Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Rzeczpospolita - 29-01-2011

 

Piotr Zychowicz

Niemieckie polowanie na zebry

 

Zwykli obywatele Trzeciej Rzeszy przed samym zakończeniem wojny zamordowali kilkadziesiąt tysięcy Żydów i Polaków. Książka na ten temat wstrząsnęła Niemcami

 

Wielu Niemców, żyjących w swej ojczyźnie z dala od linii frontu, po zakończeniu II wojny światowej z uporem twierdziło, że nic nie wiedziało o ludobójstwie dokonywanym przez Trzecią Rzeszę. Koszmar ten rozgrywał się bowiem na odległym, na wpół dzikim obszarze Europy Wschodniej. Oddalonym o setki kilometrów od bawarskich piwiarni, farm zamożnych bauerów i wyglądających jak domki z piernika kamieniczek Nadrenii.

Rzeczywiście, Holokaust oraz niemiecka eksterminacja Słowian miały miejsce głównie poza przedwojennymi granicami Rzeszy. Ale tylko do przełomu 1944 i 1945 roku. Gdy sowieckie wojska zaczęły zbliżać się do obozów koncentracyjnych, oddziały SS zabrały się bowiem do ewakuacji więźniów na Zachód. W trakcie śnieżnych zamieci, przy ekstremalnie niskiej temperaturze, w drogę ruszyło ponad pół miliona więźniów w obozowych pasiakach. Przede wszystkim Żydów, ale także Polaków, Ukraińców i sowieckich jeńców. Część wywieziono pociągami, a część przepędzono pieszo na teren Rzeszy, gdzie w fabrykach mieli dalej służyć niemieckiej machinie wojennej jako niewolnicy.

- Właśnie podczas tych marszów śmierci zderzyły się ze sobą idylliczny świat niemieckich mieszczan i farmerów z koszmarnym światem obozów koncentracyjnych. Przez schludne niemieckie miejscowości zaczęły przeciągać tłumy obszarpanych, głodnych więźniów - opowiada izraelski historyk prof. Daniel Blatman.

- Jak zwykli Niemcy reagowali na widok tych nieszczęsnych ludzi?

- Niestety wielu z nich przyjęło postawę skrajnie wrogą. Organizowali obławy na uciekinierów, pomagali esesmanom w masowych egzekucjach, zabijali więźniów, którzy odłączali się od kolumn i szukali pomocy. Oceniam, że około 250 tysięcy więźniów obozów straciło życie podczas ewakuacji. Część zamarzła, część została zastrzelona przez eskortę, ale co najmniej kilkadziesiąt tysięcy zostało zamordowanych przez niemieckich cywilów. Sami Niemcy nazywali to wówczas polowaniem na zebry.

- Z powodu charakterystycznych obozowych drelichów?

- Właśnie. Pod koniec II wojny światowej więźniowie obozów stali się w Niemczech zwierzyną łowną.

Płonąca stodoła w Gardelegen

Profesor Blatman jest znanym badaczem Holokaustu z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie. Jego najnowsza monografia "Marsze śmierci. Ostatnia faza Holokaustu" została właśnie przetłumaczona z hebrajskiego na języki obce. Ukazała się w Stanach Zjednoczonych oraz w Niemczech, gdzie wywołała olbrzymią sensację.

W swojej książce - opartej na ponaddziesięcioletniej kwerendzie archiwalnej w ośmiu krajach - Blatman opisał szereg masakr i pojedynczych zabójstw dokonanych na więźniach przez Niemców pod sam koniec wojny. Wiele z nich było dziełem cywilów. Izraelski historyk, zapytany, która ze zbrodni zrobiła na nim największe wrażenie, bez wahania wskazuje na mord w Gardelegen.

Wydarzenie to miało miejsce 13 kwietnia 1945 roku. Tego dnia do Gardelegen, miasteczka położonego w Saksonii-Anhalt, przybył oddział esesmanów konwojujący dużą grupę więźniów, głównie z obozu Mittelbau-Dora. Strażnicy poprosili mieszkańców o pomoc w pilnowaniu kolumny. Zgłosiło się kilkudziesięciu ochotników. Powszechnie szanowani obywatele miasteczka udali się na miejsce zbiórki. Część zaopatrzyła się w sztucery myśliwskie, inni po prostu w kije. W grupie oprócz zwykłych mieszczan znaleźli się pracownicy administracji, członkowie partii, podstarzali mężczyźni z Volkssturmu oraz nastolatki z Hitlerjugend. Wszyscy wzięli udział w masakrze.

Więźniów wprowadzono do olbrzymiej stodoły na obrzeżach miasteczka. Następnie wrzucono tam nasączoną benzyną słomę. Jej warstwa sięgała ludziom mniej więcej do kolan. Słoma została podpalona, do środka poleciały granaty. W kilkadziesiąt sekund wszystko stanęło w płomieniach. Kamienna stodoła zamieniła się w wielki piec.

