Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Donald Rayfield

Stalin i jego oprawcy: szefowie stalinowskiej bezpieki

2009
 

(...)

 

Ostatnie dni sowieckich dygnitarzy

 


Zinowjew, Kamieniew

 

Ludzie Jagody wyciągali Zinowjewa i Kamieniewa z celi na dodatkowe przesłuchania, ale Stalin, Kaganowicz i Jeżow przeglądali wszystkie materiały, redagowali zeznania i notowali pytania, które należało zadawać. Ten proces pokazowy Stalin przygotowywał znacznie staranniej niż procesy inżynierów czy szkodników, które wraz z Mienżyńskim aranżowali na początku lat 30.

Stalin postanowił fizycznie "dobić" tych, których politycznie starł już na proch i nic nie mogłoby zachwiać tym niezłomnym postanowieniem. Kamieniew, który dostał 10 zamiast pięciu lat więzienia, znosił wszystko ze stoickim spokojem i tylko prosił śledczych, żeby nie zabijali jego rodziny. Zinowjew zaś ze swojej celi zasypywał Politbiuro błaganiami i skargami. Prosił Stalina, żeby wydano wspomnienia, które pisał w więzieniu i które pomogą jego "akademicko uzdolnionemu" synowi marksiście. Nic już nie pozostało z dawnego zarozumiałego Griszy:

Mam tylko jedno pragnienie: udowodnić Wam, że już nie jestem wrogiem. Nie ma takiego żądania, którego nie wykonałbym, żeby Wam to udowodnić. Doszedłem do tego, że wpatruję się godzinami w zamieszczane w gazetach fotografie Wasze i innych członków Biura Politycznego i myślę: bracia, wejrzyjcie w moją duszę, czy nie widzicie, że nie jestem już Waszym wrogiem, że jestem wasz, duszą i ciałem, że zrozumiałem wszystko, że jestem gotów uczynić wszystko, by zasłużyć na przebaczenie, na wspaniałomyślność?

Stalin już postanowił, że zaprezentuje Zinowjewa i Kamieniewa jako agentów Trockiego, którzy próbowali obalić państwo radzieckie. Dowiedzie zagranicznym socjalistom, że Trocki to terrorysta i współpracownik gestapo. W lipcu 1936 roku Jagoda i Wyszyński dostali zielone światło: Zinowjew i Kamieniew zostaną ponownie oddani pod sąd, ponieważ poprzednio ukryli swoją prawdziwą winę i otrzymali zbyt łagodny wymiar kary. Jagoda aresztował Pikela, byłego sekretarza Zinowjewa, i Drejcera, dawnego zwolennika Trockiego. Pozbawiani snu poddali się i podpisali niezbędne zeznania. W porównaniu z przesłuchaniami czasów "jeżowszczyzny" za czasów Jagody właściwie nie używano przemocy fizycznej, jednak Zinowjewa trzymano w zbyt mocno ogrzewanej celi, gdzie dręczyły go astma i chora wątroba. Zinowjew załamał się całkowicie - może pocieszał się myślą, że Stalin "nie przeleje krwi starych bolszewików"? Kamieniew stracił już jakąkolwiek nadzieję.

Kaganowicz i Jeżow tak gorliwie nadzorowali prace Jagody, likwidującego wydumane "moskiewskie centrum Trockiego-Zinowjewa", że Stalin mógł sobie pozwolić na spędzenie całego sierpnia i września 1936 roku na Kaukazie. Podobnie jak Jeżow i Stalin Kaganowicz również zdołał wmówić sobie istnienie tych niezgrabnie skleconych spisków. Szóstego lipca 1936 roku oznajmia Stalinowi:

Przeczytałem zeznania tych łajdaków, Drejcera i Pikela. Już wcześniej wszystko było jasne, ale oni ukazali prawdziwe bandyckie oblicze zabójców i prowokatorów - Trockiego, Zinowjewa, Kamieniewa i Smirnowa. Teraz nie ulega wątpliwości, że główną sprężyną szajki jest ten sprzedajny sukinsyn Trocki. Doprawdy, już czas byłby postawić go "poza prawem", a pozostałych łajdaków, siedzących u nas, rozstrzelać.

Innych oskarżonych, którzy jeszcze się opierali, Jakow Agranow poddał okrutnej "obróbce". Smirnow, weteran wojny domowej na Syberii, stronnik zarówno Zinowjewa, jak i Trockiego, w 1927 roku otwarcie wezwał do zdjęcia Stalina, a teraz ogłosił głodówkę. Ormianin Wagarszał Ter-Baganian posunął się jeszcze dalej, przeciął sobie żyły i napisał do Stalina własną krwią: "Oczerniają, oczerniają podle, ohydnie, bezwstydnie, a ich oszczerstwa szyte są grubymi nićmi. (...) Wobec tak oczywistych kłamstw jestem bezsilny". Agranow nie pozwolił jednak umrzeć ani Smirnowowi, ani Ter-Baganianowi, mało tego, wycisnął z innych oskarżonych zeznania dowodzące, że współpracowali z gestapo. Oskarżano również czterech niemieckich Żydów komunistów: Lourie, Olberga, Bermana-Jurina i Fritz-Davida, którzy znaleźli w ZSRR schronienie przed Hitlerem i którym nawet do głowy by nie przyszło, że Stalin wymorduje znacznie więcej niemieckich komunistów niż Hitler.

Do sierpnia 1936 roku Kaganowicz zdołał przekonać Stalina, że on, prokurator Wyszyński i sędzia Ulrich do perfekcji "opanowali" proces i "przedstawienie" trwać będzie od 19 do 22, a Kamieniew i Zinowjew będą występować jako siódmy i ósmy z 16 skruszonych grzeszników. Rolę gestapo mają "wyjawiać w całej pełni, jeśli wspomną o Piatakowie i innych, nie przeszkadzać". Już pierwszego dnia Zinowjew przyznał się, że zawczasu wiedział o zabójstwie Kirowa, a Smirnow - że otrzymał instrukcje od Trockiego. Drugiego dnia, ku radości Jeżowa i Kaganowicza, spektakl przebiegał jeszcze bardziej gładko. Wszyscy oskarżeni mówili jedno i to samo, a Zinowjew wyglądał na "bardzo zgnębionego". Jedyny minus to zachowanie Kamieniewa, który trzymał się "bardziej wyzywająco, próbując się popisywać". Ich zeznania doprowadzą do aresztowania pozostałych wrogów Stalina: Rykowa, Tomskiego, Bucharina z prawej strony i Radka, Sokolnikowi, Piatakowa i Sieriebriakowa - z lewej.

Oszczerstwa rzucane na wszystkich niestalinowców sprawiły, że ostatniego dnia rozprawy Michaił Tomski, przebywający na daczy, zastrzelił się, jak przepowiedział Michaił Bażanow, były sekretarz Stalina. W długim przedśmiertnym liście zwrócił się do Stalina:

(...) Oto moja ostatnia prośba - nie wierz bezczelnym oszczerstwom Zinowjewa: nigdy nie należałem z nim do żadnego bloku, nie uczestniczyłem w żadnych spiskach przeciwko partii. (...)

Teraz kończę ten list, po przeczytaniu postanowienia sądu i rozpoczęciu śledztwa przeciwko mnie. (...)

Czuję, że nie zniósłbym tego, zbyt jestem zmęczony podobnymi wstrząsami, nie zniósłbym, gdyby postawiono mnie na jednej szali z faszystami. (...)

Proszę partię o wybaczenie za dawne błędy, proszę, żeby nie wierzyć Zinowjewowi i Kamieniewowi. (...)

PS Przypomnij sobie naszą rozmowę w nocy w 1928 roku i nie bierz na poważnie tego, co wtedy chlapnąłem - zawsze głęboko tego żałowałem. Ale przekonać cię nie mogłem, bo przecież byś mi nie uwierzył. Jeśli chcesz wiedzieć, kim są ci ludzie, którzy pchali mnie na drogę prawicowej opozycji w maju 1928 roku - zapytaj sam moją żonę, tylko wtedy poda ich nazwiska.

Wdowa po Tomskim odmówiła rozmowy z tajnym wydziałem politycznym NKWD i Stalin musiał posłać do niej Jeżowa wraz z przedśmiertnym listem. Wtedy wspomniała Jeżowowi, że Jagoda "odgrywał bardzo istotną rolę w kierowniczej trójce prawicowców, regularnie dostarczał im materiały o sytuacji w KC". Tomskiemu przygotowano już miejsce w kremlowskim murze i zdjęto maskę pośmiertną, ale Stalin, w odróżnieniu od Hitlera, nie aprobował samobójstw zhańbionych towarzyszy i kazał pochować Tomskiego w parku, skąd potem NKWD wykopało ciało. Mimo to dwa lata później inni "prawicowcy" mogli tylko zazdrościć Tomskiemu takiego losu.

Zdaniem Jeżowa właśnie ten list pogrążył Jagodę. Chociaż w raporcie dla Stalina udawał, że nie wierzy "oszczerstwom" Tomskich, krytykował NKWD:

Ujawniono bardzo wiele braków, których, jak sądzę, niepodobna dłużej tolerować. Hamowałem się do czasu, gdy główny nacisk kładziono na demaskację zwolenników Trockiego i Zinowjewa, ale uważam, że teraz należy wyciągnąć konkretne wnioski z całej tej sprawy, wnioski do reorganizacji pracy samego NKWD. jest to tym bardziej niezbędne, że w środowisku rządzących czekistów pojawiły się nastroje samozadowolenia, samouspokojenia i chełpliwości. Zamiast wyciągnąć wnioski ze sprawy Trockiego, dostrzec własne braki i naprawić je, ludzie oddają się mrzonkom o orderach za rozwiązaną sprawę. Aż trudno uwierzyć, że nie zrozumieli, że to wcale nie zasługa Czeka, że po pięciu latach od zorganizowania wielkiego spisku, o którym wiedziały setki ludzi, Czeka dotarło w końcu do prawdy. (...)

Przyjdzie nam rozstrzelać ogromną liczbę ludzi. Ale osobiście uważam, że trzeba się na to zdecydować i raz na zawsze skończyć z tym plugastwem.

Wszystkich oskarżonych skazano na śmierć przez rozstrzelanie. Po usłyszeniu wyroku większość z nich oznajmiała, że nie spodziewała się łagodniejszego wymiaru kary.

