Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Rzeczpospolita - 19.04.2003

 

JERZY ANDRZEJEWSKI

 

 

KRZYSZTOF MASŁOŃ

Pisane w czyśćcu

 

 

J.A. - długa z nim rozmowa o mnie: musisz się zastanowić, kim chcesz być w życiu. Ja - powiadał - chciałem być zawsze duchowym autorytetem narodu. Wszystkie moje działania, a nawet i moje kurewstwa stąd się brały. Wszystko było podporządkowane temu celowi i z perspektywy widać, że się udało" - zanotował w swoim dzienniku pod datą 24 września 1970 r. Krzysztof Mętrak. Przedwczesna była to satysfakcja.

Mógł myśleć o Noblu

Liczył wtedy jeszcze Jerzy Andrzejewski, że "Miazga", której edycji się spodziewał, przyniesie mu Nagrodę Nobla. Nie mógł wiedzieć, że na przykład Andrzej Kijowski lekturę tej powieści (w maszynopisie) skwituje w październiku 1970 r. następująco: "Czytanie 'Miazgi', która wydaje mi się żałosna. Stary dureń: on nas wszystkich zdemaskował, zdekonspirował przed tymi draniami: ujawnił im, że nie mamy nic do powiedzenia. A nie mamy - bo nie ma nic do powiedzenia. Czytam i czytam tę 'Miazgę' i właściwie - nic mi w związku z nią nie przychodzi do głowy. Takie sobie. Czyli nic mnie nie obchodzi. A takie bliskie - pozornie!".

Kisiel "Miazgę" przeczyta nieco później (5 lutego 1971 r.): "Że też, kiedy już mamy wieszcza, musi to być osobliwy Narcyz, przepuszczający wszystko przez pryzmat swej mimozowatej natury! Budzi niechęć, choć i podziw - kawał roboty jednak zrobił!".

"Miazgę" poznawało coraz więcej czytelników, książka jednak - i to w ograniczonym, drugoobiegowym wydaniu Nowej - ukazała się dopiero w 1979 r. Jeszcze pisarz liczył na cud, w końcu miała być ta książka jego summą, księgą ksiąg, powieścią niemożliwą i właśnie dlatego wyjątkową i wielką. Czy dlatego tak dziwnie zareagował w 1980 r. na przyznanie Nagrody Nobla Czesławowi Miłoszowi?

"Kiedy dostałem Nagrodę Nobla, Jerzy, nierozważnie i chyba po pijanemu, powiedział dziennikarce przez telefon, że powinniśmy byli właściwie dostać ją razem - pisał później Miłosz. - Ośmieszono go w prasie, niesłusznie, bo zważywszy na tyle wspólnych przeżyć i prac, mógł tak myśleć. W każdym razie zupełnie mnie to nie uraziło. I dotychczas jest mi przykro, że mógł mnie o urazę posądzić. Kiedy przyjechałem do Warszawy latem 1981 roku, tyle że uścisnęliśmy sobie ręce na moim występie w PEN-Clubie, natomiast wcale go nie odwiedziłem, z innych niż literatura powodów. Po prostu nie chciałem opowiadać o moich domowych nieszczęściach, właśnie jemu. Źle się stało. Powinienem był mówić. Nie mogłem".

Czesław Miłosz w ocenach postawy i twórczości Andrzejewskiego bywał surowy jak nikt ("Zniewolony umysł"), ale pozostawał też najwierniejszy dawnej przyjaźni. I nie pierwszy raz w tym wypadku, i nie ostatni, wykazał się wielkodusznością. Owszem, przyjaciele pracowali razem nad "Robinsonem warszawskim" i gdyby sprawy tego świata inaczej się miały, może nie musielibyśmy czekać ponad pół wieku na splendory dla "Pianisty". I może doczekałby się ich najbardziej zainteresowany - Władysław Szpilman... Ale fakty pozostają takimi, jakimi były i jakimi są. Czesław Miłosz nie napisał "Partii i twórczości pisarza", Andrzejewski - i owszem. Miłosz napisał "Zdobycie władzy", Andrzejewski - "Popiół i diament". Dla oceny w kategoriach moralnych nie ma nic do rzeczy dość powszechna opinia, że ta druga książka stanowi lepszy kawałek prozy.

