Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

 

Nie wszystko zdrowe, co smakuje:

Margery Lovett i Sweeney Todd (1789-1801)

 

Zdarza się czasem, że bohater mityczny utkwi w zbiorowej pamięci tak głęboko, że zaczynamy uważać go za postać historyczną - przykładem choćby król Artur, Robin Hood czy last but not least Sherlock Holmes. Znacznie rzadziej dochodzi do sytuacji odwrotnej, w której "człowiek z krwi i kości" zostaje w świadomości społecznej zmitologizowany do tego stopnia, że zaczyna uchodzić za wytwór ludowej albo literackiej fantazji. A taki właśnie los spotkał Mrs Margery Lovett i jej zwyrodniałego kochanka Sweeneya Todda, choć trudno określić, w jakim dokładnie momencie i dlaczego tak właśnie się stało.

W XVII wieku liczba mieszkańców Londynu wzrosła czterokrotnie. Przesądził o tym głównie napływ zrujnowanych chłopów z prowincji, którzy przybywali tu masowo w pogoni za pracą i zaludniali obskurne, brudne i często nawiedzane przez epidemie slumsy. Na żyznym gruncie powszechnej nędzy i nagminnego alkoholizmu bujnie pieniła się zbrodnia. Stolica była zresztą mekką wszelkiej maści kryminalistów. Złodzieje, bandyci, rzezimieszki i mordercy do woli uprawiali tu swe niecne rzemiosło - zawsze pewni, że w każdej chwili mogą rozpłynąć się bez śladu w ciężkim, szarym tumanie słynnego londyńskiego smogu.

Do wielce obiecujących mieszkańców stołecznego półświatka zaliczał się niewątpliwie młodzieniec o nazwisku Sweeney Todd. Pod koniec lat siedemdziesiątych XVIII wieku był on zaledwie kilkunastoletnim wyrostkiem, ale zdążył już trafić do Newgate, jako młodociany przestępca. W więzieniu oddano go na praktykę do balwierza, w nadziei, że wyuczy się tej pożytecznej umiejętności i po wyjściu na wolność będzie umiał samodzielnie zarobić na chleb. Pomysł ten rzeczywiście wypalił - przynajmniej po części.

Osiemnastowieczny cyrulik musiał wiedzieć nie tylko, jak bezkrwawo ogolić i przyzwoicie ostrzyc klienta (skądinąd na strzyżenie popytu nie było prawie wcale, mężczyźni bowiem golili sobie głowy na zero i zakładali na nie peruki). Od wykwalifikowanego mistrza tego fachu wymagano również umiejętności dokonania wielu prostych operacji chirurgicznych - zwłaszcza wyrywania zębów i puszczania krwi, które uchodziło wówczas za niezawodny środek leczniczy w większości chorób. Dyplomowani lekarze uważali tego rodzaju zabiegi za uwłaczające ich godności zawodowej i osobistej, dokonywano ich więc zwykle w zakładach balwierskich. Nawet godło cechu cyrulików nawiązywało do ich kompetencji chirurgicznych - przed balwiernią widniała zazwyczaj pomalowana w biało-czerwone pasy tyka lub podobnie przyozdobiona misa - czerwień symbolizowała krew, a biel - bandaże, którymi opatrywano rany.

Jeśli więc nawet Todd nie marzył o karierze cyrulika, umiejętność posługiwania się nożem chirurgicznym stała się później znakomitą przykrywką dla zbrodniczego procederu, jaki całymi latami uprawiał - widok balwierza w pokrwawionym fartuchu był czymś tak normalnym, że nie budził żadnego zainteresowania, a tym bardziej podejrzeń.

W roku 1785 Todd wyszedł z Newgate i otworzył zakład balwierski w domu przy Fleet Street 186 - tuż obok kościoła św. Dunstana. Zaledwie parę kroków dzieliło fryzjernię Todda od Szpitala św. Bartłomieja, a tylko kilkadziesiąt metrów od gmachów Royal Courts of Justice, usytuowanych w miejscu, w którym Fleet Street przechodzi w Strand - tuż obok skrzyżowania z niewielką uliczką Bell Yard. Tak jak w całym ówczesnym Londynie i w tej dzielnicy monarszy przepych sąsiadował ze skrajną nędzą. Na Strandzie, przy którym mieściły się gmachy sądu, mieszkała śmietanka londyńskiego świata prawniczego, ale niecałe pięćdziesiąt metrów dalej - na Bell Yard czy Fleet Street - królowały szczury, nędza i zbrodnia.

