Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

 

MARCIN MELLER

MIEDZY WARIATAMI

opowieści terenowo-przygodowe

 

2013

 

(...)

 

Sprawa do załatwienia

Jak co roku w czasie wakacji załatwiliśmy Polskę wzdłuż i wszerz. Od gór po morze. Zapaskudzone są nadbałtyckie wydmy, parkingi leśne przypominają szamba, górskie doliny mienią się serpentynami papieru toaletowego.

Najpierw kwestia słownictwa rażącego być może wrażliwsze uszy. Kathleen Meyer, amerykańska przewodniczka turystyczna, wydała przed laty światowy bestseller pod tytułem How to Shit in the Woods, co należałoby przetłumaczyć "Jak się wysrać w lesie". W polskim tłumaczeniu (nakład, niestety, wyczerpany) tytuł zmieniono na: Ekologiczna defekacja, czyli Jak się załatwiać, żeby nie załatwić lasu. Stało się tak na prośbę Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Katowicach, który wspomógł finansowo publikację. Jak mówi Stanisław Pisarek, właściciel wydawnictwa Stapis, ujęło go typowo amerykańskie, praktyczne i okraszone poczuciem humoru podejście do problemu. Poza tym jako alpinista doceniał wagę problemu defekacji terenowej, która nie szkodziłaby środowisku i powszechnym kanonom estetyki.

Według Meyer słowa "mocz", "defekacja", "wypróżnienie" czy "stolec" mają konotacje jednoznacznie szpitalne. "Łazienka i toaleta są eufemizmami i nie pasują tam, gdzie ich faktycznie nie ma, podobnie wygódka czy szalet". Ktoś, kto obejrzał poturystyczne pozostałości, rzadko użyje innego słowa niż gówno.

Mazurskie wstęgi dróg

Sierpniowa wyprawa na Mazury to był horror. Przewodnik po najlepszych trasach rowerowych poleca wycieczkę z Rucianego-Nidy do Wierzby wzdłuż wschodniego brzegu pięknego jeziora Bełdany. Wspaniałe, leśne ostępy, dzika przyroda rezerwatu konika polskiego. Może to i prawda wczesną wiosną. U schyłku wakacji brzeg jeziora jest jedną wielką kloaką.

Za przystanią żeglarską w Piaskach szlak wiedzie ścieżkami wzdłuż stromej skarpy: brązowo-biały tor przeszkód, wstęgi idą prosto, zapętlają się, krzyżują niczym jakieś absurdalne oznaczenie kolarskiego krosu. Od smrodu - bogatej kombinacji moczu, kału i śmieci - aż mdli. Zafajdane jest wszystko, metodycznie i skutecznie: kępki trawy, jagodowe krzaczki, mech. Nie darowali nawet ścieżkom. Pewnie dlatego, że kucając na nich, nie ryzykuje się dotknięcia pokrzywy, która skrzywdziłaby pośladki. Kiedy już na skarpie zabrakło wolnego miejsca, turystyczne gówno ruszyło dalej w las.

- Niedługo brzegi mazurskich jezior będzie można oglądać tylko z helikoptera - uśmiecha się gorzko Henryk Janus, zastępca nadleśniczego Nadleśnictwa Maskulińskiego, na którego terenie leży większość lasów otaczających Bełdany.

W starostwie powiatowym w Piszu, na którego terenie znajdują się Bełdany, mówią (po wstępnym chichocie; ten temat prawie zawsze wywołuje chichot), że to nie ich kompetencje, że musieliby mieć 150 pracowników, żeby zająć się śmierdzącym problemem. Odsyłają do sanepidu. W powiatowej stacji również twierdzą, że to nie ich działka. Zajmują się lokalami gastronomicznymi, ośrodkami wczasowymi, oficjalnymi polami namiotowymi. Mogą prosić urząd miasta i gminy o rozwiązanie problemu bądź przekazać sygnały, jeśli ktoś je zgłosi. To problem na granicy kompetencji urzędu i nadleśnictwa, uważają.

Henryk Janus, zastępca nadleśniczego, podkreśla, że od dzierżawców pól namiotowych Lasy wymagają utrzymania czystości i higieny. A te nadjeziorne ścieżki? Gospodarzem terenu są Lasy, a właścicielem gmina. Więc kto miałby sprzątać po turystach? Lasom brakuje ludzi. A nawet gdyby się znaleźli, to wysypisko miejskie żąda opłat, a Lasy nie chcą dopłacać do utrzymania porządku na gminnych terenach.

