Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

 

ALAN BAKER

MITY, TAJEMNICE I SZALEŃSTWA W HISTORII ŚWIATA

 

(...)

 

ŁAJDAK NADCZŁOWIEK?

Dziwaczne wyczyny Kuby Skoczka *

* [W oryginale jego przezwisko brzmi Spring-heeled Jack, co na język polski tłumaczone jest rozmaicie, m.in. też jako Kuba na Sprężynach czy Jack Sprężysty Obcas itp.]

O godzinie 20.45 20 lutego 1838 roku dzwonek w domu rodziny Alsopów zadzwonił nieoczekiwanie i donośnie. Dom stał w pewnym oddaleniu od najbliższej wsi Old Ford na wschód od Londynu, więc Obcych ludzi bywało tu niewielu. Odwiedziny o tak później porze, w dodatku w zimową noc, były bardzo dziwne.

Kiedy dzwonek zadzwonił po raz wtóry, tym razem głośniej i dłużej, 18-let-nia Jane Alsop powiedziała, że pójdzie zobaczyć, kto to. Otworzyła drzwi i skierowała się do furtki, wytężając wzrok. W atramentowych ciemnościach zdołała ujrzeć wysoką, otuloną peleryną postać. Jane dostrzegła też jakby hełm na głowie przybysza, który zawołał: "Jestem policjantem! Na litość boską, dajcie jakieś światło, bo złapaliśmy tu na dróżce Kubę Skoczka!"

Jane zaskoczona otworzyła usta, słysząc to imię. W ostatnich kilku miesiącach łotr zwany Kubą Skoczkiem stał się powszechnie znany w całym Londynie i okolicy. Nikt nie wiedział, kim jest, czasami pojawiał się jako duch odziany w szczękającą zbroję, niekiedy jako małpa, a czasem jako niedźwiedź - czasem też jako sam diabeł.

Jane bez słowa pobiegła do domu, by przynieść jakieś światło. Wróciła z zapaloną świecą i wręczyła policjantowi, spodziewając się, że ją weźmie i wróci do schwytanego Kuby Skoczka.

On jednak odrzucił pelerynę i przystawił świecę do piersi, tak że migający płomień oświetlił jego twarz.

Była to twarz tak potwornie brzydka, że wstrząśnięta Jane Alsop aż krzyknęła z przerażenia. Oczy przybysza miały kolor płonących węgli i jasno lśniły w mroźnej ciemności. Na głowie faktycznie miał hełm, ale nie był to hełm policyjny, jak z początku myślała, ani też nie przypominał żadnego innego, jaki wcześniej widziała. Rysy mężczyzny były nienaturalnie napięte, jak gdyby miał na twarzy jakąś straszliwą maskę z ludzkiego ciała, a odziany był w ciasno przylegający strój, który lśnił w blasku świecy. Do piersi przyczepiony miał pasami dziwnego kształtu przedmiot.

Jak gdyby pobudzony jej krzykiem do działania, Kuba Skoczek rzucił się do przodu i buchnął w jej twarz strumieniem niebieskiego ognia. Pochwycił ją palcami długimi i ostrymi jak metalowe szpony, drapiąc jej twarz i drąc ubranie.

Krzycząc przeraźliwie, Jane zdołała wyswobodzić się z uścisku i rzuciła się w stronę domu. Jednak Kuba skoczył za nią dopadając na progu domu, gdzie ponowił atak, rozdzierając jej strój i wyrywając garści włosów.

Zaniepokojona zamieszaniem, przy drzwiach pojawiła się Mary, młodsza siostra Jane. Była jednak tak wstrząśnięta widokiem, który ujrzała, że stała i patrzyła z przerażeniem, niezdolna do żadnego ruchu. Na szczęście pojawiła się też jej starsza siostra, zamężna Sarah Harrison. Udało się jej wyrwać Jane z uchwytu potwora i zatrzasnąć mu drzwi przed nosem.

Kuba jednak nie dał się tak łatwo zniechęcić i pozostał u drzwi, waląc w nie głośno. Siostry uciekły na górę, otworzyły okno i ile sił w płucach zaczęły wołać o pomoc. Mogłoby się to wydawać daremnym wysiłkiem, biorąc pod uwagę odludną okolicę, ale jednak po chwili Kuba zniknął w ciemnościach, z których się wyłonił.

Historia zjawisk paranormalnych pełna jest opowieści o dziwnych istotach zjawiających się nagle w "normalnym" świecie, by przerażać, dręczyć, a niekiedy nawet pomagać zaskoczonym ludziom, którzy je napotkali. Od czasu, gdy Kuba Skoczek się pojawił, legenda o nim przeobrażała się pod wpływem naszych poglądów zmieniających się w następstwie rzekomych wizyt istot pozaziemskich. To, że coś dziwnego kilkakrotnie pojawiało się w Anglii w XIX i na początku XX wieku, nie ulega wątpliwości. Rzeczą dyskusyjną jest jednak, czy była to rzeczywiście jakaś istota, czy też należałoby to uznać za efekt masowej histerii.

Nie tylko rodzina Alsopów padła ofiarą Kuby Skoczka w lutym 1838 roku. Dwa dni później Lucy Sales i jej siostra wracały do domu po wizycie u swego brata. Szły Aleją Zielonego Smoka w okolicach Limehouse przy londyńskim porcie, gdy zauważyły wysoką szczupłą postać czającą się w cieniu. Gdy podeszły bliżej, postać odwróciła się i zionęła strumieniem niebieskiego ognia na Lucy, która przerażona padła na ziemię. Kiedy jej siostra rzuciła się na pomoc, postać ta, z dziwnym, podobnym do lampy przedmiotem przytroczonym do piersi, uciekła w ciemność.

