Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Tomasz Łubieński

NORWID WRACA DO PARYŻA

1996

 

 

I

Czyżby Norwid serio, rzeczywiście chciał zostać Norwidem w rozumieniu właściwie potocznym i przysłowiowym, tj. Poetą, którego współcześni współplemienni nie rozumieją, nie uszanują, przeciwnie, wykpią, zapomną wreszcie, i takiemu, źle zapomnianemu, pozwolą umrzeć w przytułku emigracyjnym? Ale za to przyszłość, którą mianował "korektą wieczną", pewnie myśląc o zadośćuczynieniu sobie podobnym, właśnie przyszłość dopiero, ona, obsypie Norwida wszelką łaską literacką. I będą norwidować na potęgę nawet politycy, szczególnie ci gustujący przy mniej lub bardziej stosownych okazjach w zbiorowym pouczaniu obywatelskim. Za pośrednictwem dziennikarzy i piosenkarzy zbłądzi poeta pod dachy wielkopłytowych bloków: wejdzie pełnymi cytatami do lepszego języka pisanego i mówionego, i tam pogrąży się w powtórną anonimowość, co jest dowodem prawdziwej sławy. Otrzyma satysfakcję snobistyczną i naukową, będzie też można nieźle żyć z Norwida, a także dzięki Norwidowi podróżować po świecie stypendialnie i kongresowo. Powstaną o Norwidzie jakieś powieści i filmy, nieudane i nieistotne, zwłaszcza w porównaniu z jego ustawiczną obecnością podczas tych nieskończonych dyskusji, jakie polscy inteligenci prowadzą o swoim polskim losie, a każda strona bierze Norwida na swojego świadka i eksperta.

Oczywiście takim Norwidem, co mu nie będzie dane oglądać własnego triumfu, Norwid być nie miał zamiaru. Co najmniej do chwili, w której zdał sobie sprawę, że wygrać za życia nie zdąży. Zaś chwila ta mogła się zdarzyć Norwidowi - w przeświadczeniu autora niniejszych roztrząsań - podczas podróży do Ameryki. Do kraju, gdzie od kilku stuleci ludzie jeżdżą odmieniać swój los. Norwidowi nie udała się odmiana, powrócił na stary ojczysty kontynent. Uzyskał pewność, potwierdzenie, że europejski i polski świat, od którego próbował daremnej ucieczki, jest jego prawdziwym przeznaczeniem.

Mógł tę decydującą chwilę przeżyć, zanim jeszcze bryg żaglowy "Margaret Evans" dotknął nowojorskiego wybrzeża. Już od świtu tego dnia, 14 lutego 1853 roku, wszyscy pasażerowie mieli okazję przekonać się o prawdziwości sądów kapitana Joshuy Pratta, zapowiadających koniec uciążliwej podróży. Olinowanie, maszty obsiadły ptaki, których przyzwyczajeniem stało się wylatywać daleko w morze na powitanie i pożegnanie statków odwiedzających Nowy Jork, największy port Nowego Świata. Wypatrywano ziemi obiecanej tym gorliwiej, że była ona dla 157 pasażerów oraz załogi "Margaret Evans" zarazem ziemią życia, ziemią ocalenia po 62 dniach niebezpiecznej żeglugi przez zimowe atlantyckie sztormy. Wreszcie zwodnicze cienie i mgły stężały w wyraźną linię brzegową, a po jakimś czasie statek znalazł się w nie zamarzającej górnej zatoce nowojorskiej pod osłoną szeroko rozpłaszczonej Long Island z prawej oraz najwyższych na całym wschodnim pobrzeżu od Florydy po Nową Anglię wzgórz wyspy Richmond z lewej burty. Może Norwid był na pokładzie jedynym, który, cóż miał na to poradzić, nie jego wina, nie czuł radosnej emocji, jaka ogarniała przybyszów, kiedy portowy parowiec ciągnął bryg przez zatokę w towarzystwie łodzi celników i prywatnych łódek. Ich właściciele wymieniali chrupiące bułki na okrętowe suchary, wykrzykiwali adresy hoteli, oferty pracy od zaraz. Można było napatrzeć się doków, masztów okrętów i składów stłoczonych na cyplu Manhattan, lecz na ten widok pulsującego nowego życia, z którym mają się emigranci zmierzyć - Norwid nie prężył muskułów, nie wytężał wzroku. Pisał wszak w poetyckim liście do Marii Trębickiej, że nie dla zabawy szuka się własnego grobu na drugim końcu świata. Rzeczywiście, znaleźć grób w Ameryce, zwłaszcza na Zachodzie, można było wówczas bez większych trudności, ale takie nastawienie do podróży przez Atlantyk z góry przekreślało amerykańską szansę. I być może o nowojorskiej pomyłce Norwida zdecydowała właśnie ta pierwsza, wstępna chwila zwątpienia, dopuszczenia myśli, iż cała wyprawa jest nieporozumieniem, popełnionym z rezygnacji i rozpaczy. A więc w stanie ducha wykluczonym po tej stronie oceanu. Oznaczającym bowiem, że swój los, choćby niezadowalający, człowiek pozostawił gdzie indziej. A wówczas jak najszybciej, pod groźbą samobójstwa, powinien powracać, skąd przypłynął.

Toteż kiedy po 16 miesiącach Norwid odbijał od nowojorskiego brzegu, chociaż tym razem już niewątpliwie żeglował w stronę swego przyszłego grobu, musiał czuć się uratowany przed jakimś zatraceniem w nie swoim świecie, przywrócony własnemu losowi, niechby nawet częściowo swojskim złudzeniom związanym z wojną, która wprawdzie nie była powszechną wojną ludów, jak sobie Polacy rodacy wymarzyli, lecz królów i premierów, i była w końcu krymska, nie polska. A poza tym komfort i szybkość nowoczesnego parowca "Pacific", miłe towarzystwo młodego księcia Marcelego Lubomirskiego, fundatora tej upragnionej, powrotnej podróży, sprawiły, że Ameryka, do której tak ciężko, niebezpiecznie zbliżał się kilkanaście miesięcy wcześniej, oddaliła się i rozpłynęła gładko w oceanie. Ale będzie wracała w myślach, listach i wierszach Norwida niby nie dostrzeżona w porę piękność, będzie pomagała przenikliwej i okrutniej pisać o polskim ograniczeniu i polskim nieszczęściu, w którym było mu sądzone dręczyć się do końca.

W każdym razie, kilkanaście lat wcześniej, Norwid warszawski, piękny i wszechobiecujący, nie pasuje do swojego losu, nie wydaje się, by w podobnym czyimkolwiek losie gustował. Wyjeżdża z Warszawy w szeroki świat sztuki i myśli nie cenzurowanej, nie przywoływanej do porządku. Opuszcza miasto poskromione, nad którego rehabilitacją czuwa nowocześnie zaprojektowana cytadela z odpowiednim garnizonem, trudzą się służby policyjne, i którą to rehabilitację przyjmuje znacząca część społeczności. Nie tylko ze strachu, dla wygody czy kariery. Również w imię praktycznego, politycznego myślenia, uczciwej oceny sytuacji, dla jakiejś trudno wyobrażalnej przyszłości narodowej wreszcie. Słowem, na rozmaity sposób uznającej, że taka właśnie jest rzeczywistość. Taka i tylko taka, cała, nie częściowa, nie jedna z możliwych obok istniejącej przecież rzeczywistości emigracyjnej. Czy niepodległościowej, która wprawdzie przegrała, ale tak niedawno jeszcze z rozwiniętymi sztandarami w huku dział walczyła, zdawało się, o zwycięstwo.

Wyjechał Norwid jak najlegalniej na studia rzeźbiarskie, zapewne opatrzony listami polecającymi, niewykluczone, że jakoś wsparty materialnie przez możnych a życzliwych. W każdym razie jeszcze po wielu latach oświadczy, że nikt go z Warszawy nie wysyłał. Wiadomo, że miał własne pieniądze, czyli spadkową część ze sprzedaży rodzinnego majątku. Wyjechał dla kształcenia się, na jakiś czas zapewne, lecz myśl o tym, by podbić świat, chyba nie była mu obca. W końcu taki podbój udał się Chopinowi, zresztą Norwida zobowiązywały do brania pod uwagę podobnej ewentualności, wiersze okolicznościowe. Antoni Czajkowski, wówczas młody poeta, z czasem profesor prawa w Petersburgu, pisał: "Orle-Norwidzie, wiek twój idzie", co dziś można przyjąć za proroctwo literackie, ale za życia Norwida stało się ulubionym cytatem jego prześmiewców. Inny wiersz poświęcił Norwidowi z okazji wyjazdu młody pułkownik Albert Szeliga-Potocki. Służył na Kaukazie, urlopował w Warszawie i prawdziwie po przyjacielsku, bezinteresownie cieszył się, że Norwid rusza w przeciwną stronę niż on sam, w lepszą stronę świata. Na własny los spoglądał z melancholią, niestety opartą na realnych przeczuciach: czekała go śmierć za niesłuszną sprawę w obcym mundurze.

A więc, niejako w imieniu przyjaciół, dla nich i zamiast nich, miał Norwid zabłysnąć, ich reprezentować, z nimi podzielić się sławą. Ale o przyjaciołach warszawskich lepiej mówić w trybie warunkowym, nie dając się zwieść czułostkowym słowom epoki. To raczej ludzie fascynujący się zagadkową osobowością młodzieńczo dojrzałego Norwida. Bo on sam, postać towarzyska i faworyt salonowy, musiał być przede wszystkim przyjacielem samego siebie. Podbił salony może zbyt prędko i łatwo, aby za ten fakt być komukolwiek szczególnie wdzięczny.

Natomiast przyjaźń mógłby zdobyć wśród rówieśników literackich, poczuwających się do fatalnej wspólnoty losowej pokolenia. Lecz Norwid czuł się niezależny również od nich. Tym bardziej że naprawdę nie bawiło go "knajpowanie", fraternizacja ze staromiejskim plebsem, prowokacyjne niechlujstwo w stroju. Co prawda, znaleziono wspomnienie o Norwidzie osiemnastoletnim, jak głośno się śmieje, zajadając ogórki, ale, w wypadku Norwida właśnie, to naturalne zachowanie wygląda zgoła ekscentrycznie. Wszak młoda warszawska cyganeria przezwała Norwida "Anglikiem", co miało prawdopodobnie oznaczać, że jest sztywny, zimny i nieswojski. Minie ponad ćwierć wieku, załamie się europejska rewolucja 1848 roku i polskie powstanie 15 lat wobec niej późniejsze, trudno będzie w Norwidzie późnoparyskim rozpoznać wczesnowarszawskiego, ale ci, którzy nie dali się rozproszyć po świecie i dalej mieszkają nad Wisłą, jeszcze będą Norwidowi i pamiętać jego koszulę z irlandzkiego płótna, niby symbol czegoś wybitnie śmiesznego i niestosownego zarazem.

Z dzisiejszej perspektywy nietrudno, zdawałoby się, rozstrzygnąć, kto miał rację. Czy nasz Norwid genialny, czy jacyś drugorzędni hałaśliwi poeci z prowincjonalnej cyganerii. Łatwo ich posądzić o małostkową, nieciekawą zazdrość. Wszelako, za życia w każdym razie, nie mieli czego zazdrościć Norwidowi, to on został uznany dożywotnio za nieszczęśliwego, za niezrozumiałego. Na ówczesnej warszawskiej giełdzie literackiej pierwszeństwo przed Norwidem dawano często Romanowi Zmorskiemu. Wolał Zmorskiego na przykład Edward Dembowski, naczelny krytyk literacki pokolenia. A zresztą, nie licząc przebłysków niezwykłego talentu, których doprawdy łatwiej się dopatrzeć z dzisiejszej perspektywy, warszawski Norwid wykonuje wprawnie wiersze na modne tematy.

Przede wszystkim, w kontekście historycznym, racje jego konkurentów z cyganerii zasługują na poważne potraktowanie. Ich ostentacyjna bieda, patos pomieszany ze straceńczym humorem, zatracenie się w alkoholizmie i rozpuście to w paskiewiczowskiej Warszawie coś więcej niż klasyczne gesty niezadowolonych ze świata młodych poetów. Oznaczają bowiem, wcale wyraźnie i politycznie, że tam i wówczas nie warto było, może nawet nie wypadało, spokojnie bytować, udawać, że nic się nie zdarzyło. Słynny las iglasty z gałązek wetkniętych w piasek, las, który gruźlik Filleborn urządził sobie w mieszkaniu, bo lekarze zalecili mu sosnowe powietrze, albo tego poety przeprowadzka z towarzyszeniem donośnej pseudomuzyki, w takt której grupa przyjaciół niosła przez całe miasto rozmaite bety i gary, mogłyby znaleźć miejsce w światowym katalogu antyfilisterskich żartów bohemy, lecz ich prawdziwym obiektem byli, prócz pasibrzuchów warszawskich, podobnych do paryskich czy londyńskich ci, przy których można się było tak wesoło i spokojnie, na przekór wszystkiemu urządzić - okupanci.

I dlatego, niezależnie od zgorszenia prawomyślnych czy przynajmniej rozsądnych poddanych, autorami brewerii interesowała się policja. I miała swoją zawodową rację, wcale nie była taka głupia, może nieco przewrażliwiona. Krzykliwi oberwańcy nieprzypadkowo bowiem obrażali poczucie ładu i porządku. Otóż ci oryginałowie czytali i przepisywali wywrotową poezję emigracyjną, a niektórzy konspirowali czynnie. Inaczej mówiąc, gdyby patrol spotkał nocą pana Norwida w jego irlandzkiej koszuli i niechlujnego kudłacza, zająłby się bliżej tym ostatnim. Bo pierwszy z nich, choćby nawet to i owo kołatało mu się w głowie, czy wychodziło spod pióra, wygląda przynajmniej jak człowiek z towarzystwa, a więc być może wolno mu więcej, korzysta z jakiejś wyższej protekcji, która do pewnego stopnia, jakiego raczej nie przekracza podoficerskie rozeznanie, potrafi go osłonić. Podczas gdy temu drugiemu na niczym nie zależy, czyli wszystkiego się można po nim spodziewać.

To odczucie, że radość życia, także literacka, są w nadwiślańskiej rzeczywistości czymś nieeleganckim, podzielane przez wielu porządnych i załamanych ludzi, rozgrzeszało towarzystwo cyganeryjne z ambicji sukcesu, obowiązku oryginalności. Skoro i tak nie sposób przemówić wolnym, pełnym głosem, bezprzedmiotowe jakby stawało się pytanie, czy którykolwiek z warszawskich poetów takim głosem odpowiednim w ogóle dysponuje, czy potrafiłby szansę wolności, gdyby się zdarzyła, wykorzystać. Słowem, wyręczała się cyganeria i dopowiadała sobie skandalizującym strojem i obyczajem. Norwid trafnie ironizował na temat uprawiania tych pozorów mających zamaskować twórczą słabość, pomijał jednak pewien sposób, jaki znalazła cyganeria, aby się uwiarygodnić. Otóż bywała wypłacalna: własnym losem płaciła za chorobę i śmierć, konspirację i więzienie albo ucieczkę z kraju.

Norwid był inny, Norwidowi nie zależało w Warszawie, żeby wszystko działo się naprawdę. On również potrafił zgromić salonową pustkę, pogardzić złotem, użalić się nad dolą artysty w niedobrym świecie, zatęsknić do wolnych przestworów, wiejskie świeżości przedłożyć nad zepsute i bezduszne miasto. Ale właśnie w miejskich salonach bywał błyskotliwie. Zapewne należało to do zawodu artysty zbuntowanego umiarkowanie, a w ogóle w upolicyjnionej Warszawie dobrze było mieć wpływowe znajomości. Zapewne pociągały go te miejsca tak różne od niewesołego podbitego miasta, miejsca rozjarzone kinkietami, gdzie pachnie dobry tytoń i dźwięczy cienka porcelana. Był w końcu sierotą po urzędniku państwowym, był kształcony razem z braćmi na koszt imperium. I chyba w tych krótkich, nigdy już nie powtórzonych, warszawskich latach powodzenia literackiego chwilami zapomniał o swojej przeszłości.

W tym świecie salonowym nie wymagano zobowiązującej odpowiedzi na pytania w rodzaju: co dalej? Co robić? Po co, dla kogo i o czym pisać? Chyba nawet ich nie stawiano. Same melancholijnie krążyły w powietrzu. Zresztą problem dotyczył nie tylko młodego poety, nie tylko w Warszawie, stawał około roku 1840 przed każdym świadomym Polakiem, gdziekolwiek się znalazł. Otóż sprawa wyglądała beznadziejnie: w szczególniejszy sposób dotyczyło to osób trudniących się językiem, kulturą. Jakie dla niech rysowały się perspektywy, skoro kraj został rozszczepiony na trzy części, a każda z nich trawiona była przez potężny, despotyczny organizm, na emigrację zaś zaczynał już oddziaływać czas, jej największy wróg.

Młodzi literaci warszawscy zbyt podziwiali swoich emigracyjnych mistrzów, aby im zazdrościć. A także domyślać się, że tamtych dręczą podobne w gruncie rzeczy pytania o przyszłość, czyli o sens polskiego słowo. Poza tym mieli przed sobą wybór fatalny, właściwie brak wyboru. Pisanie tysiąca wierszy o sadzeniu grochu zostało już, nie całkiem może sprawiedliwie, wyszydzone w "Dziadach", bo w końcu Królestwo Kongresowe miało krzepką gospodarkę, a także przepiękne wojsko, szlachetną opozycję sejmową. Lecz teraz, w paskiewiczowskiej rzeczywistości, podobne przyrodnicze tematy oznaczałyby zobojętnienie, ba, może nawet zgodę na to, co się przytrafiło ojczyźnie i co się z nią dzieje w dalszym ciągu. Pozostawało więc demonstrowanie salonowych czy cyganeryjnych humorów i aluzje czytelne dla spragnionego czytelnika. I jeśli sprzeciw wykraczał poza ogólnikowo dozwolone granice, zwłaszcza przybierał jakieś pozaliterackie formy, wtedy już nie z poczciwą cenzurą będzie miało się do czynienia, ale z policją. Stawiając sprawy skrajnie, jednych czekały w przyszłości wiązki mokrej słomy w cytadeli, innych być może pluszowe urzędowe kanapy. Walka bez poważnych szans albo uznanie, że racja jest po stronie silniejszych, panujących. Narastała rzeczywistość dla bohaterów i zaprzańców, trudna dla ludzi, którzy chcieli czuć się przyzwoicie i sensownie wypełniać ten niefortunny czas, w którym przyszło im żyć: unikając świństwa i większego ryzyka.

Było to wszystko trudne do przyjęcia, zwłaszcza dla ludzi młodych, których wszelki kompromis brzydził czy załamywał. Ale, i to dla nich głównie, istniało trzecie wyjście. Wyjazd. Wyjście zatem połowiczne, jednak kryjące w sobie jakie niespodziewane szanse, których trudno było tu na miejscu oczekiwać. I chyba właśnie Norwid, jako pierwszy spośród swojej generacji, przemyślał do końca pomysł wyjazdowy. I stąd, tak przypuśćmy, odpowiadał mu salonowy model życia warszawskiego, jako przejściowy, nietrwały, który wolno traktować sztucznie, z dystansem. Ten zaś dystans dawała między innymi owa koszula z irlandzkiego płótna, wdziewana niezależnie od tego, czy kogoś tego dnia pobito, aresztowano, skazano na Sybir, czy imię Polski znów zostało znieważone w Petersburgu. Czy w Paryżu albo w Londynie wymyślono jakiś nowy, magiczny sposób na odzyskanie niepodległości. Lekkie rozluźnienie paszportowe sprzężone z dociskiem policyjnym sprawiło, że po kilku latach w Warszawie zostały tylko niedobitki pokolenia. Ale Norwid wyjechał wcześniej, wygodnie, bo niezobowiązująco z paszportowego punktu widzenia, z prawem powrotu, niby człowiek wolny. Zapewne drażnił wyjazd Norwida poetów cyganerii, podobnie jak drażniła ich irlandzka koszula, drażniłby i powrót. Między Norwidem a cyganerią stosunki układały się szczęśliwie, bo symetrycznie, wzajemnie: trochę niechęci, trochę obojętności i lekceważenia. Inaczej salonowi protektorzy Norwida. Jego wyjazd mógł być dla nich okazją do niezbyt przyjemnych rozważań nad rozwojem krajowej literatury i jej popieraniem pod namiestnictwem księcia Paskiewicza.

Otóż ledwo, po dziesięciu latach, odnowiło się w Warszawie jakieś życie literackie, czołowy talent wyjeżdża w świat. Na jak długo? Nie wiadomo dokładnie. Życzyli mu tego wyjazdu, pomagali niewątpliwie w jego urzeczywistnieniu i oto rozstają się z młodym człowiekiem, którego pojawienie się i uformowanie stanowiło żywy dowód, że w tym kraju można coś zrobić. Dowód z pewnością bardzo przekonywający niż zwrot w roku 1840 z łaski cesarskiej 13 000 książek z miliona, które prawem łupu wojennego po powstaniu wywieziono do Rosji. Norwid miał wrócić, ale gdyby tych ludzi z oficjalnego warszawskiego towarzystwa prywatnie spytano, czy powinien, wielu raczej wykręcałoby się od odpowiedzi. Swoje salonowe koncesje opierali na wielkodusznym przyzwoleniu namiestnika, ale przecież ze strony owej władzy, stabilnej jak cytadela, nie istniały żadne gwarancje. Ludzie zorientowani w tendencjach petersburskiej administracji wiedzieli, że co jakiś czas będą tutaj zjeżdżać ambitni urzędnicy pełni radykalnie uzdrowicielskich pomysłów. Oto całkiem niedawno na przykład, w 1838 roku, przybył pan Aleksander Szypow celem zorganizowania sieci rosyjskich szkól elementarnych. Plan upadł z powodu trudności kadrowych, ale tymczasem Szypow wymyślił, aby zabronić noszenia stroju krakowskiego i mazowieckiego, szczególnie zaś rogatek, czerwonych czapek, piór pawich, szerokich pasów ozdobionych mosiężnymi kółkami. Niepożądane kolory to srebrny, niebieski, karmazynowy i biały, ten ostatni dopuszczony tylko na koszule, gatki i chusteczki do nosa. Zamiast tej całej polskiej pstrokacizny wprowadzić miano strój kroju rosyjskiego, w spokojnych, ciemnych kolorach. Dla kobiet liberalnie dozwalało się zielone i pąsowe akcenty. Praktyczny Szypow postulował zorganizowanie składów tych ubiorów, szytych na zamówienie rządowe, celem taniej ich sprzedaży, z bonifikatą jednego rubla za gorliwy pośpiech i chłostą za opieszałość i opór.

Tym razem skończyło się na idei już rozwiniętej w szczegółowy plan. Ale kto chciał, ten myślał, że widocznie nie jest tak źle, skoro może być jeszcze znacznie gorzej. Zresztą każda zmiana, zarówno zawsze możliwe pogorszenie, jak i trudno wyobrażalne patriotyczne polepszenie sytuacji, zagrażała salonom warszawskim epoki paskiewiczowskiej: musiałyby zniknąć albo się odmienić. Wszelka konspiracja była odbierana przez salon jako działalność przeciw niemu; nawet czasem od patriotycznej obserwacji, im wydawało się słabszej, tym bardziej nieuchwytnej, złośliwie towarzyskiej, i salon, buduar czy polowanie nie dawały przed nią schronienia, od opinii szeptanej, powtarzanej w światowym zgiełku czy dyskretnej kniei i dodatkowo ujawnionej przez prasę emigracyjną. Obok szczegółowo adresowanych wyrzutów były w tej opinii wobec salonu pretensje zasadnicze. Jak można myśleć o istnieniu wyższych sfer, skoro księciu Romanowi Sanguszce car osobiście wymierzył karę dojścia piechotą na miejsce katorgi? Skoro specjalnym rozporządzeniem Mikołaja Order Aleksandra Newskiego został postawiony przed Orderem Orła Białego, zaś św. Anna wyżej od św. Stanisławy I klasy? Jak dyskutować o sztuce, skoro po powstaniu obrazy i rzeźby regularnymi transportami wywożono do Rosji? Co można powiedzieć na temat oświaty, kiedy likwiduje się Uniwersytet Warszawski, korpus kadetów oraz wydaje się szczegółowe przepisy zalecające bicie w szkole rózgami? Więc zabójcze różne przekleństwa i jadowite pretensje do cara, namiestnika, urzędników, żołdaków i tajniaków zbierały właśnie te sfery, które chciały istnieć neutralnie, pozytywnie, na przekór sytuacji. Jakby miały wpływ na cokolwiek, jakby z drugiej strony, to jest przez władze, nie były strofowane, obrażane, indagowane. Skoro jednak salonowcom zależało na opinii przyzwoitych Polaków, musieli cierpieć obustronnie, i nikt im szczególnie nie współczuł. Mieli jedynie za sobą tę oczywistość, że z pewnością niedobrą rzeczą byłoby rozdzielić kulturę polską między Paryż a Petersburg, gdzie również zaistniało polskie środowisko. A poza tym następujące przekonanie: to, że jest źle, nie oznacza, że powinno być jeszcze gorzej. Oczywiście trudno uważać salonowców warszawskich za męczenników historii. Zapewne pilnowali majątków, co również można patriotycznie pochwalić, bo w razie konfiskaty przeszłyby w ręce rosyjskie albo zdradzieckie. Nie spieszno im było do trudnego emigracyjnego chleba. Ale, niechby to nawet usprawiedliwiało ich spoufalanie się z władzą pacyfikacyjną; uważali, że robią co możliwe dla Sprawy.

I właśnie Norwid. Wyjeżdża. I do czego znów miałby się tak spieszyć z powrotem, prawdę mówiąc? Do hreczkosiejstwa, pijaństwa i polowań? Do konspiracji, której finał prędzej czy później można przewidzieć? Do kariery po drabinie rang urzędniczych? Czy do tego salonowego, perfumowanego powietrza, w którym jednocześnie czyta się wiersze, snuje intrygi, prowadzi interesy, plotkuje zniżonym głosem, kto był na balu u namiestnika, ewentualnie, w jakim ukrytym celu jaka polska dama obnosiła tam rosyjski kokosznik, kto aresztowany, kto zwolniony? I jeszcze: co słychać w Paryżu? Tu może trochę satysfakcji z paryskich kłótni i kłopotów i, wśród młodzieży w każdym razie, sporo przemożnej pokusy, żeby się tam jednak znaleźć. Wielka poezja emigracyjna przyciąga i przytłacza warszawskie próby czynione w tych arcyniewdzięcznych warunkach: zgoda, tak musi być. A prócz poezji jest także publicystyka emigracyjna, która podejmuje tematy krajowe. I w paryskiej "Kronice Emigracji Polskiej" tak piszą o Warszawie: "W kokoszniku moskiewskim, krynolinie paryskiej, oświecona gazem, zagłuszona muzyką, olśniona widowiskami, niepamiętna na przeszłość, zapomniała, jakiego narodu jest stolicą".

Te słowa mogą się jeszcze w salonie spodobać, skoro istnieje tam przekonanie, że właśnie tu pracuje się przeciwko podobnej, skandalicznej sytuacji. Ale można sobie wyobrazić, jak boleśnie rozżalają ludzi, którzy nie wyemigrowali, słowa anonimowego paryskiego publicysty tejże umiarkowanej "Kroniki": "Dopóki Polska w niewoli i rozdzielę, poty poza krajem tylko płonąć może w całym blasku ta święta miłość ojczyzny, nie tłumiona widokiem wrogów, nie krzywiona pragnieniem zemsty, czysta od nienawiści, wolna od prowincjonalizmu, w który tam koniecznie popaść muszą ludzie choćby najlepszej woli, najszczerszego uczucia, aprzecież ciemni i głusi na wszystko, co opodal nich żyje i walczy. [...] Tylko poza krajem żyć i rozwijać się może patriotyzm, który całość Polski i każdego jej zakątka ogarnia, wyswobodzony z wpływów i zachodów co w kraju pętać muszą, daleko od jarzma, co go tłoczy. I tylko poza krajem, może on nie mieć "postaci skromnej jako wąż wystygły", może nie być, jak otchłań w myśli niedościgłej" i przed każdym, i o każdej porze okazać się śmiało, spokojnie, bezpiecznie. I tylko też poza krajem między dobrowolnymi dla Polski wygnańcami duch Polski potrafi i na zewnątrz zdobyć dla siebie uznanie, i wewnętrznie rozrastać się i dojrzewać". Słowa zarazem krzywdzące i celne, po których bronić się przed zniechęceniem, poczuciem beznadziejności trudno: chyba tylko uświadamiając sobie, że takiego właśnie załamania życzyłby sobie, wróg. I trudno walczyć z bezsilną złością wobec wolnego, bezpiecznego, złotoustego autora powyższych słów: złością dotkliwszą niż wobec okupanta, od którego przecież nie oczekuje się dobrego słowa.

Ten czy ów protektor Norwida mógł czuć się trochę jak prowincjonalny nauczyciel muzyki, który najlepszego swojego ucznia puszcza w szeroki świat, bo nic mu już dać nie może, tylko dla jego dobra, dla rozwoju, dla kariery jak najprędzej uwolnić od swojej opieki i spodziewać się ewentualnej wdzięcznej pamięci. Albo, jeszcze patetyczniej, jak ojciec, który sam sterany w patriotycznym niepowodzeniu wypycha syna w świat, wiedząc, że już go pewnie nigdy nie zobaczy, ale za to daje mu szanse zupełnie innego, lepszego życia.

II

Czym był dla Norwida wyjazd z Warszawy? Co myślał sobie w takiej chwili? Chyba wsiadał do pocztowego dyliżansu z przekonaniem, z ulgą. Osiągnął w tym mieście wszystko, co było wówczas możliwe dla młodego artysty, czego chciał: uznanie elity, dyskusje wokół siebie, pozyskał ludzi, którzy w nim lokowali swe nadzieje. Kogo warto było poznać - poznał, bywał wszędzie, gdzie wypadało bywać. I nie czekało go więcej nic nadzwyczajnego: wiedząc o tym, mógł się już z góry lekko znużyć tutejszym towarzystwem. Mogły go razić też w kółko obracane pytania - kto jest dobrym Polakiem? - na które on miałby odpowiedzieć raczej wymijającą. I te arcyskomplikowane zabiegi i układy, tutaj decydujące. Lecz wobec problemów ogólnoludzkich czy choćby europejskich pozbawione wszelkiego sensu.

Wyjeżdżając rozstawał się również z niewesołymi wspomnieniami z dzieciństwa. Za jego szkolnych lat nabrało mocy urzędowej rozporządzenie Rady Wychowania Publicznego, że "każdy dyrektor, inspektor i nauczyciel, nie odpowiadający postępowaniem swoim oczekiwaniom i widokom rządu, który postanowił postawić tamę duchowej samowolności, jakim zarażone zostały instytucje naukowe w Królestwie Polskim, powinien być niezwłocznie od obowiązków swoich oddalony". Tym przejrzystym ogólnikom towarzyszyły zwykłe zachęty do bicia uczniów. Według ścisłych, szczegółowych przepisów. Witki brzozowe świeże albo zamoczone w wodzie, grubości około cala w miejscu powiązania ich w pęk, długości od łokcia i ćwierci do półtora łokcia, mogło być znane Norwidowi w związku ze straceniem Artura Zawiszy, emisariusza wyprawy Zaliwskiego. Uczniowie szkoły na Lesznie, do której uczęszczał, zachowali się nieprawomyślnie podczas publicznej egzekucji i trzeba było sięgnąć po wypróbowany środek wychowawczo-polityczny. Te poniżenia cielesne doświadczone na własnej skórze czy na skórze kolegów dopełniła w wypadku Norwida i jego braci zwykła bieda, sieroce kłopoty, wreszcie pomoc rządowa, to znaczy otrzymywana z tej samej ręki, która nie skąpiła brzozowych rózg.

Czy awansowany towarzysko myślał bez urazy o wielu swoich salonowych rówieśnikach, którzy bez zasług i talentów, przez swoje urodzenie, lojalność własną i rodziców jakby w naturalny sposób na salonach się znaleźli, podczas gdy on, poeta, malarz i filozof samouk, spokrewniony z Sobieskim, musiał przez całe dzieciństwo spotykać się z prawdziwym życiem? Mimo wrodzonego arystokratyzmu ponosi Norwid jakieś psychiczne koszta swojego awansu salonowego. Nigdy go nie opuści neurotyczna nieufność wobec świata, agresywne poczucie krzywdy i zagrożenia, a także niechęć do jakichś wzajemnych zobowiązań, do lojalności innej niż ta, którą winien samemu sobie.

Słowem, chyba nie przejmuje się zbytnio faktem, że porzuca warszawskie życie. Tym bardziej że otrzymuje, niby prezent na drogę, dwa wiersze, Czajkowskiego i Szeligi-Potockiego. Być może nie docenia ich, nie przeczuwa, że w tym świecie, który właśnie szeroko, kolorowo otwiera się przed nim, nikt już nigdy tak bezinteresownie, tak uczuciowo nie będzie wierzyć w jego sztukę, w niego samego, nie będzie go wspierać tą wiarą, tak potrzebną w obcych i pięknych krajach. Że nikt już nie zwróci się do niego jak Czajkowski: Orle-Norwidzie. Że ta okolicznościowa, pożegnalna apostrofa będzie musiała mu wystarczyć, jeżeli dobrze ją zapamięta, na całe życie.

A pejzaż mazowiecki? Już pierwsza większa wycieczka krajoznawczo-literacka, podjęta latem 1841 roku, do Koźmianów w lubelskich Piotrowicach, mogła zakłócić młodzieńcze mazowieckie wzruszenia. Bujna, ciepłolubna roślinność na lessowej glebie, jakby więcej słońca, niby włoskiego, wśród zielonych chałup i kościołów z białego kamienia, pałac piotrowicki ze wspaniałą biblioteką i gospodarz, poeta, intelektualista niezależny w sądach, wolny duchem, świadek oraz uczestnik wielkiej przeszłości: doprawdy mógł sobie Norwid pomyśleć, że poza Warszawą świat bywa ciekawszy. A później jeszcze Czarnolas, Łysa Góra, Częstochowa.

Ale dopiero w maju następnego roku, kiedy przekracza granicę Rzeczypospolitej Krakowskiej, może sobie na dobre zdać sprawę, co pozostawia za sobą. Te paskudne mazowieckie sosenki na piaskach przemieszanych z bagiennymi łąkami, nasiąknięte szarym deszczem, wyschnięte od suchego wiatru, te nędzne wsie... Otóż Kraków, ziemia krakowska mogły znakomicie ułatwić Norwidowi rozstanie się z Warszawą. Przepych majowej przyrody, już w granicach Kongresówki, koło Ojcowa, skały i strumienie, a zaraz potem Miasto, pejzaż historii, pejzaż kultury, który zawsze będzie Norwidowi najbliższym pejzażem. Pierwsza znajomość z włoską architekturą w postaci Sukiennic i naprzeciwko, niby wprowadzenie do wizyty w Norymberdze, ołtarz Wita Stwosza. Towarzyszy Norwidowi Władysław Wężyk, zdolny orientalista, jeden z tych bogatych młodych ludzi, którzy przez jakiś czas będą uważać za swoją przyjemność i powinność pomagać poecie. A kiedy Wężyk zawróci do Królestwa, Norwida czekać będzie jeszcze Biblioteka Jagiellońska. Rynek w oktawę Bożego Ciała, Lajkonik, król kurkowy, kwiaty, uliczne kapele, ludzie zajęci prywatnymi sprawami, niewola jakże dyskretna w porównaniu z niewolą w tej płaskiej, jakby jeszcze dodatkowo przez klęskę i pacyfikację rozpłaszczonej i odbarwionej Kongresówce. A potem już Kraków pozostanie w tyle jako ostatnie wspaniałe polskie miasto na trasie wielkiej podróży, bo Lwów czy Wilno nie będą Norwidowi po drodze.

Jedzie przez Drezno, zwiedza galerię, z Norymbergi zdąży jeszcze wysłać wiersz do warszawskiego czasopisma. Potem kilka zimowych miesięcy w Monachium, a dalej już kraj, który zaćmi wspaniałe miasta niemieckie, gdzie pejzaże oglądane w galeriach starego malarstwa i doświadczone w podróży czy na spacerze wydają się identyczne, a oczy przechodniów i oczy spotykane na portretach są teraz, podobnie jak i przed wiekami, trochę wypukłe, o rozszerzonych źrenicach. To północne Włochy, od Wenecji począwszy, następnie cały świat Florencji, a potem Rzym i więcej być nie może, chociaż czeka jeszcze Norwida Berlin, Paryż, Londyn i Nowy Świat Ameryki, a potem najdalszy punkt, do którego dojdzie w swej wędrówce po kuli ziemskiej na zachód i skąd będzie rozpoczynał swoją drogę powrotną.

