Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Gazeta Wyborcza - 15/05/1998

 

 

Jarosław Topolewski

Historie magnetyczne

 

 

Co łączy Zygmunta Krasińskiego, Fryderyka Schillera, Zygmunta Freuda i zaświaty? Kawałek magnesu.

W domu Justusa Kernera, niemieckiego poety i lekarza, znów duchy i zjawy rzucają piaskiem, pukają w ściany i ściągają pierzyny ze służących. Tu - znienacka - duch "stęknął Wielmożnej Pani w ucho"; tam "znowu się jej zwierzę pokazało podobne do niedźwiedzia". A pod stołem "słychać było, jakby pies warczał". Z pomocą tych opowieści Kerner i jego pacjentka, zwana Jasnowidzącą z Prevorst, przedstawiali romantycznej Europie geografię zaświatów.

Fryderykę Hauffe, która zasłynęła potem jako Jasnowidząca, Kerner spotkał w roku 1826. Jeszcze niedawno spłonęłaby na stosie jako czarownica lub spędziła życie zakuta w dyby jako obłąkana. Kerner był jednak lekarzem romantycznym. Przy łożu chorej spędził dwa lata. Potem opisał jej przypadek w obszernym dziele "Jasnowidząca z Prevorst. Spostrzeżenia w względzie wewnętrznego życia człowieka tudzież przenikania świata duchów do naszego świata". Księga ta jest prawdziwym katalogiem tematów romantycznych: magnetyzm, spirytyzm, okultyzm, magia sympatyczna, przeczucia, fascynacja chorobą i odmiennymi stanami świadomości. I, przede wszystkim, sen. Jasnowidzącą można nazwać wielką śniącą europejskiego romantyzmu. Śniła przez całe lata, wchodziła z jednego magnetycznego snu w drugi. Inny świat przedzierał się na naszą stronę dzięki magnetycznemu medium stojącemu pomiędzy życiem a śmiercią. Konwulsje i dreszcze były śladem, jaki zaświaty zostawiały w ciele Jasnowidzącej. Kerner asystował jej doświadczeniom. Z nienasyconą ciekawością chciał dowiedzieć się, co zobaczyła po tamtej stronie.

Kernerowi przypadł zaszczyt objawienia Europie najbardziej niezwykłego magnetycznego medium. Jednak publikacja jego dzieła w języku polskim wzbudziła oburzenie. Tłumacz "Jasnowidzącej" został zmuszony do zamieszczenia w posłowiu listu Antoniego Ledóchowskiego. Hrabia Ledóchowski zapytywał dramatycznie: "Czy żyć w duchu zjawień magnetycznych, stosując się do przeznaczenia Jasno-ślepo-widzącej, czy zachować prawa Boże, czynić pokutę, być w pogotowiu na zawołanie, i zawierzyć postanowieniu Chrystusa Pana: >>Idźcie przeklęci w ogień wieczny zgotowany diabłu i Aniołom Jego<<". Odpowiedź była jednoznaczna. Chora z dalekiego Prevorst i romantyczny poeta ulegli pokusom Belzebuba, podążając wspólnie w rejony, gdzie żaden człowiek nie ma prawa się zapuszczać. Na niechybne potępienie, tak jak i oni, skazany będzie również każdy ciekawski czytelnik książki. Korzenie tego potępienia tkwią jednak głębiej.

Pierwszy z pierwszych

Paryż, rok 1778. Sześć lat temu dokończono edycję Encyklopedii, za 11 lat wybuchnie rewolucja. Tymczasem w okazałym apartamencie niedaleko placu Vendome zamieszkał pewien niezwykle modny wiedeński lekarz. Musiał umykać z ojczyzny, kiedy specjalna komisja orzekła, że stosowane przez niego magnetyczne kuracje są zagrożeniem dla porządku publicznego. Atmosfera miasta sprzyjała mu. Paryskie towarzystwo zainteresowane było nowymi metodami leczenia, zwłaszcza tymi dobrymi na wszystko, począwszy od okresowych zatwardzeń, a na nieuchwytnym ennui skończywszy. Siedziba mistrza, oprócz kuracji, zapewniała też tajemniczy nastrój. Muzyka, delikatny zapach perfum, lustra, piękne meble. Na środku wielkiego gabinetu stał baket. Pod niezwykłą nazwą kryła się dość zwyczajna drewniana kadź. Jak podawał "Nouveau Larousse", była ona "zamknięta pokrywą i wypełniona do pewnej wysokości wodą. Na dnie znajdowała się mieszanina opiłków żelaznych i okruchów potłuczonego szkła. Na szkle i opiłkach leżały butelki z wodą. [...] W pokrywie wykonane były otwory, przez które przechodziły żelazne pręty. Jeden koniec każdego z prętów zanurzony był w wodzie, natomiast drugi, zakończony ostrzem, wychodził na zewnątrz. Pręty były na zewnątrz wygięte i miały taką wysokość, aby korzystający z baketu mogli ich z łatwością uchwycić". Baket wypełniony był - jak zapewniał lekarz - magnetycznym fluidem. Tylko oporni magnetyzowani byli indywidualnie, reszta poddawana była magnetycznej terapii grupowej przy użyciu baketu.

