Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Elwira Watała

Okrucieństwo w dawnej Rosji

 

 

O tak, torturować na Rusi potrafili i lubili! (A gdzie nie lubili?) I podczas gdy naszego Glebowa, po odkryciu jego amorów z Eudoksja, prowadzą na te dzikie, nieludzkie tortury, przyjrzyjmy się, drogi czytelniku, jak ta sprawa przedstawiała się w Rosji.

Karano tu ludzi zawsze i wszędzie, nawet za najmniejsze przewinienia. W "Układzie", czyli w zbiorze praw cara Aleksieja Michajłowicza, ojca Piotra I, dokładnie było wyszczególnione, kiedy i za co należy karać. Opisanych było sto czterdzieści przypadków. Nie będziemy ich tu przytaczać. Kara cielesna, to znaczy chłosta, odbywała się publicznie. Skazańca wieziono wczesnym rankiem na lichym wozie z przewieszoną na piersi czarną deską, na której dużymi, białymi literami był wypisany rodzaj jego przewinienia. Skazaniec siedział na ławce, plecami do konia, z kończynami przywiązanymi rzemieniem do ławki. Ten sromotny wóz objeżdżał wszystkie główne ulice miasta, otoczony żołnierzami, którzy głuchym biciem w werble, obwieszczali wszem i wobec, że skazańca wiozą. Oddzielną furmanką jechał kat w czerwonej koszuli. Po przybyciu na miejsce, a zazwyczaj był to główny plac miasta lub rynek, skazańca prowadzono na szafot. Tutaj najpierw podchodził do niego duchowny, który udzielał pożegnalnego błogosławieństwa i dawał mu krzyż do ucałowania. Następnie urzędnik państwowy czytał wyrok. Stróże więzienni przywiązywali skazańca do pręgierza, słupa hańby. Zdejmowali z niego wierzchnie okrycie i przekazywali w ręce katom. Ci rozrywali mu kołnierz koszuli, obnażając do pasa. Bez znaczenia było czy jest to kobieta, czy mężczyzna. Kładli przestępcę na... i tu, drogi czytelniku, musimy na chwilę się zatrzymać. Na co kładli? Do czasów Katarzyny II procedura była następująca: na ziemi kładł się chłop (ktoś z obsługi egzekucji czy też z ludu wybrany - nie wiemy), na brzuch kładziono mu deskę, a na niej twarzą do ziemi układano i przywiązywano skazańca. Dlaczego tak? Skąd się to wzięło? Nie wiadomo. Katarzyna II zakazała takiego barbarzyństwa. Rozkazała wówczas wykonać specjalne krzyżaki, zwane "kozami". Matuszka nasza, wielka caryca, wiele udogodnień dla skazańców wprowadziła. Nie pozwoliła, tak jak na przykład czyniono w Danii, przywiązywać skazańca do pręgierza mniejszego od jego wzrostu. Przypomnijmy sobie jak mordował się biedny Bothwell, kochanek Marii Stuart, gdy przywiązano go do pręgierza sięgającego mu pasa. Nie mógł się nawet wyprostować, żeby móc plunąć swoim oprawcom w twarz.

Skazańca przywiązywano za ręce i nogi rzemieniami do tych "kóz", a kaci stojący po obu stronach z krzykiem: "Strzeż się, bo oparze" zaczynali smagać po nagich plecach. Po tyłkach nie bito, po co poniżać człowieka, nieprawdaż?

