Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Czesław Miłosz

Zniewolony Umysł

 

 

ALFA - CZYLI MORALISTA

 

Historia ostatnich kilkunastu lat w Europie Środkowej i Wschodniej obfituje w sytuacje, wobec których tracą wagę wszelkie epitety i rozważania teoretyczne. Wysiłek ludzi, aby sprostać tym sytuacjom, decyduje o ich losach. Rozwiązania, jakie każdy z nich przyjmuje, są różne zależnie od tych nieuchwytnych czynników, które składają się na indywidualność człowieka.

Ponieważ te zawiłe ścieżki losu milionów są najlepiej widoczne u tych, którzy z zawodu odnotowują zmiany zachodzące w sobie i w innych, to jest u pisarzy, ich dziejów użyję jako przykładu. Postaram się naszkicować kilka portretów pisarzy wschodnich.

Człowiek, którego nazwę Alfą, jest jednym z bardziej znanych prozaików na wschód od Elby. Był on moim serdecznym przyjacielem i łączą nas wspomnienia wielu trudnych chwil, które przeżyliśmy razem. Trudno obronić mi się przed wzruszeniem przywołując jego osobę. Zapytuję nawet siebie, czy powinienem jego właśnie poddawać analizie. Jednak zrobię to, bo przyjaźń nie przeszkodziłaby mi ogłosić artykułu o jego książkach, w którym powiedziałbym mniej więcej to samo, co powiem.

Alfa przed drugą wojną światową był to wysoki, chudy młodzieniec w rogowych okularach. Umieszczał swoje opowiadania w pewnym prawicowym tygodniku, który nie cieszył się w kołach literackich dobrą opinią, jako że koła literackie Warszawy były złożone przeważnie z Żydów albo z ludzi, którzy niechętnie patrzyli na rasistowskie i totalitarne tęsknoty tego pisma. Redaktor tygodnika był poniekąd odkrywcą Alfy i miał powody, żeby winszować sobie wyboru, bo talent Alfy rozwijał się szybko. Wkrótce tygodnik zaczął drukować jego powieść. Powieść ukazała się nakładem jednej z większych firm wydawniczych i narobiła wiele hałasu.

Główne zainteresowania Alfy zwrócone były ku tragicznym konfliktom moralnym. W owym czasie wielu młodych pisarzy ulegało urokowi prozy Józefa Conrada. Alfa był na sposób pisania Conrada szczególnie wrażliwy, bo miał skłonność do ustawiania swoich bohaterów hieratycznie i posągowo. Fascynowała go noc. Drobni ludzie ze swoimi potężnymi namiętnościami w nocy, której ogrom i tajemniczość ogarniały ich los olbrzymią drapierią; taka była przeważnie sceneria jego teatru, choć nie pisał sztuk, tylko opowiadania i powieści. Posągowość, milczenie, ogrom pozaludzkiego, obojętnego świata - w tym jego młodzieńcze utwory były wspólne z utworami Conrada. Postawa Alfy była metafizyczna i tragiczna. Dręczyło go zagadnienie czystości - i czystości moralnej, i czystości tonu w tym, co pisał. Destylował swoje zdania. Chciał, żeby każde z nich było nie tylko opisem, ale układało się jak część utworu muzycznego, żeby było niezastąpione i działało samym dźwiękiem. Ta potrzeba czystości, powiedziałbym: nieziemskiej czystości, była cechą charakteru Alfy, który w obcowaniu z ludźmi lubił być wyniosły i chodzić w koturnach. I pogoń za czystością w pracy pisarskiej, i wyniosłość łączyły się ze sobą: była to sublimacja samego Alfy, jego drugie ja, na które przerzucał wszystkie swoje nadzieje. Im więcej martwił się swoim prywatnym, nieuporządkowanym życiem, tym bardziej cenił czynność okupiającą, jaką było dla niego pisanie, i tym bardziej nadawał jej wagę uroczystego obrządku. Ktoś o nim powiedział, że zanim weźmie do ręki pióro, nakłada powłóczystą szatę maga. Godnością, która by mogła nasycić jego ambicję, była godność kardynała. Powolne ruchy, purpura, podawanie pierścienia do pocałowania - oto czystość gestu, wyładowanie się w lepszym ja; są aktorzy komiczni, którzy całe życie marzą o najbardziej poważnej, dostojnej roli; działają tam pewne podobne motywy. Alfa, który był obdarzony znakomitym zmysłem humoru w rozmowie, zmieniał się zupełnie, kiedy zaczynał pisać: odtąd przebywał tylko w najwyższych rejestrach tragedii. Jego ambicje sięgały znacznie dalej niż zdobycie imienia autora dobrze napisanych książek. Chciał być pisarzem - autorytetem moralnym.

Powieść, o której wspomniałem i która była jego pierwszym dużym sukcesem, została szeroko rozreklamowana jako powieść katolicka, a sam Alfa uzyskał dzięki niej tytuł najzdolniejszego katolickiego pisarza, co w kraju katolickim, jakim była Polska, nie było mało. Czy był naprawdę pisarzem katolickim - trudno rozstrzygnąć. W dwudziestym wieku ilość katolickich pisarzy jest znikoma. Tak zwane nawrócenia intelektualistów są zwykle dość podejrzanego gatunku i nie różnią się od przejściowych nawróceń na surrealizm, ekspresjonizm, egzystencjalizm itp. Nie mogę rozstrzygnąć, czy Alfa był katolikiem, chociaż spotykałem się z nim często każdemu wolno było wtedy wierzyć i pisać zgodnie ze swoją wiarą.

Mimo rozgłosu i pieniędzy Alfa w głębi serca nie uważał swojej powieści ani tomu opowiadań, które wydał, za dobre książki. Pozycja, jaką zdobył, pozwalała mu na uprawianie lubianej przez niego wyniosłości; był pasowany na twórcę głębokiej i szlachetnej literatury, natomiast książki jego kolegów mogły liczyć na trafienie do szerszej publiczności chyba tylko jako sensacja niezbyt wysokiego gatunku; hołdowały one jaskrawemu naturalizmowi, który wyrażał się w opisach zjawisk z zakresu fizjologii, albo były psychologicznymi traktatami, przebranymi w formę powieści. Literaci żyli w intelektualnym getcie swoich kawiarń i im bardziej cierpieli z powodu swojej izolacji od życia szerokich mas narodu, tym dziwaczniejszy i mniej zrozumiały stawał się ich styl. Przykry osad, jaki został w Alfie po wydaniu jego pierwszych książek, był dla niego samego trudny do zdefiniowania; jednak chwila, kiedy zdał sobie sprawę, że coś jest z jego pisaniem nie w porządku, była decydująca dla całego jego dalszego życia. Ogarnęło go wielkie zwątpienie. Jeżeli jego koledzy pisarze również wątpili w wartość swego dzieła zawieszonego w pustce, to zwątpienie Alfy przybrało większe rozmiary. Chciał osiągnąć czystość moralnego tonu - ale czystość, aby była prawdziwa, musi być ziemska, mocno oparta o doświadczenie i obserwację, inaczej jest fałszem. Alfa spostrzegł, że zabrnął w fałsz, bo przebywał wśród idei o ludziach, a nie wśród żywych ludzi. To, co wiedział o człowieku, było oparte na jego własnych wewnętrznych przeżyciach w czterech ścianach jego pokoju. Katolicyzm jego nie był niczym więcej niż maską, którą się posłużył. Igrał z katolicyzmem postępując tak, jak postępowało wielu intelektualistów dwudziestego wieku próbujących okryć własną nagość szacowną, staroświecką szatą. Szukał sposobu, jak wywołać w czytelniku pożądany emocjonalny oddźwięk: oczywiście czytelnik, znajdując słowa takie jak "łaska" czy "grzech", znane mu z dzieciństwa, reaguje silnie. Ale w takim użyciu słów i pojęć przez autora jest coś z nadużycia. Alfa zwątpił w realność konfliktów, które sam tworzył. Nazywany pisarzem katolickim wiedział, że pisarzem katolickim nie jest, podobnie jak malarz, który przez pewien czas malował kubistycznie, ze zdziwieniem stwierdza, że ciągle nazywają go kubistą. Złudzeni pozorami krytycy zaliczali jego pisarstwo do zdrowej i szlachetnej literatury, przeciwstawiając je pisarstwu jego kolegów noszącemu cechy dekadencji. On sam rozumiał jednak, że nie był wcale zdrowszy od kolegów, którzy przynajmniej nie ukrywali swojej żałosnej nagości.

Wybuchła wojna, nasze miasto i kraj stały się częścią imperium Hitlera. W ciągu pięciu i pól lat żyliśmy w wymiarze całkowicie innym od tego, co można było znać z jakiegokolwiek doświadczenia czy literatury. Powiedziałbym, że to, co dane nam było zobaczyć, przekraczało najśmielszą i najbardziej makabryczną wyobraźnię. Znane nam dawniej opisy okropności pobudzały teraz do śmiechu jako naiwne i dziecinne opowiadania. Rządy niemieckie w Europie były okrutne, ale nigdzie tak okrutne jak na Wschodzie; na Wschodzie bowiem mieszkały rasy, które według doktryny nacjonal-socjalizmu zasługiwały albo na doszczętne wytępienie, albo na użycie do ciężkiej, fizycznej pracy.

A jednak żyliśmy i ponieważ byliśmy pisarzami, staraliśmy się pisać. Co prawda coraz to ubywał ktoś z nas, wywieziony do obozów koncentracyjnych czy rozstrzelany. Nie było na to rady. Byliśmy jak ludzie na lodowej krze, która topnieje. Nie należało myśleć o chwili, kiedy stopnieje. Komunikaty wojenne podawały dane naszego wyścigu ze śmiercią. Powinniśmy byli pisać: był to jedyny sposób uchronienia się od rozpaczy. Poza tym cały kraj był objęty siecią konspiracji i naprawdę istniało w nim "państwo podziemne", dlaczegóżby nie miała istnieć również podziemna literatura. Drukowanie pism i książek w języku podbitego narodu było zakazane. Niemniej życie kulturalne nie dawało się stłumić. Podziemne publikacje były odbijane na powielaczu albo drukowane nielegalnie jako pisma, broszury i książki małego formatu, łatwe do kolportażu. Organizowano wiele podziemnych odczytów i wieczorów autorskich. Były nawet podziemne przedstawienia teatralne. Wszystko to podnosiło morale podbitego, ale ciągle jeszcze walczącego narodu. Morale to było dobre, nieco zbyt dobre, jak tego dowiodły wypadki przy końcu wojny.

Alfa w ciągu tych lat realizował z powodzeniem swój ideał pisarza - moralnego autorytetu. Jego zachowanie się było zachowaniem wzorowego pisarza - obywatela. Jego sądy o tym, jakie postępki są właściwe, a jakie niewłaściwe, uchodziły w kołach literackich za rodzaj wyroczni i zwracano się często do niego z prośbą, aby rozstrzygnął, czy ktoś nie wykroczył poza zasady niepisanego, patriotycznego kodeksu. Przez ciche uznanie został rodzajem przywódcy wszystkich pisarzy w naszym mieście. Na jego ręce szły pieniądze z podziemnych funduszów i on rozdzielał pieniądze pomiędzy potrzebujących pomocy kolegów; posiadał dość wysoki stopień konspiracyjnego wtajemniczenia; opiekował się początkującymi pisarzami; odważył się nie podać ręki publicznie jednemu z pisarzy, który w Warszawie zgodził się na współpracę z Niemcami wstępując na służbę do niemieckiej firmy wydawniczej. Był inicjatorem i współredaktorem podziemnego pisma literackiego, którego egzemplarze, pisane na maszynie, przekazywane były kolejno "klubom" zbierającym się tajnie i tam głośno czytane. Jego postawa była nacechowana prawdziwym humanitaryzmem. Już przed wojną odżegnał się od swego prawicowego patrona, który głosił potrzebę wprowadzenia w kraju własnego totalizmu (patron ten został rozstrzelany przez gestapo w pierwszym roku wojny). Kiedy władze niemieckie przystąpiły do systematycznego mordowania trzymilionowej ludności żydowskiej w Polsce, antysemici nie uważali za konieczne martwić się zanadto; potępiali to bestialstwo głośno, ale wielu z nich po cichu myślało, że nie jest ono całkowicie nieuzasadnione. Alfa należał do tych mieszkańców naszego miasta, którzy zareagowali na masowe morderstwa gwałtownie; walczył piórem przeciwko obojętności innych i sam udzielał pomocy ukrywającym się Żydom, chociaż za pomoc Żydom groziła kara śmierci.

Był zdecydowanym przeciwnikiem nacjonalizmu, który znalazł w Niemczech tak koszmarne wcielenie. Nie oznacza to bynajmniej, że miał skłonności komunistyczne. Ilość komunistów w Polsce była zawsze nieznaczna, a współpraca Rosjan z Niemcami po pakcie Mołotow-Ribbentrop stworzyła warunki szczególnie nieprzychylne dla działalności zwolenników Moskwy. Podziemie komunistyczne było słabe. Nadzieje mas ludności zwracały się ku Zachodowi, a "państwo podziemne" zależne było od rządu emigracyjnego w Londynie. Alfa, zawsze czuły na opinie moralne otoczenia (jego czułość można przyrównać do czułości barometru), nie mógł odnosić się z sympatią do kraju, który nie budził w nikim niemal przyjaznych uczuć. Jak większość jego przyjaciół chciał daleko idących socjalnych reform i rządów ludu.

Spotykałem się z Alfą często. Nie przesadziłbym zanadto, gdybym powiedział, że spędziliśmy razem lata wojenne. Widok Alfy był podnoszący na duchu; na przekór wszystkim przeciwnościom uśmiechał się, zachowywał się nonszalancko i aby podkreślić swoją pogardę dla podkutych butów, mundurów i wrzasków "Heil Hitler" - nosił parasol. Jego wysoki wzrost, chudość, ironiczne błyski oczów zza okularów i namaszczenie, z jakim kroczył ulicami miasta, w którym szalała dżuma terroru - składały się na sylwetkę zaprzeczającą prawom wojny. Zdarzyło się raz, że wracaliśmy z wizyty u naszego wspólnego przyjaciela, który mieszkał na wsi. O ile sobie przypominam, spieraliśmy się o wybór pociągu; zdecydowaliśmy się jechać, chociaż gospodarze doradzali pociąg odchodzący pół godziny później. Przyjechaliśmy do Warszawy i szliśmy ulicami bardzo zadowoleni z życia; był to pogodny letni ranek 1940 roku. Nic nie wiedzieliśmy, że dzień ten miał być odnotowany jako czarny dzień w dziejach miasta. Ledwo wróciłem do siebie i zamknąłem drzwi, usłyszałem na ulicy krzyki. Wyjrzałem przez okno, odbywała się tam łapanka. Była to pierwsza wielka łapanka do Oświęcimia. W Oświęcimiu później zabito kilka milionów ludzi z różnych krajów Europy, ale wtedy ten obóz koncentracyjny był dopiero w zalążku. Z pierwszego wielkiego transportu ludzi złapanych tego dnia na ulicach nikt, jak się zdaje, nie pozostał przy życiu. Alfa i ja przeszliśmy ulicami pięć minut przed początkiem obławy; parasol i beztroska Alfy przynosiły szczęście.

Lata te były próbą dla każdego pisarza. Rzeczywisty tragizm wydarzeń usuwał w cień urojone tragedie. Kto nie potrafił znaleźć wyrazu dla zbiorowych rozpaczy i nadziei, wstydził się swego narodu. Istniały już tylko uczucia elementarne: strach, ból z powodu utraty bliskich, nienawiść do ciemiężycieli, współczucie dla udręczonych. Alfa, którego talent poszukiwał tragedii prawdziwej, a nie urojonej, poczuł w rękach materiał i napisał szereg opowiadań, które miały złożyć się na książkę wydaną po wojnie; książka ta została przełożona na wiele języków. Przedmiot wszystkich opowiadań można określić jako lojalność. Nie darmo Conrad był ulubionym autorem młodzieńczych lat Alfy. Była to lojalność wobec czegoś w człowieku, co jest nienazwane, ale potężne i czyste. Przed wojną Alfa był skłonny nazywać ten imperatyw moralny po katolicku. Teraz bał się fałszu, stwierdzał tylko, że ów imperatyw istnieje. Kiedy jego umierający bohaterowie kierowali wzrok ku milczącemu niebu, nie mogli tam odczytać nic prócz nadziei, że ich wierność jest być może oparta o jakąś zasadę świata i że ta zasada świata nie jest całkowicie bezsensowna ani obca pragnieniom moralnym człowieka. Moralność bohaterów Alfy była laicka ze znakiem zapytania, z pauzą, ale ta pauza nie była jeszcze wiarą. Myślę, że był uczciwszy w tych opowiadaniach niż w swoich przedwojennych utworach. Równocześnie z wielką siłą wyrażał stan umysłu tych niezliczonych podziemnych bojowników, którzy ginęli w walce z nazizmem. Dlaczego rzucali oni swoje życie na szalę? Dlaczego akceptowali tortury i śmierć? Co ich do tego skłaniało? Nie mieli punktu oparcia w miłości do Fuhrera jak Niemcy ani w Nowej Wierze jak komuniści. Wątpliwe, czy większość z nich wierzyła w Chrystusa. Więc tylko wierność - wierność temu, co nazywali imieniem ojczyzny czy honoru, a co było mocniejsze niż nazwy. W jednym z opowiadań Alfy chłopak torturowany przez żandarmów, wiedząc, że będzie rozstrzelany, wydaje swego przyjaciela, bo boi się umierać sam. Spotykają się przed plutonem egzekucyjnym i zdradzony wybacza temu, kto go zdradził. To przebaczenie nie może być usprawiedliwione przez żadną etykę utylitarną: nie ma powodu, aby wybaczać zdrajcom. Gdyby to opowiadanie pisał sowiecki autor - zdradzony odwróciłby się z pogardą od człowieka, który uległ nikczemnej słabości. Odszedłszy od katolicyzmu, Alfa stał się pisarzem bardziej chrześcijańskim, niż był przedtem, zakładając, że etyka lojalności jest przedłużeniem etyki chrystianizmu i że jest przeciwstawna etyce społecznych celów. W drugiej połowie wojny zaszedł w "państwie podziemnym" poważny kryzys świadomości politycznej. Walka podziemna z okupującą potęgą pociągała za sobą wielkie ofiary, ilość rozstrzelanych ł zlikwidowanych w koncentracyjnych obozach wciąż rosła. Uzasadniając potrzebę ofiar tylko wiernością umysł był narażony na wątpliwości. Wierność może być podstawą indywidualnej decyzji, ale tam, gdzie w grę wchodzą decyzje dotyczące losu setek tysięcy ludzi, wierność nie wystarcza, szuka się racjonalnych celów. Jakież mogły być te cele? Ze wschodu zbliżała się zwycięska Armia Czerwona. Armie zachodnie były daleko. W imię jakiej przyszłości, w imię jakiego porządku umierali co dzień młodzi ludzie - to pytanie zadawał sobie niejeden z tych, których zadaniem było podtrzymywać morale innych. Nikt nie umiał udzielić odpowiedzi. Irracjonalne marzenia, że zdarzy się coś, co powstrzyma pochód Armii Czerwonej, a równocześnie obali reżim Hitlera, łączyły się z odwoływaniem się do honoru "kraju bez Quislinga". Nie było to zbyt pewną ostoją * dla bardziej trzeźwych umysłów. W tym momencie zaczęły działać podziemne organizacje komunistyczne, do których przyłączyli się niektórzy przedstawiciele lewego skrzydła socjalistów. Program komunistów był o wiele lepiej uzasadniony niż program "państwa podziemnego" zależnego od Londynu; kraj, jak było to już dość jasne, miał być wyzwolony przez Armię Czerwoną. Z jej pomocą należało przeprowadzić rewolucję. Wśród intelektualistów podziemia można było zauważyć szczególne rozdrażnienie, zwrócone przeciwko irracjonalnym nastrojom szerzącym się w ruchu oporu. Nastroje te zbliżały się do histerii. Uprawiać konspirację stało się celem samym w sobie. Umierać i narażać innych na śmierć - niemal sportem. Alfa, który w swoich opowiadaniach głosił etykę wierności, mógł łatwo znaleźć dookoła siebie jej karykaturę. Kodeks patriotyczny jego środowiska zabraniał mu zbliżać się do nielicznych ugrupowań zależnych od Moskwy. Alfa, jak wielu jego przyjaciół, poczuł się w pułapce. Temu zapewne należy przypisać charakter jego opowiadań, które powstały w tym okresie. Po raz pierwszy pisząc sięgnął do swego poczucia humoru. W swoich opowiadaniach przedstawił dobrze mu znane postacie maniaków konspiracji. Satyra jego odkrywała również tło społeczne konspiracyjnej histerii: nie ulega wątpliwości, że "państwo podziemne" było tworem przede wszystkim inteligencji, tej warstwy, która jest nieznana już w zachodnich krajach Europy, nie mówiąc o krajach anglosaskich. Szczególne cechy tej inteligencji, będącej w obyczaju i w przywiązaniach spadkobierczynią szlachty (nawet jeżeli jest to inteligencja pochodzenia chłopskiego), nie są miłe dla intelektualistów; w istocie w Polsce odbywały się w ciągu ostatnich kilku dziesiątków lat ciągłe próby rewolty intelektualistów przeciwko inteligencji, której sami byli częścią: był to odpowiednik rewolty intelektualistów przeciwko middle class, na przykład w Ameryce. Przedstawiciel inteligencji, kiedy zaczynał naprawdę myśleć, spostrzegał, że jest odizolowany od szerokich mas narodu; starając się odzyskać związek z masą stawał się radykałem, bo dostrzegał wadliwość ustroju. Alfa pisząc satyrę na inteligencję konspiracyjną przekonywał się , że warstwa ta, z jej licznymi aberracjami, jest jak najgorszą zapowiedzią na przyszłość, jeżeli z niej mają się rekrutować przyszli rządzący kraju - co zdawało się nieuniknione w wypadku zjechania do kraju rządu emigracyjnego z Londynu.

Właśnie kiedy przechodził ten proces gorzkiego i bezsilnego szyderstwa, wybuchło powstanie. Przez dwa miesiące nad Warszawą stał wysoki na parę kilometrów słup dymu i płomieni. W wyniku walk ulicznych zginęło około 200 tysięcy ludzi, a te dzielnice, które nie zostały zburzone przez bomby i ogień ciężkiej artylerii - uległy spaleniu przez oddziały SS; miasto, które przed powstaniem liczyło ponad milion mieszkańców, po powstaniu było pustynią ruin, jego ludność została deportowana, a jezdnie pozbawione bruku zamienione na cmentarze. Alfa mieszkał na odległym przedmieściu, w dzielnicy graniczącej z polami. Dzięki temu ocalał i udało mu się przedostać przez strefę, w której łapano uchodzącą ludność na roboty przymusowe i do obozów koncentracyjnych.

W kwietniu 1945 roku, już po wypędzeniu Niemców przez Armię Czerwoną (walki wtedy toczyły się u bram Berlina), przyjechaliśmy z Alfą do Warszawy i błądziliśmy razem po górach gruzu, które wznosiły się tam, gdzie kiedyś były ulice. Kilka godzin przebywaliśmy w zakątku miasta dobrze nam kiedyś znanym. Nie mogliśmy go teraz poznać. Wspięliśmy się po stoku czerwonych cegieł i weszliśmy w fantastyczny krajobraz księżyca. Panowała tam zupełna cisza. Balansując, aby nie upaść, schodziliśmy w dół usypiskami i wynurzały się przed nami coraz to nowe sceny pustki i zniszczenia.

W jednym z wąwozów natknęliśmy się na deszczułkę przymocowaną do metalowej sztaby. Na deszczułce odczytaliśmy napis zrobiony brunatną farbą (farba wyglądała jak krew). Napis ten brzmiał: "Droga cierpień porucznika Zbyszka". Alfa musiał wtedy myśleć to samo co ja. Myśleliśmy o śladzie, jaki zostaje po życiu człowieka. Te słowa brzmiały jak krzyk ze zdruzgotanej ziemi, zwrócony ku niebu. Było to wołanie o sprawiedliwość. Kim był porucznik Zbyszek? Jakie były jego cierpienia, o których nie dowie się nikt z żyjących? Wyobrażaliśmy sobie, jak pełzał po tym szlaku, który zaznaczył napisem jeden z jego kolegów, też pewnie później poległy. Jak wysiłkiem woli utrzymywał słabnące siły i czując, że jest ranny, myślał tylko o jednym: o wypełnieniu zadania. Po co? Kto zmierzył jego mądrość czy szaleństwo? Czy była to monada Leibniza mająca we wszechświecie swoje przeznaczenie, czy też tylko syn pocztowego urzędnika idący za przykazaniem honoru, które zostało mu wpojone przez jego ojca pamiętnego na cnoty szlacheckiego dworku?

Szliśmy dalej i natrafiliśmy na wydeptaną ścieżkę. Ścieżka ta zaprowadziła nas w kotlinę między górami. Na dnie kotliny stał niezdarnie sklecony krzyż, a na nim hełm. Pod krzyżem świeżo zasadzone kwiaty. Leżał tu czyjś syn, matka odnalazła do niego drogę i wydeptała ścieżkę przez codzienne swoje wizyty.

Łoskot jakby teatralnych gromów odezwał się nagle. To powiał wiatr i pogięte blachy trzymające się na ścianie, która była jak cypel skalny, zaczęły bębnić o siebie. Wydostaliśmy się z rumowisk na nietknięte niemal podwórze. Między chwastami widać tam było zardzewiałe maszyny, a na stopniach spalonej willi znaleźliśmy księgi z saldem strat i zysków.

Powstanie warszawskie rozpoczęte na rozkaz rządu emigracyjnego w Londynie wybuchło, jak wiadomo, w chwili kiedy Armia Czerwona zbliżała się do stolicy, a cofające się wojska niemieckie toczyły walki na przedpolach miasta. Temperatura konspiracyjnych nastrojów dosięgała wtedy wrzenia. Armia podziemna chciała się bić. Celem powstania było wyrzucenie Niemców i zajęcie miasta tak, aby Armia Czerwona zastała tam już funkcjonujące polskie władze. Kiedy bitwa w mieście się zaczęła i kiedy się okazało, że Armia Czerwona stojąca za rzeką nie rusza z pomocą, za późno było na rozważania; tragedia rozegrała się do końca z dokładnością wszelkich przepisów. Było to powstanie muchy przeciwko dwóm olbrzymom. Jeden olbrzym stał za rzeką i czekał, aż drugi olbrzym zdusi muchę. Mucha wprawdzie broniła się, ale jej żołnierze byli uzbrojeni przeważnie tylko w pistolety, granaty i bańki z benzyną. Olbrzym natomiast przez dwa miesiące posyłał nad miasto co kilka minut swoje bombowce, które zrzucały ładunek z wysokości pięćdziesięciu metrów. Wspomagał natarcie swoich oddziałów czołgami i używał najcięższej artylerii. Muchę wreszcie zdusił, a wkrótce sam został zduszony przez cierpliwego drugiego olbrzyma.

Nie widać żadnych logicznych powodów, dla których Rosjanie mieli udzielić pomocy Warszawie. Nieśli na Zachód wyzwolenie od Hitlera i wyzwolenie od dotychczasowego porządku, który chcieli zastąpić porządkiem dobrym, to jest ich własnym. Na przeszkodzie obaleniu w Polsce kapitalizmu stało "państwo podziemne" i emigracyjny rząd londyński, podczas gdy na zapleczu Czerwonej Armii urzędował już inny rząd polski przygotowany w Moskwie. Zniszczenie Warszawy przedstawiało niewątpliwie plusy: ginęli w niej właśnie, w walkach ulicznych, ci, którzy mogliby przyczynić w rządach najwięcej kłopotu, to jest młodzież inteligencka, zaprawiona w walce podziemnej z Niemcami i bezgranicznie fanatyczna w swoim patriotyzmie. Samo miasto natomiast w ciągu lat okupacji przekształciło się w podziemną fortecę, pełną tajnych drukarń i składów broni. Ta tradycyjna stolica buntów i powstań była z pewnością najmniej subordynowanym z miast na obszarze, który miał się znaleźć pod wpływami Centrum. Za udzieleniem pomocy mogłaby więc przemawiać tylko litość dla ginącej milionowej ludności miasta. Litość jest jednak uczuciem zbędnym tam, gdzie przemawia Historia.