Kilka dni później doniesiono o ataku bardzo podobnym do tego na dom Alsopów. Jakiś obcy zapukał głośno w drzwi domu pana Asliwortha przy ulicy Turner, a gdy służący je otworzył, postać odrzuciła pelerynę, pokazując przylegający do ciała strój noszony jakoby przez Kubę Skoczka. Jeden rzut oka na dziwne, ściągnięte rysy szkaradnej twarzy Kuby wystarczył, by z piersi chłopca wyrwał się przeraźliwy krzyk. Najwyraźniej z obawy przed możliwą pogonią zjawa natychmiast uciekła - chłopiec jednak zdążył zauważyć na rąbku peleryny Kuby wyszytą literę W...

W tym czasie o wyczynach Kuby Skoczka mówił już cały Londyn. Wyglądało na to, że pojawił się kilkadziesiąt razy, by atakować i straszyć nieświadomych zagrożenia nocnych przechodniów w całym mieście. Jego sposób działania był zawsze taki sam: krył się w cieniu w ciemnych uliczkach lub zaułkach, po czym wyskakiwał do swoich ofiar, zionąc niebieskim ogniem w ich twarze i chwytając straszliwymi żelaznymi szponami. Jego sposób ucieczki był tak samo dziwaczny i niewytłumaczalny, jak jego pojawienie się i działanie: zdolny był sadzić niewiarygodnie długimi susami, skacząc jak monstrualna żaba nad dachami pobliskich budynków, pozostawiając daleko w tyle krzyki swych przerażonych ofiar.

Jego ataki nie ograniczały się do rejonu samej stolicy: doniesienia o jego czynach dochodziły z hrabstw położonych w okolicach Londynu. Czaił się na odległych drogach, wyskakiwał znienacka na podróżnych, straszył ich, po czym w podskokach uciekał w mrok nocy. Pomiędzy 1840 a 1870 rokiem rozszerzył rejon swoich działań, odwiedzając hrabstwa od Warwickshire na północy aż po Devon na południu. Choć jego celem były głównie kobiety, niekiedy atakował mężczyzn, szczególnie woźniców, do których wyskakiwał, gdy samotni jechali pustymi drogami po zapadnięciu nocy.

W większości wypadków Kuba ograniczał się do straszenia swoich ofiar i darcia ich ubrań, lecz w listopadzie 1845 roku odnotowano znacznie gorszy przypadek. Zdarzyło się to w londyńskiej Jacob's Island w Bermondsley, dzielnicy ponurych, ohydnych slumsów, walących się ruder otoczonych śmierdzącymi bagnami i otwartymi ściekami. Tej straszliwej nocy 13-letnia prostytutka Maria Davis szła starym mostem nad szczególnie wstrętnym bagnem zwanym Folly Ditch.

Nagle pojawił się Kuba Skoczek i wskoczył na most. Na oczach kilku śmiertelnie przerażonych widzów zionął niebieskim ogniem w twarz dziewczyny, podniósł ją ponad głowę i rzucił w cuchnący szlam Folly Ditch. Nieszczęsna nie miała żadnych szans na ratunek, bo zapchany cuchnącym plugastwem kanał był jak ruchome piaski. Walczyła chwilę o życie, po czym zniknęła w otchłani. Zanim ktokolwiek ze świadków zdołał zareagować, morderca uciekł w mroku nocy.

Wiosną 1877 roku Kuba postanowił zaatakować brytyjskie wojsko, co świadczy o tym, że musiał być albo szalony, albo posiadał prawdziwie nadludzkie moce. Koszary Aldershot w Hampshire mieściły 10 000 żołnierzy i oczywiście były doskonale strzeżone przez uzbrojonych wartowników. Kuba nieraz wskakiwał na dach budki strażniczej i sięgał w dół, by swoimi straszliwymi, lodowatymi szponami szarpać twarze wartowników, po czym uciekał nieprawdopodobnie długimi susami przez otaczające pola. Kilka razy strzelali za nim. Nigdy jednak nie udało się im go trafić... a w każdym razie nic na to nie wskazywało.

Kilka miesięcy później Kuba podążył na północ do Lincoln, gdzie pojawił się odziany w dziwaczny strój z owczej skóry, skacząc ponad dachami i paradując nad starożytnym rzymskim pomnikiem znanym jako Newport Arch. Podokuczawszy mieszkańcom Lincoln, uciekł ogromnymi susami przez pola.

Przez następne 30 lat nie słyszano o Kubie Skoczku, po czym pojawił się w 1904 roku. Przez kilka nocy terroryzował mieszkańców ulicy William Henry w Liverpoolu, skacząc z ulicy na dachy, obalając przerażonych świadków na ziemię.

Ostatni raz pojawił się w biały dzień. Przebiegł tam i z powrotem ulicą William Henry, wykonał zadziwiający ponad 7-metrowy skok na dach, obrzucił przyglądających się pogardliwym spojrzeniem i z głośnym, kpiącym śmiechem rozpłynął się w powietrzu.

Mike Dash, jeden z najbardziej krytycznych badaczy zjawisk paranormalnych, przeprowadził gruntowną analizę ówczesnych gazet, próbując dotrzeć do sedna tajemnicy Kuby Skoczka. Jak słusznie zauważa, większość czasopism zgodnie twierdziła, iż coś musiało wywołać powszechną panikę, która ogarnęła Londyn w owym czasie. "Times" oraz "Morning Chronicie" donosiły o pogłoskach, że to grupa zblazowanych arystokratów dopuszczała się tych okrutnych żartów w ramach jakiegoś zakładu. Najwyraźniej grupa ta składała się z "łajdaków powiązanych z wysoko postawionymi rodzinami, a stawka zakładów sięgnęła 5000 funtów szterlingów". Owe "poczynania", jak donoszono, "zniszczyły życie przynajmniej 30 istot ludzkich: ośmiu starych kawalerów, 10 starych panien i wielu służących, doprowadzając ich do pomieszania zmysłów, a przez to do przedwczesnej śmierci".

