Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Stuart Gordon

Wizje Maryjne

 

 

Tłumy wizjonerów

W okresie tzw. rewolucji przemysłowej ściągnęły uwagę w 1830 roku wizje Maryjne dwudziestoczteroletniej paryżanki Catherine Laboure. Ta pochodząca z chłopskiej rodziny siostra miłosierdzia miała wyraźną słabość do zjaw. Już jako dziecko bawiła się z niewidzialnymi przyjaciółmi, z których jednym był jaśniejący pięcioletni anioł stróż. Często ukazywał jej się również założyciel zgromadzenia zakonnego, do którego należała, św. Wincenty a Paulo. Mitomanka? Dziewczyna o niezwykle żywej wyobraźni? Jednak jej wizje okazały się bardzo przydatne. Oświadczyła, że w dniu 27 listopada 1830 roku ujrzała Najświętszą Pannę, otoczoną owalną ramą, na której był napis: "O Maryjo, poczęta bez grzechu, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy". Miała też usłyszeć głos, który wydał jej dokładnie sprecyzowane polecenie: "Każ wybić medalion według tego wzoru. Osoby, które będą go nosić, doznają odpuszczenia grzechów i dostąpią wielkich łask, zwłaszcza jeśli zawieszą ów medalion na szyi. Łaska spłynie obficie na tych, którzy temu zawierzą".

"Cudowny medalion" został więc wybity zgodnie z poleceniem i stał się mocnym argumentem wyznawców Niepokalanego Poczęcia. Dogmat ów został oficjalnie zatwierdzony w 1854 roku przez papieża Piusa IX. Głosił on, że Maryja została poczęta bez zmazy grzechu pierworodnego. W 1950 roku (trzy lata po kanonizacji siostry Catherine) papież Pius XII wydał bullę Munificentissimus Dei (Najszczodrobliwszy Boże), zatwierdzającą dogmat Wniebowzięcia - głoszący, iż Maryja, podobnie jak Jezus, znalazła się w niebie wraz ze swym ziemskim ciałem.

Mimo taktyki Watykanu, polegającej na niepodejmowaniu żadnych pochopnych decyzji (Rzym stosował tę strategię od bardzo dawna), od 1830 roku kult Maryi i wizje Maryjne przybrały wyraźnie na sile. Była to zrozumiała reakcja na triumfalny marsz materialistycznego scjentyzmu, podobnie zresztą jak nie w pełni świadomym oporem przeciw niemu był ruch spirytystyczny. Dzieci miewały widzenia; miejsca owych wizji przekształcały się w ośrodki kultu Maryjnego, do których spieszyli pielgrzymi i skąd donoszono o cudach, uzdrowieniach i nawróceniach. Zbijano na tym fortuny, choć nie jest to ostatecznym dowodem, że wszystko było oszustwem.

Do wcześniejszych ośrodków wizjonerskich należały: La Salette (w Alpach Francuskich: 1846), Lourdes (1858), Pontmain w pobliżu le Mans we Francji (1871), Knock w Irlandii (1879), Fatima (1917), Beauraing w Belgii (1932) i Bannau (również w Belgii; 1933).

W bliższych nam czasach wielki rozgłos zyskały niezwykłe wydarzenia w Garabandal w Hiszpanii (1961); wielokrotne pojawianie się postaci w bieli na szczycie koptyjskiego kościoła na przedmieściu Kairu o nazwie Zeitoun (w latach 1968-1971); regularnie powtarzające się wizje Maryi, Jezusa, św. Michała, a także jaśniejących aniołów i chodzących w glorii mniszek, które miewa od 1968 roku Veronica Lueken z Bayside w stanie Nowy Jork. Podczas zbiorowych czuwań modlitewnych nagrywa ona na magnetofon niebiańskie przesłania. Podobno można otrzymać także zdjęcia. Równie wątpliwe są wizje Maryjne, o których donosi od 1968 roku uznany za heretyka hiszpański stygmatyk Clemente Dominguez. I wreszcie, 31 października 1981 roku na kapuścianej grządce w górniczej osadzie La Talaudiere w pobliżu Lyonu we Francji, czternastoletnia Blandine Piegay ujrzała "wysoką panią o szlachetnej postawie, młodą i pełną dobroci, osłoniętą wielkim, niebiesko-białym welonem". Biorąc pod uwagę, że z jednej strony grządki znajdował się kurnik, z drugiej zaś płynęła zanieczyszczona rzeczka, sceneria wydaje się niezbyt odpowiednia dla podobnych wizji. Nie jest pewne, czy sama dziewczynka rozpoznała w swej rozmówczyni Maryję, czy też podpowiedziała jej to rodzina. Tak czy inaczej, Kościół nie odniósł się życzliwie do relacji Blandine, tym bardziej, iż ukazująca się jej Pani wyraziła sprzeciw wobec modernizacji Kościoła. Sąsiedzi z równym brakiem entuzjazmu odnieśli się do najazdu pielgrzymów, których rzesze zaczęły napływać do tej niepozornej osady, jeszcze mniejszej w porównaniu z olbrzymimi hałdami żużlu.

