Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Gazeta Wyborcza - 27/03/1998

 

 

Wojciech Pięciak

Czasy ołowiane, czasy wielkie

 

 

Trzy tygodnie temu został aresztowany Alfons Goetzfried, który przyznał się, że 3 listopada 1943 r. uczestniczył w akcji "Dożynki", podczas której w ciągu jednego dnia zamordowano 40 tys. Żydów. Aresztowanie to przypomniało światu, że wielu niemieckich zbrodniarzy z czasów wojny nadal nie zostało ukaranych.

Pod koniec zeszłego roku Bundestag znowelizował ustawę o emeryturach dla osób poszkodowanych przez wojnę. Ustawa obowiązywała w RFN od 47 lat. I przez cały ten czas nikomu do głowy nie przyszło, że kryje się w niej ładunek wybuchowy, który może poważnie zagrozić bońskiej polityce - i finansom.

Zaczęło się wieczorem 30 stycznia zeszłego roku, gdy miliony Niemców zasiadły przed telewizorami, by obejrzeć popularny program publicystyczny "Panorama". Pokazano w nim reportaż o mieszkańcach włoskiej wioski Caiazzo, którzy przez wiele lat nie mogli się pogodzić z faktem, iż morderca ich krewnych i przyjaciół do dziś nie został osądzony. Wprawdzie w 1993 r. niemiecki sąd orzekł, że Wolfgang Lehnigk-Emden winien jest wydania w 1943 r. rozkazu zamordowania 15 kobiet i dzieci z Caiazzo - ale odstąpił od wymierzenia kary. Dwa lata później sprawa trafiła do Sądu Najwyższego RFN, który potwierdził winę ówczesnego porucznika Wehrmachtu - ale uznał sprawę za przedawnioną. "Mieszkańcy Caiazzo musieli więc pogodzić się z myślą, że sprawiedliwość znajdą dopiero na tamtym świecie" - pisał gorzko tygodnik "Die Zeit".

I właściwie pogodzili się - nawet z tym, że morderca stał się w rodzinnym mieście Ochtendung (pod Koblencją) postacią powszechnie szanowaną: uznanym architektem, członkiem rady gminnej (z ramienia SPD!), założycielem miejscowej organizacji dobroczynnej, a nawet "królem karnawału" w 1996 roku. Obywatele Caiazzo wyciągnęli nawet rękę do pojednania i zaproponowali mieszkańcom Ochtendunga nawiązanie partnerskiej współpracy. Doszło do wzajemnych wizyt delegacji obu miast.

Opferrente dla zbrodniarza

Nie wiemy, co ludzie z Ochtendunga powiedzieli podczas kolejnego spotkania mieszkańcom Caiazzo - po tym, czego się dowiedzieli, obejrzawszy "Panoramę". A dowiedzieli się, że państwo niemieckie - to samo, które nie chciało ukarać Lehnigk-Emdena - wypłaca ponad 70-letniemu zbrodniarzowi tzw. rentę dla ofiar wojny (Opferrente) w wysokości 708 marek miesięcznie, jako dodatek do normalnej renty. I nie jest to żadne oszustwo ani pomyłka. Taka renta zgodnie z prawem należała się nie tylko Lehnigk-Emdenowi, lecz wielu zbrodniarzom wojennym. Dokładnie: wszystkim, włącznie z członkami organizacji uznanych za zbrodnicze przez trybunał w Norymberdze, którzy podczas wojny odnieśli jakieś rany. Wszyscy oni stali się beneficjentami ustawy z 1950 r.

Według "Panoramy" na początku zeszłego roku dodatkową rentę otrzymywało prawie 1,1 mln osób (żołnierzy lub wdów po nich). Rocznie państwo wydawało na ten cel prawie 13 mld marek; z tej sumy ponad 600 mln marek otrzymywali członkowie organizacji zbrodniczych (ok. 50 tys. osób) w rodzaju Waffen-SS. Dla porównania: tzw. jednorazowa pomoc, którą rząd RFN przyznał w 1991 r. polskim ofiarom nazizmu, a którą zarządza Fundacja Pojednanie - rozdzielając tę pomoc pomiędzy byłych więźniów obozów koncentracyjnych, robotników przymusowych czy dzieci urodzonych w obozach - wyniosła 500 mln marek.

Niemieccy dziennikarze odkryli też, że rentę dla ofiar wojny dostaje wdowa po zabitym podczas nalotu na Berlin Rolandzie Freislerze - osławionym przewodniczącym nazistowskiego Sądu Ludowego, który skazywał na śmierć działaczy niemieckiej opozycji antyhitlerowskiej. Renty nie dostają natomiast wdowy po straconych spiskowcach, którzy 20 lipca 1944 r. próbowali pozbawić życia wodza III Rzeszy.

Proszę zgadnąć...

Chociaż ustawa z 1950 r. nie była tajna, to fakt jej istnienia pozostawał jakby poza świadomością przynajmniej części społeczeństwa RFN. Dziennikarze "Panoramy", ludzie młodzi, wpadli na jej trop dość przypadkowo. Pojechali na Łotwę, by zrobić zdjęcia do reportażu o grupie 88 żyjących jeszcze łotewskich Żydów, którzy przeszli przez getta i obozy, a do dziś nie dostali żadnego odszkodowania od Niemiec. I tu dziennikarze odkryli coś szokującego: dowiedzieli się, że po odzyskaniu niepodległości przez Łotwę 179 żyjących tam członków łotewskich formacji SS zaczęło regularnie otrzymywać... rentę dla poszkodowanych podczas wojny.

Audycja "Panoramy" wywołała w RFN spore poruszenie. "Gdy tyle ofiar ciągle czeka na jakiekolwiek zadośćuczynienie, państwo niemieckie do dziś troszczy się nie o ofiary, tylko o ich oprawców - komentował >>Die Zeit<<. - Gdyby Hitler żył i został ranny np. podczas nalotu, to zgodnie z logiką tej ustawy mógłby zostać uznany za ofiarę samego siebie".

Liberalny "Sueddeutsche Zeitung" zauważył, że sprawa "nie jest wcale nowa", tyle że dotąd "nie poruszała specjalnie przedstawicieli wielkich partii politycznych w Niemczech". Dalej stwierdzał: "Prawo, które bez różnicy pozwala wypłacać dodatki do rent także zbrodniarzom wojennym, znieważa faktyczne ofiary narodowego socjalizmu". Wiele osób "musiało się zadowolić skromnymi odszkodowaniami, a inne nie dostały nic z powodu rygoryzmu i drobiazgowości przepisów [...] Wciąż żyją tysiące zapomnianych ofiar, którym państwo niemieckie odmówiło statusu prześladowanych przez nazizm". Statusu takiego nie przyznano ofiarom eutanazji, przymusowo wysterylizowanym kobietom, homoseksualistom, których mordowano w obozach. Nie przyznano go też robotnikom przymusowym (m.in. z Polski), dezerterom skazanym przez sądy wojenne i ludziom, którzy odmawiali służby wojskowej. Specjalny paragraf pozbawiał statusu prześladowanych... niemieckich komunistów. Wszyscy ci ludzie "muszą się przyglądać, jak swoje >>renty należne ofiarom<< otrzymują nazistowscy mordercy".

Do debaty włączyły się organizacje żydowskie. Latem na łamach "New York Timesa" ukazało się ogłoszenie sfinansowane przez American Jewish Committee. Przedstawiało dwie postacie: starego, biednego łotewskiego Żyda - i młodego łotewskiego esesmana, wyciągającego rękę w nazistowskim pozdrowieniu. Pod zdjęciami widniał podpis: "Proszę zgadnąć, który z nich dostaje dziś rentę od rządu Niemiec".

Komu Bonn zapłaci?