Dla niektórych było to prawdopodobne wyjaśnienie. W anonimowym liście do burmistrza Londynu czytamy:

Pewni osobnicy poszli o zakład z tajemniczym ryzykantem (o nieznanym dotychczas imieniu), iż nie ośmieli się odwiedzić wiosek nieopodal Londynu w trzech przebraniach - ducha, niedźwiedzia i diabła; a tym bardziej nie ośmieli się wedrzeć do ogrodów szlachetnie urodzonych, by niepokoić mieszkańców domu. Nieludzkiemu łajdakowi udało się jednak pozbawić zmysłów siedem dam. Zadzwonił do drzwi jednego domu i gdy służąca je otworzyła, ujrzała najbardziej przerażające widmo. W konsekwencji biedne dziewczę natychmiast omdlało i od tej chwili nie powróciło do zmysłów, krzycząc nieprzytomnie na widok każdego mężczyzny: "Zabierzcie go!" Są też dwie damy, które mają mężów i dzieci, i raczej nie dojdą do siebie, lecz staną się ciężarem dla swoich rodzin.

Atak na Jane Alsop zgłoszono na posterunku policji przy ulicy Lambeth i sprawą zajął się słynny detektyw James Lea, który rozwikłał sprawę morderstwa w Red Barn z 1827 roku i który w tym czasie uważany był za najlepszego detektywa w Londynie.

Lea od razu zabrał się do pracy i w ciągu jednego dnia sporządził raport, opisany 23 lutego 1838 roku w "Morning Herald":

[Lea] stwierdził, że na podstawie tego, czego się dowiedziano, nie ma żadnych wątpliwości, iż osoba dopuszczająca się tych aktów przemocy grasowała w okolicy niemal cały miesiąc, strasząc mężczyzn i kobiety, i raz omal nie została pochwycona. Osoba odpowiadająca opisowi, była często widziana, gdy chodziła po drogach i odludnych miejscach, okutana w dziwną hiszpańską pelerynę, a czasem nosiła ze sobą niewielką lampę. Raz na polach Bowfair ścigali ją ludzie sprowadzeni przez Gilesa, woźnicę z Bow, lecz dzięki niezwykłej wręcz zręczności i najwyraźniej dokładnej znajomości okolicy zdołała uciec. Policjant dodał, że nie można wątpić o prawdziwości zeznań panny Alsop co do gwałtu zadanego jej przez opisaną przez nią osobę; wydarzenie to potwierdza cała jej rodzina. Detektyw nie zgadza się jedynie z opinią pana Alsopa, że brało w tym udział więcej osób. Położenie domu pana Alsopa w znacznej odległości od innych domów, w bardzo odludnym miejscu, stwarzało doskonałą sposobność duchowi, jak go zwano, do jego żartów; ale oprócz tego jasne jest, że dobrze znał nazwisko pana Alsopa. Po owym akcie przemocy rodzina przez okno wzywała głośno policję, aż ich krzyki usłyszano w pubie John Bull. Trzy osoby stamtąd ruszyły w kierunku domu pana Aslopa i po drodze spotkały otuloną szeroką peleryną wysoką postać, która na ich widok powiedziała, że u pana Alsopa wzywają policjanta, więc nie zwróciły na nią więcej uwagi. Osobą tą według detektywa, był nikt inny, jak sam sprawca aktu przemocy.

Śledztwo detektywa Jamesa Lea naprowadziło na kilku podejrzanych, lecz żaden z nich nie został uznany za winnego zbrodni Kuby Skoczka. Jednym z nich był Henry markiz Waterford, znany z sadystycznego poczucia humoru. Idealnie pasował do niego inicjał "W", wyszyty na pelerynie Kuby. Jednak Waterford zmarł w 1858 roku, a Kuba kontynuował swoje wyczyny przez kolejne 50 lat. Co więcej, Mike Dash nie był w stanie znaleźć w gazetach żadnej wzmianki o wyszytym inicjale "W" i doszedł do wniosku, że jest to niemal na pewno jedna z wielu plotek, którymi z czasem obrosła legenda o Kubie Skoczku.

Wątpliwy jest też najokropniejszy z wyczynów Kuby Skoczka, straszliwe morderstwo Marii Davis, ponoć zrzuconej przez potwora z mostu do otwartego ścieku. Dash przeszukał ówczesne gazety, jak również raporty koronerów, i nie znalazł wzmianki o Marii Davies. Istnieje drzeworyt z tamtych czasów, przedstawiający dwóch mężczyzn w łodzi, najwyraźniej szukających czegoś pod wodą. Ilustracja ta towarzyszyła artykułowi o Kubie Skoczku, wydrukowanym w serii "Niewyjaśnione" (The Unexplained) w 1981 roku i wzięta została z galerii Hulton Getty Picture Collection. Dash skontaktował się z galerią, gdzie bibliotekarz poinformował go, że drzeworyt nie ma absolutnie nic wspólnego z morderstwem Marii Davis. Przysłano Dashowi dużą reprodukcję ryciny, na której widać, że ludzie w łodzi nabierają wodę do rondla, a nie szukają ciała. Wydaje się więc, że straszliwy kres żywota Marii Davies jest po prostu jedną z wielu legend związanych z latami grasowania Kuby Skoczka.

