Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Rzeczpospolita - 24.04.2010

 

Maja Narbutt

W słodkiej pułapce

 

Co musi zrobić dyplomata, by służby specjalne uznały, że może zostać zwerbowany przez obcy wywiad? Kiedy jego życie osobiste wydaje się tak niepokojące, że cofa się mu dostęp do informacji tajnych?

 

- To jest jak wstydliwa choroba. Osoby, którym odebrano certyfikat bezpieczeństwa, zazwyczaj milczą. Postanowiłem zachować się inaczej, bo odbieram to jako policzek. Ktoś uznał, że mogę zdradzić tajemnice RP jak menel, który za flaszkę wódki sprzedaje kradzione rzeczy - mówi "Rz" Mariusz Maszkiewicz, do niedawna wysoki urzędnik MSZ wpływający na polską politykę wobec Białorusi, a kiedyś ambasador RP w tym kraju.

Nie chce się pogodzić z decyzją ABW. Złożył nie tylko odwołanie, co zazwyczaj robi się w takich wypadkach, ale napisał również list do premiera Tuska. Zarzuca w nim, że ABW prowadzi politykę kadrową w polskiej dyplomacji, i dodaje: "w moim konkretnym przypadku podejrzewam, że chodzi o personalną intrygę, a być może także działanie w ABW obcych służb".

- Nie można wykluczyć, że odmowa dostępu do informacji tajnych bywa elementem pewnej politycznej gry - przyznaje Andrzej Ananicz. Jak mało kto zna się i na służbach specjalnych, i na dyplomacji - był szefem Agencji Wywiadu, a teraz jest szefem Akademii Dyplomatycznej.

Sytuacja osoby sprawdzanej jest fatalna - nie wie, co kryje się za stwierdzeniem "nie daje rękojmi zachowania bezpieczeństwa". Uzasadnienie jest bowiem przez ABW ze względu na bezpieczeństwo państwa utajniane.

- To są kafkowskie klimaty. Rozmawiałem z dwoma oficerami. Nie miałem pojęcia, jakie wnioski wyciągają z moich odpowiedzi, po każdej patrzyli na siebie. Gubiłem się w domysłach - opowiada jeden z dyplomatów poddanych procedurze sprawdzającej.

Łatwo sobie wyobrazić, że ktoś, kogo pozbawiono certyfikatu bezpieczeństwa, w czasie bezsennych nocy robi rachunek sumienia. Zastanawia się, czy w jego życiorysie znaleziono jakiś fakt, który uznano za kompromitujący. Obsesyjnie analizuje swoje znajomości, szuka w pamięci przypadkowych spotkań z ludźmi, którymi mógł się interesować kontrwywiad. Buduje hipotezy i je odrzuca.

- Dlaczego uznano, że mogę podlegać presji ze strony obcego wywiadu? Nie mam pojęcia. Może chodzi o pewne historie rodzinne, dotyczące spraw jeszcze przed moim urodzeniem? - mówi Mariusz Maszkiewicz, gdy z uporem naciskam, czy domyśla się, co w jego życiorysie mogło zaalarmować tajne służby.

I dodaje: - Ja nie znajduję nic.

Nieskazitelna postawa moralna, godne reprezentowanie Polski za granicą. Tak w Akademii Dyplomatycznej kształcącej kadry dla polskiego MSZ określa się cechy, jakie powinien posiadać dyplomata. Problem zaczyna się w momencie, w którym trzeba zdefiniować, co właściwie oznacza "godna i moralna postawa".

Niebezpieczne romanse

Pewne rzeczy bardzo się zmieniły. Inaczej się je ocenia niż jeszcze kilka lat temu. Przyjmuje się, że dyplomata może ulec ludzkim słabościom, mieć kryzys wieku średniego - przyznaje Andrzej Ananicz.