- Problem jest - przyznaje Jan Paweł Skulmowski, burmistrz Rucianego, którego gmina sięga nad Bełdany. - Nie bardzo wiadomo, kto ma się tym zajmować. W Polsce w ogóle nie jest to uregulowane. W Niemczech byłoby niedopuszczalne. Istnieje tam system odbioru fekaliów z łódek, nie do pomyślenia jest, żeby załatwiać te sprawy na dziko. Tak naprawdę nie mamy żadnego wpływu. Nie możemy ściągać opłat od żeglarzy czy kajakarzy i przeznaczyć tych pieniędzy na sprzątanie po nich. A że żądamy opłat za korzystanie z wysypiska? Kiedy jesienią odbywa się akcja Sprzątanie Świata, nie bierzemy od Lasów ani grosza. Nie wszystko może być za darmo. Jesteśmy biedną gminą.

Toaletowa metamorfoza?

Kathleen Meyer opisywała, jak nieomal "kompletnie zasrano" Wielki Kanion. Potrzeba było radykalnych kroków. Spływający rzeką Kolorado muszą teraz zaopatrzyć się w specjalne pojemniki. Meyer w ogóle uważa, że w szczególnie uczęszczanych przez turystów miejscach najlepszym rozwiązaniem jest "wynoszenie tego, co się ze sobą przyniosło i na miejscu zrobiło". Stanisław Czubaj, zastępca dyrektora Tatrzańskiego Parku Narodowego, pamięta, że kiedy czytał książkę Meyer, najpierw go zadziwiła, a potem doszedł do wniosku, że reprezentuje ona obcy jeszcze Polsce poziom cywilizacyjny. Uważa jednak, że nawyki cywilizacyjne powoli do Polski przychodzą. Mówi wręcz o toaletowej metamorfozie: - W 1996 roku po raz pierwszy wprowadzono w TPN ubikacje kontenerowe, po trzech dniach zbierano ich szczątki - sprzęt był zupełnie zdewastowany. Trudne było to dla mnie do zrozumienia. Dzisiaj na terenie Parku stoi 60 kabin, również dla niepełnosprawnych, a turyści ustawiają się wręcz w kolejkach.

Czy byłoby w takim razie lepiej, gdyby wszędzie było więcej szaletów? Anna Zbrojkiewicz, dyrektor powiatowej stacji sanepidu w Sandomierzu, zauważa, że nie można przecież postawić szaletów na łąkach i w lasach, chyba że zorganizowano na nich zbiorowy wypoczynek i istnienia szaletu wymagają przepisy.

Ryszard Głuchowski, właściciel firmy TOI-TOI, systemy sanitarne, od dziewięciu lat wynajmuje plastikowe kabiny. Zaczynał od dwudziestu, dzisiaj ma ich 10 tysięcy. Imponujący wzrost, który jednak zatrzymał się trzy lata temu. Na dodatek to, że są wynajmowane od Głuchowskiego, nie oznacza jeszcze, że są wykorzystywane. Na przykład bary piwne przepisami są zmuszone, by toalety mieć, lecz niekoniecznie muszą je udostępniać. Można to sprawdzić w Warszawie nad Wisłą w tzw. miasteczku piwnym. Toi-toie są zamknięte na klucz. Wychodzi taniej. Wynajmujący oszczędzają na serwisie, czyli na czyszczeniu i wywózce. Oszczędza się również na liczbie kabin. Według Głuchowskiego na polu namiotowym, gdzie koczuje przeciętnie 30 osób, powinny być przynajmniej trzy kabiny (ludzie ruszają zazwyczaj gromadnie rano i wieczorem). Trudno w Polsce znaleźć pole o tak komfortowych proporcjach. Podczas tegorocznej mszy papieskiej na krakowskich Błoniach do dyspozycji 2,5 mln pielgrzymów oddano 500 kabin. Według Głuchowskiego powinno być minimum trzykrotnie więcej. W 1999 roku podczas mszy w Sopocie, która zgromadziła 800 tysięcy ludzi, postawiono 1,2 tysiąca toi-toiów.

Janina Sarara z częstochowskiego sanepidu uważa, że tradycyjne pielgrzymki na Jasną Górę są teraz lepiej zorganizowane, mniej śmiecą i zanieczyszczają. Kiedyś brakowało ludzi do sprzątania, a odpadki wrastały w ziemię. W zeszłym roku na polu biwakowym były dobrze wyposażone i zadbane szalety. Ale część pielgrzymów wolała chodzić do lasu, byle tylko nie płacić. - Widok był straszny. Urząd miasta musiał wynająć firmę sprzątającą. Ludzie w kombinezonach, rękawiczkach, ze specjalnymi szpikulcami sprzątali te bomby z zarazkami.