Alfa chodząc tak ze mną po ruinach Warszawy czuł - jak wszyscy co ocaleli - gniew. W płytkich grobach, których można było znaleźć wiele w tym księżycowym krajobrazie, leżeli jego bliscy przyjaciele. Dwudziestoparoletni poeta Krzysztof, szczupły astmatyk, fizycznie nie mocniejszy od Marcela Prousta, zginął na posterunku ostrzeliwując z okna czołgi SS. Tak przepadła największa nadzieja polskiej poezji. Jego żona Barbara umarła z ran w szpitalu ściskając w ręku rękopis wierszy męża. Poeta Karol, syn robotniczej dzielnicy, autor sztuki o Homerze, i jego nieodłączny towarzysz, poeta Marek, wylecieli w powietrze na barykadzie, pod którą Niemcy podłożyli ładunek dynamitu. Alfa wiedział też, że osoba, którą kochał w swoim życiu najbardziej, została deportowana po zgnieceniu powstania do obozu koncentracyjnego w Ravensbruck. Długo później na nią czekał po końcu wojny i musiał wreszcie przyjąć myśl, że nie żyje. Gniew Alfy był skierowany przeciwko tym, którzy spowodowali klęskę: oto był przykład, do czego prowadzi wierność nie licząca się z nikim i niczym, kiedy spotka się z koniecznościami Historii. Jak kiedyś Alfa zwątpił w swoje katolickie słowa, tak teraz etyka lojalności jego tragicznych opowiadań wojennych wydała mu się pięknie brzmiącą pustką. Zaiste, on był jednym z odpowiedzialnych za to, co się stało. Czyż nie widział wpatrzonych w siebie oczu młodzieży, kiedy czytał swoje opowiadania na potajemnych wieczorach autorskich? Ta właśnie młodzież ginęła w powstaniu: nieznany porucznik Zbyszek, Krzysztof, Barbara, Karol, Marek i tysiące takich jak oni. Wiedzieli, że nie ma nadziei zwycięstwa i że ich śmierć jest tylko gestem w obliczu obojętnego świata. Godzili się na nią nie pytając nawet, czy jest jakaś waga, która waży ich czyny. Młody filozof Milbrand, wielbiciel Heideggera, użyty przez swoich przełożonych do pracy prasowej, zażądał, aby posłano go na linię boju, bo uważał, że największym darem, jaki ma człowiek, jest chwila wolnego wyboru; w trzy godziny potem już nie żył. Nie było granic tym szaleństwom dobrowolnej ofiary.

Alfa nie obwiniał Rosjan. Nie zdałoby się to na nic. Występowali oni jako siła Historii, Komunizm walczył z faszyzmem, a między dwie moce dostali się Polacy ze swoją etyką, nie opartą na niczym prócz wierności. Józef Conrad, ten niepoprawny polski szlachcic! A przecież w dwudziestym wieku, jak to wskazywał przykład tego miasta, nie było już miejsca na imperatyw ojczyzny i honoru, nie wsparty żadnym celem. Dla Niemców powstańcy nie byli nawet wrogiem; byli niższą rasą, którą należało zniszczyć. Dla Rosjan byli "polskimi faszystami". Moralista tej epoki - myślał Alfa - powinien zwracać uwagę na cele społeczne i społeczne skutki. Powstanie warszawskie było łabędzim śpiewem inteligencji i końcem ustroju, którego broniła. Było to jak szaleńcze szarże konfederatów w amerykańskiej wojnie domowej, które nie zapobiegły zwycięstwu Północy. Rewolucja z chwilą upadku powstania już się w rzeczywistości dokonała: droga do niej była otwarta. Nie była to, jak starając się uspokajać ludność pisała prasa nowego rządu, "rewolucja łagodna". Cena jej była krwawa. Świadectwem było leżące w ruinie największe miasto kraju.

Trzeba było żyć i działać, a nie oglądać się na to, co minęło. Kraj był zniszczony, nowy rząd zabrał się energicznie do odbudowy, do puszczenia w ruch fabryk i kopalń; dzielono ziemię dworów pomiędzy chłopów. Pisarz stał w obliczu nowych obowiązków. Jego książek czekało ludzkie mrowisko wyrwane z odrętwienia, przemieszane wielkim kijem wojny i społecznych reform, to prawda - narzuconych z góry, ale nie mniej skutecznych. Nie należy się więc dziwić, że Alfa, jak większość jego kolegów, oświadczył od razu, że chce służyć nowej Polsce, która właśnie powstawała na gruzach dawnej.

Został przyjęty z otwartymi rękami przez nieliczną grupę polskich komunistów, którzy spędzili lata wojny w Rosji i przybyli teraz ze wschodu, aby organizować państwo według zasad leninizmu-stalinizmu. Wtedy, to jest w roku 1945, każdy, kto mógł być użyteczny, był radośnie witany; nie wymagano bynajmniej, żeby był czerwony: w istocie w kraju było niezwykle mało zwolenników Stalina, czemu trzeba przypisać i maski, pod którymi występowała Partia, i wstrzemięźliwość jej haseł. Nie ulegało wątpliwości, że tylko cierpliwie dozując i stopniowo zwiększając dawki doktryny da się poprowadzić pogańską ludność ku zrozumieniu i przyjęciu Nowej Wiary. Alfa od czasu zerwania z prawicowym tygodnikiem cieszył się w kołach teraz najbardziej wpływowych dobrą opinią. Nie stawiano mu zarzutów, że w czasie wojny trzymał się z dala do grupek marksistowskich. Pisarzy, którzy utrzymywali podobne kontakty, można było policzyć na palcach jednej ręki. Teraz pisarze zachowywali się trochę jak dziewice: chętne, ale bojaźliwe. Pierwsze ich publiczne wypowiedzi były ostrożne i starannie odmierzone. Nie to było jednak ważne, co mówili. Potrzebne były ich nazwiska na łamach pism. W ten sposób rząd stwarzał zewnętrzne oznaki, świadczące, że uzyskuje poparcie całej kulturalnej elity. Program postępowania wobec różnych kategorii ludności był opracowany przez polskich komunistów - jeszcze kiedy przebywali oni w Moskwie - i był to program mądry, oparty na dokładnej znajomości krajowych warunków. Zadania, jakie stały przed nimi, były niezwykle . trudne: kraj nie chciał ich rządów; Partia musiała być na nowo zorganizowana i trzeba było pogodzić się z faktem, że wśród napływających nowych członków większość stanowią spryciarze korzystający z koniunktury; należało dopuścić do udziału w rządach lewy odłam socjalistów; ciągle jeszcze była w perspektywie skomplikowana rozgrywka z partią chłopską, bo po Jałcie alianci zachodni żądali przynajmniej pozorów rządu koalicyjnego. Najważniejszą rzeczą było więc starać się zbudować pomost pomiędzy grupką komunistów i krajem, a w tym najbardziej pomocni mogli być pisarze o głośnych nazwiskach i znani jako liberałowie, a nawet konserwatyści. Alfa w zupełności odpowiadał tym wymaganiom. Jego artykuł ukazał się na pierwszej stronie rządowego tygodnika literackiego. Był to artykuł o humanizmie. O ile sobie przypominam, Alfa mówił tam o etyce szacunku dla człowieka, jaką niesie ze sobą rewolucja.

Był maj 1945 roku w starym, średniowiecznym mieście Krakowie. I Alfa, i ja, i wielu innych pisarzy i artystów schroniło się tam po zburzeniu Warszawy. Noc, w której przyszła wiadomość o zdobyciu Berlina, rozjaśniona była wybuchami rakiet i armatnich pocisków; na ulicach słychać było bezustanny grzechot ręcznej broni - to żołnierze zwycięskiej Armii Czerwonej wyrażali swoją radość z rychłego powrotu do domu. W pogodny, wiosenny ranek siedzieliśmy z Alfą w biurze Filmu Polskiego i pracowaliśmy nad scenariuszem. Zawiązywanie wątków filmowych jest na ogół uciążliwym zajęciem; kładliśmy nogi na stół albo na poręcze foteli, chodziliśmy po pokoju, paliliśmy dużo papierosów i ciągle nęciło nas okno, przez które wpadał świergot wróbli. Za oknem było podwórze z młodymi drzewami, a za podwórzem wielki gmach, zamieniony niedawno w siedzibie policji bezpieczeństwa i więzienie. Zauważyliśmy na parterze, w zakratowanych oknach, dużo postaci młodych mężczyzn. Niektórzy próbowali się opalać umieszczając twarz w promieniu słońca; inni łapali hakiem z drutu papierki, które wyrzucano przez okno na piasek z sąsiednich cel. Stojąc z Alfą w oknie obserwowaliśmy ich milcząc. Byli to, jak łatwo było odgadnąć, żołnierze armii podziemnej; gdyby do Polski powrócił emigracyjny rząd z Londynu, ci żołnierze "podziemnego państwa" byliby honorowani i fetowani jak bohaterowie. Obecnie, jako politycznie niepewni, zostali osadzeni w więzieniu. Przykład ironicznych dowcipów Historii. Ci przeważnie bardzo młodzi chłopcy, przyzwyczajeni żyć w ciągu wojennych lat z bronią w ręku, wśród ciągłych niebezpieczeństw, teraz powinni byli zapomnieć jak najszybciej o swoich konspiracyjnych upodobaniach; wielu z nich umiało to zrobić dostatecznie szybko i udawać, że nigdy nie działali w podziemiu; inni ciągle jeszcze przebywali w lasach; niektórych łapano w lasach czy miastach i osadzano za kratami. Chociaż ich wrogiem był Hitler, teraz z kolei uznani zostali za agentów klasowego wroga. Byli to bracia tych, którzy walczyli i ginęli w warszawskim powstaniu; jedni z tych, których ślepa ofiarność budziła w Alfie wyrzuty sumienia. Nie wiem, co czul patrząc na okna tych więziennych cel. Sądzę, że już wtedy rysował mu się plan jego pierwszej powojennej powieści.

Ambicje Alfy, jak to widać z całej jego biografii, były zawsze ogromne. Nie mógł być tylko jednym z wielu, musiał przewodzić i przewodząc znajdować dostateczne powody do własnej wyniosłości. Powieść, którą zaczął pisać, powinna była - wierzył w to - wynieść go na pierwsze miejsce wśród pisarzy działających w nowej sytuacji. Pisarze ci starali się zmienić swój styl i treść swoich książek, ale osiągnięcie tego nie było możliwe bez zmiany własnej osobowości. Alfa przeżywał konflikt moralny, który był jego własnym konfliktem, ale równocześnie stanowił powtórzenie konfliktu znanego wielu jego rodakom. Czuł w sobie siłę, jaka płynęła z jego osobistego a zarazem powszechnego dramatu. Jego wyczucie tragizmu życia szukało nowych szat, w których mogłoby wystąpić.

Wierząc w siebie nie zawiódł się. Powieść, którą napisał, była dziełem dojrzałego talentu i zrobiła na jego czytelnikach wielkie wrażenie. Całe swoje życie Alfa krążył wokół postaci mocnego i czystego bohatera. W jego przedwojennej powieści tą postacią był ksiądz, teraz uczynił bohaterem przedstawiciela Nowej Wiary, to jest starego komunistę. Komunista ten, nieustraszony bojownik, spędził szereg lat w niemieckich obozach koncentracyjnych. Wyszedł stamtąd nie złamany na duchu i powróciwszy do swojej zniszczonej ojczyzny znalazł się wobec chaosu, który jego jasna świadomość i mocna wola miały zmienić w nowy ład społeczny. Człowiek ten był jak diament, natomiast społeczeństwo, które miał swoją twórczą działalnością przekształcić, nosiło znamiona moralnego rozkładu. Starsze pokolenie inteligencji oddawało się jeszcze bezsensownym marzeniom oczekując pomocy ze strony zachodnich aliantów; piło i próbowało zapewnić sobie kariery. Natomiast młodzież, wychowana w czasie wojny w zasadach ślepej wierności, przyzwyczaiwszy się do awanturniczego życia w podziemiu, teraz była zupełnie zagubiona; ponieważ nie znała żadnych innych celów działalności poza walką z wrogiem w imię honoru, nadal próbowała tworzyć konspiracyjne sprzysiężenia, tym razem do walki z nowym wrogiem, to jest z rządem narzuconym przez Rosjan i z Partią. A przecie Partia była jedyną siłą, która w tych warunkach mogła zapewnić spokój i odbudowę kraju, dać ludziom możność zarabiania na ich chleb codzienny, sprawić, aby działały szkoły i uniwersytety, koleje i linie żeglugi. Nie trzeba było być komunistą, aby to stwierdzić. Wniosek ten narzucał się każdemu z dużą oczywistością. Zabijać pracowników Partii, dokonywać zamachów na koleje przewożące żywność, atakować robotników, którzy starali się puścić w ruch zniszczone fabryki, znaczyło opowiadać się za przedłużeniem chaosu. Tylko szaleni mogli zdobywać się na podobne czyny, nie mające żadnego logicznego uzasadnienia, bo dokonywane bez żadnej nadziei. Taki obraz kraju przedstawiał Alfa w swojej powieści i być może jego książkę można by było zaliczyć do literatury publicystycznej, pisanej przez kogoś, kto przemawia w imię zdrowego rozsądku, gdyby nie coś, co zawsze wyróżniało Alfę jako pisarza: litość. Czuł litość i dla starego komunisty, i dla tych, którzy uważali go za wroga. Tylko przez litość dla obu walczących ze sobą stron pisarz może stworzyć tragedię. Alfa, mając w sobie litość, napisał powieść tragiczną.

Trzeba powiedzieć, że braki jego talentu, widoczne w jego przedwojennych utworach, przyszły mu z pomocą. Talent jego nie był realistyczny. Alfa budował konflikty moralne podkreślając kontrasty charakterów, ale charaktery jego poruszały się w świecie, który trudno było zobaczyć. Stary komunista Alfy jest równie rzadko spotykanym okazem, jak rzadko spotykanym okazem na wsi polskiej był taki proboszcz, jakiego Alfa przed wojną uczynił swoim bohaterem. Komunista Alfy został ukazany nie w jego zewnętrznej działalności, która stanowi zwykle domenę podobnych mu ludzi, inteligentnych, fanatycznych i przebiegłych. Przeciwnie, jest on jak milcząca, nieruchoma skała, a przenikając we wnętrze tej skały natrafiamy tam na to, co jest najbardziej ludzkie: na tęsknotę do dobra i na cierpienie. Już sama jego postać jest monumentalna i budząca współczucie przez ból, którego nie chce wyznać nikomu, bo jest to jego ból prywatny: stracił w obozie koncentracyjnym swoją ukochaną żonę. Jest ascetą idei. Wstydzi się swoich spraw prywatnych, a równocześnie tylko najwyższym wysiłkiem woli może siebie zmusić do życia nagle pozbawionego sensu. Jest to tytan z rozdartym sercem, pełen miłości i przebaczenia. Jednym słowem występuje jako potencjalna siła, zdolna w przyszłości poprowadzić świat ku dobremu. W chwili kiedy jego uczucia i myśli są najczystsze, ginie zastrzelony przez młodego człowieka, który widzi w nim tylko agenta Moskwy.

Można zrozumieć, dlaczego Alfa w kraju, gdzie słowo "komunista" ciągle jeszcze miało znaczenie obelżywe, chciał pokazać starego bojownika jako wzór wyższej etyki; jednakże etyka ta może być oceniona dopiero w zastosowaniu do konkretnych zadań, tam gdzie ludzi traktuje jako narzędzia. Co do społeczeństwa, do którego przekształcenia przystępował stary komunista, pisarz-obserwator musiałby odnaleźć tam nie tylko przykłady dezintegracji. Zarówno inteligencja jak robotnicy i chłopi z wielkim zapałem przystępowali do pracy; a właśnie dziełem inteligencji, to jest różnego rodzaju specjalistów, było uruchomienie fabryk, kopalń, kolei, szkół czy teatrów. W tej pracy kierowali się oni poczuciem obowiązku wobec zbiorowości i zawodowym honorem, nie wizją socjalizmu na wzór rosyjski. Niemniej ta etyka obowiązku dawała poważne rezultaty. Ich myślenie polityczne było naiwne, a ich obyczajowość nosiła często cechy przebrzmiałej epoki. Jednak w pierwszym momencie nie Partia, ale oni działali najenergiczniej. Młodzież była zagubiona i pozbawiona jakiegokolwiek przewodnictwa, ale jej czyny terrorystyczne były w równym przynajmniej stopniu wynikiem demoralizacji co rozpaczy. Chłopcy, których widzieliśmy z Alfą w oknach więzienia, nie znaleźli się tam z powodu dokonywanych przez siebie zamachów, tylko dlatego, że w czasie wojny należeli do ugrupowań podziemnych walczących przeciwko Hitlerowi. W całym kraju odbywały się obławy na tę młodzież, której przestępstwem była służba "podziemnemu państwu", zależnemu od Londynu. Oczywiście Alfa ze względu na cenzurę nie mógł tego powiedzieć; jego wyraźna litość dla tych chłopców pozwalała czytelnikowi domyślać się niedomówień. Jednak kiedy zabrakło przedstawienia wielostronnej kanwy wydarzeń - zmieniała się motywacja czynów.

W całej książce Alfy był gniew na t o, c o przegrało. Ten gniew i Alfie, i wielu innym był potrzebny do istnienia. Satyryczny stosunek do konspiracyjnej inteligencji, widoczny w jego opowiadaniach pisanych przy końcu wojny, teraz pojawił się w rozdziałach powieści wykpiwających absurdalne nadzieje na nagłe polityczne zmiany. Jednakże w rzeczywistości te nadzieje, przybierające często u inteligencji formę śmieszną, nie były obce i robotnikom, i chłopom. Alfa nigdy nie znał z bliska robotników i chłopów, więc z tym większą łatwością mógł przypisywać wiarę w magiczne odsunięcie Rosji szczególnym cechom inteligencji, która niewątpliwie nie odznaczała się polityczną wyobraźnią.

Powieść tego rodzaju, a więc oparta na przeciwstawieniu etyki Nowej Wiary etyce zwyciężonej miała dla Partii ogromne znaczenie. Książka została natychmiast po jej wydaniu szeroko rozreklamowana, Alfa dostał za nią w roku 1948 nagrodę państwową, a nakład szybko osiągnął liczbę 100 tysięcy egzemplarzy. Alfa nie pomylił się sądząc, że jemu należy się pierwsze miejsce wśród pisarzy kraju. Jedno z miast ofiarowało mu i umeblowało znacznym kosztem piękną willę. Użyteczny pisarz w demokracjach ludowych nie może się uskarżać na brak względów.

Dialektycy rozumieli dobrze, że bohater powieści Alfy nie był wzorem "nowego człowieka". To, że był komunistą, dawało się odgadnąć raczej tylko z zapewnień autora. Występował na kartach powieści w przygotowaniu do czynu, a nie w czynie. Nietrudno było zauważyć, że Alfa dawnego swego bohatera, noszącego sutannę księdza, przebrał teraz w kurtkę komunisty. Chociaż język pojęć zmieniał się, niezmienna pozostawała tragiczna i metafizyczna postawa Alfy i choć stary komunista nie modlił się, to czytelnicy nie zdziwiliby się, gdyby z jego zawsze zamkniętych ust nagle wydobyły się słowa skarg Jeremiasza: tak dobrze słowa proroków harmonizowałyby z jego osobowością. Alfa nie poprawił się więc w istocie od czasów przedwojennych; nie potrafił ograniczyć się do czysto utylitarnej etyki, wyrażającej się w racjonalistycznie ujętym działaniu. W jego bohaterze pokutował i król Lear i Faust. Ciągle jeszcze istniały i ziemia i niebo. Bohater był też nieco podobny do Peyrola z "Korsarza" Conrada. Nie można było jednak żądać zbyt wiele. Alfa nie należał do Partii, ale wykazywał zrozumienie, uczył się, o czym świadczyło - bardziej niż postać komunisty - potraktowanie terrorystycznej młodzieży. Za wcześnie było żądać od pisarzy "socjalistycznego realizmu"; moment na to nie nadszedł, byli oni dopiero w początkowej szkole; termin "socjalistyczny realizm" nie był używany, bo mógłby niepotrzebnie przestraszyć pisarzy i artystów; podobnie chłopów zapewniano, że w Polsce nigdy nie będzie kołchozów.

Dzień decyzji nadszedł dla Alfy dopiero w parę lat po ukazaniu się powieści. Mieszkał w swojej pięknej willi, podpisywał liczne deklaracje polityczne, brał udział w komitetach i objeżdżał kraj wygłaszając odczyty o literaturze w świetlicach fabrycznych i domach kultury; te podróże pisarzy organizowane na wielką skalę dla wielu były tylko uciążliwym obowiązkiem, Alfie natomiast sprawiały przyjemność, bo zapoznawał się w ten sposób z młodzieżą robotniczą, jej codziennym życiem i problemami, jakie ją zaprzątały. Po raz pierwszy Alfa wychodził naprawdę poza swój intelektualny klan. A w dodatku wychodził jako szanowany pisarz; zważywszy na wysoką rangę pisarzy w demokracjach ludowych mógł czuć się jeżeli nie kardynałem, to przynajmniej dostojnym kanonikiem.

Przekształcanie kraju, zgodnie z planami Centrum, postępowało naprzód; nadeszła chwila, kiedy uznano, że sytuacja jest dostatecznie dojrzała, aby przykrócić cugle pisarzom i zażądać od nich jasnego opowiedzenia się za Nową Wiarą z wszystkimi konsekwencjami; " socjalistyczny realizm" został ogłoszony na zjazdach pisarzy jako jedynie wskazana metoda twórcza. Zdaje się, że Alfa przeżył tę chwilę szczególnie boleśnie. Niesłychana zręczność Partii przywiodła pisarzy, tak że się niemal nie spostrzegli, w bramę nawrócenia. Teraz można się było albo nagle zbuntować i spaść na dno drabiny społecznej, albo wejść w bramę. Połowiczność, płacenie jednej monety Bogu, a drugiej cezarowi nie było już możliwe. Nikt nie żądał, aby pisarze formalnie zapisywali się do Partii. Rozumując jednak poprawnie, jeżeli się przyjmowało Nową Wiarę - nic nie stało temu na przeszkodzie. Rozwiązanie takie świadczyłoby raczej o większej odwadze: wstąpienie do Partii oznacza nie zmniejszenie, ale zwiększenie obowiązków. Dla Alfy, który dbał szczególnie o swoją godność najbardziej cenionego przez koła partyjne powieściopisarza, tylko jedna decyzja była możliwa. Oczekiwano od niego, że przemówi jako pisarz - autorytet moralny i da swoim postępowaniem przykład kolegom. Alfa w ciągu pierwszych lat nowego porządku naprawdę przywiązał się do rewolucji. Wreszcie był pisarzem ludowym, jego czytelnicy rekrutowali się spośród mas robotniczych. Jego przedwojenna powieść, którą tak chwalono, rozeszła się wtedy zaledwie w kilku tysiącach egzemplarzy. Teraz i on, i każdy pisarz mógł liczyć na wielką ilość czytelników. Nie był już izolowany; mówił sobie, że jest potrzebny - me kilku snobom w kawiarni, ale tej nowej, robotniczej młodzieży, do której przemawiał w swoich podróżach po kraju. Cała ta przemiana była zasługą zwycięstwa Rosji i Partii zależnej od Centrum. Należało z tego wyciągnąć wnioski i zaakceptować nie tylko praktyczne wyniki, ale ,, filozoficzne podstawy. Nie było to dla Alfy łatwe. Coraz częściej był atakowany za swoje zamiłowanie do monumentalnego tragizmu. Próbował pisać inaczej - ale kiedy zabraniał sobie czegoś, co leżało w samej naturze jego talentu, proza jego stawała się płaska i bezbarwna, darł swoje rękopisy. Zadawał sobie pytanie, czy widząc co dzień dokoła siebie nowe tragiczne konflikty, właściwe życiu w wielkim kolektywie, zdoła wyrzec się ich pokazania. Kraj stawał się wielkim kolektywem, przyczyny cierpień ludzkich były już inne niż w ustroju kapitalistycznym, ale nie zdawała się zmniejszać, przeciwnie - rosła suma cierpień. Zbyt wiele wiedział o Rosji i zbyt wiele wiedział o bezlitosnych środkach używanych przez dialektyków wobec "materiału ludzkiego", aby nie mieć przypływów zwątpienia. Miał jasną świadomość, że przyjmując Nową Wiarę przestanie być pisarzem - autorytetem moralnym, a stanie się pisarzem - pedagogiem, który pokazuje w swoich książkach nie to, co go samego męczy, ale to, co jest uznane za użyteczne. Odtąd dziesięciu czy piętnastu fachowców będzie ważyć każde jego zdanie i zastanawiać się, czy nie popełnił grzechu czystego tragizmu. Nie było już jednak odwrotu. Alfa powiedział sobie, że w swojej praktycznej działalności jest już komunistą. Powiedziawszy tak wstąpił do Partii i natychmiast ogłosił wielki artykuł o sobie jako pisarzu. Była to samokrytyka, to jest akt, który w chrześcijaństwie nosi nazwę spowiedzi. Inni pisarze przeczytali ten artykuł z zawiścią i przestrachem. Że Alfa wszędzie i we wszystkim musi być pierwszy - budziło zazdrość; że okazał się tak zręczny i postąpił jak górnik-stachanowiec, który pierwszy ogłasza, że wyrobi niezwykle wysoką normę - napełniało obawą; górnicy nie lubią swoich towarzyszy zbyt skłonnych do zbierania zaszczytów za popędzanie innych do speed-up.

Samokrytyka Alfy była przemyślnie napisana. Można ją uznać za klasyczną wypowiedź pisarza, który wyrzeka się przeszłości w imię Nowej Wiary. Została przełożona na obce języki i drukowały ją pisma stalinowskie na Zachodzie. Alfa potępił w tym artykule swoje dawne książki. Użył przy tym szczególnego chwytu: otwarcie przyznał to, co dawno myślał w skrytości o wadach swoich dzieł; aby odkryć te wady, nie potrzeba było bynajmniej Metody; Alfa znał te wady już dawniej, zanim zbliżył się do marksizmu; teraz swoją spostrzegawczość przypisał zasługom Metody. Każdy dobry pisarz wie, że źle jest dać się zwodzić pięknie brzmiącym słowom i emocjonalnie skutecznym, ale pustym pojęciom. Alfa twierdził w swoim artykule, że wpadł w te błędy, ponieważ nie był marksistą. Dawał też do zrozumienia (zgodnie z przykazaniem pokory), że nie uważa siebie za pisarza komunistycznego, tylko za takiego, który dopiero stara się opanować Metodę, tę najwyższą umiejętność. Zastanawiający w artykule był ton namaszczony, pełen wyniosłości, zawsze Alfie właściwy. Ton ten pozwalał podejrzewać, że potępiając swoje błędy Alfa popełniał je dalej: lubował się w fałdach nowej kapłańskiej sukni.

Jako byłemu katolikowi Partia powierzyła mu funkcję wygłaszania przemówień przeciwko polityce Watykanu. Wkrótce potem Alfa został zaproszony do Moskwy. Po powrocie ogłosił książkę o "radzieckim człowieku". Udowadniając, że prawdziwym wolnym człowiekiem jest tylko obywatel Związku Radzieckiego, Alfa i teraz sięgał po palmę pierwszeństwa. Jego koledzy, piszący pochwały Centrum, jakkolwiek wiedzieli, że tego rodzaju rozumowanie jest dialektycznie poprawne - dotychczas nie używali tego chwytu. W getcie literackim Alfa nie był lubiany. Mówię "w getcie", bo wbrew wysokim nakładom książek i wyjazdom pisarzy do fabryk - zamknięci byli oni teraz w swoich domach kolektywnych i klubach nie mniej niż przed wojną w kawiarniach. Jego koledzy, zazdroszcząc mu sukcesów, które zawdzięczał szlachetności swego tonu, nazywali go "ladacznicą z zasadami".