Innymi słowy: kiedyś podkreślano, że "rozwód nie sprzyja karierze dyplomatycznej", a dyplomata powinien mieć "ustabilizowane życie prywatne". Teraz znacznie bardziej liberalnie podchodzi się do kwestii zdrad małżeńskich i nowych związków.

- Nie zagląda się już, jak w czasach PRL, dyplomatom do łóżek. Wtedy rzeczywiście musieli się pilnować. Ale i tak w placówkach dyplomatycznych zawsze kwitło bujne życie romansowe - mówi Jan Piekarski, doświadczony, wieloletni dyplomata, który kierował także protokołem dyplomatycznym w MSZ.

Jest pewna różnica - kiedyś romanse nawiązywano w obrębie ambasady. Nie wynikało to bynajmniej z obawy, że obcy wywiad podstawi polskiemu dyplomacie swoją agentkę, ale z przyczyn bardziej prozaicznych.

- Nawet ambasador oszczędzał każdy grosz, bo wiadomo, jaki był przelicznik dewizowy. Drinki i kolacje na mieście nie wchodziły w grę. Jeśli ktoś szastał pieniędzmi, to znaczyło, że jest nie tylko dyplomatą i ma fundusze operacyjne - mówi jeden z dyplomatów.

Teraz jest oczywiście inaczej, a większa swoboda finansowa i obyczajowa sprawia, że zdarzają się związki dyplomatów z cudzoziemkami. Zdarza się też, że poznana na placówce cudzoziemka zamieszkuje w rezydencji ambasadora.

Moi rozmówcy twierdzą na ogół, że z punktu widzenia MSZ taka sytuacja nie jest niepokojąca. Ambasador nie ma prawa wynosić do rezydencji dokumentów tajnych, więc nic złego się nie dzieje i tajemnice dyplomatyczne nie są zagrożone.

- To dość naiwne myślenie. Ktoś, kto zamieszka w rezydencji ambasadora, ma doskonały wgląd w politykę, jaką prowadzi Polska w tym kraju. Wie, z kim spotyka się ambasador i co mówi na prywatnych przyjęciach - mówi, zastrzegając sobie anonimowość, jeden z obecnie urzędujących ambasadorów.

MSZ może być niezadowolone z romansu dyplomaty, zwłaszcza gdy jest tematem plotek w kraju, w którym reprezentuje Polskę.

Jednak polskie służby specjalne nie wydają świadectw moralności. Interesuje je, czy romanse dyplomaty mogą być inspirowane i kontrolowane przez obcy wywiad, a także czy dyplomata może być z powodów obyczajowych przez ten wywiad szantażowany.

- Dyplomaci czasem mają złudzenia, że coś dzieje się spontanicznie. Pamiętam taki przypadek: pewien dyplomata zachodni uważał, że całkowicie kontroluje sytuację, jest parę kroków przed naszymi służbami. Sam wybrał przecież lokal i bawił się świetnie - opowiada wieloletni agent wywiadu Gromosław Czempiński. - Aż do momentu, gdy wpadłem do jego pokoju z awanturą, że romansuje z moją żoną.

"Honey trap", czyli słodka pułapka, jak nazywają to służby specjalne, to jedna z najbardziej popularnych metod operacyjnych. W pewnych krajach używa się jej jednak częściej niż w innych, bo łatwiej kazać agentce podjęcie romansu w kraju totalitarnym niż demokratycznym. Kiedy rozmawiam z Gromosławem Czempińskim, dowiaduję się interesującej rzeczy - nawet w czasach komunizmu, kiedy agent wywiadu poślubiał Rosjankę, kończył swą karierę, bo przestawano mu ufać.

Dyplomata powinien się pilnować nawet w kraju sojuszniczym. Ale są szczególne placówki, gdzie ambasador zdaje sobie sprawę, że za każdym razem, gdy podejdzie do okna, robi się mu zdjęcia. Cały czas jest pod lupą, a miejscowe służby specjalne zrobią wszystko, by go rozpracować - mówi jeden z ambasadorów. - Te placówki to Rosja i Białoruś.