Nawet Kamieniew zachował się żałośnie: "To nie ja, to Zinowjew przygotował ten akt terrorystyczny (zabójstwo Kirowa)". Wyszyński przeszedł samego siebie w wyszukanym krasomówstwie oskarżenia: "W mrocznym podziemiu Trocki, Zinowjew i Kamieniew rzucają podłe wyzwanie: 'Sprzątnąć, zabić!' Podziemna machina zostaje wprawiona w ruch, ostrzy się noże, ładuje rewolwery, szykuje bomby..." Wyszyński szydzi z Zinowjewa przyznającego się do fikcyjnych (bo przecież nie faktycznych!) przestępstw: "Łajdak, morderca opłakuje ofiarę!" Nie istniały żadne dowody rzeczowe, a same zeznania można było bez trudu zdyskredytować. Na przykład oskarżony Goldman oznajmił, że w 1932 roku spotkał starszego syna Trockiego w kopenhaskim hotelu Bristol, chociaż Lew Lwowicz w tym czasie zdawał egzaminy w Berlinie, a hotel został zburzony w 1917 roku.

Ulrich całą dobę odczytywał wyrok, który zredagował Stalin, bawiąc w Soczi i tłumacząc Kaganowiczowi:

Niezbędne jest doszlifowanie stylistyczne. Ponadto należy wspomnieć w oddzielnym akapicie, że Trocki i Siedow (syn Lew Lwowicz) podlegają pociągnięciu do odpowiedzialności sądowej, już są sądzeni czy coś w tym rodzaju. Ma to duże znaczenie dla Europy, zarówno dla burżuazji, jak i dla robotników. (...) Należy wykreślić ostatnie słowa: "Wyrok jest ostateczny i nie podlega zaskarżeniu". Są zbędne i robią złe wrażenie: do zaskarżenia dopuścić nie wolno, ale nie należy pisać o tym w wyroku.

Następnego ranka oskarżeni (oprócz jednego) chcieli zaskarżyć wyrok, na co im nie pozwolono; kilka godzin później wszystkich rozstrzelano. Kamieniew i Smirnow szli na egzekucję ze stoickim spokojem, a Zinowjew łapał katów za nogi, tak że w końcu wyniesiono go na noszach. Nikołaj Jeżow, obecny przy egzekucji, wyjął kule z ciał i starannie zawinął je w skrawki papieru opatrzone nazwiskami ofiar. Później stalinowski ochroniarz Pauker odgrywał przed Stalinem ostatnie minuty życia Zinowjewa: naśladując głos skazanego, żądał, żeby wezwano Stalina, i wołał: "Usłysz mnie, o Izraelu!" Nawet Stalin miał dość oglądania tego spektaklu.

 

 

Jagoda

 

Upadek Jagody był niezwykle powolny. W 1934 roku spotykał się ze Stalinem niemal co tydzień, jeśli tylko Stalin pracował na Kremlu, i rozmawiali zwykle około dwóch godzin. W 1935 roku i pierwszej połowie 1936 Stalin przyjmował go tylko na na dwa tygodnie, zwykle przez godzinę. Jeżow w 1934 roku widywał się ze Stalinem równie często, co Jagoda, tylko krócej, a w ciągu następnych dwóch lat ich spotkania staną się coraz częstsze i będą dochodzić do trzech godzin. Jedenastego lipca 1936 roku Jagoda po raz ostatni odwiedził Stalina na Kremlu.

Jagoda nie przywiązywał wagi do swojej nowej nominacji. Przez cały październik i listopad przebywał na urlopie, rzekomo z powodu stanu zdrowia. Gdy w końcu zaczął się zjawiać w ludowym komisariacie łączności, przychodził późno, siedział bez zajęcia przy biurku, tocząc kulki z chleba albo robiąc samoloty z papieru. Tymczasem w NKWD Jeżow już aresztował podwładnych Jagody: tych, którym on ufał, i tych, z którymi był skłócony. Przed Nowym Rokiem w NKWD ze współpracowników Jagody pozostał już tylko Agranow, a i on nie na długo.

W styczniu 1937 roku Jagodę pozbawiono tytułu komisarza generalnego. Wieczorem 2 marca wezwano go na plenarne posiedzenie KC, żeby pociągnąć do odpowiedzialności za złą pracę w NKWD - powinien był wykryć spisek już w 1931 roku i tym samym uratować życie Kirowa; lekceważył wytyczne Stalina; w wydziałach NKWD nie werbowano agentów. Jeżow krzyczał na Jagodę, a nowy nabytek KC, Ławrientij Beria, wyśmiewał go, mówiąc, że OGPU pod kierownictwem Jagody stało się "kombinatem wełny czesankowej". Jagoda rozpaczliwie zwalał winę na swoich zastępców, nazywając Mołczanowa zdrajcą, i tłumaczył się tym, że prace nad Kanałem Białomorskim oderwały go od zadań agenturalnych. Jednak stalinowskie szakale już poczuły zapach krwi. Atakować zaczął sam Stalin razem ze swoim szwagrem, Redensem.

Następnego ranka, gdy byli współpracownicy obrzucali Jagodę błotem, ten milczał, jeśli nie liczyć kilku słów protestu. Agranow oskarżał Jagodę, krzyczał na niego

Zakowski, łotewski Żyd, zawiadujący leningradzkim NKWD po śmierci Kirowa, jedyny pracownik OGPU mianowany przez Mienżyńskiego, wystarczająco bezwzględny, żeby zyskać akceptację Jeżowa. Jefim Jewdokimow, przez pewien czas szef GPU na Północnym Kaukazie, z którym Jagoda miał na pieńku, został wybrany przez Stalina do podsumowania oceny wystąpienia Jagody:

Zgniła, niepartyjna przemowa. (...) Wiemy, że nie jesteś niewiniątkiem. (...) Znam Jagodę, chwała Bogu, bardzo dobrze. Właśnie on w specyficzny sposób dobierał ludzi. (...) I pytam teraz: wy, Jagoda, byliście wtedy moim szefem, a jakiej pomocy mi udzieliliście? (...) Przestań pleść, w ogóle nie pomogłeś mi w pracy. (...) Wy, towarzyszu Jagoda, jak to mówią, spaliście wtedy z Rykowem w jednym łóżku i jego wpływ na was był ewidentny. (...)

Należy pociągnąć Jagodę do odpowiedzialności i dobrze zastanowić się nad jego dalszą obecnością w KC.

Jedynymi obrońcami Jagody byli: Litwinow, ludowy komisarz spraw zagranicznych, wypowiadający się pozytywnie o kontrwywiadzie OGPU, oraz Wyszyński, który przyznał, że Jagoda wydobył z zagranicznych szkodników "obiektywne informacje". Drugi dzień męki Jagody skończył się wystąpieniem Jeżowa, który oznajmił, że bez groźby Stalina: "Mordę obijemy!" Jagoda w ogóle nie schwytałby zabójców Kirowa. Posiedzenie zakończyło się stwierdzeniem, że NKWD pracowało niedbale. Był to najstraszniejszy dzień w życiu Jagody - jak do tej pory, potem nadejdą jeszcze gorsze.

Dwudziestego ósmego marca 1937 roku daczę Jagody przeszukał Frinowski, obecnie zastępca Jeżowa. Samego Jagodę zabrano nazajutrz z moskiewskiego mieszkania, zawieziono go na Łubiankę, a jego mieszkanie pięciu ludzi przeszukiwało przez cały tydzień. Społeczeństwo mogło nie zauważyć upadku Jagody (dwa dni później Politbiuro usankcjonowało wykluczenie Jagody z partii i aresztowanie go) - w galeriach nie wisiały jego portrety, na ulicach nie stały pomniki - nawet jego zdjęć było stosunkowo mało, pod tym względem Jagoda naśladował Mienżyńskiego. Oddano na makulaturę jego jedną jedyną publikację, Kanał Białomorsko-Bałtycki, zmieniono trzy nazwy: mostu kolejowego na Dalekim Wschodzie, szkoły dla żołnierzy ochrony pogranicza i jednej komuny. Po usunięciu Trockiego i aresztowaniu Zinowjewa trzeba było wymyślić nowe nazwy dla dziesiątków miast, usunąć z bibliotek miliony książek, retuszować niezliczone obrazy i zdjęcia. Jagoda tonął, nie pozostawiając niemal kręgów na wodzie.

W czasie przesłuchania od razu przyznał się, że sprzyja Bucharinowi i Rykowowi i że polityka Stalina go niepokoi. Wyznał nawet, że zagarnął miliony rubli NKWD, żeby umeblować dacze swoich przyjaciół. Ale minął miesiąc, a Jagoda nie przyznał się do szpiegostwa i kontrrewolucji, a śledczy nie znaleźli nawet kamieni szlachetnych, które rzekomo ukradł. Jednak niektóre jego wypowiedzi Stalin podkreślał w protokole przesłuchania:

Nigdy nie byłem bolszewikiem w prawdziwym znaczeniu tego słowa (...), ale nie miałem własnych poglądów, nie miałem programu. Dominowały we mnie dążenia karierowiczowskie (...) związane z tą stroną, która zwycięży w walce [trockistów z partią] (...) z prawicowcami byłem powiązany organizacyjnie (...) wydawali mi się realną siłą (...).

Jeżow skarżył się Stalinowi na nieustępliwość Jagody i Stalin zaproponował, żeby przesłuchaniami zajął się Jewdokimow, który będąc członkiem KC, odwykł od śledztw, ale nadal słynął ze swojej siły. Jewdokimow usiadł naprzeciw Jagody (który wyglądał dość żałośnie w spodniach bez paska i bez guzików, z rękami skutymi za plecami), wypił kieliszek wódki, podwinął rękawy, obnażając swoje bicepsy, i uderzył byłego szefa w głowę.

W późniejszych zeznaniach Jagody prawda przeplata się z wymysłami. Były szef NKWD nie zapierał się już: "przyznał się", że chciał obalić państwo przy pomocy kremlowskiej ochrony i dowódców wojskowych, dając tym samym Stalinowi i Jeżowowi wspaniały materiał przeciwko Armii Czerwonej. Twierdził, że wysłał, dzięki pomocy doktora Lewina z NKWD, na tamten świat wszystkich znajomych i przyjaciół, zmarłych w ciągu ostatnich czterech lat: Mienżyńskiego, Gorkiego, Maksa Pieszkowa, Kujbyszewa. Przyznał się nawet, że zatruł gabinet Jeżowa oparami rtęci. O dziwo, mimo obietnic darowania życia nie chciał przyznać się ani do szpiegostwa, ani do zabójstwa Kirowa. Powiedział w czasie procesu: "Gdybym był szpiegiem, to ręczę wam, że dziesiątki państw musiałyby rozwiązać swoje wywiady".