Ci, którym udało się z niego wydostać, zostali ścięci seriami z broni maszynowej. W dobijaniu rannych brali udział cywile. Podobno w chwili śmierci płonący ludzie śpiewali swoje narodowe pieśni. Francuzi "Marsyliankę", Polacy "Mazurka Dąbrowskiego", Żydzi pieśni syjonistyczne... Alianci po zajęciu miasteczka dokonali ekshumacji pośpiesznie zakopanych ciał. Okazało się, że zamordowano 1016 ludzi.

Ludobójcza mentalność

- Działo się to w przededniu upadku Trzeciej Rzeszy. Po co ci ludzie to robili?

- To rzeczywiście wydaje się absurdalne - mówi profesor Blatman. - Myślę, że w wyjaśnieniu tego fenomenu mógłby pomóc bardziej psycholog społeczny niż historyk.

- W Polsce niedługo ukaże się książka Jana Grossa "Złote żniwa". To esej o polskich chłopach, którzy zabijali uciekinierów z gett, aby ich ograbić. Być może Niemcy także chcieli się w ten sposób wzbogacić?

- Ale jakiż dobytek mogli mieć więźniowie obozów koncentracyjnych? Wszystko, co przedstawiało jakąś wartość, dawno im odebrano. Mieli na sobie tylko pasiaki i rozpadające się łapcie. Trochę przedmiotów codziennego użytku. Nic, co mogłoby zainteresować Niemców.

- Może więc po prostu wydano im takie rozkazy?

- Skądże. W owym czasie panował w Rzeszy chaos. Heinrich Himmler w sprawie postępowania z więźniami wydał co najmniej kilka zupełnie ze sobą sprzecznych dyrektyw. Nigdy nie wydano jednak instrukcji, żeby tych ludzi eksterminować. Decyzje o egzekucjach podejmowali więc na własną rękę dowódcy średniego i niższego szczebla. Robiono to głównie ze względów "praktycznych". Strażnikom nikt nie powiedział bowiem, co właściwie mają zrobić z eskortowanymi ludźmi. Dokąd ich zaprowadzić, jak ich żywić.

- Ale dlaczego mordowali zwykli Niemcy? Wpływ ideologii?

- To najbardziej przekonujące wytłumaczenie. Nazywam to zjawisko ludobójczą mentalnością. Niemcy przez wiele lat byli poddawani bardzo intensywnej indoktrynacji. Wbijano im do głowy, że Żydzi czy Polacy, którzy stanowili drugą co do liczebności grupę wśród ewakuowanych więźniów, są wrogami Rzeszy i rasy. Podludźmi, których można, a nawet trzeba, bezkarnie zabijać.

- Nagle ci wrogowie pojawili się w ich wsiach i miasteczkach.

- I Niemcy zobaczyli w nich zagrożenie dla porządku publicznego oraz bezpieczeństwa swoich lokalnych społeczności. Traktowali ich jak przestępców, których trzeba unieszkodliwić. Uważali to za swój obywatelski obowiązek. Należy też pamiętać, że wszystko to działo się w atmosferze ogólnego wojennego zdziczenia, brutalizacji i strachu. Ze wschodu zbliżała się nieprzebierająca w środkach Armia Czerwona. Ludzkie życie na przełomie 1944 i 1945 roku nie miało wielkiego znaczenia.

- Czy sprawcy tych zbrodni zostali po wojnie osądzeni i skazani?

- Nie. Można odnieść wrażenie, że po wojnie istniało w Niemczech społeczne zrozumienie dla ich działań. Kilka procesów co prawda się odbyło, ale sądy - i to zarówno w RFN, jak i w NRD - traktowały tych cywilnych zabójców bardzo pobłażliwie. Potem zaś po prostu o tym nie mówiono.

Krew na lodzie

8 kwietnia 1945 roku w miasteczku Celle niedaleko Hanoweru na bocznicy kolejowej stał pociąg z więźniami obozów koncentracyjnych. Właśnie tego dnia dworzec stał się celem amerykańskiego nalotu. Bomby rozbiły część wagonów bydlęcych, z których udało się wydostać około 300 więźniom. Ludzie ci rozbiegli się po okolicznych lasach, a mieszkańcy miasteczka natychmiast zorganizowali obławę.

Więźniowie byli tropieni jak zwierzęta, wykurzani z leśnych kryjówek i brutalnie mordowani. Podobno przywódca Hitlerjugend w Celle - być może nawet nastoletni chłopak - sam zastrzelił 20 uciekinierów. Wszystko to działo się niemal w ostatniej chwili przed zajęciem miasta przez Anglosasów. Wkroczyli do Celle cztery dni później.

- Czy podczas pańskich badań zetknął się pan z przypadkami pomagania więźniom pędzonym w marszach śmierci?

- Oczywiście. Byli ludzie, którzy karmili i ukrywali uciekinierów. Ale im bliżej przedwojennych granic Rzeszy, tym takich przypadków było mniej. Więzień, który uciekł z kolumny marszowej czy z transportu kolejowego, miał znacznie większe szanse na uzyskanie pomocy we wsi polskiej niż we wsi niemieckiej.

- Dlaczego?

