Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Gazeta Wyborcza - 14/01/2000

 

 

JOLANTA KRYSOWATA, MARCIN FABJAŃSKI

Postawiłem na stwórcę

 

Kazimierz Domański o sobie: - Nie umiem czytać ani pisać. Kiedy mówi, jest lekko nieobecny. Oczy uciekają mu do góry, rysy zastygają bez wyrazu. - Kocham wszystkich biskupów i kardynałów - podkreśla.

19 grudnia 1999 roku w kościołach diecezji wrocławskiej księża odczytali list, z którego wynika, że jest to miłość jednostronna. W liście kardynał Henryk Gulbinowicz poinformował, że nałożył karę interdyktu na kapłanów i wiernych, którzy popierają zarejestrowane przez Domańskiego Stowarzyszenie Ducha Świętego. Na każdego, kto "przyczynia się do rozwoju stowarzyszenia, tzn. propaguje je, werbuje członków, wspomaga materialnie, aktywnie uczestniczy w jego spotkaniach itp.".

Kara jest surowa. Wierni objęci interdyktem nie dostaną w swoich parafiach rozgrzeszenia, nie będą mogli przystępować do komunii świętej, być rodzicami chrzestnymi. Nie mają prawa do pogrzebu katolickiego.

Interdykt przygnębił Kazimierza Domańskiego. - Ciężej mi teraz na sercu - mówi. - Ale słucham Boga, nie człowieka.

Madonna w pomidorach

Kiedy 8 czerwca 1983 roku Domański wsiadł na rower i wyruszył na działkę podwiązać pomidory, był jeszcze zwykłym człowiekiem: schorowanym rencistą, mieszkającym z żoną, córką, zięciem i wnukiem w bloku na przedmieściach Oławy. Kiedy wrócił do domu tuż przed dziesiątą, był już kimś zupełnie innym - natchnionym wizjonerem. Powiedział żonie o swojej odmianie i razem uklękli do modlitwy w dużym pokoju przed wersalką, nad którą wisiał wielki obraz Matki Boskiej Częstochowskiej.

Objawienie na działce wyglądało tak: na ławeczce w altance zobaczył Matkę Boską i padł na kolana. Odmówił "Ojcze nasz" i "Zdrowaś Mario". Chciał jeszcze dołożyć "Pod Twoją obronę", ale Matka Boska mu przerwała. Dotknęła go dłonią w prawe ramię i powiedziała: "Ty masz chorych uzdrawiać".

Domański, człowiek pobożny, zaraz po objawieniu pojechał do proboszcza swojej parafii. Proboszcz napomknął o objawieniu w kazaniu. Kilku wiernych poszło modlić się na działkę Domańskiego. O cudzie napisały z ironią wrocławskie gazety, telewizja puściła prześmiewczy reportaż. Generał Jaruzelski wspomniał o Oławie na Krajowej Konferencji Delegatów PZPR. Powiedział, że w kraju wiele jest jeszcze ciemnoty i zacofania. Na działkę Domańskiego zwaliły się tłumy. Przyjeżdżało nawet 30 tysięcy ludzi w ciągu jednego dnia!

- Do miasta od strony ogródków działkowych nie dało się wjechać. Nie tylko ze względu na tłok, ale i zapach. Nie było żadnych toalet - wspomina Jerzy Kamiński, redaktor naczelny oławskiej "Gazety Powiatowej".

Kazimierz Domański postawił na altance krzyż, w środku zbudował ołtarz i zaczął błogosławić pielgrzymów. Kładł każdemu ręce na głowę i powtarzał: "Niech Matka Boża błogosławi i uzdrowi, Panie Jezu pobłogosław". Słowo w słowo, jak mu kazała Matka Boska. Tysiące ludzi doznało uzdrowień, tysiące widziało cuda.

Były też ofiary: dwóch mężczyzn zmarło w kolejce, dwie inne osoby zabił pociąg na pobliskich torach.