Osądzać Alfę surowo jest mi trudno. Sam byłem na tej drodze, która ma wszelkie cechy nieuniknioności. Myślę, że to, czym miały się różnić nasze losy, było zawarte w drobnej różnicy naszych reakcji w chwili, kiedy zwiedzaliśmy ruiny zburzonej Warszawy, jak również wtedy, kiedy patrzyliśmy na więźniów. Czułem, że pisanie o tych rzeczach jest dla mnie niemożliwe: możliwe byłoby tylko powiedzenie całej prawdy, a nie jej części. To samo zresztą czułem uczestnicząc w wydarzeniach, jakie zachodziły za okupacji nazistowskiej w Warszawie: każda forma opisu mogła być do nich zastosowana z wyjątkiem "fiction''. Przypominam sobie, że kiedy Alfa czytał nam w zadżumionym mieście swoje opowiadania, które eksploatowały temat " na gorąco", czuliśmy się dziwnie zażenowani: ich kompozycja była za gładka. Tysiące ludzi umierało tuż obok w torturach, dlatego transponowanie tych cierpień od razu na tragiczną teatralność wydawało się nam nieskromne. Lepiej jest czasem jąkać się z nadmiaru wzruszeń niż mówić okrągłymi zdaniami. Głos wewnętrzny, który nas powstrzymuje, kiedy trzeba za wiele wyrazić - jest mądry. Nie jest nieprawdopodobne, że Alfa nie znał tego głosu. Tylko namiętność prawdy mogłaby go uchronić od stania się tym, czym się stał. Nie napisałby wtedy co prawda swojej powieści o starym komuniście i zdemoralizowanej młodzieży; na litość pozwolił tam sobie w ramach bezpiecznych od zarzutów cenzury i zyskał uznanie upraszczając obraz wydarzeń stosownie do życzeń Partii. Jedno odstępstwo pociąga za sobą drugie i trzecie, aż wreszcie wszystko, co się mówi, jest już znakomicie logiczne, okrągłe i zamknięte, ale nie ma już nic wspólnego z ciałem i krwią ludzi. Jest to odwrotna strona medalu dialektyki: za wygodę umysłową, jaką ona daje, płaci się. Dokoła Alfy żyło i żyje wielu robotników i chłopów, których słowa są nieporadne, ale ostatecznie głos wewnętrzny, który słyszą, nie jest różny od tego nakazu, który nieraz pisarzom zamyka usta i żąda: wszystko albo nic. Nie wiadomo, może nikomu nieznany chłop czy drobny urzędnik pocztowy powinni być postawieni wyżej w hierarchii zasług wobec ludzkiego gatunku niż Alfa - moralista.

 

 

BETA - CZYLI NIESZCZĘŚLIWY KOCHANEK

 

Beta, kiedy go poznałem w roku 1942, miał dwadzieścia lat. Był to żywy chłopak z czarnymi, inteligentnymi oczami. Pociły mu się dłonie, w jego zachowaniu się można było zauważyć tę przesadną nieśmiałość, która kryje zwykle ogromne ambicje. Kiedy mówił, w słowach jego wyczuwało się mieszaninę arogancji i pokory. Był wewnętrznie przekonany, że góruje nad swoimi rozmówcami, atakował i zaraz cofał się wstydliwie, chował pazury. Jego odezwania się pełne były hamowanej ironii. Co prawda nie jest nieprawdopodobne, że te cechy występowały szczególnie, kiedy Beta rozmawiał ze mną czy z innymi, starszymi od niego pisarzami: należał się im ze strony początkującego poety respekt, a równocześnie Beta uważał, że ceni się ich niezbyt słusznie. On wiedział lepiej, w nim był zadatek na naprawdę wybitnego pisarza.

Wtedy, w 1942 roku, w Warszawie, żyliśmy bez nadziei, to jest ciągle podtrzymując w sobie nadzieję, o której wiedzieliśmy, że jest złudna. Nasz okupowany kraj był częścią imperium germanicum i widząc siłę tego imperium trzeba było nadmiernej ilości optymizmu, aby wierzyć w możliwość zupełnej przegranej Niemiec. Plany NSDAP w stosunku do naszego narodu były dla nas jasne: eksterminacja warstwy wykształconej, kolonizacja i wysiedlenie części ludności dalej na wschód. Beta był jednym z tych młodych, którzy zaczęli pisać dopiero w czasie wojny, w języku niewolników. Zarabia! na życie imając się różnych prac - trudno dokładnie określić źródła utrzymania ludzi w mieście całkowicie wyjętym spod prawa. Były to zwykle na wpół fikcyjne zatrudnienia w fabryce czy biurze; dawały one kartę pracy i okazję do operacji czarnego rynku albo do kradzieży, której nie uważano za rzecz niemoralną, bo poszkodowanym były niemieckie władze. Równocześnie Beta był studentem podziemnego uniwersytetu i żył bujnym życiem konspiracyjnej młodzieży, na której zebraniach pito wódkę, dyskutowano zaciekle na literackie i polityczne tematy i czytano nielegalne pisma.

Przyglądając się swoim kolegom Beta był skłonny uśmiechać się sarkastycznie. Widział sprawy lepiej i jaśniej niż oni. Ich patriotyczny zapał do walki z Niemcami wydawał mu się czysto irracjonalnym odruchem. Walka - tak, ale w imię czego? Nikt z młodzieży nie wierzył w demokrację. Większość krajów Europy Wschodniej miała przed wojną rządy półdyktatorskie. System parlamentarny zdawał się należeć do zamierzchłej przeszłości. Sposób zdobycia władzy nie podlegał dyskusji: ci, którzy chcieli zdobyć władzę, powinni byli stworzyć "ruch" i wywrzeć nacisk na rząd, aby dopuścił ich do współrządzenia, albo wziąć władzę siłą. Była to epoka ruchów nacjonalistycznych, wzoru dostarczały Niemcy i Włochy. Młodzież konspiracyjna Warszawy była nadal pod silnym wpływem tych niedawno jeszcze popularnych idei, choć oczywiście ani do Hitlera, ani do Mussoliniego nie odnosiła się z sympatią. Jej rozumowanie było mgliste. Naród polski był gnębiony przez naród niemiecki, więc należało walczyć. Kiedy Beta zauważał, że jest to tylko przeciwstawianie nacjonalizmu polskiego nacjonalizmowi niemieckiemu, koledzy jego wzruszali ramionami. Beta próbował przyciskać ich do muru pytając, jakich wartości chcą bronić i na jakich zasadach ma być oparta przyszła Europa. Nie dostawał na to zadowalającej odpowiedzi. Oto jądro ciemności: nie tylko żadnej nadziei wyzwolenia, ale żadnej wizji jutra. Walka dla walki. Jako nagroda dla tych, którzy nie padną w boju i może doczekają zwycięstwa Anglosasów - powrót do przedwojennego status quo; a przecie to, co działo się w latach poprzedzających wojnę, było złe. Ten brak jakiejkolwiek wizji skłaniał Betę do przypuszczeń, że żyje w świecie, w którym nie ma nic prócz nagiej siły. Był to świat schyłku i upadku. Liberałowie starszego pokolenia ciągle jeszcze powtarzający frazesy o szacunku dla człowieka - podczas gdy dokoła mordowano setki tysięcy ludzi - robili wrażenie żałosnych wykopalisk.

Beta nie miał żadnej wiary - ani wiary religijnej, ani innej - i miał odwagę w swoich wierszach przyznawać się do tego. Z wielkim nakładem pracy i wysiłku, używając prymitywnych klisz i złej farby, bo o dobrą było trudno, odbił swój pierwszy tom poematów na roneo. Kiedy dostałem ten tom i odlepiając z trudem palec od zadrukowanej kleistą farbą okładki zajrzałem do środka, przekonałem się zaraz, że mam do czynienia z prawdziwym poetą. Lektura jego heksametrów nie była jednak zajęciem radosnym. Ulice okupowanej Warszawy były posępne. Zebrania konspiracyjne w zadymionych i zimnych mieszkaniach, kiedy nasłuchiwało się, czy na schodach nie odezwą się kroki gestapo, miały w sobie też ponurość katakumbowych obrządków. Jak powiedziałem, przebywaliśmy na dnie imperium jak na dnie olbrzymiego krateru i niebo w górze było jedynym elementem, którego własność dzieliliśmy z innymi ludźmi na kuli ziemskiej. Wszystko to istniało w wierszach Bety: szarość, mgła, posępność i śmierć. Jego poezja nie była jednak poezją skargi. Była to poezja stoicyzmu. W wierszach jego rówieśników również brak było wiary, zasadniczy motyw stanowiło wzywanie do walki i wizja śmierci; w przeciwieństwie do śmierci, która u młodych poetów różnych epok stanowiła romantyczny rekwizyt, ta śmierć była aż nadto rzeczywista: wszyscy ci najmłodsi poeci Warszawy zginęli przed końcem wojny albo z rąk gestapo, albo w boju. Nikt z nich jednak nie podawał w wątpliwość sensu ofiary w tym stopniu co Beta. "Zostanie po nas złom żelazny - I głuchy, drwiący śmiech pokoleń" - pisał w jednym ze swoich wierszy.

Wiersze jego nie miały w sobie żadnej afirmacji świata, tej afirmacji, która wyraża się w sztuce sympatią, z jaką artysta przedstawia na przykład jabłko czy drzewo. Widoczne w nich było głębokie zakłócenie równowagi. Ze sztuki można wiele odgadnąć: świat Bacha czy świat Breughla były uporządkowane, ułożone hierarchicznie. Nowoczesna sztuka zawiera wiele przykładów ślepej namiętności, która w kształtach, barwach i dźwiękach nie znajduje nasycenia. Kontemplacja zmysłowego piękna jest możliwa tylko, kiedy artysta czuje miłość do tego, co go otacza na ziemi. Jeżeli jednak czuje tylko obrzydzenie, niezdolny jest zatrzymać się w miejscu i oglądać. Wstydzi się odruchów miłości, skazany jest na ciągły ruch, na szkicowe tylko ujęcie drobin zaobserwowanej materii. Przypomina lunatyka, który utrzymuje równowagę, dopóki idzie. Obrazy, jakich używał Beta, były wirujące mgłą i od zupełnego rozpadnięcia się ratował je tylko suchy rytm heksametru. Ten charakter poezji Bety można częściowo przypisać jego przynależności do nieszczęśliwego pokolenia i nieszczęśliwego narodu. Miał on jednak tysiące braci we wszystkich krajach Europy: braci namiętnych i zawiedzionych.

Beta w przeciwieństwie do swoich kolegów, którzy działali, bo byli wierni swojej ojczyźnie i próbowali szukać uzasadnień w chrześcijaństwie albo nieokreślonej metafizyce, potrzebował racjonalistycznych podstaw do działania. Kiedy gestapo aresztowało go w roku 1943, mówiono w naszym mieście, że nastąpiło to wskutek wsypy jednej z lewicowych grup. Jeżeli życie w Warszawie mało przypominało raj, to teraz Beta dostał się w niższe kręgi piekieł, to jest zamknęły się za nim bramy "koncentracyjnego świata". Normalną wówczas koleją rzeczy spędził najpierw szereg tygodni w więzieniu, a następnie został wywieziony do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Szansę przeżycia w tym obozie były nieduże. Jak innych wywiezionych do obozów uważaliśmy Betę za straconego. A jednak przetrwał dwa lata Oświęcimia; kiedy do Oświęcimia zbliżała się Armia Czerwona, Betę z transportami innych więźniów odesłano do Dachau i tam wyswobodzili go Amerykanie. O tym wszystkim dowiedzieliśmy się dopiero po wojnie; co Beta przeżył w "świecie koncentracyjnym", można przeczytać w tomie opowiadań, w którym dał opis swoich doświadczeń.

Po wyjściu z obozu Beta zamieszkał w Monachium. Tam ukazała się w roku 1946 książka "Byliśmy w Oświęcimiu", napisana przez Betę i dwóch jego współwięźniów. Książka ta była zadedykowana "VII Armii Amerykańskiej, która przyniosła nam wyswobodzenie z obozu koncentracyjnego Dachau-Allach". Z Monachium Beta powrócił do Warszawy i wydał tu tom swoich opowiadań.

Czytałem wiele książek o obozach koncentracyjnych, ale żadna z nich nie jest tak przerażająca jak opowiadania Bety. Gdyż Beta nie oburza się - relacjonuje. W "świecie koncentracyjnym", jak wiadomo, szybko wytwarza się szczególna hierarchia społeczna. Na szczycie są władcy obozów; po nich idą więźniowie obdarzeni przez zarząd obozu zaufaniem; następną warstwą społeczną są sprytni więźniowie, którzy umieją znaleźć sposoby zdobycia żywności i przez to utrzymać swoje siły. Najniżej stoją słabi i niezaradni, którzy z każdym dniem staczają się coraz niżej, bo ich nieodżywiany organizm nie może podołać pracy. Spotyka ich wreszcie śmierć - w obozach niemieckich działo się to przez zastrzyk fenolu albo w komorze gazowej. Oczywiście poza społeczeństwem koncentracyjnym stały masy ludzkie zabijane od razu po przyjeździe do obozu, to jest wszyscy mniej zdolni do pracy Żydzi. Beta w swych opowiadaniach wyraźnie określa swoją przynależność "klasową": należał do sprytnych i zdrowych i c h e ł p i się swoim sprytem i zaradnością. Życie w obozie koncentracyjnym wymaga ciągłego napięcia uwagi, każda chwila decyduje o życiu i śmierci. Trzeba umieć reagować w sposób właściwy, a umieć można tylko wtedy, kiedy wie się, skąd grozi niebezpieczeństwo i jak go uniknąć: raz przez ślepe posłuszeństwo, innym razem przez opieszałość, kiedy indziej przez szantaż albo przekupstwo. Jedno z opowiadań Bety składa się z opisu serii niebezpieczeństw, których Beta unika w ciągu jednego dnia:

1) Strażnik ofiarowuje Becie chleb; żeby wziąć chleb, trzeba przeskoczyć przez rów; rów ten stanowi linię wart; strażnicy mają polecenie strzelać do ludzi, którzy przekraczają tę linię; za każdego zabitego za tą linią dostają trzy dni urlopu i pięć marek. Beta rozumie zamiary strażnika i rezygnuje z przynęty.

2) Strażnik słyszy, jak Beta przekazuje innemu więźniowi wiadomość o zdobyciu Kijowa. Beta zapobiega złożeniu meldunku o tym przestępstwie dając strażnikowi, przez pośrednika, stary zegarek jako łapówkę.

3) Beta usuwa się spod ręki niebezpiecznego kapo przez szybkie wypełnienie rozkazu. Oto fragment (rzecz dotyczy więźniów Greków, którzy byli zbyt słabi, aby dobrze maszerować; przywiązano im za karę kije do nóg; nadzoruje ich Rosjanin Andrej):

"Odskakuję uderzony z tyłu rowerem. Zrywam czapkę. Unterscharffuehrer, gospodarz z Harmense, zeskakuje z roweru czerwony ze zdenerwowania:

- Co się tu dzieje na tym zwariowanym komandzie? Dlaczego ci ludzie chodzą tam z poprzywiązywanymi kijami? To jest czas pracy!

- Oni nie umieją chodzić!

- Jak nie umieją chodzić, to ich zabić! A wie pan, że znowu zginęła gęś?

- Czego stoisz jak głupi pies? - wrzasnął kapo na mnie. - Andrej ma z nimi zrobić porządek. Los! Poleciałem ścieżką.

- Andrej, kańczaj ich! Kapo kazał!

Andrej chwyci! kij i uderzył na odlew. Grek zasłonił się ręką, zaskowyczał i upadł. Andrej położył mu kij na gardło, stanął na kiju i zakołysał się. Odszedłem prędko w swoją stronę."

Tak więc dzień opisywany przez Betę wypełniony jest unikaniem niebezpieczeństw; a również skomplikowaną grą, jaka toczy się pomiędzy Betą i jego współwięźniem, Rosjaninem Iwanem. Iwan ukradł Becie kawałek mydła; Beta postanawia się zemścić i cierpliwie szuka okazji. Spostrzega, że Iwan ukradł gęś; przez misternie złożony donos (tak aby nie została na nim plama donosicielstwa) powoduje rewizję; gęś znajdują, Iwan jest zbity przez esesmana, rachunek wyrównany.

Beta jest dumny z tego, że jemu się udaje, kiedy inni, mniej zaradni, obok giną. W stałym podkreślaniu, że on sam jest dobrze ubrany, zdrów, najedzony, jest sporo zwyczajnego sadyzmu. "Ruszają się, żeby uniknąć bicia, żrą trawę i lepką glinę, aby nie czuć głodu, chodzą osowiali, jeszcze żywe trupy" - powiada o swoich współtowarzyszach. A o sobie: "Dobrze jest pracować, jak się zjadło na śniadanie ćwierć boczku z chlebem i czosnkiem i zapiło się puszką skondensowanego mleka." Szczegół dotyczący ubrania Bety (dokoła są półnadzy nędzarze): "Odchodzę w cień, podkładam pod siebie marynarkę, aby nie pobrudzić jedwabnej koszulki (podkreślenie moje - CM), układam się wygodnie do snu. Odpoczywamy, jak kogo na to stać." A oto scena "klasowego" kontrastu. Więzień Beker ma zostać spalony w krematorium jako zbyt słaby, a więc nieużyteczny:

"W tej chwili na krawędzi buksy wylazła z dołu jakaś siwa, ogromna czaszka i spojrzały na nas zażenowane, mrugające oczy. Potem ukazała się twarz Bekera zmięta i jeszcze bardziej postarzała.

- Tadek, ja mam do ciebie prośbę.

- Gadaj - rzekłem przechylając się ku niemu.

- Tadek, idę do komina.

Pochyliłem się jeszcze niżej i zajrzałem mu z bliska w oczy: były spokojne i puste.

- Tadek, ale ja byłem tyle czasu taki głodny. Daj mi co zjeść. Na ten ostatni wieczór.

Kazik uderzył mnie dłonią po kolanie.

- Znasz tego Żyda?

- To Beker - odrzekłem cicho.

- Te, Żyd, właź tu na buksę i zażeraj, jak się najesz, to resztę zabierz ze sobą do komina. Właź na buksę. Ja tu nie śpię, to możesz mieć wszy.

- Tadek - chwycił mnie za ramię - chodź. Mam na bloku świetną szarlotkę, wprost od mamy."

Sprytni i silni byli używani przez zarząd obozu do pewnych szczególnych prac, które dawały im możność zaopatrzenia się w ubrania i żywność. Jedną z najbardziej poszukiwanych prac było rozładowywanie wagonów przywożących do Oświęcimia Żydów z różnych miast Europy. Żydzi ci wieźli ze sobą walizy pełne ubrań, złota, brylantów i żywności - mówiono im, że jadą "na osiedlenie". Kiedy pociąg ( krótko nazywany "transportem") wjeżdżał w bramy obozu, natychmiast wypędzano przerażony tłum z wagonów, oddzielano młodych, a starszych i kobiety z dziećmi auta ciężarowe zabierały natychmiast do komór gazowych i krematoriów. Praca więźniów polegała na wynoszeniu bagaży, które wzbogacały Rzeszę i zarząd obozu. Beta opisuje swoją pracę przy "transporcie". Wkręca go do tej brygady Francuz Henri.

W obfitej literaturze okropności dwudziestego wieku nieczęsto zdarza się znaleźć relację faktów oglądanych oczami wspólników zbrodni (autorzy zwykle wstydzą się tej roli). Wspólnictwo jest zresztą w zastosowaniu do obozu koncentracyjnego pustym słowem: machina jest bezosobowa, odpowiedzialność przesuwa się z wykonujących rozkazy wyżej, coraz wyżej. Opowiadanie Bety o "transporcie" powinno, moim zdaniem, być włączone do wszystkich antologii literatury przedstawiających los człowieka w ustrojach totalitarnych, jeżeli antologie takie kiedyś powstaną.

Przybycie "transportu" jest rozłożone na szereg aktów, jak w teatralnej sztuce. Kilka cytat da lepsze wyobrażenie o metodzie pisarskiej Bety niż omówienie.

 

PROLOG - CZYLI OCZEKIWANIE NA "TRANSPORT"

"Wokół nas siedzą Grecy, ruszają łapczywie żuchwami jak wielkie nieludzkie owady, żrą łakomie zbutwiałe grudy chleba. Są zaaferowani, nie wiedzą, co będą robić. Niepokoją ich belki i szyny. Nie lubią dźwigania.

- Was wir arbeiten? - pytają.

- Niks. Transport kommen, alles Krematorium, compris?

- Alles verstehen - odpowiadają w krematoryjnym esperanto. Uspokajają się: nie będą ładować szyn na auta ani nosić belek."

 

AKT I - CZYLI PRZYBYCIE "TRANSPORTU"

"Różnopasiasty tłum leżał pod szynami w wąskich pasach cienia, oddychał ciężko i nierówno, gadał po swojemu leniwie i obojętnie patrzył na majestatycznych ludzi w zielonych mundurach, na zieleń drzew, bliską i nieosiągalną, na wieżę dalekiego kościółka, z której dzwoniono właśnie na spóźniony »Anioł Pański«.

- »Transport« idzie - rzekł któryś i wszyscy unieśli się w oczekiwaniu. Zza zakrętu wychodziły towarowe wagony: pociąg pchał się tyłem, kolejarz stojący na breku wychylił się, zamachał ręką, gwizdnął. Lokomotywa przeraźliwie odgwizdnęła, sapnęła, pociąg potoczył się wolno wzdłuż stacji. W małych, zakratowanych okienkach widać było twarze ludzkie blade, zmięte, jakby niewyspane, rozczochrane - przerażone kobiety, mężczyzn, którzy, rzecz egzotyczna, mieli włosy. Mijali powoli, przyglądali się stacji w milczeniu. Wtedy wewnątrz wagonów zaczęło się kotłować i dudnić w drewniane ściany.

- Wody! Powietrza! - zerwały się głuche, rozpaczliwe okrzyki.

Z okien wychylały się twarze ludzkie, usta chwytały rozpaczliwie powietrze. Zaczerpnąwszy kilka łyków powietrza ludzie z okien nikli, na ich miejsce wdzierali się inni i tak samo znikali. Krzyki i rzężenia stawały się coraz głośniejsze."

 

AKT II - CZYLI SEGREGACJA

Niech wystarczy kilka scen:

"Oto idzie szybko kobieta, śpieszy się nieznacznie, ale gorączkowo. Małe, kilkuletnie dziecko o zarumienionej, pyzatej twarzy cherubinka biegnie za nią, nie może nadążyć, wyciąga rączki z płaczem: - Mamo, mamo!

- Kobieto, weźże to dziecko na ręce!

- Panie, panie, to nie moje dziecko, to nie moje! - krzyczy histerycznie kobieta i ucieka zakrywając rękami twarz. Chce skryć się, chce zdążyć między tamte, które nie pojadą autem, które pójdą pieszo, które będą żyć. Jest młoda, zdrowa, ładna, chce żyć.

Ale dziecko biegnie za nią, skarżąc się na cały głos:

- Mamo, mamo, nie uciekaj!

- To nie moje, nie moje, nie...!

Aż dopadł ją Andrej, marynarz z Sewastopola. Oczy miał mętne od wódki i upału. Dopadł ją, zbił z nóg jednym zamaszystym uderzeniem ramienia, padającą chwycił za włosy i dźwignął z powrotem do góry. Twarz miał wykrzywioną wściekłością.

- Ach, ty, jebit twoju mat', blad' jewrejskaja! To ty od swego dziecka uciekasz! Ja tobie dam, ty kurwo! - chwycił ją wpół, zadławił łapą gardło, które chciało krzyczeć, i wrzucił ją z rozmachem jak ciężki wór zboża na auto.

- Masz! Weź i to sobie, suko! - i cisnął jej dziecko pod nogi.

- Gut gemacht, tak należy karać wyrodne matki - rzekł esesman stojący przy samochodzie."

"Para ludzi padła na ziemię spleciona rozpaczliwym uściskiem. On wbił kurczowo palce w jej ciało, zębami chwycił za ubranie. Ona krzyczy histerycznie, przeklina, bluźni, aż przyduszona butem rzęzi i milknie. Rozszczepiają ich jak drzewo i wpędzają jak zwierzęta na auto."

"Inni niosą dziewczynkę bez nogi; trzymają ją za ręce i za tę jedną, pozostałą nogę. Łzy ciekną jej po twarzy, szepce żałośnie: - Panowie, to boli, boli... - Ciskają ją na auto, między trupy. Spali się żywcem wraz z nimi."

 

AKT III - CZYLI ROZMOWA ŚWIADKÓW

"Zapada wieczór chłodny i gwiaździsty. Leżymy na szynach. Jest niezmiernie cicho. Na wysokich słupach palą się anemiczne lampy za kręgiem światła.

- Wymieniłeś buty? - pyta mnie Henri.

- Nie.

- Czemu?

- Człowieku, ja mam dosyć, kompletnie dosyć!

- Już po pierwszym »transporcie«? Pomyśl, ja: od Bożego Narodzenia przewinęło się przez moje ręce chyba z milion ludzi. Najgorsze są »transporty« spod Paryża: zawsze człowiek spotyka znajomych.

- I co im mówisz?

- Że idą się kąpać, a potem spotkamy się w obozie. A ty byś co powiedział?"

 

EPILOG

Tego wieczora przyjechało do Oświęcimia wiele pociągów. Ogółem transport wyniósł 15 tysięcy ludzi.

"Gdy wracamy do obozu, gwiazdy poczynają blednąc, niebo staje się coraz bardziej przezroczyste, podnosi się nad nami, noc przejaśnia się. Zapowiada się pogodny, upalny dzień.

Z krematoriów ciągną potężne słupy dymów i łączą się w górze w olbrzymią, czarną rzekę, która niezmiernie powoli przewala się przez niebo nad Birkenau i niknie za lasami, w stronę Trzebini. »Transport« już się pali.

Mijamy oddział SS idący z bronią maszynową na zmianę warty. Idą równo, człowiek przy człowieku, jedna masa, jedna wola.

- »Und morgen die ganze Welt«... - śpiewają na całe gardło."

 

Doświadczenia koncentracyjnego obozu zrobiły z Bety pisarza. Spostrzegł, że właściwą jego dziedziną jest proza. W swoich opowiadaniach Beta jest nihilistą. Przez nihilizm nie rozumiem jednak amoralności. Przeciwnie, wynika on z pasji etycznej, jest to zawiedziona miłość do świata i ludzi. Opisując to, co widział, Beta chce iść do końca, przedstawić dokładnie świat, w którym na oburzenie nie ma już miejsca. Ludzki gatunek w opowiadaniach Bety jest nagi, odarty z dobrych uczuć, które trwają, dopóki trwa obyczaj cywilizacji. Obyczaj cywilizacji jest kruchy. Wystarczy nagłej zmiany warunków, a ludzkość wraca do stanu pierwotnej dzikości. Ileż złudzeń jest w myśleniu szanowanych obywateli, którzy krocząc po ulicach angielskich czy amerykańskich miast uważają siebie za istoty pełne cnoty i dobroci. Czy jednak, gdyby ich zamknąć w Oświęcimiu, nie zmieniliby się jak inni w zwierzęta? Niebezpiecznie jest wystawiać człowieka na zbyt trudne dla niego próby. Nie zachowa się wtedy dla niego szacunku. Łatwo jest potępić kobietę, która chce swoje dziecko oddać na śmierć, byle ocalić życie. Jest to czyn potworny. A jednak kobieta, która czytając o tym czynie na wygodnej kanapie potępia tamtą nieszczęśliwą swoją siostrę, powinna się zastanowić, czy w niej samej w obliczu zagłady strach nie byłby silniejszy od miłości. Może tak, a może nie - któż to potrafi z góry odgadnąć? Były też w "świecie koncentracyjnym" liczne wypadki, kiedy istota ludzka zdobywała się na najczystsze ofiary, płaciła życiem, aby ocalić innych. Tych wypadków nie znajdzie się w opowiadaniach Bety. Uwaga jego nie jest skupiona na człowieku, o którym wiadomo, czym jest: zwierzęciem, które chce żyć - uwaga jest skupiona na "koncentracyjnym społeczeństwie". Więźniów obowiązuje pewna etyka: wolno jest szkodzić innym wtedy, kiedy oni tobie zaszkodzą pierwsi. Jest to niepisana umowa. Poza tym każdy ratuje się jak może i próżno szukalibyśmy u Bety obrazów ludzkiej solidarności (prawda o zachowaniu się Bety w Oświęcimiu przekazana przez jego współwięźniów brzmi zupełnie inaczej, niż to można przypuścić z jego opowiadań: zachowywał się bohatersko i był wzorem koleżeństwa). Beta chce być t o u g h, patrzy trzeźwo i nie oszczędza siebie; boi się fałszu: fałszem byłoby przedstawić siebie jako obserwatora, który sądzi, podczas gdy w rzeczywistości był on, równie jak inni, poddany wszelkim prawom upodlenia. Przesadnie uczciwy Beta wyposaża siebie w szczególne właściwości, które w obozie koncentracyjnym uchodzą za dodatnie: spryt i przedsiębiorczość.

Dzięki przeciwstawieniu "Klasowemu silnych i słabych - w czym Beta nie odbiegał od prawdy - opisy jego zyskują niebywałą brutalność.

Wyzwolony z Dachau przez Amerykanów Beta zaczął poznawać życie uchodźców w Niemczech Zachodnich.

