Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Stanisław Lem

Przekładaniec


Scenariusz filmowy

 

 

(Gabinet adwokata Harveya. Brzęczyk, głos sekretarki)

GŁOS: Klient do pana, mecenasie.

ADWOKAT: Kto taki?

GŁOS: Jeszcze u nas nie był. Pan Jones.

ADWOKAT: Dobrze, niech wejdzie.

(Wchodzi Jones)

ADWOKAT: Witam pana. Proszę spocząć.

JONES: Dziękuję. Mecenasie, chciałbym, żeby pan się zajął moimi sprawami. Nie mam do tego głowy ani czasu.

ADWOKAT: Oczywiście. Po to tu jestem. Pana twarz wydaje mi się znajoma. Czy myśmy się już gdzieś widzieli?

JONES: Może widział mnie pan w telewizji. Jestem kierowcą rajdowym.

ADWOKAT: Naturalnie! Zespół "Jones i Jones" - "bracia w życiu i bracia za kierownicą"! Że też się od razu nie zorientowałem.

JONES: Już nie ma zespołu. (pokazuje żałobną opaskę na ramieniu)

ADWOKAT: Brat pana nie żyje? Wyrazy współczucia.

JONES: Mówi się "trudno" i jeździ się dalej. Fajny był chłop, no i tego - wypadek. Dopiero przedwczoraj zdjęto mi szwy. Muszę wziąć się od nowa do treningów. Wyszedłem z formy.

ADWOKAT: Zapewne. A więc - co mogę dla pana zrobić?

JONES: To jest tak. Ja jestem kawaler, a brat był żonaty. Ubezpieczyliśmy się na krzyż. Jeżeli ja zginę, on bierze premię, a jeżeli on, to ja połowę i jego żona połowę. Znaczy się - wdowa po nim. Rozumie pan?

ADWOKAT: Ależ tak.

JONES: No, a teraz Towarzystwo Ubezpieczeń robi trudności.

ADWOKAT: Odmawiają wypłaty premii?

JONES: Odmawiają - nie odmawiają, ale kręcą. Chcą wypłacić tylko część.

ADWOKAT: Tylko część? Z tytułu ubezpieczenia na życie?

JONES: Tak wychodzi.

ADWOKAT: A jak to uzasadniają?

JONES: Ja tego dobrze nie rozumiem. Wychodzi na to, że brat nie całkiem umarł.

ADWOKAT: Że nie całkiem umarł? Więc żyje?

JONES: Skąd. Trup.

ADWOKAT: Został pochowany?

JONES: No, dużo to tam nie było do chowania, ale pogrzeb był. Bratowa poszła. Ja nie mogłem. Leżałem w szpitalu.

ADWOKAT: A jak się przedstawiał wypadek?

JONES: Zwyczajnie. Byłem na prowadzeniu. Pomparoni pchał mi się z lewej na koło, to ścinałem, ile lazło.

ADWOKAT: Co pan ścinał?

JONES: Zakręty. Aż przyszedł ten cholerny, za wzgórzem.

(Start rajdu. Tom Jones - kruczy brunet, brat Ryszarda - wśród dziennikarzy i kibiców. Błyski fleszów. Tom śmieje się przeraźliwym, tubalnym śmiechem jak z beczki. Ryszard już siedzi za kierownica. Tom wsiada. Maszyna rusza. Start. Jakiś odcinek trasy. Zakręt, pagórek, zza pagórka wyłania się wielkie rosochate drzewo. Przelatuje samochód, znika za pagórkiem. Huk. Drzewo powoli przechyla się i pada. Dym. Z dymu wytacza się jedno samochodowe koło. Syreny nadjeżdżających karetek. Sanitariusze wynoszą dwa ciała na noszach. Karetki odjeżdżają z wyciem. Drzwi sali operacyjnej. Dwa okryte bielą ciała wjeżdżają na dwóch wózkach na salę. Zegar. Po godzinie wyjeżdża tylko jeden wózek, tak samo okryty bielą)

(Gabinet adwokata)

JONES: Doktor mówił, że nie dało się go wyciągnąć. Robił, co mógł, ale nie wyszło. Powiada, że jego obowiązkiem jest ratować za wszelką cenę życie, no to wziął i uratował.

ADWOKAT: Doktor Burton? Ten chirurg?

JONES: Tak. Mniej więcej wyszło jakoś tak (pokazuje na sobie, robiąc zawile ruchy) - gdzieś dotąd to ja, a dalej to już Tom.

ADWOKAT: Tom?

JONES: Brat. Nazywał się Tomasz, a ja jestem Ryszard.

ADWOKAT: To znaczy, że z was dwóch...?

JONES: (z pewnym zniecierpliwieniem) No tak, tak. 

ADWOKAT: Transplantacja? Rozumiem. No dobrze, ale dlaczego Towarzystwo nie chce płacić?

JONES: Ja też się pytam. Powinien ich pan zmusić. Niech płacą. Ja jestem, wdowa jest, dzieci zostały. Wlazłem z tego wszystkiego w długi, a tu nadchodzi nowy rajd. Muszę szukać pilota. Bo ja jestem kierowcą rajdowym, a nie wyścigowym. Uważa pan?

ADWOKAT: Tak, tak, oczywiście... Ma pan może zdjęcie brata?

JONES: Mam. (podaje zdjęcie)

ADWOKAT: Istotnie, nie widzę żadnego podobieństwa.

JONES: Prawda? On był brunet, a ja jestem blondyn.