Kaci podczas egzekucji starali się, żeby uderzenia były rytmiczne, miarowe i następowały po sobie w równych odstępach czasu. Broń Boże ulegać emocjom, jak to uczynił kat za czasów Elżbiety Piotrowny. Tak się rozsierdził, gdy skazana, księżna Biestużewa, szamocząc się, zaczęła go targać za brodę, że nie bacząc na obowiązującą rytmiczność uderzeń tak ją wysmagał, że ta ledwo z życiem uszła, otrzymawszy dziesięć razy więcej batów, aniżeli jej się należało. Taka samowola była niedopuszczalna. Skazaniec powinien był otrzymać dokładnie tyle razów, ile było mu zasądzone. Ani mniej, ani więcej. Po skończonej chłoście skazańca odwiązywano, nakładano mu na głowę czapkę i zostawiano półnagiego, bo koszulę nałożyć nie było sposobu. Plecy były jedną wielką raną z odrywającymi się kawałkami mięsa. Półżywego człowieka kładziono na brzuchu, na specjalnej desce z materacem (co za humanitaryzm!), zanoszono do więziennego szpitala, gdzie rany opatrywano i maścią smarowano dla złagodzenia bólu.

Mistrzostwo katów osiągnęło taką perfekcję, że jeśli wierzyć wspomnieniom księżnej Błudowej, to pewien cudzoziemiec zapłacił ogromne pieniądze katowi, żeby ten mu udowodnił, iż potrafi rozciąć koszulę skazańcowi, nie raniąc mu skóry na plecach. Kat po mistrzowsku wykonał swoje zadanie, a cudzoziemiec z otwartą głupio gębą przyglądał się swojemu rozerwanemu kaftanowi i własnym oczom nie wierzył, bo nie odczuł przecież żadnego uderzenia. W praktyce, naturalnie, z tej umiejętności kat nie mógł korzystać, ukarano by go za to. Dlatego też bicz w jego rękach zawsze rytmicznie i autentycznie hulał po plecach skazańców.

I cóż z tego, drodzy czytelnicy, że Elżbieta Piotrowna zlikwidowała karę śmierci? Pozostaje pytanie, co bardziej jest humanitarne: czy szybka śmierć przez ścięcie głowy, czy powolne umieranie w mękach po biczowaniu? Co byście wybrali?

A oto co ma do powiedzenia na ten temat historyk K. Waliszewski: "Topór Piotra Wielkiego tak napracował się za jego czasów, że istotnie, uspokoił się schowany w pochwie z niedźwiedziej skóry, lecz knut nadal smagał skrwawione plecy".

Holsztyński uczony Oleari, który zwiedził Moskwę w 1621 roku, pisze: "Tu bez umiaru boleśnie drą skórę prostego ludu". Lanie po pysku i bicie ludzi był to swoisty savoir-vivre nie tylko w domach prywatnych, ale w urzędach i na ulicach.

Książę Grigorij Potiomkin, spotykając komisarza policji Szeszkowskiego, pytał jakby o pogodę chodziło: "No i jak, Stiepanie Iwanowiczu, idzie łojenie skóry?" Na co tamten odpowiadał z ukłonem: "Pomaleńku, wasza wielmożność". W Rosji tak rozpowszechnione było bicie nahajką, że aż trudno uwierzyć, że do XIII wieku Rosja niby nie wiedziała, co to znaczy bicz. Do XIII wieku ludzi nie torturowano? (sic!)

Okrutnym carom sprawiało przyjemność oglądanie kaźni i tortur. Zaczęli przejawiać swoisty sadyzm. Łatwo popadali w gniew, albo nasycali się widokiem własnych okrucieństw. Tak było na przestrzeni wieków, od starożytności poczynając. Oto Aleksander Macedoński w gniewie zabija kopią swego najlepszego przyjaciela i swoich generałów, nie sprawdziwszy nawet czy podejrzenia ich o zdradę były słuszne. Kaligula własnoręcznie zabija wielu swoich dworzan. Ofiary Nerona - to jedna trzecia ludności Rzymu, a podpaliwszy miasto, będzie rozkoszować się widokiem pożaru, grając na lirze. O Iwanie Groźnym lepiej nie mówić. Doznawał fizycznej rozkoszy, patrząc na torturowanych i konających w mękach ludzi.

