Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Gazeta Wyborcza - 17/06/1995

 

 

Janusz Tazbir

Lustracja po staropolsku

 

 

 

Uczestniczyłem kiedyś w egzaminie magisterskim, podczas którego delikwenta zapytano: "Co, pana zdaniem, miał w XVII stuleciu robić ambitny plebejusz, który pragnął zostać szlachcicem?". Padła na to odpowiedź świadcząca o całkowitej nieznajomości epoki: "Napisać podanie do króla".

Tymczasem już od 1578 r. nobilitacje leżały w gestii sejmu, co zmniejszyło aż pięciokrotnie ich liczbę. Herb nadawano przeważnie na wniosek monarchy, ale szlachta krzywo na to patrzyła, nie uważając tych aktów za w pełni prawomocne. Żadne zasługi dla Rzeczypospolitej, poza wojennymi, nie liczyły się w jej oczach; jedyna legalna droga miała prowadzić przez pole bitewne. Jeśli zaś udowodniono komuś, że podszywając się pod szlachectwo dzierży nieprawnie dobra ziemskie, ulegały one konfiskacie na rzecz donosiciela.

Największym chyba delatorem na tym polu okazał się Walerian Nekanda Trepka (ok. 1585-1640), który latami układał obszerny, bo liczący w ostatecznej wersji przeszło dwa i pół tysiąca stron, rejestr uzurpatorów, podających się za szlachtę. Obok plebejskich nuworyszów, bękartów (a więc nieprawych dziedziców fortuny), cudzoziemców przywłaszczających sobie herby, trafili doń także ludzie nobilitowani przez króla, ale bez wiedzy sejmu.

Trepkowie należeli do najstarszych rodów szlacheckich, ich fortuna stopniała jednak tak bardzo, że pan Walerian musiał po 1630 r. osiąść w Krakowie, gdzie zapewne utrzymywał się z udzielania pożyczek na procent. Biedy nie klepał, lecz daleko mu było do dochodów miejskiego patrycjatu. Zrozumiała jest więc nienawiść, jaką żywił wobec wzbogaconych plebejuszów sięgających po klejnot herbowy. Z jakąż satysfakcją odebrałby im nie tylko nieprawnie dzierżone dobra ziemskie, ale i kapitały, a nawet domy posiadane w miastach!

Rejestr, o którym mowa, zawierał dokładne dane: Nekanda w swej "księdze polowań" opisywał nawet (niczym w liście gończym) wygląd owych przestępców, a co ważniejsze dla nas, raz po raz przytaczał smakowite anegdoty na ich temat. Przeszła ona do literatury pod nadanym jej przez kopistę tytułem "Liber chamorum", choć Trepka nie używa jeszcze tego terminu (jak ustalił Józef Matuszewski, słowo "cham" pojawia się w polszczyźnie dopiero w ostatniej ćwierci XVII wieku). Swój rejestr, ułożony w porządku alfabetycznym, nazwał uczenie: księga pochodzenia plebejuszów ("Liber generationis plebeanorum").

Zaślepiony nienawiścią do ludzi bezprawnie osłaniających się tarczami herbowymi, Trepka traktował poważnie każdą relację ukazującą ich w zdecydowanie nieprzychylnym świetle. Stąd też Jarosław Iwaszkiewicz recenzję "Liber chamorum", opublikowaną w "Życiu Warszawy" po pierwszej edycji tego dzieła (1963 r.), zatytułował był: "Góra plotek". Nie krył w niej swego zachwytu dla bogatych treści obyczajowych, jakie owo dzieło zawiera.

Istotnie, znajdujemy w nim barwną panoramę ówczesnych stosunków, a nawet wzmiankę o pierwszym przypuszczalnie Mulacie, jaki urodził się w dawnej Polsce. Był to syn Murzyna Aleksandra Dynisa, pozostającego w biskupiej służbie. "Chłop czarny, wysoki, dorodny, duży", przybrał sobie nazwisko Rodacki (vel Rodawski); w kraju było mu chyba za ciasno, skoro wywędrował później z Rzeczypospolitej, aby wziąć udział w wojnie trzydziestoletniej.

Choć Walerian Nekanda Trepka z lubością rozpisywał się o przestępstwach zuchwałych plebejuszów, nie po nich wszakże zalecał ich rozpoznawać. Rzekomą szlachtę zdradzały przede wszystkim gminne maniery i takaż wymowa. W "Liber chamorum" raz po raz czytamy, iż ktoś tam został zdemaskowany, ponieważ "mowę chłopską miał szepluniawą i prostak w obyczajach". Najbezpieczniej byłoby się w ogóle nie odzywać, ale jak długo można milczeć w towarzystwie?

