Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

 

Joanna Siedlecka

Pan od poezji. O Zbigniewie Herbercie

2002

 

(...)

 

Ohydne miasto, z sadzy, kamienia i szkła

Kiedy wydasz wreszcie tom opowiadań paryskich, abym mógł powrócić do tego ohydnego miasta na kartach Twej prozy? Zaczynam trochę tęsknić za tym wszystkim. (15.01.1961, do Janusza Odrowąża-Pieniążka)

 

"A mój adres zawsze tak: 200, rue Saint Jacques"

Z Paryża pierwszego, gdy w 1958 przyjechał na stypendium Związku Literatów, razem z Ludwikiem Flaszenem, i przesiedział 2 lata, pamięta go jego kuzynka Danuta Herbert-Ulam.

Pamięta swój pierwszy paryski adres - 200, rue Saint Jacques - gdzie zjawił się niespodziewanie i już został; po co miał gdzieś płacić? Choć sama dopiero w Paryżu zaczynała, przyjechała rok wcześniej, oficjalnie na leczenie, bo małżeństw razem nie puszczano, a tak naprawdę, żeby dołączyć do pracującego w Paryżu męża, Juliusza Ulama, nieżyjącego już wybitnego fizyka, stryjecznego brata Stanisława Ulama, profesora amerykańskich uniwersytetów, współtwórcy bomby wodorowej. Mąż zaczepił się gdzieś kątem u kuzynów, ona natomiast u starszych pań na rue Saint Jacques, na 6. piętrze; spotykali się na mieście.

Do siebie więc przygarnąć Zbyszka nie mogła, wynajęła mu wobec tego chambre de bonne w tej samej kamienicy. Na 7. piętrze, jedynie z łóżkiem i umywalką, na korytarzu tak zwane oczko, czyli klozet z dziurą w podłodze, częsty wtedy w wielu starych paryskich kamienicach.

Winda dojeżdżała tylko do 6. piętra, tak że na 7., bardzo wysokie, dochodził piechotą, a gdy jej gospodynie wyjeżdżały, schodził do niej, żeby coś zjeść, wykąpać się.

Siedział prawie rok, potem jednak wysferzył się na avenue de Versailles, do znajomej pani Danuty, Raymundy von Elsen, Francuzki, matki dorastającej Brigitte, rozwiedzionej z holenderskim malarzem pejzażystą. Co najmniej z dziesięć lat od niego starszej, ale ładnej, inteligentnej, z intelektualnym zacięciem.

Zlitowała się nad pauvre poete, ze Wschodu, nieznanego i niezrozumiałego dla Francuzów, zza żelaznej kurtyny, który mieszkał tak nędznie, zaprosiła wobec tego do siebie, do pokoju Brigitte, która wyjechała akurat na wakacje, do Hiszpanii, uczyła się zresztą w szkole z internatem. Zabrała na południe Francji, do Prowansji, do Manosque, skąd 19.09.1958 przesyłał Januszowi Odrowążowi-Pieniążkowi bardzo serdeczne ucałowania i pozdrowienia. Twoje doświadczenia wykorzystuję jak należy - pisał. - Myślę o Tobie z troską i nadzieją, że Cię niedługo zobaczę, choć mną gardzisz. Jestem ci winien dużo forsy, którą zwrócę po przyjeździe. Bardzo, ale to bardzo serdecznie Cię ściskam i do wypłowiałego łona tulę.

Zrewanżował się, zapraszając później Raymundę na miesiąc do Polski, którą zachwycona, zwiedziła całą.

Szalenie się w nim zakochała, on natomiast, choć podobała mu się, ani myślał się wiązać, co bardzo podkreślał.

- Zdziwiłam się - wspomina Danuta Herbert - że późno wprawdzie, ale w ogóle się ożenił. Zarzekał się bowiem, że nigdy, że to dla poety klęska. Mimo że powodzenia zazdrościł mu nawet Marek Hłasko, którego tu przyprowadzał. Ze strony Zbyszka nie było jednak nigdy nic, nawet zadurzenia, uważał kobiety za zabawki i opiekunki. A oprócz Raymundy były też inne panienki, jedna z sąsiadek z kamienicy na Saint Jacques.

- Nic zresztą dziwnego. To później przyszły choroby, depresja, astma, rodzinna zresztą, alkohol. Ale wtedy błyszczał, był brillant, trzydziestopięcioletni tylko, inteligentny, uroczy, dowcipny, gdy spytałam go kiedyś o życiowe plany, powiedział: "Wiosna, słowiki, gwiazdy jak byki / księżyc, że choćby w mordę dać / Życie człowieka w przestrzeń ucieka / i jak tu nie kląć, kurwa mać!".

I co szczególnie Francuzki ujmowało - silny, zdecydowany, z własnym zdaniem, szarmancki, delikatny, czuły, naprawdę nimi zainteresowany. Podobał się, mimo kuśtykania i krótszej nogi, co maskował specjalnym chodem, tak że należało się dobrze przyjrzeć, żeby to zauważyć. Co dodawało mu też czegoś ludzkiego, było przejawem tajemnicy, choroby, cierpienia, wojny. Dopiero w Paryżu kupił sobie specjalne ortopedyczne buciki, w Polsce niedostępne. Po latach specjalnego stawiania stopy drgał mu jednak i podskakiwał jeden z pośladków i tak już wystającego kuperka. Emablowali go więc i zaczepiali paryscy homoseksualiści, przekonani, że ich w ten sposób prowokuje, "proponuje". Nieustająco się od nich opędzał i miał szczerze dość. Dlatego m.in., jak mówił, nie udało mu się spotkanie z Gombrowiczem w Royaumont, z miejsca bowiem nieprzychylnie się do niego nastawił, czekał tylko na zaloty.

Już podczas pierwszego pobytu w Paryżu poznał Czesława Miłosza, który "wybrał wolność", był w trudnej sytuacji, nie tylko materialnej, jako były dyplomata PRL-u spotykał się z nieufnością i niechęcią. Przychodził do Zbyszka na Saint Jacques, miał wreszcie z kim porozmawiać - polska emigracja bardzo nieliczna, niezainteresowana poezją. Zaprzyjaźnili się, pili wino, zwłaszcza beaujolais, które Zbyszek polubił najbardziej. Tak jak i paryskie bistra, w których przesiadywał i w jednym z nich zgubił swój notes z wrażeniami z Luwru, gdzie chodził codziennie, z wystaw, z podróży z Raymundą na południe, z notatkami do kiełkującego już wtedy "Barbarzyńcy".

- Przyleciał do mnie przybity zupełnie - wspomina Danuta Herbert-Ulam. - Na szczęście umówiłam się akurat w bramie z mężem, który przeszedł z nim całą jego trasę, tzn. wszystkie bary od Pantheonu do Odeonu i w jednym z nich barman oddał mu jego skarb!

A gdy wychodziliśmy kiedyś wieczorem z którejś z knajp, Zbyszek zamiast iść, jak wszyscy, po chodniku, wskoczył na dachy sznuru samochodów i szedł tak, zanim go ściągnęliśmy. Francuzi, którzy żyją w raju, w wacie, tłumaczył, mogą chodzić po chodnikach, przybysz z PRL-u musi mieć trudności!

Ale i tu ich mu nie brakowało, choć nadrabiał miną, próbował jakoś się przebić, szukać pieniędzy, tłumaczy; Jadwiga Kukułczanka już się nawet zgodziła, bała się jednak, co zrozumiałe, ryzyka związanego z nieznanym debiutantem, chciała więc z góry jakiejś sumy. Niewielkiej zresztą, francuscy tłumacze żądali bowiem niebotycznych; łapówy po prostu, na którą nie stać było ani jego, ani jego kuzynów - pomóc mu nie mogliśmy.

Zdecydowaliśmy się zostać w Paryżu na stałe, wystąpiliśmy o azyl, on natomiast siedział zawsze do zakończenia ważności paszportu i wiz, starał się o przedłużenie, w końcu jednak mimo wszystko wracał, nie chciał statusu emigranta, pisującego, jak mówił, tylko wspomnienia.

- Wyjechał, gdy naprawdę już musiał, i zaczęło się - kontynuuje Danuta Herbert-Ulam. - Nachodziły mnie nieustająco jakieś panienki, którym obiecywał małżeństwo. Żądały jego telefonu, adresu, przestała kłaniać mi się sąsiadka, z którą też się spotykał. Napisałam mu o tym trochę za ostro, tak że gwałtowny zawsze w reakcjach, obraził się, i bezsensownie zupełnie zerwaliśmy. Ja również, czego żałuję, nie starałam się nawiązać z nim kontaktu. Ale wiedziałem już, że się ożenił, że ma kogoś, kto o niego dba.

- Po latach, gdy mieszkałam w Belleville, okazało się, że chodziliśmy do tego samego lekarza, bo też cierpię na astmę. Gdy spojrzał na moje nazwisko, powiedział, że miał pacjenta Herberta - Polaka, poetę, ciężko chorego, nie tylko na astmę, ale na wszystko, a przede wszystkim nerwy, "piekło w głowie". Poradził mu więc powrót do Polski, uważał, że to mu pomoże, i posłuchał. Wyjechał. Ale czy pomogło?

 

25, rue des Ecouffes

Ja zawsze mówiłem to, co myślę, i na szczęście nie byłem zapraszany do salonów. I nawet powtarzałem nieelegancki zwrot: "je pisse sur vous" - co można przetłumaczyć "siusiam na was".

Olga Scherer-Wirska, slawistka, pamięta go z Cafe Old Navy na Boulevard Saint Germain des Pres, naprzeciwko polskiej księgarni, gdzie wpadała po Październiku, ciekawa nowych Polaków z kraju, którzy zaczęli się tam zjawiać. Dotychczas bowiem wypuszczano jedynie komunistów, np. Jana Kotta i Ważyka. Ale ci, których w Old Navy poznała - Zbyszek Herbert, Janusz Odrowąż-Pieniążek, Andrzej Kijowski, Jerzy Hordyński, Janek Biczycki - zrobili na niej wrażenie jak najlepsze. Inteligentni, znający te same książki, posługujący się tym samym językiem.

Zwłaszcza Zbyszek Herbert, od razu bardzo wybitny, na którym, pochlebia sobie, natychmiast się poznała. Spodobał się jej już pierwszego dnia, tak że odwiozła go swoim samochodzikiem, najmodniejszą wtedy pchełką, czyli 2CV.

W polskim Paryżu bardzo się wtedy ożywiło, do Old Navy zaglądał "wuj" Zygmunt Hertz z paryskiej "Kultury", bo większość Polaków bała się i nie śmiała tam jeździć. Kot Jeleński w Old Navy nie bywał, Polacy sami jakoś do niego trafiali albo kierował do niego Hertz.

W 1959 do polskiego Paryża dołączył Jan Lebenstein, z którym związała się na 10 lat. Zaprzyjaźnił się od razu ze Zbyszkiem Herbertem, stworzyli kwartet - ona z Jankiem oraz Zbyszek z Kasią, która przyjechała wkrótce za nim do Paryża - "cichym ścigała go lotem". W końcu, po latach, się pobrali, choć zupełnie się na to nie zanosiło - schodzili się, zrywali. Zbyszek deklarował się zawsze jako wróg małżeństwa, zdecydował się dopiero dobrze po czterdziestce. Wcześniej wprawdzie niż Gombrowicz, ale w podobnej sytuacji - gdy zaczął chorować, pić; potrzebował opiekunki, pielęgniarki. Jakiejś już wreszcie stabilizacji *[Katarzyna Herbertowa (1929), córka Wandy z Sapiehów i Włodzimierza Dzieduszyckiego, ostatniego ordynata Poturzyc koło Sokala i Zarzecza koło Jarosławia. - Urodziłam się w majątku moich rodziców - wspominała. Ojciec mój był człowiekiem wykształconym i oczytanym. (...) Do 1939 moje dzieciństwo było wspaniałe. Byłam jedenasta z trzynaściorga dzieci. Majątek był duży, mimo że czasem trzeba było coś wydzierżawić lub sprzedać jakiś folwark dla dobra Muzeum. Nasz dom w Zarzeczu stoi do dziś. Został stosunkowo mało zniszczony przez wojnę. Nigdy tam po czterdziestym piątym nie pojechałam, choć znajduje się tam grobowiec rodzinny, gdzie pochowani są moi rodzice i bracia. Chyba dlatego, że moje małżeństwo oderwało mnie trochę od spraw rodziny. (...) Zbyszka przerażała perspektywa małżeństwa. Nie mógł wziąć na siebie takiego obowiązku. (...) Żył bardzo skromnie i założenie rodziny przekraczało jego możliwości. Prawdę mówiąc, sama nie wierzyłam, że nasza znajomość może zakończyć się ślubem. W 1958 rozstaliśmy się. (...) Nasze małżeństwo trwało równo 30 lat. Minęło wiele czasu, żebym zrozumiała, że muszę być nie tylko żoną, ale przede wszystkim towarzyszką. Naszego związku nie można zaliczyć do tzw. normalnych małżeństw. Był moim nauczycielem, ukształtował mnie, zbudował moją osobowość. Wymagał jednak w zamian całkowitego oddania. Rekompensatą była dla mnie świadomość, że Bóg złączył mnie z kimś zupełnie wyjątkowym. Moje oddanie nie było więc żadnym poświęceniem. - "Mój Zbyszek", z Katarzyną Herbertowa rozmawiał A. Gelberg, "Magazyn Tygodnika Solidarność", nr 6/99.].

Siostra Kasi, notabene bardzo do niej podobna, Teresa Dzieduszycka, Douchy dla Francuzów, oraz właśnie Janek Lebenstein zostali świadkami na ich ślubie w roku 1968. W reżimowym konsulacie na rue Jean Goujon, gdzie emigrantom nie wypadało postawić nawet stopy - między ubeków?

- Stałam więc z Kotem Jeleńskim przed bramą - wspomina Olga Scherer - paliliśmy papierosy, w ceremonii uczestniczyli jedynie państwo młodzi oraz świadkowie - Teresa i pijaniutki Lebenstein, wtedy jednak usprawiedliwiony, w innym stanie pojawić się tam nie mógł.

Zbyszek, przerażony tym, co zrobił, szybko go dogonił. Oblaliśmy bowiem ślub najpierw w jakiejś knajpce, potem jeszcze raz, z większą liczbą osób, u Teresy, osadzonej już w Paryżu, tłumaczki pracującej w którymś z wydawnictw, jako tako mieszkającej. Zbyszek i Kasia - fatalnie, nie do pokazywania i jeszcze chyba oddzielnie. Choć w Paryżach późniejszych, betonowych, komunalnych blokach Antony, Kasia robiła już niezłe przyjęcia.

A Herbert i Lebenstein zaprzyjaźnili się na całe życie, bardzo do siebie pasowali. Ostro pijący, tak że byłyśmy z Kasią za męczennice - śmieje się Olga Scherer - choć w odróżnieniu ode mnie uważała, że artyście wszystko wolno. I jej związek ze Zbyszkiem przetrwał, mój z Lebensteinem nie, i wolałabym o nim zapomnieć.

Choć gdy z alkoholem nie przesadzali, bawili się znakomicie, na ogół u Janka, na des Ecouffes, albo u mnie, ale jeszcze nie tu, a na rue du Bourg-Tibourg 16. Ku mojemu przerażeniu, bo w Paryżu cisza nocna naprawdę obowiązuje, tańczyli z figurami i przytupami, śpiewali po polsku i rosyjsku, numerem popisowym "Warszawianka", z którą wkraczała Armia Czerwona, co pamiętali, Zbyszek przecież ze Lwowa, Janek z Brześcia nad Bugiem, śpiewali więc: Na boj krowawyj, swiatoj i prawyj/marsz, marsz wpieriod, roboczyj narod! Lub "Śmiało podnieśmy sztandar nasz w górę/Choć burza wrogich żywiołów wyje...".

Obaj też nie znoszący stada, gwiżdżący na paryskie salony, kawiarnie, Zbyszek bardzo już znany, miał w Paryżu jeden jedyny wieczór autorski u Pallotynów, gdzie czytał w sposób wysmakowany swoje wielkie wiersze, a gdy ktoś z sali spytał go, dlaczego pisze, rzucił: "Żeby przegonić Szekspira!". Choć inni nudzili wtedy koreferatami.

Obaj tez dumni, prawi, bezkompromisowi, walący prawdą w oczy, zrażający nie tylko tych, którzy ich kochali, ale i tych, od których zależały ich artystyczne losy, tak że choć tak wybitni, nie zrobili karier, na które zasługiwali, zwłaszcza Lebenstein. Pozornie wyglądało to na autodestrukcję, szkodzenie sobie, choć w ogólnym rozrachunku tym właśnie wygrywali, dzięki temu zostawali sobą.

Pijany Lebenstein spuszczał ze schodów marszandów, którzy mu się nie podobali, bo zbyt lewicowi, Zbyszek z kolei wszedł w spór z Dedeciusem, z Miłoszem, choć początkowo przyjaźnili się, Miłosz tłumaczył go, uważał, że powinien mu pomagać *[Tłumaczyłem innych, nie siebie - niekoniecznie dlatego, że byłem takim altruistą, tylko uważałem, że innych można tłumaczyć, a siebie prawdopodobnie się nie uda - powiedział Cz. Miłosz, "Rzeczpospolita" nr 151/2001.] bo o całe pokolenie młodszy, a jeszcze przed wojną nieistniejący, i bardzo ich konflikt przeżywał.

Z tym że Zbyszek obrażał, ale i przepraszał, zwłaszcza kobiety, na drugi dzień klękał, przynosił kwiaty, zapominałam o wszystkim - Lebenstein mawiał, że kobiety artystów powinny mieć dobre zdrowie i krótką pamięć.

Obaj też niezłomni, nieumoczeni, późno zadebiutowali - Lebenstein miał swoją pierwszą wystawę dopiero po Październiku, w teatrze na Tarczyńskiej, u Mirona Białoszewskiego. Został w Paryżu po Grand Prix na Biennale Młodych. Ilustrował "Folwark zwierzęcy" Orwella, źle widzianego przez lewicowych francuskich intelektualistów.

Nigdy też swojej niezłomności nie ukrywali, oceniali ostro wszystkich i nie ma co ukrywać: uważali się za lepszych. Bywało więc, że drzazgi szły, gdy np. na jednym z przyjęć u Lebensteina Jerzy Andrzejewski chciał dołączyć do nich, do niezłomnych! A że wszyscy troje byli już w stanie wskazującym, o mało nie skończyło się bójką między nim a Herbertem, na szczęście jakoś ich rozdzielono.

- Zaskoczyły mnie późniejsze reakcje na wypowiedzi Zbyszka w "Hańbie domowej", że taki ostry, zasadniczy, choć powiedział publicznie to, co zawsze myślał. Dla tych, którzy go znali, żadna niespodzianka. Wyszło to, czego wcale nie ukrywał.

Dziwiłam się raczej, że Andrzejewski w ogóle z nimi był, bo zazwyczaj starannie dobierali towarzystwo.

To Kot Jeleński zapraszał wszystkich, nawet i tych, których może nie powinien. W sierpniu, gdy wysłał na Korsykę Leonor Fini ze Stanislao Lepri, urządzał w swoim wielkim salonie słynne sierpniowe spędy, na które ściągał nie tylko polski Paryż, emigrancki grajdoł, ale też przebywających akurat gości z kraju: Iwaszkiewicza, Andrzejewskiego, Kotta, Stryjkowskiego, Ważyka, któremu nie podobało się, że "tylko" alkohole, poncze, owoce i ciasta, chciał langust i ostryg! Luksusów!

A Kot częstował, podawał, dwoił się i troił - miał wielki kompleks, że urodził się w tradycyjnej ziemiańskiej rodzinie, nie zdążył lewicować, komunizować, co starał się teraz nadrabiać.

Zbyszek bywał oczywiście u Kota, bo choć pomieszkiwał tu jedynie dłużej lub krócej, był częścią polskiego Paryża, którego dziś już nie ma.

 

Old Naw, Boulevard Saint Germain des Pres

Jutro będzie otwarcie nowej wystawy w galerii Lambert na wyspie - muszę tam być. Będzie dużo Polaków, którzy chcą pożyczyć 100 franków na 2 dni. Będę tam około 19-tej, ale nie namawiam, bo uciecha wątpliwa.

(z karteczki do M. Bieszczadowskiego)

Mikołaj Bieszczadowski pamięta go również z Old Navy. Choćby scenę, gdy weszła naprawdę piękna pani, a Zbyszek - wielki kobieciarz, zerwał się od stolika i powiedział głośno: "Vous etes tres aimee!". Ona natomiast: "Je suis Anouk Aimee" - była to bowiem ta znana wtedy aktorka.

Choć wtedy jeszcze zarówno po francusku, jak i po angielsku mówił słabo, dokuczał więc Bieszczadowskiemu - absolwentowi romanistyki, anglistyki - dotknięty jego przewagą szydził, że przesadnie akcentuje, małpuje itd.

Jak większość przybyszów z PRL-u, miał kompleks nie do pokonania: kompleks bycia stamtąd. Paryż przytłaczał go i upokarzał, onieśmielał, bronił się więc, udając, że mu się nie podoba:

Po dość ohydnym Paryżu, południe przyjąłem jako objawienie. Romańszczyzna - palce lizać! Wszystkie kandelabry MDM-u gasną ze wstydu. Całuję Wasze ręce i nogi

28.09.1958 z Arles do Ireny i Waldemara Voise.

Najlepsze pozdrowienia z tego okropnego Paryża przesyłam. Pozdrowienia pozdrowieniami, ale kapitalizm rozkłada się na całego. Czy można pomóc kapitalizmowi?

1964 do Hani, Władeczka i Basi Walczykiewiczów.

A 2.12.1959 do Janusza Odrowąża-Pieniążka:

Twój liścik jak ciepły gołąbek spadł w ten zimny Paryż z sadzy, kamienia i szkła. (...) Ogromnie żałuję, żem Cię nie uściskał przed wyjazdem i żeśmy sobie nie popili zdrowo na cześć Łojczyzny i na zgubę Łobczyzny. Wszelako czeka nas spotkanie i można to będzie odrobić. Różnica będzie tylko w trunkach.

Mam zamiar wrócić do kraju tego, gdzie kruszynę chleba podnoszą z ziemi -w marcu lub kwietniu. Już jestem dość zmęczony i Ty, tylko Ty, to zrozumiesz, Ciao.

- Pamiętam też - wspomina Bieszczadowski - gdy w Old Navy dosiadł się kiedyś do nas poeta Jerzy Hordyński, barwna postać, tak jak i my ze Lwowa, tzn. urodzony w Jarosławiu. "Bałakacie?" - spytał i choć wykręcaliśmy się, nacierał jak taran. Wycofałem się, uciekłem ze Lwowa z matką i bratem już w 1939, za złotą bransoletkę przeprowadzono nas przez San, mało pamiętałem. Hordyński najwięcej, zdążył jeszcze postudiować we Lwowie, m.in. u Ingardena. Ale ku mojemu wielkiemu zdziwieniu Zbyszek, choć gorszy w bałaku od Hordyńskiego, też niezły, sporo pamiętał i podjął rękawicę.

"Zapinane pantofelki?" - atakował go Hordyński. "Meszty" odpowiadał. "Spotkać?" - "Nadybać" itd. Zdał też z pytań o Lwów, o to np. jakie wódki produkował Baczewski, jakie drzewa rosły w parku Stryjskim, gdzie znajdowały się Wschodnie Targi i co można było zjeść oraz wypić u pani Teliczkowej (notabene wywiezionej w 1940 na Sybir), gdzie ojciec zabrał go już jako gimnazjalistę, ku rozpaczy matki, bo lwowskie panie za jej lokalem nie przepadały.

Słuchałem z zazdrością, wydali mi się lwowską lost generation rzuconą na paryski bruk.

Polskich miejsc - Old Navy, knajpy Mazurki - starali się właściwie unikać, bo ploty, donosy, intrygi, a potem kłopoty w konsulacie z przedłużeniem paszportu. Ale mimo to wszyscy, łącznie ze Zbyszkiem, jednak tam ciągnęli, kelnerzy dobrze ich znali, mogli więc wypić kawę, a zapłacić na drugi dzień, dowiedzieć się, kto wyjechał, przyjechał, a przede wszystkim, skąd zdobyć trochę "franciszków". Gdzie za darmo zjeść, wejść, gdzieś wyjechać.

Chyba tylko jedna z Polek z kręgu Old Navy, Marysia Dernałowicz, siedziała na porządnym stypendium francuskiego rządu, reszta żyła psim swędem - legowisko u znajomych, mielony bifteck hache, banan, bagietka i wino. To było "Na dnie" Gorkiego w Paryżu, jak mawiał Zbyszek. Chodzili więc często do znajomej Polki, która sprzątała w ambasadzie marokańskiej, wynosiła wino i różne dobre rzeczy, stawiała kolację.

Najlepszy w wyciąganiu "franciszków" był w Old Navy Jerzy Hordyński - odważny, natrętny, nachalny nawet, wchodził wszędzie i wprowadzał jeszcze kolegów, Bieszczadowskiego i Herberta, na film o Jezusie. "Jesteśmy zza żelaznej kurtyny i w życiu u siebie tego nie obejrzymy, ale nie mamy nawet franka", tłumaczył zdumionemu dyrektorowi kina, który nie śmiał odmówić.

Chodził też, ale już sam, do stołówki w polskim liceum z bursą na rue Batignoles. Kupił sobie białą studencką czapkę i jadał oczywiście za darmo, a gdy pytano, co tu robi, kim jest, odpowiadał, że postacią z "Ferdydurke", uznano go więc za pomylonego i zostawiono w spokoju.

Rozzuchwalony, zaczął wpadać do stołówki polskiej reżimowej ambasady na rue Talleyrand, tłumacząc, że jest "z polecenia towarzysza Kliszki", nachodził Brezę, Żuławskiego, dręczył ich o stypendia.

I doigrał się: uznano go za personne non desirable, wbito mu to do paszportu, wydalono z Francji; wyjechał do Włoch, gdzie miał kuzynkę.

Były wtedy w Paryżu dwie polskie ambasady: "ludowa" na rue Talleyrand i emigracyjna, Kajetana Morawskiego, na rue St. Dominique, niedaleko zresztą "ludowej", tak że wiele osób myliło się, i tu, i tam przecież polskie flagi.

To starej emigracji nie wypadało postawić w "ludowej" nawet stopy, ci z polskimi paszportami jednak musieli, co jakiś czas wzywano ich bowiem na rozmowy, a raczej przesłuchania - co robią w Paryżu? Gdzie mieszkają? Z czego się utrzymują? Kiedy wyjeżdżają? Nie wypadało też odmówić, gdy konsul Żuławski czy ambasador Gajewski zaprosił przebywających akurat w Paryżu młodych zdolnych, m.in. właśnie Bieszczadowskiego, Herberta, Pieniążka, Kijowskiego na przyjęcie z okazji 22 lipca.

Huczne, bogate, z uginającymi się stołami, nie tak jak w ambasadach zachodnich, gdzie podawano najwyżej słone paluszki i coś na wykałaczkach. Ambasador Gajewski - inteligentny, władający francuskim, angielskim, szybko więc odwołany - przemawiał krótko, wiedział, że wszyscy czekają tylko, żeby runąć do stołu z barszczem, indykami i polską wódką.

Zaproszono wtedy też Jana Parandowskiego i Artura Sandauera z żoną, na którą właśnie Zbyszek zagiął parol - specjalnie potrącił, tak że upuściła talerzyk z cennym jadłem, a gdy znów chciała sobie czegoś nałożyć, zabawiał, odsuwał jej perfidnie półmiski i śmiał się jak psotny uczeń.

Kocie kochany, kiedy przyjeżdżasz? Jestem w tem osobiście zainteresowany, bo co 2 tygodnie kupuję na Twój przyjazd alkohol, który z żalu wypijam sam, albo co gorsza w towarzystwie powiewnych dziewcząt. Więc jak szybko się nie zjawisz, Herbert będzie szmatą "spod piwem zalanych stołów" (określenie Tyrmanda)".

Mikołaj Bieszczadowski pamięta go też z okolic Kota Jeleńskiego, urzędującego na rue de la Pepiniere, w Kongresie Wolności Kultury, finansowanym przez Amerykanów, przeciwwadze dla sowieckiej propagandy i ruchu obrońców pokoju, wspierającego uchodźców z Europy Wschodniej. Jak pisał Zygmunt Hertz, mecie na dojenie forsy dla braci Słowian gdzieś tak w okolicy 1956, gdy wydawało się, że polski klucz z masła otworzy sowieckie sejfy.

Był też Jeleński członkiem redakcji "Preuves" (redaktor naczelny Francois Bondy), miał rzeczywiście relations - wpływy, możliwości, stosunki - i mógł "wkręcać", "pomagać", tym bardziej że naprawdę chciał. W każdym razie dla Polaków z kręgu Old Navy i nie tylko stał się głównym źródłem "franciszków". Mimo że emigrant, znakomicie zorientowany, wiedział, kto jest kto i zgodnie z tym pomagał.

- Najwięcej właśnie Zbyszkowi - wspomina Mikołaj Bieszczadowski - bo wydał już dwa dobrze przyjęte tomiki. Mnie, bo z PAX-u, oczywiście mniej, ale jednak też; gdyby nie on, nigdy bym w Paryżu tyle nie posiedział. Wykombinował mi stypendium, śmiał się, że od masonów, po powrocie prosiłem więc o następne, obiecywałem, że będę im szył fartuszki, powiedział, że dość! A gdy przyprowadziłem Polkę, naciągaczkę, nie dał nic.

Byłem kiedyś w wyjątkowo trudnej sytuacji, wpadłem więc do niego do Kongresu, ale śpieszył się i nie miał drobnych, dał mi więc całe sto dolarów, sumę wtedy oszałamiającą. Pomagał też inaczej - kierował do zamożnych ludzi, m.in. markiza Kucharskiego, Polaka emigranta, właściciela jakichś fabryk. Polecił mu m.in. Rysia Ośniałowskiego, wrażliwego poetę, który nie nadawał się jednak do pracy fizycznej, tak że zrezygnował, znalazł coś w jakiejś instytucji emigracyjnej, zaczął starać się o azyl, odcinając sobie zupełnie drogę powrotu. Delikatny, bezradny, żył w nędzy, odwiedzał mnie czasem, sam jednak biedowałem, zarabiałem roznosząc po domach próbki musztard, odsyłałem go więc do Zbyszka Herberta, bo miał z nas najlepiej, mieszkał u kuzynki, został pupilkiem Jeleńskiego. Szydził jednak, jak to on, że Paryż to okrutne miasto, że aniołowie tacy jak Rysio w ogóle nie powinni tu przyjeżdżać, nadają się tylko do sowieckiej zony, do peerelowskiego opiekuństwa. A gdy biedny Rysio popełnił samobójstwo, pytał sarkastycznie, czy to warto było w tym celu przyjeżdżać do Paryża?

Oczywiście, za Jeleńskiego, za Morawskiego z Chrześcijańskiej Demokracji, z którym też miał stosunki, mógł oczywiście nie dostać paszportu, ale miał szczęście, nikt na niego nie doniósł, choć wtyczek nie brakowało.

Kot Jeleński zapraszał nas również do siebie, wtedy jeszcze na rue de la Payenne, gdzie poszedłem kiedyś ze Zbyszkiem, który, trzeba mu to przyznać, nikomu się nie podlizywał, nawet swoim dobrodziejom, i z nich pokpiwał w żywe oczy.

Z tym że Kota oszczędzał, bo wyjątkowo uroczy, inteligentny, święty. Wziął więc na cel Leonor Fini, choć mówiłem mu, żeby uważał, była nie tyle Włoszką, ile Triestenką, bardzo gwałtowną. Co więcej, jedyną kobietą, którą Kot naprawdę kochał, był wrażliwy na jej krytykę, choć rzeczywiście stawała się coraz bardziej karykaturalna, ekscentryczna.

Nie wychodziła długo do gości, a gdy się w końcu pojawiała, w dziwnych szatach i maskach, które co chwila zmieniała; Zbyszek mówił jej więc, że powinna zostać papieżycą, bo skoro była Joanna, dlaczego nie Leonor? I podpytywał, co właściwie ma na głowie, czy to aby nie ornat z dzwoneczkami? Bo choć zna się na malarstwie, nie rozumie jej obrazów, niby się tam coś kryje, a właściwie nie kryje. A do mnie, że z żyru zbiesiłas', że robi wszystko pour epater les bourgeois i podnoszenia ceny obrazów.

- Listonoszka, która przynosiła pocztę do Maisons Laffitte, wołała głośno, że to dla "Madame Kultura", myśląc, że to jakaś kobieta, a to dla "mesje Żedrłak", czyli Giedroycia, co podchwyciliśmy.

