Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

ADAM MICHNIK

Gnidy i anioły

 

 

Pierwszym uczuciem, jakie mnie ogarnęło po przeczytaniu eseju Piotra Wierzbickiego, był zachwyt i zarazem zawiść; zawiść, że to nie ja jestem autorem "Traktatu o gnidach". Ileż to razy - doprowadzony do pasji "gnidzią" kondycją bliźnich - ostrzyłem pióro, odgrażałem się, wygłaszałem strzeliste tyrady. Wszelako nic nie napisałem. I myślę, że nie tylko z powodu niedostatku talentu: dlatego również, że ilekroć opuszczała mnie pasja, tylekroć wyczuwałem w tak emocjonalnym ujęciu jakiś fałsz. Dopiero lektura eseju Wierzbickiego uświadomiła mi, na czym ów fałsz polegał, i pozwoliła sformułować własny punkt widzenia.

Powiada Wierzbicki: "Historykom pozostawiamy wykrycie protoplastów gnidy w minionych epokach". Poczuwając się do związków z profesją historyka, pozwalam sobie poczynić kilka uwag dla uzupełnienia.

Genealogii fenomenu "gnidy" szukać należy w sytuacjach politycznych, kiedy obca przemoc nad narodem polskim przybierała charakter chroniczny, a nadzieje na zbrojną obronę wartości narodowych były całkowicie iluzoryczne; kiedy kompromis z zaborcą stawał się niezbędny, aby ocalić istnienie narodu. Problem dopuszczalnych granic kompromisu bywał wtedy codziennym wyzwaniem dla rozumów i sumień ludzi, którzy w podbitym kraju chcieli żyć i działać. Totalna afirmacja formuły kompromisu bywała drogą do moralnej kompromitacji i duchowej kapitulacji; totalne odrzucanie formuły kompromisu bywało drogą do - mniej lub bardziej heroicznej - izolacji. Postawy kompromisowe i sytuacje trudnego wyboru były w epoce zaborów polskich chlebem codziennym. Wymieńmy kilka, tytułem przykładu.

Oto Hugo Kołłątaj, którego słusznie dziś czcimy. Jeden z twórców Konstytucji 3 Maja, jeden z organizatorów powstania kościuszkowskiego, czołowy ideolog Obozu Reform, gorący patriota i niemal symbol niezniszczalnego dążenia Polaków do niepodległości, za które zapłacił ośmioletnim pobytem w austriackim więzieniu po klęsce insurekcji kościuszkowskiej.

Kołłątaj miał w swej biografii fragmenty, które uprawniają historyka, by zaklasyfikował autora "Listów anonima" do gatunku protoplastów gnidy. I tak na przykład, kiedy w trakcie wojny polsko-rosyjskiej szala zwycięstwa przechylać się zaczęła zdecydowanie na rzecz Rosji, Kołłątaj nie tylko skutecznie skłaniał króla Stanisława Augusta do podpisania konfederacji targowickiej, ale i sam do Targowicy zgłosił akces. Wprawdzie dwa dni później wyjechał z Warszawy na emigrację, wprawdzie wnet przystąpił do organizowania sprzysiężenia patriotycznego, wprawdzie jego gest nie miał żadnego praktycznego znaczenia, a Targowica pozbawiła go i tak majątków i beneficjów - to jego podpisu pod dokumentem targowiczan nie da się z kart historii usunąć. Wielu - wśród nich Walerian Kalinka - osądziło Kołłątaja bardzo surowo. Aleksander Świętochowski w swej "Genealogii teraźniejszości" powiadał o Kołłątaju, że "dbał nade wszystko o swoją posadę, o swoje majątki i dochody. Gdy te zostały zagrożone, napisał tajemne przystąpienie do Targowicy i wyjechał za granicę w nadziei, że mu się uda przyjaciół oszukać, nieprzyjaciół przejednać i dobra odzyskać". Dalej cytuje Świętochowski opinię ambasadora rosyjskiego: "Kołłątaj wyjechał do Krakowa i stara się przyłączyć do naszego stronnictwa. Każdy może go kupić". Sam Kołłątaj pisał na ten temat w liście do przyjaciela, z września 1792: "Nie wstyd mi tego, żem chciał zrobić akces, bom go chciał zrobić jako człowiek wolny, nieprzymuszony, bom go chciał zrobić wcale w innym celu, to jest w celu uratowania wielu dobrych rzeczy, nie tak jak się teraz pokazuje. Jeżeli więc to dojdzie do wiadomości przyszłych czasów, pokaże się oczywiście, że ja nie byłem tak zaślepiony, własnego pojęcia miłośnik, żebym nie chciał ratować Ojczyzny i być jej usłużnym, nawet w tak krytycznych okolicznościach"...

Celem Kołłątajowego postępku była więc chęć ratowania tego "co się da", chęć obrony - nawet za cenę współpracy z ludźmi pokroju Szczęsnego Potockiego - choćby resztek dzieła reformy. Z perspektywy historycznej uderza nas iluzoryczność rachub Kołłątaja. Osobiście sądzę zresztą - za Wacławem Tokarzem - że błąd Kołłątaja polegał i na czymś innym: nie rozumiał on, iż "takiemu jak on człowiekowi nie wolno wchodzić na te drogi, dobre co najwyżej dla drugorzędnej dyplomacji". Zgadzam się jednak z Tokarzem i wtedy, gdy powiada, że "Kołłątaja (...) trzeba sądzić ze stanowiska tych warunków, wśród których działać mu wypadło. Warunkami tymi były czasy upadku Rzeczypospolitej, a więc z jednej strony - zaciśnienie tej dławiącej obroży zewnętrznej (...), a z drugiej - przejściowe osłabienie charakteru narodowego (...). W takich stosunkach - konkludował Tokarz - polityk praktyczny nie może iść drogą zbyt prostą, o ile przyświeca mu istotnie myśl ocalenia publicznego".

A oto Stanisław Staszic. Autor słynnych "Uwag nad życiem Jana Zamoyskiego" i "Przestróg dla Polski", długoletni prezes Towarzystwa Przyjaciół Nauk, wielce zasłużony dla naszej nauki i kultury. Słusznie czcimy jego pamięć i przytaczamy jego dewizę pracy "Nie dla owoczesnych pożytków, lecz dla dobra i użytku pokoleń przyszłych". A przecież ten czczony Staszic świetnie pasuje do grupy protoplastów "gnid". Głosiciel radykalnego programu reform w epoce Sejmu Czteroletniego (widział w nim szansę obrony niepodległości Polski) zwątpił w epoce Królestwa Kongresowego w możliwość pokonania Rosji. Stał się prekursorem programu pracy organicznej i działał w ramach wyznaczonych przez status polityczno-prawny Królestwa. Postanowienia Kongresu Wiedeńskiego uważał za optymalne dla polskiego interesu narodowego, a narażanie osiągniętego status quo przez spiskujących młodzieniaszków jawiło mu się jako niebywała lekkomyślność.

Pewnego razu - było to w 1818 roku - publiczność wygwizdała podczas jednego ze spektakli teatralnych faworytę wielkiego księcia Konstantego - doprowadzony do pasji Konstanty zakazał gwizdów podczas przedstawień teatralnych. Opinia publiczna uznała to za pogwałcenie Konstytucji, a prasa gwałtownie skrytykowała rozporządzenie. W odpowiedzi na to książę nakazał wprowadzenie cenzury prasowej: ten akt kontrasygnował ówczesny podsekretarz Stanu - Stanisław Staszic. Postępek Staszica rozjuszył opinię publiczną. Opozycyjni posłowie zażądali postawienia go przed sądem za łamanie Konstytucji. Rozgoryczony Staszic skarżył się Koźmianowi: "nas pod sąd oddają, co się dla kraju, dla ich synów poświęcamy i położeniem tamy rozpasanym piórom i językom oszczędziliśmy krajowi nieszczęść, które by niebaczność i głupota sprowadziły. Nie, naród, który z doświadczenia tak korzysta, który nie rozumie, co jest wolność, a co swawola, naród tak zakochany w anarchii, który tak ceni zasługi i zasłużonych prześladuje, istnieć nie może i losy swoje, konstytucję, swobodę i dolę potomków na szwank wystawia i zgubi".

Nie jest moją intencją obrona postępowania Staszica. Przeciwnie: sympatyzuję z jego krytykami, posłami "opozycji kaliskiej". Chciałbym jednak uświadomić dobitnie czytelnikowi, że konflikt Staszica z "Kaliszanami" (których wkrótce o ugodowość oskarży radykalna młodzież), to niekoniecznie spór gnidy z nie-gnidą, że po obu stronach stały autentyczne racje i że tych racji bronili ludzie wielce zasłużeni w dziejach naszego narodu i wielce dzisiaj szanowani.

Albowiem mieli "Kaliszanie" słuszność powiadając, że wprowadzenie cenzury jest jaskrawym i niedopuszczalnym pogwałceniem Konstytucji. Miał jednak i Staszic swoją rację, gdy tłumaczył, że warunkiem koniecznym kontynuowania robót "dla dobra i użytku pokoleń przyszłych" jest jakiś kompromis z księciem Konstantym, oraz, że zakaz wygwizdywania książęcej faworyty nie jest tym najbardziej dotkliwym ograniczeniem swobód obywatelskich, z powodu którego warto odkopywać topór wojenny przeciw Rosji.