Barbara Tumińska wraz z mężem Markiem prowadzi na Mazurach przystań Pod Dębem. W zeszłym roku dostali nagrodę pisma "Żagle" dla najsympatyczniejszej przystani. Mówi, że niektóre szalety na polach biwakowych są w takim stanie, że po prostu strach wejść, i nic dziwnego, że ludzie załatwiają się obok. Ale u niej sanitariaty są czyste i regularnie sprzątane, a i tak tuż za płotem ciągle pojawiają się śmierdzące serdele. Powód? Za skorzystanie z ustępu trzeba zapłacić złotówkę. Polak potrafi. Przychodzi grupa, wrzuca jedną monetę i potem blokują wejście rolką papieru albo szczotką klozetową. To jeszcze pani Barbara jest w stanie zrozumieć. Wolą wydać na piwo zamiast na kupę. Ale nie jest w stanie pojąć, po co komu dewastowanie toalet: podpalanie zamków, drzwi, łamanie desek klozetowych, gruchotanie muszli i wreszcie smarowanie odchodami wszystkiego, z podłogą i ścianami włącznie.

Chytrość Polaka na każdą złotówkę potwierdza Elżbieta Pawlikowska ze schroniska Murowaniec na Hali Gąsienicowej w Tatrach, chociaż zaznacza, że większy problem stanowią śmieci niż fekalia. - Gdyby w słowackie Tatry jeździło więcej Polaków, to na pewno wyglądałyby tak jak polskie.

Jak podkreśla Głuchowski, ani skąpstwem, ani brakiem zdolności przewidywania nie da się wytłumaczyć faktu, że - głównie na imprezach zakrapianych alkoholem - w kabinach można znaleźć kał w pisuarach bądź na suficie. - To kwestia poziomu cywilizacyjnego, na jakim się znajdujemy. Co najmniej o trzy gałęzie za nisko.

Dlatego na przykład na hiszpańskiej Majorce można zobaczyć napisy po polsku: "Prosimy nie sikać do basenu".

Polskie piekło dla nosa

Niewiele ponad sto lat temu kronikarz pisał, że "Warszawa była piekłem dla każdego nosa, który się w niej nie urodził". Ustępy umieszczano w najbrudniejszym i najciemniejszym kącie podwórza. Stróż sprzątał je nie częściej niż raz na miesiąc. W latach 80. XIX wieku "Kurier Warszawski", opisując, jak naturalne potrzeby załatwiano "na ulicach bez żenady", zauważał, że wszelkie działania policji zmierzające do egzekwowania przepisów o wywozie nieczystości nie przyniosą skutku z powodu opieszałości i niechlujności właścicieli domów i lokatorów. Nawet Bolesław Prus, wielki zwolennik kanalizacji miasta (przeciwko której protestowali kamienicznicy, bojąc się kosztów), był sceptyczny wobec przedwczesnych projektów budowania szaletów publicznych (istniał jeden w 400-tysięcznym mieście). Uważał, że ich funkcję z powodzeniem spełniają bramy kamienic.

Na pocieszenie można przytoczyć podobne opowieści z całej Europy. Jeszcze na początku XIX wieku płynąca przez Londyn Tamiza niosła takie ilości rozkładających się ekskrementów, że bijący z wody smród zmuszał brytyjski parlament do odbywania sesji wcześnie rano, zanim nad rzeką rozejdzie się unoszona rozgrzanym powietrzem odrażająca woń. Historyk, prof. Antoni Mączak, odnalazł o półtora wieku wcześniejszą relację angielskiego dworzanina o zwyczajach mieszkańców Madrytu. "Nocą wracałem do naszej gospody, gdzie po drodze tak wiele rzeczy opróżniano na ulicę, że niemal nas to zatruło. Jest zwykłym obyczajem, że o 11 w nocy każdy te rzeczy wylewa na ulice, a następnego dnia wszystko tak wysycha, jakby tej rzeczy całkiem nie było. Pragnęliśmy wiedzieć, jak można znosić ten bydlęcy zwyczaj; mówili, że jest to zalecane przez lekarzy, bowiem powietrze jest tu tak delikatne, że taki sposób psucia złymi wyziewami utrzymuje je w równowadze. Fakt, nie znają tu zarazy!".

Złapać defekanta

Wydaje się, że Polska wciąż pozostaje na etapie takich rozważań. Łącznie, a nawet na czele ze stolicą. Wystarczy przejechać się wieczorem wzdłuż warszawskich nadwiślańskich barów piwnych; przed toi-toiami stoją w przeważającej mierze kobiety. Panowie kibel mają wszędzie. A i w biały dzień, w centrum widok sikającego pod ścianą mężczyzny, niekoniecznie pijanego, nie należy do rzadkości. Sika się w autobusach miejskich, widziano panią w średnim wieku, która około godziny 15 na reprezentacyjnym Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, w tłumie przechodniów przykucnęła i zrobiła kupę.

