Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Richard Rhodes

Mistrzowie śmierci. Einsatzgruppen

2008 

 

(...)

 

W dniu 15 sierpnia 1941 roku w Mińsku Heinrich Himmler osobiście uczestniczył w masowej egzekucji, kończącej kampanię marszową nad rzeką Prypeć. Poprzedniego dnia przyleciał wraz ze swoją świtą samolotem Junkers 52s do Baranowicz, spotykając się z wyższym dowódcą SS i policji Bachem-Zelewskim oraz dowódcą Brygady Kawalerii SS, Hermannem Fegeleinem. Stamtąd cała grupa, włączając przystojnego adiutanta Himmlera, Karla Wolffa, udała się do Mińska, gdzie Himmler wygłosił przemówienie do oficerów oraz podoficerów z Einsatzgruppe B dowodzonej przez Nebego.

Po przemówieniu, według słów Bacha-Zelewskiego, "Himmler spytał Nebego, ilu więźniów przeznaczonych do egzekucji przetrzymuje w tej chwili. Nebe powiedział, że około stu. Reichsführer SS spytał wówczas, czy byłoby jakimś "wielkim kłopotem", gdyby rozstrzelano ich następnego ranka. Chciał przyjrzeć się takiej egzekucji, żeby nabrać wyobrażenia, jak to wygląda. Poprosił, abym mu w tym towarzyszył, wraz z grupenführerem Wolffem". Wolff twierdził później, że dowiedział się "od samego Himmlera", że ten nie widział jeszcze nigdy, jak zabija się człowieka. Himmler spędził tę noc w Domu Lenina, jednym z niewielu większych budynków, jakie zostały w Mińsku po ostrzale artyleryjskim Wehrmachtu i podpaleniach NKWD.

Egzekucję zorganizowali następnego ranka w podmiejskim lesie, na otwartej przestrzeni, gdzie wcześniej wykopano dwa doły, żołnierze Einsatzkommando 8 dowodzonego przez Otto Bradfischa, oraz członkowie 9. batalionu policji. Bach-Zelewski zeznawał po wojnie, że "wszyscy skazańcy byli partyzantami lub ich pomocnikami, a mniej więcej od jednej trzeciej do połowy stanowili Żydzi". Słowom tym przeczą zeznania Bradfischa, według którego "egzekucja Żydów nie była sprawą eliminacji elementów stanowiących zagrożenie dla oddziałów wojsk czy pacyfikacji terenów za linią frontu; była to po prostu kwestia eliminacji Żydów i jedynie eliminacji Żydów". Spośród ofiar, których liczbę Bradfisch ocenił na około sto dwadzieścia osób, dwie były kobietami - co w połowie sierpnia było jeszcze czymś rzadkim.

Bradfisch twierdził, że przed egzekucją wypytywał Himmlera o to, "kto weźmie na siebie odpowiedzialność za eksterminację Żydów, [...] na co Himmler odpowiedział mi dość surowym tonem, że rozkazy pochodzą od Hitlera, führera niemieckiego rządu, i mają moc prawną".

Ofiary przetrzymywano w lesie, a do dołów przywożono je grupkami, stawiając przed dwunastoosobowym plutonem egzekucyjnym. Wolff wspomina je jako "obdarte postacie, głównie młodych ludzi". Bach-Zelewski opisał niezapomnianą scenę konfrontacji Himmlera z jedną z ofiar:

Pomiędzy skazańcami znajdował się młody, może dwudziestoletni chłopak o blond włosach i niebieskich oczach. Stał już przed lufami plutonu egzekucyjnego, kiedy wtrącił się Himmler. Opuszczono lufy, Himmler podszedł do skazańca i spytał:

- Jesteś Żydem?

- Tak.

- Czy oboje twoi rodzice są Żydami?

- Tak.

- Czy masz jakichś przodków, którzy nie byli Żydami?

- Nie.

Reichsführer tupnął nogą i powiedział - "No to nawet ja nie mogę ci pomóc".

Inaczej przedstawia przebieg masakry Bradfisch. Według niego ofiar nie rozstrzeliwano na stojąco, lecz położono je twarzami do ziemi na dnie dołu i strzelano do nich z góry, Bradfisch określił to mianem Sardinenpackung. Zarówno Wolff, jak i Bach-Zelewski wspominają, że Himmler był wstrząśnięty widokiem morderstw. "Himmler był niezwykle zdenerwowany - zeznał Bach-Zelewski. - Nie mógł spokojnie ustać w miejscu, był biały jak kreda, miał dzikie spojrzenie i przy każdej salwie wbijał wzrok w ziemię".

Kiedy na ziemi położono obie kobiety, opowiadał Bach-Zelewski, "członkowie plutonu egzekucyjnego nie potrafili opanować nerwów" i strzelali niecelnie; kobiety zostały ranne, ale "nie umarły od razu". Himmler był przerażony. "Reichsführer Himmler podbiegł do dowodzącego plutonem i krzyknął: «Nie męczcie tych kobiet! Strzelajcie! Zabijcie je szybko!»".

Jak twierdzi Bach-Zelewski, zaraz po masakrze zasugerował Himmlerowi, żeby przemyślał zlecanie dalszych masowych mordów.

Powiedziałem do niego: "Reichsführer, to była zaledwie setka ludzi!".

"Co pan przez to rozumie?" Odpowiedziałem: "Proszę spojrzeć na tych ludzi, są wstrząśnięci. Nie otrząsną się z tego do końca życia. Co my z nich robimy? Neurotyków albo zwierzęta!".

Himmler był wyraźnie poruszony, wspomina Bach-Zelewski, i nagle kazał wszystkim ludziom podejść do niego. Wyższy dowódca SS i policji tak wspomina słowa Himmlera, które w jego przekonaniu dobrze oddają to, jak bardzo zmieszany był jego przełożony:

Himmler na wstępie dał do zrozumienia, że wymaga od żołnierzy wykonywania takich obowiązków "z odrazą". Byłby bardzo niezadowolony, gdyby niemieccy żołnierze czerpali z tego przyjemność. Nie powinno to jednocześnie powodować u nich wyrzutów sumienia, ponieważ są żołnierzami i rozkazy muszą wykonywać bez wahania. [...] Za wszystko, co należało zrobić, odpowiadał osobiście, przed Bogiem i führerem.

Żołnierze z pewnością dostrzegli, że nawet on był głęboko wstrząśnięty tą krwawą jatką. Wierzył jednak głęboko, że wykonuje swój obowiązek, działa w zgodzie z najwyższym prawem i że to, co robi, jest konieczne. Powinniśmy obserwować naturę: wszędzie trwa wojna, nie tylko między ludźmi, ale również w świecie zwierząt i roślin. Ten, który nie chce walczyć, zostaje zniszczony. [...] Człowiek pierwotny wiedział, że koń jest dobry, ale robactwo jest złe; że pszenica jest dobra, ale oset jest zły. To, co jest użyteczne, ludzie nazywają dobrym; to, co jest szkodliwe - złym. Czyż robactwo, szczury i inne szkodniki nie mają swojego celu w życiu, do którego spełnienia dążą? Ale my, ludzie, mamy prawo bronić się przed szkodnikami.

Wspomniane przez Bacha-Zelewskiego przemówienie wcale nie świadczy o zmieszaniu Himmlera. Wygłaszał już takie mowy wcześniej, wygłaszał i później. Zawierało argumenty, których zawsze używał, żeby odciążyć sumienie swoich żołnierzy, złagodzić stres, któremu byli poddawani, strzelając do bezbronnych ofiar: że wykonują tylko rozkazy, że odpowiedzialność spoczywa nie na nich, lecz na nim i na führerze, że odraza, którą czują, świadczy o ich ucywilizowaniu; że życie na każdym poziomie walczy o przetrwanie (argument zapożyczony od Hitlera, który z kolei wziął go od darwinistów i z lektury literatury kolonialnej); że ich ofiary kierowały się własnym dobrem i naturalnie chciały żyć, a nie umierać, ale były szkodnikami, porównywalnymi do robactwa.

Himmler nie pozostał jednak obojętny na widok mordowanych ludzi. Po egzekucji udał się wraz ze swoją świtą na inspekcję do obozu jenieckiego, nazwanego przez Bacha-Zelewskiego "małym wariatkowem w pobliżu Mińska". Po drodze przejeżdżali przez położone w stolicy Białorusi getto, utworzone przez Nebego, w którym znajdowało się ponad osiemdziesiąt tysięcy Żydów. Według słów Bacha-Zelewskiego w zakładzie przebywali "ludzie bardzo ciężko upośledzeni umysłowo"; Himmler nakazał ich "uwolnić" - to znaczy zamordować - najprędzej jak to możliwe. Powstało pytanie, jak to uczynić. "Himmler stwierdził, że doświadczenie z poranka tego dnia uzmysłowiło mu, że zabijanie ludzi przez rozstrzelanie nie jest zbyt humanitarne. Nebe miał przemyśleć sprawę i na podstawie zebranych informacji złożyć raport". Bach-Zelewski utrzymywał, że Nebe poprosił o zgodę na przeprowadzenie próby uśmiercenia chorych za pomocą dynamitu. Zeznał, że zarówno on, jak i Wolff sprzeciwili się temu pomysłowi, argumentując, iż pacjenci nie są królikami doświadczalnymi, ale Himmler zignorował ich i zezwolił na wykonanie eksperymentu.

Następną noc reichsführer SS spędził w Domu Lenina, rano zwiedził muzeum, obejrzał z samolotu bagna nad Prypecią oraz Pińsk, po czym wrócił do Wilczego Szańca, aby przy obiedzie podzielić się wrażeniami z Hitlerem.

Przerażenie Himmlera na widok rannych kobiet, a wcześniej zdenerwowanie plutonu egzekucyjnego, mającego je rozstrzelać, oraz obawy Nebego o zdrowie żołnierzy (ale już nie ich ofiar) pokazują, jakie problemy musiało pokonywać SS, zlecając masowe mordy na wschodnim froncie. Oprawcy Hitlera może i mieli ochotę wykonywać polecenia, ale nie zawsze byli w stanie to robić. Problem stał się jeszcze poważniejszy po rozszerzeniu zakresu mordowanych o kobiety i dzieci oraz, później - o Żydów zachodnioeuropejskich. Reakcja Himmlera na przeprowadzoną 15 sierpnia 1941 roku na jego cześć egzekucję oraz jego konkluzja, że "zabijanie ludzi przez rozstrzelanie nie jest zbyt humanitarne", doprowadziły do rozwoju bardziej bezosobowych technik zabijania; Nebe eksperymentował tej jesieni nie tylko z dynamitem, ale także z tlenkiem węgla.

Na terenie Niemiec już wcześniej przeprowadzano pilotażowe eksperymenty z bezosobowym zabijaniem ludzi z zastosowaniem technologii medycznych. Jesienią 1939 roku ruszył tajny program zainicjowany przez kancelarię führera i wcielany w życie przez Viktora Bracka, byłego kierowcę Himmlera, syna prywatnego lekarza, który przyjmował poród córki Himmlera, Gudrun. W dwudziestu trzech państwowych szpitalach i klinikach niemieckich, na specjalnych oddziałach dziecięcych personel medyczny mordował upośledzone dzieci, używając śmiertelnych dawek opiatów i barbituranów, podawanych najczęściej w postaci tabletek lub czopków, rzadziej zastrzyków. Do prowadzenia eksperymentów Himmler nie wybrał Nebego przypadkiem - dowódca Einsatzgruppe miał w tej dziedzinie wcześniejsze doświadczenia. Jako dowódca Centralnego Biura Policji Kryminalnej Rzeszy, wchodzącego w skład dowodzonego przez Heydricha Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy, Nebe dostarczał ludziom Bracka potrzebnych do mordowania dzieci substancji.

Jesienią 1939 roku kancelaria zorganizowała również program zabijania upośledzonych dorosłych, oboma tymi programami zarządzał Nebe. Na centralne biuro programu uśmiercania dorosłych obrano budynek skonfiskowanej żydowskiej willi przy Tiegartenstrasse nr 4 w Berlinie, który nadał operacji kryptonim "Operacja T4", skrócony później do samego T4. Mordowanie dorosłych było trudniejsze od mordowania dzieci. Zajmujący się tym lekarze, sami ochotnicy, rozważali początkowo stosowanie narkotycznych zastrzyków, ale odrzucili ostatecznie tę powolną metodę jako niehumanitarną (bardziej prawdopodobna jest wersja, że była to metoda zawodna i niepraktyczna). Inni lekarze obstawali przy tlenku węgla, który w czystej postaci jest bezbarwny, bezwonny i w odpowiednim stężeniu szybko powoduje śmierć. "Tak musiała powstać technologia zagazowywania", odnotowuje Henry Friedlander, historyk. Ośrodek eksperymentalny zbudowano w starym budynku więzienia w Brandenburgu nad Hawelą. Komora gazowa zamaskowana była jako prysznic, a pierwszą udaną demonstrację zagazowania ośmiu upośledzonych osób płci męskiej przeprowadzono pod koniec roku 1939. Jej świadkami byli liczni przedstawiciele władz partii nazistowskiej, lekarze, a także Brack oraz oficer policji ze Stuttgartu, Christian Wirth, pracujący później dla Globocnika. "Stare więzienie w Brandenburgu nad Hawelą było pierwszym w historii operacyjnym centrum zabijania" - pisze Friedlander. T4 stworzyła ostatecznie sześć takich ośrodków zabijania dorosłych, w Niemczech i Austrii, z czego tylko cztery zostały użyte przynajmniej jeden raz. Ciał pozbywano się przy użyciu krematoriów (przenośnych albo zamontowanych na stałe, opalanych olejowo pieców) oraz Knochenmühle - młynów do proszkowania spalonych kości. Kiedy pod koniec sierpnia 1941 roku program T4 wstrzymano, ta wyjątkowa technologia, a co ważniejsze personel, który nauczył się ją obsługiwać, zostały wykorzystane do przeprowadzania masowych mordów na Wschodzie.

