Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!


Stukan, Jarosław

Masowi mordercy. Mass murderers

2009

 

(...)

 

Andrew Kehoe

Bath, 1927. USA: 46 ofiar śmiertelnych, 61 rannych

Andrew Kehoe urodził się 1 lutego 1872 roku, w Tecumseh (Michigan). Był jednym z trzynaściorga dzieci. Rodzice pochodzili z Nowego Jorku. Matka Andrewa umarła kiedy był jeszcze małym dzieckiem. Po pewnym czasie jego ojciec ponownie ożenił się. Wybór padł na kobietę, która nie potrafiła nawiązać głębszej, emocjonalnej relacji z chłopcem. Być może Andrew jej nienawidził, bo winił za odejście matki. Zdarzało się, że swoje uczucia wobec macochy wyrażał w bezpośrednich aktach przemyślanej agresji. Być może przyczynił się również do jej śmierci. Kiedy miał 14 lat, w kuchni wybuchł piec olejowy, gdy jego macocha próbowała go zapalić. Kobieta cała stanęła w płomieniach. Andrew obserwował to zajście i nie próbował jej pomóc. Dopiero gdy był pewny, że jest już o wiele za późno na ratunek, wylał na jej ciało wiadro wody. Macocha umarła. Jego nienawiść do niej była tak powszechnie znana, iż nawet sąsiedzi podejrzewali, że przed tym tragicznym wypadkiem Andrew majstrował przy piecu.

Jak na tamte czasy, Andy otrzymał dobre wykształcenie. Ukończył szkołę średnią, a następnie Stan College (później Uniwersytet Stanowy Michigan) we wschodnim Lansing. Tam też poznał swoją przyszłą żonę, Ellen Nellie Price. Ślub jednak odbył się znacznie później, bowiem zaraz po studiach Kehoe wyprowadził się na kilka lat, na zachód. Przez pewien czas przebywał w Missouri, gdzie w 1911 roku zdarzył się wypadek. Na skutek upadku, doznał poważnego urazu głowy, po którym leżał w śpiączce 2 miesiące. Od tamtej pory nie zachowywał się już jak dawniej. Cechowały go sporadyczne, "dziwaczne" zachowania, impulsywna agresja, drażliwość itd. Niecierpliwił się, gdy ktoś się z nim nie zgadzał, był okrutny dla swoich zwierząt - raz brutalnie zabił konia bez powodu. Jakkolwiek był szanowanym człowiekiem, uznawanym za inteligentnego i schludnego, a nawet pedantycznego - znany był z tego, że zmieniał koszulkę w każde południe, a nawet wtedy, gdy tylko pobrudziła się nieznacznie.

W 1912 roku ożenił się ze swoją wybranką. Kilka kolejnych lat upłynęło w spokoju. W 1919 roku małżonkowie zakupili 75 hektarów ziemi, w połowie za gotówkę, w połowie na hipotekę. Andrew zajmował się gospodarstwem, Nellie domem. Największą przyjemność sprawiało mu majstrowanie przy różnych mechanizmach, szczególnie elektrycznych. Najszczęśliwszy był wtedy, gdy naprawiał albo poprawiał działania maszyn gospodarstwa rolnego. Nowe sposoby wykonywania starych prac domowych intrygowały go i stale szukał unowocześnień.

Jego sąsiedzi, z pewnością nie byli pod wrażeniem tych zdolności i sposobu, w jaki prowadził gospodarstwo. Jak napisał jeden z nich, M. J. "Monty" Ellsworth: "Nigdy nie wyhodował nic, tak jak inni rolnicy to zwykli robić, wszystko próbował robić traktorem. Czuł się świetnie, gdy naprawiał urządzenia albo gdy majstrował. Zawsze wypróbowywał nowe metody w pracy, na przykład, doczepiając dwie kosiarki do traktora. Ta metoda nie zawsze się sprawdzała, a siano pozostawało nie ruszone. Założył też cztery pogłębiarki i dwa walce do swojego traktora. Spędzał tak dużo czasu majstrując, że nie prosperował normalnie".

W tamtych czasach w Michigan, na wiejskich obszarach, istniało zazwyczaj wiele małych, jednopokojowych szkół rozrzuconych po okolicy. Dzieci w różnym wieku dzieliły tę samą klasę i tego samego nauczyciela. Nie był to idealny system nauczania. Generalnie wierzono, że dzieci otrzymałyby lepszą i bardziej kompletną edukację, gdyby mogły uczęszczać do jednej szkoły, w jednym miejscu i gdyby były podzielone względem siebie wiekowo, na klasy. Po latach debaty i poświęcenia, zbudowano nową szkołę pod nazwą: "Skonsolidowana Szkoła w Bath". Tym samym jednak, podwyższone zostały podatki, by spłacić projekt oraz koszta budowy i w efekcie, właściciele ziemscy tacy jak Andrew Kehoe, mieli płacić zbyt duże dla nich rachunki. Opisywany fakt jest bezpośrednio skojarzony z późniejszymi, tragicznymi wydarzeniami.

W 1924 roku, dzięki reputacji sknery, Kehoe został wybrany na skarbnika Rady Skonsolidowanej Szkoły w Bath. Podczas swoich obecności na posiedzeniach szkoły, zawsze uporczywie walczył o niższe podatki (wszyscy musieli je płacić na szkołę). Uważał, że wygórowane podatki są odpowiedzialne za słabą kondycję finansową jego rodziny i wielokrotnie oskarżał dyrektora Emory Huyck, za złą gospodarkę finansową. Pomimo wszystko, w 1925 roku, jako przedstawiciel Rady Szkoły został wyznaczony na urzędnika okręgu Bath, ale nie utrzymał tej pozycji w kolejnych wyborach. Problemy finansowe rodziny nawarstwiały się.

Wierzyciele Kehoe, próbowali dojść z nim do porozumienia, lecz bezskutecznie. Wkrótce, zupełnie przestał spłacać hipotekę. Dodatkowo sprawy komplikowała gruźlica, na którą zachorowała Nellie. Wymagała częstych pobytów w szpitalu, które również uszczuplały rodzinne oszczędności. Kehoe już wyobrażał sobie stratę swojego gospodarstwa rolnego i utonięcie w długach. Winy za wszystko doszukiwał się w wysokich podatkach na szkołę. Nie rozumiał idei budowy większych i lepszych szkół. Widział jedynie wiele marnowanych miejskich wydatków i "chore" układy. Ale przede wszystkim, bezustannie i bez żadnego wyraźnego powodu, alogicznie, winił Skonsolidowaną Szkołę w Bath za wszelkie swoje kłopoty.

Późniejsze śledztwo wykazało, że zamach dokonany przez Kehoe nie był skutkiem nagłego impulsu. Przygotowania do jego realizacji trwały przynajmniej rok. Natomiast pierwsze wizje upiornej zemsty na mieszkańcach Bath zrodziły się w jego głowie już w 1925 roku. Wtedy, gdy nawarstwiały się jego konflikty z Radą Szkoły. U ich podłoża, jak można podejrzewać, leżały urojone przekonania o prześladowaniu z ich strony i celowym działaniu na jego niekorzyść. Czara goryczy przelała się jednak w momencie, gdy wierzyciele zajęli hipoteki Kehoe. Do powstania demonicznego planu przyczyniła się również zwykła "możliwość", wynikająca z ciągłej współpracy Kehoe'go ze szkołą.

Zimą 1926 roku, Rada poprosiła go, by wykonał remont wewnątrz szkolnego budynku. Andrew miał od tej pory wolny dostęp do szkoły i jego obecność w niej, nigdy nie budziła żadnych podejrzeń. Wtedy właśnie zaczął skupować pyrotol (zgromadził ponad tonę), łatwopalny środek używany w I Wojnie Światowej. Rolnicy w tamtych czasach używali tej substancji w wykopkach. W listopadzie Kehoe pojechał do Lansing i nabył dwa pudełka dynamitu w sklepie sportowym. Dynamit również, zwykle używany był w gospodarstwach rolnych, a Kehoe kupował małe ilości w różnych sklepach, na przestrzeni długiego odcinka czasu, nie wzbudzając tym samym niczyjego zainteresowania. Dopiero po tragedii, sąsiedzi zwrócili uwagę na dźwięki eksplozji pochodzących z jego gospodarstwa rolnego, jak również przypomnieli sobie rozmowy, w których Kehoe wyjaśniał, że używał dynamitu w celu usunięcia pni drzew. Przyzwyczajono się jednak wtedy do wybuchów i przestano na nie zwracać uwagę. Jednocześnie, gdy w końcu w Lansing zaczęto dostrzegać wielomiesięczne zakupy środków wybuchowych, Kehoe nie musiał się nawet tłumaczyć, przecież stale na jego farmie coś eksplodowało.

W ciągu następnego półrocza, Kehoe zaczął realizować swój plan. Do wiosny 1927, zgromadził w szkole prawie cały zapas pyrotolu i dynamitu. Przewoził do niej niewielkie dawki, których rozmieszczenie planował wcześniej w domu. Większość montował w piwnicach. Za rurami i belkami, wewnątrz ścian, we wszelkich miejscach gdzie trudno było je odkryć. Pracę zakończył na początku maja 1927 roku.

Dzień przed zamachem, napełnił swoją półciężarówkę wszelkim metalowym złomem jaki znalazł w swoim gospodarstwie. Stare gwoździe, kawałki zardzewiałych maszyn gospodarstwa rolnego, szufli do kopania i inne metalowe przedmioty, miały zwielokrotnić zabójczy efekt eksplozji. Na przednich siedzeniach zamontował dynamit i położył naładowany karabin. Był przygotowany.

W tym samym dniu, 17 maja, Kehoe zabił Nellie. Uderzył ją w czaszkę jakimś ciężkim, tępym przedmiotem. Jej ciało wrzucił na wóz dla świń i pchnął w tył kurnika. Następnie, zaminował gospodarstwo. W każdej jego części, umieścił serię bomb. Te prymitywne urządzenia składały się z pojemników napełnionych benzyną, drutów, świec zapłonowych i akumulatorów samochodowych. Tak skonstruowane bomby domowej roboty, wielokrotnie wcześniej przetestował. Po eksplozjach, nie miało pozostać dosłownie nic.

18 maja, około godziny 8:45, Kehoe zdetonował bomby w swoim gospodarstwie. Sąsiedzi, słysząc eksplozję, ruszyli w stronę farmy z pomocą. Gospodarz w tym czasie, siedział już za kierownicą swojej półciężarówki. O godzinie 9:45, okolicą wstrząsnęła kolejna, potężna eksplozja. Hałas był słyszany w odległości dziesięciu mil. Skonsolidowana Szkoła w Bath została zrównana z ziemią.

Kiedy pierwsi ludzie przybyli na miejsce zamachu, widok jaki zastali głęboko nimi wstrząsnął. Połowa budynku (północno-zachodnie skrzydło), całkowicie zniknęła. Ściany zostały zniszczone, a dach leżał na ziemi. Pod stertą gruzu leżały ciała dzieci. W południowo-wschodniej części budynku zniszczenia były mniejsze. Część dzieci i nauczycieli przeżyła. Panna Bernice Sheling, nauczycielka z drugiego piętra, powiedziała później reporterowi Associated Press, że to było jak straszne trzęsienie ziemi: "Wydawało się, jak gdyby podłoga poszła w górę o kilka stóp... Po pierwszym wstrząsie myślałam przez chwilę, że straciłam wzrok. Gdy minęło, wyglądało tak, jakby wszędzie były dzieci i latające biurka i książki. Dzieci zostały podrzucone wysoko w powietrze; jedno katapultowało z budynku". Monty Ellsworth, biorący udział w akcji ratunkowej sąsiad Kehoe, opowiadał: "Był stos pięciu albo sześciu dzieci pod dachem, kilkoro z nich miało sterczące ręce, inne nogi, a jeszcze inne tylko głowy wystające. Były nierozpoznawalne, ponieważ zostały przykryte kurzem, tynkiem i krwią. Nie było nas wystarczająco wielu by ruszyć dach". Ellsworth zaofiarował się wrócić do swojego gospodarstwa i przywieźć mocny sznur, potrzebny do ściągnięcia dachu z ciał dzieci. Po drodze do domu zauważył Kehoe'go, zmierzającego samochodem w kierunku szkoły: "Uśmiechnął się i pomachał ręką, kiedy się uśmiechnął, widziałem oba rzędy jego zębów".

Gdy Ellsworth zobaczył Kehoe'go, ten realizował ostatnią część swojego planu zemsty. Po dojechaniu do szkoły odnalazł dyrektora, Emory Huyck. Andrew zawołał go do samochodu. Według naocznego świadka, kiedy Huyck podszedł blisko, Kehoe wyciągnął karabin i strzelił w dynamit na tylnym siedzeniu. Eksplozja zabiła dyrektora szkoły, naczelnika poczty Glenn O. Smitha, teścia Smitha, Nelsona McFarrena oraz ośmioletniego Cleo Clatona, odratowanego chwilę wcześniej ze szkoły. Szrapnel z eksplodującego pojazdu ciężko ranił wiele innych osób.

