Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Grzegorz Motyka

W kręgu "Łun w Bieszczadach"

2009

 

(...)

 

Tajemnica śmierci generała "Waltera"

Postać generała Karola Świerczewskiego "Waltera" obrosła w PRL legendą. Ku pamięci generała, "który się kulom nie kłaniał", pisano powieści, organizowano akademie i konkursy, jego imieniem nazywano ulice, place i fabryki. Niewątpliwy bohater wojny domowej w Hiszpanii, ale też żołnierz wojsk bolszewickich nacierających na Warszawę w 1920 r., generał Armii Czerwonej, dowódca 2 Armii Wojska Polskiego, poseł KRN i Sejmu Ustawodawczego, wreszcie członek Komitetu Centralnego PPR i wiceminister obrony narodowej zginął 28 marca 1947 r. pod Jabłonkami w Bieszczadach. Niemal natychmiast po jego śmierci zaczęły krążyć plotki sugerujące, że nie była ona dziełem przypadku.

Na początku marca 1947 r. ukraińska partyzantka w Bieszczadach, choć nie mogła już czuć się w pełni bezpiecznie, wciąż jeszcze była w stanie zadawać silne ciosy. Po sfałszowaniu wyborów do sejmu w styczniu 1947 r., faktycznym złamaniu mikołajczykowskiej opozycji i likwidacji większości polskich oddziałów partyzanckich dowództwo Wojska Polskiego zaczęło jednak swoją uwagę zwracać w kierunku OUN i UPA.

Zapewne z tego właśnie powodu w końcu marca 1947 r. na południowo-wschodnich krańcach Polski zjawił się z inspekcją gen. Świerczewski. Najpierw skontrolował jeden z pułków 9 Dywizji Piechoty w Jarosławiu, następnie przeleciał samolotem do Krosna, skąd udał się samochodem do Sanoka. Wiadomość o planowanym przyjeździe "Waltera" dotarła do sztabu stacjonującej w Bieszczadach 8 Dywizji Piechoty 27 marca 1947 r., wywołując tam konsternację. Dowódca dywizji, płk Bielecki, natychmiast zwołał odprawę sztabu, na której zalecił dopilnowanie porządku w poszczególnych oddziałach. Telefonicznie uprzedził też o inspekcji mjr. Cimurę, dowódcę stacjonującego w Sanoku 32 pułku piechoty, oraz Sołtyka stojącego na czele 11 dywizjonu artylerii przeciwpancernej. Szef sztabu dywizji, płk Unicki, także drogą telefoniczną, powiadomił dowódcę 34 pułku piechoty w Lesku, ppłk. J. Gerharda, a ten zadzwonił z tą informacją do kpt. Henryka Karczewskiego, stacjonującego ze swoim 2 batalionem w Baligrodzie. Wiadomość o przyjeździe "Waltera" dotarła też do administracji cywilnej i przedstawicieli partii politycznych. Wszystkie telefoniczne rozmowy prowadzono otwartym tekstem, jedynie ppłk Gerhard na wszelki wypadek posługiwał się w rozmowie z kpt. Karczewskim językiem francuskim.

Do Sanoka, ochraniany przez żołnierzy 8 DP, gen. Świerczewski dotarł o godz. 19.30. Towarzyszył mu gen. Mikołaj Prus-Więckowski, dowódca Okręgu Wojskowego V Kraków. W czasie wieczornej odprawy w sztabie dywizji wiceminister obrony narodowej napomknął (wcześniej uczynił to już w Krakowie), że chciałby odwiedzić jakąś placówkę Wojsk Ochrony Pogranicza. W grę wchodzić mogły trzy komendy: w Olszanicy, Komańczy i Cisnej. "Walter" nie podjął decyzji, którą z nich odwiedzi.

Rano 28 marca gen. Świerczewski, razem z gen. M. Prus-Więckowskim i dowódcą 8 DP, płk. Józefem Bieleckim, przyjechał do Leska. Stąd, z ppłk. Gerhardem, oficerowie udali się do Baligrodu. K. Świerczewski zwiedził tam cmentarz wojskowy i uczestniczył przez krótką chwilę w szkoleniu politycznym żołnierzy. Podczas spaceru po tej miejscowości rozmawiał też krótko z miejscowym wójtem, który poprosił go o przysłanie wojskowego lekarza do kobiety w zaawansowanej ciąży. Wójt nawiązał także do plotek o mającej jakoby nastąpić dyslokacji wojska i opuszczeniu przez nie Baligrodu. Świerczewski zapewnił go jednak, iż żołnierze nie pozostawią mieszkańców bez ochrony przed UPA. Po przeglądzie garnizonu, "Walter" podjął decyzję o dalszej jeździe do Cisnej, w której stacjonowała placówka Wojsk Ochrony Pogranicza. Przesłuchiwani potem oficerowie zgodnie twierdzili, że była ona dla nich (mimo wcześniejszych napomknień) całkowitym zaskoczeniem. Próby wyperswadowania generałowi tego pomysłu się nie powiodły.

Ustawione już w kierunku Leska samochody zawróciły w stronę Cisnej. Zaraz za Baligrodem jadący na czele samochód z ochroną doznał awarii. W dalszą drogę ruszyły pozostałe dwa wozy: jadący na czele otwarty samochód marki "Dodge" z generałami oraz ciężarowy "Zis", wiozący pozostałą część eskorty. Grupa liczyła 33 ludzi, uzbrojonych w trzy erkaemy, pistolety maszynowe i karabiny. Sześć km na południe od Baligrodu na wysokości miejscowości Jabłonki jadący wpadli nagle w zasadzkę. Miejsce do napadu było wybrane bardzo dobrze. Szosa w tym miejscu wiła się między wzgórzami, których szczyty pokryte zaroślami doskonale maskowały stanowiska ogniowe napastników, jednocześnie stwarzając im korzystne warunki obserwacji i ostrzału biegnącej poniżej drogi.

Po pierwszych strzałach samochody przejechały pod ogniem jeszcze kilkaset metrów, zatrzymując się w miejscu, gdzie mogły być rażone wyłącznie od tyłu. Samochód z gen. Świerczewskim stanął kilkadziesiąt metrów za mostkiem na Jabłonce, a "Zis" z ochroną przed mostkiem. Doszło do zaciętej walki. Żołnierze Wojska Polskiego, na rozkaz gen. Świerczewskiego, podjęli próbę zaatakowania stanowisk przeciwnika, ale zostali zmuszeni do odwrotu. W ogniu UPA poległ trafiony dwoma kulami "Walter", zginęło też dwóch innych żołnierzy, a kilku zostało rannych. Napastnicy wycofali się bez strat własnych, gdy na pole walki przybył samochód z tą częścią eskorty, której wóz doznał wcześniej awarii. W pościg za nimi - nieskuteczny - ruszyły niebawem batalion kpt. Karczewskiego i grupa operacyjna KBW por. Apolinarego Ankiersztajna.

Ciało Świerczewskiego przewieziono samochodem do Krosna, a stąd samolotem zabrano je do Warszawy. 29 marca 1947 r. zebrało się Biuro Polityczne PPR, podejmując pakiet decyzji związanych ze śmiercią generała. Z jednej strony zadecydowano o kolejnych masowych wysiedleniach Ukraińców, z drugiej odznaczono Świerczewskiego Orderem Virtuti Militari i omówiono sprawę uczczenia jego pamięci. Pogrzeb "Waltera" odbył się 1 kwietnia 1947 r. Wzięły w nim udział władze partyjne i państwowe, przedstawiciele sejmu, korpusu dyplomatycznego i wojska. Towarzyszyła temu umiejętnie sterowana kampania propagandowa, mająca na celu wytworzenie kultu generała. Miał się on okazać, jak ocenia Jerzy Kochanowski: "jednym z najtrwalszych - jeśli nie najtrwalszym - mitem PRL".

Tymczasem w Bieszczady na miejsce wypadku błyskawicznie przybyły dwie specjalne komisje, jedna ze Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, a druga z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Przesłuchano oficerów i żołnierzy, którzy byli uczestnikami ostatniej walki generała. W zeznaniach poszczególnych osób można zauważyć drobne różnice. Gerhard twierdził, iż zadzwonił do Karczewskiego z informacją o inspekcji zaraz po zmierzchu, tymczasem ten drugi utrzymywał, że telefon otrzymał ok. 22.30, czyli raczej późną nocą. Nieco inaczej w zeznaniach przedstawiano próby nakłonienia generała do rezygnacji z wyjazdu do Cisnej. Gerhard zeznał: "wyrażamy nasze zdziwienie i zwracamy (...) uwagę na ryzyko tej podróży". Po tych słowach Świerczewski z uśmiechem zapytał kpt. Karczewskiego, czy droga jest rzeczywiście niebezpieczna. H. Karczewski - według Gerharda - miał odpowiedzieć: "Na 100% drogi u nas nie są bezpieczne Ob. Generale", co z kolei K. Świerczewski skomentował słynnym zdaniem: "Ach i w Warszawie może cegła komu spaść na głowę". Nieco inaczej zapamiętał ów dialog kpt. Karczewski: "zapytał się, jaka jest do Cisny droga, odpowiedziałem Mu te słowa: »Obywatelu Generale, ja za tę drogę na 100% nie gwarantuję« - na co otrzymałem (...) odpowiedź - »Karczewski, nawet w Warszawie można nogę złamać«". Warto zwrócić uwagę, iż najczęściej w literaturze przedmiotu kończąca dyskusję wypowiedź "Waltera" przytaczana jest za Gerhardem. Przesłuchiwany por. Czesław Wasilewski, świadek tej rozmowy, odpowiedź Karczewskiego przedstawił następująco: "zameldował, że droga jest górzysta, lecz obecnie podeschło, lecz nie może gwarantować za stan bezpieczeństwa". Wszystkie te wersje co prawda zgodnie podkreślają zdystansowanie się oficerów wobec pomysłu dokonania inspekcji placówki WOP, niemniej jednak trudno uznać odpowiedź Karczewskiego za zdecydowane sprzeciwienie się decyzji wyjazdu do Cisnej.

Jak wynikało z zeznań, zaraz po otrzymaniu ostrzału i zatrzymaniu wozów wszyscy wyskoczyli z samochodów. W opisie walki zawartym w "Raporcie o okolicznościach śmierci gen. broni Świerczewskiego", sporządzonym dla Sztabu Generalnego przez płk. Michała Przońskiego i ppłk. Wacława Kossowskiego, czytamy: "Po zatrzymaniu samochodów wszyscy rozsypali się w terenie (...) poczem tyralierą skierowali się na stoki wzgórz w kierunku stanowisk bandy. Była to słuszna decyzja, gdyż w tym miejscu pofałdowany teren nie był całkowicie pokryty ogniem km'ów. Wówczas banda rozpoczęła obchód lewego skrzydła broniących się. Aby uniknąć okrążenia gen. Świerczewski (...) dał rozkaz przejścia na lewą stronę szosy (wg kierunku jazdy) i zajęcia obrony wzdłuż strumyka - co było jedynym możliwym wyjściem, gdyż okrążenie w tym terenie byłoby zgubą dla wszystkich. Kiedy gen. Świerczewski znajdował się już po lewej stronie drogi, koło mostu (...) został po raz pierwszy lekko ranny, a w czasie przechodzenia od drogi do strumyka po otwartym terenie - otrzymał drugi śmiertelny postrzał w plecy pod lewą łopatką". "Gdy przebiegliśmy szosę - zeznał świadek kpt. Aleksander Cesarski - generał wszedł do rzeczki i słaniając się już mocno szedł jej korytem, przewracając się co chwila. W tym czasie otrzymał dwa postrzały w plecy - były to rany śmiertelne. Pobiegłem generałowi na pomoc i przeniosłem go idąc nadal korytem około 25-30 m. Wówczas nadbiegł ppor. Łucznik z dwoma żołnierzami i pomógł mi przenieść generała wzdłuż rzeczki, po czym złożyliśmy go na ziemi celem opatrzenia ran. Generał był ranny w brzuch i plecy". Trudno stwierdzić, kiedy umarł Świerczewski. Według Gerharda nie żył, kiedy nadeszła pomoc. Zdaniem zaś gen. Prus-Więckowskiego zmarł w chwili niesienia go do samochodu, już po nadejściu pomocy.

Obok "Waltera" polegli także ppor. Krysiński (w czasie natarcia na wzgórze) oraz bombardier Strzelczyk (usiłując zawrócić "Dodge" w kierunku Baligrodu). Ranny został w obie nogi chor. Zygmunt Blumski, lekko zraniono w nogę także J. Gerharda. Z zeznań wynika, iż większość żołnierzy zajęła stanowiska w rozproszeniu wzdłuż strumyka, jedynie kilku pozostało na zboczu, by osłaniać odwrót kolegów. Szeregowy kursant 34 pp Stanisław Słomka zeznał 2 kwietnia: "Widziałem (...) jak około 8-10 bandytów lewem skrzydłem podeszli blisko naszych samochodów, bo byli ubrani w mundury WP, ale zaraz wycofali się". Jego słowa potwierdził Kazimierz Dominik, obniżając liczbę upowców, którzy podeszli do samochodów do trzech. Oddajmy znów głos kpt. Aleksandrowi Cesarskiemu: "W tym czasie banda wydawała okrzyki »Hurra« a my silnym ogniem nękaliśmy przygotowujących się do natarcia bandytów. Walka powoli traciła na aktywności, padały tylko pojedyncze serie i strzały". Właśnie w tym momencie nadjechał ppłk Szpakowski z resztą eskorty. Jego pojawienie się sprawiło, że napastnicy rozpoczęli odwrót.

Przoński i Kossowski analizując przebieg starcia doszli do wniosku, iż zasadzka była dwukierunkowa (napastnicy mogli zatem zaatakować tak kolumnę jadącą z Baligrodu do Cisnej, jak i z Cisnej do Baligrodu). Założyli też (jak się potem okazało błędnie), że "banda była stosunkowo nieliczna, mniej więcej 30-40 ludzi". Sytuacja panująca w Bieszczadach, jak się wydaje, wprawiła w niemałe zaskoczenie płk. Przońskiego i ppłk. Kossowskiego. Wskazują na to miażdżące wnioski końcowe ich raportu. Czytamy tam m.in.:

"1. Ochrona gen. Świerczewskiego na całej trasie Sanok-miejsce napadu była niewystarczająca, pomimo iż miejscowi dowódcy dysponowali wystarczającymi siłami do zorganizowania odpowiedniej ochrony na całej trasie.

