Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Wojciech MANN

Krzysztof MATERNA

 

PODRÓŻE MAŁE I DUŻE

czyli jak zostaliśmy światowcami

2011

 

(...)

 

Ameryka penetrowana przez Wojtka Manna oraz Stanisława, jego przyjaciela

 

Tak się jakoś złożyło, że w USA byłem do momentu tej opowieści już kilka razy. Trochę znałem Stany, chociaż to jest wiele powiedziane, ponieważ - powiem teraz straszny banał - są one krajem, którego nie da się poznać. Przynajmniej od razu. Czym innym jest Nowy Jork, czym innym Floryda, czymś zupełnie innym Kalifornia, a czymś zupełnie, zupełnie innym Południe. Chwilami wydaje się, że są to całkiem inne państwa, a nawet inne kontynenty, czemu trudno się dziwić, skoro Ameryka ma pustynie, Alaskę, jeziora, możliwie najróżniejsze klimaty, krajobrazy, pory roku, różne strefy czasowe. Jednym słowem, jest to kawał kraju. Podobny kawał kraju mieliśmy na Wschodzie, ale tego nie spenetrowałem tak, jak Ameryki...

I otóż tak się złożyło, że w roku 1981 - dosyć znaczącym - postanowiłem ponownie udać się do Stanów. Ale tym razem chciałem z moim przyjacielem Stanisławem zrobić z tego wielką przygodę, a nawet stać się człowiekiem zamożnym i pełnym wspomnień.

Przystąpiliśmy do realizacji naszego planu. Polegało to na wymamieniu odpowiednich zaproszeń z Ameryki, ponieważ jej władze nie były znowu takie skore, by wpuszczać wszystkich, którzy okazali dobre chęci, a także paszportów - ponieważ z kolei nasze władze nie siały wówczas tak skoro paszportami. Wyposażeni w paszporty oraz wizy postanowiliśmy udać się na lotnisko Okęcie, z którego zawsze zaczynałem najróżniejsze dalsze podróże, czułem się więc na nim bardzo dobrze. Ale pod wpływem Stanisława zdałem sobie sprawę, być może po raz pierwszy, że lot przez ocean jest nie tylko długi, lecz i niebezpieczny. Postanowiliśmy więc zastosować prostą, znaną wszystkim Słowianom metodę znieczulenia. Zaczęliśmy natychmiast po starcie. Loty do Nowego Jorku odbywały się wtedy maszynami radzieckimi, sprawdzonymi i niezawodnymi - do pewnego momentu. Frunęły przez cały ocean, nie zatrzymując się w jakichś głupich europejskich miastach, i siadały lekko jak ptaki dopiero w Nowej Fundlandii, aby potem już jednym skokiem dotrzeć do lotniska JFK w Nowym Jorku.

Nowej Fundlandii zasadniczo nie pamiętaliśmy. W Nowym Jorku wydobyliśmy się jakoś ze srebrnego radzieckiego ptaka i ruszyliśmy na spotkanie z wielką przygodą. Wielka przygoda polegała na tym, że już na lotnisku Stanisław, czyli 50% naszej wycieczki, wzbudził zadziwiające podejrzenia u oficerów imigracyjnych, a jego tłumaczenie, że jest etnografem i przyjechał badać zwyczaje ludowe, niestety nie trafiło im do przekonania. Może miał tu jakieś znaczenie fakt, że jego znajomość angielskiego była płynna, aczkolwiek dość niedoskonała, to znaczy płynnie powtarzał nieliczne słowa, które znał. Niekoniecznie odnosiły się one do sytuacji, w jakiej się znajdował. Na szczęście był w stanie - mimo wspomnianego znieczulenia - wyartykułować parę wyrazów, które wskazywały na to, że nie jest sam. Poproszony przez urzędników z Immigration potwierdziłem etnograficzną legendę, bardzo kwieciście tłumacząc, że pozbawienie mnie partnera pozbawiłoby z kolei naukę światową ogromnej szansy, no i w ogóle wartości poznawcze naszego przyjazdu zostałyby zlikwidowane. Amerykanie ugięli się pod potokiem ważkich argumentów i z pewnym opóźnieniem, ale jednak wyposażyli Stanisława w stosowne pieczęcie.

Wśród tłumu różnokolorowej rzeszy podróżnych - witających, odjeżdżających i plączących się bez celu - od razu rzuciła nam się w oczy jakże charakterystyczna sylweta: średniego wzrostu sympatycznego mężczyzny w berecie z antenką. Był to nasz przyjaciel, wspaniały grafik - Janusz Kapusta, który do tychże Stanów udał się parę tygodni wcześniej, no i ewentualnie miał przygotować jakiś grunt. Pierwsze słowa, jakie powiedział na gościnnej amerykańskiej ziemi, utwierdziły nas w przekonaniu, że zrobiliśmy słusznie, wysyłając go wcześniej. Janusz powiedział:

Chłopaki, trzeba się napić piwa.

No więc poszliśmy za nim, jak za jaką panią. Wypiliśmy to piwo, co jednak nie było czynem przemyślanym, ponieważ w połączeniu z wcześniej stosowanym środkiem znieczulającym sprawiło, że czuliśmy się wręcz euforycznie. W tym stanie weszliśmy do wagonu nowojorskiego metra, w którym było kilku African Americans, wcześniej niesłusznie nazywanych Murzynami, trochę śmieci i nic poza tym. Jak przez mgłę pamiętaliśmy, że wagony, w których jadą tylko AA (Murzyni), nie są może najlepszymi wagonami do podróżowania, ale naprawdę nie robiło nam to żadnej różnicy. Byliśmy gotowi podbić cały świat. Na razie - wstyd powiedzieć - zajęliśmy się podbijaniem wagonu. Otóż każdy, kto był w Nowym Jorku, wie, że spośród wielu najróżniejszych przepisów obowiązujących w tym mieście jednym z nielicznych powszechnie przestrzeganych jest przepis kategorycznie zabraniający palenia papierosów na peronach metra, we wszystkich możliwych przejściach, a już szczególnie w wagonach. Wobec tego - spokojnie zapaliłem papierosa. Hebanowi Amerykanie zerknęli i chyba poczuli coś w rodzaju szacunku, ponieważ mało kto zdobywa się na tak jasne wyzwanie.

Po kilku minutach uznaliśmy, że jazda metrem też może być niebezpieczna, wyjęliśmy z przepastnych polskich toreb okazałą butelkę znieczulacza, z trzaskiem urwaliśmy jej łepek i wprowadziliśmy porcję mikstury bezpośrednio, z popularnego gwinta.

Tego już było naszym ciemnoskórym współpasażerom dużo za dużo, bo drugim bardzo przestrzeganym przepisem jest kategoryczny, absolutny zakaz picia alkoholu w jakimkolwiek publicznym miejscu, chyba że pije się z niepokaźnej buteleczki zawiniętej w brązową papierową torebkę. Wtedy - zgodnie z amerykańskim prawem - policjant musi mieć nakaz rewizji, żeby zbadać, co się mieści w torebce. Prosty zabieg, ale jakże skuteczny, jeśli ktoś ma ochotę ugasić pragnienie na ulicy albo w metrze. Myśmy tego zabiegu nie zastosowali i w pewnym momencie, na jakiejś stacji, wszyscy ci podejrzani bardzo dżentelmeni, wyglądający jak wzięci z gangsterskiego filmu, w popłochu opuścili wagon, bo poczuli, że jeżeli ktokolwiek z kontrolujących zobaczy tę scenę, to natychmiast pójdą do więzienia wszyscy - nie tylko my. Na szczęście nikt już do naszego wagonu nie wsiadł, obyło się też bez kontroli czy policji.

Dojechaliśmy wesoło do Manhattanu. Na Manhattanie, jak to na Manhattanie: ruch, ścisk bez względu na porę. Mieliśmy wymiętą karteczkę z adresem, pod którym ewentualnie moglibyśmy się przespać. Janusz, który znał już Nowy Jork jak własną kieszeń, powiedział, że chyba trzeba wziąć taksówkę. No więc machnęliśmy ręką i natychmiast zatrzymała się jedna, bo w tym zacofanym kraju nieznany jest wynalazek postoju: taksówki kręcą się i jak głupie poszukują pasażerów. Kierowca nowojorski nie jest osobą, którą można łatwo zadziwić, w związku z tym zawiózł nas pod wskazany adres. Był poza tym człowiekiem uczciwym, a więc droga z miejsca, w którym złapaliśmy taksówkę, do miejsca, w którym mieliśmy wysiąść, trwała mniej więcej dwie minuty - zapłaciliśmy półtora dolara i zachwyceni wysiedliśmy. Jaki ten Nowy Jork malutki...

Znaleźliśmy się na dolnym Manhattanie, w okolicach słynnej ulicy Bowery, gdzie przez całą dobę leżą mężczyźni, którzy chcą się napić albo zrobić sobie jakąś inną przyjemność, i dotarliśmy do miejsca naszego teoretycznego noclegu. Tak się złożyło, że karteczka nie kłamała. Mieszkał tu pewien rzeźbiarz, który miał jakieś koneksje z Polską, zajmował coś w rodzaju loftu, czyli ogromnego obszaru czy to po zakładzie produkcyjnym, czy po półfabryce krawieckiej. W każdym razie było to gigantyczne, miejsca masę, rzeźbiarz okazał się niesłychanie gościnny, a poza tym odporny na dziwolągi, wobec czego otrzymaliśmy stosowne posłanie, no i byliśmy zadomowieni. Gospodarz, nie znając dokładnie naszego stanu, wyjął jakieś napoje, po których uznaliśmy, że różnica czasu nas nie dotyczy i wyszliśmy na spacer do miasta. Miasto jak miasto: spore, ruchliwe. Zdecydowaliśmy się coś zjeść. Poszliśmy, jak przystało na Polaków, do chińskiej restauracji i zamówiliśmy najróżniejsze egzotycznie brzmiące dania. Dostaliśmy sterty jedzenia - zupełnie nieprzytomne, których nie byliśmy w stanie zjeść. Następnie zapłaciliśmy też - jak na Nowy Jork - zupełnie niewielkie pieniądze i obdarowaliśmy wszystkich kelnerów przywiezionymi przez nas jako wielkie relikwie znaczkami Solidarności. Chińczycy latający po restauracji w kitlach ze znaczkami Solidarności - to był widok naprawdę wart uwiecznienia.