Ale co z Warszawą podczas niemieckiej i włoskiej podróży? Jeden wiersz wysłany z Norymbergii do "Biblioteki Warszawskiej", jacyś znajomi po drodze, trochę listów - to wszystko. Czy tak jak jeszcze o latach szkolnych, intensywnie spycha w niepamięć warszawską rzeczywistość? Bo naprawdę stara się zobaczyć, nauczyć jak najwięcej. Lecz to wskazywałoby raczej na zamiar powrotu, może nie tyle zamiar, ile z braku innego, lepszego pomysłu pogodzenie się z takim swoim losem. Jeśli tak, skoro jest przesądzony, rzeczywiście po co się nad nim zastanawiać, po co korespondować. Lepiej przez czas pewien odpocząć od nadwiślańskich nastrojów, skoro i tak ma wśród nich upłynąć reszta życia.

W Monachium, Florencji, potem w Rzymie wyciąga z kufra podróżnego listy polecające do rozmaitych mistrzów i szkół malarskich czy pracowni rzeźbiarskich, uczy się w nich, zwiedza je i chyba w żadnej nie doznaje szczególnych olśnień. Zresztą wobec arcydzieł dłuta, pędzla, ołówka i poziomicy, spotykanych na każdym kroku, już skończonych, co więcej jest do powiedzenia? Wypada się czuć skromnym rzemieślnikiem, podziwiać, naśladować i tym się cieszyć. Co do poezji, pisze Norwid kilka świetnych strof, ale zdecydowanie traci warszawską swadę. Całą możność swoją wyczerpuje, aby chłonąć, szeregować to, co widzi, czyta, słyszy, i w sumie protektorzy warszawscy mogą być z Norwida zadowoleni. Bo przede wszystkim nie zadaje się z politycznymi awanturnikami. Okazuje się, wbrew temu, co niektórzy uważają w Warszawie i Petersburgu, że Europa jest dostatecznie obszerna, że każdy z każdym wcale nie musi się spotykać, jeśli tylko sobie tego nie życzy. Są też w Europie ciekawsze sprawy niż sprawa polska. Kto zna już trochę Norwida, zrozumie, że nie bawiłoby go politykowanie z byłymi oficerami byłego wojska polskiego, wysłuchiwanie ich szaleństw i frustracji, jałowych rozrachunków za przeszłość i to naiwnych, to chytrych pomysłów na własne życie. Przecież nie po to wyjechał z Warszawy, żeby znowu w pięknym kraju zadręczać się polską tematyką, i podobnie jak irlandzka koszula w Warszawie dystansowała go wobec tamtejszej rzeczywistości, tak teraz warszawski paszport, niechby nawet z dwugłowymi czarnymi orłami, czyni go niezależnym. Nie potrzebuje emigracji, nie jest nią na razie zainteresowany, ma własne plany, trochę pieniędzy. Podobno w Monachium próbował zakładać własne stronnictwo, ale to nic pewnego: ważniejsze wydają się osobiste przeżycia Norwida z tych pierwszych pozawarszawskich miesięcy.

Na tle ogólnego włoskiego zachwytu tym bardziej przygnębiające i złowróżbne mogą wydawać się dwa przeżycia weneckie. Za pierwszym pobytem w Wenecji odnawia Norwid drezdeńską znajomość z Tytusem Byczkowskim, sześćdziesięcioletnim malarzem rodem z ziemi mińskiej. Byczkowski jest od niedawna, Norwid parę dni zaledwie. Chodzą, czy raczej pływają po Wenecji. Byczkowski ma zamiar pozostać tu na zawsze i urzeczywistnia ten zamiar dosłownie. Topi się, chociaż wszystko jest w najpiękniejszym porządku. I oto Norwid dowiaduje się od razu, na początku swej pielgrzymki do Włoch, że ludzie umierają również tutaj, wśród cudów świata, chociaż nie ma to żadnego sensu. Że bez jakiejś wyraźnej przyczyny zdarza się, iż wolą śmierć niż życie w słońcu osobistej wolności, w miastach, które rozbrzmiewają harmonią sztuki i życia. W parę miesięcy później Norwid znowu jest w Wenecji i tutaj dostaje wiadomość, że jego warszawska narzeczona zrywa z nim i wychodzi za innego. Dopiero teraz dowiadujemy się o jej istnieniu w życiu Norwida. Tajemniczość jest w stylu epoki, w guście artysty, mógł nawet Norwid uroić sobie to narzeczeństwo, ale wiersz "Źle, źle zawsze i wszędzie" mówi o prawdziwej depresji. I oto po raz pierwszy Norwid doświadcza osamotnienia, którego jako człowiek młody jeszcze nie umie, nie potrafi uznać za swój los. A może jest już trochę znużony zwiedzaniem, z którego nic nie musi wynikać, i lekkością tej sytuacji zawieszenia między Warszawą a Wenecją, nieprzynależności do niczego, niezależności od nikogo.

Dopiero po dwóch latach od chwili wyjazdu z Warszawy, w maju 1844, we Florencji poznaje Norwid poważnego emigranta politycznego. Jest nim Ludwik Orpiszewski, rzymski, a właściwie ogólnowłoski rezydent Hotelu Lambert. I to spotkanie nie jest przypadkowe. Hotel Lambert odpowiada Norwidowi poglądami i manierami. A poza tym nie zmusza go do jakichś nagłych postanowień, przeciwnie, w relacji Orpiszewskiego przesłanej do Paryża akceptuje się Norwida jako arcyzdolnego młodzieńca, który rozsądnie dystansuje się wobec polityki, uczy się za granicą i ma wzbogacony, dokształcony wrócić do kraju. Ten pozytywny program musiał być doskonale znany Norwidowi, bo rymował się na dobrą sprawę z oczekiwaniami, jakie wobec niego żywiły warszawskie salony. Tyle że tym razem wypowiadany był przez osobę patriotycznie nieposzlakowaną. Orpiszewski, zanim wziął udział w listopadowym ataku na Belweder, studiował w Warszawie, zajmował się dziennikarstwem i wierszopisaniem. Jego elegia, ułożona z okazji pogrzebu marszałka sejmowego Piotra Bielińskiego w roku 1829, była sukcesem w kategorii poezji obywatelskiej. Potem przez kilka emigracyjnych lat radykalizował, wreszcie związał się z księciem Czartoryskim. Poczciwy, w staropolskim sensie tego słowa, Orpiszewski odnalazł przy Hotelu Lambert poczucie sensu polskiego działania. Nie on jeden. W liberalnej i patriotycznej idei Hotelu Lambert znajdował miejsce dla siebie nawet, aż do swojej przedwczesnej śmierci, Mochnacki, nawet przez jakiś czas Mierosławski. Książę i jego współpracownicy odwoływali się do przeszłości, zwalczali marnowanie czasu i energii pod mało realnym hasłem: wszystko albo nic. Ale młodzieży na emigracji zalecali przede wszystkim naukę, aby w stosownej chwili, w potrzebie wojennej czy pokojowej, przydała się odzyskanemu (tu zawsze rozsądnie powoływano się na szczególną przychylność niebios) krajowi.

To wszystko nie było jednak przekonywające dla emigracji, zwłaszcza w pierwszych latach po powstaniu. Nie mogąc się doczekać wymodlonej wojny powszechnej ludów, wciąż nawracała do powstaniowych rozliczeń. Nieraz obwiniano księcia Czartoryskiego o wszystko, o paktowanie z wrogiem, o zdradę. W każdym razie zebrano parę tysięcy podpisów pod oświadczeniem, iż jest on nieprzyjacielem narodu polskiego. Zdarzały się Hotelowi Lambert, który próbował z przekonaniem i samozachowawczo wymyślać dla wychodźstwa jakieś tymczasowe zajęcia, pomysły niefortunne moralnie, na przykład, aby wstępować do legionu portugalskiego Bema czy francuskiej Legii Cudzoziemskiej, co demokratyczna opinia publiczna dość skutecznie dyskwalifikowała. Ale czas działał na korzyść Hotelu Lambert i jego głównego programu: kształcenia się dla ogólnonarodowej nadziei. Była to jakaś koncepcja na emigracyjne życie, które zapowiadało się na dłużej. I kiedy Norwid spotkał Orpiszewskiego, był już książę Czartoryski z pewnością pierwszym autorytetem emigracji.

Publicyści zbliżeni do Hotelu Lambert starali się, zgodnie z linią Księcia, utrzymać ton ponadpartyjny, przemawiać w duchu solidaryzmu narodowego. Rywalizacja między radykałami emigracyjnymi a Hotelem Lambert toczyła się również na całym obszarze nie istniejącego państwa polskiego, i to w jego przedrozbiorowych granicach. We względnie liberalnym, praworządnym Wielkim Księstwie Poznańskim. W politycznie upolicyjnionej, według ideologii Świętego Przymierza, Galicji z Lodomerią, w spacyfikowanym Królestwie Polskim. Nawet na kresach litewskich, białoruskich, ukraińskich, gdzie żywioł polski stopniowo słabnie liczebnie, ekonomicznie, moralnie, toczy się walka o rząd dusz nie tylko przeciw zaborcom, również, i to bezwzględnie, przeciw konkurencji politycznej.

Demokracja tradycyjnie zarzuci arystokracji tchórzostwo i prywatę. Sama jest oskarżona o zbrodnie niewczesnych prowokacji, lekkomyślnego emisariuszowania, co ma być na rękę ciemiężcom i tylko naraża na przedwczesne starty narodową substancję patriotyczną. Ale wśród młodych ludzi w kraju rozprzestrzeniają się nastroje podobne emigracyjnym: niecierpliwości albo rezygnacji. Trudniej o cnoty w guście Hotelu Lambert, o wytrwałą naukę, pracę nad sobą, cichą nadzieję. Tym bardziej że zaborcy nie stwarzają warunków do emocjonalnego umiarkowania i długoterminowych przygotowań do służby narodowej. Książę Paskiewicz na przykład mawia, że Polakom dla ich własnego dobra należy się solidna, codzienna nauczka. Polak zasypiając nie powinien mieć - dla zasady - zbytniej pewności, że zbudzi się bez aresztowania. Wobec rozległego, praktycznego stosowania takich dictów mądre rady księcia Czartoryskiego miały ograniczoną siłę przekonywania.

I stąd poznanie Norwida było dla Orpiszewskiego pomyślnym wydarzeniem, o którym spiesznie doniósł Księciu. Norwid wydawać się mógł jakby żywym potwierdzeniem racji uporczywie wykładanych, w artykułach i przemówieniach, przez Księcia i jego zaufanych zwolenników. Norwid jest zrównoważony politycznie, poważny, prawowiernie religijny, talenty swoje pomnaża pracowitością. A skoro tacy ludzie przyjeżdżają z Warszawy i w głowie mają wszystko nadzwyczaj dobrze ułożone, nieprawdą jest, jak rozgłasza propaganda rewolucyjna, że powstanie to bliska konieczność, jedyny sposób, niechby samobójczy nawet, ożywienia polskiego ducha. Orientacja na kraj, uważne i w dobrej wierze śledzenie, co się dzieje we wszystkich trzech zaborach, stała się dla Hotelu Lambert jakimś wyjściem z błędnego koła paryskich awantur. Oczywiście jeszcze parę lat wcześniej "Kronika Emigracji Polskiej" nie mogła sobie odmówić typowo emigracyjnej satysfakcji wystawiania krajowcom ocen moralnych. Przedstawiała Warszawę jako miasto ponuro okupowane i jednocześnie miasto pustej zabawy. Niekoniecznie dbano o rzetelność informacyjną: oto felietonista, znęcając się nad nową warszawską manią muzykowania, stwierdza, że w byłej stolicy rozbrzmiewa 48 tysięcy fortepianów. "Kronika" bywa czujna i złośliwa. Kiedy warszawskie gazety rozgłaszają, że Józef Elsner skomponował Requiem, dzieło, którego nie powstydziłby się Haydn, i że wkrótce zostanie ono wykonane przez ogromne chóry i potężną orkiestrę, "Kronika" kwituje: posłuchamy, co o tym powiedzą obcy. Ale warszawskie umysłowe ożywienie początku lat czterdziestych traktowane jest już przez Hotel Lambert poważnie, z nadzieją, i Orpiszewski nie wątpi, że Norwid powinien wrócić do kraju.

Jeszcze niedawno warszawskie salony, teraz z kolei poważna orientacja emigracyjna odkryła Norwida jako człowieka, który może odegrać jakąś poważną rolę w życiu polskim. Chcą Norwida "zagospodarować", ale skąd mają wiedzieć, że jest to charakterologicznie niemożliwe. Ze liczą na artystę, który miewa kłopoty ze sobą, więc kłopotami narodowymi nie potrafi się zająć praktycznie. Ze ustawia się tak z dystansu, samotnie, co bardzo się podoba, wygląda świeżo i obiecująco, nie przez nieśmiałość czy niezdecydowanie, tylko taki ma charakter. Że być może nawet dla niepodległości ojczyzny nie poświęci własnej niepodległości.

III

Emigrantów, którzy pragnęli być zwolennikami księcia Czartoryskiego, bardzo prędko po listopadowej klęsce zaczęła obowiązywać myśl o jakiejś swojej przyszłej przydatności dla kraju, wcale niekoniecznie wojskowej. Można się o tym przekonać, czytając pisane ówcześnie podania o zasiłki i stypendia adresowane do instytucji zakładanych wokół Hotelu Lambert: Towarzystwa Dobroczynności Dam Polskich, Towarzystwa Politechnicznego Polskiego czy Towarzystwa Naukowego Polskiego. Pisze więc emigrant Modzelewski, że niepodobna utrzymać się za 10 franków na miesiąc, które mu przyznano. On "może być wiele użyteczny krajowi jako fabrykant broni", potrzebuje jednak 45 franków, aby w tej profesji terminować. Petenci towarzystw traktowani są surowo: jak głosi adnotacja na marginesie, Modzelewskiemu postanowiono wypłacić 5 franków. Inny emigrant Niedźwiecki, chciał praktykować w zakładzie mydła, także w przyszłości dla ojczyzny. Widzieli podanie generałowie Dembiński i Dwernicki, zostało jednak odrzucone. A najokrąglej, nie wiadomo tylko z jakim skutkiem, wypisywał swoje racje zawodowo-patriotyczne ziomek Sławczyński: "Jakkolwiek stenografia nie należy do nauk, które mogą mieć wpływ na odrodzenie ojczyzny, którym to naukom Towarzystwo szczególnie swoje fundusze przeznacza, śmiem sądzić, że godną jest uwagi ze względu na usługi, które oddać może za szczęśliwym powrotem do kraju biurowości administracyjnej, i mniemam, że równe ma prawo do zasiłku jak malarstwo, muzyka". Co do malarzy jednak, sądząc z uwag na podaniach czynionych często ręką samego Księcia, nieufność mecenasa była ogromna. Artysta Kurowski kilkakrotnie molestował o wsparcie, bo miał ukończyć obraz przedstawiający śmierć generała Sowińskiego. Sprawa "nie wchodzi w zakres przeznaczenia Towarzystwa". Z podobną motywacją odrzuca się podanie malarza Teofila Kwiatkowskiego. Napoleon Orda, mimo że kształcony w sztukach pięknych, chciałby do konserwatorium muzycznego; brak odpowiedzi. Podobnie bez odpowiedzi pozostaje Pankracy Sosnowski, który skarży się że trudno mu wyżyć z zasiłku, płacąc za atelier.

Ale próżno szukać wśród wielu podobnych podania młodego artysty Cypriana Norwida. W tych pierwszych latach poza krajem nie mógł i nie chciał pewnie być uważany za emigranta. A później będzie prosił o pomoc prywatnie, starał się, zanim rozpacz i wściekłość nie popsują mu elegancji stylistycznej, utrzymać rzecz na lepszym poziomie towarzyskim.

W połowie łat czterdziestych we Włoszech po prostu należy do wyższego towarzystwa. I nie musi zapewniać nikogo, że wyzwolony kraj będzie miał z niego pożytek. Tym bardziej że nawet nie upiera się, aby ojczyzna była już wolna na jego przyjazd. Po prostu ma wrócić do Warszawy.

Tak w każdy razie uważa Ludwik Orpiszewski. Jego zdaniem Norwid "zdziała tam więcej". Orpiszewski zna życie, podobnie jak książę Czartoryski niepokoi się, że młodzież często nosząca świetne nazwiska, co jest szczególnym utrapienim Księcia, trwoni lekkomyślnie swój czas. Klęska listopadowa zwolniła ją od zobowiązań patriotycznych. W kraju, wiadomo, nic się nie da zrobić, nie ma sensu, za granicą chętniej się przebywa. W ten sposób łatwo, jasno i przyjemnie określa się swoją patriotyczną odrazę wobec zniewolenia ojczyzny. "Znam wielu patriotów, którzy tak kochają Polskę, tak czują jej cierpienia, tak boleją nad jej bólami, że tylko po to do niej przyjeżdżają, aby uregulowawszy rachunki z rządcami, dzierżawcami i napełniwszy torbę pielgrzymią groszem z polskiej ziemi wyssanym [...], wrócić znowu do Paryża lub Rzymu, i tam rozwodzić się w żalach nad smutnym losem kraju, płakać nad jego nieszczęśliwym losem, nazywać się milionem - bo za miliony cierpi" - pisze felietonista "Kroniki" o ludziach, którzy ani do kraju, ani do emigracji się nie przyznają, bo tak im wygodniej.

Przez prawie dwa lata Norwid współpracuje z Orpiszewskim. Hotel Lambert z pewnością życzyłby sobie więcej takich przedstawicieli polskiej młodzieży. Norwid nie jest zepsuty ani pokręcony przez policyjne doświadczenia. Gwałtem rewolucyjnym brzydzi się odruchowo, filozoficznie, estetycznie. Wreszcie nie awanturuje się za przegrane powstanie. I wzajemnie, Norwidowi podoba się duch, styl Hotelu Lambert, polityczne umiarkowanie, europejski sposób pisania o polskich sprawach, użyteczność religii i tradycji we współczesnych ocenach, świetne nazwiska. Niewątpliwie podoba mu się również, że jest poważnie traktowany przez instytucję, którą szanuje, z którą się zgadza, dla której, jeśli wolno użyć takiego określenia, pracuje. I chyba lubi jej rzymskiego reprezentanta, powinien w każdym razie. Bo może zajmować się do woli sztuką piękną, zagłębiać w rzymskiej czy florenckiej wspaniałości, pisać wiersze. I tylko jakby dodatkowo, na polskich spacerach, wśród życia włoskiego, w kwiatach, wobec antycznych kamieni, renesansowych murów, zgodnie z własnymi przekonaniami skłaniania rodaków do idei oraz ludzi stojących za księciem Czartoryskim.

Miał Norwid dawać swoją osobą przykład poważnego pracowitego młodzieńca, więc właśnie spotykał się z młodymi, próżnującymi ludźmi. Miał wpływać na nich, lecz sam także podlegał ich wpływom. Prócz snobistycznej skłonności, wyniesionej jeszcze z Warszawy, być może działa tu podświadoma obawa przed jakimś nowym uzależnieniem, przed wciągnięciem za daleko w upolitycznione życie.

A poza tym do tego błyszczącego świata należał ideał miłosny młodego artysty, Maria Kalergis.

Na temat tej nieszczęsnej miłości wiele wyspekulowano, ale wierzyć chyba należy Marii, która w listach do ukochanego Adama Potockiego raz tylko wspomina o Norwidzie 8 lipca 1845 roku: "Norwid wrócił do Rzymu, mam częste wiadomości od niego, ale są niedobre, obawiam się, że biedny chłopak jest poważnie chory". Skąd miała wiedzieć, że ten "biedny chłopak", snujący się w jej orszaku, będzie wielkim poetą? Jego szansą u Marii był właśnie brak szans. Dlatego mógł razem z nią i jej przyjaciółką Marią Trębicką zwiedzać okolice Neapolu, wspinać się konno na Wezuwiusza. Był usłużny, elegancki, wykształcony i właśnie zupełnie niegroźny.

Norwidowi nie przeszkadzało, że Maria Kalergis jest córką generała żandarmerii, bratanicą szefa dyplomacji petersburskiej. Ojciec drugiej Marii, jej towarzyszki, generał Stanisław Trębicki, zginął być może przez pomyłkę, od kul i bagnetów spiskowców podchorążych w Noc Listopadową. Zresztą obie Marie nie były wyjątkami wśród znajomych Norwida. Ojciec malarza Heliodora Bukowskiego, podobnie jak Stanisław Trębicki, ginie podczas powstania śmiercią bratobójczą, tyle że w kilka miesięcy później. Tu już nie było pomyłki, generał Bukowski został zlinczowany przez tłum w nocy z 15 na 16 sierpnia, właściwie wydany tłumowi na pastwę, bo ktoś musiał zapłacić za niepowodzenia wojenne zawinione przez naczelne dowództwo. Inny malarz, przyjaciel Norwida, Gabriel Rożniecki to syn Aleksandra, wybitnego ułana napoleońskiego, a potem dyrektora teatrów warszawskich, szefa policji, rabusia i rozpustnika, który na czas powstania schronił się do Petersburga. Dalej Edward i Włodzimierz Lubieńscy, członkowie potężnego klanu rodzinnego, niestety nie bez powodu niepopularnego w patriotycznej opinii.

I wreszcie poznany dopiero w styczniu 1848 roku w Rzymie Zygmunt Krasiński. Młody Krasiński pasowałby do złośliwości "Kroniki" o uciekaniu, jak tylko się da, z ukochanego kraju, gdyby nie osobista domowa komplikacja, rozdarcie miedzy uczuciem synowskim i patriotycznym. Otóż we Włoszech czy Niemczech mógł łatwiej wielbić zarówno ojca, pogrzebanego na emigracji, jak i ojczyznę.

Z pewnością dla Marii Trębickiej pomnik wystawiony w Warszawie na rozkaz cara ku czci sześciu polskich generałów zabitych przez powstańców w Noc Listopadową był rodzinnym problemem: wszak na tablicy pamiątkowej figurował również Stanisław Trębicki. Nie wydaje się, aby Heliodorowi Bukowskiemu sprawiały przyjemność wyrazy współczucia ze strony cesarskich urzędników; od takich doznań był we Włoszech bezpieczny. Gabriel Rożniecki musiałby w kraju wciąż wstydzić się za ojca; za granicą był już przyjmowany na własny rachunek, jeśli tylko unikał radykalnej emigracji. Wreszcie sam Norwid: jego ojciec, mason i kawaler maltański, czterokrotnie rozwiedziony, mimo wyroku i więzienia za długi zostawi swoim dzieciom pośmiertną cesarską rentę. Był bowiem ów protegowany księcia Radziwiłła i Druckiego-Lubeckiego przede wszystkim gorliwym urzędnikiem państwowym. Powstanie spędził w Warszawie, po czym, jak gdyby nic się nie zdarzyło, wrócił na stanowisko komisarza obwodu mariampolskiego. Jego gorliwość w działaniach na rzecz spokoju i porządku doczekała się oficjalnej pochwały. Wolno się domyślać, co mogło to znaczyć zaraz po upadku powstania, w rejonie znanym z leśnej partyzantki. A zresztą postać ojca Norwida chyba nie była w guście syna: stąd jeszcze jeden powód, by wyjechać, nie rozpamiętywać spraw rodzinnych, nie wracać, póki można. A za granicą trzymać się raczej w towarzystwie młodzieży, którą również doświadczenia rodzinne, choćby sercem nie akceptowane, czyniły odporną na radykalne pokusy.

Hotel Lambert liberalnie uznał półemigracyjny status Norwida, to jest emigranta przejściowego, który powróci do kraju. Toteż kiedy Norwid wyruszy do Berlina, aby starać się o jakie stypendium rządowe (tj. warszawskie), czy, jeśli kto woli, petersburskie, w każdym razie za pośrednictwem poselstwa rosyjskiego, ów zamiar bynajmniej Orpiszewskiego nie gorszy, przeciwnie, wydaje mu się sensowny. Orpiszewskiego interesuje głównie, że w Berlinie Norwid "ma uczyć rozumu tamtejszą młodzież", a znaczy to jak zwykle, żeby studiowała i myślała politycznie poważnie. Jeśli, jak konstatuje Orpiszewski, Braniccy i Potoccy krążą wokół Norwida, który jest człowiekiem modnym, Sprawa skorzysta na tym. Ale życzliwy Norwidowi Orpiszewski dostrzega, być może, niebezpieczeństwo, jakim jest dla artysty przebywanie w tym niezupełnie swoim towarzystwie, dzielenie zbyt długo nieswojego losu.

Zapewne młodzi bogaci ziemianie nudzą się nad Wisłą towarzysko, krajobrazowo, patriotycznie. Nie chodzi tu o konieczne porachunki moralne z ojcami czy stryjami, raczej o nieskrępowaną możliwość podróżowania we własnym warszawskim towarzystwie.

Nieustające nieszczęście ojczyzny pogłębia romantycznie te wędrówki i pielgrzymki. Smętne wieści z Warszawy pomagają uśmiechać się z wdzięcznością do pogodnego włoskiego nieba, smakować beztroski dla przyjezdnych gwar uliczny. Bo panicze nie mają nic do stracenia. Przeciwnie, przez podróże mogą ewentualnie poprawić swoje wykształcenie. I nic też nie ryzykują. Czekają na nich spadki, majątki, mądrze obmyślane interesa matrymonialne. Są od Norwida mocniejsi nawet wówczas, kiedy pozwalają mu rządzić sobą przez chwilę, jakby na przedstawieniu sugestywnemu aktorowi. Aż po kilku latach pobytu za granicą okaże się, że Norwid znajduje się ciągle w tym samym miejscu, to znaczy nie podbił świata czy choćby rodaków nie rzucił na kolana swoją sztuką, jak się tu i ówdzie spodziewano, tylko w dalszym ciągu jest zagadkowy i obiecujący. I wtedy niepostrzeżenie tworzy się o nim opinia nieproduktywnego oryginała, szalenie zabawna dla młodego księcia czy hrabiego, fatalna dla człowieka, który już wkrótce będzie starał się sam zarabiać na swoją sztukę.

Powinien się Orpiszewski zaniepokoić uczuciem Norwida dla Marii Kalergis. W ciągu najbliższego półtora roku będzie się stosował do jej itinerarium. Jakby przez beznadziejne uczucie do piękności z najwyższych sfer towarzyskich chciał sobie do końca uświadomić prawdziwą swoją kondycję społeczną, artystyczną, majątkową. Jest zupełnie bez szans na serio i oczywiście na kaprys też nie ma co liczyć. Rywalem Norwida wśród artystów będzie na przykład Franciszek Liszt, tylko że on chyba nigdy nie dowie się o istnieniu rywala Norwida. Co do nazwiska, majątku, urody, które sprzyjają wrodzonemu, wielkoświatowemu wdziękowi, gdzie tam chudopachołkowi Norwidowi równać się z Adamem Potockim, który ponad wszystko jest miłością Marii Kalergis. Adam Potocki należy też do paniczów z przyszłością, kształcił się w Wiedniu, Berlinie, teraz podróżuje, wkrótce zostanie wybitnym politykiem. Z kolei Władysław Zamoyski nader żarliwe podobno przekonuje Marię do ideałów Hotelu Lambert. Zamoyski, adiutant wielkiego księcia, potem w powstaniu świetny oficer polskiej kawalerii, obecnie bliski współpracownik księcia Czartoryskiego, i znów piękny, choć inaczej niż Potocki. Wreszcie imponujący generał Cavaignac, pogromca paryskiej rewolucji 1848 roku. Do dziś przetrwały pogłoski, że Maria Kalergis była gotowa wyjść za generała. Lecz Norwid długo upiera się, być może właśnie dlatego, że miłość do Marii Kalergis jest także nieszczęśliwą jego miłością do błyszczącego świata, który nigdy nie będzie mu dany, do którego przez urodzenie, majątek ani sławę nie należy. Traci więc czas, mógłby go przeznaczyć na zdobycie dostępniejszego ideału. Ale życie osobiste, na jakie byłoby stać Norwida, musiałoby zmienić los, którym zaczyna się kierować. Kochając się w Marii Kalergis może mieć pewność, że pozostanie osobiście wolny i nieszczęśliwy.

Jej piękność nie była bezspornie uznana. Zarzucano Marii Kalergis brak rzęs. Victor Hugo, który podejrzewał ją o kontakty z policją rosyjską, krytykował jej postawę dragona. Była zatem pięknością raczej legendarną niż rzeczywistą? Wzrost w oczach wielbicieli przydawał jej majestatu, biała karnacja pozwalała poetycznie myśleć o marmurze. Wzruszające, że krążyła po Europie z małą córeczką i w towarzystwie wiernej, nieładnej, mądrej przyjaciółki. Jakby nie mogła sobie znaleźć miejsca na świecie, szczęśliwie się tylko składało, że dostaje od męża w separacji przyzwoite sumy pieniędzy. I ma dwadzieścia parę lat. To zdaje się pustą kosmopolitką, to dewocyjną polską patriotką. Posługuje się najwyższymi petersburskimi protekcjami dla obrony znajomych albo lekceważy polskie nastroje narodowe. Wciąż nie wytrzymuje Warszawy i wciąż wraca do tego miasta, to wszystko jeszcze podczas służby Norwida w jej orszaku.

Spierano się o gusta polityczne Marii Kalergis już w latach czterdziestych. Lecz ludzie doświadczeni, jak książę Czartoryski (dobrze informowany zapewne przez Orpiszewskiego), znali światowe blaski i słabości wszelkiego salonu, który dla mody, rozrywki lubi się czasem na serio upozować. Z pewnością w otoczeniu Marii Kalergis panoszyły się wówczas niesympatyczne z patriotycznego punktu widzenia rozmowy półemigranckie, nie zobowiązujące, cynizm w nieunikniony sposób mieszał się z czułostkowością, a wszystko dla tej naczelnej troski, aby czasu nie zabijać nudno, prymitywnie, tylko w sposób wyrafinowany. To polskie życie, gdzie wszystko jest towarzyskie, ekscytujące zarazem i ograniczone, sprawiało zapewne, że Kalergis taką odgrywała w nim rolę. Dla Norwida obawiano się w związku z tym rozpraszania się, złudzeń, rozczarowań, może zepsucia. Ale czy ktoś domyślał się wówczas, że historia jego starań o względy Marii Kalergis potwierdza to, o czym świadczył już wczesny wyjazd z Warszawy. Że ów neurasteniczny młody artysta wątłego zdrowia potrafi instynktownie wyzywać przeznaczenie, albo inaczej, szuka swojego losu, nie licząc się z ryzykiem czy śmiesznością. I dlatego już za parę lat, niespodziewanie dla wszystkich nim zainteresowanych, popłynie przez niebezpieczny zimowy ocean do Nowego Jorku.

Ale tymczasem, to jest w czerwcu 1845 roku, ruszy z Rzymu do Berlina przez Wiedeń i Śląsk. Jest to podróż bardzo rozsądna po owo rządowe stypendium. Bo rzeczywiście dlaczegóż by miał go nie dostać? W końcu przez cztery blisko lata nie zrobił nic szczególnie nieprawomyślnego. Oczywiście kontakty z Hotelem Lambert były niewskazane, ale przecież mogło zdarzyć się znacznie gorzej, zważywszy na młody wiek i nieobliczalność natury artystycznej. Wolno więc było się spodziewać, że władze imperium rosyjskiego przymkną oko na mniejsze z ich punktu widzenia zło. Tym bardziej że obracał się Norwid przez te lata głównie wśród ludzi odpowiedniego urodzenia, z uregulowaną sytuacją paszportową. Temat, jaki pragnął studiować - Etruskowie - również nie powinien był budzić zastrzeżeń. Temat daleki, tajemniczy, wymagający pracochłonnych wykopalisk, a więc niewiele pozostawiający czasu na obmyślanie gwałtownej naprawy świata. A dla Norwida Etruskowie, zakładając, że się w nich rzeczywiście rozmiłuje, mieli jeszcze ten dodatkowy urok, iż nie można się nic o nich dowiedzieć ani w Warszawie, ani na całym obszarze Cesarstwa Rosyjskiego. Nadawali się do studiowania, choćby przez całe życie, bez obawy wyczerpania tematu. Uniezależniali od polityki, od kraju, od emigracji: cokolwiek by mogło zagrozić samostanowieniu Norwida o sobie.

Lecz właśnie podczas tej podróży, po raz pierwszy od chwili wyjazdu z Warszawy, trafiają się Norwidowi jakieś dziwne przygody. W Mikołowie na Śląsku spotyka dezertera z wojska rosyjskiego nazwiskiem Maksymilian Jatowtt. Norwid pożycza mu czy też darowuje swój paszport. Skąd ta nagła uczynność Norwida? Nie wiadomo. Jatowtt jedzie do Paryża, dostaje się do księcia Czartoryskiego. Paszport Norwida trafia do ambasady rosyjskiej. Stąd wielu badaczy uważa Jatowtta za agenta, sądzi, że dostarczył on materiałów przeciwko Norwidowi poselstwu rosyjskiemu w Berlinie. Ale to się znowu nie zgadza z najbliższymi losami Jatowtta: w kilka lat później trafia na Syberię. A poza tym w rozplotkowanej i nadwrażliwej na punkcie szpiegów emigracji, w której to nadwrażliwość prawdziwi agenci doskonale sobie radzili, cala sprawa nie nabierze żadnego rozgłosu i ani Norwid, ani Jatowtt, nie mówiąc już o księciu Czartoryskim, nigdy o niej nie wspomną.

W Berlinie czeka Norwida biblioteka i muzeum pełne Etrusków, na mieście znów grupa zaprzyjaźnionych znajomych z Warszawy. Jest i Maria Kalergis. Słowem wszystko, czego Norwidowi potrzeba do szczęścia. A z listów do Marii Trębickiej wynika, że nie potrafi się już Norwid pogodzić z myślą o powrocie do Warszawy. Ambasada wydała mu jakiś tymczasowy paszport z kilkumiesięczną ważnością. Lecz władze życzą sobie (stypendium raczej w ogóle się oddala), aby Norwid załatwił swoją sprawę w Warszawie. Zapewne mogą być uruchomione różne protekcje, ale przecież istnieje ryzyko, bo w imperium, jak wiadomo, pojęcie prawa było i jest pełne względności. To znaczy, jego wykładnia zależy od dobrej czy złej woli, czyli również od chwilowego humoru cesarza, ministra, urzędnika wreszcie, który w Warszawie może wydać paszport albo nie wydać. Poza tym wiadomości stamtąd nie brzmią zachęcająco, jak zwykle, slużalstwo albo narażanie się. Przykłady są ostre, półemigranci wzajemnie utwierdzają się w przekonaniu, że nie ma po co tam jechać, że sztukę, patriotyzm czy życie po prostu najlepiej uprawiać za granicą, gdzie wszystko może być tylko na niby, każda sprawa zdawać się względna i przemijająca.

W Warszawie trzeba uczyć się na nowo, ze szczegółami, upokarzającej a potrzebnej umiejętności zręcznego poruszania się po własnym domu niewoli. W każdym razie w dalszym ciągu rozliczenie jest podwójne. Z opinią patriotyczną i władzą okupacyjną. Tymczasem Norwid odzwyczaił się od tego wszystkiego. I właśnie teraz w Berlinie, bliżej Warszawy, może sobie uświadomić, że powrót staje się dlań psychologicznie niemożliwy. Jego nieuchronność traktuje jako klęskę życiową: brutalna, niszcząca przerwa w pracy, pozbawianie się porządnej biblioteki i rozstanie z Etruskami, może na zawsze. Za ich sprawą ogarniają Norwida lęki klaustrofobiczne, lęka się pewnie, czy w ogóle wyjedzie jeszcze kiedyś za granicę. I nawet przy tej okazji być może czyni niesmaczny, polityczny rachunek sumienia: jak tam ocenią jego pobyt za granicą, o czym wiedzą, o co mogą ewentualnie spytać.

