Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Agnieszka Baranowska

Perły i potwory

1986

 

(...)

 

IŁŁA

Kazimiera Iłłakowiczówna

 

"Urząd - to mój zawód, sens mego życia, moja troska, mój dom - powiedziała w wywiadzie, udzielonym "Prosto z mostu" na początku roku 1935 - pisanie wierszy to sport, próba sił, ryzyko, gra w hazard." I dodała: "Nie mogę bez tego żyć."

Nie było to jednorazowe, przypadkowe stwierdzenie. Tak mówiła zawsze, deprymując wielbicieli swojego talentu. Nawet w jednym z ostatnich wywiadów, przeprowadzonym z nią przed samą śmiercią, w dziewięćdziesiątą rocznicę urodzin, stwierdziła, że całe życie, poza okresami wojen, była urzędnikiem państwowym. "Nigdy nie byłam literatką - podsumowała. - Wiersze po prostu pisałam." To był rok 1982. Wiek bez kokieterii. I próżno byłoby się tej kokieterii doszukiwać wcześniej. Nawet Zofia Nałkowska po swojej pierwszej wizycie u Iłłakowiczówny w Warszawie w 1928 roku zanotowała ze zdumieniem, że gospodyni mówi o swych pięknych wierszach z lekceważeniem. "Obawiam się, że szczerym" - dodała stwierdzając, że jest to gorszące.

Iłłakowiczówna nie należała wtedy do Pen-Clubu ani do Zawodowego Związku Literatów. Wejścia do Akademii Literatury odmówiła; tłumaczyła się, że jako osoba bardzo zajęta nie ma czasu na działalność tego typu, a figurantem być nie chciała. Do wszystkich kwestionariuszy wpisywała zawód: "urzędnik".

Gdyby wierzyć jej zapewnieniom, w życiu jej dwie sprawy były ważne: "ukochane" Ministerstwo Spraw Zagranicznych, do którego trafiła w początkach odbudowy państwa polskiego, i marszałek Piłsudski.

Ale wystarczy spojrzeć na tomiki wierszy od Ikarowych lotów, wydanych w roku 1911, po dalsze, powojenne, aby zrozumieć, że musi się w tych kategorycznych twierdzeniach kryć jakieś zaklęcie przeciwko urokowi, przeciwko światu, który obdarzył ją zawsze niepewną swej przyszłości ojczyzną i losem osobistym ofiarującym od zarania sieroctwo. Nic nie było pewne, nic nie jest pewne, tak mogła myśleć, układając sobie życie w kategoriach obowiązków. Pisanie wierszy uważała w gruncie rzeczy za sprawę śmieszną, jak przyznała w wywiadzie udzielonym w latach siedemdziesiątych tygodnikowi "Polityka". A chciała być traktowana serio. "Książki a człowiek, który je napisał, to całkiem co innego" - powiedziała wtedy.

Historia zniszczyła jej schludnie ułożone życie, poezja przetrwała. Odpis pochodzącego z roku 1917 wiersza Iłłakowiczówny Matka Boska Wojenna krążył anonimowo jeszcze w czasie drugiej wojny światowej, wchodząc do podziemnych antologii poezji. Czas wbrew głoszonym intencjom, a może właśnie zgodnie z głębokim, starannie ukrywanym przeświadczeniem, zweryfikował jej życie, nadając najtrwalsze znaczenie słowom ulotnym - poezji. I przydając Kazimierze Iłłakowiczównie miano jednej z największych poetek polskich dwudziestego wieku. Słuszne w tym wypadku, choć zwykło się takimi określeniami czasem niepotrzebnie szafować.

Kazimiera Iłłakowiczówna pisać zaczęła wcześnie, za przykładem siostry Barbary, noszącej nazwisko Czerwijowska, a posługującej się pseudonimem Barbara Zan. Barbara była starsza. Kazimiera pisać zaczęła podobno z potrzeby wypisania się, ale i "z nudów" życia spędzanego w odludnym majątku u swojej matki Zofii, dokąd trafiła po latach tułaczki z rodzinnego Wilna.

Pochodzenie sióstr Barbary i Kazimiery owiane jest tajemnicą. Legło na całym życiu Kazimiery Iłłakowiczówny ciemnym cieniem. Za życia poetki sprawy tej nie poruszano, nie roztrząsano. W jakiś czas po śmierci Iłłakowiczówny odezwała się w "Tygodniku Powszechnym" koleżanka szkolna, wspominając lata spędzane z Kazimierą i ujawniając, jak bolesne było dla niej nieślubne pochodzenie.