Po paru dniach, kiedy się już troszkę oswoiliśmy z sytuacją oraz usunęliśmy z organizmów resztki napojów, które rozpoczęły swoje działanie jeszcze w powietrzu, zaczęliśmy się zastanawiać, jak opuścić Nowy Jork, by podbić resztę Ameryki. Okazało się to całkiem proste. Znajomi podsunęli nam pomysł, że możemy pojechać sobie na wielką wycieczkę jako kierowcy samochodu, który z jakiegoś powodu właściciel czy firma chce przerzucić z jednego miejsca na drugie. Było to możliwe, ponieważ miałem - jeszcze z poprzednich pobytów - autentyczne amerykańskie prawo jazdy służące tam jako dowód osobisty, karta identyfikacyjna - w ogóle jest to podstawowy dokument.

Ta metoda jest znana z kultowego, wyświetlanego kiedyś w Polsce filmu Znikający punkt, ale nie wierzyliśmy, by mogło być tak jak w kinie. Tymczasem w Stanach masa rzeczy, które się przeżywa, jest właśnie taka jak w kinie. Wystarczy przejść się po ulicy Nowego Jorku czy Los Angeles i już widać, że otoczenie jest takie jak w kinie, a cała reszta sama przychodzi.

Przełamawszy obawy prowincjonalnych Polaków, udaliśmy się - pamiętam, była to niedziela, czyli wydawałoby się, że dzień, kiedy nikt nigdzie nie pracuje - do biura firmy dającej samochody do przerzucenia. Tam usłyszeliśmy, że proszę bardzo - jest do wzięcia samochód, który trzeba zawieźć do Los Angeles.

Formalności nie trwały zbyt długo. Właściciel wypełnił dokumenty, obejrzał moje prawo jazdy, wręczył nam jakieś papiery, kluczyki i kazał sobie zapłacić kaucję - wtedy niezbyt wysoką, bo pięćdziesiąt dolarów. Na miejscu mieliśmy dostać stówkę, tak że de facto szykował się nawet pewien zarobek. Co więcej, zgodnie z przepisami, samochód musiał mieć bak napełniony po korek, więc potem płaciło się tylko za benzynę w Stanach niedrogą i rzeczywiście była to metoda podróżowania absolutnie najtańsza.

Tak więc z kluczykami udaliśmy się do oddalonego o dwa kroki garażu, aby obejrzeć samochód i zgłosić ewentualne uszkodzenia, wgniecenia, pęknięcia, żeby potem nie było, że to myśmy zrobili. Kiedy odnaleźliśmy nasz wóz - a trzeba pamiętać, że garaże tego typu w Stanach są wielkości placu Defilad - zrobiliśmy wielkie oczy: był to samochód nie najnowszy, z generacji - zdecydowanie - krążowników szos. Nazywał się Chrysler New Yorker i - jak to później mieliśmy wielokrotnie sprawdzić - można było w nim nocować z nogami wyciągniętymi w poprzek siedzenia.

Ogromna blaszana szafa z ogromnym silnikiem natychmiast dodała kolorytu naszym planom, bo się nie spodziewaliśmy, że takim kredensem będziemy ruszać w drogę. Wyjechaliśmy jakoś na ulicę i tu następne zaskoczenie: jeżdżenie po Manhattanie jest po prostu samobójstwem. Nie dość, że mnóstwo tu jednokierunkowych ulic i trzeba się w tym jakoś połapać, to drogi są totalnie zakorkowane samochodami. Poruszanie się w tym bez doświadczenia budzi po prostu panikę. Niedziela nam jednak sprzyjała.

Więcej: udało nam się w gmatwaninie bardzo wielu, bardzo różnych szos na amerykańskiej mapie wysupłać odpowiednie numery autostrad i wyjechać z Nowego Jorku. Do dzisiaj uważam to za jeden z większych moich wyczynów jako kierowcy. System dróg w Ameryce jest w sumie niesłychanie prosty, wymyślony właściwie dla kretynów, ale przed użyciem trzeba go poznać. Człowiekowi, który nigdy z tego nie korzystał, łatwo przeoczyć choćby jeden zjazd z autostrady i wpakować się w tak straszliwą gęstwę nieznanych kierunków i rozjazdów, że powrót do miejsca, w którym popełnił błąd, może trwać tydzień.

Jechaliśmy więc sobie na południe, objechaliśmy Waszyngton, Boston - może nie w tej kolejności, ale z grubsza w kierunku południowym, potem znaleźliśmy się w Karolinie Północnej, Południowej, a potem już jechaliśmy przez różne stany i miejsca, z których każde przypominało albo książkę, albo film, albo jedno i drugie, widzieliśmy Memphis w Tennessee, Nashville, Nowy Orlean i tym podobne - było to rzeczywiście bajkowe.

Generalnie przepisy przewożenia samochodów mówią, że takim autem wolno jechać wyłącznie od świtu do zmroku. Ale w Ameryce stosunek policji do kierowców jest trochę inny niż w Europie, a szczególnie w Polsce, ponieważ tam właściwie nie ma czegoś takiego jak rutynowa kontrola. Policjant zatrzymuje samochód dopiero wtedy, gdy ewidentnie zachowuje się on w sposób podejrzany: jedzie za szybko, złym pasem, nie ma świateł, wygląda straszliwie. W związku z tym jeździliśmy i nocą. Ale czasem spaliśmy, oczywiście chcąc oszczędzić - w samochodzie. Są tam co ileś mil punkty, które się nazywają Rest Area. Poza miejscami do zaparkowania stoi tam budyneczek, w którym można umyć ręce, pójść za potrzebą, ogolić się, wypić wody z fontanienki, zatelefonować - takie podstawowe cywilizacyjne urządzenia, pomagające w podróży.

Niektóre rzeczy bardzo mnie jednak dziwiły i - muszę to powiedzieć - zbliżały Amerykę do mojego wyobrażenia o Związku Radzieckim ówczesnym.

Na przykład któregoś poranka obiecaliśmy sobie, że wyjedziemy wcześniej, i żeby nie mitrężyć dnia, poszedłem się ogolić do przydrożnej łazienki. W pewnym momencie zauważyłem, że moje odbicie w lustrze wygląda troszkę tak, jak w wesołym miasteczku w gabinecie krzywych luster. Namydliłem się i próbowałem trafić żyletką w policzek, ale trafiałem w nos, w czoło, a odbicie było cały czas takie, jakbym tracił wzrok. Ogromnie się zaniepokoiłem, bo myślałem, że może coś zjadłem. I w pewnym momencie podsunąłem twarz do lustra, dotknąłem go ręką i okazało się, że to nie było lustro, tylko wypolerowana blacha. Jak mi powiedział facet sprzątający - jest to bardzo dobry i tani sposób, ponieważ goście bardzo często tłukli szklane lustra.

Natomiast w miejscu, które popularnie nazywa się kiblem, zobaczyłem wynalazek zgoła szokujący w Stanach, ale taki, o którym słyszałem, że jest w użyciu w Związku Radzieckim. Otóż kabiny miały drzwiczki, które zasłaniały tylko centralną część siedzącego. Bez trudu można było zobaczyć nogi w spuszczonych spodniach, zdumione oczy, głowy i ramiona. Drzwiczki nie miały też haczyków, ale po co haczyk, kiedy widać, gdy ktoś jest w środku. Zadziwiło mnie to tak bardzo, że ponownie zwróciłem się z pytaniem do porządkowego, który tam siedział. - Jak były kabinki szczelnie zamykane, to różne rzeczy się tam działy. A tak nic się nie dzieje, a jak się dzieje, to widać - wyjaśnił.

Zadowoleni z wyczerpujących objaśnień ruszyliśmy w dalszą drogę. Stanisław, który starał się być bardziej macho od wszystkich innych machos w okolicy, powiedział, że brak snu go w ogóle nie dotyczy i będzie prowadził, a ja się zdrzemnę. Miał podkrążone oczy i był siny na twarzy ale w głosie czuło się stalową determinację, więc pomyślałem, że wie, co mówi. Kołysanie amerykańskiego krążownika szos bardzo sprzyja zasypianiu, więc dość szybko zapadłem w miłą drzemkę. Śniło mi się, że jestem szybowcem, który ląduje na trawiastym lotnisku. Wręcz czułem, jak szoruję brzuchem po nierównym pasie, i słyszałem hurgotanie wynikające z tarcia o ziemię. Było to na dłuższą metę niepokojące, więc się obudziłem. Ciekawa sprawa - nie spałem, a w dalszym ciągu trzęsło mną i słyszałem hałas jak przy lądowaniu na nierównej ziemi. Rozejrzałem się i od razu bardzo się zdziwiłem. Samochód, szorując podwoziem po trawie, jechał pasem zieleni rozdzielającym dwa szlaki drogi, którą podróżowaliśmy, celując dokładnie w zbliżającą się betonową podporę wiaduktu. Siedzący za kierownicą niezniszczalny Stanisław spał. Obudził go mój wrzask i silne uderzenie w bolesne miejsce. Zahamował naprawdę niedaleko betonowej przeszkody. Uratowawszy życie nam i samochodowi, bardzo pobudzony przejąłem kierownicę i ruszyliśmy dalej.