Dla Bonn nagłośnienie tej sprawy - w sposób przypominający niedawne naciski na Szwajcarię w kwestii "martwych kont" - było podwójnie kłopotliwe. Chodzi bowiem nie tylko o 88 Żydów z Łotwy, ale o miliony ofiar III Rzeszy z krajów Europy Wschodniej. I to w chwili, gdy w budżecie RFN brakuje pieniędzy, nasila się egoizm społeczny i konflikty między grupami interesów, gdy coraz trudniejsze staje się finansowanie "niemieckiego modelu dobrobytu" i "pokoju socjalnego".

Ale mimo pustej kasy Bonn nie miało wyjścia i 19 sierpnia ub.r. rozpoczęły się negocjacje między rządem RFN a przedstawicielami Jewish Claims Conference (Konferencją ds. Restytucji Mienia Żydowskiego). Kilka dni wcześniej kanclerz Helmut Kohl otrzymał list otwarty od 82 senatorów amerykańskich, popierających postulat Konferencji, by żydowskim ofiarom z Europy Wschodniej przyznać miesięczne renty. Doświadczenie uczy, że prędzej czy później Bonn zapłaci. Czy wówczas z podobnymi roszczeniami wystąpią ofiary z innych państw dawnego "bloku"?

W tej sytuacji ustawa z 1950 r. nie mogła się ostać. Nowelizacja dokonana przez Bundestag w listopadzie 1997 r. sprowadza się do możliwości częściowego lub całkowitego odebrania specjalnej renty osobom, które "w okresie panowania narodowego socjalizmu popełniły czyny przeciwko podstawom człowieczeństwa lub praworządności". Sformułowanie to wzbudziło zresztą wątpliwości: nowa ustawa "ma różne luki i wprowadza okresy przejściowe, co pozwala na swobodną interpretację jej zapisów - przestrzegał >>Die Zeit<<. - Trzeba teraz woli, by praktycznie wprowadzić ją w życie - tak by ze zmiany przepisów uczynić coś więcej niż tylko symboliczny gest".

Dzieje tej ustawy wymownie ukazują, jak do dziś działają struktury i regulacje stworzone w latach pięćdziesiątych. Ustawa jest schedą po latach pięćdziesiątych - okresie, kiedy demokratyczna RFN budowała prawne, polityczne i społeczne normy postępowania wobec nazizmu - czyli "politykę wobec przeszłości" (Vergangenheitspolitik).

Pokutowali, ale inni

Taki właśnie tytuł - "Polityka wobec przeszłości; początki Republiki Federalnej i przeszłość nazistowska" - nosi książka Norberta Freia, której poprawiona wersja ukazała się niedawno w RFN. Pracę 42-letniego naukowca z Instytutu Historii Najnowszej w Monachium warto przetłumaczyć na polski nie tylko dlatego, że jest zupełnie nowatorska, a chwilami sensacyjna. Przydałaby się na naszym rynku także z innego powodu.

Oto bowiem, po latach PRL-owskiej propagandy piętnującej zachodnioniemiecki "rewanżyzm" i "rewizjonizm", w Polsce do dobrego dziś tonu należy dobrze pisać o Niemcach. Wielu publicystów - w imię partnerstwa z zachodnim sąsiadem, jak najbardziej zresztą potrzebnego - sięga po argumenty, które niewiele mają wspólnego z prawdą historyczną. Jej miejsce zajmują mity - np. mit, jakoby Niemcy już od 1945 r. rozliczali się z nazizmem, nazywali po imieniu zbrodnie III Rzeszy i solennie za nie pokutowali.

W rozmowie z prof. Władysławem Bartoszewskim dziennikarka "Gazety" pyta: - Dlaczego panu przychodzi łatwiej rozmawiać z Niemcami niż z polskimi postkomunistami? Były szef polskiej dyplomacji odpowiada: - Jeśli, tak jak w RFN przez 30 lat, będą się kajać, przezwyciężać, jak potępią tamtą partię, jak miną dwa pokolenia, jak będę widział olbrzymią pracę wychowawczą uniemożliwiającą powrót totalitaryzmu - wtedy będę patrzeć inaczej. - Przecież w Niemczech jeszcze żyją ci, którzy brali udział w zbrodniach wojennych... - Ale nie działają politycznie - ripostuje Bartoszewski ("Gazeta" z 5 maja 1997).

Niestety, nie wygląda to tak optymistycznie. Prawdą jest, że Niemcy przez dziesięciolecia przezwyciężali przeszłość - tyle że nie byli to ci Niemcy, którzy osobiście ponosili odpowiedzialność za nazizm. Historyczny paradoks polegał na tym, że wśród intelektualistów, polityków, działaczy społecznych, którzy pokutowali i mówili głośno o zbrodniach nazizmu, ze świecą szukać ludzi z "brunatnymi" życiorysami.

Znamy już powojenną karierę Lehnigk-Emdena. Znacznie wyżej zaszedł Theodor Oberlaender, minister ds. wypędzonych w gabinecie Konrada Adenauera (w latach 1953-60). W roku 1960 bońska prokuratura umorzyła postępowanie przeciwko niemu "z braku dowodów". Zarzut dotyczył zbrodni, których dopuścił się eks-członek NSDAP i oficer Werhmachtu na okupowanej Ukrainie. Mimo to Oberlaender złożył dymisję pod wpływem ataków w mediach RFN i za granicą (głównie w NRD). Ale ponieważ prokurator nie znalazł dowodów winy, Oberlaendera wykreowano na "ofiarę niesłychanej kampanii", opartej na spreparowanych "kłamstwach wschodnioniemieckich komunistów". Tym bardziej że we wschodnim Berlinie urządzono mu zaocznie "propagandowy proces jako zbrodniarzowi wojennemu, sadzając tym samym na ławie oskarżonych Republikę Federalną".

Wszystkie te cytaty pochodzą nie z lat sześćdziesiątych, ale z prawicowego tygodnika "Junge Freiheit" z sierpnia 1995 r. W 1994 r. tygodnik ten wpisany został na "czarną listę" prasy obserwowanej przez Urząd Ochrony Konstytucji (raport Urzędu z maja 1997 r. zarzucił mu przyczynianie się do "erozji granicy między demokracją a prawicowym ekstremizmem"). W marcu 1996 r. zaś prokuratura w Kolonii wznowiła śledztwo przeciwko 92-letniemu Oberlaenderowi pod zarzutem morderstwa uznając wiarygodność niektórych zeznań świadków, odnalezionych w archiwach STASI, służby bezpieczeństwa NRD. Niestety, na proces się nie zanosi, gdyż odnalezienie owych świadków jest dziś niemal niemożliwe.

Pod własnym nazwiskiem

Jeszcze bardziej szokująca jest historia Wernera Besta. Był typowym - jak to określają Niemcy - "Schreibtischtaeter", mordercą zza biurka. Niezwykle zdolny prawnik, wykształcony na najlepszych uniwersytetach, członek NSDAP (od 1930 r.) i SS (od 1931 r.). W 1935 r. zostaje wysokim urzędnikiem berlińskiej centrali Gestapo, cztery lata później organizuje Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA) - instytucję współodpowiedzialną za Holocaust. Jako wysoki urzędnik RSHA uczestniczył nie tylko w realizacji programu zagłady Żydów, ale też - jak podaje "Encyklopedia Holocaustu" - w "mordach na polskiej inteligencji". W latach 1942-45 był pełnomocnikiem Rzeszy w okupowanej Danii, faktycznym wielkorządcą tego kraju. W 1949 r. sąd w Kopenhadze skazuje go na karę śmierci, jednak już w 1951 r. zostaje zwolniony z więzienia.

Wtedy zaczyna się najbardziej zdumiewający etap w życiu Besta. Ten "niewyuczalny ideolog", który nigdy nie wykazał cienia skruchy ani nawet "świadomości czynionego przez siebie bezprawia" (tygodnik "Das Parlament"), został najpierw sowicie opłacanym doradcą prawnym wielkiego przemysłu w RFN, a potem wpływowym politykiem FDP (Partii Wolnych Demokratów) w landzie Nadrenia Północna-Westfalia.