2. Przydzielona ochrona nie była odpowiednio przygotowana do swoich zadań. Członkowie ochrony nie mieli instrukcji i nie wiedzieli, co każdy z nich ma zrobić na wypadek napadu. Nie było wyznaczonej grupy do osobistej ochrony generała Świerczewskiego zarówno w czasie podróży, jak i w czasie walki. W ten sposób gen. Świerczewski aż do otrzymania drugiego postrzału był pozostawiony sam sobie.

3. Nie był wyznaczony dowódca ochrony, który by na wypadek napadu objął dowodzenie w walce.

4. Dowódcy 8 DP i 34 pp zlekceważyli niebezpieczeństwo na trasie Baligród-Cisna i zdając sobie dobrze sprawę z warunków w terenie, nie użyli wszystkich stojących do ich dyspozycji środków, aby zapewnić całkowite bezpieczeństwo wiceministrowi ON i dowódcy OW na tej trasie.

5. Prowadzenie zwykłych rozmów telefonicznych na wszystkich szczeblach dywizji należy uważać za karygodny brak czujności i zachowania tajemnicy wojskowej".

W innym raporcie ppłk Kossowski bardzo źle ocenił stan przygotowania bojowego żołnierzy 34 pp. Jako dowód przytoczył opis przeprowadzonej przez siebie wizji lokalnej: "Dnia 29.3.br. z grupą oficerów i ochroną około 30 ludzi udałem się na miejsce tragicznej śmierci gen. Świerczewskiego, aby przeprowadzić wizję lokalną. W czasie, kiedy dowódca 34 pp ppłk Gerhard pokazywał cały przebieg wypadku, cała ochrona z karabinami na pasach tłoczyła się koło naszej grupy wraz ze swymi dowódcami, zamiast ochraniać nas. Nie wystawiono żadnych posterunków, czujek, nie wysłano patroli itp. Akurat w tym czasie, na skutek nieporozumienia w okolicznych lasach wynikła dość silna wymiana strzałów między oddziałem WOP, a grupą operacyjną 34 pp. Na odgłos strzałów (kule szły nad nami na wysokości ok. 100 metrów, gdyż oddziały strzelające znajdowały się na dwóch sąsiednich wzgórzach) cała nasza ochrona wraz z oficerami rozbiegła się".

Drugi raport sporządzili oficerowie UB: Anatol Fejgin, Józef Różański i Nikolaszkin. Także oni zauważyli niepokojące fakty. Okazało się np., że choć gen. Świerczewski zakazał informowania wopistów o swoim przyjeździe, jakaś niezidentyfikowana osoba ok. godz. 9.00 28 marca dzwoniła z Baligrodu do Cisnej z tą wiadomością. Przesłuchiwany komendant placówki WOP w Cisnej kpt. Antoszlak przyznał, iż poinformowano go o inspekcji. Nie ukrywał też, że okoliczna ludność zdawała sobie sprawę z planowanej na 5 kwietnia 1947 r. wymiany składu osobowego placówki - "stary" garnizon WOP miał wyjechać do Koszalina (początkowo zamierzano to zrobić 29 marca). 31 marca 1947 r. wopiści zorganizowali nawet na pożegnanie dla mieszkańców Cisnej wspólny, uroczysty obiad. Było to o tyle ważne, iż 1 kwietnia 1947 r. 32 żołnierzy WOP i komendant posterunku MO w Cisnej w drodze do Baligrodu, niedaleko miejsca zasadzki na gen. Świerczewskiego, zostali nieoczekiwanie zaatakowani i zmasakrowani przez oddział UPA. Z pułapki wyrwał się tylko jeden z żołnierzy, uratowało się też dwóch rannych, których banderowcy uznali za martwych.

Funkcjonariusze organów bezpieczeństwa szybko ustalili, iż tego napadu dokonała sotnia "Bira", lecz nie potrafili wytłumaczyć, dlaczego udało jej się znieść grupę WOP - dysponującą podobnymi siłami, co eskorta "Waltera" - jednym atakiem, w ciągu 15-30 min. Tymczasem pod Jabłonkami napastnikom nie udało się złamać oporu wojska w trakcie starcia trwającego co najmniej równie długo. Co najmniej, gdyż naoczni świadkowie podali różne czasy trwania walki: od 30-45 minut do ok. dwóch godzin.

Mimo tych wątpliwości, w końcowym raporcie funkcjonariusze UB zawarli inne wnioski niż Przoński i Kossowski. Ich zdaniem ochrona do Baligrodu była wystarczająca, a jej słabość pod Jabłonkami wynikała z powodu zaskoczenia wywołanego decyzją gen. Świerczewskiego o dalszej jeździe do Cisnej. Nie wykluczali, iż "Walter" mógł nie orientować się w rzeczywistym stanie bezpieczeństwa w Bieszczadach. Na podstawie słyszanych głosów komend w języku ukraińskim oraz... okrzyków "uraa" uznali, że napadu dokonał oddział UPA, prawdopodobnie sotnia "Bira", która 1 kwietnia zaatakowała wopistów. Oficerowie UB przyznali również, że nawet gdyby upowcy podsłuchali rozmowę telefoniczną Baligrodu z Cisną to i tak nie zdołaliby w tak krótkim czasie (15-20 minut) zorganizować zasadzki. Z tych powodów zasugerowali, by oficerów nie pociągać do odpowiedzialności karnej. W tej sytuacji gen. Prus-Więckowski otrzymał upomnienie, a płk Bielecki i ppłk Gerhard zostali ukarani surowymi naganami ministra obrony narodowej.

W ostatniej części raportu zalecano prowadzenie dalszego śledztwa w celu wykrycia sprawców oraz "inspiratorów i sprężyn" zabójstwa, a także "głębokiego rozpracowania istniejących szerokich powiązań podziemia faszystowskiego ukraińskiego i polskiego".

Poszukiwania prawdy o zasadzce kontynuowano w trakcie akcji "Wisła". Zdobyte ukraińskie dokumenty oraz schwytani członkowie UPA pozwolili inaczej spojrzeć na to, co się stało pod Jabłonkami. Funkcjonariuszom bezpieczeństwa nie uszedł też uwagi artykuł w zachodnioniemieckiej prasie, gdzie dwóch uczestników napadu, którzy właśnie przebili się na zachód, podzieliło się swoją wiedzą na ten temat. Przesłuchania członków UPA, uczestników zabójstwa "Waltera", były prowadzone w więzieniu mokotowskim w Warszawie pod osobistym nadzorem J. Różańskiego od maja do sierpnia 1947 r. Zeznania jeńców nie pozostawiły wątpliwości, że zasadzkę zorganizowały sotnie "Chrina" i "Stacha".

Ze zgromadzonego materiału wynikało, iż tuż przed zorganizowaniem zasadzki "Chrin" zarządził koncentrację swoich czot w rejonie Sukowatego. Nieco opóźniła się ona z powodu wiosennych roztopów. Gdy wszystkie pododdziały dotarły na miejsce zbiórki, wieczorem 27 marca zwołał naradę czotowych i rojowych, po której zarządzono sprawdzenie broni i zapowiedziano wyruszenie na akcję bojową. 28 marca 1947 r. ok. godz. 4.00 połączone sotnie "Chrina" oraz "Stacha" wyruszyły na zasadzkę, pozostawiając w obozowisku chorych i rannych, w tym m.in. czotowego "Dunię" (Emilian Demuń). Siły ukraińskie liczyły ok. 140 partyzantów, podzielonych na pięć czot. W rejon Jabłonek upowcy dotarli około godz. 9.00. Ledwie zajęli stanowiska, gdy nadjechały samochody ze Świerczewskim. Warto zacytować w tym miejscu fragment raportu Wasyla Mizernego "Rena": "zagrzmiały nasze erkaemy. Z osobowego samochodu wyskakują żołnierze, między którymi [jest] jeden gruby, z odkrytą głową, który nie zajmując stanowiska wydaje rozkazy, po czym wszyscy inni zajmują stanowiska i ruszają do natarcia. Równocześnie z (...) samochodu ciężarowego (...) zeskakują spokojnie (jak gdyby wcale nic nie było) żołnierze w czarnych beretach i otwierają ogień maszynowy po naszych stanowiskach. (...) »Ch[rin]« wydaje rozkaz pierwszemu pododdziałowi nacierać na nieprzyjaciela i flankować go. Wywiązuje się intensywna walka, która trwała ok. 25 minut. Następnie nieprzyjaciel ostrzeliwuje się i odstępuje potokiem w kierunku lasu »Jabłonki« (...) Wtenczas serie erkaemów (...) dobijają ostatecznie, jak się później okazało, generała (...) Karola Świerczewskiego (...) Oddziały nasze nie wszczęły pościgu za odstępującym wrogiem". Warto zwrócić uwagę, iż upowski meldunek niemal całkowicie pokrywa się z cytowanym raportem Przońskiego i Kossowskiego.

"Chrin" po powrocie do obozowiska uznał zasadzkę za nieudaną, narzekając, iż nie udało się spalić samochodów. Wprawdzie do "ZIS-a" "doskoczyło" dwóch partyzantów ("Antypko" i "Kohut"), ale po stwierdzeniu, że w samochodzie nie ma żywności wycofali się. Dopiero informacje z polskich gazet o śmierci "Waltera" radykalnie zmieniły nastroje i napełniły Ukraińców dumą z sukcesu, który natychmiast zaczęto wyolbrzymiać. W przejętej sztafecie OUN czytamy: "Dnia 28.03 oddział »Hrynia« (»Chrina« - G.M.) i »Stacha« zrobiły zasadzkę na szosie między Baligrodem i Cisną. (...) Spalono 3 auta i gen. Świerczewskiego rozebrano do kaleson. Nasi bez strat (...) Teraz D-ca »Hryń« (»Chrin« - G.M.) chodzi w generalskim płaszczu".

Powiększając polskie straty, Ukraińcy "uśmiercili" m.in. "generała" Gerharda, który jakoby zmarł w szpitalu od odniesionych ran. Informację tę podali np. wspominani dwaj partyzanci w wywiadzie udzielonej zachodnioniemieckiej prasie (a za nimi niedawno powtórzył ją ukraiński historyk Dmytro Wiedieniejew).

Śmierć "Waltera" wykorzystywano również w pracy propagandowej. Józef Waskiw "Oreł" z sotni "Bira" zeznał 23 kwietnia 1947 r., iż ok. 10 kwietnia sotnię odwiedził polityczny-wychowawca "Horoch". Stwierdził on, że gen. Świerczewskiego zabiła sotnia "Chrina", po czym zapewnił, iż niedługo dojdzie do wojny USA z ZSRR, w której wojska amerykańskie szybko zwyciężą, a "wówczas będziemy jeść i pić, jeździć pociągami po naszych wioskach i miastach. Dodał jeszcze, że w Ameryce jest Armia Andersa - polska armia (...) ona czeka aby przepędzić Rosję i wtenczas Armia Andersa zajmie Polskę taką jak ona chce, a my dla siebie Ukrainę".

Wielu upowców zeznało, że "jako przyczynę zasadzki podano im przejazd wojska, na które mają napaść celem zdobycia żywności i umundurowania". Zdaje się to potwierdzać relacja Jerzego Ludkiewicza. W 1948 r. przebywał on w więzieniu Mokotowskim z Michałem Prokopczukiem, "którego UPA wciągnęła w swe szeregi przymusowo z poboru. (...) Opiekowałem się nim w więzieniu, gdyż nie miał żadnej rodziny i nie dostawał paczek. Opowiedział, że w zasadzkę gen. Świerczewski wpadł przypadkowo. Oddział w którym służył Prokopczuk nie miał co jeść i chciał zdobyć samochód z żywnością. Ukraińcy nie wiedzieli, że strzelali do gen. Świerczewskiego i gdy zorientowali się, że samochód nie wiózł żadnej żywności - uciekli".

Gdy z zeznań i dokumentów wyłonił się już pewien obraz zasadzki pod Jabłonkami, władze postanowiły przykładnie ukarać partyzantów i jednocześnie przy tej okazji pokazać skuteczność organów ścigania. 27 listopada 1947 r. Biuro Polityczne PPR podjęło decyzję o zorganizowaniu procesu zabójców gen. "Waltera". Odbył się on w maju 1948 r. w Warszawie. Dziewięciu członków UPA skazano na karę śmierci, a dwunastu na kary długoletniego więzienia. Prezydent Bolesław Bierut odrzucił podanie o ułaskawienie. Wyroki śmierci wykonano 28 sierpnia 1948 r. W ten sposób oficjalnie sprawę zamknięto.

W zebranych materiałach niepokojąco brzmiały jednak pojawiające się stwierdzenia, iż "Chrin" był uprzedzony o przyjeździe jakiś "ważnych osób" na inspekcję. Co więcej, do sotni w przeddzień napadu miał przybyć tajemniczy łącznik, z którym "Chrin" i "Stach" rozmawiali około godziny. Z tego powodu organa bezpieczeństwa nie zapominały o sprawie, tym bardziej iż szefem Głównego Zarządu Informacji był płk Dymitr Wozniesieński, prywatnie zięć gen. Świerczewskiego.

W końcu lat czterdziestych, po złamaniu oporu opozycji i podziemia, kierownictwo PZPR zaczęło szukać "wrogów wewnętrznych". Wewnątrzpartyjne czystki objęły m.in. Mariana Spychalskiego, członka Biura Politycznego PZPR, i wiceministra obrony narodowej.

Aresztowania w wojsku objęły m.in. generałów: Stanisława Tatara, Jerzego Kirchmayera, Józefa Kuropieskę, a nawet byłego uczestnika wojny w Hiszpanii, gen. Wacława Komara, oraz - w 1953 r. - marsz. Michała Żymierskiego. Uwięzieni, poddani brutalnym naciskom, niejednokrotnie przyznawali się do uczestnictwa w zorganizowanym spisku mającym na celu przejęcie władzy. Zbierając materiały przeciwko Spychalskiemu, funkcjonariusze organów bezpieczeństwa doszli do wniosku, że można mu też przypisać odpowiedzialność za śmierć K. Świerczewskiego. Człowiekiem, który z punktu widzenia Informacji był wręcz niezastąpionym świadkiem i zarazem najbardziej podejrzanym, był ppłk Jan Gerhard. Stalinowskim śledczym wydało się też podejrzane, iż Gerhard w swoim oficjalnym życiorysie nie wspomniał o swojej przynależności przed wojną we Lwowie do skrajnie prawicowej żydowskiej organizacji syjonistycznej "Bejtar". Nieufność budziły też niektóre szczegóły z jego działalności we francuskim komunistycznym ruchu oporu.

