sobie życzy zbawienia; bardzo dobrze. Oczywiście, pragnie pan czegoś z chrześcijaństwa?

- Bo ja wiem - rzekł stary gangster - chyba tak, a czy macie też coś innego?

- Naturalnie. Dysponujemy absolutnie wszystkim; znajdujemy się w stałym kontakcie z jednym byłym dalajlamą, trzeba braminami, sześcioma kapłanami Zoroastra i duchowym wodzem Czcicieli Ognia. Mamy też na składzie nowość - czarownika z centralnego Konga, ale przejście na jego religię wymaga wbicia w nos miedzianego pierścionka i polakierowania zębów na zielono, co niestety zniechęca wielu klientów...

- Nie mam zębów - odparł gangster - a poza tym, to przecież Murzyn?

- Naturalnie nigdy bym się nie ośmielił proponować panu czarnej religii; rzecz prosta, panu trzeba czegoś "tylko dla białych". Wspomniałem o tym czarowniku, gdyż niektórzy goście decydują się na niego z uwagi na pogłoski o bankructwie wyznań cywilizowanych, ale to wierutne bajdy rozpuszczane przez konkurencję. Tak więc pozwolę sobie wymienić jeszcze mahometanizm i judaizm, ale i one wymagają pewnego zabiegu...

- Odpada - rzekł gangster.

- Doskonale, zatrzymujemy się więc na chrześcijaństwie. Kościół katolicki to stara, powszechnie znana firma. U nas do niedawna nie cieszył się dobrą opinią, ostatnio jednak, dzięki rozsądkowi papieża, jest bardzo dobrze widziany w Pentagonie. Osoby przechodzące dziś na katolicyzm mogą liczyć na daleko idące względy i poparcie, zwłaszcza na kontynencie europejskim... Nic prostszego, niż wyrobić sobie później przez Watykan wysoką godność w Dowództwie Bloku Atlantyckiego...

- Panie - rzekł niecierpliwie gangster - potrzebuję protekcji w niebie, a nie w sztabie.

- Doskonale. Wobec tego może zechce pan łaskawie zwrócić głowę nieco w prawo, tak, dziękuję.

Dyrektor nacisnął guzik i rozsunęła się fałdzista draperia ukazując olbrzymią, całą ścianę zajmującą mapę. W górze polatywał brodaty Bóg Ojciec w otoczeniu Potęg, Tronów i Serafinów, niżej zaś w zwartym ordynku, niczym bataliony gotowe do natarcia, stały barwne czworoboki z rozmaitymi napisami.

- Oto mapa panoramiczna wyznań najbardziej u nas popularnych - rzekł dyrektor i biorąc do ręki złoconą trzcinkę, wskazywał poszczególne czworoboki, mówiąc jednocześnie:

- Mamy placówki we wszystkich poważnych kościołach. Cóż wchodzi w grę w pańskim przypadku? Oto kościół metodystów, tutaj anglikański, tam mamy episkopalny, dalej kalwinów, ten jest prezbiterianów; może być także zreformowany; dalej baptystów, uczniów, kongregacjonalistów, morawianów, adwentystów, protobaptystów...

- Czekajże pan, ja przecież nie znam się na tym wcale - rzekł skłopotany gangster - cóż mam z tym począć?

- Ależ oczywiście - odparł dyrektor z dyskretnym uśmiechem - chciałem tylko podkreślić, że jesteś pan u Panaboga i obsłużymy szanowną pańską duszę z całym przepychem. Chodzi panu o odpuszczenie grzechów, o miejsce w raju, nieprawdaż? Otóż najpierw będzie się pan musiał nawrócić, ale przecież nie zamierza pan natychmiast po tym akcie kłaść się do grobu, nieprawdaż?... Zwyczaje wymagają, żebyś pan przez czas pewien regularnie uczęszczał do wybranego kościoła. Pozwoli pan więc, że pod tym kątem zastanowimy się wspólnie... Najpierw mamy metodystów; kościoły ich dysponują centralnym ogrzewaniem, ciepłą i zimną klimatyzacją powietrza, bukietem woni kadzidlanych, zmieniających się w zależności od tematu kazania, doskonałymi pod względem wokalnym chórami... czy szanowny pan śpiewa?

- Nie.