Kazimiera urodziła się w Wilnie dnia 6 sierpnia (według starego stylu) roku 1892, w miesiąc po tragicznej śmierci ojca. Ojciec, nie nazwany nawet we wspomnieniach, wjechać miał pociągiem do tunelu pod Wilnem żywy i zdrów, a na dworcu znaleziono go w przedziale zastrzelonego. Tajemnica jego śmierci pozostała nie wyjaśniona. Czy został zabity, czy zastrzelił się sam, nie wiadomo. Czy losy dziewczynek - Barbary i Kazimiery, potoczyłyby się inaczej, gdyby żył, także nie można przewidzieć. Przez długie lata były nawet wątpliwości, czy Barbara jest przyrodnią czy rodzoną siostrą Kazimiery. Tajemnica rodzinna pozostała w pamięci osób, które ten dramat znały. Dziś wiadomo, że tym ojcem, którego grób potem odnalazła na cmentarzu wileńskim, był Klemens Zan, człowiek żonaty. W 15 numerze "Tygodnika Powszechnego" z roku 1984 odezwała się w tej sprawie rodzina zmarłej poetki, sprowokowana artykułem byłej szkolnej koleżanki.

"Jako siostrzenica śp. Kazimiery Iłłakowiczówny, córka jej starszej siostry Barbary, pragnę sprostować pewne nieścisłości dotyczące danych rodzinnych, jakie znalazły się w artykule p. Marii Niklewiczowej Iłła i jej listy - pisała do "Tygodnika Powszechnego" pani Janina Czerwijowska. - Ojciec Kazimiery Iłłakowiczówny Klemens Zan, znany adwokat wileński, był rodzonym synem Tomasza Zana «Promienistego», a nie jego «dalekim krewnym». Zginął tragicznie, zastrzelony w pociągu w czasie przejazdu przez tunel, kiedy dzieci były jeszcze zupełnie malutkie. Matka umarła na gruźlicę, kiedy starsza córka Barbara miała lat siedem, a młodsza Kazimiera lat pięć.

Po śmierci matki dzieci rozdzielono. Basia wychowywała się odtąd w rodzinie ciotecznych sióstr matki: Wołków (którzy dali jej jeszcze za życia matki nazwisko) i Karpowiczów. «B. Zan» lub «Barbara Zanówna» był to jedynie pseudonim literacki.

Kazię zabrał rodzony brat matki Jakub Iłłakowicz, zawodowy wojskowy, który również już uprzednio ją usynowił. Nie było tam jednak odpowiednich warunków dla dziecka, którym w praktyce zajmowali się ordynansi. Kazia była zaniedbana i nieszczęśliwa.

O jej losie dowiedziała się przez wspólnych znajomych pani Zofia z Plater-Zyberków Buyno i zabrała małą na wychowanie. Z czasem wywiązał się między nimi tak serdeczny stosunek, że Kazia nazywała p. Buyno mamą, darząc ją tym większym uczuciem, że własnej matki prawie nie pamiętała. Nie istniało żadne pokrewieństwo między p. Buyno a naszą rodziną.

Trudno się zgodzić ze zdaniem, że Iłła «poznała siostrę dopiero jako dziesięcioletnia dziewczynka». W tym okresie jedynie na pewno zacieśniły się ich siostrzane więzy, gdyż pani Buyno zaprosiła Barbarę do siebie, chcąc Kazi zapewnić towarzystwo, i odtąd przez pięć lat, w ciągu roku szkolnego, siostry mieszkały i uczyły się razem. Poprzednio przebywały jednak wspólnie z matką aż do jej śmierci, a rozdzielone korespondowały z sobą w miarę swoich młodocianych możliwości, a nawet przy jakiejś okazji pani Buyno przywiozła małą Kazię do Karpowiczów dla odświeżenia znajomości."

Tyle siostrzenica poetki, Janina Czerwijowska, której list warto przypomnieć w całości, gdyż jest to jedyny chyba i pierwszy w ogóle głos publiczny rodziny poetki mówiący o jej pochodzeniu. Relacje innych są różne, a sama poetka, w przeciwieństwie do swojej starszej siostry, nigdy nie przyznawała się do pokrewieństwa z Klemensem Zanem ani w ogóle z rodziną Zanów. Nie "wspominała, że sama wywodzi się od słynnego Tomasza.

Według jej relacji matka Barbara spoczęła w grobie w Dubinkach nie w kilka lat, a w dwa lata po tragicznej śmierci ojca w pociągu. W tych samych Dubinkach, w których w roku 1535 spotkali się Zygmunt August i Barbara Radziwiłłówna. Matka Barbara wracała do córki w wierszach. Kamienie wileńskie przypomniały, że leży w Dubinkach "nad jeziorem, u nas na Litwie." I że walczyła "osaczona", poległa "jak żołnierz w bitwie". To o jej walce o utrzymanie siebie i osieroconych, nieprawych dzieci. Po latach Iłłakowiczówna napisała dla swych siostrzenic wiersz Babunia, lamentując, że "Babunia Basia umarła tak młodo, tak młodo, i leży w Dubinkach nad samą wodą".