Właściciel nowej fryzjerni zabrał się za mordowanie ludzi, ledwie tylko otwarły się drzwi jego zakładu - z początku czynił to jednak poza miejscem pracy. Pierwszego z wielu przypisywanych mu zabójstw dokonano na pobliskim Hyde Park Corner; drugie popełnione zostało zuchwale 13 kwietnia 1785 roku niemal na progu golami Todda. Nazajutrz w "Daily Courant" ukazał się artykulik następującej treści:

    Cyrulik morderca

    Na Fleet Street popełnione zostało odrażające morderstwo, którego ofiarą padł bawiący w Londynie z wizytą u krewnych młody dżentelmen z prowincji.

    Podczas przechadzki po mieście młodzieniec, który zatrzymał się przed kościołem św. Dunstana, by przyjrzeć się wybijającemu godzinę zegarowi na wieży świątyni, wdał się w rozmowę z jakimś człowiekiem w stroju cyrulika.

    Doszło do sprzeczki, a wówczas golibroda niespodziewanie wydobył z kieszeni fartucha brzytwę i poderżnął nią młodemu człowiekowi gardło, po czym znikł w przejściu do Hen and Chicken Court i wszelki ślad po nim zaginął.

Całe to makabryczne zajście miało miejsce dokładnie przed fryzjernią Todda, tym bardziej więc zastanawiające, dlaczego ówczesna żandarmeria londyńska - Bow Street Runners - nie zainteresowała się jej właścicielem. Miał on już przecież w swoim życiorysie kryminalną kartę, jednak nawet go nie przesłuchano. Chociaż dwa pierwsze zabójstwa uszły mu na sucho, Todd musiał zdawać sobie sprawę, że kolejne morderstwa dokonywane w biały dzień na widoku publicznym prędzej czy później zaprowadzą go przed oblicze wymiaru sprawiedliwości. Konieczna była zmiana miejsca i taktyki działania.

Nie wiemy, kiedy Todd zauważył, że jego zakład znajduje się nad starymi kryptami kościoła św. Dunstana, i w jaki sposób odkrył, że łączą się one z opuszczonymi katakumbami. Można się również tylko domyślać, jak wpadł na pomysł słynnego obrotowego fotela fryzjerskiego, który miał z czasem przynieść mu niechlubną sławę. Wiadomo tylko, że gdzieś pod koniec 1785 roku zainstalował w podłodze swojej fryzjerni rodzaj ruchomej zapadni obracającej się na poziomym sworzniu. Ruchomą część podłogi blokowała umieszczona pod spodem sztaba połączona z zainstalowaną w sąsiednim pomieszczeniu dźwignią. Po jej pociągnięciu sztaba cofała się, uruchamiając zapadnię. Do obu stron - wierzchniej i spodniej - obrotowej klapy przyśrubowane były w podłodze dwa identyczne fotele fryzjerskie tak, że gdy jeden znikał w czeluściach krypty, drugi natychmiast wychylał się z niej i zajmował jego miejsce.

O ile wiadomo, pierwszym klientem, który miał okazję przetestować wynalazek Todda, był Thomas Shadwell, stróż nocny Szpitala św. Bartłomieja, człowiek dobrze w okolicy znany i cieszący się szacunkiem; poza tym właściciel cennego zegarka, którym miał nieszczęście pochwalić się cyrulikowi. Gdyby był stałym gościem razury Todda albo trafił do niej w środku dnia, kiedy przez Fleet Street przewalał się gęsty tłum przechodniów, może po prostu skończyłoby się na zwykłym goleniu i Shadwell jak co wieczór poszedłby spokojnie do pracy. Zajrzał jednak do niej późnym popołudniem. Było już ciemno, padał deszcz, całą dzielnicę spowijała gęsta mgła, a ponieważ znalazł się u Todda po raz pierwszy, nikomu do głowy by nie przyszło kojarzyć go z tym miejscem. Balwierz usadził stróża wygodnie na fotelu, wyraził zachwyt nad jego cennym zegarkiem, po czym przeprosił go na chwilę, wyszedł do drugiego pokoju i pociągnął wspomnianą już dźwignię.