ADWOKAT: Czy można wiedzieć, jakie jest stanowisko bratowej?

JONES: Stanowisko? Czeka na pieniądze. Musi z czegoś żyć, nie?

ADWOKAT: Tak, naturalnie. Chodzi mi o to, czy ona, ehm, uważa się za wdowę?

JONES: A za co ma się uważać? Wiadomo, mąż nie żyje, to żona wdowa. Nie?

ADWOKAT: Na pewno, panie Jones. Ponad wszelką wątpliwość. Myślę, że oddał pan tę sprawę we właściwe ręce. Wkrótce otrzyma pan ode mnie dobrą wiadomość.

JONES: To się chętnie słyszy! (śmieje się dokładnie w ten sam tubalny i przeraźliwy sposób, jak jego brat na wstawce)

ADWOKAT: (w którym obudziła się wątpliwość) Panie Jones, a czy...

JONES: Co: czy?

ADWOKAT: Pan jest zupełnie pewien tego, że to właśnie pan jest Ryszardem Jonesem, a nie Tomaszem?

JONES: Jak mogę być Tomaszem? Każdy może być tylko sobą, nie? Brat był pilotem, a nie kierowcą. Kierowca - to ja. Zresztą jest dowód.

ADWOKAT: Dowód? Jaki dowód? 

JONES: Wdowa z dziećmi. Zostały sieroty, nie?

ADWOKAT: Naturalnie! A więc wszystko dokładnie wyświetlimy i mam nadzieję, że sprawy ułożą się po pana myśli. Na razie do zobaczenia.

JONES: Żegnam.

 

(Adwokat dzwoni do Towarzystwa Ubezpieczeń. Wnętrze ogromnej hali biur "Consolidated". Między szeregami biurek stoją na małych wózkach, podobnych do stolików barowych, plastykowe torsy z częściami do wyjmowania: sercami, nerkami, wątrobami, płucami itd.)

GŁOS: (z mikrofonu) Uwaga, meldunek ze szpitala stanowego. Numer 366/9 oraz numer 179/B przekwalifikowane na 45 D oraz 51 D.

(Urzędniczka wstaje i zaczyna przenosić serce i płuca z jednego torsu do drugiego. Na tym tle odbywa się rozmowa rzecznika z adwokatem)

RZECZNIK: Pan reprezentuje Jonesa? Nie radzę kierować sprawy do sądu. Przegrana jest pewna. Dlaczego? Dlatego, że obaj bracia Jones ubezpieczyli się nie od wypadku, lecz na życie. A kto żyje? Żyje ten, czyje organy, życiowo niezbędne, żyją. Miejsce, w którym one żyją, nie ma żadnego znaczenia. Tu czy tam - to dla nas żadna różnica. Grunt, że żyją. A skoro żyją, to żyje też sam ubezpieczony - w odpowiednim stosunku procentowym. Owszem! Mogę panu podać saldo. Hallo, panno Land! Poproszę o podanie aktywów cielesnych Tomasza i Ryszarda Jonesów!

(Urzędniczka przytacza dwa wózki z torsami i podaje rzecznikowi dwie kartoteki)

RZECZNIK: (do telefonu) Bilans Tomasza Jonesa przedstawia się następująco: 48,5 procent jego cielesnych ruchomości zostało zainwestowane w jego brata Ryszarda jako wkład o charakterze darowizny bezzwrotnej, pod postacią szeregu narządów osobistych. 21,5 procent cielesnych ruchomości wymienionego Tomasza zainwestowano w osobach trzecich, a do rodzinnego grobu złożono pozostałych 30 procent, spisanych na straty. Tak więc bilans czystych strat Tomasza Jonesa wynosi około 30 procent i w tej wysokości Towarzystwo skłonne jest honorować umowę ubezpieczeniową. Co? Jak pan mówi? Ryszard? Przecież sam pan twierdzi, że Ryszard żyje, więc jak możemy wypłacić jego premię pośmiertną? Co? Tomasz? Owszem, Tomasz nie żyje w 30 procentach. To wszystko. Cała reszta została zainwestowana i ma się doskonale. Żegnam.

 

(Podjazd szpitala. Adwokat wysiada z auta. Mijają go "koniki")

KONIK I: Pan szanowny życzy sobie czy też oferuje? Płacę najwyższe ceny.

KONIK II: Pan na zabieg? Coś poważnego? Potrzeba do kompleciku detali? Wątróbka? Nereczka? Prima, klasa, wszystko jak nowe.

ADWOKAT: Proszę zostawić mnie w spokoju!

(Adwokat kroczy szybko przez korytarz szpitalny. Drzwi z napisem "Reklamacje". Zagląda do środka. Rodzaj poczekalni. Facet, który siedzi z brzegu, ma dwie lewe ręce. Adwokat szybko zamyka drzwi i idzie dalej. Wchodzi do wielkiej sali. Ogromne szafy-lodówki. Duży ruch. Magazynier w białym fartuchu i w masce wydaje owinięte gazą tobołki, podobne do gomółek sera. Siostry odwożą te tobołki na szpitalnych wózkach. Pośrodku stoi główny chirurg, otoczony przez kilku lekarzy. Adwokat podchodzi do niego)

DOKTOR: Pan do mnie? Słucham.

ADWOKAT: Panie doktorze, jestem adwokatem Ryszarda Jonesa. On i jego brat byli przez pana operowani. Chodzi o to, że Towarzystwo Ubezpieczeń...

