Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Stanisław Lem

Kryształowa kula

 

fragment

 

 

- Pan wie, co to znaczy dżungla? Skąd może pan wiedzieć? Zielone, oszalałe życie. Wszystko drży, czuwa, rusza się; w gęstwinie natłok żarłocznych stworzeń, obłąkane kwiaty, jak wybuchy kolorów, ukryte w lepkich pajęczynach, owady - tysiące, tysiące nie poklasyfikowanych gatunków. Nie to co u nas, w Europie. Nie trzeba szukać. W nocy cały namiot obsiadają ćmy, wielkie jak dłoń, natarczywe, ślepe, setkami padają w ogień. Cienie chodzą po płótnie. Murzyni drżą, wiatr nawiewa grzmoty z różnych stron. Lwy, szakale... No, ale to nic. Potem przychodzi osłabienie i gorączka. Jeśli się już pochowało konie - dalej pieszo. Miałem surowicę, germaninę, chininę, wszystko co pan chce. Wreszcie, pewnego dnia - żadnej rachuby nie ma, człowiek czuje dopiero, że podział tygodni i cały kalendarz jest jakimś śmiesznym, sztucznym tworem - pewnego dnia nie można dalej iść. Dżungla się kończy. Jeszcze jedna wioska murzyńska. Nad samą rzeką. Rzeki nie ma na mapie, bo trzy razy do roku zapada w lotne piaski. Część koryta jest podziemna. Ot, kilka takich lepianek z wypalonej słońcem gliny i szlamu. Tam mieszkał Nfo Tuabe. Nie znał angielskiego, skądże. Miałem dwu tłumaczy: pierwszy przekładał moje słowa na dialekt wybrzeża, a drugi tłumaczył z dialektu na język Buszmenów. Nad całym pasem, dżungli, od szóstego stopnia szerokości południowej, panuje tam stara rodzina królewska. Potomkowie Egipcjan, jak sądzę. Wyżsi i daleko inteligentniejsi od Murzynów z Afryki centralnej. Nfo Tuabe narysował mi nawet mapę, oznaczył na niej granice królestwa. Uratowałem mu syna od śpiączki. I za to właśnie...

Nie otwierając oczu, Chardin sięgnął do wewnętrznej kieszeni. Wydobył z notatnika kartkę papieru porysowaną czerwonym atramentem. Wiły się na niej jakieś pogmatwane linie.

- Trudno się zorientować... Tutaj kończy się dżungla, jak nożem ucięta. To granica królestwa. Spytałem, co jest dalej. Nie chciał mówić o tym w nocy. Musiałem przyjść w dzień. Dopiero wtedy, w tej swojej cuchnącej norze bez okien... nie wyobraża pan sobie nawet, jaki tam zaduch... powiedział mi, że dalej są mrówki. Białe, ślepe mrówki, .które budują wielkie miasta. Kraj ich ciągnie się całymi kilometrami. Rude mrówki walczą z białymi. Nadchodzą wielką, żywą rzeką przez dżunglę. Wtedy słonie uchodzą z okolicy stadami, wyłamując w podszyciu kręte tunele. Tygrysy uciekają. Nawet węże. Z ptaków zostają tylko sępy. Mrówki idą rozmaicie: czasem tydzień, czasem miesiąc, dniem i nocą, rdzawym, ruchomym strumieniem, a cokolwiek stanie im na drodze - niszczą. Dochodzą do skraju dżungli, napotykają kopce białych - i zaczyna się walka. Nfo Tuabo widział ją raz w życiu. Pokazywał mi straszne blizny, które zostały mu na zawsze. Rude mrówki, pokonawszy straże białych, wchodzą do ich miasta. Nie wracają nigdy. Co się z nimi dzieje - nie wiadomo. Ale na drugi rok przedzierają się przez dżunglę nowe zastępy. Tak było za jego ojca, dziada i pradziada. Tak było zawsze.

Gleba w mieście białych mrówek jest żyzna. Za dawnych czasów Murzyni próbowali zużytkować ją, usiłowali zniszczyć ogniem kopce termitów, aby rozszerzyć swoje posiadłości. Ale przegrali tę walkę. Zasiewy zostały zniszczone. Budowali szałasy i zagrody z drzewa. Termity docierają do nich podziemnymi korytarzami, przenikają w głąb konstrukcji i tak je przegryzają od wnętrza, że nagle padają, gdy dotknąć ręką. Próbowali użyć gliny. Wtedy zamiast robotników zjawili się żołnierze. Ci właśnie - wskazał na słój.