 

OKROPNOŚCI Z WNĘTRZA ZIEMI

Dziwaczne twierdzenia Richarda Shavera

Raymond Palmer przyzwyczajony był do tego, że dostaje dziwne listy. Jako wydawca pionierskiego pisma fantastycznonaukowego "Amazing Stories" otrzymywał bogatą korespondencję z niezwykłymi pomysłami i dziwacznymi teoriami. Jednak list, który wylądował na jego biurku pod koniec 1943 roku, był wręcz wyjątkowy.

Jego autorem był niejaki Richard Shaver. Po przeczytaniu listu Palmer miał ochotę wrzucić go do kosza na śmiecie. Coś jednak go powstrzymało i przeczytał list ponownie, zdumiony jego treścią. Autor utrzymywał, że język angielski zawiera ukryte pojęcia i konteksty nieznane lingwistom. Palmer skontaktował się z autorem i tak zaczęła się jedna z najdziwniejszych historii w dziejach zjawisk paranormalnych.

Urodzony w 1910 roku w Milwaukee w stanie Wisconsin Palmer był w pewnym sensie człowiekiem renesansu. Pisał opowieści fantastycznonaukowe, wydawał gazety, założył "Fate", najdłużej wydawane na świecie czasopismo poświęcone zjawiskom paranormalnym. Gdy Palmer miał siedem lat, przejechała go ciężarówka, łamiąc mu kręgosłup; dwa lata później na skutek nieudanej operacji został garbaty, co w połączeniu z niedoborem hormonu wzrostu sprawiło, że jako dorosły człowiek mierzył zaledwie 120 centymetrów wzrostu.

Jest rzeczą zrozumiałą, że w wyniku tych nieszczęść stał się samotnikiem, z upodobaniem oddając się rozmaitym lekturom. Szczególnie polubił romanse fantastyczne, coraz bardziej popularne w latach 20. i 30. XX wieku. Palmer był też wiernym czytelnikiem pisma fantastycznonaukowego "Amazing Stories", założonego przez Hugona Gernsbacka, pierwszego tego rodzaju. Palmer zorganizował pierwszy w dziejach fanklub fantastyki naukowej, Naukowy Klub Korespondencyjny, a w 1930 roku zaczął wydawać pierwszą popularnonaukową gazetkę "Comet". W ciągu kilku kolejnych lat, zanim w 1938 roku został wydawcą "Amazing Stories", Palmer napisał kilka opowiadań dla gazet. W owym czasie "Amazing Stories" przeżywało poważne kłopoty, ale Palmer wyprowadził je na prostą, kładąc nacisk na romantyczne, łotrzykowskie i trzymające w napięciu przygody. Pod jego redakcją nakład pisma zwiększył się o kilkadziesiąt tysięcy egzemplarzy.

Palmer posiadał ważny talent, ceniony przez każdego wydawcę: potrafił dokładnie wyczuć, czego oczekują jego czytelnicy, a jednocześnie był dostatecznie gruboskórny, by ignorować krytykę. Wielu fanów fantastyki naukowej porzuciło "Amazing Stories" dla magazynów "hard SF", czyli pism nastawionych na nowoczesną naukę i technologię, jak na przykład "Astounding Science Fiction" Johna W. Campbella, publikującego wczesne prace takich luminarzy, jak Robert Heinlein, Isaak Asimov czy A.E. van Vogt. Jednak na ich miejsce przyszło wielu innych czytelników, przyciągniętych romansami nie z tego świata i kosmicznym mistycyzmem fikcji "Amazing Stories", nie wspominając już o ilustracjach młodych, niezbyt dokładnie osłaniających swe wdzięki kobiet, które często gościły na okładce.

Palmer zauważył też, że popyt na pismo zwiększał się za każdym razem, gdy w numerze znajdowała się opowieść o zaginionych cywilizacjach Atlantydy czy Lemurii i zastanawiał się, jak można by to najlepiej wykorzystać, gdy na jego biurku znalazł się list od Richarda Shavera.

Przeczucie mrocznej historii

Richard Sharpe Shaver (1907-1975), urodzony w Berwick w stanie Pensylwania, bardzo lubił płatać ludziom figle. Jako dziecko miał dwóch wymyślonych towarzyszy zabaw, jednego dobrego i jednego złego, którzy stali się dla niego bardziej realni niż członkowie rodziny. Po skończeniu szkoły średniej pracował najpierw w firmie pakującej mięso, a potem dla leśniczego zajmującego się leczeniem drzew. Później przeniósł się do Detroit i podjął naukę w szkole artystycznej Johna Wickera. W 1930 roku Shaver przyłączył się do ugrupowania komunistycznego pod nazwą Klub Johna Reeda (od nazwiska amerykańskiego dziennikarza, który pisał sprawozdania z rewolucji radzieckiej). Wraz z kryzysem nadeszły ciężkie czasy, ale Shaverowi udawało się wiązać koniec z końcem dzięki pracy w niepełnym wymiarze godzin w charakterze nauczyciela sztuki w Wicker School of Art. Swoje niewielkie wynagrodzenie uzupełniał, sprzedając w parku po 25 centów szkicowe portrety przechodniów.

W 1933 roku Shaver ożenił się ze studentką sztuki Sophie Gurivinch, pochodzącą z Kijowa na Ukrainie. W tym samym roku urodziła się im córka i Shaver podjął pracę spawacza w mieście Highiand Park w stanie Michigan. Pracował tak przez rok, do czasu, gdy doznał udaru cieplnego, stracił mowę i dwa tygodnie spędził w szpitalu Ypsilanti State Hospital. W lutym 1934 roku zmarł brat Shavera, Tate, bardzo mu bliski. Po jego śmierci Shaver popadł w depresję i paranoję, zaczął utrzymywać, że jest śledzony (faktem jest, że jako aktywny komunista mógł znajdować się pod obserwacją).

