Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Gazeta Wyborcza - 13/11/1998

 

 

Robert Leszczyński

SCYZORYK Z KIELC

 

 

Na początku lat 90. hip hopu w Polsce nie było. Jedynym programem, gdzie można go było usłyszeć, był "Yo! Raps" nadawany w sobotę o północy w MTV. Nikt z nas nie miał wówczas telewizji satelitarnej, jeden z naszych kolegów ukradł więc pilota ze sklepu RTV i w każdą sobotę o północy przychodziliśmy pod ten sklep i przez szybę włączaliśmy telewizor stojący na wystawie - opowiada DJ Feel X z Kielc.

W połowie lat 80. rozpoczęła się ekspansja rapu z czarnych gett Nowego Jorku na cały świat. Ale jeszcze przez dziesięć lat ta muzyka nie miała u nas swojego odpowiednika. Oprócz raczej rockowego Kazika pojawiały się tylko niepoważne próby bezmyślnego małpowania tej stylistyki. Wydawało się, że rap podzieli los wielu innych gatunków muzyki, które w Polsce po prostu się nie przyjęły, gdy nagle pojawił się Liroy i sprzedał pół miliona sztuk swojego debiutanckiego "Alboomu". Wtedy był to największy komercyjny sukces w dziejach polskiej fonografii. Sprawa była tym dziwniejsza, że album wcale nie był komercyjny. Był wręcz antykomercyjny.

Dzisiaj oczywiście można się wymądrzać i snuć najrozmaitsze teorie tłumaczące to zjawisko i dowodzić, że nie mogło się stać inaczej. Wtedy jednak było to zupełne zaskoczenie i nikt nie wiedział, jak to się stało i co z tym zrobić. Nawet Liroy.

Punkowcy i dudziarze

Polska rewolucja rapowa przypomina historię polskiego punk rocka. Punk rock narodził się w Anglii w połowie lat 70. Agresywna i surowa muzyka idealnie oddawała radykalne nastroje ludzi "bez przyszłości" - młodych Brytyjczyków z robotniczych dzielnic, którzy wchodzili w życie w czasach kryzysu. Punkowanie było dla nich alternatywą wobec bezrobocia albo ciężkiej pracy, która i tak nie pozwoliłaby przeskoczyć standardu życia rodziców.

Pierwsze polskie zespoły punkowe powstały jeszcze w latach 70., ale istniały na tej samej zasadzie, na jakiej teraz w rozmaitych enklawach, piwnicach i domach kultury funkcjonuje całe muzyczne spektrum; od zespołów grających ultra-bruthal-death-metal po zespół Dudziarzy Wielkopolskich z Leszna. Nieomylny Gust Masowego Odbiorcy wybiera z tej propozycji to, co najlepiej odzwierciedla ducha czasu i odpowiada powszechnym nastrojom i zapotrzebowaniu.

W optymistycznej, gierkowskiej Polsce lat 70. nie było dobrego klimatu dla punk rocka - muzyczne potrzeby większości społeczeństwa załatwiały Opole i Sopot.

Na fali oczekiwań związanych z Sierpniem '80 (nawet torchę wcześniej) eksplodował rockowy boom. Jednak w Grudniu '81 w ciągu jednej nocy euforię zastąpiło uczucie smutku i bezsilnej złości, przy której frustracje młodych Brytyjczyków to mały Guinness. Punk rock, który kipiał gdzieś w jakichś piwnicach, eksplodował. Stylistyka, która za granicą była marginesem marginesu, u nas stała się najważniejszym nurtem muzyki (i nie tylko). Nie zmienia to faktu, że punk istniał poza oficjalnym obiegiem kultury.

Nastroje sprzyjające punkowemu graniu utrzymały się aż do lat 90., kiedy znowu ogarnęła nas euforia. Ludzie dostali paszporty, sklepy zapełniły się "dobrami kolonialnymi", zbudowano pierwsze bary McDonald'sa, narodziły się prywatne stacje radiowe i szybkie fortuny. Zrobiło się zabawnie, kolorowo i momentami grotes- kowo.

Boso, ale w ostrogach

Początkowo wszyscy uczestniczyli w tym cyrku, z czasem jednak karnawał się skończył i pojawili się ci, którzy w nowej sytuacji wygrywali nieco mniej. Jedni brali sprawy w swoje ręce i tarasowali centra miast swoimi szczękoblaszakowcami, inni szli na zasiłek. W krajobrazie po realnym socjalizmie, gdzie wszyscy mieli mieć po równo, nagle zaczęły pojawiać się lepsze dzielnice, lepsze szkoły i sklepy dla wielu tylko do zwiedzania.