- Hm, więc może raczej kongregacjonaliści? Podobny komfort kościołów, a ponadto jeszcze w nawach bocznych umieszczone sale bilardowe i luksusowe ringi taneczne na obrotowych płytach szklanych, elektryczne organy...

- Nie mani zamiaru tańczyć.

- Oczywiście. Kongregacjonaliści odpadają. Prezbiterianie... hm... oni stosują najnowsze metody naukowe kontaktu z Wiekuistym... nawracają za pomocą psychoanalizy... Co prawda, przeciętnie nawrócenie wymaga 25 seansów, to nieco długo, ale jednocześnie można poddawać się masażowi twarzy, manicure, pedicure oraz maquillage'owi...

- Nie mam zamiaru zostać pięknością - rzekł zniecierpliwiony gangster - czy ma pan coś dla mnie, czy nie?!

- Ależ naturalnie... momencik - rzekł dyrektor kłaniając się. - Więc może Świadkowie Jehowy? U nich jest bardzo miły, intymny nastrój... duża swoboda... a jaka prostota liturgii; cały obrządek sprowadza się do zbiorowego przeklinania innych wyznań, w szczególności papieskiego. No, ale oni skompromitowali się ostatnio politycznie. Paru ich dostojników aresztowano w Polsce za szpiegostwo, może więc raczej nie. Pozostawaliby więc protobaptyści... tak, myślę, że to jest coś dla pana.

Dyrektor nacisnął inny guzik. Na ścianie ukazał się olbrzymi obraz przedstawiający wrota raju z podesłanymi chmurami. U wejścia stał święty Piotr i z dobrotliwym uśmiechem badał dusze, tłumnie cisnące się do środka. Jedne dusze trzymały w ręku karnecik ze złotą gwiazdką protobaptystów - i te wpuszczał bez trudności, inne natomiast, nie posiadające karnetów, kierował w bok; buchał stamtąd czerwony blask, a przez dziurę w obłokach widać było otchłań piekła.

- Protobaptyści - zaczął dyrektor - dysponują kościołami o najwyższym stopniu motoryzacji.

- Jak to wygląda?

- Zajeżdża pan na nabożeństwo samochodem i parkuje na przepięknym placu, który jest zarazem nawą, gdyż kościół znajduje się na wolnym powietrzu. W samochodzie ma pan mikrofonik i głośnik do wysłuchiwania kazań; jeśli kazanie jest nudne, można je wyłączyć; modlitwy zaś pańskie zostają przekazane przez centralkę umieszczoną w ołtarzu prosto na dwustumetrową antenę. Tak tedy cały czas przebywa pan wygodnie we własnym samochodzie, a szanowne modły są transmitowane bezpośrednio do nieba. Regularnie raz na miesiąc są widzenia świętych, a raz na trzy miesiące - cud średniego formatu... Szereg naszych wybitnych aktorek należy do tego kościoła i nic prostszego, jak prześliznąć się w czasie mszy z auta do auta...

- Przy moich 83 latach musiałby najpierw nastąpić cud - raczej dużego formatu - rzekł oschle gangster. - Nie interesują mnie miłostki.

- Oczywiście, wszystko to marność, wyjął mi pan z ust te słowa. A więc streszczam się: skomunikujemy pana z protobaptystami - w terminie, jaki pan sam zechce wyznaczyć.

- Chciałbym jak najszybciej.

- Doskonale, czy ósma godzina jutro odpowiada panu?

- Może być.

- Wybornie. W razie gdyby to wyznanie nie odpowiadało panu, proszę łaskawie zwrócić się do nas ponownie; reklamacje przyjmujemy bezpłatnie w terminie trzymiesięcznym.

- Co się należy?

- Nic, kościoły rozrachowują się z nami obrotami bezgotówkowymi. Kłaniam się i polecam się na przyszłość.

 

Na głównej siedzibie protobaptystów jaśniały płomieniste, srebrną aureolą owiane litery napisów:

Najjaśniejsza światłość wiekuista tylko u nas.

Gwarantowana łaska - bezpośrednie połączenie z niebem.

Wielkich grzeszników obsługujemy w pierwszej kolejności.

