Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Przemysław Semczuk

Czarna wołga : kryminalna historia PRL

2013

 

(...)

 

NIEUCHWYTNI

 

Choć był to napad na konwój przed bankiem, do dzisiaj mówi się o nim "napad na bank 'Pod Orłami' ". Powszechnie uważany jest za jedną z największych porażek peerelowskiej milicji. Tyle że milicja nie znała słowa porażka.

 
Rutynowy konwój

Był wtorek, 22 grudnia 1964 roku. Choć do świąt pozostały tylko dwa dni, pogoda wciąż przypominała późną jesień. Wiał silny wiatr i padał deszcz ze śniegiem. Mimo to Warszawę ogarnął szał zakupów. Jedni szukali czegoś na wigilijny stół, inni przemierzali miasto, rozglądając się za prezentami. Najbardziej obleganym miejscem był Centralny Dom Towarowy, dzisiejszy Smyk. Zbudowano go w pierwszych powojennych latach. Od początku stał się handlową wizytówką stolicy - tu zawsze można było coś znaleźć. Z tego powodu utargi były rekordowe, o czym donosiła nawet prasa.

Tego dnia pod rampę w podziemiach Cedetu podjechała zielona warszawa WE 2653. Główna kasjerka Jadwiga Michałowska odetchnęła z ulgą, bo nie lubiła jeździć do banku dostawczym żukiem. Pewniej się czuła w osobowym wozie, w którym dla bezpieczeństwa tylne szyby zamalowano na zielono. Dzięki temu nikt nie widział, czy ktoś jest w środku. Miejsca na tylnym siedzeniu zajęli kasjerka i strażnik Stanisław Piętka. Pomiędzy nimi leżał ciężki, ważący około trzydziestu kilogramów worek z utargiem, 1 336 500 złotych. Miał trafić do VIII Oddziału Narodowego Banku Polskiego przy ulicy Jasnej 1. Nazywano go bankiem "Pod Orłami", bo na szczycie fasady budynku znajdowały się dwa kamienne orły. Obok kierowcy Władysława Bogdalskiego usiadł drugi strażnik, Marian Skoczek. Jako dowódca konwoju miał broń - pistolet TT.

O 18.25 wóz wyjechał na ulicę Kruczą. Minął Bracką i szybko sunął Szpitalną, gdzie po chwili powinien skręcić w lewo w niewielką uliczkę Przeskok. Ale Bogdalski minął ją i wciąż jechał prosto. Dowódca konwoju, zaskoczony nagłą zmianą trasy, krzyknął: "Jak Pan jedzie?". "Jadę dalej, bo przez Przeskok przejazd jest zamknięty" - wyjaśnił mu spokojnie Bogdalski. Do rozmowy wtrąciła się siedząca z tyłu kasjerka: "Co to pana obchodzi, kierowca wie, gdzie mu wolno jechać". Skoczek speszył się, ale i tak dodał: "Ja tu rządzę!". Wóz pokonał kilkaset metrów, co chwila przystając, by przepuścić tłum pieszych. Wreszcie przeciął plac Powstańców i skręcił w lewo w Moniuszki. Powoli przeciskał się pomiędzy samochodami i mnóstwem przechodniów. Na kolejnym skrzyżowaniu skręcił ponownie w lewo, tym razem w ulicę Jasną. Ostatni odcinek dwustu metrów poszedł gładko. Auto zatrzymało się na placyku przed głównym wejściem. Pierwszy wysiadł Skoczek i czekał. Michałowska także przystanęła na chwilę, by przepuścić niosącego worek Piętkę. Ten rzucił tylko do niej przez ramię: "To ja lecę przodem", i ruszył biegiem w stronę drzwi. Michałowska widziała idącego wzdłuż ściany mężczyznę w płaszczu, ale pomyślała, że to klient zmierzający do banku. Jej wzrok skupił się na strażniku Piętce, który jednym susem przeskoczył schodki. Wtedy zdała sobie sprawę, że mężczyzna w szarym płaszczu przyspieszył kroku. Że za chwilę zderzy się w drzwiach ze strażnikiem, który już niemal łapał za klamkę. Usłyszała huk wystrzału, potem drugi, trzeci. Kule świsnęły tuż kolo jej głowy. Widziała Piętkę padającego na schody, mężczyznę, który wyrwał mu worek z pieniędzmi i zaczął uciekać w stronę Hibnera. Szybko schowała się za samochodem, krzycząc z całej siły: "Bandyci! Milicja! Milicja!". W chwili gdy padł pierwszy strzał, Bogdalski schylał się do schowka, by wydobyć kartę drogową. Huk wystrzału poderwał go, ale nie był pewny, co się dzieje. Gdy się podniósł, zobaczył plecy wysokiego mężczyzny, który stał z wyciągniętą bronią i strzelał. Wtedy zrozumiał, że to napad. Dowódca konwoju Skoczek leżał już na chodniku. Piętka podniósł się i wbiegł do banku. Michałowska wrzeszczała gdzieś za samochodem. Nacisnął klakson. Kątem oka dostrzegł wycofującego się człowieka, który teraz zaczął strzelać do niego. Słyszał dwa uderzenia kul przebijających karoserię. I nagle, na ułamek sekundy, wszystko ucichło. A potem ze wszystkich stron zaczęli nadbiegać ludzie. Inni wyglądali z okien redakcji "Kuriera Polskiego", mieszczącej się na piętrze budynku vis a vis banku.

Nie-dzielni milicjanci

Chwilę po 18.30 na pulpicie oficera dyżurnego Komendy Miejskiej zadzwonił telefon. Major Jerzy Tobolski podniósł słuchawkę:

- Halo, milicja?

- Tak, słucham.

- Dzwonię z redakcji "Kuriera", jest jakaś strzelanina przed bankiem na Jasnej, "Pod Orłami".

- Halo, jaka strzelanina? Jak się nazywacie, obywatelu?

- Andrzej Olszewski, jestem redaktorem "Kuriera Polskiego". Naprzeciwko redakcji, przed bankiem "Pod Orłami" jest strzelanina. To chyba napad na bank albo na konwój. Ktoś leży na chodniku, są ranni, a może nawet zabici.

- Dziękuję wam, zaraz się tym zajmiemy.

Milicjant przez chwilę zastanawiał się, czy dobrze usłyszał. Telefon zadzwonił ponownie. Tym razem telefonował dyżurny z Komendy Dzielnicowej Stare Miasto. On także dostał meldunek o napadzie "Pod Orłami". Nie było na co czekać. Major Tobolski włączył przycisk na pulpicie i zaczął szybko mówić do mikrofonu:

- Uwaga, wszystkie patrole. Zarządzam Akcję 500. Powtarzam Akcja 500.

Ten kryptonim oznaczał napad na bank. Dyżurny szybko wydawał polecenia. Spośród 52 radiowozów pełniących służbę w mieście 11 skierował w rejon napadu i 8 na punkty zaporowe na mostach oraz w lewobrzeżnej Warszawie. Swojemu zastępcy kapitanowi Makiełce rozkazał jechać na Jasną razem z grupą dochodzeniową i ambulansem śledczym. Sam zaczął powiadamiać komendy dzielnicowe, komisariaty kolejowe i Komendę Ruchu Drogowego. Wszyscy znali sygnał alarmowy "Akcja 500" i wiedzieli, że muszą zablokować ważne punkty komunikacyjne w swoich rejonach. Tobolski zadzwonił także do Komendy Wojewódzkiej MO, prosząc o zablokowanie tras wylotowych z miasta w powiatach podwarszawskich. Oficer dyżurny kapitan Ulrich wiedział już o napadzie. Kilka minut wcześniej został powiadomiony przez dyżurnego Komendy Głównej, do której także dotarł sygnał o strzelaninie pod bankiem. Tobolski powiadomił dowódcę ZOMO, pułkownika Wierzbickiego. W rejon napadu skierowano dwa plutony alarmowe, 13 radiowozów z 39 milicjantami oraz przewodnika z psem służbowym. Zawiadomił także zastępcę Komendanta Miasta pułkownika Janickiego. Do akcji włączono również Służbę Bezpieczeństwa, która w całym mieście miała 57 cywilnych radiowozów Biura "B". Zajmowały się obserwacją figurantów, osób, wobec których prowadzono sprawy operacyjne. Działania natychmiast przerwano, a esbecy zajęli się poszukiwaniem podejrzanych osób.