Zadaję pytanie byłemu długoletniemu ambasadorowi RP w Rosji Stanisławowi Cioskowi, czy czuł się inwigilowany przez służby specjalne, i wiem, że odpowiedź jest dla niego kłopotliwa. Z Rosją łączą go związki biznesowe, więc odpowiedź w stylu "tamtejsze służby bezustannie podsłuchują zachodnich dyplomatów i starają się ich skompromitować" nie jest możliwa. Przytacza za to dwie anegdoty. Pierwsza dotyczy budynku polskiej ambasady w Moskwie. - Kiedy po objęciu placówki wydałem przyjęcie, pewien generał, który niewątpliwie miał związki z KGB, deklarował mi swoją ogromną sympatię dla Polski. Przy okazji powiedział, że doskonale zna ambasadę, bo brał udział w jej budowie - mówi Ciosek.

Druga anegdota opowiada, jak Ciosek wybrał się kiedyś na położony niedaleko ambasady rynek. - Podszedł do mnie mężczyzna, któremu spodobał się mój zegarek. Na wyciągniętej dłoni trzymał pistolet i chciał się wymieniać. Pomyślałem: "O Boże, to klasyczna prowokacja, za chwilę ktoś zrobi mi zdjęcia" - opowiada były ambasador.

Jeśli dyplomata nie zdaje sobie sprawy, że jest na celowniku obcych służb specjalnych, nie powinien być dyplomatą - tak twierdzą moi rozmówcy. Pewne rzeczy wyjaśnia się dyplomatom na szkoleniach, gdzie wbija się do głowy żelazne reguły - szczególny nacisk kładzie się na nieprzyjmowanie zaproszeń od biznesmenów i unikanie sytuacji korupcjogennych. Zazwyczaj liczy się jednak po prostu na ich zdrowy rozsądek i intuicję.

- Twardy charakter jest w dyplomacji cechą niezbędną. Jeśli ktoś wyobraża sobie życie ambasadora jako miłe bywanie na rautach, jest w błędzie. Życie na placówce oznacza izolację od znajomych i rodziny w kraju i ciągły stres - mówi Jerzy Marek Nowakowski, niedawno mianowany na stanowisko ambasadora na Łotwie. - Nie można się rozluźnić nawet na przyjęciu, bo trzeba mieć świadomość, że wygłoszone mimochodem uwagi mogą co najmniej znaleźć się w raporcie, jaki inny dyplomata prześle do swego kraju.

A jednak ten twardy charakter pożądany na stanowisku ambasadora jest często fikcją.

- Nikt tak łatwo jak dyplomata nie łamie się, gdy znajdzie się pod presją. Wynika to z charakteru tego zawodu. Wszystko jest zaplanowane - powiedzmy, stanowisko radcy w wieku 35 lat, wyjazd na placówkę w charakterze ambasadora koło czterdziestki. Jeśli dochodzi do jakichś komplikacji, dyplomatę czeka beznadziejne przetrzymywanie na jakichś posadkach w MSZ - mówi jeden z moich rozmówców. - Dlatego gdy obce służby rzucą na stół kompromitujące materiały, ambitny dyplomata jest w stanie zrobić dużo, by nie zniszczyły jego kariery.

Gry z Łukaszenką

Kiedy białoruski kagiebista wypuszczał mnie z aresztu, powiedział: i tak dostaniemy cię w tej twojej Polsce - opowiada dziś Mariusz Maszkiewicz. Niedwuznacznie sugeruje, że jego kłopoty to efekt zemsty służb Łukaszenki.