W miejscowości Akita w Japonii, Agnes Sasagawa, japońska zakonnica-stygmatyczka, w latach 1973-1981 donosiła o przesłaniach, przekazywanych jej przez zjawy. Ostrzegały one o grożącej "karze" i "ogniu, który runie z nieba". Równocześnie statuetka Najświętszej Panny, znajdująca się w klasztorze, płakała krwią i ludzkimi łzami: podobno wykazała to analiza chemiczna. W Kibeho w Ruandzie w latach 1981-1989 siedmiorgu młodym ludziom stale ukazywali się Maryja i Jezus. Zdjęcia wykonane za pomocą flesza i nagrania momentów ich ekstazy na wideokasetę nie są w stanie zaćmić wymowy przesłania Maryjnego, które otrzymał biskup Jean Baptiste Ghamanyi. Brzmi ono: "pozostało już niewiele czasu". W Betanii zaś (w Wenezueli) od 1984 roku ponad dwa tysiące ludzi zdążyło podobno zobaczyć Madonnę, ukazującą się obok wodospadu na rzece, której wody mają cudowną moc uzdrawiania i nawracania. Wizja przypomina Najświętszą Pannę z Lourdes. Jest to jaśniejąca postać w bieli z błękitnym paskiem. Maryja pojawia się tam - jak wyraziła to wizjonerka i stygmatyczka, Maria Esperanza Bianchini - by "pojednać wszystkie narody i wszystkich ludzi". Maryja stając w obronie ubogich i potrzebujących pomocy sprzeciwia się krzywdzie społecznej. Gdzie prawo ludzkie jest łamane, poskutkuje, być może, prawo niebios.

Niepokojącym aspektem Maryjnych wizji jest fakt, że bardzo często rzekome przesłania od Najświętszej Panny wyraźnie służą interesom konkretnych ugrupowań w dobie kryzysów społecznych. Tak właśnie na Ukrainie, która wchodziła wówczas w skład Związku Radzieckiego, podobno dokładnie co do godziny na rok przed tragedią w Czernobylu, 26 kwietnia 1985 roku dwunastoletnia Maria Kyzan z Hriuszewa (w pobliżu polskiej granicy), mijając zamkniętą kaplicę katolicką pod wezwaniem Świętej Trójcy, ujrzała unoszącą się nad jej kopułą Najświętszą Pannę. Była ona w czerni i jaśniała "nieziemskim światłem". Niebawem inne osoby zaczęły twierdzić, że ujrzana przez nie postać jest identyczna z wizerunkiem Naszej Pani Litościwej (ikony, której tradycja wiąże z początkiem chrześcijaństwa na Ukrainie). Dziesiątki tysięcy osób zaczęły się gromadzić, mimo że "Prawda" odmawiała autentyczności temu "zakłócającemu porządek cudowi", określając go jako "usiłowania ekstremistów pragnących uniemożliwić proces pieriestrojki". Wyglądało na to, iż Madonna opowiada się po stronie Kościoła Ukraińskiego i jest przeciwniczką komunizmu. W 1914 roku także ukazała się podobno na Ukrainie Najświętsza Panna i wspomniała, że nastąpi osiemdziesiąt lat ucisku. Niektórzy są zdania, iż jedno z sekretnych proroctw z Fatimy dotyczyło również nawrócenia się komunistycznej Rosji.

Na co? Na gangsterski kapitalizm? Czy sytuacja obecnie panująca w Rosji stanowi triumf chrześcijaństwa? Tak czy owak, wizje Maryjne często miewają podtekst polityczny. Tak było w Fatimie i prawdopodobnie w Medjugorje. Można się spierać o to, czy nawet nie w La Salette w pobliżu Grenoble w Alpach Francuskich - które w 1846 roku stało się sceną pierwszych tego rodzaju wydarzeń w bliższych nam czasach.

La Salette: "Zmieńcie swe grzeszne życie!"