Pytać będą także znajomi i żądać wśród emigracyjnych plotek potwierdzenia, że mają rację, siedząc w Warszawie. A przecież on już przed czterema laty tylko do pewnego stopnia żył tamtejszym warszawskim życiem. Teraz bodajże więcej znajomych mógłby spotkać na ulicy paryskiej niż berlińskiej. Wyjechali "skompromitowani", czyli zagrożeni policyjnie, Dembowski, Zmorski, Niewiarowski. Wyrwali się w szeroki świat Lenartowicz, Dziekoński, Ludwik Norwid - starszy brat Cypriana. Inni wyemigrowali do nieba. Rozpodróżowali się mili warszawscy panicze. I samo miasto się odmieniło. Kiedy wyjechał, budowano kolej warszawsko-wiedeńską. W 1845 roku otwarto odcinek do Skierniewic, przewieziono blisko 150 tysięcy osób, ponad milion pudów ładunków towarowych. Za Żelazną Bramą wystawiono Gostinnyj Dwór, czyli uniwersalny sklep na wzór istniejących w Moskwie i Petersburgu. Wprawdzie Pijarów przerobiono na sobór prawosławny, ale powstał nowy, piękny kościół Karola Boromeusza. I wreszcie, gdyby Norwid respektował termin ważności nowego swojego tymczasowego paszportu, zdążyłby pewnie na otwarcie Nowego Zjazdu. Spacer tamtędy może skutecznie pomógłby Norwidowi pogodzić się ze swoim powrotem. Mógłby, jak to uczyniło wcześniej i później wielu inteligentnych ludzi, zostać patriotą warszawskim, skoro ogólnopolskim nie było jak.

Jeśli ta cała paszportowa psychologia tak wyraźnie daje znać o sobie w korespondencji, nie była również obca towarzystwu, w którym się Norwid obracał. Jak zwykle, jedni go ostrzegali przed jazdą do Warszawy, inni namawiali, aby zaryzykował. Szczególnie musiały irytować Norwida opinie, że w Warszawie też można nieźle żyć. Nie wierzył w to zapewne, ale nie mógł przecież wykluczyć podobnej ewentualności. W końcu widywał się z ludźmi, którzy choć wzdychali i skarżyli się patriotycznie, wszystko jedno szczerze czy obłudnie, pod czarnymi skrzydłami podwójnego orła cesarskiego żyli urozmaiconym, bo podwójnym życiem półemigrantów. Jednocześnie lekkim, niezobowiązującym i majątkowo-paszportowo zabezpieczonym. Byli zwolnieni od podejmowania niewygodnych decyzji, natomiast on, człowiek bez pieniędzy, bez tytułu, z jakimiś koligacjami, powinien wobec zaostrzonej politycznie sytuacji decydować się na ryzyko: powrotu albo emigracji. I tu, podobnie jak z powodu Marii Kalergis, musiała dosięgnąć Norwida wiadomość, że bynajmniej nie należy do możnych i ważnych tego świata. Tymczasowość własnego położenia męczy go i denerwuje dlatego właśnie, że dobiega nieuchronnego kresu.

Pisze Norwid do Marii Trębickiej, jak w noc sylwestrową jeździł konno, samotnie, po pustynnym parku. Gdyby była to tylko poza, chęć wzruszenia korespondentki. Owszem, zapewne Norwid chce zrobić stosowne wrażenie, chce się użalić, poskarżyć, być może liczy, że powiernica opowie to Marii Kalergis. Ale to bezradne sylwestrowe błąkanie się wygląda na prawdę. Widać rzeczywiście nie miał dokąd pójść i tym gorzej, jeżeli nie był w stanie skorzystać z jakichś propozycji towarzyskich. Tak bowiem czuje się człowiek, który nie potrafi znaleźć sobie miejsca na świecie, który nie chce się cieszyć choćby tym, że właśnie rozpoczyna 25 rok pięknej młodości. Rok, który przyniesie mu bez wątpienia wiele nowych emocji. Oczywiście ma powody do zgryzoty: nieszczęśliwą miłość i komplikację paszportową. Lecz owa samotna sylwestrowa przejażdżka oznaczała jeszcze coś więcej niż zły nastrój osobisty, niemożność czy konieczność powrotu do Warszawy. Norwid chce być sam, bo czuje, że jego życie, jego los zmienia kierunek, przyspiesza, że wkrótce stanie się z nim coś ważnego.

IV

W lutym-marcu 1846 roku policja pruska rozbija poznańską konspirację Mierosławskiego. Upadek powstania krakowskiego i rabacja Szeli stawia pod znakiem zapytania sens wielkich emigracyjnych działań i programów. Nastrój listów Norwida do Trębickiej jest oczywisty; nastrój człowieka osamotnionego, który w obliczu zbliżających się groźnych wydarzeń nie czuje się nikomu szczególnie potrzebny. Podobnie jak bliscy Norwidowi polscy półemigranci w Berlinie. Ich sympatie są po stronie narodowej, ale dla jej dobra nie należy przecież prowokować, i to naraz, brutalnych Prusaków, perfidnych Austriaków, dzikich Moskali. Więc bali się tego, co nadchodzi, bardziej niż spiskowcy zajęci agitacją, konspiracją, którzy poprzez wiarę w słuszność swojej sprawy mocniej wierzyli we własną nieśmiertelność. Policjanci i spiskowcy, reprezentujący królów i uciskane narody, szykowali się do starcia, niecierpliwie czekali na przyszłość, robili, co mogli, aby do nich należała. A jeśli nawet spiskowcom zdarzało się wątpić w powodzenie swoich planów, nie obawiali się jakiegoś końca świata, przekonani, że dla ostatecznego zwycięstwa potrzeba po prostu trochę więcej czasu.

Z meczącej sytuacji wybawia Norwida zaproszenie do rosyjskiej ambasady. Pragnie się z nim widzieć pan Fontan, rodem z Grecji, obecnie dyplomata, wcześniej w Warszawie urzędnik i stamtąd właśnie Norwida znajomy. Pisze potem Norwid z oburzeniem o propozycji, jaką mu tutaj złożono: przejścia na tajną służbę rosyjską. Dziwi się jednak trochę niesprawiedliwie. Skąd na przykład miał jego rozmówca wiedzieć, że neutralność poety wobec emigracyjnych pokus wynika z jego szczególnego wyczulenia na wszystko, co się tyczy własnej niezależności, że okaże mu wstręt nieprzezwyciężony, bo prywatny, moralno-estetycznie duchowy.

Z punktu widzenia Fontona i jego mocodawców Norwid prowadził się przez lata spędzone na Zachodzie rozsądnie. Jego kontakty towarzyskie, wyżej scharakteryzowane, wyglądały dopuszczalnie: konszachty z agenturą rzymską księcia Czartoryskiego, oczywiście godne ubolewania, można było uznać przy dobrej woli za mniejsze, jakby połowiczne zło. Mógł przecież Norwid trafić do demokratów, którzy nie tylko jątrzyli jak wszyscy emigranci, niepoprawnie raz na zawsze przegraną Sprawę, ale jeszcze przy tej okazji podnosili zbrodnicze hasła społecznej rewolty.

Mniejsze zło oczywiście pod pewnymi warunkami. Pan Cyprian Kamil był wprawdzie z urzędowego punktu widzenia skompromitowany nie do końca, ale też nie bez winy wobec swego cesarza, o czym sam wiedział chyba najlepiej. Szczęśliwie się składało, że jako młodzieniec bywały i ceniony w sferach półemigracyjnych, które polityczno-policyjnie interesowały kancelarię petersburską, mógłby sam temu zadośćuczynić. Tym bardziej że nabawił się kłopotów paszportowych i nie pokazywał się w Warszawie celem wyjaśnienia sprawy, przez co między innymi pozbawił się towarzystwa bliskich sobie osób, które swobodnie, bez przeszkód przekraczały granicę w obie strony. Wreszcie, szykując się do tego spotkania, Fonton dowiedział się zapewne, że Norwid chciałby jeszcze postudiować w Berlinie, wrócić do Rzymu, ma jednak trudności finansowe. Słowem, mógł się wydać Fontonowi człowiekiem, któremu warto pomóc i od którego jakiejś wdzięczności wolno oczekiwać.

Lecz owa specyficzna troska i życzliwość, garnirowana prawdopodobnie poufałością warszawskich wspominków, może nawet jakimś stamtąd najnowszymi ploteczkami, nie mogła dobrze usposobić poety. Jednocześnie bowiem złożono mu nieprzyzwoitą propozycję, co jakby zaprzeczyło miłym słówkom: dowodziło, że uważa się go tutaj za jednostkę politycznie i finansowo niewyraźną, a więc dyspozycyjną. Norwid, jak zawsze dumny i wrażliwy na swoim punkcie, źle odtąd odbierał poprawną profesjonalną logikę rozmówcy, tym bardziej jeśli znajdowała jakieś oparcie w rzeczywistości; taką na przykład sugestię, że skoro panu Norwidowi nie podoba się rewolucja i jak dotąd na emigrację się nie zdecydował, to niechże stanie mocniej po właściwej prawomyślnej stronie. Wypada bowiem gdzieś należeć, zwłaszcza jeśli zbliża się czas próby między siłami ładu-porządku i zamętu. I tu czuły punkt widzenia Norwida: nie być własnością żadnej partii, a jednocześnie nie zginąć z głodu mógł tylko artysta uznany, nie zaś, tak jak on, obiecujący warszawski poeta i adept sztuki pięknej w podróży.

Sprawa Etrusków. Z punktu widzenia Fontona mogła stać się kolejnym uzależnieniem Norwida. Byli Etruskowie zajęciem na całe życie dla profesora niemieckiego uniwersytetu albo dla arystokratycznego czy kupieckiego spadkobiercy-oryginała. Albo nie dla młodego człowieka, który jest ubogim artystą. Chyba, że ktoś zechciałby mu pomóc. I tu znów nieprzyjemnie było Norwidowi uświadomić sobie (w duchu rzecz jasna), że nikt mu dotąd rzetelnej pomocy nie okazał. Filantropia młodych i możnych znajomych była głównie towarzyska i podróżnicza, w postaci zaproszeń na piękne wycieczki. Być może trafiło się jakieś wsparcie z Hotelu Lambert, chociaż skoro Orpiszewski sam liczył na berlińskie stypendium rządowe dla Norwida, trudno tu mówić o czymś poważnym. Natomiast Fonton proponował dobrą posadę. Służba cesarzowi była opłacalna, pozostawiała dużo czasu dla siebie. Zapewne więcej, niż ma go człowiek, który musi kłopotać się o własne utrzymanie. Etruskowie? Czemu nie, pomysł doskonały. Fonton mógłby tu nawet posłużyć się interesującym przykładem, chociaż niezbyt, jak każdy przykład, pasującym do wyjątkowej osobowości Norwida. Otóż w Paryżu, znacznie częściej niż w Warszawie, przebywał współcześnie pan Frankowski. W roku 1831 dosłużył się stopnia podpułkownika huzarów, walcząc po stronie cesarza, a potem pod pseudonimem Kajetan Niepowić pisywał doskonałe korespondencje do gazet warszawskich. I doprawdy nie polityką w nich zajmował, ale tym, co lubił i na czym się znał. Modą, obyczajami, a zwłaszcza kuchnią, która w awangardzie wielkiej cywilizacji francuskiej, wolnej od jakobińskiego i napoleońskiego barbarzyństwa, pokojowo podbijała Europę aż po Ural. Aby żyć zgodnie ze swoim talentem i powołaniem, Frankowski nie potrzebował emigracji, być może w ogóle się nią nie zajmował, w każdym razie, sądząc po treści korespondencji, nie była to jego zdaniem sprawa warta zaprzątania uwagi krajowego czytelnika. Więc wracając do tajemniczych Etrusków: a jeśli Norwid dokona jakiegoś odkrycia? Albo jeżeli podbije świat artystycznie? Kto dojdzie do tych innych spraw zawarowanych urzędową dyskrecją? Kogo to w ogóle będzie interesowało?

Oczywiście Norwid i Fonton byli innymi ludźmi, wyznawali inne poglądy, wartości, inaczej patrzyli na świat. Fontonowi mogło się wydawać, że doskonale rozumie Norwida. Rzecz jasna przyjemniej i ciekawiej, oczywiście na jakiejś przyzwoitej stopie, żyje się w Berlinie czy w Rzymie niż w prowincjonalnej Warszawie. On, dyplomata, sam przecież praktykuje tę miłą prawdę. Więc tym bardziej trudno mu jednak pojąć, czemu Norwid nie chce sobie pomóc. Tylko że nie brał Fonton pod uwagę, jak kilka lat spędzonych w wolności, choćby niełatwych, odebrało Norwidowi zdolność taktycznych obrachunków. A tu właśnie zdarza się Norwidowi spotkanie z reprezentantem władzy, która proponuje nieczyste usługi, natomiast wobec siebie wymaga posłuszeństwa, lojalności i szacunku.

I maniery Fontona, lepsze czy gorsze, stają się już na tym etapie rozmowy mało istotne. Bowiem w saloniku ambasady, wobec jej oficjalnego urzędnika, Norwid, może nie zdając sobie z tego do końca sprawy, podejmuje doniosłe postanowienie. I chociaż na formalną banicję musi jeszcze czekać 10 lat, nie ma to praktycznie znaczenia. Bo czy jest uważany za groźnego wroga państwowego porządku, czy nie, on sam, jednostronną prywatną decyzją, uniemożliwia sobie powrót do kraju. A więc wybór dożywotniej emigracji? Orientując się w ułożeniu powiedeńskiego świata, powinien się z tym liczyć. A czy jest w stanie przewidzieć, że oto po raz pierwszy staje się dlań możliwa wyprawa do Ameryki? W owym momencie po prostu wie tylko, jak musi postąpić, nie rozmyślając o konsekwencjach.

Norwid pierwszy się obraża. Na swoją kondycję, na świat, na propozycję, jaką otrzymał, i jej autora. Skoro Norwid odmówił, Fonton weźmie to do siebie. Norwid widocznie uważa się za kogoś z lepszego towarzystwa. Jego zaś, Europejczyka, śródziemnomorca, swoją nadętą miną odsyła między gruboskórnych szyldwachów więziennych, prymitywnych podsłuchiwaczy, prowokatorów, którzy niestety, dla ocalenia świata, muszą na tym świecie egzystować. I zajmować się wywrotowcami, po to, aby ludzie, wydawałoby się jeszcze przed chwilą na jednym poziomie, aby oni obaj, artysta i dyplomata, mogli spokojnie dyskutować. Niestety, okazało się to niemożliwe. Jeden z nich, to znaczy Norwid, próbując poniżyć swego rozmówcę, sam znajdzie się niżej, bardzo dobrze, tam się przekona, kim jest naprawdę oraz na jakie traktowanie sobie zasłużył. Być może szantaż, o którym wspomina Norwid, relacjonuje spotkanie z Fontonem, ma miejsce dopiero teraz, jak to się zdarza na ogół pod koniec rozmów, które policjanci niekiedy prowadzą z poetami. W każdym razie kilka dni po tej niewątpliwej awanturze poddanego rosyjskiego Norwida aresztuje pruska policja: za przyzwoleniem ambasady, może nawet na jej życzenie.

I zaraz po rozmowie z Fontonem, może w jej wyniku, znów spotyka Norwida wydarzenia ważne na całe życie. Te siedem dni i nocy spędzonych na wilgotnej słomie w berlińskim więzieniu zmieniają Norwida, bo kształtują go wyraźniej. Siedem dób więziennych, a potem jeszcze miesiąc więziennego szpitala. To ostatnie już dzięki protekcji berlińskich polskich przyjaciół. Załatwiają nawet wizyty wybitnego specjalisty u pacjenta, który nabawił się kłopotów ze słuchem.

Cóż to wszystko znaczy nie tylko w porównaniu z wieloletnimi wyrokami w legendarnych, ale najpełniej realnych lochach Kufsteinu czy Szlisselburga. Nie, to porównanie jest właściwie bez sensu: wystarczy aż nadto areszt z przesłuchaniami w cytadeli warszawskiej, jakiego doświadczali rówieśnicy, znajomi Norwida. Taki tydzień berlińskiego aresztu, nie wspominając już o pobycie w więziennym szpitalu, bardzo by się spodobał innym więźniom ówczesnym, skoro Norwid mógł się tam zajmować, jak sam pisze, lekturą i tłumaczeniem Boskiej komedii. Ale ci inni więźniowie i tak Dantego nie tłumaczyli, ktoś słusznie mógłby zauważyć. A poza tym rozliczanie Norwida z udziału w martyrologii narodowej według przykładów, jakie trafiały się w jego międzypowstaniowym pokoleniu, sprowadzać może do niesprawiedliwej oraz niemądrej konkluzji. Ze nic się mu właściwie nie stało. A przecież jedyną miarę tego wydarzenia dla Norwida stanowił wstrząs, który przeżył.

Wstrząs tym większy, że niespodziewany, również dla całej młodej polsko-berlińskiej socjety. Co musi świadczyć o jej niewinności albo naiwności politycznej: jakby ci ludzie w arystokratycznej i artystycznej beztrosce swojej nie bardzo się orientowali, na jakim świecie żyją. Norwid uwięziony: to musiało wydać się niesłychane, to był znak, że chwieje się porządek rzeczy. Toteż energia i skuteczność, z jaką porusza się niebo i ziemię, jest nie tylko dowodem przyjaźni dla Norwida. Również solidarnego poczucia zagrożenia: skoro coś takiego przytrafiło się Cyprianowi, może dotyczyć równie dobrze każdego, kto podobnie jak on myśli, mówi i zachowuje się w towarzystwie.

Rozmowy z Fontonem i uwięzienie: dwukrotnie ma Norwid do czynienia z historią. To znaczy znajduje się w sytuacji, która stanowi dość powszechne doświadczenie wielu pokoleń polskich studentów, młodych uczonych, artystów, niekoniecznie zawodowców konspiracji czy opozycji. Nie są ci pierwsi powołani ani świadomie przygotowani, by sprostać trudnej politycznej okoliczności. Ale jeśli już na nich wypadło, nie ma odwołania i nie będzie na ogół usprawiedliwienia. I tak w rozmowie z Fontonem musi Norwid dokonać wyboru. Wobec kolorowego wachlarza policyjno-dyplomatycznych sztuczek, aluzji, komplementów i gróźb: odpowiedzieć tak albo nie. I, jak się okaże, ponieść skutki swojego wyboru może na całe życie.

Między tygodniem aresztu plus miesiącem więzienia szpitalnego a dwudziestoma pięcioma latami lochu w twierdzy zbudowanej na skale istnieje przecież jakieś powinowactwo. Choćby ten moment pierwszego przekręcenia klucza w zamku, ciszy bezpośrednio potem i niemożności wykonania owego pól kroku więcej w przód, w tył, na prawo, na lewo, dalej niż pozwala kamienna ściana. A poza tym: co będzie, tego nigdy nie wiadomo, zwłaszcza po raz pierwszy. Zresztą w tym innym świecie przestrzeń i czas bardzo szybko, od razu właściwie, nabierają innego wymiaru. I czujemy na sobie, być może dotknięcie historii, niby refleks, podmuch potężnej fali, która potrafi załamać albo wynieść do góry. Toteż jeśli nawet Norwid przeżywa szok, co somatycznie wyraziłoby się zaburzeniem słuchu, musi pojąć i przyjąć, że nie zamknięto go tu przez dziwny przypadek albo przykre nieporozumienie. Przeciwnie, to mu się należało, tego mógł się spodziewać, stąd powód do dumy patriotycznej, do moralnego wywyższenia.

To prawda, nie gustował szczególniej w cnotach patriotycznych kojarzących się z walką i cierpieniami. Ale w roku 1846 należało już, nie chcąc z Europy powracać do kraju, mieć jakiś tego wyraźny powód. Coraz liczniej młodzi ludzie z różnych zaborów musieli uciekać, głównie do Francji. I tam, rozpoczynając polskie życie emigracyjne, udowadniać, że są skompromitowani wobec policji trzech zaborów.

Otóż Norwid swoją kompromitację otrzymuje na miejscu, aktualnie, urzędowo, z rąk pruskich i rosyjskich. Nie musi na nikogo się powoływać, przedstawiać świadków, demonstrować blizn. Zapewne o kimś, komu więzienie zaostrzyło postępujące kalectwo, trudno powiedzieć, że mu się opłaciło. A jednak doświadczenie więzienne przypieczętowuje decyzję podjętą w rozmowie z Fontonem, uwalnia Norwida od rozdwojenia półemigracyjnego, na które go nie stać, w przeciwieństwie do wielu znajomych. A więc stało się z nim coś naprawdę, właściwie po raz pierwszy w dorosłym życiu, bo trudne sieroce dzieciństwo powiodło mu się jakoby zapomnieć, a potem bronił się ucieczką w sztuczną rzeczywistość salonową. Przez cztery lata emigracyjne też jakoś to mu się udawało, gdyby podsumować te wszystkie rozmowy i lektury, studia w rzeźbiarskich pracowniach i wiersze.

Toteż był Norwid aż do owych doniosłych berlińskich chwil dla ludzi, wśród których się obraca, miłym znajomym, co rzeźbi, rysuje, pisze, a także rozmyśla za całe towarzystwo. Lubi się go, otacza estymą, ratuje w opresji. Ale wolno chyba podejrzewać, że w tych sferach nikt się na areszty polityczne nie snobował, przeciwnie, wiadomo, że człowiek pewnej klasy tym się charakteryzuje między innymi, iż podobnych miejsc nie odwiedza. I Norwid niestety ten swój młodzieńczy, skupiony, pozornie niezobowiązujący wdzięk, który bierze się z poczucia, że wszystko jeszcze jest dlań możliwe, utraci w Berlinie: nabierze tożsamości, stanie się kimś wyraźnym. Przyjacielskie protekcje, bez jakich nie potrafiłby się obronić, też mają wpływ ograniczony na policję poważnego pruskiego państwa, chociaż akurat przeżywa ono chwilę rewolucyjnej słabości. Norwid, uwolniony i podleczony, otrzymuje urzędową decyzję natychmiastowego i nieodwołalnego opuszczenia granic królestwa.

Co znaczy, że fizycznie go zabraknie na kolejnym spotkaniu, i chyba do towarzystwa nigdy nie wróci w tej postaci, do jakiej wszystkich przyzwyczaił. Już jako ktoś inny, to znaczy bardziej on sam, siebie poszukujący, rusza w swoją wielką życiową podróż. Bardziej na zachód, aż do Nowego Jorku czy nawet jeszcze trochę dalej, jak napisze, do: "indiańskich pokoleń i pierwotnych lasów", okrężną kilkuletnią drogą, przez Brukselę, raz jeszcze Rzym, Paryż i Londyn.

Pierwszy kilkutygodniowy postój na tym szlaku wypadnie Norwidowi niedaleko Brukseli, u generała Skrzyneckiego.

Piętnaście lat po powstaniu znaczna liczba emigrantów wciąż nienawidziła generała za zmarnowane szanse wojenne; tu i ówdzie jeszcze pomawiano go o zdradę. Nie tylko jego oczywiście. Winą za klęskę z najgorszymi podejrzeniami obciążały się wzajemnie, przy każdej nadarzającej się okazji, główne stronnictwa emigracyjne. Hotel Lambert zarzucał członkom demokratycznych klubów, że podczas powstania anarchizowali społeczeństwo, działając tym samym na rzecz Moskwy. Odwrotnie wypominano magnaterii, która własny interes zawsze przedkładała na dobro ogólne. Łączono odpowiedzialność za rozbiory, opór wobec reform społecznych i zgubne, zdaniem oskarżycieli, ze złej woli zrodzone, kunktatorstwo wojskowe i polityczne 1831 roku.

Skrzyneckiego, głównego kunktatorskiej taktyki orędownika i praktyka, przeklinano, choć jeszcze nie ukazały się pamiętniki Prądzyńskiego, które miały wodza naczelnego skutecznie pogrążyć w pamięci narodowej. Poza tym Skrzynecki trzymał się na uboczu życia emigracyjnego, polemik nie podejmował. Był gorliwym katolikiem, zwolennikiem ultramontanizmu, sympatyzował z Hotelem Lambert. Wszystko to musiało się Norwidowi podobać, a także rosnąca z latami, na przekór emocjonalnej czy fachowej krytyce, rycerska legenda generała. Bowiem pod jego komendą armia polska przeżywa w tym powstaniu swoje najpiękniejsze chwile: potęgi, chwały i nadziei, i ci, co pamiętali wodza o marsowej postawie na czele sztabu, otoczonego rojem adiutantów, wśród wiwatującego wojska, woleli raczej zachować w pamięci ten obraz, niż grzebać się w nieprzyjemnych dociekaniach.

Wreszcie pomógł generałowi Skrzyneckiemu w polskiej i europejskiej opinii Mikołaj I. Wywierał nacisk, aby Skrzyneckiego usunięto z armii belgijskiej. Tymczasem dla Belgów było interesujące, aby wódz wojska o wielkiej tradycji, które stawiało czoło głównej kontynentalnej potędze, był głównym inspektorem kawalerii. Na tym odpowiednio niższym stanowisku, które bardziej chyba niż poprzednie odpowiadało jego rzeczywistym kwalifikacjom, dobrze wykonywał Skrzynecki swój zawód. A ponadto żądania Mikołaja drażniły ambitną 15-letnią niepodległość belgijską. Może nawet pobudzały uczucie solidarności, może wdzięczności wobec polskiego Listopada, który, mówiono, udaremnił interwencję rosyjską: w tym sensie, dałoby się powiedzieć, Belgia okazała się jedynym trwały sukcesem powstania.

Mógł więc Skrzynecki spokojnie ćwiczyć belgijską kawalerię i mieszkać w Brukseli z żoną i córkami. Przez te 15 lat skromnego, pracowitego emigracyjnego życia zmieni się, wyszlachetniał można by powiedzieć. Pozbył się pychy i gnuśności, które przejawiał ponad miarę jako wódz naczelny. Jego niepohamowana bigoteria, utrudniająca prowadzenie wojny, przerodziła się w głęboką religijność. I oto zawodowy oficer nadal w służbie czynnej, koresponduje z wielkim katolickim intelektualistą Montalembertem, przyjaźni się ze zmartwychwstańcami. Bo chociaż w świeckiej przeszłości swojej czołowi ojcowie zmartwychwstańcy dzielnie się bili, nie szczędząc krwi własnej czy wrażej, jak to się mówiło, teraz nie żądają rachunków od swojego byłego wodza naczelnego.

Mimo berlińskiego więzienia i awantury w berlińskiej ambasadzie konto czynów patriotycznych Norwida przedstawia się ubogo. Dlatego między innymi przystaje do ludzi, co, jak Skrzynecki, mają niejako kłopoty z opinią narodową, nie gustują w rozliczeniach, nie orędują za walką zbrojną, która, prawdę mówiąc, nigdy przedtem czy potem nie przystaje ani do natury, ani do przekonań Norwida. Dlatego szczególnie imponują mu zmartwychwstańcy, dzielni kombatanci Listopada, którzy przed skłóconą, agresywną emigracją pragną postawić cele religijne, uniwersalne, oraz piękny i wymowny generał Skrzynecki, z którym Norwid może również, jako skrzywdzony i niedoceniony, poczuwa się do psychologicznej solidarności. To wszystko Norwidowi odpowiada w trudnej chwili wejścia naprawdę, po czterech latach pobytu na Zachodzie, czyli z wyraźnym opóźnieniem, w świat emigracyjny.

Politycznie i towarzysko Norwid znajduje się w uprzywilejowanej sytuacji. Ma wyrobione stosunki wśród półemigracji, cieszy się zaufaniem Hotelu Lambert, spodobał się Skrzyneckiemu, interesują się nim zmartwychwstańcy. Natomiast wielu nowo przybyłych ma za sobą prawdziwą spiskową współpracę z emigracją, przewozi ważne, poufne wiadomości, opowiada o sytuacji krajowej, ich zasługi i cierpienia godne są szacunku, współczucia, pomocy. Wymagają jej w obcym świecie, w którym znaleźli się bez przygotowania, często rozbici psychicznie i ze zdrowiem nadszarpniętym dla ojczyzny. I Norwid, który równocześnie z nimi zostaje emigrantem, musi teraz jakoś mocniej, publicznie dać znać o sobie. Toteż podczas obchodów listopadowej rocznicy w Brukseli jest jednym z mówców obok Lelewela, Lucjana Siemieńskiego, działaczy politycznych Wincentego Tyszkiewicza i Konstantego Zalewskiego oraz anonimowego "16-letniego młodzieńca z kraju".

Wolno sobie wyobrazić emocję Norwida zabierającego głos w takim "kompromitującym" towarzystwie. O tej samej godzinie w Bibliotece Polskiej w Paryżu przemawia, jak co roku, książę Adam Czartoryski. Pomniejsze uroczystości odbywają się w zakładach dla emigrantów polskich rozsianych po Francji. I gdziekolwiek tylko zgromadzi się tego wieczoru kilku przynajmniej rodaków, dają oni wyraz swojej rozpaczy i nadziei, w rozmaitych proporcjach ze sobą pomieszanych. Norwid moralizuje w tonie ponadpartyjnym, ale tętno bije mu z pewnością równie silnie jak pozostałym mówcom. Nie tylko dlatego, że nareszcie on, samotnik salonowy, spragniony uznania i zrozumienia, jest słuchany i przyjęty za swojego. Oto czuje, jak z każdym wypowiedzianym w tych okolicznościach słowem utwierdza się jego emigracyjny los. Oto dokonuje zapewne jednego z owych "niepodobieństw", o które zapytywała go listownie Maria Trębicka. Norwid tłumaczył jej, że "niepodobieństwa" nie istnieją, ale czymś takim w samej rzeczy musi się wydać warszawskim znajomym jego brukselskie wystąpienie. Może sobie wystawić, jak się martwią o niego: co robi, po co sam sobie szkodzi, lekkomyślnie odcinając możliwość powrotu, walnie utrudniając im wszelkie interwencje w jego sprawie, stanowiąc ich wobec władzy w głupiej sytuacji. Mówią o nim z pewnością, gorszy ich, imponuje ryzykiem wolnego życia, które podjął, mimo że w końcu źle mu się nie wiodło. Oto kim jest, niech wiedzą: człowiekiem dumnym, który nie pozwala bezkarnie zamknąć za sobą ciężkiej więziennej kraty, któremu nie wolno składać niegodnych propozycji współpracy z wrogiem. Który za siedem dni spędzonych na wilgotnej słomie odpowiada, cios za cios, aktem politycznym na imprezie emigracyjnej.

Czy uroczystość listopadową w Brukseli zaszczycił swoją obecnością generał Skrzynecki, nie wiadomo. Całkiem prawdopodobne, że wolał nie narażać się na jakąś awanturę, do której wywołania wystarczyłby jeden sfrustrowany oficer, demokratyczny demagog. A, tych przecież w Belgii, która przyjmowała deportowanych przez policję francuską za radykalizm, nie brakowało. Zresztą, aby usłyszeć i zobaczyć swojego młodego znajomego, nie musiał się generał specjalnie fatygować. Norwid często bywał u Skrzyneckich, a przez cały wrzesień 1846 roku w Ostendzie mieszkali w tym samym domu. Jednakże, mimo miłego towarzystwa generała Skrzyneckiego Norwid narzekał na Ostendę. Ktoś mu ją wymyślił dla podreperowania zdrowia, uspokojenia nerwów, a tymczasem było tam płasko, zimno i wiatr. I nie mając widocznie bardziej ekscytującego zatrudnienia, by czymś się zająć, podobnie jak w berlińskim więzieniu, bierze się Norwid do tłumaczenia Czyśćca z Boskiej komedii.

Prawdopodobnie przeżywa pierwszy kryzys emigracyjny, "co do mnie niewiele mam nadziei oglądania kraju tego i z tym wszystkim, co mi go uczyniło drogim - bo lękam się przeszłości na wielu miejscach tam rozsianej i nie mogę oddalić się tak hazardownie od prac moich doczesnych" - pisze Marii Trębickiej. Zachowuje także, być może ze względu na adresatkę, styl aluzyjny, warszawski. "Pana Trębickiego nie poznałem z powodu - pisze w innym liście z Belgii - iż w Berlinie miesiąc przeszło chory byłem i właśnie podczas jego bytności tamże nie wychodziłem - wcale - z domu". Chodzi tu oczywiście o miesiąc spędzony w więzieniu, co uniemożliwiało spotkanie z bratem Marii. Ona też w dalszym ciągu pozostaje główną powiernicą Norwida. W listach do niej Norwid wzmiankuje o Marii Kalergis, ale można niekiedy odnieść wrażenie, że czyni to po trosze, aby podtrzymać przystającą artyście romantyczną pozę. Bo przede wszystkim analizuje stan swojego zdrowia fizycznego i psychicznego. Marii Trębickiej może się wyżalić, od niej doczekać się zaciekawienia, współczucia i wyrozumiałości. Chociaż na nieczułość nowych znajomych tymczasem nie może się uskarżać. Generał Skrzynecki załatwia mu jakąś posadę w brukselskim muzeum, zaś Cezary Plater po prostu wspiera go finansowo. Temu ostatniemu również, być może czując się zobowiązanym, nie skąpi Norwid informacji o swoim samopoczuciu, nastrojach. Obdarza wreszcie Platera refleksją, którą bałby się, jak twierdzi, przestawić rozjątrzonej politycznie w końcu 1846 roku polskiej opinii publicznej: że w kraju istnieje potrzeba rozwijania "popędów estetycznych".

Z 7 grudnia tego roku pochodzi pierwszy znany list Norwida, w którym prosi o pieniądze, właśnie Cezarego Platera. Stylistyka listu świadczy o dumie i drażliwości Norwida. Jest on człowiekiem, który zupełnie nie nadaje się do żebractwa, a przyjdzie mu to czynić przez całe życie. Z czasem nawet nabierze masochistycznej wprawy na przemian w upokarzaniu się i obrażaniu innych. Do Platera pisze jeszcze otwarcie i spokojnie: Jestem w takiej potrzebie, że jej zaradzić już nie mogę - mimo całej wprawy w niedostatek i pewnego rodzaju przyjemności niedawania się jemu". Prosi jednak o dyskrecję i przeprasza za to. Być może idzie już za nim opinia człowieka potrzebującego i proszącego. Wstydzi się jej, nigdy się z nią nie pogodzi, zawsze się będzie starał, bez większego powodzenia utrzymywać z pracy, być w porządku jako dłużnik itp. I chyba nawet ludzie, którzy uważają za coś oczywistego, że warto mu bezinteresownie pomóc, którzy wspierają także innych artystów, nie bardzo rozumieją, czemu Norwid czyni z tego problem. Dla siebie czyni oczywiście, ale dlaczego przy okazji zatruwa im przyjemność mecenasowania, tym bardziej, że nic z przeżywania tego problemu nie wynika, że dalej musi prosić i prosi. A w końcu raz, decydując się jechać do Ameryki, spróbuje żyć inaczej, na własną rękę, spróbuje nie oglądać dobroczynnych krewnych, przyjaciół i znajomych.

V

27 stycznia 1847 roku Norwid wyrusza z Brukseli do Rzymu. Tłumaczył Platerowi, że tu, tzn. w Brukseli, nie wiadomo, kiedy doczekałby się pracy, którą by chciał i powinien był przyjąć. Warunek Norwida jest, prawdę mówiąc, niesłychanie jak na jego pozycję wygórowany. Aby taka praca, pisze, "mię zarazem w kierunku moim podnosiła". Taką oczywiście nie jest załatwiona przez generała Skrzyneckiego posadka-stypendium w brukselskim muzeum. Norwid pragnie połączyć swój interes osobisty, który w odpowiednim zdaniu listu znajduje się na pierwszym miejscu, z interesem, jaki Rzym "zawsze, a szczególnie dziś, ma dla nas - i stanowi tło moich osobistych widoków". Słowem, liczy Norwid na sytuację idealną, w której to, co go prywatnie zajmuje, będzie zarazem społecznie uznane, społecznie ważne. Trzymając się tak maksymalistycznego modelu, który rzeczywiście (ale dopiero za kilkadziesiąt lat najwcześniej) sprawdzi się, Norwid straci w latach najbliższych różne pośrednie, kompromisowe szanse jakiegoś urządzenia się emigracyjnego.

Wzywany jest do Rzymu przez przyjaciół, jak dumnie donosi Cezaremu, "dla robót, które mieć mogę i mieć będę". Niewątpliwie ma na myśli upragnione zamówienia malarskie czy rzeźbiarskie. Podaje nawet adres: Via Condotti, Cafe di Constanza a M. Norwid artiste. Lecz wkrótce po przyjeździe do Rzymu wypadnie mu złożyć wizytę Orpiszewskiemu, przecież jest już do pewnego stopnia uznany jako człowiek związany z Hotelem Lambert: teraz, po berlińskich przygodach, nie ma co tego ukrywać. Tak zapewne sądzi Orpiszewski, iż widzi mu się Norwid jako młody myśliciel, działacz, artysta, co jak donosił wcześniej Księciu, "gdziekolwiek będzie, musi być użyteczny". Ale skąd ma poczciwy Orpiszewski wiedzieć, że takie nastawienie, takie wyrażenie byłoby dla Norwida nie do przyjęcia. To znaczy Norwid mógłby się z nim teoretycznie zgodzić, jednak pod pewnym warunkiem, że to nikt inny, tylko on sam, sam przez się i jako taki, decyduje i stanowi o swojej użyteczności.