W białoruskim areszcie Maszkiewicz znalazł się w 2006 roku, gdy pojechał jako osoba prywatna do Mińska i wziął udział w demonstracji opozycji. Jego ojciec rozpoczął wówczas głodówkę przed polskim MSZ, by wymusić na naszych władzach zdecydowaną interwencję. Wszystkie polskie media, stacje telewizyjne, poważne gazety, a także tabloidy, relacjonowały bulwersującą sprawę aresztowanego dyplomaty.

Gdyby uwierzyć, że białoruskie służby mają tak długie ręce, jak mówi Maszkiewicz, i chciały go zniszczyć, to działały opieszale. Maszkiewicz ściągnięty przez Radosława Sikorskiego z powrotem do MSZ zdążył objąć stanowisko wicedyrektora Departamentu Wschodniego i zdobyć ogromny wpływ na politykę Polski, a co za tym idzie, również UE, wobec Białorusi.

- To prawda, namawiałem Sikorskiego na ocieplenie naszych stosunków z Białorusią. Zgodził się w końcu polecieć na Białoruś, by spotkać się z szefem białoruskiej dyplomacji Siarhiejem Martynauem - przyznaje Maszkiewicz. - Wtedy wydawało się to dobrym pomysłem. Niestety, Martynau zaczął wkrótce oczerniać Polskę w instytucjach unijnych.

Przełamanie izolacji Białorusi na arenie międzynarodowej stało się w tamtym czasie jednym z celów polskiej polityki zagranicznej. Ustępstwa wobec reżimu Łukaszenki szły daleko - "Rz" alarmowała wówczas, że Związek Polaków na Białorusi kierowany przez Andżelikę Borys ma zostać złożony na ołtarzu geopolityki.

Teraz chyba nikt nie ma złudzeń, że polityka otwarcia na Białoruś zakończyła się fiaskiem. Przed niedawnym spotkaniem z szefem białoruskiej dyplomacji Radosław Sikorski zapowiedział z góry, że będzie to "męska rozmowa".

Wątpliwości kontrwywiadu

Kiedy Mariusz Maszkiewicz zaczął szukać dziennikarskiego wsparcia w walce o odzyskanie dostępu do tajnych informacji, wydało mi się oczywiste, że takiego wsparcia nie można udzielić bezwarunkowo. Jego kompetencji w sprawach wschodnich nikt nie może podważyć. Musiałam jednak sprawdzić - na ile to było możliwie - czy w jego życiu i karierze dyplomatycznej nie ma jakichś spraw, które rzeczywiście mogłyby "budzić niedające się usunąć wątpliwości" ABW.

I dlatego zadałam mu pewne pytanie: czy źródłem problemów nie jest jego związek z Białorusinką.

- To jakiś absurd, musiałbym uwierzyć, że moja żona Katia jest jakąś Matą Hari - odpowiedział Maszkiewicz.

W kręgach dyplomatycznych małżeńskie perypetie Maszkiewicza są doskonale znane. Podczas pobytu jako ambasador na Białorusi poznał kobietę, z którą zamieszkał w rezydencji. Żona z czwórką dzieci wróciła do Polski.

Ta sytuacja na pewno nie budziła entuzjazmu w MSZ i po zakończeniu kadencji ambasadora jego kariera uległa zahamowaniu. W pewnym momencie zaczął pracować w jakiejś fundacji, potem założył firmę konsultingową. Przez parę miesięcy był doradcą do spraw wschodnich w Kancelarii Premiera za rządów PiS, by w końcu już za rządów PO triumfalnie wrócić do MSZ.

Czy małżeństwo z Białorusinką jest wystarczającym powodem, by polskie służby specjalne uznały dyplomatę za osobę niewiarygodną? Wiele wskazuje na to, że białoruski wywiad działa w Polsce bardzo aktywnie - ostatnio ABW ujawniła, że jej funkcjonariusz z delegatury w Białymstoku został przewerbowany przez białoruską agentkę.