Rankiem 19 września 1846 roku dwoje dzieci pasło bydło na wzgórzu Gargas za miastem La Salette. Czternastoletnia Melania Mathieu, niepiśmienna córka robotnika, uchodziła za ślamazarną i leniwą. Matka często nie wpuszczała jej do chaty. Mówiła ona wówczas, że Jezus dotrzymuje jej towarzystwa. Ojciec jedenastoletniego Maximina Giraud przebywał poza domem, a macocha często wymyślała chłopcu, który miał opinię lekkoducha. Dzieci zawarły znajomość stosunkowo niedawno. Owego ranka najpierw Melania a potem Maximin ujrzeli jaśniejącą świetlistą kulę, która spłynęła z nieba w łożysko wyschniętego potoku. Kula otwarła się i ujrzeli w jej wnętrzu piękną panią w białym płaszczu; od jej postaci bił taki blask, że nie mogli się w nią długo wpatrywać. Melodyjnym głosem poleciła dzieciom zbliżyć się. Chciała przekazać im ważne wieści. Ludzkie występki wywołały gniew jej syna. Ludzie muszą zmienić swe grzeszne życie, gdyż inaczej jego pomsta spadnie na świat. Na początek we Francji zapanuje nieurodzaj. Dzieci muszą się modlić i zawiadomić innych o tej przepowiedni. Powierzywszy następnie każdemu dziecku z osobna jakiś sekret, postać uniosła się nad wzgórze i zniknęła.

Dzieci, nie mając pojęcia, kim była owa pani, opowiedziały o wszystkim księdzu. Wkrótce wieść się rozniosła: objawiła się Najświętsza Panna! Zaczęli napływać pielgrzymi; docierały wieści o pierwszych cudach. Okazało się, że wewnątrz skały, na której przysiadła Madonna, znajduje się wizerunek Chrystusa! Wyschłym strumieniem zaczęła płynąć woda. Szeroko rozniosła się sława cudownego źródła. "Dzieci, starcy i staruszki, ciężarne kobiety, wszyscy dążą tam, przybywają zlani potem i bez tchu, piją wodę ze źródła i odchodzą pełni radości" - donosił biskupowi miejscowy ksiądz, Pierre Melin. "Ich modły i wiara oczyszczają wodę: nie zaszkodziła ona nikomu".

Zaobserwowawszy, że wiele rzekomych uzdrowień w La Salette następowało podczas zbiorowych pielgrzymek, pewne autorytety doszły do wniosku, iż dużą rolę odgrywa czynnik psychologiczny. Bez wątpienia. Ale uzdrowienia te rzeczywiście miały miejsce. Jeśli chodzi o proroctwa dotyczące nieurodzaju i klęski głodu, to irlandzka "zaraza ziemniaczana" z 1845 roku zdążyła właśnie dotrzeć do Europy, a złe zbiory pszenicy i winogron już wcześniej w La Salette powodowały niedostatek i drożyznę. "Sekretne przesłania" zostały spisane i przesłano je papieżowi Piusowi IX w 1851 roku. Gdy je później opublikowano, okazało się, że przepowiadały zamęt w Europie. Czy było to ostrzeżenie przed rewolucją 1848 roku? Tekst sformułowano tak, iż trudno było się połapać, o co naprawdę w nim chodzi. Jednakże Melanie i Maximin nigdy nie zmienili swoich relacji - ani wówczas, ani później. Mimo że przesłuchiwano każde z dzieci oddzielnie, ich zeznania pokrywały się w każdym szczególe.

Wydarzenia w La Salette stanowią prototyp szeregu następnych wizji, m.in. w Lourdes w 1858 roku; znacznie jednak odbiegało od nich to, co zaszło w Pontmain wieczorem 17 stycznia 1871 roku.

Niebiańska Pani z Pontmain

Było już ciemno, a pruska armia znajdowała się niedaleko Pontmain. Eugene Barbadette (dwunastolatek) pracował wraz ze swym ojcem i dziesięcioletnim bratem Josephem w stodole we wsi w pobliżu Le Mans, gdy odwiedziła ich pewna sąsiadka.