DOKTOR: Aha. Zaraz. Siostro! Proszę karty chorobowe Jones i Jones!

SIOSTRA II: (podchodząc do doktora) Panie doktorze, siódma operacyjna. Dzwonią, że nie pasuje.

DOKTOR: To niech magazynier wyda większe. Mówiłem, że będzie za małe.

(Siostra I przynosi doktorowi karty chorobowe)

DOKTOR: Aha. Przypominam sobie. No tak.

ADWOKAT: Powiedziano mi w Towarzystwie Ubezpieczeniowym, że nie wszystko z tego, co - e - pozostawił zmarły brat, otrzymał ten brat, który żyje.

DOKTOR: Ano tak. Była pewna superata. Zostało po prostu to i owo, a wobec niezwykłej ilości potrzebujących nie możemy przecież marnować takich nadwyżek. Pan to chyba pojmuje? Humanitaryzm nakazuje dzielić się. Jest to jedna z tych skomplikowanych sytuacji, jakie niesie z sobą postęp.

ADWOKAT: To znaczy, że poza żyjącym bratem jeszcze i ktoś trzeci...?

DOKTOR: No tak! Tak. A co się tyczy dalszych konsekwencji, zgodnie z moim powołaniem ratowałem człowieka, nie troszcząc się o jego stan, kawalerski czy małżeński. Toteż nie mogę powiedzieć panu obecnie, czy pani Jones jest wdową, czy nie jest. O tym musi zadecydować sąd. Chyba że dojdzie do jakiejś ugody. Ale to nie moja rzecz.

ADWOKAT: Doktorze, co pan mówi?! Ja właściwie nie w tej sprawie, ale... Więc pan powiada, że wdowa może nie być wdową? Przecież rozpoznaje żyjącego jako szwagra! Była na pogrzebie męża! Jakież mogą powstać wątpliwości?!

DOKTOR: Niestety, są wątpliwości. Nawet bardzo poważne. Powiedzmy, że naciskany naglącymi okolicznościami, dokonuję takiego zabiegu... (pokazuje ręką, jakby się przecinał w pasie na dwie połowy) Kto, według pana, pozostaje wtedy przy życiu? Czy małżeństwo zawiera ten (pokazuje od pasa w górę) - czy ten? (pokazuje od pasa w dół) My tutaj zajmujemy się tylko ciałem. O tym, która część jest decydująca pod względem matrymonialnym, powinno przesądzić prawo.

ADWOKAT: Więc to tak było! A czyja jest góra?

DOKTOR: Mecenasie, podałem panu jedynie przykład poglądowy. Rzeczywisty zabieg był daleko bardziej skomplikowany. Utworzyliśmy nową całość organiczną, przystosowaną do życia. Przecież równie dobrze może być i tak... (pokazuje na sobie, jakby się przecinał w pionie i w poziomie - na ćwiartki)

SIOSTRA III: Panie doktorze, pacjent z osiemnastki zmarł.

DOKTOR: Co, znowu? Niech doktor Finger zaraz go wskrzesi. (do adwokata) Bywa rozmaicie, pojmuje pan? To jest nasze zadanie. Nie mamy wpływu na konsekwencje natury prawnej, jakie mogą stąd wynikać!

ADWOKAT: Takiego przypadku jeszcze nie miałem. Co radzi mi pan robić, doktorze?

DOKTOR: Zdarzają się wypadki znacznie trudniejsze, zapewniam pana. W ubiegłym tygodniu doktor Gregg z Cincinnati dostał naraz osiemnastu pacjentów. Autobus, którym jechały te osoby, zleciał z mostu. Osiemnaście osób wsiadło do autobusu, a po operacji okazało się ich dziewiętnaście. I teraz, proszę pomyśleć, problem identyczności tej dziewiętnastej osoby! Papiery dla niej. Gdzie jest jej ojciec? Jej matka?

ADWOKAT: Czy to możliwe?

DOKTOR: Przecież mówię panu - to się właśnie zdarzyło doktorowi Greggowi. Zgodnie z przysięgą Hipokratesową, musimy ratować jak najwięcej życia. Pacjenci musieli być znacznej tuszy, znacznego wzrostu. Tak krawiec kraje, jak mu sukna staje. Co tam znowu?

(Hałas, pojawia się pastor i z dala już mówi sopranem, gestykulując)

PASTOR: Ja tego nie zniosę! To mi zrujnuje karierę duchowną! Przecież nie mogę wygłaszać kazań takim głosem!

DOKTOR: Ależ, pastorze! Pastorze! Wyjaśniłem już panu, że to jest do odrobienia! (do lekarza obok) Kolego, zajmijcie się nim... (odprowadzają pastora)

ADWOKAT: I nic mi pan nie poradzi?

DOKTOR: Małżeństwo uważane jest zarówno za sprawę ducha, jak i ciała. Co się tyczy strony psychicznej, może się pan zwrócić do psychoanalityka, u którego leczył się pański klient. Musi pan przywykać. Podobnych wypadków mamy coraz więcej. Przy większej ilości dawców nieraz trzeba wiek pacjenta określać podług średniej arytmetycznej wieku wszystkich.

SIOSTRA III: Panie doktorze, dzwoni siódemka, pacjent gotów.

DOKTOR: Już tam idę. Przepraszam pana. Czas na mnie... (odchodzi)

(Adwokat, bardzo głęboko zamyślony, rusza za pielęgniarzem, który toczy przed sobą wózek okryty bielą. Wchodzi za pielęgniarzem i wózkiem przez szklane matowe drzwi. Po sekundzie wylatuje stamtąd z powrotem jakby goniony przez diabła)

 

(Gabinet adwokata. Wchodzi wdowa)

ADWOKAT: Witam. Pani Jones, czy tak?