Klient musiał być nieco zdziwiony, widząc, że podłoga przed nim staje dęba, a on sam bezradnie wali się na nią plecami. Tyle że nie było tam już żadnej podłogi; Shadwell runął na łeb na szyję w czarną otchłań i - jak wielu nieszczęśników, którzy w następnych latach próbowali ogolić się przy Fleet Street 186 - wyrżnął głową w kamienną posadzkę krypty i skręcił kark. Później, jeśli niefortunny klient golarni Todda przeżył upadek - zdarzało się to mniej więcej co trzeciemu - właściciel zakładu zbiegał w te pędy na dół i podrzynał ofierze gardło brzytwą.

Z początku - po ograbieniu zwłok z kosztowności, odzieży i peruki - Todd wywlekał je do pomieszczeń sąsiadujących z kryptą, nad którą znajdowała się jego fryzjernia, wkrótce jednak składowanie umrzyków zaczęło stwarzać pewien problem. Trupów przybywało i w lochu zaczęło robić się ciasno. Znalezienie lepszej metody usuwania ciał stało się palącą koniecznością. I w tym momencie na scenę wkracza Mrs Margery Lovett.

Nie znajduje to wprawdzie potwierdzenia w żadnym zachowanym dokumencie, wydaje się jednak, że Margery Lovett była dzieckiem i wychowanką tego samego londyńskiego bagna, z którego wyłonił się Sweeney. Tym, co różniło ją od innych wyrzutków społecznych, były niewątpliwy urok osobisty i wola wyrwania się raz na zawsze z dotychczasowego środowiska. Jej wygląd opisywano różnie; według jednych była pulchną, siwiejącą blondynką w średnim wieku, inni widzieli w niej wysoką, szczupłą brunetkę o kręconych włosach i delikatnej, bladej karnacji. Jedno nie ulega wątpliwości - miała wiele wdzięku i zdecydowana była wykorzystać tę zaletę jako kapitał ułatwiający jej awans społeczny.

W wieku lat kilkunastu wyszła za piekarza Joe Lovetta i nauczyła się wszystkich tajników jego rzemiosła, zwłaszcza sztuki wypiekania pasztecików z farszem mięsnym. Po kilku latach małżeństwa Lovett zmarł przedwcześnie, a wkrótce potem Margery została żoną "majora" Barneta. Ten jednak porzucił ją wkrótce i znikł bez śladu, gdyż prawo zaczęło mu deptać po piętach. Wtedy przedzierzgnęła się w utrzymankę pewnego zamożnego kupca londyńskiego i zamieszkała w wynajętym przez niego domu, w modnej podówczas dzielnicy Covent Garden. Gdzieś między 1786 a 1787 rokiem los zetknął ją z Toddem, nieźle już wówczas wzbogaconym na łupach zagarniętych ofiarom obrotowego fotela. Sweeney, który zawsze potrafił w lot dostrzec nadarzającą się okazję, od razu pojął, że pasztetnicze talenty Margery pozwolą mu nie tylko pomnożyć niecnie zdobyty majątek - stwarzają również niepowtarzalną szansę rozwiązania palącego problemu pozbycia się zwłok kolejnych gości jego golami. Kupił więc i zarejestrował na Margery dom przy Bell Yard, dokładnie naprzeciw lewego skrzydła kompleksu gmachów sądowych. Kazał też zbudować w piwnicy wielkie palenisko ogrzewające cztery piece, w których mogło się naraz pomieścić sto pasztetów.

Mrs Lovett rzeczywiście była wprawna w swym rzemiośle i wkrótce jej wyroby zasłynęły na całą okolicę, przyciągając w porze lunchu tłumy chętnych - przede wszystkim palestrę z pobliskiego sądu. Margery wyrabiała pasztety wszelkich rozmiarów, od małych, starczających na przekąskę dla samotnego klienta, po wielkie "rodzinne" paszteciska, które nabywcy zabierali do domu, by wyprawić wieczorną ucztę rodzinie i bliskim.

Trudno ustalić, kiedy Todd wpadł na pomysł wykorzystania zwłok swoich klientów jako jednego z komponentów pasztetowego farszu, nie da się zresztą wykluczyć, że nosił się z tym zamiarem od samego początku. Nie ulega natomiast wątpliwości, że jego wspólniczka ochoczo podchwyciła tę sugestię.

W celu ułatwienia transportu "mięsa" Todd wykopał pod Chancery Lane tunel łączący najbardziej na zachód wysuniętą kryptę kościoła św. Dunstana z podziemną piekarnią w domu Margery.