Ale problem nie dotyczy tylko specyficznego marginesu. Wieczorem brzegi mazurskich jezior utkane są łódkami, nieraz kosztownymi, w większości cumującymi na dziko, co krok płoną zabronione ogniska. - Ci sami ludzie odchodzą od ogniska, robią w ciemności kupę, a następnego dnia płyną na drugi brzeg i w krzyk: ojejku, wszystko zafajdane! - mówią Tekla i Marcin Żurkowscy, trzydziestolatkowie z Warszawy osiadli w Onufryjewie nad Bełdanami. On jest leśniczym w wydzielonym leśnictwie doświadczalnym Polskiej Akademii Nauk w Popielnie, ona prowadzi badania naukowe. - Jednak prawda jest taka, że kupy, choć bardzo widoczne i uciążliwe, są dużo mniej szkodliwe niż śmieci. W tym roku akurat problem bardziej daje się we znaki, bo prawie nie padało. Normalnie deszcze rozmywają odchody i jeśli nie są zbyt blisko wody, to są po prostu zwykłym nawozem, jagódki ładniej rosną. Przy ogniskach 80 procent biwakowiczów jest nawalonych i rzuca co popadnie za siebie, do lasu. Trzeźwi pakują śmieci w plastikowe worki, które kulturalnie zostawiają pod drzewem. Odpływają, wtedy przychodzą zwierzęta, rozszarpują worki i roznoszą śmieci po całym lesie.

Żurkowski mówi, że nie sposób złapać kogoś na wyrzucaniu śmieci, o pozostawieniu niezakopanej kupy nie wspominając. Poza tym, co miałby zrobić ten smukłej postury leśniczy o wyglądzie klasycznego inteligenta w zetknięciu z defekującym młodzieńcem o rozrośniętym karku? Jesienią po sezonie leśniczy z pięciu kilometrów podległego mu brzegu wywozi trzy, cztery przyczepy ciągnikowe śmieci.

Henryk Janus z Nadleśnictwa Maskulińskiego już 10 lat temu alarmował władze, że trzeba wprowadzić zakazy dzikiego cumowania jachtów, a w zamian stworzyć infrastrukturę przystani, pomostów, system odbioru ścieków. Minęło 10 lat i w zasadzie niewiele się zmieniło. - Ja rozumiem, że miło jest biwakować na dziko, ale Wielkie Jeziora po prostu tego dłużej nie zniosą. Przekroczony został punkt krytyczny.

Zgadza się z nim Maciej Grójec, prezes TKKF Korektywa w Piaskach nad Bełdanami, zarządzającego jedną z większych przystani żeglarskich na Mazurach. - Na Wielkich Jeziorach jest kilkanaście tysięcy jachtów, z tego 2-3 tysiące dużych z toaletami, często chemicznymi. Ale nie ma systemu odbioru tego, co załogi naprodukują, i wszystko trafia do wody lub na brzeg.

Dziś na ulubione przez wędkarzy mazurskie wyspy bez kaloszy lepiej nie wchodzić. Zdarzają się spontaniczni wolontariusze, a może po prostu ludzie zdesperowani, którzy zakopują cudze odchody, ale jest to praca syzyfowa. Na miejsce jednej zakopanej kupy pojawiają się trzy nowe.

Szkolenie saperskie

Żurkowski obserwuje regułę: kiedy sprząta teren jesienią, po biwakach Niemców, w ogóle przybyszy z Zachodu, nie zostanie nawet jeden papierek. Grzegorz Wagner, dyrektor Mazurskiego Parku Krajobrazowego, potwierdza: - U Niemców, nawet jak się rozbiją na dziko, pośrodku obozowiska stoi wbity palik, a na nim saperka.

Ewa, plastyczka, od 25 lat pływa po Mazurach. Niedawno, mimo daleko posuniętej ostrożności, wlazła na brzegu w czyjąś kupę, mało jej szlag nie trafił. Kiedy dopłynęła rozjuszona do Mikołajek, rzuciła w kłębiący się żeglarski tłumek: kto z was ma saperkę? Podniosły się dwie ręce.

Krzysztof Stańczyk na co dzień wykłada na Politechnice Łódzkiej i od siedmiu lat prowadzi rejsy szkoleniowe na Mazurach. Zanim jego młodzi podopieczni w ogóle dotkną łódki, przechodzą instruktaż: do czego w terenie służy saperka. Ze na uchwycie można sobie zawiesić rolkę papieru, a po wykopaniu niewielkiego dołka (zawsze przed!) wbita w ziemię łopatka lepiej będzie służyć za podpórkę niż krzaczek bądź, nie daj Boże, złapana w krytycznym momencie pokrzywa. - Na początku zawsze jest hi, hi, hi, ha, ha, ha, ale stosują się do zaleceń. Jak się do młodych trafi, to poważnie traktują problem. A jeśli zobaczę, że któryś wraca z lasu z papierem w ręku, ale bez saperki, to mówię: wracasz, kolego, kopać.