Mistrz krążył wśród pacjentów dotykających kadzi, połączonych dodatkowo ze sobą sznurem, dzięki któremu możliwa była swobodna cyrkulacja fluidu. Nazywał się Anton Mesmer i chociaż współcześni twierdzili, że jest "szarlatanem i awanturnikiem", jego nauki o "magnetyzmie zwierzęcym" odcisnęły piętno na całej przedrewolucyjnej epoce. Później magnetyzm stał się figurą romantycznej wyobraźni. Świat romantyczny przenikały fluidy, tak jak przenikały go uczucia. Fascynacja magnetyczną tajemnicą objęła zarówno lekarzy, filozofów, jak i poetów. O magnetyzmie pisał Adam Mickiewicz, do fascynacji nim przyznawali się Zygmunt Krasiński i Maurycy Mochnacki. Imponująco wygląda lista niemieckich magnetystów. Fryderyk Schiller pragnął leczyć się magnetyzmem, lecz mu się to nie udawało. Inny pisarz, Jean Paul, odnosił sukcesy w leczeniu bólu zębów, a Friedrich Schlegel, kolejny filozof na liście, uprawiał magnetyczną korespondencję na odległość.

Ale najbardziej oddanym zwolennikiem magnetyzmu zwierzęcego był Justus Kerner, który napisał nawet, z pozycji wyznawcy, biografię Mesmera. Opisane zostały w niej paryskie przypadki mistrza, ale też perypetie, które go tam zaprowadziły.

W pogoni za fluidem

Franz Anton Mesmer przyszedł na świat w 1734 roku w Iznang nad Jeziorem Bodeńskim. Zwieńczył sukcesem ciągnące się siedem lat studia medyczne, publikując pracę na temat wpływu planet na organizmy żyjące. Pojawiło się w niej pojęcie fluidu przenikającego wszechświat, którego przypływy i odpływy mogły powodować choroby i bóle. Rozpoczęta w Wiedniu praktyka medyczna nie przyniosła Mesmerowi oczekiwanego sukcesu. O mało co nie zbankrutował. Wybawiło go od tego małżeństwo z młodą i bogatą wdową. Teraz Mesmer mógł poświęcić się swym eksperymentom i światowej zabawie. Zapisał się wtedy w historii muzyki, pomagając w kłopotach młodemu Mozartowi. Jego salon odwiedzali Haydn i Gluck. W swoim laboratorium zaś starał się uściślić pojęcie tajemniczego fluidu. Początkowo podejrzewał, że może mieć on coś wspólnego z elektrycznością. Później zainteresował się badaniami pewnego jezuity, nadwornego astronoma Marii Teresy. Leczył on swoich pacjentów, przykładając do ich ciał magnesy o specjalnych kształtach. Sukcesami medycznymi astrologa zachwycała się cała wiedeńska prasa. Mesmer zaopatrzył się czym prędzej w podobne magnesy i rozpoczął lecznicze ich przykładanie. Jego praktyka, w której używał magnesów, a potem swoich własnych rąk - aby czymś odróżnić się od owego jezuity - szybko zyskała uznanie publiczności. Środowisko lekarskie Wiednia pozostawało ciągle obojętne. Prawdziwy rozgłos zdobył dzięki pewnej pacjentce.

Maria-Theresa von Paradies straciła wzrok w wieku trzech lat. Cierpiała też na przeróżne nerwowe przypadłości. Przed pojawieniem się w domu Mesmera stan zdrowia chorej bardzo się pogorszył na skutek przeprowadzonej właśnie kuracji, w trakcie której zaaplikowano jej trzy tysiące szoków elektrycznych. Poczynania Mesmera odniosły spektakularny sukces - dziewczynę przestały nękać kurcze i drgawki. Co bardziej niezwykłe, częściowo odzyskała wzrok. Na wieść o tym magnetycznym cudzie tłumy zaciekawionych wiedeńczyków szturmowały pałac Mesmera, aby tylko przez chwilę zobaczyć ozdrowioną. Po mieście zaczęły krążyć opowieści i plotki. Jedna z nich mówiła o niezwykle mocnym uczuciu, jakim zaczęła darzyć Maria-Theresa swego lekarza, a które, jak mówili złośliwi, było skutkiem ubocznym leczniczego stosowania magnesów. Przerażony ojciec zażądał wydania córki i zakończenia podejrzanych moralnie, choć jakże skutecznych, praktyk.