Nie decyduję o tym, jaki się urodziłem

Stefan Kisielewski w swoim "Abecadle" tak podsumował Andrzejewskiego: "Prawdziwą pretensję miałem do niego o powieść 'Popiół i diament', bo uważam, że ona zafałszowała obraz Polski bezpośrednio powojennej, że właściwie dała komunistom okazję, żeby wytłumaczyć sprawy trudne, np. AK w sposób nieprawdziwy - co mu zresztą mówiłem. Wynikło z tego tyle, żeśmy do siebie kilkanaście lat nie mówili w ogóle. Ale potem się z nim pogodziłem. On tej powieści nie odwołał, a młodzież dziś zdaje się uważa, że jest to powieść doskonała i wolnościowa. Mam inny pogląd".

Dzisiejsza młodzież nie zachwyca się już "Popiołem i diamentem", ale nie podziela też poglądu Kisiela. Zwyczajnie, książka wypadła ze spisu lektur obowiązkowych.

Zbigniew Herbert wskazywał na Jakuba Bermana jako na inspiratora i, w jakimś sensie, mecenasa "Popiołu i diamentu": "Co oferowała ta władza? Boską rangę, rolę demiurga. Andrzejewski mi opowiadał, że zaprosił go Berman i chodził nerwowo po pokoju, stawał przed oknem i mówił: temu krajowi grozi wojna domowa. Czyli podał mu temat 'Popiołu i diamentu'. - Tylko pisarz tej miary, tego talentu, wielkiego, jak pan, może...".

Krzysztof Kąkolewski, idąc tym tropem, napisał całą książkę ("Diament znaleziony w popiele"), z której wynikałoby, że "Popiół i diament" nie tylko powstał na partyjne zamówienie, ale i na podstawie materiałów ubeckich. W istocie tezę tę bardzo trudno obronić, niemniej jednak jest prawdą, że w pewnym okresie Jerzy Andrzejewski zbliżył się do jednego z największych ubeckich katów - Józefa Różańskiego. Tyle, że stało się to znacznie później, gdy Różańskiego na fali przedpaździernikowej jeszcze odwilży "pchnięto" z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego do... Państwowego Instytutu Wydawniczego. Wtedy właśnie, w 1955 r., Marek Hłasko - jedna z największych miłości w życiu Andrzejewskiego - napisał do swego starszego przyjaciela i mistrza znamienny list-ostrzeżenie: "Pójdę do płk. Różańskiego i powiem mu, że pijesz. Pułkownik jest jedynym człowiekiem, przed którym czujesz respekt. Nie zawaham się zrobić wszystkiego, aby Twój szacunek dla pułkownika wykorzystać".

Andrzejewski poznał Hłaskę w 1954 r. w mieszkaniu Wilhelma Macha. Kochali się w nim obaj. To Andrzejewski wybronił autora "Pierwszego kroku w chmurach" od wojska, wykorzystując do tego swoje wpływy, podobno i u Bermana, i u Cyrankiewicza. Przez kilka miesięcy Hłasko mieszkał u Andrzejewskiego. W marcu 1955 r. napisze do niego w liście: "... możesz mi wierzyć, że drogo mnie to kosztuje, gdyż wiem, że chcąc nie chcąc, może, a może nawet musi, się w ten sposób coś zmienić; ale, Jerzy, ja chyba nie będę mógł być dla Ciebie tym wszystkim, czym Ty byś chciał i czym - może nawet więcej - ja bym chciał. Nie jestem za to odpowiedzialny, gdyż ostatecznie nie decyduję o tym, jaki się urodziłem". Andrzejewskiemu miłość do Hłaski nie minie. Po latach usynowił jego rzekomego syna, Janusza.