29 września 1952 r. ok. godz. 22.00 Gerhard został aresztowany na dworcu Warszawa Wschodnia tuż po przyjeździe z Olsztyna. Generał SB Zbigniew Pudysz w książce Zabójstwo z premedytacją, pisząc o tym aresztowaniu, stwierdził, że były dowódca 34 pp, już po dwóch dniach (...) rozpoczął składanie wyjaśnień obciążających siebie i innych". "Zapomniał" przy tym wspomnieć, iż pierwsze przesłuchanie, rozpoczęte 29 września o godz. 22.30, trwało nieustannie pięćdziesiąt godzin, kończąc się 2 października o godz.0.30. Już o godz. 6.25 zaczęło się drugie i potrwało do 4 października do godz. 1.10 (42 godz. 45 min!). Był to dopiero początek długotrwałego śledztwa. Gen. Józef Kuropieska, wobec którego zastosowano podobne metody (choć warto zaznaczyć, iż zniósł je z wyjątkową wytrzymałością) tak je oceniał: "Środki zmiękczania woli badanego były używane z całą świadomością w wyrafinowany przemyślny sposób, wypracowany zapewne na podstawie obserwacji naukowców. Zasadniczym było pozbawienie snu (...) na pozór niewinnym, ale jakże dokuczliwym środkiem zmiękczania były stójki (...) Coraz bardziej upodobniałem się do zwierzęcia. Pragnąłem jedynie snu, pożywienia i przyjaźniejszego uśmiechu - choćby mego prześladowcy".

Z wymuszonych w taki sposób zeznań Gerharda wyłonił się pełny obraz rzekomego spisku przeciwko "Walterowi". Inicjatorami zabójstwa mieli być Marian Spychalski oraz marsz. Michał Żymierski, których jakoby niepokoiło proradzieckie nastawienie generała. Dlatego Spychalski poinformował o mającej się odbyć inspekcji "Waltera" w Rzeszowskiem szefa wywiadu, gen. Wacława Komara, również "zamieszanego" w spisek i "współpracę" z wywiadem francuskim. Postanowił on "wystawić" Świerczewskiego ukraińskiej partyzantce przy pomocy dowódcy 34 pp. W grudniu 1946 r. ppłk Gerhard otrzymał polecenie nawiązania kontaktu z UPA w Bieszczadach. Mimo wysiłków nie udało mu się tego dokonać. Kontakt z Ukraińcami nawiązał, jak zeznawał, dopiero w lutym 1947 r. podczas swojego pobytu w Paryżu (przebywał tam w celu załatwienia formalności rozwodowych z pierwszą żoną). Rozmawiać tam miał z przedstawicielem wywiadu francuskiego oraz emisariuszem Ukraińskiej Głównej Rady Wyzwoleńczej o nazwisku Lewicki. Po powrocie do Polski, między 12 a 15 marca 1947 r., do sztabu Gerharda w Lesku zgłosić się miał niejaki Nahirny "Sokół", związany z ukraińskim podziemiem, który powołał się na ustalenia podjęte w Paryżu. Gerhard ustalił z nim, iż bezpośredni kontakt będzie z Nahirnym utrzymywał stacjonujący w Baligrodzie kpt. Henryk Karczewski, także jakoby zamieszany w spisek. Miał on ostrzegać UPA o planowanych operacjach wojska. Ok. 20 marca ppłk Gerhard poinformował w Warszawie gen. Komara o nawiązaniu kontaktu z Ukraińcami. Ten przekazał mu wiadomość o planowanej w końcu miesiąca inspekcji i zalecił nakłonienie UPA do zorganizowania zasadzki. W zeznaniach Gerharda czytamy: "plan zamachu na gen. Świerczewskiego, jak również polecenie odnośnie do mego udziału w tym zamachu, otrzymałem od Komara w dwóch kolejnych rozmowach z nim w styczniu i około 20 marca 1947 r. Komar umotywował ten zamach następująco. W styczniu 1947 r. powiedział mi on, że gen. Świerczewski stanowi główną przeszkodę w skierowaniu polityki polskiej na odcinku wojska na tory prozachodnie, to jest w związaniu WP z kołami wojskowymi państw kapitalistycznych. Komar uważał, że gen. Świerczewski ze względu na swój autorytet jakim cieszy się w kraju, utrudnia realizację tego dążenia tym ludziom z dowództwa WP, którzy chcieliby związać kraj i wojsko z państwami kapitalistycznymi. Jako tych ludzi wymienił mi Komar: Żymierskiego i Spychalskiego oraz siebie samego. (...) oświadczył mi (...) że pomiędzy Żymierskim, Spychalskim, nim - Komarem, a gen. Świerczewskim istnieją poważne przeciwieństwa polityczne polegające na tym, iż Żymierski, Spychalski i on - Komar dążą do związania Polski z państwami kapitalistycznymi, zaś gen. Świerczewski przeciwstawia się temu (...) będąc zdecydowanym zwolennikiem współpracy ze Związkiem Radzieckim. Komar nie widział przy tym innego sposobu usunięcia gen. Świerczewskiego z dowództwa WP, jak tylko drogą zamachu terrorystycznego".

Komar miał też rzekomo w czasie tej rozmowy nakreślić rolę Gerharda w spisku: "Polegała ona na przekazaniu Nahirnemu z dowództwa band UPA, planu zamachu opracowanego przez Komara oraz wiadomości o terminie przyjazdu gen. Świerczewskiego w tereny działań band UPA".

Jednocześnie gen. Komar miał zapewnić Gerharda, iż Spychalski i Żymierski nie będą dążyli "do wyjaśnienia istotnych przyczyn tego zamachu". Po powrocie w Bieszczady Gerhard spotkał się w Baligrodzie z Karczewskim i Nahirnym 26 lub 27 marca i ustalił szczegóły napadu, w tym miejsce (pomiędzy Baligrodem a Cisną). Ten "misterny plan" został uwieńczony sukcesem i 28 marca 1947 r. gen. Świerczewski poniósł śmierć. Charakterystyczne, iż Gerhard, opowiadając w trakcie przesłuchań o samym przebiegu walki pod Jabłonkami, mówił mniej więcej to samo, co zeznał w 1947 r. tuż po zasadzce.

Trudno powiedzieć, czy oficerowie Głównego Zarządu Informacji sami wierzyli w fantastyczne zeznania Gerharda, niemniej poraża skala wysiłku, jaki włożyli w to, by choć trochę je uprawdopodobnić. Przykładowo, gdy Gerhard podał, iż kontaktował się w Warszawie z Francuzami przez Zofię Jabłońską (postać, którą zmyślił) funkcjonariusze informacji zebrali adresy i fotografie wszystkich kobiet o tym imieniu i nazwisku, które w tym czasie zamieszkiwały w stolicy. Kolejne przesłuchania Gerharda, na których "wyciągano" szczegóły jego "wrogiej działalności" przeciwko władzy ludowej trwały do lutego 1954 r. Jednak "odwilż" po śmierci Stalina dotarła też do Polski. Dla twardogłowych stało się jasne, że wersja o spisku przeciwko gen. Świerczewskiego jest zbyt niewiarygodna, aby można było ją zaprezentować publicznie. Na przełomie lutego i marca 1954 r. Gerhard w specjalnych oświadczeniach odwołał swoje dotychczasowe zeznania. Jego kontakty z UPA i sama postać Nahirnego były jedynie tworem fantazji. Mimo to zwolniono go "z braku dowodów winy" dopiero na początku grudnia 1954 r.

Zamykając sprawę śmierci gen. Karola Świerczewskiego, funkcjonariusze bezpieczeństwa nie potrafili wykluczyć całkowicie hipotezy, iż UPA wiedziała o inspekcji. Jednak ostatecznie bardziej skłonili się do wersji o przypadkowym charakterze napadu. Nie miało to jednak wpływu na krążące po kraju plotki. Odżyły one szczególnie po morderstwie dokonanym na Janie Gerhardzie *[Wątek śmierci Świerczewskiego przewinął się także w trakcie śledztwa po śmierci Gerharda. Antoni Chrost zeznał, iż spotkał J. Gerharda na przełomie kwietnia/maja 1971 r. W czasie rozmowy w redakcji Gerhard miał mu powiedzieć że "doszedł do wniosku, że gen. Świerczewski nie zginął z rąk Ukraińców, lecz z rąk Polaków, że jest w posiadaniu części materiałów pozwalających na wysnucie takiego wniosku. Gerhard dodał, że pisze książkę o b. X departamencie MBP przy czym świadek zrozumiał, że treść tej książki może dotyczyć śmierci gen. Świerczewskiego". AIPN, MSW, II 4870, k. 215. Niestety, śledczy nie podjęli tego wątku, a przynajmniej śladów zainteresowania tym problemem brakuje w dostępnych aktach sprawy Gerharda. Niewykluczone jednak, iż Gerhard po prostu barwnie opisał Chrostowi swoje przeżycia i samooskarżenia, do których był zmuszany przez śledczych (wiadomo, iż nie porzucił nadziei opublikowania powieści poruszającej ten fragment jego biogram), co zostało odpowiednio zinterpretowane przez Chrosta. Warto wspomnieć, iż zdaniem Jana Rutkiewicza po grudniu 1970 r. powołano jakoby specjalną komisję do zbadania okoliczności śmierci generała, pracami której kierował ówczesny minister Marian Naszkowski, a jednym z jej członków był Jan Gerhard. Kiedy zbliżył się termin złożenia sprawozdania, dziwnym zbiegiem okoliczności mniej więcej w tym samym czasie zamordowano Gerharda i ponoć dokonano napadu na mieszkanie Naszkowski ego w trakcie którego uduszono służącą i zabrano z sejfu "dossier, dotyczące sprawy śmierci generała". Z tymi wydarzeniami zbiec się miały tajemnicze zgony niektórych świadków śmierci "Waltera". Niestety, nie udało mi się zweryfikować prawdziwości tych informacji. Relacja Jana Rutkiewicza, 16 VII 1991 r. (zbiory autora).].

Nie ulega jednak dziś wątpliwości, że to UPA była organizatorem zasadzki, w którą wpadł Świerczewski, źle ochraniany i nie doceniający powagi sytuacji. Kolumna wioząca "Waltera" wjechała wprost pod lufy właśnie zajmujących stanowiska bojowe ukraińskich partyzantów i prawdopodobnie dlatego nie została zniszczona pierwszą salwą. Po krótkiej walce żołnierze odskoczyli do brzegu Jabłonki (a niektórzy z nich mogli ulec panice i rozproszyć się w terenie; tłumaczyłoby to wzmianki o paleniu ognisk wieczorem w celu odnalezienia zagubionych żołnierzy)*[Zdaniem Artura Baty dwie godziny po walce na miejsce zasadzki przybyli milicjanci z Cisnej, którzy mieli do wieczora palić ogniska i zwoływać rozproszonych elewów. A. Bata, Jak zginął generał, "Podkarpacie" z 16 XI 1989 r. Należy zaznaczyć, iż w meldunku specjalnym mjr. Śliwińskiego dana jest zupełnie inna ocena żołnierzy. Czytamy: "Żołnierze walczyli z poświęceniem i w 2 1/2 godzinnej walce nie stwierdzono wypadku tchórzostwa ani panikarstwa. (...) nie opuścili placu boju". CAW, IV 521.8.114, k. 61, Meldunek specjalny nr 0147/47 z 5 IV 1947 r. Mjr Śliwiński nie był jednak świadkiem boju i opierał się na zeznaniach uczestników walki. Zdaniem czotowego "Duni" (Emilian Demuń) z sotni "Chrina" UPA już kilka dni wcześniej miała otrzymać informację o inspekcji jakiejś "ważnej osoby" (tą samą drogą wcześniej otrzymano meldunek o przygotowywanych kolejnych przesiedleniach). "Dunia" poznał przebieg starcia pod Jabłonkami z opowiadania czotowego "Bajraka" - sam ranny pozostał w obozie. Według tej relacji w chwili przejazdu samochodów ze Świerczewskim na miejsce napadu zdołała dojść tylko czota "Bajraka" i jedynie ona otworzyła ogień, zabijając generała. Jego eskorta natomiast miała wpław przejść rzekę w panicznej ucieczce, w ogóle nie otwierając ognia. Tymczasem doszły pozostałe czoty i "Chrin" dał rozkaz odwrotu. W świetle przytoczonych wyżej dokumentów relacja ta wydaje się mocno przesadzona. Relacja Emiliana Demunia z 1 III 1992 (zbiory autora). Por. G. Motyka, Tak było..., s. 386 (gdzie relacji tej błędnie nadałem zbyt wysokie znaczenie).]. Prowadzenie dalszej walki z punktu widzenia upowców stało się bezcelowe, gdyż atak narażał ich na straty nie dając nadziei na zniszczenie przeciwnika, który miał możliwość dalszego odskoku. Po sprawdzeniu, iż samochody nie wiozą żadnego ładunku i wobec nadjechania posiłków najlepszym rozwiązaniem wydawał się odwrót. Z punktu widzenia partyzantów zasadzka niewątpliwie zakończyła się fiaskiem - nieudolność wojska zbiegła się zatem ze złym zorganizowaniem UPA - i dopiero informacje o w sumie przypadkowym trafieniu generała zmieniły ocenę boju.