- To wszystko nie jest dla pana niczym nowym, prawda? Wiemy, że są olbrzymie połacie ziemi, na których panuje biała mrówka - termit. W Ameryce Południowej, w Australii... Mają dwa rodzaje żołnierzy, coś w rodzaju policji wewnętrznej i obrońców. Kopce dochodzą do ośmiu metrów wysokości. Zbudowane są z piasku i wydalin, które tworzą cement, twardszy od portlandzkiego. Żadna stal się go nie ima. Bezokie, miękkie, białe owady, które od trzech milionów lat żyją odcięte od światła. Zbadane przez Packarda, Schmelza, Clevelanda i tylu innych. Ale nikt z nich nawet nie podejrzewał... nie podejrzewał...

Rozumie pan? - powiedział przysuwając się całym ciałem do Whelanda: - Uratowałem mu syna i w zamian za to... Och, to był mędrzec. Wiedział, w jaki sposób może się odwdzięczyć białemu po królewsku! Taki zupełnie siwy, czarny, aż popielaty Murzyn, jak maska uwędzona w dymie...

Powiedział mi tak:

Kopce ciągną się milami. Cała równina jest nimi pokryta. Jak las, jak martwy las, jedne przy drugich, skamieniałe, olbrzymie pnie - trudno się między nimi przedrzeć. Wszędzie grunt twardy, głucho dudniący pod stopą, zasłany splotami jak gdyby grubych, szarych sznurów. To są kanały, którymi biegną termity. Zbudowane są z tego samego cementu co kopce. Ciągną się całymi kilometrami wnikają pod ziemię, wydostają się w górę, mają rozgałęzienia, skrzyżowania, przejścia do wnętrza kopców, a co kilkadziesiąt centymetrów - rozszerzenia, w których mijają się mrówki biegnące w przeciwnych kierunkach. Tam, w głębi Miasta, pośród miliona skamieniałych kopców, w których wrze ślepe, gwałtowne życie, jest jeden kopiec inny. Niewielki, czarny i zakrzywiony hakowato. Pokazał mi swoim brunatnym kciukiem, jak on wygląda. "Tam jest serce narodu mrówek". Więcej nic nie chciał powiedzieć.

- I pan mu uwierzył?... - wyszeptał Wheland. Czarne oczy profesora paliły go.

- Wróciłem do Borna. Kupiłem pięćdziesiąt kilogramów dynamitu w laskach funtowych, jak go używają w kopalniach. Oskardy, łopaty, rydle, cały ekwipunek. Zbiorniki siarki, węże metalowe, maski, siatki - najlepsze, jakie mogłem dostać. Dwa kanistry benzyny lotniczej i arsenał środków owadobójczych, jaki można tylko sobie wyobrazić. Potem wynająłem jedenastu tragarzy i pojechałem w dżunglę.

Zna pan eksperyment Collengera? - spytał. - Uznano go za bajkę. Nie był to, co prawda, biolog, lecz amator. Przekroił cały kopiec termitów od góry do dołu płytą stalową, tak że się te dwie połowy nie komunikowały ze sobą wcale. Kopiec był młody, mrówki budowały go dopiero. Po sześciu tygodniach wydobył płytę i okazało się, że owady budowały nowe korytarze tak, że ich wyloty po obu stronach przegrody ściśle sobie odpowiadały - ani milimetra różnicy w pionie czy poziomie. Tak jak ludzie budują tunel jednocześnie rozpoczynając roboty z dwu stron góry i spotykają się w jej wnętrzu. W jaki sposób porozumiewały się termity poprzez stalową płytę? Potem - doświadczenia Glossa. Także nie sprawdzone. Twierdził, że jeżeli zabić królową termitów, owady oddalone o kilkaset metrów od kopca zdradzają natychmiast podniecenie, rzucają rozpoczętą robotę i wracają do domu. A sposób, w jaki podmurowują swoim cementem belki domu, który zaczynają atakować! Przegryzają wszystko od wnętrza, nie dochodząc do powierzchni, gdyż unikają światła i powietrza. Aby się zaś belka, pusta już w środku, nie przełamała, wzmacniają ją, podmurowują tak, że lepiej by tego inżynier nie zrobił.