Wkrótce została powołana specjalna komisja do zbadania tych wypadków. Jednogłośnie orzekła ona, że praktyka magnetyczna stanowi zagrożenie dla porządku społecznego i zakazała Mesmerowi dalszego jej stosowania pod groźbą utraty prawa do wykonywania zawodu lekarza. Mesmer bez rozgłosu wyjechał do Paryża.

Magnetyzm zwierzęcy

"Życie jest tylko jedno, a życie jednostki ludzkiej jest jego cząstką" - pisał Mesmer. Subtelny fluid, który wiedeńczyk wiązał najpierw z ruchami planet, stał się teraz własnością żywych organizmów. Przenika je wszystkie. W zdrowych rozłożony jest równomiernie, może się swobodnie przemieszczać, w chorych zaś jest go za mało lub został zablokowany w którejś z części ciała. Zadaniem lekarza jest doprowadzenie do harmonii fluidu, ustanowienie równowagi, odblokowanie jego przepływu. Uzdrowienie możliwe jest dzięki "magnetyzmowi zwierzęcemu", czyli zdolności oddziaływania jednych organizmów na drugie. Można oddziaływać za pomocą magnesów, które mają zdolność przemieszczania fluidu, albo za pomocą rąk wykonujących wzdłuż ciała chorego "magnetyczne pociągi". Magnetyczny fluid można też przesyłać na odległość, wystarczy skierować w stronę chorego wyciągnięty palec lub spojrzeć mu w oczy. Stosującemu powyższe zabiegi przysługuje miano magnetyzera. Na razie godny tego tytułu był tylko Mesmer.

"Jest tylko jedna choroba i jedno na nią lekarstwo" - uznał wynalazca magnetyzmu. Praktyka doprowadziła jednak później Mesmera do przyznania, że istnieją dwa rodzaje chorób. "Choroby nerwowe", na które magnetyzm oddziałuje bezpośrednio, i inne, na które ma tylko pośredni wpływ. Mesmer mówił, że chorobę należy leczyć chorobą. Dlatego trzeba w organizmie chorego wywołać kryzys, atak, który jest jednocześnie symptomem choroby i pierwszym krokiem na drodze do uzdrowienia. W Paryżu Mesmer urządził nawet specjalną, obitą miękką materią, "salę kryzysów", gdzie przenoszono chorego, jeśli atak był wyjątkowo gwałtowny. Złośliwi paryżanie nazywali ów salon "piekłem konwulsji". Miał zresztą Mesmer szczęście do osób nieprzejednanych i złośliwych. Na przykład Luise-Elisabeth Vigee-Lebrun, wybitna portrecistka i pamiętnikarka epoki, tak opisała swą wizytę u "sławetnego szarlatana": "Wchodząc do pierwszej sali, gdzie zebrali się zwolennicy magnetyzmu zwierzęcego, zastałam wiele osób zgromadzonych wkoło cebrzyka przesyconego dziegciem; mężczyźni i kobiety, przeważnie trzymając się za ręce, tworzyli łańcuch. Zrazu zapragnęłam włączyć się w ten krąg; dostrzegłam jednak, że mężczyzna, który stoi tuż obok mnie, ma świerzb; można się domyślić, jak szybko cofnęłam rękę i udałam się do innego pokoju. W przejściu wielu zauszników Mesmera wyciągało do mnie ze wszystkich stron małe metalowe pałeczki, co okropnie mnie rozdrażniło".

Jednak pomimo rozdrażnienia pani Vigee-Lebrun popyt na usługi magnetyczne rósł. Nie zaspokoił go nawet baket. Mesmer stwierdził wkrótce, że jego rolę może przejąć namagnetyzowane drzewo. Już wkrótce setki ludzi korzystało z lin zawieszonych na drzewie przy ulicy de Bondy, aby doznać zbawiennego działania fluidu. Następnym krokiem było założenie Stowarzyszenia Harmonii, którego członkowie za sto ludwików mogli poznać tajemnicę mistrza. Magnetyzm powędrował w świat.

Stary przesąd?