U "Madame Kultura" bywało po Październiku wielu Polaków: STS, Sandauer, później wymagało to odwagi, wiązało się z ryzykiem.

- Z tym że Zbyszek tylko do "Madame" zaglądał, zazdrościł mi więc, bo przez trzy miesiące u niej mieszkałem. Przed wyjazdem dostałem list polecający od kolegi z "Dziś i jutro", Janusza Przewłockiego, którego mama była z domu Czapska, tak że pozwolono mi zamieszkać w stajence, domu gościnnym w ogródku, przerobionym ze starej stajni, ze skromnymi pokoikami z kuchenką, gdzie mogłem gotować, choć czasem też donosił coś "wuj" Hertz. Zabronił mi wychodzić, gdy przyjechała Maria Dąbrowska - nocowała w domu głównym i nie chciała, żeby ktoś ją tu widział.

A Zbyszek zaglądał głównie na pięterko, do Czapskiego, rozmawiali o malarstwie, potem o wszystkim; zaprzyjaźnili się, wyglądali jak Pat i Pataszon. Od razu więc niejako się ustawił, bo wszyscy tu niby pod jednym dachem, nie był to jednak falanster ani kolektyw, ale - co trzeba podkreślić - kolejny numer zawsze wychodził.

Choć między Giedroyciem a Czapskimi nie było jeszcze konfliktu, tylko "ąse". Często o głupstwa; podzielono np. ogród i zaczynało się nawet, gdy Pisetka, piesek Maryni Czapskiej, nasiusiał na nie swoją część.

Wpadał też nie tylko do Czapskiego, ale i Hłaski, który mieszkał wtedy w stajence. Wyrzucał mu, tak jak i Rysiowi Ośniałowskiemu, że się zagubił, dał wykorzystać, faktycznie bowiem Giedroyc, dla którego wszystko było polityką, lansował go, promował, a potem odepchnął. Nie bez winy Hłaski, który rozrabiał, pił, bo źle się tu czuł, nie znał języka. Chodził do sklepów z bronią, podziwiał colty, a po wódce krzyczał, że wjedzie do "Lafitu" na czołgach, a Champs-Elysees będą się nazywały Avenue Wandy Wasilewskiej!

Polacy z kraju - uniżeni, ugrzecznieni - na ogół u "Madame" truchleli, Zbyszek natomiast, w końcu autor jedynie dwóch tomików, był sobą. Pokpiwał z Zofii Hertzowej, narzekającej nieustannie na finanse, a z "mesje Żedrłaka" za zbyt dobre serce dla rewizjonistów, których pełno było nie tylko na łamach, ale i w samym "Laficie".

Czy to warto, mówił, ryzykować paszport, żeby nadziać się na Ważyka, a tym bardziej Ważykową? - którą też gościli.

 

Saint-Sulpice

Maciej Morawski, dziennikarz Wolnej Europy, syn Kajetana, ostatniego ambasadora II Rzeczpospolitej w Paryżu, pamięta hotel na Saint-Sulpice, gdzie odwiedzał z ojcem Jerzego Zawieyskiego i u niego właśnie poznał Zbyszka Herberta. Młodego jeszcze, radosnego, który robił ciągle Zawiejowi kawały. Dzwonił np. z recepcji, udając Andre Malraux, ówczesnego ministra kultury i sztuki, pisarza katolickiego, a Zawiej blady, przerażony, święcie w to wierzył.

- Choć członek Rady Państwa, nie miał pieniędzy na kawiarnie i restauracje, umawiał się w hotelu. Był pierwszym przedstawicielem władz Peerelu rozmawiającym z emigracją i m.in. właśnie z Kajetanem Morawskim. Zapamiętałem oczywiście jedynie ton ich rozmów - wspomina Maciej Morawski. - Naiwność Zawieyskiego, dużego, ufnego dziecka, wierzącego w dobrą wolę braci komunistów. Gomułki, a już zwłaszcza Kliszki, bo cenił Norwida. Może dlatego tak przeżył potem swoje odsunięcie, że wolał śmierć?

Herbert natomiast, złośliwy, ostry, wbijający wszystkim szpile, nie wierzył w jakiekolwiek umowy z komunistami, nigdy ich przecież nie dotrzymują. Patrzył ostro, bezlitośnie i bez złudzeń, miał zdecydowanie antykomunistyczne poglądy, wielką wtedy rzadkość.

Podobne chyba tylko Tyrmand, którego Maciej Morawski krytykował w jednej z audycji Wolnej Europy za tekst w "Kulturze" paryskiej pt. "Rozrachunki osobiste", w którym oskarżał m.in. Wolną Europę, "Kulturę" paryską i w ogóle Zachód o ulgową taryfę dla rewizjonistów.

- Jego niezłomność raziła mnie - przyznaje Maciej Morawski - bo nawet mój ojciec chciał po Październiku jakoś się jednak z krajem dogadywać, szukać dróg kompromisu, "ratować substancję".

Czas przyznał jednak rację Tyrmandowi i Herbertowi, który, choć ostry, od razu mi się spodobał. W odróżnieniu od Polaków, którzy tu przyjeżdżali, nie pytał mnie, gdzie można by sprzedać polską wódkę? Choć nie uważałem tego za naganne, przeciwnie, za dowód żywotności Polaków, wypuszczanych z kraju z pięcioma dolarami.

Mój ojciec prezesował też jury nagrody Kościelskich, nazywanej polskim Noblem dla pisarzy przed czterdziestką, którą dostawały dwie osoby z kraju i dwie z emigracji. W 1963 z kraju właśnie Zbigniew Herbert. Ojciec uważał bowiem, że trzeba mu ją przyznać, nie tylko za poezję, ale i hardość, pryncypialność, które uniemożliwią mu splendory w kraju.

I miał rację, bo rzeczywiście nagradzano go wyłącznie za granicą, choć w Paryżu też miał wrogów, "umoczonych"; nigdy nie darowali mu wielu jego wypowiedzi. Ale i sporo przyjaciół, bo mieszkał tu wiele lat.

Już się jednak nie widywaliśmy, tak kiedyś radosny, towarzyski, stał się później samotnikiem, paryskim odludkiem, nigdzie nie bywał.

 

Quai d'Orleans - Biblioteka Polska

Wszyscy mi pewnie zazdroszczą, a nie wiedzą, ile się za to płaci. Jest godzina druga. Stoję przy bufecie i pociągam cienkie winko, myśląc tylko o tym, żeby nie upaść ze zmęczenia. Najlepsze życzenia z głębi mego kamiennego serca.

(1964, z Paryża do Władysława Walczykiewicza)

Jan Winczakiewicz, poeta i tłumacz, który dostał w 1963 Kościelskich razem z Herbertem, pamięta oczywiście ceremonię.

W Bibliotece Polskiej na wyspie św. Ludwika, w pokoju z biurkiem Adama Mickiewicza, prowadzoną przez ambasadora Kajetana Morawskiego, przedstawiciela starej emigracji, co miało symboliczną wymowę. Wręczał dyplomy (i koperty) młodym zdolnym z emigracji i kraju, nie przyjechał laureat Mrożek, nie dostał paszportu.

Bardzo się oczywiście cieszyli z Kościelskich, głównej nagrody emigracji, która bardzo się liczyła, a poza tym, zdaje się 3 tysiące franków szwajcarskich.

- Sporo, nawet dla mnie - wspomina Jan Winczakiewicz - choć pracowałem w sekcji polskiej francuskiego radia, a tym bardziej dla Herberta - z Polski, skromnego, naprawdę biednego, który nie miał z czego żyć.

Pomagała mu Kasia, jego narzeczona, w końcu żona. Młoda, ładna, bardzo mu oddana. I w Paryżu, i potem w Berlinie pracowała na czarno, sprzątała, zmywała, żeby tylko mogli jeszcze trochę na Zachodzie posiedzieć.

Pamiętam ich też z przyjęć u Kaziuńciów Wierzyńskich, przenieśli się wtedy z Ameryki do Paryża, bo bliżej Polski, wynajęli dom w Mangeron, od Miłosza, który wyjechał do Stanów. Kaziuńcio, choć do końca wyglądał znakomicie, przeszedł ciężki zawał, pilnowała go żona, nie mógł więc pić, nad czym bolał. Mógł za to śpiewać i śpiewał właśnie ze Zbiniem Herbertem, którego traktował jak syna. Popisowym numerem Zbinia - najmodniejszy wtedy przebój "Kaczuszka i mak".

W Paryżach późniejszych był już moralistą, Rejtanem, Katonem, ale wtedy jeszcze młody, beztroski, śpiewał u Kaziuńcia "Kaczuszkę".

 

 

Saksy

Kochany mój Władeczku, bracie i przyjacielu. Odlatuję niedługo, za półtora miesiąca do Ameryki na saksy, braciszku, jak nasi przodkowie-rolnicy.

(Do Władysława Walczykiewicza, Berlin, 1970)

 

"Los Angelos"

Nie miał pieniędzy i nie mógł, jak mówił, "z tej swojej ziemi rodzinnej, z tego kamienistego Podhala nic więcej wyciągnąć". Pojechał więc do "Los Angelos" na saksy. Na rok jedynie i "wyciągnął" nie tylko na dopłatę do większego mieszkania, ale też na zakupionego w drodze powrotnej używanego volkswagena busa, który "ma wygląd samochodu do przewożenia więźniów". Pozwolił mu przewieźć niezliczone paczki z książkami, jedyny jego dobytek, i "wieloletnie życie za granicą".

I jak to "powracający", denerwował się, "czy cło trzeba będzie płacić zaraz przy granicy, czy też pozwolą zajechać na miejsce?".

"Za tego visiting professor jeszcze się porachujemy", odgrażał się z kolei Lechowi Bądkowskiemu, choć został nim mianowany przez Stanowy Uniwersytet Kalifornijski w Los Angeles i zaproszony na rok akademicki 1970/71.

"Wysoko pociągnąłem", śmiał się, miał bowiem wtedy na swoim koncie kilka pierwszych tomików i jedyny wybór wierszy przełożonych na angielski przez Czesława Miłosza oraz Petera Dale'a Scotta. A przed nim zapraszano m.in. takie sławy jak Ann Porter, świetną jego zdaniem pisarkę; uwielbiał jej hiszpańskie historie.

Donosił przyjaciołom, że jego domowy adres to 86, Grace Terrace, Passadena, California 91105. Mały domek w północnej części Los Angeles - Passadenie. Pierwszym zakupem - stary ford, którym żona wozi go do college'u, jeździ na zakupy, bez samochodu nie sposób się tu poruszać, nie ma autobusów, taksówek, a przestrzenie ogromne, tak jak otaczająca ich monumentalna przyroda, na którą nie mają czasu, podobnie i na życie towarzyskie, powierzchowne zresztą i zdawkowe. Jedynym jego przyjacielem Henry Coulette, poeta, "no urok, sam urok", który popełnił później samobójstwo. Zawsze jednak uważałem, mówił Zbigniew Herbert, że gdy ktoś śpieszy się do Boga, trudno, niech idzie, Bóg mu ten pośpiech wybaczy...

 

"Same wypędki, wybiórki"

Nie udawał, że znalazł się w Berkeley czy Yale, ale w "najuboższym cmentarzu nauki, Los Angelos" State College. Najwyższy budynek, drapacz chmur, na wzgórzu pustym jak Golgota. Czterdzieści tysięcy studentów. Wszechwładne komputery, tak że po egzaminach specjalnym ołówkiem posuwało się studentom cyferki, pracowicie potem sumowane w wymaganą sumę piętnastu tysięcy; jego prymus miał piętnaście tysięcy siedemset dwadzieścia osiem, "co zapamiętałem na całe życie", śmiał się.

I choć to niby High School, większość studentów bez matury. "Same wypędki, wybiórki z mozaiki narodowościowej i rasowej. Obok Smithów Amerykanie pochodzenia hiszpańskiego, meksykańskiego, japońskiego, emigranci z Europy i Azji, a także spory odsetek czarnych. (...)

Niewielka niestety grupka hippisów, do których miałem słabość, przede wszystkim dlatego, że czytali więcej (acz niekiedy chaotycznie), niż nakazywała obowiązująca lektura. To już bardzo dużo".

W sumie jednak - rozpacz. Na nikim nie mógł się oprzeć, tym bardziej że gdy przyjechał, mówił po angielsku bardzo słabo, i oni go rozumieli, on ich nie. Uczył się jednak pilnie i w końcu jakoś sobie radził.

Zorientował się szybko, że wielu z nich nie umiało nawet czytać. Ale nie był to Uniwersytet Jagielloński - płacili za studia, musieli więc pracować, a ponieważ pracowali, nie mieli czasu się uczyć, koło się zamykało.

Jaki był tam poziom wcześniej, trudno powiedzieć, w każdym razie podczas jego pobytu - "dno absolutne. Depresja depresji. Największa w hemisferze zachodniej. Morze nie tyle Czarne, co Martwe".

"Co Pan właściwie wykładał? Domyślam się, że creative writing?" - spytano go już po powrocie.

- Myli się Pan. Strzegłem się creative writing jak diabeł święconej wody. Uważam, że nikogo nie można nauczyć pisać. Wykładałem dramat i poezję europejską XIX i XX wieku. Szybko oswoiłem się z tym, że większość moich studentów nie wie nic o Ibsenie, Czechowie, Strindbergu, Rimbaudzie czy Rilkem.

Był to zdrowy tusz na moje europejskie zarozumialstwo. Zaczynałem więc "od pieca", nie od literatury, ale od geografii, historii."

Na wykładzie o Ibsenie narysował więc mapę Europy, Półwyspu Skandynawskiego, pokazał, gdzie mieszkał Ibsen. Norwich. Norway! Ibsen. Henry Ibsen! Błagał, żeby nie czytali "Ajpsen, bo zastrzeli jak psów! Ajpsen nie egzystuje! Tak że chórem, ponurym, niczym w dramacie, powtarzali: Ibsen, Ibsen...".

A w jakim pisał języku? - zapytał też. I któryś się ośmielił; powiedział, że po europejsku! Zapamiętajcie sobie, błagał, że nie ma takiego języka! "Jest eskimoski, angielski, polski. Ale nie ma europejskiego! Smutek, jaki powiał na klasę, był nieopisany. Słońce zaszło, psy zaczęły wyć. A moja klasa w tej pustce wszechświata, bez kaganka oświaty, tułała się niczym rozbitkowie w łodzi".

Pokazał im też na mapie, gdzie mieszkał "poeta Strindberg", który, tak jak i on, nie lubił kobiet! A już zwłaszcza dwóch studentek - w ich oczach była bowiem absolutna niewiedza świata. Sto razy chciał wyjść zza pulpitu i udusić panienki!

 

"Tuman w tumana"

Gdy zadał im esej o swoim ukochanym Czechowie, "prawie zapluli mi tę miłość". Ale cóż, to były przecież dzieci, pokochał je więc tak jak i Amerykę, kraj emigrantów, którzy stosują do każdego nowego przybysza zasadę, a nie tylko formę "welcome". Inaczej niż w ojczyźnie dobrych manier - Francji.

"Tym bardziej że dostawałem ciężkie pieniądze, byli dla mnie dobrzy, krzywdy mi nie zrobili, musiałem więc łykać, co dają. Doszedłem więc do wniosku, że gdy nie otworzę przed nimi serca - zwariuję, powieszę się. Francuzi mówią słusznie: »Et pour aimer la chose si bete, il faut aimer tendrement«, co znaczy: »Żeby kochać taką głupią rzecz, trzeba kochać czule«. To genialne, to się stosuje do małżeństw, do przyjaźni, do wszystkiego".

Gdy zjawił się w Ameryce, los zrządził trzęsienie ziemi. Nie miał jednak czasu, żeby się tym interesować - całą noc poprawiał eseje swoich "kochanych tumanków". Kochał ich czule, jak ojciec, ale cóż - "tuman w tumana". Oni natomiast się go bali, ale to dobrze, "orkiestra musi się bać!".

Jeden z jego uniwersyteckich kolegów, Norman, błagał go, żeby tego nie czytał, bo nikt tak nie robi, tylko wyrzuca przez okno! Ann Porter, chcąc ustrzec się choćby chęci rzucenia na to okiem, wiązała sznurkiem i wyrzucała przez okno! - Wyrzuć i ty! - podjudzał Jonatan.

Ani jednak myślał, poprawiał ich prace, przygotowywał się do wykładów.

 

Twoja mała Kiki

Nie było jednak chyba tak źle, skoro tam właśnie napisał "Pana Cogito", swój tom najważniejszy - i to pod każdym względem.

Już po powrocie z saksów, w drugiej połowie lat 70., obawiając się najprawdopodobniej rewizji, dał jednemu z przyjaciół na przechowanie paczkę "bibuły", nigdy jednak jej nie odebrał. Dołączył - przypadkowo? celowo? - kopertę z listami od kobiet, przede wszystkim wielbicielek "Pana Cogito", którym odpisywał, z którymi się spotykał, rozmawiał - nie tylko o poezji. Jedna z nich, Joanna, Skorpion tak jak i on, przepraszała go za swoje wczorajsze zachowanie, pisała czule do czytania w noc bezsenną, niepewną. Krystyna z Łodzi z kolei nie wierzyła, że "Pan Cogito" wkrótce, jak obiecywał, ją odwiedzi - czy chce wprawić ją w stan trwożnego, rujnującego oczekiwania?

Dołączył też listy nie tylko od czytelniczek "Pana Cogito". Chociażby od Kiki z Frankfurtu nad Menem, która nazywała go "meine liebes Zbigniew". Przepraszała za swoje głuche (ze względu na żonę) liczne telefony podczas jego stypendialnego pobytu w Niemczech, ale bardzo chciała go złapać, nie wiedziała, czy wrócił już do Polski. Dostała na szczęście jego adres od Elfi, a może nie od niej? Gdyby nie pewność, że powrót do Polski dobrze mu zrobi, byłaby nieszczęśliwa. Całe szczęście, że siedemnastowieczni jezuici, którymi się właśnie zajmuje, kierują jej myśli w stronę jego kraju. Ale może już dość wyrzutów - co u niego? Chciała, żeby się już na nią nie gniewał, powtarzał przecież, że zawsze będzie jego małą Kiki, pisała na zakończenie listu z 1975 roku.

Jak Ty nic nie rozumiesz, jak Ty nie wiesz, co to znaczy kochać Ciebie... - skarżyła się z kolei Inka z Sopotu, która bolała, że znów się nie spotkali, choć oboje przecież tego pragnęli. Podała swój adres, dotarłam więc do niej - mieszka obecnie w Wiedniu, jest emerytowaną już dziś lekarką.

- Poznałam go w Sopocie - wspominała - gdzieś tak w drugiej połowie lat sześćdziesiątych. Leczyłam jego mamę, starszą panią cierpiącą na labilność nastrojów, wzloty i depresje. Przyszedł kiedyś zapytać o zdrowie mamy, zaczął już podróżować i miał wyrzuty sumienia, że za mało się nią zajmuje.

- Zawsze gdy do niej przyjeżdżał - kontynuowała - spotykaliśmy się. Na plaży, na molo, gdzie kupił mi bursztynowe serduszko. Ukrywał się u mnie, przeczekiwał, gdy publicznie gdzieś coś chlapnął. Odwiedził wkrótce w Wiedniu, dokąd wyjechałam. W Polsce był przygaszony, spięty, w Wiedniu - wyzwolony, radosny. Tańczył ze mną na ulicy, zaprosił do wytwornej kawiarni w hotelu Sachera. Spędziliśmy razem noc - byłam wolna, on jeszcze nieżonaty, choć nie ukrywał, że ma kogoś, komu wiele zawdzięcza. Nigdy się więcej nie odezwał, tak że ja też nie próbowałam i mam dziś ładne wspomnienia.

- Wyjechałam z Polski, mam więc tylko jego tomik z dedykacją, że tak jak jego mama, chciałby być moim pacjentem. Karteczki od niego gdzieś zapodziałam, nie spodziewałam się, że przechował moje, bo była to miła znajomość i jedna, jedyna noc, nic więcej.

 

"Shut up, doc!"

Udowadniał ciągle, że "Polak potrafi", i zadał na przykład od razu opracowaną przez siebie - z omówieniami, anegdotami - listę lektur obowiązkowych. Trzydzieści pozycji. "Tumanki" pytały go więc: "How it is possible, doc?" - bo tak zwracano się do profesorów. - Possible, possible - odpowiadał. - Macie przeczytać i już! A jeżeli nie, dostajecie dwóje i siedzicie!

- Pan się nie boi? - spytał go wtedy jeden z nich, Short.

Były to czasy kontrkultury, wojny w Wietnamie, a przede wszystkim czarnych panter; black panthers, "kolegów Angeli Davis, zamachowczyni". Terroryzowali wykładowców, pilnując, czy są wystarczająco postępowi, lewicowi i antykapitalistyczni.

Mieli na campusie własne królestwo, tak zwany "ogród małp". Przy głównej drodze, bez żadnego drzewka i krzaczka, gdzie na oczach wszystkich uprawiali miłość, "rozdawali dragi". "A gdy przechodziłem obok nich - wspominał - wygrażali na mnie, pluli. Zabiją cię, ostrzegali uniwersyteccy koledzy, pamiętaj, gdyby się coś stało, telefonuj na policję!".

A któregoś dnia, podczas jednego z wykładów, otworzyły się nagle drzwi, wpadło dwóch black panthersów, czarnoskórych, rosłych chłopów.

- Shut up, doc! - krzyczeli. - Stul pysk, profesorze! - I rozdawali dragi. Miał nadzieję, że pomoże mu Short, powie np., że nie był jednak murzynożercą lub coś podobnego. Ale nawet nie drgnął, oglądał szpice swoich wyglansowanych butów; ubierał się znakomicie, o wiele lepiej od "doc" Herberta.

"Musiałem radzić sobie sam - wspominał - powiedziałem więc, że cieszę się z ich wizyty! Zapraszam do pierwszego rzędu! Będę mówił dziś o rewolucjoniście Strindbergu!". Słuchali, nic nie rozumieli, ocenili jednak chyba nie najgorzej, po wykładzie podeszli bowiem do niego, "podali grabule". Został królem Murzynów, cieszył się.

Ale jego największe zwycięstwo to czarnoskóry Short, dwumetrowy koszykarz. Siadał zawsze w pierwszym rzędzie, wyciągał swoje długie nogi, z których każda mówiła: ja cię skopię, ty... Mimo to nie bał się go, choć tak naprawdę się bał, wiedział jednak, że trzeba wtedy po prostu się nie bać...

Tak że choć "uczony Short" nienawidził go coraz bardziej, intensywniej i zuchwałej, dał mu wreszcie niedostateczny! Niedostateczny! Nie wierzył Short własnym oczom, przyszedł, spytał, czy może przejść na następny semestr.

"Tylko po co - odpowiedział mu, choć skóra mu cierpła - skoro w ogóle się nie uczysz? Będzie tak samo, nie myśl, że się w tobie zakochałem, bo nogi wyciągasz...".

"Uczony Short", jak go nazywał, obiecywał wprawdzie, że się poprawi, ale studził go, mówił, że uwierzyłby prędzej w spadające z nieba złote jajka lub monety!

Przed powrotem do Europy, do Polski, zarządził egzamin ustny, na uczelniach amerykańskich rewolucja absolutna. I jako ostatni zjawił się "uczony Short" - zestresowany, zdenerwowany. "On się mnie bał, ja się go bałem, nieznośna sytuacja".

Spytał go, co wie o Czechowie? O dziwo, wiedział, że się urodził, że już zmarł, że najwybitniejszy dramaturg Związku Sowieckiego, "co darowałem i puściłem". Ale z drugim pytaniem już gorzej, przyznał się bowiem, że nic jeszcze Czechowa nie czytał, ale przysięga, że teraz zacznie, i w płacz, "w bek, i to tak, że ja też zacząłem" - wspominał zawsze Zbigniew Herbert, bo to był cud, przemiana Szawła w Pawła!

- Doc - łkał Short - pan mi dał wiarę w człowieka, jako jeden, jedyny odważył się mnie oblać!

Nigdy mu tego nie zapomni, dlatego właśnie postanowił zostać nauczycielem! Profesorem Shortem! W Teksasie, skąd pochodzi, chce uczyć tuman-ków i też żadnych różnic - biali, czarni, wymagać będzie od wszystkich!

Ponieważ jednak nikt nie wierzył w jego złe noty, na pożegnanie poprosił Herberta: Doc, czy nie mógłby mi ich pan wysłać na piśmie?

 

"Cal-Tec musiał się obyć bez Sokratesa"

Miał szansę na jeszcze jeden rok saksów, ale nie wyszło z powodu Camusa.

Konflikty pomiędzy moim mężem a środowiskiem intelektualistów zarówno w Niemczech, jak i Stanach Zjednoczonych polegały na tym, że odrzucał tzw. polityczną poprawność, wspominała Katarzyna Herbertowa. Nie mógł zrozumieć, dlaczego ignoruje się zło, które w naszej i nie tylko naszej części świata wyrządza ideologia komunistyczna.

Gdy kończył się już kontrakt na uniwersytecie w Los Angeles, zaproponowano mu wykłady Cal-Tec, bardzo ekskluzywnej uczelni.(...) Oferta wydziału humanistyki była korzystna, stała posada, wysokie honorarium. Miał tylko niczym Sokrates chodzić sobie po campusie i dyskutować ze studentami. (...) Kolega z jego uniwersytetu, który pośredniczył między władzami Cal-Tecu, zaprosił nas na kolację, na której miał poznać dziekana anglistyki tej uczelni i omówić szczegóły kontraktu. W czasie kolacji rozgorzał spór najpierw o Sołżenicyna. Zarówno dziekan, jak i jego francuska żona zakwestionowali wielkość rosyjskiego pisarza. Padło sformułowanie, że jest to "sława jednego sezonu". Potem zabrali się za Camusa.

(...) Wreszcie żona profesora w niesłychanym podnieceniu rzuciła z wściekłością argument, dowodzący, że Camus był człowiekiem podłym, ponieważ uwodził młode dziewczęta i ona sama była jego ofiarą. Zbyszek powiedział wtedy coś, co spowodowało, że potężny dziekan rzucił się na niego i doszło do rękoczynów. Ucierpiały meble miłych gospodarzy. Na drugi dzień udałam się do nich z kwiatami... ale Cal-Tec musiał się obyć bez Sokratesa.

 

 

Mesje Erber

Kocie, mój Kochany, (...) pozdrów naszych przyjaciół i znajomych, a osobliwie Józia, p. Marynię, a także domostwo drogich państwa Laffitów. (...) Jezu, Jezu, ja już Zosię Hertz zaczynam kochać i tęsknić za nią.

 

"Wręcz maniakalny" - 91, avenue de Poissy, Le Mesnil-le-Roi, Maisons Laffitte ("weranda")

Gdy pytam o Herberta, Zofia Hertz wychodzi, a Jerzy Giedroyc uprzedza od razu, że będzie mówił o nim krytycznie. Poezja nie jest wprawdzie jego stroną najmocniejszą, przyznaje, ale bez wątpienia to poeta wybitny, którego cenił i wydawał - najpierw "Raport z oblężonego miasta", potem "Elegię na odejście"; wyjątkowo się rozeszły, zostały dwa egzemplarze archiwalne.

Człowiek jednak, najłagodniej mówiąc, nieznośny. Urocza za to żona oraz szwagierka, Teresa Dzieduszycka, ceniła szwagra, ale miała do niego stosunek trzeźwy.

Stosunki między nimi bardzo różne, na ogół złe, ale mimo to długo nie zerwane, ale w końcu tak, i to zupełnie. Nie potrafił bowiem podzielać jego ostrych antykomunistycznych poglądów - nie lubi skrajności w żadną stronę.

Atakował choćby brutalnie i niesprawiedliwie Czesława Miłosza, insynuując, jakoby powiedział, że Polskę należałoby przyłączyć do Związku Sowieckiego, co jest przecież absurdem.

- Wiem oczywiście - mówi Jerzy Giedroyc - że krytycy Miłosza podpierali się moją "Autobiografią na cztery ręce", w której pisałem o rozmowach z nim:

(...) Dla Miłosza przez cały czas byliśmy dobrymi faszystami, jakbym to w skrócie powiedział. Awantury między Miłoszem a nami, zwłaszcza Zygmuntem i Zosią, były stałe. (...) Negował istnienie łagrów, trochę z przekory, a trochę dlatego, że nie bardzo w to wierzył. Ale faktem jest, że występowały między nami różnice w ocenie Związku Sowieckiego i stalinizmu, do którego podchodził w sposób bardzo łagodny. Herbert zrobił mu w Berkeley dziką awanturę, kiedy użył u siebie w domu określenia "bandyci z AK".

- Ale wyciągano to zupełnie bezsensownie - kontynuuje Jerzy Giedroyc - o niczym to nie świadczy. Miłosz mówił i mówi różne skrajności wyłącznie z przekory, żeby prowokować i drażnić "reakcjonistów".

A już zwłaszcza, gdy wybrał wolność, bo tego czasu dotyczy cytat z "Autobiografii", znajdował się w fatalnym stanie nerwów - na skutek donosów rodaków nie otrzymywał amerykańskiej wizy, a jego żona po drugim, ciężkim porodzie, tak że nie panował nad tym, co mówi, nie zależało to tylko od niego. Tak samo zresztą jak i Herbert - po alkoholu agresywny, nieobliczalny.

W stosunku do wielu spraw, przede wszystkim właśnie AK, Powstania Warszawskiego, powojennej konspiracji - wręcz maniakalny, po krytycznej tylko uwadze o AK zrobił kiedyś gest uznany ogólnie za nieprzyzwoity; wypiął się i kazał pocałować się w tę gołą polską!

To Zosia rządziła finansami, obraził się więc na nią za śmieszne, jego zdaniem, honorarium, choć wiedział dobrze o sytuacji "Kultury". Wynajął już nawet adwokata. Po jego awanturze coś mu jeszcze dodała, uznał to jednak za zniewagę, odmówił przyjęcia, przekazał na szkołę ukraińską i wymusił, abyśmy odnotowali to na łamach!

(Nr 7 "Kultury" rok 1990, w rubryce "Wpłaty na internat liceum ukraińskiego w Legnicy" - Zbigniew Herbert, 3 tys. franków, honorarium za "Elegię na odejście").

Od tego czasu dokuczał Zosi w sposób niewyszukany, skandaliczny, dzwonił np., opowiadał szmoncesy, a któregoś dnia, gdy się upił, po prostu ją kopnął i nawet nie próbował potem przepraszać, twierdził, że bardzo dobrze, powinna znać swoje miejsce!

- Oczywiście - kontynuuje wzburzony Jerzy Giedroyc - przyzwyczailiśmy się do scen najróżniejszych, bo pił Hłasko, Kisiel, na drugi dzień wracaliśmy jednak do serdecznych stosunków, z zawziętym Herbertem było to jednak niemożliwe.

Zerwaliśmy więc w końcu zupełnie. Mimo to przyjeżdżał nadal, wyłącznie jednak do Józia Czapskiego, "żołnierza i patrioty", jak pokrzykiwał. Wtaczał się hałaśliwie i demonstracyjnie "na pięterko", a gdy wychodził - oczywiście po alkoholu - zatrzymywał się jeszcze na werandzie, gdy siedziałem sam albo z Zosią, stawał w drzwiach i jeszcze nam wymyślał! Wolałbym jednak tego nie powtarzać, tak że to wszystko było bardzo przykre i nieprzyjemne.

Musiało się skończyć.

 

"Narobić na słomiankę"

Początkowo "Kicia Herbert" leżała też na sercu Zygmuntowi Hertzowi. "Szukał dla niej możliwości, żeby i jej nie wsadzić pod tę prasę", wysyłała kuskus w puszkach, którymi się żywiła, później pisywał jednak o niej krytycznie, jak zresztą o większości "pisssssarzy" z Priwislanii: "Tyrmendzie", "smrodzie starego Wańkowicza" itd.:

1.28.1968: Zbyszek Herbert narobił jakichś idiotyzmów z New Leaderem. (...) Podejrzewam, że był zalany i gadał jakieś głupstwa czy dowcipy ot, rezultat. Taki zdolny facet i zawsze musi narobić na słomiankę.

26.01.1970: Czy naprawdę myślisz, że Kicia nienawidzi ciebie? Wszyscy ludzie z fachu nienawidzą się nawzajem.

26.03.1971: Herbert chce uzbierać na domek na Mazurach - może tam kiedyś i wróci, chce jak najdłużej korzystać ze wspomnianych dobrodziejstw, aby potem żyć tam w podziwie i zazdrości - nawet to łatwo przychodzi, bo byłe gie z Zachodu tam jest na wagę złota i podziwów.