Niedaleko od resztek pickupa Kehoe'go, Pani Frank Smith stała przed domem patrząc w przerażeniu na wydarzenia, które pojawiały się przed jej oczami. W rogu ogrodu, wśród kwiatów i trawy, o które drobiazgowo się troszczyła, zauważyła zgniecioną masę odzieży. Gdy to sprawdziła, zorientowała się, że patrzy na trudną do zidentyfikowania, część ludzkiego ciała. Z kieszeni odzieży, wystawały jakieś papiery więc ostrożnie je wyjęła. Była to część książeczki bankowej z banku stanu Lilley Tecumseh oraz prawo jazdy, należące do Andrewa Kehoe'go.

W zamachu zginęło 38 dzieci oraz 7 nauczycieli. 61 osób odniosło poważne rany. Liczba ofiar byłaby niewątpliwie znacząco większa, gdyby wszystkie skonstruowane przez Kehoe'go bomby wybuchły. Fundamenty południowego skrzydła szkoły zachowały się dzięki zwarciu, jakie nastąpiło w całej instalacji ładunków wybuchowych. Podczas akcji ratunkowej, policja usunęła z piwnic jeszcze 230 kilogramów dynamitu, który nie eksplodował.

 

Howard Unruh

Camden. 1949. USA: 13 ofiar śmiertelnych. 3 ranne

Howard Unruh urodził się 21 stycznia 1921 roku, jako pierworodny. Matka, Freda Unruh zajmowała się domem, a ojciec Samuel Unruh, bagrował łodzie w porcie. Dzieciństwo chłopca było zwykłe, pozbawione większych wzruszeń czy niepokojów. Doniesienia mówią jedynie o tym, że bywał kapryśny, ale też bardzo spokojny, jakby nieco wycofany. Ponadto, cechowało go pewne ogólne opóźnienie względem innych dzieci: nieco wolniej się uczył, zaczął chodzić i mówić. W szkole spostrzegany był jako przeciętny uczeń, grzeczny i powściągliwy. W wolnych chwilach wolał czytać swoją Biblię (wychowany w luteranizmie), niż bawić się z kolegami. Nie odpowiadał na ich zaczepki, próby wspólnej zabawy. Tym samym zaczął wzbudzać obojętność. Można powiedzieć, że był introwertywny. Cecha ta nasiliła się w trakcie separacji rodziców, w 1930 roku. Howard wraz z młodszym bratem Jamesem, pozostali z matką. Obaj byli do niej silniej przywiązani, niż do ojca.

Gdy był nastolatkiem, stał się jeszcze bardziej zamknięty w sobie. Unikał kontaktów z innymi. Preferował zajęcia, które mógł wykonywać samodzielnie i samotnie. Większość czasu poświęcał w tamtym okresie na zbieranie znaczków. Kolejne hobby stanowiły modele pociągów, które składał w domu. Jakkolwiek nigdy się nimi nie bawił, nawet nie próbował, ani wtedy, ani później. Jeśli można w Howardzie odnaleźć jakąś pasję, to było nią zamiłowanie do mechanizmów i inżynierii. Budował więc modele pociągów, ale nie była to dla niego rozrywka czy zabawa, było to - zadanie do wykonania, w którym najważniejsza była dokładność i precyzja, a jedynym efektem jaki go interesował, była kraksa dwóch wagonów na torach.

Za stosunkowo dobrze rozwiniętymi funkcjami poznawczymi, zupełnie nie nadążały emocje. W tej sferze istniało wiele konfliktów i deficytów. W negatywny dla chłopca sposób, potęgowały one uczucia i zachowania w obszarach życia, na które miały wpływ: na kontakty towarzyskie, seksualność oraz wiarę w Boga. Howard zatem izolował się w coraz większym stopniu. Tym samym, coraz częściej zwracał się ku Bogu. Jednocześnie, jak w każdym nastolatku, budziły się w nim seksualne zainteresowania i popęd, które nie miały szansy na prawidłowe zaspokojenie i rozładowanie. Wszystko to wpływało na rozwój wielu zahamowań, poczucia winy, frustracji i nieprawidłowego ukierunkowania seksualnych fantazji. Po ujęciu, Unruh często powracał myślami do tamtego okresu udręki: "Miałem doznania erotyczne w penisie, które skojarzone były z erotycznymi myślami i uczuciami na temat uprawiania seksu z moją matką... Zacząłem fantazjować na ten temat... Rzeczy nie były takie, jakie powinny być... Jestem stale spięty i niespokojny, ludzie mogą mnie skrzywdzić, ukarać, bo nie akceptują takich rzeczy... istnieje konflikt w mojej potrzebie uprawiania seksu z matką".

Pożądanie do matki, związane było z brakiem zainteresowania dziewczętami. Zgodnie z twierdzeniem jednego z psychiatrów, Unruha cechowało: "Nieuchwytne, częściowo uświadomione uczucie strachu, lęku i wstrętu, jakie żywił wobec swoich rówieśniczek".

James podejrzewał brata o to, że jest homoseksualistą. Wyznał dziennikarzom, że gdy kiedyś spali razem, Howard dobierał się do niego. Do tego wszystkiego dochodziły problemy natury religijnej. Unruh, głęboko wierzący, praktykujący i zagorzały czytelnik Biblii, zastanawiał się, co o tym wszystkim sądzi Bóg i usilnie próbował przekonać samego siebie, że jego seksualne potrzeby satysfakcjonują Pana. Można zaryzykować twierdzenie, że represja i zaprzeczenie pozwoliły mu przetrwać, przynajmniej całą młodość.

To dzięki mechanizmom obronnym, spostrzegany był przez sąsiadów jako: cichy, przeciętny, młody mężczyzna, który prowadził spokojne, niczym nie wyróżniające się życie. Każdej niedzieli uczęszczał wraz z matką na mszę w kościele ewangelickim St. Pauls. Każdy poniedziałkowy wieczór spędzał w przykościelnej klasie czytania biblii, gdzie uważany był za zaawansowanego słuchacza i znawcę pisma świętego.

W 1939 roku, Howard ukończył Woodrow Wilson High School i dostał pierwszą pracę, w bazie marynarki wojennej, w Philadelphii. Co więcej, zaczął umawiać się na randki z dziewczyną poznaną w kościele. Ujął ją grzecznością i szacunkiem, jaki mu okazywano. Sama więc zaczęła wychodzić z inicjatywą. Dla Howarda jednak, relacja ta nie była jednoznacznie przyjemna. Pocałunki, trzymanie się za ręce, przyjmował raczej jak składaną ofiarę, niż spełnienie pragnień. Bliskość naruszała jego wewnętrzny spokój, poczucie bezpieczeństwa, wzbudzała silne napięcie, bo konfrontowała ze wszystkim tym, czego unikał izolując się od innych. Pytany później o relację z dziewczyną, odpowiadał z całkowitą obojętnością:

- Czy jej pocałunki wzbudzały w Tobie namiętność?

- Nie.

- Czy kiedykolwiek pociągała Cię seksualnie?

- Nie, ale ja ją tak.

- Czy odbyłeś z nią stosunek seksualny?

- Nie.

- Czy kiedykolwiek odbyłeś stosunek seksualny z inną kobietą?

- Nie.

W tamtym czasie, Unruh znacznie bardziej niż czymkolwiek innym, zainteresowany był wojną w Europie. W 1942 roku zaciągnął się do armii. Szybko odkrył, że jest utalentowanym strzelcem wyborowym. Taką też, wraz z karabinem, otrzymał funkcję. Howard był wniebowzięty. Koledzy nie potrafili określić, co było jego największą miłością: Biblia, którą zagorzale studiował, czy karabin, który często rozbierał i czyścił z religijnym namaszczeniem. Broń określała teraz jego wartość. Wcześniej dla nikogo nic nie znaczył. Teraz życie innych zależało od niego.

Zaczął więc prowadzić dokładny pamiętnik. Opisywał w nim każdego zabitego Niemca: godzinę, datę, miejsce oraz z detalami to, jak wyglądało ciało po śmierci. W służbie trwającej 3 lata, w 342 batalionie artylerii, zwiedził większość krajów, w których toczyła się wojna. Po jej zakończeniu, w 1945 roku, z honorami został zwolniony ze służby. Przeszmuglował ze sobą z Europy broń i wiele pamiątek wo-jennych. Udekorował nimi swój pokój. Na ścianach od tej pory wisiały bagnety, pistolety, meczety i fotografie artylerii w czasie ataku. Nawet popielniczki zostały zrobione z dna łusek dużego kalibru.

Nastał czas powrotu do życia sprzed wojny. Howard miał obecnie 24 lata, jednak dla większości sąsiadów był zupełnie tym samym młodym mężczyzną, który 3 lata temu wyjechał na wojnę. Ponownie zaczął uprawiać poprzednie rytuały: niedzielne wizyty z matką w kościele, poniedziałkowe lekcje czytania biblii, lecz był coraz bardziej rozgoryczony. Czegoś mu brakowało.

Sytuacja finansowa w domu była trudna. Utrzymywała go matka ze skromnych dochodów, jakie otrzymywała w fabryce mydła. Howard nie mógł znaleźć pracy. Coraz rzadziej wychodził z domu. Zbudował w tym czasie kilka modeli pociągów, które sprzedał, lecz to nie zmieniło sytuacji.

Ponadto, "konfrontował się" coraz częściej z tym, że inni mają go za nic. Był przecież cichy, pospolity, nieszkodliwy. Był zatem "łatwą" ofiarą. Wydawało mu się, że sąsiedzi ośmieszali go i spiskowali przeciw niemu. Po ujęciu wyznał: "Robili uwłaczające uwagi o moim charakterze". Odczuwał to wszystko boleśniej niż wcześniej, bowiem jego samoocena podczas służby wojskowej znacznie wzrosła. Po raz pierwszy w życiu chciał, by się z nim liczono. Chciał, a nawet był "kimś", lecz inni o tym nie wiedzieli. Jak mogli go szykanować? Czy morderca Niemców jest nikim? Czy nie zasługuje na odrobinę szacunku? Poważania?

- Hej Ty, możesz być ciszej z tą bramą? - żona farmaceuty, Rose Cohen, krzyczała na niego.

Bardzo dotknęło go wtedy, owo - "Hej Ty". Ludzie nigdy nie zwracali się do niego po imieniu, choć je znali. Nie mieli w sobie choć odrobiny przyzwoitości. To nie było w porządku i Howard tego nie rozumiał. Obserwował sąsiada Johna Pilarchik i nie widział między nim a sobą żadnej różnicy. Obaj byli w podobnym wieku, walczyli na froncie, jednak Pilarchik był szanowany wśród sąsiadów, miał swój biznes, przyjaciół. Howard nie widział powodu, dla którego sam na to nie zasługiwał.

W porywie opisywanych emocji postanowił zmienić swój los. Przez trzy miesiące brał udział w kursie farmaceutycznym na Uniwersytecie Temple w Philadelphii. Można powiedzieć, że identyfikował się z "prześladowcą", panią Rose Cohen. Chciał znaleźć się po drugiej stronie, po tej, po której mówi się, a nie słyszy - "Hej Ty". Świadczy o tym fakt, iż po 3 miesiącach nauki zrezygnował. Farmacja nie była przedmiotem jego zainteresowania. Gdy poznał ją lepiej stwierdził, że zupełnie go nie interesuje.

Tymczasem, wzrastała nienawiść Howarda do wszystkich wokół. Jednocześnie rosło wewnętrzne przekonanie, że on sam i jego broń są więcej warci, niż wszystkie osoby, które tak go traktują. Ich zachowanie wyrażało to, jacy w rzeczywistości są: źli, pogardliwi, obojętni, obcy. Brak szacunku i wszystkie zniewagi jakich doznawał z ich strony, wzbudzały wściekłość. Czuł się niedoceniany i upokarzany. Lista krzywd, jakich wewnętrznie doświadczał była długa i szczegółowa (fragment pamiętnika):

"Miałem problem z fryzjerem. Rozkopywał swoją piwnicę obok nas i bezmyślnie wyrzucał ziemię sprawiając, że woda spływająca z niej zalewała naszą piwnicę... Był tam też szewc, który nie tylko spalał góry śmieci na podwórku, blisko naszego mieszkania, lecz często je tam po prostu wyrzucał... Manager sklepu spożywczego, był dla mnie zawsze miły, do czasu aż popadłem w drobny konflikt z zatrudnionym tam ekspedientem. Od tamtej pory manager już nigdy nie był miły... Farmaceuta, Maurice Cohen, aż pięć razy wydał mi za mało reszty, a jego żona Rose, wiecznie była wobec mnie napastliwa i wydawało się, że czerpie przyjemność z publicznego ubliżania mi".