Biblioteka Mesmera zawierała zaledwie parę książek. Nie był typem badacza ani naukowca. Powstania jego teorii nie poprzedzały długotrwałe studia i eksperymenty. Teoria powstała przede wszystkim jako wynik praktyki lekarskiej. W roku 1956 skończyły się ostatecznie spory na temat źródeł, z jakich czerpał inspiracje do swojej rozprawy dającej mu tytuł doktora. Okazało się, że Mesmer dopuścił się plagiatu z pracy jednego z uczniów Newtona. Magnetyczna teoria Mesmera również zbiera wiadomości i inspiracje zaczerpnięte z różnych dziedzin współczesnej mu nauki. Przede wszystkim pojęcie wszechobecnego fluidu doskonale tłumaczyło się w ramach siedemnastowiecznych i osiemnastowiecznych teorii naukowych. Pragnienie odnalezienia jedynego aktywnego czynnika przenikającego naturę towarzyszyło myśli najwybitniejszych umysłów epoki. Jednym z takich wszechwładnych fluidów stała się elektryczność. Podejrzewano, że przenika ona całą materię ożywioną i nieożywioną. Stąd wielka kariera mimozy czułej na pole elektryczne. Skonstruowanie butelki lejdejskiej pozwoliło na przeprowadzanie eksperymentów równie dziwnych, a z pewnością bardziej niebezpiecznych niż magnetyzowanie drzewa przy ulicy de Bondy. Ku uciesze Ludwika XV poddano szokowi elektrycznemu sznur mnichów trzymających się za ręce, jak mówią pamiętniki - na milę długi. W medycynie wielkim wzięciem cieszyły się naturalne źródła elektryczności, jakim były czarne węgorze. Mesmer w swojej koncepcji postawił na magnetyzm i tym wyróżniał się od "elektrycznej" większości współczesnych.

Można podważać znaczenie teorii Mesmera utrzymując, że nie miał poparcia środowisk akademickich. Nie jest to jednak tak jednoznaczne. Jedni popierali go, drudzy jeszcze goręcej zwalczali. Taki był los innych znaczących koncepcji medycznych, na przykład teorii Johna Browna. Ten szkocki uczony twierdził, że zdrowie polega na utrzymaniu właściwego poziomu pobudzenia i zdolności odbierania bodźców przez organizm. Choroby powstają z nadmiernego lub niedostatecznego pobudzenia. Organizmy nie pobudzone trzeba stymulować, na przykład za pomocą wina i opium, a nadpobudliwe uspokajać. Medyczna Europa podzieliła się na brownistów i antybrownistów toczących polemiki i waśnie. Ponoć wileńscy browniści doprowadzili Jędrzeja Śniadeckiego, słynnego chemika, filozofa i lekarza, do takiego stanu, że nie dość, że był chory na tyfus, to dodatkowo ciągle pijany.

Drażliwa kwestia

Wraz z powstaniem Stowarzyszenia Harmonii pojawili się pierwsi uczniowie Mesmera, a za uczniami pierwsi wielcy odstępcy. Tymczasem Ludwik XVI powołał specjalną komisję, która, raz na zawsze, miała wyświetlić kwestię magnetyzmu zwierzęcego. Nie tylko jego naukowych podstaw, ale przede wszystkim wpływu na publiczną moralność. Po Paryżu zresztą krążyło zbyt wiele obscenicznych żartów i piosenek dotyczących Mesmera, aby mogła to zignorować policja. Młode kobiety zbyt często spotykały się z młodymi mężczyznami w celach magnetycznych. Ale mesmeryzm stał się również zagrożeniem dla porządku społecznego. Z ruchem magnetycznym związały się też osoby budzące żywe zainteresowanie ze względu na swe radykalne poglądy polityczne. W klinice Mesmera leczyli się arystokraci, lecz i biedacy znajdowali tam pomoc. Chorzy na świerzb i cierpiące na wapory.

W skład komisji królewskiej weszli między innymi: znany chemik Lavoiser, Guillotin - lekarz i wynalazca gilotyny, oraz Benjamin Franklin, fizyk i przyszły współtwórca Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych. Powstały dwa raporty. W sprawozdaniu oficjalnym komisja stwierdziła ostatecznie, że "wyobraźnia bez magnetyzmu wywołuje drgawki, a magnetyzm bez wyobraźni nie wywołuje niczego".

W drugim, poufnym raporcie komisja stwierdziła m.in. ponad wszelką wątpliwość, że gdy magnetyzer-mężczyzna dotyka pacjentki-kobiety, jej "twarz zaczyna płonąć, oczy goreją, a jest to znak, którym natura oznajmia pożądanie". Naukowcy orzekli również, że leczniczy kryzys wykazuje zastanawiające podobieństwo do orgazmu. Nie uszedł również ich uwadze fakt niepokojący już mieszkańców Wiednia. Mianowicie nadzwyczaj silne przywiązanie łączące pacjentów z magnetyzerami. Ci drudzy, zdaniem członków komisji, wydani byli na zbyt wielkie pokusy.