A poza tym nie był już Norwid tym niewinnym politycznie młodocianym artystą, który z szeroko rozwartymi oczyma pojawił się w Rzymie przed trzema laty. Teraz miał już własną przeszłość, zmężniał życiowo, poznał różnych ludzi. Być może, zgodnie z nadziejami Orpiszewskiego, istotnie uczył rozumu młodzież polską w Rzymie, Berlinie czy Brukseli w kierunku umiarkowanym, poważnym, pozytywnym i patriotycznym, to jest w guście Hotelu Lambert. Zaś erudycją i ambicjami z pewnością korzystnie oddziaływał na "wojażujących paniczów". Nie ustrzegł się jednak wpływów, które były dla Hotelu Lambert niebezpieczną konkurencją. Oto poznańsko-berliński klan Koźmianów, imponujący generał Skrzynecki, wreszcie najważniejsi tutaj zmartwychwstańcy, z którymi spotykał się jeszcze poprzednio w Rzymie. Wszyscy oni tworzą krąg pociągający Norwida religijnością, dystansem wobec emigracyjnego politykowania, konserwatyzmem społecznym wyraźniejszym niż u liberalizującego księcia Adama. I atmosferą prywatnego zaufania, arystokratyczno-duchowej koterii raczej niż, jak to u czartoryszczaków, zobowiązań wobec programu i przywódców.

Pozytywny patriotyzm koźmianowski czy próby duchowego przezwyciężenia narodowych emocji przez zmartwychwstańców trafiły w gust Norwida, który źle albo niechętnie zwykł był myśleć o wszelkich rewolucjach i powstaniach. Tymczasem Hotel Lambert wciąż głosił niepodległość, wszystkie, najbardziej nawet cywilne pomysły oceniając wedle przydatności, jaką mogłaby mieć dla szybszego osiągnięcia celu głównego. Zapewne Czartoryski, walcząc o rząd dusz emigracyjnych z demokratami, wsłuchując się w odgłosy z kraju, któremu nie sposób było zalecać z Paryża jedynie politycznej wytrwałości, nie mógł i nie chciał zresztą przemawiać inaczej. Narzucił więc książę Adam Hotelowi Lambert swój osobisty surowy styl narodowej służby. To znaczy dawał przykład, że nie ma dla niego spraw polskich pośledniejszych czy nieciekawych. Ten polityk, który należał przecież ongiś jako przyjaciel i minister Aleksandra I do kilkunastu ludzi decydujących o losach świata i lokował wówczas odważnie, wbrew narodowej opinii, nadzieje odrodzenia kraju w Rosji, a gdy się okazało, że zawiódł się, pomylił, odszedł w niełaskę, do opozycji, konsekwentnie aż do objęcia stanowiska prezesa powstańczego Rządu Narodowego, ten człowiek, po klęsce powstania uznawany na świecie za najpoważniejszego, czcigodnego reprezentanta beznadziejnej polskiej sprawy, znajdował teraz czas, aby na posiedzeniach Towarzystwa Pomocy Naukowej opiniować podania stypendialne, zabierać głos w sprawie wynajmu sali i kupna 10 stolików celem zorganizowania dla emigrantów kursu inżynieryjnego albo roztrząsać sprawę oferty pewnej Angielki, która gotowa była zaadoptować polską sierotę, pod warunkiem jednakże, że wychowa ją w religii anglikańskiej.

Otóż taki książę Czartoryski mógł być dla Norwida za mało pański. I wcale nie wystarczyło, że w tej ewangelicznej obowiązkowości Księcia jest może cząstka pychy, która pozwala jemu, Czartoryskiemu, zajmować się najrozmaitszymi rzeczami, bo i tak przecież Czartoryskim pozostanie, nikt i nic mu tego nie odbierze, ba, przy okazji on, Czartoryski, uświetni swoim zainteresowaniem przedmiot, na który zwrócił swoją książęcą uwagę. Taka podejrzliwość byłaby w stylu demokratycznym. Norwid natomiast, młody Norwid zwłaszcza, czuł się arystokratą, tym bardziej że gdzieś tam z dala i po kądzieli, że bez majątku, że artysta, i ani chciał, ani mógłby sobie pozwolić na ryzykowane, bo zbytnio dotykające jego prawdziwej kondycji, gesty społecznikowskiej skromności.

W zamiłowaniu młodego Norwida do bogatych paniczów, którymi już wcześniej niepokoił się Orpiszewski, było coś znacznie poważniejszego niż snobistyczne pieczeniarstwo. Norwid czuł zapewne, że tą drogą, mimo ambicjonalnych przykrości od czasu do czasu, nawet ryzykując trochę solidną opinię u takich jak właśnie Orpiszewski ludzi poważnych, dłużej zachowa niezależność materialną, czyli wolność duchową. Kosztem choćby zobowiązań towarzyskich, które w końcu lubił. Bo przecież nad wszystkimi owymi razem wziętymi paniczami, swoimi rówieśnikami, górował, żaden mu osobowością swoją nie zagrażał. I poczucie własnej wyższości, a także ukrytych krzywd doznanych od świata, pozwoliło Norwidowi wypracować sobie przeświadczenie, że pomoc mu się należy, że przyjmując ją czyni zaszczyt swoim dobroczyńcom, i w ten sposób oswoić swoją wrodzoną dumę z powtarzającą się sytuacją proszącego.

Natomiast Hotel Lambert z księciem Czartoryskim na czele był niewątpliwym zagrożeniem dla szczególnego rozwoju Norwida. Poglądy na świat i Polskę niebezpiecznie zbliżały Norwida do tego obozu, z tym wszelako wyjątkiem, że czym innym jest głoszenie na przykład potrzeby pracy jako najlepszej drogi do wolnej ojczyzny, a czym innym wymaganie tego od siebie i bliźnich na każdym kroku. Skoro jednak Książę potrafił sobie pozyskać Mochnackiego, który był mu wrogiem podczas powstania, skoro przez kilka lat współpracował z Hotelem Lambert notoryczny demagog Mierosławski, skoro ze zdaniem Księcia, i wzajemnie, liczył się Mickiewicz, niewątpliwie znalazłoby się tam i dla Norwida jakieś użyteczne, stabilizujące zajęcie. Tym bardziej że naprawdę życiowo, po ludzku biorąc, już wówczas, jeszcze młody i obiecujący, tego potrzebował. I gdyby mu się udało, nie mielibyśmy naszego Norwida, tylko dobrze zapowiadającego się poetę emigracyjnego, który swoją niezdecydowaną zdolność i emigracyjną biedę zamienił, dzięki współpracy z Hotelem Lambert, na skromne, sensowne, pożyteczne dla Sprawy życie. Nie byłoby wówczas tych wszystkich fajerwerkowatych pretensji Norwida do całego świata, myśli zasupłanych, ciemnych i olśniewających, zakalców poetyckich pomieszanych z genialnymi odkryciami, a już na pewno nie byłoby tej szarpaniny i małostkowości, osobliwie, jakby były mu niezbędne, towarzyszących Norwidowi.

A jeśli już sądzona była artyście podróż do Ameryki, to by się odbywała na całkiem inny sposób. Za wiedzą, zgodą i z listami polecającymi Księcia, który jako mecenas i znawca ludzi doskonale umiał kojarzyć czyjeś osobiste interesy ze sprawą ogólną

Po powrocie do Rzymu Norwid jakby trochę rozczarował Orpiszewskiego. Owszem, zameldował się, tłumaczył, sprawozdawał, "z rozmowy pokazywał się takim jak dawniej". Ale co do "użycia Norwida", posługuje się Orpiszewski trybem warunkowym, "może go będę mógł użyć". W późniejszych raportach powoła się jeszcze nieraz na rozmaite opinie Norwida, ale jako kogoś zaprzyjaźnionego, do rozeznania którego ma się zaufanie, nie zaś bliskiego współpracownika. I nie obrazi się Orpiszewski, być może sam w duchu przyznaje, że na świecie istnieją rzeczy ciekawsze niż stan interesów Hotelu Lambert w Rzymie i w Paryżu. Choćby zwiedzanie katakumb, Tivoli, Nettuno, Sieny czy sierpniowy odpoczynek w Bagni di Lucca, żeby pozostać przy wyliczaniu wycieczek Norwida za rok rok 1847. I samo oddychanie powietrzem włoskim, włoskim pejzażem, w którym ruiny i kwiaty łączą się, nadając przemijaniu piękny kształt i kolor. Stąd też północni Anglicy, Niemcy, ostatnio Rosjanie już przez samo choćby kosztowne przebywanie tutaj czują się artystami, cóż dopiero Norwid, prawdziwy artysta i myśliciel. A poza tym przyjemniejsze i ciekawsze niż Hotel Lambert, który zajmuje się systematycznie sprawą tak smutną jak polska polityka, jest polskie towarzystwo, do którego wciąż Norwid powraca. Wbrew zaostrzonym granicom i paszportom dalej zbiera się ono w pięknych miastach Europy. Z własnego wyboru półwygnańcy upodobali sobie Włochy, szczególnie Florencję i Rzym, mieli swoje ulubione rzymskie trasy. Norwid na przykład do Colosseum wybrał się z Józefem Zaleskim, co wspomina powtarzając ten spacer z Zygmuntem Krasińskim, a chciałby jeszcze, jak pisze, przejść się tamtędy z Mickiewiczem. W ogóle Polacy czują się tutaj na miejscu, wszak mają z historią do czynienia przez osobiste albo rodzinne doświadczenie. Rzymskie wędrówki uspakajają ich, rozpaczliwy nastrój zmieniają w poetyczny smutek, że wszystko było i wszystko przemija. I mniej czują się wówczas osamotnieni, mniej wyjątkowo skrzywdzeni. Choć przybyli z odległej północy, chyba lepiej niż inne narody pojmują sens dziejów i dlatego Rzym jest jakoś również ich własnością. Są barbarzyńcami, tak, a przecież nie brak im wrażliwości, wykształcenia, stąd odczuwają Rzym mocniej, podwójnie. Natomiast mieszkańcy Rzymu oraz wszyscy inni bezproblemowi goście tutejsi mijają Polaków obojętnie, nawet nie mają pojęcia o ich szczególności. I owa wyższość tajemnicza nad otoczeniem łączy Polaków ze sobą. Wobec rozszarpania ojczyzny tworzą sobie małe, wędrujące, zastępcze ojczyzny rodzinne i towarzyskie, gdzie są miejsca dla bogatych i biedniejszych, poddanych rosyjskich, austriackich, pruskich, obywateli świata, artystów dyletantów, mądrych i pięknych kobiet. Zwłaszcza tu przed rokiem 1848, w zamęcie idei i nastroju zagrożenia rewolucyjnym końcem świata, więzy towarzyskie i rodzinne, odległe choćby, stają się szczególnie cenne dla ludzi, którzy nie oddali się bez reszty jakiemuś stronnictwu, działaniu idei. I być może właśnie w tych międzypowstaniowych latach tworzy się we Włoszech model polskiego życia artystycznego, które poprzez swoją towarzyskość potrafi się uniezależnić od wymagań społeczeństwa, dystansować wobec polityki. Z tym, że przez owe kilka lat, które upłynęły od poprzedniego pobytu Norwida w Rzymie, towarzystwo spoważniało, bo te czasy zrobiły się poważne. Nie tylko przez wstrząsy rabacji galicyjskiej, konspiracji wielkopolskiej, ale za sprawą ogólnoeuropejskiego niepokoju, który nie oszczędził nawet Wiecznego Miasta. I dlatego pozycja towarzyska Norwida, który przeszedł zdradziecką pokusę w berlińskiej ambasadzie oraz pruskie więzienie, z pewnością rośnie: pragnie Norwid, jako inny człowiek, pokazać się znów Gabrielowi Różnieckiemu, Adamowi Potockiemu i Marii Kalergis. Pochwalić się ojcem zmartwychwstaricem. Wywrzeć nowe wrażenie, a samemu, wdychając z ulgą laurowe, cyprysowe powietrze, zapominać, jaki był zapach wilgotnej więziennej słomy. Ale oczywiście żadne towarzystwo, choćby najmilsze i najelegantsze, nie było poważną konkurencją dla Orpiszewskiego, tylko nowi, nieskończenie bardziej fascynujący rozmówcy. Przede wszystkim Zygmunt Krasiński, co zresztą było niewątpliwie po myśli Orpiszewskiego, skoro Hotel Lambert Krasińskim się nie interesował.

Norwid oczekiwał tego spotkania od dawna. Zapewne pragnąłby widzieć Krasińskiego na cosobotniej herbatce, którą przy pomocy Edwarda Łubieńskiego urządzał w swojej pracowni na Via Sistina. Ale Zygmunt zjawi się sam, wcześniej, w pierwszy piątek nowego roku. On również chce poznać Norwida. Zapewne wiele i dobrze o nim słyszał: w Warszawie, a także za granicą, w kołach, gdzie obaj bywali. Zygmunt spędza godzinę w pracowni Cypriana. I w najbliższym liście do Delfiny Potockiej z przejęciem opisuje swoją wizytę.

Że Cyprian wywarł na Zygmuncie mocne wrażenie - nic dziwnego. Oto spotkał Zygmunt młodego człowieka, z którym rozumie się od pierwszego słowa, zasługującego na przyjaźń, radę i pomoc. Niezbyt popularne w kraju i za granicą poglądy Zygmunta znalazły odbicie w ideach, do jakich ów młody, wartościowy myśliciel i artysta doszedł własną dociekliwością. A dlaczego miało Zygmuntowi tak na tym zależeć? Ponieważ nie należał do owych zawodowych katastrofistów, którzy znakomicie śpią i cieszą się pełnym apetytem życiowym. Zygmunt cierpiał naprawdę, nie widząc ratunku dla swojego świata, skoro arystokracja jest tak gnuśna, a rewolucja zbrodnicza i nieuchronna. Zresztą, czy można darmo, nie ponosząc osobistych kosztów, pisać takie dzieła jak Nie-boska komedia albo Irydion? Więc spotkanie uduchowionego Cypriana, który wydaje się Zygmuntowi jak ogień w alabastrowym naczyniu, jak sto robaczków świętojańskich skupionych w jedną duszę - tak pisze Zygmunt w liście do Delfiny, jest potrzebne znękanemu Zygmuntowi na pocieszenie, że wszystko ma sens i posuwa się w lepszą, słuszną stronę.

Słowem, Zygmunt zakochał się w "prześlicznej naturze" Cypriana, tym mocniej że z niewątpliwą wzajemnością. Był Zygmunt po Cieszkowskim, którego Cyprian poznał jeszcze w Warszawie, drugim naprawdę wielkim umysłem, co przyświadczył Cyprianowi, że istotnie może Cyprian zostać tym, za kogo się uważa, to jest dokonać czegoś wybitnego. Opinia Zygmunta tym ważniejsza będzie dla Cypriana, że Zygmunt nie tylko jest, jak Cieszkowski, myślicielem, jest artystą również; zatem łączy go z Cyprianem bliższe pokrewieństwo duchowe.

Wizyta Zygmunta przechodzi dla Cypriana w samą porę. Po pięciu i pół latach za granicą, ogromnie pełnych wrażeń i zatrudnień, a jednak na razie nie sumujących się w całość. Słuchając Zygmunta Cyprian zapewne sobie uświadamia, że przez cały ten czas więcej dowiedział się od wielkich płócien i murowanych posągów niż od żywych ludzi. Wolno mu zatem ucieszyć się, że wreszcie znalazł godnego siebie przyjaciela i mecenasa. Że ewentualna protekcja i wsparcie ze strony tak wybitnego człowieka oraz przyjęcie tychże - dla nich obu będzie satysfakcją.

A jednak, choć tacy sobie wzajemnie potrzebni i nadzwyczajnie zgodni w gustach i opiniach, różnili się głęboko od pierwszego wejrzenia i słowa, tak różne było bowiem całe ich przeszłe, obecne i przyszłe życie. Stąd nawet zbieżne poglądy miały co innego znaczyć u Cypriana, co innego w ustach Zygmunta. I właśnie jednocześnie z pierwszą fascynacją rozpoczyna się pojedynek między nimi, zrazu przyjacielski, o przewagę psychologiczną, o rację moralną.

Więc najpierw różnica dziewięciu lat zaledwie między Zygmuntem a Cyprianem okaże się ogromna. Jakby należeli do dwóch różnych pokoleń. Co robi Cyprian 29 listopada 1830 roku, nie wiadomo: tyle że liczy sobie lat dziewięć i z ojcem oraz rodzeństwem przebywa w Warszawie. Zygmunt natomiast tego dnia po raz pierwszy widzi wieczorny Rzym. Przyjechał tu ze Szwajcarii, przez Florencję, a w ogóle już od półtora roku przebywa za granicą, głównie w Genewie. Poznaje Mickiewicza, chodzi na wycieczki i, jakby cokolwiek chciał odpocząć od rodaków i ojczyzny, zadaje się z młodymi Anglikami, kocha się w pannie Harriet, rozpoczyna wielką przyjaźń z Henrykiem Reeve.

Cyprian jest w listopadzie 1830 roku biednym szlachcicem półsierotą, dzieckiem plenipotenta, urzędnika o niewyraźnej reputacji, trochę mitycznych koligacjach i ładnie brzmiącym nazwisku. Zygmunt - hrabią Krasińskim, osiemnastolatkiem z oznakami geniuszu. Ojciec jego, generał, był czynny przeciw powstaniu, potem uciekł do Petersburga, tam przeczekuje i wraca do poskromionego kraju, aby do godności królewskokongresowego senatora wojewody dorzucić członkostwo w rosyjskiej Radzie Państwa, a niedługo przed śmiercią tytuł namiestnika Królestwa.

Zygmunt przeszedł próbę życia publicznego między świętą dlań wolą ojca a tak zwanymi powszechnymi nastrojami jeszcze półtora roku przed powstaniem. Ojca posłuchał, odmówił udziału w demonstracyjnym pogrzebie szlacheckiego marszałka Bielińskiego i został na całe życie znieważony przez bliskiego kolegę, Leona Łubieńskiego. Ojciec Leona, podobnie jak ojciec Zygmunta, był kiedyś szwoleżerem, obecnie lojalistą; obaj, Leon i Zygmunt, byli chrześniakami Napoleona. Leon później stał się wybitną salonową postacią warszawską i musiał znać Norwida od początku jego kariery. Zygmunt, kiedy odwiedzał po raz pierwszy Cypriana, miał już za sobą blisko dwadzieścia lat półemigracji, którą rozpoczął kilka miesięcy po zajściu z Leonem.

Była to egzystencja wygodna, pod warunkiem, że jak najrzadziej i możliwie na krótko przekraczał Zygmunt granicę Cesarstwa Rosyjskiego. W stosunkach z emigracją samoograniczał się lojalnością wobec ojca, więc jeśli nawet pouczano go w Warszawie, Petersburgu czy Opinogórze, jak ma się prowadzić politycznie za granicą, było to zupełnie zbędne. Zygmunt - to dla niego oczywiste - nie pokazywał się wszędzie tam, gdzie ktoś mógłby wyrazić żal, iż hrabia Wincenty nie został rozszarpany przez tłum w pierwszych dniach polskiej listopadowej rewolucji, wszędzie tam, gdzie musiałby ojca wyrzekać się, potępiać albo bronić go beznadziejnie przeciwko napaściom patriotycznym. Nigdzie i nigdy zresztą nie mógł być pewien, czy nie przyjdzie mu reagować albo udawać, że nie słyszy jakichś złośliwości wobec rodu Krasińskich. Jeśli do tej, wciąż zatruwającej życie, sytuacji dodać jeszcze grzeszne miłości z Joanną Bobrówną, Delfiną Potocką i uświęcone, a znienawidzone obowiązki rodzinne, metafizyczne żary, światowe zepsucie, rycerskie marzenia uosobione w postaci ojca i własne gruźlicze cherlactwo, trudno się dziwić, że mając lat 35 czuł się Zygmunt bardzo zmęczony.

Zygmunt całe życie leczył oczy. Cyprian źle słyszał, z tym że słuch Cypriana pogorszył się w sytuacji patriotycznej. Ale nie było to jedyne doświadczenie życiowe Cypriana niedostępne Zygmuntowi. Cyprian wiedział, co to sieroca dola, kuratela krewnych, awans do warszawskiego salonu, poczucie zagrożenia przez policję, która operuje wśród bliskich znajomych za granicą, nie kończące się problemy, aby zapewnić sobie warunki do pracy i utrzymać się w lepszym świecie, w pobliżu światowej piękności. Ale za to Cyprian nie nudził się, mimo braku większego powodzenia życiowego i literackiego, nie wątpił w swoją wartość, prędzej w świat, który nie bardzo umie poznać się na nim. Z tym wszystkim musiał się wydać Zygmuntowi niesłychanie zajęty i zorganizowany. W pracowni zauważa Zygmunt od razu kilka ram, jedno płótno, dwie głowy gipsowe, a przecie wiadomo, że jej gospodarz poza tym jeszcze pisze, czyta, studiuje i zwiedza.

Jeśli Zygmunt podziwia Cypriana, to musi mu też zazdrościć samodyscypliny, podporządkowania sztuce wszelkich życiowych spraw. Może nawet, mimo całej dumy z mitycznej cokolwiek starożytności rodu Krasińskich, tego neutralnego, szlachetnego brzmienia nazwiska, które nosi Cyprian, bo będzie Cyprian rozliczany za swoje porażki i zwycięstwa bez polityczno-rodzinnego kontekstu. Cyprian wie o tym i skazuje się sam na wytężoną pracę. On zaś, Zygmunt, po Nie-boskiej, Irydionie długo nie potrafi napisać nic ważnego, zdawać by się mogło, że całą jego poetycką siłę pochłaniają memoriały i korespondencja. Trzeba mu dopiero przeczucia galicyjskiej masakry, strachu przed europejską Apokalipsą, by wybuchnąć mesjanistycznie Przedświtem i Psalmami przyszłości. Natomiast Cyprianowi nie potrzeba nadzwyczajnych bodźców. Sam wewnętrzną swoją mocą wprawia się w twórczy ruch, wciąż aż nadto wiele ma do zrobienia. I może nieobca jest Cyprianowi myśl, że on w sytuacji Zygmunta potrafiłby bez reszty poświęcić się sztuce, inaczej mówiąc, potrafiłby szczęśliwym być.

Zygmunt czuje i rozumie, że Cyprian nie jest w stanie pojąć jego problemów: tym bardziej przejąć się nimi. Że doprawdy pieniądze i podróże nie rozwiązują wszystkich spraw, takich zwłaszcza, niedostępnych już, których nie da się nigdzie za sobą pozostawić. Bo na przykład tylko on, Zygmunt, wierny, kochający syn, jest w stanie dopatrzeć się w konduicie hrabiego Wincentego patriotycznej intencji i logiki łączącej szwoleżerskie wyczyny z założeniem biblioteki w Warszawie czy interwencjami na rzecz przyjaciół u władzy paskiewiczowskiej. Nie życzy sobie Zygmunt towarzystwa zaprzańców i zaborców, którzy przyznają się do poufałości z ojcem. Ani tych, co mają swoją rację moralną lecz mylą się, bezwzględnie potępiając hrabiego generała, wielkiego Polaka, który znalazł się w trudnej sytuacji.

Słowem, Zygmunt bywa dość osamotniony, tyle że, w odróżnieniu od Cypriana nikogo nie potrzebuje. I on z kolei nie jest w stanie się domyśleć, jak samotnie czuje się Cyprian wśród bogatych, eleganckich ludzi. I tak już musi być w gruncie rzeczy zawsze między Zygmuntem i Cyprianem, ponieważ należą naprawdę do różnych światów, choćby nominalnie mieścili się w tej samej klasie społecznej. Różnica między szlachetką a magnatem jest bowiem najostrzejsza, najwyraźniejsza, bo dotykalna, skoro spotykają się niby na równych prawach. Większa niż przepaście, jakie dzielą króla i chłopa, feldmarszałka i ciurę obozowego, bo te stwarzają niewyobrażalny dystans, przy którym możliwe jest nawet uwielbienie podnoszące się z dołu do góry i łaskawości spadające jakby w odpowiedzi w dół. Fakt, że obaj, Zygmunt i Cyprian, tworzą, filozofują, przyjaźnią się, do pewnego czasu maskuje i zaciera ich drastyczną nierówność życiową; potem tym ostrzej objawi się ona w osobistym życiu i niechęci.

Cóż stąd bowiem, że obaj mają teoretycznie bliskie poglądy na kwestię społeczną. Trudno się dziwić Zygmuntowi, że był wrogiem wszelkiego przewrotu. Czego mógłby się spodziewać jego ojciec senator-generał od przyszłego polskiego powstania, skoro raz już, któregoś z owych wolnościowych wieczorów grudnia 1830 roku, cudem uszedł z rąk wściekłego tłumu? Mógł sobie Zygmunt wyobrażać dalej, co by się prawdopodobnie stało z Opinogórą, i że dla niego samego, Zygmunta Krasińskiego, też nie byłoby może ratunku. A Norwid był konserwatywny bezinteresownie i wprawdzie do gwałtu rewolucyjnego żywił wstręt, pogardę, lecz identyczne odczucie miał wobec wszelkiej przemocy. Toteż musiał go Zygmunt z czasem pouczyć, że na przykład generał Changarnier, brutalny komendant garnizonu paryskiego w roku 1849, jest typem człowieka, w którym należy pokładać nadzieje.

Bezinteresowność Cypriana jako konserwatysty polegała na tym, że nie miał nic do stracenia: ani dwuznacznie znanego ojca, ani majątku, ani sławy rodowej. Był wolny, i wiemy, że będzie nim coraz bardziej poprzez doświadczenia paryskie, nowojorskie i znowu paryskie aż do śmierci w przytułku. Norwid to konserwatysta jakby na wyrost, z czystego ideowego przekonania i zapewne tęsknoty do sfery, w której konserwatyzm jest całkowicie naturalny i zrozumiały sam przez się. Oto biedny poczuwa się do ideowego sojuszu z bogatym, który na takie deklaracje może odpowiadać tylko filantropią. Przypomina się tu uwaga Mierosławskiego, że łatwo da się zrozumieć konserwatyzm Anglika czy Francuza, zadowolonego ze swojej sytuacji dziejowej; konserwatyzm uciemiężonych Polaków jest dziwolągiem.

Zygmunt, choć zniewolony na różne sposoby, z pewnością takiej swobody, jaka groziła Cyprianowi, nie zazdrościł. Bieda i kłopoty z biedą, zresztą na dobre, na nowo jeszcze przez Cypriana nie doświadczone, mogły Zygmunta interesować tylko do pewnego stopnia. Z wyraźną ulgą, po trudnościach dojścia "labiryntowymi" schodami, czuje w pracowni Cypriana "woń arystokratyczną" i meble ocenia jako niedemokratyczne. Zygmunt bowiem, choć metafizyk, wystrzega się biedy, obawia się jej niebezpieczeństw, i niczym specjalista, wierzy we wrogość klas, myśli o niej i spodziewa się straszliwego jej skutku. Nieszczęśliwa miłość Cypriana do Marii Kalergis także nie byłaby tematem, który mógłby zafrapować Zygmunta, zmysłowca i światowca. I być może sam Cyprian czuje, że nie jest dla Zygmunta dostatecznie równorzędnym partnerem. Następnym razem z pewnością będą mniej mówili o sztuce, Cyprian wystąpi już jakby w imieniu całego swojego straconego krajowego pokolenia.

W Warszawie utrzymywał dystans koleżeński wobec cyganerii literackiej oraz tych rówieśników, których pociągała niebezpieczna gra w spiskową politykę, którym nie wystarczała poezja, aluzja i wesoły skandal uliczny. Ale teraz po kilku latach, rozproszone warszawskie pokolenie niczym już nie zagraża prywatnej Norwidowskiej wolności.

I oto na początku gorącego 1848 roku, być może chcąc obronić się przed przynależnością do jakiejś, choćby bliskiej mu, partii emigracyjnej, a także by wobec całej Wielkiej Emigracji podkreślić swoją inność, Cyprian Norwid trochę samozwańczo podczas rozmowy z Krasińskim mianuje się jakoby rzecznikiem swojej osobliwej generacji, która niedorosła w listopadzie 1830 roku, rozprasza się w latach czterdziestych z poczuciem że nie pozostawi po sobie śladu w historii.

Jak dotąd Cyprian traktowany jest przez wielu dostojnych emigrantów przyjaźnie. Zresztą zachowuje się z należnym szacunkiem wobec starszych i zasłużonych, nie żądając, jak wielu "skompromitowanych" konspiratorów z kraju, podziwu i pomocy. Zresztą nie próbuje za takiego uchodzić również przed Zygmuntem, który ze swej strony emigrantem nie jest. Lecz kiedy Cyprian wylicza Zygmuntowi po nazwisku owych dwustu rówieśników więzionych, wywiezionych, zaginionych, a wśród nich męczennika pokolenia Karola Levittoux, swojego znajomego, chcąc nie chcąc dokonuje udanego szantażu moralnego, co widać po kolejnym liście Zygmunta do Delfiny. Tym razem nie pisze Zygmunt, czy ta ważna rozmowa odbyła się, powiedzmy, na spacerze z okolic placu Hiszpańskiego, bo tam obaj mniej więcej mieszkali, w kierunku Colosseum. Czy ponownie w pracowni Cypriana albo dla odmiany u Zygmunta - gdzie z pewnością przestronniej i wygodniej. A może naturalnie w Cafe Greco: artystyczno-europejskie i amoralne rzymskie powietrze przejmująco by się komponowało z rozpamiętywaniem polskiego nieszczęścia.

W każdym razie, komentując to, co usłyszał, Zygmunt porównuje Levittoux - który wywołał pożar w celi i żywcem się spalił, bo nie mógł wytrzymać śledztwa - z Mucjuszem Scewolą. Lecz jest różnica między antycznym gestem i współczesnym aktem rozpaczy w brunatnej cytadeli, wyliczanka Cypriana robi na Krasińskim wielkie wrażenie; widocznie bierze ją do siebie, włącza do osobistego samopoczucia moralnego.

Cóż bowiem on, Zygmunt Krasiński, uczynił, by nie doszło do zmarnowania norwidowskiego pokolenia? Tu odpowiedź jeszcze łatwa. A cóż miał robić? Czy wywierał osobiście kiedykolwiek jakikolwiek wpływ na cokolwiek? Nawet z własnym najprywatniejszym życiem nie bardzo sobie umiał poradzić. Lecz następne pytanie - czymże się zajmował, kiedy młodzież krajowa zatracała swą duszę? - trudniejsze byłoby do odparcia. Głównie jeździł po świecie i przejmował się sobą. I choć moralne wyrafinowanie przychodzi Zygmuntowi w sukurs i każe raczej lamentować nad wtórnym spustoszeniem duchowym wśród warszawskiej młodzieży, niż potępiać jej prześladowców, przecież w sumie Zygmunt cierpi, słysząc o tym wszystkim. Niby niczemu nie jest winny, ale czuje potrzebę jakiegoś zadośćuczynienia. I ma po temu przed sobą żywą okazję w postaci Cypriana, duszą i ciałem ocalałego z pogromu.

Zygmunt współczuje pokoleniu Cypriana, Cyprianowi osobiście. I sobie również musi współczuć, bo nikt się nad nim nie użali. Domyśla się bez złudzeń, co by o Krasińskich myślał i mówił każdy z owych dwustu nieszczęśliwych młodzieńców wyliczonych przez Norwida. Jeszcze raz uświadomi sobie, jak jest razem ze swoim ojcem samotny między rodakami. Bo niestety (Cyprian oczywiście nic do tego nie ma) błędy i zasługi nierówno się sumują w ocenie narodowej. Zygmunt może mieć tylko synowską nadzieję, że w przyszłej pamięci ojciec szwoleżer zatriumfuje nad ojcem senatorem. Zresztą, czyż hrabia Wincenty jako wróg powstania nie miał racji, przeczuwając, że wszystko skończy się źle? I wreszcie, kim są ci sędziowie, czy nadstawiali piersi za ojczyznę tak mocno jak człowiek, którego potępiają moralnie? Oni żadnego pojęcia nie mają ani mieć nie mogą o tych wyborach, jakich dokonuje wybitny Polak, jeśli postanowił trwać na swojej ziemi. A ci, których ojciec Zygmunta wyciągał ze śmiertelnych czy dożywotnich tarapatów (robił to przez całe życie, nie bał się wielkiego księcia Konstantego i potrafił się rozmówić z Paskiewiczem), też dobrym słowem się nie odwdzięczą. Kiedy trzeba było, korzystali z protekcji, lecz tym bardziej chcą się przypodobać opinii, milczą, wstydzą się i wypierają, nieraz nawet potrafią obrzucić błotem dobroczyńcę. Naturalnie, najwygodniej im uważać, że wstawiennictwa za nimi hrabiego Krasińskiego były jego zwyczajnym obowiązkiem. I jeśli już komu powinien być tutaj wdzięczny, to raczej on im, niż oni jemu, bo pozwoli mu zrobić jakiś dobry uczynek.

Oczywiście nie mógł Zygmunt obwiniać Cypriana o to, że rodacy z hrabiego Wincentego uczynili sobie symbol zaprzaństwa, postawili tego Sarmatę obok tych, co się zaparli polskiego stroju, obyczaju, języka, i wśród otwartych obcoplemiennych wrogów. Ale mógł od niego oczekiwać jakiejś przyjacielskiej solidarności.

Niezależnie od Leona, Zygmunt nie znosił Łubieńskich także ideowo jako "Żydów arystokracji". Krasińscy zresztą zapadali łatwo na nieelegancką i raczej rzadką w tych sferach dolegliwość antysemityzmu. Piękny polski generał Wincenty, wciąż w mundurze, konno, przy orderach, o ileż w oczach Zygmunta górował nad generałem Tomaszem, z jego ciężką szczęką i kupieckim wejrzeniem.

Jednakże Cyprianowi trudno byłoby po bohatersku dzielić z Zygmuntem jego fobię wobec Łubieńskich. Cyprian trzymał się w Rzymie z Edwardem, a Władzio, syn Józefa z Pudliszek, był mu idealnym przyjacielem. Z Łubieńskimi, z rodziną o stopień mniej niż Krasińscy niepopularną, a przede wszystkim zrównoważoną, Cyprian nie miał problemów; byli bogaci, szczodrze usposobieni do artysty, podziwiali go i pomagali mu, uważając to za rzecz naturalną. Należeli do tych nielicznych poczciwców, którzy po prostu ułatwiali i uprzyjemniali Cyprianowi wolne bytowanie, czynili niezależność mniej dla niego uciążliwą i nie kwestionowali jej przez swoje dobre rady.

Zygmunt pozna się na Cyprianie, uwierzy w niego, aż potem rozczarowany, zniecierpliwiony odtrąci i mszcząc się za klęskę tej przyjaźni, będzie Cyprianowi na przemian szkodzić i litować się nad nim. Przez Zygmunta zapadnie Cyprian na zawodową gorączkę literacką: przeczulenie wobec pochwal, podejrzewanie, że za każdą krytyką może kryć się jakaś intryga nieprzyjacielska. Po spotkaniu z Zygmuntem nie będzie już Cyprian takim samym jak dawniej kolekcjonerem wrażeń, motylem towarzyskim, obiecującym talentem w różnych dziedzinach sztuki, a po kilku rozpaczliwie przepracowanych latach spróbuje wyleczyć się z tej choroby: za ocean.

VI

Przyjaźń Zygmunta była dla Cypriana życiową i literacką szansą, czyli pokusą, aby trzymać się jej za wszelką cenę, udawać pupila, znosić humory, przytakiwać z przekonaniem i spierać się pozornie. Lecz właśnie dlatego Cyprian źle znosił przyjacielskie uwagi i robi się prędko drażliwy na punkcie pieniędzy. Krępuje się Zygmunta i rzeczywiście Zygmunt nie jest wcale cierpliwym, zamiłowanym filantropem, a kiedy zniechęci się do Cypriana, rzymska przyjaźń zblaknie i poetyckie pokrewieństwo duchowe stanie się znowu nieistotne wobec różnicy społecznej. Za wysyłane Cyprianowi pieniądze Zygmunt będzie kupował sobie prawo do złośliwości i lekceważenia.

Ale na razie, do połowy 1848 roku, w Rzymie są potrzebni sobie wzajemnie wobec polskiego środowiska, wśród włoskiego świata.