Nie należał do najłatwiejszych żywot ludzi, którzy do szlachectwa wdrapywali się "kuchennymi schodami". Były one ciemne, śliskie i nieraz zdradliwe, ale mimo wszystko możliwe do przebycia. Już dawno zauważano, iż na podstawie pana Trepkowych opowieści można pisać całe nowele o wędrówce po upragniony klejnot, a Zbigniew Kuchowicz, badacz staropolskiego obyczaju, sądził nawet, iż Nekanda "winien znaleźć się na liście prekursorów nowelistyki polskiej". Jakże przedziwne historie działy się - jeśli mu wierzyć - w alkierzach dworskich i izbach czeladnych, w katowniach i zamtuzach, w szykach i na plebaniach oraz po biskupich dworach!

Niczym w baśniach niespodziewanie odkryte skarby lub chytrze a bezczelnie ukradzione pieniądze torowały plebejuszom drogę do szlachectwa. Dzięki terytorialnej rozległości Rzeczypospolitej było ono łatwiejsze do uzyskania, skoro ziemiaństwo poszczególnych regionów nie bardzo się nawzajem ze sobą znało. Stąd tak częsty u Trepki motyw przenoszenia się aspirujących do herbu nuworyszów w inne kąty kraju. Nawet on sam zna głównie tych, co się w Małopolsce pod szlachectwo podszywali.

Najczęściej wszakże osłaniała ich protekcja możnych; w ten właśnie sposób zdobywała herby magnacka klientela czy nieślubne potomstwo wielkich panów. Bękarci przydarzali się i wyższemu duchowieństwu. Trepka wymienia jako ojców nieślubnych dzieci opatów Białobrzeskich i Stanisława Reszkę, co nie przeszkadzało im w piętnowaniu niemoralnego stylu życia, jaki prowadzą zwolennicy reformacji. Nie tylko zresztą z uwagi na kalwińskie koneksje autora jego dzieło jest podszyte wyraźnym antyklerykalizmem. Nie on jeden przecież, pozostając w granicach katolickiej ortodoksji, pisał równocześnie sporo o nagannych obyczajach kleru.

W walce o utrzymanie (lub odebranie) pochodzącego z uzurpacji herbu (a co za tym idzie i związanych z nim przywilejów) wszystkie chwyty były dozwolone. Nekanda z niesłychanym oburzeniem stwierdza, iż bardziej zasobni plebejusze wynajmowali sobie oskarżyciela, który zarzucał im podszywanie się pod szlachectwo. Ten zaś albo odstępował od oskarżenia, jeszcze przed wniesieniem sprawy do sądu, albo też "przekonany" zeznaniami podstawionych świadków bez oporów płacił grzywnę, jaką mu trybunał za niesłuszne pomówienia wymierzył.

Wszystkie zwązane z tym koszta ponosił oczywiście "naganiony", który hojnie wynagradzał delatora. Sam przywilej na "kaduk" (prawo do podlegającego konfiskacie majątku) jeszcze o niczym nie rozstrzygał. Konieczna była egzekucja sądowa, która w Rzeczypospolitej, jak wiemy, mocno szwankowała. Najczęściej więc dochodzono do ugody: posiadacz przywileju za okrągłą sumkę zrzekał się pretensji do majątku. Jak widać, czerpanie dochodów z szantażu, motyw tak popularny choćby w angielskich kryminałach, było już znane Sarmatom żyjącym w XVII stuleciu...

Księgą podręczną szantażystów mógłby się stać właśnie spisywany gdzieś w latach 1615-1640 rejestr Waleriana Nekandy Trepki. Pod warunkiem oczywiście, że ukazałby się współcześnie drukiem. Autor miał jednak na tyle rozsądku, że pozostawił go w manuskrypcie, z którego poczyniono tylko parę odpisów. Trepka dobrze wiedział, że nie pożyłby długo, gdyby dał się skusić zapachowi farby drukarskiej. Roznieśliby go na szablach bohaterowie tych barwnych opowieści. Jeszcze bardziej musiał się liczyć z ich możnymi protektorami, choć i tak w obawie przed zemstą rozsierdzonych wielmożów jedynie część z nich wymienił.

"Liber chamorum" pozostał więc w rękopisie przez ponad 300 lat. A szkoda, gdyż było to dzieło nie posiadające chyba odpowiednika w ówczesnej literaturze europejskiej. Jedynie Hiszpanie zdobyli się na podobne, opracowując tak zwaną "zieloną księgę". Trafili jednak do niej nie plebejusze, bezprawnie podszywający się pod herby, ale świeżej daty chrześcijanie, ukrywający swe muzułmańskie czy żydowskie pochodzenie.