Nie wiadomo więc, czy pamiętała swą prawdziwą matkę. Zapamiętała jednak Wilno, miasto rodzinne, kamienne ulice, po których chora na gruźlicę i samotna Barbara biegała, aby pracą nauczycielską zdobyć ratunek dla dwóch małych córek.

Tajemne sprawy jej pochodzenia próbował odkryć Kazimierz Czachowski, pisząc o Iłłakowiczównie w swych Sylwetkach i profilach. Wyprowadzał jej ród z dawno osiadłych na Litwie Tatarów. "To nieprawda" - napisała własną ręką na wycinkach, przysłanych po drugiej wojnie do biblioteki Związku Literatów Polskich. Sama przyznawała się do litewskiego pochodzenia, twierdziła, że wywieść się może od legendarnego Litwina Nakajtysa z miejscowości Iłłoki na Żmudzi. W bardzo wiele lat później powiedziała, że ojczyzną dla niej jest Litwa, gdzie się urodziła, i Łotwa (wówczas Inflanty), na której znalazła po latach "strasznej niedoli dziecięcej", w dworku Zofii z Zyberk-Platerów Buynowej, prawdziwy dom. Wszystko inne potem - i Warszawa, i Poznań - to była zagranica. Cały jej pejzaż był stamtąd, ze stron rodzinnych. Te ziemie, podzielone traktatem wersalskim granicami czterech państw, były tym pejzażem zapamiętanym, tak jak zamek przygodnej znajomej, opisany w Trazymeńskim zającu - pusty i dziwnie mało urządzony w środku, bo po co, skoro raz na trzydzieści lat bywał niszczony przez kolejne wojny i najazdy.

Swój dom, z trudem odnaleziony u matki Zofii, opuściła z własnym paszportem, z całą bezwzględnością młodości, niedługo po debiucie w 24 numerze "Tygodnika Ilustrowanego", gdzie w 1905 roku obok wiersza Zofii Rygier-Nałkowskiej i fragmentu Chłopów Reymonta opublikowano jej Jabłonie. To jeden z tych wierszy "żałośliwych i ponurych", które pisała w młodości, śmiertelnie bojąc się śmieszności. Debiut bardzo wczesny, choć sama przyznała w domniemaną dziewięćdziesiątą rocznicę urodzin, że trudno powiedzieć, ile miała wtedy lat. Jej papiery nie były zbyt wiarygodne ani ścisłe. Miała metrykę chrztu z roku 1892, ale nie było tam daty urodzenia.

W okresie dzieciństwa przechodziła z rąk do rąk: od wujostwa ze Śniegów, gdzie umarła matka Barbara, do wuja i wujenki w Dyneburgu, gdzie zaniedbana i zawszona znajdowała się pod opieką rosyjskich ordynansów. Potem trafiła do pani Żabiny z Krasławia, u której niegdyś matka Barbara była nauczycielką domową. Stamtąd zabrała ją już matka Zofia do Baltyna, wtedy w guberni witebskiej, teraz na Łotwie Radzieckiej. Matka Zofia miała "białe włosy i jedno pasmo ciemnorudych pośrodku, patrzyła na mnie bez uśmiechu, sznurując trochę usta". Zofia Buynowa nie żyła z mężem, a własnych dzieci nie miała. Nie cieszyła się dobrym zdrowiem, cierpiała na różne przypadłości na tle nerwowym. Straszne wspomnienia opuszczenia i zaniedbania w Dyneburgu, gorzką zgryzotę, że za życia matki Barbary bywała niegrzeczna i to było powodem jej śmierci, zatarła miłość do Zofii Buynowej, wielka i patetyczna. Z wiekiem prysł czar, świat poza matką Zofią okazał się piękny, niezwykłość mamy zszarzała i zezwyczajniała. Zaczęły się nieporozumienia. Przez jakiś czas Kazimiera uczyła się w domu na wsi. W ankiecie "Wiadomości Literackich" o tym, jak uczyli się wybitni pisarze polscy, umieszczona między Julianem Ejsmondem a Ferdynandem Goetlem wspominała, że w okresie szkoły średniej należała "do rzędu dzieci fenomenów".

"Uczęszczałam do szkoły krótko i dorywczo - pisała - przeważnie uczyłam się w domu i zdawałam egzamina w rosyjskich szkołach rządowych rekordowo, tj. przechodząc po kilka klas w ciągu jednego roku. Mając lat siedemnaście miałam w ten sposób poza sobą program szkoły średniej, nie wyłączając greckiego i łaciny. Straszliwy ten system musiał poczynić wielkie spustoszenia w mojej pamięci, co się zapewne na starość okaże."