Miał wreszcie swoją rację i Maurycy Mochnacki, gdy w kilka lat później tłumaczył zwolennikom Staszica i zwolennikom "Kaliszan" jednocześnie: "Choćby nawet przyszło stracić tę Polskę, jaką dzisiaj macie, to ją lepiej straćcie, niżeli żebyście mieli skazać na rusztowanie sam zamysł odbudowania całej i niezależnej".

Spory bywały gwałtowne, a różnice fundamentalne pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami ugody, pomiędzy legalistami i konspiratorami, pomiędzy organicznikami i insurekcjonistami. Zwolennicy działań radykalnych zawsze zacierali - w ferworze polemiki - różnice pomiędzy zdradą narodową, ugodą i pracą organiczną, oraz przejawiali skłonność do sprowadzania wszystkich wzorów odmiennych zachowań do wspólnego mianownika: własnej kiesy. Dopiero czas prostował kanty, wyrównywał kontury, pozwalał ocenić skuteczność rozmaitych form oporu przeciw niedoli obcego zaboru; pozwalał dojrzeć w przeciwieństwach komplementarność.

Powiedzmy wyraźnie: różne były drogi walki o sprawę polską i różnie bywało z ich skutecznością. Nie tylko uczestnicy powstań zbrojnych walczyli o narodowy byt. Czasem skuteczna bywała ugoda, czasem legalna opozycja, a czasem społeczeństwo bywało wprost skazane na pracę organiczną. Jeśli sensowną była (a tak właśnie skłonny jestem sądzić, choć do dziś bywa to kwestionowane) taktyka insurekcyjna w epoce Kościuszki, legionów czy "nocy listopadowej", to z całą pewnością nonsensem politycznym były insurekcyjne spiski w Królestwie epoki paskiewiczowskiej. Tradycja powstań jest nam najbliższa - i trudno się temu dziwić. Bez tej tradycji bylibyśmy dziś innym narodem - bardziej pokornym, łatwiejszym do ujarzmienia. Nic przeto dziwnego, że Polak przechowuje w swym duchowym konterfekcie wizerunki Kościuszki i Prądzyńskiego, Traugutta i Piłsudskiego. Ale pomyślmy, jak wyglądałaby nasza świadomość narodowa bez tych wszystkich, którzy innych dróg szukali? Bez Staszica i Stanisława Potockiego, bez Hotelu Lambert i galicyjskich "stańczyków", bez Świętochowskiego i Spasowicza?

Sylwetki insurekcjonistów bardziej rozbudzają wyobraźnię i łatwiej pasują do emocji. Szarża pod Samosierrą jest bardziej fotogeniczna niż żmudne organizowanie oświaty, modernizacja rolnictwa, żeby już nie wspomnieć o sieci urządzeń sanitarnych. Wszelako pamiętajmy, że bez tych "organicznikowskich" i "ugodowych" dokonań - zwłaszcza w Galicji - nie bylibyśmy zdolni do zorganizowania własnej państwowości. I pamiętajmy, że za uzyskanie możliwości podejmowania tych prac nasi dziadowie płacili wysoką nieraz cenę, ryzykując pretensję moralną ze strony swych owoczesnych przeciwników.

Mój historyczny suplement byłby niepełny, gdybym pominął protoplastów "gnidy" z epoki II Rzeczypospolitej. Postawy opisane przez Wierzbickiego są zawsze wynikiem kompromisu między sumieniem a służbą władzy narzuconej społeczeństwu. Ta władza nie musi być wcale obca i nie musi być koniecznie narzucona z zewnątrz. Czymże, jeśli nie płomiennym oskarżeniem niemieckich "gnid", jest list Tomasza Manna do Waltera von Mole z września 1945? Czymże innym uwagi Sołżenicyna o obrazowanszczinie? Czymże - wreszcie - był list otwarty Antoniego Słonimskiego do Wacława Sieroszewskiego i Juliana Kadena w sprawie Brześcia?

Słonimski pisał: "Nie wierzyłem i miałem prawo nie wierzyć plotkom o znęcaniu się i torturowaniu więzionych przeciwników politycznych. (...) Relacje podane w interpelacji sejmowej grozą swą przerosły wszystko, co można było przypuszczać. (...) Dlatego wydaje mi się słusznym, aby pisarze, którzy łączyli i łączą swą działalność z obozem rządzącym (...) wypowiedzieli się i potępili publicznie ohydne i niegodne czyny. (...) Wacław Sieroszewski i Kaden-Bandrowski zajmują czołowe stanowiska w naszych organizacjach zawodowych. Na nich skierowane były oczy opinii. Uważam, że obowiązkiem tych właśnie pisarzy, mających zarówno zaufanie rządu, jak i opinii, było zajęcie otwartego i zdeklarowanego stanowiska w sprawie dla wszystkich tak ważnej i bolesnej. (...) Pisarz społeczny, pisarz czołowy zwycięskiego obozu, milczący w sprawie Brześcia, jest czymś tak niepokojącym, że usprawiedliwia to publiczne wyzwanie, które rzucam w tym miejscu".

List Słonimskiego jest świadectwem szoku, jaki stał się udziałem wielkiej części opinii po sprawie brzeskiej, zwłaszcza zaś tych środowisk demokratycznych, które popierały obóz belwederski. Tym ludziom wprost trudno było uwierzyć w prawdziwość relacji przenikających zza więziennych murów. Gdy zostały one potwierdzone, stanęli przed dramatycznym wyborem.

Spróbujmy ich zrozumieć. Ci ludzie żyli długie lata w przeświadczeniu o słuszności tej drogi politycznej, którą reprezentował główny architekt orientacji niepodległościowej - Józef Piłsudski. Niełatwo jest takie przeświadczenie zrewidować z dnia na dzień. W końcu nie kto inny, lecz właśnie Antoni Słonimski zaatakował początkowo kampanię prasy opozycyjnej przeciw uwięzieniu opozycyjnych przywódców w Brześciu. I choć wkrótce potem przyszedł cytowany wyżej list do Kadena i Sieroszewskiego, choć Słonimski zaangażował się nader ostro w konflikt z organizatorami Brześcia - to jego felieton z Wiadomości Literackich, świadectwo pierwszej, impulsywnej reakcji, istnieje przecież na kartach historii polskiego życia umysłowego. Wielokrotnie rozmawiałem z Panem Antonim na ten temat. Opowiadał mi o dramatyzmie tamtych dni, o wielkiej atencji, jaką jego środowisko darzyło obóz Piłsudskiego, o trudnych rozstaniach ze starymi znajomymi (z Matuszewskim, Beckiem, nade wszystko z Wieniawą). I wielekroć tłumaczył mi Pan Antoni, że choć sam zerwał z sanacją, to nie wszyscy zwolennicy tego obozu byli łajdakami czy choćby konformistami; że bardzo wielu ludzi sanacji ofiarnie służyło Polsce i temu, co szczerze uznawali za jej dobro. W rzeczy samej bowiem: czy łatwo jest jednoznacznie zaszufladkować tych wszystkich, którzy w owym czasie bronili racji władzy i próbowali usprawiedliwiać jej - haniebne, przyznajmy - postępowanie? Wszak na tej liście znajdzie się Tadeusz Hołówko i Walery Sławek, Jan Lechoń i Kazimierz Wierzyński, Eugeniusz Kwiatkowski i Stefan Starzyński. Wszyscy ci ludzie położyli zasługi tak niewątpliwe, że zasłużyli sobie na wnikliwą refleksję, a nie na mocno brzmiący epitet.

Wszelako ową "mądrością bez gniewu" dzielił się ze mną Pan Antoni po upływie wielu lat. W owym czasie opinie formułowane były w całkiem innym tonie. Instruktywne może być na przykład sięgnięcie do wspomnień Wincentego Witosa. Przeczytać tam można, między innymi, że "p. Beck jest zdrajcą przez Niemcy hitlerowskie opłacanym, że Mościcki jest zwyczajnym indywiduum nadużywającym swojego urzędu do osobistych celów, że rządząca klika obdziera społeczeństwo i naród ze wszystkiego, prowadząc go w otchłań nędzy i upodlenia, gdy sama tonie w rozkoszach i rozpuście. Jeżeli ci szkodnicy - konkludował Witos - nie chcą się zmienić ani ustąpić, to obowiązkiem i prawem świadomego społeczeństwa jest użycie siły, w przeciwnym razie stanie się i ono współwinne".

Czyż ludzi akceptujących taki system sprawowania władzy można nie uznać za prekursorów "gnid"?

Przywołuję tamten odległy już czas dlatego również, że łatwiej - myślę - o przezwyciężenie emocji i spokojny namysł.

Odnotujmy przeto, że inaczej ogląda rzeczywistość czynny opozycjonista, inaczej relacjonujący intelektualista, a jeszcze inaczej moralista wymierzający sprawiedliwość "widzialnemu światu". Każdy z tych poglądów ma swe blaski i cienie. Perspektywa opozycjonisty jest nieuchronnie skażona jednostronnością. Pomaga przekształcać świat, ale utrudnia dostrzeżenie jego wielowymiarowości. Moralizm pozwala dostrzec pułapki etyczne czyhające na każdego z podejmujących aktywną odpowiedzialność, ale sprzyja też pięknoduchowskiemu kultowi "czystych rąk". Postawa spektatorska ułatwia rozumienie złożoności ludzkiej kondycji, ale nie ułatwia znalezienia odpowiedzi na pytanie: "co robić?" i na pytanie: "co jest dobrem, a co złem?"