Po kilku minutach w dyżurce Komendy Miejskiej pojawił się zastępca Komendanta Miasta pułkownik Janicki, który przejął dowodzenie. Ale i tak dyspozycje wciąż wydawał Tobolski, bo jego przełożony musiał odbierać telefony od kierownictwa. Dzwoniono z Komitetu Centralnego PZPR. W rozmowie z towarzyszem Wichem Janicki informował, że trwają energiczne działania, zarządzono "Akcję 500", a na miejsce napadu pojechał szef Oddziału Służby Kryminalnej KGMO pułkownik Górnicki. W drodze był także kierownik Zakładu Kryminalistyki pułkownik Zelwiański i jego zastępca major Adamczak. Aby osobiście nadzorować pościg, na Jasną udał się Komendant Miasta pułkownik Kozłowski i jego drugi zastępca pułkownik Płaska. Janicki zapewniał, że w tej sytuacji wszystko jest pod kontrolą, a ujęcie sprawców pozostaje tylko kwestią czasu.

Pierwszym milicjantem, który przybył na miejsce napadu, był plutonowy Leon Krupski. Od godziny szesnastej pełnił służbę patrolową w tej okolicy. Akurat szedł ulicą Boduena, gdy usłyszał jakiś hałas. Nie był pewny, czy to strzały, ale widząc biegnących ludzi, ruszył za nimi. Gdy dobiegł przed bank, wokół kłębiło się spore zbiegowisko. Plutonowy podszedł do leżącego Skoczka. Wszystko wskazywało na to, że nie żyje. Wszedł do banku i z portierni zatelefonował do Komendy Dzielnicowej Stare Miasto. Już wiedzieli o napadzie, więc wybiegł na zewnątrz. Ludzie wręczali mu łuski zebrane na chodniku. W tłumie udało mu się znaleźć dwie osoby, które były bezpośrednimi świadkami. Chwilę po tym nadjechały radiowozy.

Trudno opisać chaos tuż po napadzie. Po placyku biegali ludzie, trąbiły klaksony aut. Z okien redakcji "Kuriera Polskiego" wychylali się pracownicy, wskazywali, wołając: "Tam uciekli!'. Grupki ludzi biegały wokół banku, szukając bandytów. Po kwadransie milicjanci otoczyli placyk i zaczęli zaprowadzać porządek - relacjonował następnego dnia "Sztandar Młodych". Przyjechały karetki pogotowia. Jedna z nich zabrała ciało Skoczka, druga - ciężko rannego Piętkę, który będąc w szoku, uciekł aż na drugie piętro banku. Z minuty na minutę przybywało radiowozów. Nikt jednak nic zatrzymał kilku samochodów parkujących w chwili napadu na placu. Po prostu odjechały. Milicjantom udało się tylko wyłapać z tłumu przechodniów kolejnych piętnaście osób, które widziały strzelaninę. Cenna była każda minuta, więc przesłuchiwano ich na gorąco, na ulicy. Ale to rodziło konflikty wśród samych mundurowych. Ci z dochodzeniówki musieli poznać przebieg wydarzeń. A technicy kryminalni potrzebowali portretów pamięciowych. W efekcie pierwsze rysopisy sprawców były mało precyzyjne. W komunikacie podanym dyżurnemu stwierdzono, że jeden z nich był wyższy, a drugi niższy. Uciekli ulicą Hibnera i prawdopodobnie skręcili w Moniuszki, w stronę Marszałkowskiej. Ich tropem puszczono psa, ale ślad gubił się już po kilkudziesięciu metrach. Nie czekając na rozwój wypadków, pułkownik Płaska zwołał grupę zomowców i rozpoczął przeszukiwanie okolicy. Sprawdzano klatki schodowe, piwnice, strychy, przejścia pomiędzy budynkami. Nie było to proste, bo na zachód od miejsca napadu, wzdłuż Marszałkowskiej, trwała budowa Domów Towarowych Centrum. Powstawały właśnie Wars, Sawa i Junior. Teren przecinały płoty. Ulice i chodniki zlały się w jedną całość pokrytą błotnistą mazią, w której grzęzły samochody i ludzie. Dla ułatwienia życia przechodniów tu i ówdzie rozrzucono deski, pozwalające przedostać się przez najbardziej grząskie odcinki. Do tego było ciemno, bo nad głowami wisiały prowizoryczne daszki zabezpieczające przed spadającymi z góry przedmiotami. Milicjanci przeczesali domy przy Kniewskiego, Rutkowskiego i Hibnera, Jasnej, Moniuszki, Sienkiewicza i Boduena. Nie zwracali uwagi na późną porę. Nie pytali o zgodę. Wchodzili do mieszkań i sprawdzali, czy nie ukryli się w nich bandyci. Bez rezultatu.

Tuż przed dziewiętnastą rozpoczęto zabezpieczanie śladów w miejscu napadu. W sumie nie bardzo było co zabezpieczać, bo przez pół godziny tłum ludzi i milicjantów wszystko zadeptał. Tylko plamy krwi wskazywały miejsce, w którym upadł Skoczek. Gdy go zabierano, nikt nie zaznaczył ułożenia ciała. Nie oznaczono także miejsc, w których znajdowano łuski. To ważne, bo dzięki temu można byłoby odtworzyć, skąd padały strzały. Naprędce przeprowadzono oględziny ośmiu znalezionych łusek. Wszystkie pochodziły z broni kalibru 7,62 milimetra. To nasunęło śledczym pierwsze podejrzenie - broń tego samego kalibru została użyta podczas kilku innych napadów dokonanych wcześniej w Warszawie. Dlatego natychmiast powiadomiono oficerów z grupy operacyjno-śledczej "P-57", która zajmowała się tamtymi wypadkami.

W ciągu godziny na nogi postawiono całą milicję i Służbę Bezpieczeństwa. Generał Dobieszak wręcz odwołał nadchodzące święta. Do pracy ściągnięto funkcjonariuszy ze wszystkich wydziałów. Budynek redakcji "Kuriera Polskiego" został zamknięty. Nikt nie mógł wyjść ani wejść. Na piątym piętrze milicja zajęła pokój działu personalnego. Tam przesłuchano wszystkich, którzy w chwili napadu byli w budynku. Jeszcze w nocy przeprowadzono rozmowy z mieszkańcami domów na ulicach sąsiadujących z bankiem "Pod Orłami". Odnaleziono kolejnych trzydziestu świadków, którzy w trakcie napadu byli nieopodal banku i widzieli bandytów. Na podstawie ich opisów udało się uzupełnić portrety pamięciowe. Najcenniejsze okazały się zeznania Jerzego Wiemana. Uciekający bandyta zderzył się z nim i strącił mężczyźnie kapelusz. Zatrzymał się, podniósł go, otrzepał i oddał, przepraszając. Potem pobiegł w kierunku wąskiego przejścia pomiędzy budynkami, które łączyło ulice Moniuszki i Sienkiewicza. Ale ta krótka chwila wystarczyła, by zapamiętać, jak wyglądał. Odtworzony portret pamięciowy został przekazany wszystkim funkcjonariuszom. 25 grudnia do komend w całym kraju rozesłano 19 400 egzemplarzy rysunku z jego podobizną oraz telefonogramy nakazujące sprawdzenie hoteli, stanic, lokali rozrywkowych, a ponadto wszystkich informacji dotyczących kradzieży samochodów.

Tylko pierwszej nocy milicjanci, nie bacząc na przepisy, bez nakazu weszli do 709 melin i mieszkań recydywistów. Przeprowadzono 62 rewizje i zorganizowano 18 zasadzek. Sprawdzono ponad dwa tysiące osób, które miały jakiekolwiek konflikty z prawem. Kilkadziesiąt zatrzymano prewencyjnie na czterdzieści osiem godzin. Podobnie jak 178 osób, które nie spodobały się podczas rutynowych kontroli na ulicach. Wystarczyło być wysokiego wzrostu, by trafić do aresztu. Ogółem wylegitymowano ponad siedemset osób. Do rana skontrolowano także 1700 kart meldunkowych w warszawskich hotelach. Każdy, kto przyjechał do stolicy 21 lub 22 grudnia, został przepytany i musiał przedstawić alibi. Przy okazji przeprowadzono rozmowy z pracownikami hoteli i lokali gastronomicznych. Wypytywano kelnerów, szatniarzy, a nawet babcie klozetowe. Rozmawiano z kierowcami taksówek państwowych, spółdzielczych i prywatnych oraz z motorniczymi tramwajów, kierowcami autobusów i konduktorami. Biuro "B" Służby Bezpieczeństwa rozpoczęło ciągłą obserwację pięćdziesięciu restauracji i barów. Działania przyniosły 473 informacje, które należało sprawdzić. Do ósmej rano zweryfikowano ponad dwieście. W sześciu podwarszawskich powiatach wystawiono 196 posterunków i wysłano w teren 582 patrole. Skutkiem tak szeroko zakrojonej akcji było zatrzymanie na gorącym uczynku 13 bandytów, 173 włamywaczy i 192 chuliganów. Do akcji zmobilizowano też stu milicjantów ze szkoły oficerskiej i 450 żołnierzy KBW którzy przeczesali tereny leśne wokół głównych tras wylotowych z miasta.