Eugene wyjrzał na dwór, by "popatrzeć na pogodę" i doznał szoku. Była zimna, rozgwieżdżona noc, śnieg iskrzył się na pobliskich dachach. Jakieś 6 metrów nad jednym z nich unosiła się wysoka, prześliczna kobieta w błękitnej szacie zdobnej gwiazdami. Czoło jej osłaniał niebieski welon, ręce miała skierowane ku dołowi i rozpostarte w modlitewnym geście. Obdarzyła chłopca uśmiechem - i w tym właśnie momencie wyszła ze stodoły sąsiadka, pani Jeanette Detais. Eugene zapytał ją, czy coś dostrzegła. Nie zauważyła niczego. Pan Barbadette również niczego nie widział, natomiast Joseph od razu ujrzał zjawę. Zaniepokojeni dorośli przysłuchiwali się, jak dzieci wymieniały między sobą spostrzeżenia, a potem ojciec gniewnie rozkazał im wracać do stodoły. Wkrótce jednak zmiękł i polecił starszemu synowi wyjrzeć, czy zjawa jeszcze tam jest. Eugene wrócił z wieścią, że jest tam nadal. "Zawołaj matkę, ale nic jej nie mów!" - zlecił mu ojciec. Pani Barbadette przede wszystkim zwróciła uwagę na dziwne zachowanie młodszego syna: Joseph stał przed stodołą, zagapiony w niebo, klaszcząc w ręce i wykrzykując "O, jaka ona piękna!". Matka dała mu klapsa, żeby nie robił zamieszania. Kiedy jednak obaj bracia obstawali przy tym, że Niebiańska Pani naprawdę istnieje, matka skłoniła całą rodzinę do modlitwy. Zaczął się gromadzić tłum. Gospodyni wezwała służącą - dziewczyna widziała na niebie tylko gwiazdy. Chłopców zabrano do domu na kolację, ale potem znów wybiegli na dwór: niezwykła pani nadal była na niebie. "Może tylko im dane jest ją zobaczyć?" - spytał Barbadette żony. Ta zaprowadziła Eugene'a do siostry Vitaline, zakonnicy mieszkającej w pobliżu. Popatrzyła ona w niebo, ale niczego nie ujrzała. Eugene cierpliwie wskazywał trzy gwiazdy, które - jak mówił - wyznaczały zarys postaci. Dorośli jednak w dalszym ciągu niczego nie mogli dostrzec. Zaintrygowana wydarzeniem siostra Vitaline wezwała z klasztoru dwie dziewczynki: jedenastoletnią Francoise Richer i dziewięciolatkę, Jeanne-Marie Lebosse. Bez żadnych wyjaśnień wyprowadziła je na uliczkę, a tu - nie uprzedzone przez Eugene'a - dziewczynki od razu ujrzały unoszącą się w powietrzu niewiastę w błękitnej szacie ze złotymi gwiazdami. Sprowadzono więcej dzieci. Podobno wszystkie widziały zjawę, mimo że nie zostały o niej uprzedzone.

Następnie - co było jeszcze bardziej zdumiewające - dzieci ujrzały owalną ramę z czterema świecami, która otoczyła Niebiańską Panią. Stała ona nadal bez ruchu, ale na jej twarzy zamiast uśmiechu gościł teraz smutek. Na niebie poza nią - litera po literze - wyłonił się napis: "Mais priez, Dieu vous exaucera en peu de temps. Mon fils se laisse toucher" (w wolnym tłumaczeniu: "Módlcie się tylko, Bóg was rychło wysłucha. Mój Syn da się ubłagać").

Podobno wszystkie dzieci, choć były rozproszone w tłumie około pięćdziesięciu dorosłych, ujrzały te same słowa. W tym właśnie momencie przybiegł ktoś z wieścią, że Prusacy zbliżają się już do Pontmain. Gdy wśród ludzi zapanował niepokój, dzieci ujrzały, jak Niebiańska Pani unosi ręce i uśmiecha się. Potem twarz jej posmutniała. Nad piersią pojawił się krzyż, welon przesłonił jej rysy. Powoli postać zniknęła sprzed oczu dzieci; oglądały ją przez pełne dwie godziny.

Tymczasem w pobliskim Laval dowództwo pruskich wojsk postanowiło zaniechać dalszego marszu. Pontmain zostało ocalone - za sprawą Najświętszej Panny!

Nie wiadomo, co o tym myślała ludność wsi, które nie miały podobnego szczęścia - ale w 1875 roku biskup z Laval uznał wizję z Pontmain za autentyczną. Dziś stoi na tym miejscu bazylika (zaczęto ją budować w 1872 roku, a poświęcenia dokonano w 1900 roku).

Dla Eugene'a i innych dzieci trzy gwiazdy wyraźnie wytyczały kontur niebiańskiej postaci. One widziały ją, dorośli nie mogli jej ujrzeć, choć niektórzy z nich zauważyli, że te trzy gwiazdy płonęły wyjątkowo jasno. Zwykła sugestia? A czy twierdzenie, iż dzieci dostrzegały zjawę bez żadnego uprzedzenia, jest całkowicie prawdziwe? Podekscytowani dorośli nie wyciągają na ogół dzieci na dwór, chyba że jest tam coś godnego obejrzenia; poza tym wszyscy gapili się w niebo, a Prusacy byli tuż-tuż. Chyba całkowicie naturalną reakcją w katolickim społeczeństwie było to, że - wyczuwając niepokój dorosłych - dzieci ujrzały na niebie doskonale wszystkim znaną postać Boskiej Opiekunki - a o kształcie wizji przesądziły widoczne na niebie zgrupowania gwiazd.