Krzysztof Stańczyk uważa, że przydałaby się natrętna dydaktyka na wzór amerykański: w serialach młodzieżowych, w telenowelach, w sitcomach. - Trzeba ośmieszać takie zachowania. Bo w sumie rzadko spotyka się takiego przekornego chama, który i tak swoje zrobi, nawet jak mu zwrócić uwagę. Trzeba wytykać palcem. Kiedy się z Polaka pokpi i go wyszydzi, może to na nim zrobić wrażenie.

Tekla Żurkowska jest sceptyczna: - Jeśli się w domu człowiek nie nauczy, gdzie i jak robić kupę, to potem niewiele pomoże. Może jednak trzeba wieszać transparenty na wszystkich brzegach: Ludzie! Nie róbcie kupy na brzegu! A jak zrobicie, to zakopcie!

A tak w ogóle to defekacja oznacza oczyszczenie.

 

Tekst po raz pierwszy ukazał się w "Polityce" 2002/36.

 

 

 

Kto nie stoi, ten siedzi

Niby stanowią margines, ale bardzo istotny: tylko o krok od podziemia i mafii. Mało kto ich lubi, bo zazwyczaj kojarzą się z brutalnością, chamstwem, przemocą. Napompowane sterydami karki i tyle. Oni sami mało się przejmują tym, czy wzbudzają sympatię. Bo lubią siebie. Bo mają swój świat. Świat dyskotekowych, klubowych, koncertowych bramkarzy.

Wciąga kumpel z podwórka. Z sąsiedniej klatki. Z siłowni. Z treningu sportów walki. Samemu raczej trudno się wkręcić. Lepiej wykazać się na sali gimnastycznej, w końcu ktoś zaproponuje. Ale można też bić się często i ładnie w lokalu. Ambicja i konsekwencja zostaną dostrzeżone.

W tym fachu jest duża rotacja. Rok, dwa i człowieka nie ma. Pieniądze mogą szybko zdemoralizować, bo młodzi ludzie dostają je za coś, co ich kręci. Ci, co lubią bić, biją, nikt im słowa nie powie i jeszcze zapłacą. Czują się kimś ważnym, więc kolejnym logicznym krokiem jest pójście w świat przestępczy z całą grupą. W ściąganie długów albo handel narkotykami. - Długi są śliskie tak samo jak narkotyki. Odradzam - mówi szef grupy bramkarzy. - Ale jak który z chłopaków w to jedzie, to na własną rękę. Ale tak być nie musi. Wielu chłopaków stoi, bo chcą po prostu dorobić. I nie przechodzą na drugą stronę prawa.

Nieliczni znajdują po bramkarskiej przeszłości normalną pracę, otwierają jakiś mały lokalik, rzadko udaje się komuś zorganizować ochronę z prawdziwego zdarzenia w porządnym lokalu. Sami mówią, że jeśli ktoś nie stoi na bramce, to całkiem możliwe, że już siedzi.

Kultura fizyczna

- Trenowałem wschodnie sztuki walki, zauważyli mnie. Zaproponowali bramkę w klubie studenckim - opowiada Andrzej, 30-latek, osiem lat na bramce, konflikt z prawem. Bardziej przez lekkomyślność niż ze złej woli dał się wciągnąć w próbę wyłudzenia. Udało mu się wykaraskać. Odszedł. Skończył studia, założył rodzinę, podjął normalną pracę. Umysłową. Przy nowych znajomych nie rozwodzi się nad swoją kolorową przeszłością. Podobnie jego przyjaciel Janusz. Nawet gdy się spotykają, rozmawiają o teraźniejszości i przyszłości, o karierze i wyrzynaniu się ząbków dzieci. Dopiero obecność osoby z zewnątrz budzi wspomnienia. Nakręca. Wywołuje salwy śmiechu.

- A pamiętasz, jak przyszedł ten starszy Polak z zagranicy i zaczął nas chwalić, jak dobrze pracujemy?

- No pewnie! Co za jaja! Facet wyszukaną polszczyzną nam kadzi, a Duży Maniek ni w pięć, ni w dziesięć wyjeżdża mu w ryja. Gość pada nieprzytomny. Bo Maniek, który miał mnóstwo mięśni i dwa zwoje mózgowe, nie zrozumiał skomplikowanego przekazu i uznał, że dziadek sobie z nas kpi. No to zareagował po swojemu.

- Bo to bokser był. Bokserzy to jednak straszne ciołki. Oni najszybciej idą w sterydy, narkotyki.

