Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

OSOBLIWE,

DZIWACZNE,

PONADNATURALNE

1999

 

(...)

 

ZAGADKA ZIELONYCH DZIECI

Trzynastowieczne klasztorne zapisy opowiadają o tajemniczym pojawieniu się w malej wiosce Woolpit w Suffolk dwójki dziwnych dzieci o zielonej skórze.

Pochodzenie ich oraz innych humanoidów o niezwykłym kolorze skóry było na przestrzeni lat przedmiotem rozważań.

Panowanie Stefana, ostatniego króla Normanów, było ciemnym okresem w historii Anglii. Stefan, który zdobył władzę w 1154 roku, był słabym i głupim władcą - osłabił władzę królewską polityką rozdawania tytułów, ziemi i praw każdemu, kto gotów był go poprzeć, prowadził kosztowne wojny domowe i pozwolił, aby rządowa machina toczyła się na jałowym biegu, a poddani stracili kontakt z Koroną. Dla zdecydowanej większości zwykłych ludzi był to okres strachu i walki.

Oczywiście, życie w miastach, dworach, wsiach i na polach biegło swoim torem; uprawiano ziemię, zbierano zboże, lecz ciężko było żyć, a nieustanny lęk przed wojną lub inwazją doprowadził do poważnych zaburzeń w gospodarce. 1 jak to się często zdarza w czasach wielkiej biedy, cierpiące w milczeniu masy lgnęły z rosnącą desperacją do dającego im wytchnienie w troskach Kościoła. Jak pisze Dorothy Stenton w English Society in the Early Middle Age [Społeczeństwo w Anglii we wczesnym średniowieczu]: "Ich życie [...] było ciężkie i krótkie, i chętnie przyjęli religię, która biednym i głodnym obiecywała wieczne szczęście".

Religia była istotą życia w średniowieczu, a wraz z nią pojawiła się wiara, że zjawiska nie z tego świata czy też istoty pozbawione ciała są faktem. To, czego nie mogły zobaczyć oczy, było równie realne jak świat widzialny. To, że duchy były niewidzialne dla ludzkiego oka, oznaczało dystans dzielący człowieka od Boga - z powodu grzechów. Niektórzy ludzie otrzymali dar widzenia duchów. Czasami te pozbawione ciała istoty potrafiły się ukazywać, spontanicznie lub przywołane. Święty Izydor z Sewilli (żyjący w latach 560-636) uważał, że duchy są istotami realnymi. W swojej Etymologii opisuje je jako stwory, które: "potrafią zakłócać zmysły, pobudzać niskie żądze, dezorganizować życie, wywoływać niepokój podczas snu przynoszący choroby, [...] kontrolować sposób, w jaki los przydziela role, dzięki swoim sztuczkom udawać wyrocznie, pobudzać żar miłości; [...] przywołane, zjawiają się; przyjmują różne formy i czasami są podobne do aniołów".

Ludzie średniowiecza traktowali zjawiska paranormalne zupełnie inaczej niż my dzisiaj; wzbudzały wówczas lęk, strach, zainteresowanie, ale nie zdziwienie. A wraz z taką postawą pojawiło się nieodwołalnie to, co dziś określilibyśmy jako łatwowierność. Jasne jest, że wiarygodność każdego nie wyjaśnionego zjawiska w średniowieczu musi być rozważana z tej perspektywy - i z niezwykłą ostrożnością.

Świadectwo cudu

Rozumieli to ówcześni kronikarze klasztorni. Jednym z nich był William z Newburgh - klasztoru w Yorkshire - który w 1200 roku, wspominając rządy Stefana, takimi oto słowy rozpoczyna swoją relację o dziwnych zielonych dzieciach, które zmaterializowały się w Woolpit, w pobliżu Bury St Edmunds w Suffolk: "Nie wolno mi pominąć cudu, o jakim nie słyszano od najdawniejszych czasów, który zdarzył się za panowania króla Stefana. Sam długo nie chciałem dać temu wiary, choć było o tym głośno wśród wielu ludów za granicą. Ale ja uważałem za śmieszne zajmowanie się czymś, czego nie było powodu komentować, a najbardziej z powodu niejasności. Aż wreszcie zostałem przygnieciony tyloma dowodami ze strony wiarygodnych świadków, że byłem zmuszony uwierzyć i podziwiać to, co mój rozum usiłował na próżno zrozumieć lub prześledzić".

Po tym nieśmiałym wstępie, kronikarz kontynuuje z większym zapałem: "W Anglii trzy lub cztery mile od wspaniałego klasztoru Błogosławionego Króla i Męczennika Edmunda leży wioska, w pobliżu której można zobaczyć wiele znajdujących się tu od niepamiętnych czasów kanałów, zwanych wolfpittes; od nich właśnie pochodzi nazwa wioski. Podczas żniw, gdy żniwiarze zbierali się na polu, z jednego z tych kanałów wydostały się dzieci o zielonym ciele, chłopiec i dziewczynka, w ubraniu dziwnego koloru i z nieznanego materiału. Wędrowały zdezorientowane po polu, aż wreszcie zobaczyli je żniwiarze i zaprowadzili do wioski, gdzie zebrało się wielu, żeby zobaczyć ten cud".

Opat Ralph z Coggeshall, pisarz klasztorny pracujący w Essex, około pięćdziesiąt kilometrów na południe od Woolpit, z mniejszym sceptycyzmem podszedł do opowieści o zielonych dzieciach, lecz jeśli chodzi o kolor ich skóry, twierdził jedynie, że miała ona "zielone zabarwienie". "Nikt nie potrafił zrozumieć ich mowy - pisał dalej. - Kiedy przywiedziono je jako ciekawostkę do domu rycerza sir Richarda de Calne w Wikes, gorzko płakały. Postawiono przed nimi chleb i inne wiktuały, lecz one niczego nie tknęły, choć dręczył je wielki głód, jak potem przyznała dziewczynka. W końcu, gdy przyniesiono do domu świeżo zebraną fasolę, nie obraną z łodyżek, zaczęły z wielką pożądliwością dawać znaki, aby im ją podano. Kiedy ją dostały, zamiast strączków otwierały łodygi, myśląc, że w nich jest fasola. Gdy jednak jej nie znalazły, znów zaczęły płakać. Kiedy obecni to zobaczyli, otworzyli strączki i pokazali dzieciom ziarna fasoli. Jadły je z wielkim upodobaniem i przez długi czas nie tknęły innego pożywienia. Jednak chłopiec był ciągle ospały i przygnębiony, i w krótkim czasie zmarł. Dziewczynka stale cieszyła się dobrym zdrowiem. Przyzwyczaiła się do pożywienia różnego rodzaju, przez co utraciła swoje zielone zabarwienie i stopniowo odzyskała rumiany kolor na całym ciele. Później odrodziła się całkowicie dzięki sakramentowi chrztu świętego i żyła przez wiele lat w służbie tego rycerza, [...] a była raczej rozpustna i swobodnego prowadzenia".

Dzieciństwo bez słońca

Dziewczyna wyszła za mąż i osiadła w Kings Lynn. Tutaj pytano ją wielokrotnie, jak ona i jej towarzysz dotarli do Woolpit. Dwa klasztorne dokumenty różnią się nieco w tej kwestii. Opat Ralph pisze, że dzieci przybyły z kraju, który cały był zielony i zamieszkany przez zielonych ludzi. Mówiono o nim również, że nie świeci w nim słońce, lecz panuje półmrok. Pewnego dnia, gdy dzieci pasły swoje stado, dotarły do jaskini. "Wchodząc do niej usłyszały cudowny dźwięk dzwonów; oczarowane jego słodyczą, przez długi czas wędrowały po jaskini, aż dotarły do jej wyjścia. Kiedy z niej wyszły, ich zmysły poraził blask słonecznego światła i niezwykła temperatura powietrza. I dlatego przez długi czas leżały bez czucia. Przerażone hałasem czynionym przez tych, którzy się na nie natknęli, chciały uciec, lecz nie mogły odnaleźć wejścia do jaskini i wreszcie zostały złapane".

Według relacji Williama z Newbourgh, dzieci znaleziono na polu, a nie w jaskini. Przytacza on wypowiedź dziewczynki: "Jesteśmy ludem z Krainy Świętego Marcina, gdyż jest on największym naszym świętym. [...] Pewnego dnia, kiedy paśliśmy stado naszego ojca, usłyszeliśmy ogromny hałas, taki jak słyszymy teraz, gdy biją wszystkie dzwony w St Edmund. Słuchając tego cudownego dźwięku, oczarowani, nagle znaleźliśmy się na waszym polu". Dodała, że w jej kraju wyznaje się religię chrześcijańską i że są tam kościoły. Jej kraj oddzielony jest od krainy światła - jak to nazwała - szerokim strumieniem; prawdopodobnie chodziło tu o morze.

Całkiem wiarygodne wydaje się to, że ta dwójka obcych tajemniczych dzieci pojawiła się w pobliżu Woolpit i została znaleziona przez wieśniaków. Były to ciężkie czasy i nietrudno sobie wyobrazić, że jakaś duża rodzina, niezdolna do wyżywienia wszystkich swoich dzieci, mogła zdecydować się na porzucenie dwójki najmłodszych. Zdarzało się to często w tych czasach ubóstwa, zdarza się nawet dzisiaj. Ale to zielonkawy odcień skóry dzieci i inne "fakty" czynią ten przypadek szczególnie niezwykłym - a jednocześnie przywołują wiele średniowiecznych przesądów i wierzeń, które rzucają cień wątpliwości na tę całą historię.

W zachowanych relacjach mowa jest o tym, że dzieci były zielone bądź miały zielonkawy odcień skóry. Żaden inny kolor nie ma takiego nadnaturalnego znaczenia. W folklorze ma ciekawe podwójne znaczenie: to kolor życia i płodności, ale jest także związany z magią i nieco złowieszczy, często kojarzony z wróżkami. Najsłynniejszym przykładem skojarzeń, jakie w średniowieczu przywodziła na myśl zielona barwa, jest czternastowieczny anonimowy poemat Sir Gawaine and the Green Knight [Sir Gawaine i Zielony Rycerz]. Dziwna barwa Zielonego Rycerza, który, jak sugeruje jego kolor, okazuje się postacią ambiwalentną, ani dobrą ani złą, łączy go bezpośrednio z zaczarowaną krainą.

Fantom z Krainy Czarów

W dokonanym przez Briana Stone'a tłumaczeniu ze średniowiecznej angielszczyzny opisie Zielonego Rycerza czytamy: "Zgromadzony lud długo i badawczo spoglądał na tego człowieka. Wszyscy dziwili się, co to może znaczyć, że jeździec i jego koń są barwy zielonej jak trawa, a nawet jeszcze bardziej zielonej, pałającej większą jaskrawością niż zielona emalia na złocie. Stojący bacznie mu się przyglądali i podchodzili ku niemu, ciekawi, co może zrobić. Widzieli bowiem zdumiewające znaki, ale takiego - jeszcze nigdy; dlatego lud uważał go za widmo z Krainy Czarów".

Gdyby dzieci znalezione w Woolpit były zielone, to prawdopodobnie wieśniacy potraktowaliby je jako istoty nadnaturalne. Lecz jeśli rzeczywiście ktoś z obecnych w chwili ich nagłego pojawienia się uznał, że są to istoty nadnaturalne: jak wiele czasu musiało minąć, zanim ich kolor stał się częścią legendy, "faktem" wynikającym z pogłosek? To czysto spekulacyjna teoria, lecz nietrudna do przyjęcia. Kolejnych dowodów na jej poparcie dostarczyła skłonność dzieci do zielonej fasoli. Zgodnie z tradycją, fasola jest pożywieniem zmarłych i duchów; twierdzi się, że duchy zmarłych zamieszkują pola fasoli. Ale fasola ma dobre właściwości - mówi się, że rozrzucona wokół domu odstrasza złe duchy, a na ziemi zamieszkanej przez czarownice należało trzymać w ustach ziarna fasoli, żeby plunąć nimi na pierwszą napotkaną czarownicę. Informacja o tym, że dzieci jadły tylko fasolę, jedynie zaciemnia ich wizerunek istot z innego świata. Jest to więc wyraźna wskazówka, że ktoś dodał ten szczegół dla ubarwienia całej historii i że nie należy brać tego dosłownie.

Najbardziej prawdopodobna wydaje się hipoteza, że dwójka dzieci została porzucona przez swoich rodziców prowadzących wędrowny tryb życia, a potem znaleziona w stanie wyczerpania i bliska śmierci głodowej. Zielonkawy odcień ich cery mógł być efektem żółtaczki lub anemii. Z drugiej strony, być może były zielone z powodu mdłości - oczywisty skutek spożycia prawdopodobnie zbyt dużej ilości zielonej fasoli.

Interesującym dopiskiem do historii dzieci z Woolpit jest historia zielonych dzieci z Banjos, niewielkiej wioski w Katalonii. W sierpniu 1887 roku chłopi u wyjścia pewnej jaskini znaleźli dwoje zapłakanych dzieci. Chłopiec i dziewczynka mówili językiem niezrozumiałym dla wieśniaków. Wezwani z Barcelony specjaliści nie potrafili go zidentyfikować. Dzieci nosiły ubrania z nieznanego materiału, lecz co najdziwniejsze - ich skóra była jasnozielona. Na dodatek, jej dziwny kolor okazał się efektem naturalnej pigmentacji.

Dieta z zielonej fasoli

Początkowo dzieci sprawiały wrażenie przerażonych. Burmistrz wioski ofiarował im żywność, lecz one nie chciały jej przyjąć. Przez pięć kolejnych dni głodowały, pijąc jedynie źródlaną wodę. Potem odkryły koszyk z surową zieloną fasolą i zakończyły głodówkę. Od tego czasu odżywiały się jedynie fasolą i wodą. Chłopiec jednak opadał z sił i po miesiącu zmarł. Jego siostra czuła się dobrze i wkrótce zaczęła się uczyć hiszpańskiego. W końcu opanowała ten język na tyle, że potrafiła opisać miejsce, z którego przybyła wraz z bratem. Nigdy nie świeciło tam słońce, a naturalną granicę tej krainy stanowiła wielka rzeka, za którą widać było inny kraj skąpany w słońcu.