Matka Boska była zadowolona. Ale również krytyczna. Powiedziała Domańskiemu: "Byłam między wiernymi dwie godziny. Nie wszyscy się modlili na Różańcu - tylko 20 procent ludzi".

Właściciele innych ogródków zaczęli się buntować - działki są do rekreacji, a nie do deptania przez tłumy. Poskarżyli się władzom miejskim. Kazimierz Domański ustąpił. Powiesił na płocie tablicę: "Za zgodą władz miejskich - Matka Boska uzdrawia we wtorki i czwartki".

Nie będziemy mieć nikogo

Dziesięć dni po liście kardynała Gulbinowicza w kościele Wspólnoty Ducha Świętego w Oławie ksiądz Andrzej odprawia mszę. Nie chce zdradzić swojego nazwiska: - Jestem z innej diecezji, więc rozporządzenia kardynała Gulbinowicza mnie nie dotyczą. Dziwię się tylko, że kardynał karze modlących się ludzi, oddanych Kościołowi i Bogu. Jeśli nie będziemy mieć ich, to nie będziemy mieć nikogo - mówi.

Kazimierz Domański dorzuca: - Kardynał sam powinien tu dać jakiegoś księdza. Ja jeździłem do kurii wiele razy. Nie chciał ze mną rozmawiać. Po interdykcie jeszcze więcej ludzi będzie tu przyjeżdżać. Matka Boska nie pozwoli na takie traktowanie. Kardynał zranił Jej serce i serce Pana Jezusa.

Pielgrzymom też niestraszny interdykt. 50-letni mężczyzna przyjechał z Lipek: - Nasz proboszcz odczytał komunikat kardynała i wyjaśnił, że modlić tu się można, tylko komunii świętej przyjmować nie wolno.

- Wolę przyjąć komunię na świętokradzkiej mszy niż u siebie w parafii od księdza pijaka - tłumaczy zgarbiony staruszek.

- Jakie tu przestępstwo się dzieje? - dziwi się 60-letnia kobieta. - Ja nie mogę bez tego miejsca żyć. Tu jest siła boska. Ja się tu uzdrawiam. Msze teraz odprawiają nawet na dworcach i w więzieniach - tam, gdzie się zło dzieje. A tu, w świętym miejscu, zabraniają! - złości się.

Kazimierz Domański z dumą wskazuje pielgrzymów: - Jak można tych ludzi sektą nazywać?

Milicjanci się nawrócili

Objawienia oławskie od początku uwierały władze Peerelu. Oprócz problemów ideologicznych stwarzały problemy techniczne: w Oławie pielgrzymi próbowali realizować każdego dnia pięć tysięcy kartek żywnościowych. Tylko taksówkarze zacierali ręce.

Do objawień włączyła się milicja. W październiku 1986 r. zabrano z altanki figurkę Matki Bożej, która płakała krwawymi łzami. Sprawdzono, czy grupa krwi na figurce zgadza się z grupą krwi Domańskiego. Nie zgadzała się. Oddano figurkę z przewierconymi otworami.

- W czasie bytności figurki na komendzie kilku milicjantów się nawróciło - podkreśla Kazimierz Domański.

Kościół oficjalnie milczał do 17 stycznia 1986 roku. Tego dnia Komisja Episkopatu do spraw Duszpasterstwa Ogólnego wydała komunikat: objawienia Domańskiego nie są nadprzyrodzone, a księża i wierni powinni przestać przyjeżdżać do Oławy. "Może to godzić w zasady wiary i być wykorzystywane przeciw Kościołowi".

Załamany Domański przestał na jakiś czas błogosławić. Ale pielgrzymi nie przestali przyjeżdżać. Księża też - tyle że w cywilnych ubraniach. Na drodze stawali im milicjanci. Odsyłali już z dworca kolejowego. Postawili też dyżurkę, z której obserwowali teren działek 24 godziny na dobę. Wojewoda wrocławski wprowadził w Oławie przyśpieszony tryb postępowania. Trwały podjazdowe wojny, sypały się kolegia na pielgrzymów i samego Domańskiego. Płacił i na nowo zaczynał błogosławić. Tak mu kazała Matka Boska.