We wrześniu 1941 roku Nebe przeprowadził eksperyment z dynamitem w Mińsku; sprowadził w tym celu Alberta Widmanna, chemika z berlińskiego Instytutu Techniki Kryminalnej. Swojemu zastępcy, Paulowi Wernerowi, usprawiedliwiał się, mówiąc, że "nie mógł wymagać od swoich żołnierzy, żeby strzelali do nieuleczalnie chorych ludzi". Nebe polecił Widmannowi rozmieścić dynamit w zbrojonym bunkrze, zamknął w nim grupę chorych umysłowo Rosjan i zdetonował dynamit. Eksperyment nie powiódł się - dynamit rozerwał nie tylko ludzi, ale również bunkier, rozrzucając szczątki ciał po okolicy, a eksperymentatorzy musieli zdejmować ręce i nogi ofiar z pobliskich drzew.

Następnego dnia Nebe kontynuował eksperymenty w szpitalu dla umysłowo chorych w Mogilewie. Ponieważ czysty tlenek węgla był zbyt drogi, żeby używać go do mordów na skalę Einsatzgruppen, Nebe postanowił wytworzyć go za pomocą silnika samochodowego. Tak opisywał to Widmann podczas swojego procesu po wojnie:

Po południu Nebe polecił zamurować okno [w pokoju szpitalnym], zostawiając tylko dwa otwory na węże doprowadzające spaliny. [...] Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, jeden z węży był podłączony, a jego drugi koniec zamocowano do rury wydechowej autokaru. [...] W ścianie zamontowano kawałki rur, do których łatwo można było przymocować węże. [...] Po pięciu minutach Nebe wyszedł na zewnątrz i stwierdził, że chyba nic się nie dzieje. Po ośmiu minutach nadal nie był w stanie dostrzec żadnych efektów, pytał, co ma robić dalej. Doszliśmy do wniosku, że użyty samochód dysponował zbyt małą mocą. Nebe kazał doprowadzić drugi wąż i podłączyć do wylotu spalin pojazdu transportowego policji. Po kilku minutach skazańcy byli nieprzytomni. Oba pojazdy pozostawiono z pracującymi silnikami jeszcze na około dziesięć minut.

Nebe najprawdopodobniej poinformował o wynikach eksperymentu Himmlera i jeszcze tego samego miesiąca, we wrześniu 1941 roku, Walter Rauff, szef Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA), zwrócił się do serwisu transportowego Urzędu z pytaniem o możliwość przerobienia ciężarówki na ruchomą komorę gazową. Uzasadniał to, jak później zeznał, chęcią ulżenia "ludziom narażonym na stres podczas wykonywania egzekucji przez rozstrzelanie". Ciężarówek gazowych używało już wcześniej, w roku 1940, komando Langego w Polsce. Tamte pojazdy wyposażone były w zbiorniki z czystym tlenkiem węgla, ale ogólny pomysł ruchomych komór gazowych nie był dla dowództwa SS nowością. Blobel zeznał, że Sonderkommando 4a otrzymało od dowództwa Einsatzgruppe C taką ciężarówkę nowego typu, gdzie zamiast czystego tlenku węgla używano spalin, i wykorzystało ją do przeprowadzania egzekucji "we wrześniu lub październiku 1941 roku". Znaleziono dokumenty potwierdzające używanie takiej ciężarówki w Połtawie, na południowej Ukrainie, w listopadzie 1941 roku.

Komory gazowe oraz krematoria w obozach zagłady stały się symbolem holocaustu, ale tak naprawdę były stosowane wyjątkowo. Podstawowymi metodami masowych mordów używanymi przez nazistów podczas drugiej wojny światowej były broń palna oraz głodzenie jeńców na śmierć. Rozstrzeliwanie było skuteczniejsze od zagazowywania, przypuszczają historycy, było za to bardziej obciążające psychicznie dla egzekutorów, niż stosowanie ciężarówek oraz komór gazowych. Egzekucje wykonane z użyciem broni palnej rozpoczęto znacznie wcześniej i kontynuowano przez całą wojnę, skutkiem czego w ten sposób zamordowano znacznie więcej ludzi, tak Słowian, jak i Żydów. "Reżim nazistowski był najbardziej ludobójczy w dziejach ludzkości - uważa socjolog Michael Mann. - Podczas zaledwie dwunastu lat (z czego w olbrzymiej większości podczas ostatnich czterech) zabił około dwunastu milionów bezbronnych ludzi. [...] Żydzi stanowią zaledwie trzecią część tej liczby. [...] Najliczniejszą grupą byli Słowianie, określani jako Untermenschen - 3 mln Polaków, 7 mln cywilów radzieckich i 3,3 mln radzieckich jeńców wojennych". Nawet wśród ofiar żydowskich - ocenia Daniel Goldhagen - 40 do 50 procent zginęło śmiercią inną niż komora gazowa, a ponadto do ich śmierci przyczyniło się o wiele więcej Niemców niż w przypadku komór gazowych".

Tak więc nazistowska hekatomba nie była taka "nowoczesna" ani "uprzemysłowiona", jak często się ją określa, nie była również jedyną w historii. Została przeprowadzona z użyciem takich samych, prostych narzędzi jak rzezie europejskich imperializmów czy późniejsze wojny domowe w Azji i Afryce. Popierana przez władze masakra jest złożoną i powracającą epidemią społeczną. Zrozumienie tego, w jaki sposób jej sprawcy radzą sobie ze stawianymi przez nią wyzwaniami, może w istotny sposób przyczynić się do zapobiegania lub ograniczania takich wydarzeń w przyszłości, a żadna dwudziestowieczna masakra nie jest równie dobrze udokumentowana jak zbrodnie Trzeciej Rzeszy.

Zacznijmy od pytania - skąd wzięli się sprawcy? Czy byli oni "zwykłymi ludźmi", jak uważają Christopher Browning i, z nieco innego punktu widzenia, Goldhagen? Pytanie to pozbawione jest sensu. Jeśli człowiek, jak potwierdzają badania Lonniego Athensa, może z własnej woli stać się sprawcą poważnych aktów przemocy jedynie wtedy, kiedy sam wcześniej w aktach przemocy uczestniczył, wówczas pytaniem, jakie należałoby zadać w odniesieniu do zbrodniarzy SS, jest: Czy mieli jakieś doświadczenia z poważną przemocą? Mann przeprowadził analizę największej jak dotąd ilości zebranych biografii przestępców, "1581 mężczyzn i kobiet mających udział w nazistowskim ludobójstwie", i wysnuł wniosek, że "przypominają oni bardziej prawdziwych [tzn. fanatycznych] nazistów, niż przeciętnych Niemców". Z 90 procent biografii zbadanych przez Manna (wykluczając Niemców sudeckich, kobiety i Niemców napływowych), "dwie trzecie było długoletnimi nazistami, jedna trzecia była przedwojennymi ekstremistami i miała szerokie doświadczenia z przemocą. Sprawcy w sposób nieproporcjonalnie duży pochodzili z grup ścisłych zwolenników nazizmu. Najbardziej zadeklarowani naziści byli starsi stopniem i mieli większe doświadczenie, co obciążało nowo przyjętych brzemieniem hierarchii i braterstwa". Z 311 członków Einsatzgruppen występujących w próbce Manna, "zaledwie 14 było całkowitymi rekrutami, zaledwie 21 tylko policjantami, sześciu służyło wcześniej tylko w Waffen-SS; 76 było wcześniej członkami partii nazistowskiej lub SS, 144 było członkami partii i policjantami, a 48 było nazistami i pracowało w obozie koncentracyjnym lub brało udział w [programie eutanazji] T4". Nawet spośród członków 101. batalionu policji, oddziału opisanego w książce Browninga Zwykli ludzie, oraz w przedstawiającej odmienne od Browninga spojrzenie na zachowanie ludzkie książce Goldhagena Gorliwi kaci Hitlera, Mann odkrył cztery oznaki "[...] świadczące o tym, że nie do końca byli «zwykli». Po pierwsze, 38 procent z nich było członkami partii nazistowskiej, co jest odsetkiem dwukrotnie wyższym od średniej wśród mężczyzn w tamtym czasie w Niemczech. [...] Po drugie, im wyższa szarża, rym większy odsetek nazistów. [...] Po trzecie, oficerowie oraz podoficerowie tego batalionu, jak również członkowie o niższej randze, ale większym doświadczeniu, byli zawodowymi policjantami: 20 procent z nich miało za sobą wieloletni staż w policji, a ponieważ ich średnia wieku wynosiła 39 lat, mowa tu o policji nazistowskiej, co oczywiście nie oznaczało wyszkolenia w ludobójstwie, ale służbę bez większych ograniczeń prawnych. Po czwarte, im większy udział w ludobójstwie [określony na podstawie powojennych wyroków], tym bardziej prawdziwe były te zależności".

Jak dodaje Mann, 101. batalion policji (parafrazując słowa niemieckiego historyka), "był mniej nazistowski, mniej przesiąknięty przemocą niż pozostałe bataliony utworzone z zawodowych policjantów, ochotników oraz odbywających służbę w Polsce w roku 1939". SS potrzebowało większej ilości zabójców na Wschodzie, zauważa Mann, więcej ludzi, niż Himmler czy Heydrich byli w stanie osobiście zweryfikować w takim stopniu, jak uczynili to w przypadku członków Einsatzgruppen; musieli mieć przekonanie, że "rezerwowe bataliony policji będą materiałem stosunkowo elastycznym; niemieckie siły policyjne były już posłuszne woli rządów nazistowskich, często mordowały cywilów w Polsce i było prawdopodobne, że znajdują się wśród nich w znacznej większości naziści. Nie była to zatem taka znów przypadkowa grupa Niemców".

Wygląda więc na to, że do batalionów policyjnych Daluege powołano znacznie większy odsetek ludzi z uprzednimi doświadczeniami związanymi z przemocą, niż wydawało się to historykom, poszukującym wyjaśnienia ich gorliwości w popełnianiu okrucieństw. W rzeczy samej podstawową kwalifikacją do pracy w jakiejkolwiek policji jest ochota i zdolność do użycia przemocy, przynajmniej w sytuacji, kiedy zostanie się do niej poważnie sprowokowanym. Odsetek ten musiał być jeszcze wyższy wśród członków Einsatzgruppen, mających wcześniejsze doświadczenia z Polski.

Ludzie ci poddawani byli później indoktrynacji, często brutalnej. Najpierw w Pretzsch, a następnie wielokrotnie przez dowódców Einsatzgruppen, wyższych dowódców SS i policji, a nawet osobiście przez Himmlera; wpajano im, że najbardziej fundamentalnym obowiązkiem jest wykonywanie rozkazów, włącznie z rozkazami brutalnymi. Höss, komendant obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, mimo że nie był oficerem Einsatzgruppe, również został poddany podobnej indoktrynacji, którą po wojnie dokładnie opisał G.M. Gilbertowi, amerykańskiemu psychologowi:

Mieliśmy tak głęboko zakodowane wykonywanie rozkazów bez zastanowienia, że nikomu nawet nie przyszłoby do głowy się im sprzeciwiać. Gdybym nie zrobił tego ja, zrobiłby to ktoś inny. [...] Himmler czepiał się najmniejszych drobiazgów i karał esesmanów za najdrobniejsze przewinienia, przyjęliśmy więc za pewnik, że działa ściśle według kodeksu honorowego. [...] Zapewniam, że oglądanie stosów zwłok i wdychanie dymu z płonących ciał nie było przyjemnością. Ale tak rozkazał Himmler, tłumaczył nawet, że tak trzeba; nigdy nie zastanawiałem się, czy to było złe, po prostu musiałem to robić.

Höss tak opowiada Gilbertowi o rozkazie przygotowania obozu w Oświęcimiu na masowe mordy, wydanym przez Himmlera w połowie lipca 1941 roku:

Zawsze nam mówiono, że jeśli Niemcy mają przetrwać, wszyscy Żydzi na całym świecie muszą umrzeć, i przyjmowaliśmy, że tak właśnie jest. Taki miałem obraz świata, kiedy wezwał mnie Himmler i wydał ten rozkaz, przyjąłem go jako wprowadzenie w czyn idei, którą zaakceptowałem już wcześniej; nie tylko ja, wszyscy. Mieliśmy to tak głęboko zakorzenione, że nawet ten rozkaz, który poruszyłby najtwardszą i najzimniejszą duszę, rozkaz mordowania tysięcy ludzi (wtedy jeszcze nie wiedziałem ilu), mimo że mnie przeraził, pasował do tego, czego uczono nas od lat. Eksterminacja Żydów nie była niczym nowym, ale teraz to ja miałem do tego przykładać rękę, to mnie początkowo przeraziło. Ale skoro taki był wyraźny rozkaz, a nawet dołączono do niego wyjaśnienie, nie pozostawało nic innego, jak go wykonać.

Szeregowi członkowie Einsatzgruppen i policji porządkowej również byli początkowo przerażeni, kiedy dowiadywali się, że to oni mają wykonywać egzekucje. Jak zeznał Kurt Möbius, członek batalionu policyjnego, w przełamaniu strachu pomagała im przebyta indoktrynacja:

Chciałbym również powiedzieć, że nigdy nie przychodziło mi do głowy, że rozkazy mogą być niesprawiedliwe. To prawda, że obowiązkiem policjanta jest ochrona ludzi bezbronnych, ale wtedy nie uważałem Żydów za bezbronnych, ale za winnych. Uwierzyłem propagandzie, mówiącej, że Żydzi są kryminalistami i podludźmi, że to oni spowodowali kryzys Niemiec po pierwszej wojnie światowej. Nawet przez moment nie pomyślałem, że mógłbym sprzeciwić się rozkazowi prowadzenia eksterminacji Żydów albo unikać jego wykonania.

Einsatzgruppen oraz policja porządkowa prowadziły swoje akcje zarówno na terytorium Niemiec, jak i na obszarach Polski oraz Związku Radzieckiego okupowanych przez Wehrmacht. Działały z dala od domu, jako organizacje paramilitarne, niepodlegające ocenie rodzimej opinii publicznej, oraz poza granicami rodzimej moralności, odmiennej od swojej własnej. Nie podlegały niemieckiemu wymiarowi sprawiedliwości, nikt bowiem nie podważał władzy SS, pochodzącej bezpośrednio od führera. Na ziemiach przez nie pustoszonych prawodawstwo należało do okupantów. Wehrmacht nie wtrącał się w ich sprawy, czasem wręcz z nimi współdziałał. Einsatzgruppen były sędzią, ławą przysięgłych i katem w jednym. Jak z zadowoleniem obwieścił Hitler, miały prawo rozstrzelać każdego, kto tylko krzywo na nie spojrzał.