Inaczej ogląda się świat, gdy chce się go zmienić, inaczej - gdy chce się go zrozumieć, a jeszcze inaczej - gdy chce się go moralnie osądzić. Świadom jestem, że nie zmienię tego stanu rzeczy swoim artykułem. Nie jest to zresztą moją ambicją. Jest nią natomiast próba uświadomienia memu adwersarzowi, że jeśli całkowicie podda się myśleniu w kategoriach moralistycznych bądź bieżąco-opozycyjnych (co zresztą na jedno wychodzi), to zgubi z pola widzenia pewną istotną część rzeczywistości.

Czym innym jest - myślę - ocena jakiegoś systemu politycznego, a czym innym ocena konkretnych ludzi weń zaangażowanych i ich dokonań. Można negatywnie oceniać bilans rządów sanacji, a doceniać budowę portu w Gdyni, dzieło nie krasnoludków przecież, lecz ludzi stanowiących fragment obozu sanacyjnego. Sądzić ludzi można według dokonań i według intencji. Sądząc według intencji, rekonstruując wewnętrzne motywacje, niepodobna czynić tego na podstawie krótkiego tylko wycinka czyjejś biografii. Inaczej przecież jawić się nam mogą motywy Stefana Starzyńskiego, akceptującego polityczny program OZON-u, a inaczej widzimy tę samą sylwetkę moralną przez pryzmat bohaterskiej obrony Warszawy i męczeńskiej śmierci.

Albo Eugeniusz Kwiatkowski. Był politykiem, który akceptował realia zwalczane przez przeciwników obozu sanacyjnego. Dlaczego tak czynił? Wolno chyba sformułować domysł, że Kwiatkowski nieraz stawał przed trudnym dylematem moralnym: akceptować musiał Brześć i fałszowanie wyborów, jeśli pragnął budować Gdynię czy Centralny Okręg Przemysłowy, jeśli pragnął mieć efektywny wpływ na polską politykę gospodarczą. I - być może - stawiał sam sobie pytanie: co jest ważniejsze? Czy demonstracja moralno-polityczna przeciw brzeskiemu bezprawiu, czy też budowanie portu w Gdyni? I być może niełatwo znajdował odpowiedź.

Przypominam sobie te wszystkie dość banalne prawdy po to, by przypomnieć jeszcze jeden banał: można brać - w porządku politycznym i moralnym - stronę przeciwników Kwiatkowskiego, stronę opozycji antysanacyjnej, stronę Witosa i Pużaka - ale niepodobna nie widzieć całej złożoności obrazu. Dotykając zaś subtelnego problemu moralnej oceny ludzkich intencji i motywacji, należy być nader ostrożnym. Bowiem - takie jest moje głębokie przekonanie - obowiązywać winna w tej mierze presumpcja dobrej woli. Oznacza to, że należy dawać wiarę temu, co ludzie mówią o swych motywacjach i - osądzając postępki po ich skutkach - raczej usprawiedliwiać złe skutki dobrymi intencjami, niż dopatrywać się w ludziach pobudek niskich. Nade wszystko zaś pojmować trzeba złożoność ludzkiej kondycji i ludzkiej natury; pamiętać trzeba, że wszyscy bywamy niekonsekwentni i małoduszni; trzeba się starać zrozumieć, dlaczego tak się dzieje.

O tych zawstydzająco banalnych spostrzeżeniach warto pamiętać, gdy podejmuje się spór o postawy inteligencji polskiej pod rządami Przodującego Ustroju. Obraz nakreślony przez Wierzbickiego jest jasny i jednoznaczny. Polską rządzić mieli w owym czasie stalinowsko-bierutowscy czynownicy, a partyjno-zetempowskie bojówki dokonywały egzekucji na polskiej nauce. I tyle. Ginie gdzieś cały dramatyzm społecznej i politycznej rzeczywistości, ginie gdzieś cały ten pasjonujący obraz mieszaniny klęski i nadziei, rozumu i naiwności, strachu i brawurowej odwagi, dynamizmu społeczeństwa i zakulisowych działań sowieckich doradców. Jakby w odpowiedzi na stalinowskie czytanki, którymi byliśmy kiedyś karmieni, otrzymujemy czytankę a rebours, gdzie barwy są równie zgęszczone i jaskrawe, a obraz świata równie infantylny.

Kogo interesuje prawda o tamtym niezwykłym czasie, prawda o zniewolonych umysłach i zdewastowanych sumieniach, prawda o heroicznym nonkonformizmie jednych, o inkwizytorskim zapale drugich, o wallenrodystycznej przebiegłości trzecich i o zobojętnieniu czwartych - niech nie szuka jej w szkicu Wierzbickiego. Jakże nieprawdziwy jest pomieszczony tam wizerunek epoki, gdy go zestawić choćby z felietonami Kisiela, opowiadaniami J. J. Szczepańskiego, z "Prześwitami" Rudnickiego i "Matką Królów" Brandysa, z eseistyką Kuli i Miłosza, z prozą Marii Dąbrowskiej i Hanny Malewskiej. Powiada Wierzbicki, że źródłem wiedzy o "gnidach" była dlań jego własna książka "Cyrk" (znakomita, przyznaję, karykatura Kraju Miłującego Kraj Miłujący Pokój). Dla mnie najbardziej instruktywną z lektur ostatniego roku była książka Kazimierza Brandysa "Nierzeczywistość". Ta książka, fascynująca biografia polskiego inteligenta, którego inicjacją w dorosłe życie było uderzenie w głowę przez ONR-owskiego bojówkarza na uniwersyteckim dziedzińcu, przynosi nader sugestywny obraz złożoności polskiego losu. Jest tam opisana sytuacja, w której narrator dostaje wezwanie do UB w związku ze swoją działalnością w Ruchu Oporu - a jednocześnie zapoznaje się z tekstem dekretu o reformie rolnej. Czy ten osobliwy splot realiów był wymysłem "gnid", kolejnym wykrętem "gnidziego" intelektu, który lubi powtarzać, że prawda leży pośrodku?

Marginesowo tylko - piszę wszak o ludziach, którzy zawarli kompromisowy pakt z przemocą - wspomnieć wypada mi innych ludzi: tych, którzy dali się w swoim czasie uwieść prawicowym bądź lewicowym ideologiom totalitarnym. Zapewnić pragnę moich ewentualnych polemistów, że nie żywię sympatii ani dla totalitarnych ideologii, ani do totalitarnych praktyk. Ale staram się pamiętać, że polscy zwolennicy totalitarnego, faszyzującego nacjonalizmu zapłacili tak wielką ofiarę krwi w latach II wojny światowej, iż każe to innym okiem spoglądać na sferę ich intencji i motywacji. Myślę tu choćby o Stanisławie Piaseckim, o Gajcym, Trzebińskim i Pietrzaku. Myślę tu również o Adamie Doboszyńskim, człowieku, który zdemaskował w trakcie procesu sądowego metody stalinowskiego śledztwa, który po śledztwie pełnym tortur umiał zachować niezwykłą godność na sali sądowej. Zamordowany został z wyroku PRL-owskiego sądu w 1949 roku pod fałszywym i hańbiącym zarzutem kolaboracji z hitlerowcami i po dziś dzień nie został zrehabilitowany...

Myślę również o jednym z moich profesorów, przedwojennym działaczu ONR-Falangi, który wyciągnął do mnie rękę w trudnej chwili i przez wiele godzin tłumaczył mi nieprosty los swego pokolenia i środowiska. Ideologia faszystowska nie stała mi się bliższa, ale korzenie jej popularności bardziej zrozumiałe.

Staram się też zrozumieć ludzi, którzy uwiedzeni lewicową frazeologią totalitarnego mocarstwa, stali się narzędziem w rękach reżyserów i manipulatorów scen zbiorowych na "wielkich budowach socjalizmu". Z ich rozrachunkowych utworów wiemy, że przeżyli dramat. Ich los, fragment duchowej biografii polskiej inteligencji (tak jak innym jej fragmentem jest pismo Prosto z mostu), winien być dla nas lekcją i przestrogą. Ci ludzie padli ofiarą oszustwa i samooszustwa. Czy oni pierwsi? I czy ostatni? Przeczytajmy jeden z obrachunkowych tekstów:

"Morzyliśmy brać naszą. Urząd twój morzył Ojczyznę naszą. (...) Szliśmy dalej w bezprawiu. (...) Kazaliśmy braciom radować się lub boleć, kochać lub nienawidzieć, często nie mając w sobie tego uczucia bólu lub radości, do któregośmy wzywali. Wielość rozkazujących mnożyła wyzywy, częstokroć sprzeczne... My wyzywający, sami będąc w braku wiary, nie mogąc znieść samotności, która nas wobec nas stawiając, nicość nam naszą pokazywała, wypadaliśmy na braci. Zadawaliśmy im cierpienia. (...) Odejmowaliśmy braciom ostatnią już wolność, szanowaną przez wszelkie tyranie, wolność milczenia. (...) Bo każdy, kto z czymkolwiek i kiedykolwiek nie zgodził się z nami, a raczej echem naszym nie był, został ogłoszony na buntownika. Zaprowadziliśmy władzę najsmutniejszą. (...) Staliśmy podobni trzodzie wilków. Woleliśmy zostać w Kole i w nim jak w dziedzicznej wiosce panować, choć nad niewolnikami, byle po pańsku".