Życie toczyło się spokojnie, ale pewnego dnia ogłuszył dzieci wielki hałas i nagle spostrzegły, że w jakiś sposób zostały przeniesione do słonecznej Banjos. Usłyszawszy to, zaintrygowani wieśniacy zaczęli szukać wejścia do tego ukrytego świata, lecz poszukiwania nie przyniosły rezultatu. Dziewczynka tymczasem przyzwyczaiła się do nowego życia. Jej skóra stopniowo utraciła zielony kolor, lecz pięć lat później dziewczynka zmarła, zabierając do grobu tajemnicę swojego pochodzenia.

Historia ta wydaje się niezwykle podobna do historii zielonych dzieci z Woolpit. Jedyna różnica polega na tym, że według opisów, dzieci z Banjos miały "azjatyckie oczy w kształcie migdałów" i że dziewczynka zmarła po pięciu latach. Kiedy jednak poznamy nazwisko burmistrza, który opiekował się dziećmi - brzmiało ono Ricardo de Calno - nasza ciekawość przekroczy wszelkie granice. Pamiętamy przecież, sir Richard de Calne spotkał zielone dzieci z Woolpit. Jeśli więc nie mamy tu do czynienia z jakimś niezwykłym zbiegiem okoliczności, możemy spokojnie przyjąć, że zielone dzieci z Bajon są całkowitym wymysłem.

Lecz jak to się stało, że historię z Bajon w ogóle uznano za prawdziwą? Aż do lat pięćdziesiątych XX wieku opowieść o Woolpit była mało znana. W 1959 roku Harold T. Wilkins włączył tę opowieść do swojej popularnej książki Mysteries Solved and Unsolved [Tajemnice wyjaśnione i nie wyjaśnione]. To właśnie Wilkins jako pierwszy zasugerował, że te dzieci mogły przybyć "ze świata istniejącego równolegle do naszego, w czwartym wymiarze". Uważał także, że "historia ta daje do zrozumienia, iż dzieci zostały poddane teleportacji z innego świata w kosmosie [...] gdzie ludzie żyją pod ziemią".

Ekstrawaganckie poglądy Wilkinsa zachęciły pozbawionego skrupułów autora - do tej pory nie zidentyfikowanego - do zaktualizowania i przeniesienia całej historii w inne miejsce. Wymyślił wioskę w odludnej części Katalonii - żadne Bajon tu nie istnieje - utrudniając sprawdzenie każdemu, kto nie znał dawnej poprzedniej wersji. Tak więc historię z Bajon przyjęto za fakt, chociaż nikt nigdy nie złożył zeznań na jej temat - mimo twierdzeń, że "istnieją dokumenty dotyczące tej sprawy, wraz z dowodami przekazanymi pod przysięgą przez świadków, którzy dzieci widzieli, dotykali je i rozmawiali z nimi".

Niebieski humanoid

Historie science fiction często opowiadają o obcych w postaci małych zielonych ludzików. Spotkanie, do jakiego doszło jakieś dwadzieścia pięć lat temu, wskazuje raczej na inny odcień zabarwienia humanoidów. W styczniu 1967 roku w dość ponury dzień, kiedy wielu uczniów wracało po lekcjach do domów przez Studham Common w Chiltern Hills (Wielka Brytania), nagle jednemu z nich wydało się, że zauważył dziwną postać, niskiego niebieskiego człowieczka z brodą w wysokim kapeluszu. Mężczyzna czaił się w odległych krzakach. Chłopiec natychmiast wskazał go przyjacielowi. Obaj zaciekawieni chłopcy postanowili do niego podejść. Ostrożnie podkradli się w stronę mężczyzny, dochodząc na odległość około 18 metrów, lecz on nagle rozpłynął się w powietrzu w obłoku dymu, jakby zależało mu na tym, aby nikt go nie zobaczył. Niezwykle zaintrygowani tym, czego byli świadkami, chłopcy zawołali swoich kolegów, by pomogli im w poszukiwaniach małego niebieskiego człowieczka. Niedługo potem mężczyzna pojawił się znów blisko tego miejsca, by po chwili zniknąć i ponownie się pojawić - sztuczkę tę powtarzał kilkakrotnie.

Chłopcy mówili później także, że słyszeli jednocześnie dziwne, obco brzmiące głosy i wkrótce ten epizod zaczął wywoływać u nich coraz bardziej nerwową reakcję. Wspomnieli o tym swojemu nauczycielowi i byli przesłuchiwani potem przez badaczy, którzy zbierali wśród miejscowej ludności informacje o ostatnich spotkaniach z UFO. Na ich prośbę chłopcy spisali swoje relacje z tej przygody. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że niebieski człowieczek miał około 15 centymetrów wzrostu i paradował w wysokim kapeluszu. Nosił także szeroki, ciemny pas z dziwnym kwadratowym pudełkiem z przodu w miejscu klamry. W jakim celu go nosił - nie wiadomo.

Do dziś wydarzenie to pozostaje nie wyjaśnione, tak jak wyjątkowy, niebieski kolor humanoida i jego nieustanne znikanie i pojawianie się. Ale, jak się wydaje, nie tylko ludzie przybierają dziwne zabarwienie. W listopadzie 1995 roku miłośniczka zwierząt Pia Bischoff z Danii znalazła na strychu zabłąkanego kota o zielonkawym futerku. Kot zachowywał się zupełnie normalnie i był zdrowy, tylko z jego sierści nie dała się zmyć "miedziana patyna". Naukowców pojawienie się dziwnego kota niezmiernie zdziwiło.

 

 

PRZERAŹLIWE WYCIE

Obraz człowieka przemieniającego się w wilka od stuleci nawiedza ludzką wyobraźnię. Głównie znajduje on swoje odbicie w przerażającej legendzie o wilkołaku. A może w tych opowieściach jest coś więcej niż tylko przesądy?

Pod koniec pierwszej połowy XIX wieku na pięknym jak z obrazka wzgórzu nad Wisłą, duży tłum młodych ludzi, śpiewających i tańczących przy dźwiękach muzyki, świętował dożynki. Jedzenia i picia było w bród i każdy mógł się wyszaleć do woli.

Nagle, gdy zabawa rozkręciła się na całego, przez dolinę przebiegło straszne, mrożące krew w żyłach wycie. Młodzi ludzie przestali tańczyć i pobiegli w kierunku, z którego dolatywało. Ku swemu przerażeniu odkryli, że olbrzymi wilk napadł na jedną z najpiękniejszych dziewcząt ze wsi, która ostatnio dała na zapowiedzi. Wilk ciągnął ją za sobą. Nigdzie natomiast nie było widać narzeczonego dziewczyny.

Najodważniejsi mężczyźni podjęli pościg za wilkiem i w końcu go dopadli. Potwór, tocząc pianę z diabelską wściekłością, porzucił swoją ofiarę i stanął nad nią gotów do walki. Niektórzy pobiegli do domów po strzelby i siekiery, lecz wilk widząc strach tych, którzy pozostali, chwycił ponownie dziewczynę i zniknął w lesie.

Minęło wiele lat. Podczas kolejnych dożynek, odbywających się na tym samym wzgórzu, do rozbawionego towarzystwa podszedł stary człowiek. Zaproszono go, żeby przyłączył się do zabawy, lecz posępny i zachowujący rezerwę starzec wolał usiąść z boku i pić w samotności. Przysiadł się do niego mężczyzna mniej więcej w tym samym wieku, przyglądał się przez chwilę jego twarzy i zapytał: - Czy to ty, Janie?

Stary człowiek skinął głową i jego rozmówca natychmiast rozpoznał w obcym swojego starszego brata, który zniknął przed wielu laty. Biesiadnicy szybko zebrali się wokół gościa i słuchali jego dziwnej opowieści. Opowiedział im, jak to zamieniony przez czarownika w wilka podczas dożynek uprowadził z tego samego wzgórza swoją narzeczoną i przez rok żył z nią w lesie. Po roku dziewczyna zmarła.

- Od tej chwili, zrozpaczony i wściekły, atakowałem każdego mężczyznę, kobietę i dziecko i zabijałem każde zwierzę, jakie napotkałem - kontynuował mężczyzna. - Krwawych śladów nie mogę całkowicie usunąć do dzisiaj. - Po tych słowach pokazał im swoje dłonie pokryte plamami krwi.

- Jakieś cztery lata temu, gdy znów przyjąłem ludzką postać, wędrowałem z miejsca na miejsce. Chciałem jeszcze raz zobaczyć was wszystkich - zobaczyć chałupę i wieś, gdzie się urodziłem i wyrosłem na mężczyznę. Potem... znów stanę się wilkiem.

Ledwo wymówił te słowa, zmienił się w wilka. Przemknął obok zdumionych gapiów i zniknął w lesie. Nigdy go już nie ujrzano.

Baśniowe elementy tej opowieści sprawiają oczywiście, że trudno traktować ją poważnie. Czy zbyt wiele alkoholu pobudziło i tak już bujną wyobraźnię wieśniaków? Czy były do niej dodawane nowe elementy, szczegół po szczególe tworząc kolejną wersję, aż powstała historia w swojej dzisiejszej dziwacznej formie? To bardzo prawdopodobne..., a poza tym jest przytaczana, jak wiele innych opowieści o wilkołakach, przez wielu znawców mitów, historyków, etnologów i psychologów jako fakt.

Przerażający dowód

W ciągu krótkiego okresu niewiele ponad stu lat - między 1520 a 1630 rokiem - we Francji doliczono się oszałamiającej liczby 30 000 przypadków wilkołactwa. Zostały one udokumentowane w aktach sądowych podczas procesów dotyczących wilkołactwa. Dokumenty te do dziś przechowywane są w publicznych archiwach.

W 1573 roku w Dole, niedaleko Dijon w centralnej Francji, wilkołak Gilles Garnier został oskarżony o spowodowanie zniszczeń materialnych i pożarcie małych dzieci. Po przyznaniu się do winy został spalony na stosie. Kilkadziesiąt lat później, w 1598 roku w dzikiej i wyludnionej okolicy w pobliżu Caude, grupa Francuzów natknęła się na potwornie zmasakrowane, zalane krwią ciało piętnastoletniego chłopca. Para wilków, która pożerała ciało, na widok zbliżających się ludzi uciekła w pobliską gęstwinę. Grupa rozpoczęła pościg - i niemal natychmiast znalazła półnagiego mężczyznę, który przykucnął w krzakach. Mężczyzna miał zmierzwione włosy, potarganą brodę i długie brudne podobne do szponów paznokcie, pokryte świeżą krwią i strzępami ludzkiego mięsa.

Człowiek ten, Jaques Rollet, był godnym litości, głupkowatym stworem uprawiającym kanibalizm. Właśnie rozrywał na strzępy ciało chłopca, gdy zaskoczyła go grupa przypadkowych wędrowców. Trudno jest ustalić, czy w całej tej sprawie uczestniczyły prawdziwe wilki, poza tymi, które mogła wyczarować pobudzona wyobraźnia. Pewne jest natomiast, że Rollet uważał siebie za wilka i opanowany tym przeświadczeniem zabił i zjadł kilka osób. Psychiatrzy określają ten stan terminem wilkołactwa. Został skazany na śmierć, lecz sąd wyższej instancji w Paryżu zmienił wyrok i miłosiernie nakazał zamknąć go w domu wariatów - gdzie domniemane wilkołaki powinny dożywać swych dni, zamiast kończyć na szafocie.

Inny przypadek wilkołactwa wydarzył się na początku XVII wieku. Jean Grenier był trzynastoletnim chłopcem, na wpół idiotą, wykazujący duże podobieństwo do psa - jego szczęki wysunięte były do przodu, a spod górnej wargi wyglądały jakby psie zęby. Wierzył, że jest wilkołakiem. Pewnego wieczoru, spotkawszy kilka młodych dziewcząt, przestraszył je twierdząc, że natychmiast po zachodzie słońca zamieni się w wilka i zje je na kolację.

Kilka dni później pewna mała dziewczynka wyszła z domu po zapadnięciu zmroku do owiec. Została zaatakowana przez jakąś postać, którą przerażona wzięła za wilka. Jak się potem okazało, napastnikiem był nie kto inny, jak Jean Grenier. Obroniła się przed nim swoim kijem do zaganiania owiec i uciekła do domu.

Pakt z diabłem

Postawiony przed sądem w Bordeaux, Grenier wyznał, że pewnej nocy przed dwoma laty napotkał w lesie diabła, podpisał z nim pakt i otrzymał od niego skórę wilka. Od tego czasu po zapadnięciu zmroku jako wilk włóczył się po okolicy, a w dzień odzyskiwał ludzkie kształty. Zabił i zjadł wiele samotnych dzieci napotkanych na polach, a pewnego razu wszedł do domu pod nieobecność jego mieszkańców i porwał z kołyski niemowlę.

Drobiazgowe dochodzenie prowadzone przez sąd potwierdziło prawdziwość tych twierdzeń, przynajmniej co do kanibalizmu. Niewątpliwie zaginione dzieci zostały zjedzone przez Greniera, i z pewnością ten na wpół zidiociały chłopiec zdecydowanie uważał się za wilka.

W bliższych nam czasach zjawisko wilkołactwa odnajdujemy tylko w sferze fantazji, lecz nie straciło nic ze swojej ponurej grozy. Mimo to od czasu do czasu w naszym stuleciu pojawiały się opowieści o prawdziwych wilkołakach. Opowiadano o trzech wilkołakach, które tuż przed wybuchem pierwszej wojny światowej budziły przerażenie na lesistych stokach Ardenów w Belgii. Mniej więcej w tym samym czasie w Szkocji w okolicach Inverness krążyły pogłoski o pasterzu-pustelniku, który podobno był wilkołakiem. W 1925 roku wszyscy mieszkańcy pewnej wioski w okolicach Strasburga zeznali, że mieszkający tam chłopiec jest wilkołakiem. Pięć lat później straszne opowieści o wilkołaku budziły strach w miejscowości Bourg-la-Reine, leżącej na południe od Paryża.

Ludzie obawiali się wilkołaków na całym świecie. W 1946 roku w rezerwacie Indian Nawaho często pojawiała się mordercza bestia, którą powszechnie utożsamiano z wilkołakiem. (Tradycja Nawaho jest bogata w opowieści o wilkołakach). Trzy lata później w Rzymie wysłano patrol policji, żeby zajął się dziwnie zachowującym się mężczyzną, który uważał się za wilkołaka. W czasie pełni księżyca mężczyzna tracił kontrolę nad sobą i zaczynał głośno, przerażająco wyć.

W 1957 roku w Singapurze wezwano policję, żeby zajęła się doniesieniami o atakach wilkołaka na hotel dla pielęgniarek. Kiedy jedna z pielęgniarek się obudziła, zobaczyła wpatrzoną w siebie przerażającą twarz z włosami sięgającymi do grzbietu nosa i sterczącymi kłami. Tajemnicy tej nigdy nie wyjaśniono.