Większość ludzi, których zabijali, różniło się od nich: pochodzili z innych kultur, mówili innym językiem, często mieszkali w gorszych warunkach, inaczej się ubierali, mieli ciemniejszą karnację lub inne rysy twarzy, inaczej strzygli włosy (niektórych esesmanów bawiło odcinanie lub nawet podpalanie bród i pejsów Żydom). Dowódca żandarmerii, Fritz Jacob, tak latem 1942 roku w liście do generała Wehrmachtu, przyjaciela rodziny, opisywał ludzi, których mordował jego oddział z Kamieńca Podolskiego:

Nie wiem, czy pan również, panie generale, widywał takie bojaźliwe żydowskie typy w Polsce. Błogosławię moją szczęśliwą gwiazdę, że pozwoliła mi zobaczyć tych mieszańców takimi, jakimi naprawdę są. Jeśli życie będzie dla mnie łaskawe, będę miał co przekazać swoim dzieciom. Wyniszczeni chorobami wenerycznymi, kaleki i idioci, tacy zwykle są. Do samego końca materialiści, niezależnie od okoliczności. Każdy z nich, bez wyjątku, mówił nam: "Jesteśmy fachowcami, nie zabijecie nas, prawda?". To nie są istoty ludzkie, to małpoludy.

Podobnie Blobel, zeznając przed trybunałem w Norymberdze, wypytywany przez sędziego wyjawił, że uciszał wyrzuty sumienia, drwiąc ze stoicyzmu i fatalizmu mordowanych przez Sonderkommando 4a ofiar:

Sędzia Michael Musmanno: Czy spotkał się pan z oporem ofiar, kiedy prowadzono je na egzekucję, próbowały uciekać, walczyć?

Blobel: Nigdy nie stawiali oporu. Ci ludzie ze Wschodu byli bardzo powściągliwi, szybko się z tym godzili, zawsze mnie to dziwiło. [...] My, Niemcy, nie potrafiliśmy tego zrozumieć.

Musmanno: Chodzi panu o to, że szybko godzili się ze swoim losem, z tym, co ich czekało?

Blobel: Tak właśnie było. Dokładnie tak. Życie nie stanowiło dla nich takiej wartości jak dla nas. Nie przejmowali się nim. Nie potrafili docenić wartości życia.

Musmanno: Mówiąc inaczej, szli na śmierć zadowoleni?

Blobel: Nie powiedziałbym, że zadowoleni. Wiedzieli, co ich czeka. Oczywiście powiedziano im to, a oni się z tym po prostu godzili, to było w nich bardzo dziwne.

Poniżenie, tłok, głód, strach, brak lekarstw i pomocy medycznej, bezgraniczne, wyniszczające przygnębienie - to wszystko oddalało ofiary jeszcze bardziej od swoich oprawców, którym tym łatwiej było je mordować.

Masowe morderstwa popełniane na wschodnim froncie okrywały ciemności - moralne i prawne - ułatwiające działanie ich sprawcom, a tymczasem prowadzony na terenie Niemiec program eutanazji T4 poddawany był coraz większej krytyce opinii publicznej. Skutkiem tego, 22 sierpnia 1941 roku, po zamordowaniu ponad siedemdziesięciu tysięcy niepełnosprawnych lub upośledzonych umysłowo obywateli niemieckich, Hitler nakazał wstrzymanie programu zagazowywania (aczkolwiek potajemnie kontynuowano mordowanie dzieci i upośledzonych dorosłych za pomocą uśmiercających zastrzyków; pod koniec wojny suma ofiar programu "eutanazji" przekroczyła dwieście tysięcy). Jak pisze Friedlander, "Decyzję o przerwaniu programu historia przypisała wpływowi Kościoła, ale wpływ opinii publicznej wymusił na Hitlerze tę decyzję w znacznie większym stopniu niż sprzeciw Kościoła, który oddawał jedynie niepokój społeczny dotyczący sposobu przeprowadzania eutanazji". Friedlander dodaje, że "jakkolwiek organizatorzy procederu mogli zlekceważyć opinię Kościoła, musieli brać pod uwagę [niemieckie] sądownictwo, jeśli zależało im na kontynuacji programu". Problem nie dotyczył mordowania obywateli innych państw na terenach podbitych - władza sądownicza tam nie sięgała.

Pomimo wysiłków mających na celu przygotowanie ludzi do popełniania zbrodni - ideologiczne, społeczne czy psychologiczne, wielu z wyznaczonych do tej roli nie potrafiło sobie z nią poradzić. Niedoszłe ofiary holocaustu oraz niektórzy historycy często podważali (czemu nie można się dziwić) wiarygodność tego poglądu, ale w świetle licznych i szczegółowych dowodów, wydaje się on być prawdziwy. Wszelkie objawy świadczące o tym, że człowiekowi nie jest łatwo zamordować drugiego człowieka i że śmierć pozostawia w jestestwie mordercy swoje znamię, należy przyjmować jako objaw pozytywny, choćby ironicznie, jako zasłużoną karę. Gdyby uznać zbrodniarzy nie za ludzkie istoty, lecz odczłowieczone monstra, oznaczałoby to, że nie jesteśmy w stanie pojąć mechanizmu masowego zabijania ani zapobiec podobnym wydarzeniom w przyszłości.

W dalszej części przesłuchania przez sędziego Musmanno Blobel opowiada o kłopotach, jakie na początku sprawiało jego ludziom zabijanie swoich ofiar, okazując nadal lekceważenie dla zamordowanych:

Musmanno: Czy to, że się nie bronili, ułatwiało wam pracę? 

Blobel: To prawda, nigdy się nie bronili. Wszystko szło bardzo spokojnie. Oczywiście trochę to trwało i muszę powiedzieć, że moi żołnierze bardziej się denerwowali niż ci, do których mieli strzelać.

Musmanno: Inaczej mówiąc, bardziej żałował pan tych, którzy strzelali, niż ich ofiar?

Blobel: Trzeba dbać o swoich ludzi.

Musmanno: W jaki sposób pan o nich dbał? Zapewniał im pielęgniarki, żeby pocieszały ich na miejscu i pomagały w wykonaniu zadania? Jak o nich dbano?

Blobel: Przed egzekucją trzeba było naszym ludziom opowiadać o zbrodniach skazańców, o tym, dlaczego zostali skazani. Wyjaśnialiśmy im, że wyrokiem jest kara śmierci i że muszą ten wyrok wykonać, przez rozstrzelanie. Ludzie z naszych oddziałów byli bardzo różni. Pochodzili z rozmaitych grup społecznych. Jeden był kryminologiem. Jeden wykonywał wolny zawód. Jeden był kupcem. Nigdy do nikogo przedtem nie strzelali, było to dla nich coś niezwykłego.

Musmanno: Było panu ich żal?

Blobel: Tak, dla tych ludzi musiały to być ciężkie doświadczenia.

Wśród członków Einsatzgruppen oraz policji porządkowej było wielu doświadczonych zabójców, dla wielu było to jednak coś nowego, jak chociażby dla większości młodych członków Waffen-SS. Człowiek, w którym nie wykształciły się agresywne zachowania społeczne, jest w stanie pociągnąć na rozkaz za spust i zabić, ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że przypłaci to załamaniem nerwowym, podobnie jak każdy człowiek doświadczający traumatycznych przeżyć, na które nie jest przygotowany.

Nawet wśród osób mających doświadczenie ze stosowaniem przemocy istnieje wyraźny i uświadomiony podział (obecny w hierarchii policyjnej i wojskowej oraz w zapisach prawnych, wyróżniony również przez Athensa) pomiędzy przemocą używaną w obronie własnej a przemocą stosowaną samorzutnie, instrumentalnie, a nawet używaną jako forma ekspresji. Wśród członków Einsatzgruppen, Waffen-SS i policji porządkowej znaleźć można przedstawicieli trzech grup sprawczych - początkujących, defensywnych oraz umyślnie złośliwych. Podobnie Browning, na podstawie analizy rezerwowych oddziałów policji, wyróżnia trzy typy: "dużą część ochoczych i zagorzałych zabójców [...] którzy do mordowania na rozkaz nie wymagali stopniowego procesu brutalizacji"; "nieco mniejsza grupa wykonujących rozkazy i trzymająca się standardowych procedur, ale nieprzejawiająca zapału do mordowania Żydów"; oraz "zdecydowana mniejszość, niebiorąca udziału w egzekucjach", a której "nieuczestniczenie w akcjach było tolerowane oraz traktowane z pobłażaniem jako nieistotne". Członkowie Einsatzgruppen nie mogli tak łatwo uniknąć udziału w zbrodniach, ponieważ stanowiło to ich główne zadanie, tym bardziej że jako członkowie SS byli ochotnikami.

Albert Hartl, szef sekcji naboru do Einsatzgruppen C pod dowództwem następcy Rascha - Maksa Thomasa, zeznając w swoim powojennym procesie wyraźnie rozróżniał dwa skrajne typy sprawców - początkujących i umyślnie złośliwych:

Gruppenführer SS Thomas był z zawodu lekarzem; był bardzo zatroskany skutkami psychicznymi, jakie mogło wywołać w jego ludziach uczestnictwo w działaniach Einsatzgruppen. Z rozmów, które z nim przeprowadziłem, wynikało, że skutki te przybierały różne formy. Wśród niektórych ludzi budziły się najgorsze sadystyczne skłonności. Przykładowo, dowódca jednego z plutonów egzekucyjnych kazał kilkuset Żydom, obu płci i w różnym wieku, rozebrać się do naga i biec przez pole do lasu. Wtedy kazał strzelać do nich z karabinu maszynowego, fotografując całą scenę. [...] [udział w egzekucjach] wywierał również odwrotne skutki na esesmanach przydzielonych do plutonów egzekucyjnych. Dostawali oni niekontrolowanych ataków płaczu i załamań nerwowych. Kiedyś Thomas powiedział mi, że często dotykała ich czasowa impotencja. Zdarzyło się również, że członek Einsatzkommando, który brał udział w masowej egzekucji, wpadł pewnej nocy w obłęd i zaczął strzelać na ślepo dookoła, zabijając i raniąc kilka osób *[Przypomina to podobną sytuację, kiedy Blobel w początkowej fazie swojego załamania groził ludziom usiłującym go uspokoić.]. [...] Wielu oficerów i żołnierzy SS odesłano do zwykłej służby "z powodu ich wybitnie słabego charakteru".

Oficer sztabowy Einsatzgruppe A w Rydze donosił o podobnych problemach. "Po pierwszych egzekucjach - pisał - okazało się, że ludzie, szczególnie oficerowie, nie radzą sobie z nałożonymi na nich obowiązkami. Wielu szukało ucieczki w alkoholu, przechodziło załamania i problemy psychiczne; zdarzały się samobójstwa oraz sytuacje, w których ludzie popadali w obłęd, tracili nad sobą kontrolę i strzelali wokół na oślep".

Niemiecki korespondent wojenny, stacjonujący na trałowcu w zatoce w pobliżu Lipawy, na Łotwie, opisał jak w lipcu 1941 roku był świadkiem masakry i widział ekstremalnie różne reakcje morderców: "Widziałem jak żołnierze SD płakali, nie mogąc poradzić sobie psychicznie z tym, co się działo. Jednocześnie widziałem, jak inni zapisywali sobie, ile osób udało się im uśmiercić".

Wraz z wprowadzeniem rozkazu zabijania kobiet i dzieci, wydanym pod koniec lipca 1941 roku, który utrudniał racjonalne wyjaśnianie konieczności zabijania jako środka ochrony przed atakami partyzanckimi nieprzyjaciela, wzrosła ilość załamań nerwowych wśród "zabójców defensywnych". Robert Barth, członek Einsatzkommando 10b (Einsatzgruppe D), tak opisuje egzekucję z dnia 20 września 1941 roku w Chersoniu, na Ukrainie:

Około sześciu kilometrów od Chersonia znajdował się rów przeciwczołgowy. Żydów, wśród nich kobiety, dzieci i starców, przywieziono tam ciężarówkami. Kazano im oddać kosztowności i lepsze części garderoby, a następnie doprowadzono do rowu, gdzie czekał już oddział mający zamordować nieszczęśników. Oddział składał się głównie z żołnierzy Waffen-SS, policji, członków radzieckich sił pomocniczych oraz służb ochronnych gestapo. Podczas egzekucji rozgrywały się tak potworne sceny, że kilku oprawców trzeba było wskutek całkowitego załamania nerwowego zwolnić z obowiązków. Przed egzekucją wszystkim wydzielano alkohol i papierosy.

Przywódcy SS woleli, żeby ich podwładni przechodzili załamania nerwowe, niż okazywali entuzjazm do zabijania. Może się to wydawać absurdem: skoro celem była eksterminacja Żydów, czemu Himmlerowi miałby przeszkadzać entuzjazm i zabijanie z własnej inicjatywy? Chcąc odpowiedzieć na to pytanie, należy zagłębić się w historię procesu, nazwanego przez socjologa Norberta Eliasa "procesem cywilizującym". Społeczeństwo europejskie w średniowieczu, oraz wcześniej, zdominowane było przez klasę dobrze urodzonych, sprawujących władzę za pomocą brutalnej przemocy, celowej i przemyślanej, z której czerpali przyjemność i którą celebrowali. Nawet wśród plebsu, załatwiającego własne porachunki bez udziału władz, wskaźniki zabójstw w średniowiecznej Europie były dwadzieścia do pięćdziesięciu razy wyższe niż dzisiaj. Przez siedem stuleci rozwoju kultury zachodniej użycie przemocy stopniowo malało, wraz ze zdobyciem władzy przez monarchów, którzy zmonopolizowali przemoc celem monopolizacji opodatkowania, a co za tym idzie ograniczenia władzy szlachty; do zmniejszenia przemocy przyczyniło się również wykształcenie się klasy średniej, która coraz częściej rozwiązywała spory na drodze oficjalnej, szukając wsparcia u władzy sądowej. Wraz z rozwojem sądownictwa wzrosła kontrola państwa nad przemocą, a jednocześnie zaszły zmiany w sposobie wychowywania dzieci, odchodzącym od stosowania przemocy fizycznej.