- Przede wszystkim dlatego, że wielu więźniów było Polakami lub, jak to miało miejsce w przypadku polskich Żydów, mówiło po polsku. Mogli więc liczyć na wsparcie. Polacy byli niechętnie nastawieni do niemieckich władz okupacyjnych i było bardziej prawdopodobne, że będą działali wbrew ich nakazom niż Niemcy. Dla tych ostatnich reżim narodowosocjalistyczny był legalnym rządem, Trzecia Rzesza ojczyzną, a Żydzi i Polacy wrogami. Niemcy, w przeciwieństwie do Polaków, byli po prostu przesiąknięci ideologią Adolfa Hitlera.

31 stycznia 1945 roku w Palmnikach na zachód od Królewca esesmani spędzili na plażę około 3 tys. więźniarek z obozu Stutthof. Kazali im wejść na lód, którym skuty był Bałtyk, a następnie otworzyli ogień z karabinów maszynowych. Zapanował chaos, wielu kobietom udało się uciec. Burmistrz Kurt Friedrichs zorganizował wówczas grupę poszukującą (Suchkommando), która przez kilka tygodni przeczesywała okolicę i mordowała więźniarki.

Część z nich usiłowała się schronić w sąsiednich wioskach, niemieccy cywile na ogół jednak odmawiali pomocy. A nieliczni, którzy się na to zdecydowali, często padali ofiarą denuncjacji ze strony sąsiadów. Jak wynika z badań dr Danuty Drywy z Muzeum Stutthof, kilka Żydówek przeżyło dzięki pomocy okazanej im przez Polki przebywające w Palmnikach na robotach przymusowych. A więc przez osoby same znajdujące się w trudnej sytuacji.

"Polka przede wszystkim zerwała mi numer [obozowy] z palta. Potem mnie przebrała i nakarmiła, chociaż w tym samym domu mieszkała Niemka, która jej groziła, że zawiadomi policję" - relacjonowała Dina Herzberg. Następnie owa Polka zaprowadziła Herzberg do pobliskiego dworu, gdzie zaopiekowali się nią francuscy jeńcy. Dzięki temu przeżyła wojnę.

Wina narodu?

Książka Blatmana, która właśnie trafiła na półki księgarń w Niemczech, dla wielu mieszkańców tego kraju będzie szokiem. Podważa bowiem - nadal rozpowszechnioną wśród wielu Niemców - wizję historii, według której ludobójstwo Trzeciej Rzeszy było dziełem grupy psychopatów z NSDAP w błyszczących oficerkach i dzikich hord słowiańskich antysemickich dzikusów.

Skutkiem lansowania podobnej wizji jest bezosobowe określenie "naziści", które - szczególnie na Zachodzie - w tekstach prasowych, filmach i książkach o II wojnie światowej właściwie wyparło już określenie "Niemcy". Efekt? W jednej z amerykańskich szkół kilka lat temu zapytano uczniów, kim właściwie byli owi "naziści". Większość bez wahania odpowiedziała, że "oczywiście Polakami".

Książka "Marsze śmierci. Ostatnia faza Holokaustu" dostarcza poważnych argumentów tym, którzy uważają, że słowo "naziści" nie jest precyzyjnym określeniem sprawców zbrodni popełnionych w imieniu Trzeciej Rzeszy. Okazuje się bowiem, że Niemiec, aby zostać masowym mordercą, wcale nie musiał nosić czarnego munduru z trupią czaszką.

Według szacunków Blatmana w ostatnich miesiącach wojny czynny udział w zbrodniach dokonanych na więźniach obozów koncentracyjnych wzięły dziesiątki tysięcy powszechnie szanowanych obywateli niemieckich miasteczek i wiosek. I w przeciwieństwie do niektórych zabiedzonych polskich chłopów, którzy z chęci zysku tropili Żydów na terenie Generalnego Gubernatorstwa, to właśnie antysemityzm kierował tymi Niemcami.

Jednymi z podstawowych źródeł wykorzystanych w książce Daniela Blatmana są raporty amerykańskich i brytyjskich żołnierzy wkraczających do miejscowości, w których dopiero co doszło do zbrodni. Na przykład Gardelegen zaledwie dwa dni po masakrze została zajęta przez amerykańską 102. Dywizję Piechoty.

Po przeprowadzeniu krótkiego śledztwa Amerykanie zorganizowali ofiarom pogrzeb z honorami wojskowymi. Rozkazali mieszkańcom Gardelegen, aby wzięli udział w ceremonii. Do zgromadzonych przemówił szef sztabu dywizji pułkownik George P. Lynch. - Ktoś powie, że za tę zbrodnie odpowiedzialni są naziści. Inny wskaże na gestapo. Obaj nie będą mieli racji. Odpowiedzialność spada bowiem na cały niemiecki naród - powiedział.

Właśnie tym cytatem z pułkownika Lyncha tygodnik "Der Spiegel" zakończył obszerną recenzję książki profesora Blatmana. Ze stwierdzeniem amerykańskiego oficera można się zgodzić lub nie. Na pewno jednak po publikacji "Marszów śmierci" Niemcy czeka poważna debata.