Jak już pisano, Howard prowadził pamiętnik, w którym opisywał swoje wojenne ofiary. Już w domu, zaczął opisywać w nim również swoje żale wobec sąsiadów. Rzucało się w oczy obsesyjne nadużywanie słowa odwet. Znalazło się ono w zapiskach ponad 200 razy. Pamiętnik zawierał też inne, ciekawe fakty, które ujawniły się pierwszy raz przypadkowo, podczas przesłuchań po ujęciu. Otóż pytany, czy kiedykolwiek chorował przewlekle lub przebywał dłużej w szpitalu odpowiedział, że owszem. Leczony był z powodu rzeżączki. Pamiętając wcześniejsze zeznania Unruha o tym, że nigdy nie spał z kobietą, prokurator Mitchell Cohen zapytał, w jaki sposób mógł się zarazić. Wyszło na jaw, że od 1946 roku, czynnie uprawiał stosunki homoseksualne.

Pierwszy kontakt nastąpił w kinie, z mężczyzną którego nigdy wcześniej nie widział, a który masturbował go podczas seansu. Ukierunkowało to kolejne kontakty seksualne. Howard intensywnie zaczął nadrabiać seksualne zaległości minionych lat. Uprawiał seks bardzo często, z wieloma mężczyznami. Pieczołowicie, z właściwą sobie dokładnością, opisywał to wszystko w swoim pamiętniku, łącznie z imionami kochanków, datami, miejscami.

W celu intymnych spotkań wyjeżdżał do Philadelphii i wynajmował pokój w motelu. Dbał o dyskrecję, bo obawiał się tego, by jego skłonności nie zostały rozpoznane przez najbliższe otoczenie. Jakkolwiek, podobnie jak Wagner, wewnętrznie przekonany był, że wszyscy znają jego sekret: "Krawiec... rozpowszechniał pogłoskę, jakoby raz widział mnie z ,kimś', schodzącego w dół alei". Przechodząc obok ludzi na ulicy, słyszał różne, ciche szepty, np.: "Możesz z nim zostać całą noc". Wyznał też, że słyszał, jak inni knuli przeciw niemu: "Jednego razu słyszałem jak mówili, że szykują grupę przeciwko mnie". Innym razem mówili: "Dajmy mu szansę na użycie tej jego broni". Urojenia i omamy przeplatały się z rzeczywistością. Howard stale obawiał się fizycznego napaści ze strony sąsiadów. Z tego powodu nosił przy sobie broń. Również dlatego, zaopatrywał się w jej nowe egzemplarze. W 1947 roku, nabył kolejny pistolet, niemieckiego Lugera (9 mm). Nieco później kupił maczetę. Fantazjował o tym, jak ucina nią głowy Cohensów.

Już wtedy, jego zachowanie ulegało stopniowym zmianom. Wiosną 1948 roku przestał chodzić z matką do kościoła. Zaczął opuszczać poniedziałkowe lekcje czytania biblii. Całe lata jej studiowania oraz to, co psychiatra Harold Magee określił, jako: "Obsesyjne ruminacje skoncentrowane na relacji z Bogiem i jego odpowiedzialności za to co złe i dobre", nic nie dały. Pozwoliły jedynie na zbudowanie ideologicznego zaplecza dla planowanego masowego morderstwa - "misji", którą Unruh kojarzył z apokalipsą.

W poniedziałek, 5 września 1949 roku, Howard pojechał do kina w Philadelphii. Wrócił do domu autobusem następnego dnia nad ranem, około godziny 3:00. Po powrocie zobaczył, że ktoś ukradł nową bramę wejściową z ogrodzenia przy domu. Nastał czas zemsty. Dzieliło go od niej zaledwie kilka godzin.

Postanowił, że odpowiednią porą będzie 9:30, kiedy już wszystkie sklepiki będą otwarte. Poinstruował matkę w liście pozostawionym na kuchennym stole, by obudziła go o 8 rano. Po podjęciu decyzji o przerwaniu wieloletniej udręki, pierwszy raz od dawna spokojnie zasnął.

19 września 1949 roku, Time Magazine tak opisywał to, co stało się później (informacje zmieniono i uzupełniono):

"To był wielki dzień. Po pobudce Howard wziął prysznic. Następnie ubrał swój najlepszy, czarny garnitur, białą koszulę i krawat. W ciągu kolejnej godziny zjadł obfite śniadanie, spędził kilkanaście minut w piwnicy, po czym wrócił do salonu i włączył radio. Było piętnaście po dziewiątej.

Do bawialni weszła matka. Zobaczyła syna krążącego po pokoju, odświętnie ubranego, z dużym kluczem francuskim w ręce. Czuła, że stanie się coś złego. Howard był jakiś inny. Zupełnie bez wyrazu, 'nieczytelny', zimny. Przestraszona, uciekła do sąsiadki Caroline Pinner. Kilka minut później usłyszała pierwsze strzały.

Wszystko trwało zaledwie 13 minut. Był to najkrótszy masowy mord wśród wszystkich, dotąd znanych... 'Strzelałem im w pierś, następnie w głowę'... W taki sposób, jako pierwszy zginął 27 letni szewc, John Pilarchik. Zaraz po otwarciu sklepu zjawił się w nim Howard. Oddał dwa śmiertelne strzały i szybko wyszedł. Ulica była jeszcze spokojna. Nikt nie zwrócił uwagi na hałas.

Nikt również nie zwracał uwagi na Unruha idącego ulicą, z bronią gotową do strzału. Szedł w stronę zakładu fryzjerskiego Clarka Hoovera. Wewnątrz, na krześle, w fartuchu na szyi siedział 6 letni Orris Smith. Stojący naprzeciwko fryzjer obcinał mu włosy.

- Mam coś dla Ciebie Clarky - powiedział Unruh.

Pierwsze zginęło dziecko. Następnie fryzjer. Oniemiała matka Orrisa przyglądała się, jak dobrze ubrany młody człowiek zabija jej syna oraz fryzjera i opuszcza zakład. Gdy morderca był już na ulicy i kierował się w stronę zakładu krawieckiego, krzyk matki chłopca zakłócił poranną ciszę.

Miejscowy krawiec, Thomas Zegrino przebywał poza zakładem, lecz na zapleczu była jego żona Helga: 'Spojrzała na mnie i zaczęła mówić 'Och nie, nie' i strzeliłem do niej więcej niż raz' - zeznawał później Unruh.

Przyszła kolej na aptekę. W drzwiach Howard natknął się na Jamesa Huttona, agenta ubezpieczeniowego, który zresztą świadczył usługi również jemu. Znali się od dawna.

- Przepraszam Pana - powiedział Hutton, próbując szybko wyjść z apteki.

Unruh przemówił po raz pierwszy.

- Przepraszam Pana - zripostował.

Agent ubezpieczeniowy nie ustąpił miejsca. Stał niewzruszony. Padły strzały. Najpierw w głowę, potem w korpus. Howard później powiedział detektywom: 'Mężczyzna nie reagował zbyt szybko. Powinien był zejść mi z drogi'.

Schodami w górę, udał się do apartamentów Cohenów. Rose Cohen ukryła się w schowku gospodarczym. Unruh strzelił dwa razy w zamek i wszedł do środka. Oddał jeden strzał w jej głowę. W pokoju obok zastał 63 letnią matkę farmaceuty, podczas próby połączenia się z policją. Podszedł do niej, przyłożył pistolet do twarzy i pociągnął za spust. Cohena znalazł na dachu. Spotkał go podobny los. Śmierci uniknął 12 letni syn Cohenów Charles. Ukrywał się w drugim schowku na narzędzia.

Howard wyszedł na ulicę. W oknie jednego z domów zobaczył Thomasa Hamiltona, dwuletniego chłopca. Przeładował, wystrzelił, trafił prosto w głowę. W samochodzie stojącym na czerwonym świetle siedzieli: Helen Wilson, jej 9 letni syn i jej matka, Emma Matlack. Kobiety zginęły na miejscu. Chłopiec zmarł 8 godzin później w szpitalu. Podobny los spotkał na ulicy Alvina Daya, który przypadkowo znalazł się w tamtejszej okolicy. Rany odniosły dwie inne osoby, kierowca piekarni i spacerujący ulicą nastolatek.

W pewnym momencie Unruh sam został ranny. Frank Engel, właściciel pobliskiej tawerny, postrzelił go w udo. Howard wycofał się w dół ulicy, w kierunku restauracji Dominika Latela, gdzie oddał kilka kolejnych strzałów, kopał szyby wystawowe, jednak nie udało mu się dostać do środka. W międzyczasie, Frank Engel wspiął się po schodach na półpiętro, by mieć lepszy widok i namierzyć z broni mordercę. Strzelił i trafił po raz kolejny. Howard jednak poruszał się jakby nigdy nic. Nawet nie wiedział, że jest ranny. Engel przerwał ogień: 'Mogłem go wtedy zabić. Mogłem wypróżnić pół magazynku. Nie wiem czemu tego nie zrobiłem' - mówił później dziennikarzom.

Po 10 minutach ulica opustoszała. Pozostali przy życiu sklepikarze zabarykadowali drzwi. Unruh próbował dostać się do sklepu spożywczego, naprzeciwko apteki. Bez rezultatu, drzwi były zamknięte. Earl Homer, sprzedawca, który wcześniej stracił łaski u Howarda, ukrywał się wewnątrz wraz z klientami. Padło kilka strzałów do wnętrza sklepu, lecz nikt nie został ranny. Unruh wycofał się w kierunku swojego domu. Po drodze odnalazł otwarte drzwi. Mieszkanie należało do Madeline Harrie. W kuchni odnalazł gospodynię i jej 16 letniego syna. Oboje zastrzelił.

Wybiła 9.30. Wokół słychać było policyjne syreny. Howard nie miał amunicji, udał się więc do swojego domu. Gdy policja była na ulicy z domu wyszedł Charlie Cohen krzycząc: 'On chce mnie zabić. On zabije nas wszystkich!'. Otwarto ogień w kierunku mieszkania Howarda. Ten, jakimś cudem uniknął zranienia. W międzyczasie, lokalny dziennikarz Philip Buxton, zadzwonił do domu Unruha:

- Czy to Howard?

- Tak, z tej strony Howard, ale o jakie nazwisko chodzi?

- Unruh.

- Kim jesteś i czego chcesz?

- Jestem przyjacielem i chcę wiedzieć, co oni Ci robią?

- Więc, jeszcze nic mi nie zrobili, ale ja im zrobiłem wiele.

- Ilu zabiłeś?

- Jeszcze nie wiem, nie liczyłem, ale wygląda to na dobry wynik.

- Czemu zabijasz ludzi?

- Nie wiem. Nie potrafię teraz odpowiedzieć. Jestem zbyt zajęty.

W tym momencie do pokoju wpadły puszki z gazem łzawiącym. Howard krzyknął: 'OK. Poddaję się. Schodzę na dół. Nie strzelajcie'. Chwilę później nastąpiło aresztowanie".

Dwanaście osób zabitych na miejscu, cztery ranne, z których jedna zmarła później na skutek odniesionych ran. Taki jest tragiczny bilans 13 minut. Wielu innych ocalił brak celności sprawcy. Gdyby trafił każdego do kogo strzelał, odebrałby życie 26 ludziom.

Ze względu na to, że był ranny, Unruh trafił do miejscowego szpitala. Kuli nie udało się usunąć, jednak nie zagrażała jego życiu. Tam też, wstępnie, badało go dwóch psychiatrów, H.E. Yaskin i James Ryan. Wiadomo było wtedy, że Howard nigdy nie pił i nie nadużywał innych środków psychoaktywnych, nie był też nigdy leczony psychiatrycznie. Jedynym zaburzeniem na jakie cierpiał był homoseksualizm, wtedy uznawany za chorobę. Według rocznika statystycznego The Woodrow Wilson High School z 1939 roku, był on nieśmiały, a jego ambicje wskazywały na to, że stanie się pracownikiem rządowym. Nie istniała żadna ocena intelektu, a poziom trzeźwości umysłowej określono jako średni.

Lekarze zauważyli jednak objawy choroby psychicznej. Pacjent wymagał dalszej obserwacji. Ze szpitala Coopera przewieziono go do kliniki psychiatrycznej w New Jersey. Po obserwacji, stwierdzono u Howarda demencję praecox mieszanego typu, z wyraźnym zabarwieniem katatonicznym i paranoidalnym. W sądzie uznano go za niepoczytalnego.

Opisana diagnoza w gruncie rzeczy nic nie oznacza. Obecnie, owa jednostka chorobowa już nie istnieje. Również wtedy, gdy ją stwierdzono u Unruha, stanowiła jedynie potwierdzenie choroby psychicznej, lecz w żaden sposób nie określała jej rodzaju. Ówczesny rozwój psychiatrii na to nie pozwalał. Pozwalała na to jedynie psychoanaliza, która nie stanowiła (również obecnie) standardowej części wykształcenia lekarzy czy psychologów. Pojawiały się zatem trudności diagnostyczne, lecz możliwe było, czego dokonano, odróżnienie normy psychicznej od patologii.