Przyszedł do nas dobrowolnie

Stefan Staszewski, były politruk, a późniejszy dysydent, w rozmowie z Teresą Torańską ("Oni") swego zaangażowania w komunizm bronił posługując się właśnie przykładem Andrzejewskiego: "Taki - powiem brutalnie - intelektualista, humanista i katolik, to co, nie wiedział, co robi? Przez nikogo nie zmuszany, nie przynaglany, przyszedł do nas dobrowolnie, wstąpił do partii i nie dlatego, że ktoś go do tego nakłaniał, tylko dlatego, że akceptował racje tej partii, jej program. Mało tego, że wstąpił. On chciał w tej partii odgrywać aktywną rolę, chciał racje tej partii wyłożyć i przekonać innych, że ta partia ma słuszność. Nie wiem, jak pani odczytuje po latach jego 'Popiół i diament', ale jest powieścią, która - za przeproszeniem - miała między innymi przekonać naród do tego reżimu i powiedzieć, że strzelano z obydwu stron, a Maciek był ofiarą pomyłek, nieporozumień. Komu Andrzejewski przyznał w niej rację, historyczną rację? Maćkowi? Nie, Szczuce, proszę pani, komuniście. Andrzejewskiego o to nikt nie prosił, jak nie prosił o broszurę 'Partia i twórczość pisarza'. Więc pytam, czy pisarz, moralista i katolik, człowiek wyrosły z niepodległościowej tradycji polskiej, który przez całą okupację był związany - nie walczył, ale był związany - z obozem niepodległościowym, londyńskim i przeszedł do partii, a więc na drugą stronę, paląc za sobą mosty - bierze na siebie odpowiedzialność za błędy tej partii czy nie? I nie oszukujmy się, zastanawiając: wiedział czy nie wiedział. Wiedział".

Witold Wirpsza w rozmowie z Jackiem Trznadlem ("Hańba domowa") powiedział: "Z Andrzejewskim jest sprawa dosyć jasna: potrzeba wiary, miotanie się i brak zaplecza intelektualnego, w istocie rzeczy bardzo słabe zaplecze intelektualne, choć olbrzymi talent. I niestety alkoholizm".

Krzysztof Mętrak 21 października 1976 r. zanotuje: "J.A. do partii przyjmowany był w Szczecinie. Przewodniczący zebrania: Partia ma zaszczyt przyjąć J.A. Wiktor Woroszylski: to J.A. ma zaszczyt, że partia go przyjmuje". Tak rzeczywiście było. Wybitny pisarz katolicki, autor "Ładu serca", za który przyznano mu w 1939 r. Nagrodę Młodych Polskiej Akademii Literatury i Nagrodę "Wiadomości Literackich", do PZPR przyjęty został w 1950 r. w Szczecinie. Wystąpił z niej siedem lat później - wraz z m.in. Mieczysławem Jastrunem, Adamem Ważykiem, Juliuszem Żuławskim - gdy władze cofnęły zgodę na wydawanie miesięcznika "Europa", którego Andrzejewski miał być redaktorem naczelnym.

W "Hańbie domowej" Jacka Trznadla znalazła się znamienna wypowiedź autora "Partii i twórczości pisarza" odnosząca się do jego udziału w stalinizmie: "... gdyby pan mnie w tej chwili spytał, czy żałuję, że należałem do partii, to powiedziałbym, że absolutnie nie. Wprost przeciwnie, uważam, że się przez te kilka lat bardzo wiele nauczyłem naprawdę, marksizmu, dialektyki marksistowskiej. Wtenczas się mówiło: marksizm-leninizm-stalinizm. Dialektykę tego wszystkiego poznałem naprawdę dobrze. Napisałem książkę, która nawet w encyklopedii została pominięta, jak wszystkie moje utwory publicystyczne z tamtego okresu. Oficjalnie wyparto się moich tamtych utworów. Ja się ich nie wypieram, ani mojej książki 'O człowieku radzieckim', ani zresztą mojej książki 'Partia i twórczość pisarza'. Napisałem je bardzo szczerze, a 'Partia i twórczość pisarza' ma nawet pewne akcenty, można powiedzieć, modlitewne. Ale ja rzeczywiście ten mechanizm poznałem dobrze i myślę, że człowiek współczesny, bez względu na to, jaki fach uprawia, a już na pewno, jeśli ma być artystą i rościć sobie pewne prawa do miana intelektualisty, musi znać dobrze właściwie dwie sfery: sferę Kościoła katolickiego i sferę marksizmu. Sferę marksizmu, to znaczy: znać dobrze Rosję".