Papież nie przyleciał

- Kościół mnie zawsze atakował, ale wytrwam. Co mam powiedzieć staruszkom, które tu Matka Boska uzdrawia? Żeby poszły do domu? - denerwuje się Kazimierz Domański. Jego też uzdrowiła Matka Boska. W 1976 r. odszedł na rentę chorobową z Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego. Zaraz potem trafił do szpitala. Dzięki żarliwej modlitwie do świętego obrazka uniknął trepanacji czaszki.

Prowadzi do kaplicy, gdzie stoi w rzędzie kilkanaście kul inwalidzkich, a na ścianie wiszą dziesiątki okularów. Należały do uzdrowionych.

- Tu mam dowody, ale Kościół nie chce ich widzieć - mówi.

Domańskiemu bardzo zależy na akceptacji Kościoła. W zeszłym roku obiecał pielgrzymom, że do Oławy przyjedzie Papież w drodze do Wrocławia na Kongres Eucharystyczny. Gdy stało się oczywiste, że do tego nie dojdzie, uznał za wystarczające, że Jan Paweł II przeleci nad Oławą. Ogłosił, że to właśnie będzie błogosławieństwo dla tego miejsca. Tłum zebrał się na działkach, śpiewał i modlił się w oczekiwaniu na papieski samolot. Ale samolot się nie pojawił.

- Nie szkodzi - oświadczył Domański zawiedzionemu tłumowi. - Matka Boża chce nam w ten sposób powiedzieć, że musimy się więcej modlić za Ojca Świętego, a dzień zwycięstwa przyjdzie.

Mistyczka w Peweksie

Pod koniec 1985 roku zainteresowanie Oławą nieco zmalało, przestały przyjeżdżać tłumy. Ale oto stał się cud. Na działkach pojawiła się postać, która przywróciła miejscu dawny blask - Krystyna Żurawska, 17-letnia śliczna, subtelna dziewczyna o długich włosach. Doznawała objawień na klęczkach, z oczami wzniesionymi do góry i lekko rozchylonymi wargami. Ledwie poruszała ustami, a z nich i tak słowa się wydostawały.

W bojaźni bożej wychowała ją Janina Paszewska - staruszka, która ślubowała czystość i całe życie chodziła w ukrytej pod płaszczem włosiennicy. Jej misją było poszerzanie ludu bożego. Chrzciła nieślubne i cygańskie dzieci. Na własny koszt woziła je taksówką do kościoła.

Na ogródkach działkowych Krystynka, łkając, przemawiała słowami Matki Boskiej. Zachowały się nagrania tych objawień, którymi wtedy w Oławie handlowano: "Trzy tygodnie walczyłam z szatanem, ale Polska jest moja, moja! Wygrałam, wygrałam! Błogosławiona jesteś! Wiesz, co cię czeka. Masoneria uczyni wszystko, żeby cię zniszczyć, ale ze mną nikt jeszcze nie wygrał...".

Po kilku miesiącach Krystynka przestała podobać się pielgrzymom. Ktoś widział ją w Peweksie - kupowała alkohol i ciuchy. Domański skreślił ją z programu spotkań z pielgrzymami. Legenda mówi, że Krystyna straciła łaskę objawień, a razem z nią mowę. Przez lata mieszkańcy Oławy nie słyszeli, żeby odezwała się choćby słowem. Zatrudniło ją miasto. Do dziś sprząta klatki schodowe.

Mogliśmy przekonać się, że mowę odzyskała - spod drzwi jej mieszkania w mrocznym bloku w centrum miasta wygnała nas seria przekleństw.

Syn wszystko przewidział

- Matka Boska poddaje mistyków próbom. Krystynka nie wytrzymała próby czystości. Dlatego straciła łaskę. Próby przeszedł tylko mój syn Maciek - opowiada Marian Obodziński, kolejna postać, która wpisała się w historię oławskiego cudu.