Jechaliśmy, jechaliśmy, jechaliśmy przez fantastyczne, malownicze miejsca, trasami, które musiały pokonywać ekipy filmowe robiące westerny, i jak oni oglądaliśmy nieprawdopodobne pustynie z takimi jak wafle górami uciętymi w połowie, niesłychane zachody słońca, ogromne przestrzenie. Widzieliśmy w ogóle nie zamykane domy. Albo coś, w co się nam nie chciało wierzyć: zostawiony przed domem stół, na którym stały napoje, jakieś jedzenie... Niewiarygodne, jeśli ktoś wyobraża sobie Amerykę tylko na podstawie Nowego Jorku, piętnastu pancernych drzwi, napadów itd. Oczywiście, że nie jest to kraj bezpieczny, ale też można się tam natknąć na zdumiewające zupełnie historie.

Jechaliśmy przez Oklahomę, przez Nowy Meksyk, Arizonę, która jest w ogóle nieprzytomnym miejscem, ponieważ jedzie się pustynią i jest kompletna pustka, i słynne tablice: NALEJ SOBIE BENZYNY BO NASTĘPNA STACJA BENZYNOWA DOPIERO ZA 100 MIL, koleje żelazne z napisami SANTA FE, tak jak na filmach, słońce stojące na niebie w rozprażonym siwoniebieskim świetle. Wtedy dopiero doceniliśmy naprawdę błogosławieństwo klimatyzacji.

I kiedy wreszcie z tych pustynnych terenów wjechaliśmy do Kalifornii, musieliśmy jeszcze przejechać przez góry.

To było kolejne wielkie przeżycie, tym bardziej że zaczęło nam w samochodzie siadać tak zwane wspomaganie, czyli jechało się nam coraz ciężej. Spod auta ciekło, a poruszenie kierownicą wymagało coraz większej siły. Niemniej - im bliżej celu, tym bardziej chcieliśmy się tam znaleźć, i to jak najprędzej. Wiązało się to oczywiście z ryzykiem przekraczania limitu prędkości. Wynaleźliśmy niesłychanie atrakcyjną metodę - nie my pierwsi na pewno - przekraczania szybkości, a mianowicie podczepianie się pod wielką ciężarówkę. Wielkie amerykańskie ciężarówki krążące po drogach całego kraju to jest w ogóle osobna legenda, osobny świat, kultura, muzyka, sposoby zachowania, estetyka - to jest specjalny rodzaj ludzi, ci kierowcy eighteen wheelers - czyli osiemnastokołowców. Oni przede wszystkim są wyposażeni w CB, za pomocą których nie tylko umilają sobie czas czy opowiadają plotki, ale w sposób niezwykle skuteczny informują się o sytuacji na drodze. Mają swój własny, specjalny język, wiele określeń, którymi operują, jest kompletnie niezrozumiałych dla ludzi, nawet tych bardzo dobrze znających język angielski, ale ja gdzieś trochę tego liznąłem.

Wiedziałem na przykład, że niedźwiedź to policjant, niedźwiedź na wrotkach - to policjant zmotoryzowany, wrotki - to samochód osobowy, oraz znałem różne cyfrowe określenia zastępujące długie opisy słowne. Taki kierowca był obstawiony kolegami i wszyscy go informowali, gdzie są patrole. Wszystko byłoby genialnie, gdyby nie to, że ci kierowcy nienawidzili gówniarzy w małych autkach, co to się przy nich szwendali. Niektóre z ciężarówek usiłowały nam po prostu uciec albo zwalniały spektakularnie, tak żeby nam się nie opłacało za nimi jechać.

Mimo to droga przebiegała dosyć harmonijnie aż do momentu, kiedy zostaliśmy załatwieni.

I znowu tu odwołuję się do przykładów filmowych, bo było to jakby wyreżyserowane i wymyślone przez kogoś. Otóż w nocy jechaliśmy za takim kolosem, który spokojnie grzał siedemdziesiąt pięć mil, i w pewnym momencie zauważyliśmy, że bardzo mu się to nie podoba. Zwalniał, przyspieszał - myśmy się jednak uparli, że tej nocy nie będziemy zmieniać ciężarówek. Nagle, ni stąd, ni zowąd, pojawiły się dwie inne ciężarówki, które nas zablokowały tak, że mieliśmy piętnaście centymetrów do ich zderzaków. Zwolniły do trzydziestu mil i musieliśmy turlać się tak wolniutko. Potem, jak na komendę, wyzwoliły nas z tego imadła, odjeżdżając to na przydrożny parking, to gdzieś indziej. Zostaliśmy wzorcowo wymanewrowani.

Wreszcie dotarliśmy do przedmieść Los Angeles.

Trudno tu zresztą mówić o przedmieściach, bo Los Angeles jest całe jednym wielkim przedmieściem. Składa się z wielu miast, których granice widać tylko na tablicach, a z góry wygląda to jak jakiś koszmarny, ogromny moloch, ale też nim jest. Moloch zupełnie zresztą różny od tak zwanych miast prawdziwych. Los Angeles - z wyjątkiem centrum - składa się z drewnianych chałupek jedno- i dwupiętrowych, rozsmarowanych po całym tym ogromnym kawałku Kalifornii, i jest brzydkie. Na przykład wszystkie przewody elektryczne poprowadzone są napowietrznie, oplatane reklamami i szmirowatymi napisami. Jedną z przyczyn, dla których tak a nie inaczej się tam buduje, są trzęsienia ziemi. Stawianym z patyków domkom zagrażają one w takim samym stopniu jak normalnym, ale ludziom mniej, bo gdy się zwali na głowę tektura, to można przeżyć, a jak ileś ton betonu, wtedy jest trochę gorzej.

Wjechaliśmy do tego Los Angeles i pierwszą wiadomością, którą podało lokalne radio, a którą usłyszeliśmy w naszym samochodzie, było to, że policja usilnie poszukuje członków gangu specjalizujących się w napadach na autostradach. Otóż podjeżdżają do jadącego auta, przez okno bandzior wchodzi do środka, jakimś drutem morduje kierowcę, następnie odjeżdża jego samochodem, a martwe ciało kroją na kawałki i wrzucają do kanału. Natychmiast zakręciliśmy okna w naszym samochodzie, tym samym ratując sobie życie.

Po przybyciu do wcześniej ustalonego celu oddaliśmy naszego chryslera prawowitemu właścicielowi, po czym postanowiliśmy się wzbogacić.

Dochodzenie do dobrobytu w Kalifornii zaczęliśmy od próby znalezienia lokum. Udało się to nadspodziewanie zgrabnie i szybko. Wynajęliśmy małe mieszkanko, a właściwie - mieszkaneczko, w sercu Hollywood.

Adres w ogóle taki, że każdy, kto zna historię kina, wie, o co chodzi, bo to było przy ulicy Vine, a róg Hollywood i Vine jest miejscem legendą. Byliśmy dosłownie dwa kroki od Bulwaru Zachodzącego Słońca i od Bulwaru Hollywood. Mieliśmy do dyspozycji pokój, kuchnię, garderobę oraz łóżka, które się na dzień chowało w ścianę - takie podnoszone. I był to zupełnie dobry adres, jeśli pominąć fakt, że wieczorem należało trochę uważać, bo bardzo napadali.

Rozpoczęliśmy poszukiwanie jakiegoś intratnego zajęcia.

Umówiłem się ze Stanisławem, że kiedy trzeba będzie mówić po angielsku, ja pogadam za nas dwóch, a pracować będziemy sprawiedliwie, po równo, i dzielić się wpływami. Wpływy jakoś nie bardzo nadchodziły, ale w pewnym momencie udało nam się złapać robotę w domu ortodoksyjnego Żyda, który postanowił przeznaczyć piwnicę na studio dla dorastającego syna. Zaczęliśmy pod kierunkiem dwóch Amerykanów poznawać tajniki "builderki" amerykańskiej, czyli tego, jak się tam buduje, przerabia i odnawia. Metoda rzeczywiście jest zupełnie inna, ponieważ cegła nie jest tam prawie w ogóle stosowana, buduje się na drewnianych szkieletach, do tego przybija się płyty gipsowe, maluje, tapetuje; instalacje elektryczne przeprowadzane są wśród tych właśnie szkieletów - tak zwanych tubajforków. Nazwę tę zna absolutnie każdy Polak, który się tym parał. Chodzi o palik dwa na cztery cale, czyli two by four, po polsku - tubajforek. Nie powiem, żeby wszystko szło genialnie, ponieważ na przykład pierwszym efektem mojej pracy z piłą elektryczną było to, że zanim przepiłowałem to, co miałem przepiłować - odciąłem tej pile jej kabel zasilający i w pięknym pióropuszu iskier stanąłem bez ruchu, czekając, aż umrę.

- Tak myślałem - powiedział Amerykanin, wymienił kabel i pokazał, co trzeba zrobić, żeby sobie niczego nie obciąć, a dokonać zaplanowanej operacji. Poduczyłem się więc robienia piłą. Doszło nawet do tego, że otrzymaliśmy pierwszą wypłatę i byliśmy absolutnie panami świata. No, może dłużej Stanisław niż ja, ponieważ ja w dwadzieścia minut po otrzymaniu pieniędzy zgubiłem je. Stanisław okazał się człowiekiem naprawdę wymarzonym do wspólnych podróży dał mi bowiem część ze swojej znacznej sumy. Pieniądze jakoś szybko się rozeszły więc zaczęliśmy się rozglądać za następnym zajęciem i bardzo intrygujące ogłoszenie sprowadziło nas na Santa Monica Boulevard. Poszukiwano ludzi, którzy kochają wodę i zwierzęta. My bardzo kochaliśmy wodę i zwierzęta, więc natychmiast pojechaliśmy pod wskazany adres. Tam się okazało, że praca rzeczywiście zapowiada się rewelacyjnie. Otóż była to firma, która zaopatrywała biurowce w wielkie ozdobne akwaria. I w tych akwariach oczywiście pływały różne ryby. Naszym zadaniem miało być objechanie o odpowiedniej porze wszystkich budynków, sprawdzenie stanu wody i nakarmienie ryb w tej wodzie. Bajecznie proste zajęcie, szczególnie że na początku ktoś miał nam pokazać, jak się to robi. Musieliśmy jednak odbyć coś takiego, co się nazywa interview, ponieważ tam, w Ameryce, jakimś zupełnym bożkiem są kwalifikacje, nawet wyssane z palca. Myśmy nasze kwalifikacje określili jako wyjątkowo pasujące do tego zadania. Poinformowałem bardzo miłą panią, że pracowaliśmy przez rok w zoologu w Amsterdamie - i to właśnie głównie przy rybach. Pani była absolutnie zachwycona; powiedzieliśmy że jesteśmy ichtiologami, że potrafimy leczyć ryby, rozmawiać z rybami - praca była w garści, pieniądze nie najgorsze, kiedy padło ostatnie pytanie:

- Czy w tym zoo w Amsterdamie panowie się specjalizowali w rybach słodkowodnych czy słonowodnych?