Jako polityk zajmował się skutecznie - jak pisał berliński tygodnik "Wochenpost" - "ochranianiem starych towarzyszy broni, którzy musieli odpowiadać za zbrodnie [...] zwłaszcza tych, którzy popełnili je na wschodzie Europy". Trudnił się m.in. organizowaniem świadków, którzy składali fałszywe zeznania przed sądami. A wszystko to pod własnym nazwiskiem; nie zmienił go, "bo i tak był zbyt znany" ("Wochenpost"). Umarł w roku 1989 w wieku 86 lat, prawie nie niepokojony przez wymiar sprawiedliwości RFN. Został wprawdzie aresztowany w 1969 r. pod zarzutem organizowania masowych zbrodni w okupowanej Polsce, ale zwolniono go "z powodu stanu zdrowia". Dopiero na dwa tygodnie przed śmiercią Besta prokuratura w Duesseldorfie złożyła w sądzie wniosek o rozpoczęcie procesu. Akt oskarżenia zarzucał mu zamordowanie 8, 723 mln osób...

Przeszłość ciągle żywa

Dlaczego tak było? Dlaczego w demokratycznych Niemczech, odrzucających dziedzictwo nazizmu, mogli działać publicznie tacy ludzie jak Best czy Lehnigk-Emden? Publicyści i historycy podejmowali ten temat dziesiątki razy. A jednak wypada się zgodzić z Freiem, gdy w przedmowie do swej książki pisze, że dzieje "przezwyciężania przeszłości" w RFN nie były dotąd przedmiotem badań historyków, którzy bali się tego "wybuchowego tematu". Pewne tematy zaczyna się badać dopiero dziś.

Dzieje się tak z paru powodów. Wiosną 1995 r., w 50. rocznicę zakończenia wojny, w Niemczech rozgorzał spór, czy 8 maja obchodzić jako dzień wyzwolenia, czy klęski. Joachim Garstecki, sekretarz generalny katolickiego ruchu pokojowego Pax Christi, napisał wówczas w tygodniku "Publik-Forum", że wcale go nie dziwi, iż takie dyskusje wybuchają po pół wieku - bo przecież "normalnie dyskutować można dopiero teraz", gdy skończyła się zimna wojna. Do 1989 r. rocznica ta w NRD obciążona była ideologiczną przyjaźnią z ZSRR, zaś w RFN nie wspominano o niej prawie w ogóle...

Nie bez znaczenia jest też upływ czasu. Wielu aktorów wydarzeń sprzed półwiecza już nie żyje i pokolenie, które mogłoby coś tutaj blokować, jest coraz mniej liczne. A młodzi historycy i publicyści nie mają biograficznych obciążeń. Mimo to niektóre debaty wciąż rozpalają emocje.

W 1997 r. przez niemieckie media przetoczyła się fala gwałtownych sporów nad wystawą dokumentującą zbrodnie Wehrmachtu w ZSRR i Jugosławii. Krytycy wystawy uznali, że przedstawia ona armię III Rzeszy jako organizację zbrodniczą i znieważa 20 mln Niemców, którzy w niej służyli. Konserwatywny dziennik "Frankfurter Allgemeine Zeitung" wprawdzie wystawę krytykował, ale łagodnie i rzeczowo - czym wywołał oburzenie wielu starszych czytelników. W listach do redakcji dawali stanowczy wyraz przekonaniu, że trzeba oddzielić Hitlera od prowadzonej przezeń wojny. Można się zgodzić, że nazizm był zbrodniczy, lecz jednak wojna była wojną, jak każda inna... Jeden z czytelników napisał: "W latach 50. taka wystawa nie byłaby możliwa", bo wówczas "żyło jeszcze zbyt wielu nas, żołnierzy Wehrmachtu".

Jest jeszcze jeden powód, dla którego we współczesnych Niemczech z taką siłą odżyło zainteresowanie czasami nazizmu. Sprawiły to rozliczenia z przeszłością NRD po 1989 r. Konsekwencja - bo raczej nie surowość - tych rozliczeń bierze się w jakimś stopniu właśnie z przeświadczenia, że tym razem, przy rozrachunkach z przeszłością "czerwoną", nie można zrobić tego błędu, jaki popełniono 50 lat temu, zaniechawszy gruntownego rozliczenia z przeszłością "brunatną". Pomimo że - jak twierdzi Margot von Renesse, posłanka SPD - "od reżimu nazistowskiego, który wywołał wojnę światową i zorganizował Holocaust, reżim NRD dzielą lata świetlne".

Deficyt rozrachunków

Trzeba więc się zgodzić z Freiem, gdy pisze, że dopiero dziś "historycy odkrywają temat społecznego i duchowo-kulturowego rozwoju Niemiec w latach 50. i 60." oraz "politycznego i intelektualnego potraktowania schedy po nazizmie". Wcześniej, "zwłaszcza w ciągu pierwszych 20 lat istnienia RFN, przeszłość nazistowska była wypierana ze świadomości społecznej". Mieliśmy do czynienia z "deficytem rozliczeniowym".

Niemieccy intelektualiści, miast zająć się owym fenomenem, przeważnie szukali jego wytłumaczenia lub usprawiedliwienia. Pisano więc, że w latach 50. deficyt ów był nie do uniknięcia; choćby z powodu ogromnej liczby ludzi mniej czy bardziej obciążonych współpracą z państwem nazistowskim. Albo też - że wynikał z "dominacji konfliktu z komunizmem - ówczesnym wariantem zagrożenia totalitarnego". Lub też że był wyrazem "powszechnego odwrócenia się od problemów etyczno-duchowych i od historii" - na rzecz "materializmu rynkowo-gospodarczego". Zdaniem Freia "najbardziej efektowną interpretację" owego deficytu zaproponował w 1983 r. Hermann Luebbe, który w "przemilczeniu przeszłości" w latach 50. dostrzegł "czynnik społeczno-psychologiczny i polityczny", niezbędny dla szczęśliwej przemiany byłych nazistów w przykładnych obywateli RFN.

Tak czy inaczej, Frei zdaje się przyznawać rację lewicowemu pisarzowi Ralphowi Giordano, który w książce "Zweite Schuld" (z 1987 r.) nazwał deficyt rozliczeniowy "drugą winą" Niemców. Drugą - po nazizmie.

Pod sąd aliantów

Uczestnicy konferencji poczdamskiej, zwołanej po kapitulacji III Rzeszy, w jednym byli zgodni: że trzeba podjąć stanowcze kroki w celu przeprowadzenia denazyfikacji Niemiec, uwolnienia ich od ideologii nazistowskiej, stworzenia podstaw pod nowe społeczeństwo, a równocześnie ukarania zbrodniarzy hitlerowskich oraz odsunięcia od życia publicznego tych ludzi, którzy wprawdzie w myśl prawa karnego nie mieli na sumieniu zbrodni, ale aktywnie wspierali ludobójczy reżim. Ogólnie znane są przyczyny, dla których w strefach okupacyjnych aliantów zachodnich denazyfikację połączono z demokratyzacją i "reedukacją" społeczeństwa, w strefie radzieckiej zaś stała się ona instrumentem tworzenia państwa totalitarnego (NRD), a represje objęły nie tylko nazistów, lecz także przeciwników nowego ustroju.

Zacznijmy od procesów przed alianckimi sądami wojskowymi. Jak pisze Erhard Cziomer ("Historia Niemiec 1945-1991"), "oblicza się, że w strefach zachodnich w latach 1945-49 wydano orzeczenia skazujące w stosunku do 5025 osób, w tym 806 skazano na karę śmierci, ale wyroki wykonano tylko na 486 osobach". W strefie radzieckiej "karę wymierzono około 45 tysiącom osób". A mimo to - stwierdza Cziomer - "ani mocarstwa okupacyjne, ani też po 1949 r. oba państwa niemieckie nie uporały się ze sprawą rozliczenia zbrodni hitlerowskich".