Kolejny cios spadł na niego wraz ze śmiercią Sophie w tajemniczych okolicznościach w jej mieszkaniu (w tym czasie mieszkali oddzielnie). Gdy Shaver wrócił do swojego zajęcia spawacza, ich córka zamieszkała z rodzicami Sophie (a ci najprawdopodobniej powiedzieli wnuczce, że jej ojciec też nie żyje). Przez kolejnych kilka lat Shaver wiódł wędrowne życie, przenosząc się z miasta do miasta po całej Ameryce Północnej, znajdując to tu, to tam dorywcze zajęcia, a w końcu ożenił się po raz drugi. Małżeństwo trwało jednak krótko: nowa żona porzuciła go, gdy odkryła dokumenty wskazujące na jego pobyt w zakładzie psychiatrycznym. Shaver wrócił do Pensylwanii i ożenił się po raz trzeci.

W 1936 roku natknął się na ciekawy artykuł w piśmie "Science World". Autorem tekstu zatytułowanego Prawdziwe podstawy współczesnego alfabetu był niejaki Albert F. Yeager, który utrzymywał, że w alfabecie łacińskim jest sześć liter symbolizujących pewne pojęcia. Litery te można więc wykorzystać jako klucz do poznania znaczeń ukrytych w słowach. W odpowiedzi na artykuł Shave napisał do "Science World", że on sam rozumie pojęcia kryjące się za wszystkimi literami alfabetu. Ten język pojęć nazwał mantongiem.

Po kilku latach pracy nad mantongiem, we wrześniu 1943 roku Shaver napisał następujący list do wydawcy "Amazing Stories" Raymonda Palmera:

 

Szanowni Państwo! Mam nadzieję, że to, co piszę, zostanie zamieszczone w jakimś numerze i nie zaginie po mojej śmierci. Wysyłam wam próbkę odkrytego przeze mnie języka, abyście kiedyś mogli pokazać to komuś studiującemu czasy antyczne. Język ten jest według mnie ostatecznym dowodem na prawdziwość legendy o Atlantydzie. Znaczna liczba angielskich słów przetrwała do naszych czasów w niezmienionej postaci, jako romantyczna - ro man tic [tak w angielskim oryginale] - "nauka o ludzkim życiu, podlegająca odgórnemu schematyzmowi". Trocadero - t ro see a dero - "dobry widzi złego" - odnosi się teraz do teatru. Być może to jedyna istniejąca kopia tego języka i stanowi owoc mojej wieloletniej pracy. Jest to niezmiernie ważne odkrycie, sugerujące, że legendy wywodzą się od jakiejś mądrzejszej rasy niż współczesny człowiek; ale żeby ten język zrozumieć, trzeba mieć dobrą głowę, gdyż zawiera wiele kalamburów. To zbyt trudne dla zwykłego człowieka. Już pobieżne studia ujawniają wiele starożytnych słów występujących w języku angielskim. Trzeba to ocalić i oddać w dobre ręce. Ma to naprawdę ogromne znaczenie i warto się nad tym zastanowić. Potrzebuję odrobiny zachęty.

R.S. Shaver, Barto, Pensylwania

 

Do listu dołączony był rzymski alfabet razem z pojęciami języka mantong odpowiadającym poszczególnym literom:

 

A. Animal - zwierzę (skrótowo AN)

B. Be - być (istnieć - często jako nakaz)

C. See - widzieć

D. (też jako DE) Disintegrant energy - energia dezintegracyjna - Detrimental - szkodliwy, zgubny (najważniejszy symbol w języku)

E. Energy - energia (we wszystkich znaczeniach, również dotyczących ruchu)

F. Fecund - płodny, żyzny - (też jako FE, jak w female - samica, żeński - płodny człowiek)

G. Generate - wytwarzać, produkować (używany jako GEN)

H. Human (tu mam pewne wątpliwości) - człowiek, ludzki

I. Self; ego - ja, własna osoba

J. (patrz G) (tak samo jak generate)

K. Kinetic - kinetyczny (siła lub ruch)

L. Life - życie

M. Mon - człowiek, mężczyzna

N. Child - dziecko; Spore - zarodnik; Seed - nasienie

O. Orifice (pojęcie źródłowe) - otwór, ujście

P. Power - władza, moc, potęga

Q. Quest (jak pytanie) - poszukiwanie

R. (używane jako AR) Horror - przerażenie, okropność (symbol niebezpiecznej wielkości destrukcyjnej siły w obiekcie)

S. SIS (ważny symbol słońca)

T. (używane jako TE) (najważniejszy symbol; z niego wywodzi się symbol krzyża) Integration - integracja; siła wzrostu (pobór T jest przyczyną grawitacji; siła to T; tic oznacza naukę wzrostu; pozostało jako słowo credit - kredyt, uznanie, chluba)

U. You - ty

V. Vital - witalny, żywotny (używane jako VI) (to, co Mesmer nazywa zwierzęcym magnetyzmem; seksapil)

W. Will - wola.

X. Conflict - konflikt (przecinające się linie siły)

Y. Why - dlaczego

Z. Zero (ilość energii T zneutralizowana przez równą ilość energii D)

 

Podstawiając te dziwne znaczenia pod litery alfabetu, można zobaczyć jeszcze dziwniejsze ukryte znaczenia poszczególnych słów. Na przykład słowo zły - BAD - można odczytać jako "be a do" - bądź siłą destrukcyjną. Pani bądź dama, czyli LADY - można zinterpretować jako "Lay de", co świadczy o pokonaniu depresji. Jak z pewnością zauważył czytelnik, w obu przykładach z użyciem litery D (DE) oznacza ona coś nieprzyjemnego, destrukcyjnego i szkodliwego. Litery D i T miały ogromne znaczenie dla Shavera, jak się wkrótce przekonamy.