Można to sobie wytłumaczyć w ten sposób -jeśli w ogóle jakieś wyjaśnienie jest niezbędne.

Stukając do bram nieba

21 sierpnia 1879 roku innego rodzaju Maryjna wizja miała miejsce w Knock, irlandzkiej miejscowości w hrabstwie Mayo. Były to ciężkie czasy. Szalała znów epidemia tyfusu i srożył się głód. Od wielu dni padał deszcz. Życie było ponure. Koło siódmej wieczór, zamykając drzwi kościelne młoda Margaret Beirne dostrzegła światło na dachu, ale nie zwróciła na nie większej uwagi. Przechodząc tamtędy mniej więcej pół godziny później, Mary McLaughlin, gospodyni miejscowego księdza, zauważyła blask bijący z południowego szczytu dachu. Oświetlał on grupę postaci koło kościoła: była widoczna Maryja, Józef i jakiś biskup w sakralnych szatach. Przypuszczając, że to ksiądz kupił nowe posągi do ozdoby kościoła, gospodyni poszła odwiedzić Beirne'ów. Gdy wracała o godz. 8.15 w towarzystwie Mary Beirne, starszej siostry Margaret, obie zdumiały się niezwykłym światłem, emanującym z kościoła. Następnie mijając budowlę dostrzegły, iż ustawione koło niej posągi poruszają się!

Wkrótce czternastu świadków stało na deszczu, który ich omijał. Obserwowana scena unosiła się podobno jakieś 45 centymetrów nad ziemią. Widzieli Najświętszą Pannę w lśniącej bieli, z rękoma uniesionymi w geście błogosławieństwa. Na prawo od niej - siwobrodą postać św. Józefa; z lewej stał św. Jan Ewangelista w biskupich szatach. Obok postaci widniał ołtarz, a na nim krzyż i baranek. Czternastoletni Patrick Hill relacjonował potem na sądzie kościelnym: "wszystkie figury były żywe i wypukłe, jakby miały prawdziwe ciało. Nic nie mówiły, ale kiedy podchodziliśmy do nich, cofały się w stronę kościoła". Staruszka, która pragnęła objąć dłonie i stopy Maryi Panny, przekonała się, że ściska jedynie powietrze. Wszystko było więc złudzeniem? Tamtejszy arcybiskup, John McHale zarządził śledztwo. Trzej księża - każdy z osobna - przesłuchiwali świadków. Gdy porównali wyniki, relacje nawzajem się potwierdzały. W 1936 roku ostatnie dwie osoby z tamtego grona, które pozostały przy życiu (jedną z nich była Mary Beirne), raz jeszcze potwierdziły wszystkie swe zeznania. Obecnie przybywają do Knock każdego roku tysiące pielgrzymów. To, co ujrzeli świadkowie (lub też wydało im się, że ujrzeli), wywarło potem wpływ na życie wielu ludzi. Niemniej jednak, niektórzy składają wszystko na karb rozigranej wyobraźni, podobnie jak w przypadku istnej plagi ożywionych posągów, która miała miejsce w Irlandii w 1985 roku. Ale czy wyobraźnia naprawdę nie ma nic wspólnego z rzeczywistością?

Garabandal: cudowna hostia

Seria niesłychanie skomplikowanych wizji - prawdopodobnie Maryjnych - rozpoczęła się w niedzielę, 18 czerwca 1961 roku, w górskiej wiosce San Sebastian de Garabandal w północno-zachodniej Hiszpanii. Cztery dziewczynki siedziały na ścieżce za wsią, grając w kulki i jedząc jabłka skradzione z drzewa w ogrodzie nauczyciela. Usłyszawszy huk pioruna, jedenastoletnia Conchita Gonzalez spojrzała w górę i zobaczyła stojącego przy drodze anioła. Miał wygląd mniej więcej ośmioletniego dziecka, błękitną szatę i różowe skrzydła. Otaczało go, jak zeznała później Conchita, "wielkie światło, które mnie wcale nie raziło w oczy". Pozostałe dziewczynki: dziesięcioletnia Mari Cruz Gonzalez oraz dwunastolatki Jacinta Gonzalez i Mari Loli Mazon odwróciły się i także ujrzały zjawę, która następnie zniknęła.