Znowu przerwał. Wpatrywał się w czerwony żar, nad - którym zjawiały się i znikały lotne błękitne płomyki.

- Drogę miałem... no tak. Najpierw uciekł przewodnik, potem tłumacz. Rzucali rzeczy i znikali. Rano, kiedy się budziłem w moskitierze - milczenie, wybałuszone oczy, przestraszone twarze i szepty za plecami. Pod koniec wiązałem ich ze sobą, a koniec sznura owijałem wokół pięści. Noże zabierałem, żeby nie mogli go przeciąć. Od ciągłego niedosypiania czy od słońca dostałem zapalenia oczu. Rano powiek nie mogłem rozewrzeć - tak były sklejone. A tu szło lato. Koszula od potu sztywna, jak nakrochmalona, hełmu nie można tknąć z zewnątrz palcem, bo natychmiast wyskakują bąble. Lufa karabinu parzy jak rozpalona sztaba.

Torowaliśmy sobie drogę przez trzydzieści dziewięć dni. Nie chciałem iść przez wioskę starego Nfo Tuabe, bo mnie o to prosił; tak że na skraj dżungli wyszliśmy znienacka. Nagle się ten piekielny, duszny, kotłujący gąszcz liści, pnączy, gadów, rozwrzeszczanych papug skończył. Jak okiem sięgnąć, równina, żółta jak skóra starego lwa. Na niej pośród kęp kaktusów stożki. Kopce. Budowane ślepo, od wnętrza, więc często niekształtne, chropawe. Tutaj spędziliśmy noc.

Nad ranem zbudziłem się ze straszliwym bólem głowy. Poprzedniego dnia nieostrożnie zdjąłem hełm na chwilę. Słońce stało wysoko. Żar był taki, że powietrze paliło płuca jak ogień. Obrazy przedmiotów drżały, jakby piasek płonął. Byłem sam. Murzyni uciekli przegryzłszy sznur. Pozostał tylko trzynastoletni chłopiec, Uagadu-boy. Zacząłem iść. We dwójkę dźwigaliśmy rzeczy na odległość kilkudziesięciu kroków. Potem wracaliśmy i znosiliśmy następne. Taką wędrówkę trzeba było powtarzać pięć razy, w słońcu, które paliło jak szatan. Pomimo białej koszuli dostałem na plecach wrzodów, które się nie goiły. Musiałem spać na brzuchu. Ale to wszystko głupstwo. Cały dzień zagłębialiśmy się w Miasto Termitów. Nie wiem, czy jest na świecie coś groźniejszego. Niech pan sobie wyobrazi: ze wszystkich stron, z przodu i z tyłu - kamienne kopce wznoszące się na dwa piętra. Miejscami stały tak blisko, że ledwie można się było między nimi przecisnąć. Nieskończony las szarych kolumn. A w środku - kiedy się przystanęło - nieustanny, nikły, miarowy szmer przechodzący chwilami w pojedyncze stuknięcia. Ściana, dotknięta ręką, mrowiła się, drżała bez ustanku dniem i nocą. Kilka razy zdarzyło się nam rozgnieść jeden z takich tunelów, które wyglądają jak popielate liny, całymi pękami rozrzucone po ziemi. Szły tam nieskończonym szeregiem tłuste, białe owady. Natychmiast ukazywały się rogowe hełmy żołnierzy, którzy na oślep cięli powietrze nożycami i wyrzucali lepki, parzący płyn.

Szedłem tak dwa dni, wciąż na oślep, bo nie było mowy o jakiejkolwiek orientacji. Dwa, trzy, cztery razy dziennie wdrapywałem się na wyższy od innych kopiec, szukając tego jedynego, o którym mówił Nfo Tuabe. Ale widziałem tylko skamieniały las. Dżungla za nami stała się zielonym pasem, potem - błękitną linijką na horyzoncie, znikła wreszcie. Zapasy wody zmniejszały się. A kopcom nie było kresu. Przez lunetę widziałem je coraz dalsze i dalsze, aż po horyzont, gdzie zlewały się jak kłosy zboża. Podziwiałem mego chłopca. Bez skargi robił to wszystko, co ja, nie wiedząc po co ani dlaczego. Tak szliśmy cztery dni. Byłem zupełnie pijany słońcem. Ochronne okulary nie pomagały. Straszliwy blask był i w niebie, na które przed zmierzchem nie można nawet spojrzeć, i w piasku, który jarzył się jak rtęć. A wokół palisady kopców - bez końca. Ani śladu żywego stworzenia. Tu się nawet sępy nie zapuszczały. Tylko gdzieniegdzie stały samotne kaktusy.