Nasze szanse oceniłem po amerykańsku na fifty-fifty. Wziąłem na logikę, ale na logikę europejską: w akwarium chyba powinny być słodkowodne. Powiedziałem:

- Oczywiście w słodkowodnych.

- Jakże mi przykro - oznajmiła pani z żalem. - Nie możemy panów przyjąć. Nasze akwaria są słonowodne.

Myślałem, że Stanisław poderżnie mi gardło jakąś tępą rybą.

Zacząłem gorączkowo tłumaczyć, że w Europie ryby słodkowodne są właściwie identyczne ze słonowodnymi i może nawet są bardziej słonowodne od amerykańskich słonowodnych, ale było już po zawodach. Pani jednak wyraźnie nas polubiła i jakoś nie chciała się z nami od razu pożegnać. Zapytała, czy pracując w Amsterdamie w ogrodzie zoologicznym, zetknęliśmy się z instalacjami wodnymi. Oczywiście odpowiedziałem, że instalacje mamy w małym palcu. Pani była zachwycona i oświadczyła, że oni tu poza rybami prowadzą na boczku mały interesik i on teraz wymaga niewielkiego przeglądu, pewnych reperacji, więc może by nas to zainteresowało. Jak się okazało, było to coś w rodzaju wodnej agencji towarzyskiej. Goście nie spotykali się na kanapach ani w salonie, tylko w łazienkach, basenikach - ze strugami wody pod ciśnieniem, z bąbelkami. Takie po prostu uatrakcyjnienie. No to poszliśmy na inspekcję. Zobaczyliśmy jakieś cieknące rury, jakieś przeciekające sufity, powiedzieliśmy no problem i, niestety, jako debiutanci zupełnie nie znający ceny rur w Ameryce, podaliśmy tak wysoką wstępną wycenę kosztów, że i tu przepadliśmy. Te wszystkie dramatyczne przygody na drodze do bogactwa stały się czymś zupełnie nieznaczącym, gdy dowiedzieliśmy się o stanie wojennym.

Byliśmy zdruzgotani choćby dlatego, że straszna odległość od Polski, natychmiastowe odcięcie połączeń telefonicznych, pocztowych, lotniczych i jakichkolwiek powodowały, iż wyobrażaliśmy sobie oczywiście tylko to co najgorsze. Amerykańskie media zresztą mało nas pocieszały, ponieważ wszystkie stacje telewizyjne - w pogoni za sensacją - podawały astronomiczne liczby ofiar, mówiły o straszliwych rzeziach. Do dziś pamiętam film nakręcony z jakiegoś szwedzkiego statku handlowego amatorską kamerą. Pokazywał on pokryte śniegiem nieruchome żurawie Gdańska.

Byliśmy zupełnie zdołowani. Nasze problemy lokalne, amerykańskie, odsunęły się na dalszy plan. Przede wszystkim nękało nas pytanie: co z bliskimi? Jak się z nimi skontaktować? Co tu w ogóle można zrobić? Okazało się, że nic. Stan wojenny bardzo skutecznie zaspawał całą Polskę i odciął ją od świata. Dochodziły do nas głównie plotki, jakieś nie potwierdzone informacje, więc nasza wielka przygoda prędko przeistoczyła się w wielką przygodę z ogromną, ciężką, nieprzyjemną kluchą w gardle. Nawet palmy Kalifornii, przepiękne plaże i ten cały barwny świat nie cieszył nas tak bardzo, jak mógłby bo ciągle wracaliśmy myślami do tego, co się dzieje w Polsce.

Pocieszało nas jedynie to, że władze amerykańskie, które w sumie są dość biurokratyczne i wcale nie takie liberalne, tym razem postanowiły dać dyspensę wszystkim Polakom, jacy znaleźli się wówczas w Stanach, tak że nie mieliśmy dodatkowego problemu w postaci legalnego bądź nielegalnego przedłużania pobytu.

Pracy nie było, długi rosły - tu pożyczyliśmy dwadzieścia dolarów, tam dwieście, i wtedy zadzwonił nasz przyjaciel: - Kretyni! Nie siedźcie w tej Kalifornii, bo tam jest teraz bardzo słabo, nie ma koniunktury, nie ma zapotrzebowania na pracę rąk ludzkich. Przyjeżdżajcie tu, do Teksasu, do Houston!

I mamił nas tym Houston, w którym - jak twierdził - pieniądze leżą na ulicy, ludzi do pracy potrzeba i chociaż nie jest tak ładnie jak w Kalifornii, to właśnie tutaj można realizować the American dream.

No cóż, pożegnaliśmy znajomych, trochę bardziej pospiesznie wierzycieli - dług mieliśmy jak na tamte czasy dla Polaka niewyobrażalny, bo coś dwa tysiące dolarów - wzięliśmy z agencji przepiękną nowiusieńką toyotę, którą trzeba było odwieźć jakiemuś afrykańskiemu dyplomacie kończącemu właśnie pracę w Stanach, otrzymaliśmy sto tysięcy ostrzeżeń, żeby niczego nie zrobić temu samochodowi, no i ruszyliśmy. Teksas - jeśli ktokolwiek z Państwa ma ochotę zobaczyć mapę - wygląda w pewnym sensie jak patelnia: jest taka rączka na północy, potem rozlewa się ten ogromny stan - na południe, aż do oceanu. Podróżowaliśmy bez specjalnych przygód, poza tym że Stanisław zamęczał mnie totalnie swoim upodobaniem do restauracji dla kierowców wielkich ciężarówek. Po prostu czasem miałem ochotę zjeść coś orientalnego, a ten - dawaj: steka, kawę i apple pie, czyli amerykańską szarlotkę. Mało tego, Stanisław na nasze nieszczęście załapał trochę słówek angielskich i z lubością, choć nieprecyzyjnie, tłumaczył sobie pewne teksty reklamowe. Właśnie na jednej z ukochanych przez niego ciężarówkowych placówek zobaczył zachęcający napis, mówiący, że jeśli się za jednym zamachem zatankuje bodaj 50 litrów, to dają za darmo obiad. Stanisław był w siódmym niebie. Już widział nas przy steku, kawie i szarlotce. Nalał tej benzyny pod korek i do kanistra, uzbierał pięćdziesiąt i... nic nie dostał, nawet kawy. Nie zauważył, że chodziło o galony, a galon to prawie nasze cztery litry.

Z tą amerykańską kawą to też jest zabawna historia, bo ona w niczym nie przypomina kawy: jest taka trochę brunatna, letnia, nie ma żadnej mocy i jak się wchodzi do baru czy do restauracji, to zaczynają od nalania kawy, a potem wystarczy skinąć palcem albo też nic nie robić, a tę kawę i tak dolewają w nieskończoność, tak że za cenę jednego kubka można jej wypić czterdzieści litrów, i to jest zupełnie normalne. Nie muszę dodawać, że kofeiny w niej tyle, co w jednym naparstku coca-coli.

Bez darmowego obiadu, ale z nowymi doświadczeniami przybyliśmy do Houston wieczorem. Jechaliśmy przez miasto nie miasto, wieś nie wieś; coś straszliwie dziwnego. Teksas to jeden ze stanów naprawdę szalenie dumnych - A Lone Star State - Stan Samotnej Gwiazdy. Samotna gwiazda widnieje na fladze Teksasu. A tymczasem na przykład stan dróg w Houston pozostawiał wówczas bardzo wiele do życzenia. Wystarczy powiedzieć, że metalowe pokrywy na studzienki czy jakieś inne kanały wystawały ponad asfalt trzy, cztery centymetry, więc spokojnie mogły urwać koło. No, ale to specyfika Południa i nikt się tym nie przejmował. Dojechaliśmy do kompleksu mieszkalnego, który w Polsce wówczas budziłby zazdrość i zdumienie. Białe domki, na każdym osiedlu basen do dyspozycji mieszkańców, korty tenisowe, garaże, podjazdy, czysto, schludnie, klimatyzacja. Wynajmowali tam mieszkania robotnicy i nie było zbyt drogo. Nasz przyjaciel - Maciek W. - czekał na parkingu i ogromnie ucieszony zaprosił nas do siebie. Mieszkanko było niewielkie, powiedziałbym - ciaśniutkie, no, ale w pewnym sensie - właśniutkie. Salonik z balkonikiem, sypialenka, kuchenka, wygody, klimatyzacja - po prostu to, co kulturalny, światowy mężczyzna na początku kariery mieć powinien. Wieczór oczywiście przedłużył się do świtu. Rozmawialiśmy o możliwościach, o tym, co należy zrobić, co można zrobić. Sumy, które wymieniał Maciek jako stawki godzinowe, były zupełnie oszałamiające i już widzieliśmy się naprawdę mężczyznami bez skazy, którzy spłacają swoje długi, a następnie pławią się w bogactwie.

Houston rzeczywiście rozwijało się wtedy w sposób lawinowy. Gdziekolwiek człowiek spojrzał, wszędzie widział pastwiska, na których spokojnie żuły trawę krowy, a obok wznosił się wieżowiec o siedemdziesięciu piętrach.