Wydaje się też mało prawdopodobne, aby upowcy wiedzieli o przyjeździe inspekcji. Komisja śledcza miała, oczywiście, rację, iż nic im nie mogło dać podsłuchanie rozmowy pomiędzy Baligrodem i Cisną. Teoretycznie o przyjeździe Świerczewskiego Ukraińcy mogli się dowiedzieć 27 marca z przecieków z Baligrodu lub z podsłuchanej rozmowy telefonicznej pomiędzy Gerhardem i Karczewskim. Była ona co prawda prowadzona w języku francuskim, ale wiadomo, iż w Służbie Bezpieczeństwa OUN znajdował się funkcjonariusz, który wcześniej służył w Legii Cudzoziemskiej i prawdopodobnie choć trochę znał ten język. Równie jednak dobrze wiadomość, którą miał otrzymać "Chrin" od tajemniczego łącznika mogła dotyczyć wopistów z Cisnej. Jak wiadomo w styczniu 1947 r. zniszczyli oni upowski szpital i banderowcy chcieli koniecznie na nich się zemścić. Zresztą, gdyby "Chrin" faktycznie zdawał sobie sprawę, iż w jego zasadzkę wpadło dwóch generałów i dwóch pułkowników - dowódca dywizji i pułku - zapewne ze swoim temperamentem poderwałby swoich ludzi do ataku w celu całkowitego zniszczenia przeciwnika bez oglądania się na ewentualne straty.

Wydaje się też nieprawdopodobne, aby w zamach zamieszany był jeszcze ktoś trzeci. Jeśliby nawet założyć, iż gen. K. Świerczewskiego specjalnie zwabiono w pułapkę - zręcznie sugerując wypad do Cisnej w nadziei, że wpadnie w zasadzkę UPA - to nie bardzo wiadomo, czemu miała służyć jego śmierć. Przecież z punktu widzenia komunistycznych służb specjalnych, a to one ewentualnie stałyby za zamachem, bardziej racjonalne byłoby upozorowanie przypadkowego wypadku lub - dzięki podaniu odpowiedniej trucizny - zgonu z przyczyn naturalnych. Śmierć w zasadzce podziemia komplikowała tylko sprawę, wzmacniając przy tym "siły reakcji". Władze nie potrzebowały także pretekstu do przeprowadzenia akcji "Wisła". Raczej odwrotnie, to śmierć Świerczewskiego skłoniła je do przyspieszenia przygotowywanej operacji wysiedleńczej. Komuniści zdawali sobie bowiem sprawę, iż z jednej strony rezygnacja z akcji odwetowej poderwałyby ich autorytet w społeczeństwie polskim, a z drugiej, że pojawiło się znakomite uzasadnienie do zastosowania odpowiedzialności zbiorowej.

Na tworzenie legend o śmierci Świerczewskiego pewien wpływ miała - obok naturalnej ludzkiej potrzeby poszukiwania wszędzie "drugiego dna" - chęć ukrycia przez władze nieudolności wojska, które nie zadbało o bezpieczeństwo dowódcy. Właśnie próbą ukrycia niewygodnej prawdy należy tłumaczyć, sądzę, przedstawienie przez Jana Gerharda (między innymi w Łunach w Bieszczadach) zasadzki na wopistów z 1 kwietnia 1947 r. jako napadu na transport "chorych i rannych". W ten sposób czytelnikom nie nasuwały się wątpliwości, dlaczego grupa eskortująca "Waltera" poniosła tak małe straty.

Wszystko zatem wskazuje na to, iż generał Karol Świerczewski zginął przypadkowo w zasadzce UPA, a władze próbowały ukryć niektóre szczegóły tych wydarzeń przed opinią publiczną. A także to, iż jego śmierć komuniści chcieli wykorzystać do porachunków wewnątrz swojego obozu. Paradoksalnie, dzięki temu legenda "Waltera" tylko na tym skorzystała.

 

 

 

Losy ludzkie są kręte jak drogi i ścieżki w Bieszczadach.

Jan Gerhard

Kryptonim "Bieszczady". Zabójstwo Jana Gerharda

"Upały straszne - zapisał w "Dziennikach" pod datą 21 sierpnia 1971 r. Stefan Kisielewski - dziś rozeszła się dziwna wiadomość o zamordowaniu Jana Gerharda, naczelnego redaktora »Forum«, pisarza, posła. (...) ostatnio wsławił się głosowaniem przeciw kandydaturze Piaseckiego do Rady Państwa. Dziwne to zabójstwo, prasa nic bliższego nie podaje. W zalanej upałem, wyschłej na wiór Warszawie zbrodnia brzmi specyficznie złowrogo".

Nieobecnością Gerharda jako pierwsza zaniepokoiła się dzień wcześniej, 20 sierpnia, sekretarka tygodnika "Forum" Irena Tołczyńska. Pisarz do redakcji przychodził zawsze punktualnie ok. godz. 15.00. Gdy jego nieobecność zaczęła się przedłużać, a w mieszkaniu nikt nie podnosił słuchawki telefonu, Tołczyńska zadzwoniła na Pogotowie Ratunkowe, następnie zaś, ok. godz. 18.00 do Komendy Stołecznej Milicji Obywatelskiej. Wysłany do mieszkania Gerharda funkcjonariusz, plutonowy MO Wincenty Wisłocki, odkrył jego ciało. Jak wykazało śledztwo, znany pisarz i publicysta, poseł na Sejm PRL z ramienia PZPR, został zamordowany tego samego dnia ok. godz. 9.00.

Pisarz został kilkakrotnie uderzony tępym narzędziem w głowę, na szyi miał zadzierzgnięty pasek od spodni, w plecy wbito mu sztylet. Jego samochodu nie było przed domem. Patrol milicji znalazł go po paru godzinach zaparkowany przy ul. Świętokrzyskiej. W mieszkaniu stwierdzono brak niektórych wartościowych przedmiotów, ale np. znalezienie w kieszeni marynarki ok. 12 tysięcy zł zdawało się wykluczać mord na tle rabunkowym.

Śmierć tak znanej postaci zmusiła MSW do natychmiastowego podjęcia na szeroką skalę akcji poszukiwania mordercy lub morderców. Jak z pewnym patosem w książce na temat tej zbrodni pisał gen. SB Zbigniew Pudysz: "Dla wielu funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa i Milicji Obywatelskiej nie liczył się obezwładniający, wysysający siły upał. Nie miał też znaczenia fakt, że niektórzy wybierali się wraz z rodzinami na urlop. Liczyły się minuty. Tempo". Potwierdza to w swoich wspomnieniach ówczesny minister spraw wewnętrznych Franciszek Szlachcic: "Sprawa od razu przybrała wymiar polityczny, stała się prestiżowa dla MSW i testem sprawności dla organów ścigania".

Tylko do 29 sierpnia 1971 r. przesłuchano 150 osób, m.in. mieszkańców domu, w którym mieszkał Gerhard, jego żonę i córkę (obie w dniu zabójstwa przebywały poza Warszawą), a także np. pracowników tygodnika "Forum". Przeprowadzono również "rozmowy operacyjne" z ok. 200 mieszkańcami domów, przy których znaleziono samochód. Sprawdzono alibi 82 byłych i aktualnych pracowników tygodnika "Forum", piętnastu oficerów WP i sześciu dawnych członków OUN i UPA. Niezależnie od tego sprawdzono alibi 584 osób wywodzących się ze "ze środowisk przestępczych". Jak zauważono "większość z tych osób w ogóle nie słyszała o Gerhardzie i nawet nie czytała komunikatu prasowego". Milicjanci skontrolowali 657 melin przestępczych i 238 pralni. W tych ostatnich szukano garderoby ze śladami krwi.

Nie dało to większych efektów i stało się jasne, że nie można liczyć na szybkie wykrycie sprawców. Dlatego 13 września 1971 r. zarządzeniem ministra spraw wewnętrznych Franciszka Szlachcica Nr 0127/71 powołano Grupę Operacyjno-Śledczą kryptonim "Bieszczady". Jej kierownikiem został płk Stanisław Dereń, a jego zastępcami płk Józef Pielasa i płk Władysław Trzaska. Grupa liczyła trzydziestu funkcjonariuszy, ale faktyczna liczba osób zaangażowanych w śledztwo była znacznie większa. Do Komend Wojewódzkich skierowano kilka tysięcy zleceń na wykonanie różnych czynności śledczych. Warto zwrócić uwagę, iż podczas poszukiwań starano się korzystać z doświadczeń wyniesionych przy śledztwie dotyczącym zamordowania syna przewodniczącego Stowarzyszenia PAX Bolesława Piaseckiego.

Śledztwo od początku zapowiadało się na niezwykle trudne. W notatkach Gerharda znaleziono 1947 adresów osób, z którymi utrzymywał bliższą lub dalszą znajomość, z czego ok. dwieście mieszkało za granicą. Wśród nich były liczne adresy znanych dziennikarzy, ludzi władzy, wreszcie kobiet związanych z Gerhardem. Jak bezradnie przyznawał Szlachcic: "Ludzie nie lubią być przesłuchiwani, nie lubią takich rozmów. A jeszcze bardziej nie lubią tego członkowie władz. Jeśli już ktoś taki musiał być przesłuchany, najczęściej przesłuchujący przychodził do przesłuchiwanego i prosił o zgodę na zadawanie pytań. (...) Z niektórymi rozmawiałem osobiście. Wiem, że w ten sposób przysporzyłem sobie przeciwników". Z prowadzonych rozmów i zabezpieczonych w mieszkaniu ofiary materiałów śledczym zaczął się wyłaniać niezwykle bogaty życiorys pisarza. W świetle szczegółów jego biografii nabrały niepokojąco szczerego sensu słowa, które napisał w Autopamflecie: "prawdą jest, jak powszechnie wiadomo, nie to, co pokazujemy innym, lecz to, co najbardziej, najmocniej i najgłębiej pragniemy przed innymi ukryć. Każdy z nas ma coś takiego i to właśnie jest naszą prawdą. (...) Większość ludzi umiera ze swoją prawdą i zostawia co najwyżej mnóstwo fałszywych tropów, które prowadzą donikąd. O epoce dowiemy się z podręczników i opracowań specjalistów. O pojedynczych ludziach nie będziemy wiedzieli nic, gdyż sprawy ich są bardziej skomplikowane od epok".

Jan Gerhard (właściwe nazwisko Wiktor Lew Bardach) urodził się 17 stycznia 1921 r. we Lwowie, jako syn Jakuba i Reginy z domu Menkes. Mieszkał we Lwowie przy ul. Zygmuntowskiej 158. Uczęszczał do Państwowego Gimnazjum im. Stefana Batorego i Liceum im. Henryka Sienkiewicza. Maturę zdał w maju 1939 r., a więc tuż przed wojną. W 1937 r. wstąpił pod wpływem swojego kuzyna do skrajnie prawicowej syjonistycznej organizacji "Bejtar", celem której było stworzenie w Palestynie żydowskiego państwa o ustroju wzorowanym na faszystowskich Włoszech. Sam Gerhard przyznawał, iż brał udział w różnych zbiórkach pieniędzy na działalność organizacji. Jednak według niektórych przekazów: "Działając w »Bejtar« występował na wiecach przeciwko lewicowemu ruchowi młodzieży żydowskiej". Przekonanym syjonistą był również jego ojciec, któremu jednak bliższy był ustrój "liberalno-burżuazyjny".

We wrześniu 1939 r. młody Wiktor Bardach opuścił Lwów i skierował się do Zaleszczyk, skąd przedostał się do Rumunii - być może na dzień przed uderzeniem Sowietów (choć jest prawdopodobne, iż w dokumentach podawał wcześniejszą datę, by ustrzec się zarzutu ucieczki przed "wyzwoleńczą" Armią Czerwoną). Stąd przez Jugosławię, Włochy przedostał się do Bretanii i zgłosił do armii polskiej formowanej we Francji. 9 marca 1940 r. ukończył szkołę podchorążych piechoty i w stopniu kaprala podchorążego został skierowany do 2 pułku piechoty 1 Dywizji Grenadierów. Brał udział w walkach z Niemcami, m.in. pod Lagarde. 23 czerwca 1940 r. wskutek wybuchu pocisku artyleryjskiego został przysypany ziemią i z objawami wstrząsu mózgu trafił do niemieckiej niewoli. Przez kilka miesięcy przebywał w Stalagu 17 A niedaleko Wiednia. 16 stycznia 1941 r. z transportem rannych przewieziono go przez Szwajcarię do szpitala w południowej Francji. Nie jest jasne, czy o zwolnieniu z niewoli zadecydował faktyczny stan jego zdrowia po odniesionej kontuzji, czy też wydostał się z obozu podstępem na podstawie sfałszowanych dokumentów. Wszystko natomiast wskazuje na to, iż udało mu się ukryć żydowskie pochodzenie. Do końca lutego 1941 r. przebywał w szpitalu w Lourdes. Dzięki pomocy Polskiego Czerwonego Krzyża zatrzymał się w Montpellier. W sierpniu 1941 r. na miejscowym uniwersytecie zapisał się na studia na wydziale chemii. Utrzymywał się z dorywczych prac na winnicach i na farmie ogrodniczej. Jeśli wierzyć ustaleniom śledczych: "Bardach reprezentował wtedy postawę kapitulancką i przekonanie co do zwycięstwa III Rzeszy. Uznawał konieczność ułożenia się Polaków z Niemcami hitlerowskimi na wzór kolaboracji francuskiej. O załamaniu Bardacha w tym okresie mieli wypowiadać się zarówno Polacy jak i Żydzi". Z drugiej strony Gerhard twierdził później, że już od kwietnia 1941 r. uczęszczał na zebrania tajnego marksistowskiego kółka samokształcącego. Jest to dosyć prawdopodobne, biorąc pod uwagę fakt, iż w 1941 r. wstąpił do Francuskiej Partii Komunistycznej, a niebawem zaczął nielegalną działalność w podporządkowanych partii cudzoziemskich grupach bojowych - Francs Tireurs et Partisans Francais (FTPF - Wolni Strzelcy i Partyzanci Francuscy), otrzymując od tego czasu regularny żołd ok. 900 franków miesięcznie. W 1943 r. został zastępcą dowódcy 35 Brygady FTPF w Tuluzie. Właśnie w szeregach francuskiego podziemia zaczął posługiwać się pseudonimami "Jean" i "Gerhard", które później staną się jego nazwiskiem.