"Moda na sukces" i ostentacyjna konsumpcja nakręcana była przez reklamy i komercyjne media. To rodziło frustracje, zawiedzione nadzieje. Można by powiedzieć, że w polityce jako pierwszy zrozumiał to Aleksander Kwaśniewski, w muzyce - Liroy. O ile jednak ten pierwszy zagrał na tych nastrojach jak wykształcony virtuoso, Liroy był Nikiforem, który namalował po prostu to, co sam widział i przeżył.

Któż lepiej mógł oddać frustracje młodego pokolenia z Polski B niż chłopak z Kielc - biednego miasta z dawnej Kongresówki o wysokim wskaźniku bezrobocia i przestępczości. Miasta ze znikomą ofertą kulturalną. Chłopak z rozbitej rodziny, syn alkoho-lika. Chłopak po zawodówce, bez matury, który naprawdę był bez przyszłości -"no future".

Harlem jest w Kielcach

Białystok dał nam disco polo, Kielce - rap.

Nie jest już dziś istotne, kto pierwszy grał tę muzykę. Liroy był pierwszym, który wydał profesjonalną płytę i zdobył popularność. Nic w tym zresztą dziwnego - prowokował tę sytuację od wielu lat - aż dziwne, że się nie zniechęcił po tylu porażkach. Grał tę muzykę w czasach, kiedy nie miała jeszcze szans na popularność. Wreszcie jednak trafiła do ludzi myślących tak samo jak on. Był pierwszym, który publicznie wyraził pogłębiającą się frustrację młodych ludzi i opisał sytuacje dotychczas przez nikogo nie opisane. Zrobił to bardzo dobrze. Skorzystał co prawda z istniejącej już stylistyki, wiele rzeczy zrobił jednak w sposób odkrywczy, zwłasz-cza jeśli chodzi o teksty swoich utworów. Przede wszystkim związał polski rap z polskimi realiami. Nie udawał, że żyje w Harlemie - pokazał, że Harlem jest w Kielcach i całej Polsce.

O tym, że nie był to przypadkowy sukces, świadczy dzisiaj zjawisko polskiego rapu, które swoją siłą przypomina punk sprzed piętnastu lat. W przeważającej części istnieje on w podziemiu, jest muzyką frustracji i buntu, bardzo aktualną, wręcz publicystyczną, i podobnie jak punk rock jest łatwy do zagrania. Wystarczy sama chęć grania. Bariera między nadawcą i odbiorcą jest minimalna. Wielkich gwiazd jest niewiele, są za to setki gwiazd lokalnych, które grają dla małych grup swoich fanów o bieżących, lokalnych sprawach. Takie lokalne gwiazdy istnieją dziś chyba w każdym mieście i osiedlu w Polsce. Chociaż mają z sobą niewielki kontakt, ich widzenie świata jest zaskakująco zbieżne.

Podobnie jak punk rock, także polski rap jest rozległym ruchem kulturowym, na który składa się nie tylko muzyka, graffiti, deskorolki, bluzy z kapturem i czapeczki z daszkiem. Jest on spójną filozofią życia młodzieży z blokowisk całej Polski.

Podobnie jak punkrockowe kapele piętnaście lat temu, nikt lepiej od raperów nie opisuje ich rzeczywis- tości.

Pokolenie blokersów

Potrzeba mówienia o tej rzeczywistości bierze się z tego, że nikt przed nimi nie chciał i nie potrafił tej rzeczywistości opisać. W mediach dominował obraz młodzieży wychowanej na odmóżdżającm tygodniku "Bravo", serialu "Beverly Hills 90 210" czy na naszym rodzimym "Klanie". Więcej wiemy o emocjonalnych problemach Leonardo DiCaprio niż dzieciaków z naszego bloku czy nawet naszych własnych. Nikt wcześniej w tak otwarty sposób nie mówił o narkomanii wśród młodzieży, inicjacji seksualnej, młodzieżowej prostytu-cji, problemach szkoły bez autorytetów i świata, gdzie częstokroć pozycja w grupie rówieśniczej zależy od pieniędzy starych. Żyć w sytuacji nie opisanej, to tak jak nie żyć. Oni jednak chcieli dać jakieś świadectwo, musieli więc zrobić to sami. Ich językiem był rap.

Rap jest dzisiaj najpowszechniej granym i, moim zdaniem, najbardziej interesującym zjawiskiem w polskiej muzyce. Liczbę ludzi grających i słuchających tej muzyki oceniam na ok. 100 tysięcy. Ktoś powie, że to "kropla w morzu populacji" dzisiejszych nastolatków? I co z tego? Ludzi jeżdżących co roku do Jarocina albo chodzących na pielgrzymki do Częstochowy było mniej więcej tyle samo, a tylko oni zaznaczyli się na kulturalnej mapie naszego kraju jako spójne formacje ideologiczne. Dzisiejsze pokolenie trzydziestolatków (bruLion, pampersi, młodzi dziennikarze, literaci, politycy itp.), które weszło w życie na początku lat 90., powołuje się albo na jarocińskie, albo oazowe (albo oba) doświadczenie pokoleniowe. Wszyscy inni rozpłynęli się w niebycie. Ta kropla ludzi nadała smak całemu oceanowi.