WDOWA: Tak. A pan jest jego adwokatem? Przyszłam tylko, żeby panu powiedzieć, że on się tak łatwo nie wykręci.

ADWOKAT: Kto taki? Ryszard?

WDOWA: To jeszcze kwestia, czy to Ryszard.

ADWOKAT: Pani ma wątpliwości?

WDOWA: A co mi tam wątpliwości! Mnie wszystko jedno. Ale jeśli to Ryszard, niech odda forsę z ubezpieczenia, za to, co ma po moim mężu, a jeżeli Tomasz, to niech nie siedzi w hotelu i niech nie wyrzuca pieniędzy na adwokatów, tylko niech wraca do żony i dzieci.

ADWOKAT: Zaraz! Chwileczkę! Albo się pani uważa za wdowę, albo za zamężną. Jeżeli...

WDOWA: Wiem. Wiem! Chce mnie pan skołować. Żadnych dyskusji nie będzie. Mam swojego adwokata. Czekam do soboty, a potem będziemy już rozmawiali, ale w sądzie! (wychodzi)

JONES: (wchodzi ostrożnie) Widziałem ją. Mecenasie, była u pana, co?

ADWOKAT: Pańska szwagierka? Owszem. Zna pan jej żądania?

JONES: Aż za dobrze. Chce albo samej forsy, albo jeszcze i mnie na dodatek. Jak się inaczej nie da, to się chyba do niej przyznam. Zawsze będę jako mąż bliżej tych pieniędzy, nie? A co pan mi radzi?

ADWOKAT: Drogi panie Jones, muszę pana zmartwić. To nie jest takie proste. Byłem w szpitalu i rozmawiałem też z rzeczoznawcami. Niestety, nie udało się stwierdzić, czy pan żyje, czy też pan zmarł.

JONES: Że jak?

ADWOKAT: Niech się pan tylko nie denerwuje! Nie mówię o stanie subiektywnym, drogi panie, tylko o stanie prawnym! Małżeństwo zawiera się zarówno w sensie duchowym, jak i w sensie cielesnym. Pod względem duchowym jest pan zapewne Ryszardem Jonesem. Ale pod względem cielesnym... (rozkłada ręce)

JONES: Co pan tu mi opowiada? To kim ja jestem właściwie?

ADWOKAT: Na rozprawie musi powstać problem ojcostwa dzieci, drogi panie Jones. Otóż pod względem duchowym nie jest pan ich ojcem, ponieważ nie zamierzał pan mieć dzieci ze swoją szwagierką ani też nie planował pan myślą kroków, których skutkiem jest ojcostwo. Nieprawdaż?

JONES: Pewno, że nie chciałem. W życiu nic z nią nie miałem! Co za idiotyzm, przecież to bratowa!

ADWOKAT: Ależ tak! Lecz proszę uważać: ze stanowiska pańskiego życia duchowego nie jest pan ojcem tych dzieci także w sensie prawnym. To nie pan przecież odpowiadał "tak" na pytanie pastora: "Czy chcesz pojąć ową kobietę za żonę?" Lecz, niestety, uległ pan wypadkowi i doszło do całego szeregu transplantacji. Zachodzi obawa, a nawet pewność, że pan jest pod względem cielesnym ojcem. Albowiem znajduje się pan obecnie w posiadaniu takich regionów tamtego ciała, które, z tytułu ich przeznaczenia i funkcji, zawiadują ojcostwem.

JONES: Nic nie rozumiem, ale to nieprawda. Żadnym ojcem nie jestem. W życiu nie tknąłem bratowej. Owszem, jak się nie da inaczej - mogę zaadoptować, ale nic więcej.

ADWOKAT: Panie Jones! Pan nie ogarnia jeszcze zawiłości tej sprawy! Ojciec nie może zaadoptować własnych dzieci, a ponieważ, będąc cieleśnie ojcem, pan nim nie jest duchowo, z tytułu matrymonialnego, albowiem to nie pan poślubił matkę tych dzieci, tylko pana brat, wynika z tego, że pan jest częściowo szwagrem, częściowo zaś mężem, i to samo też dotyczy ojcostwa! Lecz ani częściowe małżeństwo, ani częściowa adopcja, ani też rozwód na trzydzieści procent nie są możliwe prawnie!! Toteż nie może się pan ani rozwieść ze szwagierką, ani pobrać, chyba żeby zeznał pan przed sądem, że dzieci te nigdy w ogóle nie były dziećmi pańskiego brata, ale że pan, cudzołożąc, spłodził je przed wypadkiem ze szwagierką!

JONES: To wtedy byłbym ich ojcem? Dziękuję!

ADWOKAT: Nic podobnego! Wtedy właśnie byłby pan tylko ich wujem! A to, ponieważ obecnie pana zmarły brat znajduje się w posiadaniu... Chociaż nie! Przecież partycypowały w tym osoby trzecie! Być może, ojciec tych dzieci jest zupełnie gdzieś indziej i nawet nic o tym nie wie. Co za wypadek! Co za niesłychany casus prawny! Historyczny precedens!

JONES: Daj mi pan spokój! Co się pan tak entuzjazmuje? Więc co ja mam robić, do jasnej cholery?