"Koło" nie jest nazwą komórki partii komunistycznej, a autorem cytowanego tekstu nie był rozczarowany komunista. Napisał te słowa, po zerwaniu z Kołem towiańczyków, Adam Mickiewicz.

Żyli jutrzenką

i posieli mrok

Żyli ideą

i wzięli rozbrat z ludźmi.

Żyli marzeniem

i kłamstwo się stało chlebem ich codziennym.

Tego zaś nie napisał żaden towiańczyk. To z "Krytyki poematu dla dorosłych" Ważyka.

Czemu przypominam te teksty, tak osobliwie je zestawiając? Ponieważ grozą mnie ogarnia łatwizna umysłowa sądów o przeszłości, sądów niepokojąco popularnych i żałośnie schematycznych, sądów będących mieszaniną prymitywizmu, ignorancji i złej woli. Nie odnoszą się te określenia do Wierzbickiego, ale do tych wszystkich, którzy w "Traktacie o gnidach" dostrzegają biblię norm moralnych i encyklopedię wiedzy o Polsce współczesnej.

Rzeczywistość pierwszych lat powojennych była - podług mego zdania -nieporównanie bardziej skomplikowana, niż to wynika z arcyprostych formułek o "czerwonych" i ich umysłowych pachołkach - "gnidach".

Należy ten okres do najbardziej bolesnych w naszych dziejach i najbardziej zakłamanych. Być może zresztą dlatego tak bardzo bolesnych, że tak bardzo zakłamanych. Odkładając szczegółową refleksję, której potrzeba jest dojmująca, na inną okazję, tu poczynić wypada kilka uwag fragmentarycznych.

Zatem: kraj był wykrwawiony, a losy wojny rozstrzygnięte na konferencji jałtańskiej. O kształcie powojennej rzeczywistości zdecydowała nie ilość przelanej krwi i heroizm antyfaszystowskiego oporu, lecz międzynarodowy układ sił. Zachodni alianci odstąpili od Polski. Jakież drogi postępowania pozostawały społeczeństwu?

Wielokroć zastanawiałem się nad tym problemem. Wielokrotnie usiłowałem odszukać w niezbyt odległej historii ów punkt, w którym błąd czy fałszywy wybór polityki polskiej przesądził o późniejszej narodowej niedoli. I nie znalazłem. Śledząc dzieje sprawy polskiej podczas wojny i później, miałem uczucie, jakby Klio - muza Historii - odwróciła się tyłem do Polaków, jakby nie dała im nawet cienia szansy na przerwanie pasma nieszczęść i odnalezienie dróg wyjścia z narodowej opresji. Przegrały wszystkie orientacje polityki polskiej.

Mam wielki szacunek dla dorobku powojennej emigracji, dla tych ludzi, co wyrzekli się powrotu w ojczyste strony, by przypomnieć światu o losie zniewolonej Polski; dla tych ludzi, co najpierw żyli przez lata na walizkach w oczekiwaniu na swój czyn zbrojny, a potem gigantycznym wysiłkiem stworzyli wielki zrąb kultury narodowej, tak dziś ważny dla młodego pokolenia w Polsce. Wszelako emigrowanie nie mogło być programem politycznym dla całego narodu, a bezpośrednie diagnozy i prognozy polityczne emigrantów -nie sprawdziły się.

Totalnie "niezłomnym" można było być na emigracji. Przywódcy krajowego podziemia - skupieni w Radzie Jedności Narodowej - uchwalili na początku 1945 roku zgodę na treść porozumienia jałtańskiego. Szesnastu przywódców podziemia, wśród nich Delegat Rządu na kraj, przewodniczący RJN, Komendant Armii Krajowej, udało się na rozmowy z przedstawicielami władz ZSRR. Wszyscy zostali zdradziecko porwani i uwięzieni na Łubiance. Konsekwencją takiego stosunku władz ZSRR do polskiego podziemia było utworzenie konspiracyjnej organizacji "Wolność i Niezawisłość" (WIN). Mam wielki szacunek dla WIN-owców, dla ludzi, którzy już w 1945 roku podjęli trud organizowania niepodległego ruchu oporu, wysiłek kontynuowania konspiracji niepodległościowej w zmienionych, o ileż trudniejszych warunkach. Ofiarowali oni swoją wolność, a często i życie, świadcząc o polskiej woli niepodległościowej. Żywię najwyższy podziw dla niezłomnej i heroicznej postawy Józefa Rybickiego na procesie Komendy WIN-u w styczniu 1947. Wiem, że każdym słowem rzucał na szalę swoje życie. Staram się jednak zrozumieć i tych, którzy postępowali inaczej, oraz uszanować ich wybór.

"Niezłomni" emigranci wiele gorzkich i krytycznych słów napisali o powrocie do Polski przywódcy Stronnictwa Pracy - Karola Popiela. Dla wielu "niezłomnych" zerwanie z rządem Arciszewskiego było po prostu zdradą Polski. Polacy w kraju przyjęli ich jednak z entuzjazmem, mimo że Mikołajczyk i Popiel decydowali się na daleko idący kompromis: na przekreślenie ciągłości instytucjonalnej, na nowy kształt terytorialny Polski, na uznanie rządu tymczasowego z udziałem komunistów. Podobny pogląd reprezentował jeden z przywódców ruchu socjalistycznego - Zygmunt Żuławski. Starali się oni - za cenę kompromisu - ocalić w nowej rzeczywistości to wszystko, co wydawało się możliwe do ocalenia. Oskarżano ich, że podjęli walkę w ramach wyznaczonych przez przeciwnika - ale innych ram wtedy nie było. Analogiczne stanowisko - należy to w tym miejscu przypomnieć - zajął Episkopat.

Mikołajczyk wraz z całym ruchem ludowym przegrał walkę o demokrację dlatego, że walki tej nie można było wygrać w warunkach przemocy policyjnej i twardego sowieckiego dyktatu. Pozostanie chwałą i historyczną zasługą ludowców, że toczyli tę walkę - płacąc krwią - przez kilka lat. Nie zmienia to jednak faktu, że ich polityczne rachuby na pomoc Zachodu okazały się iluzoryczne.

Obrona "tego co możliwe" była również celem działań znacznej części tak zwanej koncesjonowanej PPS. I ci ludzie, broniący autentyczności samorządu i autentyczności ruchu spółdzielczego - przegrali. Przed klęską szli na liczne kompromisy godząc się na wyklinanie dawnych towarzyszy partyjnych: Pużaka, Zaremby, Ciołkosza czy Żuławskiego. Na tym właśnie polegała ich tragedia i na tym polegała perfidia tego systemu: na zmuszaniu ludzi o niekwestionowanej uczciwości do zachowań moralnie dwuznacznych.

Wszyscy, którzy włączyli się w życie publiczne, byli takich sytuacji świadkami: intelektualiści, artyści, działacze społeczni. Zważmy, że byli wśród nich ludzie, których zasług nikt nie podaje w wątpliwość. Przypomnijmy więc, że aktywną obecność, a nie wewnętrzną emigrację wybrali: Tadeusz Kotarbiński i Kazimierz Ajdukiewicz, Tadeusz Manteuffel i Kazimierz Wyka, Maria i Stanisław Ossowscy, Maria Dąbrowska i Leon Schiller, Antoni Słonimski i Jerzy Zawieyski. Powtórzmy: celem ich wszystkich była obecność w życiu narodu i obrona tego, co wydawało się możliwe do obrony.

Czas płynął, stalinowska pętla zaciskała się coraz dokładniej na szyi znękanego i wykrwawionego narodu. Przed każdym stawało pytanie: gdzie jest granica dopuszczalnego kompromisu? Jaką cenę można zapłacić za możliwość wykładania, publikowania, uprawiania własnego zawodu? Bowiem w systemach totalitarnych zawsze trzeba było płacić za obecność, a cena stawała się coraz bardziej wygórowana. Dyktowanym warunkom towarzyszyły, mniej lub bardziej zawoalowane, groźby i szantaże.

Nie pamiętam tamtych czasów, znam je tylko z rozmaitych relacji i dokumentów. Dziś - po latach - bardzo trudno ocenić konkretne wybory wówczas dokonywane. Jeszcze trudniej znaleźć miarę, abstrahując od ówczesnych realiów. Kto zna taką miarę, temu po prostu zazdroszczę. Jeśli nie polega ona na udowodnionym i świadomym udziale w krzywdzeniu innych ludzi - to każde inne kryterium wydaje mi się chybotliwe. Jak ocenić postawę prof. Manteuffla, dyrektora Instytutu Historii w okresie stalinowskim? A postawę prof. Wyki? Albo też Marii Dąbrowskiej, łącznie z napisanym przez nią nekrologiem po śmierci Stalina? Jeśli słuszne jest stwierdzenie Nadzieżdy Mandelsztam, że milczenie w obliczu totalitarnej przemocy jest "prawdziwym przestępstwem przeciwko rodzajowi ludzkiemu", to winni tego przestępstwa byli niemal wszyscy. Nawet najszlachetniejsi skazani byli na bierność i milczenie. Wyłączeni z tego byli jedynie mieszkańcy więzień i łagrów. "Błogosławione więzienia!" - pisał Sołżenicyn. Tylko tam mógł człowiek osiągnąć wolność od udziału w tej przeklętej machinie nieprawości.