Oblanie gorącym wrzątkiem, szturchnięcie nożem, uderzenie pałką, nasypanie trucizny do kubka niewygodnego bojara, były dla Iwana Groźnego najlepszą rozrywką. Często ze swych okrucieństw czynił przedstawienia. Szczególnie odrażający był jego sadyzm związany z seksualną patologią. Car, mając lat 45, z powodu rozpusty i pijaństwa stał się zupełnie niedołężnym starcem. Doznawał szczególnej seksualnej przyjemności, obserwując akty płciowe, których kanwą musiało być krwawe przestępstwo. Rozkazał swoim oprycznikom wykradać bojarom ich piękne żony i przyprowadzać do niego. Do syta nasyciwszy się gwałtem, przekazywał je do dalszego gwałcenia oprycznikom, którzy mieli to robić w obecności związanego męża. Jeśli mąż zbytnio rozpaczał, czy nawet groził carowi na oczach półżywej żony, rozkazywał go zabić. Jeśli pozostawiał męża żywego, kazał wszystkim z niego szydzić, wyśmiewać i "rogaczem" nazywać. Pewnemu diakowi car zabrał żonę, zgwałcił ją, a dowiedziawszy się, że mąż z tego powodu wyraził swe niezadowolenie, rozkazał powiesić żonę nad drzwiami ich domu i nie zdejmować trupa przez dwa tygodnie. Innemu zaś diakowi żonę powiesił nad stołem. A ileż dziewcząt gwałcąc pozbawił dziewictwa? Chwalił się, że tysiąc. Gdy ktoś ośmielił się zaprotestować, karał okrutną śmiercią. "Radował się car, upajając się jękami i lamentem skazanych, niczym cudowną muzyką, chłonął wzrokiem krew i łzy, niczym przepiękne widowisko" - pisał kronikarz tamtych czasów.

Nowogrodzianie zamierzali poddać się polskiemu królowi. 2 stycznia 1570 roku Iwan Groźny z 1500 strzelcami zajął miasto. Rozpoczął się pogrom Nowogrodu - jeden z najbardziej krwawych i okrutnych w dziejach ludzkości. Do niewoli trafili mieszczanie i kupcy, którym w obecności cara palono twarze jakąś żrącą substancją. Tysiącami zwożono ich saniami na brzeg rzeki i wrzucano do lodowatej wody. Jeśli komuś udało się wydostać na brzeg, wówczas oprycznicy dobijali go. Jatka trwała pięć tygodni. Nowgorodzian zaczęto nazywać "dołbiożnikami", a słowo to było aluzją do "dołbni" - ciężkiej pałki służącej do ogłuszania ludzi wydobywających się z lodowatej rzeki. Tak opisuje te zdarzenia rosyjski historyk K. Birkin.

Nie bądźmy naiwni, drodzy czytelnicy, myśląc, że tylko jedna Rosja była takim barbarzyńskim krajem. O nie! Ludzi poddawano torturom na całym świecie. Czyniono to niezwykle łatwo. Nawet w cywilizowanych krajach europejskich dość późno oficjalnie zniesiono tortury. We Francji, na przykład, dopiero w 1790 roku. Każdy kraj wniósł coś osobliwego do arsenału tortur. W Bretanii smażono ludziom nogi jak na grilu, w Ruanie miażdżono palce specjalnym urządzeniem, w Otenie lano na nogi wrzący olej, w Orleanie swój renesans miały dyby, w Paryżu zaś woleli "hiszpańskie buty". Najlżejszą torturą było nakładanie na szyję żelaznej obroży, do której przyczepiane były ciężkie łańcuchy.

Między torturami, a zasłużoną karą jest mała różnica. Karano publicznie, a torturom poddawano w podziemiach twierdz, z dala od niepowołanych świadków. I od wieku do bodajże końca XVIII wieku, w czerwonym świetle lochów katowni znajdujemy w rękach katów skazańców z najróżniejszych środowisk. Książęta czystej krwi, potomkowie carów, wysokich urzędników duchownych, kobiety z wyższych sfer, arystokratki.