Akcja denazyfikacyjna objęła w zachodnich strefach miliony osób podejrzanych o sprzyjanie nazizmowi. Teraz musiały wypełniać szczegółowe kwestionariusze, liczące sto kilkadziesiąt pytań, a dotyczące ich przeszłości politycznej i społecznej (tylko w strefie amerykańskiej złożono 13 mln kwestionariuszy). Oceną tych ankiet zajmowały się Izby Orzekające, w strefach francuskiej i angielskiej kierowane początkowo przez aliantów, w amerykańskiej - złożone od początku z ławników niemieckich.

Na podstawie tych materiałów Izby Orzekające postanowiły wszcząć 3 mln 600 tys. "postępowań prześwietlających". Ich celem było zakwalifikowanie danej osoby do jednej z pięciu kategorii: 1) główny winowajca, 2) obciążony, 3) mniej obciążony, 4) zwolennik bierny (Mitlaeufer), 5) oczyszczony. Osoby zaliczone do kategorii pierwszej i drugiej czekały surowe kary: możliwość skierowania do obozu pracy przymusowej (nawet na dziesięć lat), konfiskata mienia, utrata praw wyborczych. Ludzie z kategorii trzeciej i czwartej musieli się liczyć z utratą prawa wykonywania zawodu, pozbawieniem różnych uposażeń (ciągłości pracy, emerytury itp.) lub z grzywną.

Jak wynika z niepełnych danych, do pierwszej kategorii zaliczono ponad 1600 osób, do drugiej ponad 23 tys., do trzeciej ponad 150 tys., do czwartej ponad milion. Najsurowsze decyzje zapadały w strefie amerykańskiej. Jak pisze Anna Wolff-Powęska, Anglicy "byli wolni od patosu misyjnego Amerykanów", zaś Francuzi "improwizowali" lub traktowali denazyfikację zgoła instrumentalnie. Zdarzało się więc, że nauczyciela, który dostał zakaz pracy w strefie amerykańskiej, przyjmowano do szkoły w strefie brytyjskiej.

Ogromna skala procedury denazyfikacyjnej, z czym wiązały się nieuchronnie chaos w interpretacji przepisów i daleko posunięta arbitralność orzeczeń, nieadekwatność zbiurokratyzowanych metod śledczych wobec nader złożonej kwestii, jak ocenić indywidualną winę Niemca posłusznego prawu III Rzeszy, wreszcie potężna fala niechęci, czy wręcz nienawiści społecznej, dla akcji "oczyszczania" - wszystko to sprawiło, że w zgodnej ocenie historyków (niemieckich i spoza Niemiec) denazyfikacja zakończyła się porażką. "Doprowadziła do represji i kar w stosunku do ludzi na najniższych szczeblach władzy i administracji" - pisze Cziomer. Szary człowiek mówił w końcu lat 40. to samo, ale bardziej dosadnym językiem: "płotki powieszono, grube ryby uszły cało".

I rzeczywiście... Izby Orzekające w strefie amerykańskiej, zawalone milionami kwestionariuszy, w pierwszej kolejności rozpatrywały sprawy osób mniej obciążonych, bo były to sprawy łatwiejsze. Teczki ludzi poważnie winnych odkładano na później - aż przyszedł rok 1948 i alianci stracili zainteresowanie dla denazyfikacji.

Jak wielkie emocje rozpalała owa akcja w społeczeństwie niemieckim, niech świadczy ocena, jaką wystawił jej Willy Brandt, późniejszy kanclerz Republiki Federalnej. Brandt, działacz socjaldemokracji, w czasie wojny uczestnik norweskiego ruchu oporu, do Niemiec wrócił w alianckim mundurze. Denazyfikację nazwał wówczas "zbiurokratyzowanym procesem czarownic", który pokazuje, "jak niszczycielska jest teza o winie zbiorowej".

Trzy filary

Praca Freia obejmuje okres od powstania RFN w roku 1949 do połowy lat 50. Ten okres ma znaczenie kluczowe. Oto powstaje państwo niemieckie. Zachodni alianci wycofują się z bezpośredniego zarządzania strefami okupacyjnymi. Społeczeństwo demokratycznie wybiera władze, które, podejmując suwerenne decyzje, mają wytyczyć polityczne, prawne i intelektualne normy postępowania wobec nazizmu - swoistą "politykę wobec przeszłości". Frei dochodzi do wniosku, że owa polityka składała się z trzech elementów.

Po pierwsze, chodziło o ułaskawienie lub zaniechanie ścigania zbrodniarzy nazistowskich.

Po drugie - o zintegrowanie milionowej armii byłych członków NSDAP w nowym społeczeństwie.

Wreszcie trzeci filar, "polityki wobec przeszłości", na pierwszy rzut oka pozostawał w sprzeczności z dwoma poprzednimi, Frei sądzi jednak, że niejako osłaniał je ("flankował"). Chodziło o wytyczenie wyraźnej granicy w polityce, prawodawstwie i życiu publicznym, która miała "odgrodzić" nowe społeczeństwo i jego instytucje od tych środowisk politycznych, które próbowałyby nawiązać do tradycji narodowosocjalistycznych.

Polityka "trzech filarów", realizowana jednomyślnie przez rząd Adenauera i cały Bundestag (włącznie z opozycją socjaldemokratyczną), zyskała poparcie przytłaczającej większości społeczeństwa. Niezadowolenie okazywały jedynie środowiska ofiar nazizmu, te wszakże stanowiły w Niemczech znikomą mniejszość. Położenia kresu denazyfikacji domagały się natomiast miliony "zwyczajnych Niemców". Pisze Frei: "Żądania zasadniczej korekty alianckiej polityki >>oczyszczania<<, >>reedukacji<< i >>reorientacji<< były w Niemczech obecne już w roku 1945. Bardzo szybko z krytyki wypowiadanej szeptem zamieniły się w głośną i jednoznaczną krytykę całego procesu denazyfikacji. Mniej więcej od roku 1947, a najpóźniej 1948, ta tonacja stała się powszechna i dominująca. Równolegle zmniejszała się gotowość do - początkowo pożądanej - >>przemiany duchowej<<. Proces ów następował tym szybciej, im szybciej alianci starali się włączyć pokonane Niemcy w proces politycznej i ekonomicznej rekonstrukcji Europy Zachodniej".

Gra ze zwycięzcami

By zrozumieć ówczesne nastroje, dość wspomnieć powieść Ernsta von Salomona "Kwestionariusz", której pierwsze wydanie rozeszło się w 1951 r. w nakładzie 250 tys. egzemplarzy. Leksykon Roberta Wistricha "Kto był kim w III Rzeszy" tak streszcza tę powieść: "Pod szokująco szczerym, sarkastycznym i prześmiewczym piórem von Salomona powojenna denazyfikacja wydała się niemal równie barbarzyńska jak Dachau i Buchenwald. Powodzenie książki dowodziło, że dotknęła czułej struny w niemieckiej psychice, wyrażając amoralną obojętność na zbrodnie popełnione za III Rzeszy, hołd dla pruskiego autorytaryzmu i pogardę dla >>głupich zwycięzców<<".

Prowadzona od początku RFN "radykalna weryfikacja" alianckiej polityki denazyfikacyjnej miała, zdaniem Freia, istotną funkcję psychologiczną - chodziło o "odcięcie symboliczną grubą kreską" czterech lat obcych rządów, przez większość Niemców uważanych za rządy okupacyjne. Jednakże, choć w 1949 r. alianci wycofali się z bezpośredniego ingerowania w sprawy RFN, to bynajmniej nie zrezygnowali z kontrolowania, co się w tym kraju dzieje. Tworzenie zrębów "polityki wobec przeszłości" oznaczało więc - zwłaszcza dla Adenauera - konieczność prowadzenia z aliantami ciągłej gry; badania, na co jeszcze można sobie pozwolić. W tej grze stronie niemieckiej chodziło o uzyskanie jak największych koncesji i o zwiększenie pola manewru.