Gangster był już zaanonsowany i natychmiast przyjął go sam biskup. Był to mężczyzna siwy, bardzo przystojny, odziany w długą fałdzistą sutannę z liliowym fularem zakrywającym do połowy śnieżnobiały kołnierzyk. Jego ascetyczne dłonie o długich, mlecznie podbarwionych paznokciach jak trzepocące gołębice co chwila unosiły się i podkreślały wypowiadane słowa.

- Mister biskup - rzekł gangster - pan wie już, o co mi idzie?

- Tak, wiem - odparł z łagodnym uśmiechem biskup - zechce pan spocząć. Pragnąłbym jednak z własnych pana ust usłyszeć, co pana skierowało w progi nasze...

- A więc dobrze - rzekł gangster. - Narobiłem w życiu dużo złego, grzeszyłem jednym ciągiem i doszedłem do milionowej fortuny, a teraz gryzie mnie to okropnie; boję się śmierci, bo a nuż jest coś jednak za grobem?...

- Oczywiście, że jest - rzekł z łagodnym naciskiem biskup - ale proszę, mów pan dalej.

- Niewiele mam do powiedzenia. Chętnie ofiaruję cały mój majątek pańskiej firmie... to jest kościołowi, jeżeli zagwarantujecie mi uzyskanie generalnego odpustu grzechów... tak się to mówi, prawda?

- Pojmuję - rzekł biskup - bardzo dobrze. Jeśli pan pozwoli, spiszemy odpowiedni akt; notariusz nasz zawrze z panem umowę, a potem przyjdzie czas na sprawy ducha.

Biskup wyszedł. Po chwili zjawił się w pokoju starszy dżentelmen z dwoma czarno jak on odzianymi pomocnikami. Przedstawili gangsterowi spisaną już umowę i poprosili go o złożenie pod nią własnoręcznego podpisu. Starzec długo obracał w palcach złote pióro, najwyraźniej gryziony jakąś wątpliwością.

- Nie - rzekł w końcu, odkładając pióro - nie podpiszę, dopóki nie zostanę w stu procentach przekonany, ze protobaptyści wyrobią mi światłość wiekuistą.

Notariusz próbował go przekonywać, a gdy to nie pomogło, porozumiał się wzrokiem z pomocnikami i przeprosiwszy gangstera oddalił się, znikając za drzwiami, przez które wyszedł przedtem biskup. Niebawem jednak wrócił i oświadczył, iż w drodze wyjątku kościół zgadza się na postawiony warunek.

Następnie czterech czarno odzianych kleryków wprowadziło starca do pustego, mrocznego pokoju. Tu pozostawili go samego prosząc, by zechciał poczekać chwilę na biskupa.

W pomieszczeniu o ścianach obitych czarnym jedwabiem panował, jak się rzekło, głęboki mrok; tylko dwie świece płonęły w głębi nad małym ołtarzykiem, w powietrzu unosiła się gorzka woń, jakby ziół cmentarnych, a z dala dobiegały dźwięki organów, pełne smutku i melancholii. Wpatrując się w drżące ogniki świec, wdychając woń cedrowego drzewa i gromnic, kołysany żałobnymi dźwiękami, gangster nabawił się w końcu bicia serca, zażył więc krople uspokajające i spoczął na twardym, niewygodnym krzesełku, które było w rzeczy samej klęcznikiem. Po kilkunastu minutach nadszedł biskup.

- Mister biskup - rzekł na jego widok gangster - rozmyślałem nad moim życiem i doszedłem do niezbitego przekonania, że diabli, jeśli tylko istnieją, muszą mnie wziąć z wszelką pewnością. Nie widzę dla siebie ratunku, więc dajmy pokój temu wszystkiemu, bo to nie jest dobry business.

- Można się poddawać trwodze, ale nie należy wątpić - rzekł biskup - albowiem łaska boska jest bez granic. Nie mów jednak do mnie, synu mój, "mister biskup", to nie przystoi.

- A jak mam mówić? - spytał gangster.

- Mów do mnie "ojcze duchowny", tak będzie właściwiej.

- Dobrze, więc co mam robić, ojcze duchowny?

- Synu - rzekł biskup - wedle naszego zakonu pierwej nim przyjmiemy cię do kościoła, musisz czas pewien spędzić na pokucie i modłach...