Za czasów Elżbiety Piotrowny słynne było publiczne ukaranie dwóch rodowitych arystokratek. Były to księżniczka Biestużewa i Łopuchina. Ukarano je z sadystycznym okrucieństwem i to z nader błahego powodu. Otóż kobiety ośmieliły się twierdzić, iż są piękniejsze od carycy. Elżbieta Piotrowna organicznie nie cierpiała żadnej konkurencji, a cóż dopiero w tak delikatnej materii, jaką jest kobieca uroda. Już raz wysmagała publicznie Łopuchina, która ośmieliła się do swych pięknych włosów wpiąć białą różę, której przywilej noszenia miała tylko caryca. Scena przedstawia się nam nader zabawnie. Elżbieta Piotrowna przestała tańczyć menueta i podszedłszy do Łopuchiny, energicznie wyszarpała z jej włosów różę z kawałkami skóry. I oto teraz Łopuchina po raz drugi naraziła się carycy. Co prawda, niektórzy historycy twierdzą, że Łopuchina i Biestużewa naraziły się carycy tym, iż brały udział w spisku przeciwko niej. Lecz nam wydaje się bardziej wiarygodny pierwszy powód: są piękniejsze od carycy. Wcale nie jest to taki błahy powód dla monarchiń, skoro za takie przewinienie potrafiły nie tylko wychłostać, ale i głowę ściąć. Czy poszłaby pod topór Maria Stuart, gdyby była brzydsza od Elżbiety I? Lecz uroda rywalki nie dawała spokoju angielskiej królowej dopóty, dopóki nie ścięła jej głowy.

Okrucieństwo kary, na jaką skazała, skądinąd humanitarna caryca Elżbieta Piotrowna, straszy nas i przeraża. Łopuchina, która zaczęła wdawać się w dyskusję z katem, dostała za swoje. I gdy nieprzytomna i skrwawiona, leżała na ławce twarzą do ziemi, ocucono ją i oznajmiono, że jeszcze nie koniec jej męki. Jeszcze jej publicznie będą język obcinać. Dwóch drabów zmusiło ją do wysunięcia jak najdalej języka, przytrzymali go, a kat jednym machnięciem noża uciął jej pół języka i zawołał w stronę zgromadzonego tłumu: "No, kto chce kupić świeże mięsko księżnej Łopuchiny". Znaleźli się chętni. Usmażą i zjedzą. Czyż nie tak postępowano z językami i sercami w epoce Rewolucji Francuskiej?

Biestużewa takich katuszy jak jej przyjaciółka nie doznała. Leżąc już na ławce, zdążyła jeszcze zerwać z szyi złoty krzyż wysadzany brylantami i wsunąć go w ręce katu, który tylko dla pozoru pomachał rózgą, ciała Biestużewej prawie nie dotykając. I język jej oszczędził, obcinając tylko sam koniuszek. Tak, że gdy wróciła z zdania, mogła nadal na balach tańczyć i nawet na komplementy odpowiadać, nieco tylko sepleniąc.

Zmaltretowanej, nieludzko torturowanej, z odcięty ni krwawiący m językiem Eudoksj i sił starczyło jeszcze tylko na to, by splunąć w stronę pałacu, gdzie mieszkała Elżbieta Piotrowna. Czapki z głów, drodzy czytelnicy, przed hardą i dumna kobietą, mającą odwagę przeciwstawić się despotycznej i okrutnej Elżbiecie Piotrowie.