Marian Obodziński, doktor inżynier (co podkreśla), pojechał do Oławy tylko z ciekawości. Nastawiony był sceptycznie, ale zobaczył cud. - Dopchałem się na odległość pięćdziesięciu metrów od altanki. Nagle niebo rozstąpiło się, chmury znikły. Wyszło słońce. Zaczęła wirować tarcza i wysyłać promienie różnych kolorów. W mojej głowie pojawiła się tylko jedna myśl: Bóg istnieje naprawdę. Rozpłakałem się - opowiada.

Od tamtego dnia co niedziela jeździ do Oławy, żeby się modlić. Interdykt mu nie przeszkadza. Kiedy proboszcz w parafii zapytał go, czy się z interdyktem zgadza, odpowiedział bez wahania: - W stu procentach. - A czy będzie pan tam jeździł? - zapytał dalej ksiądz. - Tak - odparł.

W dużym pokoju w mieszkaniu Mariana Obodzińskiego stoi półtorametrowa, gipsowa figura Jezusa. Cała ściana zawieszona świętymi obrazami.

- Wierzę w cud, bo kieruję się racjonalnym rozumem - podkreśla.

W maju 1997 roku 17-letni syn Mariana Obodzińskiego - Maciek - zniknął na cały dzień. Wrócił w nocy. Po pierwszym laniu wyznał: - Matka Boska kazała mi iść 30 kilometrów. Słyszę też głosy aniołów i świętych.

Wtedy dostał drugie lanie. Ale jeszcze tej samej nocy doktora inżyniera naszła refleksja: - A jeśli Maciek mówi prawdę? Żona zauważyła, że ostatnio podniosła się jego pobożność. Widziano go w katedrze, jak leżał krzyżem.

Zażądał dowodów. I otrzymał. - Syn na przykład dokładnie wiedział, co robię i o czym rozmawiam w pracy - wspomina. - Przepowiedział też datę śmierci mojej matki i to, że Domański ogłosi go swoim następcą.

8 września 1997 roku Matka Boża przekazała ustami Kazimierza Domańskiego, że wybrała Maćka Obodzińskiego na jego następcę. Na potwierdzenie na hostii pojawiła się krew.

- Na drugi dzień złożyłem w pracy wymówienie - mówi Marian Obodziński. - Postawiłem na coś ważniejszego. Nie na prezesa firmy, ale na Stwórcę. Matka Boża powiedziała, że dobrze zrobiłem. A byłem jednym z dyrektorów międzynarodowego koncernu ABB. Dobrze zarabiałem.

Matka Boża rozkazała też, żeby Maciek przerwał naukę. - Poszedłem do szkoły i zabrałem papiery syna - wspomina doktor inżynier.

Odtąd inżynier Obodziński dawał żywe świadectwo pielgrzymom, że nie tylko prości ludzie wierzą w objawienie, ale też ci z tytułami naukowymi. No i czuwał nad synem, który wkrótce miał przejąć przywództwo w Oławie. Ale nie przejął.

- W Maćka coś wstąpiło - mówi Kazimierz Domański. - Choć dobry chłopak był i pięknie się modlił, to podobno z satanistami się włóczył, po dworcach spał.

Inżynier Obodziński inaczej tłumaczy odejście syna: - Maciek mieszkał u Domańskiego kilka miesięcy. Odszedł, bo widział błędy, jakie tam się popełnia. Największym z nich było to, że Domański przyjął na kapłana księdza Barzyckiego.

Zbawienie kostką Rubika

Ksiądz Kazimierz Barzycki mieszka w domu księży emerytów w Strzelinie. W małym pokoju najważniejszym meblem jest komputer. Ksiądz Barzycki pisze na nim książki. Pod ścianą piętrzą się paczki owinięte w szary papier. W każdej kilkaset kopii jego najważniejszego dzieła. - Razem sześćdziesiąt tysięcy - cieszy się ksiądz.