Było to jakby przedłużenie życia w obozie. Demoralizacja, złodziejstwo, pijaństwo, przekupność, wszystkie złe siły wyzwolone w człowieku przez lata hitleryzmu nadal triumfowały. Bezwzględna polityka władz okupacyjnych wobec milionów niedawnych niewolników budziła gniew. Oto był wymarzony Koniec wojny: znów wracało prawo dżungli, znów głosząc hasła demokracji i wolności, człowiek deptał słabszych, albo odnosił się do nich z obojętnym okrucieństwem. Beta był spostrzegawczy - jakkolwiek spostrzegawczość jego zwracała się przede wszystkim ku wytropieniu absurdu, ohydy i plugawości bliźnich. Był jedną rozjątrzoną raną, bezlitosny i nietolerancyjny. Być może jego rozgoryczenie nie byłoby tak głębokie, gdyby był zdolny po tych latach cierpień zatrzymać się w jednym punkcie przez chwilę i zobaczyć nie zbiorowisko wstrząsane wielkim paroksyzmem końca wojny, ale poszczególnego człowieka. Był wewnętrznie w ciągłym ruchu, twarz wykrzywiała mu się w grymas wściekłości i ironii. Masa ludzka, wśród której przebywał, nadal przedstawiała mu się jako naga. Rządziło nią kilka prymitywnych impulsów. Świat, taki jaki był, był dla niego nie do zniesienia. Beta musiał zmierzać ku czemuś. Czuł, że nie może pozostać w stanie rewolty i furii niczemu nie podporządkowanej.

Jak wielu z byłych więźniów stanął wobec problemu: wracać do kraju czy zostać emigrantem. Polska znalazła się w sferze wpływów Rosji. Marksistowskie sympatie Bety z czasów wojny nie były poważnie ugruntowane. Miał te sympatie, bo marksizm traktuje człowieka trzeźwo. Przekonania Bety dawałyby się sprowadzić do prostej zasady, że władzę nad człowiekiem mają nie żadne jego dobre intencje, tylko prawa społecznego układu, w którym został umieszczony. Kto chce zmienić człowieka, niech zmieni społeczne warunki. Beta, jak wszyscy Polacy, odnosił się jednak z nieufnością do potężnego rosyjskiego państwa. Gwałtowność jego stylu zbliżała go raczej do literatury z gatunku Zoli czy - ze współczesnych - do Hemingwaya, którego zresztą czytał ?. zamiłowaniem. Należał do ludzi, których w Rosji nazywa się "zgnilizną Zachodu"; nic nie wywołuje tam takiego wstrętu jak pisarz ukazujący człowieka od strony elementarnych sił głodu i miłości.

Beta długo się wahał, wreszcie, kiedy zaczęły do niego docierać pisma literackie wychodzące w Polsce, powziął zamiar powrotu. Zdaje się, że skłoniły go do tego głównie dwa motywy: miał wielkie ambicje pisarskie, był autorem początkującym i nikomu nie znanym - gdzie, poza swoim krajem, mógłby znaleźć czytelników książek pisanych w rodzimym języku? Poza tym w Polsce odbywała się rewolucja: tam było miejsce dla człowieka targanego furią, tam była możliwość przerabiania świata.

Pożegnał się z przyjaciółmi i wrócił do Warszawy, której ludność mieszkała w piwnicach zburzonych domów i własnymi rękami usuwała stosy gruzów, ładując je na mizerne konne wózki: tak zaczynała się odbudowa tego miasta. Ale pisma i książki były w Polsce natychmiast rozchwytywane. Rząd na popieranie literatów nie żałował pieniędzy, przed każdym autorem, jeżeli miał choć trochę talentu, otwierały się nieograniczone możliwości. Literacka kariera Bety rozpoczęła się w tempie blitzu. Drukując swoje opowiadania w pismach i zgarniając duże honoraria brał zresztą to, co mu się należało. Władał dobrze językiem. Jego styl był zwięzły i drapieżny. Doświadczenia, które miał za sobą, miało wielu jego rodaków, tematy, o których pisał - były powszechnie bliskie i zrozumiałe. Jego książka opowiadań o "świecie koncentracyjnym" została uznana za pierwszorzędne wydarzenie literackie.

W roku 1948 nie było jeszcze mowy w Polsce o socjalistycznym realizmie. Uważano lansowanie tego kierunku w demokracjach ludowych za przedwczesne. Było to pomyślne dla Bety, bo jego książka stanowiła najjaskrawsze przeciwieństwo sposobów pisania uprawianych przez autorów sowieckich. Z punktu widzenia kanonów narzucanych pisarzom w Centrum była zbrodnią. Oczywiście sam temat był politycznie bez zarzutu: opisywanie bestialstw hitleryzmu uchodziło za jak najbardziej wskazane, zwłaszcza że nienawiść ogółu Polaków zwracała się w równym niemal stopniu przeciwko Rosjanom, jak Niemcom; skupiając całą uwagę czytelników na zbrodniach niemieckich osiągało się ważny cel "psychologicznego przygotowania" narodu. Toteż rosła ilość książek o walkach partyzanckich, masowych mordach gestapo i obozach, a tolerancja posuwała się nawet tak daleko, że wolno było pisać przychylnie o walkach polskiej armii z Niemcami w 1939 roku, choć armia ta broniła Polski "pańskiej", która była solą w oku dla Związku Radzieckiego. Poprawny politycznie temat nie uchroniłby jednak Bety od napaści krytyków, gdyby zechcieli oni stosować ortodoksyjne kryteria: Beta obóz koncentracyjny opisywał tak, jak go sam widział, a nie tak, jak widzieć go należało. Z tego płynęły wszystkie uchybienia. Co w obozie koncentracyjnym widzieć należało? Nietrudno to wyliczyć: 

1) więźniowie powinni byli zrzeszać się w tajne organizacje, 

2) leaderami w tych organizacjach powinni byli być komuniści, 

3) wszyscy więźniowie Rosjanie, występujący na kartkach książki, powinni byli odznaczać się moralną siłą i bohaterstwem w zachowaniu, 

4) należało pokazać zróżnicowanie więźniów według ich politycznych poglądów. 

Niczego podobnego nie ma w opowiadaniach Bety. Zauważyła to, rzecz jasna, Partia. Pisarzy polskich oceniała ona jako niedojrzałych do "przełomu", to jest do przyjęcia socjalistycznego realizmu, niemniej jej krytycy wytknęli Becie główne grzechy; zarzucili mu, że jego utwory są podobne do literatury zdeprawowanej, czyli amerykańskiej, że są pesymistyczne i że nie ma w nich żadnej idei "świadomej walki" (to znaczy walki w imię komunizmu). Te uwagi krytyków były utrzymane w tonie perswazji. Beta był młody, należało go kształcić, był w nim materiał na prawdziwie komunistycznego pisarza. Przyglądając mu się uważnie Partia odkryła, że jest w nim rzadki i cenny skarb: prawdziwa nienawiść.

Beta był pojętny. W miarę jak zapoznawał się z dziełami teoretyków leninizmu-stalinizmu, przekonywał się, że to było właśnie to, czego szukał. Nienawiść, jaka w nim istniała, można przyrównać do burzliwej rzeki, niszczącej wszystko po drodze. Gnała ona naprzód bezużytecznie: cóż prostszego, jak skierować jej bieg w pożądanym kierunku, a nawet ustawić nad nią wielkie młyny, które będzie obracać? Cóż za ulga: nienawiść użyteczna, nienawiść w służbie społeczeństwa!

U źródeł nienawiści Bety było to samo, co Sartre nazwał "la nausee": obrzydzenie do człowieka jako do istoty fizjologicznej, zdeterminowanej przez prawa natury i społeczeństwa i poddanej niszczącym wpływom czasu. Człowiek powinien wyskoczyć ze swoich więzów choćby podciągając się za uszy swoich butów. Być może, gdyby Beta był Francuzem, stałby się egzystencjalistą. Prawdopodobnie jednak to by mu nie wystarczyło: na spekulacje umysłowe patrzył z pogardliwym uśmiechem, bo widział w obozie filozofów bijących się o ochłapy na śmietniku. Myśli ludzkie nie miały znaczenia; sprytne wybiegi i samołudzenie się indywiduów były łatwe do odszyfrowania; naprawdę liczył się tylko ruch materii. Beta chłonął materializm dialektyczny jak wodę gąbka. Strona materialistyczna tego systemu zaspokajała jego potrzebę brutalnej prawdy. Strona dialektyczna pozwalała na nagły skok ponad gatunek ludzki, na zobaczenie ludzkiego gatunku jako materiału Historii.

Wkrótce wydał nową swoją książkę. Już sam jej tytuł można uznać za symboliczny dla nastroju autora: "Kamienny świat" - kamienny, a więc bezlitosny i nagi. Książka składała się z bardzo krótkich opowiadań, które nie miały prawie żadnej akcji - po prostu rysunki tego, co widział opowiadający. W tym sugerowaniu całej sytuacji ludzkiej przez zewnętrzny opis Beta był mistrzem. "Kamienny świat" to Europa Środkowa po zakończeniu drugiej wojny i klęsce Hitlera. Ponieważ Beta spędził dłuższy czas w Niemczech w żonie amerykańskiej, miał obfity zapas tematów: występują w jego książce ludzie różnych narodowości i różnej pozycji społecznej, byli hitlerowcy, więźniowie, niemiecka burżuazja nie rozumiejąca, co się stało, żołnierze i oficerowie amerykańscy. Pod wstrzemięźliwymi słowami autora kryje się bezmiar obrzydzenia do cywilizacji, której owocem był hitleryzm. Stawia znaki równania: chrześcijaństwo równa się kapitalizm równa się hitleryzm. Jego książka ma za temat finał cywilizacji. Ton tej książki można by oddać okrzykiem: "Opowiadaliście mi o kulturze, o religii, o moralności - a patrzcie, do czego to doprowadziło!"

Dla Bety, tak jak dla wielu jego kolegów, panowanie Hitlera było ostatecznym wypełnieniem się czasów kapitalizmu w Europie i równoznaczne było ze zwycięstwem rewolucji niesionej przez Rosję w skali światowej - dalszy ciąg mógł przynieść jeszcze zmagania, ale punkt zwrotny został przekroczony. Treścią książek i Bety, i jego kolegów była w pierwszych latach powojennych bezsilność człowieka wobec praw Historii: ludzie o najlepszych nawet intencjach wpadali w maszynę nazistowskiego terroru, która robiła z nich przestraszone prymitywy, troszczące się tylko o uchronienie własnego życia. Czytelnicy tych książek byli postawieni przed dylematem: albo dawna cywilizacja, o której schyłkowym charakterze przekonali się na własnej skórze, albo cywilizacja nowa, możliwa do zrealizowania tylko dzięki zwycięskiej potędze Wschodu. Taką władzę nad wyobraźnią ludzką ma sukces: wydaje się on wynikać nie z ludzkich zamiarów i ze zbiegu pomyślnych okoliczności, ale stanowić odbicie najwyższego prawa epoki (a przecież Rosja i jej ustrój były o włos tylko od klęski w drugiej wojnie światowej).

"Kamienny świat" był ostatnią książką Bety, w której starał się używać środków artystycznych, uznanych za skuteczne w literaturze zachodniej: powściągliwości, ukrytej ironii, maskowanego gniewu. Wkrótce przekonał się, że cała ta troska o artyzm jest niepotrzebna. Przeciwnie, chwalono go tym więcej, im mocniej przyciskał pedał. Głośno, gwałtownie, zrozumiale, tendencyjnie - oto czego od niego żądano. Wśród pisarzy partyjnych (a Beta wstąpił do Partii) odbywała się licytacja na przystępność i uproszczenie - zacierała się już granica pomiędzy literaturą i propagandą. Beta zaczął do swoich opowiadań wprowadzać coraz więcej bezpośredniej publicystyki. Swoją nienawiść wyładowywał w atakach na nikczemności kapitalizmu, to jest na wszystko, co się działo poza obrębem Imperium. Brał na przykład jakąś wiadomość z prasy - o walkach na Malajach czy o głodzie w Indiach - i na tej podstawie budował coś pośredniego między migawkowym zdjęciem i artykułem.

Po raz ostatni widziałem go w roku 1950. Od czasu swojej działalności w Warszawie przed aresztowaniem go przez gestapo zmienił się bardzo. Nie było w nim dawnej nieśmiałości i sztucznej pokory. Dawniej chodził nieco zgarbiony, z opuszczoną głową, teraz był to prosto trzymający się mężczyzna o wyrazie twarzy pewnym siebie: był suchy, skoncentrowany na działaniu. Dawny wstydliwy poeta stał się całkowicie homo politicus. W tym okresie był już naczelnym propagandystą; co tydzień ukazywał się jego zjadliwy felieton w urzędowym tygodniku. Jeździł też często do Niemiec Wschodnich, skąd pisywał reportaże. Żaden dziennikarz nie jest zdolny służyć tak dobrze jakiejś sprawie jak pisarz, który ma za sobą okres bezinteresownej literackiej pracy. Beta używał w swoich jadowitych artykułach, zwróconych przeciwko Ameryce, całej swojej znajomości pisarskiego rzemiosła. Patrząc na twarz tego szanowanego nihilisty myślałem o tym, jak bardzo wszelkie pisarstwo jest równią pochyłą i ile wysiłków musi zawsze dokonywać pisarz, aby nie ześliznąć się ku temu, co jest łatwiejsze. Nakaz wewnętrzny, który go skłania do tych wysiłków, jest w gruncie rzeczy irracjonalny. Nowa Wiara, nie uznająca sztuki bezinteresownej, niszczy ten nakaz. Beta, choć podawał w wątpliwość wszelkie imperatywy wewnętrzne w człowieku, był w swoich opowiadaniach z obozu koncentracyjnego prawdziwym pisarzem: niczego nie podrabiał, nikomu nie pragnął dogodzić. Później wprowadził jedno ziarnko polityki, a to ziarnko sprawiło, że jak roztwór krystalizuje się, tak wszystko, co odtąd pisał, stało się już jednoznaczne i stereotypowe. A przecie - myślałem - rzecz nie jest tak prosta. Wielu wybitnych autorów dawało wyraz w swoich dziełach pasjom politycznym, choćby Swift, Stendhal czy Tołstoj. Można nawet powiedzieć, że dzięki pasji politycznej, to znaczy dzięki jakiemuś ważnemu posłaniu, które pisarz chce swoim czytelnikom zakomunikować, dzieło jego nabiera siły. Istotna różnica pomiędzy wielkimi pisarzami, krytykującymi instytucje polityczne ich czasów, a ludźmi typu Bety polegała, jak się zdaje, na całkowitym nonkonformizmie tych dawnych: działali wbrew swemu otoczeniu, podczas gdy Beta wodząc piórem po papierze już łowił uchem oklaski partyjnych kolegów.

Felietony Bety przy ich całej zjadliwości i celności języka były tak płaskie, że samo to zjawisko: poniżenia dobrze zapowiadającego się prozaika wzbudziło moją ciekawość. Przecież był dostatecznie inteligentny, aby zrozumieć, że marnuje swój talent. Dlaczego to robił? W rozmowie z kilkoma oficjałami literatury, od których decyzji zależało umieszczenie literatów wyżej albo niżej w hierarchii, zadałem pytanie, dlaczego tak postępują z Betą; przecież ich interesy, to jest interesy Partii, nie wymagały, aby z Bety robić całkowitą szmatę; z ich punktu widzenia byłby bardziej użyteczny, gdyby pisał opowiadania i powieści; zmuszać go do pisania artykułów znaczyło źle gospodarować talentami. "Nikt nie wymaga od niego artykułów - padła odpowiedź. - To całe nieszczęście, redaktor tygodnika N. nie może się od niego opędzić. Beta sam obstaje przy pisaniu tych felietonów. Uważa, że nie czas dzisiaj na sztukę, że trzeba działać na masy bardziej bezpośrednimi, prymitywnymi środkami. Chce być jak najbardziej użyteczny." Odpowiedź ta nie była bynajmniej pozbawiona hipokryzji. Partia stale podkreśla swoją troskę o literaturę; chce literatury najlepszej. Równocześnie stwarza takie napięcie propagandowej atmosfery, że pisarze zaczynają się prześcigać w prymitywizmie artystycznego rzemiosła. Jednak prawdą było, że Beta sam chciał oddawać się dziennikarstwu i choć był wysoko wykwalifikowanym specjalistą, imał się pracy łatwej do wykonania przez zwyczajne popychadła. Działała w nim chęć, często spotykana u intelektualistów wschodnich: samounicestwienia intelektu. Proces psychiczny, który występuje, kiedy taki intelektualista trzyma w ręku pióro, jest dość zawiły. Wyobraźmy sobie, że ma on przedstawić pewne wydarzenie międzynarodowej polityki; rozumie doskonale współzależność zjawisk; te zjawiska są ze sobą raczej w związku funkcjonalnym niż przyczynowym. Uczciwe ich przedstawienie wymagałoby wniknięcia w motywy walczących ze sobą stron, w konieczności, jakim te strony są poddane, jednym słowem - możliwie jak najbardziej wszechstronnej analizy. Wtedy z pomocą przychodzi gniew; gniew wprowadza od razu porządek w skomplikowaną gmatwaninę zależności; gniew uwalnia od potrzeby analizy. Jest to gniew zwrócony przeciwko łudzeniu się, że cokolwiek zależy od ludzkiej woli, jest on połączony ze strachem, aby nie paść ofiarą własnej naiwności; ponieważ świat jest brutalny, należy wszystko sprowadzić do najprostszych i najbanalniejszych czynników. Autor rozumie, że nie jest to bynajmniej ścisłe: ludzka głupota i ludzkie dobre zamiary wpływają na wypadki nie mniej niż konieczności ekonomicznej walki; jednak dokonując aktu zemsty na intencjach ludzkich, wykazując, że są one całkowicie zdeterminowane przez kilka praw elementarnych, odczuwa swoją wyższość, uważa siebie za przenikliwego i dostatecznie silnego, aby obyć się bez "idealistycznych przesądów". Kiedy Beta w swoich opowiadaniach z obozu koncentracyjnego ukazywał siebie samego sytym, dobrze ubranym i cynicznym, postępował podobnie jak później, kiedy pisał swoje polityczne felietony. Uprościć, obedrzeć ze złudzeń, przedstawić wszystko nago - ta dążność występowała w nim stale. Jednakże idąc coraz dalej ku nagości świata dochodzi się do punktu, w którym intelekt nie ma już nic do powiedzenia - słowo zmienia się w okrzyk bojowy i jest już tylko niedoskonałym zastępstwem czynu. To, co ono oznacza, lepiej wyraziłaby zaciśnięta pięść. Beta rzeczywiście sam doszedł do stadium, kiedy słowo już nie wystarcza i dlatego nie mógł zadowolić się opowiadaniami czy powieściami, które bądź co bądź trwają w czasie, nie mogą być tylko krzykiem. Nigdy nie potrafił patrzeć i analizować bez nienawiści, ale ruch, któremu podlegał, był ruchem przyśpieszonym: coraz prędzej, coraz większe dawki - i ruchu, i nienawiści. Kształty świata były dla niego coraz prostsze, aż poszczególny człowiek, poszczególne drzewo przestały mieć jakieś znaczenie i Beta znalazł się nie wśród rzeczy, ale wśród pojęć politycznych. Jego gorączkowy zapał do dziennikarstwa by! nietrudny do wytłumaczenia. Pisanie artykułów działało na niego jak narkotyk. Odkładając pióro miał poczucie dokonanego czynu, chociaż w istocie w artykule nie było ani jednej jego własnej myśli i to samo mówiły tysiące podrzędnych dziennikarzy na obszarze od Elby do Oceanu Spokojnego. Działał w tym znaczeniu, w jakim działa żołnierz maszerujący w kolumnie. "Und Morgen die ganze Welt" - śpiewali żołnierze SS idąc na tle czarnych dymów, wzbijających się z krematoriów Oświęcimia. Nazizm był masowym obłędem, a jednak masy niemieckie, które poszły za Hitlerem, nie zrobiły tego bez głębokich psychologicznych powodów. U narodzin nazizmu leżał wielki kryzys ekonomiczny i kryzys struktury społeczeństwa. Młody Niemiec patrzył wtedy na rozkład i chaos Republiki Weimarskiej, na poniżenie milionów bezrobotnych i odrażające aberracje kulturalnej elity, na prostytucję swoich sióstr i walkę wszystkich ze wszystkimi o pieniądz. Kiedy znikła nadzieja socjalizmu, zaakceptował ofiarowaną mu inną filozofię stawania się historycznego; owa filozofia była parodią tej samej filozofii, która tkwi u podstaw doktryny Lenina i Stalina. Niemiec, który zamknął Betę w obozie koncentracyjnym, był, być może, kiedyś równie zawiedzionym kochankiem świata jak Beta, zanim propaganda Partii nie uczyniła z niego bestii. Pragnął ładu i czystości, dyscypliny i wiary. Z jakąż pogardą odnosił się do tych swoich rodaków, którzy nie chcieli przyłączyć się do radosnego marszu! Mruczeli coś o zasadach moralnych, z którymi nowy Ruch jest w sprzeczności, nędzne niedobitki humanitaryzmu, płaczliwi wyznawcy nikczemnego Jezusa. Właściwie budzili zdumienie: oto tutaj, zaraz, widoczne było zbawienie narodu niemieckiego i przebudowa świata w tak historycznym jedynym, niesłychanym momencie, który zdarza się raz na tysiąc lat - odważali się wspominać o swoich małostkowych moralnych skrupułach! Jak trudno jest walczyć o nowy, lepszy porządek, kiedy spotyka się jeszcze w swoim otoczeniu ludzi hołdujących śmiesznym przesądom!

Beta w swoich felietonach widział nowy, lepszy porządek też w zasięgu dłoni. Wierzył - i pożądał ziemskiego zbawienia. Do wrogów, którzy chcą przeszkodzić szczęściu ludzkości, odnosił się z nienawiścią. Wołał, że trzeba ich zniszczyć. Czyż nie są szkodnikami ci, którzy w chwili kiedy planeta ziemska wchodzi na nowe tory, ośmielają się twierdzić, że jednak nie bardzo' dobrze jest zamykać ludzi w obozach i zmuszać ich strachem do wyznań politycznej wiary? Kogo zamyka się w obozach? Wrogów klasowych, zdrajców, kanalie. A wiara, do której przyjęcia się zmusza, czyż nie jest prawdziwa? Oto Historia, Historia jest z nami! Oto widzimy jej buchający, żywy płomień! Zaiste mali i ślepi są ludzie, którzy zamiast ogarniać całość gigantycznego zadania trwonią czas na rozpamiętywanie mało znaczących szczegółów!

Wielki talent i wybitna inteligencja Bety nie wystarczyły, aby mógł sobie uświadomić niebezpieczeństwa, jakie kryją się w upajającym marszu. Przeciwnie, jego talent, jego inteligencja i zapał popychały go do czynu - podczas gdy ludzie mierni i ani zimni, ani gorący lawirowali próbując oddawać niemiłemu cezarowi tylko tyle, ile koniecznie potrzeba. Beta wziął odpowiedzialność. Nie zastanawiał się, w co przekształca się najszlachetniejsza nawet filozofia stawania się historycznego, kiedy jako środek przyjmuje podbój ziemi siłą zbrojną. "A jutro cały świat..."

W parę miesięcy po napisaniu tego portretu Bety dowiedziałem się o jego śmierci. Znaleziono go rano martwego w jego mieszkaniu w Warszawie. Kurek gazowej kuchenki był odkręcony, czuć było silny zapach ulatniającego się gazu. Ci, którzy obserwowali Betę w ostatnich miesiącach jego gorączkowej aktywności, byli zdania, że pomiędzy jego publicznymi wypowiedziami i możliwościami jego bystrego umysłu zachodził coraz większy konflikt; zachowywał się zbyt nerwowo, aby nie przypuszczać, że sam ten kontrast dostrzegał. Mówił zresztą często o samobójstwie Majakowskiego. W prasie ukazały się liczne artykuły pisane przez jego przyjaciół - pisarzy Polski i wschodnich Niemiec. Trumnę okrytą czerwonym sztandarem spuszczono do grobu przy dźwiękach "Międzynarodówki". Partia żegnała swego najbardziej obiecującego pisarza.

 

 

GAMMA - CZYLI NIEWOLNIK DZIEJÓW

 

Mówiąc o Gammie trzeba przywołać obraz miasta, gdzie chodziłem do szkoły i rozpoczynałem studia uniwersyteckie. Są w Europie punkty przyczyniające szczególnych kłopotów nauczycielom geografii i historii: Triest, Zagłębie Saary, Schlezwig-Holsteih. Takim właśnie punktem kłopotliwym jest też miasto Wilno. W ciągu ostatniego półwiecza należało ono kolejno do różnych państw, widziało na swoich ulicach różne armie i za każdym razem malarze mieli wiele roboty przemalowując szyldy i nazwy urzędów na język właśnie obowiązujący urzędowo. Mieszkańcy za każdym razem dostawali nowe paszporty i starali się dostosować do nowych praw i rozporządzeń. Miastem władali kolejno: Rosjanie, Niemcy, Litwini, Polacy, znów Litwini, znów Niemcy i znów Rosjanie. Dzisiaj jest ono stolicą Litewskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, pod którą to nazwą kryje się prosty fakt, że Rosja skutecznie wypełnia wskazania carów, gdy chodzi o ekspansję terytorialną.

Za moich lat szkolnych i uniwersyteckich miasto należało do Polski. Leży ono w kraju lasów, jezior i strumieni, ukryte w wielkiej kotlinie. Oczom podróżnych zjawia się niespodziewanie spoza leśnej zasłony. Wieże jego kilkudziesięciu katolickich kościołów, budowanych przez włoskich architektów w barokowym stylu, kontrastują swoją bielą i złotem z czernią sosen. Legenda głosi, że pewien wódz litewski polował w puszczy i zasnąwszy przy ognisku miał proroczy sen. Pod wpływem tego snu założył, w miejscu gdzie spał, miasto. W ciągu wielu wieków istnienia Wilno nie straciło swego charakteru leśnej stolicy. Dokoła rozpościerała się zapadła prowincja Europy, a mieszkańcy tej prowincji mówiący po polsku, litewsku i białorusku, albo mieszaniną tych języków, przechowali wiele obyczajów i przyzwyczajeń nigdzie indziej nie znanych. Używam czasu przeszłego, bo dzisiaj to miasto mego dzieciństwa jest równie pogrzebane przez lawę jak Pompeje. Większość jego dawnych mieszkańców została albo wymordowana przez nazich, albo deportowana przez Rosjan na Syberię, albo przeniesiona na zachód, na terytoria, z których wysiedlono Niemców. Inni ludzie, urodzeni w miejscach oddalonych o kilka tysięcy mil, chodzą teraz jego ulicami, a kościoły fundowane przez litewskie książęta i polskich królów są dla nich bezużyteczne.

Wtedy jednak nikt nie spodziewał się jeszcze masowych morderstw i masowych deportacji, a życie miasta rozwijało się według powolnego rytmu mniej zmieniającego się niż formy rządów i granice królestw. Uniwersytet, pałac biskupi i katedra - były najszacowniejszymi gmachami miasta. W niedzielę tłumy pobożnych zapełniały wąską ulicę, nad którą w kaplicy, zbudowanej na bramie, był umieszczony obraz Matki Boskiej słynący cudami. Włoska architektura i Bliski Wschód mieszały się w Wilnie. W wąskich uliczkach żydowskich dzielnic w piątkowe wieczory widziało się przez okna rodziny zasiadające w blasku świec. W starych synagogach rozlegały się słowa hebrajskich proroków. Był to jeden z najpoważniejszych ośrodków literatury i studiów żydowskich w Europie. Wielkie jarmarki w uroczyste katolickie święta ściągały do miasta chłopów z okolicznych wiosek, którzy wystawiali na sprzedaż na placach wyroby z drzewa, zioła lecznicze i małe obwarzanki, nizane na sznurki; te obwarzanki, gdziekolwiek je wypiekano, zawsze nosiły tę samą nazwę, pochodzącą od małego miasteczka, które tym tylko wsławiło się w historii, że miało dobre piekarnie, a ongiś "niedźwiedzią akademię" - zakład, w którym tresowano niedźwiedzie. W zimie strome ulice zapełniały się chłopcami i dziewczętami na nartach; ich czerwone i zielone kurtki migały na tle różowych od mroźnego słońca śniegów.

Gmach uniwersytetu miał grube mury i niskie, sklepione sale. W labiryncie jego podwórzy z podcieniami nie wtajemniczony musiałby zabłądzić. Te arkady i korytarze mogłyby być równie dobrze w Padwie czy Bolonii. Ongiś w tym gmachu uczyli synów szlachty jezuici otoczeni opieką przez polskiego króla, który toczył zaciekłe i udane wojny z Moskwą. W czasie kiedy znalazłem się wśród studentów, świeccy profesorowie uczyli młodzież, której rodzicami byli przeważnie niewielcy właściciele ziemscy, drobni dzierżawcy i żydowscy kupcy.