W Rosji bardzo powszechne było nie tylko wyrywanie języków. Przed zsyłką na katorgę, kat specjalnymi kleszczami wyrywał zesłańcowi nozdrza. Złodziejom na policzkach i na czole wypalano znamię, krwawa rana była zacierana prochem i piętno pozostawało na całe życie. Lecz chłop rosyjski nie był w ciemię bity. Wymyślił jak piętno zlikwidować. Któż miałby ochotę przez całe życie paradować ze skazą: "złodziej"? Wiejscy znachorzy wycinali kawał mięsa z "tylnej" części ciała, a następnie przyszywali do policzków i czoła. Gdy rana się zagoiła i pokryła skórą, po piętnie śladu nie było i dawny katorżnik znów mógł poczuć się człowiekiem. Operacja ta była przeprowadzana bez znieczulenia - na żywca! Lecz cóż to dla rosyjskiego chłopa, przyzwyczajonego do tortur i najróżniejszych cierpień - wytrzyma z godnością każdy ból.

Za czasów Piotra I tłum przechodniów z zaciekawieniem przyglądał się jak nabijano na pal trzech chłopów uprzednio połamanych kołem. Jeden staruszek od razu wykitował, a dwaj zdrowi młodzieńcy jeszcze jakiś czas żyli i nawet coś jeszcze do siebie mówili. Pale powoli przebijały ich ciała, ból to niemiłosierny, a oni z zaciekawieniem spoglądali jeszcze na ludzi. I nagle jednemu z nich zaczęła z ust kapać krew, plamiąc stalową obręcz koła. Żebyście, drodzy czytelnicy, mogli zobaczyć, jak wyswobodził zmiażdżoną dłoń i z jakim namaszczeniem końcem rękawa wytarł tę krew z koła. Z takim szacunkiem przyjmował chłop rosyjski prawo, które w jego pojęciu nie może być niesprawiedliwe. I jeśli skazano go na tak okrutną śmierć, to należy ją przyjąć z godnością i nie zanieczyszczać państwowych urządzeń chłopską krwią. Cóż można powiedzieć o takim narodzie? Chyba to, że to naród cierpiący i niezwyciężony!

O tak, torturować w Rosji lubili i potrafili! Temu nie można zaprzeczyć. Każdy rosyjski car coś nowego wniósł do nauki o torturach. Dopiero caryce-kobiety trochę od tych okrucieństw odeszły, złagodziły kary, ale i one zupełnie ich nie zlikwidowały. Katarzyna II, w porównaniu do swoich poprzedniczek, przejawiała w pewnym stopniu humanitaryzm. To ona przecież rozkazała, by ludzi szlacheckiego pochodzenia łagodniej torturować. I kiedy znana moskiewska morderczyni-sadystka Sałtyczycha, mieszkająca na rogu Łubianki (siedziba późniejszego KGB) i Kuznieckiego mostu, która własnoręcznie pałką zamordowała aż stu trzydziestu ośmiu swoich chłopów, na trzydziestopięciostopniowym mrozie polewając ich wodą, stanęła wreszcie przed sądem, przed którym zeznała, że zjadała zabite noworodki i piersi kobiet, które sama odcinała, wówczas sędzia osobiście zwrócił się do carycy, żeby ta zezwoliła wobec niej zastosować nadzwyczajne tortury. Katarzyna II, choć na równi z całym rosyjskim ludem była wstrząśnięta czynami Sałtyczychy, to jednak zdecydowanie odmówiła, motywując to tym, iż Sałtyczycha jest szlachcianką i nie przystoi ją poniżać okrutnymi torturami. Natomiast w obecności morderczyni pozwoliła zastosować najwymyślniejsze tortury wobec diaka chłopskiego pochodzenia.