Z dzisiejszej perspektywy wydaje się, że chorobą na którą cierpiał Unruh była schizofrenia. Nie jest to jednak do końca pewne. Niektóre głębokie zaburzenia osobowości, takie jak borderline czy narcystyczne, cechuje podobne odrealnienie, mieszanie się rzeczywistości z fantazjami itd., jakie cechowało Howarda. W schizofrenii ponadto, istnieje cała gama objawów negatywnych, które jak się wydaje są dla niej bardziej charakterystyczne niż objawy wytwórcze - urojenia i omamy, występujące w bardzo wielu innych zaburzeniach psychicznych, stanach intoksykacji substancja-mi psychoaktywnymi, czy w chorobach neurologicznych. Objawy negatywne nie występowały u Unruha, a o katatonicznych w ogóle nie może być mowy - była to najzwyczajniej błędna diagnoza. Ponadto był on zbyt koherentny i stabilny, co oznacza, że z jednej strony, stale przejawiał ten sam stan umysłu (w schizofrenii następują znaczne wahania), a z drugiej, że cechujące go "odrealnienie" częściowo odnajdywało uzasadnienie w traktowaniu go przez innych. Całokształt wskazuje na to, że Howard cierpiał raczej na patologię osobowości, niż psychozę. Psychiatria nie była wtedy gotowa na stawianie podobnych diagnoz, ale nawet dzisiaj, każdy lekarz jest w większym stopniu skłonny stwierdzić chorobę, niż zaburzenie osobowości, bo tylko tę pierwszą leczy się farmakologicznie. Jakkolwiek by nie było, Howard Unruh nie był osobą w pełni poczytalną. Motywacja jego czynu, w większym stopniu uwarunkowana była splotem wewnętrznych wyobrażeń i zniekształconej interpretacji rzeczywistości, niż jej realnym odbiciem.

 

 

Charles Joseph Whitman

Austin. 1966. USA: 16 ofiar śmiertelnych. 31 rannych

Charles urodził się 24 czerwca 1941 roku, w Lake Worth na Florydzie. Poród był prawidłowy i o czasie. W dzieciństwie nie cierpiał na żadne choroby przewlekłe. Wychowywał się w pełnej, dobrze sytuowanej rodzinie. Ojciec był hydraulikiem z zacięciem do prowadzenia biznesu, matka gospodynią domową. Miał dwóch młodszych braci.

W szkole był aktywny w sporcie (baseball). Uczęszczał przez 5 lat na lekcje gry na fortepianie. Lubił się bawić, jak każde dziecko w jego wieku. Wiązano z nim nadzieje, bowiem gdy miał 6 lat, podczas badania rozwoju intelektualnego, otrzymał wysoki wynik 139 IQ.

W wieku 12 lat został skautem. Dwa lata później, powoli wycofywał się z obowiązków ministranta. Wszedł na drogę dojrzewania. Zaczęły interesować go dziewczęta, motory i polowania, na które dość wcześnie zaczął go zabierać ojciec. W wieku 16 lat, jadąc na Harleyu, uległ wypadkowi. Nie odniósł poważnych obrażeń głowy. Nie stracił przytomności. Rok później ujawniły się konsekwencje wypadku. W lewym jądrze powstał skrzep. Usunięto go operacyjnie.

Generalnie, wszystko wyglądało pięknie. Na zewnątrz. W domu już nie było sielankowo. Ojciec był despotą i tyranem. Od wczesnego dzieciństwa wszystkich chłopców poddawał surowej dyscyplinie. Nie znosił u nich żadnej słabości. Podobnie traktował żonę: "Często biłem żonę... ale kochałem ją...". Chłopcy nie mieli więc lekko. Często okładani byli pasem i pięściami. Przy tym wszystkim jednak, zarówno ojciec jak i matka, starali się zaspokajać potrzeby dzieci. Na swój sposób, ale jednak. Charles i bracia często byli przez nich obrzucani prezentami. W tym względzie, byli wręcz rozpieszczani.

W 1959 roku, przed swoimi 18 urodzinami, Charles przyszedł do domu pijany. Ojciec ciężko go pobił i wrzucił do basenu, niemalże topiąc. Charles nie wytrzymał. Gdy doszedł do siebie po pobiciu, zaciągnął się do marynarki wojennej. 6 lipca 1959 roku opuścił dom rodzinny i udał się do Guantanamo na Kubie. Tam odbywał pierwszą część szkolenia.

Na służbie, idealnie sprawdzał się we wszystkim. Był sumienny, pracowity i posłuszny. Dużo czasu poświęcał na naukę, przygotowując się do egzaminów. Zdobył 3 odznaczenia: Goud Conduct Medal, Marine Corps Expeditionary Medal i odznakę Sharpshootera. Wyspecjalizował się w szybkim ogniu do ruchomych celów. W testach strzeleckich zdobył 215 na 250 punktów. Jego były dowódca, kapitan Joseph Stanton, wspominał: "Charles był dobrym marynarzem. Byłem pod jego wrażeniem. Byłem pewny, że będzie dobrym obywatelem".

Dla Whitmana ważne było, by sprawdzić się na każdej linii, by być najlepszym. Po latach upokorzeń, niedoceniania, wyśmiewania przez ojca, miało to dla niego szczególne znaczenie. Chciał być kimś wartościowym. Wykorzystywał ku temu każdą szansę, jaką dawała mu służba. Przystąpił do konkursu stypendialnego marynarki, który miał wytypować zdolnych żołnierzy i skierować ich na studia inżynieryjne. Charlesowi się powiodło. Zdobył stypendium. Przyszłość rysowała się kolorowo. Miał wybrać szkołę wyższą szkolącą inżynierów, a po jej ukończeniu kontynuować naukę na studiach oficerskich. Za wszystko płacił rząd. Ponadto, otrzymywać miał stypendium w wysokości 250 dolarów miesięcznie. Wybór padł na Uniwersytet Teksański w Austin.

15 września 1961 roku, Charles rozpoczął naukę i jednocześnie, prawie natychmiast wpadł w łańcuch kłopotów. Zatrzymała go policja, za kłusownictwo na jelenie. Nieco później, za długi hazardowe, zdobył sobie wrogów w półświatku. Ponadto kiepsko się uczył. Stawiało to pod znakiem zapytania jego dalszą karierę. W końcu stało się. Za kłopoty z prawem stracił stypendium. Jakkolwiek nastąpiło w tamtym czasie również coś pozytywnego. Na uczelni Charles poznał Kathy Leissner, swoją przyszłą żonę. Pobrali się w 1962 roku.

Utrata stypendium nie była jednoznaczna z wydaleniem z wojska. Whitman wrócił do czynnej służby. Stacjonował w Lejeune, w północnej Karolinie. Kathy kontynuowała studia w Teksasie. W 1963 roku, Charles miał ponownie kłopoty natury prawnej. Został oddany pod sąd wojskowy, za: uprawianie hazardu, lichwiarstwa, groźby karalne kierowane ku jednemu z marynarzy oraz posiadanie prywatnej broni. Skazano go na 30 dni więzienia i 90 dni ciężkich robót. Ponadto, został zdegradowany ze stopnia kaprala, na szeregowca. Whitman już nie chciał być żołnierzem. W grudniu 1964 roku zakończył służbę w armii.

Wrócił do Austin z poważnymi planami odbudowania swojego życia. Ponownie rozpoczął studia. Zrezygnował jednak z kierunku budowy maszyn, na rzecz inżynierii architektonicznej. Nie pozwalał sobie na "szaleństwa", jak poprzednio. Podjął pracę w charakterze księgowego. Następnie zamienił ją na lepiej płatną, kasjera w banku. W wolnych chwilach służył w harcerstwie.

Powodem frustracji Charlesa był fakt, że Kathy zarabia więcej, jako nauczycielka. Ponadto ciągle był obsypywany prezentami przez ojca. Fakty te, z jednej strony stale mu uświadamiały, że nie jest samodzielnym, niezależnym mężczyzną a z drugiej, w przypadku ojca, przywracały tylko urazowe wspomnienia. Ponadto, miał nadwagę, którą uznawał za znak słabości. Przy tym wszystkim posiadał jakąś cechę, która nie pozwalała mu nic zmienić. Był to jakby, "brak samodyscypliny" (oczywiście, był to tylko ułamek problemu). W dzieciństwie i wczesnej młodości, to ojciec ją narzucał.

W wojsku również istniała dyscyplina, wobec której musiał się podporządkować. Zawsze jednak, była ona narzucona z zewnątrz. Charles nie potrafił narzucić jej sam sobie, co niewątpliwie było wpływem dyktatury ojca. Nigdy jej w sobie nie rozwinął. Co więcej, wewnętrznie brzydził się nią, bo była przecież częścią przykrych wspomnień z dzieciństwa.

Wydaje się, że to właśnie dlatego, gdy brakowało zewnętrznej dyscypliny, Charles popadał w kłopoty. Obecnie, wobec postanowień jakie podjął, musiał się zdyscyplinować. Musiał robić coś, czego nienawidził przez całe swoje życie i czego w rzeczywistości nie umiał. Sprawiało mu to wiele trudności. Budziło wiele nieuświadomionych, negatywnych uczuć. Nosił w sobie coraz więcej nierozładowanych emocji. Tłumił coraz większa dawkę złości.

Kathy zauważała zmiany w mężu i nakłaniała go do wizyty u specjalisty. W tym samym czasie, rodzice Charlesa rozchodzili się w nieprzyjemnej atmosferze. To dodatkowo pogorszyło jego stan psychiczny. Postanowił posłuchać żony. Znajomy lekarz z uniwersytetu przepisał mu valium i skierował do miejscowego ośrodka zdrowia. Przyjął go psychiatra Maurice Dean Heatly. Charles nie miał problemu ze zwierzaniem się lekarzowi. Opowiadał szczerze o wszystkim tym, co miało dla niego znaczenie. Skupiał się na braku osiągnięć i nienawiści do ojca. Po tragicznych wydarzeniach, udostępniono kartę pacjenta władzom. Poniżej znajduje się notatka lekarza ze spotkania (fragment):

"To jest nowy student, skierowany z dołu, przez jednego z praktyków. Ten masywny, muskularny młodzieniec wygląda na przesączonego wrogością. Rozpoczął godzinę sesji od tego, że coś się z nim stało i czuje się, jakby nie był sobą... odczuwał stale obezwładniające uczucia wrogości, które budziły się przy minimalnej, zewnętrznej prowokacji. Przy tym wszystkim, puszczał wodze wyobraźni: 'Myślę o tym, by wejść na wieżę ze strzelbą na jelenie i zacząć strzelać do ludzi' ".

Jak widać, Charles już wtedy myślał o tym, co stało się później.

Była wiosna 1966 roku. Charlie asystował w badaniach prowadzonych przy użyciu pochodnej amfetaminy, pod nazwą Dexedrine. Innymi słowy był królikiem doświadczalnym. Brał określone dawki leku, co zupełnie go rozregulowało. Miał trudności ze snem, był bardzo przemęczony. Coraz gorzej wykonywał swoje obowiązki. Coraz częściej wątpił w siebie. Do tego wszystkiego, jak już wiadomo z notatki, dochodziło stale "napastowanie" go przez ojca, który starał się wymusić na nim pomoc w tym, by przekonał matkę do powrotu na Florydę. Zbliżało się stadium wyczerpania. Whitman zaczął coraz częściej myśleć o morderstwie.

Pierwsze, konkretne działania w tym kierunku podjął 31 lipca. Rankiem tego dnia kupił nóż myśliwski i lornetkę. Następnie odebrał żonę z pracy (Kathy dorabiała sobie w firmie telekomunikacyjnej). Poszli razem na film. Później dołączyli do Margaret Whitman na późny lunch, w barze samoobsługowym, w którym pracowała. Po lunchu, wpadli do przyjaciół Johna i Frana Morganów. Ci zauważyli wtedy niezwykły spokój Charlesa. O godzinie 18:00, Kathy wróciła do pracy na kolejny, krótki dyżur. Charlie pojechał do domu. O 18:45 zaczął pisać list pożegnalny (całość):

'Nie do końca rozumiem, co skłania mnie do napisania tego listu. Może to, by pozostało jakieś wyjaśnienie dla działań, które aktualnie przygotowuję. Naprawdę nie rozumiem samego siebie w ostatnich dniach. Rzekomo jestem rozsądnym i inteligentnym, młodym człowiekiem. Jakkolwiek, ostatnio (nie pamiętam kiedy to się zaczęło) jestem ofiarą wielu niezwykłych i irracjonalnych myśli. Myśli te natrętnie powracają, a koncentracja na bieżących, właściwych zadaniach, wymaga ogromnej siły woli. W marcu, gdy moi rodzice rozeszli się, przeżyłem bardzo silny stres. Skonsultowałem się z dr Cochrumem, w uniwersyteckim centrum medycznym i poprosiłem go o rekomendację kogoś, z kim mógłbym skonsultować swoje zaburzenia psychiczne, które mam, które czuję. Rozmawiałem z tym lekarzem raz, blisko dwie godziny i próbowałem podzielić się z nim moim strachem, związanym z przytłaczającymi wrogimi impulsami, które czułem. Po jednej sesji, nigdy więcej nie zobaczyłem się z lekarzem i od tamtej pory, samotnie walczyłem z moim psychicznym pomieszaniem. Moje wysiłki nic mnie dały. Mam nadzieję, że po mojej śmierci, autopsja wykaże czy istniała we mnie jakaś wyraźna, fizyczna przypadłość. Miewałem ostatnio straszliwe bóle głowy i zjadłem przez to, w ostatnich trzech miesiącach, dwa duże opakowania Excedriny.