Nie wątpię, że za piętnaście lat będzie się mówiło o pokoleniu blokersów.

Jak Cool Lee został Liroyem

Liroy naprawdę nazywa się Piotr Marzec. Urodził się 12 grudnia 1971 roku w Busku Zdroju, dzieciństwo spędził w Kielcach w dzielnicy Sady.

- Zawsze chciałem być kimś innym niż mój ojciec. Wmawiałem sobie, że muszę coś w życiu osiągnąć. Nie powiem, że wychowała mnie ulica, bo to brzmi śmiesznie. Ale w pewnym momencie zacząłem zbyt dużo pić i palić. No i chodzić z tym nożem. Wtedy mój przyjaciel trafił do więzienia. Pomyślałem, że to ja mogłem być na jego miejscu. Postanowiłem sobie, że skończę szkołę.

Skończył zawodówkę budowlaną. Technikum już nie, bo zajął się muzyką.

Rap pierwszy raz usłyszał w roku 1982. Miał wtedy dziesięć lat. Rok później sam zaczął rymować. Był didżejem i występował w Radiu Kielce. W roku 1987 zaczął rapować w klubach i na ulicach. Tańczył też break dance.

W roku 1991 założył międzynarodową grupę Leeroy & The Western Pose, z którą występował w klubach we Francji.

Rok później jako PM Cool Lee nagrał album "East On Da Mic" (prawie cały po angielsku). Album ukazał się w roku 1993 i przeszedł bez echa, umożliwił mu jednak występ w Sopocie, gdzie porwał publiczność i został zauważony przez pracowników koncernu BMG. Podpisał z nim kontrakt płytowy. Prace nad "Alboomem" trwały prawie rok.

Jakiego słowa brakuje?

"Alboom" ukazał się 5 lipca 1995 roku. Poprzedzał go wydany 22 maja minialbum "Scyzoryk". Utwór wywołał spore zainteresowanie, ale nie szaleństwo. Trafił na listy przebojów, ale nie na ich szczyty. Wersje radiowe były ocenzurowane, ale przecież i tak zawsze wiadomo, jakiego słowa brakuje. Komercyjne stacje radiowe unikają grania utworów z tak ostrymi i dosadnymi tekstami. "Scyzoryk" pojawiał się więc przeważnie w nocy i w niektórych audycjach. Podobny los spotkał teledysk.

To minimum jednak wystarczyło, aby zapewnić Liroyowi gorące przyjęcie 4 lipca na festiwalu Marlboro Rock In w Sopocie, gdzie występował przed legendarnym amerykańskim raperem Ice T i jego zespołem Body Count. Na konferencji prasowej pełen uznania Ice T nazwał Liroya OG, czyli Original Gangsta.

Płyta początkowo sprzedawała się stosunkowo słabo. W ciągu pierwszego miesiąca sprzedano "tylko" 100 tys. sztuk (Złota Płyta). Inne bestsellery osiągały ten nakład w jeden dzień. Ale sprzedaż i całe zjawisko nabierało przyspieszenia - następne 100 tysięcy (Platynowa Płyta) sprzedaje się w trzy tygodnie. Kolejne 100 tysięcy - w dwa tygodnie. Do końca roku album osiąga bezprecedensowy wówczas nakład 400 tys. egzemplarzy! Dziś jest to ponad pół miliona.

Album stał się bestsellerem przy minimalnej promocji i wsparciu mediów. Wszystko początkowo działo się "z woli ludu". Pamiętam, że "Alboom" był non stop grany we wszystkich budach pod Pałacem Kultury. Ludzie byli zaskoczeni tym, co słyszą, zastanawiali się, co to jest, ale kupowali w ciemno. Wszyscy pytali: czy słyszałeś już ten niesamowity album tego faceta, co przez cały czas klnie?

Trudno dziś ocenić, ilu spośród nabywców było autentycznymi fanami rapu, a ilu kupowało "Alboom" dla kawału lub z ciekawości. Sądząc po nakładach kolejnych płyt rapowych, tych drugich musiało być kilkakrotnie więcej.