Zwłoki każdego z kolejnych klientów Todd sprawiał tak samo, jak rzeźnik rozbiera tuszę wołową - odcinał głowę, patroszył, obdzierał ze skóry, ćwiartował i trybował. Odpadki - głowę, kości i jelita - pakował w pudła, zanosił do jednej z krypt kościelnych i ustawiał tam między starymi trumnami, natomiast skrzynię z mięsem oraz szlachetniejszymi "podrobami" - sercem, wątrobą i nerkami - wlókł ciemnym, grząskim od krwi tunelem do sekretnego wejścia na tyłach piekarni. Tam Margery siekała je drobno i gotowała do miękkości, po czym starannie mieszała z innymi gatunkami mięsa. Sławę pasztecików Mrs Lovett poświadcza jeden z najwcześniejszych autorów historii Sweeneya Todda - Thomas Peckett Prest, który w czasie, gdy rozgrywały się opisywane tu wydarzenia, pracował na Fleet Street i doskonale znał wszystkie sekrety życia tej okolicy.

    W czasach, o których mówię, po lewej stronie Bell Yard, idąc od Carey Street, mieścił się jeden z najwyżej w Londynie cenionych sklepów z pasztecikami cielęcymi i wieprzowymi. Wszyscy - wielcy i mali, ubodzy i bogaci - musieli ich spróbować. Jak Londyn długi i szeroki niosła się sława tych wypieków i co dzień, punktualnie w południe, skoro tylko wyjęto z pieca pierwszą ich partię, przed sklepem zaczynał kłębić się tłum oczekujących.

    Pasztety stały się znane nie tylko w stolicy, zamawiano je nawet na prowincję. Och, jakież to były wspaniałe paszteciki! Miały w sobie aromat, któremu nic już nie dorówna. A ciasto! Cóż za delikatne było to ciasto i jak cudownie przesycone zapachem sosu o smaku wymykającym się wszelkiemu opisowi. A w jakże idealnie wyważonych proporcjach chudsze gatunki mięsa mieszały się z tłustszymi w starannie wyrobionym farszu.

Popularność paszteciarni rosła z dnia na dzień, a przytłoczona nawałem pracy Margery Lovett musiała zatrudnić młodą dziewczynę, z którą razem sprzedawała pasztety tłumom szturmujących sklep klientów, oraz czeladnika do pomocy w piekarni.

Przez prawie piętnaście lat Mrs Lovett i Todd zbijali majątek na tym odrażającym przedsięwzięciu; podobno zostali również kochankami. Zastanawiać może tylko brak jakichkolwiek wzmianek, że pokazywali się razem publicznie. Niewykluczone, że z jakichś względów woleli trzymać łączący ich stosunek w sekrecie, a wspomniany tunel znakomicie im jego zachowanie ułatwiał.

Lato 1800 roku przyniosło jednak pierwsze oznaki, świadczące, że w doskonale dotąd funkcjonującym mechanizmie ich wspólnego przedsiębiorstwa coś się powoli psuje. W prezbiterium kościoła św. Dunstana (sąsiadującego, jak pamiętamy, z golarnią Todda) coś zaczęło przeraźliwie cuchnąć. Nie mogąc ustalić źródła obrzydliwej woni, wikary parafii, wielebny Joseph Stillingport i kościelny św. Dunstana, wezwali stójkowego, niejakiego Ottona. Mr Otton był równie zaskoczony potwornym smrodem i nic w tej mierze poradzić nie umiał, ale - jako dobry funkcjonariusz - przykładnie zameldował o całej sprawie przełożonemu, sir Richardowi Bluntowi, naczelnikowi Bow Street Runners. W swoim raporcie Otton stwierdził, że odrażająca woń kojarzy mu się z odorem gnijących zwłok, ale wikary zapewnił go solennie, iż katakumby są od dawna na głucho zamknięte i nikt ich od dobrych kilkudziesięciu lat nie używał. Mimo wszystko Blunt postanowił zbadać ten przypadek osobiście i w towarzystwie Ottona zapuścił się w podziemia kościoła. Chociaż drzwi krypty były zapieczętowane i wydawały się nietknięte, a nic nie wskazywało, by do podziemi dostały się ścieki z burzowca, zapach zgnilizny był tak dojmujący, że obaj musieli oddychać przez nasycone octem chusteczki do nosa - inaczej nie powstrzymaliby torsji. W sumie wizja lokalna nie na wiele się zdała. Blunt wyszedł z katakumb równie mądry jak wprzódy.