Ówczesne polskie nadzieje nad Tybrem krążą wokół osoby Piusa IX. Uciemiężony polski naród katolicki zasługuje przecież na szczególną uwagę i protekcję papieża, który niewątpliwie rozumie, że świat urządzono niesprawiedliwie i nie chrześcijańsku. I oto Rzym, który tak nieustannie pobudza poetycko i historiozoficznie Zygmunta i Cypriana, staje się wspaniałą dekoracją dla sezonowego polskiego teatru polityczno-literackiego, w którym obaj poeci zagrają prawdziwe role.

Toczy się bratobójcza walka o papieskie błogosławieństwo i rząd dusz współrodaków. Najbliżej papieża stoją zmartwychwstańcy. Poważną pozycję zajmuje Ludwik Orpiszewski w imieniu księcia Czartoryskiego. Rywalizując ze sobą wśród wzajemnych rewerencji, obie partie zawierają sojusz taktyczny przeciwko Mickiewiczowi, kiedy Mickiewicz, mieszając towianizm z radykalizmem, zjeżdża do Rzymu, aby hołdowniczo przekonać papieża do swego legionowego pomysłu i porwać za sobą rodaków.

Trudno jest ojcom zmartwychwstańcom i Orpiszewskiemu otwarcie występować przeciwko Mickiewiczowi. Zbyt długo znają go i podziwiają. Zygmuntowi to nie wypada; wyglądałoby, że Mickiewiczowi zazdrości. Ale Zygmunta młody przyjaciel, Cyprian Norwid, świetnie krytykuje Mickiewicza. Uwagi, którymi Cyprian dzieli się korespondencyjnie z generałem Skrzyneckim, są zgodne z poglądami Zygmunta, być może powstały pod ich wpływem. A więc wykpiwa Cyprian czarnoksięskie, towiańskie obyczaje Mistrza. Z pozycji rzetelnego polskiego patrioty Cyprian tropi kosmopolityczno-socjalistyczne frazeologie w Składzie zasad legionu. Rymują się te szyderstwa z obawami Krasińskiego i Hotelu Lambert, aby zgrzebna, trudna miłość do nieszczęsnego kraju nie była zagrożona narkotyczną, grzeszną myślą o światowych rewolucjach. Pojawia się już słowo "komunizm": w odczuciu Zygmunta albo Cypriana jest niebezpieczne dla polskiej młodzieży, bardziej niż zdrada narodowa, bo zrodzone ze zwodniczych pobudek. Cyprian nie obciążony póki co towarzysko, tak jak Zygmunt, znajomością z Adamem używa sobie na Składzie zasad, tam i z powrotem w istnym zapamiętaniu reakcyjnym. Donosi, tym razem Józefowi Bohdanowi Zaleskiemu, o "niedorzeczności", "doskonałym fałszu", które chwilami wydają się "zbrodnicze", a zawarte w Składzie myśl o emancypacji kobiet traktuje jako przykład "doskonałego głupstwa".

Wszystkich gorszy awantura, której dopuścił się Adam wobec głowy Kościoła. Przegrywa rozmowę z papieżem, tylko część rodaków gotowa jest mu się podporządkować. Wieszcza zwalcza się zaocznie na różnych polskich herbatkach, a potem wprost podczas ogólnego zebrania polskiej rzymskiej emigracji.

Tam właśnie Cyprian Norwid wystąpi publicznie przeciw Adamowi Mickiewiczowi. Niemądrze byłoby sądzić, że musiał zostać do tego wystąpienia popchnięty przez którąś z trzech przyjaznych mu stron. Za namową Krasińskiego, Orpiszewskiego albo zmartwychwstańców. Nie ma zresztą nie tylko śladu jakiegoś ukartowania sprawy (co byłoby zbyteczne ze względu na gotowość i przekonania Norwida), ale w ogóle poza Orpiszewskim nikt o tym epizodzie nie wspomina. Prócz samego Cypriana oczywiście. Gdyby wierzyć jego słowom, udało mu się wywołać wielkie poruszenie. Tak w każdym razie widział, chciał widzieć swoją rolę na zebraniu i za tym życzeniem wyraźnie stoi osobista emocja. Norwid porywa się na wieszcza, choćby nie został przezeń zauważony i rozpoznany: widzieli się dotąd raz przelotnie, niedawno, przy jakiejś towarzyskiej okazji. Ale znają się już wiele lat jednostronnie. To znaczy Norwid zna Mickiewicza, począwszy jeszcze od młodzieńczej, zakazanej, niebezpiecznej lektury.

I tym razem Norwid zabiera głos w imieniu własnym, nie pokoleniowym, ponieważ chce się przez ten spór z wieszczem sam określić. I w tym zamachu na wieszcza jest może coś wspólnego z innymi porywami Norwida: decyzją wyprawy do Ameryki czy konkurowaniem o względy Marii Kalergis. Są to rozmaite próby podejmowane ponad siły, możności czy nawet wbrew sobie. Jakby upierał się odmienić dotychczasowe życie, popchnąć je w inną stronę, naprzód.

Lecz szarża Cypriana przeciwko Adamowi przejdzie wśród ogólnego gardłowania niepostrzeżenie, a każdym razie bez następstw towarzyskich. Chyba na szczęście, bo określiłaby go politycznie w rzymskich konfiguracjach, które wkrótce mają się skończyć. Mickiewicz dokona symbolicznego gestu, wymaszerowując z Rzymu na czele kilkunastu legionistów, a Wiosna Ludów potrwa krótko. A poza tym Norwid przecenia ważność jakiegokolwiek swojego wystąpienia, bo przecież mimo rozmaitych pochlebnych opinii o sobie nie liczy się naprawdę w polsko-rzymskim świecie.

Oto przywódca rzymskiego ludu Ciceronacchio przyjmuje Polaków. Są to Orpiszewski, generał Zamoyski, Zygmunt Krasiński; natomiast o Norwidzie nikt nie wspomni, chociaż Norwid w liście do Józefa Bohdana Zaleskiego szkicuje nawet portret gospodarza. I tuż przed opuszczeniem Rzymu skarży się Norwid księdzu Jełowieckiemu, że zapomniano o nim, zbierając podpisy pod polskim adresem do papieża. Doprasza się o potwierdzenie, że "wierność Kościołowi i polskość uczyć dostateczną jest klasyfikacją w tym względzie". A w dwa tygodnie później pisze do generała zmartwychwstańców, ojca Józefa Hubę (to on właśnie pominął go na zaszczytnej liście), że niespodziewanie wyjeżdża i może nie będzie miał czasu się pożegnać. Oddaje "żywot św. Bazylego, pożyczony z biblioteki św. Klaudiusza, i dubeltówkę Orpiszewskiego, który mi polecił, aby w bibliotece Ojców na dalsze jego polecenia zaczekała".

Owa pożyczona dubeltówka jest materialnym świadectwem "wierności Kościołowi i polskości uczuć"; stanowiła uzbrojenie Norwida, kiedy w nocy z 29 na 30 kwietnia 1848 roku spieszyli obaj, Cyprian i Zygmunt, na Kwirynał, aby bronić papieża. Papież właśnie rozjuszył rzymskie masy swoją niespodziewanie reakcyjną i represyjną allokucją. Do walk nie doszło, Zygmunt i Cyprian nie muszą się uskarżać, natomiast sami barykadują się u Krasińskiego na wszelki wypadek. Jest z nimi Orpiszewski, który kilka miesięcy później poda się księciu Adamowi do dymisji, uważając, że nie ma już nic do roboty jako rzymski agent główny Hotelu Lambert. Póki co z pewnością obaj poeci czują się wyraźniej w jego towarzystwie, byłego spiskowca i listopadowego żołnierza. Zresztą nikt się nimi nie interesuje, a po kilku dniach Rzym się uspokaja. Ale Norwid znowu doświadcza sytuacji historycznej, do której się nie nadaje, która, choć tym razem znalazł się w niej z własnego wyboru, przeciwna jest jego naturze, bo nie chce zginąć, mając tak wiele do zrobienia, ani nie życzy sobie zabijać nikogo. Nie znosi przemocy, jest zatem duchowym arystokratą bardziej niż Krasiński, który, bojąc się niespokojnych mas, potępiając własną klasę, ma pewną słabość do mocnych umundurowanych ludzi, od własnego ojca poczynając.

Po kilku tygodniach Krasiński wyrusza przed siebie, tym razem do Paryża. Zostawiając Cyprianowi pieniądze i obiecuje zająć się drukiem kilku jego wierszy. Wkrótce Norwid uzyskuje specjalną audiencję u papieża, a na niej odpust zupełny w chwili śmierci oraz prawo obdarowania takimże przywilejem 50 wybranych osób. Można by przypuścić, że teraz, po trudnych chwilach spędzonych wśród zamętu, Norwid znajdzie przejściowe choćby uspokojenie w pracy. Lecz obszerny list z 1 lipca 1848 roku do generała Skrzyneckiego jest przygnębiającym samoobrachunkiem Norwida, świadectwem głębokiego zniechęcenia do świata i ludzi. Takie bilanse będzie czynił Norwid jeszcze nieraz, jakby sam ich perwersyjnie potrzebował do podjęcia nowego wysiłku.

W pierwszych słowach swojego listu dziękuje Norwid za jakieś generalskie strofowanie. Odnosi się do Skrzyneckiego chwilami po synowsku. Zygmunt ma prawdziwego ojca generała i może Cyprian szuka oparcia we wspaniałym mundurze i marsowej postawie, tym bardziej że te atrybuty poparte są u byłego wodza naczelnego żarliwą religijnością. Więc skarży się historiozoficznie za swoje pokolenie, które nikomu niepotrzebne i wylicza własne prywatne niedole. Okazuje się, że nigdy nie skończy ogromnego malowidła, nad którym ciężko pracował, ponieważ zburzono budynek, w którym miało być umieszczone. Ledwo zaczęto go drukować w Paryżu, musiała tam wybuchnąć rewolucja. Słowem, wszystko przeciw niemu się sprzysięga: od rzymskich problemów budowlanych do francuskiej polityki. A zaraz potem informacja, że brat (chodzi o najmłodszego - Ksawerego) wyemigrował. I zastanawiająca pointa: "słowem, nie ma miesiąca, żeby mnie nieszczęście nie spotkało".

To znaczy, że po czterech latach półemigracji, którą liczymy do berlińskiej rozmowy w rosyjskiej ambasadzie, i po dwóch latach emigracji pełnej, rozpoczętej w pruskim areszcie, politycznej, Norwid uznaje kondycję emigracyjną, która spotkała jego brata, za nieszczęście. Kilka linijek dalej kwestionuje emigracji sens pisząc, że "czynność w emigracyjnym sensie to grzech największy emigracji". Za grzech uważa "wydzieranie się" w bieżącej europejskiej sytuacji. Fakt, że tą właśnie metodą osiąga sukcesy Mierosławski, cytuje na dowód, iż "publiczności w Polsce nie ma". I w ogóle w tym krytycznym nastroju 1 lipca 1848 roku Norwidowi nie chce się pisać dla polskiej publiczności, bo to próżne zajęcie. O powrocie do kraju nie ma oczywiście mowy, na emigracji czuje się Norwid nieszczęśliwy i niepotrzebny. Słowem, nie ma dla niego miejsca na świecie. I tu znów przywołuje "nędzę" swojego pokolenia, które podwójnie jest "niedołężne", bo zdaje sobie ze swego "plewiego stanu" sprawę.

Załamanie Norwida jest podwójne: osobiste i społeczne. Traci rzymskie nadzieje jako patriota, a jednocześnie z chwilą, kiedy kończą się one, nie ma co robić ze sobą. Natomiast przyjaciele Norwida mają dokąd się udać. Krasiński rusza dalej w nieustającą podróż swego życia. Orpiszewski złoży księciu Adamowi dymisję, ale wiadomo, że do jakiejś najbliższej patriotycznej okazji będzie przez Hotel Lambert użyty. Zmartwychwstańcy jeszcze mocniej niż dotąd staną przy Ojcu Świętym. A Norwid nie może nikomu z nich towarzyszyć. Nie stać go, aby naśladować Krasińskiego. Zresztą, jak miałby to robić, skoro Zygmunt chce być Cyprianowi zarazem przyjacielem, dobroczyńcą i mentorem. Skoro gry i programy polityczne Hotelu Lambert nie interesują Norwida, jaka byłaby jego przydatność? Zmartwychwstańcy, są nieskończenie bardziej serio niż Orpiszewski, ponieważ nie działają w poczuciu jakiejś służby, ale misji, stąd Norwid, niezmiernie zazdrosny o swoją samorządność, nie widzi się ojcom zgromadzenia. Rozpoznają neurasteniczną naturę Norwidowską, a przecie do kapłaństwa, również zakonnego, nie przyjmuje się ludzi ułomnych, chociaż w prawie kościelnym mówi się tylko o najdosłowniejszej fizycznej ułomności. Więc nie może się Norwid, albo nie chce, na nikim naprawdę oprzeć, chociaż wszyscy wymienieni powyżej będą się jeszcze, na rozmaite sposoby, Norwidem interesować. Krasiński da pieniądze i pouczenia - będzie wnikliwie chwalić i krytykować, także szkodzić Norwidowi wśród wspólnych znajomych. Zmartwychwstańcy udzielają niejednego duchowego napomnienia. Hotel Lambert wreszcie pozostanie Norwidowi przyjazny, w końcu Władysław Zamoyski ułatwi mu wielką życiową decyzje, załatwiając miejsce na statek do Ameryki.

W trzy tygodnie po owym rozpaczliwym liście do Skrzyneckiego wraca Norwid do siebie, radzi bowiem swojej powiernicy Marii Trębickiej, że "pamiętać tedy siebie, wiedzieć siebie, trzymać siebie należy". I z takim programem wyrusza na krótko do Łubieńskich do Pudliszek, a potem znowu przez Rzym na południe. Raz jeszcze odwiedza Neapol: czy może przypuszczać, że za parę lat znajdzie się na tej samej szerokości geograficznej po drugiej stronie Atlantyku, w Nowym Jorku? Znów jest w Herculanum i Pompei, następnie przecina Morze Tyrreńskie statkiem parowym, ląduje w Palermo, stamtąd płynie w kierunku Krety i dopiero w początkach listopada wraca do Rzymu. Nareszcie zdarza mu się wspaniała samotna podróż literacka po wszystkich owych niedawnych zbiorowych przeżyciach. Norwid należy znów do siebie, szkicuje dramat i poemat, pisze wiersze, a zarazem żegna się z Morzem Śródziemnym; gdyby wiedział, że to na zawsze, być może wolniej przechadzałby się wśród grecko-rzymskich ruin, staranniej zapamiętywał ich profile na tle morza, nieba i ziemi, delikatniej dotykał kamieni ciosanych i rzeźbionych przez ludzi, słońce, wodę, wiatr.

W Rzymie potwierdza się po raz trzeci w ciągu paru miesięcy - to samo musiał czuć przed podróżą poznańską i przed śródziemnomorską - że nie jest tu potrzebny. Wyjeżdża więc z dnia na dzień do Paryża, tam gdzie polskie życie emigracyjne istnieje nieprzerwanie od blisko 20 lat. Chce udowodnić, kim jest, chociaż poświęcić się wyłącznie pisaniu nie może. Jak Zygmunt bogaty z domu, jak Juliusz, któremu matka zgodnie z testamentem ojca przesyła procenty od połowy pozostawionego kapitału, a zresztą Juliusz ma własny talent do gry na giełdzie. Jak Adam wreszcie, który, niezależnie od swoich radykalnych wyskoków zawsze może być pewien, jako narodowy, wieszcz protekcji księcia Czartoryskiego. Norwid liczy oczywiście na starych i nowych znajomych, przyjaciół, krewnych, ale podstawy egzystencji upatruje we własnej pracy rzeźbiarskiej, malarskiej, rysunkowej. I musi się odnaleźć w zupełnie innym niż rzymski klimacie, paryskim. Nie darmo spotyka się w eleganckich pamiętnikach z połowy XIX w. opinię, że człowiek wyrafinowany spędza osiem miesięcy w roku w Rzymie, a tylko cztery w Paryżu. Wraca Norwid na północ, do miasta, którego życie, stolicy kontynentu podbitego przez cywilizację francuską, brutalne i kolorowe, niewiele pozostawia czasu na rozpamiętywanie historii i poetyckie nastroje. Gdzie "wojażujący panicze", typowi dla rzymskiej polonii, stanowią cząstkę zaledwie emigracyjnego społeczeństwa, bowiem po klęskach Wiosny Ludów tutaj zewsząd ściągają pobici żołnierze, wykryci konspiratorzy, i tu rzeczywiście wyraźnie stają wobec siebie stara i nowa emigracja.

VII

Teraz dopiero, gdy sytuacja utwierdziła się w klęsce, obie emigracje mogą przyjrzeć się sobie wzajemnie. Młodzi zazdroszczą tym jakiegoś już urządzenia się we Francji, co najmniej przyzwyczajenia do stanu emigracyjnego. Oraz zasiłków; rząd francuski stopniowo je obcina, ale nadal pozostają niedościgłym marzeniem dla rozbitków, polskich bojowników Wiosny Ludów z trzech zaborów i różnych rewolucji europejskich. Starym pięknieją z roku na rok wspomnienia wspaniałych bitew, dlatego przechowują zasłużone mundury i sztandary i coraz bardziej przekonują się wzajemnie, że spełnili swój obowiązek. Młodzi potrafią mówić o więzieniach, kryjówkach, przejściach granicznych i nieudanych próbach nawiązania nierównej, otwartej walki. I to mówić do siebie, między sobą, bo starsi ich nie rozumieją, mogą współczuć, interesować się, ale osobiście wewnętrznie czują, że prawdziwa poważna walka o niepodległość urwała się w chwilach, kiedy regularna polska armia, ich armia, przekraczała poszczególnymi korpusami granicę pruską lub austriacką pod rosyjskim naciskiem. Czymże wobec tej armii, której pamięć w pierwszych latach emigracji gryzła sumienia, czymże wobec tej armii były jakieś rzemieślnicze i gimnazjalne spiski, przebieranka emisariuszów i kosynierska doktryna wojenna? Starsi mają nad młodymi przewagę swojej kolorowej legendy, młodzi jej zazdroszczą i wypominają przy różnych okazjach zmarnowaną szansę. Denerwuje młodą emigrację zobojętnienie starej na sprawy krajowe, jeśli zainteresowanie krajem - to raczej rodziną, sąsiadami, znajomymi. I w ogóle lekceważenie całej popowstaniowej, nadwiślańskiej rzeczywistości, a więc, logicznie, w tym również jej wolnościowych prób. Denerwuje zarówno bezkompromisowa, staro-emigracyjna bojowość, jak i rozsądne rady, zachwalanie krajowej poczciwości, rozkładanie nadziei na nieokreśloną przyszłość.

Norwid wprawdzie należy do młodych emigrantów metrykalnie, lecz, jako że od paru już lat za granicą, nie przeżył tak jak oni zagrożenia, klęski i ucieczki, właściwie politycznie wylegitymować się może nadal jedynie berlińską "kompromitacją". Jeżeli więc czuje się solidarnie związany ze swoją generacją wobec Krasińskiego, Mickiewicza albo księcia Czartoryskiego to także poprzez swoje niepowodzenie literackie; on również jest tutaj nie wysłuchany i nie doceniany. Ale nie chce takim być i stąd w Paryżu jego choroba literacka przechodzi w literacką gorączkę.

Czuje się dłużnikiem wobec społeczeństwa, dobroczyńców i zapewne siebie samego. Całym swoim sposobem bycia od kilku lat przecież obiecywał, zapowiadał, nawet pomoc przyjacielską traktował jako pożyczkę od społeczeństwa. I rzeczywiście pisze teraz w Paryżu utwory, których wartość przekroczy nieskończenie sumę wszystkich datków, zaproszeń i protekcji, jakich doświadczył dotychczas. Ale tak naprawdę zdaje sobie z tego sprawę tylko on sam, czasem ktoś mądry, kiedy akurat zechce mu być życzliwy. Ta samotność w korzystnej o sobie opinii byłaby jeszcze do zniesienia, należy ona w końcu do emocji, do kosztów zawodu literackiego, ale tutaj sprawa jest poważniejsza, bo ponosi Norwid w Paryżu porażkę literacką.

Stopniowo utrwala się opinia o niezrozumialstwie i dziwactwie Norwidowskim, wypowiadana przez krytyków i poetów w imieniu zawiedzionej publiczności.

Norwid znosi to wszystko fatalnie. "Miejcie odwagę przyznać - pisze Janowi Koźmianowi, który drukuje Norwida, chociaż niechętnie - że nie ja ciemno piszę, ale wy ciemno czytacie". Zresztą na wszelką krytykę, wnikliwą albo głupią, złośliwą czy przyjacielską, reaguje alergicznie; obraża się, żali, wykłóca. Brak mu wobec własnej twórczości, bardziej jeszcze wobec jej odbioru, wszelkiego dystansu, ponieważ staje się ona dla Norwida kwestią życia i śmierci, a także, mniej górnie, sprawą egzystencji fizycznej, dosłownego bytowania artysty, który pragnąłby spełniać swoje powołanie czy, jak to woli, wykonywać zawód, do którego został powołany. I właśnie dla jakiegoś zabezpieczenia, które obroniłoby Norwida przed troską o jutro i pojutrze, a także pozwoliło pojechać do Włoch czy na kurację do wód, potrzebny jest mu sukces wyraźny, i to natychmiast, nie gdzieś przyszłościowo, bezterminowo. Więc walczy o swoje powodzenie obsesyjnie i bezskutecznie. Kiedy Koźmian pisze mu grzecznie, "nie zniżam się do pochwał", i ta formuła - nie jest, być może, całkiem szczera - dotyka Norwida tak boleśnie, że cytuje ją wzburzony w kilku listach. Nie hamuje wybuchów "pychy artystowskiej", które przeplatają się z naiwną przebiegłością albo niby-uniżonością, spod której niemalże ostentacyjnie przeziera źle maskowane zniecierpliwienie, a wszystko to sprawia niekorzystne wrażenie.

Nie potrafi znieść pokornie albo przynajmniej dyskretnie ukryć głodu literackiego zwycięstwa. Nikt nie mówi, żeby miał się pogodzić z porażką, ale niepotrzebnie jeszcze sam, przez swoje awantury korespondencyjne i dziwaczne zachowanie, powiększa jej rozmiary. I ludzie, których interesuje, zaczynają ostrzej przyglądać się tak niedawno jeszcze zniewalającej osobowości, charakterowi, poglądom Norwida. Co do tych ostatnich staje się widoczne, że nie mogą być całkiem konsekwentne, skoro nie pasują do sytuacji społecznej ich właściciela. Ta sytuacja, ogólnie biorąc, pcha go w dół i na lewo, on się przed tym broni i demokraci emigracyjni, jeśli w ogóle coś bliższego o istnieniu Norwida wiedzą, mają prawo uważać go w dalszym ciągu za człowieka arystokracji. Ale on sam, choć wypowiada się przeciw wszelkim rewolucjom, nie może być uznany nawet za przeciwnika demokracji. Prawdziwi jej nieprzyjaciele to kosmopolityczni panicze, nadwiślańscy zdrajcy w imię swoich przywilejów, żołdacy w generalskich stopniach, winni listopadowej klęski, wreszcie sam książę Czartoryski i jego dwór. Norwid tu się nie liczy, on tylko, biedny, prosi możnych o wsparcie.

W partii arystokratycznej, żeby posłużyć się tym ogólnikowym terminem ukutym przez demokratów, będzie Norwid przynajmniej znany towarzysko. Lecz filantropia, bez której nie możne się obejść, utrwala w nim poczucie zależności, biedy, krzywdy i stąd odruchy niewdzięczności, chwilami na kształt jakiegoś klasowego gniewu. Jeszcze z Rzymu ironicznie donosi Trębickiej, że nie należy do "arcywybranych". Tłumaczy się, że nie był przy śmierci Chopina (to już w Paryżu), "bo za wiele atłasów i koronek otaczało łoże cierpiącego". Kiedy wymawia się od zaproszenia do kosmopolitycznego paryskiego salonu Emmy Herwegh, powołuje się wątpliwą francuszczyzną na swój "etat proletaire". W jednym z listów do Zalewskiego niemal równorzędnie zestawia ze sobą obie orientacje: "To co konserwatywne, zakryte ma oczy na wszystko, co się dzieje, przymrużone na to, co się działo, zasłonięte rękami na to, co się dziać będzie. Wszak to są jeszcze ludzie. To co postępowego jest naprzód bez przyszłości, a więc bez wiary w siebie".

Zdarza się Norwidowi napisać arogancki list (świadczący także o zachwianym poczuciu rzeczywistości) do księcia Czartoryskiego, w którym wstawiając się za znajomym, czyni księciu podbarwiony moralnie wyrzut, że nie znalazł książę dotąd czasu, aby przekroczyć skromne norwidowskie progi. O możnym generale Zamoyskim wyraża się zuchwale, że generał "nie pojmuje różnicy między władzą a despotyzmem". Gdzie indziej znów przypuszcza, ze dla zwolennika partie de l'ordre on, Norwid, "jest niebezpieczny socjalista i że dobrze by go zatracić powolnym prześladowaniem". I przeciwko uważaniu go za socjalistę zupełnie już nie protestuje. Wreszcie w rozdrażnionym liście do Jana Koźmiana, pisanym jeszcze w kwietniu 1850 roku, a więc kilkanaście zaledwie miesięcy od chwili przybycia do Paryża, łączy swoją niedolę literacką z nędzą życiową. Żali się: "nie oczyma fantazji po kilka razy na rok głód kilkudniowy w drzwiach swoich widzę". Grozi: "krytykom moim życzę tyle lat szczęścia, ile dni ja w życiu głód cierpiałem - z uśmiechem - i cierpieć będę". I wreszcie stawia oskarżycielską tezę wprost: "Nie ma talentów, które by nędza nie pożarła, służebnictwo nie obróciło wniwecz, nie ma sił niespożytych. Jak kto się nie urodzi w liczbie wybranych majątkowo, może przepaści brylantów w sobie mieć - nędza i poniżenie wniwecz obróci je. Czekajcie, aż pisarz lub artysta z pierwszej liczby majętnych się wywiedzie".

Ale sam chyba wie, że już się wywiódł i jest nim Zygmunt Krasiński, który kłopocze się przez czas dłuższy talentem Norwida, gdy ten zbyt ciemno, nie dość jasno przemawia. A poza tym, co w ustach Krasińskiego brzmi błyskotliwie, że obchodzi się z ludźmi jak arystokrata, podczas gdy "tu potrzeba być demokratą".

Zarazem poucza młodszego przyjaciela, aby nie poddawał się słabości wobec buntowników społecznych (widocznie Cyprian z takiego uczucia zwierzył się Zygmuntowi), przestrzega przed "litością dla niegodziwych". Ale przecież takie zachowania się ideowe Cypriana byłoby całkowicie do wytłumaczenia i do wybaczenia. Przebaczyłby Zygmunt Cyprianowi inny niż w Rzymie stosunek do Mickiewicza, odnowienie warszawskiej znajomości z radykałem Chojeckim, kontakty z Mierosławskim, bywanie w liberalnym salonie pani Herwegh i tam spotkanie z Hercenem oraz Turgieniewem, którzy jako liberałowie i Moskale podwójnie są Zygmuntowi, patriocie i arystokracie, niemili. Lecz również do sztuki Cypriana, do jego charakteru, jak i do poglądów odnoszą się uwagi Zygmunta o tym, że żyje Cyprian zbytnio "wiecznymi prawdami", że powinien znaleźć w sobie więcej prostoty, a mniej "podejrzliwości i drażliwości".

Właśnie ten charakter, zdolny do niewdzięczności i afrontów, oburza Zygmunta. W listach do Cieszkowskiego czy Koźmiana wymyśla Cyprianowi. I stopniowo przestaje się obawiać Cypriana lewicowych pokus czy kłopotać zawiłością Cyprianowego stylu. Jakby doszedł do wniosku, że już nie ma co, że nie warto, pisze Cieszkowskiemu, że Norwid (coraz częściej wraca do pisania po nazwisku) przypomina baletniczki ("znałem takie w Paryżu"), które "raz łaszą się, raz plują w twarz". Krasiński uważa, iż Norwid chce swoich dobroczyńców uczynić współodpowiedzialnymi za wszystko, co mu się nie powiodło. Cytując oskarżenia i użalania się Norwida, dochodzi do wniosku, że to "arcywyrachowany komediant", który próbuje wymusić na ludziach życzliwych mu pieniężną rekompensatę za swój zły los. I Krasiński gotów jest nawet ulec szantażowi, deklaruje dalszą pomoc anonyme, ale za ową gotowością stoją już złe uczucia wobec Norwida: politowanie, strach, pogarda.

Forma anonyme była w tej sytuacji, przy każdym takim nastawieniu, zapewne jedyną możliwą dla Krasińskiego i być może urządzałaby Norwida. Lecz Krasiński sam ją złamał, informując o tym Cieszkowskiego, co oznaczało, że ów sekret stanie się własnością całej koterii. Krasiński w złej wierze, być może wprowadzony w błąd, rozpowszechnia ośmieszającą Norwida wersję jego obrachunków z Adamem Potockim. Otóż Norwid zamiast zaliczkowanego dzieła z historii sztuki (był to jeden z owych zarobkowych pomysłów Norwida) posłał Potockiemu rysunki, znacznej wartości, z sugestią, aby ten oddał je do krakowskiego muzeum. Krasiński twierdzi natomiast, że Norwid tylko pożyczył rysunki wierzycielowi na jakiś czas i żąda ich zwrotu. A wreszcie kiedyś "trzej hrabiowie", to jest Krasiński, Cieszkowski, Potocki, uradzają między sobą, że lepiej pomóc Julianowi Klaczce, a dopiero, gdyby ten honorowy człowiek pomocy nie przyjął, okazać ją Norwidowi. Wszelako nie całą sumę naraz, żeby jej lekkomyślnie nie roztrwonił, tylko ostrożnie, ratami.

Następną rzeczą, która szkodzi Norwidowi wobec uporczywego braku powodzenia, jest jego niezwykłe myślenie na temat sztuki narodowej kraju, emigracji, wychodzące często od prywatnej urazy i prędko wznoszące się na wyżyny elegancji, odwagi intelektualnej. Lecz skoro nie został jeszcze żadnym sposobem uznany za wielkiego czy choćby ważnego, właśnie odkrywczość prowokuje pytania: kim jest właściwie, kto mu dał prawo narzekać, szydzić, pouczać, wypowiadać sądy ogólne i szczegółowe oceny? Więc skoro ani czyny bojowe, ani cierpienia za sprawę, ani sława poetycka nie stoją za myślą Norwida, myśl owa, która w innych, bardziej wiarygodnych ustach zostałaby przyjęta, przynajmniej częściowo zrozumiana, u Norwida potraktowana będzie jako pretensja, niestosowność, dziwactwo. Bowiem stopniowo, począwszy od przybycia do Paryża, aż do ostatnich dni życia, uwyraźniać się będzie w opinii emigracyjnej postać Norwida jako dziwaka, tym dziwaczniejszego, że do dziwactwa nie wydaje się upoważniony ani przez swoją sztukę, ani przez jakieś nadzwyczajne koleje życia. I nie szepcze się o nim ze zgorszeniem czy fascynacją, dopatrując się dziwaczności zewnętrznej oznaki geniuszu: bliżsi znajomi, bo przecież szerzej znany nie był, przyzwyczajają się po prostu. I zwyczajne staje się w końcu dla wszystkich, że jest Norwid zdolny, dziwny, trudny, biedny, że należy mu jakoś pomagać, bo sam sobie rady nie daje. Bardzo prędko, nie wiedzieć kiedy, przestaje być w ludzkich oczach dumnym i szlachetnym młodzieńcem o zagadkowym talencie, ciekawych sądach, którego chciały zjednać dla siebie rozmaite koterie i orientacje.

Zaprzestano się przejmować Norwidem, bo też czasy zrobiły się trudne dla wszystkich, a także z jego własnej winy, skoro nie znał w swoich skargach poczucia proporcji i niewiele przejmował się adresatem, sobą jedynie. Norwid ustawicznie skarży się na swoje samopoczucie i wciąż wszystkim korespondentom podaje komunikaty o stanie swego zdrowia: "sił jak zawsze niewiele", "zdrowie liche", "organizm odmawia mi służby", "jako człowiek zdrowia nie mam, sił więcej nie mam", "byłem cierpiący", "w te dni brzydkie cierpiący jestem", "bądźcie zdrowi, tj. zdrowsi niż sługa wasz", "zdrowia brak, czasu zapewne niewiele", "Bóg widzi, jak fatalnie zniszczone zdrowie moje". Albo na ten sam temat myśl rozpoczęta: "jeślim był wam czym nieprzyjemny, przypiszcie to stanowi zdrowia mego, z którym w walce jestem". A czasem skarga konkretna: na głuchotę, "nerwy stargane do najwyższego stopnia", ataki konwulsji i "febryczność, która na przykład myśl w organizmie moim powoduje". Łączy to wszystko z nędzą, niepowodzeniami, pisze o "przystanku koniecznym". I nawet, że "może na jakiś czas nie będzie mi wolno niczym się zatrudniać". Albo "doktorowie zajmowania mi się myśleniem odradzają mi teraz". Więc, może w myśl lekarskiego zalecenia: "nie odpisuję, bo pracuję nad uspokojeniem się".

Po kilkunastu zaledwie paryskich miesiącach i trzydziestu niespełna latach życia Norwid stwierdza: "niczym się teraz nie zajmuję - począwszy, że tracę siły zmysłów, zatrzymują się. Tak wstrzymałem się dawniej, kiedy traciłem wzrok, później, kiedy mowę, teraz, kiedy słuch tracę". Z tych kolejnych kalectw tylko to ostatnie jest historycznie pewne, co nie znaczy, że Norwid miałby się tu mylić albo przesadzać. Ale skargi jego są niezręczne: stan zdrowia łączy się w nich z targami literackimi, prośbą czy żądaniem wsparcia, wyrzekaniem na świat i ludzi. Z pewnością czuje się bardzo źle, ale jest to stan między emigrantami polskimi dość powszechny, zwłaszcza w tych latach klęski. W tym choćby właśnie roku 1849, kiedy Norwid ściąga do Paryża, umierają Chopin i Słowacki. A co do Krasińskiego, któremu Norwid zazdrości być może różnych wód i kąpieli, jest Krasiński akurat ofiarą najlepszych lekarzy i uzdrowisk, systematycznie przez 35 lat męczoną aż do śmiertelnego skutku. Cierpi na przetoki, likwidowane lancetem, fistuły, wrzody, które wówczas wypalano gorącym żelazem, hemoroidy, szum w uszach i bóle serca, wskazujące na chorobę ciśnieniową, upławy nasienne, czyli nasieniotok, kamienie w pęcherzu, "spazmy w piersiach", "w oczach obłędne widzenie", kurcze żołądka, katary kiszek, artretyzm, podagrę, reumatyzm, bóle newralgiczne, a większość z tych cierpień na tle wrodzonej gruźlicy, która zanim zadała ostateczny cios płucom, niszczyła organizm, atakowała nerki. Jeśli dodamy do powyższej listy wyliczane już cierpienia duchowe, a więc rozdarcie patriotyczne (ojciec-ojczyzna), a także ciężki dla głęboko wierzącego człowieka grzech podwójnego życia, staje się zrozumiałe, że Krasiński mógł tylko do pewnego stopnia przejmować się nieszczęściem Norwida i, niby to uprzywilejowany przez los, poczuwać się do jakiejś winy wobec młodszego poety. Co zaś do złych nastrojów Norwida, to wypada powtórzyć raz jeszcze, że nikomu w polskim Paryżu nie mogły zaimponować, dla każdego były normalne i zrozumiale. W dodatku Norwid lituje się wyraźnie nad samym sobą, podczas gdy wśród wygnańców rozpowszechniony jest model egzaltacji patriotycznej aż do samobójstwa. "Upadku ojczyzny i niedoli współtowarzyszy moich przeżyć nie mogłem" - tłumaczy w swoim ostatnim liście pułkownik Kikiernicki, pierwsza bodaj samobójcza ofiara psychozy wygnania - "ktokolwiek weźmiesz to pismo do ręki, wiedz, że nie ma szczęścia, nie ma życia, gdy nie ma ojczyzny. Kto zaś nie zna tych świętych uczuć, jest wyrzutkiem społeczności, nie ma żadnej cnoty".