Wiele z nazwisk napiętnowanych przez Trepkę uchodziło później za szlecheckie od pokoleń; również i snobizmy niektórych rodów stały zapewne na przeszkodzie w publikacji tego dzieła. Dziś możemy o tym pisać z rozbawieniem, ale sam byłem świadkiem tego, jak przedstawiciele niektórych ziemiańskich rodzin zaczynali lekturę "Liber chamorum" od wertowania indeksu nazwisk, aby stwierdzić, czy w nim przypadkiem nie figurują.

Obecnie, kiedy w informatorze "Kto jest kim w Polsce" tak często bywa pomijana przynależność do PZPR (oraz wysokie nieraz funkcje tam piastowane), łatwiej jest nam chyba zrozumieć ową dążność do zapominania, że przodkowie trafili ongiś do "księgi chamów". Choć piszącemu te słowa osobiście nie przeszkadza wymienienie przez Nekandę Trepkę mieszczanina z Kazimierza pod Krakowem Tazbierka, którego potomkowie bezprawnie nazwali się Psarskimi.

Mimo apeli wielu uczonych, z samym Aleksandrem Bruecknerem na czele, aż do końca istnienia II Rzeczypospolitej "Liber chamorum" nie mógł znaleźć nakładcy. Nie przeszkadzało to badaczom dziejów staropolskiego obyczaju oraz kultury w czerpaniu właśnie stamtąd licznych a smakowitych facecji czy obrazków rodzajowych. Dopiero staraniom znakomitego znawcy genealogii, zmarłego w 1988 r. Włodzimierza Dworzaczka (oraz jego współpracowników) zawdzięczamy, że dzieło Nekandy Trepki mogło się w 1963 r. ukazać drukiem. Zaopatrzone w obszerną przedmowę i gruntownie opracowane rozległe komentarze, jak również wspominany już indeks nazwisk, wyszło w zbyt skromnym, co się rychło okazało, nakładzie - zaledwie tysiąca egezmplarzy. Nic więc dziwnego, że choć drogie jak na ówczesne ceny (aż 195 złotych za oba tomy), rychło zniknęło z półek księgarskich, by stać się bestsellerem poszukiwanym, przeważnie bezskutecznie, po antykwariatach.

Dobrze się więc stało, że obecnie ukazała się druga, tym razem jednotomowa edycja, poprzedzona bardzo interesującą przedmową pióra wybitnego znawcy staropolskiego "stylu życia" Zbigniewa Kuchowicza (zmarłego przedwcześnie w 1991 r.). Opiekę nad samym tekstem i mocno skomprymowanymi w porównaniu z pierwszym wydaniem komentarzami sprawował Rafał Leszczyński, autor wielu cennych prac z dziejów literatury polskiej XVI-XVII stulecia. Szkoda wszakże, że w obecnej edycji poskąpiono indeksu osób; w konsekwencji każdy czytelnik pragnący poznać niecne postępki konkretnych postaci będzie musiał sięgać do pierwszego wydania. Walerian Nekanda Trepka opisuje je (że posłużymy się tytułem książki Karola Zbyszewskiego o Niemcewiczu) od przodu i tyłu. Nieraz dosłownie, skoro "Liber chamorum" wspomina o niejakim Piotrze Krzysztoporskim, który obcując ze swym młodym służącym w taki właśnie sposób "nabawił go francy".

Dzieje naszej literatury powstanie jakiegoś dzieła godnego szczególnej uwagi zwykły przypisywać szlachetnym pobudkom. W przypadku "Liber chamorum" trudno wszakże zaprzeczyć, że u jego genezy spoczywały: szlachecka pycha, niska zawiść i żądza wzbogacenia się na plebejskich majątkach. Ale lektura jest przednia i Ossolineum należą się słowa wdzięczności za jej przypomnienie.

 

 

Janusz TAZBIR, ur. 1927, profesor historii, badacz m.in. dziejów kultury i ruchów religijnych XVI i XVII w., autor ok. 30 książek ("Państwo bez stosów", "Rzeczpospolita i świat", "Kultura szlachecka w Polsce", "Polskie przedmurze chrześcijańskiej Europy"), członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk.

 

Walerian Nekanda Trepka: "Liber generationis plebeanorum (Liber chamorum)", wyd. II, oprac. Rafał Leszczyński, Zakład Narodowy im. Ossolińskich. Wydawnictwo, Wrocław 1995, s. 531.