W niektórych punktach zeznania Jagody brzmią wiarygodnie. Określał się "sceptykiem w masce, ale bez programu", zwolennikiem Stalina (a nie Trockiego) z wyrachowania, a nie z przekonania. Gdy dręczono go przesłuchaniami, równolegle toczyły się liczne procesy - drugiej grupy zinowjewowców, starszych oficerów Armii Czerwonej; aresztowano Bucharina i jego stronników. Ze wszystkich nowych spraw NKWD wyciskało coraz więcej materiałów, głównie fałszywych, obciążających Jagodę. Jednak Jagoda szlachetnie brał w pierwszej kolejności winę na siebie, a dopiero potem oskarżał tych, których już aresztowano i skazano; o tych, którzy nadal pozostawali na wolności, starał się nie mówić.

Wyjątkowo nieprzyjemne zeznania przeciwko Jagodzie zawierał długi list jego szwagra, Leonida Awerbacha, adresowany do Jeżowa (17 maja):

(...) to właśnie Jagoda popychał nas do walki przeciwko A.M. Gorkiemu, do niepartyjnych prób osłaniania się jego nazwiskiem. (...)

Kilkakrotnie Jagoda wspominał o niezmiennie złym stosunku do niego W.E. Woroszyłowa, mówił to z jawną nienawiścią. (...)

Nieraz, podczas rozmów u A.M. Gorkiego, wyczuwało się, że Jagoda nie rozumie, o czym jest mowa. (...) Gorki potrzebny był Jagodzie jako potencjalne narzędzie w rozgrywce politycznej (...).

Piszę ten list, ponieważ czuję się w obowiązku obnażyć ohydne oblicze Jagody, powiedzieć wszystko, co wiem o jego wrogiej działalności, uczynić wszystko, co w mojej mocy, żeby partia mogła wypalić tę gangrenę, oczyścić radzieckie powietrze z tego plugastwa i smrodu.

Tym obrzydliwym donosem Awerbach odsunął własną śmierć o rok.

Latem i jesienią siedzącego w celi Jagodę zostawiono w spokoju, w grudniu NKWD wznowiło atak: chciano wydobyć z niego zeznania o udziale w otruciu Maksa Pieszkowa i samego Gorkiego. Wyznanie Jagody brzmiało dwuznacznie: mówił, że nie przeszkadzał Kruczkowowi upijać Pieszkowa, wozić go w odsłoniętym samochodzie, kłaść go na wilgotnych od rosy ławkach, że potem wezwał doktora Lewina, "leczącego" Maksa trującymi substancjami. Przyznał się, że nadzorowani przez niego lekarze przyspieszyli zgon Mienżyńskiego i że on sam przyspieszył śmierć Gorkiego (przedwcześnie ściągniętego z Krymu) i Kujbyszewa (którego Jagoda jakoby wysłał do Azji Środkowej). W czasie konfrontacji z Jagodą nieszczęśni lekarze przyznali się do winy, nie potrafili jednak powiedzieć, czym konkretnie zabili swoich chorych. Dodali, że Jagoda zabiłby ich, gdy odmówili wykonania polecenia.

Więcej Jagody nie przesłuchiwano. Na początku 1938 roku do jego celi wsadzono Władimira Kirszona, pomocnika Awerbacha. Kirszon, równie utalentowany kapuś i aktor, przekazywał wszystko, co usłyszał od Jagody, majorowi Aleksandrowi Zurbience, efemerycznej gwieździe wśród śledczych Jeżowa. Można powiedzieć, że z Kirszonem Jagoda rozmawiał tak szczerze, jak z nikim. Chciał wiedzieć, co stało się z jego żoną Idą, synem Gienrichem i ukochaną Timoszą. Czekał na śmierć. Zaprzeczał, że otruł Gorkiego i syna Gorkiego, nie tylko dlatego, że był niewinny, a dlatego że to wyznanie zasmuciłoby Timoszę. Odwołałby wszystkie swoje zeznania, gdyby tylko nie było to na rękę kontrrewolucji. Gdyby zezwolono mu na widzenie z Idą, zdołałby wytrzymać proces, ale marzył tylko o tym, żeby umrzeć przed rozprawą. Czuł się chory psychicznie, ciągle płakał, dusił się.

Jeden ze strażników więziennych twierdził, że Jagoda nawet sięgał do swoich judaistycznych korzeni, wykrzykując: "Bóg istnieje! Stalin jest mi winien wyłącznie wdzięczność, ale złamałem przykazania Boże 10 tysięcy razy i ponoszę za to karę".

Wieczorem 8 marca 1938 roku Jagoda wstał z ławy oskarżonych na ostatnim ze stalinowskich procesów pokazowych. Jak zauważył Trocki, gdyby Goebbels wyznał, że jest agentem papieża, mniej zadziwiłby świat niż Jagoda, oskarżony o to, że był agentem Trockiego. Tylko Bucharin i Jagoda ośmielili się zasugerować publiczności, że cały proces to mistyfikacja. Jagoda nie chciał mówić o swoim udziale w śmierci Pieszkowa. W kwestii śmierci Kirowa twierdził, że zawsze, z zasady, był przeciwnikiem terroryzmu. Wszystkie przedkładane przez Wyszyńskiego wersje wydarzeń Jagoda odrzucał, mówiąc: "Tak nie było, ale nie ma to znaczenia" i "Proszę pozwolić mi nie odpowiadać na to pytanie", "Znacznie przesadzone, ale wszystko jedno". Powiedział też, że doktora Kozakowa, który rzekomo otruł Mienżyńskiego na jego rozkaz, zobaczył po raz pierwszy na ławie oskarżonych. Zeznania doktora Lewina i Kriuczkowa nazwał "wierutnymi kłamstwami". Wyszyński nie naciskał na Jagodę, który znał cenę obietnic Stalina i nie miał już nic do stracenia.

Nazajutrz rankiem sąd ogłosił przerwę na krótkie posiedzenie zamknięte, w czasie którego Jagoda odmówił omawiania szczegółów śmierci Pieszkowa. Po przerwie wyglądał, jakby go bito i czytał dalsze zeznania z kartki. Trzy dni później, odczytując swoje ostatnie słowa, błagał o darowanie mu życie, choćby miał być więźniem na jednym z własnych kanałów. W końcu Jagoda przyznał się do wszystkiego, prócz zabójstwa Pieszkowa i szpiegostwa; 13 marca skazano go na rozstrzelanie. Innych oskarżonych rozstrzelano 15 marca na "Kommunarce" w południowym Podmoskowju, jednak co do miejsca i daty egzekucji Jagody nie ma wiarygodnych informacji.

 

 

Bucharin

 

Trzeci i ostatni wielki proces pokazowy lat 30., w czasie którego pozbyto się Bucharina, Rykowa i Jagody, trzech kremlowskich lekarzy i innych, wymagał całego roku przygotowań. Nie wiadomo, czemu przygotowania aż tak się przeciągnęły: czy dlatego, że Jeżow nie był w stanie spleść razem wszystkich nici, czy z powodu niechęci Jagody do współpracy, czy też - co najbardziej prawdopodobne - powodem był sadyzm Stalina? Stalin od 10 lat bawił się z Bucharinem jak kot z myszą - Bucharin pozostawał na stanowisku redaktora "Izwiestii" nawet wtedy, gdy gazeta już zamieszczała demaskujące go artykuły. Stalin pozwolił mu nawet (za aprobatą Hitlera) pojechać do Niemiec po archiwum niemieckiej partii socjaldemokratycznej i spotkać się z emigracyjnym historykiem Nikołajewskim. Mysz dobrowolnie wróciła w szpony kota. Bucharin byt ostatnim człowiekiem (poza członkami rodziny), z którym Stalin aż do końca był na "ty". Beria, do którego Stalin bezpardonowo zawsze mówił po imieniu, nigdy nie śmiał, nawet po gruzińsku, zwracać się do niego na "ty". Listy Bucharina do Stalina w latach 1936-1937 brzmią jak psalmy Dawida do Jehowy - i być może to właśnie klucz do rozwiązania zagadki męczeńskiego kompleksu wszystkich oskarżonych:

Gdybyś naprawdę znał moją dzisiejszą duszę! (...)

Ale chciałbym zrobić jeszcze coś dobrego. I tu już muszę powiedzieć wprost: pokładam swoje nadzieje tylko w Tobie.

W Niemczech Buchurin rozmawiał szczerze z Borysem Nikołajewskim (szwagrem Rykowa) i wydawało się, że pogodził się z losem. Jednak jego listy do Stalina stają się jeszcze bardziej czule. Buchurin nieustannie zapewniał, jak bardzo Stalin potrzebny jest państwu i światu, jak bardzo jest mu drogi. W sierpniu Stalin jeszcze raz wypuścił Bucharina, tym razem na wycieczkę po Pamirze, a jesienią w końcu zatrzasnął pułapkę, Aresztowano Radka i Bucharin napisał rozpaczliwy list, broniący człowieka, "który gotów jest oddać ostatnią kroplę krwi za nasz kraj". Im częściej oskarżeni wymieniali nazwisko Bucharina, tym bardziej rozpaczliwie błagał on Stalina:

Proszę Cię gorąco, pozwól mi do siebie przyjechać (...) nie ma dla mnie większej tragedii, niż widzieć Cię, niewinnego, otoczonego przez wrogów.

Czuję się psychicznie rozbity. Tylko Ty możesz mnie uleczyć.

Nie proszę o współczucie ani o wybaczenie, albowiem nie jestem niczemu winien. Ale panuje taka atmosfera, że tylko największy autorytet (Ty) może odważyć się uratować niewinnego człowieka, który z powodu knowań wrogów znalazł się w takiej sytuacji.

Przesłuchaj mnie, zajrzyj do mojej duszy. (...)