Dodatkowym charakterystycznym rysem tego miasta był swoisty melanż narodowościowy. Obok Kalifornii chyba właśnie Teksas był stanem, do którego najgęściej napływali nielegalni imigranci z Meksyku szukający trochę lepszych warunków, połączenia z rodziną, w każdym razie pieniędzy. Nie szukali jedynie legalnej pracy, nielegalnej też nie. Pomaleńku tworzyły się wszelkiego typu gangi, między innymi takie, które wykorzystywały burzliwy rozwój miasta i, na przykład, zajmowały się kradzieżą maszyn budowlanych. W Houston na każdym kroku był jakiś plac budowy. Muszę powiedzieć, że było to elementem krajobrazu, który zakrawał na science fiction, ponieważ kiedy jechało się późnym popołudniem albo wieczorem przez miasto, widziało się gigantyczne dźwigi utrzymujące na wysokości piętnastu pięter, na okropnie grubej linie, a to spychacz, a to buldożer albo traktor czy koparkę. Po prostu sprzęt budowlany był wciągany na ogromną wysokość, aby go nie ukradli. Mnie się wydawało nieprawdopodobne, żeby to w ogóle wisiało. Może nie wbrew prawom fizyki, ale na pewno wbrew mojemu wyobrażeniu o tym, jak jedna maszyna może drugą maszynę utrzymać w powietrzu.

W tymże Houston największe szanse, zdaniem Maćka, mieliśmy jako specjaliści od obrabiarek. Udaliśmy się zatem w tym kosmicznym, przemysłowym krajobrazie do gigantycznej zupełnie fabryki na interview. Przygotowaliśmy sobie legendę, którą niech nam wybaczą bracia Czesi. Otóż weszliśmy jako inżynierowie specjalizujący się w obsługiwaniu obrabiarek marki Skoda, które były w powszechnym użyciu w NRD i w Polsce. Mieliśmy oczywiście także do czynienia z obrabiarkami sterowanymi numerycznie. Inżynier, rudy Irlandczyk, patrzył na mnie i na Stanisława podejrzliwie, ale marka Skoda, jak i nasze doświadczenie spowodowały, że potraktował nas bardzo kulturalnie. W końcu zadał pytanie, na które byłem przygotowany. Dowiedziałem się bowiem od ludzi, którzy pracowali w tej branży i wiele się nauczyli o obrabiarkach w ciągu ostatnich dwóch miesięcy, że jest tam taki element o nazwie ball screw, czyli jakaś bardzo ważna kulkowa śruba. Pierwszym odruchem ludzi, gdy ball screw nie funkcjonuje, jest pomysł, by ją rozkręcić. Ale mnie specjalista poinformował, że wtedy coś z niej wylatuje i już nie można jej skręcić. Byłem więc przygotowany i na pytanie - co zrobię, kiedy ball screw nie funkcjonuje, oświadczyłem: - Przede wszystkim nie pozwolę nikomu jej rozkręcić. I to przywiodło jakieś świetliste błyski w oczy Irlandczyka. Niestety, nasze szczęście podczas tego pobytu w USA nie było pełne (vide ryby słodko- i słonowodne). Irlandczyk to samo pytanie skierował do Stanisława i nic nie pomogło tłumaczenie, że Stanisław jest biegły w czeskim i w tym języku może odpowiedzieć. Przyszedł supervisor, czyli w łańcuchu pokarmowym ktoś ważniejszy od Irlandczyka, i Irlandczyk powiedział: - Nadaje się ten gruby. Ten drugi nic nie rozumie. Patrzyliśmy na siebie ze Stanisławem trochę wilkiem, wreszcie w pełni rozumiejąc zasadę: dziel i rządź. Zostaliśmy podzieleni: ja byłem in spe pracownikiem firmy i miałem dostać bardzo dużo pieniędzy, mojego przyjaciela odrzucono. Wydaje mi się, że wtedy zrobiłem coś, z czego mogę być dumny: powiedziałem, że jeżeli jego nie przyjmą, to ja tej pracy nie podejmę. Oczywiście jest to duma kretyna, bo gdybym ją podjął, to mogliśmy się dzielić pieniędzmi i dalibyśmy sobie jakoś radę. No, ale Polak myśli inaczej. Co gorsza, ta koniunktura teksaska skończyła się najwyraźniej na pół godziny przed naszym przyjazdem do Houston. Byliśmy więc w sytuacji następującej: długi - te same, perspektywy - żadne.

Maciek, który nas ściągnął, poczuwał się do winy i muszę powiedzieć uczciwie, że zachowywał się niezwykle fair. Powiedział, że koszty mieszkania będzie nadal pokrywał, bo i tak musi gdzieś mieszkać, a co do jedzenia, on tak dużo je, że podzielimy to inaczej. I w ogóle był w porządku. Myśmy jednak byli bardzo nie w porządku i wobec siebie, i wobec długów kalifornijskich, i wobec perspektyw.

Uznaliśmy więc, że trzeba dokonać czegoś drastycznego, i zaczęliśmy pracę w laboratoriach moczowych. Dokonał tego - z pełnym szacunkiem - Stanisław. Otóż dowiedział się skądś, że w Houston funkcjonuje Polak z Krakowa, doktor Burzyński, przez jednych nazywany szarlatanem, przez innych geniuszem. Ma swoje własne laboratoria i - proszę uważać - leczy raka. Metodą niekonwencjonalną, bo preparatami produkowanymi z moczu ludzkiego, głównie męskiego, a właściwie wyłącznie męskiego. Nie płacił zbyt dobrze, ale płacił, i to regularnie. Stasiek gdzieś go namierzył, coś zamotał i w rezultacie on został jakimś podmenadżerem w nowo budującym się laboratorium ileś tam kilometrów od Houston, a ja - ku swemu przerażeniu - szefem technicznym starego, ale jak najbardziej działającego laboratorium. Pierwszą charakterystyczną i niezbywalną cechą pracownika, który robił dla doktora Burzyńskiego, był smród. Zapach moczu, który się wchłaniało przez dziesięć godzin, plus przerwa na lunch, przenikał całkowicie ubranie, bieliznę, włosy człowieka, samochód tego człowieka i w konsekwencji - mieszkanie tego człowieka. Więc już po paru dniach byliśmy rozpoznawalni na odległość kilkuset metrów: "Aha! Chłopcy od Burzyńskiego". Nie pomagały kąpiele, szorowanie się pumeksami, szczotkami, najbardziej pachnącymi szamponami.

Praca w laboratorium polegała na tym, że przywożone w ogromnych cysternach transporty moczu męskiego, kupowanego od armii amerykańskiej oraz z toalet męskich największego klubu country, położonego w Pasadenie pod Houston, byty zlewane do specjalnych pojemników i potem poddawane specjalistycznej obróbce. Nauczyłem się nawet obsługiwania niektórych z tych urządzeń i byłem w stanie - o dziwo! - pewne z nich naprawić. Ale chciałem jakoś wyraźniej zaznaczyć swoją bytność w tym laboratorium, w związku z tym podjąłem samodzielnie śmiałą decyzję. Wszystkie pompy odśrodkowe i inne maszyny pracujące w trybie ciągłym pomalowałem farbą okrętową na pomarańczowo. Wyglądało to przepięknie i dizajnersko, niemniej trwało tylko do momentu, kiedy szef przyjechał na wizytację. - Który kretyn pomalował mi wszystkie pompy na pomarańczowo? - zapytał wprost.

Koledzy nie chcieli mnie od razu wsypać i powiedzieli, że to tylko podkład, i on się trochę uspokoił, a ja miałem zapewnioną robotę na następne dwa tygodnie, ponieważ na pomarańczowy położyłem granatowy. Tak też było estetycznie. Z czasem wymyśliłem sobie pewien sposób na to, żeby stwarzać wrażenie człowieka bardzo zapracowanego, i myślę, że w tym momencie wspiąłem się na wyżyny własnych możliwości technicznych. Otóż w moim gabinecie, czyli w pakamerze z narzędziami, postawiłem plecami do niezamykających się drzwi duży rozłożysty fotel. Do blatu stołu przytwierdziłem imadło. Wkręciłem w nie mały silnik elektryczny, od którego poprowadziłem kable do pedału, jakie są montowane przy elektrycznych maszynach do szycia. Trzymałem nogę na pedale i we wszystkich możliwych momentach spałem w fotelu snem zająca, czyli czujnym.

Kiedy słyszałem kroki, naciskałem nogą pedał i silniczek warczał. Zza moich pleców robiło to wrażenie, że bardzo pracuję nad jakimś niesłychanie precyzyjnym urządzeniem. Stanisław zresztą stosował podobną metodę: łączył się telefonicznie sam z sobą, trzymał słuchawkę przy uchu, kładł głowę na słuchawce, spał ze słuchawką. Przez szybę wyglądało, że załatwia masę ważnych spraw po angielsku przez telefon.