Palmer poczuł się zaciekawiony tym listem i postanowił go opublikować, razem z dołączonym doń alfabetem, w grudniowym numerze "Amazing Stones" z 1943 roku. Publikację uzupełnił wyjaśnieniem:

 

Prezentujemy pewien interesujący list dotyczący starodawnego języka, bez komentarza, jedynie z informacją, że podstawiliśmy pojęcia pod poszczególne litery wielu dawnych etymonów i nazw własnych i otrzymaliśmy z nich zdumiewające "znaczenia". Być może, jeśli zainteresowani czytelnicy zastosują jego wzór do większej liczby takich rdzeni wyrazowych, będziemy w stanie stwierdzić, czy wzór się sprawdza...

 

Ku zdziwieniu Palmera grudniowy numer sprowokował setki osób do napisania listów z zapewnieniami, że alfabet mantong istotnie ujawnił ukryte znaczenia słów. Zachęcony takim odzewem, Palmer napisał do Shavera z prośbą o więcej informacji na temat języka mantong. Zapytał też, jak to się stało, że on ten język rozumie. Shaver w odpowiedzi przesłał rękopis zawierający 10 000 słów, zatytułowany Ostrzeżenie dla człowieka przyszłości. Palmer poczuł, że właśnie tego szukał - taki temat zwiększy nakład. Artykuł opisywał ukrytą historię Ziemi: starożytne, podróżujące po kosmosie istoty, zaginione kontynenty, seks, przemoc i barwne przygody. Jednak styl pisarski Shavera nie był porywający i Palmer postanowił przerobić Ostrzeżenie dla człowieka przyszłości, zamieniając je w trzy razy dłuższą opowieść, którą zatytułował: Pamiętam Lemurię, i opublikował w marcowym wydaniu "Amazing Stories" w 1945 roku.

W opowiadaniu tym i wielu innych, które ukazały się potem, Shaver przedstawił przerażający obraz świata podziurawionego ogromnymi jaskiniami i systemami tuneli mieszczącymi potężne miasta i zaawansowaną technologię. Shaver dowiedział się o istnieniu tego świata, gdy pracował jako spawacz w Highland Park w 1933 roku. Uświadomił sobie, że jedna ze spawarek w jakiś sposób pozwala mu czytać w myślach jego kolegów z fabryki. Jak gdyby tego było mało, zaczął również wychwytywać myśli złych stworzeń żyjących głęboko pod ziemią - istot, które najwyraźniej potrafiły porywać ludzi z powierzchni Ziemi i w swych tajemnych podziemnych jaskiniach poddawać ich niewyobrażalnym torturom.

 

Głosy pochodziły od istot, które - jak sobie uświadomiłem - nie były ludźmi; w ogóle nie przypominały zwykłych ludzi. Żyły w wielkich pieczarach głęboko pod powierzchnią ziemi. Te obce istoty wiedziały, że mają wielką moc, wiedziały, że są złe.

 

To, czego doświadczył, było ponad siły Shavera: porzucił pracę i zaczął podróżować bez celu po Ameryce Północnej, o czym już wspominaliśmy. W tym czasie nękały go niewidzialne promienie kierowane na niego przez złych mieszkańców podziemia. W końcu jednak skontaktowała się z nim piękna młoda kobieta o imieniu Nydia, która należała do innej podziemnej grupy, skonfliktowanej ze złymi. Jak można przewidzieć, zostali kochankami. Z jej pomocą Shaver zdołał wkroczyć do podziemnego świata i dostać się do "rejestrów myśli", kryjących fantastyczną historię Ziemi.

Te "rejestry myśli Lemurii" zawierały zadziwiające informacje, sprzeczne z tym, co astronomowie odkryli na temat Słońca. Według tych danych Słońce było pierwotnie wielką planetą której złoża węgla podpalił potężny wybuch wulkanu, zamieniając je w płonącą gwiazdę. Ponieważ energia słoneczna pochodziła ze spalania węgla, była czysta i pozytywna (zapewne czytelnik w tym miejscu bardzo się zdziwi).

Ziemię skolonizowały wówczas dwie, potrafiące poruszać się po kosmosie, cywilizacje - Tytanów i Atlantów, którzy posiadali niezwykłe wynalazki techniczne, szczególnie rozmaite emitery, "przesyłające energie uzdrawiające i intensyfikujące seksualną rozkosz; oprócz tego telesolidograf, przesyłający obrazy trójwymiarowe; penetratory do obserwacji bardzo odległych wydarzeń oraz telepator do przesyłania myśli".

Tytani i Atlanci nazwali Ziemię Lemurią i żyli na niej szczęśliwie aż do okresu sprzed 200 000 lat, gdy zniszczeniu uległa zewnętrzna powłoka Słońca, które weszło w obecną fazę, emitując szkodliwe promieniowanie, zwane d, de lub dis. Ta "dezintegrująca" energia jest przeciwieństwem t lub te, czyli integracyjnej, twórczej energii w dualistycznym poglądzie Shavera. W sytuacji zagrożenia Atlanci i Tytani wydrążyli gargantuiczne pieczary i tunele głęboko pod powierzchnią Lemurii-Ziemi i wznieśli w nich miasta tak ogromne, że w porównaniu z największym Londyn czy Nowy Jork wydają się maleńkie. Podziemne krainy pomieściły wszystkich Atlantów i Tytanów, liczących w sumie jakieś 50 bilionów osobników. Jednak podziemne miasta nie okazały się najlepszym rozwiązaniem i 12 000 lat temu ich mieszkańcy porzucili Lemurię-Ziemię, by szukać młodszych układów słonecznych.