28.05.1971: List od Herberta - wraca do Polski 15.07. Rozumiem tę decyzję jako kapitulację w sensie urządzenia się na Zachodzie. Mój stosunek do H. jest obojętnie życzliwy. Nie jestem z nim w przyjaźni. (...) Myślę, że będzie obsypany dobrodziejstwami - świeża twarz w Spatifie i środowisku, namaszczona pobytem w Ameryce. (...) Przypuszczam, że H. zrobił wszystko, aby sobie pozrażać łudzi, ma do tego duży talent i wie komu wbić szpilkę w tyłek.

 

"Second hand" - Maisons Laffitte ("pięterko")

Pani Janina Gąskiewicz, wieloletnia opiekunka Józefa Czapskiego, pamięta, gdy Zbigniew Herbert przyjechał zimą 1986 do "stajenki" lekko ubrany, zrobiło się tymczasem wyjątkowo chłodno, a nie miał grosza, zaproponowała mu więc, żeby poszli na tutejszy targ, gdzie można było tanio kupić coś z "second hand". Zgodził się i wypatrzył u jednego ze sprzedawców, Araba, noszoną trochę, ale czystą i w niezłym stanie wełnianą jesionkę - dyplomatkę za 200 franków. I już oczywiście kupował, wspomina Janina Gąskiewicz, zaczęłam się jednak targować. Bierzemy za 50, oświadczyłam! Za 100, uparł się Arab i kupiliśmy. Zaprosił mnie więc na kawę, wyściskał, wycałował. A każda by chciała, masz paniusiu szczęście, komentował Czapski.

Przyjaźnił się z Herbertem, który wyniósł się z "Kultury" już po dwóch miesiącach, bo niezbyt mu się tu układało. Otwarty, żywiołowy, niekonwencjonalny, walił prawdę w oczy - Miłoszowi, Giedroyciowi, wszystkim. Sypiał w dzień, pracował w nocy. Giedroyc natomiast zupełne przeciwieństwo: skryty, nieufny, powściągliwy. Ranny ptaszek - zasiadał codziennie przy biurku o ósmej rano.

Zerwali zupełnie, może po sprawie honorarium? Zofia Hertzowa, która zawiadywała finansami, zawsze narzekała, biedowała, skąpiła personelowi, autorom, milczeli jednak dla "Sprawy". Herbert natomiast demonstracyjnie dopominał się o pieniądze - mają przecież prenumeratorów, wydają książki! W końcu więc mu zapłaciła, ale uznał to za żarty, uniósł honorem i nie wziął!

Dostał na szczęście socjalne mieszkanie od Chiraca, ale puste, z gołymi ścianami, powiozła mu więc prezent od Czapskiego: jeden z jego obrazów, który sprzedał wkrótce na życie. Mimo wyprowadzki nadal przyjeżdżał, wyłącznie jednak do Józia, na pięterko, oddzielne Księstwo, gdzie mieszkał z siostrą Marynią, notabene bardzo o niego zazdrosną, a po jej śmierci - sam.

Kochanej pani Janinie Gąskiewicz wraz z najlepszymi wspomnieniami paryskimi, Zbigniew Herbert - napisał jej w lutym 1988 na swoich "Dramatach".

- I to prawda - mówi Janina Gąskiewicz - rzeczywiście takie były. Ośmieliłam się na przykład i poprosiłam, żeby napisał dla mnie wiersz. Dosłownie go zamurowało. "Jesteś babo bezczelna", powiedział, "ale co z takimi robić?". I napisał, ale gdzieś go zapodziałam.

Nie mógł odmówić, była przez 13 lat opiekunką i towarzyszką, dame de compagnie Józia Czapskiego, jego wielkiego przyjaciela.

Uważał, że rządzi "panem Józefkiem", nazywał więc Napoleonem, albo paniusią, tak właśnie jak Czapski. Co więcej, skierowała ją do "Kultury", do pomocy Czapskim, jego szwagierka, Teresa Dzieduszycka, za co jest jej niesłychanie wdzięczna.

"Pan Józefek" miał wtedy tylko 84 lata, był w świetnej formie, jeździł jeszcze do Paryża swoim motorem, mobiletką, którą zostawiał na Gare Saint-Lazare, siadywał w okolicznych kafejkach, rysował. Początkowo więc zajmowała się głównie panią Marynią, ale ślepł coraz bardziej, choć czytał sam o wiele dłużej od siostry. Wcześniej gotowała im dochodząca Francuzka, czytali paryscy Polacy, m.in. Wojciech Pszoniak, z żoną, ona natomiast robiła wszystko: prowadzała na spacery, czytała, gotowała.

Po śmierci pana Józefka dla Giedroycia i Hertzowej, bo choć we wszystkich wywiadach opowiada o swoim gotowaniu, o zupie pomidorowej, nie dodaje tylko, kiedy to było? Wyłącznie na "Korneju", w pierwszych latach "Kultury", później zawsze już zatrudniała kucharkę, spory personel, o którym właśnie nigdy się nie mówiło, podkreślając, że to dzieło tylko dwóch osób. Oczywiście mózgiem był Giedroyc, Hertz, Hertzowa, ale zawsze też liczny personel. Dudek - brat Giedroycia, Jacek Krawczyk - od książek i archiwum, Jula Juryś - korektorka i tłumaczka, Leszek Czarnecki - ekspedycja, sekretarka Giedroycia, sprzątaczka i oczywiście Janina Gąskiewicz. Prowadziła kuchnię polsko-francuską, choć Józio lubił wszystko, zupy już przecierane, a najbardziej desery, które trzeba było przed nim chować. A Giedroyc i Hertzowa - kurczęta, nerki baranie, kotleciki siekane w sosie grzybowym, sztukamięs, sałata. Oczywiście do obiadu i kolacji - zawsze wino.

A z Czapskim świetnie jej się pracowało - umiał wyczuwać ludzi, tak że sympatia była wzajemna, inaczej nie wytrzymaliby razem tyle lat. Raz tylko zazgrzytało, bo lubił wódeczkę, whisky, piwo, poskarżył się więc swojemu lekarzowi, gdy zabroniła mu nawet na kieliszek po posiłku, bo brał antybiotyki. Mimo to lekarz mu pozwolił, aby nie za dużo. Popijał więc, ale tylko do posiłku, do końca, a żył lat 97, umysł miał ciągle sprawny. Herbert też już wtedy pił niewiele, bo chorował na astmę, był przy kości, tak że z trudem, sapiąc, wchodził nawet na pięterko. Gdy tu przyszła, towarzystwo miało już swoje lata, za dużo już nie piło, ale wcześniej, słyszała, jak najbardziej.

Gdy zjawiła się w "Kulturze" po raz pierwszy, wydało się jej tam bardzo biednie. Zwłaszcza u Czapskich, którzy mieli własne pokoje z łazienkami, wspólną natomiast kuchnię z dwupalnikową tylko płytką na butlę z gazem; automatyczną pralkę kupił im dopiero pan Wajda z panią Zachwatowicz.

Józio sprzedawał obrazy, miał więc własne pieniądze i gospodarował z siostrą oddzielnie. Sami płacili za gaz, światło, sami jadali, nigdy na dole z Giedroyciem i Hertzową.

- Stosunki między nimi bardzo już napięte, gdy wyszłam po raz pierwszy na spacer z Czapskim, przedstawił mnie Giedroyciowi. "Nie wiem, czy pani współczuć, czy gratulować", powiedział - wspomina Janina Gąskiewicz. - Już wtedy prawie ze sobą nie rozmawiali, choć Czapski próbował, ale bez rezultatu, godził zresztą wszystkich, choćby Hertza z Hertzową, bo miał dość obszczeżitia, kolektywu, chciał odejść. Jedynie w ostatnich dniach Czapskiego Giedroyc stawał czasem w drzwiach jego pokoju, ale dumny, nieodgadniony, nie mówił nic, tylko: "Co słychać Józiu? Jak tam?".

"Jeszcze żyję", odpowiadał, "jeszcze chyba nie śmierdzę?".

I tylko stypa po nim odbyła się na dole, na werandzie, choć nie bywał tam od lat, na płycie nagrobkowej nie ma jednak - tak jak Hertz - znaku "Kultury".

O co im poszło, dlaczego tyle lat nie rozmawiali, trudno powiedzieć. Józio nigdy o tym nie wspominał. Może m.in. o stosunek do Kościoła? Był głęboko religijny, chodził na msze co niedziela, najpierw sam, potem już ze mną. Bardzo wysoki - dwa metry i dwa centymetry, znany, sławny, wszyscy okoliczni Francuzi rwali się więc, żeby go odwieźć, wolał jednak wracać piechotą. Gdy leżał już tylko i chorował, to księża do niego przychodzili, co irytowało antyklerykalnego Księcia.

W swoich ostatnich latach lubił najbardziej, gdy czytałam mu jego własne książki, zwłaszcza "Na nieludzkiej ziemi" i "Zapiski starobielskie".

"Wiesz paniusiu - mówił - dlaczego to jest dobre?

- Bo prawdę napisałem".

- Po jego śmierci gotowałam jeszcze przez jakiś czas Hertzowej i Giedroyciowi, który do kuchni zaglądał tylko przed Wigilią, interesował się wyłącznie świątecznym bigosem, tak że sam dosmaczał, dolewał wina, mieszał i próbował.

Ale Zofia Hertzowa była panią tego domu, także i w kuchni, wtrącała się do wszystkiego - do kotletów i świątecznego menu, chciała, żeby wszystko było jak najtaniej, na Wigilię np. sałatka ziemniaczana, tak że musiałam walczyć o ryby.

Musiało więc dojść do starcia i doszło, odeszłam z Lafitu, ale mimo to wspominam te lata jak najlepiej - pracowałam z Czapskim, poznałam Herberta. Warto było.

 

"Bez przydziału" - Maisons Laffitte ("stajenka")

Gdy byłem w Europie Zachodniej, nie mogłem znieść tych przeklętych lewicowców, którzy nigdy nie widzieli cierpienia.

Z wywiadu z B. i J. Carpenterami, lipiec 19845

Gustaw Herling-Grudziński widywał się z nim podczas swoich lafickich miesięcy i pamięta wiele spotkań. I nie tylko tych w "Laficie", w stajence, gdzie podmieszkiwali, ale i wcześniejszych. U Kota Jeleńskiego, Janka Lebensteina, Kasi, jeszcze narzeczonej, w jakimś jej chambre de bonne, gdzie wyjątkowo długo guzdrała się z kolacją, opróżnili więc ze Zbyszkiem do dna wielką flachę whisky, którą kupił w samolocie, ale powolutku, po troszeczku, nie jak Polacy czy Rosjanie, czyli duszkiem, Zbyszek odprowadził go więc do metra krokiem wcale nie chwiejnym.

Sporo też korespondowali, wymieniali "ideologiczne" listy, bo wiele ich łączyło. Miłość do Włoch, do włoskiej sztuki, Piera Della Francesca, Holendrów. Do tych samych pisarzy: Camusa, Conrada, Czechowa, Orwella. Niechęć też do tych samych, zawsze na fali, zawsze spadających na cztery łapy: Kotta, Brandysa, autora rzeczy najbardziej obrzydliwych: "Nim będzie zapomniany", "Człowiek nie umiera". Do "Sartrów" jak mawiał Zbyszek, zachodnich lewicowych intelektualistów, "postępowiczów". Na Zachodzie ich terror był jeszcze silniejszy, zwłaszcza właśnie we Francji i Włoszech, gdzie komuniści mieli wielkie wpływy. Włoska partia, chyba najpotężniejsza, miała w mediach wielu swoich "pożytecznych idiotów", którzy starali się, aby inaczej myślący byli przemilczani lub nieistniejący.

Tak że "Inny świat" ukazał się dopiero w 1985, bo przed Sołżenicynem nie wierzono w sowieckie łagry, a już zwłaszcza Polakowi, uciekinierowi z socjalistycznego raju. We Francji właśnie Zbyszek był najmniej znany, prawie nie wydawany, tylko pojedyncze wiersze, tomik w nieliczącym się wydawnictwie. U Fayarda bardzo późno.

Podczas jego pobytu w Berlinie na stypendium Forda trwała wojna wietnamska, oczekiwano więc, że będzie oczywiście, jak wszyscy, o niej pisał, zostanie polskim Majakowskim. Odmawiał jednak, tłumacząc się książką o wojnach punickich, w każdym razie o antyku, który był ucieczką, także i tam.

Rozczarowywał, ale też podobał się, widziano jego osobowość, siłę, był, jak mówił, drugim po Gombrowiczu, który ratował honor Polaków. Polubił Berlin, który starano się ożywić, ściągając artystów z całego świata, stwarzając im dobre warunki. Dobrze się tam czuł mimo początkowej językowej blokady, nie mógł długo czytać po niemiecku swoich wierszy.

- W dyskusjach przyjmował zawsze prowokacyjnie postawę starego reakcjonisty, lwowiaka, a ja - łagiernika - wspomina Gustaw Herling-Grudziński. - Krótko mówiąc, łączyły nas skrajnie antykomunistyczne poglądy. Na wszystko, zwłaszcza konieczność lustracji i dekomunizacji. Obłapki przy Okrągłym Stole, bruderszafty z kainami, zamazywanie, choć byli to przecież więźniowie i strażnicy. Jak powiedziała kiedyś Anna Achmatowa - dwie Rosje, które muszą kiedyś spojrzeć sobie w oczy.

Nic więc dziwnego, że "środowicho", jak mawiał Lebenstein, na ogół oczywiście lewicowo-liberalne, uważało nas za oszołomów, trędowatych, ciała obce, rarogów, bez przydziału. Zwłaszcza bowiem w Prlu, jak mawiał "niefonetycznie" Zbyszek, pisarz musiał mieć jakiś przydział, być w jakiejś grupie albo siedzieć chociażby w Czytelniku.

- Bezkarnie to jednak uchodzić nie mogło - kontynuuje Gustaw Herling-Grudziński - przez cały okres Peerelu zakazem druku objęto nie tylko moje książki, ale i nazwisko. Dopiero po 1989 zostałem, jak żartuję, "powracającym z zagranicy", zaczęto mnie wydawać, mogłem przyjeżdżać i dopiero wtedy moja żona, która mi towarzyszyła, zauważyła, że jestem znany i popularny, przedtem wiedziała tylko, że czernię papier. A prezydent Łodzi, uroczy człowiek, Marek Czekalski, zaproponował nam dom w zamian za osiedlenie się. Kraków ma Miłosza i Mrożka, Łódź też chciała mieć swego pisarza, ale żona, niestety, odrzuciła propozycję, choć groziłem, że przeniosę się sam, a może znajdę sobie polską żonę?

A Zbyszek z kolei nie dostał Nobla, którego otrzymują ostatnio twórcy proweniencji lewicowej albo nawet jawnie komunistycznej, choćby Dario Fo, zwolennik Fidela Castro; nagrodą dla niego starcy ze Szwedzkiej Akademii skompromitowali się, moim zdaniem, zupełnie.

Zawsze to mówiłem, powtórzę więc jeszcze raz, że jeżeli Nobla miał dostać polski poeta, to oczywiście on, a nie Szymborska, którą poznałem we Wrocławiu, polubiłem jako osobę i nie ukrywałem przed nią swoich opinii. Jest bardzo dobra, ale jednak nie ten kaliber, co Zbyszek. Stała mu się krzywda, bo Nobel by go odrodził, postawił na nogi, niesprawiedliwość zabija. To nieprawda, że o nim nie myślał, z dumą mówił mi przed laty w Paryżu, że w "Neue Zuricher Zeitung" pisano, że powinien go dostać.

Kandydował od dawna, był znany i tłumaczony w świecie długo przed Miłoszem, a tym bardziej Szymborską. We Włoszech wstęp do jego poezji, wydanych dopiero w 1993 w największym włoskim wydawnictwie Adelphini z Mediolanu, napisał Josip Brodski; Zbyszek chciał przecież, tak jak i on, umrzeć i być pochowanym w Wenecji. Co więcej, był nie tylko wybitnym poetą, uniwersalnym i polskim, ale też eseistą, autorem "Barbarzyńcy", "Martwej natury z wędzidłem", które bardzo cenię, bo sam piszę o sztuce. Niezłe są też jego dramaty, choćby "Lalek", obejrzałem go niedawno w telewizji Polonia.

- Był tylko jednym z autorów "Kultury" i zerwał - nie on jeden - gdy zaczęło mu być z Giedroyciem nie po drodze, miał dość jego życzliwości i wyrozumiałości dla rewizjonistów, potem ekskomunistów. A jako człowiek wielkich namiętności, jak już zrywał, to gwałtownie, trzaskając drzwiami!

Po konflikcie za honorarium, uznanym przez niego za "pourboire", wszedł w konflikt z Hertzową, która nie pozostawała mu dłużna. Trudno nie docenić jej wielkich zasług, ale lubiła też dokuczyć, dotknąć, co trzeba jednak zrozumieć - była sierotą, wychowaną przez obcych ludzi, za to Zygmunt, jej mąż, ciepły, uroczy, zupełne przeciwieństwo.

Choć oczywiście zerwanie Zbyszka z "Kulturą" a moje ma wymiar zupełnie inny. Pracowałem tam przecież lat pięćdziesiąt i - gwoli prawdy historycznej - to ja wymyśliłem nazwę i pismo. Giedroyc bowiem, o czym zapomina, chciał początkowo tylko założyć wydawnictwo książkowe, choć później oczywiście "Kultura" stała się jego wielkim dziełem. A poróżniło nas to, co się stało w Polsce po zwycięstwie postkomunistów, co nie tylko zaakceptował, ale i poparł, przyjmując w "Laficie" Kwaśniewskiego. Nie zgodził się na mój "Dekalog", krytyczny i programowy tekst na ten temat, nawet z dopiskiem "Redakcja nie podziela poglądów autora".

Dziś już się z tym pogodziłem, długo jednak, nie ukrywam, cierpiałem, była to wielka w moim życiu rewolucja. Ale to Giedroyc jej chciał, on zadecydował, nie szukał nawet dróg kompromisu, tak że jest dziś dla mnie politycznym przeciwnikiem. Nie neguję jego zasług, ale wobec mnie postąpił po prostu nieładnie.

Choć najprawdopodobniej do pozbycia się mnie podbechtała go Hertzowa. Wielbiła całe życie, które przesiedziała z nim przy jednym stole, chciała go mieć, co bardzo kobiece, tylko dla siebie. No i ma. Pozbyła się mnie, bo na pomniku "Kultury" jest tylko jedno miejsce: dla Księcia Redaktora.

Choć nie było mi wcale do śmiechu, bo po rozstaniu z "Kulturą", mimo że Polska już wolna, byłem bezprizorny i "trędowaty". Jerzy Turowicz nie chciał mnie w "Tygodniku Powszechnym", Renata Gorczyńska nie mogła wydrukować rozdziału o mnie ze swoich "Portretów paryskich", Adam Michnik nie chciał sprawiać przykrości Giedroyciowi. A Pen Club w osobie Artura Międzyrzeckiego nie zająknął nawet o mnie na uroczystościach z okazji pięćdziesięciolecia "Kultury". Nie miałem gdzie pisać, zanim Elżbieta Sawicka przygarnęła mnie do "Rzeczpospolitej", do "Plusa-Minusa", na łamach którego spotkałem się ze Zbyszkiem i w naszej ostatniej polemice nazwał mnie "łagiernym sowietologiem od siedmiu boleści".

- Nasza ostatnia rozmowa, telefoniczna już tylko, smutna, tragiczna. Dusił się, mówił niewyraźnie, miał duszności, nic nie rozumiałem, tym bardziej że telefon trzeszczał.

Smutny był też ostatni akord ich przyjaźni.

Już po śmierci Zbigniewa Herberta, podczas wywiadu z Gustawem Herlingiem-Grudzińskim dla "Gazety Wyborczej" przeprowadzające go dziennikarki pokazały mu list Herberta z roku 1969 do Czesława Miłosza, wtedy jeszcze przyjaciela, o spotkaniach z "panami w czarnych garniturach". Zdawał sobie niewątpliwie sprawę, że jego listy będą czytane, prędzej czy później publikowane, ostrzegał jednak Miłosza, że interesuje się nim służba bezpieczeństwa.

Nie ukrywał też, że stawiał się na wezwania esbeków, bo gdy prosiło się o peerelowski paszport, nie miało się innego wyjścia. A spotkania w kawiarniach i hotelach zawsze były dla wzywanych ewentualnością korzystniejszą, mieli ewentualnych świadków, mogli wyjść bez przepustki, z Pałacu Mostowskich już nie.

Gustaw Herling-Grudziński chodził w swoim łagrze Jercowo na doprosy i dobrze wiedział, że od panów w garniturach zależało wszystko, mimo to w wywiadzie, który autoryzował, powiedział niezbyt fortunnie:

Nic o tym nie wiedziałem. Zawsze uważałem Herberta za przyzwoitego człowieka.

Byłem zaskoczony - tłumaczył - ponieważ w mojej przyjaźni z Herbertem wydawało mi się, że rozmawialiśmy na wszystkie tematy (...) a on mi nigdy o tym epizodzie ubeckim nie powiedział. Tylko Miłoszowi, którego cenił jako poetę, nie znosił za wystąpienia i poglądy polityczne.

Oświadczenie w tej sprawie, wygłoszone podczas ostatniej wizyty w Polsce, w kawiarni Czytelnik, drukowane potem w prasie, było jego ostatnim publicznym wystąpieniem.

"Moje zaskoczenie - mówił - nie oznaczało w żadnym wypadku dystansowania się do Herberta. Mnie się zdaje, że panie, które odwiedziły mnie w Neapolu, wykładające plan przygotowany, moim zdaniem, przez Adama Michnika, chciały cytując ten list Herberta rzucić na niego cień. Chodziło o pomieszanie w świadomości czytelników czystych postaci naszej nieodległej przeszłości z postaciami marnymi i nieczystymi. (...) Jest to pomysł bardzo groźny. Jeśli mam rację, polega on na próbie spopularyzowania hasła, które brzmiałoby - parafrazując tytuł powieści Hłaski - »Wszyscy byli zabrudzeni«.

Nigdy nie zgodzę się, żeby do jednego worka wrzucono takich ludzi jak Zbigniew Herbert i takich jak Władysław Broniewski czy Kazimierz Brandys. (...) Są ludzie jaśni, są ludzie czyści - i są ludzie nieczyści. I nie wszyscy byli zabrudzeni.

(...) Jeszcze raz proszę, aby tę rozmowę opublikowaną na łamach "Gazety Wyborczej" uznać za nadużycie, będące konsekwencją mojego błędu. Powinie-niem był podczas tej rozmowy sparafrazować historyczny okrzyk Adama Michnika »Odpieprzcie się od generała«! Powinienem odpowiedzieć Paniom Śledczym: »Odpieprzcie się od Herberta!«".

Przyszedł do mnie, kiedy ostatni raz był z wizytą w Polsce. Dementował m.in. w "Życiu". Przepraszał. Był już w wyraźnie złej formie - mówiła Katarzyna Herbertowa.

Wiem, że pisarz gryzł się tą sprawą - wspominał Antoni Libera.

Zmarł w miesiąc później, 4 lipca 2000 r. Jego nekrolog wydrukowano w "Gazecie Wyborczej" pod kondolencjami z okazji śmierci psa jednego z dziennikarzy, do niedawna szefa działu kulturalnego.

 

Chinatown - 17-19 Passage Hebrard, Belleville, 75010 Paris

Właściciel, stary Koreańczyk, gdy wypije, bierze mnie widocznie za rodaka, przysiada się do mnie, patrzy głęboko w oczy i odpowiada coś w swoim języku, a ja kiwam głową i od czasu do czasu komentuję jego monolog tak: ho, ooo, oho, hoooo!

(W Paryżu, w kafejce koreańskiej)

Andrzej Bernhardt, syn Jadwigi z Dzieduszyckich, siostry Katarzyny, pamięta najlepiej ostatni pobyt wuja w Paryżu, w Belleville, jak się początkowo wydawało i tym razem udany. Dostał przecież mieszkanie od Chiraca w nowej plombie, umeblował je wprawdzie gratami wystawionymi przez Francuzów na ulice, zupełnie mu to jednak nie przeszkadzało. Kasia miała dar urządzania wnętrz nawet najskromniejszych.

Polubił Belleville, malowniczą dzielnicę, w której zamieszkał - paryskie Chinatown, gdzie Francuzów bardzo niewielu, przeważają Azjaci, uciekinierzy z Azji, dalekiego Wschodu: Chińczycy, Koreańczycy, Wietnamczycy, Laotańczycy, Kambodżanie. Zdrowy, prosty lud, co bardzo mu się podobało, w większości knajpek nie ma nawet menu po francusku. Sporo też dawnego Paryża - podwórka, w wielu domach prawdziwe konsjerżki, w dzielnicach bardziej eleganckich skomplikowane, szyfrowe domofony.

Nie lubił snobizmów, udawania, chciał właśnie postawić stopę w zwykłym, nieudawanym świecie, wśród zwykłych ludzi, i dobrze się tu czuł. Jako nikomu nieznany, samotny "mesje Erber" przesiadywał w maleńkich wietnamskich czy koreańskich knajpkach, pisał, czytał, gawędził ze sklepikarzami, z szoferami, uwodził kelnerki i konsjerżki.

Choć lubił też wyskoczyć od czasu do czasu na Saint Germain des Pres, Boulevard Saint Michel, do bukinistów nad Sekwaną, księgarskiego zagłębia, gdzie buszował całymi dniami.

"La douce France" była pierwszym zachodnim krajem, który zobaczył, długo więc się nią zachwycał, zwiedzał, chłonął, nie widział wad - a później coraz bardziej. Rozczarował się, uznał ją za swoją zawiedzioną miłość. Dawniej intelektualna potęga, dziś nie ma już wielkiej francuskiej literatury, francuskich pisarzy, intelektualistów - w obronie Kurdów pisał do Busha sam. Ogólny poziom intelektualny - żenujący, nikt nic nie czyta, nie wie, nikomu nic nie mówi np. nazwisko Bernhardt, zawsze piszą z błędem.

- Zazdrościł mi - mówi Andrzej Bernhardt - że przeniosłem się na prowincję, w Paryżu bywam rzadko, nie oglądam turystów, tłumów.

Podobnie z polityką. W tej dziedzinie Francuzi też byli potęgą, dziś zazdroszczą tylko Ameryce, którą małpują. Żadnej politycznej wyobraźni. Wygodni, chcieliby jak najkrócej pracować, jak najwięcej zarabiać. Hipokryci, pełni frazesów, choć obok, choćby np. na Belleville, tyle biedy. Oficjalnie żadnych awantur, przeciwnie - uśmiechy, dobre maniery - polor, złotko owijające francuskie wady, choćby lekceważenie obcych; "żółtków" i nie tylko, na co właśnie był uczulony najbardziej.

- Zrobił karczemną awanturę kelnerowi, który zauważył, że jesteśmy cudzoziemcami, że może nas traktować z góry - wspomina Andrzej Bernhardt. - Mirek Chojecki zaprosił nas na obiad, do Lippa. Zostawiliśmy sporo na talerzach, wuj poprosił więc kelnera, żeby - tak jak w Ameryce - nam to zapakował. Z pogardliwą miną rzucił wszystko do jednej torby, wuj zażądał więc trzech - oddzielnie na frytki, mięso, sałatę, co kelner w końcu wykonał, ale wściekły, orżnął nas za to w rachunku!

I nie była to wcale, jakby się wydawało, banalna kłótnia w knajpie. Niczego po prostu nie olewał, nic po nim nie spływało. Tak wrażliwy, że prawie bez skóry.

Nie walczył nigdy "tak sobie", bez powodu; w spór z Miłoszem wszedł nie z zazdrości o Nobla czy sławę, tylko przez sprawy fundamentalne. Nie dał się jednak nigdy uwieść komunizmowi, a Miłosz tak, i choć zerwał, to jednak nie do końca.

Uważał się za zwierzę polityczne, powiesił w klopie plakat z napisem "Wszystko jest polityką", choć tak naprawdę ta bieżąca brzydziła go, był w nim przede wszystkim żywioł, który kazał mu reagować na niesprawiedliwość i to nie tylko w Polsce - z Paryża właśnie pisał do Busha w sprawie Kurdów.

Jego wydawnicze interesy stały we Francji bardzo źle, dopiero podczas ostatniego pobytu w Paryżu wydał tom u Fayarda, nie istniał na rynku francuskim. Był znany w Niemczech, Ameryce, Szwecji, dostawał nagrody, m.in. w Izraelu, gdzie pojechał, już bardzo chory. Na Nobla nie liczył, wiedział, że króluje polityczna poprawność i nie ma szans, nie wiadomo, czy w ogóle by go przyjął - z Gorbaczowem? Towarzystwo współlaureatów bardzo się dla niego liczyło.

Z pieniędzmi bardzo cieniutko, zwłaszcza że nie lubił nikogo prosić, kupował masę książek, i to nie tylko literaturę, ale np. historie przedmiotów -młotka, hebla, zegarka, życie mrówek i małp, historię starożytnego Egiptu. Kupował mapy, grafiki, znaczki. Zbierał kryształy, kamienie, które stały zawsze na jego uporządkowanym biurku. Kochał ładne przedmioty. I święty spokój.

W miarę upływu lat jego kontakty z ludźmi coraz trudniejsze, coraz bardziej go denerwowali, rozpraszali, a zwłaszcza właśnie Polacy - niepunktualni, niesłowni. Kontaktował się i przyjaźnił z nielicznymi: oprócz Lebensteina i Czapskiego, z Markiem Rudnickim, Wojciechem Karpińskim, Adamem Zagajewskim, Krzysztofem Rutkowskim, Maciejem Niemcem. Coraz rzadziej odbierał telefony, choć czasem się zdarzało, tak że kilka osób miało szczęście, "wstrzeliło się". Nie reagował na listy, a już zwłaszcza młodych poetów, którzy wysyłali mu do oceny swoje wiersze, uważał, że to żenujące. Powinno się wiedzieć samemu *[Niechętnie traktował też studentów piszących o nim prace magisterskie, m.in. Konrada Tatarowskiego, wówczas studenta polonistyki Uniwersytetu Łódzkiego, do którego pisał z Obór 8.02.1972, że jego list wprawił go w zakłopotanie - czy nie mógł znaleźć sobie innego tematu pracy niż jego wiersze? I cóż to za bombiastyczny tytuł: "Koncepcje świata i człowieka...". Koncepcję taką miał Platon, św. Tomasz i paru innych, ale ja? Cóż to za nieprzemyślane imputacje. Drugi powód zakłopotania to "zagadnienia stawiane bardzo polonistycznie". Nic z tego nie rozumie, "model podmiotu lirycznego" - na jego wyczucie brzmi to fatalnie po polsku i pseudonaukowo. Naprawdę nie rozumiem, w czym rzecz. (...) Nie odmawiam nikomu pomocy duchowej, ale nie jestem w stanie prowadzić pozornej rozmowy w języku mi obcym. Jeżeli się spotkamy, zanim zacznie mnie Pan egzaminować, przesłuchiwać "na okoliczność" podmiotu, pozwoli Pan, że zadam mu parę ćwiczeń fizycznych: jazda na koniu, pływanie, bieg na przełaj, a także porozmawiamy o gramatyce łacińskiej, Owidiuszu, roślinach i zwierzętach. Nie od rzeczy będzie przedyskutować problemy historii Polski.].

Z polskim Paryżem stosunki prawie żadne. Miał słabość do ładnych kobiet, dał więc Basi Toruńczyk parę wierszy do jej "Zeszytów Literackich", ale nie należał nigdy do ich stałych autorów. Podobał mu się tekst Rafała Grupińskiego, który nazywał "Zeszyty" paryską cukiernią ciast trujących. Zmieniając głos, zadzwonił do nich i pytał, czy tu właśnie trują.

- Moja matka, Jadwiga z domu Dzieduszycka - kontynuuje Andrzej Bernhardt - zwana w rodzinie Kotem, jest jedną z sióstr Katarzyny Herbertowej. W sumie było ich trzynaścioro, siedem sióstr i sześciu braci; po tragicznej śmierci jednego z nich, w wypadku samochodowym, młodszy ożenił się z wdową po nim. Męża Katarzyny znali na ogół tylko ze zdjęć na jego tomikach, nie miał właściwie z Dzieduszyckimi żadnych stosunków, ten świat też go drażnił.

Nie ukrywam, wyróżniał jedynie mnie. Zawsze mieliśmy dobry kontakt, wspólny język. Może dlatego, że ja też studiowałem filozofię, zajmowałem się książkami, pracowałem w wydawnictwach emigracyjnych, m.in. właśnie w "Zeszytach Literackich".

Przyjaźniliśmy się już w Polsce, pilnowałem im mieszkania, gdy wyjeżdżali. Później również w Paryżu, gdzie w końcu zamieszkałem - kazał się tytułować "strasznym wujaszkiem".