Wbrew tym słowom, Jerzy Andrzejewski Rosji nie znał dobrze. 1 maja 1950 r. uczestniczył w moskiewskich obchodach Święta Pracy, a potem przez dwa tygodnie zwiedzał Moskwę i Leningrad. "Była to - pisze Anna Synoradzka, biografka Andrzejewskiego i znawczyni jego twórczości - typowa dla epoki wizyta 'sterowana', czyli tak zorganizowana, aby goście nie mieli możliwości poznania autentycznych warunków egzystencji mieszkańców ZSRR".

W swoim socrealistycznym okresie Andrzejewski będzie w "Notatkach" wzywał polityków, by "nie byli dla inteligenckich artystów zbyt pobłażliwi, gdy ci słuszną w zasadzie tezą o długofalowości przeobrażeń ideowych zechcą się osłaniać niczym tarczą ochronną". No i się doczekał...

Po Liście 34, którego był sygnatariuszem, jego osobą zajął się najgłośniejszy krytyk literacki spośród pierwszych sekretarzy KC PZPR - Władysław Gomułka. 4 maja 1964 r. na spotkaniu z członkami Prezydium Zarządu Głównego ZLP powiedział m.in., że nie rozumie "tych dziwnych ewolucji, jakie przechodzą poszczególne osoby. Był katolikiem. Po pewnym czasie stał się - jak twierdził - marksistą. Potem odszedł od marksizmu, by szukać znowu czegoś innego. Czy tego rodzaju zmiany poglądów można w ogóle nazwać ewolucją? Przecież to nie jest żadna ewolucja, tylko oczywisty brak jakiegokolwiek kręgosłupa ideowego, brak pionu moralnego".

Wbrew oficjalnym raportom

Po Liście 34 Jerzy Stempowski pisząc do Jerzego Giedroycia, zacytował korespondencję w tej sprawie, jaką prowadził z osobą dobrze znającą warszawskie środowisko literackie: "Podpisani pod protestem zbyt wiele nie ryzykują. Wszyscy są tak czy inaczej zasłużeni wobec reżymu. O bohaterstwie nie ma tu mowy. Są wśród nich oczywiście i naiwni, jak Andrzejewski czy też ten stary dureń Mackiewicz. Ale Andrzejewski ma zbyt wielkie zasługi, aby mu naprawdę zrobili krzywdę...".

W lipcu 1966 r. redaktor "Kultury" wykłada kawę na ławę, pisząc do Stempowskiego: "... od dłuższego czasu starsze i średnie pokolenie intelektualistów mnie nie interesuje. To są ludzie już zupełnie zżarci profitariatem i trzeba na nich położyć krzyżyk. Mówię i o średnim, gdyż do tej warstwy zaliczyłbym nie tylko Andrzejewskiego, ale również Kotta...".

Giedroyc nie znosił Andrzejewskiego, przepadał natomiast za nim Zygmunt Hertz. Dlatego, po kolejnych ważnych aktach odwagi politycznej i troski obywatelskiej Jerzego Andrzejewskiego, w liście do Czesława Miłosza pisał ze zdziwieniem i niepokojem: "Przecież on przeszedł na sytuację sumienia narodowego. Znamy obaj jego tryb życia - musi się liczyć, że go mogą na tym odcinku pociąć, znamy jego życie osobiste, idealne do szantaży. I o tym nie chcę myśleć". Zygmunt Hertz nie mylił się, SB kilkakrotnie prokurowała rozmaite fałszywki, pod którymi widniało nazwisko pisarza zajmującego wobec polityki PRL stanowisko coraz bardziej krytyczne.