Aleksander Wat napisał gdzieś, że jedna tylko istnieje odpowiedź na pytanie, jak się powinni zachować intelektualiści w krajach rządzonych przez Stalina. Jest to odpowiedź szekspirowska: "powinni umrzeć".

Być może, iż jest to odpowiedź prawdziwa. Wszelako - sądzę - tej odpowiedzi wolno udzielić tylko sobie, tą miarą można sądzić tylko siebie, tej ofiary wolno żądać tylko od siebie. Każdy, kto żąda tej odpowiedzi od innych, arbitralnie przyznaje sobie samemu prawo stanowienia o cudzym życiu. Co się na ogół nie kończy niczym dobrym.

Z powyższego wynika, że nie odpowiada mi nadmierny rygoryzm moralny stosowany wobec innych. Nie odpowiada mi również taki sposób oceny zaangażowanych w stalinizm intelektualistów, który abstrahuje od ich biografii wcześniejszych i późniejszych. Wyobraźmy sobie, że któryś z moralistów zechce ocenić Andrzeja Kmicica wyłącznie na podstawie tego okresu jego życia, gdy służył Radziwiłłom i - chcąc nie chcąc - działał na szkodę Najjaśniejszej Rzeczypospolitej; wyobraźmy sobie moralistę, który będzie pamiętał Adamowi Czartoryskiemu, że był ministrem u rosyjskiego imperatora, a pominie takie drobiazgi jak to, że był później członkiem powstańczego rządu i jednym z przywódców Wielkiej Emigracji.

Generałowa Natalia Kicka opisuje w swoich pamiętnikach historię Stanisława Sołtyka, wartą może przypomnienia. Otóż w epoce konfederacji barskiej, gdy rosyjski ambasador Repnin organizował porwanie polskich senatorów (m.in. biskupa Kajetana Sołtyka), uciekł się do podstępu. Mianowicie udał się do Stanisława Sołtyka, biskupiego synowca, i "jedwabnymi słowami wyzyskał świadectwo twierdzące, że biskup cierpi napady niebezpiecznego obłąkania. Biskup surowo nieraz karcił niedorzeczne wybryki synowca, więc zemścił się na stryju synowiec, podpisując świadectwo żądane przez Repnina, a kiedy przychodzących więzić go Moskali zapytał się biskup Sołtyk, na zasadzie jakiego zarzutu odbierano mu wolność, imieniem publicznego bezpieczeństwa odpowiedziano, pokazując świadectwo synowca. «Bodajby uschła ręka, która ten fałsz podpisała» - krzyknął biskup. I uschła z czasem rzeczywiście".

Później los się odwrócił. Małoduszny synowiec stał się gorącym patriotą, jednym z przywódców - obok Waleriana Łukasińskiego - niepodległościowej konspiracji w epoce Królestwa Kongresowego. Wraz z innymi spiskowcami został uwięziony. "Sołtyk w więzieniu - wspomina Kicka - wielkie męczarnie, moralne i fizyczne cierpiał z przyczyny tej bezwładnej ręki..."

Tyle generałowa Kicka. Z innych relacji wiadomo, że co bardziej życzliwi współcześni nie szczędzili uwięzionemu spiskowcowi kąśliwych przycinków na temat jego młodzieńczych grzechów.

Kiedy czytam roczniki prasy tuż-powojennej, pełne przedwojennych wypominków niepięknej przeszłości, mających dyskwalifikować ludzi, którzy swą metamorfozę udokumentowali krwią; kiedy czytam agresywne ataki na ludzi zaangażowanych w stalinizm, ludzi, którzy następnie przez całe lata szykan i prześladowań dowiedli szczerości swej ewolucji ideowej, przychodzi mi na myśl historia Sołtyka, słusznie dziś czczonego na kartach historycznych monografii. Myślę o tym ze smutkiem - czyż zawsze stać nas będzie tylko na pośmiertne rehabilitacje?

To oczywiste - w stalinizm zaangażowani byli i inni ludzie, zwyczajni karierowicze i podli donosiciele, a także okrutni oprawcy, którzy torturowali niewinnych. Kiedy otworzone zostaną archiwa policji politycznej, uzyskamy pełniejszą wiedzę w tym przedmiocie. Wierzbicki ewokuje obraz tej przyszłości pisząc, że "kiedyś jakiś tłum wielki wylegnie na ulicę, by się każdy rozliczył z tego, co zrobił dla Polski". Wyznam, że nie uśmiecha mi się wizja Wierzbickiego. Nie chciałbym, aby w pierwszym dniu wolności wielki tłum wylegał na ulice i rozliczał wszystkich z tego, co zrobili i z tego, czego nie zrobili dla Polski. Czuję w tym atmosferę ulicznego samosądu. Podniecony odzyskaną wolnością tłum jest zdolny do linczu, ale nie jest zdolny do rzetelnego rozliczania z uczynków. Dlatego też każdy, kto będzie taki tłum podjudzał do rozrachunków, będzie siał ziarno nienawiści. Dlatego też rozrachunki pozostawmy lepiej historykom.

Wbrew temu, co czytamy w "Traktacie o gnidach", ani rektorzy, ani redaktorzy, służalczy na zewnątrz, a "prozachodni" i "kontrrewolucyjni" w głębi duszy, nie mieli wcale łatwego życia w epoce stalinowskiej. Stale patrzono im na palce, wciąż byli podejrzewani o "obciążenie burżuazyjną świadomością". Nadgorliwi agitatorzy widzieli w nich zakamuflowanych obrońców przeszłości. "Pryszczatym" agitatorom świat jawił się nader prosto. Ustrój kapitalistyczny - kolebka faszyzmu - był wrogiem numer jeden szczęścia ludzkości. Każdy, kto decydował się na najmniejszy nawet kompromis ze zgniłą kulturą kapitalistycznego Zachodu, był dla nich pryncypialnym przeciwnikiem.

Owa prostota widzenia świata, łatwość ferowania ocen, pełen nietolerancji fanatyzm polityczny podyktował w tamtych latach młodemu, choć dysponującemu już znakomitym dorobkiem pisarzowi takie oto pamfletowe sformułowania: "dla pisarzy mieszczańskich rozprawienie się z faszyzmem niemieckim stało się ucieczką od decyzji politycznej, a nawet gorzej: stało się przykrywką ideologii imperialistycznej! (...) Należy przewartościować dzieła, które w latach odchylenia nacjonalistycznego określaliśmy mianem «antyfaszystowskich», «moralizatorskich», myśląc, że to wystarczy na wieki. Trzeba rozpiłować tę wytuptaną platformę, na której się całował Żółkiewski z Zawieyskim".

Tak oto wyglądał pamflet na "gnidy" Tadeusza Borowskiego. Stefan Kisielewski zareagował na tę publicystykę listem, zasługującym na przypomnienie: "Sądzę - pisał Kisiel do Borowskiego - że jest Pan publicystą o wielkim talencie i równie wielkiej ignorancji. Swoje pojęcia o świecie kształtował Pan w okupacyjnej Warszawie, w piekle Oświęcimia i w złajdaczonych okupowanych Niemczech. To diablo mało. Przypomina mi Pan dziewczynę malajską z noweli Conrada: dziewczyna czytając jedyne miejscowe pismo, stanowiące przedruk kroniki wypadków z pism europejskich, dochodzi do wniosku, że Europa jest jedną wielką mordownią. (...) Wątpię zresztą, abym mógł powstrzymać Pana na intelektualnej równi pochyłej, po której Pan leci. Ale chcę mieć czyste sumienie: że ostrzegałem".

Nie chcę - byłaby to demagogia - twierdzić, że Wierzbicki powtarza wobec tych samych ludzi te same zarzuty, które niegdyś formułowali najbardziej fanatyczni zwolennicy stalinowskiego kursu. Umiem odróżnić tekst służący możnym tego świata od tekstu będącego żarliwym protestem przeciw konformizmowi i załganiu. Nie jest też moją intencją łatwiutkie demaskowanie Tadeusza Borowskiego, który swój stalinowski wybór ideowy opłacił najpierw ruiną własnego talentu, a potem samobójczą śmiercią. Chcę jedynie przekonać ewentualnych wielbicieli "Traktatu o gnidach", że rezygnacja z widzenia złożoności świata ludzkich powinności i dokonań na rzecz pamfletowej czystości rysunku wieść może ku nazbyt już prostym rozstrzygnieniom i krzywdzącym werdyktom. Nie wiem, czy ich przekonam, ale chcę móc powtórzyć za Kisielem: ostrzegałem.

Proszę mi wierzyć: ja naprawdę rozumiem gniew Wierzbickiego i jego sprzeciw wobec procesów, które Miłosz nazwał przed kilku laty "moralną próchnicą" i "petainizmem". Rozumiem jednak również gorycz ludzi, którzy przez lata całe, zaciskając nieraz zęby i znosząc upokorzenia, stworzyli kawał naszej umysłowej rzeczywistości, chronili i restaurowali wartości stare, budowali wartości nowe, a dziś nazwani zostali - gnidami.