Podczas pierwszych przesłuchań kilka osób mówiło o samochodzie marki Warszawa, od kształtu karoserii nazywanej potocznie "garbatą". Tuż po godzinie osiemnastej auto zaparkowało tyłem w bramie budynku przy ulicy Hibnera 12. Gdy padły pierwsze strzały, wyjechało na ulicę, skręciło w Sienkiewicza, a później w Marszałkowską. Jedna z kobiet widziała, jak do takiego samochodu na Marszałkowskiej wsiadał mężczyzna z workiem. Inni świadkowie zapamiętali tylko, że warszawa była koloru szarego lub jasnoniebieska, a na tablicach rejestracyjnych widniały litery TB oznaczające województwo stołeczne. Niektórzy wspominali coś o cyfrach 1 i 1 łub 1 i 7. Przepytanie mieszkańców budynku wykazało, że samochód nie przyjechał do nikogo, kto mieszkał pod tym adresem. Ta informacja wskazywała, że bandyci mieli wspólnika. W środku nocy rozpoczęto akcję "Samochód". Wszystkie posterunki i blokady otrzymały rozkaz kontrolowania podobnych aut. Natychmiast sprawdzono kartoteki wydziału komunikacji. Znaleziono w nich 881 garbatych warszaw z tablicami rejestracyjnymi TB. Do rana sprawdzono niemal wszystkie.

Napady z bronią

W nocy z 22 na 23 grudnia 1964 roku biegli z Zakładu Kryminalistyki przebadali w laboratorium łuski zebrane pod bankiem na Jasnej. Potwierdziło się wcześniejsze przeczucie. Trzy pochodziły z pistoletu użytego podczas napadu na kasjerkę sklepu obuwniczego Chełmek. Pozostałe pięć z broni zrabowanej zamordowanemu milicjantowi. Z tych samych pistoletów strzelano także do konwojentów Urzędu Pocztowego numer 57 w Warszawie.

Do pierwszego napadu - na kasjerkę fabrycznego sklepu obuwniczego Chełmek przy alei Wyzwolenia 13/15 w Warszawie - doszło 4 grudnia 1957 roku. Co ciekawe, sklep obuwniczy jest w tym samym miejscu do dzisiaj. Po zamknięciu został tylko kierownik Henryk Jasiński, kasjerka Krystyna Wawerek i jej przyjaciel Zenon Wolski, który miał ją odprowadzić do domu. Po drodze kasjerka odnosiła zawsze utarg do trezora bankowego - wrzutni nocnej przy placu Unii Lubelskiej. Tego dnia w kasie było 118 tysięcy. Pieniądze spakowano do portfela bankowego z numerem 191 i dodatkowo zawinięto w biały papier, tak by nie rzucał się w oczy. Wawerek i Wolski wyszli ze sklepu tylnym wyjściem na klatkę schodową, a z niej na podwórko od zaplecza budynku. Zawsze robiono w ten sposób, by nie wychodzić wprost na ulicę.

Z podwórka wystarczyło przejść przez inną bramę na ruchliwą Marszałkowską.

Na tyłach budynku było ciemno, obok znajdowała się budowa. Gdy tylko kasjerka i jej przyjaciel znaleźli się na zewnątrz, zza baraku przedsiębiorstwa budowlanego wyskoczyło dwóch mężczyzn. Jeden z nich złapał za portfel, który niósł Wolski, i zaczął szarpać, krzycząc: "Dawaj pieniądze!". Ale Wolski nie puścił. Doszło do szarpaniny. Wtedy nagle powietrze rozdarł huk wystrzału. Wolski zamarł. Napastnik wyrwał portfel i obaj mężczyźni wbiegli do bramy budynku stojącego przy Marszałkowskiej. Wszystko trwało zaledwie kilka sekund. Wolski nie poddał się i ruszył w pościg za złodziejami. Widział, że uciekali w stronę placu Zbawiciela. Potem rozdzielili się. Jeden pobiegł w kierunku Nowonatolińskiej, a drugi wskoczył do bramy przy alei Wyzwolenia 14, vis a vis sklepu obuwniczego. Stamtąd można było przejść do oficyny łączącej sklep z innymi budynkami. Podczas śledztwa stwierdzono, że brama zawsze była zamknięta na klucz. Dozorca nie umiał powiedzieć, kto pozostawił ją otwartą. Ani kasjerka, ani jej przyjaciel nie potrafili nawet podać rysopisu bandytów. W miejscu gdzie ich napadnięto, było całkiem ciemno. Sprawcy pozostawili tylko jeden ślad. Technicy odnaleźli łuskę naboju kaliber 7,62 milimetra. Według opinii Zakładu Kryminalistyki KGMO została odstrzelona z pistoletu PW wzór 33, produkowanej w Radomiu licencyjnej wersji radzieckiego pistoletu TT.

O pistolecie przypomniał kolejny napad, do którego doszło 7 kwietnia 1959 roku. Około dwudziestej trzydzieści na skarpie Rynku Mariensztackiego w Warszawie zamordowano milicjanta, plutonowego Zygmunta Kiełczykowskiego. Ciężko rannego funkcjonariusza znaleźli przypadkowi przechodnie. Został odwieziony do Szpitala Miejskiego nr 8 na Solcu. Miał kilka ran zadanych nożem i otrzymał ciężki postrzał w głowę. Niestety nie udało się go uratować. Ale około północy ktoś zatelefonował do lekarza dyżurnego, dopytując, czy do tego szpitala trafił ranny milicjant i jaki jest jego stan. Rozmówca nie przedstawił się, podał tylko, że dzwoni z Komendy Miejskiej.

W toku śledztwa ustalono, że Kiełczykowski wyszedł ze swojego mieszkania przy Bednarskiej 23, udając się na służbę w Komendzie Dzielnicowej Stare Miasto. Miejsce, w którym dokonano napadu, było nieoświetlone. Dochodzenie wykazało, że bandyci musieli celowo wyłączyć lampy uliczne w tej okolicy. Analiza zadanych ran wykazała, że plutonowy walczył z napastnikami. Miał poprzecinane dłonie, tak jakby chciał chwycić ostrze noża, którym zadawano ciosy. Dopiero wtedy musiał paść strzał. W miejscu napadu odnaleziono łuskę naboju 7,62 milimetra. Ekspertyza wykazała, że pochodziła z tego samego pistoletu, którego użyto podczas napadu na kasjerkę sklepu Chełmek. Jednak tym razem sprawcom nie chodziło o pieniądze. Zabrali broń, pistolet TT o numerach GG 3127 i dwa pełne magazynki.

Milicja nie była jednak w stanie odnaleźć sprawców obu przestępstw. Za każdym razem jedynym śladem były łuski. Zrabowanie broni wskazywało jasno, że bandyci szykują się do następnego skoku. Na który, jak się okazało, nie trzeba było długo czekać.

1 czerwca 1959 roku dwóch uzbrojonych mężczyzn napadło na konwój pieniędzy z Urzędu Pocztowego nr 57 w Warszawie. Zaledwie trzysta metrów od miejsca pierwszego rabunku. O godzinie 21.40 pod drzwi poczty przy ulicy Armii Ludowej podjechała furgonetka z napisem "Łączność". Wysiadł z niej konwojent Łukasz Czeczuń. Do środka wpuścił go strażnik Stanisław Furmańczyk, uzbrojony w pistolet maszynowy PPS wzór 43. Czeczuń pokwitował odbiór worka z pieniędzmi od naczelnik poczty Barbary Badurek. Było w nim 666 600 złotych. Zamienił jeszcze kilka zdań z Furmańczykiem i obaj wyszli na zewnątrz. Gdy tylko znaleźli się za drzwiami, padły dwa strzały. Celne, bo obaj od razu upadli na chodnik. Napastnicy podbiegli. Jeden wyrwał worek z rąk rannego Czeczunia, a drugi zabrał Furmańczykowi pistolet maszynowy z pełnym magazynkiem, trzydzieści pięć naboi. Bandyci rzucili się do ucieczki, ale jeden z nich po kilku krokach zawrócił. Stanął nad rannym Czeczuniem i dobił go celnym strzałem.

Potem obaj wbiegli na tyły budynku, w stronę płotu okalającego magazyn materiałów przy budowie Klubu Milicjanta. I zniknęli w mroku.

Następnego dnia "Express Wieczorny" donosił na pierwszej stronie: "Bezczelny napad w centrum miasta. Trzema strzałami z pistoletu zbrodniarze zabili konwojenta poczty i ciężko ranili drugiego pracownika, po czym zbiegli z workiem pieniędzy". Pisano o przebiegu napadu, o śledztwie i pomocy, jakiej udzielono rodzinie zabitego konwojenta. W kolejnej relacji zamieszczono rozmowę z tym, który przeżył:

Przedstawiciel "Expressu Wieczornego" dziś rano odwiedził w szpitalu Stanisława Furmańczyka, ofiarę bandyckiego napadu na Urząd Pocztowy przy ul. Armii Ludowej. Ranny leży w I Klinice Chirurgicznej szpitala przy ul. Lindleya.