W 1975 roku gazety brytyjskie pełne były nadzwyczajnych doniesień o pewnym siedemnastolatku z wioski Eccleshall w Staffordshire. W straszliwym przekonaniu, że powoli zamienia się w wilka, skrócił swoją psychiczną agonię, wbijając sobie w serce nóż sprężynowy. Jeden z jego kolegów z pracy powiedział ławie przysięgłych, że chłopak zadzwonił do niego tuż przed śmiercią. Był bardzo zdenerwowany. - Powiedział mi, że jego twarz i ręce zmieniają kolor, a on sam przemienia się w wilka. Zamilkł, a potem zaczął warczeć - zeznał świadek.

Urodzony, by być dzikim

Niektórzy "dzicy ludzie" przyjmują inną postać. Francuski antropolog Jean-Claude Armen informował na przykład, że wielokrotnie w latach siedemdziesiątych widział na syryjskiej pustyni "ludzką gazelę".

Stworzenie było dziesięcioletnim chłopcem, który galopował "gigantycznymi skokami pośród długiej kawalkady białych gazeli". Według Armena, ten "chłopiec-gazela" najwyraźniej przystosował się do życia w stadzie, liżąc i obwąchując zwierzęta w najbardziej przyjazny sposób.

Ta pozornie dobrze udokumentowana informacja jest jednym z wielu przykładów, sięgających aż średniowiecza, o spotkaniach z dziećmi, które były rzekomo wychowywane przez dzikie zwierzęta.

Najczęściej prezentowanymi w takich opowieściach rodzicami z lasu są bez wątpienia wilki - zwierzęta, które grasowały w lasach nie tylko starożytnej Europy i stały się głównym elementem ludowych opowieści.

Jedna z najstarszych opowieści o wilkach to podanie o Romulusie i Romusie, legendarnych założycielach Rzymu, którzy jako malutkie dzieci byli karmieni mlekiem przez wilczycę. W czasach współczesnych, do najbardziej intrygujących opowieści o dzieciach rzekomo wychowywanych przez wilki należy historia, która się wydarzyła w latach dwudziestych naszego wieku w Indiach. Duchowny Kościoła anglikańskiego, wielebny J. A. L. Singh podobno znalazł w wilczym gnieździe w Midnapore w Bengalu Zachodnim dwie dziewczynki w wieku dwóch i ośmiu lat.

Singh prowadził dziennik, w którym opisywał swoje wysiłki uczłowieczenia dziewczynek. Ucywilizowanie ich okazało się trudnym zadaniem, gdyż dziewczynki, którym nadał imiona Amala i Kamala, poruszały się na czterech kończynach, wyły jak wilki i jadły tylko surowe mięso. Młodsza, Amala, zmarła w rok po jej odnalezieniu, lecz Kamala przeżyła jeszcze dziewięć lat, nauczyła się chodzić wyprostowana i wymawiać trzydzieści słów.

Tajemnicą pozostaje to, czy te dzieci i im podobne były rzeczywiście wychowywane przez wilki, czy też, jak zapewnia dziecięcy psycholog Bruno Bettelheim, są to porzucone autystyczne dzieci, które po prostu wpełzły do legowiska dzikich zwierząt.

Tradycyjne opowieści o wilkołakach mogły powstawać z powodu ignorancji i złudzenia, lecz zawsze wywierały potężny wpływ na umysły słabych i chorych ludzi i, jak się wydaje, tak też pozostanie.

 

 

TAJEMNICZE DŹWIĘKI

Dlaczego piaski na całym świecie wydają dziwne odgłosy - buczenie, wycie, piski i gwizdy, a przybrzeżne wody czasami niosą echo tajemniczych eksplozji? W tym rozdziale analizujemy niektóre z intrygujących dźwięków wydawanych przez naturę.

W czasie podróży po pustyni w południowo-zachodnim Egipcie, brytyjskiemu fizykowi R. A. Bagnoldowi i jego towarzyszowi przydarzyła się dziwna i wytrącająca z równowagi przygoda.

"Zdarzyło się to cichą nocą - nagle rozległo się wibrujące buczenie, tak głośne, że musiałem krzyczeć, aby mój towarzysz mógł mnie słyszeć. Wkrótce inne źródła, pobudzone przez zakłócenia, dołączyły swoją muzykę do pierwszego w tak bliskiej nucie, że można było wyraźnie rozpoznać powolny rytm. Ten dziwny chór trwał przez ponad pięć minut, potem wróciła cisza, a ziemia przestała się trząść".

Buczenie piasków jest zaledwie jednym z dziwnych dźwięków, jakie potrafi wytwarzać przyroda. Śpiewające, szczekające, ryczące, piszczące i gwiżdżące piaski występowały w opowieściach podróżników przez ostatnie 1500 lat. Najwcześniejsze wzmianki znaleźć można w kronikach z Bliskiego i Dalekiego Wschodu. Marco Polo opisał na przykład zjawisko, które w średniowieczu zdarzyło się na pustyni Gobi, a Charles Darwin wspomniał o takim przypadku w XIX wieku w Chile.

W relacji zaczerpniętej z pochodzącego z VII wieku manuskryptu Tun-Huang-Lu, zachowanego w British Museum, opisana jest hucząca wydma, którą wykorzystywano jako dodatkową jarmarczną rozrywkę podczas festiwali w oazie Chotan (Ho-t'ien) w północno-zachodnich Chinach. W Chotanie znajduje się piaskowe wzgórze, które o określonej porze wydaje dziwne odgłosy.

W relacji czytamy: "Wzgórze dźwięczącego piasku rozciąga się na 80 li (40 kilometrów) na wschód i zachód oraz na 40 li (20 kilometrów) na północ i południe, i osiąga wysokość 150 metrów. Cała jego masa składa się z czystego piasku. W samym środku lata piaski wydają odgłosy, a jeśli wejdą na nie ludzie lub konie, hałas słychać w promieniu 10 li (5 kilometrów). Podczas festiwali ludzie wspinają się na wzgórze i zjeżdżają z niego, co powoduje, że piaski wydają głośny huk, podobny do grzmotu pioruna".

Buczące piaski

Podobny przykład przytoczył inny badacz A. D. Lewis. W 1935 roku następującymi słowami opisał huczącą wydmę na pustyni Kalahari w Afryce Południowej: "Ześlizgując się w dół stoku powolnymi szarpnięciami na własnym siedzeniu... powoduje się bardzo głośny huk. W ciszy wieczoru i rankiem tubylcy mają zwyczaj zjeżdżać w ten sposób po zboczu, a hałas, przypominający grzmot dalekiego pioruna, wyraźnie słychać w odległości 550 metrów".

Ale co sprawia, że piaski buczą? Wiadomo, że nieustanne ruchy piasku wewnątrz wydmy, niezależnie od tego, czy są to przesunięcia naturalne, czy spowodowane jakąś zewnętrzną ingerencją, mogą - w pewnych warunkach - wywołać wibrację o niskiej częstotliwości. Słychać ją jako pomruk, który może brzmieć jak dźwięk organów lub kontrabasu. Natomiast występowanie tonów wysokich może wytworzyć dźwięk przypominający raczej grzmot pioruna, brzęczenie pszczół czy odgłos nisko lecącego samolotu. Zauważono także, że takim dźwiękom towarzyszą fale sejsmiczne. Te wibracje gruntu mogą przejawiać się również jako łagodne wstrząsy elektryczne.

Nadal jednak jesteśmy dalecy od pełnego zrozumienia mechanizmu, który wywołuje takie wibracje. Przypuszcza się, że pomruk może być wynikiem drgania pojedynczych ziarenek, które dostały się między ześlizgujące się masy piasku. Czasami twierdzi się jednak, że kluczem do zrozumienia tego zjawiska jest położenie ziaren piasku. Niezbędnymi elementami do wywołania zjawiska buczących piasków są wiatr i susza. Fakt ten podbudowuje hipotezę, że buczące piaski mogą być także powszechnym zjawiskiem na wietrznych i pozbawionych wody pustyniach Marsa.

Piaszczyste wydmy występują głównie w odludnych miejscach, z dala od okolic "zanieczyszczonych hałasem" cywilizacji XX wieku. Natomiast trudniej jest wyodrębnić zjawiska akustyczne występujące na bardziej zaludnionych obszarach; pojawia się tu ryzyko błędnej ich identyfikacji. Tak się dzieje z pewnymi rzekomymi dalekimi eksplozjami, słyszanymi wzdłuż europejskiego wybrzeża Atlantyku, a nawet na Islandii czy wybrzeżach Ameryki Północnej i Azji. Najbardziej znane pochodzą z Barisal, znajdującego się w Bangladeszu, znane jako "działa z Barisal" z powodu charakterystycznych odgłosów. W 1896 roku w czasopiśmie "Nature" ukazał się poniższy artykuł G. B. Scotta:

"Po raz pierwszy usłyszałem działa z Barisal w grudniu 1891 roku płynąc z Kalkuty do Assamu wzdłuż brzegów porośniętych obficie roślinnością namorzynową. Był piękny słoneczny i bezwietrzny dzień, nigdzie śladu burzy. Przez cały dzień hałasy na pokładzie parowca skutecznie zagłuszały inne dźwięki; lecz kiedy nocą wszystko ucichło... a jedynymi dźwiękami były chlupotanie wody i spadanie ziemi wzdłuż brzegów do wody, wtedy w przerwach słyszało się stłumiony grzmot dalekiego działa. Czasami wybuchy przypominały huk dział dwóch stojących naprzeciwko armii, strzelających z dwóch stron, lecz najwyraźniej zawsze z południa, to znaczy od strony morza". Zjawisko "dział z Barisal" próbowano tłumaczyć w różnorodny sposób. Może być ono wynikiem eksplozji wielkich baniek metanu podnoszących się z dna oceanu. Może także być spowodowane aktywnością sejsmiczną dna morskiego - chociaż, co ciekawe, nie wykryto związków między tajemniczymi wybuchami a zapisami sejsmologicznymi. Może być również wywołane hukiem meteorytów spadających w atmosferze ziemskiej z szybkością większą od prędkości dźwięku. Zjawisko to pozostaje nie wyjaśnione, i stało się, z kilku powodów, jedną z tych ciekawostek przyrody, nad którymi przechodzi się do porządku dziennego.

Gniew bogów?

Mieszkańcy małego miasteczka East Haddarn w stanie Connecticut w USA słyszeli dziwne dźwięki. Grzmoty - znane amerykańskim Indianom na długo przed przybyciem Europejczyków - wstrząsały budynkami, wywoływały postukiwanie naczyń, a nawet pewnego razu rzekomo wyrzuciły kogoś z łóżka. Łączono je z rozmaitymi przyczynami: strzałami z dział, upadkiem ciężkiego pnia, piorunem, przejeżdżającą ciężarówką. Indianie uważali natomiast, że jest to okazywanie gniewu przez boga Hobbamocka. Bóg ten żył rzekomo wewnątrz góry Tom, która znajduje się na północny zachód od miasta. W XVII wieku Indianie informowali nowo przybyłych kolonistów z Europy, że bóg w ten sposób wyraża swój gniew wobec niepożądanych osiedleńców. Hałas słyszano najczęściej w pokrytym wzgórzami rejonie zwanym Moodus. Nazwa ta wywodzi się od indiańskiego słowa Matchitmoodus oznaczającego "miejsce złych dźwięków".

Chociaż hałasy te są niezwykle intrygujące, nigdy nie wyrządzały szkód ludziom lub ich własności. - Nie ma się czego bać, jesteśmy do tego przyzwyczajeni - powiedziała miejscowa bibliotekarka Frances Kuzaro. - Twoje garnki trochę poskaczą i będziesz myślała, że piec w piwnicy za chwilę wybuchnie. - Inni mieszkańcy również bagatelizują to zjawisko. Nauczyciel biologii w miejscowej szkole średniej, James Mayer, który przedstawił swoją tezę na temat tych dźwięków, stwierdził: "Wielu ludzi nawet się nie trudzi, żeby ich posłuchać. Słyszysz hałas i myślisz, że to huk samolotu ponaddźwiękowego lub ruch na drodze".

Z całą pewnością dźwięki te istnieją. Badaniami nad ich pochodzeniem zajmowała się grupa sejsmologów pod kierownictwem dr. Johna E. Ebela. Utworzył on sieć złożoną z pięciu sejsmografów ustawionych w promieniu 16 kilometrów od Moodus. Sieć ta była niezwykle czuła, wychwytywała najlżejsze trzęsienia ziemi, które pokrywały się z informacjami o hałasach usłyszanych przez osoby zatrudnione przez Ebela do wsłuchiwania się w te dźwięki w Moodus.

- Każdy dźwięk, jaki usłyszałam, został zweryfikowany - powiedziała Cathy Wilson, jedna z ochotniczek uczestniczących w eksperymencie Ebela - z wyjątkiem jednego. Jak się okazało był to strzał z karabinu.

Ebel doszedł do wniosku, że hałasy są wynikiem płytkich, tak zwanych mikrotrzęsień ziemi. "Zaskakującym i nieoczekiwanym rezultatem moich badań jest fakt, że mikrotrzęsienia ziemi następują bardzo płytko pod powierzchnią gruntu, co powoduje, że wstrząsają powierzchnią w sposób, który przypomina pracę głośnika, z którego wydobywa się huk" - stwierdził Ebel.

To wyjaśnienie wydaje się bardziej prawdopodobne niż wcześniejsze hipotezy, w których mówiono o reakcjach chemicznych głęboko pod powierzchnią ziemi lub wybuchających szlachetnych kamieniach. Ale jaki dokładnie jest mechanizm powstawania tych odgłosów? I dlaczego występują one tylko w Moodus? Naukowcy ciągle się nad tym głowią; nie wiadomo wciąż również dokładnie, w jaki sposób struktura geologiczna tego rejonu umożliwia skorupie ziemskiej działanie niczym płyta rezonansowa.

Dziwny wybuch

Kiedy w grudniu 1977 roku na wschodnim wybrzeżu Ameryki Północnej nastąpiła seria tajemniczych eksplozji, rozpoczęto pilne prace nad wyjaśnieniem tego zjawiska. Mieszkańcy stanów New Jersey i Południowa Karolina w USA oraz prowincji Nowa Szkocja w Kanadzie informowali o tajemniczych hukach, którym towarzyszyły eksplozje. Hattie Perry z Barrington w Nowej Szkocji, która monitorowała informacje na temat tego zjawiska, tak opisała te wydarzenia:

"Niektórzy mówią, że brzmi to tak, jakby samochód uderzył w bok domu. Inni myślą, że w dach trafiła rakieta. Pewna leżąca w łóżku kobieta przeraziła się, widząc jak dachówki rozjeżdżają się, a potem znów się zsuwają".