29 lutego 1968 r. na nadzwyczajnym zebraniu warszawskiego oddziału Związku Literatów Polskich, zwołanym po zdjęciu "Dziadów" ze sceny Teatru Narodowego, Jerzy Andrzejewski stwierdził: "Od wielu lat nie zabierałem głosu publicznie, ale teraz z całą odpowiedzialnością, na jaką mnie stać, chcę powiedzieć, że w Polsce, wbrew oficjalnym raportom, sprawozdaniom i relacjom, dzieją się rzeczy przeciwne podstawowym prawom egzystencji społecznej, politycznej i moralnej. Wcale mi doprawdy nielekko tak powiedzieć i takie oskarżenie podnieść. Uważam jednak, że uczynić to jest moim obowiązkiem i to tu, teraz, bo nie mam możliwości przemawiania gdzie indziej".

Zrehabilitował się po wielekroć

Po najeździe wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację list otwarty Jerzego Andrzejewskiego do prezesa Związku Literatów Czechosłowackich, Eduarda Goldstuckera - obok protestu Sławomira Mrożka - był jedynym głosem polskiego twórcy w obronie dławionej wolności. Stefan Kisielewski nie krył wtedy ("Dzienniki", 26 września 1968 r.) swego podziwu dla nadawcy: "... pistolet z niego nielichy, niech go diabli, ja bym się chyba teraz bał - inna rzecz, że on jeszcze nie dostał w łeb, a ja już". Kisiel chwalił też, trzy miesiące później, "Apelację" Jerzego Andrzejewskiego, pierwszą książkę wydaną w Instytucie Literackim w Paryżu przez pisarza mieszkającego w kraju: "Nie chcieli tego wydrukować w 'Twórczości', facet zgniewał się i posłał za granicę. Rzecz dzieje się w łagodnym domu wariatów, gość cierpiący na manię prześladowczą pisze list do pierwszego sekretarza, opisujący całe swoje życie i apelujący o pomoc. Pisane jest ciurkiem, bez kropek i przecinków, osobliwym stylem pół urzędowym i pół inteligenckim. Z początku mi się nie podobało, potem mnie jednak wzięło, jest tu coś z polskiego powojennego życia, mocno chwycone, coś, co nie dałoby się wyrazić inaczej".

Nazwisko Andrzejewskiego stawało się - dla raczkującej w Polsce opozycji - sztandarowym. Pamiętano o aferze z roku 1960, jaka wybuchła po felietonie w "Polityce", gdzie napisał, w kontekście toczącego się procesu prof. Tarwida oskarżonego o otrucie swojej żony: "Może przejaskrawiam, lecz częstokroć, kiedy słyszę głosy domagające się kary śmierci - słyszę w nich także potrzebę zbrodni". Andrzejewski otrzymał zakaz pisania do "Polityki", a Mieczysław F. Rakowski, dopiero przymierzający się do wielkiej kariery, o mało nie zleciał z redaktorskiego stołka. Opinia znanego pisarza na temat kary śmierci zupełnie nie przylegała bowiem do poglądów, jakie miał w tej materii Władysław Gomułka i inni wysoko postawieni towarzysze, którzy akurat bardzo chcieli powiesić głównego oskarżonego w tzw. aferze skórzanej (udało się to im przy innej aferze gospodarczej tamtych lat - mięsnej).

Lata 70. to już istny festiwal opozycyjnej działalności Andrzejewskiego. Wygłasza znakomite przemówienie na pogrzebie Pawła Jasienicy, podpisuje kolejne listy protestacyjne, przekazuje marszałkowi Sejmu Memoriał 101, wymierzony przeciwko zamierzonym poprawkom do Konstytucji PRL z 1976 r. Po wydarzeniach Radomia i Ursusa jest jednym z czternastu współzałożycieli Komitetu Obrony Robotników. Patronuje powstaniu "Zapisu", pierwszego pisma literackiego rozpowszechnianego poza legalnym obiegiem.