Tam to, w tym gmachu, poznałem Gammę Był to niezgrabny wyrostek o czerwonej twarzy, gburowaty i krzykliwy. Jeżeli miasto było prowincjonalne, to ci, którzy przyjeżdżali po naukę z zapadłej wsi, byli prowincjonalni w dwójnasób. Na wsi błotniste drogi czyniły komunikację niemal niemożliwą na wiosnę i jesienią; chłopskie konie na widok auta dostawały szału ze strachu; w wielu wioskach wciąż jeszcze, dawnym zwyczajem, za oświetlenie używano łuczywa. Z zajęć, poza rolnictwem, ludność znała tylko pracę w lasach przy obróbce drzewa i domowe rzemiosło. Gamma pochodził ze wsi. Jego ojciec, emerytowany oficer polskiej armii, miał farmę; rodzina siedziała w tamtych okolicach od dawna; nazwisko jej można znaleźć w starych spisach tamtejszej szlachty. Matka Gammy była Rosjanką i w domu używano obu języków. W przeciwieństwie do większości swoich kolegów Gamma nie był katolikiem - był prawosławny, wyznanie odziedziczył po matce.

Nasze pierwsze rozmowy nie wróżyły bliskiego porozumienia. Łączyły nas wprawdzie wspólne zainteresowania literackie, ale raziło mnie zachowanie się Gammy, jego przenikliwy głos - nie umiał mówić normalnie - i wypowiadane przez niego tym głosem opinie. Nosił zawsze grubą laskę, która zresztą była ulubionym narzędziem części młodzieży skłonnej do antysemickich wybryków. Gamma był zaciekłym antysemitą. Był to jego program polityczny. Ja natomiast do nacjonalistów odnosiłem się z obrzydzeniem; uważałem ich za szkodliwych głupców, którzy wrzaskiem i budzeniem wzajemnych nienawiści wśród różnych grup narodowościowych zwalniają siebie od obowiązku myślenia. Zdarza się, że pewne rozmowy szczególnie zostają w pamięci. Nie zawsze są to słowa, czasem zapamiętuje się to, na co się wtedy patrzyło. Pamiętam naszą rozmowę o rasizmie; widzę nogi Gammy, okrągłe kamienie bruku i jego laskę opartą na krawędzi rynsztoka. Mówił o krwi i ziemi, o tym, że władza w państwie powinna należeć nie do ogółu obywateli, niezależnie od ich rasy i rodzimego języka, ale do narodu panującego, który powinien dbać, aby jego krew nie została skażona. Być może ten zapał nacjonalistyczny wynikał u niego z faktu, że Gamma próbował nadrobić w ten sposób swoje braki: w prowincjonalnej szkole jego mieszane, półrosyjskie pochodzenie i jego wyznanie prawosławne musiały mu przyczyniać wiele przykrości ze strony prymitywnych kolegów. Głos jego rozlegał się nade mną, było w nim podrażnione poczucie wyższości. Moje argumenty przeciwko teoriom rasy budziły w nim niesmak: uważał mnie za człowieka, któremu myśl przeszkadza w działaniu. Co do niego, chciał działać. Był to rok 1931. Obaj byliśmy bardzo młodzi, ubodzy i nieświadomi niezwykłych zdarzeń, w które mieliśmy być później wtrąceni.

Odwiedziłem Gammę w roku 1949 w jednej ze stolic zachodnioeuropejskich, gdzie był ambasadorem czerwonej Polski i zaufanym człowiekiem Partii. Jego rezydencji chroniła kuta brama z żelaznych płyt. Kiedy się zadzwoniło, po pewnym czasie pojawiało się w otworze oko, zgrzytały zawiasy i ukazywał się podwórzec, na którym stało kilka błyszczących samochodów. Na lewo od wejścia była budka dyżurnego woźnego, który urzędował tam uzbrojony na wszelki wypadek w pistolet. Stojąc w środku podwórca ogarniało się wzrokiem fronton gmachu i jego skrzydła. Był to jeden z ładniejszych pałaców tej pięknej stolicy. Zbudował go w osiemnastym wieku pewien arystokrata dla swojej kochanki. Wnętrze zachowało swój dawny charakter. Wielkie sale o ścianach pokrytych złoconymi boazeriami miały meble, dywany i gobeliny z tamtego czasu. Gamma spotkał mnie wśród złoceń i marmurów; był serdeczny; lata starły z jego ruchów dawną szorstkość, nadały natomiast jego zachowaniu się nieco sztuczną słodycz. W pałacu Gamma miał swój apartament, salony recepcyjne i swoje biuro. Bywało u niego wielu najwybitniejszych przedstawicieli nauki i sztuki Zachodu. Pewien biolog angielski mawiał o nim, że jest to człowiek czarujący, liberalny i pozbawiony fanatyzmu. Tego samego zdania byli liczni przedstawiciele umysłowej elity: katolicy, liberałowie, a nawet konserwatyści. Co do wielkich luminarzy literatury komunistycznej, to cenili go zarówno jako wysłannika uwielbianego przez siebie Wschodu, jak i za jego bystrość w marksistowskiej ocenie problemów literackich. Nie znali oni oczywiście jego przeszłości i nie wiedzieli, jaką cenę płaci się, aby z nieokrzesanego młodzieńca, który wychował się w jednym z najbardziej zapadłych kątów Europy, stać się gospodarzem osiemnastowiecznego pałacu.

Gamma dobrze czuł się w tej zachodniej stolicy. Lubił odwiedzać nocne boite'y i kabarety. Znano go tam i kiedy wchodził, maitre d'hótel w ukłonach prowadził go do najlepszego stolika. Patrząc na tego nonszalanckiego mężczyznę, przyglądającego się zmrużonymi oczami publiczności spoza ustawionych w lodzie butelek szampana, łatwo byłoby go wziąć za angielskiego squire'a, któremu udało się ocalić coś ze swojej fortuny. Wysoki, nieco zgarbiony, miał pociągłą, rumianą twarz człowieka spędzającego czas ze strzelbą i psami. Powierzchowność jego klasyfikowała go pomiędzy warstwę społeczną, z której się wywodził: niedużą szlachtę, która ongiś w Polsce namiętnie polowała, namiętnie piła i za działalność polityczną poczytywała oracje przeplatane łaciną, zwyciężanie przeciwników chóralnym wrzaskiem protestu, a w razie potrzeby - przy pomocy bitwy na szable pośród przewróconych ław i stołów. Swoboda jego ruchów była swobodą człowieka świadomego swoich przywilejów. Do podwładnych, którzy często z urzędu towarzyszyli mu w jego nocnych wyprawach, odnosił się z dobroduszną pogardą. Również w swoich biurach ciągnął nieraz, w przystępie dobrego humoru, sekretarzy ambasady za nosy albo wymierzał im potężne klapsy po tyłku. Był też skłonny ulegać atakom niepohamowanego gniewu; jego rumiana twarz stawała się wtedy purpurowa, niebieskie oczy nabiegały krwią, a w głosie powracał dawny, przenikliwy, dziki ton. Nie należy się dziwić, jeżeli zachodni dyplomaci, uczeni i artyści uważali go za niezbyt skomplikowanego wewnętrznie bon viveura. Nawet jego nietakty zdawały się płynąć z szerokiej, otwartej natury, która grzeszy nieraz nadmierną szczerością, ale w każdym razie wolna jest od obłudy. Brak skrępowania, z jakim mówił o sprawach uważanych przez innych komunistów za drażliwe, budził zaufanie u rozmówców. Żaden komunista, a jeżeli nawet komunista - to jakże szeroki w swoich poglądach i jakże cywilizowany - wymieniali między sobą uwagi po wizycie w ambasadzie. Popełniali błąd przypisując temu, co dla Gammy było sztuką, cechy naturalności. Świadomy swojej powierzchowności wiejskiego squire'a, używał zręcznie swych dobrodusznych manier. Ci, którzy go bardzo dobrze znali, mogli spostrzec pod pozorną wylewnością zimny rachunek. Nosił w zanadrzu niewidzialny sztylet. Tym sztyletem umiał zadawać niespodziewane przez nikogo ciosy. Równocześnie chłód tego sztyletu, z którym nie rozstawał się za dnia ani w nocy, ziębił mu serce. Świadomość gry nie czyniła go szczęśliwym.

Dyplomatów, co do których istniały podejrzenia, że nie zechcą wracać za żelazną kurtynę, Gamma najczarowniejszym ze swoich uśmiechów przekonywał o swojej dla nich życzliwości. Rzucał gromy na głupców w Warszawie, którzy nie rozumieją, jak należy załatwiać sprawy na Zachodzie, po czym proponował wspólną przejażdżkę do Warszawy, samolotem, na parę dni, dla wytłumaczenia tamtejszym głupcom, jak należy rozstrzygnąć jakąś kwestię, która była powodem wymiany wielu telegramów. Delikwent zastanawiał się: dobra wola Gammy była oczywista, a każda wyprawa do Warszawy stanowiła dowód lojalności wobec rządu i przedłużała pobyt za granicą; nie było widać żadnego ryzyka. W pogodnym nastroju, wymieniając żarciki z Gammą, dyplomata wsiadał do samolotu. Już na lotnisku w Warszawie przekonywał się, że wpadł w pułapkę zostawiając za granicą żonę i dzieci. Spełniwszy co do niego należało, Gamma wsiadał w pierwszy samolot, jaki szedł w przeciwnym kierunku. Nadzorowanie wierności personelu stanowiło niepoślednią część obowiązków Gammy. Jest to funkcja uważana za zaszczytną; stanowi dowód zaufania. Sztylet Gammy pracował najlepiej tam, gdzie potrzebny był talent psychologa, to jest w zadaniach policji politycznej.

Wracam jednak w przeszłość. Wtedy Gamma nie znał smaku szampana. Stołówka uniwersytetu, w której jadaliśmy, nosiła nazwę łacińską - jak wiele instytucji tego uniwersytetu przechowującego staroświeckie tradycje - "mensa". Obiady kosztowały tam mało, ale były równie złe jak tanie i stanowiły ulubiony temat złośliwych wierszy, opiewających niezrównaną twardość kotletów i wodnistość zup. W dymie złych papierosów siadywaliśmy tam prowadząc dyskusje o poezji i rozdzielając sobie nawzajem laury, które poza nami nie interesowały nikogo. Nasza grupa - początkujących pisarzy - miała jednak w przyszłości zainteresować wielu ludzi i odegrać rolę w historii naszego kraju. Podczas gdy naszych kolegów interesowały studia i zapewnienie sobie posad, w nas było pragnienie sławy i chęć przerabiania świata. Równocześnie, jak zwykle bywa w podobnych wypadkach, inteligencja i talent były okupione zakłóceniem wewnętrznej równowagi. W każdym z nas dałoby się odkryć głębokie urazy z dzieciństwa czy z lat chłopięcych, inne u każdego, ale wspólne w jednym podstawowym elemencie: było to coś, co uniemożliwiało harmonijne współżycie z rówieśnikami, coś, co stwarzało poczucie inności, a więc popchnąć mogło do szukania kompensaty. Te wewnętrzne motywy wygórowanej ambicji nie są łatwe do śledzenia. Gamma - wówczas student literatury i początkujący poeta - odczuwał, jak sądzę, silnie swoją sytuację rodzinną. Poza tym mógł w znacznym stopniu wpłynąć na niego wypadek, który zdarzył mu się, kiedy był w szkole: na polowaniu zabił przypadkiem swego przyjaciela. Poczucie winy, które powstało wskutek tego wypadku, mogło kształtować jego dalsze decyzje.

Ważniejsze może było zakłócenie społecznej równowagi. Wszyscy byliśmy zrewoltowani przeciwko swemu środowisku. Żaden z nas nie pochodził z proletariatu. Wywodziliśmy się z inteligencji, która w tej części Europy była synonimem zubożałej szlachty albo drobnomieszczaństwa. Ojciec Gammy - jak powiedziałem - był emerytowanym oficerem. Poeta Jerzy był synem prowincjonalnego adwokata, poeta Teodor (zastrzelony później przez polskie podziemie jako propagandysta Partii) nosił niemal arystokratyczne nazwisko, ale już matka jego była tylko urzędniczką w banku. Henryk, mówca, pisarz i polityk (rozstrzelany później przez Niemców), był synem maszynisty kolejowego, choć tenże maszynista kolejowy szczycił się nazwiskiem jednego z bardziej znanych w Polsce rodów. Stefan - poeta, który miał się później stać wybitnym ekonomistą - pochodził z nieudanej rodziny kupieckiej; był pół-Niemcem: jego matka była córką kupców z Regensburga w Bawarii. Moja rodzina należała do litewskiej szlachty; ojciec mój wyemigrował ze wsi do miasta i został inżynierem. Rewolta przeciwko własnemu środowisku jest zwykle wstydem własnego środowiska. Status społeczny nas wszystkich był nieokreślony. Myślą przebywaliśmy w wieku dwudziestym, ale tradycje naszych rodzin cofały nas ku pojęciom i zwyczajom, które przedstawiały się nam jako śmieszne i zacofane. Nie byliśmy w tym zawieszeniu w pustce odosobnieni: kraj nie przeżył nigdy prawdziwej rewolucji przemysłowej; mieszczaństwo było słabe; robotnik był dla jednych brutalnym osobnikiem o brudnej twarzy, ciężko pracującym albo pijącym wódkę, dla innych mitem, do którego należało się modlić. Istniał podział na "inteligencję" i "lud", przy czym "ludem" byli robotnicy i chłopi. My jednak nie mogliśmy znaleźć sobie miejsca wśród "inteligencji", która zwracała się raczej ku przeszłości niż ku przyszłości. Sytuację naszą można porównać pod pewnymi względami z sytuacją zubożałych rodów na południu Stanów Zjednoczonych. Szukaliśmy oparcia i nie mogliśmy go nigdzie znaleźć. Naszą grupę nazywali niektórzy "klubem intelektualistów" - co zakładało przeciwstawienie "intelektualistów" warstwie "inteligencji".

Były to lata wielkiego ekonomicznego kryzysu. Bezrobocie dotknęło duże kręgi ludności. Młodzież uniwersytecka, żyjąca bez pieniędzy i pozbawiona nadziei na dostanie pracy po ukończeniu studiów, była nastrojona radykalnie. Radykalizm ten przybierał dwojakie formy: jedni - jak Gamma w początkach swego pobytu na uniwersytecie - przeżywali nasilenie nacjonalizmu. Rozwiązanie trudności widzieli w jakiejś bliżej nieokreślonej "rewolucji narodowej". W praktyce oznaczało to wrogi stosunek do ich kolegów Żydów, którzy jako przyszli prawnicy i lekarze stanowili konkurencję zawodową. Przeciwko tym nacjonalistom występowała "lewica", której program - zależnie od ugrupowania - wahał się od socjalizmu do odmiany New Dealu. W okresie dorocznych wyborów do Bratniej Pomocy, która była czymś w rodzaju autonomicznego rządu studenckiego (ona administrowała domami studenckimi, "mensą" itd.) toczyły się między dwoma obozami walki na słowa, a nieraz na pięści.

"Lewica" (jeżeli słuszne jest tak nazywać zlepek różnych ugrupowań) stanowiła teren działania zarówno rządu Piłsudskiego jak komunistów. Półdyktatura Piłsudskiego była łagodna. Pozbawiona jasnego programu działania trwożliwie zabiegała o względy młodzieży, starając się pozyskać przywódców. Widząc radykalizowanie się uniwersytetów próbowała stawiać na "lewicę", obiecując reformy. Nasza grupa była przez pewien czas ostoją tych poczynań na uniwersytecie. Nasi koledzy, Stefan i Henryk, uchodzili za najbardziej obiecujących młodych "rządowych" polityków w kraju. Próby te skończyły się niepowodzeniem. Najbardziej obiecujący młodzi politycy zerwali z rządem i poszli dalej na lewo. Mechanika wydarzeń popychała natomiast rząd coraz dalej na prawo. Nacjonalizm - jeżeli nie wręcz totalizm w miejscowym wydaniu - odnosił coraz większe triumfy; rząd porzucił usiłowanie sklecenia "rządowej lewicy" i zaczął kokietować nacjonalistów.

Niech to, co powiedziałem, wystarczy za ogólny obraz polityki w zalanym lawą mieście Pompeje. Ten opis obejmuje szereg lat. Przez ten czas, co wiosny, właśnie kiedy musieliśmy uczyć się do egzaminów, drzewa pokrywały się zielenią - a nigdzie później zieleń nie wydawała mi się tak radosna; na rzece pojawiały się małe statki wożące spacerowiczów na pobliskie plaże; długie tratwy płynęły z lasów do tartaków. Pod arkadami uniwersytetu przechadzały się pary trzymając się za ręce. Wstać o świcie, wziąć kajak na przystani i płynąć w świetle wschodzącego słońca rzeką, której szybki nurt parł pomiędzy piaszczystymi urwiskami i kępami sosen - dawało pełnię szczęścia. Robiliśmy też wycieczki na niedaleko położone jeziora. Na wyspach, których całe archipelagi wynurzały się w środku jezior jak wielkie bukiety, trawa była bujna, nietknięta ludzką stopą; w łozinach darły się słowiki. Rzucaliśmy się gromadą w wodę i wypływaliśmy daleko na gładką taflę, na której mieszały się odbicia obłoków; leżąc na wznak na wodzie patrzyliśmy w niebo i śpiewaliśmy nieartykułowane pieśni zachwytu. Przeżywaliśmy swoje miłosne zawody, żale oblanych egzaminów, wzajemne intrygi i zawiści. Ukazywały się drukiem nasze wiersze i artykuły. Przy twardych kotletach w "mensie" zmieniały się tematy rozmów: spory o znaczenie metafory w poezji ustępowały miejsca dyskusjom o teoriach Jerzego Sorela, potem przyszedł Marks i Lenin.

Gamma dość szybko rozstał się z nacjonalistami, do "rządowej lewicy" i do lewicy katolickiej czuł jednak mało sympatii. Pisał wiersze i publikował je w wydawanych przez naszą grupę pismach; tutaj spotkały go niepowodzenia. W przeciwieństwie do wierszy Teodora, Jerzego i moich jego utwory nie były przedmiotem pochwał ani napaści krytyków, zbywano je milczeniem. W istocie był w nich jakiś niedowład talentu. Gamma miał tę umiejętność techniki, jakiej wymaga nowoczesna poezja, ale to, co pisał, było jak nieruchoma sadzawka; ci, którym zazdrościł, pisali - jak sądzę - głupio; niemniej ich styl był osobisty; inkantacja rytmiczna wyrażała uczucia autorów; furia i sarkazm, które najczęściej się pojawiały, drażniły czytających, ale zwracały uwagę. Wiersze Gammy były układem starannie dobranych metafor; właściwie nie wyrażały nic.

Nasza grupa radykalizowała się coraz bardziej. Po bankructwie "rządowej lewicy" powstało pytanie: jaka lewica? Socjaldemokracja w naszym kraju dzieliła wady wszystkich socjaldemokracyj kontynentu - była kompromisowa i bezsilna. Coraz częściej w naszych rozmowach zaczęło się pojawiać słowo "Rosja". Mieszkaliśmy nie więcej jak sto mil od granicy Związku Radzieckiego. Nie znaczy to, że mieliśmy o nim wiedzę gruntowniejszą od mieszkańców Paryża. Granica była hermetycznie zamknięta. Przebywaliśmy na peryferiach świata, który różnił się od świata na Wschodzie, jak różnią się dwie planety. Tamten świat, znany z książki, przedstawiał się nam jako świat postępu, kiedy porównywaliśmy go ze stosunkami, które mogliśmy obserwować z bliska. Rozważając rzecz racjonalnie było jasne, że tam była przyszłość. Nasz kraj był w stanie paraliżu. Szerokie masy nie miały żadnego wpływu na rządy. Filtr społeczny był przemyślnie urządzony: młodzież chłopska i robotnicza nie mogła dostać się do szkół średnich i uniwersytetów; koszta studiów - choć niskie - były jednak ponad możliwości robotników i chłopów. Niezmiernie skomplikowane zagadnienia mniejszości narodowych (a nasz kraj był krajem o wysokim procencie mniejszości) były rozwiązywane w duchu jak najbardziej szowinistycznym. Ruch nacjonalistyczny, oparty na drobnomieszczaństwie i zubożałej inteligencji, popychał rząd do coraz ostrzejszej dyskryminacji. Kraj zmierzał ku jakiejś odmianie tego, co działo się w sąsiednich Niemczech - a Niemcy te groziły wojną i zmiażdżeniem Polski. Czyż można się dziwić, że patrzyliśmy na Rosję jako na kraj, gdzie znaleziono rozwiązanie wszystkich dręczących nas problemów - i kraj, który jedynie mógł ocalić od nieszczęść, jakie łatwo było sobie wyobrazić słuchając przez radio mów Hitlera?

Zdecydować się na komunizm nie było jednak łatwo. Znaczyło to dokonać całkowitego przewartościowania pojęcia narodowości. Polacy w ciągu wielu wieków byli w stanie permanentnej wojny z Moskwą. Był czas, kiedy oba kraje były równorzędne w sile i polscy królowie docierali w swoich wyprawach aż do "wschodniego Rzymu". Później szala przechyliła się na korzyść Moskwy, aż wreszcie w ciągu całego dziewiętnastego wieku większa część Polski była prowincją państwa carów. Aby zgodzić się na komunizm, trzeba było uznać te konflikty za konflikty klas posiadających obu narodów i zapomnieć o dawnych antagonizmach. Nie tylko jednak. Trzeba było uznać, że Polska - po krótkim okresie samodzielności uzyskanej wskutek pokoju wersalskiego - zmieniłaby się, w razie zwycięstwa komunizmu, znów w prowincję rosyjską. Program Moskwy nie budził pod tym względem wątpliwości. Polskie terytoria wschodnie - i miasto, w którym mieszkaliśmy - miały być włączone bezpośrednio do Związku; te terytoria były uważane przez Moskwę za część republik białoruskiej i ukraińskiej. Co do reszty, to oczywiście miała ona stać się jeszcze jedną republiką związkową. Taki był program bynajmniej przez polskich komunistów nie ukrywany.

Wyrzec się lojalności względem własnego państwa i zniszczyć uczucia patriotyczne wpajane w szkole i na uniwersytecie: taka była cena wkroczenia na drogę postępu. Nie wszyscy byli gotowi zapłacić taką cenę. Nasza grupa rozpadła się. Najbardziej obiecujący młodzi "rządowi politycy", Stefan i Henryk, zostali stalinistami. Jerzy i ja wycofaliśmy się. Ci, którzy zgodzili się zapłacić wysoką cenę, uważali nas za słabych, chwiejnych poetów, za dekadentów literackich niezdolnych do działania. Być może takie opinie nie były dalekie od prawdy. Nie wiem jednak, czy żelazna konsekwencja jest największą ludzką cnotą.

Gamma został stalinistą. Myślę, że pisząc swoje wiersze pozbawione namiętności czuł się źle. Nie był stworzony do literatury. Zasiadając nad papierem czuł w sobie pustkę. Nie był zdolny przeżywać upojeń pisarza - ani upojeń procesu twórczego, ani upojeń nasyconej ambicji. Okres pomiędzy nacjonalizmem a stalinizmem był dla niego okresem otchłani, bezsensownych prób i rozczarowań.

Partia komunistyczna w naszym kraju była niezwykle słaba; była ona partią nielegalną. Za przynależność do niej karano z paragrafu, który uważał za przestępstwo wszelką próbę oderwania od państwa części jego terytorium. Przywódcy Partii rozumieli bezsensowność nielegalnej roboty i starali się wpłynąć na opinię poprzez sympatyków nie zaangażowanych bezpośrednio. Ukazywało się w Polsce sporo pism, które szły za linią partyjną, łagodząc ją odpowiednio dla nie przygotowanych czytelników. Grupa, w której znalazł się Gamma, zaczęła wydawać jedno z takich pism. Kontakty z wysłannikami Partii odbywały się potajemnie, często na wycieczkach w okoliczne lasy. Było to już po ukończeniu studiów przez większość członków grupy: okres wojny w Hiszpanii, frontu komunistycznego w "obronie kultury", do którego starano się zwerbować jak największą liczbę liberałów.

Gamma pisał artykuły, występował na wiecach, kroczył w pochodach l Maja. Działał. Kiedy władze zamknęły pismo, aresztowały członków grupy i wytoczyły proces, Gamma - razem z innymi - znalazł się na ławie oskarżonych. Proces ten był wielką sensacją miasta i kompromitacją dla rządu: ta młodzież, na którą rząd liczył najbardziej, przeszła szybko ewolucję ku komunizmowi. Wielu z oburzeniem przyjęło bezwzględność władz wobec utalentowanych absolwentów uniwersytetu, młodych doktorów prawa czy filozofii. Bronili ich najlepsi adwokaci miasta. Oskarżeni w swojej obronie używali obficie kłamstwa; wyszkoleniem umysłów górowali nad prokuratorem; nie ustępowali mu też w znajomości prawnych przepisów. Wyroki dostali łagodne. Gamma został uniewinniony z braku dowodów.

Lata bezpośrednio poprzedzające wybuch drugiej wojny światowej Gamma spędził na pracy w swoim zawodzie. Specjalizował się w badaniach nad literaturą; wydał studium o strukturze noweli, które w niczym nie zdradzało jego przekonań. Wydał też dwa tomy wierszy, z których również trudno byłoby wywnioskować o szczególnie rewolucyjnych tendencjach autora. Ożenił się. Urodziła mu się córka. Walczył z dużymi trudnościami finansowymi. Nie mógł liczyć na rządową posadę, bo znano go jako komunistę. Utrzymywał się z dorywczych prac literackich. Od czasu do czasu ogłaszał wstrzemięźliwe artykuły o literaturze w lewicowych pismach. Czekał swojej godziny.

Godzina ta wkrótce nadeszła. Hitler zaatakował Polskę i pochód jego armii był błyskawiczny. Ze wschodu ruszyła mu na spotkanie Armia Czerwona i zajęła, opierając się na układzie Mołotow-Ribbentrop, te tereny, które program Partii zawsze otwarcie proklamował jako godne włączenia do Związku. Obraz tego, czym w te dni był kraj, da się porównać tylko z obrazem pożaru w mrowisku. Drogami ciągnęły tysiące ludzi głodnych i przerażonych: żołnierze z rozbitej armii wracający do domów, policja starająca się pozbyć swoich mundurów, kobiety szukające mężów, hordy mężczyzn, dla których nie starczyło broni. Był to czas powszechnej wędrówki. Masy ludzkie uciekały ze wschodu na zachód pod okupację niemiecką. Takie same masy ciągnęły z zachodu na wschód uciekając przed Niemcami. Koniec państwa był zaznaczony chaosem, jaki może zdarzyć się bodaj tylko w dwudziestym wieku.

Gamma był zmobilizowany, ale spędził w wojsku tylko kilka dni. Zaraz przyszła klęska. Miasto Wilno zostało wspaniałomyślnie ofiarowane przez Związek Radziecki Litwie, która przez rok jeszcze cieszyła się przyjaźnią potężnego sąsiada, zanim nie została przez niego połknięta. Gamma, spragniony czynu, wyemigrował z Wilna i przeniósł się do największego miasta pod okupacją sowiecką, do Lwowa. Tam spotkał się z innymi literatami nastrojonymi prostalinowsko. Zaczęli oni szybko się organizować. Z poparciem nowych władz uzyskali - jak to należy się pisarzom otoczonym opieką ustroju - dom na mieszkania dla siebie, założyli stołówkę i wystartowali w nowym rodzaju pisania, które zresztą polegało na tłumaczeniu z rosyjskiego i niewybrednej propagandzie. Gamma w tych nowych warunkach szybko zyskał zaufanie speców literackich, którzy z ramienia Partii i NKWD przyjechali z Rosji dla "kulturalnej gospodarki" na nowo nabytych terenach. Był zdecydowany. Wielu jego kolegów, chociaż teoretycznie komunistów, przeżywało wewnętrzne rozdarcie. Nieszczęścia ich ojczyzny, zaiste niezmierne, doprowadzały ich do stanu nerwowego załamania. Dzikość zdobywców i wrogi stosunek do wszystkich Polaków napełniały ich przestrachem: po raz pierwszy zetknęli się z nowym groźnym światem, który dotychczas znali tylko z upiększających opisów. Gamma nie okazywał wątpliwości. Pewnym wytłumaczeniem jest dla mnie jego głos i rodzaj śmiechu; jest to śmiech nieprzyjemny, oschły. I ten głos, i śmiech mogłyby prowadzić do przypuszczeń, że życie uczuciowe Gammy było zawsze dość prymitywne. Znał gniew, nienawiść, strach, entuzjazm, ale obca mu była uczuciowa refleksja; prawdopodobnie z tym łączyła się słabość jego talentu. Skazany na operacje mózgowe (bo to, co pisał, nie było zasilane przez wewnętrzne źródła) lgnął do doktryny. To, co miał do powiedzenia swoim krzykliwym głosem i skłonnym do uproszczeń piórem, mogło być powiedziane na wiecu i napisane w propagandowej gazecie. Jego konsekwencja płynęła ze skali jego uczuciowych możliwości; mógł być nastrojony tylko na jeden ton. Jego sukcesom (nie były to sukcesy pisarskie, tylko sukcesy literackiej polityki) dopomagała również biegła znajomość rosyjskiego. Ostatecznie był pół-Rosjaninem; łatwiej niż inni znajdował z nowymi władcami porozumienie. Uchodził za jednego z najbardziej pewnych.