Pozostaje tajemnicą, co człowieka związanego dotąd z prawym skrzydłem ruchu syjonistycznego zaprowadziło do komunistów *[Tak tłumaczył swoje ówczesne stanowisko w trakcie śledztwa w 1954 r.: "na skutek wojny zetknąłem się z rzeczywistymi wydarzeniami politycznymi. Wtedy jasnym dla mnie było, że poglądy wpojone mi w »Bejtarze« są zupełnie oderwane od tych wydarzeń i nie mogą dla mnie stanowić żadnego oparcia. Toteż w momencie wstępowania do FPK, poglądy te dla mnie nie istniały, ponieważ rozumiałem już wówczas, że nawet jeżeli chodzi o samą walkę z rasizmem co było dla mnie jako Żyda bardzo istotne można prowadzić tylko wraz z klasą robotniczą". AIPN, 846/618, k. 343, Protokół przesłuchania podejrzanego Jana Gerharda z 26 kwietnia 1954 r. Interesujące, iż przy wstępowaniu do partii Gerhard musiał wypełnić ankietę, w której "najistotniejszym było pytanie o stosunek mój do paktu radziecko-niemieckiego z 1939 r. (...) Na pytanie to odpowiedziałem (...) na podstawie wyjaśnień, jakie otrzymaliśmy na zebraniach koła samokszałceniowego (...) że pakt ten był wyrazem pokojowego stanowiska Związku Radzieckiego". Tamże, k. 341.]. Czy wpływ na to miał rozpoczynający się Holocaust i represje wobec ludności żydowskiej?

Tak czy inaczej, Bardach-Gerhard aktywnie włączył się w działalność zbrojną podziemia. W 1944 r., po nieudanym zamachu na kino w Tuluzie, podczas którego zginęło trzech zamachowców i osoby cywilne, został przerzucony do północnej Francji, gdzie zajmował się organizacją partyzantki w Ardenach. Również w tym regionie przeprowadził sporo akcji bojowych. W sierpniu 1944 połączył podległe sobie oddziały w oddzielny batalion, który parę miesięcy po przejściu frontu został włączony w skład tzw. Brygady Paryża płk. Fabiena13. Po śmierci Fabiena w grudniu 1944 r. brygadę wcielono jednak w skład regularnej armii francuskiej. Gerhard, już w stopniu majora, w styczniu 1945 r. znalazł się w szeregach Zgrupowania Piechoty Polskiej przy 1 Armii Francuskiej, specyficznej formacji, która choć walczyła z Niemcami na froncie zachodnim, to uznawała jednak władzę PKWN (a później Rządu Tymczasowego). W jej szeregach wrócił w listopadzie 1945 r. do Polski i niebawem znalazł się na kursie szkoleniowym w Centrum Wyszkolenia Piechoty w Rembertowie.

Jeśli wierzyć krótkiej notatce sporządzonej przez funkcjonariuszy SB, to "w czasie pobytu na kursie dowódców pułków w Rembertowie od lutego do czerwca 1946 r. Jan Gerhard pod ps. »Żan«, współpracował z organami informacji WP. Złożył kilka nieistotnych doniesień m.in. na wykładowców oficerów z okresu międzywojennego, zarzucając im stereotypowo, że są przeciwnikami demokracji i dążą do skompromitowania oficerów wywodzących się z ludu" *[AIPN 01522/509, t. 2, k. 245. Z Raportu z dotychczasowych ustaleń śledztwa oraz dotyczącego kierunków dalszych działań w sprawie krypt. "Bieszczady" z 7II1972 r. możemy się dowiedzieć, że dokumenty informacji, do których dotarli funkcjonariusze SB, częściowo pisał Gerhard w języku polskim, a część była "pisana przez oficera informacji w języku rosyjskim". AIPN, MSW, II111, k. 62. Niestety, nie udało mi się dotrzeć do tych materiałów, by zweryfikować ich wiarygodność.]. Informacja ta, jeśli odpowiada prawdzie, jest jak sądzę, dowodem na to, iż J. Gerhard był w tym okresie przekonanym komunistą, uznającym konieczność przeprowadzenia w Polsce radykalnych przemian społecznych. Czuł się, przypuszczam, członkiem komunistycznego sprzysiężenia, mającego na celu wyeliminowanie "wpływu reakcji", w pierwszej kolejności przede wszystkim z wojska. Tłumaczyłoby to też dlaczego w ogóle powrócił do Polski, mimo że oznaczało to rozstanie z pozostałą we Francji żoną, Catherine Haitin, z którą był związany od 1942 r. Inna rzecz, iż uważał utratę rodzinnego miasta - Lwowa - za rzecz krzywdzącą dla Polski i wymuszoną sowiecką przemocą *[W czasie pobytu w stalinowskim więzieniu w grudniu 1953 r., jak wynika z raportów agentów celnych (czyli zwerbowanych wśród więźniów współpracowników organów bezpieczeństwa), miał mówić "o niesłuszności granicy na wschodzie, gdyż Ruś Halicka jest polska". AIPN, 846/627, k. 24.].

W maju 1946 r. już ppłk Jan Gerhard został mianowany dowódcą 34 Budziszyńskiego Pułku Piechoty. Do 34 pp trafił też jego podwładny z Francji, kpt. Henryk Karczewski. W Bieszczadach aktywnie zwalczał UPA i wysiedlał ludność ukraińską, był też m.in. świadkiem śmierci gen. Karola Świerczewskiego *[Oficer Informacji 34 pp, por. J. Babula, tak scharakteryzował Gerharda w lipcu 1947 r.: "Lubi się bawić i przebywać w towarzystwie przygodnie poznanych kobiet. Politycznie pewny i oddany demokracji". AIPN, 00199/498, k. 40.]. Jednocześnie jednak aktywnie uczestniczył w "umacnianiu władzy ludowej". W grudniu 1946 r. żądał np. aresztowania przez leskie UB ośmiu osób, w tym ks. Ludwika Palucha, proboszcza parafii w Lesku. Po sfałszowanych wyborach do Sejmu Ustawodawczego 23 stycznia 1947 r. szef PUBP w Brzozowie por. Ludwik Turek w specjalnym liście wyraził mu "najszczersze wyrazy podziękowania (...) za pełną poświęcenia pracę". Czytamy dalej: "Żołnierze Ob. pułkownika (...) dzięki swej pracy odmienili reakcyjne nastawienie społeczeństwa naszego powiatu do pełnego i demonstracyjnego głosowania za Blokiem Demokratycznym. Współpraca wojska z UB była pełna poświęcenia".

W czasie pełnienia służby w Bieszczadach odwiedziła go w Lesku żona. Warunki, które tam zastała, raczej nie przekonały jej do przyjazdu do Polski na stałe. W efekcie, w 1947 r. Gerhard przeprowadził rozwód (z tego powodu wyjechał na krótko do Francji), który, jak się wydaje, przeżył bardzo boleśnie.

W listopadzie 1947 r. Gerhard rozpoczął studia w Akademii Sztabu Generalnego, a następnie wyjechał na studia wojskowe do Moskwy, m.in. z późniejszym gen. Tadeuszem Pióro. Razem z nim do Moskwy udała się Alicja Moskalska, z którą zawarł związek małżeński (ponoć poznał ją w szpitalu w Łodzi, gdzie trafił po zranieniu w czasie starcia pod Jabłonkami w marcu 1947 r.). Po dwóch latach studiów nieoczekiwanie został jednak odwołany do kraju. Partia komunistyczna w Polsce przystąpiła właśnie do czyszczenia własnych szeregów. Tymczasem do Głównego Zarządu Informacji wpłynęło doniesienie kpt. Michała Gargola (dezertera z WP przebywającego za granicą!) oskarżające Gerharda "że został nasłany do kraju jako anglo-amerykański szpieg i dywersant, który zorganizował zamach na życie gen. Świerczewskiego". Mimo absurdalności tych zarzutów organa Informacji rozpoczęły w styczniu 1950 r. "aktywne rozpracowanie" kontaktów byłego dowódcy 34 pp, "powodując jednocześnie odwołanie go z Akademii Wojennej w ZSRR".

Po powrocie do Polski Gerhard najpierw został szefem oddziału Operacyjnego Okręgu Wojskowego I (Warszawa), skąd szybko przeniesiono go do... Instytutu Historii WP, a następnie na stanowisko szefa sztabu 8 Korpusu - w Olsztynie. Zapewne orientował się, iż prowadzone czystki mogą w każdej chwili dotknąć także jego. Tymczasem w lutym 1950 r. urodziła mu się córka Małgorzata.

Śledztwo Informacji po dwóch latach zaczęło przynosić rezultaty. Dwóch złamanych torturami oficerów oskarżyło Gerharda o udział w antypaństwowym spisku. 29 września 1952 r. Gerhard został aresztowany i natychmiast poddany bezwzględnemu śledztwu. Przez pierwszych kilkadziesiąt godzin przesłuchanie prowadzono nieustannie, nie pozwalając mu nawet na chwilę snu. W następnych trzech tygodniach pozwalano mu na jedną-dwie godziny snu na dobę, w grudniu przesłuchania z odpowiednio już "zmiękczoną" ofiarą trwały "tylko" po dziesięć godzin dziennie *[W "Oświadczeniu" z 26 lutego 1954 r. Gerhard napisał: "Pod wpływem bezsenności zdawało mi się, że jestem bliski obłędu. Miałem wizję jak gdyby ściany waliły się na mnie, podłoga wydymała się, unosiły się z niej kłębki różowej, zielonej, niebieskiej i czerwonej waty; falowały różnokolorowe pajęczyny, maleńkie postaci ludzi, dzieci itp., obrazy ukazywały mi się na posadzce i na ścianach. W uszach słyszałem rozmaite głosy, płacz, jęki i wycia. Budzenie mnie ze snu, w który co pewien czas zapadałem siedząc na zydlu lub stojąc, odbywało się przy pomocy uderzeń pięścią w stół przez oficera śledczego, przy czym uderzenia te sprawiają wręcz fizyczny ból. Piszę to po to, aby ewentualnie lekarze - stwierdzili jaką torturą jest pozbawienie człowieka snu". AIPN 846/615, k. 6.]. Dodatkową torturą dla osób przesłuchiwanych była konieczność siedzenia godzinami na stołku w pozycji wyprostowanej lub stania "na baczność" aż do opuchnięcia nóg. Tym naciskom fizycznym towarzyszyły z jednej strony groźby, a z drugiej niedwuznaczne sugestie, po obciążeniu jakich osób przesłuchanie wreszcie się skończy *["Podawanie nazwisk - czytamy w "Oświadczeniu" Jana Gerharda - osób, na które miałem zeznawać odbywało się w ten sposób, że mjr Stępniewski mówił np. »No teraz (...) pogadamy sobie o znajomych. Kogo wy znacie z II Oddziału?« Wymieniałem osoby (...) Wówczas mjr Stępniewski pytał ze szczególnym naciskiem o jedną lub dwie z tych osób, a pomijał wszystkie inne (...) Jeżeli na taką osobę, o którą mjr Stępniewskiemu chodziło trafiłem, wówczas szybko kreślił on coś piórem po papierze, lub przy pomocy charakterystycznej mimiki, modulacji głosu itp. środków, dawał mi jasno do poznania, że o tej właśnie osobie mam mówić, a inne mogę pominąć. Mimika i gesty mjr Stępniewskiego, były w takich wypadkach zupełnie podobne do zachowania się nauczyciela w szkole w momencie, gdy uczeń trafia na właściwą odpowiedź. W ten prymitywny i szablonowy sposób mjr Stępniewski zasugerował mi nazwiska większości osób, które obciążyłem swoimi zeznaniami". AIPN, 846/615, k. 9.]. Zbigniew Pudysz w przywoływanej już książce Zabójstwo z premedytacją podkreślił fakt, iż Gerhard obciążył w swoich zeznaniach szereg osób, przyczyniając się do ich aresztowania, nie uznając za stosowne dodać w jak bezwzględny i pełen premedytacji sposób zostały one od niego uzyskane.

Gerhard w trakcie przesłuchań kilkakrotnie (w sumie siedem razy) próbował wycofać się ze złożonych wcześniej zeznań, jednak śledczy potrafili "przekonać" go do powrotu do oczekiwanej przez nich wersji. Ostatecznie postanowił, jak się wydaje, za wszelką cenę ochronić jedynie żonę (a tym samym także maleńką córkę) *[W zeznaniu złożonym 28 kwietnia 1953 r. stwierdzał kategorycznie: "żona moja Gerhard Alicja nie wiedziała i nic nie wie o mojej działalności szpiegowskiej, zarówno w Moskwie, jak i poza Moskwą". AIPN, 846/612, k. 135.], samego siebie i innych obciążając o współpracę z Niemcami, z wywiadem francuskim i jugosłowiańskim oraz udział w szeroko rozgałęzionym spisku zmierzającym do obalenia władzy komunistycznej. Przyznał się również do współuczestnictwa w zamachu na generała "Waltera".

Na szczęście dla niego odwilż po śmierci Stalina zaczęła powoli docierać także do Polski. Na przełomie lutego i marca 1954 r. Gerhard w specjalnych oświadczeniach odwołał swoje dotychczasowe zeznania. Nie oznaczało to końca jego gehenny. Pozostając w areszcie, musiał teraz w trakcie kolejnych przesłuchań znów opowiedzieć szczegółowo swój życiorys, prostując podawane wcześniej fantazje o współpracy z obcymi wywiadami.

Oficerowie Informacji tak zręcznie prowadzili kolejne przesłuchania, by wynikało z nich, że ofiary są same sobie winne, ponieważ zmyślały, choć żądano od nich "jedynie mówienia prawdy". Tyle tylko, że śledczy - jak z ukrytą złośliwością zauważył Gerhard - żądając, aby mówić prawdę jednocześnie dodawali, iż jedyną prawdą jest to że jestem szpiegiem". Ostatecznie, chcąc opuścić więzienie, w oświadczeniu z 17 czerwca 1954 r. gotów był nawet przyznać: "w naplątaniu bzdury jest 70 procent mojej winy, a 30 procent winy organów śledczych na skutek ich procedury". Mimo to zwolniono go "z braku dowodów winy" dopiero na początku grudnia 1954 r.