Na skutek tych raportów magnetyzm został oficjalnie zakazany. Wydrukowano dwanaście tysięcy egzemplarzy orzeczenia komisji i rozprowadzono nie tylko we Francji, ale też krajach sąsiednich. Mesmer, nie czekając na dalszy rozwój wypadków, wyjechał z Francji.

Uczniowie i zdrajcy

W samym Paryżu po sto ludwików za wstęp do Stowarzyszenia Harmonii zapłaciło około 400 osób. Oddziały organizacji działały również w Lyonie i Strasburgu. Po wyjeździe Mesmera członkowie Stowarzyszenia zaczęli na własną rękę czynić użytek z zakupionej wiedzy. W związku z królewskim zakazem praktyki te przeniosły się z Paryża na francuską prowincję. W małych miastach i wsiach teoria magnetyzmu zaczęła się przekształcać i zmieniać. Zmniejszyło się zainteresowanie leczniczym kryzysem, który uważany był dotychczas za motor ozdrowienia. Pozamykano "piekła konwulsji" z ich dwuznaczną atmosferą. Uczniowie Mesmera zwrócili za to baczniejszą uwagę na dziwny, lecz mniej gwałtowny stan, w jaki popadają magnetyzowane osoby. Stan podobny do snu czy transu, nazywany snem magnetycznym czy wymuszonym somnambulizmem. Co zaskakujące, w śnie takim śpiący zachowywał kontakt z otoczeniem.

Dobrym przykładem twórczej zdrady teorii Mesmera były poglądy markiza Chastenet de Puysegur, autora dzieła "O magnetyzmie zwierzęcym rozpatrywanym w jego związku z różnymi działami fizyki ogólnej". Markiz po odebraniu nauk w Stowarzyszeniu Harmonii rozpoczął długotrwałe eksperymenty na chłopach w swojej posiadłości. Wprowadzał ich w stan, który określił jako "sen magnetyczny". Puysegur miał, tak jak Mesmer, to szczęście, by spotkać właściwych pacjentów. Jego gwiazdą stał się Wiktor cierpiący na trudności w oddychaniu. Po zapadnięciu w sen magnetyczny, nierozgarnięty Wiktor, "prosty chłop, nie potrafiący sklecić zdania", stawał się subtelny i dowcipny. Udzielał porad medycznych, które miały pomóc w jego wyleczeniu. Markiz uważał, że we śnie wyłania się zupełnie nowa osobowość Wiktora, która potrafi wyrazić wszystkie jego myśli i uczucia. Tylko we śnie Wiktor dawał upust nienawiści wobec swojej siostry. Po kilkunastu seansach Wiktor był wyleczony.

Magnetyczna Europa

Wybuch rewolucji francuskiej spowodował spadek zainteresowania magnetyzmem we Francji, natomiast prawdziwą magnetyczną epidemię w pozostałej części Europy i Stanach Zjednoczonych. Z biegiem lat Mesmer miałby coraz większe trudności z rozpoznaniem własnej teorii. Mistycyzm, z którego korzystał, ale którego znaczenie świadomie umniejszał, stał się nieodłączną częścią magnetyzmu. Zmieszały się z nim również rozmaite koncepcje spirytystyczne, okultystyczne. Magnetyzm przestał być przede wszystkim metodą leczenia, a stał się środkiem poznania. Zapomniano o leczniczym kryzysie, najważniejszy stał się sen magnetyczny. Tajemnicze fenomeny, obserwowane zresztą już za czasów Mesmera, znalazły się w centrum uwagi. Magnetyczne media zaczęły penetrować inny świat, pozostając na ziemi tylko ciałem. Słuchano tajemniczych słów magnetycznych jasnowidzących, zapisywano ich przepowiednie. Zamknięte oczy mediów widziały więcej. Uważano, że pogrążony w magnetycznym śnie człowiek może posługiwać się zmysłem wewnętrznym, dzięki któremu poznane będą tajemnice życia i śmierci.