A Norwid w Paryżu około roku 1850 ma życie przed sobą. Umie rzeźbić, rysować i malować, śmiertelnie chory nie jest, upartym samouctwem zdobył wiedzę o sztuce, zna nieźle Europę, a w niej prawie wszystkich ważniejszych Polaków, posiada admiratorów swojego intelektu i dowcipu, a panie lubią przebywać w jego towarzystwie. Nawet poezja Norwida, biorąc pod uwagę jej wyjątkowość, której przecież jest świadomy, też jakoś istnieje dla amatorów, takich choćby jak Krasiński. Czy więc w sumie nie przesadza desperując? Otóż nie, bo tylko on zdaje sobie w pełni sprawę z własnych możliwości, które mogą się zmarnować. Ale sam sobie szkodzi, po prostu wszystkich przyzwyczaja do swoich lamentów, alarmów i złośliwości. Niestety, denerwując się ich malejącą skutecznością, wciąż ponawia i pomnaża swoje skargi, wyprzedaje swój naturalny arystokratyzm, który tak się spodobał Krasińskiemu przy pierwszym spotkaniu. Z pewnością sam czuje, że grozi mu w opinii społecznej i towarzyskiej obsunięcie się niżej, miedzy nieszczęśników, nieudaczników i naciągaczy, których zrodziła klęska narodowa. A więc tym mocniej musi zwyciężać jako artysta: wytężyć wszystkie siły, wykorzystać każdą pomoc, bo inaczej skompromitują go naraz wszystkie dokonane już przezeń nadużycia cierpliwości ludzkiej i dobrego tonu, jakich się dopuścił. Zatem, jeśli zdaje sobie sprawę z własnej histerii, stanowi to dodatkowy szantaż, wyzwanie, zaklęcie, aby mu się udało, aby zdążył zabłysnąć, zanim w opinii utrwali się jako artysta nadający się głównie do literackiego opisu.

Ale jeżeli jednak nie uda się, co wtedy? Samobójstwo Norwidowi nie grozi, zbyt mocna jest jego wiara katolicka, a także wiara, mimo wszystko, w siebie jako osobowość zbyt cenną, aby można ją było przedwcześnie odbierać światu.

Powrót do kraju wydaje się psychologicznie niemożliwy, z administracyjnego punktu widzenia skomplikowany, może nawet ryzykowny. Jest to zresztą, jak zawsze po dziesięciu latach nieobecności, już jakiś inny kraj, w którym wiele rzeczy zdarzyło się już bez Norwida. Jego Warszawa rozproszyła się po świecie, wymarła albo postarzała się. I on sam się zmienił: tamtego Orła-Norwida, dwudziestoletniego ulubieńca nadwiślańskich salonów, po prostu już nie ma.

Pozostaje więc, wobec upartego niepowodzenia, ucieczka. Wyjazd. Właściwie bardzo prędko po osiedleniu się w Paryżu myśli Norwid, aby to miasto opuścić. Dokąd? Wszystko jedno, przynajmniej na jakiś czas, do wód, na południe. Najchętniej z powrotem do Włoch. Nawet na pole bitwy, co w przypadku Norwida sprawia trochę wrażenie patriotycznej kokieterii; oto donosi Janowi Koźmianowi, że polepszywszy zdrowie, zamierza udać się tam, gdzie "za dobrą jaką sprawą kulkę w piersi będzie można dostać". Albo wydawcy poznańskiemu Władysławowi Bentkowskiemu, byłemu żołnierzowi, deklaruje, że za pół roku gotów służyć pod jego komendą jako artylerzysta. Ponieważ wyjazd do Włoch wydaje się mało realny, rozważa Norwid możliwość odwiedzenia Włodzia Łubieńskiego w Pudliszkach, a po śmierci przyjaciela przyjęcia zaproszenia od ojca Włodzia, hrabiego Józefa. Od tego zamiaru jednakże powstrzymuje go wspomnienie berlińskiej policji pruskiej działającej w porozumieniu z władzami rosyjskimi.

I oto pod datą 9 maja 1851 roku Józef Bohdan Zalewski zapisuje w swoim notatniku, że próbował "reflektować" Norwida względem wyjazdu do Ameryki.

VIII

Od kiedy Norwid myśli o Ameryce? W każdym razie wyraźnie ukrywa jakby ten pomysł. Jakby nie był całkiem pewny jego sensu. Przez wiele miesięcy będzie czynił jakieś ogólnikowe, patetyczne aluzje, niczym człowiek przygotowujący się do samobójstwa, który się rozsmakowuje w żalu nad sobą, w nieuchronności swojego losu, a jednocześnie zrazu dość otwarcie, potem podświadomie pragnie, aby go ludzie odwiedli od straszliwej decyzji, uratowali. Jeszcze przez rok co najmniej będzie walczył o powodzenie literackie. Jeszcze na miesiąc przed opuszczeniem Paryża w kierunku Ameryki przez Anglię napisze Janowi Koźmianowi, że właśnie nie wiedział, jak "odmówić panu Józefowi Łubieńskiemu", to znaczy odmówić przyjęcia zaproszenia do Pudliszek, że zapewne wyjedzie do Chin, gdzie kuzyn Michał Kleczkowski jest francuskim dyplomatą. A przecież już pół roku wcześniej był Norwid w kontakcie z "panem Soldenhoff', który ma przedstawić generałowi Zamoyskiemu prośbę Norwida o pomoc w wyjeździe do Ameryki.

Nazajutrz po spotkaniu z Zalewskim Norwid, najwidoczniej rozmową nie usatysfakcjonowany (według Zaleskiego trwała zaledwie pół godziny), pisze do rozmówcy obszerny list, w którym - być może pozornie, czasowo - odwiedziony od amerykańskich zamiarów, krytykuje praktyczny pomysł Domeyki dla emigracji jako "zagrożony amerykanizmem". Uważa bowiem, że praktyczność należy pozostawić krajowi, emigracji natomiast przystoi idea, idealizm. I trudno się dziwić, że Ameryka, odkąd zaczął się Norwid nią interesować, nie jawi mu się zbyt powabnie. Ci spośród emigrantów, którzy pomyślniej się tam urządzili, na ogół nic nie donoszą, po prostu nic więcej nie mając już rodakom do powiedzenia, pochłonięci swoim nowym życiem. Powtarzają się natomiast listy zza oceanu opisujące okropności amerykańskiego życia albo relacje osób, którym udało się stamtąd wyrwać z powrotem do Europy i które pragnęłyby przestrzec rodaków przed podobnymi pomysłami. Zdarzają się wyjątki: ludzie, którzy pobyt w Ameryce traktują jako fragment swoich polskich obowiązków patriotycznych. W związku z tym zdolni są życzliwie, rzeczowo patrzeć na niezwykły Nowy Świat.

Na przykład major Józef Hordyński, który postawił sobie za cel zaznajomienie amerykańskich czytelników z walką Polaków o wolność. Hordyński przebywa w Bostonie kilka miesięcy, tyle akurat, ile mu było potrzeba na pisanie książki i jej wydanie.

Przez cały czas strzeże swojego polskiego wojskowego honoru. "Znajomość w Ameryce nie daje mi powagi, nie jest mi wcale potrzebna, zatem unikać jej z bogatymi, może by myśleli, że ich łaski potrzebuję. Polak do tego nadto jest ambitny - jestem majorem polskim, dla mnie to jest wszystko". Strofuje się. "Nigdy publicznie nie okazuj wesołości, niech mina twa stosuje się do naszych nieszczęść, bądź przyjemnym, lecz wstrzemięźliwym".

Jeżeli walka za Polskę jednak byłaby niemożliwa, Hordyński gotów jest walczyć o pomyślność innego narodu; podoba mu się demokratyczny obyczaj amerykański, otwartość ludzi, umiłowanie wolności. Lecz ani przez chwilę nie wątpi, gdzie jest jego miejsce. I już wkrótce ma to, czego chciał. Podczas wyprawy Zaliwskiego wiosną 1833 roku, schwytany przez Kozaków, umiera jako polski oficer na Syberii.

Równie zrównoważony w swoim stosunku do Ameryki jest były adiutant Kościuszki, obecnie nestor emigracyjny - Niemcewicz. "Jakże byłbym szczęśliwy pośród was skończyć nędzny żywot" - pisze Niemcewicz z Paryża do amerykańskich przyjaciół. "Kamień polny położony na mogile mojej w tej wolnej krainie milszym byłby dla mnie jak najozdobniejszy na niewolniczej ziemi grobowiec". Ale przecież nie wyniesie się Niemcewicz z emigracyjnego Paryża, chociaż czeka w Ameryce żona, którą przed laty, aby w Europie poświęcić się Sprawie, pozostawił w separacji, i czekają w Ameryce realne majątkowe możliwości. A dowodem, że niewątpliwie kochając Amerykę pozostawał nieczuły na jej zwodniczy, zaborczy urok, są rady, jakie daje współemigrantom polistopadowym. "Gdyby któremuś z was przyszło ożenić się z Amerykanką, niech stara się, ile można, uczyć ją po polsku, a nade wszystko niech od urodzenia do dziecka swego mówi w ojczystym języku".

Wobec pokusy, jaką dla polskiej emigracji zaczynała stanowić Ameryka, słowa Niemcewicza brzmią bardzo poczciwie i naiwnie. Pisał Lelewel fatalistycznie, że: "wszystkich nas czeka Ameryka", a pamiętnikarz emigracyjny stwierdzał, że w Ameryce można wyjść na człowieka, ale Polakiem być się przestaje. I jeśli dla kogoś najważniejsze, aby Polakiem pozostać, to lepiej byłoby mu trafić na Syberię, skąd może szczęśliwy los go wyzwoli. Natomiast zarażenie się amerykanizmem jest dla ducha polskiego chorobą śmiertelną.

W relacjach cudem uratowanych przed Ameryką, które Norwid mógł znać z paryskiej prasy emigracyjnej, powtarzają się skargi na tamtejszy egoizm, utylitaryzm, na wszechwładzę pieniądza, prostactwo obyczajów, dzikość przyrody. Trudno się oprzeć wrażeniu, że jest w tym sporo zarzekania się przed pokusami albo dorabiania moralnych uzasadnień do poczucia życiowej pomyłki, porażki, nieumiejętności przystosowania się. Świadczy o tym jeszcze jeden amerykański argument: konieczność ciężkiej, często deklasującej pracy. "Piotrowski, Haro, Morciński trudnią się szmuklerską robotą - donosi rodak zza oceanu. - Dobiecki, Putrament (uczeń wileńskiego uniwersytetu) pracują w fabryce czapek u Żyda, a za 16 godzin pracy nędzny stół mają". Emigrant Rostkowski w poszukiwaniu lepszego losu przemierza piechotą odległość z Filadelfii do Columbus, Ohio i wreszcie, nie mogąc znieść niedostatku, brzytwą podrzyna sobie gardło. Z kolei emigrant Konarzewski nie załamuje się karczowaniem, wycinaniem lasu, osuszaniem błot, uczy się pracować często bez żadnej zapłaty. Czy można się dziwić ludziom, którzy znaleźli się w podobnych okolicznościach, że ich poprzednie, polskie życie w kraju, na polach bitew powstania listopadowego i podczas europejskich lat emigracyjnych oddala się, traci swój dramatyzm, staje się tylko wspomnieniem. Dlatego ostrzega rodak Bertold Wierciński: "Co za wyrachowanie przybywać w te strony - o jakże często ciężko opłacają nieświadomość lub uporczywość swoją! Można ich przyrównać do tych, co głodni w nadziei posilenia się przychodzą za późno na ucztę [...], lecz my nie mamy sobie nic do wyrzucenia, przybyliśmy zmuszeni, o jakże byśmy z chęcią przy pierwszej zręczności tę krainę, której jedynym bożyszczem jest zysk i egoizm, opuścili".

W dalszym ciągu swego listu Wierciński odwołuje się jednak do argumentów patriotyczno-moralnych, co wskazuje, że nie wszyscy koledzy, tak jak on, przerazili się, zgorszyli Amerykę, a niektórzy pewnie uważają, że do tego akurat kraju nikt nie przybywa za późno. "Zdaniem moim, każdy Polak udający się dobrowolnie do Stanów Zjednoczonych nie tylko grzeszy przeciw sobie, ale przeciw obowiązkowi dla własnej ojczyzny. Któż bowiem z nas, udając się w tak odległą krainę, mającą tak innych mieszkańców, powiedzieć sobie może: przybędę, gdy ojczyzna moja swoich synów wzywać będzie?" - pyta Wierciński. I dodaje: "ta myśl jest konieczna dla serc naszych".

Konieczną, ale tylko dla tych, którzy chcą uznać jej konieczność. A poza tym, jeśli przybywający do Stanów Zjednoczonych ma jakieś kwalifikacje, potrafi na przykład uczyć francuskiego (znając angielski), fechtunku, muzyki czy konnej jazdy, które to umiejętności zdarzały się polskim wojskowym, jego sytuacja wobec Nowego Świata jest inna niż rodaka skazanego na pracę fizyczną, aby zarobić na bilet powrotny do Europy. Z listem Wiercińskiego, nieuleczalnego patrioty polskiego, osobliwie współbrzmią uwagi, jakimi Samuel Howe, przyjaciel Polaków, dzieli się listownie z księciem Czartoryskim. "Naprzód - pisze Howe - zacząć muszę od przestrogi dla Polaków będących w Europie, aby żaden z nich tu nie przybywał, dopóki tam jeszcze przebywać może". A dalej życzliwy Howe tłumaczy amerykański punkt widzenia. Pisze: "Polacy nie czują i nie powinni czuć, jakoby ich wygnanie miało być wiecznym, ale śmiem twierdzić, że żaden Polak nie uważa się za wiecznie swej ojczyzny pozbawionego, żaden nie utracił nadziei jej wyswobodzenia, wszyscy więc muszą uważać się tylko za chwilowych wygnańców, muszą ciągle wyglądać nowego powołania do walki o Polskę, a zatem w podobnym stanie umysłów nie są sposobni do tej gorliwości i wytrwałości w pracach, które jedynie pomyślność w kraju naszym zapowiadają. U nas więcej niż gdziekolwiek indziej człowiek próżnujący nie ma poważania, nie ma tu ubogich i nie ma bogaczów, wszyscy nie mogą na nic innego rachować jak na własny zarobek".

Może niezbyt grzecznie brzmią te pouczenia, ale powołuje się Howe na liczby: na 425 wygnańców objętych statystyką 5 urządziło się dobrze, 250 dość wygodnie, reszta boryka się z losem, bez regularnej pracy i bez "zdatności", a spośród nich aż 40 żyje z zasiłku, przy czym rozmaite komitety obywatelskie są w stanie utrzymać nowo przybyłych tylko przez dwa-trzy miesiące.

Szczegółowe dane uzupełnia Howe przenikliwą oceną mentalności polskich wychodźców. Skarży się; "Najwięcej mieliśmy trudności w umieszczeniu oficerów i szlachty, bo żołnierz i włościanin, co bywał już użyty do ręcznej pracy, prędzej znalazł zarobek. Lecz ludzie, których ręce są delikatne, cała budowa ciała do prac fizycznych nie ułożona, opinie nawet zarażone fałszywymi i nierozsądnymi przekonaniami o tym, że coś jest w pracy uniżającego, nie mogli znaleźć dla siebie żadnego umieszczenia". Dżentelmeński przyjaciel Polaków musi jednak stwierdzić z przyjemnością, że wśród nich "znaleźli się ludzie wyższego wychowania i wyższych uczuć, którzy uznali, że jest szlachetniej własnymi rękami na życie zarabiać, niż żyć z łaski".

Listy Wiercińskiego i Howe'a pochodzą jeszcze z lat trzydziestych, ale na pewno mogły dotyczyć również Polaków zbierających się do Ameryki kilkanaście lat później, to jest w tym samym czasie co Norwid. I Norwida dotyczyć szczególnie jako właśnie człowieka "wyższego wychowania", który kocha pracę, a jako artysta uzdolniony, wykształcony również malarsko i rzeźbiarsko, może ją wykonywać fizycznie, to jest własnymi rękami. A nawet zajmuje go sama idea pracy, wszystkie jej dla życia ludzkiego znaczenia, także polityczne, polskie, bo poprzez pracę duchową i fizyczną według Norwida naród najpewniej zbliża się do wytęsknionej wolności. Natomiast okoliczności amerykańskie, w których miałby się teoretycznie i praktycznie borykać z tym problemem, z pewnością mogły odstraszać Norwida.

A także fakt, że wyjazd z Paryża do Stanów Zjednoczonych nie był czymś eleganckim. Na pewno nikt z lepszego towarzystwa nawet nie interesował się tym wszystkim, co mogło się dziać za oceanem. I to też miało dla Norwida znaczenie szczególne, postanowił postąpić wbrew sobie. Wyjazdy ludzi z nazwiskami zdarzały się bowiem wyjątkowo: niefortunny dyktator powstania krakowskiego Jan Tysowski czy hrabia Adam Gurowski, radykał w powstaniu i na emigracji, a potem odszczepieniec narodowy, z którym nikt uczciwy ani towarzysko ceniony w Warszawie, Petersburgu czy Paryżu już nie chciał rozmawiać. Zdarzały się wreszcie sytuacje dosłownie przymusowe, jak księcia Marcelego Lubomirskiego, który, aby gdzieś na świecie schronić się przed upartymi wierzycielami, wybrał Nowy Jork.

Im niższe sfery, tym mniej wytwornie wyglądały podobne sytuacje: "Oddaj pieniądze, Makowski - pisze emigrant Drewnicki w liście, który trafił do teczki z nagłówkiem "Acta Scandalika" w archiwum Czartoryskich - gdybyś do Ameryki uciekł i tak tam cię dopadnie moja denuncjacja". To już na pewno nie było towarzystwo dla Norwida, a może jeszcze bardziej nie nadawałby się Norwid do afer finansowo-politycznych, które zdarzały się wśród Polaków w Ameryce, budząc niesmak paryskich autorytetów emigracyjnych.

Czy rację miał Marcin Rosienkiewicz, przybyły z Triestu do Nowego Jorku na austriackim statku, założyciel komitetu Polskiego, czy też rodacy zarzucający mu firmowanie jedynie własnych interesów? Na czym polegała, do jakich rozmiarów doszła defraudacja dokonana przez Ludwika Chłopickiego, bratanka generała, przy projekcie założenia kolonii polskiej w Illinois? Kto z rodaków zawinił, że owa idea stworzenia nowej rolniczej ojczyzny w oparciu o rządowe przydziały ziemi została w końcu przez Amerykanów odrzucona i zaniechana? Czy też od samego początku nie było szans na jej urzeczywistnienie? Nie mogły wówczas ani Hotel Lambert, ani Towarzystwo Demokratyczne Polskie odpowiedzieć na takie pytania: tym bardziej Norwid, który, wyjąwszy może przygodę paszportową na Śląsku w 1844 roku, nie miał do czynienia z sytuacjami dwuznacznymi. A jeśli o tym wszystkim słyszał, szykując się do porzucenia Europy, być może szukał perwersyjnej przyjemności w rozpamiętywaniu obcości amerykańskiej, poniżeń, których może się tam spodziewać. Oto na co narazili go rodacy uporczywym niezrozumieniem i niedocenianiem.

A więc zrobić na złość i zawstydzić niewdzięcznych ziomków swoim wyjazdem do Ameryki? A może mniej przewrotnie: po prostu nie będzie miał do czynienia z ludźmi, od których jest tutaj zależny, nie będzie oglądał ich na oczy, wypatrywał listów, ani układał celnych replik. Co za ulga! Nie będzie patrzył w paryskie niebo, które określił jako "brudne" i które okazało się tak wyraźne dla niego niełaskawe.

Bo przecież nie tyle Ameryka go pociąga, co dosyć ma Europy. I obrachunek 10 lat spędzonych w Europie utwierdza go w tym przekonaniu.

Gdyby zacząć romantycznie, ma za sobą beznadziejną, wieloletnią miłość do Marii Kalergis. Co do przyjaźni skończyła się ta główna z Zygmuntem Krasińskim. Towarzysko: traci pozycję. Finansowo: ma nie kończące się problemy, zdany jest na kaprysy albo dobrą wolę bardzo rozmaitych ludzi. Ambicjonalnie cierpi katusze poskaramianej dumy. A wszystko przez brak należnego sukcesu, wśród obojętności polskiej, co w tych latach znaczyło głównie poznańskiej publiczności. Dowodem kryzysu paryskiego jest również to, że on, tak "trzeźwy w mistycyzmie" dotąd, skłania się teraz w niespodziewanie ku towiańczykom i przez wiele tygodni przy pomocy księdza Edwarda Duńskiego usiłuje przewalczyć swoje wątpliwości wobec towianizmu. Ale co najważniejsze, wciąż nie udaje się Norwidowi ściślej związać ze zmartwychwstańcami.

Kilka miesięcy po przyjeździe do Paryża błaga ojca Semenenkę o jakąś nagłą spowiedź, trzy lata później żąda, aby ten spalił jakieś pisma rekolekcyjne, które mają stanowić część spowiedzi Norwida, tamtej być może. Z kolei księdzu Kajsiewiczowi posyła Norwid rękopisy, prosząc o lekturę a zarazem o pomoc w ich wydaniu: chce się przy tym Norwid upewnić, czy Kajsiewicz zatrzyma przy sobie utwór i zajmie się jego losami, bo jeśli nie, to niech obieca i potwierdzi, że odeśle natychmiast. Są w paryskich listach Norwida do zmartwychwstańców znane motywy: ogólny smutek i narzekania, złe zdrowie, tęsknota do konnej jazdy i kąpieli morskich, skargi na polską publiczność. Lecz w sumie wobec ojców Norwid się miarkuje: zależy mu na dobrej opinii, bo zapewne od dawna nurtuje go myśl, która powróci najmocniej w Nowym Jorku, że najszczęśliwszym przeznaczeniem byłoby dlań schronić się przed niełaskawym światem za murami tego właśnie zgromadzenia.

W Paryżu, listy o tym świadczą, doznaje Norwid znacznego zachwiania równowagi intelektualnej: często w obrębie tego samego akapitu zdarzają się wielkie głupstwa i myśl celna. Pisze na przykład do Cezarego Platera w czerwcu 1850 roku: "Widziałem w tych dniach rysunki Kościuszki - jakie znakomite! - byłby wielkim artystą, gdyby czasu swego nie zmarnował!! O tak to z nami wszystkimi mniej lub więcej - któż tak obojętnością silny jest, aby się odsunął w żywot swój, w swoją pojedynczą tylko myśl?".

Przykład z Kościuszką może wydać się idiotyczny, ale następne zdanie wyraża całkowicie jasno i z wielką siłą i główną tęsknotę Norwida: do samotności. I pod tym względem zrobi Norwid w Paryżu wielkie postępy. Opornie pozbywa się wygodnego złudzenia, że ktoś powinien mu tę obojętność umożliwić, zapłacić za nią, skoro on sam nie jest w stanie jej sobie zafundować.

Nie układa się również Norwidowi życie polityczne. Kontakty z demokratami są przelotne, zaś Hotel Lambert przestaje go żywiej interesować.

Powołuje się znowu na swoją metrykę, która daje mu prawo zaliczenia się do emigracji najmłodszej. Tę określa jako "najnieszczęśliwszą część" narodu, bo "nie wyszła z chorągiewkami w triumfie, ale pod kamieniami i plwocinami ludu". Bo "nie zastała gościnności, ale wyczerpnięcie i nadużycie jej przez starszych". I dalej skarga, że "z jednej strony Towarzystwo Dam Polskich, z drugiej strony Demokratyczne nie daje". Tyle, że Norwid osobiście z demokratami niewiele ma wspólnego, a dobroczynność dam polskich nie dla niego jest przeznaczona. Tutaj bowiem, w Paryżu, aby wykonywać zawód artysty, mając przy tym 10 lat więcej niż w Warszawie i brak powodzenia, nie wystarcza koszula z irlandzkiego płótna. Damy polskie zaś rozdają bluzy, kalesony, koszule, spodnie, surduty i skarpetki z tanich magazynów. I jeśli ktoś ma zamiar grymasić i przebierać, niech się lepiej nie zgłasza, bo potrzebujących nie brakuje, a każda sztuka odzieży, każda skarpetka czy kamizelka znajdzie wdzięcznego właściciela oraz miejsce w filantropijnej ewidencji. A tymczasem Norwidowi do życia potrzebne byłoby właśnie to, co zbędne, luksusowe, choćby jaki detal ubioru, na przykład wykwintne rękawiczki, w których kochał się przez całe życie. Do tego poczciwość patriotyczna z pewnością już nie mogła wystarczyć Norwidowi. Hotel Lambert głosił ją dalej z godną podziwu stałością, po szoku rzezi galicyjskiej, po wszystkich klęskach 1848 roku. Lecz co prócz przestróg, wierzchnich okryć, zachęty do nauki, wezwań do wytrwałości i zapewnień, że sprawiedliwość zwycięży, miał Hotel Lambert do powiedzenia? Było to i tak znacznie więcej, niż obiecywały inne grupy emigracyjne w tych kilku krytycznych latach między rokiem 1848 a konfliktem krymskim. A poza tym w otoczeniu księcia Czartoryskiego zaczęto coraz częściej mówić o Ameryce.

Hotel Lambert już wcześniej był przygotowany na egzotyczne pomysły emigracyjne: popierał afrykańską służbę Polaków w Legii Cudzoziemskiej, interesował się możliwościami polskiej kolonizacji w Ameryce Łacińskiej, tolerancyjnie traktował wyjazdy do Stanów Zjednoczonych. Teraz zaczął je nawet organizować (emigracją z różnych krajów europejskich był zainteresowany rząd amerykański), bo rzeczywiście Sprawa odsunęła się na czas nieokreślony; we Francji było Polaków za dużo, nie bardzo mieli z czego żyć, co robić. W tej słusznej ocenie nie brakowało rzecz jasna, interesowności politycznej: rozczarowani emigranci, młodzi zwłaszcza, ulegali wpływom radykalnym, często, nad czym szczególnie bolało otoczenie księcia Czartoryskiego, wpadali w międzynarodowe, kosmopolityczne środowisko - towarzysko rewolucyjne. Należy jednak zastrzec, że owe wyjazdy do Ameryki umożliwiano póki co raczej wychodźcom nieudanym, nieznanym i z pewnością znalezienie się na takiej liście Norwida zaskakiwałoby. Z pewnością też wszyscy bliżsi znajomi Norwida uważali podróż amerykańską za błąd i ryzyko, ale jak na ludzi dobrze wychowanych, a także zaprzątniętych własnymi kłopotami przystało, uznali widocznie, że człowiek tak wybitny i tak czuły na punkcie swoich osobistych racji ma prawo do błędu, bo może on sam najlepiej ocenia własne szanse życiowe. A poza tym chyba wszyscy po trosze zechcieli odpocząć od Norwida.

I nawzajem. On również niewątpliwie dosyć miał polskiego życia paryskiego, herbatek i pogrzebów, nie gustował też zupełnie w ubóstwie i zgrzebnej poczciwości emigracyjnej. Również 30 lat później, kiedy jako pensjonariusz Domu Św. Kazimierza już naprawdę należy do proletariatu uchodźczego, nie poczuwa się do solidarności ze "Scytami", jak niegrzecznie nazywa towarzyszy ostatnich lat, a wśród nich weteranów Listopada.

Chyba celowo i symbolicznie wybrał rocznicowy dzień 29 listopada na swój wyjazd z Paryża - przez Anglię - do Ameryki - na zawsze. Jako dzień rozstania, wielokrotnie zapowiadanego, ostatecznego tym razem z polską publicznością: miała ona pozostać tutaj, w Paryżu, w Poznaniu czy w Krakowie, w każdym razie z drugiej strony oceanu. Być może winszował sobie, że ominie go jubileuszowy widok tych samych, coraz wyraźniej zmęczonych oczu, niepewnych kroków, zmąconych umysłów, poddających się polskiemu wzruszeniu zbiorowo, co najmniej raz do roku, ceremonialnie 29 listopada właśnie.

Wszyscy znów się spotkają i wtedy okaże się, że brakuje właśnie Norwida. Będzie zatem okazja, aby spytać, co się z nim właściwie stało, dlaczego i kto jest temu winien, że Norwid wyjechał. Ciekawe, kto i jak skorzysta z tej okazji. A jeśli nikt, trudno, tym lepiej, bo będzie to znaczyło, że miał rację, usuwając się daleko stąd. W dyliżansie, który przez wiele godzin oddalał się z Paryża, przez jednostajne pejzaże północnej Francji ku wybrzeżom kanału La Manche, Norwid miał dosyć czasu, aby upewnić się w swoich racjach wyjazdowych.

Oczywiście 29 listopada demokraci znowu się powołują na Wiosnę 1848 roku jako na wspaniały moment historyczny, przypomną braterstwo ludów, chociaż się dopiero co skompromitowało, obiecują lepszą przyszłość, kiedyś. Partia arystokratyczna rozsnuje raz jeszcze misterną pajęczynę nadziei dyplomatycznych, zaleci wszystkim pracowitą wytrwałość. A poza tym szczęśliwie się składa, że Norwid jest poza krajem dopiero 10 lat, a z polityką ma do czynienia kilka lat zaledwie, i to w sposób ograniczony. I nie zna pompatycznych imprez, w jakich gustowała wcześniej emigracja.

Jego ironiczny umysł mógłby podchwycić ogromną satysfakcję, jaką wyraziła ongiś polska prasa w Paryżu, wyrokując, że osławiony książę Drucki-Lubecki przysłany został tutaj od cara Mikołaja z misją pośledniej wagi. Bo przyjął go raz zaledwie radca stanu Meunier, szef biura Dubusse, i wcale Lubecki nie jadł u króla, tylko wziął udział w stuosobowym przyjęciu. A zatem sukces dla emigracji, dowód, że ostracyzm moralno-polityczny Zachodu wobec cara i jego zauszników trwa.

Kiedy tymczasem Polacy, a szczególnie książę Czartoryski, wszędzie mają być przyjmowani i słuchani z największą uwagą. Książę podczas wizyty w Anglii obiaduje z takimi lordami, jak Palmerston, Ferguson czy Stuart. Toasty wymieniane przy tych uroczystych okazjach świadczą o pełnej zgodności ideałów, wzajemnych interesach, wspólnych antypatiach. Zwłaszcza lord Dudley Stuart wręcz kocha się w Sprawie polskiej. Ten pierwszy z oryginałów polonofilów, którzy od 150 lat, niestety zwykle w pojedynczych egzemplarzach, pojawiają się na Zachodzie, przy każdej polskiej okazji zabiera głos w Parlamencie, uczestniczy we wszystkich propolskich manifestacjach, słowem, jest niezastąpiony. Więc czyż można się dziwić, że trwa wśród wychodźców składka pieniężna na portret dobrego lorda. Wreszcie, wykonany przez Oleszczyńskiego, zostaje Stuartowi uroczyście wręczony 30 października 1837 roku, a następnie "wysztychowany" i jest do nabycia po 10 sous.

Jeśli już o sukcesach angielskich mowa, można by do nich zaliczyć niewątpliwie dekorację siedziby Towarzystwa Przyjaciół Polski na Duke Street, St. James 10 w Londynie z okazji koronacji królowej. Według dziennikarskiego opisu "wszystkie okna od frontu były przystrojone w laurowe sploty przedzielone kwiatami, pomiędzy którymi górowała czerwona i biała barwa jako narodowa. W jednym oknie było przezrocze wystawiające królową z koroną na głowie i w szacie królewskiej, w jednej ręce trzymała berło, a drugą wyciągnęła do leżącej na ziemi uzbrojonej niewiasty w postaci błagalnej. Niewiasta ta wystawiała Polskę, chorągiew z orłem białym służyła jej za welon, a obok stał grobowiec z napisem: Jeszcze Polska nie zginęła. Nad wszystkim unosiła się bogini zwycięstwa Wiktoria, owita w laury i róże, a z każdej strony przezrocza wisiały połączone ze sobą jakby w objęciach polskie i angielskie sztandary". Innym razem, w londyńskim ogrodzie zoologicznym, zainscenizowano na polskim festynie wybuch Wezuwiusza. Imprezy polskie były w ogóle wysoko cenione, jeżeli chodzi o pomysłowość sztucznych ogni. Świadczyły o tym doskonałe wyniki: ofiary kwitowane były uśmiechami pięknych Polek i formułą accept the exiles thanks.

We Francji w uroczystościach emigracyjnych brali udział między innymi szlachetny Odillon Redon, legendarny La Fayette, uduchowiony Montalembert. Winszowano sobie w okolicach Hotelu Lambert, że "dziś Turcja i Francja są co do nas w takim położeniu, że im tylko jedną winę można zarzucić: że Rosyi wojny nie wydają". Zaś demokraci arytmetycznie podniecali się porównaniami sił zjednoczonych ludów i osamotnionych tyranów. Ale gdyby taki Norwid chciał się wyzłośliwiać: po co to wszystko? Czy przypadkiem nie po to, aby, jak to czyni każda emigracja, sobie samej udowodnić, jaka jest pożyteczna i skuteczna, że żyje i działa naprawdę? Co z tego wszystkiego zostanie? Mógłby uzyskać na te pytania bardzo szczegółowe coroczne odpowiedzi. I tak na przykład w roku 1835 paryskie Towarzystwo Dam Polskich pod kierownictwem księżnej Czartoryskiej zakupiło i rozdało między rodaków 183 koszule, 6 czapek, 11 dziecinnych ubrań, 10 kamizelek, 136 sztuk innej odzieży męskiej, damskiej i dziecięcej oraz za 60 franków kupiło sztuczne ramię dla jednego z rodaków inwalidów. Cztery lata później konfekcji było mniej, za to pojawiły się bilety obiadowe, aptekarz nazwiskiem Johnson sumę 59 franków 70 centymów, uzyskaną ze sprzedaży lekarstw, ofiarował na dochód Towarzystwa. Kiedyś znów lekarze polscy udzielali porad bezpłatnie. Albo inny udany pomysł: bazar paryski dam polskich. Sprzedano na cel filantropijno-patriotyczny między innymi 2 sztychy Horacego Verneta, portret pani Grassini pędzla Vigee-Lebrun, obraz Jana Floresa, ucznia Rembrandta. Sprawozdawca podkreśla uroczą atmosferę: "często rzucony talar nie odbierał zdawkowej monety, tylko miły uśmiech podającej i fundatorki pączków, pani Thoer, z domu księżniczki de Podolie".

Te wszystkie pączki, te uśmiechy, skarpetki i toasty, jakże groteskowe mogły się wydawać Norwidowi wobec jego potrzeb, jego cierpień jako artysty i przedstawiciela młodej emigracji. Przegrali zresztą wszyscy przywódcy emigracyjni i Norwid, w charakterze którego solidarność nie była z pewnością cechą dominującą, nie widział powodu, aby im współczuć. Bo czy społeczeństwo polskie w ogóle okazało mu ze swej strony stosowną pomoc i współczucie? Dlaczegóż by więc teraz miał się ze Sprawą utożsamiać? Czy tylko dlatego, że jest przegrana?

Doprawdy mógł wreszcie uznać, że sam dosyć już zniósł porażek, aby wiecznie przebywać wśród przegrywających. Brawo, to brzmiałoby już po amerykańsku, chociaż dotyczyło wciąż jeszcze Europy.

IX

Otóż zamierzał Norwid uwolnić się od polskiej beznadziei, znaleźć się między wygrywającymi tego świata, próbując zostać artystą francuskim. Kilkakrotnie komunikuje wybitnym, znajomym sobie przedstawicielom polskiej publiczności o tych zamiarach. Augustowi Cieszkowskiemu pisze w sierpniu 1850 roku: "Jeżeli Bóg mnie nie opuści, tak jak mnie wszystko opuściło - Bóg sierot i szaleńców świata tego - to Francja będzie mieć jednego więcej artystę". Jeszcze przez blisko dwa lata od chwili napisania tych słów będzie Norwid na przemian to upominać się o druk, to żądać spalenia swoich utworów (i listów). I znów wielokrotnie radykalnie porzucać polską publiczność literacką, co nie jest jedynie typowo Norwidowskim szantażem moralnym. Rzeczywiście próbuje zarobku, sukcesu w sztukach pięknych. Bez wątpienia stara się dostać na rynek francuski, współpracuje z paryskimi złotnikami jako projektant, zabiega, zdaje się, że z powodzeniem, o uznanie i protekcję Ary Scheffera. Bo chociaż w tym czasie Ameryka chodzi mu już po głowie, wciąż nie traci chyba nadziei, że nie dojdzie do wyjazdowej konieczności: posyła swój rysunek na Wiosenny Salon 1852 roku. I znów niepowodzenie, lecz prawdę mówiąc, jeśli się popatrzy na jeden z sukcesów owego Salonu, płótno Theodore Chasseriau Wodzowie plemion arabskich walczących ze sobą w pojedynku pod murami miasta, którego treść odpowiada tytułowi, albo o rok późniejsze tego autora Tepidarium, przedstawiające liczne mieszanki haremu w owym specjalnym pomieszczeniu, gdzie wśród rozmów i muzyki należało wysychać po kąpieli, staje się jasne, dlaczego zgrzebny jakiś rysunek piórkiem Norwida nie miał szans. Oczywiście Norwid próbuje się pocieszyć, że na 55 kandydatur przyjęto tylko 5 dzieł, że brakowało mu jednego głosu, że początkowa wiadomość była nawet pomyślna. A kiedy okazało się, że został jednak odrzucony, odda swoją pracę "usługującym", bo "podobnie uczynił Michał Anioł w Ferrarze, kiedy książę Ferrary odesłał mu jego Ledę".