Gdy Stalin polecił Bucharinowi nie opuszczać redakcji "Izwiestii", ten stworzył - "w czasie jednej z bezsennych nocy" - i posłał wodzowi Poemat o Stalinie w siedmiu pieśniach. Napisany białym wierszem (niskich lotów) poemat zaczyna się od śmierci geniusza Lenina i opisuje wielką przysięgę Stalina, jego drogę, walkę i zwycięstwo. Piąta pieśń zatytułowana jest Wódz:

Oto on, w szarym szynelu, wódz

Niezliczonych twórczych milionów,

Które wyszły z nizin głębokich,

Z mroku czasów, z pleśni lochów (...)

Wszystko, wszystko pochodzi od niego. I władczo

Potężną siłę nadaje

Rozpędowi nowego życia triumfalnego.

Poemat kończył się fanfarami, kiedy to Stalin prowadzi swoje zastępy do walki z faszyzmem: "I mądrze spogląda w dal, czujnym wzrokiem na pułki wrogów, Wielki Stalin".

Gdy Stalin poszczuł na Bucharina "Prawdę", ten jeszcze głośniej zaczął mówić o swojej niewinności "w myślach, słowach i czynach". Na wieść o śmierci Zinowjewa i Kamieniewa Bucharin postąpił haniebnie, oznajmiając Wyszyńskiemu: "Tak się cieszę, że te psy zostały rozstrzelane". Wkrótce w jego kremlowskim mieszkaniu pojawiło się trzech czekistów, ale wyszli po tym, jak Bucharin zadzwonił do Stalina. Po śmierci Sergo Ordżonikidze w lutym 1937 roku Bucharin stracił ostatniego przyjaciela w Politbiurze. Dwudziestego lutego wyznał Stalinowi:

Byłem (...) na ciebie zły (to prawda): nie rozumiałem twojej obiektywnej politycznej prawdy. (...)

Śmierć Sergo, która wstrząsnęła mną do głębi (płakałem w głos, tak bardzo kochałem tego człowieka, jak bliskiego krewnego), pozwoliła mi poznać moją sytuację: przecież to już nie jestem ja. Ja nawet nie mogę płakać nad ciałem starego towarzysza. Jego śmierć stanie się dla pewnych osób pretekstem do dalszego zniesławiania mojej osoby.

Wiem, że jesteś podejrzliwy, często nie bez racji. (...) Ale jak ja się czuję? Przecież jestem człowiekiem żywcem pogrzebanym, opluwanym ze wszystkich stron. (...) Powtarzam moją prośbę, żeby mnie nie szarpali, zostawili, abym mógł dożyć tutaj resztę swojego życia.

Lutowo-marcowe plenum KC w 1937 roku jest niewątpliwie jednym z najstraszliwszych posiedzeń w historii ludzkości. Z 1200 delegatów dwa lata później zostanie przy życiu zaledwie jedna trzecia, a mimo to wszyscy zaciekle domagali się nasilenia terroru przeciwko domniemanym wrogom. Bucharin i Rykow przyszli prosto z NKWD - z deszczu pod rynnę - po konfrontacji z byłymi towarzyszami, pobitymi przez śledczych i donoszącymi na nich. Gdy tłum wył opętańczo, Stalin, Mołotow, Kaganowicz i Woroszyłow w imieniu Biura Politycznego drażnili ofiary i przyklaskiwali tłuszczy, a Bucharin daremnie błagał o łaskę:

Towarzysze, bardzo was proszę, nie przerywajcie mi, mnie i tak jest bardzo trudno mówić... od czterech dni nic nie jadłem, powiedziałem wam, napisałem, dlaczego, zdecydowałem się na to [mowa o głodówce]. Z takimi zarzutami... życie staje się dla mnie niemożliwe.

Na to, wśród kpin i drwin, Stalin zapytał: "A czy nam jest lekko?" Bucharin nie ośmielił sprzeczać się ze Stalinem, gdy ten twierdził, że do tej pory wszyscy oskarżeni sami przyznawali się do winy. Śmiano się z Bucharina, gdy mówił, że wszystko w zeznaniach oskarżonych "trockistów" to prawda, oprócz tego, co obciążało jego samego. W czasie tego polowania na czarownice Stalin wtrącał się co najmniej 100 razy - częściej niż ktokolwiek inny. Czasem udawał, że łagodnieje:

Nie powinieneś, nie masz prawa oczerniać samego siebie. (...) musisz postawić się w naszej sytuacji. Trocki ze swoimi uczniami, Zinowjewem i Kamieniewem, pracowali niegdyś z Leninem, a teraz ci ludzie doszli do porozumienia z Hitlerem.

Bucharin oznajmił, że jest załamany, na co Stalin machnął ręką: "Wybaczyć i przebaczyć. Właśnie, właśnie!"

Rykow bronił się bardziej energicznie, chwaląc NKWD za staranne śledztwo w jego sprawie, ale gdy próbował przemawiać w obronie Bucharina, Stalin zaprotestował: "Bucharin nie powiedział prawdy nawet tutaj".

Ostatnie słowo należało do Jeżowa, który oskarżył Bucharina o to, że ukrył przed NKWD teczkę pełną haseł antyradzieckich, i obiecał, że nie ujdzie mu to na sucho: "Myślę, że plenum da Bucharinowi i Rykowowi możliwość przekonania się na własne oczy o obiektywności śledztwa". Wyznaczono 35-osobową komisję (w której skład weszły również dwie główne ofiary). Jeżow zaproponował rozstrzelanie, mniejszość komisji głosowała za 10 latami więzienia. Stalin zaproponował komisji przekazanie sprawy do NKWD: wszyscy doskonale rozumieli, że w ten sposób wydał polecenie likwidacji Bucharina i Rykowa (jedynych członków komisji, którzy podczas głosowania wstrzymali się od głosu).

Stalin i Jeżow łaskawie przydzielili Bucharinowi celę, w której pozwolono mu przez cały rok pisać w oczekiwaniu na sąd, przed którym stanął w marcu 1938 roku razem z 20 innymi oskarżonymi.

Trzeba przyznać, że nawet Wyszyński z trudem radził sobie z przygotowaniem tego procesu - musiał w jednym scenariuszu powiązać Gienricha Jagodę, prawicową opozycję, Bucharina, trzech kremlowskich lekarzy, trzech byłych trockistów i sekretarzy Gorkiego oraz Kujbyszewa. Fabuła musiała zaczynać się w 1917 roku i przejść wiele umyślnych zabójstw, sabotaż, umyślne doprowadzenie do głodu, zdradę ojczyzny i terroryzm na rzecz służb wywiadowczych niemal wszystkich państw Europy i Azji. Na taki proces można było wpuścić wyłącznie publiczność równie dobrze przygotowaną jak oskarżeni.

Podobnie jak Jagoda Bucharin przyznał, że generalnie jest winny, ale odrzucał poszczególne zarzuty, każdą próbę Wyszyńskiego oczernienia go i nazwania szpiegiem. Mimo to Bucharin zakończył swoją drogę przez mękę skrajnym poniżeniem: powiedział, że jedyna przyczyna, dla której nie warto go rozstrzeliwać, to fakt, że "dawny Bucharin już umarł i nie ma go na tej ziemi". Po czymś takim każdy obiektywny obserwator procesu musiał dojść do wniosku, że cała leninowska partia - oprócz wąskiego kręgu ludzi, skupionych wokół Stalina - w 1917 roku z niezrozumiałych powodów symulowała bolszewicką rewolucję, służąc światowemu kapitalizmowi.

Bucharin w końcu doszedł do wniosku, źe są ważkie przyczyny, dla których musi umrzeć. Stalin ma

jakąś wielką, śmiałą polityczną ideę generalnej czystki a) w związku z groźbą wojny, b) w związku z drogą ku demokracji. Czystka ta obejmuje: a) winnych, b) podejrzanych i c) potencjalnie podejrzanych. Beze mnie nie mogli się tu obejść. Jednych unieszkodliwiają tak, drugich inaczej (...).

Wielkie plany, wielkie idee i wielkie interesy stoją ponad wszystkim i byłoby małodusznością wysuwać problem własnej osoby w obliczu tych wszechświatowohistorycznych zadań, spoczywających przede wszystkim na twoich barkach.

Mimo to Bucharin liczył na łaskę: w razie kary śmierci - że rozstrzelanie zastąpi śmiertelna dawka morfiny; ale najlepiej byłoby, gdyby go zesłano do obozów na północy, żeby tam budował muzea i uniwersytety, albo do Ameryki, gdzie prowadziłby walkę z Trockim.

W przeddzień egzekucji napisał ołówkiem do Stalina: "Koba, po co ci moja śmierć?" Tego listu Stalin nie oddał do archiwum - schował na daczy w szufladzie pod gazetą. Piętnastego marca 1938 roku męki Bucharina dobiegły końca. Tych oskarżonych, których nie rozstrzelano razem z nim, stracono w orłowskim więzieniu w 1941 roku.

 

 

Jeżow

 

W dniu 22 sierpnia 1938 Stalin mianował szefem bezpieczeństwa państwa Ławrientija Berię, który jako namiestnik całego Kaukazu był również faktycznym szefem NKWD na Kaukazie. Po samobójstwach Łominadze i Ordżonikidze Stalin nie miał już w Moskwie nikogo, z kim mógłby zamienić kilka słów po gruzińsku. Już dawno upatrzył Berię na miejsce Jeżowa, dokładnie tak samo, jak przedtem szykował Jeżowa na miejsce Jagody.

Pod koniec września 1938 roku Beria zakończył straszną czystkę Kaukazu i przekazał to, co zostało z gruzińskiej partii i inteligencji w ręce łagodniejszego Kandyda Czarkwianiego, a gruzińskie NKWD okrutnemu Aksientijowi Rapawie, synowi mingrelskiego szewca, który zdławił Abchazję po zabójstwie Lakoby. Po przyjeździe do Moskwy Beria od razu przyszedł do Jeżowa. Sześć lat wcześniej zawarli znajomość w willi Łakoby, a teraz Beria szykował się, żeby przechytrzyć i zniszczyć Jeżowa. Przywiózł ze sobą do Tbilisi pół tuzina swoich bestii, jeszcze straszliwszych niż ludzie Jeżowa. Teraz już Jeżow do wydania jakiegokolwiek rozkazu potrzebował podpisu Ławrientija. Zamknął się z żoną, córką i nianią w swojej daczy i pił, nie miał już siły walczyć o życie i władzę. Na początku października żaden z podwładnych Jeżowa nie pozostał na wolności, 7 listopada na trybunie placu Czerwonego miejsce Jeżowa zajął Beria. Ucieczka i zainscenizowane samobójstwo Aleksandra Uspienskiego, które miało miejsce w tym samym miesiącu, ostatecznie pogrążyły Jeżowa.