Na korzyść RFN przemawiała od początku geopolityka. "Zimna wojna" - zwłaszcza po wybuchu otwartej wojny w Korei - sprawiła, że zachodnie Niemcy stawały się dla Zachodu coraz ważniejszym partnerem wojskowym. W 1955 r. RFN została członkiem NATO. Wczorajszy wróg został sojusznikiem aliantów. Od tej chwili nie można już było uniknąć pytania: kto w końcu ma tworzyć Bundeswehrę, jeśli nie byli generałowie Wehrmachtu? I kto ma budować siatkę wywiadu (BND) obserwującego komunistyczny Wschód, jeśli nie Reinhard Gehlen - generał Wehrmachtu, w czasie wojny szef wywiadu wojsk lądowych na froncie wschodnim, doskonale obeznany z pracą wywiadowczą w ZSRR?

I kto miał być agentem? Czyż nie Karl Haas, podczas wojny funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa (SD) w Rzymie, współodpowiedzialny wraz ze skazanym trzy tygodnie temu Erichem Priebke za masakrę 335 Włochów i Żydów w Grotach Ardeatyńskich? Za tę zbrodnię Haas odpowiadał przed włoskim sądem dopiero w 1997 r., mając lat 85. Bo choć przez minione pół wieku mieszkał pod własnym nazwiskiem na Sycylii, to jednak - jak ujawnił tygodnik "Der Spiegel" - pozostawał "pod opieką" zachodnich wywiadów, z którymi podjął współpracę po wojnie. W końcu miał doświadczenie w rozpracowywaniu lewicowego podziemia, a po wojnie Włoska Partia Komunistyczna była realnym zagrożeniem.

Frei swoją książkę rozpoczyna od analizy działań legislacyjnych, za sprawą których rozgrzeszono większość Niemców podpadających pod alianckie procedury denazyfikacyjne. Większość z tych regulacji przyjęto bardzo szybko, bo już w pierwszej połowie kadencji pierwszego Bundestagu (1949-51).

Pierwszym krokiem była ustawa amnestyjna (tzw. amnestia federalna), uchwalona przez Bundestag jednomyślnie (także głosami frakcji komunistycznej) w 1949 r. Amnestia objęła przestępstwa popełnione przed 15 września 1949 r., za które groziła kara do pół roku więzienia lub roku w zawieszeniu. Z dobrodziejstwa ustawy skorzystało ok. 800 tys. osób. Ogromna większość popełniła przestępstwa gospodarcze w czasach "czarnego rynku". Jednak amnestia objęła także sprawców przestępstw nazistowskich. Ilu, nie wiadomo, gdyż nikt nie prowadził takiej statystyki. W grę mogło wchodzić kilkadziesiąt tysięcy osób, mających na sumieniu przestępstwa mniejszego kalibru - jeśli można tak określić np. pobicie ze skutkiem śmiertelnym bądź nieumyślne zabójstwo. Dzięki amnestii uniknęła ścigania większość nazistowskich uczestników "kryształowej nocy" (pogromu Żydów w listopadzie 1938 r.), winnych ograniczenia cudzej wolności, nadużycia władzy, zranienia ciała czy pobicia.

Dodatkowo w ustawie amnestyjnej wymieniono wprost szczególną kategorię nazistów: tych, którzy w 1945 r. przybrali fałszywą tożsamość, by uniknąć alianckiego obozu bądź denazyfikacji. Posiadacze "lewych papierów" wygrali podwójnie: uniknęli nie tylko kary za kilkuletnie ukrywanie się (i swych win), ale też denazyfikacji, która w latach 1949-50 była już tylko "czczą formalnością".

Charakterystyczne, pisze Frei, że ówczesna opinia publiczna... nie zauważyła, kto skorzystał z amnestii. Tej świadomości nie miała też zapewne część posłów. Zdaniem Freia urzędnicy z Ministerstwa Sprawiedliwości przygotowujący projekt ustawy (niemal wyłącznie eks-naziści) świadomie zataili, iż skorzystają na niej także zbrodniarze. Ani bowiem w tekście ustawy nie ma bezpośrednio mowy o zbrodniach, ani nie wspominano o tym na forum parlamentu. Zamiast tego w Bundestagu mowa była o "zawirowaniach" ostatnich lat, które należy zakończyć, i o potrzebie "przykrycia przeszłości płaszczem zapomnienia".

Wkrótce nastąpiły kolejne kroki legislacyjne. W 1950 r. Bundestag przyjął "Zalecenia" dla krajów związkowych, zmierzające do zakończenia denazyfikacji, która objęła miliony osób i "była już przez społeczeństwo w zasadzie znienawidzona". "Zalecenia" znów poparli w Bundestagu mówcy ze wszystkich partii.

Rok później Bundestag uchwalił (znowu jednomyślnie) "Ustawę w kwestii uregulowania prawnej sytuacji osób, do których odnosi się art. 131 konstytucji". Chodziło o około 300 tys. urzędników państwowych i żołnierzy zawodowych, którzy zostali po wojnie negatywnie zweryfikowani przez aliantów, a których większość mogła teraz - na mocy tejże ustawy - powrócić do służby publicznej. Dobrodziejstwo ustawy objęło nawet - choć trudno w to uwierzyć - większość funkcjonariuszy Gestapo. Co prawda w preambule mówi się, że ustawa nie dotyczy gestapowców. Dalej jednak stwierdzono, że ustawa obejmuje tych funkcjonariuszy, którzy do Gestapo skierowani zostali "na drodze urzędowej". Otóż Gestapo (tajną policję państwową) utworzono poprzez wydzielenie osobnego pionu z policji kryminalnej. Znaleziono więc kruczek prawny, by oczyścić większość starszych, kierowniczych kadr Gestapo, które trafiły tam właśnie "na drodze urzędowej".

Przyjęcie tej ustawy można porównać do "przerwania wału ochronnego podczas powodzi" - pisze Frei. Doszło do tego, że "w następnych latach krzyk zaczęli podnosić wszyscy", którzy uważali się za "ofiary rozliczeń z nazizmem", a słowo "zadośćuczynienie" (Wiedergutmachung) coraz częściej odnoszono nie do ofiar nazizmu, ale do "ofiar" rozliczenia z nazizmem.

Ostatnim krokiem legislacyjnym była druga amnestia z roku 1954, uchwalona przez Bundestag prawie jednomyślnie. Objęła "czyny popełnione podczas rozpadu państwa". Spać spokojnie mogli odtąd wszyscy, którzy między 1 października 1944 r. a 31 lipca 1945 r. popełnili cięższe przestępstwa, "wykonując swe obowiązki wynikające ze stosunku służbowego lub urzędowego, a w szczególności wykonując rozkazy". W grę wchodziły czyny zagrożone karą do trzech lat więzienia. Bezpośredni skutek tej amnestii był taki, że liczba postępowań wszczętych przez niemieckie prokuratury spadła z 2,5 tys. w roku 1950 do zaledwie 183 w roku 1954.

I tak - stwierdza Frei - "w połowie lat 50. już prawie nikt [poza winnymi najcięższych zbrodni - W.P.] nie musiał się obawiać, że państwo lub wymiar sprawiedliwości będą go niepokoić. Prawie wszyscy byli oczyszczeni - lub usprawiedliwieni".