Ludność terytoriów, które zostały włączone do Związku, nie czuła się tak dobrze jak nieliczni "pewni". Drżała ze strachu. Już pierwsze areszty kazały się jej spodziewać rzeczy najgorszych. Jej strach był uzasadniony, bo najgorsze rzeczy zdarzyły się wkrótce. Były to masowe deportacje. O świcie do domów i chat stukali agenci NKWD; aresztowanym nie zostawiali wiele czasu na zabranie najpotrzebniejszych rzeczy; doradzali ubrać się ciepło. Z najbliższej stacji zaryglowane bydlęce wagony uwoziły więźniów - kobiety, mężczyzn i dzieci - w nieznanym kierunku. Tysiąc za tysiącem odpływał na wschód. Wkrótce były to dziesiątki tysięcy, wreszcie setki tysięcy. Po wielu tygodniach albo miesiącach podróży transporty ludzkie przybywały do miejsc przeznaczenia; do obozów pracy przymusowej w okolicach polarnych albo do kołchozów w Azji. Wśród wywiezionych znaleźli się również ojciec, matka i kilkunastoletnie siostry Gammy. Ojciec - jak opowiadano - przeklął wyrodnego syna, który pisał na chwałę władców będących przyczyną cierpień jego rodaków; wkrótce umarł gdzieś na obszarach, na których tysiąc mil jest skromnym dystansem. Matka i dziewczęta wiodły ciężkie życie niewolnic. Gamma wygłaszał wtedy na wiecach płomienne przemówienia o wielkim szczęściu, jakim jest żyć i pracować w nowym, najlepszym ustroju, który realizuje marzenia ludzkości. Co wtedy czuł - któż to może wiedzieć. Gdyby próbował wystąpić w obronie swojej rodziny, nie przyniosłoby to żadnego skutku, a poza tym Gamma, choć dobrze notowany w NKWD, bał się.

Do komunistów innych narodowości Rosjanie nie odnoszą się z ufnością. Mniej niż jakimkolwiek innym ufają komunistom polskim. Lata 1917-1939 dostarczyły po temu szczególnie wielu przykładów. Liczni polscy działacze komunistyczni, uciekłszy do Związku w obawie prześladowań, zostali tam oskarżeni o wyimaginowane przestępstwa i zlikwidowani. To samo spotkało trzech znanych polskich poetów komunistycznych: Wandurskiego, Standego i Jasieńskiego. Imiona ich nie są dzisiaj nigdy wymieniane, ich utwory nie ujrzą ponownego druku. Kiedyś powieść Jasieńskiego "Palę Paryż" ukazywała się w odcinkach we francuskiej "L'Humanite" i miał on ten rozgłos międzynarodowy, jakim dzisiaj otoczeni są poeci-staliniści: Nazim Hikmet czy Pablo Neruda. Zginął w jednym z obozów pracy przymusowej w pobliżu kręgu polarnego.

Fala aresztowań na nowo nabytych terenach nie ominęła również małego grona "pewnych". Polskich komunistów podejrzewano o skłonności nacjonalistyczne. Dostrzeżenie, że cierpią oni patrząc na tragedię ich własnego narodu, stanowiło już dostateczny powód do represji. Czystkę w kółku, do którego należał Gamma, NKWD przeprowadziło nagle, któregoś dnia. Jednym z aresztowanych był wybitny poeta B. Gdyby władze komunistyczne we Francji aresztowały Aragona, a władze komunistyczne w Ameryce Howarda Fasta - efekt byłby mniej więcej ten sam, jaki w opinii publicznej spowodowało aresztowanie B. Był on poetą rewolucyjnym. Uwielbiany przez całą lewicę, zbyt szanowany przez wszystkich, nawet przeciwników politycznych, aby przeszkadzano mu w publikowaniu jego wierszy, miał on w naszym kraju pozycję wyjątkową. Uciekając z Warszawy zajętej przez Niemców, schronił się do strefy sowieckiej.

Gamma po aresztowaniach kolegów dostał ostrego ataku strachu. Nigdy chyba dotychczas w życiu nie był tak przestraszony. Przypuszczał, że to dopiero początek i że w następnej rundzie wszyscy pozostali jeszcze na wolności pisarze znajdą się pod kluczem. Zgorączkowany, z nieprzytomnymi oczami, zaczął obiegać swoich kolegów komunistów i proponować natychmiastowe środki zaradcze. Za najskuteczniejszy środek zaradczy uważał wydanie publicznej odezwy potępiającej aresztowanych - w tej liczbie poetę B. - jako faszystów. Odezwa taka, podpisana przez szereg nazwisk, stanowiłaby dowód ortodoksji. Natknął się jednak na opór. Jego współtowarzysze odnieśli się niechętnie do pomysłu, aby publicznie nazwać aresztowanych przyjaciół faszystami.

Byłby to, ich zdaniem, zbyt drastyczny krok. Bardziej doświadczeni tłumaczyli Gammie, że taki krok byłby wątpliwy politycznie. Mógłby tylko zaszkodzić tym, którzy złożyliby podpisy, bo motyw tchórzostwa byłby zbyt widoczny. Poza tym trudno było przewidzieć, jak ułożą się wypadki w przyszłości. Wskazana była ostrożność. Odezwa nie została wydana.

Gamma zaczynał wtedy dopiero swoją karierę i nie posiadał jeszcze arkanów skomplikowanej politycznej strategii. Jego odruchy były prymitywne, nie umiał działać chytrością. Miał się tego jeszcze nauczyć.

Hitler uderzył na Rosję i w ciągu kilku dni jego armia doszła do Lwowa. Gamma nie mógł zostać w mieście, był zbyt dobrze znany jako pisarz i mówca komunistyczny. W powszechnym popłochu ewakuujących się urzędów, władz NKWD i uciekającego wojska zdoła! uczepić się pociągu idącego na wschód. W mieście zostawił żonę i córkę. Co prawda współżycie małżonków pozostawiało wiele do życzenia. Żona do nowego porządku odnosiła się niechętnie, jak zresztą wszyscy niemal, którzy mieli okazję tego nowego porządku doświadczyć. Nowej kariery męża nie aprobowała. Rozstali się, a to rozstanie miało się okazać ostateczne. Gamma znalazł się w Rosji. Były to dla niego lata nauki. W Rosji przebywało wtedy wielu Polaków, którzy opuścili swój kraj w zaryglowanych bydlęcych wagonach. Liczba ich sięgała półtora miliona (wliczając w to internowanych żołnierzy i oficerów polskiej armii). Byli oni uważani przez rząd sowiecki za element wrogi i traktowano ich odpowiednio. Nie wśród nich należało szukać "kadr" nowej Polski, która, stosownie do dalekowzrocznych planów Kremla (nie zaniechanych nawet w czasie niepowodzeń militarnych), powinna była powstać w przyszłości. Wskazane było zacząć od małej grupki "pewnych" - komunistycznych intelektualistów. Polska w rachubach Kremla była krajem najważniejszym: stanowiła pomost do Europy. Gamma w Rosji spotkał swoich kolegów z uniwersytetu, z którymi razem ongiś zasiadał na ławie oskarżonych.

Oni to, razem z kilkoma innymi, założyli na życzenie Kremla stowarzyszenie, które otrzymało piękną nazwę Związku Patriotów Polskich. Stowarzyszenie to stało się zaczątkiem rządu, który do dzisiaj urzęduje w Warszawie.

Członkowie Związku Patriotów jeszcze przed wojną zgodzili się zapłacić cenę: w imię logiki historii gotowi byli przekreślić niepodległość własnego kraju. Przebywając w Rosji płacili tę cenę w praktyce: nie wolno im było okazać solidarności z nieszczęsnym tłumem deportowanych (deportowano nie tylko byłych właścicieli ziemskich, fabrykantów i urzędników; większość stanowili ludzie ubodzy: chłopi, gajowi, policjanci, drobni kupcy żydowscy). Deportowani byli miazgą ludzką, która się nie liczyła; ich sposób myślenia był naznaczony piętnem przeszłości; ze spadkobiercami Polski szlacheckiej i burżuazyjnej, wspominającymi przedwojenne czasy jak raj utracony, cóż innego można było począć, jeżeli nie trzymać ich w łagrach i w odległych kołchozach? Członkowie Związku Patriotów mogli współczuć im jako ludziom, ale to współczucie nie powinno było wpływać na polityczne decyzje. Tyfus, głód i szkorbut niszczyły zresztą ten materiał ludzki tak skutecznie, że w ciągu niewielu lat problem ich mógł przestać istnieć.

Gamma, którego rodzina była wśród deportowanych, rozumiał, dlaczego wspominali oni przedwojenne czasy jako raj utracony. Ich los, chociaż nie gorszy od losu milionów innych mieszkańców Związku, był ponury, bo nie byli przyzwyczajeni do głodu i złego klimatu. Kiedy polski rząd emigracyjny w Londynie zawarł porozumienie z Moskwą dotyczące tworzenia w Związku polskiej armii i kiedy rząd sowiecki ogłosił dla Polaków amnestię, z obozów pracy przymusowej na północy wylały się masy ludzkie dążące na południe. Były to tłumy obdartych nędzarzy w stanie ostatecznego wycieńczenia; ich trupy zaścielały ulice miast południowo-wschodniej Rosji. Z tych półżywych ludzi tworzono armię. Była to armia zależna od rządu emigracyjnego w Londynie.

Gamma, podobnie jak rządcy rosyjscy, patrzył na tę armię jako na armię klasowego wroga; na równi z Anglikami i Amerykanami był to aliant tylko chwilowy.

Polskie dowództwo poszukiwało oficerów; kilkanaście tysięcy oficerów polskich zostało internowanych przez Związek Radziecki zgodnie z paktem Mołotow-Ribbentrop. Teraz nie można było ich znaleźć. Gamma wiedział, że poszukiwania Polaków londyńskich nie zostaną uwieńczone powodzeniem. Była to sprawa delikatna, nie należało o niej mówić. Zabijanie internowanych członków sił zbrojnych państwa, z którym się nie było w stanie wojny, nie jest na ogół praktykowane przez cywilizowane narody; jednak logika Historii wymaga czasem takich zabiegów. Oficerowie polscy była to "kadra" tej Polski, którą należało całkowicie, zmienić przy pomocy Związku Radzieckiego: kadra broniąca dawnego ustroju. Większość z nich stanowili oficerowie rezerwy; w życiu cywilnym byli to nauczyciele, prawnicy, lekarze, urzędnicy - a więc inteligencja, której przywiązanie do przeszłości stało na przeszkodzie w przeprowadzeniu narzuconej z zewnątrz rewolucji. Biorąc pod uwagę, że wyniszczeniem tej inteligencji w Polsce zajmowali się skutecznie Niemcy, kadra kilkunastu tysięcy stanowiła liczbę pokaźną i nie całkiem nie usprawiedliwione było użycie drastycznych metod, byle się jej pozbyć. Gamma i inni członkowie Związku Patriotów, dowiadując się o daremnych wysiłkach wysłanników rządu londyńskiego, aby wpaść na ślad internowanych, wymieniali ironiczne spojrzenia.

Jednym z internowanych oficerów był młody profesor uniwersytetu, w którego murach Gamma i ja spędziliśmy najlepsze lata młodości. Profesor ten, o skłonnościach liberalnych, ubolewał, kiedy aresztowano Gammę i jego towarzyszy. Był on jednak autorem kilku prac naukowych, które przedstawiały Związek Radziecki w świetle niekoniecznie korzystnym. Nazwisko jego figurowało w kartotekach. Władze po wielu starannych badaniach wpadły wreszcie na trop. Zdarzyło się to jednak dość późno: depesza żądająca natychmiastowego przewiezienia profesora do więzienia w Moskwie przyszła na stację kolejową, na której wyładowywano właśnie transporty jeńców, aby zabić ich strzałem pistoletu w tył głowy w pobliskich lasach. Profesor nie podzielił ich losu tylko dlatego, że wypadki skomplikowane muszą być - jak nakazuje biurokracja - badane starannie. Po amnestii wydostał się z Rosji.

W poglądach wielu Polaków, którzy z bliska mogli przyjrzeć się życiu Związku Radzieckiego, zachodziły zmiany. Dawni komuniści po pobycie w więzieniach i obozach pracy przymusowej wstępowali do armii rządu londyńskiego. Jednym z nich był wypuszczony z więzienia po amnestii poeta B. Kiedy armia polska została wy ewakuowana z Rosji na Bliski Wschód (miała później wziąć udział w walkach w Italii), poeta B. był szczęśliwy, że opuszcza kraj nadziei nie zrealizowanej od trzydziestu lat. Później, po końcu wojny, nie mógł jednak wytrzymać na emigracji. Powrócił do Polski, którą rządzili Gamma i jemu podobni. Przebaczył. Dzisiaj każde dziecko w szkole uczy się na pamięć jego "Ody do Stalina".

Pomimo wewnętrznych wahań i chwil rozpaczy (nikt nie będzie wiedział o tym) Gamma i jego towarzysze ze Związku Patriotów wytrwali. Grali wielką grę. Ich nadzieje zostały spełnione. Szala zwycięstwa przechyliła się na stronę Rosji. W Związku Radzieckim zaczęła się formować nowa armia polska; ta armia powinna była wkroczyć do Polski razem z Armią Czerwoną i posłużyć za podporę rządu zależnego od Kremla. Gamma był pośród kilku pierwszych organizatorów tej armii. Nie było oficerów; zastąpili ich Rosjanie. Co do żołnierzy, to nie można się było uskarżać na ich brak; znikoma tylko część deportowanych wydostała się z armią Londynu do Persji. Dla pozostałych jedyną szansą ocalenia, to jest wyjścia z granic Związku, pozostało dostanie się do nowej armii, nad którą nadzór polityczny sprawowało NKWD i Związek Patriotów.

Przyszło lato 1944 roku, Armia Czerwona, a z nią nowa armia polska, wkroczyła na polskie ziemie. Jakże opłaciły się lata cierpień, poniżeń i zręcznej gry! Oto co się nazywa postawić na dobrego konia! Gamma witał z radością rozbite pociskami artylerii miasteczka i chłopskie poletka, które były ulgą dla oczu po monotonnych przestrzeniach rosyjskich kołchozów. Jego dżip niósł go drogami, przy których stały spalone niemieckie czołgi, ku władzy, ku oblekaniu w ciało tego, co dotychczas było tylko dyskusją pełną cytat z Lenina i Stalina. Oto nagroda dla tych, którzy umieli myśleć poprawnie, zgodnie z logiką Historii, którzy nie ulegli bezsensownym sentymentom! Oni nieśli narodowi polskiemu wyzwolenie od Niemców, nie ci łzawi durnie z Londynu. Ten naród musiał być co prawda zoperowany. Gamma czuł podniecenie dobrego chirurga przed wejściem na salę operacyjną.

Był oficerem politycznym w stopniu majora. Z Rosji przywiózł nową żonę, żonę żołnierską. W mundurze, w ciężkich rosyjskich butach, wyglądała na wiek nieokreślony. W rzeczywistości była bardzo młoda. Przeszła jednak w Rosji ciężką poniewierkę. Miała zaledwie kilkanaście lat, kiedy do drzwi mieszkania jej matki w Polsce zapukali o świcie agenci NKWD; ona, jej siostra, brat i matka odbyli przepisową podróż ze środka Europy w głąb Azji; tam zapoznać się musieli z życiem azjatyckich stepów. Lato jest tam upalne jak w krajach tropikalnych; zima tak surowa, że Izy, które od mrozu płyną z oczu, zamieniają się natychmiast w lodowe sople; zdobycie funta chleba uchodzi tam za szczęście; ciężka praca niszczy siły nie podtrzymywane przez dostateczne odżywianie; nadzór policyjny i bezgraniczność przestrzeni azjatyckiego kontynentu odbierają wszelką nadzieję ucieczki. Młoda dziewczyna, córka mieszczańskiej rodziny, nie była przyzwyczajona do ciężkiej fizycznej pracy; musiała się tego nauczyć. Udało się jej po pewnym czasie dostać na kurs traktorzystów. Po jego ukończeniu prowadziła wielkie rosyjskie traktory na stepach Kazachstanu. Jej sympatia do stalinowskiego systemu po tych doświadczeniach była nieduża; można raczej powiedzieć, że była to nienawiść. Dzieliła to uczucie zresztą z prawie wszystkimi żołnierzami polskiej armii złożonej z dawnych deportowanych. Tak, ale znalazła się wreszcie w Polsce i wielka gra, którą prowadził Gamma, była i jej grą.

Armia Czerwona doszła do Wisły. Nowy rząd, noszący jeszcze nazwę Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego, zaczął funkcjonować w mieście Lublinie. Przed grupą Związku Patriotów stały wielkie zadania - i trudności. W opanowaniu kraju nie oczekiwano zbyt wielu przeszkód ze strony zachodnich aliantów. Przeszkody były z natury wewnętrznej, płynęły z wrogiego nastawienia tego narodu. Znów rysował się z wielką siłą zadawniony konflikt pomiędzy dwoma rodzajami lojalności. Na terytoriach, przez które teraz szła zwycięska Armia Czerwona, działały pod okupacją niemiecką duże oddziały partyzantów; była to tak zwana Armia Krajowa podlegająca rządowi emigracyjnemu w Londynie. Teraz te oddziały były rozbrajane przez Armię Czerwoną, żołnierze wcielani do nowej polskiej armii albo aresztowani i wywożeni w głąb Rosji. Gamma z humorem opowiadał, co zdarzyło się w mieście naszej młodości, w Wilnie. Wybuchło tam powstanie przeciwko Niemcom i oddziały Armii Krajowej weszły do miasta równocześnie z Armią Czerwoną. Wtedy dowództwo sowieckie wydało wspaniały bankiet, na który zaprosiło dowódców Armii Krajowej. Była to - jak mówił Gamma - uczta prasłowiańska, która, jak przekazują dawne podania, zwykła była tym się odznaczać, że wśród uścisków przyjaźni, toastów i pieśni truto zaproszonych wujów. W czasie bankietu dowódcy Armii Krajowej zostali aresztowani. Z Lublina Gamma obserwował, jak to samo, tyle że w skali bez porównania większej, działo się w Warszawie. Armia Czerwona stała wtedy na linii Wisły. Miasto było za rzeką. Radio Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego nawoływało ludność stolicy do powstania przeciwko Niemcom. Kiedy jednak powstanie wybuchło, radio, otrzymawszy nowe instrukcje, zaczęło obsypywać sprawców powstania obelżywymi epitetami. Gdyż było to powstanie rywali w walce o władzę. Uczta prasłowiańska w tym wypadku nie byłaby środkiem wystarczającym. Miasto, które było centrum oporu zarówno przeciwko Niemcom, jak Rosji, musiało być zniszczone. Oficerowie Armii Czerwonej oglądali przez lornetki bitwy uliczne za rzeką. Dymy pożarów przesłaniały pole widzenia. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu trwał tam bój i pożary wreszcie zlewały się w ścianę płomieni. Powstańcy z rozbitych oddziałów, ci, którym udało się przepłynąć rzekę, opowiadali nieudolnie zdarzenia w piekle. Słuchał tych opowiadań Gamma i jego towarzysze. Zaiste, cena, jaką należało płacić, jeżeli się chciało pozostać wiernym logice Historii, była straszliwa. Trzeba było patrzeć na tragedię setek tysięcy, brać na swoje sumienie śmierć w męczarniach kobiet i dzieci zmienianych w żywe pochodnie. Kto był winien? Rząd emigracyjny londyński, bo chciał użyć powstania jako atutu w walce o władzę? Kreml, bo nie udzielał pomocy patrząc na wypadki z perspektywy przyszłości, z której niepodległość narodów przedstawia się jako przeżytek burżuazyjnej epoki? Czy nikt?

Pochyleni nad stołem, w mundurach z grubego sukna, intelektualiści komunistyczni słuchali opowieści młodej dziewczyny, jednej z tych, którym udało się przedostać przez rzekę, na brzeg zajęty przez Armię Czerwoną. Jej oczy były obłąkane. Miała wysoką gorączkę. Mówiła: "Nasz oddział został rozbity i przyparty do rzeki. Niektórym udało się dołączyć do innych oddziałów. Z tych, którzy zostali na brzegu, wszyscy byli ranni. O świcie miał nastąpić atak wojsk SS. To znaczyło, że wszyscy zostaną zastrzeleni. Jak powinnam była postąpić? Zostać z mymi rannymi kolegami? Ale nie mogłam im w niczym pomóc. Zdecydowałam się płynąć. Szansę były małe, bo rzeka jest oświetlona przez reflektory. Gniazda niemieckich karabinów maszynowych są wszędzie. Na łachach pośrodku rzeki widziałam dużo trupów tych, co próbowali przepłynąć; prąd znosi te trupy na piaskowe mielizny. Byłam bardzo słaba. O jedzenie było u nas trudno i byłam chora. Prąd jest bardzo silny. Strzelali do mnie, więc starałam się płynąć jak najwięcej pod wodą."

Ofiara z Warszawy powinna była być złożona. Po dwóch miesiącach walk Niemcy .byli panami ruin miasta. Armia Czerwona stała na linii Wisły. Intelektualiści komunistyczni mieli zbyt wiele roboty, aby rozpamiętywać nieszczęście miasta. Przede wszystkim puścić w ruch drukarnie. Słowo jest podstawą tego systemu. Panowanie nad umysłami daje podstawę do rządzenia krajem. Gamma był jednym z głównych organizatorów prasy w mieście Lublinie.

W ciągu tych lat stał się lepszym pisarzem, niż był przed wojną. Jego nieduży talent nie mógł istnieć samodzielnie, wymagał podpory doktryny. Socjalistyczny realizm wzmacnia małe talenty i niszczy wielkie. Prymitywizm, którego Gamma przestał już się wstydzić, nadawał teraz jego utworom cechy szczerości. W jego wierszach odezwał się jego własny głos, który kiedyś próbował sztucznie stłumić: krzykliwy i donośny. Napisał szereg poprawnych opowiadań według wzoru, który owocował wtedy w Rosji tysiącami stron prozy. Były to opowiadania o walce z Niemcami i o nazistowskich okrucieństwach.

W styczniu 1945 roku Armia Czerwona rozpoczęła ofensywę, przeszła przez Wisłę, nad którą stały ruiny martwej pozbawionej mieszkańców Warszawy i szybko zbliżała się ku Berlinowi. Gamma również ruszył na zachód. Partia skierowała go do Krakowa, miasta, które po zburzeniu Warszawy przygarnęło największą ilość pisarzy, uczonych i artystów. Tam zaznał słodyczy dyktatorstwa. Z zakamarków starych domów, można by powiedzieć: spod podłogi, zaczęły się wyrajać dziwnie ubrane stwory - w szczątkach futer, w chłopskich kurtkach ściągniętych pasami, w niezgrabnych buciorach mających sznurki za sznurowadła. Byli wśród nich intelektualiści, którym udało się przeżyć lata niemieckiej okupacji. Dla wielu Gamma był przed wojną tylko początkującym poetą, którego utworom nie uważali za stosowne udzielać żadnej uwagi. Teraz jednak wiedzieli, że Gamma jest wszechmocny. Od jego słowa zależała możliwość druku, posady w redakcjach, mieszkania i zarobki. Zbliżali się do niego z obawą. Ani przed wojną, ani w swojej działalności podziemnej nie byli komunistami. A jednak nowy rząd był faktem. Wiadomo było, że nic nie zapobiegnie takiemu rozwojowi wypadków, jakiego będzie życzyła sobie Moskwa oraz Gamma i jego towarzysze. Wielka jest magia władzy. Gamma z szerokim uśmiechem przyjaźni ściskał wyciągnięte dłonie i bawił się. Obserwował opornych i tych, którzy starali się nie okazywać, jak bardzo zależy im na pozyskaniu jego względów. Niemało było też takich, którzy zdradzali wszelkie cechy daleko posuniętego służalstwa. Wkrótce Gamma był otoczony dworem potakujących, którzy krzywili się, kiedy się krzywił, wybuchali głośnym śmiechem, kiedy raczył opowiadać dowcipy.

Być może nie umiałby tak szybko stać się postacią popularną, gdyby postępował tak jak dawniej - porywczo i brutalnie. Miał jednak za sobą dobrą szkołę. Lata, które spędził w Rosji, nie były - jak powiedziałem - nawet dla "pewnych" pozbawione cierpień i poniżeń. Obserwując życie w Rosji i spędzając długie godziny na dyskusjach o stalinowskiej taktyce i strategii - Gamma, jak i inni jego koledzy, zyskał należne przygotowanie do czekającej go pracy. Pierwsza i najważniejsza zasada: nie przestraszać; okazywać liberalizm; dawać możność zarobku; pomagać; werbować do redakcji i stawiać jedynie minimalne żądania; ludzie są nie przygotowani, ich mentalność jest podobna do mentalności głupców na Zachodzie. Karygodnym błędem byłoby stwarzanie punktów psychicznego oporu. Proces musi być stopniowy, tak aby pacjenci nie spostrzegli, kiedy i jak się zaangażowali. Druga zasada: jeżeli dostrzeże się oburzenie na drastyczność metod rządu, cenzury czy policji politycznej, natychmiast stawać po stronie tych, co się oburzają i samemu udawać najgłębsze oburzenie; rozkładać wtedy ręce i mówić, że trudno jest coś zrobić z idiotami, którzy zajęli odpowiedzialne stanowiska i popełniają karygodne błędy. Trzecia zasada: brać wszystkich, którzy mogą się przydać, niezależnie od ich przeszłości politycznej, z wyjątkiem zdecydowanych faszystów albo tych, którzy wykazali skłonność do kolaboracji z Niemcami.

Wiernie przestrzegając tych zasad Gamma kaptował zwolenników nowemu rządowi; stawali się nimi nie dlatego, że chcieli i niekoniecznie poprzez ich publiczne oświadczenia. Działo się to drogą faktów: rząd położył rękę na wszystkich drukarniach i objął w posiadanie wszystkie większe zakłady wydawnicze; każdy z pisarzy i uczonych miał wiele rękopisów z czasów wojny, kiedy domy wydawnicze były nieczynne; każdy chciał publikować. Z chwilą kiedy jego nazwisko ukazywało się na łamach pism kontrolowanych przez rząd albo jego książkę wydawała kontrolowana przez rząd firma - nie mógł twierdzić, że do nowych władców odnosi się wrogo. Po pewnym czasie udzielono koncesji kilku pismom katolickim i pewnej liczbie małych prywatnych firm wydawniczych; dbano jednak, aby zachowały one możliwie parafialny charakter i dzięki temu nie stanowiły pokusy dla lepszych autorów.

Nie żądać zbyt wiele: od nikogo nie żądano. W miastach powiewały narodowe flagi, aresztowania członków Armii Krajowej odbywały się po cichu. Starano się o danie należnego ujścia narodowym uczuciom. Hasłem była wolność i demokracja. Zgodnie z taktyką wypróbowaną przez Lenina ogłoszono podział majątków ziemskich pomiędzy chłopów; brali, pracowicie odmierzali nowe działki, które wzbogacały ich małe gospodarstwa; nie było wtedy oczywiście mowy o kołchozach; te, jak wiedział Gamma i towarzysze, przewidziane były na później, "w następnym etapie". Wtedy jeśli ktokolwiek ośmielał się mówić o kołchozach, był karany jako wróg ludu rzucający oszczerstwa na rząd i próbujący w ten sposób szerzyć niepokój.

Oczywiście właściciele ziemscy, którym skonfiskowano ziemię, nie byli zadowoleni; większość jednak majątków, tak samo jak fabryk i kopalń, znalazła się już w czasie okupacji niemieckiej pod niemieckim zarządem przymusowym i właściciele byli w praktyce z posiadania wyzuci. Nienawiść klasowa chłopów do dworów nie była silna w naszym kraju i wypędzanym właścicielom nie czyniono krzywdy. Masy ludności miast nie czuły szczególnej sympatii do tej feudalnej warstwy i nikt nie przejmował się utratą przez nią jej znaczenia. Nie przejmowali się tym też intelektualiści. Że fabryki i kopalnie przechodzą na własność państwa, wydawało im się na ogół słuszne - należy też zważyć, że działo się to po pięciu i pół latach rządów nazistowskich, które zniweczyły szacunek dla prywatnej własności; słuszna na ogół wydawała im się również radykalna reforma rolna. Interesowało ich co innego: granice swobody słowa. Te były dość szerokie. Jedno było pewne: nie wolno było napisać nic, co by podawało w wątpliwość doskonałość instytucji Związku Radzieckiego. Przestrzegała tego pilnie cenzura. Pochwały nie były jednak, jak później, obowiązkowe. Można było milczeć na ten temat.