Huk zarejestrowały czułe sejsmografy w obserwatorium geologicznym Uniwersytetu Columbia pod Nowym Jorkiem. Wyliczono, że siła eksplozji równała się wybuchowi 50 i 100 ton TNT.

Co więc spowodowało te wybuchy? Jedna z hipotez głosiła, że doszło do nagłego zapalenia pokładów metanu znajdujących się pod szelfem kontynentalnym lub wzdłuż wybrzeża. Sugerowano także, że mógł on być spowodowany przez samolot Concorde przekraczający prędkość dźwięku, gdy leciał blisko północnoamerykańskiego wybrzeża. Prawda jest taka, że wybuch był słyszany o innej porze, a nie wtedy, gdy przelatywał concorde. Twierdzono jednak, że wyjątkowe zimno, jakie wtedy panowało, spowodowało, że fala dźwiękowa odbiła się na granicy między warstwą zimnego i ciepłego powietrza. Po odbiciu dotarła na ziemię ze znacznym opóźnieniem w stosunku do przelotu concorde'a nad tym rejonem. Pojawiła się też trzecia hipoteza, według której fala dźwiękowa pochodziła od samolotów wojskowych, prowadzących nie zaplanowane ćwiczenia nad tym obszarem.

Niewielu naukowców zdecydowało się poprzeć teorię o wybuchu metanu, Pentagon zaś szybko zaprzeczył, jakoby w tym rejonie odbywały się loty ponaddźwiękowych samolotów. Pozostała więc trzecia możliwość - iż sprawcą tego huku był rzeczywiście concorde.

Jednakże rząd kanadyjski potraktował sprawę na tyle poważnie, że poprosił brytyjskie i francuskie władze lotnictwa cywilnego o zmianę trasy przelotów concorde'ów. Były doniesienia o concordach przelatujących nieco ponad 30 kilometrów od wybrzeża Kanady. W rezultacie, 17 lutego 1978 roku, poinstruowano pilotów concorde'ów, że mają zachować minimalną odległość 80 kilometrów od kanadyjskiego wybrzeża. Ale informacje o hukach słyszalnych w Nowej Szkocji nadal się powtarzały.

Co więc mamy zrobić z takimi dowodami? Oczywiście, istnieje możliwość, że huki spowodowane były przez ponaddźwiękowe samoloty wojskowe, wykonujące ćwiczebne loty. Interesujące, że Laboratorium Badawcze Marynarki Wojennej, któremu rząd Stanów Zjednoczonych zlecił wyjaśnienie tych zjawisk, udziela w tej sprawie wymijających odpowiedzi. Obecnie można jedynie zgodzić się z komentarzem Ernesta Jahna, naukowca pracującego dla Narodowego Komitetu Badań nad Zjawiskami Powietrznymi (NICAP), który powiedział: "To rodzaj fizycznego zjawiska, którego my po prostu nie rozumiemy".

 

 

MÓWIĄCA MANGUSTA

Z odległego wzgórza na wyspie Mart dotarła w latach trzydziestych wiadomość o zdumiewającym zwierzęciu, które mówi. Mówiącą mangustę słyszano często, lecz widywano rzadko.

Na początku lat trzydziestych sprawa mówiącej mangusty wzbudzała ogromne podniecenie. To zdumiewające zwierzę, nazywane początkowo "mówiącą łasicą", żyło w odległym miejscu wyspy Man i - według relacji prasowych - nie powtarzało jedynie słów, jak papuga; można było raczej sądzić, że rozumie ich znaczenie. Członkowie rodziny, z którą mieszkała mangusta, twierdzili, że odpowiadała na pytania, a nawet wygłaszała własne opinie.

Mangusta odwiedzała miejsce zwane Doarlish Cashen, samotną zagrodę ulokowaną na wysokości ponad 200 metrów na zachodnim wybrzeżu wyspy. Jest to dość posępna okolica, gdzie nie rosną drzewa ani krzewy. W owym czasie w zasięgu oka nie było żadnych sąsiadów; najbliżsi mieszkali ponad półtora kilometra dalej. Niewiele spraw mogło więc na co dzień przyciągnąć kogokolwiek do Doarlish Cashen. Jednak we wrześniu 1931 roku na wieść o mówiącej łasicy dziennikarze gramolili się na ponure wzgórze, by odwiedzić mieszkającą tam na farmie rodzinę Irvingów.

Głową rodziny był James Irving, emerytowany agent handlowy, zbliżający się do sześćdziesiątki. Był inteligentnym mężczyzną o łagodnych, dobrotliwych rysach, znanym jako sympatyczny gawędziarz. Godny uwagi był fakt, że James Irving zdawał się zachowywać humor i pogodę ducha nawet wtedy, gdy jego farma stawała się coraz mniej wydajna, a dochód z niej spadł poniżej poziomu pozwalającego na utrzymanie.

O kilka lat od niego młodsza żona, Margaret, była osobą wysoką i pełną godności. Dziennikarze pisali o jej starannie ufryzowanych siwych włosach okalających czoło i twarz, w której najbardziej zniewalające były oczy, zapadające w pamięć każdego gościa z siłą wręcz tajemniczą. Było oczywiste, że Margaret była w tym domu osobowością dominującą.

Córka Irvingów, Voirrey, miała wtedy zaledwie trzynaście lat, ale wyglądała poważniej. Sprawiała wrażenie dziecka zamkniętego w sobie, powściągliwego, może nie nazbyt wykształconego, ale zdecydowanie inteligentnego. Żywo interesowała się wszystkim, co wiązało się ze zwierzętami, i czytała wszystkie artykuły i książki o nich traktujące. Fascynowały ją też urządzenia mechaniczne, a także samochody, samoloty i aparaty fotograficzne.

Jeśli chodzi o zwierzęta, Voirrey miała zarówno wiedzę teoretyczną, jak i doświadczenie praktyczne. Umiała obchodzić się z owcami i kozami, miała swój własny sposób łapania królików. Na ich poszukiwanie wybierała się na wzgórza w towarzystwie swego owczarka Mony. Gdy Mona wystawiała zmartwiałą, zahipnotyzowaną ofiarę, Voirrey powoli skradała się i zabijała królika mocnym ciosem w głowę.

Spośród wielu dziennikarzy, którzy odwiedzili dom Irvingów, największym szczęściarzem był wysłannik "Daily Dispatch" z Manchesteru; jedyny, który słyszał mówiącą łasicę. Oto, co pisał o swej uwieńczonej sukcesem wyprawie:

"Dziś przemówiła do mnie tajemnicza «ludzka łasica». Badanie najdziwniejszej historii o zwierzętach, o jakiej kiedykolwiek słyszano, [...] wprawiło mnie w stan ogromnego zakłopotania. Czy słyszałem, jak łasica mówiła? Nie wiem, ale wiem, że nie potrafiłbym sobie wyobrazić, by głos, który dziś słyszałem, pochodził z krtani człowieka".

Reporter "Daily Dispatch" opuścił dom Irvingów w przekonaniu, że gospodarze są ludźmi uczciwymi i odpowiedzialnymi, a jako tacy nie mogli być autorami dokładnie obmyślonego i podtrzymywanego przez długi czas figla.

Jednak jego następna relacja była nieco ostrożniejsza: "Czy rozwiązanie tajemnicy «człowieka-łasicy» z Doarlish Cashen tkwi w podwójnej osobowości trzynastoletniej dziewczynki, Voirrey Irving? Pytanie to przyszło mi do głowy, kiedy usłyszałem przenikliwy, tajemniczy głos przypisywany nieuchwytnemu małemu żółtemu stworzeniu w ciele łasicy. [...] Wczoraj słyszałem kilka wypowiedzianych zdań. [...] Była to rozmowa «głosu łasicy» z panią Irving, niewidoczną dla mnie, ponieważ znajdowała się w drugim pokoju. W tym czasie dziewczynka siedziała nieruchomo przy stole. Choć niezbyt wyraźnie, widziałem jej odbicie w lustrze po drugiej stronie pokoju. Trzymała palce przy ustach. [...] Z tego, co widziałem, usta nie poruszały się, ale były częściowo zasłonięte palcami. Kiedy wśliznąłem się do pokoju, głos ucichł. Dziewczynka nadal siedziała bez ruchu, w ogóle nie zwracając na nas uwagi. Zobaczyłem wtedy, że ssie kawałek sznurka".

Zbiorowy opis

Znamienne, że żaden z zainteresowanych gości nigdy nie widział mówiącego zwierzęcia. Opisując je, musieli polegać tylko na opisie Jima Irvinga. Jego zdaniem zwierzę było wielkości "trzech czwartych dorosłego szczura bez ogona", tak smukłe, że przeciskało się przez otwór o średnicy 4 centymetrów, żółte jak fretka. Długi puszysty ogon miał odcień brązowy, a z pyszczka zwierzątko przypominało jeża z nieco spłaszczonym, jak u świni, ryjkiem. Na opis ten złożyły się informacje od wszystkich członków rodziny lrvingów, ponieważ z ich relacji wynikało, że każdy oglądał je przy innej okazji.

Jim Irving opowiadał, że ich maleńki lokator najpierw dał o sobie znać szczekaniem, mruczeniem i prychaniem, czyli czysto zwierzęcymi odgłosami. Dość niespodziewanie Irving postanowił jednak spróbować nauczyć zwierzątko innych dźwięków. Zaczął więc naśladować odgłosy ptaków i zwierząt, za każdym razem wymawiając ich nazwy. Twierdził, że po paru dniach łasica powtarzała odpowiednie dźwięki, kiedy tylko wypowiadał nazwę jakiegoś zwierzęcia albo ptaka. Wtedy nastąpiła najbardziej zdumiewająca część jego eksperymentu. "Moja córka próbowała mówić wierszyki dla dzieci i okazało się, że zwierzę bez trudu je powtarzało".

Od tej pory sprytna łasica nieustannie próbowała konwersować. W lutym 1932 roku swobodnie prezentowała już Irvingom swoje niezwykłe zdolności. Jim Irving tak o tym pisał:

"Daje o sobie znać, wołając mnie lub żonę po imieniu. [...] Najwyraźniej dobrze widzi w ciemnościach i opisuje ruchy mojej ręki. Ma fenomenalny słuch. Szeptanie nie ma sensu; wyłapuje szept z odległości 5-6 metrów; mówi ci, że szepczesz i powtarza dokładnie słowa".

Badań ciąg dalszy

Kiedy Harry Price, badacz duchów, dowiedział się o mówiącej łasicy, szybko zwrócił się do jednego ze współpracowników z prośbą, by odwiedził dom Irvingów i sporządził raport. Badacza tego Price nazwał kapitanem Macdonaldem, by uchronić go przed niepożądanym rozgłosem. Macdonald gotów był pomóc i pojawił się w gospodarstwie Irvingów wieczorem, 26 lutego 1932 roku. Rozglądał się tam przez blisko pięć godzin i nie zobaczył ani nie usłyszał niczego. Jednak gdy opuszczał farmę, z wnętrza domu rozległ się przenikliwy wrzask: "Wynoś się! Kim jest ten człowiek?" W pierwszej chwili słowa brzmiały całkiem wyraźnie, później jednak zamieniły się w niezrozumiały skowyt. Kiedy jednak Macdonald szybko wycofał się do domu, głos ucichł. Umówił się więc, że powróci wczesnym rankiem następnego dnia.

Nazajutrz Macdonaldowi pokazano na początek wodę kapiącą przez dziurę w ścianie; według solennych zapewnień gospodarzy, miał to być objaw "załatwiania naturalnych potrzeb zwierzęcia". Później jednak oczekiwanie okazało się rzeczywiście owocne. Wieczorem Voirrey udała się z matką do sypialni, która znajdowała się nad salonem. Kilka minut później do Margaret przemówił jakiś przenikliwy głos. Trwało to przez kwadrans. Następnie Macdonald poprosił zwierzę, by się ukazało. "Wierzę, że istniejesz" - zawołał w nadziei przypodobania się nieuchwytnej łasicy. "Nie, nie chcę tu zostać, bo mi się nie podobasz" - brzmiała ostateczna, piskliwa odpowiedź. Macdonald zaczął skradać się po schodach, ale pośliznął się i narobił wiele hałasu. "Idzie!" - wrzasnęło stworzenie i tak skończyła się próba zasadzki.

Dziesięć dni później w Doarlish Cashen pojawił się rzekomy Charles Northwood. Był starym przyjacielem Jima Irvinga i przybył powodowany troską o jego rodzinę; wysłał potem przychylny raport do Price'a. Irvingowie nazwali już wtedy mówiące zwierzątko imieniem Gef i stwierdzili, że było indyjską mangustą, urodzoną w Delhi. Szczegóły te podał im Gef osobiście.

Kiedy Northwood był gotów, Irving zawołał: "Dalej, Gef! Pan Northwood tu jest. Obiecałeś coś powiedzieć, pamiętasz?" Nie odezwał się jednak żaden pisk, aż do chwili, gdy Voirrey wyszła do kuchni, żeby przygotować lunch. Wtedy dał się słyszeć łagodny głos Gefa: "Odejdź, Voirrey, odejdź". Dwie minuty później Gef odezwał się ponownie. Kiedy Irving poprosił go, by zaszczekał, natychmiast to zrobił. Nie chciał jednak zaśpiewać swej ulubionej piosenki Carolina Moon, choć nastawiono płytę gramofonową, żeby go zachęcić. Jeszcze później Gef krzyknął: "Charlie, Charlie, kochanie, kochanie, Charlie, stary kumplu! [...] Idź do diabła, jeśli nie wierzysz!"

Nastrój Gefa zmienił się jednak, kiedy dowiedział się, że na farmę Irvinga miał przybyć syn Northwooda, Arthur. Zaczął grozić. "Powiedz Arthurowi, żeby nie przyjeżdżał. On nie wierzy. Nie będę mówił, jeżeli przyjedzie. Zastrzelę go!"