ADWOKAT: Proszę tylko nie tracić nerwów. Głowa do góry!

JONES: Jasne, że nie mogę sobie pozwolić na żadne zdenerwowanie. W piątek mam rajd. Mecenasie, przyjdę do pana w sobotę. Wtedy się to załatwi. Będę miał wolniejszą głowę.

ADWOKAT: Dobrze, drogi panie, ale pozostaje jeszcze jedna kwestia. Koszta rosną, wie pan. Wskazana jest zaliczka.

JONES: Po rajdzie. Zapłacę, jak wygram. 50 000 wystarczy chyba na wszystko, nie? Zadłużyłem się, aż mi wierzyciele żyć nie dają. Wciąż łażą za mną. Ja tu - oni tu. Ja tam - oni tam. Co za cholerny pech z tym wszystkim!

(Na ulicy otacza Jonesa, wychodzącego z bramy, kilkanaście osób w różnym wieku)

JONES: Odczepcie się! Dajcie mi spokój. No, jazda! Nie ma żadnej forsy. W sobotę pogadamy. Tak, w sobotę! Do soboty nic! (wsiada do auta i odjeżdża; wierzyciele z rozczarowanymi minami patrzą w ślad za nim)

 

(Gabinet adwokata. Wchodzi Jones. Kuleje nieznacznie. W raku damska torebka, odkłada ją raczej ukradkiem gdzieś na bok)

ADWOKAT: Cieszę się, że pana widzę, drogi panie. Długośmy się nie widzieli!

JONES: (siadając ostrożnie) A, tak. Prawie trzy miesiące. Co za cholerny pech!

ADWOKAT: Gorąco panu współczuję. Pragnę też jednocześnie wyrazić panu moje najserdeczniejsze kondolencje. Słyszałem, że wskutek tragicznego wypadku stracił pan szwagierkę. To jest żonę. Zresztą, teraz to już nie jest istotne. Stracił pan w każdym razie osobę bliską i gorąco współczuję panu! Czy przyszedł pan w sprawie sporu z ubezpieczeniem? Rzecz jeszcze nie ruszyła z miejsca, wie pan, ale...

JONES: Nie, panie. Mam nowe kłopoty. Siedzę w takim imadle, że już nie wiem, co robić.

ADWOKAT: O? Czytałem o pana katastrofie...

JONES: W gazetach nie było wszystkiego. Tajemnica lekarska. No, gdyby nie doktor Burton, już bym nie żył. Ale kiedy wyjął mi przedwczoraj szwy, przyniesiono mi pocztą pozwy sądowe. Sześć sztuk! Z tym właśnie przychodzę do pana. Musi mnie pan ratować!

ADWOKAT: Zrobię, co będę mógł. O co idzie?

JONES: (wyjmuje z kieszeni kartkę) Nie spamiętałbym wszystkiego, to sobie zapisałem. To jest tak. Skarżą mnie o przywłaszczenie kosztowności, o profanację, czyli zbezczeszczenie... dalej nie mogę przeczytać. Ma pan może lupę?

(Adwokat podaje lupę)

JONES: No, tak. O zaniedbanie obowiązków matki.

ADWOKAT: Chyba ojca?

JONES: Nie, matki.

ADWOKAT: Pan jest kobietą?

JONES: Skąd.

ADWOKAT: Zmienił pan płeć?

JONES: Niczego nie zmieniałem. To znaczy... (masuje sobie kolana) właściwie nie, to nie ja zmieniłem, to ona. Chociaż też nie, bo ona nie żyje.

ADWOKAT: Nic nie rozumiem. Jaka "ona"?

JONES: Salomea Tinnel.

ADWOKAT: Kto to jest?

JONES: Ten rajd miał mnie finansowo postawić na nogi. Poszukałem sobie nowego pilota. Frank Smith. Może pan słyszał. Równy był chłop! Ale, cholera, ten mój pech!

ADWOKAT: Co, znowu z was dwóch...?

JONES: Nie. Tym razem było jeszcze gorzej. Ci moi wierzyciele i rozmaici inni ludzie przyszli popatrzeć na rajd, nie? Najlepszy widok jest na wirażu. Nawet szwagierka, chociaż miała do mnie pretensje, też przyszła. Jednym słowem, razem z nią stało tam osiem osób. (wyjmuje inną karteczkę) Wierzycieli moich pan zna, więc ich opuszczę. Poza tym Salomea Tinnel, lat 35, Nancy Quine lat 23, o szwagierce już pan wie, i tak to było: wszedłem w zakręt na stu osiemdziesięciu i byłbym wyprowadził, ale mi tył uciekł. Jak mnie nie weźmie, nie obróci...

(Wiraż. Grupa osób - widzów: szwagierka-wdowa, wierzyciele, dwie kobiety, z boku człowiek z psem-bokserem na smyczy. Samochód zbliża się z szaloną szybkością, wpada w poślizg, wylatuje z szosy, wali się drzewo - tam gdzie stała grupa ludzi - bucha dym, z dymu wytacza się jedno koło samochodowe, za nim drugie. Wycie karetek. Znane już drzwi sali operacyjnej. Wjeżdża gęsiego długa kolumna wózków okrytych bielą. Wyjeżdża tylko jeden wózek)

(Jones peroruje i gestykuluje w gabinecie adwokata)

JONES: No i straciłem przytomność. Doktor mówi, że robił, co mógł. Kupę forsy jestem mu teraz winien. Wierzycieli niby się pozbyłem, ale i tak mam długów potąd!