Wraz ze mną w moczu pracowała interesująca międzynarodowa ekipa specjalistów i obiboków. Jednym z najciekawszych egzemplarzy był dość małomówny Afgańczyk w średnim wieku, powiedzmy o imieniu Mahmed. Podczas przerw na lunch oraz innych okazji zaczął się nawet odzywać, dzięki czemu dowiedziałem się nieco więcej o jego przeszłości. Był on otóż generałem afgańskiej armii. Kiedy do władzy doszedł niewłaściwy reżim, generał Mahmed wraz z rodziną wywędrował przez góry poza granice kraju. Po dłuższej tułaczce znalazł się w Teksasie, gdzie, nie całkiem zgodnie ze swoim wykształceniem, zatrudnił się przy moczu. Twierdził, że wraz z bratem, lekarzem, nadal mają bardzo ścisły kontakt z przebywającym wówczas we Włoszech królem Afganistanu Muhammadem Zahir Chanem. Podobno często rozmawiają przez telefon, a król opowiada im różne ciekawe historie. Na przykład takie, że Rosjanie namawiają go do powrotu do Kabulu, żeby usankcjonował ich tam obecność i wyciszył antyrosyjskie nastroje. Nie wiem, ile było w tym prawdy, ale fakty się zgadzały, a generał nie wyglądał ani na mitomana, ani na żartownisia. Niektóre jego historie, mimo teksaskiego upału, mroziły nieco krew w żyłach. Na przykład ta o domu generała. Mahmed był w Afganistanie człowiekiem dobrze sytuowanym i, jak mówił, miał w stolicy elegancki dom z ogrodem. Porzucony, wkrótce został zasiedlony przez jakichś protegowanych nowej władzy. Mój generał, opowiadając mi o tym, z niekłamaną satysfakcją mówił, że nie na długo. Zapytałem, co to oznacza. Okazało się, że mimo opuszczenia kraju i odległości od ojczyzny generał ma swoich ludzi, gdzie należy. Najpierw, jak powiedział, poinformowali go, że ktoś się zainstalował w jego domu, a potem, na polecenie generała, temu komuś nieznani sprawcy poderżnęli gardło. Podobno od tego czasu dom stoi niezamieszkany. Sposób dość drastyczny, ale najwyraźniej skuteczny. Trudno mówić o mojej wielkiej zażyłości z generałem, ale jakaś nić sympatii została nawiązana. Świadczyć może o tym pewne wydarzenie. Ale po kolei. Pewnego dnia Mahmed pojawił się w pracy z małym dziecinnym rowerkiem. Zgłosił się do mojej, pożal się Boże, pracowni i powiedział, że jako szef maintenance z pewnością coś poradzę. Jego syn miał jakąś kraksę i rowerek nie jeździł tak, jak powinien. Konstrukcja dziecięcego jednośladu jest stosunkowo mało skomplikowana, więc po zdiagnozowaniu przystąpiłem do naprawy. Poprawiłem scentrowane koło, coś tam dogiąłem, coś przykręciłem i było po sprawie. Zadowolony Mahmed następnego dnia przekazał mi podziękowania od syna. Minął jakiś czas. Pewnego dnia siedzieliśmy na przerwie i gadaliśmy o sytuacji w Afganistanie. W pewnym momencie zadałem niespodziewane pytanie - gdyby podczas działań wojskowych Mahmed zobaczył mnie w szeregach przeciwników, to czyby mnie zastrzelił? Pytanie zaskoczyło mojego rozmówcę. Zamilkł na chwilę, a potem zupełnie poważnie i spokojnie odparł: - Lubię cię, poza tym naprawiłeś rower mojemu synowi, więc pierwszy strzał oddałbym w powietrze. I znowu, mimo upału, zrobiło mi się chłodno.

Pracowaliśmy w tym moczu, zarabiając na bieżące potrzeby, ale brakowało nam ciągle zapasu finansowego. W związku z tym w pewnym momencie podjęliśmy jeszcze jedną próbę, która dzisiaj wydaje mi się samobójcza, ale wtedy byliśmy gotowi na wszystko. Otóż przy pomocy kuzyna Maćka założyliśmy własną firmę budowlano-remontową: EUROPEAN DECORATING.

Naszą zasadą było rozmawianie z klientami po europejsku, całowanie pań w rękę, ogromna uprzejmość i grzeczność, no i w ogóle niesłychana skuteczność. Założenie firmy nie jest kosztowne, wystarczy ją zarejestrować za pięć czy siedem dolarów, przynajmniej tak było wtedy. Dawaliśmy ogłoszenia do lokalnej gazety - za niewielkie pieniądze, a lokalna gazeta była rozprowadzana za darmo w okolicy. Zaczęliśmy otrzymywać pierwsze telefony. Siedzibę mieliśmy oczywiście w mieszkaniu Maćka. Jeździliśmy samochodem, który nazywał się dodge dart i faktycznie nazwa "dart" była w polskim rozumieniu bardzo adekwatna, bo miał całkiem zdarte opony. Tym samochodem zajeżdżaliśmy z fasonem pod dom klienta, oglądaliśmy, co trzeba zrobić, i wykonywaliśmy robotę w miarę swoich możliwości. Czasem się udawało, czasem trochę mniej.

Nie będę opisywał wszystkich naszych zamówień, ale jedno utkwiło mi w pamięci. Otóż naszym klientem był pan o nazwisku Polak. Bardzo nas to ujęło; no, patriotyzm, polski orzeł i tak dalej. Nie muszę dodawać, że w rzeczywistości ten Polak nie był Polakiem. Mieszkał w bardzo eleganckim segmencie, wyposażonym w typowo amerykańskie, bardzo ciężkie meble i duży hol. Pan Polak wydawał córkę za mąż. Być może w związku z tym postanowił coś w segmencie zmienić. Chciał mieć w holu duże meksykańskie płyty z wypalanej gliny - takie same jak u sąsiada i taki sam kolor. Obejrzeliśmy podłogę sąsiada i zaczęliśmy pracować nad kolorem dla pana Polaka.

Udało nam się zmieszać różne farby i uzyskaliśmy barwę, o którą chodziło. Bardzo uważając, żeby się nie zamalować do kąta i nie pozostać bez możliwości wyjścia, gdy farba jest mokra, zmęczyliśmy na kolanach całe połacie panapolakowych przestrzeni. Płyty wyglądały bajecznie. Miały tylko jeden feler: nie schły. Czekanie na wyschnięcie trwało dwa, potem trzy dni. A płyty mokre. Pan Polak był zaniepokojony, gdyż nieubłaganie zbliżała się data ślubu i wesela. Zgodnie z dewizą European Decorating postanowiliśmy panu Polakowi pomóc. Pocałowaliśmy panią Polakową szesnaście razy w rękę i pokryliśmy podłogę pana Polaka specjalnym, w ostatniej chwili zdobytym, błyskawicznie tężejącym lakierem. Wiązał szybko i skutecznie. Był bezbarwny, utwardzalny i kapitalny. Nie przewidzieliśmy jednak tego, że zwiąże nie tylko farbę i płytki, ale i bardzo kudłatego pieska pana Polaka, który to piesek uwielbiał spać koło drzwi, no i właśnie zasnął, gdy lakier wiązał. Pani Polakowa zadzwoniła z płaczem, że piesek umrze.

Przyjechałem natychmiast naszym dodge'em, pocałowałem panią Polakową w rękę i zapewniłem, że piesek wyżyje. Używszy nożyczek, wyrżnąłem pieskowi część futra z jednej strony ciała i wyzwoliłem go. Był do połowy łysy, no ale, powiedzmy, że futro miało mu odrosnąć, natomiast na podłodze zostały włosy pieska nieprzewidziane w ogólnym projekcie. Użyłem wszystkich osiągalnych w Teksasie narzędzi, żeby wyrżnąć ten fragment pieska z podłogi, a następnie uzupełnić lakierem, którego już nie miałem. Osiągnęliśmy pewien sukces do tego stopnia, iż pani Polakowa pocałowana ponownie w rękę stwierdziła, że takiej obsługi się nie spodziewała, bo inne firmy powiedziałyby, żeby sama dała sobie radę z psem, no i że nas poleci sąsiadce, która chce pomalować dom od zewnątrz. Sąsiadka co prawda nie pomalowała domu od zewnątrz, ale poleciła nas kolejnej sąsiadce... W rezultacie jednej pani wybudowaliśmy płot, który wprawdzie nie był równy, ale za to bardzo szczelny. Jest taka zasada, o której, zaczynając konstrukcję, nie wiedzieliśmy: jeśli pierwsza sztacheta jest przybita nierówno, to następna będzie przybita jeszcze bardziej nierówno, tak żeby nie stwarzać prześwitu. Z kolejnymi sytuacja się powtarza, aż do uzyskania bardzo dużego odchylenia od pionu. Biedna kobieta - jak sądzę - stała się obiektem wycieczek w Houston, bo miała najbardziej nierówny i najbardziej szczelny płot w całym mieście. Te prace może nie zrobiły nam ogromnej reklamy, ale dawały dodatkowy dochód, który pozwalał na stopniowe spłacanie długów. Ambitnie odsyłaliśmy niewielkie sumy - po sto i trochę więcej dolarów, tak żeby wyrównać wszystko, co wydaliśmy nie swojego w Kalifornii. Do dzisiaj jestem z tego bardzo dumny. W pewnym momencie wydawało nam się, że jesteśmy już na dobrej drodze. Podjęliśmy się renowacji ośrodka rekreacyjno-sportowego w Houston.

Efekt naszego działania był straszny.

Przyjechaliśmy na miejsce, żeby przygotować front robót, zrywając farbę ze starych budynków. Mieliśmy elektryczną, niemal przemysłową wiertarkę, na którą się nakładało drucianą szczotę - pracowała z mocą stukrotnie większą niż jakakolwiek wiertarka ze szczotą używana przy tego typu pracach. Służyła do zrywania - na przykład - lakieru z okrętów. Stanisław, który znał się na wszystkich maszynach, nawet na tych, których nie znał, wszedł na rusztowanie i powiedział:

- To ja ściągnę lakier, a ty przygotuj inne urządzenia.

Po czym z rykiem uruchomił szczotę-potwora.

Ściągał ten lakier mniej więcej dwie minuty. Byłem za rogiem budynku, kiedy usłyszałem dziwny hałas, a następnie bulgoczący głos mówiący:

- Jezu...

Gdy wyszedłem zza rogu, zobaczyłem Stanisława schodzącego z rusztowania, ale był to Stanisław i nie-Stanisław, ponieważ miał wszystko to, co przedtem - z wyjątkiem twarzy. Zamiast twarzy miał krwawą miazgę.