Wiele myślałem, zanim zdecydowałem się zabić moją żonę Kathy, dzisiejszej nocy po tym, jak przywiozę ją Z pracy w firmie telefonicznej. Z całego serca ją kocham. Była dla mnie tak dobrą żoną, jaką każdy mężczyzna chciałby mieć. Nie potrafię racjonalnie i dokładnie podać żadnej przyczyny, dla której to robię. Nie wiem czy to jest bezinteresowne, może nie chcę by musiała stanąć twarzą wobec tego, co planuję. To by ją z pewnością zakłopotało. Właśnie teraz, myśli, wskazują mi na to, że tak może być. Nie uważam, żeby ten świat wart był tego, by na nim żyć i jestem gotowy na śmierć. Nie chcę zostawić jej, by cierpiała na nim samotnie. Zamierzam zabić ją tak bezboleśnie, jak to tylko możliwe.

Te same powody prowokują mnie do odebrania życia mojej matce. Nie sądzę, by ta biedna kobieta, kiedykolwiek cieszyła się życiem, tak jakby chciała. Była tylko prostą, młodą dziewczyną która poślubiła zaborczego i dominującego mężczyznę. Całe moje chłopięce życie, do czasu aż nie uciekłem z domu, by wstąpić do marynarki...".

Pisanie na maszynie zostało przerwane przez wizytę Larry'ego i Eileen Fuess, pary, z którą Charlie i Kathy byli zaprzyjaźnieni. Fuess zauważył, że Charlie był niezwykle spokojny i szczęśliwy. Gawędzili przez chwilę. Charlie mówił bardzo czule o żonie.

Niebawem, powtórnie pojechał po Kathy. Dyżur skończyła o 21:30. Do domu dojechali 15 minut później. Kathy przez chwilę gawędziła przez telefon. Potem Charlie zadzwonił do matki i spytał, czy mogą ją odwiedzić i odpocząć w klimatyzacji. Kathy nie poszła, położyła się we własnym łóżku. Charles, około północy, pojechał sam.

Margaret Whitman przywitała go w holu. Tam też, została zaatakowana. Przyczyną śmierci było zadzierzgnięcie. Narzędziem zbrodni prawdopodobnie gumowa rurka. Gdy już nie oddychała, otrzymała jeszcze cios nożem myśliwskim w pierś. Whitman ponownie usiadł za biurkiem, by napisać kolejny list (całość):

"Do wszystkich, których to dotyczy.

Właśnie odebrałem mojej matce życie. Jestem przez to rozstrojony. Jakkolwiek czuję, że jeśli istnieje niebo, ona się tam teraz znajduje. A jeśli nie ma życia po śmierci, uwolniłem ją chociaż od cierpienia na ziemi.

Intensywna nienawiść, jaką czuję do ojca, jest nie do opisania. Moja matka, oddała mu 25 najlepszych lat swojego życia, a że miała w końcu dość jego bicia, poniżania i zwyrodnień, i cierpienia, jestem pewien, o czym wiedziała ona i on, odeszła od niego. Każdy by się załamał tym, jak ją traktował. Za swoje poświęcenie otrzymywała w zamian tylko utrzymanie.

Jest mi naprawdę przykro, że to jedyna droga. Mógłbym jej pozwolić przeżywać to wszystko na nowo, ale to rozwiązanie jest chyba lepsze.

Niech nie będzie żadnych wątpliwości w waszych głowach. Kochałem tę kobietę całym sercem.

Jeśli istnieje Bóg, to zrozumie co zrobiłem i sprawiedliwie osądzi".

Ciało matki umieścił na łóżku i przykrył narzutami. Napisał wtedy krótką notatkę dla gospodarza domu i wsadził ją do drzwi wejściowych: "Roy, nie muszę być dzisiaj w pracy, a byłam na nogach do późna ubiegłej nocy. Chciałabym troszkę odpocząć. Proszę, nie przeszkadzaj mi. Dziękuję. Pani Whitman". Dom opuścił około 1:30 w nocy i wrócił do siebie.

Kathy spała gdy wrócił. Charles ściągnąć z niej kołdrę i zadał 5 ciosów nożem w klatkę piersiową. Bez pośpiechu, znów zasiadł za biurkiem i napisał kolejne słowa. Pisał długopisem pod poprzednio napisanym na maszynie tekstem (autor niniejszej książki zdecydował się go nie tłumaczyć, ze względu na ewentualne błędy translacyjne, bowiem tekst jest bardzo niewyraźny).

Napisał również kilka innych notatek, do braci i jedną do ojca. Potem przeglądał swoje pamiętniki ze zdjęciami aż w końcu, w środku nocy, zaczął przygotowywać się do realizacji finalnego planu. Do starej torby marynarskiej zapakował: prowiant, radio, notatnik i pióro, kompas, siekierę i młotek, dwa noże, latarkę, baterię i wiele innych rzeczy, zabieranych zwykle na długą wyprawę. Ponadto spakował broń palną: karabin Remington (kaliber 35), karabin Remington z teleskopem snajperskim, rewolwer 357 Magnum Smith & Wesson, pistolet Luger (9 mm) i pistolet Galesi - Brescia. Podobnie jak w przypadku matki (by jej zbyt wcześnie nie odkryto) zadzwonił do szkoły Kathy i powiedział, że z powodu choroby żona nie przyjdzie do pracy. Z domy wyszedł około 5:45.

Około 7:15 wynajął małą, dwukołową przyczepę. W sklepie z bronią kupił dodatkową amunicję oraz: karabinek Ml i dubeltówkę. Kolejne godziny spędził na zakupach, uzupełniając zapasy. Do domu wrócił około 10:30. Tym razem zadzwonił do pracodawcy matki z tym samym wyjaśnieniem, które wykorzystał względem dyrektora Kathy. Mniej więcej o 11:00 nałożył na ubranie niebieski kombinezon roboczy, załadował przyczepę sprzętem i udał się w kierunku miasteczka uniwersyteckiego.

O 11:30 był na miejscu. Jack'owi Rodman, strażnikowi w punkcie kontrolnym powiedział, że ma do rozładowania sprzęt i potrzebuje zezwolenia. Rodman wydał czterdziestominutową przepustkę. O 11:35 Charlie zaparkował samochód pod wieżą. Wpakował sprzęt do windy i pojechał na 27 piętro.

Edna Townsley była recepcjonistką na 28 piętrze. Charlie uderzył ją w tył głowy, prawdopodobnie rękojeścią jednego z karabinów. Uderzył ją znów, gdy upadła. Ciało przeciągnął przez pokój i schował za kanapę. Edna nadal żyła. Umarła kilka godzin później.

Tymczasem, turyści M.J. i Mary Gabour i ich dwaj synowie oraz William i Marguerite Lamport, dochodzili schodami do 27 piętra. Na górze odkryli zabarykadowane biurkiem drzwi. Mark i Mike Gabour odepchnęli biurko. Charlie błyskawicznie ruszył w ich kierunku. Strzelał z dubeltówki. Jeden z chłopców, Mark, zginął na miejscu. Podobnie jak Marguerite Lamport. Mary Gabour i jej drugi syn Mike, zostali ciężko ranni. Zmarli później. Williamowi Lamport i M.J. Gabour udało się uniknąć kul. Pobiegli po pomoc. W wieży rozległ się alarm.

W punkcie obserwacyjnym wieży, Charlie rozpakował zapasy i broń. Drzwi zabarykadował przyczepą. Zaraz potem zaczął strzelać. Pierwsza zginęła 18 letnia Claire Wilson. Dziewczyna była zaawansowanej ciąży. Kolejną ofiarą był idący obok ojciec dziecka, Thomas Eckman. Przechodzący w pobliżu fizyk, dr Robert Hamilton Boyer, zginął sekundę później. Whitman zwrócił karabin w kierunku centrum rachunkowego.

Kursant korpusu pokoju, Thomas Ashton, został postrzelony w klatkę piersiową. Zmarł później w szpitalu Brackenridge. Kilka innych osób leżało rannych na ulicy. Zawiadomiono policję o tym, że ktoś strzela do ludzi z wieży. Przybyli około południa. Po krótkim rozpoznaniu sytuacji zabezpieczyli wyjścia i wyłączyli windę. Na 27 piętrze, ciężko ranna Mary Gabour i Mike otrzymali pomoc. Początkowo podejrzewano, że na szczycie jest kilku strzelców.

Charles zwrócił się ku zachodowi, w stronę ulicy Guadalupe. Alex Hemandez, goniec jadący na rowerze, upadł na ulicę. Siedemnastoletnią Karen Griffin spotkał ten sam los. Zmarła tydzień później. Karen chciał pomóc Thomas Karr, nie przewidując co się właściwie dzieje, ruszył ku leżącej dziewczynie. Otrzymał postrzał w plecy. Zmarł godzinę później. Ludzie zbiegli z ulicy i pochowali się wewnątrz sklepów. Whitman szukał nowych celów.

Pod południowym posągiem wieży stała grupka policjantów. Jeden z nich, Billy Speed otrzymał śmiertelny postrzał w klatkę piersiową. Harry Walchuk, trzydziestoośmioletni doktorant opuszczał kiosk z gazetami, kiedy kula przebiła jego klatkę piersiową. Zmarł na miejscu. W pobliżu, uczniowie szkoły średniej: Paul Sonntag, Claudia Rutt i Clara Sue Wheeler, na odgłos strzałów ukryli się za murkiem. Paul wyjrzał zza ukrycia, by zobaczyć co się dzieje. Whitman trafił go prosto w usta. Kolejny strzał dosięgnął Claudię Rutt. Dziewczyna zmarła później w szpitalu Brackenridge.

W miasteczku uniwersyteckim wszyscy już wiedzieli, co się dzieje. Policja rozstawiła strzelców, którzy próbowali trafić Whitmana, gdy ten wychylał się zza balustrady. Wielu cywilów zrobiło to samo, co policja. W Teksasie prawie każdy miał broń. Można by powiedzieć - "prawdziwy dziki zachód", ale właśnie dzięki temu, Whitman miał utrudnione zadanie. Niestety, udało mu się zabrać życie jeszcze jednej osobie.

Ponad 500 jardów na południe od wieży, zebrała się grupka reporterów i pieszych. Dla bezpieczeństwa wszyscy byli schowani za samochodami. Wydawało się jednak, że są poza zasięgiem strzałów. Tak pomyślał Roy Dell Schmidt, zanim nie opuścił kryjówki. Otrzymał strzał w brzuch, 10 minut później już nie żył.

Policja przez cały czas próbowała sforsować drzwi na taras widokowy wieży. Udało się to posterunkowemu Martinezowi. Chwilę później policjanci zobaczyli Whitmana. Otworzyli ogień. Posterunkowy McCoy trafił Charlesa w głowę. Była godzina 13:45. Od pierwszego strzału z wieży upłynęło 96 minut. Czternaście osób poniosło śmierć. Trzydzieści jeden było rannych.

"Odnaleziony guz mózgu w okolicy podwzgórza, jeszcze dokładniej, ciała migdałowatego, nie wyjaśnia i nie tłumaczy aktu dokonanego przez Whitmana". Mniej więcej, w skrócie, takie stwierdzenie znalazło się w przygotowanym dla Gubernatora Teksasu, raporcie medycznym. Inna hipoteza o tym, że jego stabilność emocjonalna została naruszona w dużej mierze przez branie udziału w badaniach doświadczalnych i zażywanie mieszanki amfetaminy i barbituranów (Dexedrine), również została odrzucona. Raport patologów nie potwierdził, by we krwi denata znajdowała się jakakolwiek substancja farmakologiczna, nie wyłączając zwykłych leków przeciwbólowych, psychotropowych itd. Wiadomo jednak, że Charles je brał. W medycynie wiadomo również, że nawet jak lek jest już nieobecny we krwi, to jego obecność w mózgu nadal ma miejsce. Niektóre leki psychotropowe rozkładają się w nim nawet rok. To daje do myślenia.

Pozostała więc na polu tylko psychologia. Raport określał stan emocjonalny Charlesa sprzed zamachu i jego ogólną charakterystykę. Nikt nie mówił o chorobie psychicznej. Nikt nigdy nie doszukiwał się jej u Charlesa J. Whitmana.