Pisze o tym Norwid swoim przyjaciołom w końcu marca; zdanie z Michałem Aniołem można by uważać za dowód nie zwalczonej szczęśliwości charakteru. Ale już po kilku tygodniach donosi Władysławowi Zamoyskiemu, że rozmówił się był "z panem Soldenhoff, który Szanownemu Panu Pułkownikowi interes mój przedstawić nie omieszka". Pan Soldenhoff zajmował się bowiem, tyle o nim wiadomo, wysyłaniem emigrantów do Ameryki: a więc, podejmując ową rozmowę, Norwid zdecydował się na wyjazd. Bo tymczasem upadła jeszcze jedna, może ostatnia najpoważniejsza szansa na rezygnację z amerykańskiego projektu: przekonał się Norwid, że ojcowie zmartwychwstańcy, "nieruchomi święci", jak ich ktoś kiedyś określił, nie zechcą go przyjąć do swego zgromadzenia.

"Z mej strony za cały widok osobisty uważam zmianę klimatu i zatrudnieniem praktycznym popsowanej nadużyciem myśli istoty mojej" - tłumaczy się Norwid Zamoyskiemu z pokorną ironią. A potem najwyraźniej nie może się powstrzymać przed dopisaniem, że właściwie wolałby Włochy, i jeśli taka możliwość istnieje, stawi się osobiście. Jeżeli natomiast chodzi tylko o Amerykę, prezentację "swojego punktu interesu", to znaczy wyjednanie pomocy panu Soldenhoffowi. Ale zanim wejdzie na statek, do końca pobytu w Europie dba o traktowanie osobne i nie przystanie do żadnej grupy spośród tych, które zaufani ludzie Hotelu Lambert kompletują w Hawrze.

Miejsca na statkach są zamówione i zapłacone w porozumieniu z II Biurem (uchodźcy) II Oddziału (bezpieczeństwo ogólne) francuskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Francuzi dają po 120 franków na głowę, aby pozbyć się kłopotliwych przybyszów. Niestety, kotwica nie zawsze podnosi się punktualnie, wypada nieraz czekać na pomyślny wiatr, i wtedy rodacy starają się wyłudzić wcześniej zasiłki przeznaczone na podróż i lądowanie w Nowym Jorku, domagają się z góry tytoniu, obuwia, zimowej odzieży, którą powinni otrzymać dopiero po wejściu na statek. Niektórzy nawet do ostatniej chwili próbują zaczepić się gdzieś w okolicy, byle na starym kontynencie, i wolno wątpić, czy na pewno zwrócą amerykańską wyprawkę. Przychodzi też pisać do Hotelu Lambert w Paryżu o dodatkowe fundusze, bo wyjazd się opóźnia, a tymczasem pasażerowie nie mają najlepszego zdrowia, zwłaszcza do podróży oceanicznej. Listy są szczegółowe i tak rodak Muller ma "ranę po odwrotnej stronie brzucha", która właśnie mu się odmówiła, a pochodzi od kijów, które otrzymał za Sprawę w twierdzy w Zamościu. Drzewiecki zaś ma "ogromną kiłę", której gdzieś kiedyś się nabawił, i teraz przed zaokrętowaniem trzeba mu kupić suspensorium. Jest kilkoro dzieci, chorują. Awantury, brakuje dodatkowych pieniędzy, wreszcie statek odpływa ze wszystkimi z wyjątkiem pewnego młodego chłopca imieniem Jaś Deboli, który znalazł zatrudnienie u miejscowego szewca. A kiedy wreszcie maszty znikają na horyzoncie, Leonard Niedźwiecki, główny organizator w Hawrze, który o tych wszystkich swoich kłopotach pisał do Hotelu Lambert panu Hipolitowi Błotnickiemu, w swoim finalnym liście wyraża uczucie ciężkiego zmęczenia i ulgi. Ile podobnych transportów odprawił Niedźwiecki? Nie wiadomo. Norwid w każdym razie z usług jego nie skorzystał. W Hawrze przesiadał się tylko na statek do Anglii. I to był zapewne ostatni moment stosowny do obrachunku ze swoim życiem: berlińskim, rzymskim i paryskim. Bo następne 10 dni przed wielką podróżą wypełnią już nieruchome przygotowania do niej, a także niejasna emocja przed najbliższą burzliwą przyszłością.

Więc opuszczając Hawr mógł Norwid jeszcze raz zadać sobie pytanie: jaką otrzymał zapłatę, satysfakcję za lata usilnej pracy, zaniedbanego zdrowia, znoszenia upokarzających trosk materialnych? Wśród błagań i szantażów moralnych udało mu się opublikować kilkadziesiąt utworów. Wiedział, że są nowe i ważne ale przeszły bez echa, jeśli nie liczyć złośliwych kalamburów oraz kilku istotni wartościowych pochwał, na które Norwid lubił się powoływać. Na przykład "Zygmunt powiedział, że mam największą po Słowackim siłę rymu". Ale naprawdę nic z tego nie wynikało, podobnie jak z niezobowiązującego zainteresowania i przyjaznych uwag Mickiewicza czy Scheffera. Zapewne Norwid dobrze rozumiał, że inaczej być nie może. Że trafił na złe lata nie tylko dla siebie, w ogóle dla wszystkiego co polskie, ale on na to wszystko się obraził i jeśli poprzedniego wieczora w Paryżu, na listopadowym spotkaniu, szlachetny książę Czartoryski znowu powtórzył mniej więcej początek jednego ze swoich poprzednich przemówień "pierwszym od nas słowem pozdrowienia niech będzie: nie wątpimy, i pierwszą prośbą do nas: nie wątpijcie o Bogu i zbawieniu ojczyzny" - to Norwid śmiało mógł sobie darować całą uroczystość. Tym bardziej, że zazwyczaj emigranci żegnali się słowami, "obyśmy przyszłą rocznicę w Warszawie obchodzili, Boże daj", co było kopią odwiecznego żydowskiego: "do przyszłego roku w Jeruzalem".

O nie, jeśli w Warszawie, to bez niego. Chociaż naliczyłby tam z pewnością więcej ludzi sobie oddanych i przyjaznych niż w Paryżu, gdzie musiał odczuć, że go nie lubiano. Kiedy wyjeżdżał z Warszawy, żegnały go wiersze, błogosławieństwa, najlepsze życzenia. W Paryżu odprowadzał Norwida na dworzec pocztowy tylko jeden człowiek, wybitny i przyjaciel co prawda - Teofil Lenartowicz. Odczucie, że jego, Norwida, nie lubiano w Paryżu, na pewno mogło być jeszcze jednym ważnym powodem wyjazdu, ale przecież nie wynikało stąd, że ma wracać do Warszawy, nawet gdyby miał tam zostać mile powitany. Co prawda oberpolicmajster warszawski kilkanaście miesięcy wcześniej wzywał do powrotu w ciągu sześciu tygodni, chodziło pewnie o wytłumaczenie się z 10 lat spędzonych za granicą, ale nie sam strach polityczny uniemożliwił powrót Norwidowi. Nie chciał pewnie liczyć na wpływowych znajomych wśród których była też Maria Kalergis. Zapewne wszelkie terminy urzędowe już minęły, a sam sobie był winien, że swoje ambicje i niepowodzenia tak do znudzenia upowszechnił wśród życzliwych, obojętnych i niechętnych. Ale właśnie teraz nagle zapragnął być sam i prywatną, nie publiczną czy towarzyską sprawą uczynić problem, czy się już zmarnował, czy jeszcze spełnia jakieś nadzieje.

Miał dosyć opinii publicznej i chyba cieszył się, że, w dzikiej Ameryce, nikt go nie zapyta o Etrusków czy Dantego. A zatem nie będzie sobie musiał wymyślać zajęć umysłowych, aby uzasadnić swoją egzystencję artysty: tak jakby nie tłumaczyła się ona sama przez się, tj. sama przez się nie zasługiwała na poparcie i protekcję. Nikt go nie będzie rozliczać ani oceniać, będzie sam, ale tym razem dosłownie sam, bez przyjaciół, bez wrogów, na ogromnym dalekim kontynencie. A jeśli nie da sobie rady, winę poniesie oczywiście społeczeństwo polskie (może trochę i francuskie z związku z Salonem). Ale Norwid już nawet nie zechce wiedzieć, nie będzie ciekawy, czy jedno i drugie przyznało się do winy.

Zapewne im bliższy dzień wyjazdu, tym mocniej udziela się Norwidowi patos pożegnania z całym jego światem polskim i europejskim. Stanie się zatem emigrantem potrójnie: emigrantem z Polski do Europy, do Ameryki, a ponadto jest wygnańcem również jako artysta, który wyemigrował daleko naprzód wobec panującego gustu.

I taki bilans rozczarowań, braku szczęścia, nieporozumień, wreszcie zobojętnienia i kapitulacji stworzył Norwidowi świetną sytuację psychiczną dla rozpoczęcia Nowego Życia w Nowym Świecie.

Bo mógł przed opuszczeniem Paryża doznawać uczucia takiego jak przy wyjeździe z Warszawy. Że w tym (jak i w tamtym) mieście nie zdarzy mu się już nic ponad to, co mu się zdarzyło. Albo mogło się zdarzyć. Możliwości i znajomości paryskie okazały się bogatsze od warszawskich tylko pozornie, skoro w końcu tak samo się wyczerpały. Był zatem wolny w podróży między Europą i Ameryką. I wystarczyło, by Ameryka spodobała mu się od pierwszej chwili, a nie dopiero po latach, jako pouczające i przejmujące wspomnienie, aby uwolnił się rzeczywiście od miejsca i czasu, które za sobą pozostawił.

W każdym razie, kiedy 12 grudnia wypłynął z Liverpoolu do Nowego Jorku, nie mógł przypuścić, że tak prędko i zdecydowanie będzie chciał wracać, i rzeczywiście wróci po 16 miesiącach, najwcześniej jak tylko zdoła.

Bo przecież 62 dni ciężkiej podróży pozwoliły mu ocenić spokojnie znany sobie świat pozorów, fałszu i pustosłowia. Pisze Norwid na temat rejsu dramatycznie i podniośle: odkrywa, że zwyczajnie, codzienne "jak się masz" znaczyło tam naprawdę "jak się masz" i w zupełnie dla siebie nowej sytuacji czuje się sobą.

Słowem, odbywa Norwid dwumiesięczną lekcję prawdziwego mocnego życia, które mogło być znakomitym wprowadzeniem w czekające go życie amerykańskie.

Warunki podróży Norwida nie były zapewne gorsze niż te, które Niedźwiecki gwarantował rodakom w Hawrze. Według umowy zawartej za wiedzą i zgodą przedstawicieli emigracji, między kompetentnymi urzędami francuskimi a kampanią żeglugową Longstoff, ta ostatnia proponowała swoim klientom codziennie śniadanie w postaci kawy albo herbaty (z cukrem), sucharów, masła i kieliszka wódki. Na obiad: zupa omaszczona, 250 g solonego mięsa, suszona fasola, suchary do woli, kartofle oraz 1/6 l czerwonego wina. Kolacja dość podobna: ćwierć kilo solonej słoniny albo szynki, albo mięsa wołowego plus fasolka lub zielony groszek, do tego suchary, kartofle i tyle co do obiadu wina czerwonego. Na całą podróż każdemu pasażerowi bez względu na płeć i wiek należał się kilogram tytoniu. Pasażerowie sami szykowali sobie posiłki, ale wolno przyjąć, że skoro Władysław Zamoyski załatwił Norwidowi miejsce na statku, zatroszczył się również, aby jadał przy stole kapitańskim albo z marynarzami, za co kompania Longstaff na przykład, podobnie jak każda inna, przewidywała dodatkową opłatę.

"Margaret Evans" najpierw nie mogła złapać wiatru, potem rozpętały się sztormy, zapas jedzenia i słodkiej wody zaczął się niebezpiecznie wyczerpywać, ale w końcu kapitan Joshua Pratt, który mógł być dumny z siebie samego, swej załogi i powierzonego sobie statku, przedstawił nowojorskim urzędnikom portowym listę swoich 166 pasażerów. Z owego dokumentu można wyczytać, że w czasie rejsu umarło dwoje dzieci, 2- i 4-miesięczne, jedno dziecko się urodziło. Natomiast lista nic nie wspomina o zgonie jakiejkolwiek dorosłej osoby. Stąd przyjąć wypada, że motyw śmierci pięknej młodej Irlandki w Czarnych kwiatach zaczerpnął Norwid z czyjeś podróży albo wymyślił po prostu.

Cyprian Norwid zapisany był na liście pasażerów pod numerem 163 jako Polak, artysta lat 33. Polaków jest tam jeszcze czterech, w tym jeden lat 19, określony jako doktor. Artystą jest również pan nazwiskiem Webb, pewnie Amerykanin, podróżujący z żoną i córką, o którego szczęśliwym przybyciu poinformują nawet nowojorskie gazety. Poza tym na "Margaret Evans" płyną prawie wyłącznie niemieccy robotnicy i rzemieślnicy, stolarze, cieśle, szewcy, wielu z rodzinami. Opuszczają swoje głodujące landy, gdzie, jak pisze współczesny podróżnik, można było bez trudu zobaczyć kobietę z psem zaprzężoną do wózka. Precyzyjne podanie własnego zawodu, a także fakt, że wielu decydowało się już na określony stan amerykański jako miejsce przyszłego zamieszkania, bo taka rubryka znajduje się również przy liście pasażerów, wskazuje, iż ludzie ci zdecydowanie nie spodziewają się, że - jak to werbownicy emigracyjni wmawiali pod koniec wieku ciemnym galicyjskim chłopom - będą im w Ameryce usługiwać małpy. W czasie tej przyszłej masowej fali emigracyjnej skupowano za bezcen kożuchy i sukmany, bo w takim stroju podobno nikogo nie wpuszcza się do Ameryki, o czym agenci emigracyjni na Podkarpaciu upewniali się, porozumiewając się bezpośrednio z cesarzem amerykańskim za pomocą budzika.

Niemcy z "Margaret Evans", zdeterminowani nadzieją lepszego losu, mogli spodobać się Norwidowi. Póki ocean był spokojny, życie na "Margaret Evans" toczyło się zapewne podobnie jak w innych okrętach wiozących emigrantów do Ameryki. Kobiety skrobały ziemniaki, cerowały pończochy, bawiły dzieci, mężczyźni grali w karty i w kości, korzystając z używanego korytka dla zwierząt, aby się kości nie rozsypały przy kołysaniu. Czasem, przy dźwiękach flecika i harmonijki, wycinano sztajerka i wtedy ubywało więcej niż wynosiła dzienna racja pitnej wody. Kapitan zwalczał picie wódki, zwłaszcza wśród załogi: marynarz, który nie był w stanie przejść wzdłuż idealnie prostej linii po szparze pokładu, dostawał kilka powrozów. Wiele modlono się wspólnie. Norwid musiał się nauczyć różnych prostych zasad zbiorowej podróży morskiej: że na przykład należy kuferek swój przywiązać do słupa, wędlinę powiesić pod sufitem, a miejsce, jeżeli na zbiorowej sali, wybrać sobie jak najdalej od drzwi wejściowych, przez które zawsze wieje i czasem nawet może tamtędy wpaść wodny bałwan. A jeśli nawet część ogólnych niewygód Norwida nie dotyczyła, bo na przykład miał zapłacony stół kapitański czy marynarski albo miejsce w lepszej kajucie, to kiedy zaczęły się wielkie sztormy, wszyscy stali się równiejsi sobie, nie tylko jak zawsze równi wobec Boga, ale wobec wiatru i oceanu, i wtedy Norwid, jako jeden z młodych mężczyzn, mógł być użyty do jakichś pomocniczych czynności na statku. Podobno, póki się dało, zapisywał i rysował, co się dzieje wokół niego. Prawdopodobnie od czasu do czasu wypominał w duchu rodakom niebezpieczeństwa i niewygody, na jakie został narażony. Gdyby jednak mogli go widzieć, jak daje sobie radę, jaki jest spokojny, jaki malowniczy, przebaczyłby im pewnie. Musiał być z siebie dumny, może trochę mu było szkoda, że już nigdy salonowi znajomi nie dowiedzą się nic o sytuacjach, które on, Norwid, przeżył, o istnieniu których nie mają oni w ogóle pojęcia. To było jego Powstanie, jego czyn w ponadczasowej oceanicznej dekoracji, doskonale wolny od wszelkich polskich ograniczeń. "Widziałem rekiny ogromne..." - chwali się Marii Trębickiej już z Nowego Jorku, i należy się domyślać, że czuł się wywyższony wśród tych straszności. To znaczy czuł się dobrze, jakby wyrównało się ciśnienie jego krwi i napór burzliwych żywiołów.

X

Groźna żegluga przez zimowy ocean oddalała Europę: krzywdy, pretensje i nadzieje łagodniały, coraz mniej rzeczywiste. Ale to wszystko nie znaczyło jeszcze, że zbliżał się do Ameryki. Towarzysze podróży wypatrywali ziemi obiecanej, a on - kiedy już dobiegał kresu wspaniały teatr morskiej podróży korzystający z eksordynaryjnej jedności czasu i miejsca, teatr prawdziwej ludzkiej kondycji, zagrożenia, rezygnacji i nadziei, w którym sam i grał, i mógł oceniać własną rolę - musiał postawić sobie pytanie: po co właściwie jedzie? Bo wiedział raczej skąd i dlaczego, ale nie było to jeszcze dostateczne wytłumaczenie dla rozpoczęcia nowego życia, tylko niepełna, negatywna motywacja.

Otóż kiedy stanął na ziemi nowojorskiej ze złotą gwineą w kieszeni, nie miał właśnie, jak się wydaje, przekonywającej gotowej odpowiedzi na pytanie, po co właściwie przyjechał. Pytanie, które mogło również przybrać wersję: co tu właściwie robi? Dzień był chłodny i mglisty, gazety poranne zajmowały się dywidendami, akcje bawełny pięły się w górę, zbożowe spadały, kupując coś tam wcześniej i obficiej, ratowało się życie paru dolarów, z Europy donoszono, że pułki kozackie zbliżają się do granicy księstw naddunajskich, wśród reklam rzucały się w oczy peany na cześć rozmaitych pomad do włosów. Ale nie należy domyślać się, że ta hegemonia interesu musiała z miejsca zgorszyć Norwida: z pewnością poruszyli go kozacy, choć był chyba przygotowany na to, że przez jakiś czas w Ameryce będzie się denerwował wieścią polityczną z Europy, ploteczką towarzyską, może nawet program warszawskiego teatrzyku albo nekrolog znajomego sprzed lat, jeśli przypadkiem wpadną w jego ręce, potrafią go zbulwersować. Aż do pewnej chwili niespodziewanej, w której nagle i jasno sobie uświadomi, że to wszystko, co zostało z Europy, w Polsce, w Warszawie, obchodzi go coraz rzadziej, coraz słabiej i, nawet gdyby chciał i gdyby mógł, po prostu już nie potrafi tam wrócić.

Lecz póki co, jeśli przeczytał taką gazetę (poszukując ofert pracy) oraz przyjrzał się krzątaninie w porcie, przez który w roku 1850 przechodziło już 62% amerykańskiego importu, mógł postawić sobie pytanie następne: co on właściwie ma tu do zdziałania? Nie, żeby się z góry gorszył czy zadzierał nosa, na statku "Margaret Evans" miał okazję pozbyć się różnych fochów, ale tak naprawdę: co go ta rzeczywistość tutejsza obchodzi? Jaką ma rolę do spełnienia, na czym miałaby polegać amerykańska wersja jego życia?

Do roboty, mówiąc dosłownie, miał tu niemało. Norwid, wyłączne właściwie źródło informacji o całej wyprawie, wylicza w listach zajęcia, które pozwoliły mu zupełnie dobrze dawać sobie radę. Po przejściu ciężkiej choroby maluje kajutę kapitańską na statku pasażerskim, kursującym między Nowym Jorkiem i Hawaną. Modeluje płaskorzeźby dla jakiegoś artysty. Wykonuje rysunki do księgi pamiątkowej na Wystawę Światową. Tylko że ta seria nieźle płatnych zatrudnień nie układa się w żadną całość, bo niczemu nie służy, skoro Norwid nie może znaleźć interesującej dla siebie odpowiedzi na samemu postawione główne pytanie.

Bez owej stosownej odpowiedzi służą owe zatrudnienia jedynie tymczasowej wegetacji, nie przetrwaniu w sensie optymistycznie amerykańskim, to znaczy kiedy wszystko ma sens dla przyszłości. Zresztą sam Norwid w momencie dobrze płatnego rysunkowego powodzenia reflektuje się, że należałoby "mieć dom, to jest ożenić się i ustalić, albo zapisać się do jakiejś sekty". On zaś nie uczyni pierwszego przez miłość, drugiego przez wiarę. Czyli z powodów najważniejszych, ale jakiekolwiek by one były, Norwid grzeszy tutaj ciężko przeciw amerykanizmowi. Brakiem przekonania, że jeśli nawet w danej chwili nie trudni się rzeczami sobie odpowiadającymi, to od niego zależy, czy wygra, czy wyjdzie na swoje. I wciąż tym niejasnym niezdecydowaniem, czy istotnie koniecznie tutaj chce żyć i umrzeć.

Ale gdyby spotkał Norwida, jak to się zdarza emigrantom, szczęśliwy traf? Inaczej mówiąc, czy pokochałby Amerykę, gdyby Ameryka go doceniła, poznała się na nim prędko, najlepiej natychmiast, z miejsca? Dawała mu szansę, jak każdemu, z takich szansa przecież powstała. Tylko że Norwid ze swoim pytaniem nie dał szans Ameryce, nie szukał ich.

Co wcale nie znaczy, że brakowało Norwidowi rozmaitych możności. Miałby je również przez swoją odmienność europejską. Na wschodnim wybrzeżu - w Bostonie, Nowym Jorku czy Filadelfi - mieszkało już przecież od lat dostatecznie wielu bogatych i wykształconych ludzi, aby można było tam żyć z uprawiania i rozpowszechniania starej kultury. Zapewne jak wszędzie, mimo demokratycznych manier, trudny był wstęp na tamtejsze salony. Lecz w końcu, nie licząc nawet młodzieńczego, warszawskiego powodzenia, Norwid w stolicy świata, w Paryżu, bez pieniędzy i literackich sukcesów rozmawiał z Ludwikiem Napoleonem, księciem Adamem Czartoryskim, widywał salonowo Hercena i Turgieniewa. Doskonale znał reguły gry, gdzie próżność miesza się z wartościami, pozory z rzeczywistą hierarchią. A poza tym miał konkretną wiedzę i umiejętności, które dlaczego niby nie miałyby tu znaleźć zastosowania.

Sądząc po amerykańskich portretach z połowy XIX w., tego na przykład z waszyngtońskiego Muzeum Sztuki Amerykańskiej, nieznanego autora, który przedstawia anonimową rodzinę: młodych małżonków z dzieckiem, dostatnio ubranych, ufnie, dumnie patrzących jakby w przyszłość, na tle Kapitolu, obok zaś ogromne psisko maści perłowej dodaje całej scenie dowcipu. Tacy Amerykanie daliby się chyba portretować artyście, który pobierał nauki w pracowniach mistrzów włoskich i niemieckich, a poza tym umie mówić o wielkiej sztuce antyku czy renesansu, łagodząc ewentualne kompleksy gospodarzy. To byłby tylko jeden z pomysłów na życie i przecież mógłby również, prędzej czy później, trafić Norwid do elity literackiej, a tam przez jakiś czas słabość angielszczyzny dodawałaby mu kontynentalnego uroku. Może odwiedzałby Longfellowa, którego dom w Bostonie ocieniają włoskie orzechy, kasztany, lipy, klony, potężniejsze w ciepłym i wilgotnym klimacie niż nad Wisłą, ale jednak znajome. Czy, zdegustowany Europą, mógłby pozostać obojętny wobec fantastycznych talentów amerykańskich? Zmarły kilka lat wcześniej Edgar Allan Poe byłby mu bliski sercu jako poete maudit, Melville'a po swojej żegludze przez Atlantyk zrozumiałby jak nikt z Polaków, Emersona wiadomo że czytał i admirował. Wreszcie potężny Whitman rosnący na wieszcza Nowego Świata: może dawałby się jakoś zestawić z Mickiewiczem, Słowackim albo Zygmuntem Krasińskim?

Może, gdyby Norwid wytrzymał te kilka pierwszych lat, które są naturalnym sprawdzianem i eliminacją, bo kto ich nie zniesie, nie jest widocznie godny tej niesłychanej amerykańskiej okazji, jaką stanowi możność życia na nowo. Nikt go nie trzymał w Nowym Jorku, jeśli mu tam ciężko, miał przecież do dyspozycji cały kontynent na zachód aż do Kalifornii. Mógłby co miesiąc zmieniać klimat albo zarobkując jakoś ołówkiem, pędzlem, rylcem stale być tam, gdzie aktualnie kwitną kwiaty, jeśli tylko miałby taką potrzebę psychiczną. Za osiedlenie się w Kalifornii (na jak długo? na ile by mu się podobało) byłoby naprawdę niezłym pomysłem. Tam, na prawdziwym końcu amerykańskiego świata, jakże ciepłym i kolorowym, mógłby, zwrócony twarzą do Pacyfiku, odczuwać mistyczny oddech dalekowschodnich cywilizacji. Tu właśnie znalazłby omszałe kamienie, których brak, jak zauważył Felicjan Feliński, był dla Norwida problemem w Ameryce.

Modliłby się i rozmyślał w białokamiennych kościółkach XVII-wiecznych misji hiszpańskich. Natomiast opuszczone ruiny kozackich osiedli przypominałyby mu, że jest Polakiem. I to w sposób budzący nadzieję i krzepiący serce: oto imperium właściwie wycofało się, dobrowolnie, z jakiegoś skrawka ziemi, okazało się, że jest to w ogóle możliwe. Zastałby zresztą w okolicach San Francisco ciekawych ziomków. Kapitan Feliks Wierzbicki, którego zawiodły w te strony wojny meksykańskie, pisał pierwsze przewodniki po Kalifornii. Był zaciekłym ateistą, antyklerykałem, więc mieliby o co spierać się z Norwidem, spacerując po kalifornijskich ogrodach. Kapitan Rufin Piotrowski, również z powstania listopadowego, byłby podtrzymał w pamięci Norwida tradycję sarmacką: żołnierz samochwał, typu staroszlacheckiego posłużył, jeszcze ćwierć wieku później Sienkiewiczowi jako prototyp Zagłoby.

Podróż z Nowego Jorku do Kalifornii, trwająca dookoła Ameryki poprzez Cape Horn trzy miesiące albo miesiąc dyliżansem z St. Joseph nad Missisipi, mogła dostarczyć przeżyć co najmniej godnych sforsowania Atlantyku na pokładzie "Margaret Evans". Dyliżanse przemierzające kontynent były raz po raz napadane przez Indian albo sławnych bandytów. Forsowały kapryśne rzeki, strome przełęcze, pustynie, puszcze, śniegi. Norwid na pokładzie "Margaret Evans" dowiódł, że znosi podróżne niebezpieczeństwa. Trudno jednak wyobrazić sobie Norwida na kole dyliżansu Weis Fargo z dubeltówką gotową do strzału, wspartą o kolano, albo oprawiającego traperskim nożem upolowaną sarnę. Rimbaudem nie był. Stąd również mało prawdopodobne, aby chciał dołączyć do awanturników, którzy od 1851 roku w gorączce złota przekopywali i przepłukiwali całą Kalifornię. Chociaż pomysł rozwiązania doskwierającego przez całe życie Norwidowi problemu pieniędzy, przez ich cudowne zdobycie w postaci bryły złota, byłby nie do pogardzenia. A rodacy awanturnicy też by się znaleźli w tej części Ameryki: dwaj zabici uczestnicy ekspedycji Williama Walkera do Dolnej Kalifornii i Nikaragui (została po niej piosenka - "Kto kocha krew, niech dołączy do Walkera") zostali odnotowani jako dwaj Polacy: Gustaw Całkowski i Stocki, nieznanego imienia.

W owym najodleglejszym Zachodzie, gdzie artyści i erudyci nie mieli dotąd szczególnego wzięcia, mógłby Norwid zostać pierwszym ważnym mistrzem. A przy swojej zdolności do formuł i programów wymyśliłby może jakieś kalifornijskie malarstwo, na przekór pejzażom, których natchnieniem było oglądanie cudów przyrody sentymentalnie albo katastroficznie. Szczególnie dotyczy to doliny Yosemite. Zamieszkiwali ją od początku świata Indianie i duchy indiańskie; po raz pierwszy ukazała się białemu człowiekowi dopiero w roku 1851 z widokowego miejsca nazwanego później Inspiration Point. Bo rzeczywiście wkrótce ruszyli do Yosemite pejzażyści, na ich czele malarski odkrywca doliny tak pięknej, że można ją tylko kopiować, Chris Jorgensen. I nieprzeliczone panoramiczne, fragmentaryczne widoczki ozdobiły ściany amerykańskich domów i muzeów. A Norwid może zobaczyłby Yosemite inaczej: jako rzeźbiarz umiałby ocenić bryłę uciętej do połowy kopuły Half Dome albo bastion El Capitan u wrót doliny. Zresztą takie fantastyczne twory skalne i niezliczone kaniony dalekiego Zachodu, niezależnie od pejzażowania, Amerykanie potraktują wkrótce jako wyzwanie natury wobec człowieka. Staną się one natchnieniem dla miast, gdzie w głębokich niczym skalne wąwozy ulicach słońce nigdy nie sięga dna, a drapacze chmur w centrum przypominają grupy ostańców wśród kamiennej pustyni. Jak dotąd Nowy Jork wzorował się jednak na Londynie i Wystawa Światowa, z okazji której Norwid zarobił trochę pieniędzy jako rysownik, mieściła się jakby w świątyni, ze stali i szkła, z wysoką kopułą, wzniesionej na planie greckiego krzyża. Stąd nazwa Crystal Palace; a w środku elektryczne dekoracje: wazy z Servers, gobeliny, posągi marmurowe obok maszyn; zresztą cały budynek reklamowany jako bezpieczny od pożarów spłonął zaledwie po kilku latach istnienia.

Norwidowi z pewnością wystarczała architektura europejska, a poza tym, aby nie upierać się przy jego możliwych odczuciach natury, trzeba przypomnieć, że nigdy nie był szczególnie czuły na przyrodę. Również na amerykańską, co w którymś tam stopniu też przyczyniło się do niepowodzenia całej wyprawy. Raz zaledwie wspomina o jakiejś wycieczce z Nowego Jorku do "indiańskich pokoleń i pierwotnych lasów", ale żadnych stamtąd wrażeń już nie notuje. Więc po co miałby jechać dalej na zachód, nie będąc zdolnym odczuć metafizycznej urody tej ziemi. Zapewne brakowało na niej omszałych kamieni postawionych przez człowieka, ale przecież dostępny był już w owym czasie dla ambitniejszych podróżników, prawdziwy pejzaż stworzenia świata w Wielkim Kanionie Colorado, niedaleko stamtąd Kolorowa Pustynia, której barwy zmieniają się według słońca i nigdy nie są takie same, obok lasy spalone lawą wulkaniczną, która z kolei porasta zielonymi krzakami, ziemia we wszystkich kolorach tęczy. On jednak wołał patrzeć w niebo: przez otwór, który ma w dachu swojej pracowni; obserwuje gwiazdy i podoba mu się, że są inne niż w Europie.

Prawdopodobnie Norwid nie wyobrażał sobie sensu dobrowolnej podróży bez określonego celu (przepłyniecie Atlantyku było wszak koniecznością, skoro chciał wydostać się z Europy do Ameryki), bez bogatych muzeów, starych kościołów, poetycznych zamków, toteż ani przyroda, ani przygoda nie mogły pchnąć Norwida na zachód. Dla prawowiernego katolika z góry odpadła niesamowita wędrówka Bringana Younga, który razem ze swoimi wyznawcami przemaszerował w tym czasie do stanu Utah, aby tam, w pustynnych okolicach Salt Lake próbować stworzyć mormoński raj na ziemi. Ale zdarzyło się również niemal współcześnie Norwidowi w Ameryce, coś zupełnie swojskiego. Oto śląski ksiądz Leopold Moczygemba powiódł grupę parafian drogą morską z Bremy do Galveston, po czym przez stepy Teksasu w okolice San Antonio, na miejsce założenia osady Panna Maria. Jakiś czas później mieszkało tam już 120 rodzin, wzdłuż ulic Kościuszki i Pułaskiego była szkoła, oberża, poczta, kościół sklep. Uprawiano bawełnę, trzcinę cukrową, pszenicę, kukurydzę, ziemniaki. Lecz cóż by to wszystko razem mogło obchodzić Norwida? Nic oczywiście: równie jak inne bardziej odpowiednie i pociągające dla Norwida pomysły. Ponieważ generalnie i zasadniczo Norwid nie przyjął Ameryki.

Lud polski w Teksasie, weterani listopadowi z Kalifornii, a także rodacy, z którymi rzeczywiście miał do czynienia w Nowym Jorku, jak Karol Emil Doepler, warszawski kolega ze szkoły rysunku, co dał Norwidowi zarobić przy Wystawie Światowej, nic tu nie zdołaliby pomóc, nawet gdyby było takich miłych, uczynnych kontaktów było znacznie więcej. Ponieważ problem Norwida nie polegał zwyczajnie na tym, iżby lękał się o swoją polskość w Ameryce. Że, jak to się ostrzegali przed amerykanizmem emigranci, przestaje się być w Ameryce Polakiem. Norwid mógł się obawiać czegoś znacznie poważniejszego, że w Ameryce przestanie być Norwidem, czyli sobą, że będzie kimś innym. A ponieważ był do siebie przywiązany na dobre i złe i wierny sobie ponad wszystko, nieistotne już mogło się zdawać, czy zyskałby, czy stracił na takiej zamianie.

Ów cytowany, dwuznaczny, emigracyjny szantaż moralny, że w Ameryce przestanie się być Polakiem, choć może wyjdzie się na człowieka, brzmiał dla Norwida mało zrozumiale i obraźliwie. Choć na "Margaret Evans" przeszedł dopiero co lekcję egalitaryzmu, nie tylko filozoficzną, to jest wobec losu, ale także praktycznie, życiowo mógł się przekonać, do jakiej klasy społecznej prawdziwie należy, chociaż już wcześniej wiedział dokładnie, co znaczą drobne, ustawiczne długi, upraszanie o pomoc ludzi niekoniecznie godnych takiego zaszczytu, chociaż pamiętał, jak się odczuwa własną ciasną izdebkę, ciemną pracownię po salonowym wieczorze. Pomimo tego całego doświadczenia, a może tym bardziej, jeszcze więcej czuł się krewnym, potokiem Sobieskich, człowiekiem, który kocha się w najpiękniejszej kobiecie Europy, artysta, któremu dopiero przyszłość będzie w stanie zadośćuczynić. I związku z rodziną królewską, dni spędzonych w otoczeniu Marii Kalergis czy spacerów po Rzymie z Zygmuntem Krasińskim nikt mu już nie może odebrać, cokolwiek by się z nim działo, czymkolwiek by się zatrudniał.

XI

Na dobrą sprawę takie nastawienie powinno mu było pomóc psychicznie w Ameryce: nie mógł zatem nigdy i niczym zostać zdeklasowany. Mógł powiedzieć sobie: cokolwiek robię, pozostaję przecież tym, kim jestem, a jestem tym, kim byłem. Gdyby tylko chciał tak powiedzieć, gdyby czuł się wystarczająco pewnie wobec Ameryki.

Do owych szczęśliwych emigrantów, którym w Ameryce udało się nowe życie, stosuje się niekiedy określenie "reborn". I oni sami mówią o sobie reborn, czyli urodzony raz jeszcze, powtórnie, odrodzony. Otóż Norwid nie chciał być reborn. Nie widział powodu, aby on - wyliczmy znowu - pociotek Sobieskich, supirant Marii Kalergis, obrońca papieża, poeta polski, który uwaga! uwaga! - według Krasińskiego - ma największą po Słowackim siłę rymu, miał być odrodzony, urodzony na nowo. Został reborn w Ameryce infamis Gurowski, który miał odegrać tutaj wybitną, szlachetną rolę jako obrońca sprawy murzyńskiej. Albo załamany dyktator powstania krakowskiego Tyssowski, co odnalazł się jako urzędnik federalny w Waszyngtonie. Lecz Norwid czuł się doskonale we własnej postaci. Chodziło mu tylko o to, aby świat poznał się na nim.