- Ilu pan widział bandytów? - pytamy.

- Dwóch. Nie zauważyłem, czy mieli obstawę.

- Jak wyglądali?

- Jeden był niski w berecie i w jasnym płaszczu, drugi wysoki, bodajże w brązowym ubraniu.

- Czy zażądali pieniędzy, czy też od razu strzelali?

- Od razu oddali kilka strzałów bez słowa uprzedzenia i wtedy straciłem przytomność. Ocknąłem się dopiero w szpitalu.

- Czy przed Urzędem Pocztowym nie było nikogo w chwili napadu?

- W samochodzie siedział tylko szofer. Poza tym chyba nie było nikogo.

- A jak się pan czuje?

- Od poniedziałku jest już duża poprawa i w tej chwili czuję się dobrze. Dziś już mogę mówić i jeść, oczywiście tylko jakieś płyny i kaszki.

Życzymy więc szybkiego powrotu do zdrowia i kończymy rozmowę, aby nie męczyć chorego.

Kilka dni później na adres szpitala, w którym leczono Furmańczyka, przyszedł zaadresowany do niego list. W kopercie znajdował się jeden nabój i anonim z liter wyciętych z gazety:

Ty huju stul mordę przed mętami ta kulka ci się należy z gazety wiemy gdzie mieszkasz dziękujemy za 35 kulek generał w smrodzie się poniewierał to nie ostatni strzał.

Było też wycięte z gazety zdjęcie Furmańczyka na szpitalnym łóżku. Ale śledczych najbardziej zainteresowało zdanie: "generał w smrodzie się poniewierał". Odnosiło się ono do dnia po napadzie, gdy na miejsce oględzin przybył komendant główny MO generał brygady Ryszard Dobieszak. W niewielkiej grupie oficerów oglądał miejsce napadu, a później plac budowy, przez który uciekli bandyci. Była tam latryna, a za nią przykryty prowizorycznie deskami dół kloaczny, do którego spływały fekalia. Jedna z nich załamała się pod przechodzącym generałem. Wściekły Dobieszak wsiadł do samochodu i odjechał, by się przebrać. Całe zdarzenie widziało zaledwie kilku milicjantów. Skąd w takim razie sprawcy wiedzieli o śmierdzącej wpadce komendanta? To nasuwało przypuszczenie, że mogą mieć informatora w szeregach milicji lub SB. Zakładano także, że mogą być funkcjonariuszami. Jednak gdyby tak było, to mogli się spodziewać, że złośliwa uwaga ich zdemaskuje. Brano zatem pod uwagę, iż jest to dezinformacja mająca na celu skierowanie śledztwa w mylnym kierunku.

Specjaliści z Zakładu Kryminalistyki zabrali się za dokładną analizę listu. Koperta i papier były typowe, dostępne w każdym kiosku. Zbadano nawet klej, którym przyklejono litery. On także nie przyniósł wartościowych informacji. Autor postarał się, by nie zostawić odcisków palców. List został wysłany 5 czerwca w Urzędzie Pocztowo-Telekomunikacyjnym numer 2 w Katowicach. Litery wycięto z "Trybuny Robotniczej" numer 131 z 3 czerwca 1959 roku, wydawanej w Katowicach dla czterech okręgów: katowickiego, częstochowskiego, zagłębiowskiego i bytomskiego. Natomiast zajęcie Furmańczyka pochodziło z tego samego dnia z "Expressu Wieczornego" numer 134, z wydania katowickiego. Była to poszlaka pozwalająca przypuszczać, że bandyci mogą pochodzić ze Śląska.

Ale i tym razem analitycy zakładali, iż równie dobrze jest to celowe wprowadzenie w błąd. Brakowało jakiegokolwiek punktu zaczepienia. Prowadzący śledztwo mogli tylko wnioskować z zachowania sprawców. Domyślali się, że są to osoby doskonale wysportowane, które musiały przejść szkolenie wojskowe lub służyć w oddziałach specjalnych. Obaj dobrze posługiwali się bronią. Napad dopracowano w najdrobniejszych szczegółach. Bandyci musieli doskonale znać teren, mieli przygotowaną trasę ucieczki. Znali też zwyczaje konwojentów, musieli zatem obserwować pocztę. Robili to jednak dyskretnie, bo nikt nie zapamiętał osób, które przed napadem często pojawiałyby się w tej okolicy. Na miejscu zdarzenia odnaleziono trzy łuski kalibru 7,62 milimetra. Jedna z nich pochodziła z pistoletu PW, którego użyto podczas napadów na kasjerkę sklepu Chełmek i plutonowego Kiełczykowskiego. Dwie pozostałe odstrzelono z tetetki zrabowanej zamordowanemu milicjantowi. Znaleziono także paczkę, pudełko kartonowe zawinięte w szary papier i przewiązane sznurkiem. Po odpakowaniu okazało się, że jest puste. Był to rekwizyt, który uzasadniał oczekiwanie mężczyzny przed wejściem do Urzędu Pocztowego. Paczkę zbadano bardzo dokładnie. Pudełko wyprodukowały Łódzkie Zakłady Papiernicze z tektury importowanej z Finlandii. Papier i sznurek były typowe. Można je było kupić w każdym sklepie. Znaleziono jednak kilka odcisków palców. Zostały zabezpieczone. Niestety nadawały się wyłącznie do identyfikacji cech grupowych, bo były bardzo słabe i niekompletne. Udało się tylko graficznie odtworzyć prawdopodobny układ niektórych linii. W tej sytuacji wskazanie sprawcy nie było możliwe, nawet gdyby jego odciski znajdowały się w kartotece. Problemem okazał się także zrabowany podczas napadu pistolet maszynowy. Każda broń przed przekazaniem do użytkowania zostaje przestrzelona.

W kartotece zachowuje się łuskę i w miarę możliwości także pocisk. Noszą one cechy charakterystyczne. Ruch zamka pozostawia na łusce ślady, a pocisk przechodzący przez gwintowaną lufę zarysowuje się. To coś w rodzaju linii papilarnych broni. Dzięki takim cechom zidentyfikowano broń plutonowego Kiełczykowskiego. W kartotekach szukano również drugiego pistoletu, ale bez skutku. Teraz okazało się, że z pistoletu PPS, który zabrano strażnikowi poczty, nie oddano ani jednego strzału. Nikt nie potrafił odpowiedzieć na pytanie, jak to się stało, choć broń została wyprodukowana dwadzieścia lat wcześniej - w 1945 roku. Gdyby bandyci chcieli jej użyć, to technicy mieliby kolejny problem.

Po pięciu latach bezowocnego śledztwa, w marcu 1964 roku, generał Dobieszak podpisał rozkaz powołania przy Oddziale Służby Kryminalnej KGMO grupy operacyjnej "P-57". Jej kierownikiem został podpułkownik Józef Muniak, naczelnik Wydziału I Oddziału Służby Kryminalnej. W jej składzie znalazło się dziesięciu oficerów z komend wojewódzkich w Katowicach, Kielcach, Gdańsku, Łodzi i Warszawie. Podlegali bezpośrednio pułkownikowi Górnickiemu z KGMO. Wyznaczeni oficerowie zajmowali się wyłącznie sprawami napadu na kasjerkę Chełmka, zamordowania plutonowego Kiełczykowskiego, napadu na pocztę numer 57 w Warszawie i sprawą o kryptonimie "Zaginiony", która zdaniem analityków miała sporo cech wspólnych z trzema pozostałymi. Chodziło o porwanie i morderstwo Bohdana Piaseckiego. Doszło do niego w tym samym rejonie, w którym działali bandyci. Analiza materiałów śledztwa wykazywała, że wtedy także sprawcy postępowali według precyzyjnie przygotowanego planu. Poza tym obserwowali działania milicji. Piaseckiego odnaleziono w schronie przeciwlotniczym w budynku przy ulicy Świerczewskiego 82 A w Warszawie. Zwłoki były ukryte w łazience, do której drzwi zabito hufnalami. W ciele chłopaka znaleziono nóż wojskowy używany w jednostkach specjalnych. Tymczasem rany w ciele milicjanta Kiełczykowskiego zadano bardzo podobnym narzędziem. Sprawa Piaseckiego łączyła się także ze śledztwem w sprawie obrazów skradzionych z Muzeum Śląskiego we Wrocławiu. Anonimy z żądaniem okupu za uwolnienie chłopca napisano na takiej samej maszynie do pisania marki Bambino, jakiej używali sprawcy kradzieży. W sierpniu 1959 roku w prasie ukazał się apel Prokuratury Generalnej, w którym wspominano o poszukiwaniach właśnie takich maszyn. Dlatego postanowiono wykorzystać materiały zebrane w tamtym śledztwie.