- Chętnie - rzekł gangster - żeby mi to tylko pomogło; niestety, sprawa nie jest taka prosta, bo w żaden sposób nie potrafię uwierzyć w skuteczność rozgrzeszenia. A nawet, żebyś mi ojciec nie wiedzieć co mówił - dorzucił zapalczywie - strach dalej będzie mnie kąsał, bo mi się w żaden sposób w głowie nie mieści, żeby mogły być wybaczone te wszystkie okropne rzeczy, jakie robiłem przez lat sześćdziesiąt...

- Synu mój - rzekł łagodnie biskup - błądzisz. Najpierw, w niebie większa jest radość z nawrócenia jednego grzesznika niżeli z prawości stu wiernych, a po wtóre, bardzo być może, że wiele czynów, które poczytujesz za grzechy, w istocie swej nie jest nimi wcale. Radzę ci tedy, posłuchaj mnie i wyspowiadaj mi się niezwłocznie.

Przy tych słowach biskup dyskretnie nacisnął guzik. Pokój cały wypełniły kłęby kadzidła, a jednocześnie muzyka organów stała się wstrząsająca i wzniosła. Gangster skruszony padł na kolana i zawołał:

- Ojcze! Czy mogę otworzyć przed tobą zgniłe wnętrze serca mego?

- Mów, synu - rzekł ze skupieniem biskup.

- Od najwcześniejszej młodości oszukiwałem bliźnich. Już jako dwudziestoletni młodzieniec założyłem towarzystwo akcyjne do wydobywania złota z piaszczystych gruntów pod Milwaukee; akcje, które sprzedawałem, nie warte były papieru, na którym je drukowano. W ten sposób zdobyłem 260000 dolarów.

- Czekaj, synu - przemówił biskup - powiadasz, żeś oszukiwał nabywców; w jakiż to sposób?

- No, ogłaszałem, że w piasku jest złoto, podczas gdy...

- Chwileczkę, mój synu. To, co robiłeś, to była po prostu przesada właściwa każdej reklamie, bo wiadomo nam przecież dzięki nauce geologii, że złoto znajduje się wszędzie, nawet w wodzie morskiej, choć w ilości nader znikomej. Na akcjach nie było przecież wydrukowane, jak wiele złota znajduje się w piasku?

- Nie...

- A widzisz. Nie popełniłeś więc żadnego oszustwa, synu mój, a jedynie wykazałeś pewną nadmierną rzutkość w prowadzeniu interesów, młodzieńczą pochopność i lekkomyślność, ale lekkomyślność to jeszcze nie grzech. Mów dalej, słucham cię.

- Dalej, ojcze, liznąwszy, że takie zarobkowanie jest zbyt spokojne jak na mój gust, wstąpiłem na drogę zbrodni. Najpierw przez lat dziesięć uprawiałem "racket"...

- Jak to wyglądało, synu?

- Terroryzowałem drobnych kupców, przedsiębiorców, sklepikarzy, właścicieli składów, kramów, garaży. Musieli płacić mi haracz, bo w przeciwnym razie rozbijałem ich sklepy, podpalałem domy, a ich samych biłem do nieprzytomności.

- Czy działałeś samodzielnie?

- Nie, ojcze, od tych kupców dostawałem ledwo grosze. Wielkie sumy przekazywał mi pewien koncern, który dążył do zmonopolizowania rynku. Miałem z nim umowę i nie tykałem sklepów sprzedających jego towar; grabiłem i nękałem tylko sklepy konkurencyjne.

- Widzisz więc sam, synu miły, że byłeś tylko pionkiem w wielkiej rozgrywce ekonomicznej, a powiada Pismo: "Rękę karaj, nie ślepy miecz". Ty byłeś jeno ślepym mieczem, a ponadto obowiązywała cię i krępowała umowa, nie byłeś więc wolny w wyborze postępowania. To nie był grzech, mów dalej.

- Ojcze, w "suchych" czasach byłem "bottleggerem".

- Przemycałeś wódkę? I cóż w tym złego, mój synu? Rząd, zabraniając ustawą sprzedaży trunków, czynił źle, gdyż nie należy zbawiać ludzi stosowaniem przymusu, owszem, dusze wystawiane na pokusy oczyszczają się w wewnętrznych zmaganiach. Natomiast środki administracyjne, jak ustawa o prohibicji, są z gruntu fałszywe, a ty poprawiałeś ten zły stan rzeczy. Nie było w tym nic grzesznego.