- Nie chciał być emigrantem, siedział zawsze na tzw. pobycie czasowym, ale skończył już sześćdziesiątkę, ubezpieczył się więc, płacił składki. Całe szczęście, bo zaczęły się choroby, szpitale, lekarze, a stosunki z nimi coraz gorsze, nie mógł znaleźć swego - pod tym względem też bardzo wymagający - lubił, żeby nie tylko dobrze leczył, ale był inteligentny, coś czytał, wiedział, rozumiał.

Coraz rzadziej wychodził z domu, a w końcu prawie w ogóle. Do księgarń na Saint Germain jeździł taksówkami, bo daleko do metra. Nie korzystał już z Paryża, z Francji, nie było sensu, żeby tu siedział, płacił czynsz, sporą sumę, za którą mógł żyć w Polsce.

Wrócił więc w 1992, nadal jednak korespondowaliśmy, prosił o książki, których najbardziej mu w Polsce brakowało. Ostatnio o starożytnym Egipcie, katalogi z wystaw na ten temat. Choć nie chciałem, zwracał zawsze pieniądze, pisał, że zamierza strzelić niedługo obcasami i reguluje już swoje rachunki.

 

Anemony Uli Suszek - 17-19 Passage Hebrard

Jolanta i Mirosław Chojeccy pamiętają go po prostu jako sąsiada, którego widywali w najbliższym sklepiku. Mieszkali bowiem obok siebie -w 10-tce, koło Place de la Republique, rue Saint Maur, a Herbert - 100, 150 metrów dalej, w maleńkiej uliczce o nazwie podobnej do jego nazwiska - Passage Hebrard. W trzypokojowym, widnym, ładnym mieszkaniu w nowej plombie, które dostał tak jak i Kazimierz Brandys z puli mera Paryża, choć trochę trwało - tylko w 1982, po wybuchu stanu wojennego, Polacy dostawali wszystko od ręki, łącznie z azylem.

Mieszkanie typowo emigranckie - kilka najpotrzebniejszych sprzętów, pozbieranych po znajomych, którzy się ich pozbywali.

- Na nas - wspomina Mirosław Chojecki - składał się Pomian, Jeleński i kilku innych Polaków, którzy wcześniej już w Paryżu osiedli. Kto na Herbertów? Nie wiem.

Miał zupełnie puste ściany, Jola Chojecka podarowała mu więc jeden z obrazów swojej przyjaciółki, Uli Suszek. Wybrał anemony, które najbardziej mu się podobały, nie miał więc na ścianie Vermeera, tylko Ulę Suszek.

Gdy przyjechał do Paryża, "Kontakt", któremu szefował Mirosław Chojecki, urządził mu wieczór u "Kombatantów" na Legendre, gdzie czytał swoje wiersze. Ojcowie Pallotyni mieli z krajem książkowe interesy, sprzedawali katechizmy, książki religijne - zależało im na dobrych układach i było niezbyt wygodnie zapraszać osoby zbyt politycznie określone, o zdecydowanych poglądach, takie właśnie jak Herbert, zwłaszcza po "Raporcie z oblężonego miasta", gdy stał się duchowym ojcem opozycji. Miał wprawdzie u Pallotynów wieczór, ale w latach 70., w zupełnie innej sytuacji. Takich jak Herbert czy Poldek Unger zapraszali więc "kontaktowcy" na Legendre, neutralnych zostawiając Pallotynom.

Był to jeden z jego nielicznych publicznych występów, choć np. kameralny niby to Brodski ciągle gdzieś występował, śpiewał niemal swoje wiersze, czytane traciły połowę swojej siły. Herbert natomiast nigdzie nie bywał, nie udzielał się, nie chodził na żadne z licznych wtedy imprez. Ani na wiece w ambasadzie czy imieniny Danusi Szumskiej z wydawnictwa Pallotynów. Wysyłał najwyżej żonę, która reprezentowała, sam natomiast pojawiał się jedynie na wernisażach, wystawach, tylko tam, gdzie "pokazywano obrazy".

Raz chyba tylko podpisywał w "Libelli" u Romanowiczów i tłum kłębił się w wąskich uliczkach wyspy Świętego Ludwika, zupełnie tym niezrażony, wypisywał każdemu długaśne dedykacje, rysował kwiatki.

Nigdy się nie skarżył, tak że to od Katarzyny Herbertowej dowiedzieli się, że muszą wracać do Polski, bo nie mają z czego żyć, płacić sporego czynszu, zdaje się dwóch tysięcy franków, światła, telefonu, który mieli często wyłączony. Po prostu żadnych stałych dochodów, zasiłków, nic, czasem najwyżej jakieś nagrody. Nikt ich nie wspierał - Kot Jeleński już wtedy nie żył.

Jego pozycja zawodowa nie była we Francji dobra, szykowało się wprawdzie coś w Stanach i Niemczech, ale z problemami, ktoś go oszukał, ktoś inny próbował; potrzebował rad, prawników.

- Opowiadał o swoich wydawniczych problemach - wspomina Mirosław Chojecki - myśląc, że mogę mu jakoś pomóc, zupełnie się jednak na tym nie znałem, nie miałem znajomego prawnika, tylko masę swoich problemów.

Tak że pożyczałem mu tylko czasem, gdy przelewy się spóźniały, sumy niewielkie, które szybko oddawał. "Kontakt" miał też własną drukarnię, wydaliśmy mu więc "Barbarzyńcę w ogrodzie", dawno już nie wznawianego. Jak na wydawnictwa emigracyjne luksusowo, na kredowym papierze, z okładką Lebensteina, nakład też emigracyjny i takie same pieniądze, miał więc żale, w dedykacji napisał jednak:

Drogim - Joli i Mirkowi Chojeckim, który jest ojcem tego szaleństwa z przyjaźnią, Zbigniew Herbert, luty, Paryż, 1989.

PS Hej, kto Polak na bagnety!

Od "Kontaktu" dostał też półroczne, może nawet roczne stypendium. Niewielkie, bo był to już schyłkowy okres emigracji, szykowaliśmy się do powrotu, w kraju zbliżały się pierwsze wolne wybory, rodziła się "Gazeta Wyborcza", pieniądze szły tam, nie tu.

Posiedział więc jeszcze trochę w Paryżu, ale już coraz bardziej chorował, izolował, nie wychodził prawie z domu.

Wrócił w 1992, tak zresztą jak cały, prędzej czy później, polski Paryż. Po 1989 kończyły się bowiem możliwości finansowe dla Polski - stypendia, zaproszenia, od których zależała jego egzystencja. Zniknęła cenzura, wszyscy dostali paszporty, emigracja traciła sens.

Jolanta Chojecka:

- Chorował, nie miał z czego żyć, musiał wrócić, ale z wielką niechęcią, czuł się lepiej na Zachodzie, a już zwłaszcza w Grecji, Włoszech. Widział też, co się w wolnej już Polsce dzieje, przeczuwał może, jak zostanie tam potraktowany? Co go czeka?

Ale nie miał innego wyjścia.

 

Przygoda prawie miłosna

- W którym roku państwo wrócili? - zapytał Katarzynę Herbertową Jacek Żakowski.

- Ja w 1991, Zbyszek w 1992.

- Dlaczego nie razem?

- Zbyszek sobie wymyślił, że zamiast do Polski pojedzie do Frankfurtu, gdzie mu zaoferowano mieszkanie z utrzymaniem.

Ale nie wyjechali wtedy razem, bo - pamięta to cały ówczesny polski Paryż - postanowił wtedy się z nią rozstać, wyjechała więc do Polski. To w ogóle nie był udany wyjazd, nie tylko ze względu na jego chorobę; winił żonę za opuszczenie kraju, to przede wszystkim jej pomysł, uważał bowiem, że nie powinni jeszcze wtedy wyjeżdżać, nie wypadało.

"Jest dla mnie ogromną fascynacją wylądować wieczorem w jakimś mieście, którego nie znam, które przeczuwam, złożyć walizki w pokoiku hotelowym i zanurzyć się w to miasto. Jest przygoda prawie miłosna" - mówił. Sam pojechał więc do Frankfurtu, sam, już bardzo chory, na wózku inwalidzkim, do Holandii, do swego tłumacza, Gerarda Rascha, któremu mówił o swojej męskości, gorące zimno, o swoim temperamencie. Mimo iż nie byłem mu już obcy, nie byliśmy ze sobą zżyci - wspominał później Rasch.

Sam mieszkał też jakiś czas w Paryżu; jadał głównie owoce i krewetki. Rzadko wychodził z domu, nie reagował na dzwonki telefonów i domofonów. Przyjaciele dzwonili więc do jego sąsiadów, wbiegali na klatkę, stawiali mu pod drzwiami karton z najpotrzebniejszymi zakupami: bagietką, serami, mlekiem - i uciekali, a za parę dni powtarzali numer, bo karton jednak znikał.

Był znów "kawalerem", zapraszał więc do siebie starego druha i niegdyś sąsiada z Warszawy, jeszcze ze Świerczewskiego, znanego malarza Jerzego Tchórzewskiego. Jak wspomina jego syn, Krzysztof, Herbert przychodził często do ojca z garnkiem ugotowanego przez siebie bigosu - jego ulubionej potrawy. Ostro pili, a potem szli w miasto "przypieprzać" komunistom, to znaczy tym, którzy, ich zdaniem, na nich wyglądali. Cud, że się źle nie skończyło.

W czerwcu 1991 roku Herbert namawiał więc w liście Tchórzewskiego na przyjazd, bo dobrze zrobi oderwanie. Przypominał, że karmi zdrowo i koszernie. Nie zastanawiaj się, bo około 5 sierpnia wyjadę. Są tu dobre wystawy. Zobaczymy, jak zechcesz, kolegów malarzy, skończyli się (nie tak jak my) na skutek pijaństwa i rozpusty.

Podkreślał, że cała sprawa ich nieporozumienia i gniewu wymaga z jego strony wyjaśnienia. Dlaczego nie podszedł do niego i nie powiedział: "Dlaczego my się na siebie boczymy jak dwa rozhisteryzowane pedały? Zaniedbałem, zawiniłem i proszę o wybaczenie".

 

Wagary

Sam, choć już poważnie chory, wyrwał się pod koniec kwietnia 1991 roku na jedną ze swoich ostatnich zagranicznych podróży - samolotem do Izraela, po odbiór nagrody literackiej Jerozolimy za "prace wyrażające wolność jednostki", wręczanej na Międzynarodowych Targach Książki w Jerozolimie. Jan Dowgiałło, ówczesny ambasador Polski w Izraelu, przyjechał, żeby mu pogratulować, przywitać się i uciekać - śpieszył się do Tel Awiwu ze względu na dyplomatyczne obowiązki: przyjazd Lecha Wałęsy, festiwal Krzysztofa Zanussiego.

- Natychmiast się więc obraził - wspomina Jan Dowgiałło - bo jak mogłem zostawić go dla Zanussiego? Oddelegować do pilotowania go "tylko" attache ds. kulturalnych ambasady, Ankę Grupińską? Skarżył się jej na moją niewdzięczność - starego przyjaciela, który nie ma dla niego czasu - znaliśmy się jeszcze z Sopotu. W ogóle zresztą uskrzydlony nagrodą (5 tysięcy dolarów), w nastroju krotochwilnym, zachowywał się jak uczniak na wagarach.

Na swoim wieczorze autorskim w księdze pamiątkowej podpisał się "Generał Pożoga". Dowcipnie, była to jednak wizyta oficjalna, trudna placówka, więc zgrzyt, ale miał wszystko w nosie.

Podczas jednej z uroczystości - zdaje się wręczenia nagród - oficjalnych przemówień, wielkiej gali, w eleganckim hotelu, rozchełstany, w luźnych dresowych spodniach, strzelał głośno i ostentacyjnie gumką od spodni!

A później, w dniu wyjazdu, oświadczył, że jest chory, źle się czuje, musi więc jeszcze zostać. Czy chorował rzeczywiście, czy też udawał, trudno powiedzieć, w każdym razie w dzień łykał lekarstwa, kładł się do łóżka, skarżył Grupińskiej, że bardzo z nim kiepsko. A nocami wymykał się z hotelu, włóczył po mieście, wracał nad ranem. I znów to samo: źle się czuje, że musi przedłużyć pobyt...

- Oddelegowana do niego Anka Grupińską nie mogła mu wiecznie asystować - kontynuuje Jan Dowgiałło. - Miałem dla niej masę innych zajęć. W końcu jednak, nawet nie wiem jak, udało się jej jakoś go wykatapultować, wsadzić do samolotu. I dopiero wtedy odetchnęliśmy - cudowny człowiek, ale do wizyt oficjalnych, i to jeszcze do tego w Izraelu, zbyt niekonwencjonalny.

Gdy wrócił do Polski, był już jednak bardziej chory, wkrótce obłożnie, przykuty do łóżka, wymagający opieki, tak że jego małżeństwo skleiło się, ale podjął próbę rozstania. Kolejną, niejako symboliczną, gdy bardziej już w marzeniach, bo na łożu śmierci, z młodą pielęgniarką Dorotką wyrywał się do Wenecji.

 

 

Destylować nieszczęście

Ostatni rok miałem zły. Raz po raz wstępował we mnie szatan i jak wychodził, zostawiał we mnie robaki. Więc ja te robaki ten, tego do spirytusu, ale to nic nie pomagało, jeszcze gorzej było.

(18.10.1957, do Bolesława Taborskiego)

 

"Kabewiak"

Janusz Maciejewski poznał go w latach 50. przez Zdzisława Najdera, kolegę z polonistyki, bliżej w latach 60., w Klubie Krzywego Koła, a raczej na dole, w Largactilu, przy winku, gdzie pisali zespołową, wierszowaną książkę kucharską, ale nie skończyli - Largactil zamknięto z Krzywym Kołem.

Miał opatrzyć dzieło wstępem i przypisami, wymyślić też witkacowskie nazwy dań, np. "sturbie w tomacie". Bryll odpowiadał za przystawki, Grochowiak za mięsa, Herbert właśnie, już wtedy, co znamienne - za alkohole i napoje. Oczywiście, żaden z nich nie umiał gotować, a poza tym, z czego? Wyłącznie się bawili, celował Herbert - wysyłał do Brylla układane z Grochowiakiem karteczki niby to od zainteresowanego nim pederasty.

- Lubił po prostu alkohol - mówi Janusz Maciejewski. - Wino, potem koniak, za czyściochą nie przepadał, zdaje się w 1975, u ojców Pallotynów, którzy ostrożnie serwowali trunki, huknął nagle, na cały głos: "Cóż to, ojczaszkowie, co tak słabo?".

Ale bardzo długo był po alkoholu w nastroju cudownym, urządzał prawie że happeningi, tarzaliśmy się ze śmiechu, gdy razem z Jankiem Lipskim tańczyli i śpiewali "Kabewiaka" swoimi okropnymi głosami.

U Pallotynów natomiast zaimprowizował dialog między literaturą emigracyjną oraz krajową i o niższości języka francuskiego, uważanego przecież za najpiękniejszy. Dlaczego, pytał, skoro mały to u nich "petit", a "pti" robi ptaszek! Cenił francuską i literaturę, i kulturę, dworował natomiast z Francuzów, miał do nich żal, bo najmniej go tłumaczyli.

A później Kasia trzymała go i pilnowała, ale mimo to nadal pił. Lata całe zrywali, schodzili się, tak że gdy się w końcu pobrali, mawiano, że powrócił do Dzieduszyckiej. Nawet w stalinizmie istniały pewne enklawy, choćby towarzystwo kobyłeckie - Białoszewski, Czachorowski i inni, więc choć pisał wtedy do szuflady, miał legendę poety niezależnego, a tym samym powodzenie u kobiet, był z wieloma, mniejsza o nazwiska, bo na ogół mężatki. Choćby eksżona przyjaciela, piękna malarka, z którą mieszkał na Świerczewskiego.

W stanie wojennym, gdy zlikwidowano Pen Club i Związek Literatów, organizowaliśmy spotkania towarzystwa literackiego imienia Mickiewicza. Jedno z nich, poświęcone właśnie Herbertowi, u Zyty Oryszyn, na pierogach. Nie mógł wtedy pić, ale mimo to trochę pił, ale już gorzej, inaczej. Czepiał się - choć trzeba przyznać, wyłącznie tych, do których miał polityczne pretensje, do "ukąszonych" np. Zimanda, choć ten, jak mało kto, rozliczył się ze swojej przeszłości, odpowiadał mu wyłącznie - tak jest, ma pan rację!

Przeszedł później kurację odwykową, wyszedł z nałogu, ale to właśnie pogłębiło nastroje depresyjne, tak że może byłoby lepiej, gdyby pił?

 

Znał kto kiedy poetę trzeźwego?

Marian Grześczak:

- Znał ktoś kiedyś poetę trzeźwego? Nie napisze taki nic dobrego.

Pili niemal wszyscy, choćby skamandryci, najbardziej zdaje się Wierzyński, Iwaszkiewicz - umiarkowanie, dwa trzy kieliszki czystej wódki, co roku urządzał w "Twórczości" suto zakrapiane rybki, usprawiedliwiając się zawsze, że to pewnie ostatnia.

I Zbyszek też po prostu lubił, zwłaszcza whisky. Sporo z nim wypiłem. Choćby na Świerczewskiego, gdzie byliśmy sąsiadami, gdzie często wpadał, miał moc nad moją małą Ingą, pochylał się nad jej wózkiem, robił miny i natychmiast zasypiała. U niego rzadziej, bo mieszkał z jakąś damą, poniewierały się wszędzie jej fatałaszki; w "Poezji", gdzie pracowaliśmy i gdzie nie pił chyba tylko "wieśniak Przybunio". W 1961 razem z Milanem Kunderą i Miroslavem Holubem w Dobrziszu pod Pragą, czeskich Oborach, wydelegowani przez ZLP, na studenckich spotkaniach jesiennych w Sopocie. W Jerozolimie, gdzie go szukałem, czy on mnie, nie pamiętam. A czasem też sam, z piersióweczki, organizm domagał się już swego.

Jak większość twórców, miał te swoje depresje, zwłaszcza właśnie na kacu, po kilkutygodniówce. To wtedy właśnie wyjeżdżał, uciekał do Rzymu, do Bazylei, tracił pieniądze, Kasia szukała go, niepokoiła się.

Ale co trzeba podkreślić: pił, gdy był zdrowy i mógł. Później, gdy lekarze mu zabronili, przestał i nie wracał jak wielu: Grochowiak, Broniewski, którzy wracali, zapijali się na śmierć. Zawsze miał charakter.

"Czasem piję, teraz już nie" - powiedział w wywiadzie Bogdanowi Rymanowskiemu z radia RMF FM, grudzień 1994.

 

Słuszne poczucie krzywdy

Jan Józef Szczepański poznał go - przez Lolka Tyrmanda - w latach 50., gdy już sporo pił. Wielka, choć bezskuteczna akcja powstrzymywania go od alkoholu zaczęła się od małżeństwa z Kasią. Wyszedł w końcu z nałogu, ale za późno, już ciężko chorował na astmę. Przez pewien czas mógł jeszcze pić piwo i pił, a potem i tego już nie.

Jego problemy, które zaczęły się wcześnie, kładziono właśnie na karb alkoholizmu, choć wspierał tylko depresję. Potem doszła astma, wszystko nałożyło się, nawarstwiło, skłębiło. Tak że zapijał niewątpliwie chorobę, ale nie tylko.

- Był dla mnie człowiekiem tragicznym - mówi Jan Józef Szczepański - głęboko przeżywającym polskie sprawy, narodowe, społeczne, to wszystko, co się stało z Polską po II wojnie światowej. Czuł się niedoceniony, miał słuszne poczucie krzywdy. Nie wyszła mu międzynarodowa kariera, choć się zanosiło, Anglicy i Amerykanie nie rozumieli jednak tego typu poezji, zbyt dla nich egzotycznej, obcej. Spodziewał się na pewno Nobla, który mu się należał, co zawsze publicznie mówiłem. Był wybitnym, może najwybitniejszym polskim poetą, absolutnie niezależnym, w żadnym politycznym układzie, a Miłosz jednak tak.

Ale najpierw on właśnie wysadził go z siodła, bo starszy, potem Szymborska, co musiało zaboleć.

Ale choć Jan Józef Szczepański uważał go za kandydata, maczał palce w Noblu dla Miłosza, podpisując wniosek Pen Clubu dla jego kandydatury - miał bowiem wielkie szanse, poparcie Ameryki, Szwecji i nie tylko. Podpisał, choć łączyły ich wtedy stosunki nie najlepsze - Miłosz miał żal za "Trzy czerwone róże", autobiograficzne opowiadanie, w którym Szczepański przedstawił go jako poetę Wielgosza, odnoszącego się do autora z wielką niechęcią; partyzanta, który wyszedł na przepustkę z lasu i był dla niego symbolem nacjonalizmu; on z kolei dla Szczepańskiego, kimś przymierzającym się już do obozu zwycięzców.

- Pamiętliwy, wiele lat miał do mnie o to żal, pominął w swojej antologii polskiej literatury, choć podobno najbardziej urażona była Janka Miłoszowa - mówi Jan Józef Szczepański. - Ale dziś to już przeszłość, sam zaproponował zgodę, powiedział, że obaj jesteśmy starzy i czas na pojednanie.

A Zbyszek był w młodości uroczy, towarzyski, po winie u Fukiera krzyczał kiedyś nocą na cały głos: "Ludu Warszawy, pędź Moskala!". Ale później, w miarę upływu lat, porażek, postępów choroby, coraz trudniejszy, surowy, zawzięty, gwałtowny, choć na szczęście nie w poezji, powiedział w którymś ze swoich wywiadów, że gdy pisze wiersze, gorsza część jego natury zostaje za drzwiami i tak było. W swojej publicystyce jednak, a także prywatnie, coraz bardziej bezkompromisowy, surowy, skłonny do uproszczeń. Zwłaszcza wobec tych, którzy dali się "ukąsić".

Drażliwy, zwłaszcza w sprawach politycznych, a także poziomu akceptacji swojej osoby, sam żartował chętnie, żart na jego temat był niedopuszczalny, zrywał natychmiast.

Między nami również się na to zanosiło, o mały włos nie doszło do zwarcia, gdy w swoim opowiadaniu "Poeta w akcji" przedstawiłem go - jego zdaniem - jako dziwkarza, pijaka i transwestytę. Obraził się, napisał wściekły list, twierdził, że wszystko zmyśliłem, zachowałem się nielojalnie, tak się rewanżując za dedykowane mi "Małe serce".

W latach sześćdziesiątych (...) odwiedzałem go w Warszawie - pisał Szczepański - zazwyczaj rano, aby zastać go w domu, bo nie miał telefonu. Pewnego zimowego, bardzo mroźnego poranka długo i bezskutecznie dzwoniłem do drzwi. Zrezygnowałem wreszcie, odszedłem już spory kawałek ulicą, kiedy zauważyłem, że mijający mnie przechodnie przystawali i patrzyli na coś ze zdumieniem. (...) Ośnieżonym chodnikiem biegł za mną Zbyszek w piżamie i pantoflach na bosych nogach. (...) "Nie otwierałem - tłumaczył - bo jest u mnie kobieta".

(...) Innym znów razem, (...) w "Czytelniku", szedł na górę do redakcji, ja do kawiarni w suterynie. (...) Na schodach, naprzeciw których zająłem miejsce, ukazała się bardzo dziwna postać. Nieduża, na swój sposób majestatyczna i podejrzana zarazem, schodziła powoli ze stopni, w długiej balowej sukni, chwiejąc się niepewnie na wysokich szpilkach. Spod migocącej cekinami apaszki, owijającej głowę, kołysały się wielkie złote klipsy, policzki pałały czerwienią grubo nałożonego różu. Rozglądała się po sali z wyzywającą bezczelnością kokoty. Serce we mnie zamarło. Poznałem Zbyszka.

(...) Przyczyny tej maskarady wyjaśniły się wkrótce. Na górze zastał redaktorki pochłonięte oględzinami zagranicznych ciuchów z paczki, którą jedna z nich właśnie dostała...

- Przedstawiłem go przecież żartobliwie - mówi Jan Józef Szczepański. - Chciał jednak koturnów, powagi, a nie dystansu. Ale łagodziłem jak mogłem, on też przysłał w końcu list pojednawczy, choć do końca to w nim tkwiło, dopiero na swojej ostatniej płycie, gdzie czytał swoje wiersze, jeszcze wprawdzie to przypomniał, ale już z humorem, nazwał mnie też "dziekanem swoich przyjaciół".

- Chciał w swoim czasie zamieszkać nad jeziorami, w Bryńsku, koło Najdera, ale nic jednak z tego nie wyszło. Szkoda, bo to piękna okolica, lasy pełne saren i dzików. Życie na wsi dobrze by mu zrobiło, uspokoiło, ukoiło.

Ale całe szczęście, że do tego nie doszło, bo podczas "sprawy Najdera" zainstalowała się tam na stałe, zrobiła sobie punkt obserwacyjny ubecja, zbudowała specjalną "budkę", a takiego sąsiedztwa na pewno by nie zniósł.

Odchodził długo, Kasia pisała, że nie jest już tym, kim był. Moje spotkania z nim - coraz trudniejsze. Sam już bardzo chory, czułem się przy nim jak okaz zdrowia, co bardzo mnie żenowało.

 

Destylować nieszczęście

Zdaniem Marka Skwarnickiego, każdy porządny twórca - nie tylko Herbert, ale Norwid, brat Albert - cierpiał na depresję, która jest chorobą -męką, bólem duszy.

Ratował się więc starym, wypróbowanym lekarstwem, czyli alkoholem, i nic dziwnego, bo uspokaja, rozładowuje, daje pogodę. Wybitny psychiatra Antoni Kępiński powiedział kiedyś, że gdyby nie wódka, w PRL-u doszłoby może do kilku powstań?

Ratował się też dobrym słowem, którego potrzebował jak mały chłopczyk, co nie było jednak infantylizmem.

I od Marka Skwarnickiego zawsze je miał - bo choć nie łączyła ich wielka przyjaźń, czasem go potrzebował, pisał, Proboszczu, albo Szambelanie, bo tak go nazywał, przyjedź z kolędą do stolicy Wiślan Samojedów, Mątwy Wielkiej.

- A nic dziwnego, że chorował - mówi Marek Skwarnicki - ktoś o tak wielkiej wrażliwości, tak serio traktujący Polskę i jej sprawy? Pod tak wielkim ciśnieniem? Po tylu przejściach?

Stary tradycjonalista i konserwatysta, który nie znosił postępowiczów? Lwowiak z dobrego, patriotycznego chowu? Z AK, z pana od przyrody? Sarmata, polonus, Lechita? Bardzo antysowiecki?

Gdy wybierałem się do Moskwy, zaklinał wręcz, Mareczku, nie jedź, w te stepy?

Wiecznie też rozdarty pomiędzy Polską a zagranicą, tak właśnie jak w "Powrocie prokonsula". Gdy wyjeżdżał, cierpiał, że się tu męczymy, gdy wracał, marzył, żeby wyrwać się z klatki. Mieszkał między Paryżem a Warszawą, musiał więc gimnastykować się, udawać, lawirować - chciał jednak w kraju wydawać, być, co kosztowało.

A wyjątkowo to rozumiałem, byłem członkiem papieskiej Rady ds. świeckich, wyjeżdżałem, wysyłany właściwie przez kardynała Wojtyłę, a inni koledzy z "Tygodnika", m.in. Bartoszewski, Kisiel, nie dostawali paszportu.

- Utrzymywaliśmy kontakt do końca, gdy mężnie znosił chorobę. Co się działo w domu, to się działo - dla świata humor i dowcip, listy krotochwilne, rzadko kiedy "konfesyjne".

16.09.1972 np. z Macedonii, że wrócił bez Aleksandra, na tarczy ze zmęczenia. Podróże może i kształcą, ale wytrącają z równowagi, bo w pewnym wieku trzeba mieć stały punkt obserwacji świata, choćby to była norka myszy.

A gdy zapytałem go kiedyś listownie, czy w swoich "Dębach" nie przekroczył granicy smutku, odpisał (12.10.1992), że rozpacz była dla niego zawsze wołaniem o nadzieję, a ciemność miała wyrażać pragnienie światła. To może wydać się dialektycznym wykrętem, ale być może należy w swoim wnętrzu lepiej destylować nieszczęście?

 

Los nagradzał go i karał

Tadeusz Chrzanowski pamięta, ze Zbyszek "od zawsze" za kołnierz nie wylewał i gdy już zaczął, nie dawał się od kieliszka oderwać. Próbował po prostu uciekać przed depresją, wiedział przecież, kiedy się zbliża, czuł symptomy, pił więc przed i w trakcie "beznadziei".

- Powiedział mi kiedyś o tym w Sopocie, w latach siedemdziesiątych, w jakiejś knajpce, gdy miał akurat wykłady na Uniwersytecie Gdańskim. Nie ukrywał też, że to być może obciążenie dziedziczne, na cyklicznie powracające depresje cierpiała jego matka, przeurocza zresztą, którą poznałem kiedyś podczas mego pobytu na Wybrzeżu. Bardzo ją kochał, choć wiedział, że ma ten bagaż od niej. Poznałem też jego surowego ojca, wygłaszającego kąśliwe uwagi na temat profesji poety, Zbyszek jednak, tak zwykle zadziorny, pokornie milczał.

Depresje oczywiście się leczy, leczył się więc i on. Podczas któregoś z zagranicznych wyjazdów przeszedł kurację w jednej z renomowanych klinik w Szwajcarii, gdzie leczono go środkiem o nazwie lit. Kuracja zahamowała chorobę, ale jej nie zlikwidowała. Zdarzały się nawroty, zapaści, a wtedy lęki, myśli samobójcze, ucieczka od świata. Leki psychotropowe, lekarze zabronili mu więc pić i trzeba przyznać, przestał, nigdy już nic z nim nie wypiłem.

Sam zresztą nawiązywał do tego - metaforycznie oczywiście - w swoich wierszach, bajkach, częsty jest choćby u niego motyw anioła - symbolu schizofrenii, której nie miał, ale mógł się jej obawiać, choć bywa ukojeniem, depresja - wieczną szarpaniną.

Nie powodowała utraty talentu, do końca pisał znakomite wiersze, ale jednak go wyniszczała, wzmacniała cechy negatywne jego "charakterku". Fobie, agresje, niechęci, nie zawsze usprawiedliwione gniewy, ataki brutalności, wściekłości. Gdy już się na kogoś uwziął, był nieubłagany, osądzał zbyt surowo. Właśnie na skutek choroby, trudno ukryć, moim zdaniem, źle się zestarzał. I przede wszystkim sam zaszkodził swojemu wizerunkowi, szansom na międzynarodową karierę, bo nie jest to niewątpliwie dobrze widziane, gdy jeden niedoszły noblista atakuje tak brutalnie drugiego.

Ale, moim zdaniem, los nagradzał go i karał ponad zwykłą miarę. Karał cierpieniem ciała i duszy, nagradzał talentem, inteligencją, przyjaciółmi i Kasią - aniołem stróżem, który przedłużył jego ziemski żywot.

Dumny jestem, że przyczyniłem się do ich małżeństwa, bo nie kwapił się do żeniaczki, ociągał, mawiał, że kobiety nie są bytami samoistnymi, tylko zależnymi. Apelowałem więc do jego poczucia honoru, przyzwoitości i w końcu w wieku lat czterdziestu czterech jednak się zdecydował. Chwała Bogu, bo dzięki Kasi przeżył ostatnie lata, gdy nie mógł już trzymać pióra w ręku, dyktował jej wiersze.

Dumny też jestem, że choć z tyloma zerwał, pokłócił się, ze mną jednak nie. Przysłał mi ostatni tomik z dedykacją: Dedowi i całej parafii Chrzanowskich ze starą przyjaźnią.

 

W czterech ścianach mego bólu

Zdzisław Najder:

- Pod koniec lat sześćdziesiątych, zaczął cierpieć na pojawiającą się co jakiś czas depresję, przypadłość częstą zwłaszcza u twórców, ich chorobę zawodową, jak pylica górników. Reakcją obronną - alkohol, choć Conrad np. wyjątkowo nie pił. Depresja, czyli melancholia, jak nazywał ją Antoni Kępiński, to niewyobrażalne cierpienie duszy, "zamknięcie w czterech ścianach bólu", jak pisał Wat, też się z tym borykający.

Matka Zbyszka, pani Maria Herbertowa, na starość cierpiała na stany depresyjno-maniakalne, snuła nierealne plany, zakładała np. pieczarkarnię, zawierała bliskie znajomości w pociągach. Ale były to zmiany starcze, sklerotyczne, mimo to był przerażony, uwierzył - to moja teoria prywatna - że jest dziedzicznie obciążony, skazany. Dlatego pił. Pił, gdy miał dołki, żeby odegnać upiora i gdy był na górze, w manicznym wzlocie, i później, żeby zapomnieć. Koło się zamykało.