Tak przynajmniej twierdziły dziewczęta. Najpierw opowiedziały o tym nauczycielce. Potem wieść rozeszła się. Następnego dnia, na ścieżce, czekając na zjawę wraz z tłumem gapiów (którzy, jak zwykle, niczego nie widzieli), dziewczynki zapadły w głęboki trans. Gdy się z niego ocknęły, powiedziały, że anioł nie odpowiadał na ich pytania. Tejże nocy, podczas modlitwy przed snem, Conchita usłyszała głos: "Nie martw się. Ujrzysz mnie znowu". Potem dowiedziała się, iż pozostałe trzy dziewczynki szykując się do snu także usłyszały ten głos - o tej samej porze.

20 czerwca nic się nie wydarzyło. Gdy jednak dzieci wracały już do domu, olbrzymia świetlna zasłona zagrodziła ścieżkę. Następnego dnia powróciły i znów ujrzały anioła, ale nadal milczał. 22 czerwca ojciec Valentin Marichalan, ksiądz z pobliskiego Coso, był obecny w chwili, gdy dzieci "szybko zapadły w trans". Obserwował, jak wieśniacy badali dziewczęta "naukowymi metodami". Świecono im w oczy ostrym światłem, ale ani mrugnęły. "Najboleśniejsze ukłucia, najbrutalniejsze potrząsanie, nawet oparzenia i tym podobne nie były w stanie wyrwać ich z ekstazy" - relacjonował inny świadek.

Od 23 czerwca do 1 lipca dzieci zapadały w trans niemal codziennie, choć trzykrotnie anioł się nie pojawił, 1 lipca zapowiedział im (co Conchita od razu wszystkim oznajmiła), że nazajutrz ujrzą Najświętszą Pannę. Następnego dnia po południu prawie cała wieś udała się na miejsce zapowiedzianego objawienia. Zanim wszyscy zdążyli tam dotrzeć, dziewczynki nagle zapadły w trans. I oto pojawiła się Madonna w otoczeniu dwóch aniołów! Dzieci zaczęły szczebiotać, opowiadając jej o swoim codziennym życiu. Najświętsza Panna śmiała się razem z nimi, nauczyła je modlić się na różańcu, zapowiedziała, że powróci - i zniknęła.

Wkrótce nie musiały wychodzić na ścieżkę, by się z nią spotkać. Gdy przebywały razem, albo nawet każda z nich oddzielnie, otrzymywały nagłe "wezwanie" z wieścią, dokąd mają się udać. Zjawiały się w ustalonym miejscu wszystkie naraz, po czym wpadały w trans. Nawet jeśli je rozdzielono i pilnie obserwowano, cała czwórka reagowała na "wezwanie" w tej samej chwili. Zabrana przez władze kościelne do sąsiedniej miejscowości Santander Conchita zapadła spontanicznie w trans w tym samym momencie co pozostała trójka w Garabandal. Może miały ręczne zegarki lub sprawdzały godzinę na ściennych zegarach? W każdym razie zaczęły występować także i inne fenomeny. Miejscem wizji był teraz niewielki lasek sosnowy na szczycie wzgórza za wioskowym kościołem. Objawy ekstazy (obserwowane przez wszystkich) przybrały na sile. Dziewczynki padały na ziemię, a ich ciała stawały się tak ciężkie, że czterech dorosłych mężczyzn nie mogło ich podźwignąć. Pewnego razu Conchita, leżąca twarzą ku ziemi, uniosła się - poczynając od ramion - jakby lewitowała. Różańce i medaliki, które wciskano w ręce dziewczynkom, by Madonna je ucałowała, wracały przepojone wonią róż. Dziewczęta wyrażały rozpacz nad grzesznym światem, wzywały do ogólnej pokuty i zapowiadały wielki cud.

4 sierpnia, gdy Mari Loli i Jacinta "gawędziły" w sosnowym lasku z Najświętszą Panną, włączono magnetofon. Gdy podsunięto jej mikrofon, zdawało się, że Mari Loli zapada ponownie w trans. Poprosiła głośno Madonnę, by coś powiedziała, a potem równie szybko wróciła do przytomności. Cofnięto taśmę i gdy ją odtwarzano, rozentuzjazmowany tłum usłyszał słodki kobiecy głos: "Nie powiem ani słowa". Zjawa złamała swą obietnicę, zanim ją wypowiedziała - niewielu jednak zwróciło na to uwagę, gdyż tajemniczy głos odtworzono jeszcze tylko dwa razy - a potem zniknął z taśmy na zawsze.