Po chwili odrobinę zmiękł i ponownie wdał się w domową paplaninę. "Irving, czy zamówiłeś koguta u Simona Huntera? Nie zapomnij o tym. Wysłałeś ten list?" Ale w chwilę później znów zrobił się złośliwy. Jak pisał Northwood: "...spoza boazerii w salonie, z odległości niespełna dziesięciu metrów, usłyszałem bardzo głośny, przenikliwy głos zaprawiony złośliwością: "Ty nie wierzysz. Jesteś niedowiarkiem" itp. Robiło to wrażenie i po raz pierwszy przyprawiło mnie o dreszcz. Powiedziałem: «Wierzę». Musiałem krzyczeć".

Potem padło badawcze pytanie: "Charlie [...], czy Arthur przyjedzie?", a po nim skrzek i głośne uderzenie.

Zbliżała się pora odjazdu Northwooda, co oznaczało koniec spotkania. W drodze ze wzgórza słyszał jeszcze za sobą skrzeki, identyfikowane przez lrvinga jako odgłosy, które wydawał Gef.

Prezent od Gefa

Kilka dni później Northwood złożył drugą wizytę Irvingom, przywożąc ze sobą swoją szwagierkę i jej małą córeczkę. "Gef powiedział mojej szwagierce, że ma ona w torebce puszek do pudru i jak ma na imię jej dziecko". Northwood przyznał jednak, że nie miało to większego znaczenia, ponieważ Voirrey wiedziała o jednym i drugim. Pomimo to był nadal przekonany, że to nie Voirrey była Gefem, ale "pewne osobliwe zwierzę, które w niezwykły sposób rozwinęło zdolność mówienia".

Dla "Northwooda" były to ostatnie pożyteczne wizyty, po których nastąpiła trzyletnia przerwa. Nie znaczy to jednak, że w tym długim czasie Gef zapadł się pod ziemię. Wprost przeciwnie; Irvingowie twierdzili, że stał się jeszcze odważniejszy i bardziej zabawny. Jim Irving pokazywał nawet dziennik, w którym zapisał liczne nowe powiedzonka i figle mangusty.

Z jego opowieści wynikało, że Gef zaczął polować na króliki, żeby wspomóc rodzinny budżet. Zostawiał je w pobliżu domu, po czym dokładnie opowiadał domownikom, gdzie ich szukać. Potem zaczął znosić inne przydatne rzeczy: raz był to pędzel, kiedy indziej obcęgi albo rękawiczki.

W domu stawał się coraz bardziej swawolny. Odbijał gumową piłkę w takt muzyki z płyty gramofonowej albo dla zabawy popychał dokoła lekkie krzesło. Według zapisów w dzienniku wszystko to odbywało się na drewnianej konstrukcji przypominającej skrzynię i ustawionej w pokoju Voirrey. Nazywało się to "sanktuarium Gefa".

W zamian za usługi i rozrywkę Gef oczekiwał, a właściwie żądał, najlepszych smakołyków. Nie interesowało go tradycyjne pożywienie stosowne dla mangusty. Domagał się darów w postaci chudego bekonu, parówek, bananów, herbatników, cukierków i czekoladek. Cała trójka Irvingów układała je starannie na jednej z poprzecznych belek dachu, żeby Gef mógł w każdej chwili podkraść się tam i je porwać, bo był nadal niezwykle płochliwy i nie znosił, gdy go podglądano. Irvingowie widywali go rzadko i tylko przez chwilę.

W tym czasie Gef systematycznie popisywał się umiejętnością mówienia w innych językach, nawet jeśli było to tylko parę słów i krótkich zwrotów, a także znajomością najprostszych działań arytmetycznych. Dowiódł też, że potrafi czytać, gdyż wykrzykiwał niektóre wiadomości z porozrzucanych po domu gazet. Poszerzył swój piosenkarski repertuar i zachwycał Irvingów wykonaniem Home on the Range, The Isle of Capri oraz hymnem wyspy Man O Land of Our Birth, a także piosenkami hiszpańskimi i walijskimi.

Ku ogólnemu zdumieniu, Gef pozwolił się dotknąć, choć nadal nie dał się obejrzeć w całości. Margaret Irving mogła włożyć palec do jego pyszczka i dotknąć zębów. Łaskawie pozwolił jej też uścisnąć jedną ze swoich łap, która jej zdaniem miała trzy długie palce i kciuk. Musiały to być palce wyjątkowo sprawne, gdyż Irving opowiadał, że Gef otwiera nimi szuflady, zapala zapałki i elektryczną latarkę.

Tymczasem drażliwy Gef nie szczędził nikomu zniewag. Gdy pewnego dnia lrving powoli otwierał listy, Gef krzyknął: "Czytaj, ty tępy gnomie!" A kiedy któraś z goszczących na farmie dam powiedziała, że wraca do Republiki Południowej Afryki, Gef wrzasnął: "Mam nadzieję, że śmigło odpadnie, powiedz jej to!"

Mówiąca mangusta, choć początkowo nieśmiała i małomówna, zgodziła się w końcu pozować do zdjęć, które zrobiła Voirrey. Były one jednak niewyraźne i nie pokazywały prawie żadnych szczegółów. Później zuchwałe zwierzątko pozostawiło też próbki swego futerka do zbadania. Wysłano je kapitanowi Macdonaldowi, który przekazał je Henry'emu Price'owi. Price z kolei poprosił o ich zbadanie F. Martina Duncana, który w Towarzystwie Zoologicznym w Londynie był autorytetem w dziedzinie futer i sierści.

Kiedy Price czekał na opinię eksperta, kapitan Macdonald jeszcze raz odwiedził Doarlish Cashen. Jednak i tym razem usłyszał głos Gefa, ale nie zobaczył nieuchwytnego stworzenia. To sprawiło, że Price postanowił osobiście obejrzeć wszystko na miejscu, w Doarlish Cashen. Decyzję Price'a przypieczętował raport Duncana, który zawierał wyniki badań sierści rzekomej mangusty. W liście z 23 kwietnia 1935 roku Duncan pisał:

"Starannie zbadałem ją pod mikroskopem i porównałem ze znajdującymi się w moich zbiorach włosami o znanym pochodzeniu. W wyniku tego mogę definitywnie stwierdzić, że badane przeze mnie włosy nigdy nie rosły na żadnej manguście; nie jest to też sierść szczura, królika, zająca, wiewiórki ani żadnego innego gryzonia; nie jest też sierścią owcy, kozy ani krowy. [...] Skłaniam się ku opinii, że włosy te pochodzą przypuszczalnie z długowłosego psa lub psów. [...] Kiedy będzie pan na farmie, proszę zwrócić uwagę, czy nie zobaczy pan psa [...] z lekko falującą sierścią, płową i ciemną".

30 lipca 1935 roku Harry Price wspinał się z mozołem, tropem mówiącej mangusty, na wzgórze, gdzie stał dom Irvingów. Towarzyszył mu R. S. Lambert, wydawca czasopisma "The Listener". Zamierzali rozwiązać tę niezwykle tajemniczą zagadkę.

Badania Harry'ego Price'a i R. S. Lamberta nad mówiącą mangustą z Doarlish Cashen na wyspie Man trwały wszystkiego trzy dni, ponieważ zdumiewający Gef nie przemówił ani nie zaprezentował się w jakikolwiek inny sposób. Jim Irving, właściciel domu, w którym zamieszkało to niezwykłe stworzenie, wyjaśniał, że Gefa nie było już od kilku tygodni. Badacze wyjechali więc z poczuciem zawodu i zakłopotania, zwłaszcza że Irvingowie wyglądali na ludzi zrównoważonych i szczerych, zgodnie z opinią, jaką się cieszyli. Price i Lambert zostawili córce Irvingów, Voirrey, nowy aparat fotograficzny, ale zabrali ze sobą odciętą potajemnie próbkę sierści Mony, ich owczarka collie.

Jednak gdy tylko obaj panowie opuścili wyspę, Gef pojawił się ponownie, w każdym razie tak twierdził Jim Irving. Ażeby zrekompensować swe nagłe zniknięcie, obiecał zostawić odcisk swej łapy. Price przyjął ofertę, po czym otrzymał trzy plastelinowe odciski łapy. Cenne te okazy zostały sfotografowane, a odbitki, oznaczone literami A, B i C przekazano R. I. Pocockowi, FRS oraz Muzeum Historii Naturalnej w Londynie.

Pocock oświadczył, że odcisk A nie pochodzi z łapy żadnego znanego mu zwierzęcia, chyba że byłby to szop. Odcisk B nie ma żadnego związku z odciskiem A, lecz "niewykluczone, że jest to odcisk łapy psa". Odcisk C nie może z kolei mieć związku z odciskiem B, ponieważ: "nie istnieje żaden ssak, u którego występowałaby taka dysproporcja w wielkości przedniej i tylnej stopy". Wniosek Pococka brzmiał: "Muszę dodać, że nie wierzę, by fotografie te w ogóle przedstawiały ślady stóp. Najprawdopodobniej żaden z nich nie został pozostawiony przez mangustę".

Tymczasem sierść Mony dostarczono F. Martinowi Duncanowi, który wcześniej badał próbki domniemanego futra Gefa i sugerował, by Price pobrał taką próbkę z sierści psa Irvingów. Jego wniosek był jednoznaczny. Napisał: "Próbka, którą mi pan dostarczył, jest absolutnie identyczna z rzekomą sierścią mangusty, [...] obie pochodzą od tego samego zwierzęcia - psa, a nie od jakiejkolwiek mangusty". Wraz z wynikami badań, Duncan przysłał fotografie i szczegółowe rysunki, wykazujące niewątpliwą identyczność obu próbek włosów.

Ostatnia wizyta badacza przedstawiającego się jako kapitan Macdonald i przybywającego do Irvingów na prośbę Harry'ego Price'a też nie wniosła niczego nowego. Nawet nowe zdjęcia wykonane przez Voirrey nie miały żadnej wartości, ponieważ ukazywały coś, co równie dobrze mogło być nieostro sfotografowanym kołnierzem z futra.

Kolejnym specjalistą, który dokładnie badał sprawę Gefa, był okultysta doktor Nandor Fodor. Jego zakrojone na dużą skalę badania też jednak nie przyniosły żadnego jednoznacznego wniosku.

Zdaniem doktora Fodora były cztery możliwości. Po pierwsze Gef mógł być nie mangustą a tylko złośliwym duchem (poltergeistem), skupiającym swe działania na Voirrey, po drugie - duchem nawiedzającym ten konkretny dom i nie związanym z rodziną Irvingów, po trzecie - czymś w rodzaju "domowego zwierzątka", reliktem z czasów czarnej magii. Ostatnia możliwość zakładała, że Gef jest rzeczywiście zwierzęciem. Fodor z ociąganiem opowiedział się za teorią zwierzęcą, zaznaczając: "Wszystkie dowody przemawiają za tym, że Gef jest mówiącym zwierzęciem, ale nie potrafię dowieść, że Gef to zwierzę. Nie widziałem go. Nie odzywał się do mnie. Jim Irving twierdził, że jest zwierzęciem. Nie mogę podważyć tego twierdzenia".

Niewyraźne zdjęcia

Gef pozwolił, by Voirrey sfotografowała go na bramie z pięciu drążków, prawie 300 metrów od domu. Żadne ze zdjęć nie miało dostatecznie dobrej jakości, chociaż, jak zapisał Fodor: "Niektóre były na tyle wyraźne, że widać było na nich małe zwierzątko, bardzo podobne do mangusty". Zdjęcia są niewyraźne i zamglone, ale mogą stanowić argument na rzecz opinii Fodora.

Najsmutniejsze w tej całej historii jest to, że Fodor miał okazję sfotografować Gefa, ale ją zmarnował. Wykorzystał mianowicie wagę kuchenną i wycelował na nią aparat z lampą błyskową tak umocowaną, że gdyby udało się Gefa namówić, by wskoczył na wagę, sam zrobiłby sobie zdjęcie. W końcu mangustą zgodziła się na taką operację, zdjęcie jednak nie wyszło dobrze, ponieważ aparat nie był dobrze ustawiony. Fodor posłużył się w tym ważnym eksperymencie prowizoryczną konstrukcją, i w ten sposób zaprzepaścił jedną z najwspanialszych okazji.

W końcu nic z całej sprawy nie wyszło, a Irvingowie przenieśli się gdzie indziej. Cóż więc kryło się za niezwykłymi figlami mówiącej mangusty? Według najwcześniejszych interpretacji Gef był swoistym zjawiskiem parapsychicznym. Najdziwniejszą interpretację wysunęła Florence Hodgkin, medium, w magazynie "Light" z 3 czerwca 1937 roku. Oznajmiła ona, że otrzymała od pewnego lamy zdumiewającą wiadomość o tym, że "na ziemi istnieje obecnie rasa ludzka, o której świat nigdy nie słyszał. Rasa ta osiągnęła niezwykle wysoki stopień rozwoju i kultury; o zaawansowaniu tych ludzi w procesie rozwoju świadczy fakt, że ich zwierzęta potrafią mówić". Gef był najwyraźniej ich wysłannikiem.

Żeby zrozumieć tło opisywanego wydarzenia, wyobraźmy sobie życie na posępnej, nawiedzanej przez wiatry farmie. Nie było elektryczności, telewizji ani radia, nie było nawet bliskich sąsiadów. Rodzina zdana więc była tylko na siebie; wszyscy spędzali wieczory razem, w mrocznych pokojach, i to przypuszczalnie miało jakiś wpływ na pewne cechy ich charakterów.

Wymyślony towarzysz zabaw?

Dziś każde dziecko przenosi się od czasu do czasu do krainy czarów. Wiele dzieci tworzy fikcyjnych towarzyszy zabaw, z którymi rozmawia, jakby byli ludźmi z krwi i kości. Nie jest wykluczone, że Voirrey wymyśliła sobie towarzysza zabaw, egzotyczne zwierzę o pewnych ludzkich właściwościach, zmiennej osobowości i złośliwym poczuciu humoru kilkunastoletniej dziewczynki.

Dlaczego jednak wybrała mangustę? Otóż okazuje się, że właśnie w tej okolicy znajdywano kiedyś mangusty. W 1912 roku pewien farmer sprowadził kilkadziesiąt sztuk tych zwierząt i wypuścił je na wolność, by zmniejszyły populację królików. Farmer nazywał się Irvine.

Voirrey z pewnością słyszała o mangustach Irvine'a. Stąd był już tylko krok do rozmyślań o manguście jako swoim niezwykłym pupilu, małym gadatliwym stworzeniu, kręcącym się po śmiertelnie nudnym domu i wprowadzającym do niego życie. Gruntowna analiza tej historii prowadzi do logicznego wniosku, że Voirrey i Gef mogli być jedną i tą samą osobą. Jedna z najwcześniejszych relacji prasowych istotnie wysuwała przypuszczenie, że rozwiązanie tajemnicy tkwi w dwoistej osobowości Voirrey.