Cała seria błędów

W pierwszych dniach grudnia 1964 roku, podczas narady grupy "P-57", oficerowie doszli do wniosku, że kolejne uderzenie przestępczej szajki jest tylko kwestią czasu. Pozostawało pytanie, gdzie i kiedy to nastąpi. Nikt nie miał pojęcia, że odpowiedź przyjdzie tak szybko. 23 grudnia wczesnym rankiem komendant główny milicji generał Ryszard Dobieszak powołał grupę operacyjno-śledczą pod kryptonimem "P-64". Składała się z czterech zespołów. Pierwszy - dochodzeniowo-śledczy, liczył pięć grup funkcjonariuszy. Drugi - operacyjny, podzielono na podzespół wywiadowczy mający osiem grup i podzespół sprawdzający informacje - siedem grup. W trzecim - kontrolno-organizacyjnym, było dwudziestu czterech oficerów. Czwarty przejął funkcję informacyjno-sprawozdawczą. Tak złożona struktura była konieczna ze względu na liczbę sprawdzanych informacji i wykonywanych zadań. I już pierwsze działania zespołu kontrolnego pokazały nieprawidłowości. W nocy z 23 na 24 grudnia podpułkownik Jaroszewski i major Grączewski dokonali inspekcji posterunków zaporowych i stwierdzili, że funkcjonariusze niewłaściwie wykonują obowiązki służbowe. Milicjanci stali w grupach i byli zajęci rozmowami. Czasem nie kontrolowali nawet przejeżdżających samochodów. Na blokadzie w Wilanowie jeden z funkcjonariuszy przechadzał się po poboczu, a drugi poszedł zatelefonować do komendy. Na posterunku stał tylko sierżant, który nie zatrzymywał pojazdów. Na Woli sierżant ubezpieczający kolegów schował się za rogiem budynku i nie widział, co dzieje się w trakcie kontroli. Na jednych posterunkach spisywano personalia kierowców jadących samochodami z rejestracją TB, a na innych zatrzymywano ich, doprowadzając do komend dzielnicowych. Z jedenastu sprawdzonych punktów tylko dwa: w Młocinach i na Dworcu Głównym, pełniły obowiązki bez zarzutu. Kontrola wykazała także, że blokady wystawione tuż po ogłoszeniu sygnału "Akcja 500" były dziurawe. Radiowozy blokujące rejon napadu pojawiły się zbyt późno i nie zamknęły szczelnie rejonu.

W efekcie spod banku odjechało kilka samochodów. Inne przyjeżdżały i odjeżdżały niemal przez godzinę. Przechodnie zapamiętali warszawę i citroena, które odjechały już po napadzie. Tuż przed nimi na placyk podjechała taksówka MPT. Wysiadł z niej pasażer, rozejrzał się, po czym wsiadł i odjechał. W prasie ukazały się apele prokuratury, by kierowcy samochodów zgłosili się na milicję. Nie zgłosił się nikt.

W raporcie z 28 grudnia napisano:

[...] wskutek nieporozumień nie wystawiono posterunków w kilku tak newralgicznych miejscach miasta jak: rondo Wiatraczna, Szosa na Falenicę, Wał Miedzeszyński przy Lotnisku Gocławek czy Szosa Radzymińska w Zaciszu. Zapomniano również kompletnie o nowo wybudowanych drogach i mostach. Wiele wskazuje na to, że w komendach były stare mapy, na których nie zaznaczono jeszcze nowych inwestycji. [...] Posterunki nie zostały wystawione na nowo wybudowanych drogach: most na Kanale Żerańskim, trasa na Nieporęt - Zegrzynek czy na ulicy Łopuszańskiej - na trakcie na Żyrardów.

Uwagi wyrażali również oficerowie, którzy znaleźli się na miejscu napadu. Pułkownik Zelwiański krytykował to, że łuski zbierali przechodnie. Pomijając fakt niezaznaczenia miejsc, w których je znaleziono, osoby postronne pozostawiły na nich swoje odciski palców. Milicjanci nie zatrzymali ruchu pieszych. Nie zaznaczono ułożenia ciała strażnika Skoczka, co miałoby ogromne znaczenie dla ustalenia dokładnego przebiegu wypadków. Oględziny miejsca zdarzenia były prowadzone samodzielnie przez funkcjonariuszy Zakładu Kryminalistyki. Ich prace powinny być skoordynowane i nadzorowane przez wyższych oficerów. Podpułkownik Bartkiewicz zauważył, że służba dochodzeniowa i Zakład Kryminalistyki wyrywali sobie świadków, powodując chaos i dezorientację. Zdaniem pułkownika Janickiego zamieszanie wprowadzało samo kierownictwo MSW, które już kilkanaście minut po napadzie żądało informacji. Akurat wtedy, gdy każda minuta była cenna. Zresztą przybycie tylu osób na wysokich stanowiskach samo w sobie sparaliżowało działania, bo oficerowie niższej rangi zamiast działać, czekali na decyzje przełożonych. Najcięższym zarzutem było jednak stwierdzenie, że śledztwa w sprawach napadów prowadzono od siedmiu łat i wszyscy mieli świadomość, że bandyci zaatakują ponownie. Mimo to nikt nie przygotował planu działania na taką ewentualność.

Na razie jednak nie było czasu na wyciąganie wniosków organizacyjnych. Opracowano kilkadziesiąt różnych hipotez dotyczących napadu i ucieczki sprawców. Sporo informacji przyniosły zeznania pracowników Cedetu. Kasjerka Michałowska przez niemal trzy tygodnie była przesłuchiwana po kilka godzin dziennie. Opowiadała nie tylko o napadzie, ale także o zwyczajach pracowników domu towarowego. Śledczy szybko zrozumieli, że sposób konwojowania pieniędzy był źle przygotowany. Gotówkę odwożono do banku zawsze o tej samej porze, tą samą trasą. Korzystano z dwóch samochodów: dostawczego żuka lub osobowej warszawy. Oba auta nie były w żaden sposób przystosowane do przewożenia pieniędzy. Co gorsza, rzucały się w oczy, bo na drzwiach wymalowano logo CDT. W ciągu dnia wysyłano je po różne sprawunki, a wieczorem do banku. Jechał wóz, który akurat był wolny. Za kierownicą siadał kierowca będący właśnie pod ręką. Nigdy nie ustalono, który - jeden z trzech pracujących w Cedecie. Nikomu to nie przeszkadzało, bo do banku było blisko, ledwie kilka ulic. Ale zgodnie z wewnętrzną instrukcją CDT taki wyjazd nazywano konwojem. Zawsze jechała w nim główna kasjerka z obstawą dwóch strażników z zakładowej straży. Jeden z nich miał broń, pistolet TT. Drugi po prostu niósł worek z pieniędzmi. Auto szykowano na rampie w podziemiach domu towarowego. Tuż obok zdejmowano towar z samochodów dostawczych. Wokół byli magazynierzy i kierowcy ciężarówek. Każdy mógł się dowiedzieć, jaka kwota będzie odprowadzana tego dnia, ponieważ wpisywano ją na chorągiewce - kartce przytwierdzonej do worka. Również organizacja pracy straży przemysłowej pozostawiała wiele do życzenia. Brakowało stałego planu służb. Konwojentów - tak samo jak kierowców i samochody - wyznaczano przypadkowo. W trakcie śledztwa wyszła na jaw także zagadkowa sytuacja, do której doszło w dniu napadu. Szef straży zeznał, że na dowódcę wyznaczył Piętkę. Widział, jak udał się on w stronę dyrekcji po upoważnienie do pobrania broni z magazynu. Jako drugi strażnik miał pojechać Marian Skoczek. Ale w drzwiach do sekretariatu Piętka natknął się na kolegę, który powiedział, że już pobrał broń i to on będzie dzisiaj dowódcą konwoju. Piętka nie protestował. Czasem tak bywało, że decyzje zmieniano w ostatniej chwili. Dowódca straży nie miał pojęcia, że Skoczek zmienił jego decyzję i pobrał broń na upoważnienie kolegi. Zachodziło podejrzenie, że mógł być w zmowie z przestępcami. Tego jednak nie dało się udowodnić, bo zginął podczas napadu. Ale o współudział podejrzewano także drugiego strażnika. Jego akurat dlatego, że przeżył. Za to samo pod obserwację trafili kasjerka i kierowca.