Po zwolnieniu z więzienia nie powrócił już do czynnej służby wojskowej, przechodząc w stan spoczynku. Rezygnując z wojska, postanowił oddać się swojej prawdziwej pasji - pisaniu. Już dowodząc 34 pp pod pseudonimem drukował m.in. w "Życiu Warszawy" i "Przekroju" reportaże z walk z UPA. Nic więc dziwnego, iż podjął pracę jako dziennikarz w Polskiej Agencji Prasowej, szybko zostając jej agentem prasowym w Paryżu. Jednak w 1963 r. musiał wrócić do kraju, gdyż władze francuskie nie przedłużyły mu wizy w ramach retorsji za wydalenie z Polski korespondenta "Le Monde" *[Przyczyną usunięcia francuskiego dziennikarza, Jeana Wetza, były jego artykuły na temat tajemniczej śmierci Henryka Hollanda. K. Persak, Sprawa Henryka Hollanda, Warszawa 2006, s. 282.]. W 1965 r. Gerhard został pierwszym redaktorem naczelnym tygodnika "Forum", specjalizującego się, jak wiadomo, w przedrukach z prasy zagranicznej *[18 stycznia M.F. Rakowski z mieszaniną podziwu i oburzenia napisał: "Janek Gerhard, redaktor naczelny »Forum«, zaangażował do kolegium redakcyjnego czterech sekretarzy KC. Każdy z nich otrzymuje tysiąc złotych miesięcznie. Za frajer. No, ale ma ich przynajmniej w kieszeni". M.F. Rakowski, Dzienniki polityczne 1963-1966, Warszawa 1999, s. 338.]. Sławę przyniosła mu powieść Łuny w Bieszczadach, wydana po raz pierwszy w 1959 r., a następnie wielokrotnie wznawiana w olbrzymich nakładach, wpisana na listę lektur szkolnych, wreszcie sfilmowana. Powieść, przedstawiana jako "beletryzowana relacja", w rzeczywistości ukazywała w krzywym zwierciadle zarówno losy Ukraińców w Bieszczadach, jak i działalność polskiego podziemia antykomunistycznego, szczególnie oddziału Antoniego Żubryda. Za Łunami w Bieszczadach szybko pojawiły się następne książki: Wojna i ja, Grenadierzy, Autopamflet i inne. Nie tylko w Łunach..., ale też w pozostałych utworach sięgał do własnych doświadczeń, zręcznie przeplatając fikcję z rzeczywistością. Swoje przeżycia ze stalinowskiego więzienia zawarł w niepublikowanych utworach "Miara nieskończoności" i "Wersja". Maszynopis tej drugiej pracy złożył w 1967 r. w wydawnictwie "Książka i Wiedza", ale w 1968 r. druk książki wstrzymano, jak można się domyślać, z powodu ograniczeń cenzury.

Warto wspomnieć, że w jego twórczości bez trudu można odnaleźć ślady zainteresowania erotyką. Już w Łunach w Bieszczadach pojawiały się wątki miłosne. W Niecierpliwości znajdziemy literacki opis jego pobytu w Paryżu jako korespondenta PAP, w tym m.in. spotkanie z pierwszą żoną, czy opisy "różowego Paryża", w tym wieczorów spędzanych w "Lido". Snując rozważania nad życiem kobiet lekkich obyczajów, konstatował: "w prostytucji nie ma emerytury. Utrzymanie się na powierzchni jest jedynie kwestią techniki. Nie wieku. Defekty cielesne zaś stanowią dodatkową przynętę. Paryż składa tego dowody na każdym kroku. Paryż, który nie wstydzi się niczego. Paryż bez osłon i masek" *[J. Gerhard, Niecierpliwość, Warszawa 1986 (I wydanie - Warszawa 1967), s. 13. Nieco wcześniej - na s. 12 - czytamy z kolei: "Ani wiek, ani ułomności fizyczne tu się nie liczą. Prostytutki bez nogi, bez ręki, bez oka, bez biustu, kobiety postarzałe w zawodzie działają dalej, jakby te zasadnicze braki nie grały najmniejszej roli. Wręcz przeciwnie - muszą one być dla sporej liczby klientów dodatkową atrakcją, skoro ich posiadaczki znakomicie prosperują. Tak musiało być zawsze. Wystarczy spojrzeć na to, co malował Toulouse-Lautrec".].

Szczególnie wiele erotyki można odnaleźć w Autopamflecie. Przygodom narratora tej powieści towarzyszą rozważania nad naturą damsko-męskich relacji: "Kobiety (...) Wiedzą dobrze, iż mężczyznom można w zasadzie wmówić, co się chce. Pycha mężczyzn przekracza bowiem wszystko, co wyobrażalne. Żaden nie wierzy w to, że mógłby zostać rogaczem. Takie rzeczy spotykają innych, jego - nie. Można to znakomicie wykorzystać. Aż do przedstawienia mężowi amanta i przyjmowania go we własnym domu. W odwrotnym kierunku to się nigdy nie uda. Kobiety są z natury podejrzliwe. Nie wierzą w nic. Rywalkę poznają w lot. Potrafią ją wywąchać z męskich rękawiczek, z szalika, czy krawata. Pokazać im batalion znajomych, wyciągną natychmiast tę właściwą, wiedzione nadzwyczajnym instynktem, nieomylne w takich sprawach. Działają na ślepo i prawie zawsze trafiają w dziesiątkę. Mylą się jedynie wtedy, gdy podejmują próby logicznego rozumowania, co zdarza im się jednak niezmiernie rzadko".

Dochody uzyskane z działalności literackiej i pracy zawodowej sprawiły, iż był człowiekiem zamożnym. W chwili śmierci posiadał ponad 1 700 000 zł oszczędności, co było wówczas sumą niebagatelną. Pozwalało mu to na prowadzenie niezwykle bogatego życia towarzyskiego, także o charakterze intymnym.

W 1969 r. Gerhard trochę nieoczekiwanie został posłem na sejm z okręgu w Krośnie z ramienia PZPR. Informację o kandydowaniu Gerharda tak skomentował 14 kwietnia jeden z jego przyjaciół Mieczysław F. Rakowski: "To bardzo dobrze, przynajmniej jeden porządniejszy facet wśród zer i oportunistów". Zdaniem Rakowskiego kandydaturę Gerharda zaproponował na posiedzeniu Biura Politycznego PZPR Zenon Kliszko, w ten sposób zręcznie torpedując propozycję wystawienia Kazimierza Kąkola. Kliszce udało się do tego pomysłu przekonać Gomułkę. W trakcie posiedzenia Biura Kliszko miał dowodzić, że Gerhard "chociaż jest żydowskiego pochodzenia, to jest porządnym towarzyszem, napisał dobrą książkę, ma ładną przeszłość itp."

Funkcjonariusze SB zauważyli: "Do czasu kandydowania na posła wyrażał niezadowolenie z powodu usuwania z odpowiedzialnych stanowisk państwowych osób o poglądach syjonistycznych". Podobnie z dystansem przyjął inwazję na Czechosłowację. Warto zauważyć, że antysemicka czystka 1968 r. nie mogła pozostać dla niego obojętna. Do Izraela wyjechała wówczas jego matka (ojciec zmarł w 1966 r.), a także siostra Zofia z mężem i synem. Z materiałów Służby Bezpieczeństwa wynika bezsprzecznie, iż Gerhard "po agresji Izraela w prywatnym gronie zajmował stanowisko proizraelskie. Nieprzychylnie odnosił się do publicystów, którzy włączyli się do kampanii przeciwko agresji izraelskiej [faktycznie antysemickiej - G.M.]. Swój pogląd na ten temat formułował następująco: »system nie dopuszcza w tej chwili do poważnej i uczciwej publicystyki politycznej. To się zmieni, może za rok, a może już na wiosnę. Teraz się robi nazwisko milczeniem. Trzeba mieć czyste ręce«". W związku z tym nie pozwalał na publikowanie w "Forum" materiałów o antysemickim wydźwięku.

Niewątpliwie Gerharda można określić jako zdecydowanego przeciwnika środowiska tzw. kombatantów, skupionych wokół Moczara. 9 kwietnia 1967 r. w trakcie obiadu z M. Rakowskim miał go przekonywać, że "istnieją dwa marksizmy. Jeden, to agenturalny, reakcyjny. Taki właśnie, według niego, zaczyna obecnie zwyciężać w naszym kraju".

Tuż przed śmiercią chciał nawet opublikować w tygodniku "Polityka" artykuł wymierzony we frakcję moczarowską. W "Dziennikach" Rakowskiego czytamy: "Napisał artykuł o zamachach stanu, który wprawdzie nam się podobał, ale był szyty zbyt grubymi nićmi. Janek postawił w nim tezę, że zamachy stanu w krajach wysoko uprzemysłowionych są z reguły organizowane przez ośrodki kombatanckie. Egzemplifikacja tej tezy została wzięta z praktyki polskiej. W sposób wręcz nachalny wskazywał palcem na środowisko moczarowskie".

Nie poparł także - jako jedyny poseł - kandydatury Bolesława Piaseckiego przy wyborze do Rady Państwa. Uczynił tak, zdając sobie sprawę z ryzyka związanego z taką postawą, czy wręcz je wyolbrzymiając. Wilhelmina Kruczkowska spotkała Gerharda w lipcu 1971 r. w sejmie tuż po głosowaniu nad kandydaturą Piaseckiego. "Był wtedy w fatalnym humorze, sprawiał wrażenie człowieka, który się boi (...) Oświadczył (...) że głosował przeciwko nominacji B. Piaseckiego (...) i dodał, że to się dla niego - Gerharda fatalnie skończy".

Możemy tylko się domyślać, jak te wszystkie fakty przyjęli funkcjonariusze SB. Nie wolno zapominać, że działo się to po antysemickich czystkach w 1968 r. Informacje, iż ofiara, poseł PZPR, miała żydowskie pochodzenie, powikłany życiorys i bogate życie osobiste, a w dodatku była zamożna i przynajmniej w niektórych poglądach raczej bliska osobom niechętnym systemowi nie mogła na wychowankach Mieczysława Moczara nie zrobić wrażenia. M. Rakowski wspomina, iż pracownicy MSW, z którymi rozmawiał na temat Gerharda "długo i w szczegółach opowiadali o jego życiu prywatnym, które dokładnie przewentylowano. (...) Opowiadano mi o nim w detalach, o których lepiej zapomnieć" *[M.F. Rakowski, Dzienniki polityczne 1969-1971..., s. 473. Nieco wcześniej, na s. 456 zanotował: "Władze śledcze idą tropem zbrodni na tle seksualnym. Po śmierci Janka okazało się, że prowadził bardzo bujne życie, o którym nikt nie miał zielonego pojęcia; nawet jego najbliżsi przyjaciele".]. Zdradzanie życia osobistego ofiary trudno uznać za normalną procedurę w kontaktach ze świadkami. Także Stanisław Podemski zwraca uwagę, że jeszcze w trakcie procesu zabójców "zmarłemu nie szczędzono złośliwości i kalumni. Grzebano w jego przeszłości wojennej, podając w wątpliwość dotąd podnoszone zasługi, szydzono z nadmiernego erotyzmu (...) przytaczano nielojalne wobec PRL wypowiedzi".

Śmierć Gerharda poruszyła opinię publiczną. Śledztwem interesowało się najwyższe kierownictwo PZPR, a członek Biura Politycznego Stefan Olszowski zapewnił publicznie, iż sprawcy zostaną wykryci. Szerzyły się plotki. Najczęściej wskazywano w nich jako sprawców Ukraińców, którzy jakoby chcieli się zemścić za napisanie Łun w Bieszczadach lub wziąć odwet za śmierć przywódcy OUN Stepana Bandery, zabitego przez agenta KGB. Podejrzewano też żyjących partyzantów z oddziału Antoniego Żubryda, którzy zostali przedstawiani w powieści gorzej niż upowcy. Liczne plotki wiązały śmierć pisarza z jego bogatym życiem osobistym. Niektórzy podejrzewali syjonistów, a nawet amerykańskiego milionera Onassisa, który miał się w ten sposób zemścić za krytyczne artykuły na swój temat w "Forum". Zwolennicy Piaseckiego mówili pół żartem, pół serio, że Gerharda zabił PAX. Chyba najbardziej absurdalna plotka wiązała śmierć pisarza z "porachunkami pomiędzy byłymi członkami AK". Bardziej poważne mówiły o rozgrywkach w aparacie władzy lub chęcią ukrycia przez nią wstydliwych tajemnic, np. związanych ze śmiercią gen. Świerczewskiego. Polityczny motyw zabójstwa sugerowało Radio Wolna Europa *[Czytamy np.: "Środowisko katowickich dziennikarzy komentując zabójstwo J. Gerharda uważa, że zostało ono dokonane na tle politycznym i że zabójca wywodzić się może ze środowiska nacjonalistów ukraińskich. Nie wyklucza się również możliwości zemsty ze strony syjonistów za jawne krytykowanie polityki Izraela na łamach Forum. Niektórzy dziennikarze uważają, że zabójstwo to mogło mieć podłoże seksualne, jak również że sprawca mógł wywodzić się ze skompromitowanych kół wojskowych, który był znany J. Gerhardowi". AIPN Ka, 014/730, t. 1, k. 10-11.].

Śledczy brali pod uwagę trzy motywy zabójstwa:

a. osobisty, np. zazdrość któregoś z partnerów licznych przyjaciółek pisarza;

b. polityczny, związany z działalnością Gerharda w czasie wojny i po roku 1945. Brano tu pod uwagę np. zemstę członków UPA;

c. rabunkowy.

W zachowanych materiałach analizujących śledztwo czytamy: "Wszystkie przyjęte wersje były równolegle wyjaśniane, przy czym do marca 1972 r. najbardziej absorbowały śledztwo wersje erotyczne i polityczne jako najbardziej prawdopodobne".

Sprawdzając pierwszą wersję, SB przesłuchała wielu znajomych autora Łun w Bieszczadach. Pieczołowicie ustalono tożsamość i objęto "rozpracowaniem operacyjnym" wiele kobiet, z którymi utrzymywał kontakty intymne. Byłego męża jednej z nich zatrzymano w trakcie wakacyjnej podróży po Polsce, którą odbywał samochodem z synem i stryjem. Został zwolniony, gdy okazało się, iż nie zwiedzał Warszawy. Jedna z przyjaciółek Gerharda "stwierdziła na przesłuchaniu, że osobiście zabiła Gerharda przy użyciu noża i odmówiła dalszych wyjaśnień, a następnie zeznania te odwołała". Nie potraktowano tych słów zbyt poważnie.