ADWOKAT: I szwagierka też... Jakże panu współczuję!

JONES: (od czasu do czasu dotyka kolan, bioder, masuje sobie stawy) Też.

ADWOKAT: Więc kto właściwie skarży pana teraz i o co?

JONES: Narzeczony tej Nancy Quine - to raz. O zwrot platyny i złota.

ADWOKAT: Jakiego złota?

JONES: Tego... (otwiera gębę i pokazuje złote korony) Ten narzeczony jest dentystą. Mieli się pobrać. Po narzeczeńskiej zażyłości powstawiał jej to i owo. Wszystko na złocie, a mostek platynowy. Teraz żąda, żebym mu to oddal.

ADWOKAT: Pan? Jemu?

JONES: Tak. Mówi, że to był prezent narzeczeński, a ja nie jestem jego narzeczoną. Niby racja, ale czy ja to zabrałem? Nikogo nie prosiłem o żadne korony. Żadnych złotych koron nie zamawiałem, więc dlaczego mam coś oddawać?

ADWOKAT: No... e... zapewne... panie Jones. Osobliwa sprawa! Czy to są wszystkie roszczenia przeciwko panu?

JONES: Skąd! Ta druga kobieta, Salomea Tinnel... nie znałem jej. Na oczy jej nie widziałem, a teraz jej wuj żąda, żebym łożył na utrzymanie dzieci.

ADWOKAT: Jej dzieci?

JONES: No tak.

ADWOKAT: Rozumiem. Ponieważ spowodował pan ten wypadek na trasie i jest pan sprawcą, jakkolwiek nieumyślnym, co?

JONES: Nic pan nie rozumie. Komisja stwierdziła, że nie jestem winien wypadku, bo tam był rozlany olej. Nie przez wypadek mam płacić, tylko dlatego, no, jednym słowem, w charakterze matki, względnie kontynuacji matki!

ADWOKAT: Kontynuacja matki? Kto wymyślił to sformułowanie?

JONES: Adwokat tego wujaszka. Powiada, że jestem matką w czwartej części.

ADWOKAT: O jaką matkę chodzi?

JONES: Nie, z panem się rozmawia! Mecenasie, ta kobieta, Tinnel, miała troje dzieci. Tak? Była okropnie schorowana - na reumatyzm. Teraz, jak idzie na deszcz, to tak mnie w kolanach łupie, że nie czuję sprzęgła ani gazu. To dla mnie fatalne, sam pan pojmuje!

ADWOKAT: To znaczy, że pani Tinnel... że jej nogi...

JONES: No tak. Mniej więcej dotąd. (niewyraźne ruchy w okolicy ud) Taki reumatyzm, takie to wszystko schorowane, a ten wuj, łajdak, żąda, żebym się opiekował małymi, przysyła mi listy z pogróżkami, pisze tak: (wyciąga z kieszeni list) "Albo będziesz pan łożył na dzieci, albo żądam, żebyś niezwłocznie złożył nieodżałowane szczątki mej siostrzenicy do rodzinnego grobowca. Nie dopuszczę do tego, by ktoś wywijał resztkami mej drogiej zmarłej!" I co pan na to? Ludzie są tacy bezwzględni!

ADWOKAT: Sporo tego. Pozwoli pan, że zanotuję? (pisze i mruczy) Mhm. Profanacja, złote korony, mostek, troje dzieci, obowiązek matki, reumatyzm... A zatem, mój panie Jones, skoro mi pan już wszystko wyjaśnił...

JONES: Jakie tam wszystko. Jest jeszcze należność doktora Millera i na dodatek - pies.

ADWOKAT: Czegóż żąda ów doktor?

JONES: Żebym zapłacił za leczenie reumatyzmu. Pani Tinnel leczyła się u niego, ale płaciła rocznie. Właśnie teraz przypada termin zapłaty. Doktor powiada, że leczył nogi, i nogi są, więc płacić ma ten, kto chodzi nimi, kto ma te nogi. Grozi, że będzie mnie skarżył i że mnie zlicytuje! Ale, raz, że łupie mnie w stawach jak diabli...

ADWOKAT: Nie! Nie tak, panie Jones! To fałszywa linia! Do tego proszę się nie przyznawać!

JONES: Jak to? Kiedy mówię panu, że jak się tylko zanosi na deszcz...

ADWOKAT: To nie ma nic do rzeczy. Jeśli pan się raz przyzna, że to nie pańskie nogi...

JONES: Są moje! Przecież chodzę na nich, nie?

ADWOKAT: W każdym razie zabraniam panu wdawać się z powodami w jakiekolwiek spory czy rozmowy. Od tej chwili ja sam będą reprezentował wszystkie pańskie interesy.

JONES: Doskonale.

ADWOKAT: A co pan tam wspominał jeszcze o jakimś psie?

JONES: Owszem. Stał tam jakiś typ z boku. Wyszedł cało, ale ten jego pies, bokser, znikł. On utrzymuje, żem go sobie przywłaszczył.

ADWOKAT: Pan?

JONES: Tak. Ale to nonsens. Wzięte z powietrza. Nic nie wiem o żadnym psie. Doktor Burton też go sobie nie przypomina.

ADWOKAT: Zaraz. Na wszelki wypadek zapiszemy. Pies rasy bokser. Dobrze. To już wszystko?

JONES: Na razie tak. (wstaje) Gdzie jest? Przysiągłbym, że tu ją gdzieś położyłem. Nie widział pan?

ADWOKAT: Czego?