Ważne było też ustalenie trasy i sposobu ucieczki. Zakładano różne scenariusze. Przypadkową taksówkę, tramwaj, autobus. Było kilku świadków, którzy twierdzili, że widzieli podejrzane osoby wsiadające do taksówki, ale tej wersji nie udało się potwierdzić. Tak samo jak zeznań konduktorki MPK Danieli Gnatowskiej, która jechała tramwajem linii 32. Twierdziła, że na Żelaznej do wozu wskoczył mężczyzna. Był zdenerwowany. Nie pozwolił jej zamknąć drzwi. Pytał, czy tym tramwajem dojedzie do Dworca Wileńskiego, i tuż przed nim wyskoczył nagle w biegu na ulicy Jagiellońskiej i popędził w kierunku Targowej. Mężczyznę, który odpowiadał rysopisowi, widziano także w tramwaju linii 15. Najbardziej prawdopodobna wersja zakładała ucieczkę samochodem. Pod bankiem przeprowadzono eksperyment śledczy, który wykazał, że napad trwał od trzydziestu pięciu do czterdziestu pięciu sekund. Czas ucieczki ulicami Hibnera, Moniuszki i Sienkiewicza do Marszałkowskiej to około półtorej minuty. Zatem już po dwóch minutach od pierwszego strzału bandyci mogli wskoczyć do czekającego na nich samochodu. Brano pod uwagę, że auto mogło zostać przemalowane lub posiadało fałszywe tablice rejestracyjne. Samochody w Warszawie już sprawdzono, ale w ościennych powiatach było ich sporo. Do sprawdzenia 12 151 pojazdów powołano 410 dwuosobowych patroli, które do 6 stycznia skontrolowały 10 416 aut. Pozostałe wymagały dalszej pracy operacyjnej. Choć po kilku następnych dniach ten trop nie dawał już szansy na rozwiązanie sprawy, nigdy go nie porzucono. Jednocześnie w referatach dowodów osobistych przejrzano 392 500 teczek, porównując zdjęcia z rysunkami sprawców. Na tej podstawie wytypowano pięć tysięcy podejrzanych, z czego po sprawdzeniu objęto obserwacją 763 figurantów; kolejnych 876 wytypowano z milicyjnych kartotek. Do końca stycznia przeprowadzono rozmowy wywiadowcze z 67 336 osobami. Wśród nich znalazło się 4880 dozorców domów, 3130 kelnerów, 3774 kierowców taksówek i 980 fryzjerów.

Czyżby wyrzuty sumienia?

Napad na Jasnej wzbudził ogromne zainteresowanie mediów. Gazety szeroko opisywały samo zajście, postępy śledztwa i pomoc rodzinom poszkodowanych. Prym wiódł "Kurier Polski", wszystko bowiem działo się przed oknami redakcji, na oczach dziennikarzy.

I dlatego władze nie były w stanie zatrzymać potoku medialnych relacji. Już 23 grudnia "Kurier" pisał wielką czcionką na pierwszej stronie:

Napad w centrum Warszawy. 28-letni wartownik zginął, broniąc społecznego mienia. Pracownicy "Kuriera" naocznymi świadkami dramatycznych wydarzeń.

Dwa dni później obwieszczano:

MO na tropie zabójców strażnika [...] W czwartek o godzinie 1.00, nie znamy jeszcze nazwisk sprawców zuchwałego napadu, dokonanego we wtorek w centrum Warszawy. Coraz więcej faktów wskazuje na to, że mordercy 28-letniego strażnika nie długo już cieszyć się będą wolnością. Dzięki energicznemu śledztwu MO zebrała w ciągu ostatnich godzin wiele nowych informacji o okolicznościach napadu.

Redakcja "Kuriera" rozpoczęła także akcję pomocy rodzinom poszkodowanych. Dziennikarze odwiedzili dom zabitego strażnika Skoczka w podwarszawskiej wsi, przywożąc prezenty od redakcji i wydawnictwa "Epoka". Wizytę relacjonowano:

W izbie rodzina strażnika Skoczka. Oszołomieni nagłym ciosem. Zapłakani. Przy kuchni - wdowa. Obok 3-letni Januszek i 4-letnia Mariolka Skoczkowie. [...] Po powrocie do Warszawy przedstawiciel redakcji rozmawiał z Radą Zakładową i Dyrekcją CDT. Dochodzimy szybko do zgodnego wniosku [...], że wdowa po zamordowanym Zdzisławie Skoczku powinna się z dziećmi przenieść do Warszawy. "Wdowę możemy zaraz u nas zatrudnić" - mówi nacz. dyrektor CDT A. Kostrzewski. "Dzieci umieścimy w CDT-owskim przedszkolu przy ulicy Widok - dodaje przewodniczący Rady Zakładowej. - Nie damy im zginąć"... "A skąd wziąć mieszkanie dla tej trójki? - spytacie. O mieszkanie, to jest o pokój z kuchnią (choćby w starym budownictwie), wystąpiły już do przewodniczącego Rady Narodowej [...] nasza redakcja oraz ponadtysiącosobowa załoga. Rada Zakładowa i Dyrektor Centralnego Domu Towarowego.

Inna redakcyjna delegacja dotarła także do rodziny rannego strażnika. Jego żonie Helenie oraz czwórce dzieci również dostarczono paczki z prezentami i pomoc materialną. Obszerne relacje prezentował "Express Wieczorny". Milczała tylko "Trybuna Ludu". Na jej łamach nie ukazało się nawet doniesienie o niebywałym wydarzeniu, jakim była w tamtych czasach konferencja prasowa szefa Służby Kryminalnej pułkownika Stanisława Górnickiego oraz komendanta miejskiego pułkownika Tadeusza Kozłowskiego. Odbyła się ona 13 stycznia w Komendzie Głównej MO. Dziennikarzom rozdano gotowe ulotki zawierające rysopisy poszukiwanych bandytów. Milicyjni technicy przy pomocy rekwizytorów z teatru dokonali rzeczy zupełnie niespotykanej w powojennej historii służb kryminalnych. Z papier-mache zbudowano manekiny przedstawiające sylwetki sprawców. Dzięki portretom pamięciowym z niebywałą dokładnością odtworzono twarze. Wyglądały jak żywe. Manekiny były tak doskonałe, że kasjerka Michałowska zemdlała na ich widok. "Express Wieczorny" relacjonował:

Jak stwierdził pułkownik Górnicki, dotychczasowe, niezwykle szczegółowe śledztwo wykazuje ponad wszelką wątpliwość, że sprawcy napadu uciekali ulicami: Hibnera, w poprzek ulicy Sienkiewicza, następnie przejściem między budynkami do ulicy Moniuszki i przypuszczalnie do ulicy Marszałkowskiej. Śledztwo wskazuje również, że bandyci korzystali prawdopodobnie z samochodu. Być może jest to samochód, który parkując na ulicy Hibnera przed budynkiem 12, odjechał wolno w momencie napadu (na sygnał strzału). Przypuszczenie to uzasadnia fakt niezgłaszania się kierowcy tego pojazdu, mimo kilkakrotnego wzywania go komunikatami prasowymi, radiowymi i telewizyjnymi. [...] Ze względu na szczególnie niebezpieczny charakter bandy najwytrawniejsze siły milicji, cały aparat MO w kraju prowadzi aktywne działania dla ustalenia i ujęcia sprawców. Niemałej pomocy w tej sprawie udzieliło samo społeczeństwo, informując o różnych szczegółach napadu. Komenda Główna MO zwraca się jeszcze raz z apelem do wszystkich, którzy mogą dopomóc w wykryciu bandytów, o zgłoszenie się lub informowanie w inny sposób Komendę [sic!] MO m. st. Warszawy bądź najbliższą jednostkę MO. Aby przyspieszyć ujęcie bandytów, dla osoby, która bezpośrednio przyczyni się do ustalenia sprawcy (sprawców), Komenda Główna MO wyznacza nagrodę 100 000 zł. Osoby, których informacje pośrednio przyczynią się do ustalenia sprawców, zostaną także odpowiednio wynagrodzone. Wszystkim, którzy udzielają informacji, MO zapewnia pełną dyskrecję.