Każdy walczył o swoich

W dalszej części Frei zajmuje się "wieloletnimi targami" władz niemieckich o skazanych przez alianckie sądy zbrodniarzy nazistowskich. Chodzi nie tylko o zbrodniarzy wojennych, lecz także o funkcjonariuszy NSDAP, urzędników różnych instytucji III Rzeszy, gestapowców i esesmanów, nadzorców w obozach koncentracyjnych, członków grup specjalnych ("Einsatzgruppen") czy przemysłowców skazanych za wykorzystywanie robotników przymusowych.

"Pierwsze starania o ułaskawienie zbrodniarzy, z których wielu otrzymało karę śmierci, zaczęły się już w latach 1946-47 - pisze Frei. - Duży w tym udział miały Kościoły ewangelickie i Kościół katolicki, co trudno określić inaczej niż jako działania czysto polityczne. W tym czasie Kościoły świadomie próbowały odgrywać rolę nie istniejącej centralnej władzy państwowej. Zwłaszcza zaangażowanie Rady Kościołów Ewangelickich Niemiec wynikało nie tyle z chrześcijańskiego sprzeciwu wobec kary śmierci, ile ze słabo skrywanych narodowych resentymentów, jakie budziła działalność alianckiego wymiaru sprawiedliwości, postrzeganego jako zemsta na pokonanych".

Tak było przed rokiem 1949. Po powstaniu RFN kampania na rzecz ułaskawienia zbrodniarzy nazistowskich przybrała olbrzymie rozmiary. Uczestniczyli w niej zgodnie: rząd Adenauera, partie polityczne ("cała bońska polityka" - pisze Frei), media i różne grupy nacisku - lobby urzędnicze, przemysłowe, zawodowych wojskowych... Każdy walczył o "swoich". Walczył skutecznie. "Po szeregu ułaskawień, które stronie niemieckiej udało się wywalczyć, zwłaszcza u Amerykanów, liczba Niemców przebywających w alianckich więzieniach spadła do ok. 1800 osób".

Niezwykłe wrażenie robi ówczesny język: zwolennicy uwolnienia zbrodniarzy mówili o "rozwiązaniu problemu przestępców wojennych". W aktach bońskiego MSZ mowa jest nawet o... "ostatecznym rozwiązaniu" problemu skazanych (Endloesung - w dokumentach III Rzeszy słowem tym określano zadanie całkowitej likwidacji narodu żydowskiego).

Frei twierdzi, że ta aktywność "mocno kontrastowała z niezbyt gorliwymi i jakby nie do końca szczerymi staraniami o ofiary nazizmu". Oto dopiero w 1958 r. - trzynaście lat po wojnie - ministrowie sprawiedliwości krajów związkowych (landów) postanowili powołać do życia Centralny Urząd ds. Badania Zbrodni Nazistowskich w Ludwigsburgu. Urząd początkowo zajmował się ściganiem jedynie tych zbrodni, które popełniono poza granicami Niemiec; dopiero od 1964 r. prowadzi badania także na terenie RFN. Tymczasem już w 1949 r. przy federalnym Ministerstwie Sprawiedliwości utworzono Centralny Urząd ds. Pomocy Prawnej, którego zadaniem było zapewnienie pomocy prawnej i "właściwej obrony" niemieckim więźniom odbywającym karę za granicą lub w więzieniach alianckich - także w Spandau, gdzie odsiadywali wyroki nazistowscy prominenci skazani w procesie norymberskim.

Presja na Adenauera

"Nic nie wskazuje, by Konrad Adenauer podejmował wszystkie te działania z przekonania" - przyznaje Frei. I rzeczywiście, był on nie tylko zdeklarowanym przeciwnikiem nazizmu (podobnie jak komunizmu), ale też żywił głęboką awersję do niemieckich nacjonalistów. Przed rokiem 1933 nadburmistrz Kolonii i przewodniczący Rady Państwa Prus, po dojściu Hitlera do władzy został usunięty ze stanowisk. W III Rzeszy żył na "wewnętrznej emigracji", niezbyt zresztą spokojnej - dwukrotnie aresztowany, spędził kilka miesięcy w hitlerowskich więzieniach.

Teraz jednak kanclerz nie miał wyjścia: naciskały nie tylko partie jego koalicji, ale też część opozycji, opinia publiczna i różne grupy, z którymi musiał się liczyć. Np. lobby wojskowe postawiło wręcz ultimatum (w tzw. memorandum byłych oficerów Wehrmachtu z Himmerode): jeśli nie zostaną uwolnieni "towarzysze broni", to kadra nie włączy się w prace nad tworzeniem Bundeswehry. Frei twierdzi, że naciski partyjne - zwłaszcza FPD i jawnie nacjonalistycznej Partii Niemieckiej (w pierwszej kadencji Bundestagu koalicjant w rządzie Adenauera) - na zwolnienie wszystkich skazanych były tak silne, iż zagrażały całej prozachodniej polityce kanclerza. Obie partie nie wahały się bowiem sięgać po szantaż.

Działania te przyniosły pożądany skutek: w latach 1953-55, w toku prac nad tzw. traktatami zachodnimi (dotyczącymi przystąpienia RFN do NATO i utworzenia Bundeswehry) "Adenauerowi nadludzkim wysiłkiem i przy zaangażowaniu wszelkich sił udało się uzyskać od zachodnich aliantów stosowne koncesje, na mocy których do 1958 r. wyszli na wolność ostatni skazani przez sądy trzech mocarstw zachodnich". Więzienia opuścili nawet... skazani na śmierć dowódcy tzw. grup specjalnych (Einsatzgruppen), które zajmowały się wyłącznie popełnianiem zbrodni przeciwko ludzkości (to one wymordowały na okupowanych terenach ZSRR prawie milion Żydów).

W walce o ułaskawienie zbrodniarzy celem była nie tylko wolność dla kilku tysięcy osób. "W ostatecznym rachunku chodziło o polityczną moralność milionów ludzi", którzy za cenę prawdy potrzebowali dojrzeć jakiś sens w swej historii z lat 1939-45, okupionej tak wielkimi ofiarami... Jednakże, zdaniem Freia, skutek był taki, że "w świadomości społecznej mogła zaniknąć zbrodnicza istota III Rzeszy i prowadzonej przez nią agresywnej, zaborczej wojny".

Dodajmy, że ta tendencja pokutuje w niemieckim społeczeństwie do dziś. Widać to było we wspomnianej debacie wokół wystawy o zbrodniach Wehrmachtu, gdy w starszym pokoleniu znów odżyła legenda "czystej armii niemieckiej" - ostoi prawości i rycerskości w "nazistowskim morzu", jakie zalało Niemcy po 1933 r.

Którzy przesadzili

Trzeci filar powojennej "polityki wobec przeszłości" to proces wyznaczania normatywnych granic, oddzielających prawnie i politycznie nowe Niemcy od schedy po III Rzeszy. Chodziło o wyraźne wskazanie: owszem, eks-naziści mogą znaleźć swe miejsce w RFN, wszelako pod kategorycznym warunkiem, że nigdy nie ośmielą się publicznie twierdzić, iż ich wcześniejsza działalność zasługuje na uznanie i kontynuację.

"Konieczność wyznaczenia takich granic stała się tym pilniejsza - pisze Frei - im bardziej postępowało powszechne amnestionowanie i integracja" byłych nazistów w demokratycznym państwie. Prowadziło to bowiem do wytworzenia się swoistego klimatu społecznego, grożącego podważeniem "antynazistowskiego konsensusu, który legł u podstaw nowej rzeczywistości po 1945 r.". Doszło nawet do tego, że "wymiar sprawiedliwości interweniował dopiero wtedy, gdy ktoś próbował jawnie usprawiedliwiać zbrodnie nazistowskie, w szczególności zagładę Żydów", albo odsądzać od czci i wiary Niemców, którzy działali w ruchu oporu przeciwko Hitlerowi.