- Tak, ojcze, ale ja oszukiwałem nabywców sprzedając im zamiast wódki rozmaite świństwa.

- Ach tak? Postępowałeś bardzo dobrze, gdyż w taki sposób uniemożliwiałeś ludziom wstępowanie na grzeszną drogę opilstwa. To był dobry uczynek. Mów dalej.

- Dalej? Ach, ojcze, ja zamordowałem wtedy wielu ludzi.

- Jak się to stało?

- W czasie przemytu atakowała nas nieraz policja, strzelałem do niej...

- A czy strzelałbyś, gdyby cię policja nie atakowała?

- Nie...

- A widzisz! Działałeś w obronie własnej. Człowiekowi w śmiertelnym niebezpieczeństwie wolno bronić życia. Byłeś w pełnym prawie strzelając do policjantów. To nie był grzech, synu mój. Mów dalej.

- Dalej rozbudowałem mój "gang" i zająłem się masowym szantażem.

- Jak to wyglądało, synu?

- Ojcze, przez pośredników byłem związany z biurami detektywistycznymi. Od klientów tych biur wyłudzaliśmy różne dokumenty lub wykradaliśmy je, a mając je w ręku i grożąc ich opublikowaniem, szantażowałem ludzi i ciągnąłem z tego procederu wielkie zyski...

- Jakie to były dokumenty?

- Przeważnie listy miłosne, ojcze.

- Więc groziłeś opublikowaniem dowodów zdrady małżeńskiej?

- Tak.

- To bardzo dobrze, synu; zdrada małżeńska jest wielkim grzechem.

- Tak, ojcze, ale wielu szantażowanych popełniło samobójstwo.

- W taki sposób popełnili grzech podwójny, albowiem z niskiego strachu, aby nie objawiła się prawda o ich wyuzdaniu cielesnym, skazali dusze swoje na wieczne potępienie.

- Tak, ojcze, ale kiedy płacili, milczałem.

- Milczałeś? To był dowód miłosierdzia chrześcijańskiego, synu, a nie grzech. Mów dalej.

- Ojcze, zgrzeszyłem ciężko w czasie ostatniej wojny. Sporo chłopaków z mojego gangu znalazło się w armii na terenach europejskich. Dowiedziałem się od nich, że liczni hitlerowcy, dowódcy wojsk SS i komendanci obozów śmierci starają się uciec do Ameryki Południowej, więc zorganizowałem masowy przemyt tych zbrodniarzy, biorąc od nich za to wielkie ilości złota, które wydarli milionom niewinnie pomordowanych ofiar. Bardzo mnie to gnębi, ojcze, gdyż była to zarówno zdrada ojczyzny, jak i grzech przeciw ludzkości...

- Czy możesz wymienić mi nazwiska tych hitlerowców, synu?

- Tak, ojcze: Eisel, Winnecke, Mittendorfer, Miller, Schmick, Hubert...

- Synu mój, ty chyba nie czytasz gazet?

- Ach, nie w głowie to teraz, ojcze...

- Więc spójrz! - zawołał dostojnik kościoła, wyciągając spod sutanny we czworo złożony numer New York Times. - Oto artykuł o naradzie specjalistów dla utworzenia nowej armii niemieckiej w ramach Bloku Atlantyckiego. Ludzie, których nazwiska wymieniłeś, będą dowódcami tej armii, są to dziś nasi wierni sojusznicy i przyjaciele. Tak tedy, ratując ich w swoim czasie, nie tylko spełniłeś dobry uczynek, pomagając prześladowanym, przejawiłeś nie tylko chrześcijańskie miłosierdzie, ale dałeś także godny uznania i podziwu dowód dalekowzroczności politycznej. Widzisz sam, że nie był to żaden grzech, wprost przeciwnie...

- Ojcze - jęknął gangster - nie wiem czemu, ale mimo twych zapewnień dalej ciężko mi bardzo na sercu. Życie ludzkie zawsze było dla mnie niczym; każdego, kto mi stanął na drodze, zdmuchiwałem jak pyłek z kapelusza i nie znajduję dostatecznej pociechy w słowach twoich...

- Powoli, synu mój. Powiadasz, że zabijałeś. Ale z jaką intencją? Czy po to, aby lubować się mękami zadawanymi ofiarom?

- Nie, ojcze, zabijałem, bo mi to przynosiło zyski.