Ale największą czcią otaczają Andrzejewskiego ci, którzy go nie znają. 11 października 1970 r. w Domu Pracy Twórczej w Sopocie wyraźnie rozeźlony Kisiel daje upust swoim uczuciom: "Tutaj grozi mi klęska żywiołowa, bo jest Jerzy Andrzejewski, po skończeniu 'Miazgi' znów wiecznie pijany, i to na głupio, spragniony nonkonformistycznych popisów, ekshibicjonizmu, pederastii i w ogóle wszelkiego rodzaju nudnych dla otoczenia, a w jego pojęciu ogromnie interesujących i zabawnych wygłupów. Jest on w stanie popsuć mi i zniweczyć cały tak oczekiwany pobyt, toteż traktuję go z daleka, a dziś po obiedzie, gdy przyszli do mnie z Koźniewskim, byłem niemal niegrzeczny. W dodatku śmierdział ohydnie piwem, próbował kopcić papierosa, brał się do całowania. Ohyda. Gdzież się podział poważny trybun i mówca z pogrzebu Jasienicy! Zupełnie inny człowiek. Jego rozmigotana, namiętna zmienność to cecha typowo pederastyczna, ale zmienność ta i migotanie stają się groźne, gdy człowiek chce być w swych myślach sam. Poza tym migocze on również w polityce i to daje skutki fatalne, w postaci 'Popiołu i diamentu' oraz broszurek: 'Partia i twórczość pisarza' czy 'O człowieku radzieckim'. Oczywiście zrehabilitował się po wielekroć odważnymi i szlachetnymi wystąpieniami (podobnie jak przed wojną zrehabilitował się za współpracę z antysemickim 'Prosto z mostu' obroną Żydów z Niemiec wyrzuconych do Zbąszynia), no ale jednak wolałbym tu kogoś mniej rozmigotanego i mniej pijącego. Prawdziwy pech, że ta cholera tu siedzi".

10 czerwca 1972 r. Andrzej Kijowski notuje: "W sobotę znów telefon Jerzego. Pijany, czuły dla mnie i wymuszający czułości dla siebie. 'Ja muszę wiedzieć, że mnie ktoś kocha'. Czytał fragmenty autobiografii - opowiadanie o wybuchu wojny. Bardzo niedobre". I jeszcze jedna notatka z "Dziennika" Kijowskiego, tym razem z czerwca 1975 r.: "Potem okropnie się zgniewał na wszystkich, którym nie podobały się opowiadania o Ablu. ("Teraz na ciebie zagłada" - przyp. K.M.). Wam trzeba Brylla... trochę uszlachetnionego Brylla... Tylko na to zasługujecie... prawda, prawda, prawda... - powtarza 'prawda' w nieskończoność, aż mu głos zanika".

Rozpaczliwy obraz człowieka

W 1975 r. (22 sierpnia) Stefan Kisielewski opisał szczególne spotkanie w Alejach Ujazdowskich: "... szedłem lekko zawiany i spotkałem dwóch facetów. Jeden z nich pomachał do mnie ręką, był to Schaff. Poszedłem się przywitać, wtedy ten drugi też podał mi rękę, zanim się opatrzyłem, a był to - Zenon Kliszko... (...) mówię, że w ogóle nie powinienem z nim rozmawiać, bo on twierdził, że ja chciałem zabić Gomułkę. - Nie twierdziłem - on na to - tylko dostałem stenogram waszej rozmowy z Andrzejewskim i tam to było. - Ale przecież ta rozmowa miała miejsce u mnie w domu! Więc to takie Watergate? - Można to tak nazwać - Zenuś na to".

W drugiej połowie lat 70. stan pisarza wyraźnie się pogarszał. Źródłem złych jego stanów psychicznych była prawdopodobnie - twierdzi Anna Synoradzka - "śmierć żony (drugą żoną Andrzejewskiego była Maria z domu Abgarowicz - przyp. K.M.). Właśnie od momentu jej odejścia rozpoczęła się stopniowa degrengolada pisarza. Z roku na rok coraz bardziej odsuwał się od życia towarzyskiego, przestał bywać nie tylko w lokalach, ale i w ogóle w mieście. Niekiedy całe dnie spędzał sam, gdyż Agnieszka i Marcin, dorosłe już dzieci, wyprowadziły się z domu, zakładając własne rodziny. Samotność pisarza była jednak przede wszystkim jego własnym wyborem. Nigdy nie stronił od alkoholu, ale teraz zaczął pić coraz więcej i coraz gorzej to znosił. Przyjaciele wiedzieli, że regularnie od południa jest w stanie zamroczenia i wizyty u niego nie mają sensu. Najbliżsi starali się, jak mogli, powstrzymać proces samodestrukcji".