Choć oczywiście próbował też wychodzić z tego, leczyć się, jeden z wierszy w "Epilogu burzy" dedykował swojemu psychiatrze, Jerzemu Siwcowi. Rozmawiałem z wieloma lekarzami, którzy potwierdzili, że można wmówić sobie depresję, wytworzyć nawet cykl manii i dołka, zwłaszcza właśnie gdy pogłębia się piciem.

W 1971 roku kupiliśmy wspólnie dwie działki budowlane nad jeziorem Czarny Bryńsk, w województwie wówczas toruńskim, wśród ogromnych lasów. Wybudowaliśmy wymarzony dom nad wodą, na zupełnym odludziu. Ale Zbyszek już nie mógł znieść takiego życia. Mieszkaliśmy tam ze dwa razy po parę tygodni, w dwie małżeńskie pary, Zbyszek z Kasią, ja z Halą, była też moja teściowa. W zabawnym poemacie, w którym opisywał nasze klasztorne rzekomo bytowanie, przedstawiał mnie jako srogiego przeora ("I ty Przeorze, twarda opoko, ty który w duszę wglądasz głęboko" - to oczywiście z wyrzutem!) wyrażał żal: "szkoda, że tylko nie było wódki". Raz wybrał się po nią sam do odległego o osiem kilometrów Górzna, ale po drodze usiadł i zasnął, a po tym się zgubił - szukaliśmy go ze trzy godziny.

Depresja nie tworzy jednak dwóch osobowości, dwóch Zbyszków. Człowiek cierpiący wyraża oczywiście swoje myśli ostrzej, mocniej, nawet agresywniej, ale są to myśli te same. Choroba nie zmieniała jego poglądów, zwłaszcza na tematy najistotniejsze - komunizmu, udziału pisarzy w socrealizmie, choć ich ostry ton stał się potem pretekstem do prób ich unieważnienia.

Nie tworzył zresztą w depresji, to wówczas niemożliwe, ale dopiero po wyjściu z dołka, wracając do życia, nadrabiając gwałtownie stracony czas. To wtedy powstały zarówno "Pan Cogito", "Raport z oblężonego miasta" jak i rozmowa do "Hańby domowej".

Absurdem byłoby dzielenie jego twórczości na dobrą i złą, zdrową i chorą.

Zawsze miał takie same poglądy, zawsze był antykomunistą, nie znosił zwłaszcza "farbowanych lisów", którzy mu się przelewali, zdradzili wspólnotę, a potem racjonalizowali zdradę. Od dawna zamierzał dobrać się im do skóry. I w końcu dobrał *[Chciałbym bardzo ugryźć obrzydliwych komunistów (Śmierć, Śmierć, Śmierć). Mam już nawet szkic książki, która zaatakuje czerwonych i czarnych, Amerykanów i Kacapów, różne przefarbowane lisy w rodzaju Koła [chodzi o Leszka Kołakowskiego - przyp. J.S.]; słowem wojna totalna. Ha. Noszę się z tą myślą (z tymi myślątkami) od lat; wypowiadam to po alkoholu przysparzając sobie zaciętych wrogów (...), więc dlaczego nie przelać tego na papier. Jesteś pierwszym człowiekiem na świecie, któremu zwierzam się z tego zamiaru - planu, na razie trzymam to pod korcem aż do przyjazdu Kasi (w sierpniu, wrześniu), gdyż muszę mieć jej "placet". (W każdym razie nie mam zamiaru wybierać wolności; nie należy wrogom ułatwiać sytuacji). Nie wiem tylko, kto by to wydał (powszechność tchórzostwa na Zachodzie jest zatrważająca).18.05.1975 z Austrii do Marka Walickiego, "Życie" z 31.07-01.08.1999.].

 

Poeta zbowidowski

Zdzisław Najder:

- "Chorobą" Zbyszka starano się też "łagodzić", "tłumaczyć", "rozmywać" jego konflikty z Miłoszem i Michnikiem.

Choć sprawa z Miłoszem *[Szanowna Pani, napisał do mnie Czesław Miłosz 24.10.2000. Niestety nie będę mógł Pani udzielić wywiadu o Zbigniewie Herbercie. Jak powszechnie wiadomo pod koniec życia Herbert wypowiadał się o mojej osobie i twórczości. Co stawia mnie po jego śmierci w trudnej sytuacji kontynuowania swoistego dialogu, czego nie chciałbym robić, bo oczywiście żywi mają zawsze rację wobec umartych po prostu dzięki przywilejowi życia. Łączyła mnie z Herbertem długotrwała przyjaźń, jednakże mówienie o niej nie byłoby możliwe bez wspominania drobnych faktów, które były połączone z późniejszymi wydarzeniami. Łączę wyrazy szacunku.] tliła się od dawna, nie można sprowadzić jej do spięcia w Stanach, gdy Miłosz, który lubił pajacować, prowokować i wiedział, że Zbyszek na ten temat żartów nie lubi, powiedział ponoć niefortunnie przy wódce, że należałoby przyłączyć Polskę do Związku Sowieckiego.

Twardy grunt ich sporu to odmienne oceny i poglądy na temat AK, zbrojnego podziemia, Powstania Warszawskiego. Miłosz, tak jak i Andrzejewski, z którym się podczas wojny przyjaźnił, miał do tego typu narodowych szaleństw stosunek krytyczny, niechętny i wrogi. Zbyszek natomiast - pełen szacunku, czci, jeżeli nie gloryfikacji. Powstanie uważał za wielki bohaterski zryw, czuł się reprezentantem tych, którzy zginęli, Baczyńskiego i innych.

Nie był to też chyba w ustach Miłosza żart na miejscu, w sierpniu 1944 roku było w Warszawie dwóch wielkich poetów, właśnie on i Baczyński - delikatne, astmatyczne chuchro, które poszło i zginęło. Miłosz natomiast - silny, postawny, do Powstania się nie przyłączył, opuścił płonącą Warszawę, wiedział od razu, do jakich został przeznaczony celów i po latach dostał za swoją poezję Nobla. Zbyszek rozumiał tragizm obu wyborów, ale zawsze stawał po stronie Baczyńskiego, który zginął.

Ich spór, widoczny zresztą w ich poezji - "Rozważaniach o problemie narodu", "Wilkach" - zaczął się bardzo wcześnie. Zbyszek źle przyjął "Zniewolony umysł", który przeczytaliśmy w 1957. Tak jak Gustaw Herling-Grudziński uważał, że Miłosz zbyt subtelnie tłumaczył zdradę intelektualistów, że brak bohatera piątego - samego autora, również niegdyś ukąszonego.

Dobrze oczywiście o tych różnicach wiedzieli, wyczuwali je przez skórę, ale mimo to długo się przyjaźnili, w końcu jednak eksplodowało - niestety, kiedy obaj byli w "stanie wskazującym na spożycie"; 1969, podczas przyjęcia w Berkeley, w domu Bogdany i Johna Carpenterów, po filipice Miłosza o AK i Powstaniu, Zbyszek wyszedł, zapowiadając, że idzie po rewolwer! Oczywiście go nie miał, ale powiało grozą, skończyło stypą, bo mieszkał wtedy u Miłoszów, musiał się więc natychmiast wynieść. Kiedy rok później przyjechałem do Stanów, widziałem się z Czesławem, zapytał mnie od razu: "No i jak tam ten wasz zbowidowski poeta Herbert?".

Choć w gruncie rzeczy jako poeci cenili się, szanowali i do pewnego czasu wspierali. Zbyszek pamiętał, że to Miłosz pierwszy tłumaczył go na angielski. Miłosz z kolei był długo znany jako tłumacz Herberta - nawzajem wiele sobie zawdzięczali.

Nie włączał się czynnie do polityki. Jego spór z Adamem Michnikiem dotyczył strony moralnej. Jego wiersze, nawet w "Raporcie z oblężonego miasta", nie mówiły o polskiej rzeczywistości wprost, podejmowały problematykę ogólniejszą, a mianowicie nieuchronne zderzanie się zasad etycznych ze skutecznością w działaniu. Adam Michnik w swoich "Dziejach honoru w Polsce" dokonał ich jednoznacznie politycznej interpretacji. Naciąganej, idącej za daleko, bo wiele z nich, niemających nic wspólnego z polityką, np. "Kamyk", traktował jako wyraz protestu przeciw totalitaryzmowi. Pasował go na poetę politycznego, jednowymiarowego, wypowiadającego się na doraźne tematy polityczne, ale oczywiście tylko w sposób jego środowisku odpowiadający.

Dokonał jednak później wyborów, których Zbyszek zaakceptować nie potrafił - politycznych kompromisów, bruderszaftów z Jaruzelskim i Kiszczakiem, aprobaty dla grubej kreski, rezygnacji z rozliczeń z Peerelem.

Musiało więc dojść do zerwania, co odczuł bardzo boleśnie, co jednak należało jakoś wytłumaczyć, bo wybitny, a nie nasz. Środowisko Adama Michnika, "Gazety Wyborczej", zaczęło więc insynuować, że zmienił się nagle, bo jest chory, po prostu, brutalnie mówiąc, zaczęło robić z niego wariata, zwłaszcza po śmierci.

 

Bądź zawsze z tymi, których jest mniej

Poeta Krzysztof Karasek:

Nie był chory umysłowo, a takie wrażenie można odnieść, czytając o jego tajemniczej, nienazwanej chorobie. Nie cierpiał na rozdwojenie jaźni ani nie dostrzegał jakiegoś spisku wokół siebie. Chorował na depresję, podczas której traci się chęć do życia. Do tego stopnia, że nie przyjmuje się nawet pokarmów. Lekarze twierdzą obecnie, że 1/3 populacji cierpi na tę przypadłość. (...)

Najważniejsze wybory Herberta zostały dokonane już na początku lat 40. Nie były to nawet wybory, a odziedziczony wzorzec zachowania, którego trzymał się do końca. Był szczególnie wyczulony na relatywizm postaw i ocen. Zwłaszcza relatywizm wynikający z uzasadnienia własnej potrzeby przetrwania, i to wygodnego przetrwania. Nienawidził - rzeczywiście można tu mówić o nienawiści - "farbowanych lisów", ludzi, którzy w zależności od własnych potrzeb potrafią zmienić poglądy o 180 stopni. Można to uznać za prostotę czy prymitywizm, można się wyśmiewać z takiego przywiązania do kodeksu rycerskiego, ale kiedy sami stajemy się ludźmi dojrzałymi, patrzymy na takie przywiązanie z większym szacunkiem. Zaczynamy je rozumieć. Od samego początku był człowiekiem dojrzałym. Miał swój dekalog i swoje przykazania pisarskie, z których przypominam sobie takie: "bądź zawsze z tymi, których jest mniej" i "bądź zawsze z tymi, których biją". I tego żadna depresja nie zmieniła.

(...) Uznał, że zdradzili jego poezję bądź nigdy jej nie rozumieli. Ta redukcja jego poezji do warstwy politycznej to było najgorsze, co mogło mu się przydarzyć.

To chyba jasne, że nie można być jednocześnie przyjacielem Herberta i Jaruzelskiego.

Myślę, że gdyby teraz żył, byłby rozczarowany także szerszym obszarem świata. Żyjemy teraz w dobie wybaczania. Wszyscy wszystkim wybaczają i każą wybaczać w imieniu innych. To stało się już prawdziwą epidemią. Ja także jestem za wybaczaniem. Ale po pierwsze są rzeczy, których nie da się wybaczyć, a po drugie najlepiej wybaczyć komuś, kto wyrządził krzywdę nam osobiście albo naszym najbliższym. Bardzo dwuznaczne jest wybaczanie w imieniu innych, w imieniu całej zbiorowości, i to w sytuacji, kiedy to wybaczanie nie jest bynajmniej bezinteresowne. Nikt nas do niego nie upoważnił, ponieważ ci, którzy mogliby to uczynić, nie żyją, nie mają głosu. Herbert wypowiada się zresztą na ten temat jednoznacznie. W "Przesłaniu Pana Cogito" pisze: "...nie w twojej mocy przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie...". Trudno do tych słów dodać jeszcze cokolwiek.

 

"Siodełko tureckie"

O swoich chorobach, szpitalach, wspominał wyłącznie żartem, zwykle "że już się wydobywa". Albo że jest w zakładzie zamkniętym na obserwacji, ku ogromnej uciesze moich wrogów i przyjaciół, którzy od dawna mówili, że za dużo piję, siusiam na mrozie i mam stosunki pozamałżeńskie. Święte słowa kochane Sąblable (3 fr). Efekty nie dały na siebie długo czekać, oj nie dały.

Pisał do Januszka Odrowąża-Pieniążka (15.01.61) z Otwocka: Leżę teraz w sanatoryjum na tzw. obserwacji. Jest mi właściwie dobrze, gdyby nie to, że mi się rzygać chce, ale to chyba na skutek sytuacji ogólnej. (...) Bardzo bym Cię ujrzeć chciał i zrobię to jak wyliżę stąd. Tzw. wizyt nie przyjmuję, bo to daleko i w ogóle nic mi nie jest.

I do Kota Jeleńskiego (Bez daty, z listów z lat 1960-67, zbiory Muzeum Literatury): (...) 2 miesiące byłem w sanatorium, gdzie męczono mnie nieopisanie. Między innymi badano mi siodełko tureckie. Myślałem, że to jest jakaś nowa pozycja erotyczna (człowiek uczy się całe życie), ale okazało się, że to się mieści wręcz przeciwnie, to jest w głowie, czyli w tzw. sferze intelektualnej. Ze sferą intelektualną, tą arystokracją naszego ciała, miałem kłopoty, a teraz to już nawet widać na zdjęciu rentgenowskim.

W sanatorium było bardzo wesoło. Piliśmy dużo wódki, którą w razie kontroli wlewaliśmy do flakonów z kwiatami i w ten sposób kwiaty były wiecznie zalane w drobny mak. Ostatki spędziłem na zabawie urządzonej przez Anatomię Patologiczną, czyli prosektorium. Kierowniczka tego przedsiębiorstwa miała do mnie wyraźne skłonności, co mnie trochę niepokoiło. Zabawa bardzo się udała. Bufet był oczywiście zimny, a ja śpiewałem "ciao, ciao, bambino".

 

Parę staroświeckich ideałów

Choć serio też się czasem zdarzało:

Nie myśl, że nie mam swoich dołków, zapaści i czarnych okresów, ale nie jest to bynajmniej tonacja dominująca, pisał Tomaszowi Gruzińskiemu 9.12.1983.

A 18.09.1974 do Haliny Misiołkowej: Nie odpisałem zaraz na Twoje dobre słowa, ponieważ od kilku miesięcy trzyma mnie złe choróbsko, zwane pospolicie depresją. Wydaje mi się, że już wychodzę z dołka, ale dalej łykam obrzydliwe lekarstwa, których działanie przypomina nakładanie kaftanu bezpieczeństwa na mózg.

Piszę o tem tak ekshibicjonistycznie, aby się usprawiedliwić i przeprosić. Wiele osób nie zna przyczyn mego uciekania od świata, bo prawdę mówiąc, nie ma się czym chwalić. Mam za sobą ciężki rok i pewnie dlatego to mi się przydarzyło.

Nawet w stanach niepewności i lęku jestem przekonany, że nie odstąpię i nie zdradzę paru staroświeckich ideałów. Chciałbym Halu, żebyś w to wierzyła. (...) Ręce Twoje najserdeczniej całuję. Zbigniew.

 

 

Żal Pana Cogito-Podróżnika

Tęsknię za Grecją bardzo. I za Włochami. I Anglię bardzo lubię, i Amerykę - za sposób życia zupełnie inny od Europy. Od 1939 r. jestem w wiecznym ruchu, śni mi się, że idę przez Wiedeń na przykład.

Krzysztof Dybciak, krytyk, eseista, historyk literatury:

- Poznałem go w 1972, może 1973, w Kole Młodych przy Związku Literatów, gdzie czytał swoje wiersze, a później posłałem mu swoje "Gry i katastrofy", za które dostałem Nagrodę Kościelskich, odezwał się więc, zaprosił. Podczas którejś z wizyt w mieszkaniu przy ulicy Promenady wspomniałem niezręcznie o czyichś alkoholowych problemach, najwyraźniej jednak spłoszony, delikatny, natychmiast zmienił temat. Był miły, sympatyczny, chciał dobrze wypaść wobec kogoś młodego, kto zajmuje się jego twórczością.

Zdaje się, że lubił po prostu alkohol, ale nie był alkoholikiem, co wyniszcza, on tymczasem dużo zrobił - pisał, czytał, podróżował, był wiecznym studentem. Żył siedemdziesiąt cztery lata, alkoholicy umierają przeważnie wcześniej. Jego mózg do końca pracował sprawnie - mówił celnie, zwięźle, złośliwie, pisał świetne wiersze - podczas poświęconej mu pośmiertnej już sesji na KUL-u Andrzej Tyszczyk, jeden z prelegentów, zwrócił uwagę na wiersz "Kant. Ostatnie dni" pisany parę miesięcy przed śmiercią, drukowany najpierw w "Odrze", potem w "Epilogu burzy". Poprawił go nieznacznie, ale trafnie.

Alkohol rozkłada, rozbebesza, on natomiast do końca się kontrolował, krępował np. pokazywać się w chorobie, w fizycznej ruinie, nie wstydził się jedynie starych przyjaciół - Najdera, Karaska, z "nowszych" - Gelberga. Ze mną tymczasem rozmawiał w końcówce już tylko telefonicznie, ale godzinami, spragniony bardzo kontaktu, tak że spóźniłem się nawet kiedyś na wykłady - nie śmiałem mu przerwać. Izolował się od ludzi, był już wtedy uzależniony od pośrednictwa swojej żony, która odbierała telefony do niego, przekazywała, albo i nie.

Zapewne, pił za dużo, lecz wyolbrzymiony problem alkoholizmu Herberta to również wynik jego biograficznego mitu. Potrzeby wykreowania postaci pisarza o życiu tak heroicznym i nieszczęśliwym, że musiał pić, cierpieć, był bowiem udręczoną ofiarą historii.

Potrzeba jak najbardziej psychologicznie zrozumiała dla naszej intelektualnej elity, która - zwłaszcza starsza - kolaborowała na ogół z władzą komunistyczną, krócej lub dłużej, w mniejszym lub większym stopniu, wierzyła w socjalizm choćby z ludzką twarzą. A i w życiu prywatnym nie była święta, tak że Herbert właśnie miał ją niejako zrehabilitować, odkupić winy życia publicznego i prywatnego. Bo skoro pije ktoś taki jak on, tym bardziej jesteśmy usprawiedliwieni, a nawet wywyższeni, nieszczęśni.

Znaczące jest eksponowanie przede wszystkim dwóch tylko etapów jego biografii: bohaterskiej, ubogiej młodości oraz lat ostatnich: osamotnienia, śmiertelnej choroby, rozgoryczenia, bo tylu przyjaciół zawiodło. Rzadko natomiast długich lat jasności - szczytu, sukcesów. Akme.

A przecież w zdecydowanie większej części było to (czy dokładniej powinno być) istnienie człowieka szczęśliwego. Od połowy lat 50. do początku 90. miał warunki, o jakich przeciętny śmiertelnik z PRL-u mógł tylko marzyć! Prowadził życie niczym w opisywanej przez filozofów utopii - wolny, zanurzony w żywiole piękna. Pisał, co chciał, robił, co chciał, podróżował na pewno skromnie, ale jednak, po najpiękniejszych zakątkach świata, czytał ulubione utwory, oglądał w muzeach arcydzieła, studiował najróżniejsze zagadnienia i to nie za długo, ale tyle tylko, żeby się nie zanudzić. A przy tym człowiek sukcesu, o wielkiej też umiejętności strategii - przekłady na całym świecie, seria międzynarodowych nagród dużej rangi. Miłosz, zyskujący poetycką renomę najpierw jako tłumacz Herberta, stał się szybko jednym z najmłodszych kandydatów do Nobla, kiedy nagroda ta miała autorytet i wielką wartość artystyczną, nie tylko pieniężną.

Były więc podstawy i warunki, żeby odczuwał swoje życie jako szczęśliwe, najwyraźniej mu to jednak nie wystarczało, dręczył go niepokój, wracał zawsze do kraju, gdy coś się tu działo. To, że musiał "podpierać" się psychicznie alkoholem jest dla wielu naganne, ale z drugiej strony dobrze świadczy o jego wrażliwości moralnej, bo trudno być w pełni szczęśliwym w czasach tak rozpanoszonego zła, kłamstwa, biedy, niesprawiedliwości. Stąd w "Modlitwie Pana Cogito-Podróżnika" cały fragment to prośba o przebaczenie: wybacz mi - że myślałem tylko o sobie, gdy życie innych okrutnie i nieodwracalnie obracało się wokół mnie.

Bolesny cierń to niewątpliwie też nieszczęśliwie zakończona (przez niego) młodzieńcza miłość do Haliny Misiołek, co później tłumił - nie mówił o tym i nie pisał, ale silne poczucie winy było przyczyną podejmowania w poezji zagadnień etycznych, co rzadkie i co m.in. przyniosło mu światowe powodzenie, a pod koniec życia objawiło się w moralistyce politycznej. Jak głębokie było to uczucie, świadczy wydany niedawno zbiór "erotyków" "Podwójny oddech" oraz "Listy do Muzy". Wiersze nie zapowiadają jeszcze jego późniejszej poezji, ale listy są przejmujące, a wiele fragmentów to świetna medytacyjna proza, w pewnym sensie także i katolicka - o winie, grzechu, modlitwie, jakiej niewiele mieliśmy we współczesnej polskiej literaturze.

- Niewątpliwie jednak uciekał przez wiele lat w alkohol, tak jak i w podróże. Nieustająco właściwie był "w podróży", w ciągłym ruchu, mieszkał w wielu miastach zachodniej Europy - Paryżu, Londynie, Berlinie Zachodnim. Wspominał dobrze Wiedeń - solidny, zamożny, mieszczański, a także Londyn - może nie najpiękniejszy, ale do życia. Zaskakujące, bo chyba nic o tym nie napisał. Nie mówił natomiast, co mnie dziwiło, o miastach włoskich. Zwiedzał nocami - wymykał się, błąkał, w ogóle był nocnym człowiekiem - pracował nocami, wstawał rano jedynie dla muzeów, bo otwarte wyłącznie w dzień.

Przed czym tak naprawdę uciekał, nie wiem, nie lubił mówić o sobie, choć miał taki moment. W końcu 1996 roku prywatne, dynamiczne wydawnictwo Marabut zaproponowało mi przeprowadzenie z nim rozmów, głównie o życiu, mniej o twórczości. Złożyłyby się na książkę z serii "Koniec XX wieku. Polaków portret własny". Wątpiłem jednak, czy się zgodzi - nieskłonny do osobistych wynurzeń i w nie najlepszym chyba dla siebie okresie, bo po Noblu dla Szymborskiej, zawsze zresztą w kontaktach niełatwy.

Już wcześniej, w imieniu KUL-u, gdzie pracowałem, namawiałem go na przyjęcie doktoratu honoris causa, ale odmawiał, uważał, że tytuł ten, nadawany często koniunkturalnie, zupełnie się zdewaluował, skompromitował. Zbłaźnił się nawet Uniwersytet Jagielloński, przyznając go szachowi i szachowej Iranu, gdy Savah dokonywał straszliwych zbrodni. Chciał więc być konsekwentny i nie wyróżniać KUL-u, rzeczywiście niezależnego, który uraził go jednak, nagradzając wcześniej, przed nim, Dedeciusa, z którym był już skłócony. Drażliwy, dumny, zraził się, gdy Dedecius uznał jego wiersze za proste, łatwe do tłumaczenia.

Nobel dla Szymborskiej musiał go trafić, bo oczywiście do tego nawiązywałem, bagatelizował go i minimalizował - obracał w żart; jest przecież, mówił, niezłą poetką, a co więcej, obdarzoną oryginalnym wyglądem - "taka żyrafa", nawet mu się podoba. Mówiłem oczywiście, że w Polsce nie jest w pierwszej piątce pisarzy (co też dobrze świadczy o bogactwie naszej literatury); że nie miała przed Noblem dużej recepcji (żadnej książki o niej) ani pozycji w świecie, a sam Dedecius pisał o "cudzie, którego nikt się nie spodziewał". Twierdził jednak, że to się zdarza, że Nobel trafia do wcześniej nieznanych. I jeżeli czegoś szkoda, to tych paru złotych, które przeznaczyłby dla młodych, odważnych twórców i chorych dzieci. *[- Czy nie było w nim nutki żalu, że nie dostał Nobla? - Katarzyna Herbertowa: On się kiedyś bardzo przyjaźnił z Wisławą Szymborską. W latach 70. pisywali do siebie listy, on się podpisywał Frąckowiak. "Twój wierny Frąckowiak". Zawsze uważał Wisławę Szymborską za bardzo dobrą poetkę. Ale wiedział też, jakim poetą jest on sam. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości. I widział, jaką wagę ma jego poezja. Czy czuł żal? Trudno powiedzieć. Bo miał też świadomość tego, jakie wybory robi świat. I co nim kieruje. Doskonale o tym wiedział. Nie miał żadnych złudzeń. Ja byłam bardzo zaskoczona, nawet boleśnie zaskoczona. I myślę, że w jakimś sensie on też... Wysłał do Wisławy Szymborskiej telegram z gratulacjami. Ona napisała, że uważa, że to on powinien dostać tę nagrodę. Ale Herbert nigdy nie miał złudzeń. On nie podlegał kategoriom, które kierują dziś takimi nagrodami. - "Wymagał oddania absolutnego", rozmowa z K. Herbertowa, "Kurier Poranny", nr 115, 9.05.2000 Białystok.]

Ku mojemu zdziwieniu, nie tylko zgodził się na książkę o swoim życiu, ale zapalił do projektu. Przede wszystkim, co też mnie zaskoczyło, ze względów finansowych. Nie ukrywał, że potrzebuje pieniędzy, Marabut proponował bowiem nam - i jemu, i mnie - sporą sumę, snuliśmy więc nie tylko plany kompozycji książki, ale też finansowe, które podsycałem nadziejami na przekłady w Niemczech, może w Stanach?

Mieliśmy więc zrobić to szybko, oczywiście porozmawiać, głównie jednak "wmontować" gotowy już materiał - fragmenty dziennika, prowadzonego przez niego w pewnych latach, a także listy, dedykacje, rysunki. Twierdził żartobliwie, że lepiej rysuje, niż pisze, nigdy nic jednak nie pokazywał - złośliwi powiedzieliby bowiem, że taki uzdolniony plastycznie, a wziął się do pisania!

Na ostatnich dedykacjach dla mnie i żony jego ręka już drży, a pismo zanika, natomiast rysunek nadal pewny, wyraźny. Na "Napisie" narysował nas w dorożce, udającej się w kierunku wyznaczonym przez drogowskaz z napisem "Roma" i dodał: Państwu Krzysztofom Dybciakom (Krzysztofostwu?) serdecznie poświęcam - płk Zbigniew Herbert, stary wiarus. Posługiwał się już wtedy stylistyką militarną, podobało mu się wyraźnie, gdy zgodnie z nią odpowiadałem: Tak jest, panie pułkowniku, rozkaz wykonałem!

Nie chciał jednak tylko roli wojskowego dowódcy, od czasu do czasu zmieniał więc tonacje naszych relacji i korespondencji.

Nie wychodził już wtedy z domu, poprosił więc o szkic Izydory Dąmbskiej o Elzenbergu drukowany w "Znaku", który wysłałem z karteczką: Rozkaz wykonałem - "Izydora zdobyta". Odpowiedział obszernym, osobistym listem, poruszony być może wspomnieniami profesorów czasów toruńskich:

Drogi, Kochany Panie Krzysztofie, doprawdy jest pan Aniołem. (...) Miałem to gdzieś i szukałem obłędnie dniami i nocami, toteż raz jeszcze dzię-ku-ję!

Ze starym Herbertem jest źle: chcę, aby o tym wiedziało parę osób dla siebie, a zatem proszę o dyskrecję absolutną. Krótko mówiąc sprawy płucnooddechowe w fatalnym stanie (jedno odstąpiło od pracy), węszą komplikacje z sercem (wieńcówka i groźba zawału). (...) Leczenie fachowe (podtrzymujące), czyli nie ma mowy o "wyleczeniu", raczej hamowaniu. (...) Nie wiadomo, czy potrwa to 2 miesiące czy 5 lat. Więc się śpieszę, żeby nie wpadać w doły psychiczne, które mam co roku, ale po prostu czymś zająć głowę. Piszę to wszystko, żeby z góry wytłumaczyć, że mogę parę miesięcy nie odpowiadać na listy albo być nieoglądalny (nie do oglądania). Das alles zwischen uns Herr Kapitan.

Ale żeby nie zabrzmiało to zbyt ponuro, dołączył humorystyczny list do mojej żony, ze sceptyczno-komicznymi uwagami na temat małżeństwa trwającego wiele lat:

Co teraz? Nasuwają się 2 wyjścia:

A. Zostać wiernym przysiędze.

B. Dać nogę.

ad. B. - Ale z kim, kiedy, dokąd?

Na te palące pytania brak jednoznacznej odpowiedzi. Można wykorzystać chwilę nieuwagi Uczonego Męża, który sprawdza coś u świętego Tomasza z Akwinu. Ale to nie rozwiązuje kwestii osoby porywacza i kryjówki. Znam osoby, które już 60 lat głowią się nad zagadnieniem, bez widocznego rezultatu. (...)

Pani Profesorowej przesyłam ucałowania rąk. Sługa i podnóżek, 1 lutego 1996.

Na wznowionej "Strunie światła" nic nie narysował, ale każda jego dedykacja była perełką, napisał: Drogi i zacny Panie Krzysztofie, dzięki serdecznie za Pana pamięć i to z samej stolicy Nieopłakanej Monarchii. Z powodu długiej choroby mam nieopisany bałagan w papierach (zresztą jako zdrowy byk też miałem).

Myślałem o Panu i zastanawiałem się, gdzie Pan bawi - na dworze królowej Wiktorii, cesarza Franciszka Józefa czy Króla Obojga Sycylii. A teraz wiem, gdzie kierować dobre myśli do Pana, bo adres pański zdradził mi dyrektor warszawskiej centrali sekcji C.I.A. niezastąpiony Z.N.? (Była to odpowiedź na kartkę wysłaną z Wiednia w końcu 1994 r.).

Niestety, nic z naszej książki nie wyszło, niespodziewanie na początku 1997 Marabut wycofał się, przeprosił, a wkrótce splajtował. Przekonywałem Herberta, żebyśmy jednak rozmawiali, że książkę o nim kupi każde wydawnictwo, ale wyraźnie przygasł i stracił ochotę na biograficzne zwierzenia.

- Pozostał tajemnicą, zagadką - kontynuuje Krzysztof Dybciak - jego życie pełne białych plam, choćby okresu konspiracji. Z wyjątkiem ujawnionych stosunkowo niedawno wierszy do "Muzy", uderza też prawie nieobecność erotyków, a także chłód, powściągliwość jego wierszy. W 1984 mówił o tym na jednej z sesji Towarzystwa Literackiego im. Adama Mickiewicza Roman Zimand, w obecności Herberta, ale bez jego wyjaśnień na ten temat. Postać kobiety, matki, siostry rosła dopiero w miarę upływu lat, otworzyła go, choć też nie do końca, dopiero choroba. Dopiero w "Epilogu burzy" dotknął też otwarcie Lwowa.

Wcześniej na nutę osobistą, intymną nie pozwalała mu rola poety narodowego, patriotycznego, gorset moralnego autorytetu.

Choć pojawiła się stosunkowo późno. Długo był przede wszystkim wysmakowanym estetą, klasykiem, poetą kultury i dzieł sztuki. Zachowywał się bardzo przyzwoicie, ale poprawnie, ostrożnie, nie chcąc odcinać sobie drogi powrotu do kraju, zwłaszcza druku w Polsce. Nie udzielał więc wywiadów Wolnej Europie, nie włączał się w żadne akcje, imprezy starej emigracji, wiece pod ambasadami itd., tak że niektórzy z niezłomnych uchodźców mieli nawet do niego pretensje. Utrzymywał kontakty z niektórymi z nich, m.in. Tymonem Terleckim, głównie jednak z młodymi z "Kontynentów" -Taborskim, Sulikiem - nastawionymi przede wszystkim na współpracę z krajem, zbuntowanymi wobec starych, nieprzejednanych, choć to oni jednak w końcu wygrali. Podobnie i w Paryżu - zadebiutował w paryskiej "Kulturze" dopiero w 1982.

W latach 70. podpisywał wprawdzie większość listów protestacyjnych, ale robiło to wtedy prawie całe liczące się środowisko, w którym inaczej nie wypadało.