Encyklopedia rozczarowań

Z biegiem lat przygasa w Europie magnetyczna histeria. Ironicznym komentarzem do tamtego okresu fascynacji stała się powieść Gustawa Flauberta "Bouvard i Pecuchet", nie dokończony utwór, nad którym autor pracował od roku 1872. Tytułowi bohaterowie powieści dzięki niespodziewanemu spadkowi wiodą dostatnie życie. W nabytym majątku ziemskim postanawiają zgłębić dorobek ludzkości. Zajmują się kolejno sadownictwem, agronomią, produkcją likierów. Za każdym razem spotyka ich niepowodzenie. Próbują zatem szczęścia w chemii, medycynie, astronomii, historii, gimnastyce. I znowu klęska za klęską. Fiaskiem kończą się również ich zainteresowania magnetyzmem i frenologią.

W swojej fascynacji magnetyzmem Bouvard i Pecuchet zaczynają od Mesmera: "Wszystkie ciała żyjące otrzymują i przekazują innym wpływ gwiazd. Cecha analogiczna do właściwości magnesu. Kierując tą siłą można leczyć chorych, oto zasada. Wiedza od czasów Mesmera rozwinęła się, ale ważne jest zawsze przelać fluid i robić ruchy magnetyczne, które przede wszystkim winny uśpić". Po Mesmerze bohaterowie studiują jego uczniów, co czyni z powieści Flauberta prawdziwą encyklopedię magnetyzmu. Jednak nic ich nie uchroni od nieuniknionej porażki. Już pierwsza próba umieszcza te poszukiwania w rejonach groteski i drwiny. Stara Gerwazowa, służąca, pod bacznym spojrzeniem obydwu zasypia: "Babina, z grzałką pod piętami, stopniowo zgięła szyję, oczy jej się zamknęły i powolutku zaczęła chrapać". Po tym wątpliwym sukcesie mieli Bouvard i Pecuchet jeszcze i inne, jak wyleczenie przypominającej hipopotama, "wzdętej" krowy. Te powodzenia zachęciły ich do zorganizowania prezentacji dla miejscowych notabli. Pacjenci zasiedli pod gruszą, przygotowaną sposobem markiza Puysegura. Zaproszeni goście krążą wkoło nich, dźgając to tego, to owego lancetem lub szpilką. Wszystko staje się niemożliwie głupie i bezsensowne. Na koniec, osuwa się w idiotyczną pogawędkę: "Ja - rzekł sklepikarz - miałem psa, który zawsze był chory, gdy miesiąc rozpoczynał się w piątek. - Nas było czternaścioro dzieci - odezwał się sędzia pokoju. - Urodziłem się czternastego i dzień moich imienin przypada czternastego. Proszę mi to wytłumaczyć". Były to jednak sprawy, których nawet Bouvard i Pecuchet wyjaśnić nie potrafili. Tak więc, aby zakończyć rozmowę, obecny wśród zebranych ksiądz stwierdził, że magnetyzm to tylko diabelskie miazmaty, a poza tym fluidy i tak wyszły już z mody.

Po niepowodzeniu w magnetyzmie Bouvard i Pecuchet studiują spirytyzm. W celu uczynienia ze starej Gerwazowej subtelniejszego medium racjonują jej jedzenie. Ta odbija sobie braki w pożywieniu nieumiarkowaną konsumpcją alkoholu i popada w pijaństwo. W czasie pracy nad powieścią Flaubert pisał w jednym z listów: "Głupota ludzka przytłacza mnie obecnie tak mocno, że czuję się jak mucha dźwigająca na grzbiecie Himalaje. Postaram się wypluć mój jad w książce. Ta nadzieja sprawia mi ulgę". Nic więc dziwnego, że i magnetyzmowi się dostało. Jednak w chwilach rozpaczy to on bywał często ostatnią nadzieją. W powieści Flauberta z roku 1857 stojący nad ciałem żony Karol Bovary "przypominał sobie wypadki katalepsji; i mówił sobie, że gdyby chciał tego całą siłą woli, może i mógłby ją wskrzesić. Raz nawet pochylił się ku niej i zawołał cichutko: - Emmo! Emmo!".

Magnes a kozetka

Magnetyzm zwierzęcy, jakkolwiek wydaje się ekscentryczny z dzisiejszej perspektywy, ma swój udział w powstaniu współczesnej psychoterapii. Pomimo to często bywa wstydliwie spychany do przypisów historii psychologii. Zupełnie jakby przyjęło się osiemnastowieczne przekonanie, że za terminem "magnetyzm zwierzęcy" kryje się coś niemoralnego. A przecież kryzys wywoływany przez Mesmera, rozmowa w czasie snu magnetycznego stosowana przez Puysegura, były, czy nam się to podoba, czy też nie, wczesnymi zapowiedziami metod stosowanych m.in. przez Freuda przy leczeniu histerii. Leczniczy kryzys to przecież przodek odreagowania, katharsis. Nie można również przeoczyć znaczenia snu magnetycznego dla późniejszych badań nad hipnozą. Odrzucając pojęcie fluidu i koncentrując się na śnie magnetycznym, Puysegur przygotował dla nich pole. To w klinice jednego ze spadkobierców Mesmera i Puysegura młody Freud zyskał pewność, że istnieją metody badania procesów psychicznych skrywanych przed świadomością człowieka.