Mimo to wszystko ludność całego kraju była ogarnięta jednym uczuciem: potężnej nienawiści. Nienawidzili chłopi dostający ziemię; nienawidzili robotnicy i urzędnicy wstępujący do Partii; nienawidzili członkowie "legalnej" partii socjalistycznej, która otrzymała nominalny udział w rządach; nienawidzili pisarze zabiegający o wydanie ich rękopisów. Ten rząd nie był własny: istnienie swoje zawdzięczał bagnetom obcej armii. Łoże małżeńskie na zaślubiny rządu z narodem było przybrane w narodowe godła i flagi, ale spod łóżka wystawały buty enkawudzisty.

Nienawidzili również ci, którzy łasili się do Gammy. Wiedział to i było to dla niego źródłem niepoślednich przyjemności. Uderzał w czułe punkty i obserwował reakcje. Przerażenie i furia, które pojawiły się na twarzach rozmówców, ustępowały natychmiast miejsca przymilnemu uśmiechowi: tak, tak być powinno. Miał ich w ręku. Od niego zależały ich posady, jego ołówek mógł wykreślić ze złożonej strony pisma ich wiersze i artykuły; jego opinia mogła sprawić, że ich książki zostałyby odrzucone przez dom wydawniczy. Musieli być grzeczni. Co do niego, to bawiąc się nimi okazywał jak najżywszą przyjaźń; pomagał, pozwalał zarabiać, dbał o ich kariery.

Spotkałem się z Gammą w Krakowie. Wiele lat upłynęło od naszych dyskusji w "mensie"; w czasie jednej z nich wrzuciłem mu do zupy z wyraźnie złośliwą intencją pudełko zapałek; ponieważ był skłonny do napadów wściekłości, doszło wtedy do bokserskiego pojedynku. W ciągu tych lat uzupełniałem studia w Paryżu, później mieszkałem w Warszawie. Z naszego uniwersyteckiego miasta wyemigrowałem, bo na życzenie miejscowej administracji wyrzucono mnie z pracy; podejrzany byłem o sympatie komunistyczne (zdaje się, że dla wszelkich policji na świecie rozróżnienie pomiędzy lewicą stalinowską i antystalinowską przedstawia niepokonane trudności) i o zbyt życzliwy stosunek do Litwinów i Białorusinów (słusznie). Teraz byłem uchodźcą ze spalonej Warszawy. Mój majątek składał się z robotniczego ubrania, które miałem na sobie, i z parcianego worka na plecach, w którym wyniosłem swoje rękopisy, przybory do golenia i groszowe wydanie "Żebrackiej opery" Gaya. Z punktu widzenia interesów Związku Radzieckiego nie zasłużyłem się niczym w ciągu lat wojny; przeciwnie, miałem pewne grzeszki na sumieniu. Byłem jednak teraz potrzebny i użyteczny; moje pióro przedstawiało wartość dla nowego ustroju.

Spotkanie z Gammą było niemal czułe. Dwa psy, dość sztywne, ale uprzejme. Pilnowaliśmy się, żeby nie pokazywać sobie zębów. Gamma pamiętał naszą dawną rywalizację literacką, która przyczyniła mu zmartwień; pamiętał również mój list otwarty przeciwko stalinistom, który stawiał mnie mniej więcej na pozycji dzisiejszych zachodnich dysydentów. Do dawnych jednak kolegów uniwersyteckich odnosił się z sentymentem. Tego sentymentu ja również nie byłem pozbawiony. To pomogło przełamać pierwsze lody. Tak zaczęła się między nami gra, która miała trwać długo.

Nie była to tylko gra między mną i Gammą. Grę tę prowadziliśmy my wszyscy, to jest intelektualiści, którzy przeżyli wojnę pod nazistowską okupacją, z grupą, która przybyła ze Wschodu. Podział był wyraźny. Znacznie ważniejsze sprawy niż tylko rywalizacja osobista były tu zaangażowane. Po doświadczeniach wojny nikt z nas - nawet dawni nacjonaliści - nie wątpił o konieczności reform; nasz naród powinien był się zmienić w naród robotników i chłopów - i to było dobre; uczony, pisarz, artysta przestawał być osobnikiem zawieszonym w pustce, zyskiwał kontakt z masą, otwierały się przed nim nieograniczone możliwości. A jednak chłop, który dostawał ziemię, nie był zadowolony. Bał się. Robotnik, mimo że z wielkim samozaparciem pracował nad uruchomieniem fabryk, nie miał bynajmniej poczucia, że fabryki należą do niego, mimo że tak zapewniała propaganda. Intelektualista rozpoczynał marsz na linie, balansując z trudem nad pułapkami cenzury. Drobni przedsiębiorcy i kupcy czuli strach warstwy skazanej na zniszczenie we właściwym terminie. Była to dziwna rewolucja nie mająca w sobie cienia rewolucyjnej dynamiki, robiona przy pomocy dekretów z góry. Intelektualiści, którzy spędzili wojnę w kraju, byli szczególnie wrażliwi na powszechne nastroje. Dla Gammy i towarzyszy te nastroje dawały się zamknąć w formułce "przeżytków świadomości burżuazyjnej", jednak formułka ta nie obejmowała prawdy. Masy tego narodu czuły, że nic nie zależy od nich i nic nie będzie zależało. Wszelka dyskusja miała odtąd służyć tylko jednemu celowi: usprawiedliwianiu decyzji odległego Centrum. Opierać się? Ale w systemie, w którym wszystko przechodzi stopniowo na własność państwa, sabotaż godzi w interesy całej ludności. Tylko opór myśli był możliwy. Intelektualiści (a przynajmniej ich większość) czuli, że mają poważny obowiązek. Publikując artykuły i książki dawali rybakowi - to jest grupie wschodniej - satysfakcję. Ryba schwyciła przynętę. Jak wiadomo, kiedy ryba chwyci przynętę, należy popuścić linkę. Linka została popuszczona i do chwili kiedy rybak postanowił rybę wyciągnąć, zaszły w naszym kraju pewne korzystne procesy kulturalne, które nie były możliwe na przykład we włączonych bezpośrednio do Związku krajach bałtyckich. Pozostawało obliczać, jak długo może potrwać ten stan rzeczy. Mogło to być równie dobrze pięć, jak dziesięć czy piętnaście lat. Była to jedynie możliwa gra. Zachód nie liczył się. Tym mniej liczyła się polityczna emigracja.

Gra pomiędzy mną i Gammą miała oprócz tych cech ogólnych zabarwienie osobiste. Gamma nie był wolny od poczucia winy, które sięgało wstecz do jego dzieciństwa. Szczególna troska, jaką okazywał członkom naszej dawnej grupy, płynęła zarówno ze wspólnych wspomnień młodości, jak z chęci, aby ci, którzy nie zostali stalinistami, zostali teraz nawróceni: w ten sposób jego czyny zyskałyby pełne usprawiedliwienie. Trudność polegała na tym, że Gamma był pesymistą, a nawracani nimi nie byli. Pozory ocen krytycznych stosowanych do jakiegoś pisarza są często mylne. Gamma, jako pisarz wierny centrum, okazywał urzędowy optymizm. W istocie po latach spędzonych w Rosji był przekonany, że Historia jest wyłączną domeną diabła i kto służy Historii, podpisuje diabelski cyrograf. Wiedział zbyt wiele, aby się łudzić.

Gra nasza nie toczyła się tylko w Polsce. Nie bez wpływu Gammy Jerzy, który stał się poetą katolickim, został wysłany jako attache kulturalny do Francji, ja jako atache kulturalny - do Stanów Zjednoczonych. Pobyt za granicą dawał znaczne korzyści: publikowałem bezczelne poematy i artykuły, w których czaiły się zniewagi dla Metody. Kiedy spostrzegłem, że struna jest zbyt napięta, posyłałem coś, co mogło świadczyć, że dojrzewam do nawrócenia. Gamma pisał do mnie serdeczne i kłamliwe listy. Obaj popełnialiśmy błędy. Gamma wiedział, że ryzyko mojej ucieczki jest nieduże: bardziej niż ktokolwiek inny byłem związany z moim krajem; byłem poetą, mogłem pisać tylko w moim rodzinnym języku i tylko w Polsce była publiczność, złożona przeważnie z młodzieży, z którą mogłem uzyskać porozumienie. Wiedział też, że boję się zostać emigrantem i skazywać się na jałowość i pustkę, które są cechą każdego wygnania. Przeceniał jednak moje przywiązanie do literackiej kariery. Ja wiedziałem, że jego listy są fałszywe. Trudno jednak wyrzec się myśli, że w objawach czyjegoś uczucia nie kryje się odrobina prawdziwej przyjaźni. Sądziłem też, że jest dostatecznie inteligentny, aby nie oczekiwać ode mnie nawrócenia. Nadeszła chwila, kiedy postanowił użyć swego sztyletu. Stało się to w Warszawie. Cios był silny, ale chybił, czego dowodem jest, że mogę napisać ten portret.

Wyjazd Gammy za granicę nastąpił w chwili, kiedy po opanowaniu pierwszego bezładu przez nowych rządców przewidywać można było dłuższy okres względnej stabilizacji; wyeliminowanie partii chłopskiej, pochłonięcie socjalistów - te rozgrywki na najbliższą przyszłość nie przedstawiały się zbyt poważnie i wynik ich był z góry przesądzony, na ogół miał to być okres NEP-u; w życiu kulturalnym wskazany był liberalizm. Gamma uważał, że po napięciu nerwowym ostatnich lat należy mu się nieco spokoju, objął więc jedną z dyplomatycznych placówek.

Nową żonę posłał na wychowanie do pewnej instytucji pedagogicznej w Szwajcarii, aby nauczyła się tam języków i poprawnych manier. Wkrótce z żołnierki w niezgrabnych rosyjskich butach przekształciła się w laleczkę o utlenionych włosach i długich malowanych rzęsach. Była tres chic. Ubierała się w najlepsze paryskie suknie. Gamma zażywając spokoju poświęcał wiele czasu pisaniu. Napisał długą powieść; tematem jej był proces grupy młodych stalinistów w naszym mieście uniwersyteckim, proces, w którym sam był jednym z oskarżonych. Politycznie powieść jego była bez zarzutu; wydano ją spiesznie i recenzenci nie żałowali pochwał; co prawda te pochwały nie były tak gorące, jak można by było oczekiwać: w naszym kraju styl prozy nie uległ jeszcze wtedy procesowi niezbędnej sterylizacji; natomiast powieść Gammy nosiła wszelkie cechy tego ideologicznego ćwiczenia, które w Rosji nosi nazwę powieści. Miasto Wilno, gdzie działa się akcja, było w czasach naszej młodości miejscem niezwykle malowniczym - nie tylko ze względu na otaczające je lasy i pagórki czy swoją architekturę, również ze względu na wielość współistniejących tam kultur i języków. Nic z tej malowniczości nie przedostało się w prozę Gammy. Znakomicie bezbarwna, pozbawiona daru ewokacji rzeczy zmysłowych, służyła wyłącznie jako narzędzie relacji o zdarzeniach i ludziach. Ze zdarzeniami i ludźmi nie było jednak o wiele lepiej. Rozpoznając bez trudu rzeczywiste osoby w bohaterach powieści mogłem stwierdzić, że Gamma nie był w przedstawieniu postaci dokładny. Wyobraźnia powieściopisarza często przekształca ludzi, których miał on możność obserwować: zgęszcza barwy, wyłania spośród wielu cech psychicznych te, które są dla bohaterów najbardziej charakterystyczne; kiedy pisarz chce wiernie przedstawić to, co jest rzeczywiste, przekonuje się nieraz, że niewierność bywa największą wiernością: świat jest niewyczerpany w swoim bogactwie i im większy jest wysiłek, aby nic nie uronić z prawdy, tym więcej odkrywa się dziwów wymykających się pióru. Niedokładność Gammy była innego rodzaju. Tworzył, jak nakazywała Metoda, abstrakcyjne typy działaczy politycznych. W te gotowe formy wtłaczał żywych ludzi; jeżeli się nie mieścili, obcinał im bez żenady głowę albo nogi. Główne postacie - a byli nimi Stefan i Henryk - były zredukowane do ich udziału w politycznej akcji. A przecież znając ich dobrze wiem, jak bardzo skomplikowaną osobowością odznaczali się ci ludzie. Henryk, który znalazł śmierć przed niemieckim plutonem egzekucyjnym, był człowiekiem nieszczęśliwym, wewnętrznie rozdartym; był on najbardziej jaskrawym przykładem tragedii polskiego komunisty, szarpiącego się między dwiema lojalnościami. Stefan, który po powrocie z Moskwy stał się jednym z dyktatorów państwowej ekonomiki, stanowił zawsze dla mnie nie mniejszą zagadkę. Ciężki, ponury mężczyzna, o typie sowieckiego urzędnika, zmienił się najzupełniej od tego dawnego czasu, gdy wahał się, czy wybrać stalinizm. Znałem go, kiedy pisał wiersze i bystre literackie rozprawy. Wtedy był to młody Faust - upojony pięknem świata, ironiczny, błyskotliwy i drapieżny. Powieść Gammy nosiła tytuł "Rzeczywistość", ale niewiele w niej było z rzeczywistości. Był to raczej pamflet na Polskę przedwojenną, choć próbę, aby zdemonizować ówczesną dość niemrawą policję i ówczesnych ospałych sędziów, trudno byłoby uważać za udaną.

Po napisaniu tej książki o latach naszej młodości Gamma zaczął się nieco nudzić za granicą. Podróżował. Zwiedzał szereg krajów europejskich, pojechał do Afryki. Dawniej, w czasach naszych dyskusji w "mensie", marzyliśmy o podróżach. Nasze wątpliwości, czy uda się nam kiedyś te marzenia zrealizować, okazały się zbyteczne: dane nam było zaznać aż nadto tego gatunku rozrywki. Przyjemności, jakie Gamma czerpał z podróży, nie były zresztą wyrafinowane. Dla zabytków architektury i sztuki miał niewiele ciekawości, podglądanie szczegółów życia ludzkiego w różnych cywilizacjach nie pasjonowało go nadmiernie: gdyby było inaczej, byłby innym i lepszym pisarzem. Podróże dla niego były interesującym zabijaniem czasu, nasycały też ambicję dawnego prowincjonała.

Poza podróżowaniem główną przyjemność czerpał z gry, jaką uprawiał z cudzoziemcami. Ich przekonanie, że Gamma jest w gruncie rzeczy "liberalny", nie było zbyt dalekie od prawdy: jego gwałtowność, z jaką oburzał się na niektóre zbyt brutalne metody stalinizmu, nie dałaby się zakwalifikować jako całkowity fałsz; Gamma uważał siebie za sługę diabła, ale diabła rządzącego Historią nie kochał. Oburzając się popuszczał sobie cugli, wiedział, że jest to użyteczne jako chwyt, bo wyrabia mu dobrą opinię. Równocześnie śledził reakcję rozmówców, śmiejąc się wewnętrznie z ich prostoduszności.

Obowiązki dyplomatyczne, przyjęcia, polityczne tresowanie personelu. W wieczory wolne od zajęć Gamma urządza! partie brydża. Był zaciekłym i dobrym brydżystą. Mawiał, że jest zbyt zmęczony pracą, aby móc robić coś innego niż grać w karty. Skarżył się, że dyplomacja uniemożliwia mu pisanie. Naprawdę było inaczej. Gamma osiągnął w młodym wieku szczyty kariery; gdyby zechciał, mógłby zostać ministrem - w kraju, w którym stanowisko ministra uchodzi za podrzędne, bo ponad ministrami stoi Komitet Centralny Partii. Gamma był członkiem Centralnego Komitetu. Co dalej? Ten punkt zatrzymania i obrachunku w pięknej, zachodniej stolicy nie dawał nic prócz czczości. "Qu'a tu fait, toi que voila, de ta jeunesse?" - mówi wiersz francuski, który jest jak wołanie echa. Co zrobił ze swojej młodości? Gdzież było coś, co mógłby uznać za własne, a nie za twór determinizmu Historii? Zbliżał się do czterdziestki i zdolny był patrzeć jasno. Wracało dawne poczucie literackiej porażki. Czuł się pusty jak sito, przez które wieje wiatr. Ten wiatr historycznej konieczności odbierał sens literaturze: jeszcze jedno zręczne ideologiczne równanie, jeszcze ileś tam stron poprawnej prozy. Po co, jeżeli z góry wiadomo, co ma być tam powiedziane, jeżeli określa to linia Partii. W blasku świec migotały złocenia ścian i wielkie osiemnastowieczne lustra. Gamma grał w brydża nie dlatego, że był zmęczony, ale dlatego, że uwalniało go to od znalezienia się sam na sam z ćwiartką nie zapisanego papieru. I dyplomacji, i kart używał jako wybiegu przed samym sobą.

Przyzwyczaił się do tego trybu życia. Partia nie lubi jednak takich przyzwyczajeń do wygody. W Polsce zachodziły zmiany. Kurs stał się ostry. Od pisarzy zażądano wreszcie ścisłej ortodoksji. Gamma był potrzebny na miejscu. Z żalem opuszczał osiemnastowieczny pałac i piękną stolicę. Znał dobrze świat Wschodu, do którego wracał: czekały go zażarte walki, intrygi, strach tych, co są na szczytach, przed gniewnym zmarszczeniem brwi Moskwy. Nic nie mogła pomóc rozpacz. Musiał jechać. Stanowisko, jakie otrzymał, było wyższe rangą niż stanowisko ambasadora w zachodniej stolicy. Gamma został - tym razem już oficjalnie - politycznym nadzorcą wszystkich pisarzy, dyrektorem sumień. Do jego funkcji należało przestrzeganie, aby literatura rozwijała się zgodnie z linią. Rząd właśnie ofiarował Związkowi Literatów Polskich nowy, świeżo wykończony dom w Warszawie. Mieściła się w nim wielka, nowocześnie urządzona sala zebrań z rzędami krzeseł wznoszącymi się amfiteatralnie; sale konferencyjne; biura; mieszkania dla pisarzy; restauracja. Tam to urzędował Gamma, odbywając liczne konferencje z pisarzami, z wydawcami, z policją bezpieczeństwa i z przedstawicielami związków pokrewnych.

Mieszkanie dostał w innym rządowym domu zamieszkałym przez wyższych dygnitarzy. Dostęp do tego domu jest możliwy po uprzednim porozumieniu telefonicznym, ale numery telefonów nie figurują w książce telefonicznej i są udzielane tylko zaufanym. Policja bezpieczeństwa przy wejściu telefonuje na górę i sprawdza, czy rzeczywiście spotkanie było umówione, po czym odbiera dokumenty osobiste gościa i pozwala mu przeniknąć do wnętrza.

Gamma nie mylił się przewidując nowy okres intryg i walki, nie z pisarzami oczywiście, bo miał wobec nich stanowisko nadrzędne - choć i wśród pisarzy były osobniki niebezpieczne, górujące nad Gammą obkuciem w materializmie dialektycznym i precyzją rabinicznych umysłów. Prawdziwe walki toczyły się wyżej, w górze partyjnej, do której należał Gamma. Miał wielu wrogów. Bądź co bądź, pomimo długoletniego treningu, ciągle jeszcze wyłaził z niego zapalczywy szlachcic, wpadający w gniew, kiedy ktoś mu się sprzeciwił i wtedy nie umiejący już ukryć, że traktuje ludzi jak służbę na swoim folwarku. To momenty jawnej brutalności (będąc ambasadorem mógł wobec swego personelu pozwalać sobie na nią bezkarnie) przyczyniały mu teraz kłopotu. Poza tym linia w Polsce była już sztywna, jedno słowo szczere (chociażby to była szczerość używana do kaptowania zwolenników) mogło pociągnąć za sobą zgubne następstwa. Wkrótce po powrocie Gammie zdarzyła się jedna z największych gaff jego politycznej kariery. Stało się to na wiecu, który się odbył bezpośrednio po wybuchu wojny w Korei. Gamma odpierając "szeptaną propagandę" wykrzyknął zapalczywie: "Tak, zaatakowaliśmy pierwsi, bo jesteśmy silniejsi!" - i wiele trudu trzeba było, aby zatuszować to niefortunne wystąpienie.

Gamma musiał też wziąć się poważnie do pisania. Członkiem Związku Literatów Polskich może być tylko pisarz "aktywny", to jest taki, którego utwory ukazują się w prasie czy w firmach wydawniczych (ryba, która schwyciła przynętę, została wyciągnięta na brzeg; pisarze musieli już teraz pisać i publikować pod grozą wykluczenia ze Związku i utraty wszelkich przywilejów). Zasada aktywności tym bardziej obowiązywała wyższych funkcjonariuszy.

"On robi tę walkę z imperializmem i propagandę na rzecz pokoju - powiedział ktoś w Warszawie o Gammie - ale marzy o jednym: o wojnie. Bo gdyby wybuchła wojna, to byłyby przemówienia, latanie samolotami, korespondencje z frontu i nie musiałby zasiadać co dzień za biurkiem i męczyć się nad powieścią. Ale na złość jemu będzie pokój i będzie miał w tym swoim wytwornym apartamencie pięć biurek i na każdym zaczętą powieść i co dzień będzie wył z rozpaczy, bo wie, że to, co pisze, to jest drewno."

Trudno zazdrościć temu człowiekowi wyboru, jakiego dokonał i jego wiedzy uszczkniętej z drzewa wiadomości dobrego i złego. Patrząc na swój kraj wie, że jego mieszkańców czeka coraz większa doza cierpienia. Patrząc na siebie wie, że żadne słowo, które wypowie, nie będzie jego własnym. Jestem kłamcą - myśli o sobie i sądzi, że za jego kłamstwa odpowiedzialny jest determinizm Historii. Czasem nawiedza go jednak myśl, że diabeł, któremu zapisał swoją duszę, został wyposażony w siły przez takich właśnie ludzi jak on sam i determinizm Historii jest tworem ludzkich umysłów.

 

 

DELTA - CZYLI TRUBADUR

 

W Europie Środkowej i Wschodniej słowo "poeta" ma nieco inne znaczenie niż na Zachodzie. Poeta nie jest tam tylko wynalazcą pięknie ułożonych zdań. Tradycja wymaga, aby był "bardem" narodowym, pieśniarzem, którego pieśni mogą pochwycić liczne usta, i aby zajmował się w swoich wierszach tym wszystkim, co stanowi przedmiot publicznego zainteresowania. Co prawda w każdym okresie Historii te obowiązki poety pojmowano inaczej. Zdaje się, że Delta najlepiej czułby się w czasach, kiedy królowie i książęta zapewniali poetom miejsce przy swoim stole w zamian za wzruszanie pieśnią i śmieszenie dowcipem. Nawet strój dawnych epok lepiej zgadzałby się z jego powierzchownością niż marynarki naszego stulecia, a lutnia w ręku i długie włosy mogłyby dopiero otworzyć obraz stosowny do jego charakteru.

Delta miał ciemną, cygańską cerę, był piegowaty, niewysoki, jego gębę, kiedy się śmiał, wykrzywiał sardoniczny grymas, włosy odgarniał w tył z wysokiego czoła. Jego głowa była nieproporcjonalnie duża w stosunku do tułowia, miał w sobie coś z karła i błazna, tak jak go malowali w scenach książęcych uczt dawni malarze. Zdradzał skłonność do ekscentrycznych ubrań, krawaty lubił wiązać na luźny, duży węzeł. Zdarza się często, że ci, którzy zewnętrznymi cechami chcą podkreślić swoją przynależność do artystycznego klanu, są w gruncie rzeczy podrzędnymi artystami. U Delty jednak artystyczna nonszalancja była częścią planu aktorstwa, które praktykował: każdym swoim gestem, intonacją głosu bawił się, jeżeli tak można powiedzieć, ze światem, akcentował różność swego rytmu od rytmu otoczenia. Jego rytm był sugestywny. Delta znakomicie recytował swoje wiersze w wielkich salach pełnych publiczności; był dobrym aktorem, panował nad salą, to znaczy miał tę sztukę wytrzymania słuchaczy aż do chwili największego napięcia i miarkowania słów oraz ich tonu, tak aby to napięcie się nie zmniejszało. Narzucał swój poemat au ralenti, robił pauzy między słowami i chociaż mówił, właściwie śpiewał. Był wtedy wcieloną inkantacją rytmiczną, zmieniał się, olbrzymiał.

Nikt nie zna pochodzenia Delty. Przekształcał swoją biografię stosownie do potrzeb chwili. Jego ojcem był raz zakrystian, kiedy indziej restaurator, rodzina to wywodziła się z Czech, to znów miała moskiewskie koneksje. U Delty granice pomiędzy fantazją i prawdą nie istniały.

Swoją znajomość obcych języków pozbierał nie wiadomo skąd. Trudno byłoby go sobie wyobrazić zasiadającego za stołem ze słownikami i gramatyką. A jednak cytował obficie łacińskich, angielskich, francuskich i niemieckich poetów. Przez pewien niedługi czas studiował na uniwersytecie, gdzie wsławił się tym, że napisał pracę o angielskim poecie siedemnastego wieku, który nigdy nie istniał. Praca podawała obszerną biografie poety i zajmowała się szczegółową analizą okoliczności, w których powstały poszczególne jego utwory. Szarlatan, mistyfikator - oto czym chciał być wtedy, jak zawsze, Delta, bawiąc się doskonale, kiedy pedantyczny profesor znalazł się w kłopocie przytłoczony tak oczywistym dowodem erudycji.

Delta był nałogowym alkoholikiem. Alkoholizm (zwykle były to cykle trwające po kilka dni) wprowadzał go w stan halucynacji, który wyrażał się działaniami, jakie nie zdarzają się innym pijakom. Wchodził do biura podróży i żądał szklanki piwa. Jechał dorożką (przed drugą wojną światową ten sposób lokomocji ciągle jeszcze pospolity był w Warszawie), zatrzymywał dorożkę, zdejmował palto, rzucał je na jezdnię i w obliczu zdumionego tłumu sikał flegmatycznie na palto; był to akt najzupełniej irracjonalny, trudno byłoby wyśledzić powody poza skłonnością do ekshibicjonizmu. Do swoich znajomych przychodził i uskarżał się, że trudno mu było znaleźć adres, bo, jak mówił, "jego ludzie", których porozstawiał na ulicach i którzy mieli mu pokazywać drogę, tak się przebrali, że nie mógł ich rozpoznać. Te i tym podobne wybryki świadczyły, że Delta poprzez alkohol zanurzał się w świat opowieści E.T. A. Hoffmana czy Edgara Poego. Otoczony był z tego powodu legendą. W kawiarniach literackich lubiono opowiadać najnowsze wariactwa Delty.

Powodem legendy była również jego poezja. Nie była ona podobna do niczego w Europie z pierwszej połowy dwudziestego wieku. Delta nie ulegał wpływom szkół literackich. Czerpał z poezji przeszłości, przebywał w aurze cywilizacji łacińsko-włoskiej, która w naszym kraju zostawiła dość silne ślady. Wzięte stamtąd rekwizyty układał w sposób przypominający jego pijackie fantasmagorie. W jego wierszach występowały pyzate barokowe anioły, czarownicy ulatujący przez okno, porwani nieznaną siłą (w ostatniej chwili ratuje ich od tego losu żona chwytając zębami za ucho), astronomowie wieszczący koniec świata, polowania z sokołami. Wplatały się w to gramofonowe płyty z muzyką Mozarta i Bacha, bezrobotni sprzedający motylki (dlaczegóżby ostatecznie nie mieli sprzedawać motylków?), planety jako panny w niebieskich majtkach, zabawy ludowe na przedmieściach. Jego poezja była tragiczna i komiczna, bezsensowna i pełna sensu równocześnie. Przypominała przez swoją alogiczność i mieszaninę różnych elementów tę poezję nowoczesną, która chętnie uważa się za objaw schyłkowy, ale różniła się od niej w jednym: pomimo dziwacznych zestawień obrazów nie była niezrozumiała. Czytelnik poddawał się jej muzycznemu czarowi, przełykał porcje abstrakcjonizmu, które u innych poetów go tylko drażniły, śmiał się z niespodziewanych wolt autora, jednym słowem - niepostrzeżenie dla siebie wkraczał w wymiar, gdzie obowiązywały inne niż w życiu codziennym prawa.