Wyciszając terror, Politbiuro i KC ogłosiło przywrócenie zrównoważonych rządów; praworządne sądy pod nadzorem Andrieja Wyszyńskiego rzekomo uzyskały władzę równą z NKWD. Kremlowskie spotkania wystraszonego Jeżowa i obłudnego Wyszyńskiego były jeszcze bardziej niezręczne niż spotkania Jeżowa z Szołochowem. W efekcie takich "dyskusji" powstała uchwała Rady Komisarzy Ludowych i KC 17 listopada 1938 roku: "O aresztowaniach, nadzorze prokuratorskim i prowadzeniu śledztwa". NKWD przestało być hybrydą prokuratora, sędziego i kata. Ta obłudna uchwała nigdy właściwie nie nabrała mocy, ale teraz do kompetencji NKWD należały aresztowania, tortury i egzekucje, a organy Wyszyńskiego zajmowały się oskarżeniami i procesami sądowymi. Lokalne trójki zostały pozbawione prawa rozstrzeliwania więźniów. Politbiuro odcięło się od "nieuzasadnionych aresztowań", podobnie jak od spraw "zagranicznych szpiegów i wrogów narodu".

Jeżow i jego żona byli zrozpaczeni. W maju 1938 roku Jewgienija zapadła na chorobę psychiczną i rzadko opuszczała daczę. Jeżow oskarżał ją o romans z Szołochowem i Bablem, i, zupełnie nie biorąc pod uwagę własnych związków seksualnych z przyjaciółkami żony i ich córkami, z własnymi podwładnymi i ich żonami, oznajmił, że chce rozwodu. Dziewiętnastego września Jewgienija napisała do Stalina, błagając, aby pomógł jej pogodzić się z mężem. Jeżow odstąpił od rozwodu, ale rozstrzelał obu byłych mężów Jewgienii i męża jej najbliższej przyjaciółki.

Dwudziestego dziewiątego października Jeżow umieścił Jewgieniję w sanatorium. W domu zostawiła list: "Koluszeńka! Bardzo cię proszę, nalegam, żebyś sprawdził całe moje życie. Nie mogę pogodzić się z myślą, że jestem podejrzana o dwulicowość, o jakieś niepopełnione przestępstwa". I znów napisała do Stalina: "Towarzyszu Stalin, kochany, drogi... Tak, tak, może jestem okryta hańbą, zniesławiona, ale ciągle kocham Was, tak jak kochają Was wszyscy ludzie, którym wierzycie. Niechaj odbiorą mi wolność i życie, ale nie dam sobie odebrać prawa do kochania Was. (...) Mam wrażenie, że już jestem żywym trupem". Trzy tygodnie później Jewgienija popełniła samobójstwo, zażywając dużą dawkę luminalu, który dał jej Jeżow. Najstarszy przyjaciel Jeżowa, jego dawny kochanek Władimir Konstantinow, zeznawał później, że Jeżow tłumaczył jej śmierć, mówiąc: "Musiałem poświęcić ją, żeby uratować siebie".

Na pogrzeb żony Jeżow nie poszedł; potem zaniósł na Kreml podanie o dymisję. Przez cztery godziny musiał siedzieć i słuchać zarzutów Stalina, Mołotowa i Woroszyłowa. Gdy zarzucali mu przesadę, twierdził, że robił zbyt mało, zarzucał sobie brak bolszewickiej czujności, to, że nie zauważył tak wielu szpiegów i zdrajców, że nie utrzymywał właściwego kontaktu z partią. Po listopadzie 1938 roku Stalin już nie przyjmował Jeżowa, choć jeszcze kilka razy publicznie uścisnął mu dłoń.

Do grudnia Jeżow miał trzy miejsca pracy: był sekretarzem KC, przewodniczącym Komisji Kontrolnej i komisarzem transportu wodnego (w komisariacie pojawiał się rzadko i na krótko), ale najważniejszym jego zajęciem były libacje z Władimirem Konstantynowem.

W Nowy Rok Jeżow miał przekazać Łubiankę nowemu gospodarzowi, ale był zbyt pijany, żeby wyjść z domu. Zostawił w Łubiance całe dossier, gromadzone na członków Politbiura - Beria zabrał te teczki razem z innymi dowodami rzeczowymi pogrążającymi Jeżowa. Za książkami w gabinecie Nikołaja Iwanowicza znaleziono sześć butelek (trzy z wódką, trzy po wódce) i cztery kule zawinięte w papier z napisami: "Kamieniew", "Zinowjew", "Smirnow". Jeżow miał więcej rewolwerów niż Jagoda i znacznie mniej książek - zaledwie 115.

Za niekompetencję w dziedzinie transportu wodnego Jeżow otrzymał od Mołotowa formalną naganę. Dwudziestego pierwszego stycznia 1939 roku "Prawda" po raz ostatni wydrukowała zdjęcie Jeżowa, a osiem dni później Jeżow po raz ostatni był obecny na posiedzeniu Politbiura. W marcu nie wybrano go nawet na delegata na XVIII Zjazd partii (był jednym z 32 delegatów na XVII Zjazd, którzy pozostali przy życiu - 107 zlikwidowano) i pozbawiono prawa głosu. Trzynastego marca Jeżow napisał list do Stalina: "Bardzo Was proszę, porozmawiajcie ze mną choć przez chwilę. Dajcie mi tę możliwość". Odpowiedzi nie było. Gdy 10 kwietnia Jeżowa aresztowano, gazety o tym nie wspomniały. Uważny czytelnik zrozumiał, co się stało, widząc nominacje na nowych komisarzy transportu morskiego i rzecznego. Jeżow zniknął wraz ze swoim komisariatem, obywatele miasta Jeżowo-Czerkiesk obudzili się 11 kwietnia w mieście Czerkiesku.

Jeżowa zawieziono do tajnego więzienia Suchanowka, które Bułgalin i Beria przerobili z klasztoru, przemieniając cerkiew w celę śmierci, a ołtarz w krematorium. Śledczy - prawa ręka Berii, Bogdan Kobułow i okrutny Borys Rodos - bili Jeżowa bez litości. Rodosowi zdarzało się okaleczać więźniów, więc ostrzeżono go, żeby nie przesadzał, pracując z tym cherlawym, gruźliczym alkoholikiem. Jeżow, bity w dzieciństwie przez młodszego brata Iwana, cale życie bał się przemocy fizycznej wymierzonej przeciwko niemu. Wpadł w histerię.

Oskarżano go o szpiegostwo, spisek przeciwko rządowi, zabójstwa i - co być może w oczach Stalina było najgorszą zbrodnią - o homoseksualizm. Jeżow dostał ołówek i napisał do Berii:

Ławrientij! Mimo całej surowości zarzutów, na które zasłużyłem i które przyjmę jako partyjną powinność, zapewniam cię, że do końca jestem oddany partii i tow. Stalinowi. Twój Jeżow

Mordercze przesłuchania ciągnęły się całe lato. Początkowo Jeżow nie zapierał się, gdy oskarżano go zdradę i szpiegostwo; gdy 26 kwietnia oskarżono go o szpiegostwo na rzecz Niemiec, dość wiarygodnie wyjaśnił, że w czasie pobytu w 1934 roku w wiedeńskiej klinice doktora Noordena zastano go w objęciach pielęgniarki i szantażem zmuszono do pracy na rzecz wywiadu niemieckiego. Dalsze zeznania Jeżowa, dotyczące planów przejęcia władzy, usunięcia Stalina i Mołotowa, to już zupełne brednie. Od lipca przesłuchujący skupili się na jego życiu intymnym i degeneracji.

W odróżnieniu od grzechów Jagody wszystko to było skrzętnie ukryte przed ludźmi, chociaż Beria nieraz próbował Stalinowi otworzyć oczy na poczynania "Jeżowiczka". Jeżowa zmuszono do napisania swojej biografii - w porównaniu z nią zbladły wszystkie jego polityczne grzechy.

Jesienią przekazano Jeżowa w ręce spokojniejszego śledczego, Anatolija Jesaułowa, który nie pił przed przesłuchaniem i nie bił w czasie przesłuchania - w efekcie Jeżow zaczął wypierać się niektórych zarzutów. W styczniu był bliski śmierci (zapalenie płuc i choroba nerek), ale lekarze w Lefortowie wyleczyli go i przekazali wojskowemu prokuratorowi Afanasjewowi, który będzie nadzorował rozprawę i egzekucję. Pierwszego lutego 1940 roku Jeżowa oskarżono o pięć przestępstw podlegających karze śmierci. A on wówczas zagroził, że odwoła wszystkie zeznania, jeśli nie pozwolą mu porozmawiać z członkiem Politbiura. Beria miał w Suchanowce gabinet, dokąd przyprowadzono Jeżowa. Poczęstował gościa wódką - pierwszy kieliszek od dziewięciu miesięcy - i obiecał, że jego krewni nie ucierpią (chociaż brata Jeżowa, Iwana i dwóch - z trzech - siostrzeńców za dwa tygodnie rozstrzelają). Inne obietnice Berii, na przykład, że przyznanie się do wszystkiego uchroni Jeżowa od rozstrzelania, brzmiały w uszach doświadczonego szefa NKWD co najmniej śmiesznie: sam nieraz dawał takie gwarancje i nie zdarzyło się, żeby dotrzymał słowa. Ponadto znał kaukaską duszę Berii - wyplenić wroga wraz z całym jego rodem.

Następnego dnia Jeżowa sądził Ulrich (który zaledwie rok temu przyniósł na jego urodziny bukiet kwiatów i butelkę koniaku). Oskarżenia były czysto polityczne - o sodomii i zabójstwie żony nie wspomniano. Według najbardziej wiarygodnych raportów Jeżow w ostatniej chwili ze straceńczą odwagą odwołał wszystkie zeznania, które wymusił na nim bezlitosny Rodos. Przyznał się tylko do braku czujności, do tego, że zwalniając z NKWD 14 000 ludzi, przegapił wielu dywersantów i szpiegów. Dowodził, że nie mógł być terrorystą - gdyby był, bez trudu zabiłby wszystkich członków rządu - oraz że jego życie prywatne i alkoholizm nie przeszkadzały mu harować jak wół. Mimo to Jeżow (niczym Maria Stuart, która oddała życie za cudze przestępstwa) przyznał się, że miał na sumieniu inne grzechy, za które musiał zostać skazany na śmierć. Ulrich z niezwykłą cierpliwością pozwalał mu przemawiać w swojej obronie przez całe 20 minut. Ostatnie słowa Jeżowa wskazywałyby, że nie rozumiał w pełni, co się z nim dzieje;

1. Los mój jest przesądzony. Oczywiście nie darują mi życia, sam doprowadziłem do tego na poprzedzającym rozprawę śledztwie. Proszę tylko o jedno: rozstrzelajcie mnie bez męczarni.