Praktyki magnetyzerów miały także udział w odkryciu nieświadomości - przestrzeni wewnętrznej, gdzie ujawniać mogły się wspomnienia i uczucia niedostępne w stanie świadomym. Pojawiło się przypuszczenie, że ta mroczna sfera może mieć wpływ na zwykłe, dzienne życie. Magnetyzm wzbudził również zainteresowanie snem jako fascynującym przejawem życia psychicznego. Upór Mesmera i jego następców spowodował w końcu zainteresowanie nauki zjawiskami, którym od wieków poświęcali uwagę mistycy i uzdrowiciele. To magnetyzm wskazał również na znaczenie relacji pomiędzy leczonym a leczącym. Skandale, począwszy od wiedeńskiego przypadku Mesmera, pokazały, że terapia wywołuje emocje o zastanawiającej sile. Analizowanie przeniesienia, czyli zespołu uczuć, jakie kieruje pacjent w stronę terapeuty, stało się jednym z najważniejszych elementów psychoanalizy. Istnieją zatem powody, dla których poprzez dziesiątki kontynuatorów, zdrajców i krytyków można próbować znaleźć drogę od mesmerowskiego baketu do freudowskiej kozetki.

Śmierć magnetyzera

Trzeba jednak dokończyć życiorys Mesmera. Po ucieczce z Paryża, gdzie gawiedź śpiewała sprośne piosenki na jego temat, a orzeczenie królewskiej komisji czekało na druk, Mesmer, przez Szwajcarię i Niemcy, powrócił w roku 1793 do Wiednia. Tu naraził się austriackim władzom, sławiąc ideały rewolucji francuskiej. Po odbyciu dwumiesięcznej kary więzienia wyniósł się z Wiednia do miejscowości położonej dziesięć kilometrów od miejsca swego urodzenia. Spędził tam resztę życia w zapomnieniu. Studiujący jego dzieła i doktrynę rzadko zdawali sobie sprawę z tego, że wciąż jeszcze żyje. Zmarł w roku 1815.

Pozostały po nim ślady w naszym języku. Mówimy przecież o "magnetyzującej osobowości", "magnetycznym spojrzeniu". Ale on sam, Franz Anton Mesmer, został zapomniany, mimo tego, że zelektryzował swą teorią całą Europę, a jego wynalazek - magnetyzm zwierzęcy - stał się pomostem między egzorcyzmami a współczesną psychoterapią. Mesmer zasłużył sobie na miejsce w historii psychologii, a przede wszystkim historii literatury. Trzeba wiedzieć coś o Mesmerze, aby zrozumieć niektóre z powieści Balzaka i utworów Edgara Allana Poe. Nie zawadzi również pamiętać o twórcy magnetyzmu czytając opowiadanie "Mario i czarodziej" Tomasza Manna. Ale to już zupełnie inna historia.

Magnetyzmy polskie

Za stolicę magnetyzmu polskiego może uchodzić Wilno. Tu właśnie w latach 1816-1818 Ignacy Emanuel Lachnicki wydawał "Pamiętnik Magnetyczny". Lachnicki był jednym spośród legionu wileńskich magnetyzerów. Znany wileński lekarz Józef Frank szydził: "Magnetyzm zwierzęcy stał się przedmiotem zabawy na zebraniach towarzyskich. Jasnowidzące zjawiały się jak grzyby po deszczu". Korespondencja i poezja filomacka świadczą, że teoria i praktyka mesmeryzmu były wśród filomatów omawiane i dyskutowane. Teodor Łoziński donosił Mickiewiczowi o doświadczeniach Tomasza Zana, wyrażając obawę, by Zan nie magnetyzował mu pach, "bo cała rzecz na śmiechu się skończy". Nie były to tylko zabawy. Grozę sytuacji dostrzegł matematyk i filozof Jan Śniadecki. W artykule "O pismach klasycznych i romantycznych", przywołanym przez Mickiewicza polemicznie w autografie "Romantyczności", zawarł Śniadecki liczne oskarżenia pod adresem magnetyzmu. Oskarżenie główne: ludzie "wbili sobie w głowę, że dusza ma jakąś tajemną siłę widzenia bez granic, że ma wrodzone sobie wiadomości, o których trzeba się dowiadywać nie przez nauki, ale przez wprowadzanie jej w stan bytu nadzwyczajny". Jednak to nie wszystko. "Żeby zaś wzajemnie sobie usłużyć i poznać związek tych nowych wynalazków, literatura opętała teatr diabłami, a medycyna pracuje nad sposobieniem egzorcystów". Zarażone magnetyzmem były więc również romantyczna literatura i teatr; magnetyzm i romantyzm to praktycznie synonimy. Śniadecki ze zgrozą przewidywał dalej, że już wkrótce medycyna "wprowadzać będzie ludzi w paroksyzm szaleństwa, żeby się od nich dowiedzieć prawideł mądrości".