Zarówno starzy (Sandauer, który nazywał go bodaj prozachodnim snobem, i Melkowski), jak również młodzi (Kornhauser i Zagajewski) zarzucali mu ucieczkę od polskiej rzeczywistości do wieży z kości słoniowej, poprawność i pięknoduchostwo.

W stanie wojennym, wiosną 1982, odwiedziłem go, gdy zbierałem podpisy pod listem uczonych z kręgu instytutów PAN, domagającym się zwolnienia aresztowanych oraz internowanych. To był czas tego typu protestów i wszyscy podpisywali, bo huczała też zaraz Wolna Europa, on tymczasem spytał, do kogo to adresowane i gdy dowiedział się, że do Jaruzela, zaśmiał się, że nie podpisze, bo to żenujące! Czy w czasie okupacji zwracano się do Hitlera, żeby zwolnił ludzi z gestapo? Stan wojenny to też okupacja, więc co za sens, żeby prosić szefa WRON, traktować jak partnera? I jednak nie podpisał, natomiast petycje inne - adresowane do opinii publicznej, itp. tak, bo powiedziano by, że siedzi za granicą, ma stypendia i guzik go obchodzi, że ludzie gniją w więzieniach.

- Status powściągliwego klasyka, choć zanurzonego w historii, zmienił dopiero "Pan Cogito", wydany w 1974, którego etyczny, choć też pełen ironii ton trafił w swój czas - rodzącej się opozycji, stał się więc jej poetycką biblią, on sam - jej duchowym ojcem. Ale była to sława elitarna, popularną i masową przyniósł mu "Raport z oblężonego miasta", wydany w 1983 w Paryżu, który pasował go na moralny wzorzec, etyczną busolę, obrońcę Miasta, "świętego poezji polskiej", jak żartował.

Ale i wtedy zachowywał się powściągliwie - latem 1981 chciałem zrobić z nim wywiad dla powstałego właśnie z hukiem "Tygodnika "Solidarność", któremu nikt wtedy nie odmawiał, przeciwnie, wszyscy pchali się, napraszali, bo opozycyjnie "namaszczał". Omówiłem już więc wszystko z Mazowieckim i Wyszkowskim - sekretarzem redakcji - którzy czekali na tekst tym bardziej, że dał wtedy Oramusowi świetny wywiad dla "itd.". Niespodziewanie jednak odmówił, stwierdził z dystansem i ambiwalencją, że nie jest ani członkiem związku, ani postępowcem, choć popiera oczywiście antyreżimowy ruch i pismo.

Właściwie dopiero w drugiej połowie lat 80. (wywiad z Trznadlem), a zwłaszcza w 90., wypowiadał się coraz ostrzej, zdecydowanie. Określił się demonstracyjnie i jednoznacznie, drukując niemal wyłącznie w "Tysolu". To wtedy zaczęli go atakować, demonizować jego dawni przyjaciele, dla których stał się przeciwnikiem, wyrzutem sumienia, dla innych bohaterem.

Cezurą stało się podpisane przez niego w czerwcu 1992 oświadczenie redakcji "Arki" w sprawie dekomunizacji elit rządzących niepodległą już Rzeczpospolitą. Wcześniej nie słyszeliśmy jakoś o jego problemach, choćby alkoholizmie, choć pił właśnie wtedy, gdy był politycznie poprawniejszy, jako niepoprawny już dawno nie. Od tego właśnie podpisu - co łatwo prześledzić po prasowych atakach - zaczęło się dyskredytowanie go etykietą oszołoma, lustratora, alkoholika, metodą środowiskowej szeptanki, że coś się z nim stało, że się skończył. Choć w sumie, trzeba przyznać, w białych rękawiczkach był jednak HERBERTEM, liczono się z nim, pisano więc, że "ma kłopoty z demokracją" itd. Dopiero po śmierci zaatakował go brutalnie Tomasz Jastrun, tłumacząc jego niepoprawne wypowiedzi chorobą psychiczną, nie przedstawiając jednak lekarskich zaświadczeń. Dotkliwie ugodziła jego pamięć później własna żona, ale mówiła jednak o depresji, nie o chorobie psychicznej, a to zasadnicza różnica.

- W ostatnich rozmowach z nim uderzyły mnie przede wszystkim jego gorycz, ból, rozczarowanie III Rzeczpospolitą i ludźmi, którzy tak zawiedli, charakteryzował ich więc złośliwie i szyderczo. Bywał szlachetny, ale też okrutny, instrumentalnie traktował nawet ludzi bardzo mu oddanych. Kąśliwych uwag nie szczędził żadnej ze stron, także i pismom, z którymi wtedy współpracował; jedno z nich nazywał "Stukotem Ursusa", okładkę krakowskiej "Arki" - katalogiem usług pogrzebowych. To partacze, mówił o kilku politykach prawicy, ale jestem z nimi, bo uczciwi moralnie, niepodległościowcy i co najważniejsze - antykomuniści.

Całe życie był przecież zdecydowanym antykomunistą, nie mógł wcześniej jednak tego uzewnętrzniać. Wyczuwałem więc w nim żal, do siebie -stąd też może alkohol? - że tyle lat musiał grać, udawać obojętność, kluczyć, ograniczać się. Tym bardziej że widział, co się w wolnej Polsce dzieje, wiedział, że ma mało czasu. I przycisnął jednak pedał. Zaczął uprawiać też publicystykę, czego wcześniej nie robił, pojedynkować się otwarcie. Został Pułkownikiem Samodzielnej Brygady Huzarów Śmierci, w skrócie SBHŚ, jak pisał, lub też KSBHŚ, czyli Królewskiej.

Kluczem jest i tu autobiograficzna "Modlitwa Pana Cogito-podróżnika", w której prosił Pana o "wybaczenie" tego, że uwiódł go "świat piękny i różny", że "myślał tylko o sobie", "nie walczył jak lord Byron o szczęście ludów podbitych", oglądał tylko "wschody księżyca i muzea", był "zbyt ostrożny w labiryntach i grotach"

Może więc chciał to nadrobić? Odpokutować?

 

 

Dowódca Królewskiej Samodzielnej Brygady Huzarów Śmierci - pułkownik Zbigniew Herbert

Ja już dawno przestałem zajmować się literaturą i piszę monografię naszych generałów, mówię Ci, co jeden to lepszy.

(1992, do Matyldy Wiśniewskiej, swojej pierwszej redaktorki w Czytelniku).

 

My, niedostrzeleni

Wrócił z Paryża, coraz bardziej chory, rozgoryczony, rozczarowany wolną Polską, zwłaszcza w 1993, po klęsce wyborczej, wielkim kacu, kiedy to w cztery lata po odzyskaniu niepodległości postkomuniści wrócili do władzy po wolnych, demokratycznych wyborach.

O sprawach publicznych myślał więc smutno, a czasem z szewską pasją, o czym donosił w 1996 Marii Oberc, przyjaciółce profesor Izydory Dąmbskiej, bo naród jakby do reszty zdurniał, albo nam go podmienili.

A my, to znaczy niewielka część tych, którzy nie chcą żyć na kolanach, my niedostrzeleni, posługujemy się anachronicznymi tablicami wartości. Nie chciałbym się "na starość dopasować", ale "staram się patrzeć zimno prawdzie w oczy". Prowadzi nas na sznurku ta koalicja spryciarzy, a my w kółko o Bogu, Ojczyźnie i Honorze.

To bardzo ładnie, ale "nie lubię moralnych zwycięstw", trzeba zmieniać realny układ sił.

Nie chciał już więc być "tylko wice-Parandowskim, malutkim Herbercikiem-idiocikiem, który pisze o jakichś tam bogach, ich zamierzchłych waśniach. Miał wątrobę i serce".

Andrzej Gelberg, ówczesny redaktor naczelny "Tygodnika Solidarność": - Zadebiutował u nas w dziale listów w lipcu 1992 jako "Zbigniew Herbert z Warszawy", następne teksty, a nawet kilka zdecydowanie politycznych wierszy, m.in. "Bezradność" o Oleksym, wysyłał już jednak do mnie, pytając zawsze, czy widzę możliwość ich zamieszczenia, podpisując się "adept" lub swoim dawnym pseudonimem Patryk.

Na "89 wierszach" napisał: "Kochanemu Krwiopijcy", choć nigdy go o nic nie prosiłem, nie śmiałem, cierpliwie jedynie czekałem, tylko ktoś, kto go nie znał, może pomyśleć, że pozwoliłby sobą manipulować, wywaliłby kopniakiem każdego, u kogo wyczułby tylko taką próbę.

Swój głośny dla nas wywiad dał nieprzypadkowo, chyba w siedemdziesiątą rocznicę swoich urodzin, gdy chce się coś powiedzieć. Zatytułowałem go "Pojedynki pana Cogito" i wszystkie jego teksty do nas można by tak nazwać, wyzywał na "ubitą ziemię, choć naokoło tylko błoto", nasze elity - polityczne, intelektualne, nowe i stare, których hierarchie utrzymuje się do dziś. Elity zawodowe, nawet po śmierci, elity trupów. Karcił je za zdradę - konformizm, intelektualną prostytucję, pisanie zawsze w myśl ostatniego plenum. Komunistyczne spustoszenie - fraternizację, relatywizację wszystkiego, zamazanie podstawowych pojęć, dobra - zła.

Adama Michnika, którego wcześniej uważał niemal za swego duchowego syna, nazwał "manipulatorem" i "komunistycznym Dyzmą", spytał, co zrobił ze swoją "heroiczną młodością"? Czesławowi Miłoszowi zarzucił "brak tożsamości", "rozdarcie", "nieokreślony status narodowy", przypomniał incydent w Kalifornii, gdy twierdził, że Polskę należałoby przyłączyć do Związku Sowieckiego.

Skończyło się więc - co odczuł bardzo boleśnie - zerwaniem z byłymi przyjaciółmi, wielbicielami, którzy, zwłaszcza po wywiadzie u nas, zaczęli go flekować, najróżniejszymi środkami. Zwłaszcza, choć chciałbym się mylić, upokorzyli go Noblem dla Szymborskiej, o którym decydują zawsze naciski wpływowych lobby, do których jego adwersarze niewątpliwie należeli. Przede wszystkim jednak przemilczaniem, dezawuowaniem, "czarną pianą gazet", a po śmierci - "psychuszką", insynuacją choroby psychicznej.

 

Pan Vomito

 

Marek Beylin, "Pan Cogito ma kłopot z demokracją"

Co się stało ze Zbigniewem Herbertem - przemawia jak nieomylny sędzia, spogląda z wysoka na pokraczne ludzkie kukły. Właściwie nic się nie stało. Po prostu jego niezłomność, pogarda dla kompromisu, tak niegdyś godne pochwały, zderzyły się z normalnością.

("Gazeta Wyborcza", 4-5.03.1995)

 

Aleksander Małachowski, "Druga twarz Herberta"

Jak jednak wyjaśnić fenomen Herberta, który na dodatek talentu otrzymał od Boga mądrość i nagle objawił się nam w roli bolszewickiego propagandzisty ? - gdy pojawia się na arenie publicystycznej, pokazuje nam tępą twarz czekisty. (...) Zaciętą, zapiekłą nienawiść do ludzi, co zgrzeszyli. (...). Nienawiść to jest u nas teraz taki sam dobry interes jak ongiś komunizm czy piłsudskizm. Nienawiść dobrze sprzedawana daje tłuste posady w środkach masowego przekazu i niezły szmal.

Wszystko to prawda, ale jałowa w odniesieniu do pytania o tragiczne zjawisko, jakim bywa coraz częściej druga twarz Herberta. Twarz nienawiści. A może to jest po prostu przypadek medyczny, ale o tym cicho.

("Wiadomości Kulturalne" nr 17, 23.04.1995)

 

Kazimierz Rosiński "Co się stało z Herbertem?"

Zgorzknienie Herberta brało się także z przerostu ambicji. Podstarzały Herbert, w latach PRL-u na ogół powściągliwie wypowiadający się o kolegach, teraz idzie na całość, daje upust swoim żalom.

("Kurier Poranny" nr 245,17.11.1994)

 

Civis "PanVomito"

"Lecz paraliż postępowy najzacniejsze trafia głowy". Poeta Zbigniew Herbert, bezpiecznie dotychczas zasiadający na naszym biednym Olimpie, wdał się w tzw. bieżącą publicystykę polityczną. I to jeszcze na łamach "Tygodnika Solidarność", pisma o klinicznych przejawach obsesji. To się poetom zdarza. Ezra Pound sympatyzował z Hitlerem do samego końca, ale uznano go za wariata. Marinetti wielbił Il Duce i faszyzm jako takich.

(...) Nieszczęsna publicystyka Herberta, jej wulgarny i napastliwy język, zapiekła nienawiść. Jeśli u wielbionego niegdyś poety odkrywa się ze zdumieniem takie cechy - trzeba na nowo sięgnąć do jego dzieł, przeczytać je innym okiem. Wtedy śpiewające osły i cała ta śródziemnomorska laurowa sztukateria odsłaniają zasmucającą pustkę. Przerost wypindrzonej formy nad dość jałową treścią.

("Dziś" nr 1/95 red. nacz. Mieczysław F. Rakowski)

 

Jacek Zychowicz

Jak była możliwa taka przemiana doktora Jekylla w pana Hyde'a, subtelnego moralisty w oszołoma?

("Wiadomości Kulturalne" nr 19/1996).

 

R. M. Groński

No, ale co myśleć o przypadku Z. H., jeśli to jednak on - bez antycznego kostiumu i sceptycznej zadumy Pana Cogito - wkroczył na ścieżkę wydeptaną przez pisarczyków-demaskatorów? Co o tym myśleć, jeśli naprawdę Zbigniew Herbert dziś na ochotnika zastępuje etapowych tandeciarzy? Jak to przyjąć do wiadomości, że 29 grudnia 1995 roku wstąpił w niego Dybuk?

("Polityka", 20.01.1996)

 

Czesław Miłosz, Berkeley, 28 listopada 1994

Jak mi wiadomo z różnych źródeł, Zbigniew Herbert przeżywa trudny okres. Dlatego powstrzymywałem się dotychczas od odpowiedzi na jego zaczepki, sądząc, że w takich sytuacjach milczenie jest zdrowsze. Jednakże ostatnio przebrał miarę i muszę z przykrością napisać to oświadczenie.

(...) Ten wywiad Herberta przygnębił mnie, bo posuwa w nim o kilka stopni dalej swoją kampanię przeciwko kolegom, przy użyciu oskarżeń i inwektyw, z argumentem "złych genów" włącznie. Cnota podziwiająca siebie w lustrze, uzurpująca sobie prawo do występowania w roli sędziego naszych bliźnich, niepostrzeżenie stępia wrażliwość na elementarne wymogi przyzwoitości. Nie mówiąc już o zasadach dobrego smaku, które Herbert-poeta uważał niegdyś za ważny sprawdzian jakości ludzkich społeczeństw.

("Rzeczpospolita" nr 281/1994)

 

Tomasz Jastrun, "Pan Herbert"

W Polsce osoby publiczne nie cierpią na psychiczne schorzenia. Czy nie czas zerwać z tą tradycją? Herbert był chory na cyklofrenię (depresja z fazami obniżenia nastroju i pobudzenia). To zapewne w tej ostatniej fazie szokująco, brutalnie zaatakował wielu, jakoś nisko, niemądrze. Miłosz jako słabo piszący po polsku, morderca intelektualny. Dla tych, co znali charakter choroby, wszystko było jasne, mimo ciemnych barw zdarzenia. Ta choroba nie zmienia istoty osobowości, wzmacnia co już jest.

("Polityka" nr 32, 8.08.1998)

 

Wieczna uciekinierka z obozu zwycięzców

Znów też, w wolnej już Polsce, był "podpisantem", ale obecne "listy apostolskie" jeszcze bardziej poróżniły go z byłymi przyjaciółmi, z którymi szedł dotychczas razem. Ale choć cenił i praktykował przyjaźń i sporo go to kosztowało, wiedział, że są sytuacje, gdy należy ją zerwać. "Mało jest ludzi, którzy przeżyli z panem od dzieciństwa do trumny w taki sposób, aby można było powiedzieć: Nie zdradzili mnie ani naszych młodzieńczych ideałów" - powiedział Bogdanowi Rymanowskiemu z radia RMF FM (1994).

W 1992 podpisał apel krakowskiej "Arki" o dekomunizację elit rządzących III Rzeczpospolitą, uniemożliwioną przez "nieszczęsny, okołostołowy poród, zakończony wymóżdżeniem płodu".

Pod tekstem podaliśmy adres i telefon redakcji, wspominał Andrzej Nowak, redaktor naczelny, pod którym można było składać podpisy wspierające nasz apel. Zbigniew Herbert zatelefonował jako jeden z pierwszych. Za nim pojawiły się głosy wspierające kilkuset jeszcze sygnatariuszy.

(...) To była deklaracja niepolityczna, ale moralna: przeciw przemocy kłamstwa. Tak jak deklaracją moralną były jego apele w sprawie prześladowanych obrońców Dalaj Lamy, Kurdów, afgańskich i kaukaskich górali, apele zwracające uwagę na przemoc, która uderza w słabszych.

Racje, po stronie których się opowiedział, tak jak i w całej historii, również w Polsce po 1989 roku okazały się politycznie słabsze. Zwolennicy ugody, jak zwykle, wzięli górę nad stronnictwem niezłomnych. Wstręt do bratania się z silniejszymi umocnił tylko wybór Poety.

(...) Jak dla Simone Weil, prawda była dla niego wieczną uciekinierką z obozu zwycięzców. Dlatego udane powstania się nie zdarzają. Nie zapisały się w każdym razie w polskiej tradycji. To też jeden z powodów, dla których ta właśnie tradycja była mu bliska. (...) Ojczyzna, Polska, naród, Miasto - to nie tylko główny wątek nie uładzonej biografii Herberta, to także nie dający się usunąć bez zafałszowania składnik Jego twórczości.

W 1994 jako pierwszy na łamach "Tygodnika Solidarność" stanął w obronie skazanego na karę śmierci pułkownika Kuklińskiego, który "toczył samotną walkę w cieniu grożącej mu w każdym momencie śmierci" o prawo do niezawisłości. Poświęcił mu tekst pt. "Szpieg", potem list otwarty, pominięty milczeniem przez prezydenta Wałęsę, co ostatecznie go do niego zraziło. Podpisany przez 30 tysięcy osób, drukowany w prasie polskiej i zagranicznej, porównywany do listu Zoli w sprawie Dreyfusa. Akcja w obronie Kuklińskiego, prowadzona z jego ówczesnym rzecznikiem prasowym, Józefem Szaniawskim, zakończyła się rewizją nadzwyczajną, rehabilitacją pułkownika, spotkaniem z Herbertem, który, jak wspomina Szaniawski, tak bardzo chciał z nim porozmawiać, że przed jego wizytą wyrwał sobie z tchawicy rurkę, uważał też, że jest do niego podobny - niewysoki, a odważny.

"Poparcie Herberta i list córki Nila-Fieldorfa, Marii Fieldorf-Czarskiej, było dla mnie ważniejsze niż rehabilitacja" - powtarzał Kukliński na wszystkich spotkaniach.

Ale nie lubił jednego wymiaru, Marianowi Grześczakowi i nie tylko, opowiadał więc anegdotę z odwiedzin pułkownika, poprzedzoną wizytami borowców, ustalających dokładny przebieg spotkania i topografię miejsc gościa oraz gospodarza (lewy bok). Wszystko przebiegało zgodnie z planem, mówił, niczym do szopki betlejemskiej, do leżącego w stajence dzieciątka Herbert, zawitali trzej królowie - pułkownik, święty Józef Szaniawski oraz atanda "borowików". I nagle, czego nie przewidywał scenariusz, "Jaja mnie zaswędziały", śmiał się, bo lubił również i takie słowa, "włożyłem więc rękę pod kołdrę, żeby się podrapać, a tu tumult, wrzawa, alarm, bo może spluwę wyjmuję! Atanda rzuca się na mnie, łapie za ręce! O co chodzi? Co się stało? Tak że podrapałem się dopiero, gdy wyszli", relacjonował.

Jako jeden z pierwszych zareagował też na tragedię Czeczenii, w grudniu 1994 roku napisał, znów opublikowany w "Tysolu", list do prezydenta Czeczenii, Dżochara Dudajewa, już nie doręczony - zamordowano go dwa dni wcześniej.

Rozstrzyganie spraw międzynarodowych za pomocą siły - pisał - jest przejawem barbarzyństwa, triumfy gwałtu, bezprawia, zniewolenia są krótkotrwałe, złudne i nikczemne. Polacy doświadczyli w historii wielu klęsk i upokorzeń. My także toczyliśmy przez długie dziesięciolecia samotną walkę o elementarne prawo do wolności, prawo do życia w godności, sprawiedliwości i bezpieczeństwie. Walczyliśmy, podobnie jak Wy, w przeraźliwej pustce otaczającego nas świata, a rządy bogatych, demokratycznych państw zarzucały nam, że burzymy ustalony porządek, dopuszczamy się bandytyzmu, anarchizujemy ustaloną równowagę sił. W oczach ludzi obojętnych i sytych oprawcy grali rolę ofiar. (...) Nie jesteście sami. Ludzie dobrej woli są po Waszej stronie.

Andrzej Gelberg:

- Obłożnie już wtedy chory, unieruchomiony, wsparty tylko na łokciu, prowadził sztab pomocy dla Czeczenii - organizował zbiórkę pieniędzy ("żadnych starych gaci"). Sam dał sporo, bo pięć starych milionów, większość natomiast sumy niewielkie - od pięćdziesięciu do dwustu złotych, a ponieważ drukowaliśmy listę ofiarodawców, prosił, żeby napisać "X - 5 milionów", nie chciał uchodzić za krezusa, słusznie zresztą, żył z emerytury i nagród.

Na rzecz Czeczenii organizował też wielki koncert, kontaktował się z ośrodkiem krakowskim, który przysłał do niego swoją przedstawicielkę i już prawie podpisali umowę. Zabrał się więc do dzieła, napisał scenariusz, dzwonił do aktorów, m.in. Holoubka. Sądził, że wszystko będzie gotowe za co najwyżej dwa miesiące, a tu czas mijał i nic się nie działo, ośrodek krakowski milczał. Doszedł więc do wniosku, że są pewnie "podstawieni", obraził się też na "Tysol", bo z nimi związany, ledwo wytłumaczyłem, że to jeszcze PRL, gdzie dużo się mówi, mało robi, nie odpisuje na listy...

Dobrze zresztą, że się nie pojawili, bo kipiał ze złości i przypomniał, jak w stanie wojennym spuścił ze schodów młodego "biedaka" z podziemnego wydawnictwa, który namawiał go na wydanie jego tomiku, oczywiście za darmo, dla Sprawy. I nagle, po godzinie rozmów, zapukał taksówkarz, spytał "biedaka", czy ma czekać nadal?

 

"Uchodzące oczy zmarłych"

W 1994 podpisał też dwie petycje Ligi Republikańskiej. Pierwszą dotyczącą wznowienia śledztwa w sprawie śmierci Stanisława Pyjasa, zamordowanego skrytobójczo przez UB, drugą o odtajnienie akt UB do roku 1956.

Rafał Dzięciołowski:

- Prawdę powiedziawszy, nie mieliśmy początkowo nadziei - trwała wielka, medialna nagonka na nas, przedstawiani byliśmy wyłącznie jako zadymiarze, "jajcarze", ale wiedział, że to nieprawda, zaprosił nas do siebie.

Grzegorz Wąsowski:

- Nie tylko podpisał, ale też rozmawiał i to nie raz, nawiązaliśmy naprawdę dobry kontakt. Był nas ciekawy, chciał wiedzieć, kim jesteśmy. Nie ukrywał, że jest coraz bardziej samotnym "dinozaurem", ma coraz mniej znajomych, do których chce zadzwonić. Dlatego też cieszył się, że w postkomunistycznym marazmie, "smucie", beznadziei są młodzi ludzie, których interesuje historia, tradycja, przeszłość, bliska im jest niepodległościowa tradycja. Chcą i potrafią ocenić rzeczywistość, nazywać po imieniu to co złe i protestować. Przypominać o odpowiedzialności za komunizm, jeżeli już nie prawnej, to choćby moralnej.

Rozumiał, że nasz bunt wynika z bezsiły, bo gdy nic nie można zrobić, zostaje czasem tylko rzut jajkiem.

Rafał Dzięciołowski:

- Był pułkownikiem, dowódcą, my - żołnierzami, których pytał, czy rozkaz wykonany? Atak zwycięski? Pocieszał słowami swego mistrza Elzenberga:

"Nie martw się, że bitwę przegrałeś, trzeba wiele siły, żeby dojść tam, gdzie się bitwy przegrywa".

Zawsze jednak była nie tylko powaga, ale i żart. Po pobycie we Włoszech chcieliśmy na przykład pokazać mu, jacy jesteśmy kulturalni i pochwaliliśmy się, że zwiedziliśmy Rovigo. "Rovigo? - zaśmiał się. - Nigdy tam nie byłem. Tak tylko napisałem".

Nie interesował go podział prawica - lewica, tylko komunizm - antykomunizm. Był antykomunistą. Zdecydowanie podkreślał też, że nie chce dać się nikomu zawłaszczyć, pozwolić sobą manipulować, być czyjś.

Moim zdaniem, nie był zwierzęciem politycznym - bieżąca polityka brzydziła go. Jest realizacją jakiejś wizji świata, a on miał własną, wynikającą z jego systemu wartości, zawsze obowiązujących: prawdy, przyzwoitości. A przede wszystkim wierności wobec pokoleń, które oddały życie za niepodległość. Poległym, zabitym, zdradzonym o świcie. Zwłaszcza jego rówieśnikom z pokolenia AK.

Grzegorz Wąsowski:

- A także tym z powojennego niepodległościowego podziemia, którzy nie złamali przysięgi, walczyli w lasach po 1945, bez nadziei, i nie mają nawet grobów, chowano ich w dołach zalanych wapnem. Nie istnieją w narodowej pamięci, chyba że jako "bandyci". Dedykował im "Wilki", zasalutował w filmie o "Ogniu", miał wielką wiedzę na ten temat, interesował się bardzo albumem "Żołnierze wyklęci", którego byłem współautorem. Jako motto zamieściłem jego wiersz "Pan Cogito o potrzebie ścisłości":

 

Jak trudno ustalić imiona

wszystkich tych co zginęli

w walce z władzą nieludzką

(...)

a przecież w tych sprawach konieczna jest akuratność

nie wolno się pomylić

nawet o jednego.

 

Uważał siebie za niegodnego, który ocalał, ich rzecznika, stróża. Oni byli jego partią - poległych i rozstrzelanych, "zdradzonych o świcie", którzy, jak w "Prologu", nieubłaganie patrzyli mu w oczy.

To ważna nić jego twórczości i życia; może nawet główna?

 

 

Sól i pieprz

Życzę (...) oby lepszego Nowego Roku. Staram się żyć bez złudzeń, ale mam jednocześnie głęboką pewność, że "ta co nie zginęła" powróci w chwale na przekór złym mocom.

Stary sługa Zbigniew (9.12.1983, do Marii Oberc)

Pisarz Marek Nowakowski:

- Poznałem go w redakcji "Współczesności", popaździernikowym prezenciku dla młodych, którym władza ich kanalizowała, dając trochę więcej swobody. W 1957, może 1958, gdy - szumnie mówiąc - wkroczyłem w literacką zabawę, która mnie pożarła, jako jeden z debiutantów, młodych wilków, z wielkimi potrzebami pisania. Zbyszek natomiast, choć rocznik 1924, a więc starszy od nas, z lat 1930-35, zaczynał już wprawdzie wcześniej, ale tak naprawdę też wyłonił się po Październiku, z nami.

I wolał być z nami, a nie ze starszymi, czy też swoimi rówieśnikami, bo może - jako ten niedrukujący - za dużo, za namacalnie o nich wiedział. O starych wygach z komunistycznych dworów, o młodych, żarliwych pryszczatych, którzy namiętnie się komunizmowi oddali. My natomiast dopiero zaczynaliśmy, byliśmy jeszcze literacko nierozprawiczeni, niezdeprawowani, nienaznaczeni komunizmem. Nazwani umownie pokoleniem "Współczesności", do którego wcale się nie poczuwam, choć mnie do niego przypisują, nosiłem tylko teksty, znałem parę osób, nie znoszę bezsensownych, pokoleniowych podziałów.

My również dobrze się ze Zbyszkiem czuliśmy, choć młodzi od razu starszych wyczuwają i odrzucają, on jednak był dla nas młody, nasz, nie zauważyliśmy dystansu, ciężaru jego lat, doświadczeń. Młodo wyglądał, młodo się zachowywał.

Łaził z nami na redakcyjne konwentykle, na wódy, gdzie z rozkoszą zwycięzców przepijaliśmy pierwsze honoraria. Księciem poetów był w naszym gronie Staszek Grochowiak, Zbyszek - wyłącznie miłym kompanem. Pogodnym, dobrodusznym, misiowatym, z ujmującym uśmiechem, swojakiem, bratem-łatą, z którym zaraz wypijemy brudzia, pogadamy, damy sobie niedźwiedzia. Brunatnym, krótko ostrzyżonym karpackim misiem, ruchliwym perypatetykiem z nieodłącznym podręcznym chlebaczkiem, ciągle w drodze, wtedy jeszcze nie do Włoch czy Grecji, ale gdzieś w Polskę, autobusem, pekaesem.

Tak że pierwsze kontakty były z nowym kolegą, a nie z poetą. Poezja nigdy mnie specjalnie nie interesowała, moje czytelnicze potrzeby nie obejmowały wierszy. Słyszałem jednak od znajomych poetów, że jest dobry, że liczy się na poetyckiej giełdzie.

Moje kontakty z większością kolegów ze "Współczesności" skończyły się razem z pismem. Z powodów najróżniejszych, nie tylko politycznych. Wydawali mi się konformistami robiącymi karierki, pisującymi pod publiczkę, pod mecenasa, jedynego wtedy - władzę.

A znajomość ze Zbyszkiem trwała nadal, nie stał się, jak inni, urzędnikiem od kultury, nie obrastał w piórka, nie poszedł na redakcyjne stanowiska, tak jak i ja, nigdzie nieprzypisany, wolny strzelec.

Podobało mi się też, że był po prostu - co jest dla mnie miarą człowieczeństwa - zwykły, naturalny, ciekawy ludzi i bardzo im życzliwy, co u twórców rzadkie - tworzą sobą, nastawieni są więc na siebie. Zbyszek natomiast rozmawiał z profesorem i hydraulikiem, kurwą, chłopem spod Warszawy i nigdy się nie zniżał, nie udawał, pozostawał sobą.

Mnie osobiście, egoistycznie mówiąc, pasował też jako towarzysz knajpiany. Puściliśmy się kiedyś w całonocne tango po knajpach lat sześćdziesiątych, gdzie spotykałem oczywiście cały kalejdoskop moich znajomych ze światów najróżniejszych i żaden z nich nie spytał: Słuchaj, z kim właściwie przyszedłeś? Kto to jest? Bo i tu nie odstawał - wyglądał zwyczajnie i urodę miał zwyczajną. Coś prostego, plebejskiego i mazowieckiego w swojej miłej twarzy, ale w sensie jak najlepszym. Coś z soli i pieprzu tej ziemi. Emanowała serdecznością, sygnałami elementarnymi, że coś nas łączy, że w czymś tam jesteśmy wspólni. Skromnie ubrany, z chlebaczkiem, nie wyglądał na literata, można by mu śmiało dać grzechoczącą torbę hydraulika czy innego majstra, którym bywał, choć wtedy jeszcze nie znałem jego życiorysu, nie wiedziałem, że z niejednego pieca jadał chleb.

- Nie raz i nie dwa napatoczył się też w Oborach, gdzie jeździliśmy nie ze snobizmów, nie dla luksusów, pisarskiej nobilitacji, ale żeby przez parę tygodni odetchnąć od wynajmowanych klit, w których się gnieździliśmy; Zbyszek po latach tułaczki dochrapał się wreszcie kawalereczki koło Sądu, swego wielkiego życiowego osiągnięcia.

Nareszcie więc mogliśmy, jak mawiał Tadzio Konwicki, "katować papier", bo dobrze się tam pisało, poznawać starych, przedwojennych pisarzy - hrabiego Morstina, Grzymałę-Siedleckiego, poczuć się ogniwem pisarskiego łańcucha, uświadomić sobie jakąś jednak ciągłość. I to właśnie był dla mnie wielki walor Obór, które lubiłem, choć zdawałem sobie zawsze sprawę z ich niewątpliwej dwuznaczności - łaskawego prezentu władzy.