Zmiany te doskonale można zaobserwować na podstawie systemu sądownictwa karnego. Kiedy państwo zaczęło przejmować kontrolę nad wymierzaniem sprawiedliwości, demonstrowało swoją władzę przez publiczne tortury i egzekucje, chętnie oglądane przez rozentuzjazmowane tłumy. Wraz ze zmniejszającym się zakresem przemocy stosowanej bezprawnie - a jednocześnie socjalizacją populacji zmierzającą w stronę coraz mniej lubujących się w przemocy jednostek - malało zainteresowanie tego typu przedstawieniami. Wymierzanie sprawiedliwości przeniosło się za mury instytucji temu przeznaczonych.

Transformacji uległa również forma wymierzania kary. Michel Foucault tak opisuje jaw skrócie:

Ciało staje się teraz pośrednikiem w wykonaniu kary: jeśli zostaje uwięzione albo zmuszone do pracy, dzieje się tak dlatego, żeby pozbawić daną jednostkę wolności, uważanej zaprawo i za własność. Według tego prawa ciało podlega systemowi nakazów, ograniczeń, wymogów i zakazów. Ból fizyczny, ból ciała jako takiego, nie jest już elementem kary. Kara przeistoczyła się z nieznośnych doznań fizycznych w ograniczenie praw.

W dwudziestym wieku w Europie Zachodniej proces cywilizujący osiągnął poziom, w którym poza małymi wyjątkami funkcjonariuszy szkolonych w stosowaniu przemocy jedynie brutalni kryminaliści potrafili używać poważnej przemocy niesprowokowani i zachowanie takie (będące zwykłym postępowaniem średniowiecznej klasy wyższej) uważane było za zwyrodniałe i wręcz patologiczne.

Jak podaje Raul Hilberg, w procesie przystosowywania ludzi do uczestnictwa w zbrodniach Einsatzgruppen Wehrmacht wyraźnie rozróżniał zachowania umyślnie złośliwe od defensywnych i zdecydowanie potępiał "ekscesy":

Istniało ogólne zastrzeżenie, zakorzenione w psychologii procesu destrukcji: mordowanie Żydów traktowano jako konieczność historyczną. Żołnierz musiał to "zrozumieć". Jeśli z jakiegoś powodu dostał rozkaz pomocy SS lub policji, miał go wykonać. Jeśli jednak zabijał Żydów z własnej woli, bez rozkazu, po prostu dlatego, że chciał zabijać, popełniał czyn nienormalny, [...] stanowiący zagrożenie dla dyscypliny i prestiżu armii niemieckiej. W tym tkwiła zasadnicza różnica pomiędzy człowiekiem, który "przemógł się", żeby móc zabijać, i tym, który bez skrupułów popełniał zbrodnie. Ten pierwszy uważany był za dobrego żołnierza i prawdziwego nazistę; drugi był osobnikiem pozbawionym samokontroli, mogącym stanowić zagrożenie dla społeczeństwa po powrocie do domu.

Himmler również rozróżniał posłuszne wykonywanie rozkazu zabijania od samowolnego wybryku, aczkolwiek jego podwładni nie zawsze byli równie skrupulatni. Barth zeznał, że "obersturmführer SS Zeezen, dowódca Einsatzkommando 10a, uważany był za wyjątkowo brutalnego. Podobno chwalił się, że jego komando zabiło najwięcej Żydów. Mówiono również, że kiedy podczas jednej z przeprowadzanych przez niego egzekucji zabrakło amunicji, Żydów wrzucano żywcem do głębokiej na trzydzieści metrów studni".

Ohlendorf twierdził, że był bardzo uczulony na sytuacje, kiedy jego żołnierze przechodzili od przemocy defensywnej do złośliwej, i starał się, by tego typu zachowania nie rozwijały się w jego grupie:

Moim zadaniem było dopilnować, by egzekucje przeprowadzano w możliwie najbardziej humanitarny sposób, na jaki pozwalały okoliczności. Wydawałem również rozkazy dotyczące sposobu wykonywania egzekucji. Rozkazy te miały na celu sprawić, żeby śmierć była dla tych nieszczęśników możliwie najlżejsza i żeby zapobiec [rozwojowi] brutalizacji u ludzi, która w sposób nieunikniony prowadziłaby do okrucieństw. Dlatego na początku nakazywałem, aby na miejsce egzekucji przyprowadzano tylko tyle osób, z iloma poradzi sobie komando. Jakiekolwiek działania indywidualne były zabronione. Einsatzkommando strzelały tylko na rozkaz, z zachowaniem wojskowej dyscypliny. Był wyraźny zakaz znęcania się nad ludźmi, nie wolno było ich rozbierać. Nie wolno było odbierać przedmiotów osobistych. Był rozkaz unikania rozgłosu, a kiedy zauważono, że któryś z żołnierzy okazuje zadowolenie z przeprowadzania egzekucji, dostawał zakaz ich wykonywania w przyszłości. [emfaza]

Oprócz prób racjonalnego wyjaśnienia konieczności zabijania zawartych w swoich przemówieniach, Himmler znajdował inne sposoby zdjęcia ciężaru ze swoich ludzi, aby mogli kontynuować dalsze działania. Podczas pierwszych masakr w Białymstoku, jak donosi Browning, "oprawców nagrodzono niezwykłym deserem w postaci truskawek ze śmietaną". Oficer sztabowy Einsatzgruppe A, który opisywał załamania nerwowe w Rydze, drwił z jednego z pomysłów Himmlera:

Kiedy zaczęły się przypadki załamań nerwowych, Himmler wystosował zalecenie, zgodnie z którym każdy żołnierz nie czujący się na siłach i odczuwający nadmierne obciążenie psychiczne mógł zgłosić to swojemu przełożonemu. Ci, co tak zrobią, mieli być zwolnieni z bieżących obowiązków i odesłani do innej służby w kraju. O ile pamiętam, Himmler kazał nawet zorganizować pod Berlinem sanatorium dla rekonwalescentów. Zalecenie to wydano na piśmie; przeczytałem je i zgłosiłem siebie. [...] W moim przekonaniu cała sprawa była chytrą sztuczką; myślę, że nie pomylę się bardzo, jeśli powiem, że złośliwą. Jakiż to oficer lub żołnierz SS wystawiałby się w ten sposób na ośmieszenie? Każdy oficer, który powiedziałby że jest zbyt słaby, by robić takie rzeczy, pokazałby, że nie nadaje się na oficera.

Wraz z zarządzeniem Hitlera o rozszerzenie zakresu egzekucji na Wschodzie o kobiety i dzieci Himmler nakazał utworzenie lokalnych sił pomocniczych, które uwolniłyby niemieckich żołnierzy od wykonywania najgorszej części brudnej roboty. Według niemieckiego korespondenta przed listopadem 1941 roku Himmler tworzył szpitale psychiatryczne oraz ośrodki wypoczynkowe służące "opiece nad esesmanami, którzy ulegli załamaniom nerwowym przeprowadzając egzekucje kobiet i dzieci". Mając na uwadze własne doświadczenia z Mińska w sierpniu 1941 roku, reichsführer SS rozpoczął również badania nad bardziej bezosobowymi metodami przeprowadzania masowych mordów. August Becker, pracujący nad budową ciężarówek gazowych, zeznawał później:

Po zawieszeniu programu eutanazji Himmler chciał wykorzystać ludzi, którzy brali w nim udział i byli specjalistami w mordowaniu przy użyciu gazu, takich jak ja, i zatrudnić ich przy rozpoczynających się operacjach zagazowywania na wielką skalę na Wschodzie. Wynikało to z narastających skarg dowódców Einsatzgruppen na Wschodzie, którzy narzekali, że ich ludzie nie radzą sobie z problemami psychologicznymi i moralnymi. Wiem, że część żołnierzy z tych oddziałów trafiła do szpitali psychiatrycznych i dlatego trzeba było znaleźć nową, lepszą metodę zabijania. W grudniu 1941 roku rozpocząłem pracę dla RSHA, gdzie przełożony przedstawił mi sytuację i wyjaśnił, że stres spoczywający na oddziałach wykonujących egzekucje stał się nie do zniesienia i dlatego rozpoczęto program zagazowywania.

Skargi irytowały Himmlera, który znalazł się między młotem i kowadłem - jak wykonać rozkaz eksterminacji Żydów wydany przez führera, a jednocześnie utrzymać "odrazę" w swoich ludziach i nie zrobić z nich, jak ujął to Bach-Zelewski, "neurotyków lub zwierząt". Jego własne, choć niewielkie, doświadczenia z przemocą kazały mu się zastanowić nad znalezieniem sposobu eksterminacji ludzi i jednocześnie pozostania w obrębie "zawieszenia praw", jak określił to Foucault (z uznaniem śmierci za ostateczne zawieszenie praw); przeprowadzać ludobójstwo, ale pozostać "cywilizowany". Jego frustracja objawia się wyraźnie w tajnym rozkazie, wydanym 12 grudnia 1941 roku, kierowanym do wszystkich wyższych dowódców SS i policji:

Wyznaczone nam zadanie zagwarantowania bezpieczeństwa, spokoju i porządku na przydzielonych nam terenach, w szczególności obszarów za linią frontu, wymaga, abyśmy eliminowali najmniejsze zarzewia oporu i doprowadzali wrogów narodu niemieckiego do ich słusznej egzekucji.

Jest świętym obowiązkiem dowódców, żeby osobiście dopilnowali, aby żaden z naszych ludzi wykonujących swoje trudne zadanie nie uległ brutalizacji ani nie ucierpiał psychicznie. Można to osiągnąć poprzez stosowanie ścisłej dyscypliny w wykonywaniu oficjalnych poleceń oraz organizowanie spotkań towarzyskich pod koniec każdego dnia, w którym przeprowadzano akcję. Spotkania te nie mogą w żadnym wypadku kończyć się nadużywaniem alkoholu. Powinny to być wieczory, podczas których nasi ludzie siadają do stołów i spożywają posiłek, tak jak w niemieckim domu, a następnie oddają się muzyce, literaturze i poznają piękno niemieckiego życia intelektualnego i emocjonalnego.

Równie ważne jest wysyłanie ludzi na urlop w odpowiednim czasie, żeby zdjąć z nich ciężar trudnych misji, lub przydzielanie im innych, wymagających i absorbujących zadań, w miarę możliwości nawet na innym terenie.

Chciałbym również, żeby zostało dobrze zrozumiane, iż pozostaje kwestią fundamentalną, aby jakakolwiek dyskusja lub nawet wspominanie wykonanych zadań lub związanych z nimi liczb były traktowane jako niewłaściwe i niedozwolone. Rozkazy i obowiązki konieczne dla istnienia naszego narodu muszą być wykonywane. Treści niniejszego rozkazu nie należy dyskutować ani wspominać o niej w rozmowie.

W praktyce spotkania towarzyskie Himmlera sprowadzały się najczęściej do pijaństw. Jak pisze historyk Konrad Kwiet, członek 322. batalionu policji działającego na Litwie, "pomimo męczarni psychicznych, które wywoływały morderstwa, towarzyszyła im świąteczna atmosfera. W Gorżdach, Kretyndze i Połędze po każdej Judenaktion wydzielano upragnione racje alkoholu oraz wykonywano zbiorowe zdjęcia pamiątkowe. Wieczorami odbywały się wesołe i huczne zabawy, w lokalnych karczmach świętowano litewskie sakustas albo bawiono się na zamówionych i opłaconych wcześniej (najczęściej z pieniędzy odebranych Żydom) obiadach. [...] W ramach «opieki duszpasterskiej» organizowano wieczorne spotkania, wycieczki i inne formy rozrywki, mające na celu zatarcie nieprzyjemnych wrażeń dnia". Wśród tych wspólnych doświadczeń kwitło wpajanie przemocy, uznawanie pozycji silniejszego i wszystko to, co potrzebne do rozwinięcia socjalizacji przemocy.

Skutkiem tego ludzie albo załamywali się psychicznie, albo przystosowywali i przyzwyczajali. Można o nich powiedzieć wszystko, tylko nie to, że zachowywali się w sposób cywilizowany. Pokazali, że suma przemocy, jaką można wydobyć z nowoczesnego, "cywilizowanego" narodu jest równie duża jak w wiekach średnich (podobnie jak w dziewiętnastowiecznym kolonializmie, na którym Hitler wzorował swoją politykę Lebensraum). Większość ludzi stała się zimnymi mordercami z wizji Himmlera, umyślnie złośliwymi, ale posłusznymi. Jego marzenie nie spełniło się jednak - nie pozostali niezepsuci. "Członkowie [policji granicznej] byli, z kilkoma wyjątkami, całkiem zadowoleni ze swojego udziału w egzekucjach Żydów - zeznał urzędnik krakowskiej policji. - Świetnie się przy tym bawili. [...] Nikt się nie wymigiwał [od swoich zadań]. [...] Powtarzam, że dzisiaj [tzn. po wojnie] podaje się nieprawdziwe wiadomości, jakoby egzekucje Żydów były wykonywane niechętnie. Oni nienawidzili Żydów; to była zemsta, byli chciwi ich złota i pieniędzy. Nie oszukujmy się, na każdej akcji przeciw Żydom można było zarobić. Zawsze znalazło się coś, co można było zabrać. Biednych zabijano, bogatych zabijano i łupiono im mieszkania". Kiedy w styczniu 1942 roku Himmler nie mógł się zdecydować, czy organizować transport Żydów z zachodniej Europy do Rygi, aby tam ich rozstrzelać, czy też "zagonić ich do jakiegoś bagna", część jego podwładnych - nigdy nie określono jak duża - otwierała nowe oddziały piekła stworzonego przez Hitlera - stając się zabójcami umyślnie złośliwymi w stopniu niewyobrażalnym dla kogoś, kto tego nie widział.

Historyk Leon Poliakow pisze: "Pewien posterunkowy policji we Lwowie zabijał dzieci żydowskie dla zabawienia własnych dzieci; inny miał zwyczaj zakładać się, czy da radę obciąć głowę dziesięcioletniemu chłopcu jednym ciosem szabli. [...] Tłumacz komisarza policji w rejonie Słonimia, niejakiego Metznera, w zeznaniach wspominał o akcjach specjalnego oddziału SS, który dokonywał mordów z pobudek idealistycznych, na trzeźwo". W Trembowli, jak wspomina jeden z ocalałych, "gestapowiec o nazwisku Szklarek zawsze uczestniczył w akcjach likwidowania Żydów. Kiedyś kazał małej żydowskiej dziewczynce zawiązać sobie but, a kiedy się schyliła, zastrzelił ją". Umyślnie złośliwą przemoc najlepiej oddaje - i tłumaczy - fragment zeznania hauptsturmführera SS Lothara Heimbacha, członka Einsatzgruppe D, uważanego przez Ohlendorfa za poprawnego, wojskowego zabójcę: "Człowiek staje się panem życia i śmierci, kiedy dostaje rozkaz rozstrzelania trzystu dzieci - i samemu zabija co najmniej sto pięćdziesiąt".