2. Ani sąd, ani KC nie uwierzą, że nie jestem winny. Ale jeśli moja matka jeszcze żyje, proszę zapewnić jej spokojną starość i wychować moją córkę.

3. Proszę nie represjonować moich krewnych - siostrzeńców, ponieważ nie są niczemu winni. (...)

4. Proszę przekazać Stalinowi, że wszystko, co się ze mną stało, może wskazywać na to, że przyłożyli do tego ręce wrogowie, których przegapiłem. Przekażcie Stalinowi, że będę umierał z jego imieniem na ustach.

Sędziowie udawali, że naradzają się całe pół godziny, a potem ogłosili wyrok. Podobno Jeżow zemdlał, a następnie szybko napisał prośbę o ułaskawienie. Przeczytano ją komuś na Kremlu przez telefon i otrzymano odmowę. Z jakiegoś powodu z 13 skazanych trzech - w tym Jeżowa - rozstrzelano nie od razu, a dopiero dwa dni później. Jeżowa zawieziono w nocy na Łubiankę, do piwnicy, którą sam urządził, z cementową podłogą i ścianą z bierwion, gdzie czekał na niego Wasilij Błochin. W tym samym czasie Beria wręczył Stalinowi listę ludzi do rozstrzelania - 346 osób, powiązanych z Jeżowem, wśród nich 60 enkawudzistów i 50 krewnych, kochanków i kochanek.

 

 

Abakumow

 

W czerwcu 1951 roku Stalinowi wydawało się, że znalazł jeszcze bardziej bezlitosnego oprawcę, szefa wydziału śledczego, podpułkownika Michaiła Riumina, i bardziej posłusznego ministra bezpieki, Siemiona Denisowicza Ignatjewa. Abakumow, ku jego własnemu zdumieniu, nie mówiąc już o oszołomionych podwładnych, został zdymisjonowany. Riumin zajął fotel w gabinecie Ignatjewa i napisał to, co zostało przygotowane przez sekretarza Malenkowa, Dmitrija Suchanowa - donos na Abakumowa, z oskarżeniem o korupcję i ukrywanie dowodów rzeczowych. Nietrudno było szantażować Riumina, który zostawił tajne dokumenty w autobusie i ukrywał swoje wątpliwe pochodzenie (ojciec handlował bydłem, teść był oficerem białogwardyjskim, bracia siedzieli w więzieniu).

Część oskarżeń Riumina była prawdą: Abakumow wydał miliony, uzyskane na grabieży w Niemczech, na ogromny apartament, który zajmował razem z drugą, młodą i piękną żoną; z niektórych więźniów nie wydobył torturami wszystkiego, co było można. W listopadzie 1950 roku aresztował na rozkaz Stalina żydowskiego lekarza, profesora Jakowa Etingera - profesor czytywał angielską gazetę "Jewish Chronicie" i rozmawiał ze swoim pasierbem o Stalinie w sposób pozbawiony szacunku (rozmowa została zarejestrowana). Fakt, że Etinger leczył Berię, niestety mu nie pomógł - zmarł w Lefortowie w wyniku tortur, które Abakumow przejął od Gestapo - kilka dni trzymany w lodowatej celi.

Riumin oskarżył Abakumowa o to, że nie wyciągnął z Etingera informacji o zmowie z innymi lekarzami, z którymi planował doprowadzenie do śmierci przywódców partii poprzez niewłaściwe leczenie.

Riumin znalazł ogniwo, którego Stalin potrzebował do połączenia bardzo różnych oskarżonych - coś podobnego miało miejsce w procesie pokazowym z 1938 roku, kiedy sądzono Bucharina, Jagodę i kremlowskich lekarzy - teraz znów staną przed sądem żydowscy inteligenci, czekista i trzech lekarzy zabójców. Tym kluczowym ogniwem stał się list Lidii Timaszuk, kardiolog szpitala kremlowskiego. W 1948 roku Timaszuk zrobiła kardiogram umierającemu Żdanowowi i zaleciła mu, żeby nie wstawał z łóżka. Jej zalecenia anulował lekarz Stalina, profesor Władimir Nikitycz Winogradow, który kazał Żdanowowi chodzić na spacery i do kina. Jak wykazały kardiogramy, rację miała Timaszuk. Trzydziestego sierpnia Żdanow zmarł na zawał. Timaszuk do dawna pracowała jako informator MGB, jednak ten list napisała nie po to, żeby obciążyć kremlowskich lekarzy, lecz żeby chronić siebie. Sekcję przeprowadzili profesorowie, którzy, oczywiście, potwierdzili własną diagnozę i zrobili wszystko, co się dało, żeby Timaszuk zamilkła. Jednakże za to, że list Timaszuk pozostał bez odpowiedzi, ponosi winę nie Abakumow, lecz Stalin, który umieścił list we własnym archiwum.

Podobnie jak Jeżow 10 lat wcześniej, teraz Abakumow został zupełnie bez przyjaciół. Dwunastego lipca 1951 roku nakaz aresztowania podpisali Beria, Malenkow, Ignatjew i Szkiriatow. Ignatjew od razu zajął jego ministerialny fotel, zaś Abakumow stał się numerem 15 w Matrosskiej Tiszinie; jego żona z niemowlęciem siedziała w innym moskiewskim więzieniu. Podobnie jak pierwsza żona Jeżowa, pierwsza żona Abakumowa również mogła tylko dziękować losowi za to, że została porzucona - teraz pozbawiono ją mieszkania, ale nie wolności. W ślad za Abakumowem poszli jego żydowscy podwładni: Lew Aronowicz Szwarcman i zabójca Trockiego, Naum Eitingon (mimo obietnicy Stalina, że włos mu z głowy nie spadnie).

Abakumowa dręczono 40 miesięcy. Gdy dostawał ołówek i papier, pisał listy do Stalina, dumne, bez cienia służalczości, ale w efekcie Stalin tak zainteresował się śledztwem, że zażądał, by jemu, Berii i Malenkowowi co 10 dni dostarczano nowe protokoły przesłuchań. Z inicjatywy Riumina śledczy stosowali w czasie przesłuchać skórzane baty i lodowaty karcer, żeby wycisnąć z Abakumowa nowe zeznania. Stalin przypominał swoim katom, że złamanie takiego czekisty jak Abakumow jest niemożliwe bez bezlitosnego, długotrwałego bicia. Początkowo Abakumowa i jego podwładnych zmuszano do przyznania się, że bili swoich więźniów. Potem Abakumowi założono kajdany na ręce i nogi i umieszczono w pojedynczej celi, gdzie morzono go głodem i chłodem. Osiemnastego kwietnia 1952 roku Abakumow błagał Berię i Malenkowa;

Drodzy Ł.P. i G.M.! Od dwóch miesięcy jestem w więzieniu Lefortowo i przez cały ten czas prosiłem śledczych i dyrekcję, żeby dali mi papier, abym mógł napisać listy do was i do tow. Ignatjewa.

Zrobili ze mną coś nieprawdopodobnego. (...) Na wszystkich przesłuchaniach klną, drwią, obrażają, zachowują się bestialsko. Zrzucali mnie z krzesła na podłogę (...) czegoś takiego nigdy nie widziałem i o istnieniu w Lefortowie takich lodówek nie miałem pojęcia - zostałem oszukany... Coś takiego może doprowadzić do śmierci, kalectwa i choroby. (...) Przez cały czas pytałem, kto pozwolił im zrobić ze mną coś takiego, odpowiedzieli mi, że kierownictwo MGB. (...) Uwolnijcie mnie od Riumina i jego kamratów!

Lew Szwarcman, do tej pory spokojnie tworzący zeznania, które podpisywały ofiary tortur, sam nie mógł nic napisać - zwariował albo udał, że zwariował. Gdy przyprowadzono go na kolejne przesłuchania, Szwarcman wybrał inną taktykę: przyznał się, że jest wodzem żydowskich nacjonalistów, że współżył z Abakumowem, z ambasadorem brytyjskim i z własnym synem, że przespał się z córką. Tym razem osiągnął zamierzony cel - został uznany za niepoczytalnego.

Chcąc usatysfakcjonować Ignatjewa i Stalina, Riumin pracował bardzo powoli; poza tym nie był aż tak tępy, by nie rozumieć, że pozbędą się go, gdy tylko zakończy śledztwo. Dlatego jeszcze cały rok wyduszał zeznania z Abakumowa, że sfabrykował on sprawę przeciwko ministrowi awiacji, by skompromitować Małenkowa, że był w zmowie z aparatczykami z Leningradu (których sam wysłał pod ścianę), że szykował przewrót państwowy. Riuminowi brakowało tylko dowodów, że Abakumow jest Żydem. Do kwietnia 1952 roku Abakumow jeszcze nie złamał się do końca, ale był tak skatowany, że kontynuacja przesłuchań groziła jego śmiercią. Trzeciego listopada 1952 roku w końcu Riumin przedstawił Abakumowowi oskarżenie, że stoi on na czele żydowskich nacjonalistów w MGB. Jedenaście dni później rozczarowany Stalin zabazgrał ołówkiem protokoły Abakumowa i zdegradował Riumina, który dołączył do innych nieszczęśliwców z bezpieki w księgowości Ministerstwa Kontroli Państwowej.

Teraz Ignatjew musiałby się wykazać, ale on był człowiekiem łagodnym i nad surowe pomieszczenia Łubianki przedkładał zacisze ministerialnego gabinetu. Jak wspomina Nikita Chruszczow, Stalin podobno zgromił go przez telefon:

Co, wolałbyś nie pobrudzić sobie rączek? Nic z tego! Zapomniałeś, że Lenin wydał rozkaz rozstrzelania Kapłan? Że Dzierżyński polecił zlikwidować Sawinkowa? Jak będziesz takim paniczykiem, to ci mordę obiję. Wykonuj polecenia, bo wylądujesz w celi obok Abakumowa.