Maniek dostał skądś niemieckie pismo dla kulturystów. Niemieckim wprawdzie nie władał, ale redakcja drukowała fotografie najbardziej niebezpiecznych dla zdrowia specyfików, przekreślając je dwiema czerwonymi kreskami. Była to nieoceniona pomoc dla Mańka i bliskich mu intelektem kolegów. Sumiennie spisywał wszystkie nazwy i konsekwentnie próbował je potem kupić. Z dużym powodzeniem.

Andrzej: - Moja złota rada: jeżeli widzisz na bramce anabola, który popija alkohol, to uciekaj jak najszybciej. Już te wszystkie sterydy poniszczyły im mózgi, a dodany alkohol wywołuje ogromną agresję. Dostają świra. I nie czują bólu. Pod koniec imprezy, gdy zaczynają popijać, idzie na dym. Chodzą po sali i wyszukują, komu by wlać. Pretekst zawsze się znajdzie. A jak zaczną bić, to nie myślą. Nakręcają się. Ze sterydami przyszły narkotyki. Niektórzy stosują amfę jako świetny środek pobudzający przed treningiem. Biorą również do pracy. Raport "Polityki" o sterydach to nic w porównaniu z tym, co wiedzą te ćwoki. Ale większość ludzi, z którymi staliśmy, wspominam niemal czule. Dla siebie wzajemnie byli do rany przyłóż.

Dobra materialne i wartości rodzinne

Po co zostaje się bramkarzem? Dla każdego coś miłego. Można się wyżyć. Jak ktoś naprawdę lubi się bić, to lepiej trafić nie może. Oczywiście wszystko zależy od lokalu. W jednym człowiek miesiąc stać będzie i nic, a w drugim codziennie solidne mordobicie. Można odreagować kompleksy. Poczuć władzę. I zapach wielkiego świata. Zobaczyć znanych ludzi. Albo przynajmniej bogatych. Poznać ich. Pogadać. Bawić się. Pić. Wyróżnić się. Być w grupie. W silnej grupie. Jak się ma 17-19 lat, kiełbie we łbie, to może zaszumieć. Jest kasa. Dziś już nie taka jak przed paru łaty, kiedy za lewe bilety można było sobie pańsko żyć. Teraz często trzeba szukać drugiej, dziennej roboty. Ale jakaś kasa jest. A jak ktoś handluje anabolami, to pieniądze są większe niż z dragów. Zresztą dziś można błysnąć już tym, że się ma stałą robotę.

No i są kobiety. Te niedostępne, na które można sobie popatrzeć, uśmiechnąć się, wyobrazić sobie, tylko wyobrazić to i owo.

I cichodajki, prosty hebel. Dla nich tydzień jest po to, żeby nadszedł weekend. Wkładają zarobiony za gówniane pensje reprezentacyjny ciuch i na kilka godzin są królowymi nocy. Dwa drinki i lądują w łóżku bramkarza. Albo na zapleczu. Jak miejsce jest oblegane, to robią laskę za darmowe wejście do klubu. Albo full service. Dla chłopaków, co tak lubią, bramka to raj.

Bezpieczeństwo i higiena pracy

Najpierw Andrzej i Janusz stali w klubie studenckim. Jako najmłodsi musieli się sprawdzać w bójkach, które tam regularnie wybuchały. Najgorsi byli goście - sportowcy. Uważali, że skoro trenują zapasy lub boks, to nie ma na nich mocnych, zwłaszcza w klubie studenckim. Celowali w Janusza, bo był nieduży jak na bramkarza: -Tylko że taki jełop zamachnie się i myśli, że ja zareaguję podobnie. Nie spodziewa się, że najpierw kopnę go w łydkę, a zaraz potem dostanie kolanem w jaja i palcem w oko. I jest załatwiony. Ale generalnie, tam gdzie chodzą dzieciaki, na wielkich dyskotekach, powinni stać kolesie, którzy potrafią przestraszyć własnym wyglądem.

Bramkarz X: - W mieście stacjonowały czerwone berety. Co parę miesięcy miałem coś połamanego: rękę, nogę, przestawioną szczękę. Ale nie skarżyłem się. Stałem z fajnymi chłopakami, biliśmy się razem, nawet jak nas było pięciu, a żołnierzy dwudziestu.

Bramkarze chronią lokale głównie przed przestępcami. Ale teraz do nowo otwieranych klubów, nastawionych na ludzi nowych zawodów, spragnieni haraczy już tak chętnie nie przychodzą, już nie te czasy. Na wymuszeniach łatwo wpaść, a są inne bardziej dochodowe dziedziny działalności. Bandyci doszli do wniosku, że pieniądz lubi ciszę i spokój. Kłopoty przychodzą do tych właścicieli lokali, którzy o nie proszą: wchodzą w narkotyki, prostytucję, dziwne pożyczki, chcą skorzystać z usług korporacji taksówkowych, które proponują promocyjny system monitoringu lokalu, a zaraz potem promocyjne damy i prochy.