Ambiwalentne ustalenia

Ustanowienie wysokiej nagrody nie przyniosło jednak spodziewanego skutku. Informacje zgłaszane przez społeczeństwo tylko spowalniały śledztwo, niepotrzebnie angażując funkcjonariuszy w ich weryfikację. Dlatego szybko postanowiono wrócić do starych, sprawdzonych metod operacyjnych - kolejnych przesłuchań i analizy zgromadzonych już zeznań świadków. Niestety część z nich wzajemnie się wykluczała. Nawet Michałowska i Bogdalski, którzy byli w samym centrum wydarzeń, zapamiętali wszystko inaczej. Po prostu każdy widział całą sytuację z innego miejsca i w inny sposób interpretował to, co zobaczył. Dopiero porównanie wszystkich relacji z ekspertyzami biegłych pozwoliło dokładnie ustalić, co się działo przed bankiem. Wielu mieszkańców ulic: Jasnej, Rutkowskiego, Hibnera, Boduena, wspominało o dwóch mężczyznach, którzy kręcili się w okolicy. Wtedy jednak nie zwracano na to uwagi. Okazało się, że podejrzanych widziała nawet Michałowska. Już dwa tygodnie przed napadem zauważyła dwóch mężczyzn, którzy przyglądali się jej, gdy wyjeżdżała konwojem spod Cedetu. Nikomu o tym nie mówiła, bo bała się, że zostanie posądzona o histerię. Mężczyznę obserwującego bank zobaczono także kilka razy na korytarzu piątego piętra w budynku przy ulicy Hibnera 11. Inni świadkowie zgodnie zeznali, że obu podejrzanych widziano 20 grudnia, w niedzielę handlową. Wynikało z tego, że to na ten dzień pierwotnie zaplanowano napad. Powodem był rekordowy utarg - cztery miliony złotych. Dla zwykłego obywatela takie pieniądze były niewyobrażalną fortuną. Najwyższe wygrane w totolotku wynosiły wówczas około miliona. Sprawcy musieli wiedzieć, że tego dnia do banku trafią tak duże pieniądze. Ale w sobotę CDT zawiadomiono, iż w niedzielę NBP będzie przyjmować wpłaty o innej porze. Z tego powodu konwój wyjechał wcześniej, o godzinie szesnastej. To prawdopodobnie zniweczyło plany. Do nietypowego zdarzenia doszło także 22 grudnia. Przed bankiem "Pod Orłami" długo stał silnie uzbrojony konwój z centrali Narodowego Banku Polskiego. Odjechał zaledwie dwadzieścia minut przed napadem. Gdyby został dłużej, to i tego dnia nie doszłoby do rozboju.

Niestety tak jak przy poprzednich napadach - śladów było niewiele i dało się tylko wyciągać wnioski z zachowania przestępców. Jak zwykle skok przygotowano w najdrobniejszych szczegółach. Sprawcy znali teren, doskonale współdziałali i zabezpieczyli sobie drogę ucieczki. W raporcie z 6 stycznia pisano:

[...] ruch spory, w pobliżu nie ma stałych posterunków MO, jest za to redakcja "Kuriera Polskiego", więc nikogo nie dziwią kręcący się w okolicy obcy, a na dodatek obok wielki plac budowy Ściany Wschodniej, dający możliwość bezpiecznej ucieczki [...] nikt nie meldował, że kręcą się osoby podejrzane [...] sprawcy prowadzili obserwację od dłuższego czasu i nasilili ją od 15 grudnia.

Na tej postawie ustalono:

Grupę przestępczą łączy jakiś wspólny interes, darzą się oni wzajemnym zaufaniem, a więc tworzą dobrany zespół ludzi. Grupą kieruje doświadczony człowiek o rozwiniętych umiejętnościach planowania i organizacji. Wzajemne powiązania tej grupy i zaufanie mogły powstać w okresie wspólnej działalności przestępczej lub konspiracyjnej, wspólnego pobytu w zakładzie karnym, poprzez stosunki rodzinne, koleżeńskie, miejsce pracy itp. Sposób dokonania przestępstw świadczy o przygotowaniu z góry przemyślanego w najdrobniejszych szczegółach planu (miejsce, czas i sposób realizacji). [...] Zdecydowane działanie sprawców, technika przygotowania i dokonywania przestępstw pozwalają przypuszczać, że mamy do czynienia nie z nowicjuszami, a z osobnikami, dla których działalność przestępcza nie jest obca (jeśli nie dla wszystkich, to przynajmniej dla herszta). Nie oznacza to jednak, że omawiani przestępcy muszą być notowani w naszych kartotekach.

W kolejnej charakterystyce pisano:

Grupę cechuje bezwzględne zaufanie, solidarność i dyscyplina. Jej członkowie mogą prowadzić na co dzień tryb życia nierzucający się w oczy. Grupą kieruje człowiek o zdecydowanym charakterze, dużych zdolnościach planowania i organizacji. Zdolności te mogą wynikać z zawodu, działalności konspiracyjnej lub przestępczej bądź służby w jednostkach o charakterze specjalnym. W działaniach są bezwzględni, strzelają bez ostrzeżenia, z zaskoczenia, dążąc do zabicia bezpośrednich świadków, ewentualnie chcąc w ten sposób pozbyć się osoby, z którą nawiązali kontakt dla zdobycia potrzebnych informacji przekazywanych im niekoniecznie w sposób świadomy. Należy liczyć się z możliwością, że sprawcy są ludźmi stale pracującymi, dlatego w poszukiwaniach nie można omijać ludzi, którzy wiodą normalny tryb życia. Na pewno dobrze znają Warszawę, mieszkali tu, pracowali, pełnili służbę w wojsku, często przyjeżdżają do Warszawy. Dobrze znają Śródmieście, Stare Miasto, Powiśle, Saską Kępę, Mokotów.

Najważniejsze spostrzeżenie dotyczyło jednak broni. Zwrócono uwagę, że sprawcy potrafią się nią doskonale posługiwać. Pistolety TT i PW należały do bardzo celnych i skutecznych. Ale wymagały treningu i umiejętności. Ktoś, kto pierwszy raz trzymał taką broń w rękach, nie był w stanie trafiać nawet z bliskiej odległości. Tymczasem strażnik Skoczek otrzymał dwa postrzały w głowę. Drugie trafienie nastąpiło w chwili, gdy już padał na ziemię. Oznaczało to, że napastnik wciąż celował i trafiał bezbłędnie - miał doskonale wyczucie broni. Dzięki specjalistycznym badaniom ustalono jeszcze jeden istotny szczegół - porównano łuski z kolejnych napadów i okazało się, że przez tak długi czas mikrouszkodzenia lufy i zamka nie zmieniły się. Oznaczało to, że broń jest fachowo konserwowana i przechowywana. W każdym razie sprawcy nie nosili jej na co dzień. Musiała być zabezpieczona w schowku i przygotowywana przed każdym napadem. Pistolet zrabowany plutonowemu Kiełczykowskiemu nie mógł powiedzieć śledczym nic więcej. Za to drugi - jak najbardziej. Wystarczyło ustalić jego pochodzenie, by uzyskać kolejną grupę podejrzanych. Porównanie jej z ogromną kartoteką osób przewijających się w poprzednich śledztwach dawało szansę na znalezienie tropu. Tylko to nie było takie proste.

Pistolet PW-33 był licencyjną wersją radzieckiego TT-33. Pierwsza litera T pochodziła od nazwy zakładu w Tule, w którym je produkowano, a druga od nazwiska konstruktora Fiodora Tokariewa. Natomiast PW oznaczało "pistolet wojskowy". W latach 1947-1959 w Zakładach Metalowych "Łucznik" w Radomiu wyprodukowano blisko 50 tysięcy sztuk. 37 283 sztuki znajdowały się na stanie wojska, 1560 użytkowały milicja i Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego, 3000 posiadały Centralny Zarząd Więziennictwa, Liga Obrony Kraju, WOP i centrala MSW Kolejne 799 sztuk stanowił zapas nienaruszalny KBW a resztę wysłano na eksport. Brakowało 132 pistoletów, które zostały utracone w różnych jednostkach. Zakładano jednak, że podczas napadów mogła być używana broń, którą pożyczano na czas zbrodni. Dlatego konieczne było skontrolowanie wszystkich pistoletów. Ich przeliczenie i sprawdzenie trwało blisko rok. Zakończono je dopiero 6 marca 1966 roku. W tym czasie w całym kraju odstrzelono czterdzieści dziewięć tysięcy naboi. Łuski przesłano do analizy w centralnym laboratorium w Warszawie. Żadna nie była taka sama jak te z napadów w Warszawie. Znaleziono za to kilka podobnych. Każda broń posiada indywidualne cechy. Pistolety z danej serii, z dnia, a nawet zmiany są do siebie podobne. Lufy, sprężyny, iglice i zamki wytwarza się seryjnie. Po ustaleniu cech grupowych udało się odtworzyć pistolet, z którego strzelano. Pochodził z serii M wyprodukowanej w 1951 roku. Akurat z tej serii skradziono cztery pistolety. Dwa z magazynów w jednostkach wojskowych w Krakowie i Zabrzu, jeden ze Szkoły Wojsk Pancernych w Giżycku, a ostatni utracił milicjant podczas zabawy w miejscowości Rybitary. Po kilku miesiącach żmudnych analiz biegli odnaleźli pięć pistoletów pozostawiających ślady niemal identyczne jak ten, którego używano podczas napadów. Po ich numerach ustalono, że poszukiwany pistolet skradziono z jednostki 2539 w Zabrzu.