Celowali w tym zwłaszcza Wolfgang Hedler, poseł do Bundestagu z Niemieckiej Partii Rzeszy (Deutsche Reichspartei) o poglądach otwarcie neonazistowskich oraz Otto Ernst Remer, polityk Socjalistycznej Partii Rzeszy (Sozialistische Reichspartei, SRP). Remer zwykł nazywać "zdrajcami" ludzi, którzy 20 lipca 1994 r. próbowali dokonać zamachu na Hitlera.

Tu jednak państwo okazało się stanowcze. Obu polityków postawiono przed sądem i skazano - Hedlera w 1950 r., Remera w marcu 1952 r. (Ten ostatni przed więzieniem ratował się ucieczką do Egiptu. Z czasem wrócił do RFN, stał się postacią kultową w ruchu neonazistowskim - i w 1994 r. ponownie uciekł z kraju z wyrokiem 22 miesięcy więzienia za podżeganie do nienawiści rasowej i negowanie Auschwitz). Procesy, które zakończyły karierę obu polityków, stały się sygnałem: w tym miejscu przebiega granica, której przekroczyć nie wolno.

Innymi sygnałami były delegalizacja SRP, orzeczona jesienią 1952 r. przez sąd niemiecki oraz aresztowanie na początku 1953 r. przez brytyjskie władze okupacyjne Wernera Naumanna, byłego sekretarza stanu w Ministerstwie Propagandy III Rzeszy. Naumann, polityk FDP w Północnej Nadrenii-Westfalii, skupił wokół siebie grupę działaczy o poglądach narodowosocjalistycznych, która zamierzała opanować lokalne struktury partii. Jego aresztowanie miało, zdaniem Freia, duże znaczenie dla kształtowania się krajobrazu politycznego RFN - w ten sposób "zakończyły się spekulacje o możliwości stworzenia masowej partii nacjonalistycznej na prawo od CDU".

Tym samym otwarte przyznawanie się do ideologii nazistowskiej i antysemityzmu stało się tematem tabu, a każdy, kto chciał poważnie zaistnieć w niemieckiej polityce, musiał (i musi do dziś) dostosować się do tej reguły.

Warto zauważyć, że choć wszystkie te kroki (poza rozbiciem "Kręgu Naumanna") podejmowali sami Niemcy, to jednak "duży wpływ na nie miała świadomość, iż zachodni alianci zagwarantowali sobie prawo do interwencji" w razie odradzania się faszyzmu w RFN. Można więc powiedzieć, że wtedy właśnie, w latach 50., w niemieckiej polityce wykształcił się szczególny mechanizm, każący oceniać każdą decyzję pod kątem pytania: co powie zagranica? Co powiedzą inni - nasi sojusznicy, sąsiedzi? Do dziś we wszystkich debatach publicznych w Niemczech argument ów odgrywa bardzo istotną rolę.

Aktywne milczenie

Spróbujmy dokonać bilansu "polityki wobec przeszłości" z pierwszej połowy lat 50.

Pierwsza konsekwencja jest oczywista. "Znakomitą ilustracją panujących ówcześnie tendencji w zachodnioniemieckim aparacie wymiaru sprawiedliwości są dane o liczbie skazanych w latach 1951-58 za zbrodnie hitlerowskie" - pisał Henryk Sołga w wydanym przez Główną Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce opracowaniu "Bilans ścigania zbrodniarzy hitlerowskich w RFN". I tak o ile w latach 1945-50 niemieckie sądy skazały 5 tys. 228 osób, to w latach 1951-58 zapadło już tylko 726 wyroków.

Ale czy mogło być inaczej, skoro ponad 90 proc. sędziów i prokuratorów, przejętych przez RFN w "spadku" po III Rzeszy, należało wcześniej do NSDAP, a niejednokrotnie było aktywnymi działaczami tej partii?

Nieoceniony w tropieniu afer tygodnik "Der Spiegel" zamieścił jesienią 1996 r. rozmowę z Fritzem Behrensem, ministrem sprawiedliwości landu Północna Nadrenia-Westfalia. Urodzony w 1948 r. Behrens jest zwolennikiem konsekwentnego ścigania nazistowskich zbrodniarzy "aż do końca" - nawet dziś, pół wieku po wojnie, gdy podejrzani mają ponad 80 lat. Zaś Nadrenia-Westfalia uchodzi za land, w którym wymiar sprawiedliwości najaktywniej ścigał nazistów podejrzanych o morderstwa lub pomocnictwo w morderstwie (w 1960 roku pozostałe zbrodnie uległy przedawnieniu). W żadnym innym landzie nie utworzono też specjalnych prokuratur (w Dortmundzie i Kolonii), które od 1961 r. zajmują się wyłącznie zbrodniami nazistowskimi.

A jednak... Trzeba by przetłumaczyć całą rozmowę, by oddać poruszenie Behrensa, gdy usłyszał od dziennikarzy "Spiegla", że spośród stu prokuratorów z urzędów w Dortmundzie i Kolonii dziewięciu należało do NSDAP; podobnie jak ośmiu prokuratorów spośród osób nadzorujących pracę obu urzędów.

"Spiegel" ujawnił także, że Werner Pfromm, w latach 1974-80 szef prokuratury w Kolonii i "jeden z najwyższych rangą prawników w landzie", był przed rokiem 1945 członkiem Korpusu Oficerskiego NSDAP. W 1944 r. przełożeni wydali o nim taką opinię: "Przekonany narodowy socjalista, wybitnie nadaje się do prowadzenia pracy politycznej i szerzenia idei nazistowskich". Tygodnik przedstawił także dowody pokazujące, co Pfromm robił, by prowadzone w Kolonii postępowania przeciwko eks-nazistom były umarzane. Nie lepiej było w prokuraturze w Dortmundzie - jej eks-szef, jak ujawnił "Spiegel", był członkiem NSDAP od 1933 r., członkiem SA (partyjnych bojówek) i doradcą prawnym Hitlerjugend.

Jeżeli tak było w "świecącej przykładem Nadrenii-Westfalii", to co działo się w innych landach? "Chyba najbardziej zaskakującym, a na pewno najbardziej wstrząsającym wnioskiem płynącym z tej książki - pisze Frei - jest oczywistość, z jaką politycy i opinia publiczna na początku lat 50. zaangażowały się w walkę na rzecz generalnie wszystkich zbrodniarzy wojennych i nazistowskich oprawców skazanych przez aliantów, w tym także na rzecz ludzi najbardziej skompromitowanych".

Zapytajmy raz jeszcze: czy tak być musiało? Większość niemieckich historyków (także Frei) jest zgodna, że w ówczesnych realiach wewnętrznych i zewnętrznych Niemiec amnestionowanie i społeczna reintegracja eks-nazistów - profesorów, bankierów, przemysłowców, wojskowych, sędziów, nauczycieli, urzędników, całej tej rzeszy Mitlaeuferów, którzy z pobudek czysto oportunistycznych służyli III Rzeszy - była konieczna i nieunikniona. Frei stawia też inną tezę: amnestia i reintegracja oraz "pogląd, że dla tych działań nie ma alternatywy", były konieczne także dlatego, iż w ten sposób młoda demokracja mogła "sobie kupić polityczną legitymizację" w społeczeństwie. W końcu przeciętnego obywatela obchodziły nie ogólne kwestie prawno-ustrojowe, lecz sprawy całkiem przyziemne - np. dla urzędników ważne było zachowanie ciągłości pracy i emerytur.

Najważniejszym skutkiem owej polityki była faktyczna integracja nazistów, czyli ich przemiana w porządnych obywateli RFN. Takich jak Werner Best, który - jak pisał "Wochenpost" - "w 1943 r. organizował zza biurka masowe mordy", by potem "zaangażować swą pilność i talent organizacyjny na rzecz budowania Republiki Federalnej, która była także ich [eks-nazistów] republiką i która - przy ich udziale - stała się wkrótce krajem o wzorowej gospodarce i wzorowej demokracji".