Jak się zdaje, osobowość i istnienie Gefa zawsze zależne było od Voirrey. Przynosił do domu króliki, podobnie jak ona. Miał takie same jak ona ulubione przysmaki. Podzielał jej zainteresowanie urządzeniami mechanicznymi. Ponadto Gef zawsze odzywał się tylko wtedy, gdy Voirrey wychodziła z pokoju albo siedziała w takiej pozycji, że nie można było obserwować jej ust. Sam głos był - zdaniem jednego z obserwatorów, przekonanych o istnieniu Gefa - "uderzająco przenikliwy, podobny do głosu mniej więcej piętnasto- lub szesnastoletniej dziewczyny". Innymi słowy taki głos z łatwością mogła wydać Voirrey.

Niektórym z odwiedzających rzeczywiście trudno było ustalić, skąd dobiega głos Gefa, ale nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ ściany domu były dla ocieplenia wyłożone od wewnątrz drewnem; pomiędzy kamiennymi ścianami i płytami ocieplającymi było 13 centymetrów odległości. Jak zauważył jeden z reporterów: "Jest oczywiste, że wnętrze domu przypominało na swój sposób drewniany bęben". Price pisał także, że ściany domu działały jak "ogromna tuba głosowa, a płyty - jak skóra na bębnie". Gdy mówiło się blisko płyt, którymi wyłożono ściany lub do jednej z licznych szczelin albo dziur po sękach, głos przenosił się dość łatwo, można też było bez większego trudu ukryć jego prawdziwe źródło.

Rodzinna obsesja

Jeżeli jednak Voirrey rzeczywiście była Gefem, dlaczego w oszustwie uczestniczyli jej rodzice? Dość rozsądne wydaje się przypuszczenie, że na swój sposób dali się wciągnąć w tę maskaradę jako współuczestnicy. Jim Irving mógł istotnie zaangażować się do tego stopnia, że popadł w obsesję. Godzinami potrafił powtarzać historię mangusty każdemu, kto tylko gotów był słuchać. Price wspominał, że pewnego razu w jego obecności Irving mówił o Gefie dwie godziny, a jego opowieść "była dokładnie taka sama, niemal słowo w słowo, jak to, co opisywał w swoich listach".

Możliwe nawet, że Irvingowi rozrywka stała się bardziej potrzebna, niż jego córce, dlatego na siłę przedłużał żywot historii o manguście. Nandor odkrył, że w rodzinie Irvingów Margaret nie była wcale osobą dominującą, na jaką wyglądała. Postacią numer jeden był w rzeczywistości Jim lrving, przedstawiony przez Fodora jako "osobowość despotyczna, której autokratycznemu panowaniu nie śmie sprzeciwić się żaden z domowników".

lrving odczuwał więc być może desperacką potrzebę rozgłosu i upajał się popularnością, fantastycznymi opowieściami i objaśnianiem gościom zdumiewającej umiejętności Gefa.

Rolę, jaką odegrał Irving, wyraźnie widać w sporządzonej dla czasopisma "The Listener" relacji pióra J. Radcliffe'a, dziennikarza z "Isle of Man Examiner". Autor odwiedził Doarlish Cashen w towarzystwie swego ojca i kilku przyjaciół; ponieważ Gef się nie odzywał, oddalili się. Kiedy jeszcze przez chwilę rozmawiali na progu:

"Nagle z rogu pokoju, gdzie siedziała Voirrey, córka gospodarzy, rozległ się przenikliwy pisk; mocno podekscytowany Irving ścisnął moje ramię i pokazując przeciwległą stronę pokoju wyszeptał: - On tam jest! Słyszy go pan? - Popatrzyliśmy na siebie z Evansem dość zaskoczeni. [...] Ponownie odprowadzono nas do drzwi, podczas gdy piski powtarzały się co jakiś czas. Irving uprzejmie nam tłumaczył każde z nich, np. jako: - Oni nie wierzą - albo - Chcę postawić na konia itp. Piski były bardzo krótkie. [...] Kiedy schodziliśmy w dół, zauważyłem, że Voirrey trzyma się z tyłu i znów usłyszeliśmy świszczący pisk, po którym Jim Irving znów gwałtownie gestykulując i wskazując na żywopłot szepnął: - On tam jest, mówię wam. On tam jest. - Tego było już naprawdę za wiele. Mam dobry słuch, a pisk rozlegał się tuż za nami i był bez wątpienia ludzkim odgłosem. Przez wiele dni śmialiśmy się z całej tej historii, [...] ponieważ była tak kiepsko spreparowana, że aż skrajnie śmieszna".

Śmiech jest z pewnością najlepszą reakcją na tajemniczą historię mówiącej mangusty, ponieważ historia ta, sfabrykowana bez jakichkolwiek złych zamiarów, dostarczyła sporo rozrywki i wrażeń. Tym, którzy nie chcą pogodzić się z takim werdyktem, być może odpowiedzi udzielił sam Gef, gdy pewnego dnia wrzasnął: "Niech to szlag! Wsadźcie mordę w kubeł! Napijmy się coli".

 

 

PAMIĘTNA NOC

Po tym, jak Betty i Barney Hill zobaczyli z bliska nie zidentyfikowany obiekt latający, Betty śniła, ze została porwana i poddana dokładnym badaniom przez nieznane istoty.

We wrześniu 1961 roku Betty Hill i jej mąż Barney zostali zabrani na pokład statku pozaziemskiego, poddani badaniom i poinformowani o celu wizyty obcych istot. Tak przynajmniej uważali państwo Hill. Ich przypadek jest jednym z wielu - co miesiąc dowiadujemy się o podobnych zdarzeniach. Opis, który przedstawili Betty i Barney Hill, jest jednak wyjątkowo interesujący, sprawa ich porwania zaś należy do najlepiej udokumentowanych i szczegółowo zbadanych.

Niezależnie od tego, czy ich przeżycie było rzeczywiste, czy też ulegli pewnego rodzaju iluzji, powinniśmy wiedzieć, co przydarzyło się im tamtej nocy, ponieważ podobne wypadki zdarzają się dość często. Państwo Hill mieszkali w Portsmouth w stanie New Hampshire, we wschodniej części USA. Barney, który był Afroamerykaninem, miał wtedy 39 lat. Pracował przy sortowaniu przesyłek pocztowych w Bostonie i był z tego zadowolony, chociaż zajęcie to było poniżej jego możliwości. Przy tym Barney nie tylko musiał pracować nocami, ale także codziennie odbywał stukilometrową podróż w jedną i drugą stronę. Poza pracą Barney był aktywnym uczestnikiem kampanii o równe prawa dla ciemnoskórych obywateli Ameryki. Betty miała 41 lat, była biała i pracowała jako społeczna opiekunka dzieci. Dla obydwojga był to drugi związek małżeński, obydwoje mieli też dzieci z poprzednich małżeństw, które pozostawały pod opieką ich eks-małżonków. Wszystko wskazywało na to, że Betty i Barney byli szczęśliwą parą - cieszyli się powszechną sympatią i mieli wielu przyjaciół.

Późnym wieczorem 19 września 1961 roku Hillowie wracali do domu z krótkich wakacji, które spędzili nad Niagarą i w Montrealu. Wracali nocą, ponieważ podczas zaplanowanego w ostatniej chwili urlopu wydali prawie wszystkie pieniądze. Zatrzymali się, żeby przekąsić coś w przydrożnej restauracji; opuścili ją kilka minut po 22.00 i ruszyli do domu autostradą US3. Po drodze nie mijali innych samochodów i widzieli tylko jedną osobę. To, co przydarzyło im się podczas tej podróży, Betty opisała pięć dni później w liście do specjalisty w dziedzinie UFO:

"Mój mąż i ja bardzo zainteresowaliśmy się tym problemem (UFO), ponieważ ostatnio przeżyliśmy przerażające wydarzenie, które, jak nam się wydaje, różni się od innych tego typu.

Tuż po północy 20 września jechaliśmy przez lasy w Górach Białych w stanie New Hampshire. Jest to pusty, nie zamieszkany teren. Najpierw zauważyliśmy na niebie świetlisty obiekt, który wydawał się bardzo szybko poruszać. Zatrzymaliśmy się i wysiedliśmy z samochodu, aby przyjrzeć mu się przez lornetkę. Nagle obiekt zawrócił z kierunku północnego, w którym leciał, na południe; przemieszczał się teraz w bardzo nierównym tempie. Pojechaliśmy dalej, zatrzymując się co jakiś czas, aby nie stracić go z oczu. Zaobserwowaliśmy taką oto technikę lotu: obiekt leciał obracając się w powietrzu, a ponieważ oświetlony był tylko z jednej strony, sprawiało to wrażenie, jakby mrugał.

Kiedy zbliżył się do naszego samochodu, przystanęliśmy. Obiekt unosił się nad ziemią przed nami. Kształtem przypominał naleśnik, z przodu miał okna, przez które widzieliśmy jaskrawe niebiesko-białe światło. Nagle po obu stronach obiektu zapaliły się czerwone światła. Mój mąż stał wtedy na szosie i obserwował go z dość bliska. Widział, jak z boków pojazdu wysunęły się skrzydła - czerwone światła znajdowały się na ich końcach.

Obiekt zbliżył się jeszcze bardziej. Wtedy Barney dostrzegł w środku kilka postaci, które szybko poruszały się po kabinie; wyglądało to na pospieszne przygotowania. Jedna z postaci obserwowała nas przez okno. Z daleka wydawało się, że są wielkości ołówka i mają na sobie błyszczące czarne kombinezony.

Mój mąż w stanie szoku wsiadł do samochodu, którego silnik był cały czas włączony. Ruszył śmiejąc się i powtarzając, że istoty ze statku na pewno nas porwą. Po przejechaniu kilku metrów usłyszeliśmy, jak coś kilka razy zabzyczało i jak gdyby uderzyło kilka razy o maskę samochodu".

List ten, zaadresowany do Donalda Keyhoe z organizacji NICAP (National Investigations Committee for Aerial Phenomena), stanowi streszczenie tego, co Berty i Barney Hill zapamiętali. Brak tu jednak emocjonalnej reakcji pary, którą postarał się przedstawić w opisującej przeżycia Hillów książce The Interrupted Journey [Przerwana podróż] John G. Fuller.

Dwugodzinna luka

Dopiero 25 listopada, dwa miesiące później, podczas przesłuchania prowadzonego przez badaczy UFO, Barney i Betty zdali sobie sprawę, że zgubili dwie godziny życia. Oto co powiedział Barney: "Starali się zrekonstruować przebieg podróży i wtedy jeden z nich zapytał: «Dlaczego tak długo wracaliście do domu?» Powiedzieli nam: «Przebyliście taką i taką odległość i zajęło to wam tyle i tyle godzin. Gdzie byliście?» Kiedy to usłyszałem, myślałem, że się załamię... Byłem wstrząśnięty, bo po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, że przy prędkości, z jaką zwykle jadę, powinniśmy byli znaleźć się w domu co najmniej dwie godziny wcześniej".

Hillowie pokonali 305 kilometrów w ciągu kilku godzin, jadąc z przeciętną prędkością 105-112 kilometrów na godzinę.

W dziesięć dni po powrocie z urlopu Betty zaczęły dręczyć niepokojące sny. Już wcześniej napisała cytowany wyżej list do majora Keyhoe, nie rozmawiała jednak jeszcze z żadnym z ekspertów. Opowiedziała o tym przeżyciu krewnym i przyjaciołom i była nim wyraźnie zdenerwowana. Nic dziwnego, że niepokój znalazł odbicie w jej snach.

Było w nich jednak coś więcej. Punkt wyjścia stanowiła zwykle obserwacja UFO, potem jednak sny wydawały się ukazywać ciąg dalszy całego zajścia. W rzeczywistości przedstawiały bardzo szczegółowy zapis wydarzeń, które następowały jedno po drugim w logicznej, choć dziwnej sekwencji.

Przedstawione przez Betty dokładne streszczenie snów znajduje się w aneksie do książki Fullera. Niestety, autor nie podał, kiedy sporządzono notatki, ilu snów one dotyczą, czy powtarza się w nich ten sam materiał narracyjny, czy też w każdym znalazł się fragment historii, którą Betty połączyła później w całość. Krótko mówiąc, nie możemy być pewni, czy gładka, nieprzerwana narracja była cechą charakterystyczną samych snów, czy też efektem, który Betty uzyskała w trakcie opowiadania. W świetle następnych wydarzeń, spójność i szczegółowość przedstawionego przez Betty opisu snów mają naprawdę kluczowe znaczenie.

Narracja senna zaczyna się tuż po zauważeniu nie zidentyfikowanego obiektu. Betty widzi, że szosa ostro skręca w lewo, nieco dalej zaś znowu w prawo. Na środku drogi stoi grupa 8-11 ludzi. Barney zwalnia, motor gaśnie. Mąż Betty próbuje zapalić, lecz w tej chwili mężczyźni otaczają samochód. Betty i Barney siedzą bez ruchu, w milczeniu. Mężczyźni otwierają drzwi samochodu i ujmują Barneya i Betty za ramiona.

Potem Betty idzie ścieżką wiodącą przez las, otoczona dookoła obcymi. W takiej samej sytuacji jest Barney. Betty mówi coś do męża, ale on najwyraźniej jej nie słyszy. Sprawia wrażenie, jakby był pogrążony we śnie. Mężczyzna idący po lewej stronie Betty słyszy, jak kobieta zwraca się do męża, i pyta, czy Barney to jego imię. Betty nie odpowiada. Mężczyzna przekonuje ją, że nie ma się czego bać, bo nic im nie grozi.

Cała grupa dociera do niedużej polany, na której stoi pojazd w kształcie dysku. Według słów Betty, obiekt jest "wielki jak dom". Betty nie widzi żadnych świateł ani okien. Wchodzą na trap prowadzący do drzwi; Betty idzie bardzo niechętnie. Wchodzą do korytarza, który biegnie pod ścianą pojazdu. Mężczyźni wprowadzają Betty do pierwszego z brzegu pokoju, inni prowadzą Barneya gdzieś dalej. Kiedy Betty protestuje przeciwko rozdzieleniu z mężem, przywódca mężczyzn wyjaśnia jej, że w każdym pomieszczeniu można jednorazowo zbadać tylko jedną osobę, szybciej więc będzie, jeśli zbadają ich osobno.