Przełom Sierpnia '80 pobudził go jednak - raz jeszcze - do życia. Na zaproszenie Lecha Wałęsy pojechał na zjazd "Solidarności" do Oliwy, brał też udział w pracach jury Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdańsku. To w tym gorącym, posierpniowym okresie usiłował - na potrzeby wywiadu, którego udzielał - wyprowadzić prostą linię, która miałaby wieść od "Popiołu i diamentu" do "Miazgi". Mówił: "... na to pytanie Norwidowskie, to przeciwstawienie, czy zostaną tylko popioły, czy także na dnie tych popiołów gwiaździsty diament, odpowiedzią jest 'Miazga'. Myślę, że przy wszystkich swoich wielkich zaletach naród polski w ciągu ostatnich trzydziestu lat uległ bardzo daleko idącej demoralizacji, że przede wszystkim ta demoralizacja odnosi się do sfery spójności społecznej, że w tej chwili przeciętny człowiek jako zwierzę społeczne przedstawia obraz rozpaczliwy. Mówię to tutaj, wie pan, przy całym moim podziwie dla rewolucji sierpniowej, dla wielu przywódców, dla znakomitości zwłaszcza młodych robotników".

Im więcej pytań mnożę, tym wiem mniej

11 grudnia 1981 r. pokazał się na Kongresie Kultury Polskiej w sali warszawskiego Teatru Dramatycznego. Dwa dni później generał Jaruzelski zrobił to, co zrobił. Andrzejewskiego nie internowano - był stary i schorowany. Paradoksalne, wkrótce po wprowadzeniu stanu wojennego nakładem PIW-u ukazała się wreszcie "Miazga". Nakład wykupiono błyskawicznie, ale nie w głowie było wtedy nikomu dyskutowanie o tej powieści, która - jak pisał Tomasz Burek - stanowiła "kamień milowy na drodze do uczciwej literatury".

Jerzy Andrzejewski zmarł w nocy z 19 na 20 kwietnia 1983 roku. Kilkanaście miesięcy wcześniej podyktował (stan wzroku od dłuższego już czasu uniemożliwiał mu pisanie) tekst, który cytuję za Anną Synoradzką: "Cóż ze swym życiem uczyniłeś? Dobrze je przeżyłeś, źle czy przeciętnie, a nawet kulawo? Co mogłeś i z winy własnej nie dokonałeś? Co z ciebie dało owoc, a co poszło na marne? (...) Niestety, im więcej pytań mnożę, tym wiem mniej".

Maria Dąbrowska w 1955 r. (5 sierpnia) przytomnie zauważyła w "Dzienniku", po tym, jak Andrzejewski kajał się na jakimś spotkaniu za swoje postępowanie: " 'Przez to, co pisałem, przyczyniłem się sam do zła'. Ma na myśli swoje partyjno-literackie wypowiedzi. Przecenia tylko ich znaczenie, bo to mało kto czytał. Andrzejewski dyskredytował, oczywiście, imię pisarza, lecz ono i tak już jest w społeczeństwie dostatecznie skompromitowane". Autorka "Nocy i dni" nie miała racji. Pogrzeb Andrzejewskiego na Powązkach zgromadził tłumy. Kogo jednak żegnało te dwa tysiące ludzi? Autora "Popiołu i diamentu" czy "Ciemności kryją ziemię"? "Miazgi" czy "Zadufek"? "Bram raju" czy "Już prawie nic"? A może tylko człowieka, który - na skutek splotu różnych wydarzeń - stał się czołową postacią opozycji demokratycznej.

"Zna pan tę legendę - powiedział Andrzejewski w rozmowie z Jackiem Trznadlem w 1981 r. ("Hańba domowa") - przekazywaną z pokolenia na pokolenie, że dzieło pisarza przechodzi przez czyściec i potem dopiero będzie zdecydowane, czy pójdzie do piekła czy do nieba. Oczywiście, większość idzie do piekła. Piekłem w tej dziedzinie jest zapomnienie. Tylko wybrani dostaną się do nieba pamięci."