Nareszcie przed wieczorem, wydzieliwszy ostatnią porcję przypadającej na ten dzień wody, wdrapałem się na szczyt bardzo wielkiego kopca. Myślę, że pamiętał on czasy Cezara. Już bez większej nadziei rozglądałem się, gdy wtem zobaczyłem w lunecie czarny punkt. Zrazu myślałem, że szkło jest zabrudzone. Myliłem się. To był ten kopiec.

Na drugi dzień wstałem, gdy słońce było jeszcze pod horyzontem. Ledwo dobudziłem mego chłopca. Zaczęliśmy nieść rzeczy w kierunku, który oznaczyłem według kompasu. Zrobiłem też szkic okolicy. Tymczasem kopce, choć nieco niższe, zbliżały się do siebie. Wreszcie stanęły takim częstokołem, że nie mogłem się już przedostać. Murzynek mógł jeszcze, więc podawałem mu pakunki, stojąc między dwiema kolumnami cementu. Potem przeciskałem się górą. To trwało pięć godzin. Przez ten czas przeszliśmy może sto metrów. Widziałem, że w taki sposób nie zrobimy nic, ale opanowała mnie jakaś gorączka. Nie mówię dosłownie, bo oczywiście miałem stale koło trzydziestu ośmiu stopni. To już sprawa klimatu. Może zresztą wpływa to jakoś na mózg. Wziąłem więc pięć funtów dynamitu w laskach i wysadziłem kopiec, który stał nam na drodze. Ukryliśmy się za innymi, kiedy zapaliłem lont. Wybuch był przytłumiony, siła eksplozji poszła w głąb. Grunt zadygotał. Ale inne kopce stały. Z wysadzonego zostały tylko wielkie skorupiaste odłamy, wijące się od białych ciał.

Dotychczas nie szkodziliśmy sobie nawzajem. Teraz rozpoczęła się walka. Nie można było przejść przez krater utworzony wybuchem. Tysiące, dziesiątki tysięcy termitów wyłaziły z czeluści i szły ławą, jak piętrząca się fala. Obmacywały każdy skrawek gruntu. Rozpaliłem siarkę, wziąłem na plecy zbiornik. Pan wie, jak wygląda taki przyrząd. Przypomina sikawkę, którą ogrodnicy skraplają drzewa. Albo miotacz ognia. Gryzący dym buchał rurą, którą trzymałem w ręku. Nałożyłem maskę gazową, drugą dałem chłopcu. Dałem mu także specjalnie w tym celu sporządzone buty - oplecione stalową siateczką. W taki sposób udało się nam przejść. Puszczałem strumienie dymu, który rozpędzał termity. Te, które nie cofały się, ginęły. Wieczorem mieliśmy za sobą sześć wysadzonych kopców. W jednym miejscu musiałem użyć benzyny; rozlałem ją i podpaliłem, stwarzając między nami i potokiem termitów zaporę z ognia.

Pozostało jeszcze ze sto metrów do czarnego kopca. O spaniu nie było mowy. Siedzieliśmy przy kopcącym nieustannie zbiorniku, świecąc latarkami. Co za noc! Przebywał pan kiedy sześć godzin w masce gazowej? Nie? No więc niech pan sobie wyobrazi, co to znaczy tkwić w rozpalonym gumowym ryju. Gdy chciałem odetchnąć swobodniej, odciągając maskę od twarzy, dusiłem się dymem. Ale to było lepsze niż termity. Tak przeszła noc. Chłopak mój drżał nieustannie; lękałem się, czy to nie febra.

Wreszcie wstał nowy dzień. Przedostaliśmy się przez następne bariery stożków. Woda kończyła się już. Mieliśmy jeszcze tylko jeden kanister. Mógł starczyć na dwa dni, najwyżej na trzy, przy skąpym zaspokajaniu pragnienia. Należało wracać jak najszybciej.