Teraz najgorsze są małolaty z bloków. Gdy się napiją i wciągną to i owo do nosa, chcą sprawdzić się na mieście.

Szef ochrony w modnym klubie: - Jak się zjawia beemka pełna napakowanych kolesi, nie ma co iść na rozwiązanie siłowe, bo nawet jak się uda, to wrócą w dziesięć samochodów. Liczą się zdolności negocjacyjne, perswazja. Moi chłopcy mają przede wszystkim sprawnie poruszać głową, a dopiero potem mięśniami.

W zasadzie bramkarz powinien mieć predyspozycje psychologa, wzbudzać zaufanie i podświadomie gwarantować bezpieczeństwo. Jest recesja, a jednocześnie coraz więcej lokali i coraz bardziej wymagający klienci: jeśli raz się sparzą, nie wrócą, ostrzegą znajomych. I takich bramek jest coraz więcej. Ich szefowie, weterani wściekłych lat 90., wyciągnęli wnioski z własnych doświadczeń i teraz uczą innych, by dla gości byli gwarancją spokoju, a nie źródłem zagrożenia. Uśmiech, spokój zamiast pięści.

Menedżer lokalu: - Wjazdy (tzn. gdy grupa siłą wchodzi do lokalu, zazwyczaj przy okazji go demolując, najczęściej, by przejąć tak zwaną ochronę lokalu, nastraszyć konkurencję) oczywiście nadal się zdarzają, ale to już nie to, co dawniej. Policja i prokuratura powsadzały mnóstwo ludzi.

Szef dużej grupy bramkarzy: - Kiedyś musieliśmy sobie z konkurencyjną grupą ręcznie tłumaczyć, czyja jest pewna dyskoteka. Teraz to bardziej zależy od właściciela, sam wybiera ochronę, jest kulturalniej.

Andrzej i Janusz: - Zakłóca spokój nie ten, co zakłóca, tylko słabszy, bo łatwiej się go pozbyć. Jak kilku bandytów lało studenta, który przyszedł się pobawić z dziewczyną, to wywalaliśmy studenta. Wtedy z tamtymi był spokój.

Wyjątkowo rzadko sprawy o pobicie przez bramkarzy lądują w sądzie. Mówią, że uważać trzeba tylko na dzieciaki z dobrych domów. Ale zasadniczo z bramkarzem nikt nie wygra. Nie dyskutuje się z bramkarzem. Kiedy klient jest pijany, to choćby był nie wiadomo kim, i tak jest na przegranej pozycji.

W lokalach rozrywkowych pracują zwykle na lewo, jeden z ekipy jest zatrudniony z dopełnieniem wszelkich formalności. Gdyby ktoś pytał - reszta to koledzy, którzy przyszli w odwiedziny. Lokal bywa czymś w rodzaju pośredniaka prac zleconych. Mówią, że są lepsi od komorników. - Pewnemu człowiekowi skradziono samochód. Policja nie była w stanie nic poradzić. Poszkodowany zwrócił się do nas. Szybko namierzyliśmy sprawców. Poprosiliśmy grzecznie, żeby w ciągu 24 godzin zwrócili auto, bo porozmawiamy niegrzecznie. Zwrócili.

Co to znaczy rozmawiać grzecznie? - Zapakowaliśmy ich do bagażnika, wywieźliśmy do lasu, kazaliśmy zdjąć spodnie, dostali kopa w dupę i wracali na piechotę bez gaci. Żeby odzyskać dla klienta należności, nie trzeba szaleć, wystarczy wypłacić plaskacza. To działa. Co to jest plaskacz? No, raz z otwartej. Moi chłopcy mają duże dłonie. Naprawdę działa. Rzecz nie dotyczy tylko pieniędzy. Przypuśćmy, że ktoś sprawił panu przykrość. Pan jest człowiekiem kulturalnym, pracuje głową, w pewne rzeczy nie może się pan angażować. Więc zwraca się pan do nas i my w pana imieniu wypłacamy plaskacza.

Bramkarze zapewniają osobistą ochronę wielu szanowanym osobom. Nawet dzieci do szkoły odwożą.

- Owszem, są firmy ochroniarskie, ale to pedały. Bogaci ludzie wolą nas - utrzymuje zwierzchnik dużej grupy bramkarzy, której zdarzyło się zlecenie następujące: senatora zawieźć do agencji, zamknąć całą, obstawić, aż się człowiek wybawi.