Ignatjew dostał zawału. Gdy wrócił do zdrowia, przeniósł Abakumowa do Butyrek, do celi otoczonej pięcioma pustymi celami. Abakumowa pilnował strażnik i lekarz i mniej go bito niż żydowskich lekarzy i innych oficerów MGB.

Okaleczony torturami Abakumow był już jedną nogą w grobie i Goglidze, który służył Ignatjewowi tak samo wiernie, jak przedtem Jeżowowi, Berii, Abakumowowi i Riuminowi, musiał wziąć pod uwagę opinię śledczego i lekarza:

Więzień nr 15 jest jakoby chory na serce, a opiekujący się nim lekarz pozwolił przesłuchiwać go nie dłużej niż 3-4 godziny na dobę i tylko w dzień. W takiej sytuacji (...) należy (...) podjąć odpowiednie kroki w kierunku wydobycia zeznań z więźnia nr 15. Trzeba starannie przebadać więźnia i w razie konieczności zastosować intensywną kurację, by potem można go było intensywnie przesłuchać, z zastosowaniem ostrych środków.

Teraz Abakumowa bili po to, żeby się przyznał, że ukrył przed Stalinem oderwanie się Jugosławii od bloku komunistycznego. Oskarżenie było idiotyczne, ponieważ sam Stalin swoim ultimatum z 1947 i 1948 roku do tego stopnia rozgniewał Tito (który miał silną armię i tajną policję), że nie mogło nie dojść do zerwania. Tępota Abakumowa nie miała tu nic do rzeczy.

(...)

Wiktor Abakumow domyślił się, że Beria został aresztowany, gdy znów zaczęto go przesłuchiwać. Za czasów Chruszczowa Abakumowa już nie torturowano, szykowano jedynie materiał do oskarżenia i przewieziono go na Łubiankę, gdzie lekarzom łatwiej było utrzymać go przy życiu. Malenkowowi bardzo zależało na procesie Abakumowa: interesowały go nie aresztowania Żydów i lekarzy, lecz fałszowanie sprawy ministrów lotnictwa w 1946 roku, która omal nie doprowadziła do upadku Malenkowa. Na salę rozpraw wybrał ten sam klub oficerski, w którym skazano na śmierć Kuzniecowa i Wozniesienskiego. Abakumowa sądzono razem z jego pięcioma wspólnikami. Sam Abakumow był już na tyle zdrowy, że mógł się bronić: winił Berię i Riumina za to, że siedzi na ławie oskarżonych, mimo że tylko ślepo wykonywał rozkazy Stalina. Dziewiętnastego grudnia 1954 roku sąd skazał Abakumowa i jeszcze trzy osoby na rozstrzelanie. Abakumow nie podejrzewał chyba, że wyrok zostanie wykonany. Powiedział: "Napiszę do Politbiura" w chwili, gdy kula trafiła go w kark.

 

 

Beria

 

Zamieszki w Berlinie były dla Chruszczowa znakomitym pretekstem. Beria spóźnił się z propozycją rozładowania atmosfery w NRD i musiał wydać rozkaz, by radzieckie czołgi zmiażdżyły buntujących się robotników w miastach Niemiec Wschodnich. Mołotow, będąc ministrem spraw zagranicznych, przekonał się, że Beria jako dyplomata jest zupełnie niekompetentny; strach przed konsekwencjami przezwyciężył jego ostrożność i Mołotow przyłączył się do spisku Chruszczowa i Malenkowa.

Pierwszym krokiem Chruszczowa było odciągnięcie Malenkowa od Berii, z którym lubił on chadzać pod rękę - Malenkow był zaniepokojony nie tylko perspektywą ewentualnego zdemaskowania, ale również tym, że Beria obniżył status jego podwładnych. Następnie Chruszczow musiał pokonać wahania Woroszyłowa i Kaganowicza. Spiskowcy omawiali przewrót w parkach i na ulicy, obawiając się, że Beria ma na podsłuchu wszystkie telefony i naszpikował ściany mieszkań mikrofonami. Pod koniec czerwca całe prezydium rządu, oprócz Berii, wiedziało już o spisku, chociaż Mikojan i Woroszyłow, którzy nie lubili przelewu krwi, prosili, żeby Berii nie rozstrzeliwać, zesłać do Baku, gdzie miałby kierować nafciarzami.

Pozostawało już tylko zwerbować resorty siłowe; w każdym razie część MWD i Armii Czerwonej. W MWD Siergiej Krugłow i Iwan Sierow ochoczo przystali na rolę judaszy; nienawidzili ludzi z Kaukazu - Kobułowa i Goglidze - których Beria wysunął, gardząc rosyjskimi czekistami. Poprzez Bułganina Chruszczow sondował czerwonoarmistów, Beria miał przyjaciół wśród wojskowych, na przykład generała Sztiemienkę, którego mianował szefem Sztabu Generalnego, ale inni generałowie gardzili takimi jak Sztiemienko i nigdy nie wybaczyli Berii zamordowania Bluchera. 

Obietnicami władzy Chruszczow zwerbował generała Moskalenkę i marszałka Żukowa - chociaż tego ostatniego to właśnie Beria uratował przed zemstą Stalina.

Niełatwo było zebrać grupę uzbrojonych oficerów, nie niepokojąc agentów Berii. W maju Bułganin wysłał na odległy poligon tych oficerów, którzy mogliby przeciwstawić się przewrotowi, a Malenkow i Mołotow namówili Berię, żeby poleciał razem z generałami do Berlina. Beria zaczął coś podejrzewać, gdy dowiedział się, że zbiera się prezydium rządu, i wybrał się do Moskwy. Spiskowcy jeszcze się nie przygotowali i omawiali właśnie kwestie rolnictwa. Są świadkowie, którzy twierdzą, że Beria planował ściągnięcia z Kaukazu do Moskwy wiernych wojsk MWD, ale jeśli nawet faktycznie miał taki zamiar, to było już za późno.

Do przewrotu doszło 26 czerwca w trakcie następnego posiedzenia prezydium rządu. Tylko Malenkow, Bułganin i Chruszczow wiedzieli, co ma się wydarzyć. Rzekomo w ramach ćwiczeń każdemu kremlowskiemu ochroniarzowi przydzielono żołnierza Armii Czerwonej, a Bułganin przywiózł swoim samochodem generałów i marszałka Żukowa - wbrew kremlowskim zasadom generałowie mieli przy sobie broń palną. Wojskowi i kilku członków partii czatowali na Berię za drzwiami dawnego gabinetu Stalina; mieli wejść, gdy Chruszczow naciśnie przycisk i rozlegnie się dzwonek.

Beria, ubrany w pomięty szary garnitur, bez krawata, przyszedł jako ostatni. Zapytał, jaki jest plan dnia. Odpowiedziano mu: "Ławrientij Beria". Jedynym znanym dokumentem tego posiedzenia jest brudnopis wystąpienia Malenkowa:

Wrogowie chcieli postawić MWD ponad partią i rządem. (...)

Chodzi o to, żeby nie dopuścić do nadużycia władzy.

(...)

1. Fakty - Ukraina, Litwa, Łotwa.

Czy potrzebne nam te kroki? (...)

2. Min. spraw wewnętrznych tow. Berii - stąd kontroluje on partię i rząd. Grozi to ogromnymi niebezpieczeństwami, jeśli się w porę, teraz, tego nie naprawi.

3. Nieprawidłowe (...) Sąd - przyg[otować]. Posiedz. specjalne. (...)

4. Dostrajamy się do siebie! Potrzebny jest kolektyw monolityczny. (...)

5. Towarzysze nie są pewni, kto kogo podsłuchuje.

6. Ze stanowiska zastępcy - zwolnić i mianować ministrem przemysłu naftowego.

(...) Kto chce przedyskutować...

Zaczęły się chaotyczne obrady. Beria odpowiadał na obelgi, gdy Malenkow nacisnął przycisk i wszedł marszałek Żukow z czterema oficerami - stanęli za Berią, dwóch z nich przystawiło pistolety do jego głowy. Beria nie wstawał z miejsca, 19 razy napisał słowo "alarm". Wyprowadzono go z gabinetu i przeszukano, zdjęto mu pince-nez, którego więcej nie zobaczył.

Początkowo Berię zawieziono do koszar. Następnego dnia odwiedził go Krugłow, który został ministrem bezpieczeństwa państwowego. Krążyły słuchy o spadochroniarzach, którzy mieli jakoby przybyć na pomoc Berii. Ławrientija Pawłowicza przewieziono do podziemnego betonowego bunkra, Łubiankę zajęli wojskowi, do Moskwy wjechały czołgi - Bułganin mówił żołnierzom, że Beria, Abakumow i oficerowie starego MGB chcieli zaprowadzić masowy terror. Wkrótce czołgi wyjechały, żeby rozbroić dwie dywizje wojsk MWD, a potem powróciły i otoczyły centrum Moskwy.

We wszystkich miejscach publicznych zdjęto portrety Berii. Trzech pracowników MWD wygarnęło z sejfu Berii wszystkie papiery, większość spalono - obawiano się, że zawierają materiały kompromitujące partię. W Berlinie Ulbricht odetchnął z ulgą, agentów Berii odwołano do Moskwy i nie było już mowy o połączeniu NRD i RFN.

W pierwszym tygodniu uwięzienia w bunkrze Beria dostawał od pilnującego go generała Batickiego skrawki papieru i ołówek. Natychmiast, w panice, napisał do Malenkowa: "Jegor, czy ty wiesz co się stało? Uwięzili mnie jacyś nieznani ludzie. Opowiem ci o wszystkim, gdy mnie wezwiesz". Dwa dni później znowu napisał: "Jegor, czemu milczysz". Następnego dnia Beria opanował się i napisał do byłych kolegów bardziej składny list, w którym prosił, żeby mu "wybaczyli, jeśli coś było nie tak w ciągu tych 15 lat owocnej, choć czasem niełatwej wspólnej pracy". Malenkowa prosił: "Jeśli uznacie to za możliwe, zajmijcie się moją rodziną (żoną i matką staruszką oraz synem Sergo, którego znasz)". W tym samym dniu, co Berię, aresztowano syna, ciężarną synową i dwóch wnuków. Wkrótce zabrano również Ninę Berię, zostawiając w spokoju tylko starą matkę, głuchoniemą siostrę i córkę Eteri (wówczas synową W.W. Griszina, sekretarza moskiewskiego komitetu miejskiego).