 

Przystojny untersturmführer SS Max Täubner był fanatycznym wrogiem Żydów. Zawsze opalony, z krótko ostrzyżonymi ciemnymi włosami przylegającymi do kształtnej głowy, z ironicznym wyrazem twarzy i pogardliwym uśmiechem przyklejonym do ust. Człowiek czynu, członek NSDAP od 1932 roku (usunięty za niepłacenie składek, przyjęty z powrotem w szeregi partii w roku 1937) dołączył do SS w 1933 roku. Kiedy rozpoczynała się operacja "Barbarossa", był zaledwie dowódcą Werkstattzug, oddziału odpowiedzialnego za naprawę sprzętu SS. Przydzielony do służby na Ukrainie ze swoim Werkstattzug we wrześniu 1941 roku jako część Pierwszej Brygady SS, postanowił "zlikwidować" 20 tys. Żydów.

W Nowogrodzie Wołyńskim, sto kilometrów na zachód od Żytomierza, dokąd jego oddział przybył 17 września 1941 roku, Täubner zaprzyjaźnił się z pewnym majorem, zagorzałym antysemitą. Major żalił mu się, że Wehrmacht wystawia Żydom fałszywe dokumenty, aby ich chronić. Z pewnym entuzjazmem poinformował go również, że przetrzymuje w pobliskim więzieniu ponad trzystu Żydów - mężczyzn, kobiet i dzieci - po czym spytał, czy nie można by ich było rozstrzelać. Täubner uświadomił sobie z niesmakiem, że Wehrmacht cierpi na jakąś chorobliwą sentymentalność. Byłoby zawstydzające, gdyby to Ukraińcy wykonali zadanie, do którego niemieccy oficerowie okazali się zbyt słabi. Obiecał majorowi, że zajmie się przeprowadzeniem egzekucji.

Ukraińscy milicjanci wykopali pod miastem doły, a Täubner zebrał tymczasem swoich ludzi. Większość z nich była chętna do przeprowadzenia mordu, jedynie rekrut Ernst Schumann się wzdragał. "Byłem głęboko wstrząśnięty - zeznawał później - że nasi ludzie, będący oddziałem technicznym, mają mordować Żydów". Powiedział o tym untersturmführerowi. "Täubner po prostu mnie wyśmiał i powiedział coś, co mnie przeraziło. Nie pamiętam dokładnie, ale chodziło mu o to, że jak dla niego najpierw liczą się świnie, potem zupełnie nic, a dopiero potem Żydzi".

Oddział Täubnera zamordował w Nowogrodzie Wołyńskim 319 osób. Ernst Göbel, esesman, skarżył się na sposób, w jaki pewien rottenführer nazwiskiem Abraham mordował dzieci:

Dzieci było chyba pięcioro. Miały około dwóch do sześciu lat. Abraham zabijał je w bardzo brutalny sposób. Chwytał za włosy, podnosił do góry i strzelał im w tył głowy, po czym wrzucał do dołu. Nie mogłem na to patrzeć i powiedziałem, żeby przestał. Chodziło mi o to, żeby nie podnosił ich za włosy do góry, tylko zabijał normalnie.

Täubner zauważył, że Schumann został z tyłu, i kazał mu dołączyć do innych. Schumann spytał, czy to rozkaz. Täubner odparł, że nie jest to rozkaz służbowy, ale innym jakoś nie trzeba było rozkazywać. "Powiedział mi, że jestem mięczakiem. Odpowiedziałem, że nie przyjechałem do Rosji mordować kobiety i dzieci. Sam mam żonę i dzieci". (Ośmieszanie w obecności innych było elementem wpajania członkom plutonów egzekucyjnych zachowań agresywnych). Täubner zdawał sobie sprawę z tego, że przeprowadza akcję nielegalnie, więc nie naciskał więcej.

17 października 1941 roku Werkstattzug Täubnera przybył do wioski Szołochowo, położonej na wschód od Żytomierza. Pojawiły się plotki, jakoby Żydzi grozili podpaleniem miejscowej spółdzielni rolniczej oraz że dwie Ukrainki zostały ciężko ranne po wejściu na minę. Täubner uznał, że okolicę należy oczyścić z Żydów. Po zamordowaniu 191 mężczyzn, kobiet i dzieci Szołochowo uznano za Judenfrei. Walter Müller, unterscharführer SS z innego oddziału, poprosił o możliwość uczestniczenia w akcji, biorąc na siebie egzekucje dzieci, podobnie jak Abraham. Poczucie dyscypliny kazało Täubnerowi upomnieć Müllera, ale nie nakazał mu przestać.

Od 22 października do 12 listopada Täubner tkwił ze swoim oddziałem bezczynnie w Aleksandrii, naddnieprzańskiej miejscowości położonej o niecałe trzysta kilometrów na południowy wschód od Kijowa. Cały czas padało, drogi znajdowały się w fatalnym stanie, większość Żydów została już "przesiedlona". Täubner dowiedział się, że kilku Żydów, znajdujących się nadal w okolicy, planowało zatruć wodę w pobliskich strumieniach. Rozkazał ich schwytać i przyprowadzić. Młodzi żołnierze z oddziału robotniczego przysłanego do Aleksandrii zgłosili się ochotniczo do wykopania masowego grobu.

W tym samym czasie esesmani wyżywali się na Żydach przymuszonych do pracy w jednostce. Nakazano im rąbać drwa na podwórzu przed kwaterami i bito za opieszałość przy pracy. Karl Ackermann, sturmmann SS (pełniący obowiązki kaprala) dał się nieco ponieść i zabił jednego z Żydów łopatą. Przyłączył się do niego Rudolf Wüstholz, sturmmann SS, i nakazał dwóm Żydom walczyć ze sobą na śmierć. Aby ich zmotywować, obiecał, że zwycięzca uniknie egzekucji. Mężczyźni walczyli ze sobą, aż upadli na ziemię, ale nie chcieli się pozabijać. Täubner kazał powiesić jednego z nich, a drugiego rozstrzelać za budynkami kwater.

Täubner przetrzymywał kilkanaście osób, głównie mężczyzn, ale także kobiety, zamkniętych w piwnicy, bez wody, jedzenia, światła czy ubikacji. Pewnego wieczoru przybył do niego burmistrz Aleksandrii z dwoma znajomymi. Po zakrapianej kolacji Täubner postanowił pokazać mu swoich jeńców. Wysłał do piwnicy ludzi ze świecami, a następnie wraz ze swoimi gośćmi, oficerem SS Heinrichem Hesse'em i jeszcze kilkoma strażnikami zeszli do piwnicy uzbrojeni w kije. W cuchnącej piwnicy brodaci mężczyźni kulili się ze strachu w migoczącym świetle świec. "Täubner pierwszy wpadł w szał - zeznawał później Hesse. - Zaczął wymachiwać na oślep ciężkim, drewnianym drągiem, bijąc leżących na ziemi Żydów. Specjalnie celował w genitalia starszych mężczyzn". Major i inni dołączyli do niego. Hess nie mógł tego znieść i się wycofał. Täubner dostrzegł to i kazał mu wracać. Hesse nie miał żadnej broni. "Uderzyłem tylko kilku Żydów lekko pięścią", zeznał na swoim procesie.

Hesse zwrócił uwagę na jedną z kobiet znajdujących się w piwnicy. "Była piękna, miała dwadzieścia, może trzydzieści lat". Po nocnej wizycie w piwnicy Hesse zaczął się obawiać, żeby nie wpadła w ręce untersturmführera. Postanowił ją przed tym ochronić. Poczekał na najbliższą okazję, wszedł do piwnicy i wywołał ją na zewnątrz, mówiąc, że Täubner chce się z nią widzieć. Po wyjściu z piwnicy kazał jej iść przed sobą, kierując się w stronę wykopanego dołu, jeszcze pustego. "Myślałem jedynie o tym, żeby sprawić jej jak najmniej bólu. Nie chciałem, żeby cierpiała przed śmiercią". Kiedy szła przed nim, strzelił jej niespodziewanie w tył głowy. "Cieszyłem się, że mogłem ją zabić - zeznawał - ale niech nikt nie myśli, że sprawiło mi to przyjemność".

Täubner wkrótce zrobił użytek z wykopanego dołu. Zachęcał swoich ludzi, by mordowali z entuzjazmem. Sam bił skazańców pejczem po twarzy. Kazał Ernstowi Fritschowi fotografować przebieg akcji, sam również robił zdjęcia. Pomiędzy egzekucjami Täubner grał na akordeonie You Are Crazy, My Child, w szaleńczym tempie. Starszym żołnierzom nie podobał się taki sposób przeprowadzania egzekucji.

Co zaskakujące, w 1942 roku Täubner został postawiony przed sądem SS. Sąd uznał, że zabijanie Żydów nigdy nie należało do obowiązków oddziałów technicznych:

Oskarżony nie zostanie ukarany za sam fakt podejmowania akcji przeciw Żydom. Żydów należało eksterminować i życie jego ofiar nie było nic warte. Jakkolwiek oskarżony powinien wiedzieć, że eliminacja Żydów jest zadaniem specjalnie wyznaczonych do tego celu oddziałów, należy usprawiedliwić jego chęć osobistego przyłożenia do tego ręki. Kierowała nim szczera nienawiść do Żydów. Jednakże w Aleksandrii pozwolił sobie na popełnienie okrutnych czynów, niegodnych Niemca i oficera SS. [...] Podczas wykonywania koniecznych zadań Niemcy nie potrzebują uciekać się do stosowania bolszewickich metod. Pod tym względem zachowanie oskarżonego wzbudza uzasadniony niepokój. Oskarżony zezwolił swoim podwładnym na niezwykle brutalne zachowania, godne dzikiej hordy, narażając tym samym na szwank ich dyscyplinę. Jest to postępowanie w najwyższym stopniu niewłaściwe. Jakkolwiek pod każdym innym względem mógł dbać o swoich ludzi, nie wywiązał się ze swojego obowiązku dowódcy, jakim według SS jest dopilnowanie, aby jego żołnierze nie ulegli psychicznej deprawacji.

Sąd zwrócił również uwagę na fakt, że Täubner po powrocie do kraju wywołał zrobione przez siebie zdjęcia w punktach fotograficznych w południowych Niemczech, a następnie pokazywał je żonie i znajomym. "Gdyby te zdjęcia dostały się w niewłaściwe ręce, mogły stanowić olbrzymie zagrożenie dla bezpieczeństwa Rzeszy", argumentował sędzia. Zdjęcia były "niesmaczne i bezwstydne" i stanowiły dowód "słabości charakteru. Szczególne znaczenie ma tu fakt, że oskarżony w ewidentny sposób czerpał przyjemność z fotografowania na wpół nagiej kobiety żydowskiej". Täubnera oskarżono również o zlecenie egzekucji dowódcy ukraińskiej milicji w Aleksandrii, o morderstwo oraz o nakłanianie swojej żony do aborcji. Za to wszystko skazano go łącznie na dziesięć lat pozbawienia wolności, wydalono z SS i uznano za niezdolnego do służby wojskowej.

(Później Himmler ułaskawił Täubnera i wysłał go na front. Reichsführer SS rozróżniał rozstrzeliwanie Żydów bez rozkazu "z powodów politycznych" od "działań z pobudek osobistych, sadystycznych lub seksualnych").

 

Kolejna masakra z użyciem niezwykłych środków, przeprowadzona w połowie listopada w Koninie, może świadczyć o kontynuacji eksperymentów w zakresie masowego mordowania. Theo Richmond, potomek żydowskich emigrantów z Konina, pisze, że za czasów carskich Konin był "czystym, przyjemnym miasteczkiem na granicy niemieckiej, położonym na brzegu rzeki, którą przecinał drewniany most. Wokół rozciągały się łąki, sady i lasy. Zimą po zamarzniętej rzece jeździli łyżwiarze. Latem spacerowali w parku miejskim, a w niedzielne popołudnia grywała tam orkiestra wojskowa. [...] Społeczność żydowska składała się z ludzi pobożnych, ale nie ortodoksyjnych. Praktyki religijne współistniały z zainteresowaniem kulturą świecką. [...] Była tam synagoga, szkoła żydowska i kilka mniejszych obiektów. W dzielnicy żydowskiej znajdował się rynek, było to żydowskie centrum Konina".

Trzy tysiące konińskich Żydów eksterminowano w lesie w okolicy Kazimierza Biskupiego, w pobliżu Konina. Duża Aktion przeprowadzona w połowie listopada 1941 roku została szczegółowo opisana w zeznaniach złożonych przed sądem rejonowym w Koninie przez Mieczysława Sękiewicza, polskiego weterynarza, w 1945 roku. Metoda mordowania była niespotykana:

W połowie listopada 1941 roku, o czwartej nad ranem, do mojej celi w więzieniu przyszli gestapowcy i kazali mi przygotować się do wyjazdu. Skuli mnie kajdankami i wsadzili do samochodu osobowego, w którym dostrzegłem również kilku innych kolegów z więzienia, towarzyszy niedoli. Siedzieli z tyłu samochodu, ręce i nogi mieli skute kajdanami. [...] Usiadłem obok nich, a gestapowcy również i mnie skuli nogi. Wsiedli do samochodu i odjechaliśmy. [...] Za Kazimierzem Biskupim [8 km od Konina], kiedy wjechaliśmy do lasu, samochód skręcił w dróżkę leśną. [...] W poprzek polany wykopano tam dwa doły. Pierwszy, znajdujący się bliżej dróżki, miał około ośmiu metrów długości i sześciu szerokości, był głęboki na jakieś dwa metry. Po drugiej stronie polany, niemal równolegle do niego, znajdował się drugi dół, tej samej głębokości, długi na piętnaście metrów i szeroki na sześć. Pomiędzy dołami była wolna przestrzeń. [...] Wokół polany [...] stali lub siedzieli Żydzi. [...] Nie potrafię powiedzieć, ilu ich było, częściowo zasłaniały ich drzewa. [...]