Otóż szczota okrętowa zahaczyła o gwóźdź sterczący ze ściany, szarpnęła ręką Stanisława i ze straszliwą siłą przejechała mu po twarzy. Widziałem spływające strugi krwi - i jego nieskoordynowane ruchy. Pytałem, co się stało, ale z bólu pewnie nic nie słyszał. A może nawet i nie czuł. Naturalnym odruchem, za który go podziwiam, było przewrócenie się w sadzawkę czy też brodzik dla dzieci i schłodzenie tego, co mu zostało z twarzy. Dziś opowiadam o tym spokojnie, bo znam koniec całej historii, ale wtedy byłem sterroryzowany, sparaliżowany nie tylko samym widokiem tego, co się stało z moim przyjacielem, ale i przewidywalnymi konsekwencjami: nie byliśmy oczywiście nigdzie ubezpieczeni, pracowaliśmy przecież na czarno. Wyszarpnąłem go z tej sadzawki, wsadziłem do samochodu dodge dart, obłożyłem mu całą gębę papierowymi serwetkami, bo niczego innego nie miałem pod ręką, i pojechałem. Nie ujechałem daleko, gdyż w związku z nie najlepszą sytuacją finansową tankowaliśmy bardzo oszczędnie, a dodge dart palił jak smok. Widząc bardzo wyraźnie sygnalizowaną rezerwę paliwa, podjechałem do stacji benzynowej. Stanisław trzymał tego dnia kasę, więc sięgnąłem do jego kieszeni po pieniądze. Owszem, były, ale trochę zakrwawione. Nalałem, ile się dało, a następnie poszedłem płacić. Człowiek, który siedział przy okienku, popatrzył na te mokre czerwone dolary, na mnie, wreszcie na samochód i zamarł z przerażenia. Nie dziwię mu się. Widok, który przedstawiał dodge, szczególnie z zewnątrz, był przerażający: od strony pasażera zbryzgana strugami krwi szyba, a za nią jawiła się maska potwora w nasiąkniętych krwią bibułach, bez rysów twarzy i bez niczego przypominającego twarz.

Zostawiłem osłupiałemu pompiarzowi zakrwawione dolary i w ciągu paru minut - myślę nawet, że mogłem pobić rekord szybkości miasta Houston - znalazłem się w mieszkaniu naszych przyjaciół, młodych chłopaków z Białegostoku, którzy studiowali w Polsce medycynę. Niewiele mogli zrobić z tym, co reprezentował zawinięty w papier Stanisław, ale na szczęście umieli rozpoznać szkodę. Umyli i odczyścili Staśka i okazało się, że ten potworny druciany kręcioł wyrwał mu jedynie wewnętrzną część wargi, która jest bardzo ukrwiona i stąd tak koszmarny obraz całości. Wpadli też na genialny pomysł. Powiedzieli, że w tym stanie Staszka nikt, nawet FBI czy rodzina, nie rozpozna, a że pracowali legalnie w jakimś hotelu, dali mu swoją kartę ubezpieczeniową - ze zdjęciem. Zdjęcie oczywiście mogło być czyjekolwiek, nawet słynnego gitarzysty murzyńskiego albo króla Afganistanu, bo Stanisław był podobny do wszystkich ludzi na świecie. Pomysł sprawdził się rewelacyjnie. Po interwencji amerykańskich lekarzy Stanisław, umyty i zaszyty wyglądał jak tukan, czyli ptak z ogromnym dziobem. Odzyskał oczy, czoło, nos, natomiast poniżej nosa miał straszliwie wiszący, gruby spuchnięty dziób. W związku z tymi przygodami i permanentnym brakiem bogactwa mieliśmy już dosyć Houston.

Postanowiliśmy wracać.

Żeby jednak wrócić, należało się dostać z Houston do Toronto albo do Montrealu. Stan wojenny w Polsce trwał, połączenia lotnicze między Stanami a Polską nadal były zawieszone. Jedynie Kanada dawała szansę na kontakt.

Zwinęliśmy wszystkie nasze interesy i postanowiliśmy raz jeszcze zdobyć samochód, którym moglibyśmy się dostać na północ. Udałem się do biura typu drive-a-way, żeby się zorientować, czy mają jakiś "ride" w odpowiadającym nam kierunku. W końcu coś znaleźli - do Nowego Jorku. Podali mi adres odbioru wozu, stosowne papiery, spisali moje dane i już tylko pozostała kwestia dotarcia do auta. Niestety, był to garaż na dalekich przedmieściach Houston. Dojazd tam poprzez plątaninę autostrad i dróg lokalnych nie był łatwy. W końcu odnalazłem właściwe miejsce - coś jakby garaż na polu z budą z blachy. Samochody stały na placu dość bezładnie, biegały psy, leżało trochę śmieci. Umorusany obywatel w kombinezonie popatrzył na moje zlecenie i powiedział "just a moment". Wywołał innego, też umorusanego i - słowo daję - na moich oczach wyciągnęli małym traktorkiem na wpół zatopiony samochód z leżącego nieopodal niewielkiego błotnego bajora.

Był to cadillac. Gapiłem się na to oczami jak spodki, a umorusany powiedział, że zaraz się go umyje. Opłukali auto wodą pod ciśnieniem i gotowe. No to ja proszę o kluczyki i papiery. Kluczyki na pewno są w stacyjce - powiedział ten pierwszy. Może i tak, ale drzwi są zamknięte. Trochę się stropił, jednak nie na długo. Pogadał z drugim umorusanym, a tamten, za pomocą jakiegoś szpikulca i czegoś, co wyglądało jak ręczna wiertarka, wyrwał kawałek zamka, dorobił na poczekaniu kluczyk i spokojnie otworzył auto. Gapiłem się cały czas na to jak na film, ale to wszystko działo się naprawdę. Na moje pytanie, czy z tym samochodem wszystko jest w porządku, główny umorusany powiedział, że jak najbardziej. Po prostu nie zauważyli, jak im wpadł do bajora. Skoro wszystko było w porządku, to się uspokoiłem, wsiadłem i odjechałem. Doprowadziłem luksusową brykę pod dom, zapakowaliśmy skromny dobytek i ruszyliśmy do Nowego Jorku. Niestety jeszcze jadąc po Houston, zauważyliśmy że spod maski samochodu wydobywa się dym. Stanisław fachowo stwierdził brak płynu chłodzącego. Prosta sprawa, dolaliśmy i dalej w drogę. Niestety, po kwadransie dym powrócił, a wskaźnik sygnalizował wysoką temperaturę. Nie mogliśmy dolewać co dziesięć minut, bo chłodnica cadillaca pochłonęłaby całe nasze zasoby finansowe. Zdecydowaliśmy się na warsztat. Szczęśliwie dość szybko znaleźliśmy taki, który miał napisane "Cadillac". Niestety, był piątek, późne popołudnie. Starszy facet w czapce ze stosownym nadrukiem właśnie jakby zamykał cały kram. Zacząłem go prosić, żeby przynajmniej zerknął na naszą maszynę. Zerknął i powiedział, że chyba termostat padł. Zapytałem, czy mógłby go wymienić. Nie mógłby, bo akurat nie ma takiego termostatu, a poza tym to żmudna robota. Byliśmy załamani. Pan mechanik jednak chyba się zainteresował dziwnym językiem, w jakim rozmawialiśmy, i po zapytaniu, skąd jesteśmy, dodatkowo spytał, czy Polska jest podobna do Teksasu. Nie wiedziałem, jaka odpowiedź jest właściwa, więc na chybił trafił odpowiedziałem, że bardzo. Wydaje się, że to go ucieszyło, więc indagował dalej: czy tak jak w Teksasie mamy krowy i konie? Tu poczułem się na pewniejszym gruncie i opowiedziałem mu w skrócie o naszej miłości do koni i krów. Być może byłem zbyt entuzjastyczny, gdyż zaczął mi się przyglądać podejrzliwie i wreszcie powiedział, że pomoże nam, jeżeli zdam mały test. Zrobiło się ryzykownie, ale, jak mawiał Stanisław, "gra śmielsza, gra weselsza". Przystałem. Teksański patriota z przebiegłym uśmiechem na twarzy zapytał niewinnie: - Krowa czasem sobie leży. A jak wstaje, to którymi nogami najpierw? Ha, pomyślałem, mam cię! Facet nie wiedział, że dzięki wartościowej inicjatywie władzy ludowej jako student roku zerowego na Uniwersytecie Warszawskim odbyłem praktyki robotnicze w PGR-ze w charakterze pomocnika weterynarza. Takie pytanie to była bułka z masłem. Bez zastanowienia powiedziałem, że krowa, wstając, zaczyna od tylnych nóg. Lekko go zatkało. Ale jeszcze się nie poddawał - a koń? Koń - przednimi! To wystarczyło. Spojrzał na mnie z szacunkiem i wziął się do roboty. Podłubał, pogrzebał i mimo że termostatu nie miał, zrobił tak, iż silnik się nie przegrzewał. I pomyśleć, że uważałem praktyki robotnicze za nieprzydatne szykany!

Jechaliśmy podreperowanym samochodem naprawdę wesoło, sprawnie przekraczając wszystkie możliwe zakazy. Podziwialiśmy właśnie krajobraz Północnej Karoliny, gdy coś mnie tknęło. W pewnym momencie powiedziałem do Stanisława, że jest niedziela, więc może nie jest to dobre: mijamy dziesiątki samochodów z rodzinami, które udają się na piknik, do kościoła czy z kościoła, wszyscy pięknie poubierani, a my szastamy naszym samochodem, wyprzedzając ich w sposób bulwersujący przeciętnego Amerykanina. Stanisław przyznał mi rację, ale jednak przypomniał, że musimy zdążyć na pierwszy samolot do Polski. W pewnym momencie w lusterku wstecznym zobaczyłem auto, które również wyprzedzało wszystkie inne samochody piknikowe. Powiedziałem: - Wypuśćmy go na zająca i jak złapią, to jego, a my sobie spokojnie zwolnimy.