A wszystko dlatego, że była zbyt oświeconą carycą i na zachodniej modzie się wzorowała. A tam, na przykład w Anglii od końca XVIII wieku, arystokratów nie wolno było torturować. W angielskim prawie czarno na białym było napisane, że lorda pod żadnym pozorem nie można torturować, nawet jeśli dopuścił się zdrady państwa. Wydaje nam się jednak, że ten obłudny zapis był czystą fikcją i kamuflażem, i absolutną miał rację francuski pisarz Wiktor Hugo, który z właściwym sobie sarkazmem powiedział: "W Anglii nigdy nie istniały tortury? Tak twierdzi historia. A to trzeba mieć tupet, by tak sądzić. Tam jedynie nosy odcinali, oczy wykłuwali i wyrywali te części ciała, które świadczyły o przynależności do określonej płci". Tylko tyle! Istotnie w żadnym kraju nie spotkamy tylu wykastrowanych na żywca przestępców, co w Anglii. No cóż, zazdrość Turcjo ze swym wiecznym niedostatkiem eunuchów w haremach.

Morderczyni Sałtyczycha tak łatwo uniknęła tortur dzięki swej przynależności do szlacheckiej kasty. Siedziała w podziemnej celi Iwanowskiego klasztoru dokładnie trzydzieści trzy lata. Tłumnie przychodził tu naród, żeby w twarz morderczyni splunąć. Odsuwali zieloną zasłonkę, którą zakryte było okienko w drzwiach celi i pluli. Sałtyczycha odpowiadała im stekiem wyzwisk i szturchaniem laską w otwór okienny. Chociaż w ten sposób mogła dać upust swym sadystycznym skłonnościom. Światła w celi nie było, świece do niej wnoszono tylko podczas posiłków. Możliwe, że przy tym nikłym świetle dostrzegła swojego strażnika, który jedzenie jej przynosił i postanowiła go uwieść. Otyłej jak beczka, zewnętrznie odrażającej, udało jej się zniewolić strażnika. I jeszcze w więziennej niewoli dziecię powiła, ku zgrozie wszystkich, nie wyłączając carycy. Jednym słowem dała pstryczek w nos historii. Wy tu ze mnie słynną morderczynię robicie, która w encyklopedii znajdzie swoje miejsce, w ciemnicy trzymacie ponad trzydzieści lat, ludziom jak dziwoląga pokazujecie, a mnie uciechy miłosne są w głowie. Figę wam pod nos!

Sto trzydzieści osiem osób zamordowała Sałtyczycha, tak twierdzą jedni historycy, inni zaś utrzymują, że nic podobnego. Więcej niż stu nie zamordowała (mało?). I jak tu się porównywać z takim oto francuskim potworem, przyjacielem i dowódcą wojsk Joanny d'Arc, marszałkiem Gilles de Rais, który bestialsko pomordował osiemset dzieci w wieku od 8 do 11 lat. Sadysta nacinał im brzytwą szyję, gwałcił, osiągając orgazm, a następnie kontemplował się "pięknym" widokiem kapiącej krwi na swoje obnażone genitalia. Po czym ofiary całował w usta i wieszał główkami w dół. Co za piękna perwersja!

Jeśli chodzi o Sałtyczychę, o dziwo, nawet głosy w jej obronie się podniosły. Ktoś nader skrupulatny obliczył, że przestępstwa Sałtyczychy znacznie odbiegają od światowych standardów. Zgładziła przecież zaledwie trzydziestu ośmiu swoich chłopów pańszczyźnianych, dwadzieścia dziewek i osiem bab! Ot, wielka rzecz! I o co tu taki raban podnosić! I z tak błahego powodu wystawiać szlachciankę pod pręgierz na Łobnym miejscu? To Łobne miejsce, które znajdowało się na obecnym placu Czerwonym w Moskwie jest nader interesujące, drogi czytelniku. Stąd Iwan Groźny patrzył na kaźń skazańców, których do gorącego oleju wrzucano i w tym celu na placu były ustawione piece z kotłami, ludzi na pale nabijano i za nogi wieszano na ustawionych pod rząd szubienicach. Stąd wszystko dobrze było widać i car jak w loży teatralnej mógł z bliska przyglądać się tragicznym widowiskom. Tu na Łobnym miejscu rozrywano na kawałki Dymitra Samozwańca, wieszano czteroletniego synka polskiej szlachcianki Maryny Mniszchówny, niedoszłej carycy rosyjskiej. Wiele ciekawych kaźni odbyło się w Moskwie na Łobnym miejscu. I oto teraz stoi tam na szafocie z czarną tabliczką "zbrodniarka" Sałtyczycha. Obok kat z batem. Lecz chłostać morderczyni nie będą. Zachłoszczą na śmierć jej diaka.