Scyzoryk kontra młotek

Dopiero kiedy "Alboom" stał się bestsellerem, media powoli zaczęły rozumieć, że mają do czynienia z nowym, niezwykłym zjawiskiem. Liroy zaczął pojawiać się w telewizji, udzielać wywiadów, jego zdjęcia trafiły na okładki pism, a jego kasetę w programie "WC kwadrans" na oczach całej Polski rozwalił młotkiem sam Wojciech Cejrowski. Liroy stał się modny.

We wrześniu i październiku odbył sensacyjnie przyjętą trasę złożoną z 40 koncertów w całej Polsce. W Kielcach oglądało go 10 tys. osób. Kariera Liroya osiągnęła szczyt.

Jego sukces rozpoczął boom na polski rap. Firmy fonograficzne urządziły prawdziwą łapankę na zespoły rapowe, aby zdyskontować sukces Liroya. Jako pierwsze wystartowało kieleckie Wzgórze Ya-Pa 3 (na "Alboomie" występują gościnnie w utworze "Scyzoryk"), które miało już od dawna przygotowaną płytę. Ich muzyka była o wiele bardziej surowa, bezkompromisowa i związana z życiem na ulicy.

Ogórek, tak na mnie wołają

Cała fala rapowych zespołów była bardziej radykalna i wcale nie darzyły one Liroya sympatią. Zarzucano mu, że skomercjalizował i wyprzedał muzykę z założenia undergroundową. Że "Alboom" jest zbyt taneczny i komercyjny. Że Liroy zrzyna z amerykańskich zespołów i małpuje ich zupełnie nie przystający do polskich warunków sposób bycia. Że jest pozerem i koniunkturalistą. Wyśmiewano się z jego angielskich tekstów, naiwnego widzenia świata i sposobu rymowania.

W końcu Liroy znalazł się na celowniku prawie wszystkich zespołów hiphopowych.

"Ogórek, tak na mnie wołają buraki z mego miasta,

Pewnie oni rację mają" - rymował Funk Jello.

Najostrzejszy atak spotkał go jednak ze strony radykalnego poznańskiego zespołu Nagły Atak Spawacza. Ich utwór "Anty-Liroy" wywołał skandal. Do dziś jest to bodaj najostrzejszy i najbardziej obsceniczny tekst piosenki napisany po polsku. Był on nawet tematem na pierwszej stronie "Gazety Wyborczej".

Liroy ucieka z piekła

Większość wysuwanych przeciw Liroyowi zarzutów nie ma sensu, bo nagrywając "Alboom" nie przypuszczał, że odniesie aż taki sukces. Album rzeczywiście jest bardzo atrakcyjny i taneczny, ale obsceniczny charakter jego tekstów przekreślał go przecież jako kandydata do komercyjnego sukcesu.

Prawdą jest natomiast to, że Liroy popełnił wiele błędów. Przyciskany przez dziennikarzy, wycofał się z większości ostrych deklaracji (słynne "rozpierdolę wam domostwa, przelecę wasze córki" i inne). Zaczął podkreślać rolę rodzicielskiej odpowiedzialności, życia rodzinnego i mieszczańskich wartości. Uciekł z Kielc, piekła na ziemi, które, jak twierdził, tak bardzo kocha, a zarobione na "Alboomie" pieniądze zainwestował w studio nagraniowe w Gdyni. Stał się więc kapitalistą i mieszczaninem, a nie "desperado".

Oczywiście każdemu wolno wychwalać wartości mieszczańskie i rodzinne, inwestować w co się podoba i mieszkać gdzie się chce. Aktor grający w teatrze Mefista zmywa po przedstawieniu makijaż i wraca do domu, gdzie może być wzorowym mężem i ojcem i nikt nie będzie miał do niego o to pretensji, bo dla niego rozdział między życiem a teatrem jest oczywisty. Z Liroyem sprawa ma się jednak zupełnie inaczej. Tożsamość życiorysu i poglądów przedstawianych w tekstach była podstawą wiarygodności i atrakcyjności przekazu. Jego muzyka była atrakcyjna nie tylko dlatego, że była "piękna" według obiektywnych kryteriów oceny muzyki, ale dlatego, że była prawdziwa. Facet pokazuje nam swoje prawdziwe życie, w wywiadach opowiada o swojej rodzinie, ojcu alkoholiku, ucieczkach z domu, izbach dziecka i Kielcach - piekle na ziemi. Wszystko po to, żeby dowieść, że muzyka, którą wykonuje, jest samą prawdą jego życia. Kiedy więc stwierdził, że to wszystko to w dużej mierze licentia poetica, wszyscy, którzy mu uwierzy-li, mieli prawo poczuć się nabrani.

Sukces i wstyd

Najgorzej jednak musieli się poczuć jego fani. Ich idol, który wywiódł się "z takich jak oni", nagle stał się "lepszy". Sławny, ważny, bogaty.