Bezsensem jest domagać się od pamflecisty ocen ostrożnych i wyważonych. Sama poetyka pamfletu zakłada radykalizację opinii. Nie mam do Wierzbickiego pretensji, że posługując się określeniem "gnidy" wyostrza kontury rzeczywistości, lecz o to, że antygnidzia pasja uniemożliwia mu ich rozpoznanie.

Albowiem - choć to z tekstu Wierzbickiego nie wynika - rzeczywistość naszego kraju różni się istotnie od rzeczywistości krajów, z którymi sąsiadujemy. Jesteśmy mniej podatni na procesy sowietyzacyjne. Dlaczego?

Na naszą odrębność składają się różne czynniki: tradycja historyczna, Kościół katolicki i odważna, choć tak bardzo realistyczna linia postępowania Episkopatu; wieś, która obroniła się przed kolektywizacją; wreszcie, nieprzerwana presja społeczeństwa. Manifestuje się ona czasem gwałtownymi eksplozjami (Poznań 56, marzec 68, grudzień 70, Radom 76), lecz zazwyczaj cichym, codziennym, zaciętym oporem. Ten opór, to choćby niezgoda na donos. To atmosfera umysłowa części środowisk intelektualnych: wykłady i seminaria na wyższych uczelniach, przewody prac doktorskich i publikowane rozprawy naukowe, powieści, tomiki poezji, eseje, zebrania Związku Literatów czy PEN-Clubu, filmy i spektakle teatralne, muzea, koncerty i wernisaże. To nader często wynik pracy ludzi, którzy nie podpisują protestów i nie wykonują spektakularnych gestów opozycyjnych. A przecież również dzięki nim oddychamy w Polsce innym powietrzem duchowym. Powietrze duchowe, ta tworzona codziennie, niewidoczna, lecz jakże fundamentalna tkanka kultury i świadomości narodowej - to nie tylko wynik lektury Zapisu, Biuletynu Informacyjnego czy publikacji Niezależnej Oficyny Wydawniczej. To wynik całości polskich dokonań.

Owa całość stanowi przedmiot zazdrości wizytujących Polskę obywateli innych narodów "obozu". Zazdroszczą nam nie tylko KOR-u, TKN-u i wydawnictw nieocenzurowanych, ale i wydawnictw oficjalnie publikowanych (nie tylko Tygodnika Powszechnego czy Więzi, ale również Twórczości, Pamiętnika Literackiego, a nawet Polityki), zazdroszczą nam pełnych kościołów i sprawnie funkcjonujących punktów katechetycznych, spektakli Dejmka i filmów Wajdy, wyglądu naszych ulic i ładnie ubranych dziewczyn. Dzięki temu wszystkiemu bowiem zachowujemy tożsamość i umiejętność stawiania oporu procesom sowietyzacji.

Będę ostatnim, który rzeknie, iż nasza sytuacja jest zadowalająca, a nasze aspiracje zaspokojone. Pisze się bez przerwy na ten temat w prasie nieocenzurowanej. Czasem spojrzeć jednak należy na naszą sytuację, na nasze schorzenia i niedole nie tylko z perspektywy dążeń i celów, ale i z perspektywy zagrożeń. Do tych zagrożeń zaliczam kształt narodowego losu naszych wschodnich sąsiadów: Litwinów, Białorusinów i Ukraińców. Oni walczyć muszą o swe istnienie na poziomie elementarnym: walki o język, o religię, o zabytki kultury narodowej. Doceńmy te różnice, doceńmy, jak różny bywa los narodów w ustroju komunistycznym. Rozważyć także warto okoliczności przesądzające o najbardziej istotnej różnicy między sytuacją rosyjskich i polskich obrońców praw człowieka. Powiedzmy krótko: choć policja zatruwa nam życie, czujemy się silni i jesteśmy silni, bowiem mamy poparcie - moralne i materialne - szerokich warstw naszego społeczeństwa. Mamy poparcie ludzi, którzy nie są z temperamentu ani politykami, ani bohaterami; ludzi, którzy nie chcą rezygnować z pracy zawodowej i względnie ustabilizowanego życia rodzinnego; którzy zapewne rzadko zdecydują się na podpisanie listu protestacyjnego, a którzy - twierdzę -faktycznie przesądzili o sukcesie akcji w obronie robotników Radomia i Ursusa. Bez poparcia tych ludzi niezależna działalność wydawnicza byłaby trudna do pomyślenia.

Na ludzi znajdujących się "między władzą i opozycją" patrzę inaczej niż Wierzbicki. Gdy uczony profesor socjologii, reagując na protesty intelektualistów przeciw torturom w Radomiu, pisze wyrafinowane studium teoretyczne, w którym protesty owych intelektualistów deprecjonuje - to złoszczę się podobnie jak autor "Traktatu o gnidach" i z satysfakcją odczytuję wnikliwą replikę Jacka Bocheńskiego na te elukubracje. Ale gdyby ów profesor, miast uprawiać psychoanalizę historyczno-porównawczą protestujących intelektualistów, zechciał skorzystać ze swego immunitetu poselskiego i udał się do Radomia na jeden z procesów, by osobiście przekonać się, jak funkcjonuje wymiar sprawiedliwości, gdyby następnie, nie włączając się bynajmniej do kontestacyjnych akcji, sporządził raport dla władz z tego, co tam widział - czy i wtedy Wierzbicki nazwałby jego postępowanie "gnidzim"? Ja bym tak nie uczynił. Cieszyłbym się raczej, że w łonie elity władzy kształtować się poczynają postawy racjonalne, że warstwy rządzące uczą się poprawnie definiować swój własny interes, że odnajduję w kręgu mych przeciwników choćby jakiś cień kultury politycznej. Niewiele jest dotąd takich symptomów. Zważmy jednak, że jeśli nadzieję na taką ewolucję zarzucimy, to alternatywny scenariusz wydarzeń obejmować musi kolejne gwałtowne konfrontacje między władzami a społeczeństwem. Każda z tych konfrontacji może być brzemienna w narodową tragedię. Unikanie takich sytuacji jest zbiorowym obowiązkiem, bowiem mogłoby się zdarzyć, że cały naród, wszyscy Polacy, nie wyłączając władz, musieliby zapłacić za brak odpowiedzialności w tej materii cenę nadmiernie wysoką *[Podobny pogląd sformułowałem kilkakrotnie, m.in. w artykule "Nowy ewolucjonizm". Napotkało to na polemiczną replikę prof. Jana Drewnowskiego, który na lamach Kultury paryskiej zarzucił mi, że szukam porozumienia z komunistyczną władzą. W innej publikacji, ogłoszonej przez Zeszyty Historyczne, prof. Drewnowski rozwinął swą myśl formułując tezę, że interwencja radziecka w Polsce miała miejsce w latach 1944-45 i kolejna interwencja nic w tym przedmiocie nie zmieni. Czy istotnie kolejna interwencja wojsk radzieckich w Polsce nie może przynieść żadnych zmian - oddaję ten pogląd pod rozwagę czytelników. Ze swej strony pragnę wyrazić opinię, że kolejne interwencje wojsk radzieckich na Węgrzech w 56 r. i w Czechosłowacji w 68 r. zmieniły wiele. Przeraźliwie wiele...].

Powyższy wywód nie oznacza, rzecz prosta, namawiania kogokolwiek do udziału w wewnątrzpartyjnych rozgrywkach. Podzielam w tym przedmiocie sceptycyzm Wierzbickiego. Warto jednak pamiętać, że żyjemy w społeczeństwie, gdzie do partii komunistycznej należą setki tysięcy ludzi aktywnych. Często jest to cena płacona za udział w życiu publicznym, za możność sprawowania kierowniczych funkcji itd. Może Wierzbicki uważać - sam jestem tego zdania - że jest to cena zbyt wysoka, cena, której płacić nie warto i nie przystoi. Wszelako żyjemy i żyć będziemy wśród ludzi sądzących inaczej. Musimy nauczyć się z nimi współżyć i ich nauczyć współżycia z nami. Musimy nauczyć się trudnej sztuki kompromisu, bez której nie jest możliwy autentyczny pluralizm. Musimy również wobec władzy przestrzegać norm kultury politycznej, nawet gdy władza tych norm nie przestrzega. Tylko wtedy potrafimy totalitarnemu chamstwu przeciwstawić godność.

Wierzbicki opisuje rozmowę "opozycjonisty" z "gnidą" na temat złożenia podpisu pod listem protestacyjnym. Wyszydza przy tej okazji cały katalog "gnidzich" wykrętów i mistyfikacji. Z mieszanymi uczuciami czytałem ten wywód. Sam oglądałem nieraz takie sceny rodzajowe i - przyznaję - opis Wierzbickiego jest na wskroś mistrzowski. Ale... Ale sam przecież odradzałem kilku osobom podpisywanie takich listów, wychodząc z założenia, że pewne osoby i placówki życia publicznego wymagają ochrony.