Mieliśmy polskich magnetyzerów i ich rodzimych przeciwników. Znamy również związane z magnetyzmem skandale. Poeta Antoni Malczewski, autor "Marii", zaznajomił się z mesmeryzmem w czasie pobytu w Paryżu. Po powrocie do kraju w roku 1821 podjął się leczenia swej dalekiej krewnej, Zofii z Modzelewskich Rucińskiej. Mężatka, żona podsędka, matka dzieciom, cierpiała na tajemnicze dolegliwości, napady migreny, ataki szałów i spazmów. Już pierwsze seanse magnetyczne dały zaskakująco silne rezultaty. Stan podsędkowej wyraźnie się poprawił, a obecność Malczewskiego stała się jej niezbędna. Skandal wisiał w powietrzu. Interesującym świadectwem dotyczącym tych wypadków jest powieść autorstwa Michała Modzelewskiego, brata stryjecznego Rucińskiej, opowiadająca o historii mężatki i magnetysty. W stanie snu magnetycznego bohaterka wyznaje: "Ty tylko jeden zdolny jesteś mnie uratować", a następnie podaje receptę na zdrowie, niebezpieczną i nie wiadomo, czy do końca skuteczną: "Wyrzekła z płaczem, że tym środkiem jest rozwód, że nigdy z własnej woli nie poszła za mąż".

Rucińska rozwiodła się z podsędkiem w roku 1824. Malczewski musiał zrezygnować z posady w ministerstwie spraw wewnętrznych, gdyż Rucińska nie mogła znieść jego zbyt długiej nieobecności. Powrócił stary wiedeński problem.

Sztuka pamięci, sztuka mięsa

Za najwybitniejsze dzieło polskiego romantyzmu, w którym odbija się problematyka mesmeryzmu, trzeba uznać listy Zygmunta Krasińskiego do Delfiny Potockiej. Magnetyzm pojawia się w nich w wielu kontekstach, zostaje uwikłany w problematykę erotyczną, egzystencjalną, filozoficzną i religijną. A właściwie rozpoznajemy w "Listach do Delfiny" dwa magnetyzmy. Pierwszy - współczesna rozrywka salonowa, i drugi - skarb przyszłości mający służyć odrodzeniu człowieczeństwa. Magnetyzm salonowy była to przyjemność nie pozbawiona pikanterii, bo zabraniał jej Kościół. Niektóre z niewiast potrafiły jednak zdobyć oficjalną dyspensę na magnetyzowanie. Krasiński ostrzega przed takim magnetyzmem, gdyż jest on jeszcze "nie odtajemniczony". Zdaniem Krasińskiego roznamiętnione kobiety służą "szatanowi dni teraźniejszych", nie widząc w magnetyzmie "anioła przyszłości". Samo słowo "magnetyzm" należałoby, wedle poety, zmienić na "idealniejsze", gdyż "przypomina wszystkich doktorów głupich tego świata i ślamazarne somnambulki".

Sam Krasiński nie czekał na wyjaśnienie do końca tajemnic magnetyzmu i używał go ciągle. Jednak jakże zdziwiłby się Mesmer, gdyby dowiedział się, co romantyczny poeta zrobił z jego wynalazkiem. Oto, jeden z wielu, opis mechanizmu takich praktyk: "Olbrzymia żądza, tęsknota, marzenie, jeśli trwałe, wciąż działające muszą wreszcie nabyć potęgi, którą nazywano magnetyczną, potęgi ściągnienia do siebie miejsc i form kochanych lub odejścia samemu do nich i zamieszkania z nimi". Magnetyzm wykorzystywał poeta w celu ożywiania pamięci, czy leczenia na odległość. Przede wszystkim jednak służył wspomnieniom. Krasiński pisał do Delfiny: "Tak mi wasz salon stanął widomie wkoło ócz i serca, nawet ta sztuka mięsa drżąca, którąm żartem lubił [...]". Magnetyzm stał się za sprawą Krasińskiego jedną z władz romantycznej duszy.