Zdrady idola się nie wybacza. "Scyzoryk" okazał się kapitalistą. Jest to dylemat gwiazd rocka, który jest wpisany w ich rolę od początku istnienia gatunku. Mick Jagger ma więcej wspólnego z Donaldem Trumpem czy Billem Gatesem niż z fanami, którzy się z nim utożsamiają. Na Zachodzie nikogo to nie dziwi, jednak polscy artyści wcześniej nie mieli takich problemów. Najpierw państwowa fonografia, a później piraci uwalniali ich od zmartwień związanych z nadmiarem pieniędzy. Nie było u nas długich limuzyn, pałaców z basenem i kąpieli w szampanie.

Warunki do zarabiania prawdziwych pieniędzy pojawiły się dopiero w roku 1994 i Liroy był bodaj pierwszym, na którego przykładzie mogliśmy tak wyraźnie oglądać ten proces. Nikomu nie znany Piotr Marzec w miesiąc po debiucie był już bogatym człowiekiem. Za granicą zdarza się to często, jednak w Polsce wywołało zdumienie, tym większe, że Liroy podkreślał swoje proletariackie pochodzenie i brak muzycznego wykształcenia. Nie chodzi tu nawet o polską zawiść. Kariera "od pucybuta do milionera" jest domeną amerykańską, natomiast w starej Europie ludzie ciągle jeszcze uważają, że trzeba zapracować na swoją fortunę, a w szybko zarobionych pieniądzach jest coś, jeśli nie niemoralnego, to przynajmniej niewychowawczego. Liroy niechcący padł więc ofiarą choroby dziecięcej naszego młodego show-biznesu. Później nikt już tak się nie interesował zarobkami gwiazd.

- Te pieniądze należały mi się. Pracowałem na nie kilkanaście lat - mawiał. Zgoda, jednak w naszej kulturze wielu było artystów, którzy pracowali dłużej, a jednak nic nie dostali. Nie doczekali nawet uznania za życia.

Lodówka z Liroyem

Oczywiście wielu ataków i nieporozumień można było uniknąć, któż jednak, z samym Liroyem na czele, mógł to wszystko przewidzieć. Sam musiał być najbardziej zaskoczony tym, co się wokół niego dzieje.

Nie było więc mowy o jakimś planowym, skoordynowanym kreowaniu wizerunku. Nie myślę tutaj o jakichś wyszukanych technikach rodem z amerykańskich kampanii prezydenckich, ale o czymś tak prostym jak zamknięcie buzi. Każdy, nawet słabo zorientowany w promocji wie, że najpierw trzeba wysiłku, żeby ludzi jakimś zjawiskiem zainteresować. Kiedy jednak osiąga się masę krytyczną i rozpoczyna się reakcja łańcuchowa, trzeba zakończyć promocję, żeby zainteresowanie artystą rozładowywane było przez kontakt z muzyką, a nie czytanie wywiadów w gazetach. Jeszcze groźniejsze jest zjawisko przesytu, kiedy publiczność boi się otworzyć lodówkę w obawie, że będzie tam Liroy.

Liroy najwyraźniej jednak lubił słuchać swojego głosu. To też byłoby naturalne - tyle lat na to czekał i teraz, kiedy świat spija słowa z jego ust, miałby przestać mówić? Dlaczego? Przecież odniósł sukces, więc ma rację.

Może myślał, że dopóki "mówi to, co myśli", wszystko jest okay? Jednak dziennikarze podpuszczali go i, posługując się skrótem i komentarzem, robili z nim, co chcieli.

Współpraca z mediami to ważna umiejętność, której artyści uczą się latami. Liroy, aby się tego nauczyć, nie został wrzucony do głębokiej wody - został w czasie sztormu we-pchnięty do zimnego oceanu pełnego rekinów.

Za dużo klną

Zresztą Liroy często swoimi wypowiedziami sam siebie pogrążał. Powiedział na przykład, że pozwie Nagły Atak Spawacza do sądu. To przecież absurd - tak postępuje Krzysztof Ibisz, a nie "Scyzoryk"! A na dodatek jawna hipokryzja - to on poświęcił cały utwór temu, że w Polsce nie ma wolności słowa, a teraz chce cenzurować jakieś teksty i, grożąc sądem, zamykać usta innym raperom?

Nagły Atak Spawacza zrobił to samo co on, tylko mocniej. To przecież Liroy z zastanawiającą swobodą wyzywał ludzi od najgorszych. Zarzucał też Spawaczom, że za dużo klną...

Przeinaczał fakty. Ostro na przykład protestował przeciwko nazywaniu go gangstaraperem, tymczasem lubił wspominać, że Ice T. nazwał go OG. Plątał się w zeznaniach i niepotrzebnie tłumaczył. Skandal obyczajowy, który wywołał i na którym wypłynął, zaczął obracać się przeciwko niemu.