W tłumie znajdowali się mężczyźni, kobiety i dzieci, również matki z dziećmi na rękach. Nie wiem, czy byli to polscy Żydzi. Później powiedziano mi, że pochodzili z Zagórowa [wioski położonej 25 km w dół biegu rzeki od Konina]. Rozpoznałem między nimi krawca i kupca z Konina, ale nie znam ich nazwisk. Ścieżki i polany pełne były Niemców. Poza nami trzema, przywiezionymi z Konina, było tam również około trzydziestu innych Polaków. Nie wiem, skąd pochodzili. Na dnie większego dołu widziałem warstwę wapna. Nie wiem jak grubą. W mniejszym dole nie było wapna. Gestapowcy ostrzegli nas, że las jest otoczony i dobrze pilnowany i jeśli spróbujemy uciec, to dostaniemy kulę w łeb. Następnie kazali zgromadzonym Żydom zdjąć ubrania - najpierw tym, którzy znajdowali się przy większym dole. Potem kazali do niego wskakiwać rozebranym do naga ludziom. Brak mi słów, aby opisać rozlegające się jęki i płacz. Niektórzy wskakiwali do dołu bez rozkazu; inni opierali się i byli bici przez Niemców, po czym spychani do dołu. Niektóre matki wskakiwały do środka trzymając na rękach dzieci, niektóre wrzucały dzieci, inne odrzucały je na bok. Jeszcze inne spychały dzieci do dołu i wskakiwały za nimi. Kilka kobiet pełzało po ziemi, całując buty gestapowców i kolby ich karabinów. Kazano nam wejść między Żydów i zebrać odzież i buty. Kiedy zobaczyliśmy, że do stosu, na który układaliśmy zegarki, pierścionki i inne kosztowności, podchodzili Niemcy i napychali sobie nimi kieszenie, zaczęliśmy odrzucać cenniejsze przedmioty w głąb lasu.

W pewnym momencie Niemcy kazali Żydom przestać się rozbierać, dół był już pełny. Było w nim widać jedynie ciasno upakowane głowy. Stojący na zewnątrz Żydzi, którzy już się rozebrali, zostali popchnięci na głowy znajdujących się w dole. Cały czas zbieraliśmy ubrania, buty, pakunki, żywność, koce i inne rzeczy. Trwało to aż do południa, kiedy przyjechała ciężarówka i zatrzymała się na dróżce przy polanie. Na ciężarówce znajdowały się cztery beczkowate pojemniki. Niemcy uruchomili mały silnik - była to zapewne pompa - i podłączyli wężami do jednego z pojemników, a dwóch żołnierzy przeciągnęło inne węże od pompy do dołu pełnego ludzi. Pompa zaczęła pracować i gestapowcy polewali znajdujących się w dole ludzi wydobywającym się z węży płynem, była to chyba zwykła woda. Wąż podłączano po kolei do pozostałych pojemników. Wapno w dole zaczęło się lasować i ludzi po prostu gotowano żywcem *[Niegaszone wapno, tlenek wapnia, w połączeniu z wodą lasuje się, przechodząc w wodorotlenek wapnia, silnie żrącą substancję.]. Krzyki były tak przeraźliwe, że zatykaliśmy sobie uszy leżącymi na stosie fragmentami ubrań. Oprócz cierpiących w dole krzyczeli również Żydzi znajdujący się na zewnątrz i oczekujący na własną zagładę. Trwało to ze dwie godziny, może dłużej. Kiedy zrobiło się ciemno, poprowadzono nas do drogi, na skraj lasu.

Dostaliśmy kawę i po ćwierć bochenka chleba każdy. Wzdłuż linii lasu stało sześć lub siedem ciężarówek okrytych plandekami. Stłoczono nas wewnątrz nich, tak że leżeliśmy koło siebie twarzami w dół i nie mogliśmy się ruszyć. Kazano nam spać w tej pozycji. Słyszałem jeszcze cały czas krzyki, ale byłem tak zmęczony, że szybko zapadłem w sen. Rano Niemcy kazali nam przysypać większy dół ziemią. Powierzchnia dołu wyglądała, jakby przysypano ją pyłem. Masa ciał ludzkich pod spodem skurczyła się i zapadła w głąb. Ciała były upakowane tak ciasno, że wyglądały jakby stały, jedynie głowy zwieszały się w różne strony. Nie zdążyliśmy zasypać dołu dokładnie, miejscami spod ziemi wystawały ręce, ale przyjechały ciężarówki i kazano nam ładować na nie zebrane na stosach rzeczy - oddzielnie ubrania, buty i wszystkie inne przedmioty.

W czasie kiedy w Oświęcimiu i w innych obozach technologie masowego zabijania były dopiero dopracowywane, opisana masakra wydaje się być próbą - zapewne, biorąc pod uwagę jej lokalizację, przeprowadzoną przez popleczników Globocnika - połączenia mordowania i pozbywania się zwłok w jedną operację: lasujące się wapno rozpuszcza substancję organiczną, w tym ludzkie ciało; to dlatego rankiem po masakrze weterynarzowi wydawało się, że ciała "skurczyły się i zapadły w głąb". Ofiary nie zostały dosłownie ugotowane żywcem, mimo tego, że podczas lasowania wapna wydziela się duża ilość ciepła; ciała zostały poparzone na śmierć i częściowo rozpuszczone wapnem.

Niemcy często używali wapna w celu szybszego rozkładu zwłok ofiar uśmierconych w trakcie egzekucji, przysypując kolejne warstwy ciał (martwych lub rannych i wciąż żywych) w dołach, ale nie ma żadnych dowodów potwierdzających inny przypadek jednoczesnego uśmiercania i niszczenia ciał tą metodą. Metoda ta nie została zaadaptowana na stałe, co oszczędziło późniejszym ofiarom straszliwych cierpień. Jakkolwiek wydaje się, że była ona skuteczna, męki zadawane ofiarom były tak potworne, że prawdopodobnie nawet zatwardziali mordercy, doświadczeni miesiącami egzekucji, nie byli w stanie się przemóc do jej stosowania.

 

Do końca roku 1941 wielu członków Einsatzgruppen, policji porządkowej i SD oraz miejscowych sił pomocniczych rozwinęło w pełni swoje skłonności do stosowania umyślnie złośliwej przemocy. W przypadku jednych oznaczało to przyjemność, jaką sprawiało im zabijanie; w przypadku innych - zabijanie na rozkaz, a później upijanie się, żeby o tym zapomnieć.

Scharführer SS, nazwiskiem Ribe, sprawował nadzór nad mińskim gettem. Mieszkaniec getta, Hersz Smolar, tak wspomina entuzjazm, z jakim Ribe znęcał się nad Żydami:

[Ribe] był jeszcze okrutniejszy od swoich poprzedników. Uciekinierzy ze Słucka, którzy osiedlili się w mińskim getcie, rozpoznali w nim okrutnego mordercę, dowodzącego likwidacją słuckiego getta. Ludzie nazywali go "diabłem o białych oczach". [...] Ribe strzelał do każdego Żyda, jakiego napotkał po drodze, niezależnie od płci i wieku. Wpatrywał się w ofiarę swoimi wielkimi, wyłupiastymi oczami, na jego twarzy pojawiał się uśmiech, starannie celował - i nigdy nie chybiał. To właśnie Ribe zorganizował "konkurs piękności" dla młodych żydowskich kobiet, wybrał dwanaście najmłodszych i najładniejszych, a następnie kazał im maszerować przez getto aż na cmentarz. Tam kazał im się rozebrać i po kolei zastrzelił każdą z pistoletu. Ostatnią z nich była Lena Neu. Zdjęła biustonosz i powiedziała hardo: "Oto pamiątka po pięknej Żydówce".

Ribe był bestią, bardzo powszechnym typem wśród esesmanów. Nie wszyscy jednak z zadowoleniem poddawali się procesowi brutalizacji. Odczuwana przez niektórych blokada psychiczna nie jest oczywiście czynnikiem łagodzącym; zbrodnie ocenia się po czynach, nie po łatwości ich dokonywania. Dowody wskazujące na to, że sprawcy reagowali na popełniane przez siebie zbrodnie na różne sposoby, często wpadając w problemy psychiczne czy wręcz traumy, świadczą na korzyść teorii socjalizacji zachowań brutalnych Lonniego Athensa, a zaprzeczają tezie, jakoby sama ideologia była w stanie wytworzyć mechanizm przemocy.

Obersturmführer SS Karl Kretschmer z Sonderkommando 4a miał ambiwalentne uczucia co do swoich okrutnych zadań, mimo że popierał antysemicką ideologię Trzeciej Rzeszy i akceptował uzasadnienie konieczności ostatecznego rozwiązania propagowane przez Hitlera i Himmlera. Kretschmer dołączył do Sonderkommando 4a już w trakcie wojny, po tym jak w styczniu 1942 roku Blobel został zastąpiony na stanowisku dowódcy przez Erwina Weinmanna, lekarza, którego z kolei w sierpniu tego samego roku zastąpił były nauczyciel, Eugen Steimle. Sonderkommando 4a działało wówczas na terenach położonych na północ od Stalingradu, daleko na wschód od Kijowa, ale zajmowało się ciągle tym samym: mordowaniem Żydów.

"Widok zabitych (w tym kobiet i dzieci) nie jest niczym przyjemnym - pisał Kretschmer w liście do żony wkrótce po przybyciu na miejsce. - Ale walczymy o życie lub śmierć naszych ludzi. [...] Ponieważ tę wojnę w naszym przekonaniu wywołali Żydzi, oni pierwsi poczują jej smak. Tutaj, w Rosji, gdzie tylko zjawia się żołnierz niemiecki, tam nie zostaje żaden Żyd. Musisz zdać sobie sprawę z tego, że potrzebowałem trochę czasu, aby to wszystko zrozumieć". Kretschmer był bardzo zadowolony z dostępności urozmaiconej żywności, którą mógł się wymieniać. Wynikało to, w jego przekonaniu, "z naszej ciężkiej pracy". Wraz ze swoimi ludźmi mógł również wybierać w ubraniach. "Możemy zdobyć, co chcemy - pisał do żony. - Ubrania należały do ludzi, którzy już nie żyją". Żałował, że nie może przesłać jej perskiego kobierca, "ponieważ żydowscy handlarze już nie żyją", wysyłał jej za to puszkowane masło, sardynki, mięso i herbatę.

Wszystkie te produkty pochodziły oczywiście z rabunku i konfiskaty. Nawet jeśli konfiskata żywności oznaczała śmierć dla Rosjan - pisał do żony - i tak ją zabieraliśmy; führer na to przyzwalał. "Musimy wyglądać na twardych, bo inaczej przegramy tę wojnę. Nie ma tu miejsca na żadną litość. Gdyby sytuacja się odwróciła, wy - kobiety i dzieci w domu - nie moglibyście się jej spodziewać od wroga. Dlatego tam, gdzie trzeba, robimy porządek. Zazwyczaj jednak Rosjanie są pomocni, prości i posłuszni. Nie ma tu już Żydów".

Kretschmer ciężko przechodził inicjację na polu masowych morderstw. Opisuje swoje przeżycia dość ostrożnie, ukrywając niektóre fakty, nie tylko chcąc zaoszczędzić ich żonie, ale prawdopodobnie również ze względu na cenzorów mogących czytać wysyłaną pocztę. Po miesiącu od przyjazdu pisał: "Pobudkę mamy o szóstej, ale zawsze budzę się wcześniej, jak dotąd nie udało mi się spać dłużej niż pięć godzin, mimo tego, że czasem idę wcześnie spać". Swoje problemy ze snem tłumaczył wykonywaną przez siebie pracą: "Przez pierwsze dni byłem zmęczony i nie mogłem znieść za dużo, ale później udało mi się wytrzymać przez całą noc i właściwie byłem ostatnim schodzącym z pola". Konieczność zabijania była dla niego na tyle przykra, że chciał zamiast tego zajmować się pracą administracyjną, zadaniem, które, jak pisał żonie, obiecano mu wcześniej:

Pisałem ci już o egzekucjach - również nie mogłem powiedzieć: "Nie". [chciał uniknąć tego zadania, lecz albo mu odmówiono, albo nie ryzykował podnoszenia tego tematu]. Powiedzieli mi jednak, że wreszcie znaleźli odpowiedniego człowieka do zadań administracyjnych. Poprzedni był tchórzem. Tak tu oceniają ludzi. Ale ufajcie tatusiowi. Myśli o was cały czas i nie strzela bez opamiętania.

Przyklejanie etykietki tchórza człowiekowi, który nie chciał zabijać z zimną krwią bezbronnych ofiar, było formą szkolenia nowych członków grupy, mającą na celu przyspieszenie ich brutalizacji. Uwaga w liście o "nie strzelaniu bez opamiętania" świadczy o problemie, jaki stanowiło dla Kretschmera przyjęcie panujących w grupie standardów. Kilka linijek niżej w tym samym liście komentuje ironicznie wiadomość od żony o powołaniu do służby wojskowej ich sąsiada: "To miło, że Herr Kern jedzie do Francji. Myślę, że byłby zbyt słaby, by pojechać na Wschód, chociaż ludzie się tu zmieniają. Szybko przyzwyczajają się do widoku krwi, ale Blutwurst *[Niem.: kaszanka - przyp. tłum.] nie jest tu zbyt popularna".

Kilka dni później Kretschmer nadal czuł się niepewnie. Pisał żonie i dzieciom o doskonałych posiłkach, jakie otrzymują, następnie wyjaśniał: "Musimy dużo jeść i pić ze względu na charakter naszej pracy. [...] Inaczej moglibyśmy się załamać. Tatuś będzie bardzo ostrożny i będzie wszystko kontrolował. Nie jest to miłe zajęcie. O wiele bardziej wolałbym spać". Na samym końcu listu Kretschmer podsumował techniki, wypracowane przez niego, żeby jakoś przetrwać - połączenie wyrobienia w sobie nawyku, racjonalnego wytłumaczenia podejmowanych działań i zaprzeczeń:

Gdyby nie głupie myśli o tym, czym się zajmujemy, byłoby tu wspaniale. Mogę wam przecież pomagać, wysyłając tyle rzeczy. Jak już pisałem, ostatnią akcję uważam za uzasadnioną i zgadzam się z jej konsekwencjami, więc "głupie myśli" to chyba nie jest najlepsze określenie. Jest to raczej rodzaj słabości, która nie pozwala patrzeć na martwe ciała. Najlepszym sposobem, aby się przemóc, jest robić to częściej. Wtedy staje się to rutyną. [...] Im więcej się o tym wszystkim myśli, tym lepiej można zrozumieć, że to, co robimy, to jedyny sposób na zapewnienie nam bezpieczeństwa i przyszłości. Nie chcę już więcej o tym myśleć ani pisać. Niepotrzebnie bym was martwił. Przejdziemy przez to wszystko zwycięsko. Nasza wiara w führera daje nam spełnienie i siłę do wykonywania naszych trudnych i niewdzięcznych zadań.