 

 

Patrick Henry Sherrill

Edmond. 1986. USA: 14 ofiar śmiertelnych. 6 rannych

Sherrill urodził się 13 listopada, w 1941 roku w Watonga (Oklahoma). Przez innych postrzegany był jako cichy samotnik. Nigdy nie był żonaty. Nie miał bliskich przyjaciół - znajoma Patricka z młodości, prawniczka Janet Cox wyznała, że ten nigdy nie był na randce, nigdy nie uprawiał seksu z kobietą. Całe życie mieszkał z rodzicami. Sam, od czasu śmierci matki w 1978 roku. Rówieśnicy, trenerzy (grał w football), sąsiedzi, pamiętali go jako, pasywnego, dokładnego i drobiazgowego samotnika. Nie lubił się uczyć. Interesował go sport, w którym osiągał sukcesy.

Już dorosły, Patrick trafił do wojska. Służył w siłach powietrznych, jako instruktor strzelectwa i obsługi broni. Od tamtej pory fascynował się militariami. Po służbie w wojsku, pracował jako technik elektroniczny. Później był magazynierem w hospicjum onkologicznym. W kolejnym miejscu, sprzedawał sprzęt elektroniczny. Żadnej pracy nie utrzymał zbyt długo (jest to charakterystyczne dla osób o rysie dyssocjalnym, lecz niekoniecznie agresywnych). Pracę zawsze rzucał sam, na skutek konfliktu, lub bez uchwytnego powodu. Prawdopodobnie, bardzo łatwo było go dotknąć. Z pracy w sklepie z radiami zrezygnował, jak podejrzewali pracownicy dlatego, że właściciel powiedział o nim: "Ten młody człowiek".

W sąsiedztwie nie przepadano za nim: "Wszyscy go nienawidzili. Czaił się po nocach na dworze i zaglądał ludziom przez okna. Dzieciaki nadały mu ksywkę 'Zwariowany Pat'. Zły Sherrill, wielokrotnie je za to gonił" - sąsiad Gerald Cash.

W 1985 roku, Patrick otrzymał pracę na poczcie. Nie najlepiej ją wykonywał. Brał z poczty listy i popełniał wiele pomyłek w prostym wrzucaniu ich do skrzynek. Często dostarczał też odebrane z pracy przesyłki z kilkudniowym opóźnieniem. Czasem wcale. Ludzie dzwonili na pocztę. Kierownictwo ich zbywało. Patrick był w takich przypadkach proszony o wzięcie się w garść i na tym się kończyło.

Popołudniu, 19 sierpnia 1986 roku, po raz kolejny otrzymał reprymendę od dwóch przełożonych. Tym razem, jeden z nich krzyczał. Zaraz po rozmowie, zrugany Patrick, defiladowym krokiem udał się do pokoju socjalnego i wykonał telefon. Później okazało się, że dzwonił z prośbą natychmiastowego przeniesienia go do innej poczty. Nie odszedł z pracy, tak jak z poprzednich, bo był w finansowym dołku. Prawdopodobnie, pierwszy raz wystraszył się zwolnienia z pracy.

Nic więcej, nie stało się tego dnia. Sherrill jedynie zwrócił się do koleżanki z pracy, z pytaniem, czy jutro jak zwykle tu będzie. Była to jedyna osoba, która go zawsze dobrze traktowała. Odpowiedziała, że tak. Wtedy poprosił, by została w domu. Następnego dnia, Patrick przyniósł na pocztę broń: dwa rewolwery i pistolet.

14 pracowników poczty zginęło na miejscu (27-51 lat), 6 odniosło poważne rany. Przetrwali, bo udawali martwych. Kilku pracownikom udało się uciec lub ukryć. Patrick Sherrill strzelił sobie w głowę. Wszystko trwało 15-20 minut.

W jego domu policja znalazła dużo broni, cb-radio, duże ilości sprzętu elektronicznego oraz literaturę na temat militariów, elektroniki i Związku Radzieckiego.

Nie ma najmniejszych dowodów na to, że Patrick był chory psychicznie. Nie można powiedzieć, by w pracy był mobbing, chociaż Sherrill mógł to tak odbierać. Mógł się czuć pokrzywdzony nie widząc winy w sobie, był bowiem niedojrzały emocjonalnie. Do niedojrzałości, można dodać rys narcystyczny i anankastyczny. Jak już wiadomo, był skrajnie wrażliwy na krytykę. Ponadto, skrupulatny, dokładny, uporządkowany. Wszystko to wskazuje na mieszane zaburzenia osobowości, jednak nie takie, które kojarzą się z agresją. W opisach wszystkich ludzi był dziwakiem, ale niegroźnym. Co więcej, bywał też opiekuńczy i serdeczny. Wskazują na to wspomnienia Janet Cox.

Na pewno miał trudności w nawiązywaniu kontaktów. Jakkolwiek, nawet jeśli był ciepło przyjmowany przez kogoś, nie narzucał się tej osobie. Nie wykorzystywał jej emocjonalnie - tego, że go nie odrzuciła. Niczego od innych nie wymagał. Miał tylko swoje, można powiedzieć, kompulsywne przyzwyczajenia. Wszystko to wskazuje na fakt, że poza wykluczoną psychozą, nie można go również podejrzewać o dyssocjalne zaburzenia osobowości. Patrick nie był psychopatą. Nie cierpiał ponadto na żadne organiczne choroby mózgu. Podczas autopsji, nie odnaleziono również w jego ciele śladów alkoholu czy narkotyków.

Wspominana już prawniczka Janet była mu znana od dziecka. Zajmowała się sprawą spadku, gdy zmarła matka. Patrick odwiedzał ją potem, od czasu do czasu, w biurze. Mówił, że przyszedł zobaczyć jak się miewa:

"To była relacja, jak między bratem a siostrą - nawet nie taka. Gdy zaczęłam studiować prawo powiedział, że jest ze mnie dumny. Gdy przychodził, mówił zawsze, że wpadł by sprawdzić, czy wszystko u mnie w porządku... Zawsze wchodził z szerokim uśmiechem, by dodać mi otuchy. Nigdy nie mówił o przyjaciołach i miałam wrażenie, że jest ekstremalnie samotny. Wielokrotnie miałam do czynienia z młodocianymi i on miał takie samo spojrzenie. Ten jego rodzaj, który widziałam u samotnych, opuszczonych przez rodziców dzieci".

 

 

Cho Seung-hui

Blacksburg. 2007. USA: 32 ofiary śmiertelne. 17 rannych

Cho urodził się 18 stycznia 1984 roku, w Seulu. Miał starszą o 3 lata siostrę. Jego ojciec prowadził własną księgarnię. Zajęcie to nie zapewniało dostatku rodzinie. Byli biedni. Mieszkali w wynajmowanym, podpiwniczonym mieszkaniu. W 1992 roku, rodzina wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych. Początkowo tułali się w kilku miastach, w końcu trafili do Centerville, okolicy zamieszkanej przez największą liczbę emigrantów z Korei. Nie było im łatwo. Ciężko pracowali w otwartej na własny rachunek pralni, by zapewnić sobie byt, a synowi dobre wykształcenie.

Cho miał zaledwie 8 lat, gdy znalazł się w Stanach Zjednoczonych. Jednakże już wcześniej, zgodnie z doniesieniami krewnych z Korei, przejawiał zaburzenia psychiczne. Już gdy miał 3 latka odnotowano, że nie lubi być dotykany. Opiekująca się nim ciotka, stwierdziła: "Był ładnym chłopcem, ale zupełnie nie mówił. Kiedy go dotykałam, tylko na mnie patrzył i nie mówił ani słowa. Myślałam, że jest autystyczny". Ten stan bardzo niepokoił jego matkę. Chłopiec był już duży i powinien się przełamać. On jednak stale milczał. Nie był towarzyski, nie bawił się z innymi dziećmi. Twierdzono, że jest ekstremalnie nieśmiały. Jakkolwiek dobrze się zachowywał i wypełniał polecenia, które dobrze rozumiał. Nie podejrzewano go zatem o upośledzenie umysłowe (później zweryfikowano, iż ma iloraz inteligencji powyżej przeciętnej). Tym bardziej, że już w Stanach, w szkole podstawowej, otrzymywał dobre oceny z matematyki i języka angielskiego. Chociaż nadal był niekomunikatywny, to przez osiągnięcia szkolne, nauczycielka stawiała go jako przykład dla innych dzieci. Był to jedyny okres w jego życiu, w którym był nie tylko akceptowany przez rówieśników, ale też popularny. Aczkolwiek istnieją dane mówiące o tym, że bardzo nie lubił szkoły i przeżywał w niej silny stres. Każdego dnia, po powrocie do domu płakał i nie chciał już nigdy do niej wracać.

Do specjalisty Cho pierwszy raz trafił dopiero w adolescencji. Stwierdzono zespół Aspergera (łagodna forma autyzmu polegająca głównie na upośledzeniu umiejętności społecznych) - jest to informacja niepotwierdzona oficjalnie. Na przestrzeni kolejnych lat, diagnozowano dodatkowo: mutyzm wybiórczy (zaburzenie związane z trudnościami w komunikacji lub nie podejmowaniu jej - przy prawidłowej budowie aparatu mowy i normie intelektualnej), lęk społeczny oraz epizod ciężkiej depresji. Od tamtej pory, przez kolejny rok, Cho był leczony farmakologicznie (pobierał paroxetine). Poddany został również terapii mowy i terapii sztuką.

W gimnazjum i szkole średniej trudności w komunikacji nie przemijały. Tam, w przeciwieństwie do wczesnego etapu edukacji, Cho doświadczał jeszcze większego stresu. Bywał wyśmiewany przez rówieśników. Podlegał z ich strony bullyingowi. Nauczyciele nie znajdywali cierpliwości dla jego milczenia. Zdarzało się, że groźbami wymuszali by odpowiedział na lekcji, by coś przeczytał. Niewątpliwie, szkoła w ten sposób stała się dla Cho miejscem udręki. Jeśli można by doszukiwać się przyczyn stanowiących o obiekcie ataku, jakim stała się uczelnia, to częściowo, jego dawne doświadczenia mogą je naświetlać. Jest tak tym bardziej, że już w szkole średniej, Cho napisał listę osób, które chciał zabić. Było to na 5 lat przed masowym morderstwem. Jedna z jego koleżanek z klasy, Carmen Blandon, widziała wtedy tę listę. Mordercze tendencje, lub przynajmniej fantazje, budziły się zatem w Cho na wiele lat przed zamachem.

Kolejnym faktem ukazującym związek urazowych doświadczeń wyniesionych ze szkoły, a obiektem ataku, jakim również była szkoła - wyższa, jest to, że pierwszymi ofiarami w dniu masowego morderstwa stały się osoby, które ukończyły to samo liceum, co Seung-hui. Być może nawet, ich obecność na uczelni wyzwoliła u niego negatywne skojarzenia i pośrednio, wzmocniła nienawiść i przygotowania do ataku.

Jego koledzy ze szkoły średniej twierdzili, że był zafascynowany pełnymi przemocy grami komputerowymi, a szczególnie jedną "Counterstrike". Nigdy nie podejmował z nikim rozmowy. Zaczepiany nie odpowiadał. Nie podejmował też kontaktu wzrokowego. Podobnie było na studiach. Cho nie tylko nie inicjował kontaktu z innymi, lecz nie reagował na próby nawiązania z nim rozmowy. Jak opisywano, po rozpoczęciu studiów osoby w grupie, w której uczestniczył przedstawiały się sobie, gdy przyszła jego kolej, nie wypowiedział ani słowa. Stąd też, opisywano go jako cichego, wyizolowanego osobnika.

Studia na Virginia Tech rozpoczął w październiku 2005 roku. Wybrał filologię angielską. Minęło półtorej roku. Zamach miał miejsce 16 kwietnia 2007 roku.

O godzinie 7:15 Cho zastrzelił w akademiku 18 letnią studentkę weterynarii Emily Hilscher (wedle niektórych mediów Emily miała być jego byłą dziewczyną; wedle innych - osobą, do której żywił obsesyjne, ale nieodwzajemnione uczucia - policja nie potwierdziła, by w ogóle się znali). Zginął również student biologii z sąsiedniego pokoju, 22 letni Ryan Clark, który przybiegł słysząc krzyki i prawdopodobnie usiłował powstrzymać sprawcę (właśnie te osoby ukończyły to samo liceum, co Seung-hui). Następnie Cho udał się na pocztę, skąd około godziny 9:00 wysłał do telewizji NBC korespondencję zawierającą 43 zdjęcia, 28 plików wideo i wielostronicowe oświadczenie, które określono później, jako: niepokojące, agresywne i niekiedy bluźniercze.

Dwie godziny po pierwszej zbrodni, skierował się na uczelnię. W budynku wydziału inżynierii Norris Hall zablokował łańcuchem drzwi i chodząc po salach wykładowych strzelał do ludzi. Zabił łącznie, wraz z dwiema pierwszymi ofiarami, 32 osoby, ranił dalszych 17. Wśród ofiar znaleźli się zarówno studenci, jak i pracownicy uczelni. Potem popełnił samobójstwo.