Pamiętam nasze wypady na wódę, z całymi watahami piszących, wybitnych i grafomanów. Do mamy Ciszewskiej w Jeziornie, do Berentowicza w Konstancinie, jedynej chyba prywatnej, ze starym, przedwojennym jeszcze knajpiarzem, gdzie jak na postny i przaśny PRL serwowano przyzwoite zakąski, gdzie lubił podobno bawić Cyrankiewicz, dlatego ocalała, takie przynajmniej krążyły legendy.

Pamiętam spacery w podmiejskim, mazowieckim pejzażu, bliskim, bo moim, przypominającym "Starą cegielnię" Iwaszkiewicza. Dobrze się nam gadało, bo - co zdrowe i estetyczne - nie nudził, nie ględził jak inni o pisarskiej kuchni, warsztacie, twórczych mękach, które wiadomo, że są, tak jak i w innych zawodach, tylko kogo to interesuje?

- Jego twórczość odkryłem i doceniłem trochę później, dzięki "Barbarzyńcy w ogrodzie", bo taka już moja zwierzęca właściwość, może kalectwo, że istnieje dla mnie przede wszystkim proza, poezja to nie mój rewir.

Podobały mi się te jego eseje z "Twórczości", które złożyły się potem na "Barbarzyńcę". Świetnie się je czytało - wyrafinowane, erudycyjne, ale żadne uczone gnioty, co więcej - dwutorowe, bo oprócz opisów przeszłości zamkniętych w sztuce - obrazach, rzeźbach - relacje bardziej osobiste, życiowe ściegi - wątek biednego turysty, kupującego najtańsze wino i bułkę, jadającego w najtańszej pizzerii, podróżującego okazjami, na swoją skalę i miarę.

Jego poezja przyplątała mi się dopiero dzięki "Panu Cogito", który poruszył mnie, ożywił, podniósł na duchu, tak jak dobra lektura. Zacząłem też obserwować go literacko i uderzyła mnie artystyczna skończoność jego wierszy. Jasność i prostota języka, przylegliwość słowa do rzeczy, co wbrew pozorom rzadkie. Nie chcę kłamać, że stały się dla mnie relikwią, kromką chleba, ale z przyjemnością je czytałem, a jestem czytaczem wyjątkowo wymagającym, książki - moja strawa, odgrywają w moim życiu wielką rolę, bez nich nie byłoby dla mnie jego pełni.

- A później, w połowie lat siedemdziesiątych, zbliżyły nas nie tylko sympatie osobiste, ale też polityczne, poglądy na Polskę i świat. Był to bowiem czas kształtowania się opozycji demokratycznej. Listów do władz, KOR-u, a wreszcie Solidarności. Walk z cenzurą, z kastrowaniem tekstów, książek. Niezależnych pisemek i wydawnictw podziemnych - Zapisu, Nowej. Rozwalania komunistycznego burdelu, zdrowego odrzutu organizmu, powstrzymywania toczącej się gangreny.

A włączyliśmy się w to nie z pychy, ale żeby nie dać się zgnoić PRL-owi już nie stalinowskiemu, drapieżnemu, bandyckiemu, ale gnijącemu, dusznemu i deprawującemu. Zbyszek, krążący między Warszawą a Paryżem, doskakiwał do nas jak zagończyk, gdy tylko mógł. Brał udział w wielu akcjach, w gremiach, dał się np. wciągnąć do pracy w Związku Literatów.

Pamiętam na przykład Niezależną Nagrodę Literacką, którą przyznaliśmy Kazikowi Orłosiowi, bo jako pierwszy, cichutko i bez rozdzierania szat wydał w 1973 w "Kulturze" paryskiej swoją "Cudowną melinę". Spotkanko u Jarka Abramowa na Filtrowej, w małym gronie, w skład którego wszedł oprócz Zbyszka Słonimski, Newerly, Bocheński, Kijowski. Cyrograf, który wspólnie Kazikowi wygotowaliśmy. Cienką kopertowe, na naszą miarę, poprzedzoną zrzutą.

Byli wtedy z nami koledzy najróżniejsi. Także i ci, którzy chcieli tylko naprawiać pieprzony socjalizm, walczyć o jego ludzką twarz. Z przeszłością komunistyczną, choćby Wiktor Woroszylski, którzy mieli świadomość tego, w co wdepnęli, w co się ubabrali i chcieli się z tego wyzwolić, zrzucić z pleców ciężar, odium fanatycznej, ślepej młodości. I byli nam bliżsi niż konformiści, którzy uważali, że to bez sensu, że komuna jest wieczna, nie do pokonania, i tkwili w apatii, bezruchu.

Sporo wtedy ze Zbyszkiem rozmawiałem, już się ujawnił, już wiedziałem, że jest zdecydowanym antykomunistą, że wie wszystko lepiej i głębiej. Ale mimo to żadnym Katonem, maksymalistą, a taktykiem, zwolennikiem małych kroków, uzyskiwania tego, co realne.

- Odwiedziłem go też w Paryżu, gdzie uciekał również, myślę, od polskich spraw, od całej tej naszej atmosfery. A mógł sobie na to pozwolić -miał poetycką sławę, renomę, tym samym stypendia oraz szanse, z których korzystał, i słusznie. Mnie bowiem wystarczyło moje małe mazowieckie błotko, w którym się tytłałem. Nie miałem dramatycznej potrzeby wyrwania się, a on tak, bo pisał o sztuce, musiał używać muzeów, swego karmidła. Potrzebował podróży jak chleba i wody, bez nich nie byłby tym, kim był.

I chwała Bogu, że pobuszował po świecie, później bowiem przestało to być możliwe, dopadły go najróżniejsze choroby. Astma, bronchity, kłopoty z poruszaniem się, oddychaniem. Najróżniejsze perturbacje. Operacje, tracheotomia, po której zainstalowano mu w tchawicy rurkę.

Krótko mówiąc, zaczęła mu szwankować fizyka. Zaczął się psować i widziałem jego wielki dramat, bo jako człowiek witalny chciał korzystać z życia, ale choroby nokautowały go, boksowały.

Miał jeszcze wyskoki, próbował szarpać się, wyrywać z ich kokona, ale znów go dopadały, spychały do domu, do łóżka. Miał na szczęście Kasię, swoją kobietę, oddaną mu na dobre i złe, a z tym, jak wiadomo, różnie bywa.

Jolanta Nowakowska, która włącza się do rozmowy:

- Choć pamiętam jeszcze chwile bardziej optymistyczne. Jego ostatnie chyba wakacje w 1986, które spędzili w naszej mecie nad jeziorem na Mazurach, a właściwie Warmii. Był zadowolony; pisywał nocami, nieraz i do czwartej rano, Kasia przygotowywała mu termos, kanapki, spał potem do pierwszej, drugiej. Jeździł trochę na swoim skarbie - górskim rowerku, choć głównie już go prowadził, już nie był za dobry.

Posiedzieliśmy z nimi ze trzy dni, wprowadziliśmy w domowe sprawy i wyjechaliśmy, zostawiliśmy samych. Okazało się później, że wieś długo ich wspominała, pytała, co u Herbertów? A nie wiedziała, kim był, nie czytała jego książek, polubiła jako człowieka, który łaził po prostu po wsi, gadał, ale bez żadnego interesu, poza kupnem mleka czy kury.

A zdobyć ich zaufanie niełatwo - nieufni, trudni, w większości Ukraińcy, przesiedleńcy w ramach akcji "Wisła", kilku z UPA, po wieloletnich więzieniach, ponurych stalinowskich doświadczeniach. Wielu z dawnego powiatu Sokal, koło Lwowa; może więc zbliżyły ich Kresy?

Kasia również umiała z nimi rozmawiać, z chłopkami prawie się całowała, oglądała chore nogi, rany, radziła, że tu kompres, tam maść. Nasza znajoma, pani Ania, do dziś ją wspomina, nie jako żonę Herberta, ale kogoś opiekuńczego, serdecznego.

Marek Nowakowski:

- Ostatni raz widziałem go chyba pół roku przed śmiercią. Gdy chorował już obłożnie, wysyłałem do niego Jolę, sam jedynie dzwoniłem. Nie lubię być odwiedzającym, bo kończy się autentyzm, wkrada fałsz, z chorym inaczej się jednak rozmawia, sztucznie optymistycznie. On z kolei też się mobilizował, napinał, chciał być dziarski, a nie podupadły.

Jolanta Nowakowska:

- Gdy wpadałam do niego z Markiem, potem już sama, zawsze jednak wstawał, ubierał się, przychodził do pokoju. Wyjmował z gardła rurkę, "natleniał się", żeby choć trochę porozmawiać, mimo że z coraz większym trudem. Nie było sensu, żeby tracił resztki sił na towarzyskie ple-ple. Na szczęście Kasia czuwała, włączała filtr, dawkowała wizyty, przepuszczała, słusznie, tylko najważniejsze. Mimo to często ktoś u niego siedział - Krynicki, Karasek, jego doktor Siwiec.

Ale nawet przykuty już do łóżka czytał, pisał, pracował jako szatan. Był pogodny, żartował. I choć niewskazane przy astmie, trzymał koty, najpierw zdaje się Szuszu, potem Kleofasa.

Należał do ginącego świata tych, którzy piszą listy i kartki, cyzelował drobnym maczkiem prawdziwe dzieła sztuki, ironiczne, dowcipne, ozdobione kwiatkami. Pisywał głównie do mnie, podpisywał się "klijent" - miał ze mną, adwokatem, prawne, wydawnicze konszachty, koleżeńskie naturalnie, choć raz podarował mi piękny wachlarz.

 

Najtrudniej przeżyć wolność

6.02.1989. Paris. Widokówka ze zdjęciem pań spod latarni - "Les belles de nuit".

Kochana Jolu! Kochany Marku, Serdeczne dzięki za list z dobrą wiadomością o zmianie mieszkania. Liczę, że pozwolicie mi podrzemać czasem na werandzie lub skorzystać ze swimming-poolu (może być bidet). Tutaj wiosna, bo wyłaniają się rusałki, jak na załączonym obrazku.

U nas jako, tako. Wypuścili mnie wreszcie ze szpitala więc zabrałem się za robotę, która leżała odłogiem. Idzie jak po grudzie. A jak u kolegi, kolego? Byłbym niepocieszony, gdyby Tobie Marku pisało się dobrze.

Kasia w czasie mojej długiej niemocy objęła resort spraw zagranicznych i finansów. Jak widzicie, redukujemy etaty. Myślimy o Was (naprawdę) bardzo często i serdecznie (...) Wasz Zbigniew.

9.05.1990. Paris

Kochana Jolu, nawet nie wiesz, jaka to była dla mnie radość, zobaczyć Cię przez telefon. Myślę (myślimy) o Tobie często, czule i serdecznie, a ja z wdzięcznością, bo jesteś przecież moją prawną tarczą i obroną. Nasłuchujemy pilnie wszystkiego co dzieje się w umęczonej ojczyźnie. Ciekawie - jak powiedziałaś -przesadnie ciekawie. Najtrudniej przeżyć wolność. Przyjedziemy zaraz jak poczuję się trochę lepiej - a wtedy - długa nocna rozmowa z Tobą. Ściskam i całuję, bardzo Cię kocham Jolu, Twój Klijent i wielbiciel.

Zbyszek

PS wybacz gryzmoły. Piszę w łóżku.

Berlin 26.08.1990

Kochana Nasza Jolu! Przesyłamy gorące pozdrowienie i uściski z ruin III Rzeszy. Nie masz pojęcia jak dużo tu zwycięskich Polaków. Myślimy często i czule o Tobie, przyjm proszę ucałowania gorące - od Twoich Kasi i Zbyszka.

29.04.1997 Warszawa

Kochana Jolu, dziękuję serdecznie za Twój telefon i miłe słowa. Bardzo poczułem się wzruszony, a nawet jakby lepiej się poczułem. Widzisz, co znaczy znak przyjaźni.

Nawet złożony chorobą jestem zazdrosny o Ciebie, a nawet w łożu boleści będę odgarniał samców, którzy szaleją za Tobą (z wyjątkiem Marunia, bo to szaleniec by tak rzec koncesjonowany). Wiem, że wpadł Ci w oko Andrzej Drawicz i załączony paszkwil - w mojej intencji - próbuje powalać ZMP-owski mundurek miłego Tobie A.D. Kochana Jolu, całuję Cię z całego serca.

Zbigniew.

(Do tekstu dołączony tekst Andrzeja Zięby z "Najwyższego Czasu" o Noblu dla Herberta i Andrzeju Drawiczu "zgrabnie wychwytującym podania z lewej").

Marek Nowakowski:

- W "Hańbie domowej" Trznadla wypowiedział się nagannie o udziale polskich pisarzy w stalinizmie, w "Tygodniku Solidarność" o fundamentalnych sprawach II Rzeczpospolitej. Widział przecież franciszkańską łagodność wobec PRL-u, słyszał zgodny chór, powtarzający, że już dość "jątrzenia" i "dzielenia", uważał tymczasem, że jest odwrotnie, że nie zbudujemy wolnej Polski, zacierając istotę naszej historycznej przeszłości, zbrodni PRL-u, na których był oparty.

Dlatego właśnie opowiedział się zdecydowanie za lustracją, przeciw amnezji, zamazywaniu konturów, ciągłości między PRL-em a III Rzeczpospolitą. Nie szczędził gorzkich słów elitom, także solidarnościowym, bo zdradziły, zdeptały ideały, o które walczyły. Pisarzom-kuglarzom, którzy od lat mieli obrywy z pańskiego stołu i zapomnieli o swoim powołaniu - pisaniu prawdy.

Przypomniał zapomniany ład semantyczny. A to jest A, B to jest B, PRL to nie wolna Polska, Jaruzelski nie jest bohaterem narodowym a Kukliński zdrajcą.

Mówił ostro, nie owijając w bawełnę, nie szczędząc znanych nazwisk, zaczęły się więc wielkie środowiskowe pretensje. Odezwał się chór oburzonych, rodem z "warszawki", kawiarni, salonów. Ale tych peerelowskich, zdegenerowanych, parodii "Ziemiańskiej" w dwudziestoleciu międzywojennym. W PRL-u najwyżej Luny Bristigerowej, potem w Czytelniku, PlW-ie. Produkujących niepisane obyczaje i tabu środowiskowej solidarności, przestrzegania reguł gry, według których pisarze winni się tylko nasładzać, a nie piołunować, ruszać koleżków.

Obowiązują jednak tylko swoich, ale nie Zbyszka, wolnego, samotnego, który nigdzie nie należał, nie bywał. Nie krępowały go więc, nie wikłały żadne układy środowiskowe, koteryjne, towarzyskie. Nie wsłuchiwał się w warszawkę, w jej jady.

Jolanta Nowakowska:

- Świetnym przykładem jest telewizyjny film z okazji jego siedemdziesiątych urodzin, w którym zakpił z mediów, kultury medialnej, z zadętych rozmów z pisarzami na tle ściany książek. Jeszcze w formie, w czapeczce na głowie, odprawiał jakieś tany, pokłony. Zakpił sobie z ekipy już na starcie, bo gdy się zjawiła, powiedział, że jest hydraulikiem, bratem Zbigniewa Herberta. Brata akurat nie ma, jeździ konno, co jak wiadomo w "towarzystwie" modne.

Za niekonwencjonalny i uroczy uważam też jego "kabaretonik" w "Tysolu" - felietoniki kwitowane chórem oburzenia, niesmakiem, że przekroczył granice, choć była to przede wszystkim zabawa. Czy to już nie można się pośmiać z Jaruzelskiego i Kiszczaka? "O Jezu, a cóż to za wojacy" - szydził.

Jolanta Nowakowska:

- Wszystko co mówił, nie było ogólnikowymi tyradami bez argumentów, przeciwnie - rozsądne, precyzyjnie uzasadnione, sprawiedliwe. Głębokie i logiczne. Wcale nie tendencyjne ani przegięte, jak mu zarzucano, a właściwie spokojne, wyważone. Był człowiekiem odpowiedzialnym, a nie psychicznym odrzutowcem, dla mnie - jednym z nielicznych, rozsądnych głosów politycznych w tym kraju. Miał zmysł, dar logicznego myślenia.

Marek Nowakowski:

- Coś z kartezjańskiej jasności. Ład jego wypowiedzi kojarzył mi się zawsze ze słynnym zdaniem Kanta "Niebo gwiaździste nade mną, a prawo moralne we mnie".

Marek Nowakowski:

- Po jego głównym wywiadzie dla "Tysola" próbowałem zebrać parę głosów na tematy, które poruszał, ale bezskutecznie, nikt nie chciał. Nie próbowano nawet z nim dyskutować, spierać się, chciano wyłącznie zemsty -zniszczenia, zdyskredytowania, zdezawuowania przeciwnika przez przypisywanie mu skłonności dyskwalifikujących jego umysłową sprawność.

Unieszkodliwiano prasowymi tekstami, środowiskową szeptanką, że ekstremista, fanatyk, hunwejbin z nożem w zębach, mudżahedin, który dał się skaperować, podbechtać prawicowym gadzinom, które go przechwyciły.

Szyto mu też surdut pijaka, który jak wiadomo od dawna zaprawiał i w głowie mu się, niestety, pomieszało, a w kraju, gdzie chla się tyle wódy, to argumenty, które łatwo się przyjmują.

Jolanta Nowakowska:

- Przede wszystkim jednak szyto mu surdut dewianta, wariata, choć tu akurat obowiązuje ostrożność szczególna, bo gdyby nawet, odebrałoby się prawo głosu choćby Norwidowi, Witkacemu i wielu, wielu innym. Od kiedy to choroba psychiczna eliminuje twórcę? Należałoby wtedy wyrzucić z literatury większość nazwisk. A ilu malarzy, kompozytorów?

Marek Nowakowski:

- Jego depresja, notabene przypadłość bardzo częsta, była też ucieczką, chęcią wyłączenia się. Ja zresztą też mam na to coraz większą ochotę, z radością schroniłbym się w jakąś szajbę, zawisłbym na tym oto żyrandolu. A pani - nieustająco zdrowa?

Depresyjnie działała również, moim zdaniem, obecność jego starej matki, która mieszkała z nim i Kasią na Promenady. To niewątpliwie dołuje, przygnębia, obserwowałem to także u innych kolegów, może z wyjątkiem Kornela Filipowicza. Piliśmy kiedyś u niego w Krakowie, a za ścianą leżała jego stara, chora matka. Zrywałem się na równe nogi, gdy jęczała, a Kornel, uroczy człowiek, dolewał i uspokajał, że to nic, to tylko mamusia...

Jako człowiek pijący i palący nikomu, także i Zbyszkowi, kieliszków nie liczyłem, zupełnie mnie to nie interesowało, to już każdy rozgrywa na własny "szczot", a poza tym przepraszam bardzo, ale to są męskie sprawy, których, niestety, nie jest pani w stanie pojąć, droga pani Joanno! Zna pani mężczyznę, który nie pije?

Jolanta Nowakowska:

- W swoim czasie pił oczywiście, potem jednak chorował i przestał, nie wracał. Przyjaźniliśmy się z Markiem z Jerzym Andrzejewskim, który pił do końca, zmarł w stanie rozkładu, ale jako alkoholik funkcjonuje Herbert, a nie on, to paranoja. *[31.10.1982. (...) Namiętność wyzwala jakąś dziwną energię uboczną i nakręca organizmy namiętnych ludzi na szybsze obroty. Padają szybko z wyczerpania, ale co zrobią, to zrobią. Herbert opowiadał mi, że nigdy nie pracował tyle, gdy pił na umór, bo się spieszył ze wszystkim, byle dorwać się do swojej butelki. Dziś jest ruiną człowieka i poety, ale co zrobił, to zrobił. A. Kijowski, "Dzienniki", WL, Kraków 1998.]

Marek Nowakowski:

- I choć zawsze twardo stąpał po ziemi, interesował się sprawami publicznymi, wypowiadał głośno zgodnie ze swoim sumieniem, uznano, że bierze się do czegoś, na czym się nie zna! Miał być przecież subtelnym, wyrafinowanym śródziemnomorskim poetą, olimpijczykiem, klasykiem od Akropolu, Minotaura i Krety, antycznych bogów. Miał szybować wysoko, a nie zniżać się do mazowieckiej ziemi.

Jakim prawem - oburzano się - właził więc w nie swoje parafie? Wypadał z roli, którą dla niego przeznaczono? Wygłaszał polityczne opinie? Stawiał diagnozy? I to z taką pewnością siebie, ostro, klarownie, bez znaków zapytania? Znów więc, choć w innej formie, wróciło znane, stare hasło - pisarze do piór!

Marek Nowakowski:

- Po konflikcie z Miłoszem szyto mu też surdut kolejny - zawistnika, który spierał się z nim z zazdrości o jego sławę, zaszczyty i sukcesy. A był to spór fundamentalny, musiało do niego dojść, mieli po prostu dwie różne biografie, Miłosz miękko lądował w PRL-u i świecie, Zbyszek natomiast zaznał od tego systemu nieporównanie więcej złego, najpierw we Lwowie, potem w stalinowskiej Warszawie. W "Hańbie domowej" wprowadził dobry podział na Polaków lewobrzeżnych i prawobrzeżnych, czyli tych, którzy przeżyli okupację sowiecką i w związku z tym nie mieli co do tego ustroju złudzeń.

Jako Polak prawobrzeżny musiał się więc z Miłoszem zderzyć. Nie mogli pić sobie z dziobków, nasładzać się. I bardzo dobrze, mieli prawo, a zrobiono z tego gigantyczną aferę.

Stronnictwo Miłosza - zachodniego, correct - szyło mu też surdut umierającego z zazdrości o Nobla, ale i to oceniano według siebie, swoich pragnień, robiąc z niego człowieka małego. Zawistnika, pełzaka, choć był dumny, pański, niemałostkowy, nie wikłał się w bzdury, w byle co.

Wcale się Noblem nie emocjonował, i słusznie, należy go oceniać według tych, którzy go dostają, niedawno choćby Dario Fo. Nie nagrodzono natomiast wielu najwybitniejszych: Prousta, Czechowa, Celine'a, Tołstoja, Conrada. Nobel nie jest wcale koroną twórczości, bywa także polityczny, geograficzny, biograficzny. *[Szymborska to była w Niemczech wielka niespodzianka. (...) Raczej mówiono, że jeśli poeta z Polski, to Zbigniew Herbert. Powiedziano mi, dlaczego akurat ona, ale nie jest to temat naszej rozmowy. Tu nie tylko jakość poezji odegrała rolę. Sprawa z Noblem to w ogóle trudna sprawa. "Samotność krytyka". Z Marcelem Reich-Ranickim rozmawiał Marek Orzechowski, "Polityka" nr 22, 27.05.2000.]

Choć nie wiem oczywiście do końca, co w nim tkwiło, jakie miał tak naprawdę marzenia i ambicje? Potrzeba docenienia, aplauzu jest w ten zawód wpisana. Nie odniosłem jednak wrażenia, żeby była to trucizna, która go zatruwała. Nie przypominam sobie, żebyśmy kiedykolwiek o tym rozmawiali. Nigdy o tym nie mówił, ja nie pytałem, po co?

Marek Nowakowski:

- Oburzały też miejsca, gdzie drukował, a mianowicie "Tygodnik Solidarność", warszawka nie bierze go bowiem do ręki, ma ustabilizowany pogląd na świat, swoje pisma, którymi się karmi, oświetlającymi jej drogę, przede wszystkim oczywiście "Gazetę Wyborczą". Nie ma poglądów własnych, ulega więc stadnym, powtarza za autorytetami, ludźmi wpływowymi, przyjmując ich opinie jako swoje. No cóż, słabe, niesamodzielne mózgi, tuby.

Zbyszek natomiast nie musiał się nikim podpierać, nie potrzebował żadnych opiniotwórczych ośrodków. Sam nim dla siebie był, co nie znaczy, że nie słuchał, ale nie "autorytetów". Nie słuchają - i to w ogóle - ci, którzy próbowali go niszczyć.

Drukował w "Tysolu", poszukiwał bowiem miejsc na pewno niedoskonałych, ale nieskażonych, niepodszytych komuną, "tamtym", gdzie mógł pisywać bez kaca. Tak zresztą jak i ja, ostatnimi laty spotykaliśmy się też na łamach "Plusa minusa", dodatku do "Rzepy".

Jolanta Nowakowska:

- W swoim czasie wielki kult Zbyszka głosił jak wiadomo Adam Michnik. W swoich "Dziejach honoru w Polsce" ustawicznie się na niego powoływał, cytował, admirował. Ustawił na pomniku. Zbyszek szybko się jednak zreflektował, zauważył, że chce go upolitycznić, zespiżować, ale tylko po swojej stronie, zrobić z niego guru, ozdobę rewizjonistów. Dał więc dyla do Paryża, zwiał po prostu, nie dał się zawłaszczyć.

Ich drogi zupełnie się w końcu rozeszły, Zbyszek nie mógł zaakceptować jego sejmowych wystąpień, łagodnej wobec PRL-u linii kierowanej przez niego "Gazety".

Skończyło się też ze mną i z Markiem. Pierwsze wydanie "Z dziejów honoru w Polsce" z roku 1985 dedykowane zostało "Markowi i Joli Nowakowskim". W drugim, z 1990, dedykacja już znikła.

Gdy Michnik siedział, byłam jego adwokatem, mogłam jeździć do niego na widzenia i Zbyszek mi towarzyszył. Nie miał tak jak ja pozwolenia na widzenie z Adamem, ale jechał ze mną. Był. Dokładał do benzyny. Co się wtedy bardzo liczyło.

Marek Nowakowski:

- Starano się dezawuować niewygodne wypowiedzi Zbyszka, choć wpisał się nimi w wielki, polski spór. Jeden z najważniejszych ostatnich lat, który usiłował odpowiedzieć na pytanie - jaka ma być Polska? Spór między - umownie mówiąc - orientacją związaną z PRL-em, skundloną, walczącą tylko o rewizję, o ludzką twarz wiecznego dla nich socjalizmu, ze stroną niepodległościową. Przydeptaną, zniszczoną, wytrzebioną w Powstaniu Warszawskim, w peerelowskich więzieniach, dążącą do rzeczywistej niepodległości Polski, przywrócenia pewnych zasad i wartości.

Wpisał się oczywiście w nurt niepodległościowy, wszedł w spór, bo widział odradzającą się ciągle chorobę lewicowości, która wraca rykoszetem. Ledwo upadł realny komunizm, pojawiła się w postaci liberalizmu.

Zarzuty, którymi go obrzucano, wyrządziły mu wielką krzywdę, na pewno go bolały, choć przede wszystkim obnażały małość, barbarzyństwo opinio-twórców, którzy uważają się za ludzi kultury, sztuki, głoszących rzekomą tolerancję. Pokazały, że nie zależy im na prawdzie, tylko swojej racji, swojej opcji, a kto się z nią nie zgadza, to tak jak w piosence peerelowskich przedszkolaków:

"Tup, tup, tup, kto nie z nami, ten jest wróg!".

Zarzuty wobec Zbyszka nadal zresztą obowiązują, choć już w formie łagodniejszej, bardziej eleganckiej i subtelnej. We wspomnieniach pośmiertnych przyznawano oczywiście, że wybitny, dalej jednak, że coś się z nim potem, niestety, stało. Po co właził w nie swoje sprawy?

Drogowskazem był nekrolog pośmiertny Adama Michnika, który pochwalił naturalnie jego poezję, publicystykę społeczną nazwał jednak - dzień po śmierci - polskim piekłem.

I ta klauzula, najróżniej oczywiście realizowana, obowiązuje do dziś. Biedne tuby piszą ciągle o Zbyszku w stylu: Tak, ale... Po co włączał się w politykę?

- Moim przyjaciołom serdecznym Markowi i Joli - z wiarą, nadzieją i miłością - napisał na swoich "Wierszach zebranych" w 1984.

Została wprawdzie jego twórczość z kości słoniowej, ale brak mi człowieka, do którego mogłem zadzwonić, pogadać, poradzić się. Brak mi jego rozsądku, celnego, dowcipnego osądu, tak u Polaków rzadkiego, przeważają bełkociarze. Szybko i trafnie oceniał to, nad czym mozolnie się biedziłem.

Wielki, wielki żal, że na mapie moich przyjaciół nie ma już punktu tak ważnego - Zbyszka Herberta.

Nie byłem na jego pogrzebie, ale dwa dni później, na mszy dla przyjaciół, u Wizytek, po której pomagałem Kasi wynosić z jego grobu zwiędłe kwiaty.

 

 

Stojąc, samotnie, w jakimś czystym hotelu

Ciało mdłe, choć nic mi jeszcze nie odpadło. (...) Może jeszcze skoczę do Wenecji.

(Do starego druha Zdzisławka Ruziewicza, 1989)

 

Duch ludzki jeszcze mnie nie opuścił

Zdzisław Najder:

- Już po "Hańbie domowej" zraził sobie wiele osób, po "Chodasiewiczu", wywiadzie dla "Tysola", był zdecydowanie osamotniony, bojkotowany towarzysko i politycznie, trędowaty. Choroby, unieważniającej jego niewygodne sądy, jeszcze wtedy - oficjalnie - nie wyciągano.

Tak że jego ostatnie lata były więcej niż trudne, tym bardziej że rzeczywiście już ciężko chory na astmę, najprawdopodobniej wywołaną właśnie depresją, która powoduje też zmiany fizyczne. Dusił się, męczył, cierpiał, mimo to - dzielny do końca, dobrze wychowany. Przychodziłem do niego sam, bez Hali, mojej żony; obecność kobiet krępowała go.

Ciało już było mdłe, podłączone do aparatur, rurki tlenowe w nosie, ale duch ochoczy, umysł chwilami wirujący szaleńczo. Choć przenoszony nawet z łóżka na fotel, snuł plany wyjazdu do Wenecji - rezerwował bilety, wywołując potężne zamieszanie. Zdawał sobie na wpół sprawę, że to fantazja, ale uciekał jednak od choroby i cierpienia, wyrywał się "na swobodę".

Przypominał mi historię o starym i chorym Kancie, nieszczęśliwym, bo nie mógł wstać, gdy odwiedził go lekarz. Nie straciłem jeszcze poczucia człowieczeństwa, powiedział, duch ludzki jeszcze mnie nie opuścił.

 

Z lwowskiej gliny

Opuściła go wtedy większość dawnych przyjaciół, ale sam też ograniczał kontakty, nie chciał pokazywać się w chorobie, krępował inhalacji, zanikającego głosu, tak że tylko żona odbierała już telefony, nie wstydził się jedynie nielicznych, przede wszystkim siostry, Haliny Żebrowskiej-Herbert.

W dzieciństwie tłukli się i kochali, byli bardzo związani, w młodości już oczywiście mniej, ale jednak też, mieszkali razem w Krakowie, Sopocie, w latach 50. bywał u niej często w Otwocku, spędzał z jej rodziną święta - ożenił się grubo po czterdziestce i nie miał długo własnego domu.

Oddalili się od siebie, gdy zaczął wyjeżdżać; wracał zawsze daleki, obcawy, z trudem nawiązywali kontakty, także ze względu na odmienne tryby życia. Pracowała, wychowywała dzieci, rano wstawała, kładła się wcześnie spać, on natomiast pisał w nocy, w dzień spał, wstawał około szesnastej, a potem potrzebował spokoju, albo miał młyn, telefony, gości. Musiała się zapowiadać, bo gdy wpadła kiedyś "tak sobie", nie zamienili nawet słowa.

Ale gdy mało już kogo przyjmował, znów się do siebie zbliżyli, znów byli bratem i siostrą.

- Choć też jeszcze nie od razu, bo jako wielki "kokiet" - śmieje się Halina Żebrowska - nawet rodzonej siostrze nie pokazywał się w łóżku, w piżamie, zwlekał się, ubierał, choć z coraz większym trudem. Gdy stracił głos niemal zupełnie, wskazywał na mnie palcem i szeptał: mów!

Wspominała więc babcię Bałabanową, rodziców, opowiadała o swoich dzieciach, wnukach, o zjeździe absolwentów, w którym uczestniczyła.

Mógł słuchać godzinami, ona jednak, lekarka, wiedziała, że jest zmęczony, bierze coraz częściej inhalacje, wychodziła więc, choć protestował, był bardzo spragniony kontaktu. Nocami rozmawiał z Kasią, wyrywał się, chciał wychodzić, choć nie mógł się podnieść.

- Męczył się, niósł wyjątkowo ciężki krzyż, tak że miałam nawet często żal do Boga, że tak go doświadcza. Choć sam też się nie szanował - palił do końca, zabiły go m.in. papierosy. Dlatego tak nie znosił szpitali, wypisywał się szybko na własne żądanie, bo nie mógł palić, a próbował i pod tlenem, popiół strząsał do fiolek po lekarstwach.