Niech mnie Wierzbicki nie przekonuje, że ten rodzaj argumentów - obrona placówki - bywa nader często nadużywany. Niech mnie raczej spróbuje przekonać, że większą wagę ma podpis Mariana Brandysa pod listem protestacyjnym niż jego szwoleżerska epopea na półkach księgarń i bibliotek, że większą wagę mają podpisy Dejmka i Wajdy niż ich spektakle teatralne i filmy. Błogosławione czasy, kiedy można zarazem podpisywać listy protestacyjne i publikować książki czy reżyserować filmy. Wiemy jednak, że nieraz trzeba wybierać. Otóż nie mam ja na taki wybór recepty. Wszystkim, którzy taką receptę mają - zazdroszczę. I troszkę się ich lękam. Brałem udział w organizowaniu kilku listów protestacyjnych. Doceniam ich znaczenie. Intelektualiści-sygnatariusze dokonali rzeczy niezwykłej - ryzykując stabilizację zawodową, możliwość drukowania etc. podnieśli głos w obronie imponderabiliów, w obronie niszczonej kultury narodowej, w obronie ludzi skrzywdzonych i poniżonych. Te listy były świadectwem obudzenia się sumienia narodowego, były dowodem odrodzenia się w środowiskach inteligenckich poczucia odpowiedzialności za kształt polskich aspiracji, były artykulacją tych aspiracji.

Te listy były wszelako tylko wierzchołkiem "lodowej góry" polskich dążeń, które manifestowały się - i manifestują się nadal - w formach nader różnorodnych. Dlatego sekciarskim nonsensem jest wrzucać wszystkich inaczej myślących i postępujących do pojemnego worka z nalepką "gnidy". Tak uczynić może ten tylko, kto wierzy, że poznał tę jedyną, moralną, słuszną drogę do niepodległości i demokracji. Typ takiego "posiadacza prawdy" znam dobrze z historii. I stąd mój lęk.

Podzielam negatywny stosunek Wierzbickiego do niebezpiecznie popularnego konceptu: że większość opozycyjnych wystąpień jest policyjną superprowokacją. Nie oznacza to jednak, że policja nigdy nie posługuje się prowokacją. Niedawno w jednym z kościołów- łódzkich rozdawane były ulotki sygnowane przez grupę "Samoobrona Wiary". Obok deklaracji patriotyczno-religijnych przeczytać w nich można było jadowity atak na takich wewnątrzkościelnych nowinkarzy, jak kardynał Wojtyła i arcybiskup Gulbinowicz, których dodatkowo oskarżono o upowszechnianie pornografii i współpracę z ośrodkami kosmopolitycznymi w rodzaju KOR-u. Czy trzeba być "gnidą", by postawić sobie pytanie o genezę tych osobliwych ulotek?

Wyszydza Wierzbicki argument, że "teraz akurat jest zupełnie nieodpowiedni moment na podjęcie tej akcji". Słyszałem dziesiątki takich wykrętów. Ale ... komunikuję, że jeśli ktoś przyjdzie do mnie dzisiaj (tj. 6 XII 78) z propozycją, bym podpisał petycję, aby wojska radzieckie wymaszerowały z Polski, to - choć postulat podoba mi się i choć ryzykuję przezwę "gnidy" - odmówię. Nieodpowiedni moment.

Dowiedziałem się z "Traktatu", że gnidy nie lubią "nacjonalizmu" i zaraziły się nawet niechęcią do niego od niektórych opozycjonistów. Łatwość, z jaką Wierzbicki załatwił ten problem, powoduje, że pytanie o to, jaki to zespół poglądów i emocji nazywa się tu "nacjonalizmem", jest po prostu w złym tonie. Ryzykując jednak towarzyski dysonans, zapytam: czy dążenie do niepodległości jest dla Wierzbickiego tożsame z nacjonalizmem? Jeśli tak, to spór byłby terminologiczny. Wszelako "nacjonalizm" może być również nazwą określonej doktryny politycznej lub też - nierzadko - stanowiskiem osądzającym świat wartości z punktu widzenia tak zwanego egoizmu narodowego. Z faktu, że komuniści zwalczają nacjonalizm - zresztą coraz rzadziej -nie wynika wcale, by obowiązkiem opozycjonisty i zwolennika niepodległości była zgoda na określoną doktrynę polityczną, ani - tym bardziej - na ideologię nienawiści czy pogardy do innych narodów *[Na marginesie wspomnę, że uwagi Wierzbickiego na temat Husaka uwięzionego przez komunistów za "słowacki nacjonalizm" są kompletną fantazją. Husak był prześladowany za obronę - formułowaną w języku komunistycznym, to prawda - słowackich aspiracji narodowych i tradycji powstania słowackiego, a nie za chęć przyłączenia Słowacji do ZSRR.].

Dążenia do niepodległości w Gruzji, Łotwie czy Estonii nie są bynajmniej tożsame z nacjonalizmem, jednakże w Gruzji czy na Ukrainie nacjonalizm może być tępym obskurantyzmem, może być schorzeniem, którego źródło łatwo zrozumieć, ale które zatruwa krwiobieg życia duchowego narodu. Można na przykład zrozumieć obsesyjną nienawiść krymskiego Tatara do wszystkiego co rosyjskie: do języka, do całej rosyjskiej literatury i muzyki, do wszystkich Rosjan wreszcie - ale trudno nie uważać takiej postawy za objaw smutnej choroby niewoli. Zaś entuzjazm do Berlinguera ma się - Panie Piotrze - do całej tej problematyki tak, jak Krym do Rzymu.

W trakcie rozlicznych dyskusji wokół "Traktatu o gnidach" usłyszałem - w odpowiedzi na głosy krytyczne - uwagę, iż Wierzbicki kontynuuje tradycję wielkich romantyków, tradycję Słowackiego piętnującego w "Grobie Agamemnona" słabość i małość Polaków, a nie po prostu opresję zaborców. Jest to uwaga celna. "Miotanie obelg na własny naród stanowi omszały już i dostojny przywilej polskiej literatury" - zauważył słusznie Jan Błoński. Istotnie, Słowacki pisał o "pawiu i papudze" oraz o "smutnym kraju Ilotów", ale pisał również:

Choć wiem, że słowa te nie zadrżą długo

w sercu - gdzie nie trwa myśl nawet godziny (...)

I pisał także w apostrofie do Polski:

Przeklnij - lecz ciebie przepędzi ma dusza

Jak eumenida - przez wężowe rózgi,

Boś ty jedyny syn Prometeusza:

Sęp ci wyjada nie serce - lecz mózgi.

Tu jest sedno sprawy. Jestem za "szarganiem" i "kalaniem", jestem za pamfletem oraz szyderstwem - nie na tym się zasadza różnica z Wierzbickim. Drażni mnie natomiast kierunek jego ataku; drażni mnie, że nie piętnuje intelektualistów za niedostatek myśli, lecz za niedostatek gestu. To polskie, arcypolskie uwielbienie dla gestu! "Niczego tak chętnie - pisał Brzozowski - nie składa Polak na ołtarzu Ojczyzny jak pracy swej wewnętrznej. Gdy chodzi o wykazanie pogardy i lekceważenia dla największych problematów myślowych, «sumienie obywatelskie» przemawia u nas niezwykle głośno. Wobec zagadnień myśli i wymagań szczerości umysłowej każdy przeciętny Polak ma już nie tylko odwagę, ale wprost czelność cywilną".

Jakież to przeraźliwie aktualne... Lękam się, by reakcją na nasze zniewolenie nie stała się niewola gestu - i w konsekwencji pogarda dla wartości artystycznych i umysłowych, nie tłumaczących się bezpośrednio na język polityki. Nie chodzi mi tu o Piotra Wierzbickiego, któremu nie grożą zapewne podobne rafy. Ale może on - nolens volens - stworzyć swym "Traktatem" ideologię dla tych wszystkich, którym "sęp wyjada nie serca, lecz mózgi". Opozycjoniści, ścigani przez policję i dręczeni przez rewizje, mogą się z tego tekstu uczyć pogardy dla ludzi, którym przekonania, temperament czy po prostu strach nakazuje inny rodzaj życia i inny rodzaj służenia wspólnej często sprawie. Jest to niebezpieczeństwo dobrze znane z historii narodów podbitych, także z historii Polski. Jeśli bowiem codzienny żywot Polaka pod zaborem był - i musiał być - żywotem pełnym kompromisów, to dydaktyzm i moralistyczny heroizm polskiej literatury był reakcją na ten stan rzeczy. W mentalność Polaka wpisane było zatem osobliwe rozdwojenie. Społeczeństwo polskie, na co dzień kompromisowe, w godzinie "W" stawało się odważne aż do szaleństwa. W godzinie "W" literatura zaczynała władać życiem w sposób niepodzielny. "Politycy - powiada Jan Błoński - rezygnowali zwykle z politykowanie, albo przedzierzgiwali się w męczenników (...) Męczeństwo stanowiło alibi podłości, nikczemność ojców prowokowała ofiarnictwo synów, i odwrotnie".