Już kilka tygodni później dotarł jednak do niego kolejny zagadkowy meldunek - jeden z żandarmów doniósł mu mianowicie, że w okolicy mówi się o wielu ludziach, których widziano wchodzących do golami przy Fleet Street 186, ale którzy niemal na pewno z niej już nie wyszli, a wszelki ślad po nich odtąd zaginął. Rzut oka na plan miasta wystarczył, by ustalić, że firma Todda bezpośrednio sąsiaduje z kościołem św. Dunstana. Blunt nie miał zielonego pojęcia, czy istnieje jakiś związek między ohydnym smrodem w kościele a faktem niewytłumaczalnego znikania kolejnych klientów cyrulika - na wszelki wypadek jednak postanowił wziąć go pod ścisłą obserwację. W domu naprzeciw balwierni Todda ulokowano agentów, którzy dzień i noc nie spuszczali jej z oka. Trzymiesięczna inwigilacja pozwoliła stwierdzić, że co najmniej trzech gości, którzy weszli do zakładu Todda, z całą pewnością nigdy z niego nie wyszło. Mając wreszcie w ręku konkretne poszlaki - a w głowie coraz mroczniejsze podejrzenia - Blunt zarządził kolejną inspekcję podziemi kościoła św. Dunstana.

Po wyważeniu zapieczętowanego przed laty wejścia do katakumb oczom Blunta i jego podwładnych ukazał się przerażający widok. Na wiekach trumien i wokół nich piętrzyły się stosy ludzkich kości, czaszek i gnijących wnętrzności. Blunt i jego ludzie dotarli w końcu do miejsca, w którym wiodąca z krypty, przesiąknięta krwią ścieżka rozwidlała się w dwóch kierunkach - jeden jej odcinek prowadził do fryzjerni Todda, drugi do paszteciarni Mrs Lovett. Dla wszystkich stało się jasne, że Todd mordował swoich klientów, a ich zwłoki dostarczał kochance, która przerabiała je na pasztety.

Aby zyskać całkowitą już pewność, Blunt polecił jednemu ze swoich ludzi dokonać - pod nieobecność gospodarza - dyskretnej rewizji w domu Todda i zorientować się, czy są tam dalsze materiały dowodowe. Przedstawiony mu kilka dni później raport ostatecznie rozwiał resztki wątpliwości - żandarm przedstawił mu imienną listę ludzi zaginionych w balwierni. Sporządził na podstawie nazwisk wygrawerowanych na kopertach zegarków i wyhaftowanych na potnikach kapeluszy ofiar, które znalazł w szafie golibrody. Blunt natychmiast rozpoczął przygotowania do ujęcia pary morderców.

Posłał na Bell Yard kilku konstabli z nakazem aresztowania Mrs Lovett i konfiskaty zawartości jej piekarni w charakterze materiału dowodowego. Bow Street Runners wpadli do paszteciarni i na oczach klientów oraz gromadzących się coraz liczniej ciekawskich przechodniów przystąpili formalnie do zleconych im czynności. Usłyszawszy treść zarzutów, pod jakimi miano dokonać aresztowania Margery, tłum osłupiał z niedowierzania, które rychło przerodziło się we wściekły gniew, i gdyby nie stanowcza postawa konstabli, rozszalała gawiedź powiesiłaby Lovett na najbliższej latarni. Konstable czym prędzej wyprowadzili ją ze sklepu tylnym wyjściem i pierwszą dorożką, jaką udało im się zatrzymać, powieźli do Newgate.

Jeszcze w drodze do więzienia, wciśnięta między dwóch pilnujących jej żandarmów, Lovett załamała się i zaczęła mamrotać nieskładne, ledwie zrozumiałe zeznania. Dopiero znalazłszy się bezpiecznie w Newgate, poprosiła o widzenie z naczelnikiem więzienia, któremu oznajmiła, że pragnie złożyć formalne, zaprzysiężone oświadczenie.

W obecności wspomnianego naczelnika, pisarza oraz świadków stwierdziła następnie, iż prawdziwym winowajcą zbrodni jest Sweeney Todd, ona zaś była tylko jego wspólniczką i nie ma zamiaru zawisnąć na szubienicy sama. Oryginał tego dokumentu, niestety, zaginął - tu pozwolimy sobie przytoczyć kilka fragmentów wiarygodnej, jak się wydaje, jego wersji, opublikowanej w "London Chronicie".

    Świadoma, że stoję nad grobem, ja Margery Lovett oświadczam, co następuje:

    Sweeney Tod pierwszy wpadł na ów zbrodniczy pomysł, który później realizowaliśmy wspólnie. To on kupił dom na Bell Yard [...] i [...] wykopał podziemny tunel [...] łączący go z jego fryzjernią i kryptami kościoła św. Dunstana.