Rzecznik ABW Katarzyna Koniecpolska-Wróblewska nie chce się wypowiadać na temat zagrożenia ze strony białoruskiego wywiadu, zasłaniając się tajemnicą kontrwywiadowczą. Mówi jednak, że gdy ABW ocenia ryzyko podatności na szantaż lub wywieranie presji ze strony obcych służb, bierze pod uwagę nie tylko sam fakt związku z cudzoziemcem.

- Odmawiając wydania certyfikatu bezpieczeństwa, musimy wykazać, że takie ryzyko jest realne, a nie wyłącznie potencjalne. Czyli że wskazują na to konkretne zachowania osoby sprawdzanej lub jej partnera - podkreśla.

Dyplomata więcej może

Przez parę tygodni zadaję osobom związanym z dyplomacją pytanie, gdzie leży granica, której nie może przekroczyć dyplomata. Dochodzę do wniosków zdumiewających. Gdyby Krzysztof Piesiewicz nie był senatorem, lecz dyplomatą, dziwne zdjęcia pana w kwiecistej sukience wciągającego biały proszek w towarzystwie rozbawionych pań zapewne nie trafiłyby na pierwsze strony gazet, a jego kariera nie doznałaby szwanku.

- Dyplomaci mają to szczęście, że media się nimi nie interesują. Bardzo rzadko ktoś wyciągnie coś kompromitującego dyplomacie - wtedy, gdy chce uderzyć w krajowych polityków, z którymi ten jest związany - przyznaje Jan Piekarski, który jako ambasador spędził wiele lat na różnych placówkach, by potem kierować protokołem dyplomatycznym.

Podczas gdy dziennikarze i fotoreporterzy tropią zawzięcie i stawiają pod pręgierzem opinii publicznej posłów, którzy przemykają pod ścianami, bo w restauracji sejmowej pili nie tylko herbatę, znacznie cięższe przewinienia dyplomatów pozostają tajemnicą.

- Kiedy miałem obowiązkowe badania psychologiczne, lekarz zdradził mi, że połowa naszych dyplomatów ma poważne problemy, zwłaszcza dotyczące uzależnień - mówi mi jeden z dyplomatów. - To oczywiście ma fatalne konsekwencje.

Dyplomata, prowadząc po pijanemu samochód, może wjechać w miejski autobus lub wóz strażacki - ujdzie mu to na sucho, pod warunkiem że zasłoni się immunitetem, a nie - jak niedawno konsul RP w Vancouver - potulnie uda się na posterunek policji i pozwoli zbadać poziom alkoholu we krwi,

- Jestem dyskretny, nie będę więc operował nazwiskami. Ale ponieważ nie muszę tak uważać na słowa jak czynny dyplomata, powiem, że jeśli chodzi o liczbę skandali związanych z naszą dyplomacją, to jest ona naprawdę duża. Skandale dotyczą zarówno panów - jednym z najbardziej bulwersujących epizodów jest romans ambasadora z kierowcą - jak i pań, które również na stanowiskach ambasadorów potrafią prowadzić się dość swobodnie - mówi ambasador Jan Piekarski.

Milczenie mediów, jakie towarzyszy wybrykom dyplomatów, nie wynika tylko z faktu, że ambasador X czy konsul Y jest dla nich postacią mniej interesującą niż najmniej nawet znany poseł. Do Polski zazwyczaj po prostu nie docierają nawet najbardziej bulwersujące historie, czasem tylko napisze o nich lewicowy "Przegląd", a skserowane kopie artykułu krążą potem po gabinetach i korytarzach MSZ.

A przecież jeśli się oburzamy, czasem obłudnie, że parlamentarzyści prowadzą niekonwencjonalny tryb życia za pieniądze podatnika, to podobne zachowania dyplomatów są znacznie bardziej niebezpieczne. Stanowią nieodpartą pokusę dla obcych służb wywiadowczych, które szukają haka na dyplomatów, koncentrując się na sprawach, które chcą oni ukryć.