Bałam się nawet dzwonić, pytać o jego zdrowie, modliłam się tylko, żeby się nie poddawał, walczył. I tak na szczęście było - nie stukał, jak inni, białą laską cierpienia. Robił dobrą minę do złej gry, znów, jak kiedyś we Lwowie, gdy chodził o kulach, "udawał anioła" - żartował, choć nie wiadomo z czego.

"Pułkownikowi Kuklińskiemu", śmiał się, "powiedziałem, że podczas okupacji handlowałem spirtem i słoniną, a on na to, że bardzo dobrze, że to również potrzebne".

Może trudno w to uwierzyć, ale przy mnie nie miał chwili załamania, skargi, nie wiem, jak przy Kasi, z którą był ciągle, przy mnie jednak udawał, że nic się nie stało. Oduczył narzekania, samoużalania, czego nie znosił, mała duszyczka z wielkim żalem nad sobą, szydził.

Zajmował się chorobami innych, nigdy swoimi, kiedyś np. mówił mi, że Miłosz ma kłopoty ze słuchem. Zbysiu, radziłam, zajmuj się sobą, jesteś chory poważniej! "Ja? - dziwił się - siostrzyczko, my przecież z twardej, lwowskiej gliny!".

 

Facet

- Porozumieliśmy się w żartobliwej konwencji militarnej, którą narzucił - był pułkownikiem, ja - sierżantem, potem awansował mnie na porucznika, a dysproporcja w szarży oznaczała, co oczywiste, obowiązek wypełniania jego rozkazów - wspomina Andrzej Gelberg.

- "Obudziłem pana, panie poruczniku?" - pytał, bo dzwonił zwykle po północy. Ależ skąd, odpowiadałem, słucham, cieszyłem się, gdy mogłem coś dla niego zrobić, obłożnie już wtedy chorował, a to dla mnie były drobiazgi.

A to pół litra żubrówki dla angielskiego krytyka Alvereza, to "I powraca wiatr" Bukowskiego, bo miał go odwiedzić. Wystawa Caravaggia w Narodowym, którą chciał obejrzeć, choć nie mógł już wtedy chodzić, a mały samochodzik pani Katarzyny nie pomieściłby inwalidzkiego wózka, ale nasz redakcyjny, bagażowy, jak najbardziej. Przed muzeum kłębiły się jednak tłumy, krępował się też wózka, zadzwoniłem więc do dyrektora muzeum, który zgodził się złamać dla niego regulamin, przesunął godziny otwarcia, mógł więc samotnie rozkoszować się płótnami jednego ze swoich mistrzów.

Miał ciężką astmę oskrzelową, której nie potrafiono leczyć, właściwie powoli umierał, od czasu do czasu swoje góry - dołki, wtedy zero kontaktów, wkrótce jednak powrót i żadnej zmiany poglądów. Ale jego cierpienia przede wszystkim duchowe, a nie fizyczne, choroba upokarzała go bowiem, uwierała, więziła w cielesnej powłoce, nie pozwalającej mu żyć tak, jakby chciał. Jeszcze gdzieś pojechać, pójść, jak planowaliśmy, na panienki, na wódkę, której mieliśmy się nie tyle napić, ile nachlać.

Ale już, niestety, nie poszliśmy, mimo to do końca starał się być kowbojem, facetem z Hemingwaya. Wyzywał w swoich tekstach na pojedynki nasze "autorytety", w siedemdziesiątą rocznicę urodzin dał wywiad, po którym huczało. Błyszczał humorem, inteligencją, po sprawie niszczenia akt dowcipkował: "Jaruzelski, to są fakta, zamiast cygar, pali akta". Masę czytał, prasę z prawa i lewa, z książek ostatnio "Cesarstwo i wygnanie", Stołypina. Pisał szkic o Leonidasie oraz bitwie pod Termopilami. I bolał, że nie może już rozbić żadnego małżeństwa, nikomu przyłożyć, bo jak mawiał, gdy jest się facetem, czasem trzeba.

Do końca też zwracający uwagę na kobiety. Gdy się poznaliśmy, skończył siedemdziesiątkę i z tej okazji nagrywała z nim rozmowę dla telewizji Kamila Drecka, młoda i ładna dziennikarka. "Siksa", żalił się, "zdegradowała mnie, bo ani razu nie spojrzała jak na mężczyznę, tylko na koleżkę z ekipy".

Śmiał się też, że trzeba jak on, doczekać siedemdziesiątki, żeby docenić u kobiet rubensowskie kształty - coraz bardziej mu się podobają - i że nie warto spotykać się z obiektami swoich pierwszych miłości, powinny zostać dziewczynami z warkoczem. Nie chciał widzieć Francuzki, która odesłała mu jego miłosne listy.

Na wywiad z nim zabrałem więc redakcyjną koleżankę, Anię Poppek, dobry pomysł, bo jak to w obecności młodej kobiety, brylował, błyszczał tak, że choć zadała dwa pytania, jest współautorką, tworzyła bowiem klimat.

 

Jakie tam są papierosy?

Marianowi Grześczakowi podarował "Epilog burzy", narysował kwiatki, napisał: Wiwat, niech żyje 3 Maja 1998, a dalej: Kochanemu Marianowi, niech ten wierszyk mu opowi jakie było moje życie w literackich fal rozkwicie kocham bardzo Zbyszko Herbert.

- I tak było do końca - wspomina Marian Grześczak - humor, dowcip mimo cierpienia, unieruchomienia.

Ciału już odpuścił, spasował, przestał mu ufać, machnął ręką, trudno, najwyżej krócej pociągnę. Nie chciał jeździć wózkiem inwalidzkim, nie próbował nawet chodzić, choć rehabilitant masował go, namawiał na ćwiczenia - po co, skoro i tak już nie pojadą do Włoch ani do Grecji?

- I palił jak smok, gdy odwiedziłem go po raz przedostatni, 3 maja 1998, dwa papierosy na raz, jeden za mnie, bo rzuciłem. To było dramatyczne - inhalacja - papieros. Zdumiewało nawet mnie, starego palacza.

"Nie wiesz, jakie tam są papierosy? - pytał. - A jakie transmitują mecze? Muszą zawodowe, bokserskie, które lubię, w ogóle zresztą boks, bo sprawiedliwy, zwycięża zawsze najlepszy".

 

Gdzie nie splunąć, tam Herbert

Nie miał złudzeń co do swego stanu, dlatego też chciał jak najwięcej po sobie zostawić, do końca pisał, czytał, szkicował, snuł wielkie plany - może pismo albo wydawnictwo przeciw zwolennikom wybaczenia, fraternizatorom, jak mówił.

Gdy wydał "Epilog burzy", drukował wiersze w wielu tytułach, Jacek Trznadel zadzwonił do niego, żeby mu pogratulować. "Gdzie nie splunąć, tam Herbert", śmiał się.

Odszedł więc właśnie wtedy, gdy był tak twórczy, miał tyle do powiedzenia, gdy otwierał się być może przed nim nowy etap, wystarczy przypomnieć późną twórczość Staffa, który pisał w jednym z wierszy: "Przed wysokimi stanąłem schodami".

- A moje norwidowskie czarne kwiaty - wspomina Jacek Trznadel - to ostatnia u niego wizyta, gdy porozumiewaliśmy się tylko karteczkami. Na jednej z nich zapytał żartobliwie, co się dzieje z Miłoszem? - jego sprawa nurtowała go do końca, chciał o niej pisać, tylko czy zdąży?

Ale choć Wielki Niemowa, unieruchomiony chorobą - świeciła jasno, błyszczała jego myśl: jasna, ostra, cięta. A na pożegnanie uniósł w górę zaciśniętą pięść, tak jakby chciał powiedzieć: nie dajmy się, trzymajmy, bądźmy dzielni! Nie przypominało to wcale mdlejącej ręki chorego.

I takiego go właśnie zapamiętałem - mimo wszystko wolnego, niepodległego, niezłamanego.

Wcale się też nie pogodził z Miłoszem podczas ich ostatniej, zmitologizowanej już, telefonicznej rozmowy. Miłosz rzeczywiście zadzwonił do niego ze Stanów w maju 1998, rozmawiali, namawiał go jednak, żeby znów nawiązał stosunki z Michnikiem, ale obruszył się: "Nie mogę spotkać się z człowiekiem, na którego jednym kolanie siedzi Jaruzelski, na drugim Kiszczak".

 

Sowiński w okopach Woli

Radio Kraków, nagrywające płyty z serii "Głosy Poetów", od lat zabiegało o Zbigniewa Herberta, bezskutecznie jednak - po tracheotomii, którą przeszedł, prawie nie mówił. Redaktor Romana Bobrowska z redakcji wydawnictw fonograficznych nie miała już więc nadziei, Katarzyna Herbertowa, której od czasu do czasu się przypominała, nie dawała jej żadnych szans, ale dnia pewnego nieoczekiwanie zadzwoniła: mąż chciałby nagrać swoje wiersze, choćby szeptem, wzmocnionym później radiową techniką, czy to możliwe?

- Godziłam się na wszystko, na cokolwiek - wspomina Romana Bobrowska - i już umawiałam się na szept, gdy nagle, specjalnie chyba dla mnie, stał się cud - odzyskał głos, zostałam więc wykonawczynią woli Boga, nikim więcej.

Było to jedno z jej najważniejszych życiowych spotkań, doskonale więc wszystko pamięta. 8 maja 1998 roku, godzina 13, Warszawa, Mokotów, ulica Promenady, gdzie zjawiła się z ekipą, sprzętem, zestresowana i onieśmielona, bo najlepiej czuje się, pracując u siebie, w studiu, a nie na obcym terenie. Tym bardziej że leżał w łóżku, wsparty na łokciu, z rurkami w nosie, podłączony do aparatury tłoczącej tlen.

Tylko przez moment badawczo się jej przyglądał, ale powiedziała, że jest ze Lwowa, od razu też, po próbie głosu, wiedział, że ma do czynienia z fachowcem, który chce to dobrze zrobić, obdarzył więc zaufaniem absolutnym, nie protestował, gdy mówiła "proszę powtórzyć". Rozkręcił się, rozluźnił, a w przerwie opowiedział historię swoich saksów w Stanach, którą na szczęście nagrała.

Chorował na astmę, było upalnie, a ze względu na uliczny hałas nagrywali przy zamkniętych oknach i to przez pięć godzin. Dużo, nawet jak na zdrowego człowieka, był więc wykończony, głos mu się łamał, zapadał, mówił jednym tchem, zwłaszcza pod koniec sesji, mimo to zmobilizował się i dokończył. Katarzyna Herbertowa nie raz i nie dwa wchodziła do pokoju, prosiła, potem błagała, że już dość, że mąż jest zmęczony! Stanowczo twierdził jednak, że musi to nagrać, że jeżeli nie dziś, to już nigdy. Wiedział, że odchodzi.

Przeczytał dwadzieścia swoich wierszy, które sam wybrał, ułożył, dodał jeszcze dwa: "Nasz strach" ("na życzenie pani Romany Bobrowskiej, która cierpliwie mnie nagrywa") i "Przesłanie Pana Cogito" - dla "Prezesa Zarządu Radia Kraków, pana Bogusława Nowaka, pomysłodawcy audycji, który o to prosił, a od którego wszyscy zależymy, od jego nastroju i sakiewki".

Te dedykacje akurat na płytę nie weszły, ale inne tak, np. "pamięci mojej ukochanej matuli", "tacie, żeby nie pomyślano, że jestem nieślubnym dzieckiem".

Żartował, dowcipkował, komentował, rozmawiał z żoną i kotem Szuszu, który łaził wszędzie, przeszkadzał. Śmiał się, mówił: "Zaraz, zaraz, zarutko, może jeszcze raz", palił cały czas, pstrykał zapalniczką, kaszlał.

Na szczęście sporo "szmelcu" (jak mówią radiowcy) nagrała, umieściła potem na płycie, dodając jej prywatności, osobistego charakteru. Przyjechała jednak po wiersze, często więc, gdy odpoczywał, robił przerwy, wyłączała magnetofon, czego nie mogła sobie potem darować, powinna była nagrać całą pięciogodzinną sesję, mieć świadomość, że to prawdopodobnie ostatnia, że wszystko jest warte zarejestrowania.

Wcale jednak o tym nie myślała - był "brillant", pełen humoru, anegdoty, w świetnej formie intelektualnej, choć nie fizycznej, tak że jego śmierć w niespełna trzy miesiące później - wielkim zaskoczeniem. Niezmontowana płyta nabrała jeszcze większego sensu i wagi. Chciał nawet nagrania szeptem, bo było to jego credo, przesłanie, nic przypadkowego. Dwadzieścia najważniejszych utworów, z jego kanonu z "89 wierszy": "Postój", "Prolog", "17 września", "Raport z oblężonego miasta". Cały Herbert. Całe jego życie i tragiczny polski los. Wojna, Powstanie Warszawskie, stalinizm, stan wojenny.

Dodał też trzy wiersze poetów, którzy go ukształtowali, jego "duchowych przewodników", Norwida, Słowackiego i Gajcego, od których w ogóle zaczął, choć nagrywani poeci czytali dotychczas wyłącznie swoje utwory, "złamał więc konwencję, ale nagrałam", wspomina Romana Bobrowska. "Co dalej, zobaczymy, pomyślałam, może przekonam jakoś szefów?"

"Przed snem" Gajcego powiedział z pamięci, bez problemów, z "Bema pamięci żałobny - rapsod" już się trochę szarpał, czasem mylił, ale nieznacznie, wystarczyło potem podretuszować. Dramat zaczął się przy "Sowińskim w okopach Woli". Powiedział tylko parę pierwszych wierszy i koniec, dalej ani słowa, mimo że starał się przypomnieć - "naprowadzał się", zaczynał od początku, pisał na kartce, ale bezskutecznie. Denerwował się na żonę, że mają tyle tomów Słowackiego, a w żadnym tego właśnie wiersza!

- Choć mieszkał tak, jak bym chciała - mówi Romana Bobrowska - w bibliotece, wśród tysięcy książek w pokojach, przedpokoju, wszędzie.

W końcu więc zrezygnował, nie wyszedł poza kilka pierwszych wierszy, które, już po jego śmierci, przy montażu, jednak zostawiła, pamiętała, jak bardzo chciał je powiedzieć, jak mu na tym zależało. Utożsamiał się z Sowińskim i słusznie, bo był tak jak i on "prawym Polakiem o drewnianej nodze", też już starym, chorym, a mimo to do końca nie oddał szpady, bronił Miasta.

Dodała jego ulubioną muzykę - Schumanna i Mahlera, a na zakończenie urwany kawałek, który spointował dramatycznie płytę, powiedział bowiem tylko:

 

W starym kościółku na Woli

został jenenerał Sowiński

starzec o drewnianej nodze

i broni się...

 

"Flaki zawsze słabsze od nadbudowy"

Ksiądz Wiesław Niewęgłowski:

- Znaliśmy się od dawna, jeszcze z Sopotu, i czasem go odwiedzałem. 27 lipca zadzwoniła do mnie Katarzyna Herbertowa, powiedziała, że chciałby się ze mną zobaczyć. Rozmawialiśmy, i to nawet dość długo, wsparty na łokciu coś notował. Powiedział mi, co powtórzyłem później nad trumną, że Bóg był dla niego zawsze kimś ważnym, bo rozumiał jego cierpienie.

Poprosił o spowiedź, po której - tyle tylko mogę powiedzieć - wyciszył się, wypogodził, rozjaśnił, tak często bywa. Nie udzielałem mu ostatniego namaszczenia, nie przyjmował sakramentów - nie był konający, a w swoim zwykłym stanie. Nie zauważyłem niczego szczególnego, co wskazywałoby na tak dramatyczne pogorszenie. Poranny telefon jego żony poruszył mnie więc i zaskoczył.

"Flaki zawsze słabsze od nadbudowy", mawiał zawsze i psychicznie czuł się w ostatnich miesiącach wyjątkowo dobrze, co uśpiło czujność. Nikt niczego nie zauważył, przyzwyczaił też do swojej choroby, tak że zmarł właściwie nagle i niespodziewanie, choć były może sygnały?

W ostatnich dniach zaczęły mu się robić na boku odleżyny, wcześniej natomiast ani trochę, a innym w jego sytuacji bardzo szybko.

- Śmiałam się zawsze - wspomina Halina Herbert-Żebrowska - że ze Lwowem łączyły brata tylko ruskie pierogi z serem, jego ukochana potrawa, choć taki przecież podróżnik. Dobrze mi wychodziły, nosiłam mu więc nawet do szpitala. "Pirożyńska przyszła", cieszył się i zawsze zjadał, chwalił! Przeraziłam się, gdy pod koniec lipca bratowa powiedziała, że znów jest źle, że nie chce nawet pierogów, co się dotychczas nie zdarzyło. Zły znak, tak że bałam się nawet dzwonić i rzeczywiście, stało się.

- Gdzieś tak na dwa tygodnie przed śmiercią wspomniał mi, że chciałby spocząć we Lwowie, na Łyczakowie. Pomysł literacki, ale nierealny, grób zagrożony, daleki, skończyło się więc na sprowadzeniu ziemi stamtąd.

Ale poza siostrą nikomu więcej o tym nie mówił. Przeciwnie, żył w swoich ostatnich dniach wyjazdem do Wenecji, gdzie miał wyzdrowieć, odrodzić się, zacząć Nowe Życie. Bez żony, bez pani pisarzowej, śmiał się.

Pomysł szaleńczy, realizowany jednak rozsądnie, wybierał się bowiem z Dorotką, swoją młodą pielęgniarką, która bardzo mu się podobała. Miała się nim opiekować, wieźć go na wózku inwalidzkim. Dzwonił nawet do LOT-u, pytał, czy może być wniesiony do samolotu na noszach.

Tak że zmarł w trakcie przygotowań do kolejnej podróży, ale nie w Wenecji, a w Warszawie, na Woli, na Płockiej, w zwykłym, państwowym, starym, carskim jeszcze szpitalu.

- Kardynał Sapieha już na łożu śmierci wyrywał się do Rzymu - mówi Andrzej Biernacki. - Zrywy energii, heroicznego nastroju, zdarzają się w stanach najtrudniejszych, niosą ulgę w cierpieniu.

 

Epilog lata

- Jak chciałby Pan umrzeć? - Stojąc, samotnie, w jakimś czystym hotelu.

W wywiadzie dla "Zeit Magazine" 27.11.1991

Pisano później, że wyreżyserował swoją śmierć, bo jego ostatni tomik to "Epilog burzy", a gdy umierał nad ranem, szalała akurat nad Warszawą. Z piorunami, grzmotami, wielkim skokami ciśnienia.

Ale reszta nie była już poetycka.

27 lipca odwiedził go, jak zwykle, lekarz, nie stwierdził jednak niczego nadzwyczajnego. Niespodziewanie około dwudziestej drugiej poczuł się źle, dusił, żona wezwała więc pogotowie, które - pech pierwszy - długo nie przyjeżdżało, a gdy się wreszcie zjawiło, zabrało tylko chorego, dla "osoby towarzyszącej" zabrakło już miejsca. Musiała więc zadzwonić po taksówkę, którą jechała za karetką pędzącą na sygnale, szybko więc ją zgubiła. Dojechała sama do szpitala na Płocką, do kliniki chorób płucnych, gdzie go zawieziono, bo leczył się tam od lat, miał znakomitego profesora, który - pech drugi - dwa dni wcześniej wybrał się na urlop. Ze względu na urlopy i nocny dyżur nie było też - pech trzeci - całej jego dotychczasowej ekipy, która go znała, wiedziała, kim jest i odpowiednio do tego traktowała. Pech czwarty - trwał akurat strajk anestezjologów, a tym samym bałagan, nerwowa sytuacja.

Przed swoim urlopem jego lekarz, na wszelki wypadek, polecił go swojej młodszej koleżance. Przyjęła go więc, bo leżał początkowo, jak wszyscy, na korytarzu, jako nikomu nieznany "Herbert". Położyła - pech główny - na sali ogólnej, nie na reanimacyjnej. Zapewniała jednak żonę, że wie, co robi, że zaraz się nim zajmie, że będzie miał opiekę taką jak zawsze.

Zmęczona, skonana, wróciła więc do domu, skąd jeszcze dzwoniła, zapewniano ją jednak, że wszystko w porządku, jest w swoim szpitalu. Przyznaje, nie spodziewała się najgorszego, żył dzięki ekipie z Płockiej, która rok wcześniej wyciągnęła go z zapaści, ze stanu krytycznego. Z sali reanimacyjnej, skąd wrócił na ogólną, a stamtąd do domu, gdzie odzyskał głos, napisał jeszcze "Epilog burzy", ułożył "89 wierszy".

Ale cud się nie powtórzył. I nikt nawet nie powiadomił o tym jego żony. Gdy zadzwoniła rano do szpitala, wyczuła dziwny popłoch, telefon odebrała pielęgniarka, nie chciała z nią rozmawiać, zawołała lekarkę dyżurną, która od razu zaczęła się tłumaczyć.

"Nie rozumiem właściwie, jak mogło to się stać", mówiła. "Jak w ogóle możliwe?" "Ale jak się czuje mąż?" - zapytała. "Jak to, nie wie pani, że nie żyje?".

Natychmiast tam pojechała, okazało się, że gdy nad ranem przeniesiono go do sali reanimacyjnej i podłączono do respiratora, już było za późno. Zmarł, choć w zasadzie pod respiratorem nie powinien, ale widać się zdarza. Nieprzewidziane komplikacje; najprawdopodobniej zator płuc.

Potwierdzić to mogła jedynie proponowana przez szpital sekcja zwłok, ale zarówno jego żona, jak i siostra nie chciały się zgodzić - po co? Nikogo też nie winiły, leczył się tu z powodzeniem tyle lat, a pacjentem był, najłagodniej mówiąc, nie najłatwiejszym.

- Tak widać musiało być, oskrzela już bardzo zniszczone i pomóc mógłby tylko cud, a cudów nie ma - mówi Halina Żebrowska-Herbert.

Pociesza ją tylko to, że gdy zabierało go pogotowie, już był nieprzytomny, jak zawsze też znieczulony, uśpiony przed podłączeniem do respiratora, nieświadomy tego, co się dzieje, choć nie jest to do końca pewne. Ale lepiej nawet o tym nie myśleć, bo co to dziś da?

 

W dobrych zawodach wystąpiłem

Jeżeli już coś wyreżyserował, to datę śmierci, zmarł bowiem 28 lipca, pochowany został 31., w przeddzień rocznicy obchodów Powstania Warszawskiego. Na Starych Powązkach, obok Wojskowych - rzędów brzozowych krzyży, grobów Krzysztofa Baczyńskiego, Tadeusza Gajcego i setek jego rówieśników z pokolenia Kolumbów, do których dołączył.

Nawiązał do tego biskup Józef Zawitkowski, który przypomniał o "godzinie W", prosił: "Niech Pan pozdrowi Basię i Krzysztofa Baczyńskich", jak i wszystkich Kolumbów rocznika 1920, co szli na śmierć po kolei, "jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec".

"Jego rówieśnicy - mówił też premier Jerzy Buzek - oddali życie za ideały, których stał się depozytariuszem w swojej poezji. Od dziś do niewidzialnej armii dołączył kolejny żołnierz. Dzięki Bogu, otrzymał inne zadanie, które pokornie i dzielnie wykonał. W spokoju mógłby więc powtórzyć słowa św. Pawła: »w dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiarę ustrzegłem, na ostatek odłożono dla mnie wieniec sprawiedliwości, który w owym dniu odda Pan, sprawiedliwy sędzia«".

Biskup Zawitkowski nazwał go też "największym z Orląt lwowskich", który "odchodzi z cierpkim obolem Ojczyzny pod drętwym językiem". Dołączył też bowiem symbolicznie do lwowskich Orląt - obrońców Lwowa. Na jego grób wysypano - dostarczoną przez konsulat polski we Lwowie - garść ziemi z polskiego Panteonu - Cmentarza Orląt na Łyczakowie.

Wysypał ją na jego grób siostrzeniec, Rafał Żebrowski, który miał wygłosić parę słów w imieniu rodziny, ale nie pozwoliło mu wzruszenie. Może i lepiej, bo patos był wujowi obcy, a miał powiedzieć tak:

"Niegdyś poeta Marian Hemar, tak jak Ty rodem ze Lwowa, pisząc o pogrzebie Bolesława Bieruta, uwiecznił postać anonimowego lwowianina, który rzucił na tamtą trumnę grudę ziemi, by była wiecznym ciężarem zmarłemu. Dziś w imieniu najbliższych żegnam Cię u kresu Twego tułaczego żywota ziemią z Cmentarza Orląt. Niech Ci ona da sen spokojny i słodki jak wspomnienie z dzieciństwa. Już teraz podążasz na Wysoki Zamek. Żegnaj".

Spoczął też obok Andrzeja Honowskiego i innych, którzy zginęli przez jego stryja Ludwika, a także i tych, którzy go zlikwidowali - Tadeusza "Zośki" Zawadzkiego i jego harcerzy. A wreszcie niedaleko samego stryja, którego również po mszy w kościele Karola Boromeusza pochowano w 1943 na Starych Powązkach, po cichu, tylko z garstką najbliższych, w kwaterze 194, rzędzie 4, grobie nr 11. Zaniedbanym dziś, zniszczonym, ciemnym nawet 1 listopada.

Zbigniewa Herberta natomiast - uroczyście, choć skromnie. Jego żona odmówiła bowiem przyjęcia Orderu Orła Białego, najwyższego polskiego odznaczenia, przyznanego mu pośmiertnie przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Choć w wolnej już Polsce, w m Rzeczpospolitej, nie otrzymał żadnej liczącej się nagrody, a miała na to aż 9 lat.

Andrzej Biernacki:

- Zapamiętałem ładne twarze ładnej młodzieży, a po pogrzebie klepsydry od instruktorów harcerskich, całych zastępów. A wkrótce pojawiła się masa szkół jego imienia, co, myślę, początkowo by go rozśmieszyło, ale potem jednak spodobało. Tak że jego poezja poszła tam, gdzie powinna.

I to jest pocieszeniem.

Był w swoich ostatnich latach bardzo atakowany. I dawał powody. Bo rzeczywiście był nieprzejednany. Bo wiedział i pamiętał. Ale jak ktoś jest ze Lwowa, powinien pamiętać.

Angażował się też w sprawy polityczne, zabierał głos, organizował akcje, choćby w sprawie Kuklińskiego, Dudajewa, napisał kilka politycznych wierszy, które bardzo miano mu za złe.

Nie uważam wprawdzie, że pisarz musi być człowiekiem wypowiadającym się publicznie. Ale jeżeli ma własne, zdecydowane poglądy, niech daje im wyraz; zależy po prostu, jaki ma polityczny temperament, a Zbyszek miał taki, a nie inny.

I całe szczęście, w przeciwnym wypadku mówiono by, proszę, wszystkie nasze kompromisy i bruderszafty były słuszne, bo skoro nawet Herbert nie protestował!

Ale właśnie protestował.

Jakub Karpiński, socjolog i historyk:

- Dopiero jego śmierć i pogrzeb stały się momentem i błyskiem prawdy, na którym, myślę, bardzo mu zależało. Cała Polska, jak długa i szeroka, niezależnie od politycznych opcji, oddała mu hołd. Trafnie rozpoznała, kim był jako człowiek i twórca.

A był poetą europejskiej cywilizacji, antyku, ale też politycznym, zaplątanym bowiem w komunizm, który przyszedł tam, gdzie dane mu było się urodzić, musiał więc jakoś na niego odpowiedzieć, jakoś się wobec niego zachować.

Jego wiersze oświetlały nasz czas, czas komunizmu, wszystkie jego cienkie, ale treściwe tomiki były olśnieniem.

Bardzo często błaznował, ale to był zawsze półżart, bo drugie pół już serio. Ale nawet żart dotyczył spraw dla niego najważniejszych, tzn. przeszłości Polski, dwóch totalitaryzmów, których był ofiarą, choć wcale się z tym nie obnosił, nie skarżył. Jego ideałem - wzór żołnierza i stoika, który nie zważa na okoliczności; ciężko chory, podłączony do aparatur udawał, że nic się nie stało. Nie był wylewny, nie opowiadał o sobie, zwłaszcza o swoich cierpieniach ani też o przeszłości innych, choć oczywiście ją odczuwał, ale ten, kto kieruje się kwestią smaku, uważa pewne rzeczy za niesmaczne, nie ma powodu, żeby ciągle do tego wracać.

Osąd kolegów, którzy wsparli stalinizm, znałem właściwie tylko z "Hańby domowej" Jacka Trznadla, gdzie wyraził się wystarczająco jasno, na co dzień się nad tym nie rozwodził, nikomu nie wypominał, nie był człowiekiem skwaszonym, z urazami, zadrami.

Choć oczywiście nie było dla niego obojętne, co kto wtedy robił, uważał bowiem, że przeszłość istnieje, że trzeba ją przechowywać, że nikt i nic jej nie zatrze, bo co się stało, to się stało i nie można nad tym przejść do porządku dziennego, odwrócić się plecami.

A działy się rzeczy straszne. Naszą płaszczyzną porozumienia była chociażby filozofia na Uniwersytecie Warszawskim, którą obaj studiowaliśmy. On w latach stalinowskich, ja po Październiku. Często o tym rozmawialiśmy, interesowało mnie, co kto wtedy robił, kto odsuwał, a kto był odsuniętym, bo to wszystko przeszedł, ja natomiast zaczynałem, chciałem wiedzieć, uzależniałem od tego wybór wykładów, profesorów.

- Jeden z jego najważniejszych wierszy to "Potwór Pana Cogito", współczesna wersja opowieści o świętym Jerzym, walczącym ze smokiem konkretnym i widzialnym. Pan Cogito, w jakimś stopniu porte-parole autora, miał sytuację trudniejszą.

Wiersz powstał bowiem pod koniec lat siedemdziesiątych, w epoce rozkładu komunizmu, wyzywał więc potwora, który był bezkształtem, mgłą i nicością, dowodem jego istnienia tylko ofiary, dowody nie wprost, ale znaczące.

Po powrocie do Polski, w swoich latach ostatnich, walka Pana Cogito jeszcze trudniejsza, potwór postkomunistyczny, jeszcze trudniejszy do przyszpilenia. Zamazany, nieokreślony, niewyodrębniony, nie brakowało tych, którzy o to zadbali.

A mimo wszystko miał pewne kształty, próbował więc je opisać, właśnie w "Tygodniku Solidarność", co wielu gniewało, ale gdzie indziej było to możliwe?

Gniewało też, że operował publicystyką; ostrym narzędziem, a nie, jak dotąd, poezją. Ale na pewne rzeczy trzeba odpowiadać wprost, a komunizm był wprost, chamski i brutalny, "parę pojęć jak cepy, retoryka nazbyt parciana". Ale choć używał narzędzi ostrych, nigdy cepu, jego felietony celne, dowcipne, inteligentne.

Wiersze do tego się nie nadawały, ale nadal je pisał, zaskoczył "Epilogiem burzy".

- Jak mało kto, nie znosił wielkich słów - kontynuuje Jakub Karpiński - ale bez nich, niestety, się nie obędzie. Był po prostu człowiekiem moralnym, który całe życie robił to samo - realizował zasady bliskości, prawdy, dobra i piękna, greckie jeszcze ideały kalokagatii; esencji potęgi smaku, który, jak się okazało, wystarczał, żeby odrzucić roszczenia pseudofilozofów; to, co uchodziło za prawdę.

Właśnie służba dobru, pięknu i prawdzie sprawiła, że zarówno na komunistyczną, jak i postkomunistyczną rzeczywistość reagował, jak reagował. Że tyle rzeczy go brzydziło, czemu dawał wyraz. Wyrokował zgodnie ze swoim sumieniem, bo Pan Cogito nie tylko myślał i czuł, ale też odrzucał. Odrzucało jego sumienie.

Dla mnie więc spór o Herberta to nie to, czyj był, ale czy dobrze mieć wrażliwość oraz sumienie? I zgodnie z nimi reagować? Oceniać ostro rzeczy nieprzyzwoite?

A poczucie smaku nigdy go nie zawodziło. Oceniał trafnie, był, co rzadkie, nie tylko poetą, ale też intelektualistą.

W latach 70., okresie petycji do władz, zabiegano o pisarzy i poetów, choć twórcy nie zawsze są intelektualistami. Twórczość wymaga predyspozycji innych, zmyślania, konstruowania nieistniejących światów, jego esencja to często bycie poza rzeczywistością. Intelektualista natomiast musi się nad nią pochylić, rozpoznać, zanalizować, ocenić, dopiero potem wyrokować. Mieć rozeznanie w sprawach prawdy. I on właśnie je miał.

Był miarą wszystkiego, której dziś zabrakło.

Śmiałem się zawsze, gdy czytałem, że był wariatem.

Boże, tak być takim wariatem jak Herbert.

Wszystko bym za to dał.

Jak bardzo nam ich potrzeba.





HERBERT