Niemal wszystkie sprawdzone w tej wersji tropy nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Niemal, gdyż z zeznań jednej z osób wynikało, że w przeddzień śmierci Gerhard w związku z planowanym na wrzesień urlopem w Bułgarii zakupił czeki podróżne. Czeków tych nie znaleziono w mieszkaniu ofiary, założono więc, jak się okazało słusznie, że padły one łupem przestępców. Ponieważ każdy z nich posiadał swój numer serii, a przy ich realizacji konieczne było złożenie podpisu, otwierało to możliwość sprawdzenia, czy zostały zrealizowane. Jak jednak poinformowali pracownicy Banku Handlowego było to możliwe dopiero po 19 lutego 1972 r., kiedy spłyną one z zagranicy. Ponieważ dyrekcja banku zastrzegła, iż nie dysponuje technicznymi możliwościami sprawdzenia czeków, uzgodniono, że zostaną one przekazane do MSW.

W ramach sprawdzania wersji politycznej przesłuchiwano członków podziemia we Francji oraz oficerów WP, którzy służyli z Gerhardem w wojsku. Brano bowiem pod uwagę, iż motywem zabójstwa była chęć wyrównania starych porachunków z czasów wojny lub pierwszych lat powojennych. Prowadzone rozmowy operacyjne i analizowane dokumenty zdawały się jednak wykluczać możliwość, że zabójcami byli dawni towarzysze broni. Znacznie bardziej prawdopodobna wydawała się tzw. wersja ukraińska. 27 sierpnia 1971 r. jakiś mężczyzna zadzwonił do Komendy Stołecznej MO i powiedział, iż zabójcami są "byli członkowie bandy »Hrynia« ["Chrina" - G.M.]". Świadkowie z 34 Budziszyńskiego Pułku Piechoty zeznali że Gerhard "Zlecił np. wykonanie publicznej egzekucji ciężko rannego UPA-owca ujawnionego w czasie akcji przesiedleńczej na wozie ewakuowanej rodziny ukraińskiej. Z jego rozkazu zlikwidowano na miejscu bez sądu innych ujętych członków band UPA" *[Tamże, k. 246. Egzekucje jeńców w 34 pp potwierdzają też dokumenty wojskowe: "28 V 46 r. pułk wymaszerował z m.p. Baligród do m. Uszczyki Górne [Ustrzyki Górne - G.M.] . Dnia 31 V przybył do celu. Podczas marszu w pobliżu wsi Bierieg [Berehy - G.M.], prawe ubezpieczenie 7 komp. strzel, natknęło się na Niemca. Po dochodzeniu okazało się że był to jeniec wojenny - zbieg z obozu spod Lwowa, z rozkazu D-cy Pułku został zastrzelony. Poza tym marsz przeszedł spokojnie". CAW, IV 521.8.112, k. 97, Meldunek sytuacyjny oficera politycznego 34 pp por. Roj do zcy dcy ds. polit-wych. 8 DP, 2 VI 1946 r. Jak się wydaje, J. Gerhard wprowadził w 34 pp "partyzanckie" metody postępowania z jeńcami.].

W tej sytuacji mniejszość ukraińską w Polsce postanowiono poddać bacznej kontroli, "ustalono adresy 58 byłych członków band UPA, w tym 19 członków bandy »Hrina«, zebrano o nich bliższe dane i sprawdzono ich alibi". Starano się także zidentyfikować osoby pochodzenia ukraińskiego przebywające w Warszawie w dniu zabójstwa. Ponadto "przedsięwzięto czynności zmierzające do rozpoznania środowisk ukraińskich w Polsce skupionych na terenie województwa rzeszowskiego, wrocławskiego, szczecińskiego i olsztyńskiego".

Społeczność ukraińska i tak była nieustannie kontrolowana przez organy bezpieczeństwa, więc rozpracowania polegały przeważnie na przesłaniu do Warszawy aktualnych raportów na temat prowadzonych spraw. I tak, przykładowo, analizując postawy Ukraińców mieszkających w powiecie Bartoszyce, gdzie, jak oceniano, 19 tysięcy mieszkańców miało ukraińskie korzenie, pisano: "W okresie napiętej sytuacji społ.-gospodarczej (...) 1970/1971 nie zauważono wzmożenia aktywności ze strony byłych członków OUN-UPA. Mieliśmy nieliczne sygnały z rejonu Górowa Iławieckiego o pojedynczych wypowiedziach bez większego znaczenia osób pochodzenia ukraińskiego na temat sytuacji społ[eczno] gosp[odarczej] PRL".

SB kontrolowała wszelkie kontakty osób pochodzenia ukraińskiego z zagranicą, monitorując skrzętnie wszelkie turystyczne przyjazdy i wyjazdy tak z państw zachodnich, jak i ZSRR. Szczególną uwagę zwracano na te rodziny, które jednocześnie utrzymywały kontakty z zachodem i ZSRR. Obawiano się, iż z ich pomocą może być przerzucana do Kraju Rad literatura "nacjonalistyczna" (warto w tym miejscu przypomnieć, że za przejaw nacjonalizmu podlegający karze uznawano w państwach demokracji ludowej posiadanie ukraińskiej niebiesko-żółtej flagi oraz narodowego godła - tryzuba).

O skali infiltracji społeczności ukraińskiej świadczą działania "profilaktyczne", podejmowane błyskawicznie przez SB wobec wszelkich prawdziwych i domniemanych przejawów nacjonalizmu. Gdy w styczniu 1971 r. "rolnik Kolasa Michał będąc w stanie nietrzeźwym w obecności kilku osób pochodzenia ukraińskiego śpiewał nacjonalistyczne piosenki z okresu działalności UPA oraz wyrażał nienawiść do Polski twierdząc, że przyjdzie czas, że się z nimi policzy. Z wymienionym przeprowadzono rozmowę ostrzegawczą". Podobną rozmowę przeprowadzono z Anną Zarucką, która w liście do Kanady przytoczyła krążące dowcipy polityczne wyśmiewające władze PRL.

Z punktu widzenia śledczych zajmujących się sprawą zabójstwa Gerharda istotny był fakt, iż "nacjonalistyczne" środowiska ukraińskie w Polsce "wśród wielu nierealnych żądań pod adresem władz domagały się m.in. naprawienia rzekomych krzywd wyrządzonych ludności ukraińskiej w okresie walk z bandami UPA", a także wycofania z księgarń książki Łuny w Bieszczadach, a z kin filmu Ogniomistrz Kaleń. "Równocześnie - czytamy w dokumentach SB - uzyskano dane, że wśród Ukraińców w Polsce istnieje opinia, iż Polacy usiłują przypisać im morderstwo na osobie Gerharda, aby ich skompromitować w oczach społeczeństwa". Materiał kończył się jednak konkluzją: "Przeprowadzone ustalenia w środowiskach ukraińskich nie pogłębiły zebranych wcześniej danych uzasadniających możliwość dokonania zabójstwa przez Ukraińców".

Brak postępów w śledztwie był omawiany na naradzie kierownictwa MSW 19 stycznia 1972 r. Jakkolwiek by nie oceniać działań SB i MO, trzeba przyznać, iż w ramach śledztwa funkcjonariusze wykonali gigantyczną pracę. Do kwietnia 1972 r. przeprowadzono ok. 9 tysięcy rozmów operacyjnych, formalnie przesłuchano 1850 osób, niektóre dwa-pięć razy, sporządzono 59 analiz spraw karnych, operacyjnych i archiwalnych, w tym zanalizowano kilkadziesiąt tomów akt dotyczących UPA, wykonano 84 ekspertyzy w Zakładzie Kryminalistyki MO i innych placówkach naukowo-badawczych. Przeprowadzono dziewięć wizji lokalnych, zatrzymano 35 osób na 48 godzin, z czego ośmiu postawiono zarzuty. Nie dotyczyły one jednak sprawy, lecz innych przestępstw wykrytych przy okazji śledztwa.

Przełom w śledztwie przyniosło dopiero sprawdzenie zaginionych czeków. 18 marca 1972 r., wykorzystując słuchaczy Centrum Wyszkolenia MSW w Legionowie, pobrano z Banku Handlowego 59 worków z 2 mln czeków podróżnych w celu odszukania owych siedmiu, które w przeddzień śmierci pobrał Jan Gerhard. Udało się ujawnić pięć na kwotę 3700 zł.

Zostały one wykupione przez dwie osoby. Ich niewyraźne podpisy zostały zidentyfikowane po sięgnięciu do kwestionariuszy paszportowych. Jak się okazało czeki były używane przez Lilię Samojluk i Mariannę Kołucką. 5 kwietnia 1972 r. obie zostały dyskretnie zatrzymane i przesłuchane. Samojluk "czeki Gerharda" kupił jej znajomy od przygodnie spotkanych w Bułgarii polskich turystów. Tak więc trop ten prowadził donikąd. Kołucka poinformowała, iż czeki zakupiła od Barbary M., którą natychmiast zatrzymano. Podczas przesłuchania potwierdziła ona wersję Kołuckiej i oświadczyła, że czeki dostarczył jej Andrzej S. Jeszcze tego samego dnia ok. godz. 20.00 milicja zatrzymała podejrzanego i przeszukała jego mieszkanie, znajdując w nim rzeczy pochodzące z przestępstw. To ostatecznie skłoniło go do złożenia pełnych wyjaśnień. Wynikało z nich, że czeki przekazał mu Zygmunt Garbacki, student Politechniki Warszawskiej, blisko zaprzyjaźniony z córką Gerharda Małgorzatą.

Więcej, Andrzej S., nie chcąc być oskarżonym o współudział w zabójstwie, stwierdził, iż w trakcie jednego ze spotkań przy alkoholu Garbacki przyznał się do zamordowania Gerharda. Zbrodni tej miał się dopuścić razem z Marianem Romanem Wojtasikiem. 5 kwietnia ok. godz. 22.00 Garbacki został aresztowany. Natomiast Wojtasik już od jesieni przebywał w więzieniu skazany na rok więzienia za włamanie. I to właśnie on, przywieziony na ul. Rakowiecką 6 kwietnia, jako pierwszy przyznał się do zarzucanych mu czynów. 7 kwietnia załamał się również Garbacki dotąd zaprzeczający swojemu uczestnictwu w zbrodni.

10 kwietnia 1972 r. kierownik Grupy Operacyjno-Śledczej "Bieszczady" płk Dereń powołał dwa zespoły. Zespół I miał za zadanie "przygotowanie sprawy do sądu", jego celem było pełne rozpracowanie sprawców zbrodni. W jego skład wchodziło - oprócz kierownika zespołu - sześciu inspektorów śledczych i pięciu operacyjnych. Zespół II miał zająć się pozostałymi sprawami powstałymi wokół śledztwa.

Zygmunt Garbacki poznał Małgorzatę Gerhard na wakacjach w Kołobrzegu w 1969 r., gdzie pracował sezonowo jako ratownik. W 1970 r. przypadkowo spotkali się w Warszawie i odnowili znajomość. Garbacki miał twierdzić, iż znajduje się - podobnie jak Małgorzata Gerhard - na czwartym roku studiów (faktycznie zaliczał z opóźnieniem dopiero drugi). Po pewnym czasie oświadczył się i został przyjęty. Jak wynikało z zeznań żony i córki Gerharda, pisarz zgodził się na małżeństwo z miejsca oferując finansowe wsparcie nowożeńcom. Ślub jednak miał się odbyć po zakończeniu studiów...

W czasie jednej z rozmów ze swoim kolegą Marianem Romanem Wojtasikiem Garbacki zaproponował usunięcie ojca Małgorzaty, co miało pomóc mu w wejście w posiadanie jego majątku. Za pomoc w zorganizowaniu zabójstwa obiecał Wojtasikowi wsparcie finansowe - 50 tysięcy zł. Swój plan - długo układany i dyskutowany - postanowili zrealizować w sierpniu 1971 r., kiedy żona pisarza przebywała na wczasach w Iwoniczu Zdroju, a córka na wakacjach we Francji. Pierwsze podejście - 18 lub 19 sierpnia - skończyło się niepowodzeniem. Z odgłosów w mieszkaniu wynikało, iż Gerhard nie jest sam.

Próbę postanowili powtórzyć rano 20 sierpnia. Ok. godz. 9.00 Garbacki zadzwonił do mieszkania pisarza. Gerhard wpuścił go środka. Wówczas do drzwi zadzwonił Wojtasik z legitymacją studencką Garbackiego w ręku. Gdy drzwi otworzył mu pisarz, przepraszając, stwierdził, iż zgubił ją mężczyzna, który przed chwilą wszedł do środka. Gerhard wziął do ręki legitymację i w tym momencie został przez Garbackiego silnie uderzony w głowę metalową rurką. Upadł na podłogę, upuszczając na wycieraczkę legitymację i okulary. Ciągle bity, próbował czołgać się w kierunku pokoju. Tymczasem Wojtasik wszedł do mieszkania i wziętym przez Garbackiego z półki sztyletem zadał mu cztery ciosy w okolicę serca. Ponieważ ofiara dawała ciągle znaki życia sprawcy udusili ją skórzanym paskiem od spodni. Następnie splądrowali mieszkanie, zabierając skoroszyty z dokumentami w celu upozorowania politycznego tła zabójstwa. Zabrali także czeki podróżne i drobną biżuterię, licząc, że ich brak nie zostanie zauważony przez domowników. By zmylić śledczych zbili zegarek, ustawiając go na godz. 11.13. Przed opuszczeniem miejsca zbrodni przebrali się w ubrania pisarza, gdyż swoje rzeczy poplamili krwią.

Jako pierwszy mieszkanie opuścił Garbacki, zabierając z wycieraczki legitymację i okulary. Kilka minut po nim wyszedł Wojtasik. Korzystając z zabranych kluczy i dokumentów, zabrał samochód Gerharda i przejechał na ul. Świętokrzyską, gdzie go zaparkował na tyłach domu oznaczonego numerem 30. Zabierając auto, sprawcy chcieli stworzyć wrażenie, że pisarza nie ma w domu i w ten sposób opóźnić wykrycie zbrodni.