Delta publikował wiele wierszy humorystycznych, podpisywanych najrozmaitszymi pseudonimami. Jego inwencja w wynajdywaniu tematów zdawała się niewyczerpana. M.in. napisał na przykład cykl zatytułowany "Piosenki naczelnika wydziału grobownictwa". Na tomikach lubił umieszczać spis fikcyjnych swoich dzieł; przypominam sobie taki tytuł: "Wstęp do ludożerstwa - skrypt z wykładów, wyczerpane". Ponieważ podobał się czytelnikom, miał wiele propozycji z redakcyj i z radia. Pióro było jedynym źródłem jego utrzymania, potrzebował pieniędzy i nigdy ich nie miał, bo honoraria natychmiast przepijał.

Kiedy był trzeźwy, nikt nie mógłby przypuścić, patrząc na niego, że jest on autorem wierszy, które rozśmieszały publiczność. Małomówny, ponury, patrzył spode łba. Ożywiał się tylko na widok pieniędzy. W targach był nieubłagany. Wymieniał sumę i żadne argumenty nie mogły go skłonić do ustępstw. Co więcej, żądał wypłaty natychmiast, czym doprowadzał redaktorów do ciężkiej walki wewnętrznej: chcieli mieć wiersz Delty, ale dać mu pieniądze znaczyło narazić się na ryzyko, że Delta zacznie swój cykl pijaństwa i zapomni o zobowiązaniu. Niektórzy znajdowali na to sposób: dawali pieniądze i nie opuszczali Delty ani na krok, zanim nie oddał rękopisu. Takie transakcje odbywały się nieraz w kawiarni. Banknot leżał na stoliku pomiędzy partnerami. Delta, po daremnych próbach zmiękczenia przeciwnika, wyjmował pióro, pisał wiersz (który, stosownie do jego nastroju, mógł być znakomity albo słaby) i zgarnąwszy banknot szedł pić.

Zdarzało się, że Delta lądował w sanatorium dla alkoholików. Rezultaty kuracji nie bywały dobre. Opowiadano o zwycięstwach Delty w walce z lekarzami: w jednym z sanatoriów - jak wieść niosła - zwycięstwo jego było tak całkowite, że lekarze i pacjenci, na równi pijani, urządzali na rowerach wyścigi po korytarzach.

Szarlatan, alkoholik. A jednak Delta był wybitnym i - wbrew pozorom - tragicznym poetą. Rozpoczął swoją działalność literacką w latach wielkiego ekonomicznego kryzysu. Bezrobocie, powszechna beznadziejność, rozwój nazizmu w sąsiednich Niemczech - wszystko to wpłynęło na charakter jego twórczości. Delta słusznie był nazywany "królem nonsensu". Z jego wierszy przezierała groźna wizja - dla tych, co ją umieli spostrzec, nie dając się uwieść zewnętrznym błazeństwom - końca cywilizacji, zbliżającego się "wieku żelaza", katastrofy. Nic nie miało wtedy racjonalnych podstaw, wszystko zdawało się przegrane na wiele lat przed chwilą, kiedy zostało przegrane w rzeczywistości i Europa pogrążyła się w ciemność i okrucieństwo. Pojęcia i obrazy, których używał Delta, miały konsystencję marzeń sennych, powracały w nich groza i piękno minionych wieków, ale nie mogły stanowić żadnego oparcia, goniły jedne za drugimi z szybkością pośpiesznego pociągu. Madonna, która często pojawiała się w wierszach Delty, nie była madonną pobożnych, tylko stylowym ornamentem. Faszyści i komuniści w wierszach Delty zabijali się wzajemnie z zapałem jak aktorzy w grand guignolu, a Delta wykrzykiwał z kpiną: "Rzeczywistości! Święta Mamo! Dla ciebie pająki zabijać to to samo!" I miał rację, kiedy mówił: "Wsparty na Watermanie - Odchodzę w otchłanie - Wiekuistego zwątpienia".

"Koniec świata" - taki tytuł nosił jego poemat, w którym uczeni i politycy, członkowie rewolucyjnych partii, kochankowie i pijacy, kanarki i koty zostają wreszcie zmieceni przez katastrofę kosmiczną - ku zadowoleniu poety i aby wypełniła się "marność nad marnościami" Eklezjasty - a wszystko opisane piórem, które się bawi. W innym jego poemacie - "Zabawa ludowa" - są karuzele, pary na trawie, zaśmiecone pustymi butelkami trawniki, huśtawki - i nagle niebo się chmurzy, deszcz zaczyna padać i to pochmurne niebo - w sposób będący tajemnicą kunsztu Delty - kojarzy się ze smutną eklogą Wergiliusza i ze szczekaniem karabinów maszynowych.

Najbardziej niezwykłym poematem Delty był "Bal u Salomona". Dlaczego król Salomon wydał bal? Dlaczego król Salomon żyje w dwudziestym wieku? Może to zresztą nie król Salomon, tylko Salomon po prostu? Dlaczego na salę wkraczają bezrobotni sprzedający motylki? Kto śpiewa pieśni perskie o Gulistanie, ogrodzie róż? Skąd nagle zjawiają się hordy policjantów i zaczynają tańczyć dzikie tańce? Nie warto troszczyć się o podobne pytania. Istnieje szczególna logika snu i tylko taki poeta jak Delta potrafi używać jej swobodnie. "The women come and go talking about Michelangelo" - pisał T.S. Eliot chcąc wyrazić nonsens. U Delty rozmowy toczące się na balu u Salomona są dźwignięte o stopień wyżej - w krainę majaczeń i "wiekuistego zwątpienia".

Tematyka poezji Delty była przygnębiająca. A jednak poezja jego - tu jeszcze jedna z wewnętrznych sprzeczności tego fenomenu - wolna była od smutku i rozpaczy. Przeciwnie, biła z niej potężna afirmacja życia. Każdym swoim słowem Delta pochwalał świat taki, jakim go widział: kłębowisko absurdalnych zabaw, dążeń, słów i walk. Kochał swoją fantasmagorię. Kochał karuzele, tańczące Cyganki, statki na Wiśle wypełnione tłumem w niedzielne poranki, żonę, do której pisał ody, koty śpiące na parapetach, kwitnące jabłonie. Był zwolennikiem entuzjazmu i radości samych w sobie, czegokolwiek dotknął, zmieniało się w widowisko pełne ruchu, barw i muzyki. Można powiedzieć, że tematy dla Delty były tylko pretekstem. Wysnuwał z siebie nić jak jedwabnik i owijał nią, cokolwiek napotkał na swej drodze. Był zdolny tworzyć pieśni i hymny na każdy temat.

Delta nigdy nie wykazywał skłonności politycznych. Swoje kpiny rozdzielał na równi pomiędzy zwalczające się ugrupowania. Dlatego z pewnym zdumieniem przyjęto nawrócenie się Delty - stało się to bodaj w r. 1937 - na skrajnie prawicowy nacjonalizm. Redaktor wielkiego prawicowego tygodnika długo zabiegał o pozyskanie Delty. Wreszcie mu się to udało i wiersze Delty zaczęły się ukazywać na łamach pisma, które niejako kupiło go na wyłączną własność. Pismo to miało kierunek antysemicki. Jego duży nakład był wynikiem szerzenia się nastrojów nacjonalistycznych w naszym kraju, "ruchu" znajdującego zwolenników szczególnie wśród młodzieży. Podobne "ruchy" pojawiały się wtedy we wszystkich krajach Europy, przykład Włoch i Niemiec był zaraźliwy. Liberalna publiczność z niedowierzeniem przyjmowała nową fazę wybryków Delty: wielbił maszerujące kolumny "falangi", prorokował w wierszach i artykułach "noc długich noży" - nową noc św. Bartłomieja dla Żydów, liberałów i lewicy. A jednak fakt był oczywisty - takie utwory pojawiały się, były podpisane nazwiskiem Delty i nosiły wszelkie znamiona jego talentu.

Dlaczego Delta tak pisał? Sprawy rasowe były mu najzupełniej obojętne. Miał wielu przyjaciół wśród Żydów i tego samego dnia, kiedy ukazywały się jego rasistowskie wypowiedzi, przychodził do tych przyjaciół (oczywiście bywał wtedy pijany) i padając przed nimi na kolana, oświadczał im swoją miłość i prosił o przebaczenie. Przyczyny jego związku z prawicą trzeba szukać nie w jego politycznych upodobaniach. Delta, bufon i trubadur, nie był pozbawiony profesjonalnych zasad. Swoją profesję poety traktował z szacunkiem - ten szacunek nie rozciągał się jednak na to, o czym pisał i co głosił. Jak i dla kogo - to było ważne. Do ezoterycznych szkół literackich, którymi interesowało się jedynie małe grono smakoszów, odnosił się z pogardą. Poetów, których wiersze były zrozumiałe tylko dla nielicznych intelektualistów, wyśmiewał. Samotne rozmyślanie z piórem w ręku w czterech ścianach pokoju, bez nadziei znalezienia czytelników, nie było dla niego. Lutnia w ręku i tłum wielbicieli - oto czego pragnął, jak pragnęli dawni pieśniarze i poeci. Trudno o lepszy przykład pisarza buntującego się przeciwko izolacji intelektualisty w dwudziestym wieku niż Delta. Tenor, który znalazłby się na bezludnej wyspie, cierpiałby równie jak Delta, gdyby musiał publikować w małych magazynach czytywanych tylko przez snobów. Jego wrogość do Żydów (bo nie był od niej wolny) nie miała wcale tła rasowego: ograniczał ją do Żydów-pisarzy, którzy szczególnie byli skłonni do celebrowania "walorów" i "smaczków" literackich. Był to konflikt Delty z literacką kawiarnią. Z tej kawiarni szukał ucieczki. Poza tym Delta, jak się rzekło, był zwolennikiem entuzjazmu. Tłum maszerował. Tłum wywijał laskami: zdrowie, siła, pierwotność, wielka zabawa ludowa. Gdzie idą moi czytelnicy, tam idę ja, czego chcą moi czytelnicy, to im daję - stwierdzał Delta każdym swoim wierszem. Ponieważ "ruch" nacjonalistyczny zaczynał przybierać masowe rozmiary, Delta chciał kroczyć razem z masą. Z dumą opowiadał o tysiącach młodych ludzi, którzy umieją na pamięć jego wiersze. Duma jego nie była nie usprawiedliwiona: "awangarda", którą interesowali się tylko nieliczni, nie rozporządzała tak obszerną skalą środków artystycznych jak Delta. Wreszcie zważmy, że Delta potrzebował, aby istnieć, mecenasa - mecenas musiał go zmuszać do pisania, walczyć z jego pijaństwem, jednym słowem - sprawować nad nim kontrolę i opiekę.

Wybuchła wojna. Delta został zmobilizowany. Jego jednostka, w której był szeregowcem, stacjonowała we wschodniej Polsce, na granicy Związku Radzieckiego. Kiedy Armia Czerwona ruszyła na przyjazne spotkanie armii niemieckiej, Delta dostał się do niewoli rosyjskiej. Pewną ilość rozbrojonych żołnierzy polskich Armia Czerwona oddawała Niemcom. W ten sposób Delta stał się niemieckim jeńcem wojennym i został odesłany w głąb Rzeszy do jednego ze stalagów. Spędził tam pięć i pół roku. Używano go, jak innych jeńców, do różnych robót, przeważnie rolnych - jeńcy wojenni byli wypożyczani niemieckim bauerom. Kwalifikacje Delty do pracy fizycznej były wątpliwe. Trudno nawet wyobrazić sobie człowieka mniej przygotowanego do trybu życia, w którym najważniejszym i niemal nierozwiązalnym problemem było napełnianie sobie żołądka. Jednak przetrwał - dziwaczny błazen dworski w łachmanach, z łopatą, recytujący Horacego. Myślę, że pewną pomocą było mu to, że płynnie mówił po niemiecku.

Tymczasem w Warszawie panował terror: smutne były owoce nacjonalistycznej gorączki w Europie. Ci, którzy jeszcze niedawno skłonni byli patrzeć na Niemcy jako na wzór, teraz stali się ściganą zwierzyną, ginęli przed plutonami egzekucyjnymi i w koncentracyjnych obozach. Redaktor prawicowego pisma, który występował jako mecenas Delty, stał się jednym z najbardziej czynnych działaczy podziemia. Był to fanatyk patriotyzmu. Został mi w pamięci tak, jak go widziałem po raz ostatni w kawiarni, która równocześnie była siedzibą jego tajnej grupy i tajnego pisma, które wydawał. Jego chuda żydowska twarz podminowana była zaciekłością (jak wielu antysemitów w naszym kraju był pół-Żydem), oczy paliły się gorączkowo, z zaciśniętych ust wydobywały się słowa wezwań do natychmiastowego działania. Wkrótce potem gestapo wpadło na trop jego organizacji. Cały personel kawiarni - który składał się z najbliższych jego współpracowników - został aresztowany, sam redaktor dłuższy czas przebywał w więzieniu w Warszawie, zanim samochód ciężarowy wypełniony uzbrojonymi po zęby żandarmami nie zabrał go na ostatnią przejażdżkę. Został rozstrzelany w lesie pod Warszawą: piasek, sosny i słowa komendy. Była to zresztą dobrotliwa forma śmierci. Gorzej byłoby, gdyby redaktor podzielił losy trzymilionowej masy żydowskiej w Polsce, do której jako pół-Żyd mógłby być zaliczony. Znalazłby się w getcie, które zostało utworzone w Warszawie w r. 1940 rozkazem władz okupacyjnych. Stamtąd zapewne wysłano by go, jak innych, do komory gazowej.

"Ruch" nacjonalistyczny, maszerujące kolumny, podniecony tłum! Przegrana kampania r. 1939 obróciła to wszystko wniwecz, w gorzkie wspomnienie ludzkiego obłędu. Nazi wprowadzali w życie program antysemicki, ale już nie jako bojkot żydowskich sklepów czy turbowanie żydowskich przekupniów - ani jako literackie spory Delty. O tragedii getta warszawskiego, której byłem naocznym świadkiem, pisać mi trudno. Pisałem o niej wtedy, kiedy się odbywała. Obraz płonącego getta jest zbyt zrośnięty ze wszystkimi przeżyciami mego dojrzałego wieku, abym mógł mówić o tym spokojnie. O jednym tylko chciałbym tu opowiedzieć. Zdarza mi się często, że siedząc na tarasie paryskiej kawiarni czy idąc ulicami wielkiego miasta ulegam szczególnej obsesji. Patrzę na przechodzące kobiety: bujne włosy, podniesione dumnie podbródki, wysmukłe szyje, których linie budzą zachwyt i pożądanie - i wtedy pojawia mi się przed oczami zawsze ta sama dziewczyna żydowska. Miała pewnie ze dwadzieścia lat. Jej ciało było rozrośnięte, wspaniałe, radosne. Biegła ulicą z podniesionymi rękami, z piersią wysuniętą naprzód; krzyczała rozdzierającym krzykiem: " Nie! Nie! Nie!" Konieczność umierania była dla niej niepojęta: ta konieczność umierania przychodząca z zewnątrz, nie mająca żadnego wspólnictwa, żadnego przygotowania w jej ciele, które było stworzone do miłości. Kule pistoletów automatycznych S S dosięgły ją w tym krzyku protestu.

Ta chwila, kiedy kule zanurzają się w ciało, jest chwilą zdumienia organizmu. Trwają przez sekundę życie i śmierć równocześnie, zanim na bruku zostanie krwawy łachman w agonii, który esesman kopnie nogą. Dziewczyna nie była pierwszą i nie była ostatnią spośród milionów ludzkich istnień, których życie zostało przerwane nagle, w fazie rozkwitu żywotnych sił. Jednak upór, z jakim ten obraz powraca - i zawsze wtedy, kiedy sam czuję w sobie upojenie pięknem przebywania wśród ludzi - powoduje pewne rozważania. Jest to chyba sprawa sięgająca do tej samej sfery, do której należą zbiorowe orgie seksualne prymitywnych plemion: sprawa zastępczości przedmiotu pożądania albo poczucia wspólnoty, tożsamości wszystkich kobiet i mężczyzn, której monogamia nie może dać ujścia. Inaczej mówiąc, jest to podstawa miłości do ludzkiego gatunku: ta miłość chyba jest niemożliwa do pojęcia, jeżeli patrząc na tłum roześmianych kobiet nie przywołuje się tej dziewczyny żydowskiej jako jednej z nich, jako tożsamej i wciąż obecnej. Jednym z najpiękniejszych wierszy Delty, napisanych o jego pobycie w Niemczech, jest wiersz na śmierć młodej wenecjanki aresztowanej i deportowanej do Rzeszy. I jest to wiersz erotyczny: wenecjanka występuje w nim nie jako indywidualna, ta właśnie dziewczyna, ale jako piękno młodzieńczości, jako urok piersi, ramion, rąk, bioder zniszczonych przez śmierć.

Delta w 1945 r., razem z tłumami takich jak on niewolników, witał oddziały brytyjskie. Na terenie, gdzie przebywał, działały również jednostki polskiej armii Londynu: spotkanie, pijaństwo, pieśni. Wysuszywszy tamtejsze źródła pieniędzy i alkoholu, Delta wyruszył do Francji. Był to okres powszechnej wędrówki - znów jak ongiś w Polsce 1939 roku. Cała Europa była w podróży, miliony przymusowych robotników, więźniów i jeńców wracały do swoich krajów, inne miliony uciekały czy były wyrzucane ze swojej rodzinnej ziemi. Delta wszędzie spotykał wielką liczbę Polaków. Pisał wiersze patriotyczne i antyrosyjskie, które dobrze trafiały w powszechne namiętności. Od przeróżnych komitetów emigracyjnych wyduszał pieniądze. Jego przedwojenni wielbiciele cieszyli się, że przeżył i starali się zrobić dla niego, co było można.

Stopniowo jednak pobyt w Paryżu i Brukseli przestawał mu się podobać. Możliwości druku były nieduże, publiczność rozproszona po różnych krajach, coraz mniej też było pieniędzy. Delta czuł, że zmienia się w zwyczajnego ubogiego uchodźcę, na którego bufonady - i w zachowaniu się, i wierszach - nikt już nie zwraca uwagi. Ponura, gorzka emigracja, pustka i smak klęski. Gdzież była masa ludzka, w kontakcie z którą można odzyskać entuzjazm marszu? Masa ta była w rodzinnym kraju. Tam też była żona Delty, która przetrwała pięć i pół lat niemieckiej okupacji pracując jako kelnerka w warszawskich lokalach. Czytając pisma przychodzące z Polski Delta przekonywał się, że kurs był tam liberalny i że tam dopiero otwierało się dla niego pole działania. Wysłannicy rządu w. Warszawie zapewniali go, że zostanie dobrze przyjęty i że nie będzie mu się pamiętać jego przedwojennych prawicowych błędów.

Powrót jego do Polski odbył się z towarzyszeniem wszelkich przepisowych skandali: Delta od portu (przyjechał statkiem) był w stanie alkoholicznej i patriotycznej euforii; wysyłał z każdej stacji kolejowej depesze do żony. Kiedy wreszcie zjawił się w Krakowie (dokąd żona przedostała się po zniszczeniu Warszawy) w towarzystwie przyjaciółki, którą przywiózł z Brukseli, żona natychmiast zastosowała ostre represje i przyjaciółkę wyrzuciła za drzwi. Żona Delty była drobna, szczupła i czarnowłosa, miała orientalny typ urody: z lekka garbaty, wydatny nos, czarne oczy; lubiła nosić na pięknych rękach błyszczące bransolety. Pochodziła z rodziny gruzińskich emigrantów; wyglądała jak kaukaska Madonna. Była bierna i samicza, ale nie pozbawiona zmysłu do interesów i daru trzymania męża w ręku.

Powrót Delty był wygodny dla tych, którzy rządzili literaturą - i propagandą. Należało w tym okresie wykorzystać uczucia patriotyczne, a nawet podniecać szowinizm; była to silna karta do wygrania: wyzwolenie, "suwerenność", flagi narodowe, nienawiść do Niemców. Delta był poetą popularnym, znanym jako zwolennik prawicy - to zwiększało jego walor. Taki poeta dla rządowych pism stanowił znacznie lepszy nabytek niż wielu zbyt gorliwych lewicowców.

Delta zawsze potrzebował mecenasa. Teraz znalazł wreszcie mecenasa naprawdę hojnego: państwo. Cokolwiek teraz napisał, przynosiło mu obfite dochody. Jego pióro było zaiste złote: każdy ruch piórem na papierze - Delta pisał wielkimi zdobnymi literami na długich rulonach papieru - przymnażał mu większych niż kiedykolwiek dawniej korzyści. Entuzjazm słów, bez którego Delcie trudno było egzystować, również znajdował teraz dobre zastosowanie. Nie było już "falangi" ani podnieconego przeciwko mniejszościom narodowym tłumu. Ale była odbudowa kraju, którą pochwalili wszyscy, i było zaspokojenie pychy narodowej przez uzyskanie terytoriów na Zachodzie, które należały poprzednio do Niemiec. Tych elementów należało użyć w propagandzie, przy ich pomocy zwalczając powszechną nienawiść do narzuconego z zewnątrz rządu. Wiersze Delty były zawsze, z natury, pogodne, niezależnie od tego, co opisywał. To już było dobrze. Napełniał je teraz treścią optymistyczną: obrazami odbudowy i szczęśliwej przyszłości - to było jeszcze lepiej. Ponieważ nie miał żadnego kłopotu z wynajdywaniem dobrze płacących pism, Delta szalał: poematy, wiersze satyryczne, humorystyczne utwory prozą, dialogi wychodziły z jego warsztatu nieprzerwanym potokiem. Jedno z pism stworzyło dla niego stałą rubrykę, w której umieszczał co tydzień "sztuki teatralne": były to krótkie scenki "najmniejszego teatru świata", któremu nadał nazwę "Zielonej Gęsi". W żadnym innym języku nie zdarzyło mi się czytać równie czystego absurdu; bohaterami "Zielonej Gęsi" byli ludzie, zwierzęta i przedmioty; czytelnicy, asystując tym cotygodniowym przedstawieniom kabaretu Delty, wstydzili się trochę upodobania, jakie znajdowali w tych dziwactwach, ale pismo kupowali skwapliwie.

Jego działalność stanowiła przedmiot sporów. Ci, którzy chcieli się uważać za "pewnych" i ci, którzy poważnie traktowali swój marksizm, oburzali się: jak można - mówili - pozwalać temu błaznowi na brewerie, których miejsce byłoby raczej w kawiarni egzystencjalistów w Paryżu? Jest to oszalały drobnomieszczanin. Drukować na pierwszych stronach pism jego poematy, pozwalać mu na karierę? Ale każdy pamięta jego przeszłość, kiedy był antysemitą i kiedy swoich kolegów z lewicy straszył "nocą długich noży"! Teraz nikomu nie dzieje się tak wspaniale jak jemu. Czyż to nie jest odrażające?

Doświadczeni członkowie Partii uspokajali podnieconych purytanów, z pobłażliwym uśmiechem odnosząc się do ich naiwności. Delta jest potrzebny i użyteczny - na tym etapie. Ma on wielu zwolenników. Drukując go wszędzie, stwarza się atmosferę patriotyczną - patrzcie, nawet prawica i katolicy są z nami. Zaspokaja się przy tym pragnienia czytelników; nie są oni jeszcze przygotowani do poważnej, rozsądnej literatury. Wszystko to jest grą do czasu. W odpowiedniej chwili ukręci się Delcie łeb.

Kiedy w Polsce nastąpiło przejście od powściągliwego uwielbienia dla Rosji do jawnego bałwochwalstwa, Delta nie dawał się nikomu wyprzedzić. Pisał o bohaterstwie sowieckich żołnierzy, o wdzięczności, jaką dla Rosjan powinien czuć każdy Polak, o Leninie, o komsomolskiej młodzieży. Był jak najbardziej "na linii". Jako ceniony pisarz otrzymał wizę sowiecką i spędził pewien czas w Moskwie. Przysyłał stamtąd entuzjastyczne korespondencje wierszem i prozą. W jednej z nich stwierdzał, że wszystko w Moskwie jest wspaniałe, ma jej tylko jedno do zarzucenia: jest ona zbyt podobna do Taorminy, bo je się w niej równie dużo pomarańcz jak na Sycylii, a on, Delta, pomarańcz nie lubi.

Korespondencje z Moskwy doprowadziły purytanów do stanu wrzenia. Wiedzieli oni, że Moskwa jest miastem raczej odrażającym i ponurym. Zachwyty Delty nosiły wszelkie cechy wyszukanego szyderstwa. Zdawały się one mówić: "żąda się ode mnie, żebym chwalił, dobrze, będę tak chwalił, że bokiem wam wylezie". Niełatwo jednak byłoby odgadnąć, jakie były naprawdę jego intencje. Nie należał do ludzi, co do których da się stwierdzić, że kłamią czy też mówią prawdę. Normalne kryteria były wobec niego bezsilne. Poruszał się w innym wymiarze. Można go było porównać do prestidigitatora, który w każdej chwili wyciągnie dowolną ilość królików ze swego cylindra, i to królików dowolnego koloru. Nie troszczył się o zgodność swoich fantazji z rzeczywistością. Cokolwiek pisał, przekształcało się w operę buffo, stała przesada jako środek artystyczny odbierała tematom powagę. Ani kpił, ani mówił prawdę: robił sztuczki, uprawiał sztukę dla sztuki.

Delta nigdy nie był "poważny". Jak wiadomo, jest to podstawowe wymaganie socjalistycznego realizmu. Po zjazdach pisarzy, na których czynniki kompetentne proklamowały socjalistyczny realizm jako jedynie dopuszczalną metodę twórczą, zwolennicy powagi rozpoczęli akcję przeciwko Delcie, pewni już teraz, że będą mogli na nim się odegrać. Poddając analizie jego poezję dowodzili, że cały jego stosunek do świata polega na igraniu. Delta kiedyś, przed wojną, napisał "Elegię na śmierć motyla przejechanego przez samochód ciężarowy". Pomimo długiego tytułu elegia składała się z czterech linijek i kończyła się wnioskiem, że taki los słusznie spotkał motyla za jego lekkomyślność. Teraz sam znalazł się pod kołami samochodu. Zaczynała się epoka surowości i precyzji. Delta umiał pisać na każdy temat - o Madonnie, o marszu nacjonalistów, o Leninie i Moskwie. Wystarczyło, że książę, który go utrzymywał, zażądał od niego usług. Ten zewnętrzny bodziec nie przesądzał jednak bynajmniej o braku spontaniczności w wierszach Delty. Odznaczały się one wielką exuberance - choć, trzeba przyznać, i Madonna, i nacjonalistyczne wiece, i Lenin, i Moskwa stawały się w nich czymś szczególnym i mało rzeczywistym, rodzajem teatru w obłokach. Teraz natomiast wyraźnie postawiono hasło "walki ze spontanicznością procesu twórczego" - co znaczyło, że nie wystarczyło już pisać na wskazane tematy; trzeba było pisać we wskazany sposób.

Delta chciał służyć księciu. Aby istnieć jako poeta, potrzebował dobrotliwego księcia, który bawi się i rozumie, że ani jego rządy, ani nic na niebie i na ziemi nie zasługuje na to, żeby tym się zanadto przejmować, i że pieśń - półpoważna, półdrwiąca - jest ważniejsza. Takich książąt nie ma już od dawna. Książę, w którego mocy był Delta, tolerował go przez pewien czas, nie dlatego bynajmniej, że podobały mu się jego pieśni; pieśń jest tylko środkiem do osiągnięcia celu. Książę zmarszczył brwi gniewnie, kiedy pieśni Delty przestały mu się opłacać. Redakcje otrzymały instrukcje, aby drukować tylko te wiersze Delty, w których wykaże wyraźną poprawę. Purytanie zatarli ręce: nareszcie ukręcono Delcie kark. Mógł próbować jeszcze, ale - wiedzieli to - poprawić się nie umiał. Pozbawione dawniej exuberance jego wiersze nie różniłyby się już niczym od wypocin dziesiątków podrzędnych poetów.

Wkroczył więc w krainę żywych cieni, których używano do czasu, dopóki były potrzebne. W gospodarce socjalistycznej nic nie powinno ginąć. Ci, którzy spełnili swoją rolę, znajdą dosyć pracy na miarę swoich umiejętności. Delcie zapewniono egzystencję: państwowy dom wydawniczy zamówił u niego tłumaczenie sztuk Szekspira.

W parę lat po tym upadku na Deltę spłynęła znów łaska. Zorganizowano w Warszawie dyskusję nad jego twórczością, gdyż, jak się wyraził jeden z urzędników, taki "gejzer poezji" nie powinien pozostać nie wykorzystany. Wyrok tego sądu nad przewinami był, jak to łatwo odgadnąć, ustalony z góry. Delta miał wykazać teraz czynnie, czy dojrzał do ostatecznej poprawy. I Delta natychmiast ogłosił kilka gorliwych, "poważnych" poematów. Znów jest więc na powierzchni - i zapewne, jak poprzednio, znów tylko do czasu.