Co tam jednak media - największe cięgi zebrał ze strony środowiska i publiczności rapowej, co musiało być szczególnie bolesne.



"Mam dwadzieścia parę lat i nie słucham Kazika,

Nie używam prezerwatyw i nie grywam w remika".



W wywiadach również nie zostawiał suchej nitki na swoich konkurentach, więc jego zaskoczenie tym, że sam zaczął być ofiarą identycznych ataków, miało cechy hipokryzji. A rzeczywiście był atakowany, i to ostro. Rewolucja jeśli nie pożarła, to przynajmniej ośmieszyła własne dziecko. Chyba żaden muzyk w tym kraju nie był tak bezkompromisowo zwalczany.

Płyta z blizn

To, że nie załamał się, ale nagrał kolejną płytę, zakrawa na cud, budzi szacunek i pokazuje, że jest prawdziwym "Scyzorykiem". Płyta "L" jest słabsza od "Alboomu". Rzetelna, bardziej przemyślana i lepiej wyprodukowana nie ma tego ładunku spontaniczności i szaleństwa, które były największym atutem debiutanckiej płyty. Choć Liroy konsekwentnie twierdził, że nic sobie nie robi z wszystkich ataków, na nowej płycie blizny były aż nazbyt widoczne. Dał się sprowokować do pyskówki z adwersarzami. Pomny ataków o błaznowanie i granie disco, nagrał płytę poważniejszą i bliższą rapowej tradycji. Z mniejszą liczbą bluzgów, bardziej prawomyślną, czasami wręcz pedagogiczną. Wdał się w naprawianie świata, zamiast być tym "Scyzorykiem", który wywołał obyczajową rewolucję.

Album sprzedał się w nakładzie niespełna 100 tys. egzemplarzy, co przy półmilionowym nakładzie "Alboomu" należałoby uznać za katastrofę. Jednak "Alboom", często na zasadzie niezdrowej sensacji, kupili nie tylko fani hip hopu, ale przypadkowi ludzie. Album "L" kupili tylko ci, którzy mieli go kupić. Z tej perspektywy nie jest to nakład mały i pokazuje, że Liroy jest trwałym zjawiskiem na naszej scenie. Po nieoczekiwanym sukcesie, upadku z wysoka, pogrzebaniu żywcem i nagraniu albumu, który był dla niego sposobem na odreagowanie, Liroy zatoczył koło i bez obciążeń pracuje nad trzecim albumem. Teraz nie wzbudza niepotrzebnych emocji. Jest, tylko i aż, muzykiem.





° "ALBOOM"

Na okładce "Alboomu" Liroy wita nas z otwartymi ramionami. Stoi na tle obskórnej ściany z czerwonej cegły pod graffiti z herbem miasta i napisem: "Tu był Liroy, raper z Kielc". Jest też tytuł płyty i spolszczona wersja wymaganej amerykańskim prawem ramki: "Uwaga! Niecenzuralne teksty", która zaciekawia raczej niż zniechęca.

Zdjęcie jest nieostre, przypomina amatorskie, cała okładka zaś - szarobura i surowa. Album zaczyna się niepokojącą introdukcją: syreny, mocny, leniwy rytm bębnów i zapowiedź-ostrzeżenie: "Liroy is in da house!" (w slangu: Liroy tu jest). Trwa ona nieco ponad półtorej minuty, ale skutecznie buduje napięcie i wzmaga nastrój oczekiwania. Daje pojęcie o muzycznej i dramaturgicznej premedytacji Liroya - w jego zamyśle album ma być całością, skończoną opowieścią ze wstępem, rozwinięciem, kulminacją i zakończeniem.

Utwór "Scoobiedoo Ya" jest najlepszą definicją jego stylu. Porywający rytm, dużo zaskakujących sampli, jakieś wstawki po angielsku - wszystko atrakcyjnie, pomysłowo i przebojowo. Według najlepszych amerykańskich wzorów - nikt u nas wcześniej nie robił takiej muzyki.

Liroy z prędkością karabinu maszynowego wyrzuca z siebie niespotykane ilości tekstu. Nie jest to zdyscyplinowana narracja, ale ciąg swobodnych skojarzeń luźno kręcących się wokół jednego tematu - w tym przypadku są to "te rzeczy".



"[...] Posłuchaj dziewczyno, co chcę powiedzieć ci,

Scoobiedobiedoo z tobą ciągle mi się śni,

Scoobiedobiedoo i nie zważaj na skutki,

Czuję kochanie, jak twardnieją ci sutki. [...]

Na kawę chcę zaprosić ciebie dziś wieczorem.