JONES: Torebki.

ADWOKAT: Tu leży jakaś torebka. (wskazuje damską torebkę, którą Jones położył z boku na krześle)

JONES: Rzeczywiście. Dziękuję. (bierze torebką, wyjmuje chustkę, wyciera nią czoło)

ADWOKAT: Pan używa torebki...?

JONES: Tak. Wygodniej. Nie uważa pan? Kieszenie się nie rozpychają...

ADWOKAT: A można wiedzieć, czy od dawna?

JONES: Nie pamiętam. Od jakiegoś czasu. A więc, mecenasie...

ADWOKAT: Zaraz, panie Jones. Koszta zaczną teraz narastać. Sam pan pojmuje - tyle spraw! Jestem zmuszony prosić pana o zaliczkę.

JONES: Spodziewałem się tego. Na razie mogę dać panu tylko sto dolarów, ale w przyszłym tygodniu startuję w rajdzie środkowoamerykańskim. Pierwsza nagroda 80000. Opędzi wszystkie koszta, nie? Muszę teraz porządnie trenować. Naładowany jestem aspiryną jak apteka... Oj, te nogi, te nogi! Ale mówi się "trudno". Aha, mecenasie, mam zamiar ubezpieczyć się przed tym rajdem, wie pan, ale tak, żeby potem w razie czego Towarzystwo nie mogło się wykręcić sianem. Proszę o pańską pomoc.

ADWOKAT: Chętnie. Przypilnuję tego. Panie Jones, czy pan uczęszcza wciąż do tego samego psychoanalityka?

JONES: Tak. Do doktora Banglossa. Albo co?

ADWOKAT: Nic. Chciałem po prostu wiedzieć. Do widzenia... i złamania karku!

JONES: Bóg zapłać.

 

(Adwokat w gabinecie przyjąć psychoanalityka, doktora Banglossa)

ADWOKAT: Tak więc jestem adwokatem Ryszarda Jonesa. Zresztą wyjaśniłem już cel mojej wizyty telefonicznie...

BANGLOSS: Ależ tak. Bardzo proszę. Rozumiem, że musi pan poznać duchowe kulisy. Dobrze. Jones... osobliwy przypadek!

ADWOKAT: Właśnie. Jest uwikłany w szereg spraw. Sąd może wezwać biegłych, wie pan, doktorze... żeby wydali orzeczenie. Jako jego obrońca muszę być na to przygotowany.

BANGLOSS: Tak. Mówił mi pan to, pamiętam. Tu mam jego materiały... ale zasadniczo to przecież tajemnica lekarska.

ADWOKAT: Działam w imieniu Jonesa. Dla jego dobra. Mnie tak samo obowiązuje zawodowa tajemnica.

BANGLOSS: No tak. W ciągu ostatniego roku zarysowały się w nim pewne zmiany...

ADWOKAT: Zmiany? Jakie?

BANGLOSS: (wskazuje na magnetofon) Mam tu zarejestrowane fragmenty kuracji Jonesa. Stosuję metodę wolnych skojarzeń. Wie pan, na czym ona polega? Ja mówię jedno słowo, a pacjent odpowiada pierwszym, jakie przyjdzie mu do głowy.

ADWOKAT: Znam to. Oczywiście.

BANGLOSS: Fragment pierwszy pochodzi sprzed dwóch lat. Proszę posłuchać.

(Włącza magnetofon. Słychać głosy Jonesa i Bangłossa)

BANGLOSS: Noc.

JONES: Reflektory.

BANGLOSS: Ciemność.

JONES: Bezpiecznik.

BANGLOSS: Jak to "bezpiecznik"?

JONES: Skoro jest ciemno, to światła nawaliły, nie?

BANGLOSS: Uwaga, idziemy dalej. Kapelusz.

JONES: Zawór.

BANGLOSS: Jak pan kojarzy kapelusz z zaworem?

JONES: Zwyczajnie. Kapelusz to cylinder, a w cylindrze są zawory.

BANGLOSS: Aha. Uwaga! Krew.

JONES: Stop.

BANGLOSS: Dlaczego "stop"?

JONES: No, czerwone światło.

BANGLOSS: Trójca Święta.

JONES: Dwójka.

BANGLOSS: Co to "dwójka"?

JONES: Drugi bieg.

BANGLOSS: Kalambur.

JONES: Karburator.

(Bangloss wyłącza magnetofon)

BANGLOSS: Tak, panie mecenasie, było przed dwoma laty. Cała symbolika freudowska sprowadzała się u niego do auta. Na łydki mówił "chassis" i nawet drążek, uważa pan, to była dla niego dźwignia zmiany biegów. A oto fragment protokołu nagranego po wypadkach.

(Włącza magnetofon)

BANGLOSS: Kapelusz

JONES: Woalka

BANGLOSS: Kwiat.

JONES: Organy.

BANGLOSS: Dlaczego "organy"?

JONES: Pojęcia nie mam. Tak mi się powiedziało.

BANGLOSS: A co za organy?

JONES: Zwyczajne. Grające.

BANGLOSS: Tłok.

JONES: Obrączka.

BANGLOSS: Atrament.

JONES: Sakrament.

BANGLOSS: Benzyna.

JONES: Rękawiczki.