Kretschmer nie jest w tym momencie jeszcze całkiem przekonany, ale wydaje się być już bliski przyswojenia sobie wartości obowiązujących w grupie, do której dołączył dwa miesiące wcześniej. W tym celu często zaciera granicę pomiędzy przemocą agresywną a defensywną, wmawiając sobie, że to, co robi, jest konieczne dla zapewnienia bezpieczeństwa własnej rodzinie. Określanie ofiar jako źródła zagrożenia dla agresorów jest podstawowym mechanizmem ludobójstwa. Pozwala to sprawcom interpretować swoją przemoc jako defensywną, a zatem usprawiedliwioną i nieuniknioną - jak napisał Kretschmer - "to, co robimy, to jedyny sposób na zapewnienie sobie bezpieczeństwa".

Erich Naumann, który pod koniec listopada 1941 roku przejął dowództwo nad Einsatzgruppe B na Białorusi, po tym jak Nebe stwierdził, że nie może już tego dalej robić, zeznając na powojennym procesie Einsatzgruppen w Norymberdze nieco inaczej przedstawiał swoje przemyślenia w tym temacie: "[Rozkazy führera] były bardzo surowe. Niezwykle surowe i trudne do wykonania dla Einsatzkommanden oraz innych, wykonujących tę pracę. Wszyscy wiedzieli, że nie jest to przyjemna robota, że to wbrew wewnętrznym przekonaniom ludzi". Naumann twierdził, iż upewniał się co do rozkazu führera, pytając o to Heydricha, który odpowiedział mu z irytacją:

"Taki jest wyraźny rozkaz führera. Został wydany dla bezpieczeństwa na tyłach walczącej armii oraz dla bezpieczeństwa w ogóle. Można go rozumieć tylko na jeden sposób i należy się do niego dostosować. Wszyscy Żydzi, obu płci, wszyscy Cyganie i wszyscy komuniści podlegają temu rozkazowi". Powtórzył: "Rozkaz nie podlega żadnej dyskusji. Został wydany przez führera dla bezpieczeństwa armii".

Neumann kontynuował zeznania, odpowiadając na pytania przewodniczącego sądu, Michaela Musmanno:

Naumann: Dyskusje dotyczące tego rozkazu, jego powagi i ogromnego ciężaru, jaki kładł na nasze barki [...] przeplatały się z innymi, a konkretnie - z tym, że był to rozkaz führera, najwyższego dowódcy, przywódcy narodu. Staliśmy przed dylematem - nasze osobiste uczucia a ten rozkaz. Każdy z nas musiał zdecydować sam, czy w czasie wojny ma się kierować własnymi uczuciami, czy słuchać rozkazów wydanych przez najwyższego dowódcę. Nie była to decyzja łatwa, ale musieliśmy się podporządkować rozkazowi z tej prostej przyczyny, że żołnierz podczas wojny musi bezwzględnie wykonywać rozkazy. Gdyby każdy żołnierz zastanawiał się, czy dany rozkaz podoba mu się, czy nie i dopiero wtedy go wykonywał, to w ogóle nie byłoby już wojska. [... ]

Mógłbym czuć się winny i mieć wyrzuty sumienia jedynie z powodu zbrodni, które sam bym popełnił. Gdybym to ja organizował morderstwa i inne okrucieństwa, to czułbym się winny. Ponieważ tylko wykonywałem rozkazy, to nie jestem winny, a więc nie mogę czuć wyrzutów sumienia z powodu winy, która nie istnieje.

Musmanno: Czy miał pan jakieś wątpliwości co do rozkazu?

Naumann: Tak, Wysoki Sądzie.

Musmanno: Czy nie zgadzał się pan z nim?

Naumann: W tym sensie, że był sprzeczny z moją naturą, która nie pozwala na zabijanie niewinnych ludzi.

Musmanno: Czy uważa pan, że zabijanie ludzi, zwłaszcza kobiet i dzieci, było złem?

Naumann: Nie było złem, Wysoki Sądzie, zostałem do tego upoważniony, to był rozkaz führera.

Musmanno: Pytam pana, czy wtedy uważał pan, że zabijanie kobiet i dzieci jest czymś złym?

Naumann: Nie, nie miałem takiego przekonania. Uważałem, że należy wykonać rozkaz.

Argumentacja Naumanna o wykonywaniu jedynie rozkazów nie wystarczyła sądowi i skazano go na śmierć. Nie można natomiast lekceważyć znaczenia faktu, że sam siebie rozgrzeszał poprzez racjonalne tłumaczenie sobie, że nie jest odpowiedzialny. Jeśli najwyższy dowódca wydał taki rozkaz, to podwładny mógł wmówić sobie, iż nie ma innego wyjścia niż tylko go wykonać, a zatem nie spoczywa na nim odpowiedzialność osobista. Jak zauważa psycholog Herbert C. Kelman, problem z powoływaniem się na rozkaz przełożonego polega na tym, że każdy w łańcuchu hierarchii wojskowej może się czuć upoważniony, a zatem zwolniony z oporów moralnych:

Zgodnie z szeroko rozpowszechnionym poglądem (podważanym podczas procesów w Norymberdze) państwo jest jednostką, która nie podlega moralności; może robić wszystko, co uzna za słuszne, aby chronić lub wspierać interes narodowy. Członkowie władzy centralnej, działający na korzyść państwa, również nie podlegają barierom moralnym, które mogłyby być obecne w ich życiu prywatnym. [...] Odpowiedzialność za zdjęcie barier moralnych spada więc na podejmującego ostateczną decyzję [np. Hitlera], który z kolei jest wykonawcą woli władzy centralnej. On również twierdzi, że nie miał wyboru, bo jedynie realizował jej żądania. Cała doktryna jest oczywiście skrajnie niebezpieczna, ponieważ ostatecznie się zapętla.

Dla ludzi, którzy przeprowadzali masakrę za masakrą, wysłuchiwali krzyków i błagań o litość, oglądali przerażone twarze i ciała zwijające się w agonii, niektóre przypominające im zapewne swoich bliskich, członków rodziny, znajomych czy wreszcie ich samych, racjonalne wyjaśnienia mogły nie być tak skuteczne, jak dla ukrywających się w bezpiecznym bunkrze führera. Wielu dowódców SS nie wytrzymało. Erwin Schulz poprosił we wrześniu 1941 roku o zwolnienie go z dowodzenia Einsatzkommando 5 (Einsatzgruppe C). W pisemnym zeznaniu, składanym pod przysięgą w Norymberdze, wyjaśniał dlaczego: "Powody mojej prośby miały korzenie między innymi w bezwzględnych rozkazach, nakazujących bezlitosną eksterminację całej populacji żydowskiej. Brigadeführer SS dr Rasch wyróżniał się wyjątkową bezwzględnością. Rozkazywał, żeby dowódcy grup uczestniczyli osobiście w egzekucjach. [Gruppenführer Bruno] Streckenbach powiedział mi, że osobiście uważa działalność Einsatzgruppen na Wschodzie za morderstwa". Schulz, podobnie jak Hitler i Himmler, potrafił organizować masakry, nie był jednak w stanie samemu w nich uczestniczyć.

Alfred Filbert, prawnik dowodzący Einsatzkommando 9 (Einsatzgruppe B) w okresie od czerwca do października 1941 roku, po przeprowadzeniu masakr w Grodnie, Wilnie i Witebsku doznał, jak sam to później określił, "załamania nerwowego" i poprosił o przeniesienie do służby wojskowej w Waffen-SS. Zamiast tego został wezwany do Berlina, gdzie oskarżono go o przywłaszczenie sobie 60 tys. marek skonfiskowanych ofiarom, a następnie odesłano na przedłużony, bezpłatny urlop. (W roku 1943 został oczyszczony z zarzutów i przydzielony do służby w Głównym Urzędzie Bezpieczeństwa Rzeszy). Brytyjski psychiatra, Henry V. Dicks, przeprowadził wiele lat później wywiad z Filbertem, kiedy ten odsiadywał dożywotni wyrok więzienia za swój udział w masakrze 11 tys. ludzi na Litwie i Białorusi.

Dzięki Dicksowi możemy dowiedzieć się czegoś o przeżyciach z dzieciństwa dowódcy Einsatzgruppe. Filbert urodził się w 1905 roku w Darmstadt, w rodzinie protestanckiej. Chudy, wyniszczony Filbert wielokrotnie wspominał Dicksowi o przemocy, jakiej doświadczał w domu. "W moim rodzinnym domu znaliśmy tylko polecenia i rozkazy. Urodziłem się w koszarach. Mój ojciec był na początku starszym sierżantem sztabowym w gwardii Jego Wysokości księcia Hesji. Żyło nam się wtedy bardzo dobrze. Oczywiście chciałem zostać żołnierzem, a zwłaszcza gwardzistą". Dicks zauważył, że musiało mu zaimponować posłuszeństwo, z jakim wykonywało się rozkazy w SS. "Cesarz wymagał więcej - odparł Filbert. - Mówił: «Kiedy rozkazuję wam zamordować ojca i matkę, macie to zrobić!». Rozkazy cesarza były niczym rozkazy Boga". Jak widać Kadavergehorsam, ślepe posłuszeństwo, istniało, zanim narodził się nazizm.

Zapewniając o swojej wrażliwości, Filbert wyjawił, że jego brat obchodził się z nim brutalnie. "Zawsze starałem się za wszelką cenę unikać wszystkiego, co miało coś wspólnego ze śmiercią lub trupami jako dziecko - powiedział Dicksowi. - Kiedy byłem mały, starszy o osiemnaście miesięcy brat złapał mnie za nogi i wywiesił za okno. Od tamtej pory miałem straszny lęk wysokości".

Inne wspomnienie dotyczy brutalnego traktowania przez matkę w czasie, kiedy ojciec pojechał na wojnę. Tak opisuje to Dicks:

[Filbert] bardzo podziwiał swojego kochającego, ciepłego ojca i niezwykle mu go wtedy brakowało. [...] Jego wychowaniem zajęła się teraz matka, bardzo surowa kobieta. [Filbert] wspomina, jak kiedyś, podczas nieobecności ojca, przewrócił się i leżał na ziemi, krzycząc z bólu. Podeszła do niego matka i zaczęła go okładać kijem za mazgajenie się. Dopiero po sprawieniu mu lania obejrzała go - i okazało się, że miał złamaną nogę.

("Przypadek Filberta - zauważa Dicks - pozwala nam zaobserwować, jak daleko w przeszłość może sięgać poczucie otoczenia przez zimnych, okrutnych, wręcz morderczych ludzi i braku dobrego ojca, który mógłby go przed nimi obronić. [...] Myślę, że skoro Filbert tak mocno zapamiętał to wydarzenie, możemy porównać ten przykład okrucieństwa matki względem swojego dziecka do typowych okrucieństw popełnianych przez esesmanów").

Filbert studiował na uniwersytetach w Giessen, Heidelbergu i Marburgu, okrywając się bliznami w pojedynkach i zdobywając doktorat z zakresu prawa w 1933 roku. Szybko piął się po szczeblach kariery w SS; wraz z Nebem, Eichmannem i innymi brał udział w konferencji zorganizowanej przez Heydricha w 1939 roku, na której zapadły decyzje o organizacji działań Einsatzgruppen w Polsce. W trakcie jego powojennego procesu ustalono, że przejmując dowództwo nad Einsatzkommando 9 wygłosił przemówienie do swoich podwładnych, zapowiadając "wyciągnięcie surowych konsekwencji w stosunku do każdego, kto odmówi wzięcia udziału w eksterminacji Żydów". Stwierdził, że "strzelać ma każdy", łącznie z nim samym, "aby dać dobry przykład". Dicks zauważa, iż jego podwładni, zeznając przed sądem określali go jako «bezwzględnego»; podawali przykłady odrzucania przez niego głosów sprzeciwiających się przetrzymywaniu rozebranych do naga kobiet oraz wspominali jego brak wyrozumiałości dla młodego wieku niektórych członków komanda biorących udział w egzekucjach. Sąd uznał, że Filbert był zaciekłym i okrutnym wykonawcą polityki führera". Dicks cytuje słowa oskarżyciela, według których "[Filbert] zastąpił dzikie egzekucje litewskiej policji pomocniczej rutynową pracą w rzeźni w Chicago, zabijając 500 sztuk bydła dziennie".

Sąd ustalił również, że Filbert surowo ukarał jednego z członków Einsatzkommando 9, który okazywał litość żydowskim ofiarom. Życiorys Filberta, od pełnego przemocy dzieciństwa aż po fanatyczną służbę w SS, wskazuje na to, że zachowania agresywne wykształciły się w nim w pełni. Zachował mimo to wystarczający pragmatyzm, aby ograniczyć udział ludzi ze swojego oddziału w masakrach, widząc, że powoduje to u nich urazy psychiczne:

Kiedy Einsatzkommando zbliżało się w okolice Witebska, [Filbert] przekazał część egzekucji w ręce cywilnej milicji, składającej się z miejscowych, wrogo nastawionych do Żydów i komunistów, których wyróżniały jedynie opaski na ramionach, nie stwarzając nawet pozorów "legalności". Miało to wynikać z upadku morale jego ludzi, którym trzeba było wydzielać coraz większe racje wódki, żeby byli w stanie brać udział w egzekucjach. Zamiast strzelać, woleli zmuszać ofiary do wskakiwania do dołów, zostawiając konieczność dobicia rannych oddziałom miejscowym.