Chardin przerwał, otworzył oczy i spojrzał w palenisko. Żar poszarzał już całkiem. Światło lampy ogarnęło pokój: łagodny, zielony blask, jakby sączący się przez taflę wody.

- Wtedy doszliśmy do czarnego kopca. - Podniósł dłoń w górę. - Jak zakrzywiony palec, tak wyglądał. O powierzchni gładkiej, jakby wypolerowanej. Otaczały go amfiteatralne kopce niskie, pękate niemal, co najdziwniejsze - nie pionowe, lecz pochylające się ku niemu, rzekłbyś maszkary, skamieniałe w groteskowym ukłonie.

Zgromadziłem wszystkie zapasy w jednym miejscu tego koliska - mogło mierzyć ze czterdzieści kroków średnicy - i zabrałem się do roboty. Nie chciałem niszczyć czarnego kopca dynamitem. Od chwili, gdy weszliśmy w tę przestrzeń, termity nie ścigały nas więcej. Można było zerwać wreszcie maskę z twarzy. Co za ulga! Przez pięć minut nie było na ziemi człowieka szczęśliwszego ode mnie. Nieopisana rozkosz swobodnego oddechu - i ten kopiec czarny, niesamowicie zakrzywiony, niepodobny do niczego, co znałem. Jak oszalały tańczyłem i śpiewałem, nie bacząc na pot lecący gradem z czoła. Mój Uagadu patrzał na to przerażony. Myślał może, że oddaję cześć czarnemu bożkowi.

Szybko jednak ochłonąłem. Powodów do radości było niewiele: woda kończyła się, suchy prowiant starczyć mógł ledwo na dwie doby. Co prawda, zostawały termity... Murzyni uważają je za przysmak. Ale nie mogłem się przezwyciężyć. Zresztą, głód uczy...

Urwał znowu. Oczy mu błyszczały.

- Żeby dużo nie mówić... Panie doktorze, ja rozwaliłem ten kopiec... Stary Nfo Tuabe mówił prawdę.

Pochylił się do przodu. Rysy jego zaostrzyły się. Wheland słuchał bez tchu,

- Była tam najpierw warstwa włókien, jak gdyby z cienkiego przędziwa niezwykłej gładkości i mocy. We wnętrzu - centralna komora, otoczona grubą warstwą termitów. Czy to w ogóle były termity? Jak żyję takich nie widziałem - olbrzymie, płaskie jak dłoń, pokryte srebrzystymi włoskami, z lejkowatymi główkami, zakończonymi czymś w rodzaju anteny. Anteny te stykały się z szarym przedmiotem, niewiększym od męskiej pięści. Owady były niesłychanie stare. Nieruchome jak drewna, nie próbowały nawet się bronić. Odwłoki pulsowały miarowo. Ale kiedy odrywałem je od tego centralnego przedmiotu, od tej rzeczy krągłej i niezwykłej - natychmiast ginęły. Rozpadały mi się w palcach jak zetlałe szmaty. Nie miałem ani czasu, ani sił, żeby zbadać to wszystko. Wydobyłem ów przedmiot z komory, zamknąłem w pudełku ze stalowej blachy i natychmiast, razem z moim Uagadu, ruszyłem w drogę powrotną.

Mniejsza o to, jak dotarłem do wybrzeża. Spotkaliśmy rude mrówki. Błogosławiłem chwilę, w której zdecydowałem się wlec z powrotem jedyny kanister pełen benzyny. Gdyby nie ogień... Ale mniejsza z tym. To osobna historia. Powiem tylko jedno: na pierwszym postoju obejrzałem uważnie tę rzecz porwaną z czarnego kopca. Kiedy oczyściłem ją z nalotów, ukazała się idealnie regularna kula z substancji ciężkiej, przejrzystej jak szkło, ale załamującej światło nieporównanie silniej. Otóż tam, w dżungli, objawił się pewien fenomen, na który nie zwracałem zrazu uwagi. Sądziłem, że to może złudzenie. Ale gdy dotarłem do obszarów cywilizowanych, na wybrzeżu i później jeszcze, stwierdziłem, że to nie było złudzenie.