W książce ksiądz Barzycki wykłada swoją teorię zbawienia. Zbawienie najłatwiej osiągnąć za pomocą kostki Rubika. Sam potrafi ułożyć kostkę w czternaście sekund. Wynalazek Rubika to największy dar dla ludzkości. Układanie kostki jest jak modlitwa. Każda ścianka i każdy kolor coś znaczą: praktyki religijne, przykazania, jałmużnę, post...

Po raz pierwszy pojechał do Oławy w 1997 roku. W Strzelinie miał szare firanki, zdziwaczałych sąsiadów, nikogo, kto by wysłuchał jego kazań. Tam - rozentuzjazmowane tłumy. Na 8 grudnia 1997 roku Kazimierz Domański zapowiedział cud. I cud się zdarzył. Na rękach księdza Barzyckiego. Rozdawał właśnie komunię, kiedy na hostii wszyscy ujrzeli krwawy ślad. Hostia spoczęła w tabernakulum. A potem zaczął się konflikt. Ksiądz Barzycki wrócił do ołtarza, a tam cudownej hostii nie było. Ministranci wykradli.

- Krzyczę do mikrofonu: kto widział złodzieja? Na nic. Ministranci wyłączyli mikrofon. Myślę, że hostię inżynier Obodziński zabrał. Przed kościołem widziałem jego samochód.

Wkrótce biskup Gulbinowicz zawiesił księdza Barzyckiego w sprawowaniu sakramentów. - Miałem na pieńku z biskupem, jeszcze o tę kostkę Rubika - wyjaśnia ksiądz. Wrócił do Strzelina. Teraz z 60 tysięcy egzemplarzy swojej książki będzie wyrywał fragment o tym, że w Oławie jest cud. Wstawi nowy - zgodny ze stanowiskiem Kościoła.

- A bo cudu nie ma - mówi. - Sam widziałem, jak Domańskiego w czasie objawień śmiech dławi. Podłożyli mi te krwawe hostie, a potem zabrali, żeby się nie wydało.

- Skąd ta pewność? - pytam.

- Oławę opanowali lefebryści - wyjaśnia ksiądz. - Wszystko finansuje Zachód. Chcieli, żebym po łacinie mszę odprawiał. Tyłem do wiernych stał!

Sposób był kłamliwy

Na łąkach pod Oławą stoi wielki budynek o strzelistym dachu, zwieńczony dzwonnicą i wieżą. Dla kardynała Gulbinowicza jest to obiekt świecki, dla pielgrzymów - kościół. Dla architekta miejskiego budynek magazynowo-inwentarski, na który składa się: stodoła, paszarnia, stanowiska na maszyny rolnicze i silosy na ziemniaki. Na taki budynek Domański dostał pozwolenie. Zbudował kościół. Chciał podarować go Kościołowi katolickiemu, ale z kurii przyszło pismo: "Kuria Metropolitalna Wrocławska z przykrością stwierdza, że sposób zdobywania funduszów przez Pana na budowę obiektów był wysoce nie tylko niestosowny, ale wręcz kłamliwy. W postawionych budynkach jest przechowywany Przenajświętszy Sakrament. To ciężkie wykroczenie przeciw dyscyplinie Kościoła. Kuria nie wyda zgody na osiedlenie się zakonników, sióstr zakonnych i kapłana. Zanim nie nastąpi legalizacja budynków i odwołanie kłamstw oraz naprawa moralnych szkód wyrządzonych Kościołowi katolickiemu".

Teren pod budowę podarowała Domańskiemu jedna z mieszkanek Oławy. Oprócz kościoła jest tu kaplica, dom pielgrzyma, stołówka, kilka mieszkań, sklep i droga krzyżowa. Kilkadziesiąt metrów dalej - rząd kranów z uzdrawiającą wodą. Tryska do marmurowego korytka, ale nie ma na nią chętnych. Chętni byli, kiedy ciekła z jednego pordzewiałego kranu wprost na ziemię.