Pierwszego lipca Beria napisał do Malenkowa, Mołotowa i wszystkich swoich katów długi, pełen skruchy list: "Szczególnie niewybaczalne jest moje zachowanie w stosunku do ciebie, gdzie jestem winien w 100 procentach", zapewniał Malenkowa, przypominając mu jednak, że na niektóre reformy razem wyrażali zgodę, a jego błąd polegał na tym, że przekazywał MWD dokumenty rzucające cień no Chruszczowa i Bułganina.

Kajał się w sprawie NRD i osłabienia władzy Rakosiego. Rzecz jasna odwoływanie się do sumienia Malenkowa nie miało sensu, ale można było liczyć no jego instynkt samozachowawczy - Beria sugerował, że jego upadek pociągnie za sobą Malenkowa.

Zapewniając Mołotowa o niezmiennym szacunku wobec niego, Beria prosił go, żeby przypomniał sobie, jak razem pojechali do Stalina, żeby pomóc mu wyjść z szoku na początku wojny. Odwoływał się też do Woroszylowa Mikojana, Kaganowicza, Chruszczowa i Bułganina, którym nigdy nic złego nie robił. Bardzo chciał żyć: był gotów pracować w kołchozie albo na budowie.

Następnego dnia ogarnął go paniczny strach:

Drodzy towarzysze, chcą mnie załatwić bez sądu i śledztwa, pięć dni uwięzienia bez jednego przesłuchania, błagam was, żebyście do tego nie dopuścili, proszę o natychmiastową interwencję, póki nie jest za późno. Trzeba uprzedzić telefonicznie.

Prosił, żeby komisja zbadała jego sprawę:    

Czy jedynym słusznym sposobem rozwiązania sprawy, bez sądu i dochodzenia, w stosunku do członka KC, jest stracenie go po pięciodniowym zamknięciu w piwnicy? (...) Tow. Malenkowa i tow. Chruszczowa proszę, żeby się nie upierali; czy to będzie źle, jeśli wasz towarzysz zostanie zrehabilitowany?

Później nie dawano już Berii papieru. Chruszczow mianował nowego prokuratora generalnego, młodego, ambitnego Romana Rudenkę, który błyskotliwie poprowadził sprawy w Norymberdze (poprzedni prokurator Grigorij Safronow nie zaaprobował aresztowania Berii, przeprowadzonego przez wojskowych, bez sankcji i nakazu).

Drugiego lipca rozpoczęło się plenarne posiedzenie KC. W ciągu sześciu dni kilkuset mężczyzn i dwie kobiety (z których tylko nieliczni ucierpieli z powodu Berii, a większość właśnie jemu wszystko zawdzięczała) słuchali, odcinając się, rzucając obelgi, wymyślając. Uczestnicy plenum przemawiali tak obraźliwie, że trzeba było niemal w całości przeredagować stenogramy. Nawet to straszne plenum z wiosny 1938 roku, kiedy sądzono Bucharina i Rykowa, nie może się równać - pod względem obłudy i służalczości - z tym z 1953 roku.

Chruszczów przyznał, że spisek lekarzy i sprawa megrelska to mistyfikacje, ale plenum mimo wszystko uznało, że nie należało uniewinniać ani lekarzy, ani Megrelów - Chruszczow dał do zrozumienia, że Beria uniewinnił tylko tych, którzy byli jego agentami. Większość jego przemowy stanowiła plątanina chaotycznych, bezsensownych oskarżeń. Jak się okazało, to Beria doprowadził do deficytu chleba i mięsa i było mu obojętne, w jakich warunkach żyją robotnicy. Rehabilitował lekarzy, żeby zaskarbić sobie ich wdzięczność, amnestionował połowę Gułagu, żeby stworzyć udzielne księstwo złodziei i morderców. Był człowiekiem "w duchu Bonapartego, który w drodze do władzy zostawiał za sobą stosy trupów i rzeki krwi".

Gruzińscy delegaci atakowali Berię ze szczególna zajadłością: skarżyli się, że zrehabilitowani Megrele domagali się ministerialnych stanowisk. Stary przyjaciel Berii, przywódca Azerbejdżanu Mir-Dżafar Bagirow (który potem podzieli los Berii), przemawiał z taką złością, że aż zaatakowali go słuchacze. Mołotow i Kaganowicz byli lepiej przygotowani: ukazywali Berię jako człowieka, który wprowadzał Stalina w błąd, niweczył plany państwowe, narażał na szwank bezpieczeństwo kraju - żeby zadowolić kapitalistów - mało tego, już w 1920 roku faszyści nasłali go, żeby zniszczył władzę radziecką. Biorąc przykład z Mołotowa i Kaganowicza, inni delegaci wymyślali nowe oskarżenia: to Beria poszczuł Stalina na Ordżonikidze, a potem na Mołotowa. Andriej Andriejewicz Andriejew specjalnie podniósł się ze szpitalnego łóżka, żeby zaatakować Berię wyjątkowo celnym oskarżeniem: Beria to drugi Tito. Inni przemawiający mogli się już tylko skarżyć, że Beria śni im się w koszmarach.

Malenkow dokonał podsumowania: oświadczył, że pod pewnymi względami Beria miał słuszność - kult starzejącego się dyktatora, który utracił możliwość rządzenia, był faktem, aresztowanie żydowskich antyfaszystów było nieuzasadnione, budowanie socjalizmu w NRD - nieprzemyślane. Ale jeśli nawet Beria postępował słusznie, mówił Malenkow, to i tak miał na względzie wyłącznie własne, ohydne cele.

Piętnastego lipca Berię pozbawiono wszystkich odznaczeń, nagród i tytułów. Zaczęły się intensywne przesłuchania tych, którzy mieli z nim kontakty osobiste lub służbowe. Około 30 kobiet - w tym żony i córki przywódców partyjnych, aktorki, śpiewaczki operowe i prostytutki - wypytywano o jego zachowania seksualne. Z Baku i Tbilisi przybywali świadkowie mający dowody, że Beria był szpiegiem brytyjskim, pracującym wśród azerbejdżańskich nacjonalistów.

Prócz Berii do oskarżenia włączono pięciu jego ludzi z Tbilisi - Diekanozowa, Mierkułowa, Włodzimrskiego, Goglidze, Bogdana Kobułowa i jednego Słowianina - Pawła Mieszyka. Wszyscy liczyli na to, że współpracując ze śledczymi unikną losu swojego szefa. Do akt dołączono historię chorób Berii dowodzącą, że Beria uprawiał seks, wiedząc, że jest chory wenerycznie. Prokuratura posiadała całkiem nieprawdopodobne zeznania służby Berii: że wpychał ciała zamordowanych kobiet do kanalizacji albo rozpuszczał je w wannie z kwasem solnym, ale postanowiono nie włączać ich do sprawy.

O ile można wnioskować ze skąpych relacji z rozprawy, Beria zachowywał się z większą godnością niż prokurator czy sędziowie. Jednak gdy Rudenko odczytywał 100-stronicowe oskarżenie, Beria zatkał sobie uszy i ogłosił głodówkę. Najprawdopodobniej proces odbywał się w drugiej połowie września, wiadomo że nie było ani świadków obrony, ani obrońców. Przewodniczącym sądu został marszałek Koniew, który nie miał żadnego wykształcenia prawniczego, a jego zastępcą generał Moskalenko, którego w 1938 roku Beria aresztował. W pewnej chwili Moskalenko kazał obciąć guziki przy spodniach Berii, żeby przestał się on ciągle zrywać z ławy oskarżonych.

Beria nigdy nie wymienił nazwiska Stalina jako swojego "wspólnika" (widocznie dostał kategoryczny zakaz) i z nietypową dla siebie rycerskością prosił sąd, żeby nie wymieniać nazwisk kobiet, które składały zeznania świadczące o jego rozkładzie moralnym. Kochanki Berii nie okazywały najmniejszego sentymentu, matka pewnej dziewczyny domagała się nawet majątku Berii w ramach odszkodowania za utraconą cześć córki. Niektórzy krewni, na przykład cioteczny brat Gierasim, zeznawali, że w więzieniu Kutaisi Beria był mienszewickim szpiegiem. Nawet syna Berii skompromitowano "kontaktami z wrogami ludu" (gdy był mały, Jagoda podarował mu rower). Świadkowie oskarżali Berię o niewiarygodną liczbę zabójstw, poczynając od słynnej katastrofy Junkersa w 1925 roku w Tbilisi (w której zginęli Mogilewski, Atarbekow i Aleksander Miasnikianc), a kończąc na zabójstwie Michoelsa w Mińsku. Beriowcy mówili, że Beria nie ma krzty honoru, opowiadali o więźniach, których nie tylko kazał bić, ale również bił osobiście.

Beria przyznał się niemal do wszystkich zarzutów - zabójstw niewinnych obywateli, przynależności do Musawatu, stosunków płciowych z małoletnimi - oprócz współpracy z zagranicznymi szpiegami i napisania książki o roli Stalina w historii bolszewizmu na Kaukazie.

Wyrok zapadł taki, jakiego się spodziewano: rozstrzelanie. Wszystkich beriowców rozstrzelano 23 grudnia 1953 roku. Berię oddzielnie, o godzinie 19.50, pozostałych półtorej godziny później. Beriowców rozstrzeliwali profesjonalni kaci z Łubianki. Dla Berii urządzono ohydny spektakl. Celę, w której miała się odbyć egzekucja, wyłożono drewnianymi płytami, żeby rykoszety nie zagroziły życiu świadków ani katów; Berię ubrano w najlepszy czarny garnitur. Oficerowie losowali, kto będzie strzelał pierwszy, a Beria nieulękle patrzył katom prosto w oczy. Chciał coś powiedzieć, ale Rudenko kazał mu zatkać usta ręcznikiem. Generał Baticki, który od sześciu miesięcy pilnował Berii, wziął nietypowo wielki rewolwer i strzelił Berii w czoło.

Ciało zawinięto w brezent i zawieziono do krematorium. Jedynie więzienny stolarz, który przynosił Berii jedzenie do celi i zrobił drewniane obicie ścian, był wyraźnie rozstrojony tym widowiskiem.