Proces ten miał też bardzo poważne skutki dla niemieckiej świadomości. Jak twierdzi Frei, od lat 50. "refleksję nad przeszłością narodu coraz bardziej wypiera zaangażowanie na rzecz postnarodowej przyszłości". Zaowocowało to wypchnięciem z pamięci zbiorowej niewygodnych pytań o indywidualną i zbiorową odpowiedzialność za 12 lat nazizmu. Pisze Frei: "Im wyraźniejsza była >>polityka wobec przeszłości<<, tym bardziej bladł moralny zarzut współuczestnictwa w systemie III Rzeszy, skierowany do ogółu Niemców [...]. Tym samym nawet ludzie, którzy osobiście nie zostali o nic oskarżeni, mogli czuć się symbolicznie zrehabilitowani".

Wtedy to, w latach 50., w RFN zrodził się i zdobył szerokie uznanie mit, według którego po jednej stronie był zły Hitler i jego świta, a po drugiej - sterroryzowani dobrzy Niemcy. Ta wizja historii była wygodna, bo rozgrzeszała z własnej bezczynności i z braku oporu wobec zbrodniczego systemu. Cóż w końcu mieliśmy robić, skoro wybór był taki: albo służba dla państwa, albo pewna śmierć?

Owo "aktywne zapomnienie" ("vitale Vergesslichkeit", określenie Dolfa Sternbergera z 1949 r.) miało i ten skutek, że - jak stwierdza Frei - nietaktem stało się "stawianie pytania, co ktoś robił w czasach nazizmu". Zjawisko to nie ograniczyło się do sfery prywatnej, stając się wręcz niepisaną normą społeczną. Dodajmy: normą, która powoli zaczęła się zmieniać dopiero w końcu lat 60.

Cena zapomnienia

Niemcy z lat 50. to Niemcy, w których - jak pisze Frei - "nie tylko Adenauer, ale i opozycja socjaldemokratyczna raczej skłonna była ustąpić przed powszechnymi żądaniami społeczeństwa, które domagało się, by przeszłość nazistowską odkreślić grubą kreską (Schlu§strich) i zaniechać ścigania zbrodniarzy".

Niewiele lepiej było w następnej dekadzie. Wielkość biskupów polskich, którzy w liście do Episkopatu Niemiec z 1965 r. nie tylko przebaczali, ale i prosili o przebaczenie, polegała właśnie na tym, że wyciągali rękę do Niemców z roku 1965. Czyli do Niemców, którzy nie chcieli pamiętać o III Rzeszy, a jeśli już, to raczej o swoich ranach - o alianckich bombardowaniach i gwałtach Armii Czerwonej, o wypędzeniu po 1945 r. Biskupi polscy zwracali się do Niemców, którzy wcale nie przyjęli do wiadomości zbrodni nazizmu. Do Niemców, których świadomość dopiero wtedy zaczynała się - powoli i z oporami - otwierać na prawdę o tym, czym dla Polaków był Oświęcim.

Byłoby jednak oczywistym fałszem twierdzenie, że Niemcy z lat 50. i 60. to społeczeństwo "postnazistowskie". Wtedy właśnie dokonują się najgłębsze przemiany w mentalności narodowej - tyle że nie towarzyszy im wola ścigania zbrodniarzy ani publicznego rozliczania z historią. Ów deficyt rozliczeniowy zaczęto nadrabiać - na płaszczyźnie kulturowej, społecznej i intelektualnej - dużo później. Był to proces długi i momentami gwałtowny. Można uznać, że pierwszym jego elementem były procesy sądowe, które zaczynają się pod koniec lat 50. (m.in. proces oprawców oświęcimskich w pierwszej poł. lat 60.). Wreszcie ceną za "społeczne zapomnienie" z lat 50. była radykalizacja pytań, jakie w latach 1967-68 buntująca się młodzież postawi pokoleniu ojców.

Christian Graf von Krockow - urodzony na polskim dziś Pomorzu, żołnierz Wehrmachtu, a po wojnie pisarz - opublikował w jubileuszowym wydaniu tygodnika "Der Spiegel" (na 50-lecie pisma, w styczniu 1997 r.) niezwykle osobisty esej. Pisał, że epoka Adenauera to "czasy ołowiane, ale i wielkie". Bo choć były to lata zbiorowej amnezji i powrotu na urzędy wypróbowanych "fachowców", to przecież żadną miarą nie były to czasy "restauracji" starego porządku.

Weźmy przypadek Hansa Gloebkego, któremu Adenauer powierzył zadanie tworzenia Urzędu Kanclerskiego i który od 1953 r. był drugą osobą w państwie. Tenże sam Gloebke kilkanaście lat wcześniej jako referent w Ministerstwie Sprawiedliwości III Rzeszy pisał komentarze do antysemickich ustaw norymberskich z 1935 r. (izraelscy historycy zarzucają mu, że do końca wojny opracowywał quasi-prawne podstawy prześladowania Żydów). Owszem, dla Adenauera "liczyły się zdolności organizacyjne Gloebkego - i najwyraźniej nic poza tym" - pisze Krockow. Pyta: czy mogło być inaczej? W odpowiedzi cytuje Adenauera: "Ludzi trzeba brać takimi, jacy są; innych nie ma".

Lecz mimo wszystko, powtórzmy za Krockowem: nie były to czasy restauracji. Ten sam Adenauer, który walczy o amnestię dla nazistów, tworzy podwaliny pod liberalne i praworządne państwo oraz zakotwicza Republikę Federalną w politycznych i gospodarczych strukturach świata zachodniego. "A jego błyskotliwe sukcesy w wyborach z 1953 i 1957 r. dowiodły, że większość obywateli poparła tę drogę - pisze Krockow - nawet jeśli z początku uczyniła to tylko ze strachu przed ZSRR".

Społeczeństwo RFN zapewne nie zdawało sobie sprawy, że w tym właśnie miejscu zaczyna się rewolucja, która do głębi przekształci niemiecką świadomość narodową. "Amerykanie odnieśli tu większe zwycięstwo niż na polu bitwy" - pisze Krockow. Kultura młodzieżowa lat 60. nie miała już nic wspólnego z wzorcami sprzed kilku zaledwie lat - "swing, jazz i muzyka rockowa były tą >>cudowną bronią<<, która mocniej związała Niemcy z Zachodem niż wszystkie traktaty międzynarodowe". Nie bez ironii Krockow mówi o "cudownej broni" - Wunderwaffe; słowem tym w III Rzeszy określano rakiety V-1, bombardujące Wielką Brytanię.

I wreszcie zaczął się "cud gospodarczy", angażując energię Niemców. Ten "materialny sukces", pisze Krockow, stał się "szansą zbudowania nowej samoświadomości". Wyrastał kraj "na wskroś cywilny, uwolniony od dominacji ludzi w mundurach i nimbu, jaki dotąd otaczał każdy uniform". Z powstaniem zaś Bundeswehry "pogodzono się z ciężkim westchnieniem - i z nadzieją, że nigdy nie zostanie użyta".

Tak oto powojenni Niemcy stali się powściągliwi wobec wszelkich ideologii. Już w 1957 r. socjolog Helmut Schelsky nazwał ówczesną młodzież "pokoleniem sceptyków". A Krockow - były żołnierz Wehrmachtu - wyznaje: "Niepisaną dewizą nas, którym udało się przeżyć, było: nigdy, już nigdy więcej nie damy się nabrać, że >>sztandar jest ważniejszy od śmierci<<, jak śpiewaliśmy w Hitlerjugend..."

 

 

Wojciech Pięciak jest dziennikarzem "Tygodnika Powszechnego". W 1996 roku nakładem Oficyny Literackiej ukazała się jego książka "Jak obalano Mur. Niemcy 1988-96"