Będę doktorem, będę doktorem.

Będę cię badał z tyłu i z przodu,

Pokażę ci tylne siedzenie samochodu [...]".



I co wy na to? Czy płyta zawierająca takie wyznania może się stać bestsellerem? W rapie amerykańskim takie teksty są na porządku dziennym, jednak w Polsce to był szok. Rozważania natury moralnej, jak to się ma do dobrych obyczajów i czy kogoś takie słowa czasem nie obrażają, należy zostawić na boku - tę płytę za ciężkie pieniądze kupiło pół miliona Polaków. Zresztą "krwiste", ociekające wulgaryzmami, ale za to niebywale popularne "Psy" Pasikowskiego i tak były pierwsze.

Po wstępie, który można porównać do trzęsienia ziemi, w kolejnym utworze napięcie już tylko rośnie: "Korrba" ma szybsze tempo, ostrzejszy rytm. Dodanie do utworu orkiestry swingowej i ognistej partii skrzypiec w stylu country dają mu kopa i oryginalności. O ile jeszcze w tekście "Scoobiedoo Ya" o coś chodziło, tutaj jest już tylko zabawa słowem, bardziej jego brzmieniem, rytmem i rymem niż znaczeniem. Polskie słowa przeplatane są zwrotami po angielsku i nic nie znaczącymi, ale dźwięcznymi i rytmicznymi słowami, które nadają narracji tempa i wigoru. Tekstu jest bardzo dużo, a opowieścią nie rządzi logika, więc nawet przy setnym słuchaniu tekst zaskakuje.

Tego ciężaru gatunkowego nie ma następny, wykonany słowiańską angielszczyzną "Shake Yer Bootie". Dwa lata później zespoły Wzgórze Ya-Pa 3 i Kaliber 44 w utworze "Język polski" postawią postulat rapowania po polsku, podchwycony przez całą polską scenę. Wtedy jednak rapowanie po polsku było zjawiskiem dość egzotycznym, więc angielszczyzna nie zaskakiwała tak jak dziś.

Tekst utworu "Głodny" opowiada miłosne perypetie autora uganiającego się za piękną dziewczyną, która okazuje się prostytutką. Tekst wydaje się podobny do utworu "Dziewczyny" z pierwszej płyty Kazika, który z kolei ma wiele wspólnego z tekstem utworu "Baranek" Staszewskiego-ojca. Liroy musiał znać oba teksty.

W bardzo ciekawym pod względem formalnym utworze "Minister edukacji (& jego cząstka Yakgdybyzkąd Inąd)" wykorzystany jest oryginalny wywiad radiowy. Mocno przejęty pan minister opowiada o wspaniałym i zupełnie nieżyciowym programie zwalczania narkomanii przez uświadamianie młodzieży szkolnej. Utwór kończy konkluzja Janusza Korwin-Mikkego: "Narkomania się rozprzestrzenia, bo rząd z nią walczy".

W kontekście tego zaangażowanego utworu następny jest co najmniej dziwny. "Proyekcje astralne" to gadki i skojarzenia charakterystyczne dla stanu kompletnego upalenia marihuaną. Dużo śmiechu i dobrej zabawy. Jest to typowe dla środowiska hiphopowego relatywne podejście do narkotyków: są jednocześnie i fajne, i niefajne. Lecz żarty na bok, bo oto startuje utwór pt. "Liroy". Zaczyna się od słów: "Karwa fa!" - potem jest jeszcze mocniej:



"Rozpierdolę wam domostwa, przelecę wasze córki

Kotu nie przepuszczę także, pociągnę go z dwururki".



Z tych domostw i córek Liroy będzie się później gęsto tłumaczył w niemal każdym wywiadzie. Gęściej niż z tego, że:



"Mam krosty na dupie, a policję pierdolę

Wiedzą o tym dzieci w każdej polskiej szkole".



I tak przez ponad cztery minuty na ostrym rytmie perkusji i riffie gitary. Mocna rzecz.

"Śleboda (sen o wolności)" to interesujący muzycznie, ale zaskakująco słaby tekstowo i naiwny utwór. O ile dotychczas Liroy skupiał się na sobie i bezpośrednim otoczeniu, o tyle tu mamy o wiele dalsze wycieczki:



"Bezrobocie wciąż narasta,

Coraz trudniej jest przeżyć,

AIDS i głupota coraz bardziej się szerzy,

Gumiś znowu jakieś bomby podkłada,

Policja jak zwykle niewinnych ludzi okłada,

Podwyżki cen, podatki coraz wyższe,

Emerytury i renty za to coraz niższe,

Korupcja osiąga punkt zenitalny,

Kościół prostuje mój kręgosłup moralny,

A rząd wymyśla sobie nowe zabawy,

Nowa konstytucja, nowe ustawy. [...]"