Czwórka dziewcząt zaczęła odbywać "ekstatyczne spacery" po domu i na ulicy. Na filmach widać dzieci przybierające dziwne pozy, wykonujące równocześnie skomplikowane gesty. Przechylając się w tył tak, iż głowy sięgały niemal pasa, biegły do tyłu z dużą szybkością, bez najmniejszego potknięcia czy wywrotki. Jeden z autorów takich dokumentalnych filmów, John Cornwell, mówi, że ich dziwaczne sztuczki "były budzącym najwyższe zdumienie dowodem nieprawdopodobnej sprawności fizycznej. Najbardziej jednak zaskakiwała doskonała synchronizacja ruchów w tych niespotykanych układach choreograficznych. Wydawało się, iż wszystkimi czterema owładnęła jakaś moc, która gra na ich ciałach niczym na instrumencie muzycznym".

Serafin, brat Conchity, zwierzył się Cornwellowi: "Którejś nocy widziałem coś zupełnie niesamowitego: Conchita zbiegała tyłem ze wzgórza, samiuteńka, w zupełnej ciemności, w środku nocy. Był to nieludzki wyczyn. Nikomu normalnie nie udałoby się nic podobnego".

Czwórka dziewcząt rozwinęła w sobie także zdolności telepatyczne. 31 sierpnia Jacinta ocknęła się z transu w lasku sosnowym i oznajmiła, że według Najświętszej Panienki w tłumie znajduje się ksiądz, z sutanną schowaną pod płaszczem nieprzemakalnym. Zdumiony duchowny natychmiast się ujawnił.

Czyżby po prostu zachowywał się nienaturalnie w tym przebraniu i dziewczynki zauważyły to, zanim zapadły w trans?

Jeśli nawet tak było, jak można wytłumaczyć dziwaczną historię ojca Luisa Andreu?

Zastępując pewnego dnia kolegę w kościele w Garabandal, ojciec Luis - nastawiony sceptycznie do "cudu" - udzielił komunii Conchicie, Jacincie i Mari Loli. Wkrótce po południu, w zatłoczonym kościele, dzieci wpadły w ekstazę. Conchita prosiła Madonnę o widoczny dla wszystkich cud, inne dziewczynki dopytywały się, czemu tak dawno nie odwiedził ich mały aniołek. Przebudziwszy się z transu powiedziały, że jeszcze tego wieczora znowu ujrzą Najświętszą Pannę. O 9.35, na oczach licznego zgromadzenia, dzieci popędziły do sosnowego lasku na szczycie góry, by porozmawiać z Maryją Panną. Ojciec Luis i cały tłum podążyli za nimi.

Początkowo duchowny przyglądał się wszystkiemu beznamiętnie, później jednak chyba sam zapadł w trans. "To cud, cud" - wymamrotał, odzyskawszy przytomność dopiero wówczas, gdy dziewczynki zbiegły w radosnym pędzie ze wzgórza. Później kilku przyjaciół odwiozło go do domu. Ojciec Luis kilkakrotnie powtórzył, że był to "najszczęśliwszy dzień jego życia". Potem stracił przytomność; wkrótce jego przyjaciele uświadomili sobie, że zmarł, bez żadnej widocznej przyczyny.

Gdy wkrótce Madonna ponownie objawiła się, był wraz z nią także ojciec Luis, który opisał swą śmierć i pogrzeb oraz opowiadał o pozostałych przy życiu krewnych. Gdy ojciec Ramon Andreu usłyszał, iż Conchita najwyraźniej rozmawia z jego bratem, zaczął dziewczynkę wypytywać i był zdumiony jej "znajomością szczegółów, dotyczących specjalnego ceremoniału pogrzebowego księży". Dziecko wiedziało, że pochówek Luisa odbiegał od przyjętych norm.

"Przy innej okazji słyszałem, jak dzieci wspomniały podczas transu, iż mój brat Luis zmarł nie złożywszy swych ślubów. Rozmawiały także o mnie i moich ślubach. Znały dokładną datę a nawet godzinę, kiedy moje ślubowanie zostało oficjalnie przyjęte, oraz nazwisko jezuity, który składał śluby równocześnie ze mną. Możecie sobie wyobrazić moje zaskoczenie, osłupienie w obliczu tych niepodważalnych, absolutnie zgodnych z prawdą szczegółów. Zdawałem sobie równocześnie sprawę, że dzieci nie mogły w żaden sposób zdobyć tych wiadomości zwykłą drogą..."