- Zyski?

- Niestety, tak - rzekł skruszony starzec i bolesne westchnienie wyrwało mu się z piersi.

- Nie upadaj duchem, synu! - zawołał biskup. - Powiedz mi, z czego byś żył, gdybyś był porzucił ten proceder?

- Nie wiem, ojcze, nigdy w życiu nie robiłem nic innego.

- I umiesz tylko to jedno, czy tak?

- To okropne, ale tak jest.

- Zatem, gdybyś porzucił swój zawód, skazałbyś się na śmierć głodową? Tego jednak nikt od ciebie wymagać nie może. Każdy człowiek trudzi się wedle sił i umiejętności; twoim zawodem było gangsterstwo i pełniłeś go, jak mogłeś najlepiej, czy zatem...

- Ojcze, słyszę słowa twoje, ale wyznaję, nie przynoszą one ukojenia sumieniu memu! - zawołał gangster, który jako starzec inteligentny opanował już z grubsza składnię swego spowiednika. - Jakże mam znaleźć spokój? Podczas gdy wokół tysiące ludzi trudziły się w pocie czoła, zyskując dzięki pracowitości i bogobojności powszechny szacunek, godności społeczne, poważanie - ja każdą chwilę mego życia poświęcałem planowaniu morderstw!!

Na te słowa biskup wstał.

- A więc - rzekł ze spokojem - jeśli nie dość otuchy wlałem w twe serce, pójdź, dziecię, ja ci coś pokażę.

To mówiąc, nacisnął guzik. W ciemnej ścianie zajaśniał prostokątny ekran. Przez mgnienie widniała w nim wyniosła kopuła waszyngtońskiego Kapitolu, siedziby senatu, potem ukazało się jego wnętrze. Na szerokich ławach kręgami siedzieli dostojni mężowie, z uwagą słuchając jednego, który z wysokości mównicy wołał:

- Jak widzimy, porcja uranu kosztująca nas 20 000 dolarów wystarczy na 140000 osób, natomiast dla takiej samej ilości ludzi potrzeba aż 45 ton proszku radioaktywnego po 2000 dolarów tona. Tak więc w pierwszym przypadku koszt likwidacji jednego człowieka wynosi 13 centów, w drugim natomiast aż 64 centy. Pytam więc czcigodnych senatorów, czy możemy sobie pozwolić na wyrzucanie dolarów przez okno i użycie w wojnie proszku, kiedy bomba kalkuluje się z górą cztery razy taniej?!!

Na to zerwał się z miejsca jeden z najstarszych senatorów. Cała jego szacunek budząca postać promieniowała dogłębnym oburzeniem. Rozkrzyżowawszy kaznodziejsko ręce starzec potrząsnął głową, aż siwe włosy rozsypały się w srebrne błyskawice, i krzyknął:

- Jak można tak rachować!? Czy nie wiemy, że bomba obraca wszystko w gruz, podczas gdy proszek radioaktywny usuwa wyłącznie ludzi, nie uszkadzając fabryk, kopalń, domów, kolei żelaznych i innych majętności nieruchomych i ruchomych, które dzięki temu dostaną się nam całe i nienaruszone?! Dostojni słuchacze! W pełni świadom wysokiej odpowiedzialności, jaką na barki składa mi wysoka godność senatora, powiadam wam: użycie proszku jest daleko, daleko korzystniejsze! Nie chcę zarzucać szanownemu senatorowi z Ohio złej woli, aczkolwiek wiadomo, jak wielkie posiada on udziały Du Ponta, który produkuje bomby uranowe...

Biskup nacisnął guzik. Wnętrze Kapitolu znikło. W głębi ekranu pojawił się na tle błękitnego nieba drapacz chmur, otoczony grecką kolumnadą. Na drzwiach widniała skromna alabastrowa tabliczka z wyrytym napisem Departament Ochrony Zdrowia. Budynek powiększał się z oszałamiającą szybkością, pociemniało i rozwarło się wnętrze zacisznego gabinetu. Smukły mężczyzna o bujnych kasztanowych włosach i ascetycznej twarzy badacza mówił zwracając się do grona biało, jak on, odzianych lekarzy:

- Oto, proszę kolegów, nasz nowy, udoskonalony preparat...