- To wszystko zbudowali głównie górnicy zwolnieni z kopalń, kolejarze na emeryturze i bezdomni, którzy za prace dostawali jedzenie - wyjaśnia kierownik budowy, inżynier Jan Hawryluk. - Osiemdziesiąt procent budowy finansowali Niemcy - przyznaje.

Kazimierz Domański nie mieszka już w bloku. Przeprowadził się do ogromnej willi, którą stawiał przez ostatnie lata.

Czekanie na stygmaty

Na schodach kościoła wśród pielgrzymów leży starsza kobieta.

- Czeka na stygmaty - wyjaśnia mężczyzna z kilkoma różańcami na szyi. - Może będziemy świadkami cudu. Jeśli oczywiście jesteśmy tego godni - dodaje po chwili.

Ciało kobiety rozciągnięte jak ciało Chrystusa na krzyżu. Ręce rozłożone, głowa na bok, bose stopy założone jedna na drugą. Oczy zamknięte, usta lekko rozwarte, cera nienaturalnie blada. Kolejne mijające ją z czcią osoby dotykają jej stóp. Łapią ją za nadgarstki. Puls prawie niewyczuwalny. Kobieta wreszcie otwiera oczy, mówi: - I Pan przemówił do mnie. Jeszcze nie jesteśmy przygotowani. Trzeba więcej modlitwy.

Pielgrzymi kiwają głowami. Pierwsi z nich dotarli tu o świcie pociągiem. Od przejazdu kolejowego wielu z nich przemierza drogę na kolanach. Kilometr po asfalcie lub poboczem. Po mszy wszyscy zbierają się pod krzyżem, wokół kupy żwiru, i czekają na błogosławieństwo.

- Panie Boże pobłogosław, niech Matka Boska błogosławi - powtarza Domański, nakładając ręce na głowy. Trwa to godzinę, dwie, trzy... aż do ostatniego pielgrzyma. Pobłogosławieni wciskają mu do kieszeni zwitki banknotów. Gdy kieszenie ich już nie mieszczą, Domański przerywa na chwilę błogosławieństwa i przekłada pieniądze do worka, który trzyma jego żona.

- Pół roku odkładałam z emerytury - wyznaje pątniczka ze Skarżyska. - To mój wkład w dzieło boże!

Inny jej wkład to przepisywanie wiersza o Domańskim. Napisała go jakaś poetka ludowa. Zaczyna się tak: "A ósmego czerwca kiedy ranną porą /Wiąże pomidory na działce pracuje/ Patrzy, że mu jeszcze tasiemki brakuje/ Otwiera altankę wlepia oczy swoje/ Patrzy - Matka Boska na ławeczce stoi".

Matka Boska mówi jasno

Inżynier Marian Obodziński ściska w dłoniach dwa grube zeszyty Maćka. Pokazuje je tylko z daleka. Obydwa zapisane drobnym maczkiem.

- Nie może pan tego czytać, Matka Boska zabroniła.

W zeszytach Maciek spisał objawienia. Matka Boska wyznaczyła rolę każdemu członkowi rodziny Obodzińskich.

- Mój syn jest mistykiem - wyjaśnia inżynier.

Do pokoju wchodzi żona: - Maciej przyszedł - szepcze.

Czekam. W pokoju obok odbywa się rozmowa ojca z synem mistykiem. Po pięciu minutach gorączkowych szeptów inżynier wraca. Z rozmowy z Maćkiem nici. Matka Boska zabroniła rozmawiać z dziennikarzami.

Inżynier, pewnym głosem: - Matka Boska mówi jasno. Maciej powróci do Oławy i będzie następcą Domańskiego. A w Oławie powstanie bazylika, jakiej świat nie widział. Sześćset metrów wysokości. Kilometr długości. Przez Krystynkę Matka Boska upominała się o modlitwy po raz pierwszy. Potem upomniała się przez Macieja. Niedługo nastąpi trzecie upomnienie, ostateczne. Jego narzędziem znowu będzie mój syn. Niedługo pojawią mu się stygmaty.