(Psychoanalityk wyłącza magnetofon)

BANGLOSS: Więc, mecenasie, tu nie może być żadnej wątpliwości. Kapelusz - woalka, rzecz jasna - ślubna, kwiat - organy, chodzi o kwiecie pomarańczy, sytuacja ślubu. Tłok, poprzez pierścień tłokowy, kojarzy mu się ze ślubnym pierścionkiem, czyli obrączką. Z atramentu robi się sakrament małżeński, tak jak benzyna kojarzy mu się z rękawiczkami. Tylko kobietom kojarzy się, mój panie, bo mężczyźni nie bawią się w czyszczenie rękawiczek.

ADWOKAT: Wielki Boże! A więc naprawdę go nie ma?

BANGLOSS: Co też pan mówi? Jak to nie ma go?

ADWOKAT: To przecież jasne - on jest Nancy Quine! Tą dziewczyną, która...

BANGLOSS: Nie. Takie proste to nie jest. Ona by nie połączyła w ogóle tłoka z obrączką. Tłok na pewno nie kojarzyłby się jej z pierścieniami. Najwyżej ze ściskaniem. Ja bym powiedział tak: po wierzchu mamy Jonesa, a w głębi - dziewczynę. Jak masło na chlebie!

ADWOKAT: Masło na chlebie? Pan żartuje...

BANGLOSS: Bynajmniej. Czy pan nie wie, jak pracuje dzisiaj chirurg? Kawałek skóry, kawałek plastyku, kawałek jeszcze czegoś, co pod ręką - zeszył to, co akurat się nawinęło. Musiał sztukować. Po trochu.

ADWOKAT: Po trochu?

BANGLOSS: Najwidoczniej. To znaczy - o samej operacji nic mi nie wiadomo.

ADWOKAT: Więc kimże on jest właściwie?

BANGLOSS: A kim jest przekładaniec?

ADWOKAT: Ale ja nie mogę reprezentować w sądzie przekładańca!

BANGLOSS: Dlaczego nie? Nowe czasy - nowe obyczaje. Przywyknie pan!

ADWOKAT: Coś jednak musi być górą! Czy on jest Jonesem?

BANGLOSS: Trudno powiedzieć. Stał się chwilami agresywny. Na ostatnim seansie, kiedy wprowadziłem go w hipnotyczny trans, ugryzł mnie. (pokazuje obandażowany palec)

ADWOKAT: Ugryzł pana? Wielki Boże, pies!

BANGLOSS: Jaki pies?

ADWOKAT: Bokser. Też się tam kręcił.

BANGLOSS: Gdzie?

ADWOKAT: Na miejscu wypadku. Potem znikł. Widział pan to miejsce?

BANGLOSS: Nie. Czy to ma jakieś znaczenie?

ADWOKAT: O tyle, o ile. Wszyscy stali pod ogrodzeniem. Taka siatka. No i samochód wleciał na nich... a pies też tam był. Był i znikł. Są na to świadkowie.

BANGLOSS: Sądzi pan...? Hm. Pies? Wobec tego, jakkolwiek to... tego... może powinienem się zaszczepić?

ADWOKAT: Sądzi pan, że Jones może być wściekły?

BANGLOSS: Nie Jones. Pies.

ADWOKAT: A czy to możliwe, żeby...

BANGLOSS: Dlaczego nie? On ewentualnie odrzuci przeszczep, ale tymczasem ja mogę dostać wścieklizny. Lepiej zrobię to. Na wszelki wypadek. Dziękuję panu za tę informację.

ADWOKAT: Nie ma za co. Ale co robić z tą sprawą?

BANGLOSS: Wypadki toczą się z taką szybkością... Radzę panu na razie wstrzymać się z działaniem do następnego rajdu.

ADWOKAT: Sądzi pan? Być może... (wstaje, by się pożegnać)

 

(Gabinet adwokata. Głos sekretarki)

GŁOS: Panie mecenasie, przyszedł pan Jones.

ADWOKAT: A, więc jest?!! Doskonale! Niech wejdzie!

(Wchodzi Jones)

JONES: Moje uszanowanie, mecenasie. Przychodzę do pana, bo...

ADWOKAT: Wiem dobrze, z czym pan przychodzi! Czekałem na pana.

JONES: Pan na mnie czekał? To dziwne

ADWOKAT: Dlaczego dziwne?

JONES: Dlatego, że do wczoraj nie byłem jeszcze w ogóle zdecydowany, jakiego wezmę adwokata. W końcu jednak postanowiłem udać się do pana, bo Jones tyle dobrego mi o panu opowiadał.

ADWOKAT: Jones? Jaki Jones?!

JONES: No, Ryszard Jones, mój kierowca z ostatniego rajdu, ten biedak... Ale prawda. Toż ja się zapomniałem przedstawić. Nazywam się John Fox. Jestem pilotem rajdowym. Byliśmy z Jonesem starymi kumplami. Kiedy zaproponował mi wspólny udział w tym rajdzie, chętnie się zgodziłem. Właśnie wtedy opowiedział mi, jak pan zabiega o jego interesy! No, a że sam rajd skończył się dla niego fatalnie - to już taka nasza ryzykowna profesja, nie? Pierwszych dwieście mil szliśmy w czołówce jak złoto, Ryszard doskonale prowadził, jak za najlepszych swoich dni, i dopiero na tym piekielnym wirażu...

(Trasa. Samochód rajdowy. Wiraż. Samotne drzewo. Huk. Drzewo chyli się i pada. Narastający jęk syren. Drzwi sali operacyjnej)

 

Koniec

 

1968 r.

 

Stanisław Lem "Bezsenność", 1971 r.

 

 

 





Fantastyka-naukowa - subiektywny wybór