Obaj zabójcy powrócili do domów, zapewniając sobie alibi ze strony bliskich. Obecność Garbackiego w domu miała potwierdzić siostra i babcia. Usunęli też mogące ich zdradzić przedmioty - żelazną rurkę oraz niektóre zabrane rzeczy (choć ubrania, które zabrał Wojtasik, jego matka po wypraniu zachowała). W wypadku, gdyby podejrzenia władz skupiły się wokół Garbackiego, zabójcy planowali, iż Wojtasik w celu zmylenia śledczych zabije żonę Gerharda, Alicję, "by uprawdopodobnić, że rodzinę Gerhardów likwiduje jakaś organizacja działająca z pobudek politycznych".

Jak wykazało śledztwo, nie było to jedyne przestępstwo popełnione przez tę parę. Dopuścili się oni różnych drobnych kradzieży i rozbojów. Próbowali nawet obrabować kasę Politechniki Warszawskiej, a także planowali napady na Mieczysławę Ćwiklińską, Jerzego Połomskiego "i inne osoby ze środowiska artystycznego bądź naukowego".

Grając swoją rolę, Garbacki wziął udział w pogrzebie pisarza, starał się też utrzymywać kontakty z narzeczoną, przynosząc jej różne plotki na temat toczącego się śledztwa. Jak jednak zeznała córka pisarza, po śmierci ojca bardzo zbliżyła się do matki i postanowiła odsunąć w czasie plany założenia rodziny, o czym miała poinformować Garbackiego. Także on sam, jeszcze przed aresztowaniem, składając wyjaśnienia na temat swoich relacji z Małgorzatą Gerhard, zauważył, że ze względu na żałobę "jakby się od niego odsuwała". W lutym 1972 r. Garbacki miał się domagać skonkretyzowania daty ślubu, co dodatkowo ochłodziło ich stosunki.

Śledczym, pomimo wysiłków, nie udało się wyjaśnić niektórych zapisów w notesie pisarza, ani wytłumaczyć, dlaczego według jednej ekspertyzy do zabójstwa użyto chlorku etylu odurzając ofiarę, a według drugiej było to niemożliwe. Wśród rzeczy Gerharda znaleziono kartkę, na której notował on swoje kontakty intymne. Drobiazgowo - dzień po dniu, osoba po osobie - je rozszyfrowano, z wyjątkiem jednego zapisu "Zgm" lub "Zym". Już po aresztowaniu Garbackiego zastanawiano się, czy nie jest to odniesienie do imienia Zygmunt, ale nie znalazło to potwierdzenia (funkcjonariusze sami przyznali, iż równie dobrze zapis mógł dotyczyć jednej z kobiet, z którą Gerhard był umówiony 20 sierpnia, a której nazwisko zaczynało się na Z).

Braki te nie przeszkodziły w szybkim rozpoczęciu procesu. Od ujawnienia sprawców do skierowania przez prokuraturę aktu oskarżenia do sądu minęło jedynie 37 dni. 25 maja 1972 r. przed Sądem Wojewódzkim w Warszawie rozpoczął się proces zabójców J. Gerharda. Od początku budził on ogromne zainteresowanie. Tak początek procesu opisywała Barbara Seidler: "Przed dziewiątą tłum oblega salę 252. Proces jest jawny, ale żeby wprowadzić porządek i zabezpieczyć spokój - w sekretariacie wydziału wydano karty wstępu. Zielone, różowe, białe. Samych dziennikarzy jest kilkudziesięciu. (...) Na drzwi naciera tłum. I to jest pierwszy znak widomy i okrutny tego teatrum, jakie się zaraz rozpocznie, przed którym każdy sprawozdawca sądowy rozumiejący to, co jest codzienną treścią tego gmachu, zżyma się. Za chwilę są już wszyscy na swoich miejscach. Jak w lożach. Czujni i baczni" *[B. Seidler, Wielkie słowa - niski czyn, [w:] B. Seidler, Schody do raju czy rozpacz?, Warszawa 1977, s. 21. O zainteresowaniu procesem świadczy fakt, iż na temat śmierci J. Gerharda ukazała się powieść Na bezdomne psy Romana Bratnego (Kraków 1977), a gen. SB Zbigniew Pudysz wydał monografię Zabójstwo z premedytacją (Warszawa 1987). Z kolei Jakub Bukowski poświecił jej jeden ze szkiców w swojej niewydanej książce "Za kulisami Bezpieki i KGB". Jej egzemplarze, w maszynopisie, jak poinformował mnie w liście z 7IX 2007 r. przekazał do wybranych bibliotek. Do pracy tej nie udało mi się dotrzeć.].

Przebieg procesu relacjonowało 68 redakcji, w tym 16 tygodników m.in. "Polityka", "Przekrój" oraz "Prawo i Życie" *[Tak rolę prasy widzieli funkcjonariusze SB: "Relacje prasowe nie tylko miały w swym założeniu informować, by zaspokoić ciekawość, by dowieść, że sprawiedliwości stało się zadość. Główny interes społeczny leżał w tym, żeby stwierdzić przekonywująco, że nie tylko zbrodnia jest ohydna, nieopłacalna, ale także, że nie ujdzie karze". AIPN, 01522/509, t. 2, k. 392.]. Zabójstwo Gerharda przewinęło się w co najmniej dziesięciu audycjach Radia Wolna Europa. Sugerowano w nich niedwuznacznie polityczne tło morderstwa. Co najciekawsze, codzienne szczegółowe sprawozdania z procesu, przygotowane przez pracowników MSW, były dostarczane najwyższemu kierownictwu PZPR.

Pierwszego dnia procesu Zygmunt Garbacki przyznał się do zarzucanych mu czynów i poprosił o utajnienie części obrad. Jego wniosek wsparli obrońcy i mimo sprzeciwu oskarżycieli sąd przychylił się do prośby. Garbacki w utajnionej części procesu stwierdził, iż Małgorzata Gerhard była ofiarą despotyzmu swojego ojca. Zabijając pisarza, kierował się zatem jakoby ślepą miłością i chęcią uwolnienia ukochanej spod władzy domowego tyrana. Jak pisała Barbara Seidler: "Na wniosek obrony zamknięto drzwi, ale i tak na korytarz, do sądowego bufetu przeciekło to, o czym mówił Garbacki. (...) Ale choć drzwi zostały zamknięte - motyw zabójstwa podany przez Garbackiego wrócił po wielokroć w pytaniach, oświadczeniach, mowach obrończych. Przede wszystkim zaś Małgorzata Gerhard, odpowiadając na pytanie swojego pełnomocnika, stwierdziła jednoznacznie i stanowczo: »Znane mi jest to, co Garbacki powiedział przy drzwiach zamkniętych, podając jako motyw popełnionego morderstwa. Oświadczam, że oskarżony wysunął kłamliwy zarzut pod adresem mego ojca i moim. To, co powiedział, szkaluje pamięć mego ojca. Nigdy nic takiego się nie zdarzyło. Nigdy takiego zdarzenia nie relacjonowałam Garbackiemu. To kłamstwo«".

Podkreśliła też, że była bardzo kochana przez ojca, który spełniał wszystkie jej marzenia.

Mimo to, wykorzystując oświadczenie Garbackiego, jego obrońcy sugerowali, iż Małgorzata Gerhard znała niektóre szczegóły kryminalnej działalności narzeczonego. Z jednej strony miało ją to zszokować, z drugiej jednak jakoby jej imponowało. W ten sposób dawali do zrozumienia, że córka pisarza mogła domyślać się prawdy. Tego typu stwierdzenia zostały przez obie kobiety zdecydowanie odrzucone.

Inną linię obrony przyjął M.R. Wojtasik. Jego obrońcy podkreślali, iż na drogę przestępstwa został "w iście mistrzowski sposób" wciągnięty przez Garbackiego. Miał on wyrazić zgodę na zabójstwo pod wpływem opowieści szkalujących Gerharda. Składając wyjaśnienia przed sądem, Wojtasik "powołując się na wypowiedź Garbackiego podał m.in., że »Gerhard był odpowiedzialny za śmierć gen. K. Świerczewskiego. Jako patriota byłem wstrząśnięty tą wiadomością (...) zabił tym we mnie wszystkie skrupuły«". Z tego powodu obrońcy wnosili o skazanie go jedynie na 25 lat więzienia.

16 czerwca Sąd Wojewódzki w Warszawie skazał Zygmunta Garbackiego i Mariana Wojtasika na karę śmierci, nie dopatrzywszy się w ich poczynaniach okoliczności łagodzących. W ustnym uzasadnieniu wyroku sąd stwierdził, iż zabójstwa dokonano z premedytacją w celach wyłącznie rabunkowych. 27 września 1972 r. Sąd Najwyższy utrzymał wyrok w mocy, a 20 stycznia 1973 r. prasa doniosła o jego wykonaniu.

Surowość wyroku nie powinna dziwić nie tylko ze względu na odrażający charakter czynu, jakiego dopuścili się oskarżeni, ale także dlatego, iż ofiarą był poseł, a więc przedstawiciel władzy ustawodawczej PRL. Z punktu widzenia władz podsądni po prostu musieli być przykładnie ukarani.

Funkcjonariusze SB analizowali wszystkie listy, które napływały do MSW i sądu (zarówno podpisane, jak i anonimowe), które dotyczyły sprawy procesu zabójców Gerharda. Jak oceniano: "W listach (...) występuje jednolita tendencja surowego ukarania sprawców (...) Nie stwierdzono żadnego listu bądź uwagi telefonicznej, w której zapadłe wyroki byłyby kwestionowane. Należy więc przyjąć, że wyroki (...) są zgodne z odczuciem opinii publicznej".

Wbrew tej opinii zabójstwo Gerharda wywołało wiele wątpliwości. Pewne niedowierzanie widać również w dziennikach Stefana Kisielewskiego i Mieczysława Rakowskiego. Pierwszy 20 czerwca 1972 r. zanotował: "Zabójcy Gerharda dostali karę śmierci. Z tego procesu też nic nie rozumiem - w ogóle świat jest chyba inny niż mi się zdaje". Natomiast Rakowski 16 czerwca napisał: "Janek [Gerhard - G.M.] był mi bliski, wiele godzin przegadaliśmy (...) motywy mordu były nieprawdopodobnie przyziemne. Po prostu dwóch bydlaków postanowiło zarżnąć człowieka. Dla wielu ludzi jest to nie do pojęcia".

Jak pisze Stanisław Podemski: "Postać adoratora panny Gerhard malowała się szczególnie niejasno. (...) Kim był w rzeczywistości ten chłopak o urodzie aktora filmowego? Nie tylko ja, także warszawska ulica nie wierzyła w rzetelność tego oskarżenia i procesu. (...) Nie wierzono nawet w komunikat Rady Państwa o wykonaniu wyroków śmierci na obu oskarżonych. Krążyły plotki, że żyją sobie gdzieś w Bułgarii pod zmienionymi nazwiskami. To nie była prawda, egzekucja się odbyła. Wiem to od mecenasa Jerzego Nowakowskiego [obrońcy jednego z oskarżonych - G.M.]".

Zainteresowanie procesem i zarazem zdumienie, że sprawcami okazali się przestępcy kryminalni sprawiło, iż wokół śmierci Gerharda narosło wiele legend. Jednak zachowane dokumenty nie dają podstaw, by wątpić, że Garbacki i Wojtasik byli zabójcami. I choć warto pamiętać, iż kwerendy w archiwach często przypominają opowieść szkatułkową - gdy myślimy, że to już koniec poszukiwań natrafiamy na kolejną szkatułkę - to przynajmniej w kwestii zidentyfikowania sprawców wydaje się to ostatnie słowo. Trudno bowiem sobie wyobrazić, by osoby niewinne tak łatwo się przyznały do zabójstwa i nie odwołały swoich słów nawet w obliczu śmierci. Inna rzecz, że sami funkcjonariusze przyznawali, iż nie wyjaśniono przekonująco motywów zabójstwa. Sam Garbacki zasłaniał się miłością do córki pisarza i chęcią wyrwania jej spod wpływu ojca. Sąd nie dał wiary jego słowom, uznając je za próbę rzucenia cienia na rodzinę pisarza. Całkiem prawdopodobna wydaje się wersja, że Garbacki obawiał się, iż pisarz nie zgodzi się na małżeństwo córki, gdy dowie się prawdy o jego opóźnieniu na studiach. Doszedł więc do wniosku, iż Małgorzata Gerhard po stracie ojca szybciej zdecyduje się wyjść za niego, co umożliwi mu natychmiastowe przejęcie majątku. I plan ten być może udałoby mu się zrealizować, gdyby nie przywłaszczył sobie czeków podróżnych opiewających na niewielką przecież kwotę.

Na powstanie legend miało wpływ uzasadnione utajnienie części rozprawy, w celu ochrony dóbr osobistych rodziny Gerhardów, a także chęć ukrycia przez SB pewnych niewygodnych dla niej faktów, takich jak np. ten, iż 26 sierpnia 1971 r. pracownik operacyjny przeprowadził rozmowę z Garbackim, w czasie której "nie pytano Garbackiego o alibi i mimo to nawiązano z nim kontakt operacyjny w celu zabezpieczenia dopływu informacji dotyczących poglądów Alicji i Małgorzaty Gerhard na temat zabójstwa". Innymi słowy, Garbacki miał po prostu informować SB o zachowaniu żony i córki pisarza.

Te i inne wątpliwości sprawiają, że śmierć Jana Gerharda pozostanie dla wielu tajemnicą i wdzięcznym przedmiotem do kreślenia różnych wersji politycznego spisku. W istocie jej odbiór zapewne pokazuje jedynie, iż społeczeństwo polskie na początku lat siedemdziesiątych z dużą nieufnością przyjmowało oficjalne zapewnienia władzy, szczególnie organów bezpieczeństwa *[2 sierpnia Rakowski zanotował "faceci z MSW, którzy w czasie procesu Gerharda rozpuszczali plotki o nim, że brał udział w jakichś orgiach, nie tylko nie zostali ukarani, lecz jeden z nich nawet awansował. Jak widać towarzysze z MSW w dalszym ciągu uprawiają swoją politykę". M.F. Rakowski, Dzienniki polityczne..., s. 85.]. Zdawano sobie bowiem sprawę, że gdyby Gerhard stał się faktycznie niewygodny dla władz, mógłby spotkać go los podobny do tego, który stał się udziałem ofiar "nieznanych sprawców".