- Jaka jest granica tolerancji MSZ i co tak naprawdę wolno dyplomacie? - powtarza moje pytanie ambasador Piekarski. - Tak naprawdę to sprawa indywidualna. Wszystko zależy, z czyjego kalendarzyka wypadł ambasador. Niektórym wolno prawie wszystko, innym znacznie mniej.

Szczerość do bólu

Zaczynając pisać tę historię, nie mogłam przypuszczać, że jej finał będzie tak szokujący. Szukanie prawdy o przyczynach kłopotów Mariusza Maszkiewicza przypominało zdrapywanie kolejnych warstw, jakie namalowano na płótnie, zasłaniając oryginalny obraz. Kiedy odsłaniałam jedną warstwę, okazywało się, że to jeszcze nie koniec, bo pod nią kryje się coś jeszcze.

Być może moja dociekliwość wynikła z faktu, że dyplomata, któremu cofnięto certyfikat bezpieczeństwa, tak mocno podkreślał, że nie ma pojęcia, dlaczego tak się stało, że aż wydawało się to nienaturalne. A może też zbyt często w liście do premiera Tuska - protestując przeciwko działaniom ABW - pisał o "szczerych i otwartych ludziach", których spotykają represje, że zaczęło mnie zastanawiać, dlaczego tak obsesyjnie podkreśla swą szczerość.

Długo nie mogłam uwierzyć w prawdziwość faktów, do których dotarłam. Nie miałam o nich pojęcia, choć poznałam Mariusza Maszkiewicza już przed kilkunastu laty, gdy byłam korespondentką w Wilnie. Nie wiedziałam jednak, czy te fakty są znane bliskim znajomym Maszkiewicza czy też - jak zaczęłam przypuszczać - stanowią skrzętnie skrywaną tajemnicę.

- Co takiego? To chyba żart. Takie historie się nie zdarzają. Może w środowisku gwiazd pop, o nosach przypudrowanych na biało, czy też w rodzinach z marginesu społecznego - mówi jeden z zaprzyjaźnionych z Maszkiewiczem dyplomatów.

Trudno zaszokować dyplomatów i polityków, a zwłaszcza wydobyć z nich emocjonalną reakcję. A jednak, kiedy rozmawiam z nimi o faktach, które mogły budzić nieufność ABW, ich reakcje oscylują wokół osłupiałego niedowierzania. Nie mam wątpliwości, że nawet ci, którzy byli na przyjęciu wydanym przez "Mariusza i Katarzynę Maszkiewicz z okazji ważnych wydarzeń w ich życiu prywatnym i zawodowym", nie mieli pojęcia, jakie relacje łączą gospodarzy.

Ta rozmowa była bardzo trudna i może nigdy bym się na nią nie zdobyła, gdyby nie paradoksalny fakt, że historią o dyplomacie, któremu ABW zwichnęło karierę, zainteresowałam się, gdy starał się z nią dotrzeć do dziennikarzy "Rz".

A więc w końcu muszę spytać Mariusza Maszkiewicza, kim naprawdę jest Białorusinka, którą poznał, gdy był ambasadorem w Mińsku, a potem ściągnął do Polski. Teraz nazywa się Katarzyna Maszkiewicz, jest matką jego dziecka, oficjalnie przedstawianą w Polsce i za granicą jako żona. Czy rzeczywiście jest jego żoną, a może, choć brzmi to nieprawdopodobnie - jego macochą?

- To prawda. Ożenienie jej z moim ojcem wydawało się dobrym pomysłem. Ułatwiało zdobycie polskiego obywatelstwa, na czym zaczęło nam zależeć - mówi Maszkiewicz. - Ale proszę nie pisać, że to było fikcyjne małżeństwo, bo przecież mój ojciec mógł się w niej naprawdę zakochać. Może cała sytuacja trochę zaszokowała oficerów ABW, chyba pochodzą z małych miasteczek i są konserwatywni. Ja też zresztą jestem konserwatywny.