Istnieją doniesienia o tym, że Cho był odpowiedzialny za wysyłanie powiadomień do władz uniwersytetu o podłożonych na terenie uczelni bombach. Nadeszły 2 takie listy, pierwszy na 3 tygodnie przed zamachem. Można je potraktować jako wskazówkę premorderczą, jednak nieweryfikowalną (wysyłanie anonimowych listów nigdy nie przyczyni się do przewidywania masowego morderstwa). Być może w ten sposób Cho sprawdzał, jak reagują władze na ewentualne zagrożenie. Istnieją bowiem dowody na to, że zamach był dalece prekontemplowany. Morderca już na dwa miesiące przed nim zaczął zaopatrywać się w broń. Wewnętrznym motywom, jak się wydaje, dawał wyraz dużo wcześniej, w swoich sztukach, gromadzonych listach i filmach video, które później wysłał do stacji NBC - nie można również zapominać, że fantazjował na podobne tematy już w liceum.

Istniało wiele doniesień na temat rzekomego listu samobójczego napisanego przez sprawcę. Policja po przeszukaniu jego stancji nie odnalazła takowego i zaprzeczyła tym informacjom. Znaleziono natomiast kilkustronicową notę, która nie miała pożegnalnego charakteru, a raczej stanowiła manifest nienawiści do otoczenia - taka, jak się wydaje, była motywacja sprawcy. Nie upubliczniono jej, można jednak w tym miejscu przedstawić fragment materiałów wysłanych przez Cho do telewizji NBC, które miały z notatkami wiele wspólnego. Wyrażały ten sam stan umysłu sprawcy i jego światopogląd, który prawdopodobnie nosił w sobie na długo wcześniej, zanim rozpoczął studia (fragment):

"Zniszczyliście moje serce, pogwałciliście moją duszą i poddaliście torturom moje sumienie. Myśleliście, że życie, które postanowiliście zagasić, to tylko życie nędznego chłopaka. Dzięki wam umrę jak Chrystus, by zainspirować pokolenia ludzi słabych i bezbronnych. Wiecie jak to jest, kiedy plują wam w twarz, kiedy zapychają wam gardło chłamem? Wiecie jak to jest kopać własny grób? Wiecie jak to jest, kiedy podrzynają wam gardło od ucha do ucha? Wiecie jak to jest, kiedy torturują was za życia? Wiecie jak to jest być poniżanym i zostać przybitym do krzyża? Być pozostawionym samemu sobie, żeby wykrwawić się na śmierć, po to, by dostarczyć wam rozrywki? Nigdy nie odczuliście nawet krztyny cierpienia przez całe swoje życie. Chcieliście wtłoczyć w nasze życie tyle cierpienia, ile tylko można, tylko dlatego, że jesteście w stanie? Mieliście wszystko, czego wam było trzeba. Ale nie wystarczały wam wasze mercedesy, wasze bachory. Nie wystarczały wam wasze złote naszyjniki, wy snoby. Nie wystarczały wam wasze fundusze powiernicze. Nie wystarczała wam wasza wódka i koniak. Nie wystarczało wam całe wasze rozpasanie. To wszystko nie wystarczało wam, żeby zaspokoić wasze hedonistyczne potrzeby. Mieliście wszystko. Mieliście miliony szans i sposobów, żeby zapobiec temu, co się dziś zdarzyło. Ale postanowiliście przelać moją krew. Przyparliście mnie do muru i pozostawiliście tylko jedno wyjście. To była wasza decyzja. Teraz macie krew na rękach, której nigdy nie zdołacie zmyć. Nie musiałem tego robić. Mogłem odejść. Mogłem uciec. Ale nie, nie będę już dłużej uciekać. To nie dla mnie. To nie dla moich dzieci, moich braci, moich sióstr, które zerżnęliście. Zrobiłem to dla nich. Zrobiłem to, kiedy przyszedł odpowiedni czas. Musiałem to zrobić".

W powyższym tekście, rzuca się w oczy swoista utrata kontaktu z rzeczywistością. Prezentuje raczej wewnętrzny świat sprawcy, który na skutek niezamierzonego (Cho nie miał wpływu na zaburzenia, na które cierpiał od dzieciństwa) braku komunikacji ze światem zewnętrznym, uległ niezwykłej deformacji. Jego słowa, a tym samym stan świadomości, w nikłym stopniu odzwierciedlają interakcję z otoczeniem, w większym, niezweryfikowane przez trudności w komunikacji przekonania i uczucia. Nacechowane są one: silnym egocentryzmem, psychotyczną, wyprojektowaną nienawiścią, racjonalizacją cierpienia i w konsekwencji - nadawaniem mitycznego znaczenia planowanemu morderstwu, a także obwinianiem innych za własne decyzje i działania, zniekształceniem rzeczywistości, które wpłynęło na zawężenie percepcji i tunelowe jej spostrzeganie, ale też, swojego rodzaju, paranoidalne przekonanie o wypełnianiu misji oczyszczania świata i składaniu ofiary - własnego poświęcenia się w imię idei. Nie wydaje się, by Cho potrafił tolerować ambiwalencję wewnętrzną. Jego uczucia były zdecydowanie jednostronne. Wyraźne są tu elementy rozszczepienia. Dewaluacja otoczenia, które nie zaspokoiło jego potrzeb i oczekiwań, przyjmuje skrajnie silną, prymitywną postać. Wszystkie te czynniki zdecydowanie wskazują na psychotyczne tło masowego morderstwa, z jego wczesnodziecięcą etiologią (zaburzenia psychotyczne, w których ujawnia się rozszczepienie, fiksowane są w pierwszym roku życia dziecka).

Wobec powyższego trudno się dziwić, że sztuki pisane przez Cho wzbudzały w innych niepokój. Niosły ten sam pokład agresji i nienawiści, co cytowany powyżej list. Napisał dwie: "Mr. Brownstone" i "Richard McBeef " (obie stanowią wskazówki premordercze). Pierwsza poświęcona była nauczycielowi matematyki i trzem uczniom. Jeden z nich mówi: "Chcę go zabić", drugi potwierdza: "Chcę widzieć jak krwawi, tak samo jak my krwawimy przez niego". Drugi scenariusz poświęcony był 13 letniemu chłopcu i wykorzystującemu go seksualnie ojczymowi: "Nienawidzę go, powinienem go zabić, powinien zginąć" - wypowiadał w jednej z fraz bohater, którego ostatecznie ojczym morduje. Scenariusze te wzbudzały niepokój otoczenia. Wiele osób przerażały. Kolega Cho ze studiów, Ian MacFarlane, powiedział: "Sztuki Cho Seung-Hui były dla nas jak z koszmaru. Gdy tylko usłyszałem o strzelaninie na kampusie w Virginia Tech, w pierwszej chwili pomyślałem o moich przyjaciołach, drugą myślą było, że to pewnie był Seung Cho".

Zaniepokojeni byli również wykładowcy. Na skutek interwencji jednego z nich Cho został skierowany do psychologa. Nie była to jego pierwsza wizyta w wieku dorosłym. Wcześniej, miał kontakt ze specjalistami z zakresu zdrowia psychicznego, z powodu oskarżenia o napastowanie w 2005 roku oraz kilkakrotnie, z powodu zaburzeń depresyjnych i tendencji samobójczych. Sprawę dręczenia studentek z 2005 (napastował je emailami i telefonami) zakończono polubownie, jakkolwiek Cho trafił do psychiatry. Odnotowano spłycony afekt, stan depresyjny, brak zaburzeń myślenia oraz myśli suicydalnych. Uznano, że stanowi zagrożenie dla siebie, lecz nie dla innych (posiadał rodzinną historię suicydalną - w Korei jego wujek popełnił samobójstwo). Zalecano leczenie ambulatoryjne i Cho wrócił na uczelnię. Nie skorzystał z zalecenia. Wiadomo jednak, że na przestrzeni kilku miesięcy przed zamachem pobierał prozac. Był więc w kontakcie z jakimś psychiatrą.

W przypadku Cho pojawia się ta sama wskazówka premordercza, jaka została opisana u San Marco. Otóż dotyczy ona przeczucia osób znających mordercę, iż dokona on czegoś złego, lub przynajmniej jest do tego zdolny. Jest ona o tyle ważna, że pozwala ludziom znającym potencjalnego sprawcę zareagować znacznie wcześniej, niż ktokolwiek inny jest w stanie to zrobić. W przypadku Cho, takich wskazówek było wiele. Wbrew pozorom, często komunikował się z otoczeniem. Nie jednak poprzez rozmowę, lecz swoje listy, sztuki, filmy, emaile i telefony. Scenariusze były tutaj najsilniejszym zwiastunem potencjalnego zagrożenia. To one docierały do innych osób, były zauważane.

Uznając pisarstwo Cho za jedyny wyraz komunikacji ze światem zewnętrznym, uznać należy jego dzieła za wypowiadane przez niego "słowa". Zazwyczaj, ocena danej osoby bazuje, przykładowo, na relacji wątków agresywnych v. submisyjnych w wypowiedziach. Uległy człowiek jest werbalnie łagodny, agresywny jest napastliwy, ten który zachowuje równowagę - przeciętny. Posługując się taką analogią można stwierdzić, że Seung-hui "mówił" wyłącznie o mordowaniu i nienawiści, i nigdy nie poruszał innych tematów, nie wypowiadał innych "słów". Nie było żadnej równowagi między skrajnie agresywnymi wątkami jakie poruszał, a innymi, łagodnymi, bo te nie istniały. Określał w ten sposób swój punkt widzenia świata, swoje uczucia z nim związane i swój do niego stosunek. Wizerunek ten odzwierciedlany był w emocjach, jakie w innych budziły jego sztuki: w przerażeniu, niesmaku, strachu, niepokoju. Tak właśnie odczuwał go Cho.

W radzeniu sobie z tymi trudnymi uczuciami nie pomagały mu mechanizmy obronne. Prawdopodobnie, miała tu miejsce "rozszerzona identyfikacja projekcyjna" (neologizm autora - bowiem i.p. dotyczy jednej osoby). Cho musiał na jakimś etapie identyfikować się z innymi studentami. To, jak bardzo ich nienawidzi świadczy o tym, jak bardzo im wcześniej i później zazdrościł. Chodzi tu jednak o to, że był on w bardzo specyficznej sytuacji, która mogła wpłynąć na ujawnienie się mechanizmu, który nie zaistniałby u innej, komunikatywnej osoby. Rozszerzona identyfikacja projekcyjna Cho nie wyzwalała w otoczeniu agresji i nienawiści skierowanej na niego, z którą mógłby się później identyfikować. Nie musiała. Cho mógł odbierać otoczenie jako nienawistne przez to, że nie miał z innymi kontaktu. Nie potrafił go nawiązać. Zatem wyprojektowana na innych nienawiść, natrafiała na mutyzm i brak komunikacji z innymi. Cho natomiast, ten brak kontaktu interpretował w kategoriach nienawiści innych skierowanej na niego. W ten sposób wyrzucana na zewnątrz agresja nie tyle wracała do niego, co wraz z zaburzeniami komunikacji tworzyła tożsamy efekt, jaki miałby miejsce, gdyby inni ją wobec niego wyrażali.

Cho jest specyficznym, jeśli nie jednostkowym przypadkiem masowego mordercy, który wymyka się generalnej analizie wszystkich sprawców. Jest tak dlatego, że bardzo od nich wszystkich różnił się. Nie realizował się w najważniejszym dla rozwoju zdrowej psychiki, obszarze kontaktów międzyludzkich (od czasu wczesnej edukacji). Nie nawiązywał bliskich relacji, nie wiedział tym samym, co to jest miłość, intymność, zaufanie itd. Bezsilny obserwował ludzi, ich swobodę, radość z obcowania z innymi i musiał z tego powodu cierpieć, bo gdyby był obojętny, jego "odmienność" wpływająca na izolację, nie wzbudziłaby ostatecznie tylu negatywnych emocji, które wyprojektował na otoczenie. Zatem w przeciwieństwie do pozostałych masowych morderców, Cho nie zaspokajał prawie żadnej z najważniejszych potrzeb człowieka: seksualnej, miłości, przynależności, bliskości, przyjaźni, a bezpośredni wpływ na to miały zaburzenia komunikacji, które towarzyszyły mu na całej linii życia. Pozostałe, decydujące tu czynniki, wytworzyły się na tej bazie (to w największym stopniu różni go od innych sprawców). Stwierdzony mutyzm wybiórczy, jak się wydaje, był prawidłową diagnozą. Jego etiologia nie jest znana, jakkolwiek zazwyczaj ma psychologiczne tło. Inne wskazówki: brak kontaktu wzrokowego, brak tolerancji na dotyk, mogą tę tezę potwierdzać. Coś musiało stać się we wczesnym dzieciństwie Cho, co doprowadziło do takiego stanu rzeczy. Miał miejsce jakiś uraz psychiczny (zazwyczaj strach, przerażenie), który był tak silny, że wpłynął na utrzymywanie się zaburzenia do wieku dorosłego. Wszystkie inne czynniki kliniczne, jak lęk społeczny, depresja oraz samo masowe morderstwo, z przedstawionego tutaj punktu widzenia, wydają się być pośrednią konsekwencją tego traumatycznego przeżycia.