Podniósł rękę, w której zaświeciła smukła probówka, z kilkoma kroplami żółtego, przezroczystego płynu. Wzrok obecnych spoczął na niej z radosnym podziwem.

- Nie ustawaliśmy w pracy - ciągnął młody uczony - i udało się nam wyosobnić tę frakcję, której jedna uncja... jedna uncja... - Gardło zacisnął mu spazm triumfu. Pokonawszy wzruszenie, spojrzał na lekarzy podkrążonymi oczami, świadczącymi o nieprzespanych nocach, i podjął:

- Jedna uncja zabija 200 000 ludzi! Wkraczamy w nową erę...

Ekran zgasł. Gdy za jarzył się na nowo ukazał się na nim monumentalny kompleks gmachów uniwersyteckich. Jak gdyby widziane z okna pędzącego pojazdu, przepływały długie amfilady korytarzy, przestronne pracownie, których oknami zaglądała do wnętrza zieleń drzew, zaciszne gabinety myślicieli, zautomatyzowane biblioteki, dźwięczące szkłem, pełne gazowych płomieni laboratoria, jasne sale wykładowe... W obszernym pomieszczeniu geografowie i ekonomiści pochylali się nad mapami Europy i Azji, stawiając na miastach i osiedlach czarne krzyżyki. W innym matematycy, ślęcząc u szumiących prądem mózgów elektrycznych, tworzyli teorię skutecznego bombardowania. Mignęło jak gdyby w krysztale wyrzeźbione laboratorium; sędziwy uczony, tając dech, pod lupą - wstrzykiwał pluskwom zarazki. W wysokim amfiteatrze pełnym słuchaczy znakomity psycholog wykładał ogólną teorię szerzenia paniki. Otwarła się słoneczna przestrzeń; na doświadczalnych poletkach stały szklane pudła nakrywająca pędy roślin; agrobiologowie hodowali w nich rozliczne gatunki szkodliwego robactwa. Ekran wypełniał się obrazami śmigającymi coraz szybciej i szybciej; jakby wichrem niesione, przelatywały wnętrza hal fabrycznych, pełne korpusów czołgowych, transportery, płynnym ruchem niosące bomby i butle gazów trujących, jasno oświetlone kreślarnie, gdzie na rozpiętych arkuszach wynikały przekroje wyrzutni rakietowych, wreszcie ukazał się pokój od podłogi do sufitu wypełniony księgami; przy biurku, oblanym ciepłym światłem lampy stołowej, pochylając srebrną głowę nad rozłożonymi arkuszami siedział sędziwy socjolog i pisał trzeci tom dzieła "O anihilacji wielkich ośrodków miejskich".

Zrobiło się ciemno; przez dłuższą chwilę panowało milczenie, nareszcie biskup, podnosząc z namaszczeniem dłoń, rzekł:

- Synu mój, przekonałem cię, nieprawdaż? Pojmujesz już, że życiem swym nie odbiegałeś wcale od życia twoich licznych ziomków, że...

- Ojcze! - zawołał gangster z klęcznika - powiedz mi, proszę, czy ci wszyscy ludzie wierzą, że zostaną zbawieni?

- Ależ oczywiście, drogi synu, są to znakomici senatorowie, uczeni, prawnicy, nikt z nich nie wątpi, że wrota raju odemkną się przed nimi na oścież.

- Ojcze! - zawołał gangster - zaiste, żyłem pogrążony w ciemności!

- A więc pójdź, synu.

- Dokąd, ojcze?

- Podpisać umowę, drogi synu. 

Gangster powstał, otrzepał kurz z kolan i rozglądając się za kapeluszem, rzekł:

- To zły business.

- Co słyszę?! - zawołał zdumiony biskup.

- Ależ tak. Zapisać wam majątek? Za co? Czyny moje, które miałem za grzechy straszliwe, są fraszką wobec tego, co robią najwyżsi dostojnicy, powszechnie szanowani finansiści, dygnitarze, uczeni... Jeżeli oni wejdą do nieba, to ja, proporcjonalnie licząc (a nie widzę powodu, dla którego w niebie rachunki nie miałyby obowiązywać), niechybnie zostanę świętym bez waszego kościoła.

 

Stanisław Lem "Sezam i inne opowiadania", 1954 r. 

 

 

 





Fantastyka-naukowa - subiektywny wybór