    Po ukończeniu wszystkich przygotowań przyszedł do mnie i złożył mi ofertę [...], na którą przystałam.

    Plan Sweeneya polegał na tym, by otworzyć paszteciarnię [...] jej jedynym celem miało być umożliwienie mu pozbycia się zwłok ludzi, których uzna za stosowne zamordować w swojej golami [...]. Zabił wielu. Interes rozrastał się i prosperował znakomicie, przynosząc nam obojgu majątek.

Pani Lovett zadała tylko jedno pytanie - czy jej oświadczenie może zostać wykorzystane jako dowód obciążający Todda. Naczelnik zapewnił ją, że owszem, i z całą pewnością w takim właśnie charakterze zostanie użyte.

Tymczasem sir Richard Blunt czynił przygotowania do nalotu na zakład fryzjerski Todda. Po obstawieniu wszystkich wejść do domu przy Fleet Street 186 Blunt w asyście kilku funkcjonariuszy wkroczył do golami i odczytał jej właścicielowi nakaz aresztowania. Cyrulik próbował zbiec, zatrzymano go jednak bez trudu, zakuto w kajdany i wepchnięto do oczekującego opodal powozu, który powiózł balwierza do Newgate. Panika, jaką aresztowanie zbrodniczej pary wywołało w Londynie, na kilka miesięcy pogrążyła miasto w chaosie, a handel pasztetami w całkowitej stagnacji.

Blunt chciał jak najszybciej doprowadzić do procesu, ale Mrs Lovett skutecznie pokrzyżowała mu szyki. Kilka dni przed Bożym Narodzeniem 1801 roku sir Richard dowiedział się, że mimo deklarowanej po wielokroć chęci wystąpienia przed sądem Margery popełniła w więzieniu samobójstwo.

Mimo utraty głównej podejrzanej, a zarazem koronnego i najbardziej wiarygodnego świadka, sir Blunt w szybkim tempie dopinał na ostatni guzik akt oskarżenia. W wyniku drobiazgowego przeszukania golami Todda, jego mieszkania i znajdujących się pod nim katakumb udało mu się odnaleźć dostateczną liczbę ubrań ofiar cyrulika, kosztowności i szczątków kostnych, by postawić podsądnemu uzasadniony zarzut dokonania około stu sześćdziesięciu morderstw. Cały Londyn lepiej czy gorzej znał te fakty, ale gdy zaczął się proces i oskarżenie przedstawiło całą górę dowodów rzeczowych, zarówno publiczności, jak i ławie przysięgłych po prostu zaparło dech w piersiach. Z przedstawionych sądowi materiałów wynikało, że u szczytu swego morderczego obłędu Todd wysyłał na tamten świat średnio jedną ofiarę miesięcznie, a wiele wskazywało, że mógł pracować w tym tempie nawet pięć lat. Przysięgłym wystarczyło pięć minut, by uzgodnić decyzję i uznać Todda za winnego zarzucanych mu zbrodni.

25 stycznia 1802 roku, zaledwie kilka dni po wydaniu wyroku, Sweeney Todd, czterdziestosześcioletni "demoniczny cyrulik z Fleet Street", zawisł na szubienicy w Newgate. Opisujące szczegóły jego egzekucji gazety podały, że "umierał ciężko" - do ostatniej chwili życia dławił się i wierzgał.

Zgodnie z panującym wówczas obyczajem ciało Todda przekazano Królewskiemu Towarzystwu Chirurgicznemu (Royal College of Surgeons) w charakterze pomocy naukowej dla studentów, którzy dokonali jego sekcji. Tak więc - w ostatecznym rozrachunku - Todda spotkał ten sam los co jego ofiary. Pokrojono go na drobne kawałki. Dziś, po upływie ponad dwóch stuleci, Sweeney Todd nadal znajduje się na pierwszym miejscu listy "najbardziej masowych" morderców brytyjskich, a jego historia stała się inspiracją jednego z najbardziej kasowych musicali wszech czasów [Chodzi o musical Stephena Sondheima Sweeney Todd the Demon Barber of Fleet Street; w marcu 2007 roku wszedł na ekrany film Sweeney Todd - według scenariusza tegoż musicalu].

 

* Daniel Diehl, Mark P. Donnelly "Dzieje kanibalizmu", 2008