To, co niektórzy nazywają "definitywnym dowodem", wydarzyło się 19 lipca i łączyło się z "maleńkim cudem". Conchita zapowiedziała, że 18 lipca nastąpi coś niezwykłego, toteż zebrał się wielki tłum. Koło północy wyglądało na to, że nic szczególnego się już nie wydarzy. Dziewczynka dwukrotnie otrzymywała "wezwanie", ale wpadła w ekstazę dopiero o 1.30. Opisując, jak dziecko "zbiegło bardzo szybko ze schodów z charakterystycznym wyrazem twarzy, łagodzącym i upiększającym jej rysy" i przedarło się przez zebrany na zewnątrz tłum, fotograf z Barcelony próbował dotrzymać dziewczynce kroku, gdy biegła dalej. Padła na kolana tak niespodzianie, że wielu biegnących za nią z rozpędu ją wyprzedziło. Damians stwierdził: "znalazłem się nieoczekiwanie po jej prawej stronie, a twarz dziecka była nie dalej niż o 45 centymetrów od mojej". W świetle księżyca i gwiazd oraz w blasku płonących w alei pochodni dostrzegł "zupełnie wyraźnie, że usta Conchity są otwarte, a język wysunięty tak, jak się go zazwyczaj wystawia przyjmując komunię".

Potem nagle (jak u budzącej wątpliwości stygmatyczki, Palmy Matarelli) "na języku dziewczynki pojawiła się zupełnie niespodzianie Przenajświętsza Hostia. Wydawało się, że nikt jej tam nie umieścił, ale raczej sama się zmaterializowała tak błyskawicznie, iż żadne ludzkie oko nie było w stanie tego momentu uchwycić".

Brat Conchity, Serafin, również zobaczył na języku dziewczynki cudownie zmaterializowaną hostię, "jaśniejącą i połyskliwą jak śnieg; wydawała się grubsza od zwykłego opłatka i czymś przesiąknięta. Zjawiła się jakby za sprawą czarów".

Po tym wydarzeniu wizje i uniesienia stały się rzadsze. W ciągu następnych trzech lat Conchita otrzymywała jeszcze różne przesłania, między innymi "tajemne wieści" dotyczące przyszłych losów świata (dotąd nie zostały one ujawnione), a także zapowiedź wielkiego cudu (który się nie dokonał). Jedna z czwórki dziewcząt, Mari Cruz Gonzalez, powiedziała potem, iż niektóre z transów były oszustwem, ale Conchita obstawała przy swych wizjach, chociaż raz wszystkie cztery wyznały swoim rodzicom, że "nie widziały Najświętszej Panny ani anioła, ale nigdy nie starały się nikogo oszukać, wezwania zaś i cudowna komunia były prawdziwe". Nasuwa się pytanie: jeśli nie było Najświętszej Panny i jeśli nie oszukiwały, to jaki charakter miały w istocie ich doznania?

Przeniósłszy się do Nowego Jorku w 1966 roku (Jacinta i Mari Loli także wyemigrowały do Stanów Zjednoczonych), Conchita w dalszym ciągu rozpowszechniała przesłania z Garabandal.

Pod koniec lat osiemdziesiątych Cornwell odwiedził ją w zabezpieczonym żelazną kratą nowojorskim domu. Zjawił się tam bez zaproszenia, gdyż Conchita odkładała słuchawkę, gdy dzwonił. Wpuściła go jednak, kiedy przekazał jej pozdrowienia od Serafina. Wyznała, że jej sytuacja w Hiszpanii była nie do zniesienia. "Uświadomiłam sobie, że nikt, kto wie o moich wizjach, nigdy mnie nie pokocha ani nie poślubi". Przed wyjazdem powiedziała biskupowi z Santander, iż nie wierzy już w swoje wizje, ale czuła się przy tym jak zdrajczyni. "Wierzyłam w wizje, a równocześnie nie pojmowałam, jak mogły się wydarzyć. Czułam się wewnętrznie rozdarta". Obstając przy nieomal codziennym widywaniu przez cztery lata "pięknej pani, która powiedziała mi, że jest Świętą Bożą Rodzicielką - Conchita dodała żałośnie. - Jeśli to fałsz, to nic już nie jest prawdą... Jak mogła Matka Boska przyjść do mnie, dawać mi wszystkie te znaki i przesłania, a potem mnie porzucić?"

W końcu Conchita powiedziała, iż nie chce już nigdy słyszeć o Garabandal i poprosiła Cornwella, żeby się za nią modlił.

A zatem owa "Madonna" nie byłaby Najświętszą Panną? Jakie inne moce mogły więc dojść wówczas do głosu? Watykan nabrał wody w usta, jeśli chodzi o Garabandal.

 

Stuart Gordon "Księga cudów", 1998 r.






Stuart Gordon - Upragnione rany: stygmaty