Tekst jakby znajomy z całej serii lewacko-punkowych utworów z lat 80. Tu jednak radykalnej ocenie poddana jest nie stara, komunistyczna, ale "nowa Rzeczpospolita".



"To właśnie nasza Polska, nowa Rzeczpospolita, coraz bardziej podzielona, coraz bardziej rozbita".



Utwór "Who's Tha Boss" jest najcięższy i najostrzejszy na całej płycie - mocny rytm, potężna thrashmetalowa gitara zagrana przez Litzę z zespołu Acid Drinkers i Flapjack (w koszulkę z nazwą tego ostatniego Liroy ubrany jest na okładce). Ten rapmetalowy kawałek wydaje się połączeniem utworów "Run's House" i "Toughter Than Leather" amerykańskiego tria Run DMC, co świadczy że Liroy miał dobre wzorce. Tekst jest po angielsku. Szkoda.

Kolejny utwór to "zaangażowana" i niestety naiwna "Ciemna strona" - spokojnie opowiedziane makabreski o przemocy w rodzinie. Na tej płycie występuje taka zależność: najlepiej, kiedy Liroy "kozaczy" i prezentuje postawę "boso, ale w ostrogach". Kiedy bierze się za tematy ogólne i naprawianie świata, nagle robi się mizernie i nieprzekonująco. Następnie oparty na porywającej partii kontrabasu utwór "Look Who's Here!", znowu niestety po angielsku.

Utwór "02.07.'93" (podobnie jak "Minister edukacji") to zapis oryginalnego programu radiowego z kieleckiego Radia Jedność. Audycja dotyczy inetrwencji brygady policji w kieleckim klubie Szarłat podczas koncertu Liroya (wówczas jeszcze występującego jako PM Cool Lee). Powodem interwencji było "zakłócenie ciszy nocnej". Uzbrojeni w karabiny maszynowe policjanci aresztowali i wyprowadzili w kajdankach szefa klubu, Liroya (który skandował "Fuck the Police"), jego muzyków oraz występującego z nimi sławnego jazzowego saksofonistę Włodka Kiniorskiego, który próbował coś tłumaczyć.

Prezenter radiowy rozmawia przez telefon kolejno z używającym fantastycznej policyjnej nowomowy Nadkomisarzem, szefem klubu Szarłat i na koniec z Włodkiem Kiniorskim. Ten utwór daje Liroyowi legitymację prawdziwości. Pokazuje, że mocne słowa nie są wyssane z palca, ale wynikają z życiowych doświadczeń. Utwór nie jest na szczęście prezentacją blizn odniesionych w walce z systemem - narracja prezentera jest pełna dystansu i ironii, a rozmówcy raczej śmieją się z głupoty policji, niż rozpaczają nad jej brutalnością. Cały utwór jest introdukcją do Wielkiego Finału. "Scyzoryk" to blisko ośmiominutowa, ostra i barwna fotografia życia zapomnianych przez Boga Kielcach.



"O Kielcach, o Kielcach ta historia,

Mieście pełnym cudów, brudów,

śmieci, żuli, dziwek, ćpunów,

księży, uprzęży, sklepów pełnych węży

boa - wystarczy spojrzeć dookoła.

Scyzoryk - tak na mnie wołają

ludzie spoza mego miasta,

pewnie oni rację mają.

Bo Scyzoryk to równy gość.

A jeśli w to nie wierzysz

to wypierdalaj!"



Świetnie wypada "gościnny udział" chłopców z kieleckiego zespołu Wzgórze Ya-Pa 3. W swoich solowych wypadach używają zupełnie innego języka i sposobu rymowania niż Liroy.



"Hej posłuchaj, posłuchaj

Posłuchaj głosu mego,

Najbardziej wiarygodnego

Uwagi godnego,

Bo Zajka jest w Kielcach znany

KSM to Pany, Choć Kielce to nie Stany

W mej dzielnicy jest wielu pijanych

To zwykłe chuje, trochę ich żałuję,

Alkoholizm to jest choroba

Wymięka żołądek a później głowa,

Więc piją, śmierdzą i srają,

Pieniądze się dupy nie trzymają

A w sklepach i pod sklepami

Załatwiają swe rachunki

Tłuczonymi butelkami"



Po tym "opus mangum" Liroya, leniwy i nieco naiwny "antyprzemocowy" utwór "Coraz daley od rayoo" to tylko wygaszenie napięcia i zamknięcie płyty.

Na koniec jest jeszcze 14-sekundowe "Outro", w którym Liroy mówi, że trzeba już kończyć tę płytę, a ktoś inny apeluje do słuchaczy, żeby nie kupowali więcej takich chłamów.