Szef dużej grupy: - Takie epizody zdarzają się jednak stosunkowo rzadko, częściej chodzi o porachunki wewnątrz branży. Jedna taka bramka na naszym terenie trochę się niegrzecznie zachowuje. Poprzestawiało się chłopcom w główkach. No więc idziemy w sobotę. Żadnej siły. Kupimy bilety i będziemy sobie chodzić. Kogoś oblejemy, kogoś oplujemy, wszystko grzecznie. Powinni zrozumieć. Bo będzie nas stu.

Etyka zawodowa

Istnieje coś takiego jak honor bramkarza. Nie można popuścić zniewagi. Porachunki trzeba załatwić, bo inaczej straci się prestiż u kolegów. Trzeba pomagać kolegom z bramki. I ich kolegom. Więc jak proszą, żeby jechać, to się jedzie, bo inni nie pojadą, gdy ty będziesz potrzebował.

Bramkarz X: - Kiedyś zwolnił mnie właściciel lokalu, po prostu interes mu nie szedł, nie stać było go na ochronę. A moi koledzy myśleli, że mi krzywdę zrobił, nawet się mnie nie spytali, tylko mu połamali nogi. Chcieli dobrze, ładnie się zachować wobec kolegi, ale szkoda faceta. Nie był taki zły.

Najgorsza jest zdrada. Kiedyś doszło do bójki pijanych bramkarzy z pijanymi policjantami, bramkarze poszli siedzieć. Koledzy na wolności podejrzewali jednego spośród siebie o zdradę. - Dotarliśmy do zeznań i okazało się, że faktycznie gad sprzedał. Pojechaliśmy do niego, pokazaliśmy, że utopił kolegów, dostał mocne lanie. Jak się dowiemy, że poszedł do konkurencji, to ich ostrzeżemy.

Na straży prawa

Policjanci stoją na bramkach nielegalnie, ale to dobrze chronione lokale. No i nie ma tam narkotyków. Z kolei dla wielu bramkarzy bramka to droga do policji.

Policjant, trenował sporty walki, stał na bramce przed wstąpieniem do służby: - Parę lat czekałem na pracę w policji, kryłem się, nie mówiłem kolegom z bramki, wiedziałem, że za bardzo by się to im nie spodobało.

Generalnie w tym środowisku policji się nie lubi. Nawet jak ktoś jest czysty - nie wchodzi w działalność przestępczą - będzie szanował bandytę, gangstera, ale nie policjanta. Policjant: - Kiedyś przyszedłem na siłownię, znajomi wiedzieli już, że pracuję w policji, ale wszystko spoko, cześć, cześć. No i widzę w szatni na ławce torebkę z amfą, a pracowałem już wtedy w prochach. Chwilę się zastanawiałem i odwróciłem wzrok, byłem tam prywatnie. Jakbym w czasie akcji wpadł na dawnych kumpli z bramki, nie wahałbym się ani chwili. Zresztą oni też nie. Przetrwa ten, kto przetrwa. Taki świat.

Handel narkotykami stał się zbyt ryzykowny. Toteż bramkarze rzadko robią to sami, raczej przymykają oczy, gdy ktoś inny handluje, i to też raczej nie w klubie, ale na parkingu na przykład. Biorą za to pieniądze, ostrzegają przed policją, czasem coś przechowają. Kto jest kim i z kim w tej grze, trudno czasem rozpoznać.

Bramkarz: - Na dyskotekach policjanci i złodzieje piją razem. Jedna paczka.

Właściciel siłowni: - Na mojej siłowni ćwiczą antyterroryści, bandyci, ochroniarze z firm. To są wszystko kumple, Krzychu, Rychu, a potem się rozchodzą i jeden jest policjantem, a drugi robi samochód.

Wybierz przyszłość

Ze wszystkich kolegów z bramek Andrzeja i Janusza paru już nie żyje. Nie umarli w łóżkach. Wielu siedzi. Wielu jeszcze stoi. Niektórzy, jak wyjdą, to znów będą stać, bo co mają robić. Niektórzy, zdecydowana mniejszość, poszli w ich ślady, podjęli stałą pracę, ktoś otworzył piwiarnię, ktoś ma grupkę chłopców, która próbuje chronić lokale legalnie. - W którymś momencie trzeba się opowiedzieć - mówi Andrzej - albo idę na całość i zostaję poważnym bandytą, albo się wycofuję do normalnego życia. Ja się wycofałem w ostatniej chwili. Udało się. Ale co może potem bramkarz robić, jak jedyne, co zna, to być bramkarzem. Normalnie żyć, co to znaczy normalnie? Kumpel w burdelu pracuje, kurwy wozi i my uważamy, że jest normalny.

 

Tekst po raz pierwszy ukazał się w "Polityce" 2002/9.