Nie udało nam się wprowadzić tego w życie. Samochód włączył bardzo migające światła i musieliśmy zjechać na pobocze. Zjechaliśmy. Zgodnie z amerykańskim zwyczajem żaden z nas nie ośmielił się wysiąść, ponieważ jeżeli policjant miga światłami, to trzeba zjechać, stanąć z boku, położyć ręce na kierownicy i nie ruszać się. Jakakolwiek próba wysiadania z samochodu może się skończyć ostrzelaniem. Siedzieliśmy, a z samochodu za nami wysiadł wysoki, postawny mężczyzna w szerokoskrzydłym kapeluszu i zapytał, czy wiemy, jak szybko jechaliśmy. Zabrał nasze dokumenty i kazał jechać za sobą. Potem w obecności sędziego przysiągł na Biblię, że nasza prędkość wynosiła osiemdziesiąt mil na godzinę. Czułem, że zapada jakaś klamka, nie wiedziałem tylko, jak bardzo jest ona klamką szczelną i ostateczną. I wtedy szeryf w kapeluszu poinformował nas, że mamy iść do więzienia.

Kiedy się dowiedział, że jesteśmy z Polski, łypnął na mnie spod kapelusza i zapytał:

- O! To macie chyba teraz słabo?

Było to zgodne z prawdą, a jednocześnie dawało mi punkt wyjścia do przemówienia, w którym podkreślałem, jak bardzo słabo mamy. Szeryf był fantastyczny: kamienna twarz, szklane oko. Nie chciał się wdawać w rozmowy, ale widać było, że ta nasza polskość wyraźnie go zaintrygowała.

- No cóż, w tej sytuacji możemy ewentualnie zrezygnować z więzienia i wypuścić was za kaucją - oświadczył w końcu. Naturalną koleją rzeczy zadałem pytanie o wysokość kaucji, ponieważ dysponowaliśmy ze Stanisławem - łącznie - sumą 250 dolarów. Szeryf powiedział: 500, i zobaczyłem się za kratami do końca życia. Poinformowałem szeryfa, że jest to suma, która grubo przekracza nasze możliwości, a on spytał:

- A ile macie?

- Mamy 200 - skłamałem.

Zostaliśmy poinformowani, że mamy zapłacić 200. Roześmiałem się scenicznym, pustym śmiechem, a Stanisław, najwyraźniej wyczuwszy że mowa o czymś ważnym, zawtórował mi. Wyjaśniłem, że nie będziemy w stanie kupić sobie nawet benzyny na dojechanie do Nowego Jorku, nie mówiąc już o jakimkolwiek posiłku. Na twarzy szeryfa pokazała się marsowa mina, zerknął na sędziego i zapytał:

- A ile możecie zapłacić?

- 50.

Drobny, siwiejący sędzia w czarnym garniturku niepostrzeżenie skinął głową.

- OK. 50.

To jednak nie był koniec negocjacji. Zapytałem, co stanie się z tymi 50 dolarami? Orzekł, iż poczekają, aż stawimy się na rozprawę, która się rozpocznie za dwa miesiące. Postanowiłem zaryzykować i powiedziałem szeryfowi, że za dwa miesiące nie będzie nas w Ameryce.

- Wiem - oświadczył. - Biorę 50 i nie będę was ścigał.

Ruszyliśmy w dalszą drogę w nadziei, że najgorsze mamy za sobą. Nie była to słuszna nadzieja. Zapadł bowiem zmrok. A po zmroku trzeba w samochodzie włączyć światła. Tak też zrobiliśmy, ale światła cadillaca działały jedynie przez kilka minut, po czym zgasły. Stanęliśmy na poboczu, a Stanisław, który znał się doskonale na cadillacach, powiedział, że pewnie coś się popsuło. Diagnoza była słuszna, ale co dalej? - Dalej - powiedział Stanisław - to trzeba naprawić. Wyciągnął z bagażnika śrubokręt i cążki i zaczął majstrować w zakamarkach samochodu. Niestety, czego już boleśnie doświadczyliśmy poprzednio, amerykańskie narzędzia jakoś Stanisławowi nie leżały. Dość szybko rozciął sobie głęboko palec i odstąpił od naprawy. Uruchomiliśmy samochód, a on włączył światła, ale znów na kilka minut. Jakaś złośliwa usterka powodowała przegrzanie czy może zmęczenie któregoś elementu i reflektory przestawały działać. Kilkuminutowy odpoczynek pozwalał im ponownie na chwilowe funkcjonowanie. Perspektywa pokonywania trasy do Nowego Jorku pojedynczymi skokami po 500 metrów była upiorna. Postanowiliśmy jechać bez świateł, łapiąc inny samochód "na zająca", czyli jadąc za nim tak długo, jak widzimy jego tylne lampy. Pomysł był dobry, ale strachliwi Amerykanie, widząc siedzącego im na ogonie nieoświetlonego cadillaca, wpadali w popłoch i robili wszystko, żeby nas zgubić. Zabawa robiła się niebezpieczna. Co pewien czas na horyzoncie pokazywała się policja i wtedy włączaliśmy światła, modląc się, żeby wytrzymały tak długo, aż znikniemy władzy z oczu. Taktyka okazała się skuteczna i szczęśliwie, już bez przygód, minęliśmy Waszyngton, Filadelfię i w końcu dotarliśmy do Nowego Jorku. Myśleliśmy, że jesteśmy prawie w domu, ale wkrótce okazało się, iż możliwości powrotu stworzone przez władzę ludową nie są znowu takie duże. Owszem, jest potwierdzony lot z Montrealu do Warszawy, ale Montreal to Kanada, czyli konieczność posiadania wizy. O tym nie było co marzyć, ale na podstawie ważnego biletu i odpowiedniego papierka z nowojorskiego biura LOT-u można było dotrzeć na odpowiednie lotnisko. Udało nam się uzyskać prawo przejazdu przez granicę amerykańsko-kanadyjską właściwie dlatego, że zostałem rozpoznany jako "ten z telewizji". Na granicy wszystko było świetnie - z małym wyjątkiem: otóż pracownica LOT-u była tak przejęta możliwością wypuszczenia Polaków do Polski, że wpisała przypadkiem niewłaściwą datę, w związku z tym urzędnik kanadyjski powiedział do mnie: - Panie Mann, sir, pan nie może wjechać do Kanady, ponieważ pan już wjechał wczoraj.

Trochę mnie to zezłościło, bo wiedziałem, kiedy wjeżdżam do Kanady, ale po krótkiej rozmowie przepuścił mnie warunkowo jako reemigranta i wariata. Na lotnisku Mirabel również patrzono na nas jak na wariatów. Mieliśmy w różnych worach i walizach taką furę rzeczy, że nikt normalny nie marzyłby nawet o tym, by próbować to przepchnąć przez odprawę bez zapłacenia gigantycznej kwoty za nadbagaż. Jednak, jak mówi znany slogan, "Polak potrafi". Mąż koleżanki "robił w samolotach" i znał innego kolegę, który też kogoś znał... Krótko mówiąc, mieliśmy jakąś rekomendację, jakiś numer telefonu osoby, która ewentualnie mogła się nad nami w tej Kanadzie zlitować. I stał się cud! Zadziałało! Jak w filmie sensacyjnym, ktoś kazał nam zjechać z tym koszmarnym bagażem za róg, tam jak na komendę pojawiła się za ladą urocza pani. Specjalnie dla nas uruchomiła błyskawiczną odprawę bez użycia wagi i z uroczym uśmiechem, którego nigdy nie zapomnę, powiedziała: - Good luck, boys - i, czego dotąd nie mówiłem nikomu, pocałowała nas w policzki.

Przylot też jest czymś, o czym warto opowiedzieć.

Przylatywałem do Polski w stanie wojennym. Bałem się wszystkiego, myślałem, że zostanie mi odebrany paszport, pocięty na strzępy, że będę rewidowany, przesłuchiwany, szatkowany, fotografowany. Znalazłem się w tym straszliwym baraku nazywanym budynkiem przylotów. Było w nim pusto. W tym budynku nigdy nie było pusto, ale stan wojenny zdołał go opustoszyć. Odebraliśmy bagaże z taśmy transmisyjnej, podeszliśmy ze Stanisławem do odpowiednich urzędników, którzy, skoro pracowali, to zapewne zostali zweryfikowani. Powiedzieliśmy, że wracamy. Przepuszczono nas - o dziwo - błyskawicznie. Przed budynkiem LOT-u zobaczyłem dwie sceny, które pomimo całej tragedii, jaką był stan wojenny, charakteryzują specyficzną polskość tego wszystkiego, co przeżywamy. Najpierw zobaczyłem patrol - już teraz nie pamiętam, czy żołnierzy, czy policjantów - z paskami pod brodą.

Dowódca miał karabin, tamci mieli pistolety czy inne karabiny; szli gęsiego w nogę wzdłuż Okęcia i wszyscy jedli lody z rożka. Pomyślałem sobie, że to nie może być tak całkiem naprawdę na poważnie, skoro ten ważny patrol, który ma ludzi łapać i zatrzymywać, a może i strzelać - je lody. A potem zobaczyłem moich przyjaciół z Warszawy, którzy stali na trotuarze i mówili: - Nie wierzyliśmy, że przyjedziecie! I mieli dla nas prezenty w postaci tego, co było wtedy dostępne w sklepach. Gdybym chciał analizować zawartość moich worów, to poczułbym się źle, bo miałem tam luksusy jak na tamte czasy niesłychane: szampony, płyty gramofonowe, skarpetki, które ładnie się układały na nodze, nawet magnetofon i jeszcze wiele innych luksusowych wyrobów. A nasi przyjaciele - pogodni mimo wszystko, bo wierzyli, że wszystko się dobrze skończy - mieli dla nas szczypiorek i spirytus. Nie ukrywam, że wypiliśmy ze Stanisławem, tak jak odlatując z Polski, cały spirytus i zjedliśmy trochę szczypiorku.