Mężczyźni zostawiają Betty w pokoju. Po chwili wchodzi miły, mówiący po angielsku mężczyzna; to on ma przeprowadzić badanie. Zadaje jej kilka pytań - o wiek, dietę itp. Potem każe jej usiąść na taborecie i przeprowadza pobieżne badanie. Pobiera próbki jej włosów, wosku z uszu i paznokci, zdrapuje odrobinę złuszczającego się naskórka.

Następnie prosi Betty, aby położyła się na stole. Bada ją maszyną, która ma kable zakończone igłami. Wyjaśnia jej, że urządzenie to sprawdzi funkcjonowanie jej układu nerwowego. Podczas badania Betty nie ma na sobie sukienki. Igłą długości 10-15 centymetrów mężczyzna przeprowadza badanie, które nazywa testem ciążowym. Polega ono na wbiciu igły w pępek. Test jest bardzo bolesny, lecz przywódca, który wrócił do pokoju, aby obserwować badanie, uśmierza ból, przesuwając dłoń przed oczyma Betty. Kobieta wyczuwa jego troskę i od tej chwili przestaje się go obawiać.

Na tym badanie się kończy. "Lekarz" wychodzi, aby pomóc przy badaniu Barneya, które trwa dłużej. Betty zostaje w towarzystwie przywódcy, przechadza się po pokoju i zaczyna z nim rozmawiać. Mężczyzna przepraszają za nieprzyjemne doznania i proponuje, że odpowie na wszystkie jej pytania.

Przerywa mu wejście kilku mężczyzn. Po krótkiej wymianie zdań przywódca odwraca się do Betty, otwiera jej usta i dotyka zębów, jakby starał się nimi poruszyć. Jest wyraźnie zaskoczony faktem, że Barney ma "ruchome" zęby, natomiast Betty nie. Betty wyjaśnia mu, że Barney nosi protezy. Zapoczątkowuje to rozmowę o starzeniu się. Przywódca wydaje się nie rozumieć tej kwestii, ponieważ zadaje Betty wiele pytań na temat czasu i sposobu jego pomiaru.

Betty prosi o jakiś dowód pobytu na statku. Przywódca zgadza się. Kobieta rozgląda się po pokoju i zauważa książkę, którą mężczyzna pozwala jej zabrać. Rozmowa o książce prowadzi do dyskusji o wszechświecie i przywódca wyciąga z pudła coś w rodzaju mapy, z naniesionymi punktami gwiazd. Betty mówi mu, że bardzo niewiele wie o wszechświecie i że na Ziemi są ludzie, których wiedza jest nieskończenie większa. Pyta, czy nie można by zorganizować spotkania między nimi a istotami ze statku. W miarę jak Betty zapala się do tematu, zaczyna zadawać sobie pytanie, czy sama mogłaby doprowadzić do takiej konferencji.

W tej chwili inni mężczyźni wracają z Barneyem, który nadal porusza się jak we śnie. Kiedy Betty odzywa się do niego, nie odpowiada. Przywódca zapewnia ją, że kiedy wrócą do samochodu, Barney całkowicie przyjdzie do siebie. Betty i Barney ruszają w kierunku drzwi, a wtedy jeden z mężczyzn mówi coś, co wywołuje gorącą dyskusję. Przywódca odbiera Betty książkę, oświadczając, że reszta załogi uważa, iż nikt nie powinien wiedzieć o tym przeżyciu, o którym nawet ona sama nie będzie pamiętała. Kiedy Betty upiera się, że niczego nie zapomni, przywódca mówi, iż może rzeczywiście coś zapamięta, ale i tak nikt jej nie uwierzy.

Opuszczają dysk i udają się w drogę powrotną przez las. Towarzyszą im wszyscy mężczyźni. Betty mówi przywódcy, że jest szczęśliwa, iż go poznała, i prosi, aby wrócił jeszcze na Ziemię. Przywódca odpowiada, że być może wróci, ale nie może niczego obiecać.

W miarę jak zbliżają się do samochodu, Barney wydaje się nieco trzeźwiejszy, nie okazuje jednak żadnych emocji i zachowuje się tak, jakby podobne rzeczy działy się codziennie. Betty i Barney wsiadają do samochodu. Dysk zaczyna jasno świecić, toczy się jak kula, przewraca trzy czy cztery razy i unosi się w niebo. Betty odwraca się do Barneya i mówi, że było to najwspanialsze, najbardziej niewiarygodne doświadczenie jej życia. Barney rusza. Do tej pory nie odezwał się ani słowem. Betty mówi: "Teraz wierzysz już chyba w latające spodki?" "Nie bądź śmieszna" - odpowiada Barney.

Chociaż sny Betty były niewątpliwie intrygujące, znalazły się w opisie tego wydarzenia tylko dlatego, że stanowiły potwierdzenie wrażenia, jakie zrobiło na niej spotkanie. Eksperci, którzy zajmowali się Hillami, zainteresowani byli jedynie ich doświadczeniami na jawie. Walter Webb, astronom i jeden z doradców naukowych NICAP, bardzo pozytywnie wypowiadał się o świadectwie Hillów.

W swoim raporcie napisał: "Po ponad sześciogodzinnym przesłuchiwaniu tych ludzi i obserwacji ich reakcji oraz osobowości doradca stwierdza, iż mówią prawdę i że incydent wydarzył się tak, jak to opisują, nie licząc drobnych ogólnych i technicznych nieścisłości... Jestem pod wrażeniem ich inteligencji, uczciwości i tego, że wyraźnie trzymali się faktów, pomijając bardziej sensacyjne aspekty wydarzenia".

Lęki prawdziwe i wymyślone

Webb zauważył dalej: "Barney Hill wierzy, że widział coś, czego nie chce pamiętać. Stwierdził, że nie znajdował się wystarczająco blisko istot, aby zauważyć rysy ich twarzy, lecz kiedy indziej opowiadał, jak jedna z nich spojrzała przez ramię i uśmiechnęła się do niego szeroko. Wspomniał też o pozbawionej wyrazu twarzy przywódcy. Wydaje mi się jednak, że ta krótkotrwała utrata świadomości nie ma zbyt wielkiego znaczenia. Mam wrażenie, że w oczach świadka całe to zdarzenie było tak nieprawdopodobne i fantastyczne, iż jego umysł nie przyjął do wiadomości świadectwa oczu, co spowodowało zanik pamięci".

W ciągu następnego roku właśnie zanik pamięci Barneya okazał się niezwykle istotny. Jego stan zdrowia pogorszył się gwałtownie, a wraz z nim stan umysłu. Wrzód, który mu dokuczał, osłabiał go coraz bardziej, sprawiając, że czuł się wyczerpany i przygnębiony. Nic dziwnego, że Hillowie zaczęli się zastanawiać, czy to nie spotkanie z UFO okazało się szkodliwe dla Barneya. Zasugerowali to swojemu lekarzowi, który zaproponował zastosowanie hipnozy, aby poznać więcej szczegółów wydarzenia i dowiedzieć się, jak mogło na nich wpłynąć. Ponieważ hipnozę proponowano im już na wcześniejszym etapie badań, Hillowie wyrazili zgodę.

Betty miała dodatkowy powód, dla którego pragnęła dowiedzieć się, co ujawni hipnoza: "W chwili, gdy zaproponowano mi hipnozę, pomyślałam o moich snach i natychmiast zaczęłam się zastanawiać, czy nie są one czymś więcej..."

14 grudnia 1963 roku Barney i Betty Hill stawili się w gabinecie doktora Benjamina Simona, rozpoczynając serię seansów hipnotycznych, które miały trwać siedem miesięcy. Doktor Simon cieszył się doskonałą opinią i z powagą podszedł do stojącego przed nim zadania. Jego tolerancyjne, otwarte podejście umożliwiło zestresowanej parze przedstawienie swoich historii w atmosferze zrozumienia i braku podejrzliwości.

Warto zapamiętać, dlaczego zastosowano hipnozę. Oto, co powiedziała Berty: "Zgłosiliśmy się do doktora Simona, aby uwolnić się od niepokoju oraz zaburzeń emocjonalnych i odkryć, co jest ich przyczyną. Inaczej mówiąc, szukaliśmy u niego pomocy medycznej, nie zaś rewelacji na temat spotkania z UFO".

Seanse hipnotyczne nie stanowiły części szerszego leczenia psychoanalitycznego; opracowano je po to, aby zrozumieć, jakie znaczenie dla fizycznego i umysłowego stanu Barneya mogło mieć domniemane spotkanie z UFO. Dlatego właśnie nie przyniosły nam one ogólnego psychologicznego portretu Hillów. Chcielibyśmy wiedzieć o nich znacznie więcej - o ich podejściu do takich spraw jak małżeństwa międzyrasowe, poprzednie związki, rozłąka z dziećmi, zaangażowanie w prace społeczne i walkę o prawa obywatelskie, a więc wszystko, co mogłoby zaważyć na naszej ocenie ich przeżyć. Nie otrzymujemy jednak takich informacji; badania i komentarze doktora Simona ograniczają się do postawionego zadania.

Dwa punkty widzenia

Barneya i Berty zahipnotyzowano oddzielnie, jedno po drugim. Nie przysłuchiwali się swoim wypowiedziom na żywo i nie odsłuchiwali nagrań z sesji. Dopiero gdy doktor Simon uznał, że osiągnął już wszystko, co było możliwe, zaprosił obydwoje do wysłuchania nagrań. Zdecydowali się zrobić to razem.

Wszystkie te kroki przedsięwzięto na życzenie Hillów. Pominąwszy to, że była to dla nich ciężka próba, trwające siedem miesięcy sesje u specjalisty o najwyższych kwalifikacjach musiały kosztować mnóstwo pieniędzy. Nietrudno więc zgadnąć, że motywacja Hillów musiała być bardzo silna.

W hipnozie oboje opowiedzieli historię będącą dokładnym odbiciem snów, dręczących Betty przez kilka tygodni po spotkaniu. Była jednak różnica: historie opowiedziano teraz jako przeżycia dwojga osób, przy czym każda opisywała wydarzenia ze swojego punktu widzenia. Opisy chwil, kiedy byli razem, były właściwie identyczne. Od chwili rozdzielenia historie zasadniczo się różniły. Hillowie przytaczali je tak emocjonalnie, jakby powracali myślą do rzeczywistych przeżyć. Oto fragment historii Barneya:

"Zacząłem wysiadać z samochodu i postawiłem jedną stopę na ziemi. Obok mnie stało dwóch mężczyzn, którzy pomagali mi stanąć na nogi. Milczeli. Wiem, że szedłem lub przemieszczałem się drogą od miejsca, gdzie zaparkowałem samochód. Widziałem trap, po którym wchodziłem coraz wyżej... Słyszałem odgłosy, które wydawali. Bałem się otworzyć oczy. Polecono mi nie otwierać oczu, bo wszystko zaraz się skończy. Czułem, jak dotykają mnie rękami.

Przyglądali się mojej szyi, czułem, jak dotykają skóry na plecach, jakby liczyli mi kręgi. Poczułem też, jak coś dotyka mnie u podstawy kręgosłupa. Było to tak, jakby ktoś popychał mnie jednym palcem".

Opis Betty jest równie szczegółowy: "Przeprowadzili Barneya obok drzwi, w których stałam. Powiedziałam: Co robicie z Barneyem? Przyprowadźcie go tutaj. Ten mężczyzna powiedział wtedy: Nie, w każdym pokoju mamy sprzęt wystarczający do zbadania tylko jednej osoby. Gdybyśmy więc umieścili was oboje w jednym pokoju, trwałoby to znacznie dłużej. Wszystko będzie w porządku, Barney zostanie zbadany w następnym pokoju. Kiedy zakończymy testy, znajdziecie się z powrotem w samochodzie. Nie masz się czego obawiać".

Miałam wrażenie, że fotografują moją skórę. Obaj patrzyli przez takie urządzenie... Potem wyjęli coś, co wyglądało jak nóż do otwierania listów i poskrobali nim skórę na moim ramieniu. Posypały się z niej drobne płatki, tak jak wtedy, gdy skóra wysycha i czasem się nieco łuszczy. Umieścili je na czymś, co przypominało celofan albo plastyk".

Mapa gwiazd

Jednym z praktycznych zastosowań hipnozy jest przeniesienie do świadomości informacji, które znalazły się w podświadomości - są to rzeczy, które świadkowie przeżyli, lecz nie odnotowali ich w sposób świadomy. Metoda ta okazała się skuteczna w odniesieniu do mapy gwiezdnej, którą przywódca obcych miał jakoby pokazać Betty Hill. Doktor Simon zasugerował, by po powrocie do domu spróbowała narysować to, co zapamiętała z mapy. Sądząc z jej szczegółowego opisu, mapa mogła stanowić cenną wskazówkę co do pochodzenia istot, które ją uprowadziły.

"Zapytałam go, skąd pochodzi. Powiedziałam mu, że wiem, iż nie jest mieszkańcem Ziemi... Zapytał wtedy, czy wiem coś o wszechświecie. Odpowiedziałam, że nie, bo właściwie nic nie wiedziałam... Przeszedł na drugą stronę pomieszczenia... Znajdował się tam otwór, z którego wyciągnął mapę. Była podłużna i znajdowało się na niej mnóstwo kropek... Niektóre były małe, po prostu takie punkciki, inne tak duże jak dziesięciocentówka... Od jednej kropki do drugiej biegły zaokrąglone linie. Było tam też jedno duże kółko, z którego wychodziło dużo linii. Dużo linii stykających się z innym kółkiem w pobliżu, ale nie tak dużym... Zapytałam go, co oznaczają linie, kropki i punkty. Powiedział, że grube linie to szlaki handlowe, linie przeciętnej grubości to szlaki, którymi czasami podróżują, a przerywane to trasy ekspedycji... Zapytałam, gdzie znajduje się jego port. Odpowiedział pytaniem: «A gdzie wy jesteście na tej mapie?» Popatrzyłam, roześmiałam się i powiedziałam, że nie wiem. Wtedy on stwierdził: «Jeżeli nie wiesz, gdzie jesteście, to nie ma sensu, abym mówił ci, skąd pochodzę». I schował mapę z powrotem do tego otworu w ścianie..."

Betty starała się odtworzyć mapę, lecz bez nazw i punktów odniesienia nie miało to wielkiego sensu. W 1968 roku nauczycielka i astronom amator, Marjorie Fish, wpadła jednak na pomysł, że liczba konfiguracji gwiazd, odpowiadających punktom na mapie, musi być ograniczona. Skonstruowała trójwymiarowy model mapy Betty, używając do tego celu sznurka i koralików, a potem zaczęła szukać odpowiedników wśród niezbyt odległych gwiazd. Po pięciu latach uznała, że znalazła odpowiednią konfigurację.