Jako reborn na pewno uwolniłby się przynajmniej częściowo, a może z czasem już raz na zawsze od polskich nieszczęść, od polskiego prowincjonalizmu i mitomaństwa, nieposzanowania odrębności jednostki ludzkiej, narodowego szaleństwa na przemian ze slużalstwem, rozlazłości i wyrzutów wobec świata: tylko że te wszystkie zmory były jego osobistymi zmorami. A znał się na nich i zwalczał je, bo zatruwały mu życie tak bardzo, że stały się jakby tego życia składnikiem.

Co by powiedzieli - piękna Maria, genialny i surowy Zygmunt, ojcowie zmartwychwstańcy, gdyby im doniesiono, że Norwid uznał się za odrodzonego za oceanem. Raczej nic: oto mieli prosty dowód, iż Norwida żale i wymagania były fałszywe, że zatem należało traktować go z daleko większym jeszcze dystansem i niedowierzaniem. Przyznałby się więc, że nie miał racji. I to mogło nawet wydawać się logiczne, bo chcąc być reborn należy przedtem skapitulować w tej czy innej formie, przyznać się do porażki dotychczasowego życia. Tylko że wtedy można zobojętnieć wobec osób znajomych z poprzedniego wcielenia. Najkrócej: aby narodzić się znów, wypada naprzód umrzeć, i może to być przemiana równie fundamentalna jak Gustawa w Konrada. Tylko że nie poetyczna, ale wielce rzeczywista. I tu mógł się religijny Norwid przelęknąć faustycznej, diabelskiej mocy amerykanizmu, który wbrew prawom boskim czy ludzkim proponuje, to znaczy kusi możnością innego, nowego, lepszego, sensowniejszego życia niż to, które niby nieodwracalnie i niepowtarzalnie, tylko raz zostało dane człowiekowi. Pokusą rozpoczęcia wszystkiego raz jeszcze: tym lepiej, tym różniej, tym uczciwiej wobec nowego otoczenia i siebie samego, im bardziej zechce się odsunąć to wszystko, co pozostało za oceanem.

Otóż na ten dobrowolny warunek Norwid nie przystaje, bo zbyt wysoko siebie ceni, zbyt poważnie liczy się ze sobą. Więc byłby, albo i nie, cenionym intelektualistą czy artystą kalifornijskim albo nowojorskim, albo zagubiłby się gdzieś na kontynencie, właściwie to już obojętne, skoro z pewnością nie pozostałby Norwidem.

Aby żyć i rozwijać się dalej jako Norwid, potrzebowałby wokół siebie postaci zupełnie nieznanych i niepotrzebnych Ameryce: Kalergis i Czartoryskiego, Lenartowicza i Trębickiej, Krasińskiego oraz spowiednika, ojca Semenenki. To tylko niektóre spośród osób mu niezbędnych, a wszystkie były nieznane tutaj i żadnej spośród nich nigdy zapewne do głowy nawet nie przyszło, że mogłaby albo chciałaby być reborn.

Owego świata, który był polski w sensie towarzyskim, to znaczy przez polskie postacie - a tym sposobem nawet naiwne doktryny czy bezsilne racje nabierały wiarygodności - owego świata polskiego nie dawało się nijak przetransportować przez Atlantyk.

I właśnie sprawy polskiej uczepił się Norwid, aby uciec od Ameryki. A jak bardzo poczuł się w Ameryce zagrożony, świadczy emfaza, jakieś zaklęcia ideowe, przyrzeczenia patriotyczne całkiem nie w guście Norwida, które trafiają się w listach wysyłanych z Nowego Jorku do zmartwychwstańców, do Mickiewicza, do Hercena, i trudno wykluczyć, czy takich adresatów nie było więcej. Prosi Norwid o pomoc, o protekcję, spieszno mu do Turcji, do Polski, do boju, byle prędzej, byle dalej stąd, gdzie w końcu nic złego mu się nie dzieje, przeciwnie, może bez niczyjej łaski utrzymać się z własnej uczciwej pracy, co, jak sam przyznaje, "jest prawdziwą poezją".

Być może z lęku przed utratą tożsamości zdoła nawet obudzić w sobie kompleks patriotycznego nieuczestnictwa.

Norwid włącza się do agitacji za powrotem emigrantów do Europy, aby tam podjęli walkę za ojczyznę, z inicjatywy księcia Adama Czartoryskiego, u boku zachodnich sojuszników. Lecz na kilkuset polskich uchodźców w Ameryce, którzy mogli być brani pod uwagę, wróci do Europy około dwudziestu. Pozostali mogą sobie odpowiedzieć, że już uczestniczyli w 1831, 1846 czy 1848 roku i nie czują się wobec starej ojczyzny zadłużeni. I zarówno ustna argumentacja polityczno-moralna pana Norwida, jak i płomienna odezwa Leonarda Jerzmanowskiego, krewniaka Pawła Jerzmanowskiego, pułkownika, barona cesarstwa, dowódcy, wiernego do końca Napoleonowi, szwadronu polskich szwoleżerów, nie trafia do ludzi, którzy nie tylko zawiedli się na Europie czy zniechęcili polskimi klęskami, pogodzili z ich widoczną nieruchomością, ale ratując swoje dusze przed bluźnierstwem i niewiarą już wiele czasu i sił oddali Ameryce. Jerzmanowski wzywa ich na pole chwały, a oni dawno stamtąd wrócili i zajęci są gruntownie własnym życiem. Zbiórki pieniędzy na podróż powrotną postępują opieszale. W wojenno-dyplomatycznych komunikatach wciąż trudno dosłuchać się nuty, która brzmiałaby porywająco dla polskiego emigracyjnego ucha. A zresztą każdy, kto miałby już dosyć polskich zobowiązań, mógł w programach, w hasłach stronnictw emigracyjnych dopatrzeć się jedynej logiki: sprzeciwu wobec konkurencji politycznej. Wszak parę lat wcześniej Hotel Lambert popierał Amerykę dla Polaków, demokraci ją obrzydzali, Ameryką straszyli. Teraz, kiedy Książę zaprasza i wzywa na bój do Europy i Azji, demokraci zalecają czekanie za oceanem na lepsze polskie czasy. Ale nie może w Nowym Jorku dojść do takich gorszących scen jak w Paryżu, gdzie wybuchła dworcowa bójka między ochotnikami wyjeżdżającymi na wojnę turecką z inicjatywy Księcia a demokratami, którzy potępiają frymarczenie polską krwią. Tu daje o sobie znać syndrom Ameryki: cokolwiek by się działo w Europie, wielki ocean pozwala myśleć o tym z dystansem.

I ostatecznie jedzie Norwid do Europy bez protekcji politycznej, zupełnie prywatnie, zaprzyjaźniony z księciem Marcelim Lubomirskim. Wraca w ostatniej chwili, bo wkrótce okaże się, że desant sojuszników na Krymie nie odniesie łatwego sukcesu. A już wiadomo, że działania floty angielsko-francuskiej na Bałtyku nie zagrożą Kronsztadowi ani stolicy imperium. I przede wszystkim, że w Polsce nic się nie dzieje, zaś utarczki kozaków otomańskich jako polskiej reprezentacji zbrojnej w konflikcie mocarstw nie liczą się poważnie.

Wyjechał w ostatniej chwili, wkrótce bowiem otrzymałby list z Europy od księdza Jełowieckiego, jedynego chyba korespondenta, który zechciał mu odpisać. Ksiądz Jełowiecki posyła list Norwida księdzu Kajsiewiczowi, aby ten zapoznał z nim jeszcze Ludwika, brata Cypriana, a także Zygmunta Krasińskiego, którego również w liście Norwid zaczepia. "Napisałem Norwidowi - streszcza Jełowiecki swoją odpowiedź, która nie zastała już adresata w Ameryce - że do Europy nie ma jeszcze po co wracać, że wszędzie żyć dla Pana Boga można [...], że jeśli pisze o powołaniu zakonnym, niech się radzi w tym zakonników tam na miejscu będących [...], wiem tylko, że nie zdałby się nam ani do Paryża, ani nawet do Konstantynopola". A także poucza Norwida, sędzią spraw i uczuć winno być po pierwsze własne sumienie, "w drugiej instancji Kościół, a w ostatniej Bóg". Najwidoczniej ojcowie mają dość roztkliwiania się Norwida nad sobą. Sami zbyt wiele przeżyli i napatrzyli się niejednego w swoim życiu świeckim i duchownym. Jełowiecki walczył pod Daszowem w obronie Warszawy, na emigracji był sekretarzem Towarzystwa Pomocy Naukowej, księgarzem. Kajsiewicz wystawił w roku 1830 w Warszawie komedię Uwiedziona małżonka, a potem walczył pod Stoczkiem, pod Nową Wsią otrzymał cztery cięcia w głowę pałaszem, na emigracji był blisko z Lelewelem i Dwernickim, tylko rany nie pozwoliły mu wziąć udziału w wyprawie Zaliwskiego, pracował w Paryżu jako kowal, także pisał wiersze. Starzy żołnierze i działacze, zmartwychwstańcy wyraźnie tracą cierpliwość do Norwida. A w związku z jego następnym listem Jełowiecki obok wyrazów żalu nad upadkiem umysłowym poety i życzeniem, aby udało się go jakoś skutecznie uratować, dzieli się z księdzem Semenenką, współadresatem listu, następującym kalamburem: "Ja bym mu radził do trapistów, gdzie by się na pewno nie trapił, jak teraz trapi".

Tymczasem w Nowym Jorku nie było sensu ani czasu się trapić. Z pewnością fakt, że, jak ubolewa polski dziennikarz emigracyjny, "kawaler, co zarobił na jednej spekulacji, ma zawsze w przyjęciu pierwszeństwo nad artystą", nie był w guście Norwida. Ani, że głównymi bohaterami miasta są strażacy z racji nieustających pożarów, które raz po raz, wspomagane morskimi wiatrami, pustoszyły ulice. Lecz na ich miejsce powstawały nowe ulice, zresztą nieustannie burzono stare budynki, drewniane i ceglane, aby stawiać wyższe, piękniejsze. Mnożą się zwłaszcza domy i magazyny o stalowej konstrukcji: to James Bogardus i jego spółka budowlana rozpoczynają proceder, który za kilkadziesiąt lat podniesie budownictwo nowojorskie na wysokość Empire State Bulding.

Ale poza tym od 10 lat działa nowojorska Galeria Sztuk Pięknych, w 1854 roku powstaje Akademia Muzyczna, rok później wychodzą Źdźbła trawy Whitmana. W Nowym Jorku nadal nie ma zabytków, ale za to pojawiają się eleganckie miejsca, jak Niblo, czyli teatr, ogród, kawiarnia, albo niemieckie ogrody zimowe przy ulicy Bowery. I kultura nie jest wcale czymś obcym duchowi amerykańskiemu: jego temperament daje o sobie znać również tutaj, nieraz dosłownie. Kiedy w 1849 roku angielski aktor W.C. Macready pojawi się w operze, zwolennicy Edwina Foresta, artysty lokalnego, który mieszkał obok, w istniejącym do dziś domu numer 136 przy 22 ulicy, zaprotestują, podpalając budynek teatralny, i trzeba dopiero interwencji całego konnego regimentu, aby kosztem 23 zabitych zamieszki na Astor Place zostały uśmierzone. Mnożą się towarzystwa filozoficzne czy gimnastyczne, trwają nieustające otwarte dyskusje o wszystkim, co dotyczy życia publicznego: właśnie za czasów Norwida ustawa o umundurowaniu policjantów przechodzi z wielkim trudem, bo mundur niekorzystnie się prezentuje w oczach zwolenników wolności obywatelskich. Ostatecznie przyjmuje się niebieska peleryna, niebieski płaszcz z mosiężnymi guzikami i szare spodnie.

Codziennie lądują w porcie Europejczycy. Obok biednych i prześladowanych emigrantów trafiają się też znakomitsi, honorowi goście Ameryki, jak w 1850 roku Garibaldi, który spędza całą zimę na Staten Island, a w roku 1851 Kossuth. Mieni się emigracja polityczna, zarobkowa i awanturnicza. A jednocześnie niby przybysze z innej planety pojawiają się na ulicach Nowego Jorku Indianie z piórami we włosach i koralikami na szyi. W przedstawieniu całej dziwaczności, pstrokacizny tego życia, rysunek i malarstwo opierają się jeszcze fotografii, klasyczne płótno tej epoki zatytułowane Wall Street wpół do trzeciej 13 października 1857 roku przedstawia panikę uliczną na wieść o zablokowaniu tego dnia kont bankowych. We wnętrzach bogatych domów widać zbiory meissenowskiej i sewrskiej porcelany, i to nie wystarcza: ruszają już zakłady miejscowe mebli w stylu Ludwika XIV. Rzekę Harlem przekraczają żelazne mosty, na zielonych podmiejskich wzgórzach powstają rezydencje w stylu greckim i gotyckim, z widokiem na morze, a w roku 1850 rodzi się idea Central Parku powyżej 50 ulicy, granicy zwartego miasta.

Cóż to wszystko obchodziło Norwida? Mogło obchodzić. Przecież niezależnie od arystokratyzmu swojej sztuki interesował się demokracją, postępem, przyszłością świata. Ale widać nie obeszło, skoro właśnie w Ameryce, gdzie wszystkie owe pojęcia-problemy fruwały w powietrzu (zamiast polskich wiecznych obrachunków patriotycznych, których miał dosyć), tak prędko zobojętniał Norwid wobec otoczenia.

"Mam atelier z widokiem na cmentarz", pisze w połowie kwietnia 1853 roku, a więc po dwóch miesiącach pobytu, "także mały ogródek u domu - w miesiące gorące jak dziś kolibry z południa przylatują i krążą wokół kwiatów". Nawet jeśli rozpoznamy tu specjalnie dla kobiecego ucha nastrojony ton (a pisząc do Trębickiej mógł się też Norwid spodziewać, że treść, może nawet jakie fragmenty listu dotrą do Marii Kalergis), trochę dziwi tak rychła pustelniczość i mizantropia, spotęgowana wyraźnie na drugim brzegu oceanu. Upłynie blisko rok i ów nastrój się nie zmieni. "Cieszę się z tego czasem - donosi Norwid Trębickiej w końcu lutego - że kiedy śnieg na dworze, ogień się czerwieni w kącie izdebki mojej, której wnętrze sam sobie wymalowałem i opasałem bas-reliefem en grisaille, przedstawiającym różne sceny ze starożytności i nowożytnej historii - dodałem także medaliony mężów wielkich, ale podług znajomych i przyjaciół: August Cieszkowski jak Sofokles, ktoś inny jak Plato, ktoś inny jak Aleksander, ktoś inny jak Safo". A potem jest jeszcze cytowane już zdanie o gwiazdach na suficie, innych niż w Europie, które również cieszą artystę. Wszystko to razem niewiele jak na rok nowego życia po dramatycznej podróży. Ton melancholii łagodnej może być tutaj zwodniczy: wszak pisze sam Norwid gdzie indziej, melancholia w Ameryce uczyniła go podobnym do chorego umysłowo. A w tym liście o śniegu, ogniu, gwiazdach i malowanych filozofach jest jeszcze jedna, niedopuszczalna z punktu widzenia amerykanizmu samoocena Norwida, że mianowicie w życiu jego nastąpiła pauza. I dzieli się jeszcze z korespondentką anegdotą o chłopcu rzymskim, który na polecenie ojca podczas wybuchu Wezuwiusza przepisywał mądre dzieła. Czy taka stoicka winna być, zdaniem Norwida, postawa wobec burzliwej rzeczywistości? Już wcześniej wysyłał listy do Mickiewicza i Hercena, wkrótce będzie błagał o ratunek zmartwychwstańców, a za cztery miesiące ucieknie z Ameryki na zawsze.

W ostatniej chwili, może dlatego również, że spośród znajomych i przyjaciół przywoływanych sztuką medalierską do nowojorskiej izdebki coraz to któryś tam w Europie ubywał ze świata. Cieszkowski akurat, jedyny wymieniony z imienia przez autora, żył w dobrym zdrowiu. Ale spośród tych, którzy mieliby może medalion u Norwida, Chopin i Słowacki zmarli jeszcze przed amerykańską jego podróżą, później, w odstępach paroletnich, Mickiewicz, Krasiński, liczni generałowie listopadowi, a wśród nich Skrzynecki w Krakowie. I wreszcie, w 1861 roku, książę Adam Czartoryski śmiercią swoją jakby zamknie dzieje Wielkiej Emigracji, która, jak każda emigracja, jest sprawą jednej fali ludzkiej, która nie odrodzi się już w następnym pokoleniu. Natomiast w kraju zaczyna się wiele dziać, ale są to rzeczy już zbyt trudno zrozumiałe w Ameryce, gdzie wszelkie ciekawostki tymczasem podporządkowane zostają wielkiemu konfliktowi Północy i Południa. I oto każdy emigrant może stanąć po jednej ze stron, działać dla niej. I przede wszystkim dla siebie, naprawdę, tzn. uczestniczyć z narażeniem życia i majątku w sporze o przyszłość Ameryki, czyli uznać jej przyszłość za swoją. I zapewne Norwid wobec abolicji czy sprawy Johna Browna nie byłby obojętny, skoro później z dalekiego Paryża tak się tym wszystkim przejmował.

Kiedy wybuchła wojna secesyjna, o wyborze sztandaru Unii czy Konfederacji przez Polaków decydowało głównie miejsce zamieszkania. Oblicza się, że na 30-tysięczną wówczas kolonię polską 4 tysiące biły się dla Północy, tysiąc po stronie Południa. Ale ten na ogół przypadkowy wybór mógł być też poparty przekonaniem ideowym. Na Południu mogła pociągać Polaków jego romantyczno-szlachecka legenda, chociaż większość emigrantów pochodziła jednak ze sfer niższych, niektórych raziło niewolnictwo, inni znów, dlaczego nie, widzieli się w roli dobrych panów, tylko że na Południu nie wystarczało dobrze jeździć konno i mówić po francusku. Arystokracja tamtejsza dobierała się według plantatorskiego bogactwa. Północ, ze swoją otwartą frazeologią awansu i wolności, musiała się Polakom bardziej podobać. A dobre stosunki Północy z Rosją, głównym wrogiem polskiej ojczyzny, nie przeszkadzały jakoś Polakom. Na przykład wizyta w Nowym Jorku eskadry rosyjskiej, która schroniła się w tym porcie wobec pogróżek anglo-francuskich w stosunku do imperium z okazji sprawy polskiej. Oficerowie rosyjscy bardzo się przyjęli w nowojorskim karnawale i nie słychać było głosów polskiego oburzenia. A kiedy marynarz Polak, nazwiskiem Milewski, zdezerterował i skrył się wśród wojsk Północy, walczących jak najdalej na froncie zachodnim, czyniąc zadość usilnej prośbie gości odszukano Milewskiego, obecnie żołnierza Unii, i odstawiono na macierzystą jednostkę. Nazajutrz nowojorczycy mogli oglądać dezertera powieszonego na rei okrętowej. Rzecz jasna, opinia, prasa się wzburzyły, ale międzynarodowe sympatie oparte na wzajemnych interesach nie zostały odmienione ani nawet ochłodzone. I tylko trochę dziwne, ze sprawa tak głośna została zapomniana, w każdym razie nie obrzydziła Polakom służby w szeregach Unii ani tamże awansów. Dosłużyli się więc Polacy trzech generałów brygadierów Unii, pułkowników było po kilku z jednej i drugiej strony. Służyli pilnie: najstarszy polski uczestnik wojny miał 61 lat, najmłodszy 16. Tymczasem wybuchło, zatliło się i zgasło powstanie styczniowe, lecz kilkudziesięciu najwyżej emigrantów opuściło wojska Unii i Konfederacji, by walczyć w Polsce.

Chociaż wojna secesyjna, jak każda domowa, była krwawa i okrutna, ale miała sens dla obu stron, bo obie mogły liczyć na zwycięstwo. Była szansą dla emigracyjnych profesjonalistów wojennych, których wiedza i doświadczenie wreszcie się przydały, oraz dla prostych cywilów, co zmieszali się na dobre w okopach z różnojęzycznymi współtowarzyszami amerykańskiego losu. Miała sens, bo obie strony swoje racje wyrażały wprost, bo wiadomo było, że coś z tych zmagań wyniknie, aż zwycięzcy muszą dogadać się jakoś z pokonanymi. I okazało się nagle, że wszystkie polskie argumenty - apele Hotelu Lambert o wytrwałość, sztuczne podtrzymywanie rewolucyjnej gorączki demokratów, wiara w cud, zapamiętanie w męczeństwie narodowym, psychoza ofiar koniecznych, aby liczyć na sprawiedliwość boską i ludzką, nieskończone rachowanie błędów i win - że cały bagaż naiwnych emocji i chytrych kalkulacji nie wytrzymują konkurencji z prostą amerykańską wiarą i nadzieją, że człowiek sam może sobie poprawić swój los. Wbrew upartym rozważaniom, że cierpienie to łaska i zaszczyt, a w klęsce kryje się zwycięstwo co najmniej moralne.

Dla Norwida "ta ziemia młoda [...] coś fatalnego ma w oddaloności swojej". Ale dla przeciętnego emigranta polskiego sprawy oddalone po prostu umykają życiowo, choćby zarzekał się tego na wszystkie sposoby. Bo rzeczywiście są za daleko. Kiedy we wrześniu 1831 roku córy Bostonu uroczyście wręczały Komitetowi Polskiemu sztandary dla zwycięskich powstańców, Warszawa była już zdobyta przez Paskiewicza. Kiedy nasi sławni przyjaciele Morse, Cooper czy Poe agitowali za wolnością dla Polski, poważni amerykańscy politycy nie odczuwali potrzeby zmiany tradycyjnej wobec Europy polityki pilnowania własnego interesu. I rzeczywiście, jak to za kilka lat złośliwie, cokolwiek bez sensu i zupełnie nie na czasie wytknie Norwid z Paryża przedstawicielowi polskich władz powstańczych, Amerykanie, będąc ludźmi wolnymi, nie mają kompleksów, strzegą swojej wolności tym skuteczniej, że gotowi są z każdym zawierać układy, traktaty dla siebie korzystne, i dbają na przykład o to, aby mieć w Rosji partię swoich zwolenników.

Już wcześniej, kiedy tylko umocniła się republikańska niepodległość Stanów Zjednoczonych, James Monroe stworzy swoją doktrynę, a rozwinie ją Andrew Jackson. Wynika z niej, żeby uznać istniejące na świecie rządy, królów, cesarzy i skupiać się na rozszerzeniu i zabezpieczeniu swojego terytorium, doskonaleniu i wzbogacaniu własnej wolności.

Podczas powstania listopadowego wiadomości z Polski do Ameryki szły prawie dwa miesiące, styczniowego - już tylko dwa tygodnie, lecz naprawdę odległość wcale się nie zmniejszyła, bo cokolwiek się stało nad Wisłą czy Niemnem, tutaj dochodziło niczym odległa fala oceaniczna. Rosja musiałaby się serio zachwiać, aby Ameryka naprawdę to odczuła. W 1866 roku przeprowadzono już kabel podmorski do Europy, ale wówczas, i tak miało pozostać przez 40 lat, o sprawie polskiej nie było praktycznie żadnych wiadomości.

Czyż więc sprawdziła się owa tak na pozór bezsensowna opinia, że dla Polaków Ameryka jest groźniejsza niż Sybir? Wojna secesyjna pozwoliła im wyżyć się wojskowo, wolnościowo; gotowość swoją mogli nareszcie spotkać czy ofiarować, jak kto woli; z tej ofiary był jakiś pożytek. Ameryka rozbroiła Polaków, zaspokoiła ich potrzeby rewolucyjne, jeśli takie jeszcze niektórzy w sobie zachowali po 30 latach. Dała im wolność, ale u siebie, na miejscu. Dla tej wolności zrezygnowali z wysiłków na rzecz wolności odległej, niemożliwej do zdobycia poza modlitwą i poezją.

Dla Norwida niebezpieczeństwo amerykanizmu przyszło kilka lat wcześniej niż wojna secesyjna, a polegało na zupełnie możliwej pokojowej stabilizacji. Stabilizacja groziła mu zresztą, chodziła za nim od początku, w salonach warszawskich, w kręgu Hotelu Lambert, jako rezydentowi poznańskich przyjaciół przy zgromadzeniu ojców zmartwychwstańców, którzy zresztą tę groźbę sami od Norwida odsunęli. Była mu potrzebna i niebezpieczna, bo oznaczałaby pogodzenie się ze światem, takim jaki jest, a który musiał być zły i niesprawiedliwy, skoro odepchnął artystę, jak również z racji uporczywej polskiej krzywdy. Tymczasem podejmując amerykańskie życie, musiałby Norwid wycofać się ze zbyt wielu swoich przeświadczeń, przyjmować do siebie, a przynajmniej do wiadomości, tutejsze zasady życiowe. Że sukces jest najważniejszy, a jeśli ktoś go nie osiąga, to widocznie nie dosyć nań zasłużył, i skoro spotykają go niepowodzenia i nieszczęścia, to znaczy, że mający tutaj przewagę protestancki Bóg odwrócił się od niego. I nie można domagać się niczyjego współczucia ani liczyć na nie, skoro każdemu wolno, jak chce i potrafi, układać swój los. Poczucie wewnętrznej powinności Norwida byłoby więc jego dziwactwem, skoro towarzyszą mu smutek i bieda. Musiałby również przemyśleć swój stosunek do bogactwa, które wyobrażał sobie z paryska, po balzakowsku, w jaszczurczej i diabelskiej postaci. Podczas gdy tu zło potrafi być płynne i lotne. A poza tym pieniądze nie są złem samym przez się i ubóstwo nikomu nie wydaje się cnotą.

XII

Więc 24 czerwca 1854 roku Norwid wreszcie opuszcza Nowy Jork. Gdyby tego ostatniego dnia pobytu w Ameryce któryś z nich, Cyprian Norwid albo Marceli Lubomirski kupił bieżący numer "New York Timesa", pochłonąwszy najpierw zapewne wiadomości z Europy, podawane na podstawie najświeższych gazet londyńskich, mogliby zwrócić uwagę na program ostatnich już w Ameryce koncertów europejskiej orkiestry pana Jullien pod jego batutą. Był tam m.in. Vivaldi, symfonia pana Jullien oraz w jego układzie wiązanka muzyczna z wojny krymskiej: marsz kozaków, marsz Highlanderów, francuskie melodie obozowe, wreszcie seria marszów tureckich. Ameryka więc miała zapoznać się z konfliktem poprzez bitwy rytmów, spór instrumentów. Osobliwe, rozrywkowe spojrzenie na europejską konwulsje historyczną, ale gdyby Norwida zapytać, nie wtedy naturalnie, przejętego Europą, na pokładzie "Pacyfiku", tylko kilka lat później, czy aby rzeczywiście ta krwawa prestiżowa wojna mocarstwa była więcej warta, więcej przyniosła ludzkości niż kilka koncertów pana Jullien? Albo gdyby zapytać go, jak się czuł, widząc wkrótce przy pracy paszportowej europejskich żandarmów, gdy jak zwykle brzękali szablami, sprawdzali z rysopisem brody i wąsy przybyłych, co budziło szyderczą wesołość amerykańskich pasażerów? Zapewne jeszcze wiele razy przez 30 lat paryskiego życia, które miał przed sobą, Norwid będzie tęsknił za Ameryką, interesował się nią i na nią powoływał. Ale wówczas będzie już bezpieczny od tej fizycznej i duchowej potęgi. Oddzielony oceanem, którego już nigdy nie spróbuje forsować, pochłonięty swoją trudną sztuką, ciężkim życiem, borykający się z losem, o którym teraz już bez złudzeń i wątpliwości wiedział, że jest to jego, Cypriana Norwida los.

Może uciekł z Nowego Jorku tak panicznie, bo jednak poczuł się zagrożony, zdał sobie sprawę, że mimo wszystkich swoich oporów albo na pohybel im mógłby się zmienić. Być może lękał się, że realnie wszystko ułoży mu się inaczej i straci konieczne powody do pisania wierszy, bo krzywdy doznawane od rodaków już go nie dosięgną, przestaną dotyczyć po prostu, a beznadziejne spory o Polskę również zrobią się bezprzedmiotowe i nie będzie komu udowodnić, że on, Norwid, jest powszechnie wielkim artystą, wreszcie nie będzie mu wypadało narzekać na świat, skoro można go tak na miejscu, w Ameryce, poprawić, dla siebie co najmniej, własną pracą, skoro taka czynna utopia staje się społeczną religią.

Może zdał sobie z tego sprawę już w chwili, gdy po dwóch miesiącach podróży postawił stopę na nowojorskim nabrzeżu, a może dopiero w kilka miesięcy potem, podczas owej wycieczki do "indiańskich pokoleń, do pierwotnych lasów", kiedy zrozumiał, że dalej nie ma już co iść, zobaczył ów zakręt ścieżki, do którego już nie dojdzie i nigdy nie dowie się, jak też ona dalej prowadzi, dostrzegł drzewo, którego nie minie, a tuż przed sobą trawę, której nie nadepnie, spłacheć piasku czy gliny, na którym nie zostawi kolejnego śladu. Bo już czas zawracać, późno się robi, więc będzie wracać tą ścieżką, a potem w ciągu kilku miesięcy aż do Paryża i tam zatrzyma się już na dobre.

"Zgrzeszyłem zaiste, gdym się uniósł, opuszczając Francję, kiedy nas za niepotrzebny i szkodliwy podrzutek i pasożytne ziele uważano" - przyznaje się Norwid księdzu Jełowieckiemu na miesiąc przed szczęśliwym opuszczeniem Nowego Jorku. Dla większości emigrantów pustynie, puszcze i oceany były zbyt egzotyczne: przecież mieli trudności przez wiele lat z przyzwyczajeniem się na stałe do śródziemnomorskiej przyrody albo francuskiej kuchni. Lecz teraz po bytności amerykańskiej Francja, Paryż wydadzą się Norwidowi czymś znajomym. Zapewne wolałby do Rzymu Ale i w Paryżu będzie mógł, tak jak to czynił poprzednio, koić swoją samotność spotykaną na każdym kroku historią i sztuką.

Norwid wraca do Paryża upewniony, właśnie przez pobyt w Ameryce, że swojego życia, takiego jakie sam sobie kształtuje, wygrać nie zdąży. Innego nie chce, bo oznaczałoby rezygnację, kapitulację, zmarnowanie, zaniechanie, zaprzeczenie wszystkiego, co dotąd usiłował. Bo wie przecież, że dopiero gdzieś późno i daleko czeka zwycięstwo.

Norwid wraca do Paryża, gdzie wszystko jest na miejscu, świat zły wobec Norwida i wobec Polski. A skoro okazało się w Ameryce, że, aby pozostać Norwidem, Norwid ma pozostać Polakiem, logiczne jest, że przegrywa on sam i jego Sprawa i że dopiero w przyszłości ulokowana jest ich wspólna nadzieja.

Okazało się, że nie musi z Nowego Jorku jechać aż na Syberię, aby Polakiem pozostać, gdzie zresztą owo syberyjskie przywiązanie do ojczyzny wcale nie było takie pewne, jak się najpierw zdawało zesłańcom i emigrantom. Nie wszyscy po kilkunastu latach korzystali z amnestii i pozwolenia na powrót; zostali wciągnięci na sposób amerykański, kiedy zelżały policyjno-polityczne represje, przez ten kraj wielkich możliwości i potężnej przyrody. Paryż w połowie drogi między Ameryką a Syberią, zaludniony duchami zmarłych wieszczów, okazał się najbliżej Warszawy i Norwid tutaj właśnie, w Paryżu, pozostał Polakiem. Tu doczekał się oficjalnej banicji, a potem w liście do Konstancji Górskiej obrzydził sobie na zawsze myśl o przyjęciu amnestii i powrocie do kraju. Napisał, że byłoby to poczwórnym oszustwem: Francji, Polski, Rosji i samego siebie. I w tym przekonaniu wytrwał, podobnie jak ci, którzy uparli się umrzeć u Św. Kazimierza, chociaż ta ich manifestacja nie miała już żadnego politycznego znaczenia. A może właśnie dlatego, aby jednak sobie samemu coś udowodnić, to mianowicie, że oni strzegą honoru polskiej emigracji, że reprezentują wobec historii Sprawę, zatraconą wśród przegranych powstań, europejskich gier dyplomatycznych i ugodowego krajowego pozytywizmu.

Pensjonariusze Św. Kazimierza, prawdę mówiąc, od jakiegoś czasu nie mieli wyboru. Przeżyli swoją epokę, dożyli innej. Sprawa polska, zdawało się, przestała istnieć. Na szerokim świecie pojawili się pisarze i malarze krajowi z paszportami wystawionymi przez zaborcze państwa. Choć ledwie po sześćdziesiątce, Norwid stał się prawdziwym weteranem. Przeżył powstanie listopadowe i styczniowe, w żadnym nie uczestnicząc, bo był albo za młody, albo za stary, zużyty przez niepowodzenia. Najbliższy uczestnictwa był podczas Wiosny Ludów, ale skończyło się na gotowości. Przeżył jeszcze klęskę Francji, Komunę Paryską, a to, ze umarł w zapomnieniu, nie było żadnym wyjątkiem. Zapomniano o męczenniku narodowym Łukasińskim. Przez 50 lat nikt nie wspomni nawet o zesłanym do Nowej Kaledonii Antonim Berezowskim, który w roku 1867 chciał zabić cara w Paryżu ku ogólnemu zgorszeniu i oburzeniu.

Jeszcze przed Norwidem zmarł u Św. Kazimierza utalentowany dramaturg Olizarowski. Ale w ogóle towarzystwo zakładowe Norwidowi nie odpowiadało i chyba nie cieszył się tam szczególną sympatią. Kto mógł wiedzieć, ze jest geniuszem? A gdyby nawet było wiadomo o jego genialności, czy z tej racji należałoby mu się więcej niż innym? Czy dzięki powszechnemu uznaniu jego wielkości szczęśliwiej umierał Mickiewicz? "Przykryjcie mnie lepiej" - takie ostatnie miał Norwid życzenie, takie przesłanie on, autor tylu niezrównanych aforyzmów. Proste i prawdziwe, podobnie jak owo "jak się masz" na pokładzie "Margaret Evans".

Wiadomo, że ostanie lata były dla Norwida ogromnie smutne: płakał, pił, zaniedbany, zdziwaczały. Ale pisał do końca i mógłby powiedzieć, że przeżył życie swoje właściwie tak, jak chciał. Był ulubieńcem salonów, kochał się we wspaniałej kobiecie, pojechał na koniec świata, aby tam upewnić się kim jest naprawdę. Odrzucił stabilizację zamorską, krajowo-rezydencką, politycznie emigracyjną, utrącił sobie rozmaite lepsze szanse, liczył tylko na własną myśl, własną sztukę, na nią się skazał i ona pozostała z nim do końca. A przecież nie poznano się na nim, musiał mocno, wytrwale sam poznawać się na sobie, w sobie umacniać przez dziesiątki lat, kiedy ani na historię, ani na publiczność polską nie było co liczyć. I tylko, ale już dopiero pod koniec życia, zapłacił ciężki rachunek za swoją luksusową niezależność.

Śmierć brata Ludwika, który wrócił do Warszawy zżarty przez chorobę, aby tam stać się postrachem i pośmiewiskiem dzieci, pomylenie obu braci, Ludwika i Cypriana, w zdawkowych krajowych nekrologach, owo "przykryjcie mnie lepiej" i miejsce w zbiorowym grobie na cmentarzu w Montmorency: te wszystkie fakty posłużą legendzie Norwida, która opornie przystaje do portretu młodzieńca w koszuli z irlandzkiego płótna, co miał w imieniu na wpół zniewolonych warszawskich salonów zaimponować światu. A jednak ów dandysowaty artysta i hiobowy emigrant to jedna i ta sama postać: oba jej wcielenia spotykają się w jakiejś rozstrzygającej chwili próby amerykańskiej, w owym daremnym, bo nie chcianym do końca usiłowaniu nowego, innego życia, próby podjętej podczas wielkiej podróży z Warszawy przez Nowy Jork na przedmieścia Paryża. Próby, którą musiał Norwid podjąć, aby Norwidem pozostać.