Do tego czasu wielu Lemurianów padło ofiarą szkodliwego promieniowania słonecznego i musiało pozostać na Ziemi. Niektórzy z nich przenieśli się na powierzchnię (czytelnik na pewno domyśli się, że byli to przodkowie gatunku Homo sapiens), zaś ci, którzy pozostali w podziemnych krainach, zdegenerowali się w rasę zniekształconych, głupich i złośliwych istot znanych jako "dero". Jest to skrót od słowa "abandondero" (ang. abandon znaczy opuszczać, porzucać) i opiera się na dwóch słowach z języka mantong: "de" (co oznacza coś negatywnego lub destrukcyjnego) i "ro" (podrzędny, podporządkowany). Stąd też derosi byli, dosłownie, kontrolowani przez negatywne siły. Grupa, do której przynależała egzotyczna narzeczona Shavera, nosiła nazwę "tero", czyli integracyjne "ro" - "te" oznaczało pozytywną bądź konstruktywną energię. Terosi, którym jakoś udało się uniknąć skażenia promieniami Słońca, nieustannie walczą ze swymi kuzynami.

Według Shavera okrutni, sadystyczni i perwersyjni derosi porywają każdego roku tysiące nieszczęsnych mieszkańców Ziemi i zabierają ich do swoich podziemnych miast, gdzie ich torturują, wykorzystują seksualnie bądź jako siłę roboczą lub po prostu pożerają. Choć w istocie są głupi i brutalni, to jednak wiedzą, jak korzystać z maszynerii pozostawionej przez ich pradawnych przodków, pierwotnych kolonizatorów Ziemi, i za pomocą promieniowania dis są w stanie siać zło i zniszczenie na całej Ziemi.

Reakcja na Pamiętam Lemurię była doprawdy nadzwyczajna. Numer z marca 1945 roku rozszedł się w całym nakładzie, a Palmer dostał tysiące listów od czytelników, z których wielu opisywało swoje dziwaczne doświadczenia z mieszkańcami baśniowego podziemnego świata. Jeden list, od byłego kapitana sił powietrznych, ostrzegał:

 

Na miłość Boską, zostawcie to wszystko! Igracie z ogniem. Razem z moim towarzyszem utorowaliśmy sobie drogę z jaskini za pomocą pistoletów maszynowych. Na lewym ramieniu mam 23-centymetrową bliznę (...), przyjaciel ma w prawym bicepsie dziurę wielkości półdolarówki. Powstała od wewnątrz. Nie wiemy, w jaki sposób. Ale obaj wierzymy, że wiemy więcej o tajemnicy Shavera niż ktokolwiek inny (...), nie zamieszczajcie naszych nazwisk. Nie jesteśmy tchórzami, ale wolimy nie ryzykować.

 

List ten miał zostać sfabrykowany przez samego Palmera, ale nie ulega wątpliwości, że "tajemnica Shavera" głęboko poruszyła tysiące osób. Wiele z nich miało w zanadrzu rozmaite opowieści o spotkaniach z dziwnymi ludźmi, być może derosami, podczas gdy inni skarżyli się, że oni także słyszą dziwne głosy. Niektórzy twierdzili nawet, że osobiście byli w świecie podziemnych jaskiń.

Wszystko zdaje się świadczyć o tym, że Shaver cierpiał na "schizofrenię paranoidalną". Klasyczny jej symptom to głosy słyszane w głowie podczas pracy z urządzeniem mechanicznym (spawarka), podobnie jak przekonanie o złym wpływie wywieranym za pośrednictwem przewodów wentylacyjnych, rur itp. Schizofrenicy paranoidalni często wierzą, że jakaś forma "promieniowania" ma zły wpływ na stan ich zdrowia, uszkadzając ich umysł lub powodując, że słyszą głosy. Bardzo to przypomina doświadczenia nieszczęsnego Shavera, lecz nie wyjaśnia, dlaczego liczba listów przychodzących do wydawcy "Amaizing Stories" podskoczyła z 50 miesięcznie przed "tajemnicą Shavera" do 2500 miesięcznie w okresie późniejszym. A dosłownie wszyscy ich autorzy twierdzili, że coś złego i straszliwego dzieje się pod powierzchnią Ziemi.

Palmer choć niezmiennie wspierał Shavera, zasugerował, że pieczary derosów może istnieją w innym wymiarze, na poziomie astralnym. Przyznał też, że on sam słyszał pięć głosów omawiających rozczłonkowanie człowieka w jaskini 6,5 kilometra pod powierzchnią Ziemi. Shaver ze swej strony twierdził, że derosi nie żyją w żadnym astralnym wymiarze, tylko są istotami z krwi i kości, a świat podziemnych jaskiń jest realny.

Pomimo ogromnego powodzenia wśród czytelników "Amazing Stories", "tajemnica Shavera" wywołała gwałtowny sprzeciw różnych grup, w tym fanów prawdziwej fantastyki naukowej, przeciwnych temu, aby taką fantazję określać mianem prawdy (zorganizowali nawet bojkot czasopisma), oraz rozmaitych grup okultystycznych, krytykujących Palmera za ujawnienie informacji, które z pewnością okażą się zgubne dla wszystkich niedoświadczonych, wystarczająco głupich, aby próbować zgłębić świat podziemnych jaskiń. Pod koniec 1948 roku wydawnictwo Ziff-Davis, publikujące "Amazing Stories", podjęło decyzję, że "tajemnica Shavera" powinna zniknąć z pisma, mimo że "rewelacje" Shavera podwoiły grono jego czytelników i pozwoliły kwartalnik zamienić na miesięcznik.