Prokuratura Wojskowa przekazała milicji akta tej sprawy. Broń skradziono w nocy z 11 na 12 lutego 1957 roku z rusznikarni. Podczas rutynowego czyszczenia zauważono uszkodzony magazynek. Rozebrany pistolet został na noc na półce niedaleko okna. Następnego dnia już go nie było. Złodziej pozostawił tylko wybitą szybę. Czynności operacyjne trwały dwa lata, ale sprawcy nie ustalono. W aktach znajdowała się informacja, że sześć podejrzanych osób pełniących wtedy służbę w Zabrzu mieszka w Warszawie, a cztery w Katowicach. To potwierdzało trop łączący Warszawę z Katowicami. Niestety w aktach zachowanych w Instytucie Pamięci Narodowej brakuje dokumentów wyjaśniających ciąg dalszy tego wątku śledztwa. Jest za to notatka z dnia 23 lutego 1966 roku na temat pistoletu TT serii M 35801 skradzionego w lipcu 1957 roku z Wojskowej Akademii Politycznej w Warszawie. Choć w treści dokumentu kilkakrotnie powtarza się określenie TT, to seria i numer wskazują, że chodziło o pistolet PW. Autor informuje, że z uwagi na to, iż w śledztwie przewija się szeroki krąg osób podejrzanych oraz z powodu braku możliwości wykrycia sprawcy sprawa została umorzona. Mimo to pod koniec 1966 roku dokumenty przejęło MSW i ponownie rozpoczęło rozpracowanie podejrzanych. Nie wiadomo jednak, z jakim skutkiem, bo brakuje dalszych dokumentów wyjaśniających postępy śledztwa.

Światełko w tunelu

W aktach przechowywanych w IPN-ie jest za to notatka z 17 marca 1966 roku dotycząca rozmowy ze świadkiem Ewą G. Kobieta zgłosiła się sama i opowiedziała, że 21 grudnia 1964 roku około godziny osiemnastej, idąc ulicą Jasną w kierunku CDT, spotkała znanego sobie z widzenia mężczyznę o imieniu Zdzisław. Szedł w przeciwną stronę, od banku w kierunku Świętokrzyskiej. Sprawiał wrażenie, że mu się spieszy, a mimo to przystanął i rozmawiali blisko dziesięć minut. Zdzisław zwrócił uwagę, że widział ją na akademii w klubie MSW przy alei Wyzwolenia. Rzeczywiście była tam podczas centralnej akademii MO i SB Garnizonu Warszawa. Ona także zwróciła na niego uwagę, znali się bowiem od dawna, jeszcze z zabaw tanecznych organizowanych w klubie Kolejarz. Przychodził tam często ze swoim kolegą o imieniu Lutek. Jego także zapamiętała, bo latem 1955 roku zauważyła, jak wychodził z gmachu Komendy Głównej. Domyślała się, że obaj mają jakiś związek z milicją lub Służbą Bezpieczeństwa. Nigdy jednak nie pytała, czym się zajmują, bo zadawanie takich pytań nie było mile widziane. Każdy mówił o sobie tyle, ile chciał, aby o nim wiedziano. Jednak wtedy podczas przypadkowego spotkania na Jasnej Zdzisław poprosił ją, by nie szła dalej w stronę Cedetu. Nie chciał wyjaśnić dlaczego, ale upierał się, żeby zawróciła. Nie rozumiała, o co chodzi, lecz zgodziła się, bo nalegał. Przez chwilę szli jeszcze razem w stronę Świętokrzyskiej. Przy skrzyżowaniu z Moniuszki Zdzisław pożegnał się i poszedł w kierunku Hibnera, jakby chciał zatoczyć koło.

Na podstawie zeznań Ewy G. rozesłano do wszystkich komend komunikat, prosząc funkcjonariuszy o zgłaszanie swoim przełożonym lub bezpośrednio kierownictwu grupy "P-64" informacji, które pomogą w zidentyfikowaniu poszukiwanych. Zakładano, że są zapewne funkcjonariuszami MO lub SB. Nie wiadomo jednak, dlaczego przy portretach pamięciowych drugiego sprawcę nazwano Leszkiem, a nie Lutkiem. I nie jest to wcale ostatnia zagadka w tym śledztwie. W latach siedemdziesiątych w Garnizonie Warszawa funkcjonariuszom pokazywano film z rekonstrukcją przebiegu napadu. Nie ma go ani w aktach, ani w archiwum Policji. Nie ma także opracowania, które na zlecenie MSW przygotował Marian Reniak, właściwie Strużyński, były żołnierz AK, który po wojnie został agentem UB i doprowadził do aresztowania i zamordowania wielu członków organizacji WiN. W latach sześćdziesiątych zajął się pisaniem książek, opartych głównie na swych doświadczeniach ze współpracy z UB. Podobno był nawet podejrzany o dokonanie napadu na Jasnej, bo zaraz po wojnie złapano go w Krakowie podczas rabunku z bronią. Dawni milicjanci wspominają, że Reniak opracował analizę sprawy Bohdana Piaseckiego i napadu na bank "Pod Orłami". Ale w archiwach nie ma śladu po tym dokumencie. Zniknęły także oryginały akt operacyjnych. Takie dokumenty zawierają zwykle mnóstwo notatek z rozmów w terenie, często odręcznie pisanych kartek, czasem szkiców. Zachowały się tylko kopie, które przechowywano w archiwach Wojewódzkich Urzędów Spraw Wewnętrznych.

Zagadek ciąg dalszy...

1 kwietnia 1982 roku, zgodnie z decyzją pierwszego zastępcy ministra spraw wewnętrznych generała dywizji Bogusława Stachury, rozwiązano Samodzielną Grupę Operacyjną "P-64". Akta śledcze i materiały operacyjne zostały przekazane do Biura "C" MSW, do archiwum. W 1988 roku sprawę napadu na bank "Pod Orłami" przypomniał w tygodniku "Kulisy" dziennikarz śledczy Andrzej Gass. Po publikacji na adres redakcji przyszedł list wysłany z małej miejscowości w okolicach Katowic.

Była to rzeczywiście bulwersująca sprawa. Zaangażowani w nią, tzn. w wykrycie sprawców, byli wysoko postawieni f-sze KG MO i Prokuratury Woj. w W-wie. Nie zgodzę się, jak wielu innych czytelników i byłych funkcjonariuszy MO, że niby sprawcy do dzisiaj nie zostali wykryci, i chociaż sprawa jest przedawniona z urzędu i prawd. bandyci być może są wśród nas. To nieprawda. Sprawcy napadu zostali po kilku miesiącach wykryci, ustaleni i zlikwidowani, przynajmniej dwaj bezpośredni. Do publicznej wiadomości jednak nie podano, gdyż panowało wówczas embargo i cenzura. Sprawę wykryli spece m.in. z Wydziału Dochodzeniowo-Operacyjnego po uzyskaniu informacji od TW. Pułkownik T. Kozłowski, gdyby żył dzisiaj, to mógłby autorom, o ile by zechciał, powiedzieć coś na ten temat. Wielu b. funkcjonariuszy MO bezpośrednio zaangażowanych w tę sprawę wie, że: "Sprawcy napadu na kasjerkę i strażników z utargiem CDT, czyli P-64, zostali ustaleni, lecz ze względu na zachowanie autorytetu środowiska, z którego się wywodzili, i dobro państwowe nie podano ich nazwisk do publicznej wiadomości". Byli to dwaj oficerowie SB mjr i kpt. W owych czasach nie było spraw nie wykrytych o takim znaczeniu, gdyż spowodowałoby reperkusje polityczne, tj. spadek zaufania społeczeństwa do Milicji w postaci nieudolności milicji. Jestem czytelnikiem "Kulis" raczej stałym. Proszę nie podawać mojego pełnego nazwiska i adresu do publ. wiadomości.

- Nie pojechałem do tej miejscowości, ale telefonicznie szukałem autora - mówi Andrzej Gass. - Miałem rację, zakładając, że dane są zmyślone. Pod wskazanym adresem nie było takiego człowieka. Okazało się jednak, że w tej miejscowości mieszka rodzina o tym nazwisku. Odnalazłem młodego człowieka, który powiedział mi, że jego dziadek był rzekomo w latach sześćdziesiątych funkcjonariuszem milicji. Ale nie zna go, bo z tego, co słyszał, wyjechał za granicę.

Jakiś czas później rozmawiałem z byłym milicjantem, który powiedział, że ta broń wyszła jeszcze w jakimś napadzie. Nie był w stanie powiedzieć ani gdzie, ani kiedy. Dziwi mnie kilka rzeczy. Po pierwsze, dlaczego nie ustalono po cichu, kim są Zdzisiek i Lutek. To nie było trudne. Z notatki wynika, że Ewa G. także była pracownikiem resortu. Po co więc dołączono jej rysopis i prośbę o kontakt funkcjonariuszy, którzy mogą ją znać? I ostatnie: dlaczego w Instytucie Pamięci Narodowej nie ma oryginału akt operacyjnych?

Odpowiedź na pytania Andrzeja Gassa jest tylko jedna. W Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego wciąż znajduje się spora liczba akt, które w dalszym ciągu są objęte klauzulą tajności ze względu na bezpieczeństwo państwa. Być może kiedyś zostaną udostępnione i dzięki nim uda się rozwiązać zagadkę napadu na Jasnej.