W autopsji wykluczono istnienie we krwi Cho Seung-hui jakichkolwiek substancji psychoaktywnych. Nie stwierdzono zaburzeń organicznych w obrębie mózgu.

 

 

Anatolii Onopriienko

Szeroki teren działania. 1989-1996. Ukraina: co najmniej 52 ofiary śmiertelne

"Dostałem od szatana pozwolenie na zabijanie bliźnich. Niczego i nikogo nie żałuję, gdyż jedynie wypełniałem misję. Zrobiłbym to jeszcze raz. Jestem najlepszym na świecie zabójcą" - Anatolij Onoprijenko.

Anatolij Onoprijenko urodził się 25 lipca 1959 roku w Żytomierzu, w przyzwoitej rodzinie. Nagła śmierć matki mocno wstrząsnęła sześciolatkiem. Jakby mało było tego nieszczęścia, ojciec postanowił oddać go do sierocińca. To odrzucenie malec odczuł tym boleśniej, że starszy brat pozostał w domu do swojej pełnoletniości. Przejawem zaburzeń w psychice Anatolija były w dzieciństwie wręcz kleptomańskie kradzieże.

Z miejscowego technikum leśnego wyrzucono go za brak postępów w nauce. Służył w wojsku w Leningradzie, jako artylerzysta, a potem wstąpił do szkoły morskiej w Odessie. Skończył ją z powodzeniem. Pływał na liniowcach - także za granicę. Wstąpił do KPZR, miał świetną opinię. Nie pił, nie palił, codziennie ćwiczył mięśnie. Żywił się głównie sokami i owocami. Później imał się od różnych zajęć, był strażakiem, handlował na targu warzywami.

W 1989 roku urodził mu się syn. Z pierwszą żoną rozstał się po trzech latach, przestał interesować się dzieckiem. Mimo to była żona wspomina go dobrze: "Był rozsądny, dobroduszny, spokojny. Nawet w czasie intymnych stosunków zachowywał się taktownie." Miłością jego życia była mieszkanka Jaworowa, Hanna Kozak. Jej dzieci nazywały Onoprijenkę tatą, obdarowywał je zabawkami należącymi do zamordowanych dzieci. W mieszkaniu kochanki został aresztowany w Wielkanoc 1996 roku.

Pierwszych dziewięciu morderstw dokonał w 1989 roku, do spółki z przyjacielem, Siergiejem Rogozinem, właścicielem Łady. Onoprijenko zaproponował mu łatwy zarobek w zamian za użyczenie auta. Nocą podjeżdżali do zaparkowanych przy drodze samochodów ze śpiącymi pasażerami. Onoprijenko skradał się do nich od strony bagażnika i z broni myśliwskiej przez szybę rozstrzeliwał ofiary. W czerwcu na peryferiach Dniepropietrowska zastrzelił kobietę i mężczyznę. W miesiąc później w obwodzie rówieńskim w ten sam sposób zamordował polskie małżeństwo z Białegostoku. W sierpniu na Zaporożu zastrzelił pięciu pasażerów wracających znad morza. Do popełniania tych zbrodni przyznał się podczas śledztwa: "Pierwszych dziewięć ofiar - to po prostu była noc. Zwykła strzelanina i wszystko. Dopiero za drugim razem przyglądałem się okrutnym scenom swego zachowania i zachowania ofiar. Patrzyłem, jak umierają. Obserwowałem, jak reagują w ostatnich chwilach życia. Zabijanie przychodziło mi z taką łatwością, jak kobiecie robienie kotletów."

W końcu sierpnia obawiając się zdemaskowania przez milicję, wspólnicy postanowili się rozstać. Podzielili się "zyskami". Onoprijenko nielegalnie przekroczył ukraińsko - polską granicę. Jakiś czas spędził w naszym kraju. Potem krążył niemal po całej Europie. Mieszkał z pewnością w Niemczech, Austrii, Francji i Grecji. Jeśli nie udawało mu się znaleźć jakiejś pracy "na czarno", potrafił przeżyć dzięki kradzieżom.

W 1993 roku zjawił się w Marsylii. Starał się o przyjęcie do Legii Cudzoziemskiej. Bez sukcesu. Wrócił do Niemiec. Stamtąd, po półrocznej odsiadce za kradzież, został w 1994 roku deportowany na Ukrainę. Trafił do szpitala psychiatrycznego w Kijowie z rozpoznaniem "schizofrenii paranoidalnej", które w czasie badań po ujęciu w 1996 roku zostało uznane za błędne. Po ucieczce ze szpitala nielegalnie przedostał się do Niemiec. Po roku znów go stamtąd deportowano.

24 października 1995 roku rozpoczęła się czarna seria zbrodni, które przyniosły mu rozgłos. Z upojeniem oglądał programy telewizyjne o swoich wyczynach. Podniecały go i skłaniały do kolejnych ataków. Działał żywiołowo. Nie planował swoich akcji. Wsiadał wieczorem do pociągu, w teczce miał obrzynek (karabin z obciętą lufą). Wysiadał na jakiejś głuchej stacji, wybierał stojący na uboczu dom. Obserwował go, po czym wdzierał się do środka, strzelał z obu luf, wybiegał na zewnątrz, by przekonać się, czy nikt nie zauważył niczego podejrzanego, po czym wracał, dobijał ofiary i zabierał rzeczy. Brał wszystko, co wpadło mu w ręce - od znoszonych butów, beretów, śledzi, margaryny, do pieniędzy i biżuterii. Część zagrabionych rzeczy rozdawał znajomym. Cieszył się opinią osoby, która potrafi podzielić się z bliźnim ostatnim groszem.

W sylwestra we wsi Bratkowicze Onoprijenko urządził w kilku domach prawdziwą rzeź. Pierwszego zastrzelił na przystanku autobusowym Michaiła Malinowskiego, który uśmiechnął się ironicznie, gdy Onoprijenko poprosił go o pieniądze. Zabrał mu torbę, w której było 2 kilo cukru i 20 główek czosnku. Ślubna obrączka nie chciała zejść z ręki zabitego, więc morderca odciął palec, ściągnął obrączkę, a palec włożył martwemu między pośladki. Po północy na skraju wsi zapalił się dom Piotra i Marii Kriczkowskich, którzy tydzień wcześniej urządzali "parapetówkę". Ogień szybko ugaszono. W domu sąsiedzi natknęli się na cztery trupy - poza właścicielami, także dwóch 19 - letnich sióstr bliźniaczek Marii, Olgii i Luizy, które przyszły w odwiedziny. Wszyscy zginęli od strzału w głowę.

Dopiero po zbrodni w Bratkowiczach prowadzący śledztwo połączyli ją z wcześniejszymi - zabójstwem staruszki w Odessie w październiku i dwoma morderstwami w powiecie Malin.

5 listopada zabił na drodze dwoje pasażerów samochodu. W Fastowie zamordował jadącą autem rodzinę - mężczyznę, kobietę i dwójkę dzieci. W nocy z 24 na 25 grudnia znowu przyjechał do Malina: "Zobaczyłem niedawno zbudowany dom. Okna nie były zasłonięte. Sprawdziłem, kto gdzie śpi. Kiedy wszyscy zasnęli wystrzeliłem najpierw w gospodarza, potem w chłopca. Kobieta błagała - Nie strzelaj! - Kazałem jej oddać pieniądze i zabiłem uderzeniem w szyję. Zabrałem złote pierścionki, kolczyki, dziecięce rzeczy."

Tydzień po zbrodni w Bratkowiczy Onoprijenko pojawił się na Zaporożu. Wymordował siedmioosobową rodzinę w Energodarze, a 17 stycznia ponownie pojawił się w Bratkowicach. Nad ranem spłonął dom obok kościoła katolickiego. Strażacy znaleźli wewnątrz pięć zwęglonych ciał rodziny Piłatów: dziadków, rodziców i sześcioletniego wnuczka. Dopiero ekspertyza wykazała, że zginęli od kul w głowę, a nie od ognia. Tego samego dnia na drodze wiodącej ze wsi na stację kolejową znaleziono zwłoki z przestrzelonymi głowami. W śledztwie morderca opowiadał: "Zobaczyłem dwoje ludzi, mężczyznę i kobietę. W zasadzie nie miałem zamiaru ich zabijać, poza tym śpieszyłem się na pociąg. Ale nogi same zaczęły biec po śniegu za nimi. Oblałem się cały potem. Patrzę kobieta, typowa kołchoźnica, co też ona mogła mieć. On też był ubrany w typowe kołchoźnicze szmaty. Naturalnie krzyczę - Pieniądze! Oni na to, że nie mają. Wówczas machinalnie wystrzeliłem."

30 stycznia Onoprijenko wymordował czteroosobową rodzinę pod Kijowem, w lutym - dwie rodziny w obwodzie żytomierskim, a zaraz potem jeszcze czteroosobową rodzinę w Busku koło Lwowa. Wśród 52 ofiar Onoprijenki było 10 dzieci. "Nie mogłem wystrzeliwać kul w bezbronne ciało dziecka. Długo szukałem wyjścia z tej sytuacji i w końcu zdecydowałem się na likwidację dzieci za pomocą noża i metalowego pręta. Zdarzało się, że po prostu je dusiłem." Tak było z niemowlęciem w Malinie - zaduszone dziadek znalazł pod łóżeczkiem. Mordując czteroosobową rodzinę Nowosad w miejscowości Busko miał problemy z uśmierceniem dziesięcioletniego dziecka: " Kiedy chłopczyk szukał pieniędzy, by w ten sposób wykupić swoje życie, wystrzeliłem do niego. Przedtem dźgałem chłopczyka śrubokrętem. Zdziwiło mnie, że nie mogę przebić śrubokrętem dziecięcego ciała, mimo że wcześniej go naostrzyłem i śrubokręt był ostry. Poza tym jestem silną osobą. Musiałem wystrzelić, lecz i to nie pomogło. Byłem zdumiony, bo chłopczyk trzymał się na nogach. Nawet pomyślałem, że chybiłem. Ale kiedy ujrzałem, że połowę czaszki miał roztrzaskaną, a mimo to nadal stał, płakał i wołał 'Tato, tato!' Oczywiście nie zląkłem się. Wystrzeliłem jeszcze raz."

Gdy nie mógł zdjąć obrączki łub pierścionka ofiary, obcinał palec. Czasem obcinał jeszcze jeden palec i tak jak w przypadku Malinowskiego wkładał go między pośladki. Z ciekawości - jak twierdził.

Ujęto go 14 kwietnia 1996 roku. W jego mieszkaniu znaleziono zrabowane przedmioty i narzędzie zbrodni. Przygotowano dla niego specjalną ławę - przypominającą raczej klatkę dla dzikich zwierząt. W czasie pierwszego posiedzenia sądu zeznał: "O swoich ofiarach nigdy nie myślałem, lecz analizowałem sytuację. Do zabójstwa odnosiłem się jak do eksperymentu, wyobrażałem siebie w roli lekarza. Interesowało mnie wszystko to, co niezwykłe na ziemi." Pamięta wszystkie ofiary, dokładnie opisuje, w co były ubrane. Pamięta wszystkie przedmioty, które ukradł. Ludzi mu nie żal, ale zwierząt tak. W 1994 roku podpalił stajnię kołchozową: "Kocham konie, tak mi ciężko uświadomić sobie, że one zaczadziały w ogniu."

W czasie śledztwa popisywał się cytowaniem Hegla, Nietzschego i Schopenhauera. Często odwoływał się do mistycznych symboli. Sprawiało mu wyraźną satysfakcję, że jest atrakcją dla dziennikarzy. Roztaczał przed nimi różne teorie: "Spójrzcie na mapę. Miejsca, w których zabijałem, tworzą na mapie znak krzyża. Albo teoria liczb. Na Ukrainie, gdy człowiek umiera, urządza się panichidę w 9 albo 40 dniu po śmierci. Zabijałem najpierw dziewięć osób, potem czterdzieści. Miałem zabić jeszcze trzysta''.

Biegli z zakresu psychiatrii i psychologii orzekli, że Onoprijenko nie cierpi na żadną chorobę psychiczną ani nie jest upośledzony umysłowo. Pomimo ogłoszonego na Ukrainie w 1995 roku moratorium na wykonanie kary śmierci, Anatolij Onoprijenko, 31 marca 1999 roku, skazany został na karę śmierci przez rozstrzelanie.

Onoprijenko dokonał zatem co najmniej 7 masowych morderstw. Wobec Matuschki był on znacznie bardziej aktywny, jakkolwiek ze względu na charakter ataków, pierwowzór seryjnego-masowego mordercy, wydaje się być znacznie bardziej destruktywny.