Palmer twierdził później, że "tajemnica Shavera" została ocenzurowana przez wydawcę "zbyt sceptycznego" wobec tego typu materiału. Jednak w tym czasie relacje Palmera z Ziff-Davis i tak były już napięte, być może dlatego, że zaczął on wydawać własne pismo "Fate". W 1949 roku Palmer odszedł z "Amazing Stories". Jim Probst w swej książce Shaver: The Early Years (Shaver: wczesne lata) pisze, że:

 

Nowojorska Queens Science Fiction League uchwaliła rezolucję, że historie Shavera zagrażają zdrowiu ich czytelników i rezolucję tę przedstawiła Towarzystwu Zwalczania Niemoralności. Wystosowano petycję do Urzędu Pocztowego, by skreślił "Amazing Stories" z listy dostarczanych przesyłek.

 

Nie był to jednak koniec "tajemnicy Shavera"; zainspirowała ona innych do publikowania opowieści na ten temat. Richard Toronto wydawał "Shaverton" od 1979 do 1985 roku. Czasopismo to, opatrzone wiele mówiącym tytułem "Jedyne źródło na temat popotopowej Shaveranii", donosiło o nieustannej działalności niegodziwych derosów, jak na przykład wówczas, gdy rzekomo majstrowali przy jego samochodzie zaparkowanym na szczycie wzgórza w chwili, gdy Toronto stał przed jego maską (Toronto z trudem uniknął śmierci pod kołami własnego pojazdu).

Mary le Vesque wydawała "Hollow Hassie" w latach 1979-1983, a stałym korespondentem jej pisma był wielebny Charles A. Marcoux, fascynująca, barwna postać, utrzymujący, że polował na derosów w czasie swych licznych wypraw do świata jaskiń. W sierpniowym numerze "Hollow Hassle" z 1981 roku napisał on (z typowym dla siebie brakiem logiki):

 

Moje doświadczenia z jaskiniowym światem zaczęły się, gdy byłem bardzo młody, wraz z astralnym doświadczeniem w jaskiniach już od czasu moich narodzin, oraz w innych światach z innych wymiarów. Dołączyłem do grupy Palmera i Shavera w styczniu 1945 roku i obecnie jestem jednym z niewielu żyjących dawnych jej członków. Nadal "Poszukuję wrót".

 

Pismo "Hollow Earth Insider" wychodziło przez kilka lat na początku lat 90. XX wieku. Wydawane przez Dennisa Crenshawa czasopismo prezentowało, oprócz nowych sensacji i teorii konspiracyjnych, jak kontrolowanie umysłów przez rząd (i derosów), również reprinty tekstów Shavera.

Ostatnią próbę wykorzystania "tajemnicy Shavera" Palmer podjął w początkach lat 60. XX wieku. Rozpoczął wówczas wydawanie serii zatytułowanej "Hidden World" (Ukryty świat), zawierającej reprinty oryginalnych historii Shavera oraz opowieści innych osób utrzymujących, że spotkali się z okrutnymi derosami bądź padli ich ofiarą. Seria ta nie zdobyła jednak popularności i jej publikacja zakończyła się w 1964 roku. Sam Shaver twierdził, że w latach 50. znalazł obrazkowe akta Tytanów i Atlantów, ukryte pomiędzy skałami prerii stanu Wisconsin, i do końca życia podejmował bezskuteczne próby przekonania rozmaitych uczonych, iż stanowią one ostateczny dowód na rzeczywiste istnienie świata jaskiń. Zmarł na atak serca w 1975 roku. Palmer zaś, aż do swej śmierci dwa lata później, nadal wydawał rozmaite czasopisma, jednak żadne z nich nie powtórzyło sukcesu "Amazing Stories" i "Fate".

Być może jest ziarno prawdy w stwierdzeniu, że "tajemnica Shavera" stanowi współczesną mitologię, spełniającą pewne określone funkcje, łącznie z ucieczką od powojennej rzeczywistości i rodzącego się zagrożenia zimnej wojny. Wyjaśniała, dlaczego na świecie było tyle zła i cierpienia. Rzecz jasna, pojawiła się wskutek zagrożenia komunizmem, który zagrażał amerykańskiemu stylowi życia. Palmer był sprytnym manipulantem, wykorzystującym potrzebę czytelników zarówno ucieczki od rzeczywistości, jak i wyjaśnienia zła oraz przemocy, które zdawały się charakteryzować życie na Ziemi (była to, oczywiście, wina derosów). Widać to jeszcze wyraźniej po tym, jak zareagował na zagadkę UFO, na którą świat zwrócił uwagę po dostrzeżeniu przez Kennetha Arnolda 24 czerwca 1947 roku dziewięciu obiektów w kształcie półksiężyca nad Mount Rainier w stanie Waszyngton. Po obserwacji Arnolda pojawia się fala doniesień o dziwnych obiektach latających po niebie. Na łamach czasopisma "Fate" Palmer natychmiast zamieścił rozwiązanie zagadki: niektóre z niezidentyfikowanych obiektów latających to istotnie statki Obcych z kosmosu, lecz większość tych pojazdów pilotowana jest przez mieszkańców jaskiniowego świata. Niezależnie od tego, jaka prawda kryje się za twierdzeniami Shavera, Palmera i innych na temat dziwnych, przerażających tragedii rozgrywających się nieustannie pod naszymi stopami, "tajemnica Shavera" zajmuje ważne miejsce pośród innych pogłosek, spekulacji i pseudo-historycznych wniosków, składających się na współczesną teorię spiskową.