Mapa Marjorie Fish wywołała kontrowersje prawie równie gwałtowne, jak opis spotkania, w którym uczestniczyli Betty i Barney. Bardzo pozytywnie wypowiedział się o niej w swoim artykule astronom Terence Dickinson:

"Ogólnie rzecz biorąc, interpretacja pani Fish to widok z odległości kilku lat świetlnych spoza gwiazd zeta 1 i zeta 2 Reticuli, patrząc w kierunku Słońca i gwiazdy 82 Eridani, która znajduje się mniej więcej w połowie drogi między nami a parą gwiazd Reticuli. Piętnaście ukazanych na mapie gwiazd przypomina zasadniczo Słońce, toteż każda z nich mogłaby mieć takie planety, jak Ziemia. Jest to ten sam rodzaj gwiazd, które astronomowie obecnie badają, poszukując sygnałów życia od obcych, obdarzonych inteligencją form życia. Dlatego możemy przyjąć, że gwiazdy te są jedynymi, jakie zaznaczono na mapie... Żadna inna interpretacja mapy pani Hill nie dotyczy wszystkich podobnych do Słońca gwiazd w określonej przestrzeni, w której znajduje się także Słońce... Żadna inna nie wydaje się sensowna z punktu widzenia podróży międzygwiezdnych".

Model Marjorie Fish wywołał liczne dyskusje, dotyczące przede wszystkim szansy odnalezienia odpowiedniego schematu wśród licznych gwiazd w sąsiedztwie Słońca. Aby określić prawdopodobieństwo, Charles W. Atterberg przedstawił alternatywną propozycję pokazanego na mapie obszaru. O tym, jak wątpliwe są rezultaty takich dociekań, świadczy najlepiej fakt, iż sceptycznie nastawiony do istnienia UFO Robert Sheaffer uznał model Atterberga za lepszy od modelu Marjorie Fish. Dickinson twierdzi jednak, że model Atterberga jest bardziej arbitralny w doborze gwiazd i zawiera wiele nieścisłości.

Potwierdzone przewidywania

Model Marjorie Fish doczekał się dodatkowego poparcia w 1969 roku, kiedy po raz pierwszy ukazał się poprawiony katalog gwiazd z informacjami, które w 1961 roku nie były jeszcze dostępne. Katalog potwierdził przewidywania i wnioski Fish, poczynione na podstawie mapy Betty Hill. Chociaż trudno traktować go jako ostateczny dowód, nie ulega wątpliwości, że jest on argumentem przemawiającym za sugestią Hill i Fish. Pozostaje jednak pytanie, w jakim stopniu opierać się możemy na wspomnieniach osoby, która nie miała żadnej wiedzy astronomicznej, dotyczących mapy widzianej w zdecydowanie niecodziennych okolicznościach, i to ponad dwa lata wcześniej.

Mapa gwiezdna to najbardziej konkretny aspekt doświadczenia Betty i Barneya Hillów, który niewątpliwie można poddać analizie. Jeśli chodzi o resztę, wszystko opiera się na ocenie osobistego świadectwa Hillów, lecz wobec braku jakichkolwiek realnych dowodów, musimy polegać wyłącznie na naszej opinii dotyczącej wiarygodności małżeńskiej pary. Jakże cenna byłaby książka, którą przywódca obcych ofiarował Betty, oczywiście gdyby pozwolono jej ją zabrać! Żaden krytyk nie kwestionował uczciwości i szczerości Hillów; w wątpliwość podawano jedynie ich interpretację dziwnego przeżycia. Tu właśnie niezwykle ważny staje się brak informacji o życiu prywatnym Hillów. Wydaje się oczywiste, że mogą się tu pojawić czynniki decydujące o tym, w jaki sposób powinniśmy ocenić ich historię. Wiemy już o wcześniejszych związkach Hillów i stanie zdrowia Barneya. Wiele wskazuje także, że Betty była o wiele bardziej niezwykłą osobą, niż się powszechnie sądzi.

Barney Hill zmarł w lutym 1969 roku, pięć lat po seansach przeprowadzonych przez doktora Simona. Przyczyną zgonu, podobnie jak u jego ojca, był wylew krwi do mózgu. Od tego czasu Betty dane było doświadczyć wątpliwych rozkoszy sławy. Jej doświadczenie opisano w książkach i czasopismach, nakręcono nawet o nim pełnometrażowy film. Mnóstwo razy uczestniczyła w wykładach i konferencjach, była także gościem programów radiowych i telewizyjnych. W jakiś czas po seansach hipnotycznych zrezygnowała z pracy i całkowicie poświęciła się badaniom UFO. Często rozpoznawano ją w najdziwniejszych sytuacjach. Oto jej słowa:

"W czasie odbywającego się niedawno święta homarów przemawiający przez mikrofon mężczyzna zauważył mnie w tłumie i powiedział: «Witaj, Betty Hill! Dzięki tobie znaleźliśmy się na mapie najsłynniejszych lądowań UFO!»"

Ktoś cyniczny mógłby powiedzieć, że ze względów ściśle materialnych usiłowała przekonać ludzi, iż jej przeżycie naprawdę miało miejsce. Trudno jednak wątpić w szczerość Betty Hill i jej niezachwiane przekonanie, że rzeczywiście została uprowadzona przez obcych.

Betty wierzyła także, że po uprowadzeniu jej udziałem stało się wiele niezwykłych wydarzeń. Wkrótce po spotkaniu z obcymi pewnego dnia znalazła na kuchennym stole stosik liści. Wśród nich leżały kolczyki, które nosiła w dniu uprowadzenia. Wraz z upływem lat przydarzały jej się coraz dziwniejsze rzeczy. W domu rozlegały się hałasy niewiadomego pochodzenia, urządzenia mechaniczne zaś ulegały nie wyjaśnionym uszkodzeniom. Ktoś wyrwał kable z pompy centralnego ogrzewania, alarm przeciwwłamaniowy włączał się bez powodu, lodówka, radio, toster, żelazko i telewizor psuły się, a następnie zaczynały działać same z siebie. Betty twierdziła też, że jej telefon znajduje się na podsłuchu, założonym przez wywiad lotniczy i nieznaną organizację, która miała jakoby nazywać się "Agencją Federalną". Jej poczta znikała, słyszała i widziała intruzów, musiała też znosić wizyty rozmaitych osób.

Chociaż sąsiedzi Betty Hill potwierdzili, iż widzieli intruzów na terenie jej posiadłości, większość tych zdarzeń znamy jedynie z jej własnych opowiadań.

Betty chętnie przyjmowała innych uczestników spotkań z UFO. Jej pasją stało się "polowanie" na nie zidentyfikowane obiekty latające. Ekspertowi Allanowi Hendry powiedziała, że często podczas jednej nocy udaje jej się zobaczyć 50 do 100 UFO, unoszących się nad "specjalnym miejscem" w New Hampshire. Oto, co opowiedziała: "Jeden z obiektów pojawia się prawie co noc. Zimą 1976 na 1977 rok widywałam go bardzo często - robił niesamowite wrażenie, wyglądał jak spłaszczony dysk, lśniący kolorowymi światłami. Pewnej styczniowej nocy w 1977 roku wylądował i włączył dwanaście wielkich reflektorów. Pod nimi znajdowały się dwa białe światła. Kiedyś wybrałam się tam z emerytowanym oficerem i jego żoną. Gdy ten człowiek zobaczył UFO, wysiadł z samochodu i ruszył w kierunku statku. Nagle od obiektu oderwała się wielka wirująca masa. Nie wiem, co to było, ale wyglądało jak obracająca się w powietrzu czerwona kula, która zmierzała wprost ku niemu. Wyskoczyłam z samochodu i próbowałam to sfilmować, ale wtedy - wiem, że brzmi to nieprawdopodobnie - zielone światło uderzyło w kamerę i spaliło włącznik i obwody scalone. Kiedy oficer zobaczył czerwoną kulę, odwrócił się i pobiegł z powrotem do samochodu. Kula zatrzymała się, zawróciła do statku i zniknęła".

Hendry odnotował jednak, że "wielu badaczy towarzyszyło pani Hill w wyprawach do «specjalnego miejsca», gdzie okazywało się, że światła, które brała za nie zidentyfikowane obiekty latające były w rzeczywistości światłami samolotów i lampami ulicznymi". Podawał także, że Betty Hill opowiedziała mu wiele historii o robotach, kwitującym kocie swoich sąsiadów oraz nieprzyjaznym UFO, który spalił lakier na jej samochodzie, kiedy nie dość szybko wycofała się z miejsca jego lądowania.

Nawet jeżeli przyjmiemy, że te dziwne wydarzenia były rezultatem jej pierwszego przeżycia, nie mogą one stanowić podstawy do zakwestionowania go, nie wolno nam także uznać ich za całkowicie nieistotne. Kiedy mamy do czynienia z zeznaniem opartym wyłącznie na osobistym świadectwie, musimy wiedzieć, jakiego rodzaju osoba je składa. Być może przeżycie Hillów pomogłoby nam pogłębić znajomość psychologii, nie astronomii.

Należy zauważyć, że historia Hillów zawiera wiele nieścisłości. I tak na przykład nie jest jasne, czy Betty porozumiewała się z obcymi za pomocą telepatii, czy mowy. Sama sugeruje raz jedno, raz drugie rozwiązanie. Tak czy inaczej, jeśli weźmiemy pod uwagę brak wiedzy o Ziemi, jaką w wielu dziedzinach zdradzają obcy, zdumiewający jest fakt, iż ich przywódca posługuje się kolokwialnym angielskim. Z zeznania wynika również jasno, że kiedy Hillowie zostali uprowadzeni, szli pieszo, najwyraźniej dość długo, przez las w asyście "porywaczy", aż do polany, na której wylądowało UFO, po badaniu natomiast błyskawicznie znaleźli się w samochodzie i stamtąd obserwowali odlot obiektu. Szczegóły te mogą oczywiście nie mieć dużego znaczenia, przypominają nam jednak, że opowieść Hillów w wielu miejscach pozbawiona jest konsekwencji i spójności.

Szukając wyjaśnienia, powinniśmy wziąć pod uwagę psychologiczną sytuację, w jakiej się znaleźli Hillowie. Stan zdrowia Barneya pogorszył się w ciągu roku po uprowadzeniu, lecz i wcześniej mężczyzna nie był bynajmniej w doskonałej kondycji. Wrzód nie pojawił się w 1962 roku - wtedy nasiliły się tylko objawy choroby. Warto pamiętać, że wrzód jest zwykle fizyczną manifestacją zaburzeń psychicznych, najczęściej stresu. Wiemy już, że oboje Hillowie mieli za sobą wcześniejsze związki i zrzekli się lub zostali pozbawieni opieki nad swoimi dziećmi. Chociaż ich małżeństwo wydawało się całkowicie szczęśliwe, był to jednak dość wyjątkowy w ówczesnym społeczeństwie związek przedstawicieli dwóch ras, co mogło stanowić potencjalne źródło stresu. Betty pracowała jako społeczny opiekun dzieci, natomiast Barney codziennie podróżował 200 kilometrów do pracy na nocną zmianę i był zaangażowany w ruch obrony praw człowieka, a więc zajęcia obojga małżonków mogły wywoływać niepokój i stany napięcia.

Betty miała także za sobą kilka niezwykłych doświadczeń. Wierzyła, że nadnaturalne zdolności są w jej rodzinie dziedziczne i twierdziła, iż sama jako nastolatka miała wstrząsające prorocze sny. Co najdziwniejsze, podobne zdolności miała również jej adoptowana córka. "Wszyscy moi bliscy widywali UFO: moi rodzice, siostry, bracia, siostrzenice i siostrzeńcy" - powiedziała Betty doktorowi Bertholdowi Schwarzowi, psychologowi, który od dłuższego czasu interesował się UFO.

Istnieje oczywiście możliwość, że nie było żadnego UFO ani innego czynnika zewnętrznego, który przejawił się właśnie w ten sposób. Całe wydarzenie mogło być po prostu "projekcją" z wewnętrznego źródła - z umysłu samej Betty. Wiele osób uznało, że sny Betty oraz historia, jaką małżonkowie opowiedzieli w stanie hipnozy, są spójne, ponieważ pochodzą z tego samego źródła, tzn. faktycznego spotkania z UFO. Pod wieloma względami jest to jednak założenie naiwne i nieuzasadnione, nie sposób bowiem wykluczyć, że opowieści Hillów wywodzą się ze snów Betty.

Z chwilą, kiedy uznajemy sny Betty za zapis rzeczywistych wydarzeń, cała historia zaczyna wydawać się oparta na dość słabych przesłankach. Czy możliwe, aby sny Betty stanowiły dokładne odbicie przeżytego na jawie wydarzenia? Zwykle rzecz ma się zupełnie odwrotnie - sny albo są całkowitą fantazją, albo kolażem elementów pochodzących z różnych źródeł: codziennego życia śniącego, książek i telewizji, życzeń i obaw. Musimy więc niezwykle ostrożnie podchodzić do twierdzenia, jakoby sny Betty miały stanowić wyjątek.

Doktor Simon, hipnotyzer Hillów, nigdy nie wydał jednoznacznego orzeczenia, wysunął jednak tezę, iż opowieść o snach Betty mogła wywrzeć silny wpływ na Barneya, który z kolei odtworzył je jako własne wspomnienia rzeczywistych przeżyć. Warto zauważyć, że chociaż badanie, jakiemu mieli poddać Barneya obcy, trwało dłużej niż badanie Betty, przedstawiony przez mężczyznę opis zabiegów jest o wiele mniej szczegółowy.

Doktor Simon ostrzegł również, iż hipnoza nie jest idealną drogą do odkrycia prawdy. W następnych latach jego słowa zostały potwierdzone nowymi dowodami. Wykazano, że owocem regresji hipnotycznej są w wielu wypadkach całkowicie fantastyczne opowieści. Z drugiej strony istnieją dowody, że stłumione w podświadomości doświadczenia wypływają na powierzchnię w snach jako historie spójne, szczegółowe i opowiedziane z dużą konsekwencją.

Taka interpretacja "wspomnień" Hillów musi zostać uznana za domniemanie. Domniemaniem jest jednak również hipoteza, że opowieść Berty i Barneya Hillów oparta jest na rzeczywistym doświadczeniu medycznych badań, jakim poddały ich istoty pozaziemskie.