Patrz, Sałtyczycho, na tę kaźń i niech cię wyrzuty sumienia dręczą, za wszystkie zbrodnie, których dokonałaś na swoich poddanych. Biła ciężarne kobiety tak długo, aż poroniły. Widok wylewającego się płodu z łona matki dostarczał jej niezrozumiałej dla zwykłego śmiertelnika przyjemności. Wypędzała bosych chłopów nocą na mróz, by rano oblać ich wrzątkiem i dobić knutem. Podpalała domy chłopom, zabijając wcześniej drzwi i okna, żeby nikt nie mógł uciec. Tym, którzy nie chcieli się z nią przespać, obcinała genitalia. Okrucieństwa Sałtyczychy prostym językiem opisał Jermołaj, któremu Sałtyczycha zamordowała trzy kolejne żony. Brudnawy karteluszek z błędami ortograficznymi trafił do rąk Katarzyny II. Oniemiała z wrażenia. Zareagowała natychmiast. Sałtyczyche aresztowano i oddano pod sąd. Był to bezprecedensowy przypadek w dziejach Rosji, gdy chłop pańszczyźniany złożył skargę na swego pana. Na ogół tego nie robiono. Chłopi w milczeniu i pokorze znosili wszelkie okrucieństwa zadawane im przez swych panów. Obszarnicy w specjalnych pomieszczeniach trzymali skute i przywiązane na żelaznych obrożach wiejskie dziewki, swój harem. Całymi latami przebywały w tych dusznych izbach, a wyprowadzano je tylko wtedy, gdy ich pan miał ochotę na stosunek.

Od momentu ujawnienia przestępstw Sałtyczychy gazety coraz śmielej zaczynały obnażać okrucieństwa "panów" pastwiących się nad swoimi poddanymi. Ujawniono szereg patologicznych zachowań. Pisano o neurotycznym sadyzmie księżnej Kozłowskiej, lubiącej chłostać chłopów nie po plecach, jak powszechnie było przyjęte, a po organach płciowych. Wiele rosyjskich baryń przejawiało taką nietypową fetyszyzacje niektórych części ciała. Wspomniana Kozłowska, za najmniejsze przewinienie swego chłopa, ot, świniom gnój niedokładnie sprzątnął, rozkazywała kłaść się na plecach, osobiście odpinała rozporek, wyciągała przyrodzenie i bezlitośnie smagała cienką rózgą, niejednokrotnie miażdżąc jądra. A gdy dziewka źle podłogę umyła, Kozłowska taką karę stosowała: kazała winowajczyni położyć się na boku, związywała ją pasami, obnażała piersi, kładła je na desce i chłostała namoczoną rózgą. Co przy tym czuła księżna, oczy której rozszerzały się w niemej ekstazie - niech nam seksuolodzy powiedzą. Niech nam wyjaśnią, dlaczego takie potworności drzemią w ludzkim mózgu? Kto tu jest winien, że normalnie, bez sadyzmu i masochizmu, niektórzy ludzie nie mogą osiągnąć seksualnego zadowolenia? Chyba nikt nam, drogi czytelniku, na to pytanie nie odpowie, co najwyżej skwituje ogólnikowym stwierdzeniem - taka już jest ułomna natura ludzka. A skądinąd wiadomo, że u wielkich tego świata seksualna satysfakcja nie obywała się bez wyuzdania i patologii.

* Elwira Watała "Miłosne igraszki rosyjskich caryc", 2006