W tym samym czasie, kiedy kryzys przechodzili jego ludzie, Filbert zaczął mieć coraz większy problem z utrzymywaniem bezwzględnej surowości wymaganej przez Himmlera (a której sam nie był w stanie sobie narzucić). "Jakże inaczej mężczyzna okazuje swoją słabość, jeśli nie utratą panowania nad sobą? - pytał Filberg Dicksa. - Spytałem, czy właśnie tak reagował - pisze Dicks. - Tak. Całkowicie załamałem się nerwowo. [...] Zostałem zdegradowany do roli kata i mordercy. Nikt [tzn. sąd] nie wierzył mi, że tak właśnie to odbierałem. - Spytałem, jakie były tego objawy. - [Filbert] Trząsłem się cały, nie potrafiłem tego opanować. I płakałem. Nie potrafiłem się już śmiać. Miałem napady płaczu - a kiedyś byłem takim pogodnym człowiekiem".

Filbert wskazuje również na powody, dla których w listopadzie 1941 roku Nebe wycofał się z dowodzenia Einsatzgruppe B. Według niego Nebe, były policjant, powiedział mu kiedyś: "Zajmowałem się kiedyś ściganiem przestępców, teraz sam stałem się jednym z nich". (Kierowca Nebego popełnił samobójstwo, rzekomo dlatego, że nie mógł znieść uczestnictwa w masakrach; przyjaciel Nebego, Hans Gisevius, który widział go po powrocie do Berlina, opisywał, że Nebe był "cieniem dawnego siebie, człowiekiem na skraju załamania nerwowego, pogrążonym w depresji"). Filbert przedstawił również własną typologię dowódców Einsatzgruppen, z którymi miał do czynienia:

[Pytanie Dicksa] "Co może pan powiedzieć o tych, którzy godzili się na eksterminację, jak im się to udawało?" - [Filbert] "Było ich wielu. W SS było pełno desperatów i złych ludzi". [...] Podzielił ich na kategorie: (a) tacy, którzy mówili - to rozkazy führera, tak ma być, bezrefleksyjni; (b) stosujących prostą zasadę - rano strzelamy, wieczorem się bawimy; (c) tacy jak on sam, uważający się za lepszych od innych; wszyscy uważali, że nie jest towarzyski, kiepski kolega. [...]; (d) jeszcze inni, tacy jak młody chłopak, świeżo po szkole oficerskiej SS, który przyszedł do niego kiedyś w Wilnie i stwierdził: "Nie mogę tego robić", na co Filbert miał mu odpowiedzieć: "Nie mów tego głośno", i przydzielić go do pracy w biurze jednostki.

Co zaskakujące, wśród tych, którzy przeszli załamanie psychiczne, był również Bach-Zelewski, wyższy dowódca SS i policji na obszarze Rosji środkowej. W lutym 1942 roku wrócił do Niemiec i zgłosił się do szpitala Czerwonego Krzyża w Hohenlychen, sto kilometrów na północ od Berlina, z powodu hemoroidów. Zajmował się nim główny lekarz SS, Ernst Robert Grawitz. Na początku marca Grawitz opisywał Himmlerowi problemy Bacha-Zelewskiego z powrotem do zdrowia: "Po operacji hemoroidów często utrzymuje się przedłużony ból". Nie była to jednak jedyna przyczyna:

Pacjent wrócił ze wschodniego frontu w stanie ogólnego wyczerpania, szczególnie psychicznego. (Nękają go zwłaszcza wspomnienia związane z przeprowadzanymi egzekucjami Żydów, jak również wspomnienia innych ciężkich doświadczeń). Ponieważ leczenie jest bardzo złożone, zajmuję się pacjentem osobiście, codziennie pracując nad przywróceniem mu zdrowia. Pani von dem Bach poprosiła o możliwość zamieszkania w szpitalu, aby móc zajmować się mężem, na co wyraziłem zgodę. Doprowadziło to do pewnych nieuniknionych problemów, możliwych jednak do pokonania. Kuracja psychologiczna pacjenta jest ważną częścią ogólnego planu przywrócenia mu zdrowia.

Bach-Zelewski, spytany przez Grawitza o przyczynę jego złej kondycji psychicznej, miał odpowiedzieć: "Dzięki Bogu, mam to już za sobą. Wie pan, co się tam wyprawia w Rosji? Cała żydowska populacja poddawana jest eksterminacji". Nie był to jednak koniec jego udziału w masakrach; dwa miesiące później wrócił do Rosji.

Nawet Jäger, wyjątkowo twardy osobnik, ostatecznie się złamał, według zeznań Jeckelna z 1945 roku: "Jäger mówił mi, że w następstwie tych wszystkich egzekucji zamienił się w neurotyka. Przeniesiono go na emeryturę i podjął leczenie".

Himmler przejmował się efektami psychologicznymi, jakie na jego podwładnych mogło wywoływać uczestnictwo w masakrach; świadczyć o tym może choćby jego rozkaz z 12 grudnia 1941 roku, zarządzający "organizowanie spotkań towarzyskich [...] tak jak w niemieckim domu". Był jednak zdeterminowany wykonać rozkaz führera, nakazujący ostateczne rozwiązanie. Heinz Jost, prawnik i brigadeführer SS, który przejął dowództwo nad Einsatzgruppe A po tym, jak Stahlecker zginął z rąk estońskich partyzantów pod koniec marca 1942 roku, podczas procesu w Norymberdze twierdził, że zwracał uwagę Jeckelna, Heydricha i Himmlera na problemy psychiczne członków oddziałów eksterminacyjnych. Tak opisywał swoją rozmowę z Himmlerem: "Spytał mnie: «Jest pan filozofem? O co panu chodzi? Jakie problemy? To, co jest ważne, to nasze rozkazy»". Himmler podał mu przykład takiego rozkazu: "Wydałem Handschuhbefehl, rozkaz dotyczący rękawiczek". Jost wyjaśnił sądowi: "Himmler wydał rozkaz, aby niższy rangą [z SS] salutujący przełożonemu zdejmował rękawiczkę. W wojsku było odwrotnie, rękawiczka musiała być na dłoni". Jost zeznał dalej:

Himmler powiedział, "Wydałem ten rozkaz dotyczący rękawiczek. Znajdzie się wielu, którym wydaje się, że nie muszą go przestrzegać, bo im się on nie podoba. Ukarzę surowo każdego, kto nie zastosuje się do tego rozkazu. Nawet jeśli treść rozkazu jest błaha, liczy się rozkaz. Ci, którzy nie podporządkowują się temu rozkazowi, dają do zrozumienia, że nie chcą wykonywać poważniejszych rozkazów. Nad rozkazami się nie dyskutuje. Rozkazy się wykonuje i chyba pan jeszcze tego nie zrozumiał. Ile pan ma lat? - spytał. - Urodziłem się w roku 1904 - odpowiedziałem. - A więc należy pan do tych, co nie mają za sobą żadnego przeszkolenia wojskowego. Nikt, kto nie przestrzega rozkazów, nie może być oficerem ani generałem. Kto nie wykonuje rozkazów, nie może ich wydawać. Muszę się zastanowić, jak pana przeszkolić w tym kierunku".

Himmler przeszkolił Josta, degradując go do stopnia unterscharführera - plutonowego, i wysyłając go na wschodni front. Ten epizod pasuje do znakomitego opisu Himmlera autorstwa Feliksa Kerstena, przedstawiającego, jak reichsführer SS przekuł "życzenie führera" w przerażającą rzeczywistość holocaustu:

Miał niezwykle małe oczy, wąsko osadzone, jak u gryzonia. Kiedy z nim rozmawiałeś, te oczy wpatrywały się w ciebie cały czas, wędrowały po twojej twarzy, zaglądały w twoje oczy. Było w nich oczekiwanie, uwaga, ostrożność. Jeśli z czymś się nie zgadzał, nie reagował tak, jak oczekiwałbyś po wesołym mieszczaninie [na jakiego pozował]. Czasami jego reakcja przybierała formę ojcowskiego napomnienia, ale to mogło szybko zmienić się w ironię i kostyczny cynizm. Ale nigdy, nawet wyrażając sprzeciw czy niezadowolenie, nie ukazywał prawdziwego oblicza. Nigdy nie bywał bezpośredni. Podczas walki bywał zaintrygowany, podczas sporów o swoją tak zwaną ideologię używał podstępu, oszustwa - nie stawał do walki, ale dźgał oponenta sztyletem w plecy. Był jak tchórzliwy wąż, słaby, nieszczery, ale niezmiernie okrutny. [...] Jego umysł [...] nie pasował do dwudziestego wieku, był średniowieczny, feudalny, makiaweliczny, zły.

Jest oczywiste, że zaburzenia psychiczne wywołane wykonywaniem rozkazów masowego mordowania nieuzbrojonych, niewinnych ludzi w żadnym stopniu nie umniejszają zbrodni. Stanowią jednakże pośredni dowód na to, iż członkowie Einsatzgruppen zdawali sobie sprawę z tego, że ich czyny były przestępcze i złe, mimo tego, że takie były rozkazy najwyższego dowódcy w państwie.

 

Jedno z kluczowych pytań dotyczących holocaustu, postawione już przez samych nazistów, brzmiało: Dlaczego Żydzi nie stawiali oporu? Pytanie to - wraz ze swoją obrzydliwą sugestią, że ofiary ponoszą winę, jakby same mordowały - ma wiele odpowiedzi. Wiele z ofiar nie wiedziało, co je czeka, dopóki nie znalazły się pod władzą uzbrojonych strażników. Fizycznie sprawni mężczyźni z reguły byli zgarniani najpierw, przez co kobiety, dzieci i starcy stawali się jeszcze bardziej bezbronni. Droga do mogił najeżona była uzbrojonymi strażnikami i agresywnymi psami, z dystansu czuwał żołnierz z karabinem maszynowym. Ucieczka oznaczała pozostawienie członków rodziny. Szok towarzyszący widokowi zbiorczej mogiły był paraliżujący. Opór jest trudniejszy, gdy ofiara jest rozebrana do naga. Żydzi nie zwykli posiadać broni i nie mieli doświadczenia w jej używaniu. Społeczności żydowskie w obliczu wrogości ze strony nie-Żydów z reguły negocjowały. Z nazistami targi przy masowych mordach nie były możliwe.

Większość z tych odpowiedzi zbiega się w oczywistym stwierdzeniu, że żydowskie społeczności w Europie Wschodniej były bardziej cywilizowane - czyli że wypracowały bardziej humanitarne metody rozstrzygania sporów, mniej wśród nich było jednostek agresywnych - od atakujących Niemców. Żydzi byli także bardziej cywilizowani niż większość społeczeństw, w łonie których żyli. Historycznie rzecz biorąc, Żydzi nigdy nie zorganizowali pogromu Polaków, Litwinów, Łotyszy, Białorusinów czy Ukraińców - natomiast odwrotne przypadki miały miejsce.

"Ataki prewencyjne, zbrojny opór i zemsta - pisze Raul Hilberg - były praktycznie nieznane w wygnańczej historii Żydów". Hilberg sugeruje, że pokojowa tradycja w rzeczywistości getta była słabością. W konfrontacji z nazizmem okazała się tragedią, wręcz - jak mówi Hilberg - katastrofą. Jednak w ujęciu historycznym okazała się mocną stroną. Społeczeństwo obywatelskie Zachodu ewoluowało na przestrzeni siedmiu stuleci, od gwałtownych średniowiecznych początków do współczesnych rządów prawa. Żydzi Europy Wschodniej i Zachodniej, wykształcając zachowania obywatelskie szybciej niż sąsiedzi, nie stali się winnymi tego, że padli ofiarą zdziczałej zbiorowości zdominowanej przez agresywnych kryminalistów. Wręcz przeciwnie - to ich sąsiadów należy winić za bierność i przyzwolenie na holocaust na własnym terenie, tym bardziej że przykład Bułgarii i Danii pokazuje, iż nawet minimalny opór wobec nazistów mógł uratować życie.

Żydzi wschodnioeuropejscy rzadziej brutalizowali swoje dzieci niż katolicy, prawosławni i protestanci, przez co w ich społecznościach mniej było dorosłych zdolnych do użycia przemocy, nawet w obronie. W tym sensie żydowska tradycja obywatelska była pacyfistyczna. Jednym ze wskaźników mniej brutalnych metod wychowywania dzieci jest śmiertelność niemowląt w porównywalnych społeczeństwach. Na Łotwie w 1931 roku śmiertelność noworodków żydowskich była o połowę niższa niż śmiertelność dzieci Niemców i Łotyszy tam żyjących. W stosunku do śmiertelności niemowląt polskich, litewskich i rosyjskich urodzonych na Łotwie stanowiła jedną trzecią. Takie proporcje utrzymywały się przez całą dekadę, mimo tego, że warunki zdrowotne ogólnie uległy poprawie i śmiertelność niemowląt wszystkich grup etnicznych, z wyjątkiem Litwinów, zmalała.

Jednakże najbardziej oczywistą wykładnią różnicy w stopniu rozwoju społecznego, który sprawił, że społeczności żydowskie nie były przygotowane do odparcia zbiorowej, agresywnej napaści, jest późny opór zbrojny w gettach utworzonych przez SS na Wschodzie. "Podczas katastrofy lat 1933-1945 - potwierdza Hilberg - było tylko kilka przykładów nikłego oporu. Przede wszystkim, gdziekolwiek nie zaistniały, były zawsze ostatnią - nigdy pierwszą - deską ratunku". Przemoc nie zawsze ma charakter przestępczy. Rozwinięte społeczeństwa upoważniają funkcjonariuszy sił porządkowych do używania starannie reglamentowanej przemocy w celu ochrony obywateli przed napaściami przestępczymi i wojskowymi. Model kształtowania zachowań agresywnych, opracowany przez Lonniego Athensa na podstawie badań stosujących przemoc skazanych, odnosi się również do ofiar nieuprawnionej przemocy. Gdy społeczny system kontroli nad przemocą zawodzi, tak jak zawiódł wobec wschodnioeuropejskich Żydów podczas drugiej wojny światowej, jedynym sposobem na ocalenie może być ucieczka w stronę indywidualnej przemocy. Agresywna dominacja nad ludnością gett stopniowo doprowadziła do jej brutalizacji. Zaczęły, szczególnie wśród młodych, pojawiać się ośrodki zbrojnego oporu. Organizowały one powstania, najbardziej pamiętne w Warszawie w kwietniu i maju 1943 roku, lub ucieczki poza getto, by toczyć w lasach walki partyzanckie. Niestety, ich ofiarność pojawiała się zbyt późno, by ocalić wiele istnień ludzkich.