Cofnął się w głąb fotela i niewidzialny prawie w cieniu, z głową odcinającą się od jaśniejszego tła, powiedział:

- Prześladowały mnie owady. Motyle, ćmy, pajęczaki, błonkoskrzydłe, co pan tylko chce. Dzień i noc ciągnęły za mną huczącą chmurą. A właściwie nie za mną - za moim bagażem, za metalową kasetką, która zawierała kulę. W czasie podróży okrętem było trochę lepiej. Używając radykalnie działających środków owadobójczych pozbyłem się tej plagi. Nowe nie przybywały - nie ma ich na pełnym morzu. Natomiast kiedy wylądowałem we Francji, wszystko zaczęło się od nowa. A najgorzej mrówki. Gdziekolwiek zatrzymywałem się dłużej niż godzinę, pojawiały się mrówki. Rudnice, mrówki pniakowe, czarne, żniwiarki, wielkie i małe ciągnęły nieodparcie do tej kuli, zbierały się na kasetce, pokrywały ją dygocącym kłębem, cięły, przeżerały, niszczyły wszystkie osłony, jakimi była opakowana, dusiły się nawzajem, ginęły, wyrzucały kwas usiłując nadgryźć nim stalową blachę...

Urwał.

- Ten dom, w którym się pan znajduje, jego samotne położenie, wszystkie zabezpieczenia, które stosuję, spowodowane są przez to, że nieustannie oblegają mnie mrówki...

Chardin wstał.

- Robiłem doświadczenia... Za pomocą korundowych pilników odkruszyłem od kuli opiłek, niewiększy niż ziarnko maku; wywierał takie samo działanie przyciągające jak cała kula. Odkryłem też, że jeśli otoczyć ją grubym pancerzem ołowiu, działanie jej ustaje.

- Jakieś promienie?... - ochrypłym głosem wyrzucił Wheland. Jak zahipnotyzowany wpatrywał się w ledwo majaczącą twarz starego uczonego.

- Być może. Nie wiem.

Myśli wirowały w głowie Whelanda. To, za czym przyjechał, było niczym w porównaniu z wielkością sprawy, jaką objawił mu profesor. Kula... najmniejszy opiłek przyciągał owady... Kto będzie miał w ręku tę tajemniczą substancję, stanie się absolutnym panem owadów! Będzie mógł dowolnie kierować ich wędrówkami, potrafi plagami nawiedzać całe kontynenty...

- I... pan ma tę kulę?

- Tak. Czy chce ją pan zobaczyć?

Wheland zerwał się na równe nogi. W drzwiach profesor przepuścił go pierwszego, wrócił szybko do biurka, podjął coś i pośpieszył za doktorem w ciemny korytarz. Weszli do wąskiej komórki bez okien - była pusta; w kącie stała duża kasa pancerna starego systemu; słabe światło nie osłoniętej żarówki pod sufitem błyszczało sinawo w pancernych płytach. Chardin pewną ręką wetknął klucz w zamek. Przekręcił, nastąpił chrzęst cofających się rygli, grube drzwi odchyliły się. Zasłonił sobą ciemne wnętrze, potem cofnął się w bok. Wheland zajrzał do środka z wstrzymanym tchem. Kasa była pusta. Tak wydało mu się w pierwszej chwili; potem zobaczył kulę. Leżała w głębi, przy samej ścianie. Grało w niej blade, mżące światełko. Nie panując nad sobą Wheland wyciągnął rękę.

Profesor powstrzymał go.

- Doktorze - powiedział - nie chcę być strażnikiem skarbu, z którego nie mam nic. Nie posiadani środków ani możliwości dla zbadania Całokształtu tego zjawiska. Dlatego postanowiłem przekazać tę kulą jakiemuś poważnemu instytutowi. Przypadek sprowadził pana pod ten dach. Czy mógłby mi pan w tym pomóc?

- Ależ tak! tak! - wybuchnął Wheland. Chardin wyjął kulę z kasy, wyciągnął dłoń do Whelanda i nagle, jakby ogarnięty wątpliwością, wstrzymał się.

- Czy tylko dacie sobie z tym radę?

- Ręczę panu! Instytut nasz dysponuje najwybitniejszymi siłami!

- Wasz instytut?...

- Tak...

 

Stanisław Lem "Sezam i inne opowiadania", 1954 r.

 

 

 





Fantastyka-naukowa - subiektywny wybór