Kult męczeństwa, kult heroicznej ofiary ukonstytuowały w polskiej tradycji etos piękny, ale i niebezpieczny. Dla spiskowca, ukształtowanego przez ten etos, więzienie było codzienną realną rzeczywistością, było fragmentem ceny płaconej całym, bezprzykładnie heroicznym życiem. Spiskowiec musiał być w każdej chwili gotów do męczeńskiej śmierci. Ta gotowość - zespolona z romantycznym etosem - wykrzywiała obraz świata, sprzyjała autoidealizacji. Spiskowiec, który postrzegał skonformizowany "ogół" na kształt i podobieństwo "ilotów", w swoich przyjaciołach i sobie odnajdywał patos i dramat Kordianów i Konradów; jeśli w zastraszonym społeczeństwie widział rysy "gnidzie", to siebie i swych przyjaciół - bojowników o niepodległą i sprawiedliwą Polskę - "wyanielał". "Anielskość" własnego wizerunku polegała na przyznawaniu sobie - często podświadomie - szczególnych praw.

Wielce instruktywna dla zrozumienia tego zjawiska jest lektura wspomnień Henryka Kamieńskiego o Edwardzie Dembowskim. Ten czerwony kasztelanie, urodzony spiskowiec, człowiek znakomitego umysłu i wielkiej odwagi, posługiwał się w dążeniu do narodowej insurekcji metodami, które trudno uznać za eleganckie: manipulował innymi ludźmi, szantażował ich moralnie, kłamał. Moralne prawo do takiego postępowania dawała mu własna ofiara i święty cel: świetlana przyszłość. W imię tego celu rozmaite pokolenia spiskowców osądzały świat na modłę manichejską: co służyło celowi, było dobrem, co mu przeszkadzało - było złem, kto nie stawał w szeregu bojowników słusznej sprawy, zasługiwał na pogardę. Manicheizm - postawa świętych i inkwizytorów... Manicheizm - przekleństwo społeczeństw zniewolonych...

Trzeba było mieć w sobie coś ze świętego i z inkwizytora zarazem, by zasztyletować w czasie powstania styczniowego Józefa Miniszewskiego za to, że piórem swym służył Aleksandrowi Wielopolskiemu. Trzeba było uważać się za anioła, by zastrzelić w Wilnie w 1944 roku Teodora Bujnickiego za wiersze - w rzeczy samej plugawe - na cześć sowieckiego okupanta.

Nie rzucam tu lekkomyślnych oskarżeń - wykonawcami tych czynów byli zapewne ludzie o nieposzlakowanej uczciwości i bohaterskim życiorysie. Rzecz jednak w tym, że w ich mentalności nie było hamulców, że manichejski obraz świata ludzkich powinności nie skłonił ich do zaniechania. Byli konsekwentni. Przerażająco konsekwentni. Cel usprawiedliwiał wszystko.

W 1914 roku młodzi chłopcy z inteligenckich rodzin odłożyli książki i kajety i raz jeszcze chwycili za broń "w Ojczyzny potrzebie". Społeczeństwo potraktowało ich zimno i nieufnie. Odpowiedzieli mu na ten chłód piosenką:

Nie trzeba nam od was uznania

Ni waszych serc, ni waszych łez,

Przeminął już czas kołatania

Do waszych kies. J...ł was pies.

Jest w tej piosence niebezpieczna nuta pogardy, jest w niej mentalność ludzi, którzy "rzucając na stos swój życia los" dla Polski idealnej, wyśnionej przez wieszczów i konspiratorów, czynią to za cenę pogardy dla Polski realnej, Polski ludzi zwyczajnych. Ta mentalność owocowała lekceważeniem własnego niebezpieczeństwa i wspaniałym czynem zbrojnym Legionów. Ale owocowała również lekceważeniem bezpieczeństwa i aspiracji innych ludzi. Dlatego, słuchając tej piosenki dzisiaj, odnajdujemy ten wielce niepokojący ton, którym wydawane były w kilkanaście lat później rozkazy uwięzienia opozycyjnych posłów w Brześciu. Jedni legioniści prześladowali drugich. Pogarda dla innych, czymkolwiek byłaby spowodowana, mściła się okrutnie.

Wiedzą o tym dobrze ci wszyscy, którzy znają historię ruchu komunistycznego. Dość przypomnieć wiersz Broniewskiego "Magnitogorsk czyli rozmowa z Janem", by natychmiast odnaleźć się w kręgu etosu "ofiary" i "świetlanej przyszłości". Piece Magnitogorska - symbol owej przyszłości - miały odkupić udrękę nocy i dni spędzonych w więziennej celi. Miały odkupić również i inne udręki, o których Broniewski wtedy nie pisał, ale których nie mógł być całkiem nieświadom. Wizja odkupienia w przyszłym raju komunizmu owocowała osobistą ofiarą wielu komunistów, którzy lata całe spędzali w więzieniach, ale owocowała też wyczynami Departamentu Śledczego MBP, którym kierowali komuniści - przedwojenni więźniowie polityczni, upadłe anioły. Ofiara przekształcała się w kata, święty w inkwizytora.

Los "ludzi podziemnych" i "legionistów", los bohaterów Broniewskiego: towarzysza Jana i krawca Izaaka Gutkinda jest groźną przestrogą dla tych, którzy działają w warunkach pogardy dla prawa, tej trucizny dla wszystkich: prześladowców i prześladowanych. Niechaj współcześni aniołowie pamiętają, że szacunek, którym się cieszą w społeczeństwie, nakłada na nich szczególny obowiązek wrażliwości moralnej. Inaczej bowiem mleczną siostrą ich heroicznego poświęcenia może łatwo stać się pogarda dla tych, których szczęściu chcą służyć.

Niełatwo jest pisać o aniołach. Niełatwo jest pisać mając w pamięci ich codzienność wyznaczoną przez żmudny i nieefektowny trud, mając w pamięci, że już dziś płacą za swój ideowy wybór usunięciem z pracy i policyjnymi szykanami, zaś jutro...

Cokolwiek by się jednak jutro miało wydarzyć, to już dziś czuję się w obowiązku wyznać, iż - moim zdaniem - anioł żądający heroizmu nie tylko od siebie, ale i od innych, negujący totalnie wartość postaw kompromisowych, postrzegający świat z manichejską prostotą, pogardzający ludźmi, którzy inaczej pojmują swe powinności wobec bliźnich - taki anioł, choćby wielbił niebo, wstąpił już na drogę wiodącą do piekieł. Nieważne, czy motywuje swoje postępki frazeologią niepodległościową, czy też socjalistyczno-uniwersalistyczną utopią -sieje ziarna późniejszej nienawiści.

Nie jestem pięknoduchem i nie przypuszczam, by kiedykolwiek wszyscy ludzie mogli być sobie nieprzerwanie życzliwi. Wierzę jednak w kreatywną moc naszych działań, wierzę, że możemy zwiększyć lub zmniejszyć ilość nienawiści i nietolerancji w naszym życiu publicznym. Wierzę - wreszcie - że już dziś wykuwany jest kształt Polski niepodległej i demokratycznej. Chciałbym ją widzieć opartą na tolerancji i kulturze politycznej, ale wiem, że na upowszechnienie tych wartości trzeba długich lat pracy. Dlatego trzeba upowszechniać je już dzisiaj i nie werbalnymi deklaracjami, ale codziennym postępowaniem.

Dlatego tak bardzo boję się pewnego stylu recepcji eseju Wierzbickiego. Bowiem "Traktat o gnidach" jest tekstem wielce sugestywnym w swej pasji demaskowania istotnych schorzeń polskiego życia umysłowego i obywatelskiego. Jest to kontynuacja wielkiej tradycji polskiego pamfletu na społeczeństwo. Wierzbicki nie schlebia czytelnikowi, oskarża i bulwersuje. Taka postawa autora zasługuje na szacunek.

Wszelako będzie ten "Traktat" nie kubłem zimnej wody na inteligencję, lecz poczciwą czytanką skreśloną ku pokrzepieniu serc dysydentów, jeśli nie będzie dopełniony "Traktatem o aniołach". Bowiem anioły są u nas skazane na krytykę, którą muszą pogardzać, skoro wychodzi spod piór Gontarza czy Kłodzińskiej. Zaś anioł nie krytykowany, anioł utwierdzony w swoim anielstwie, może przeobrazić się w czarta. Nie wierzycie? Przeczytajcie książkę o najszlachetniejszych i najodważniejszych ludziach w Rosji; książkę, której nie znosiłem przez lata, ale do której wracałem jak narkoman do kokainy; książkę - krzywe zwierciadło, w którym każdy anioł zobaczy swą wstrętnie wykrzywioną twarz; książkę antypatyczną i przenikliwą aż do okrucieństwa. Przeczytajcie "Biesy".

Ja wiem, że kiedy "gnida" chce swą "gnidowatość" uzasadnić, wyciąga z półki tę właśnie, w safian oprawioną książkę Dostojewskiego, po czym siada w głębokim fotelu i odczytuje interlokutorowi co celniejsze fragmenty. Wiem jednak również, że jeśli doświadczenie "Biesów" nie zostanie przemyślane i uwewnętrznione przez polską opozycję demokratyczną, to grozić jej będą, bardziej od ubeków o zmiętych twarzach i martwych oczach, Stawroginowie i Wierchowieńscy a la polonaise.

Bowiem ruch, który nie dostrzega tego, co jest w społeczeństwie wartością nieprzemijającą, nie jest dostatecznie dojrzały, aby je przekształcać.

 

Zapis nr 9, Warszawa 1979







Piotr Wierzbicki - Spór z niańkami







Piotr Wierzbicki - Traktat o gnidach