Wspominała, jak gruby tom geografii Rosji przeszła z nauczycielką w trzy dni, pomiędzy egzaminami. Kiedy opadała z sił, kładła się, nauczycielka przestawała czytać i obie zasypiały. Program z greckiego (osiem klas gimnazjum męskiego) przeszła w pół roku i egzamin zdała celująco. "Powinnam stanowić odstraszający przykład - jak nie należy się uczyć" - wyznała.

Jako pięcioletnie dziecko zaczęła się interesować "namiętnie" geografią i mineralogią. Do lat trzynastu lubiła języki i religię, wyjątkowo w którymś momencie zajęła się matematyką. Później przestała się pasjonować nauką aż do czasów uniwersytetu, choć nadal lubiła osiągać sukcesy na egzaminach. Ten brak zainteresowania przypisywała faktowi, iż po siódmym roku życia nie spotkała ani dobrych profesorów, ani dobrego systemu nauczania.

W czasie szkoły średniej literatura nie interesowała jej wcale. Nienawidziła pisania wypracowań po polsku. Chętnie je za to pisała w obcych językach. Pasjami lubiła się uczyć na pamięć wierszy i umiała ich całe kilometry, zwłaszcza rosyjskich.

"Cały ten okres uważam za chybiony - podsumowała swoją edukację - i chętnie przeszłabym teraz ośmioletni kurs nauki w jakiej doskonałej polskiej szkole średniej."

W Warszawie chodziła do nielubianej szkoły, na lato z matką Zofią jeździły do Pohulanki Dyneburskiej, własności brata matki Zofii. Do Warszawy przeniosły się nie tylko ze względu na nauki Kazimiery. Baltyn, który kochała, był tylko dzierżawą, a Stanisławowa, który poszedł potem na posag Misi, wychowanki matki Zofii, nigdy nie polubiła. I tu właśnie, w Warszawie, zaczął narastać między matką Zofią a Kazimierą konflikt, charakterystyczny zresztą dla wielu przecież rodzin, w których ścierają się poglądy i dążenia dwóch pokoleń. "Tragedia, jaką obie przeżyłyśmy - pisała potem poetka o największym uczuciu swojego dzieciństwa - równa była największej tragedii miłosnej, ze zdradą i odejściem w świat jednej strony, a złamanym sercem - z drugiej." I choć matka Zofia opromieniła jej dzieciństwo i zbliżyła do siostry Barbary, Kazimiera w którymś momencie zażądała bezwzględnie swobody, czyli własnego paszportu, i odeszła. W Trazymeńskim zającu wspomina, że w 1905 roku "uciekła" do Petersburga, gdzie prowadziła "namiętne dysputy o poezji z robotnikami zakładów metalowych".

Jej przybrana matka twierdziła, że kobiecie nie wypada studiować. Kazimiera wyjechała do Oxfordu, gdzie znajdował się specjalny college dla cudzoziemców. Uczyła się tam języka i literatury angielskiej. Jakiś czas przebywała z matką Zofią we Fryburgu w Szwajcarii. Na Uniwersytecie Jagiellońskim studiowała polonistykę i anglistykę. Będąc na drugim roku polonistyki wydała swój debiutancki tomik zatytułowany Ikarowe loty. Podpisała go I. K. Iłłakowicz, udając zgrabnie mężczyznę. I - znaczyło Iłła, skrót od nazwiska, gdyż imię Kazimiera uważała za banalne i zbyt pospolite. W tych czasach, jak się jej wydawało, nosiła je co druga kobieta. Mieszkając wtedy w internacie u urszulanek w Krakowie była "osobistym nieprzyjacielem Pana Boga". Wyśmiewała się z Młodej Polski: wielki, choć zmierzchający, szatan Przybyszewski był dla niej "przekomiczny", a Tetmajera tolerowała z trudem.

"Talent wybitny, mocny, można by rzec: męski" - napisał Walery Gastomski w "Książce" w roku 1912 po wydaniu Ikarowych lotów. A Kazimierz Czachowski stwierdził, że debiut zawierał już zasadniczo wątki, "obok których snuć się miała późniejsza twórczość poetki: od razu zarysowały się i tęsknota duszy kobiecej, i gorąca miłość ojczyzny, z którymi w poezjach jej wciąż spotykać się będziemy, jeno że pogłębi się ich wyraz i znakomicie udoskonali się forma".

Rok 1911 był dla niej rokiem znaczącym nie tylko dlatego, że zostały wydane Ikarowe loty. W tym samym czasie w niewielkim domku przy ulicy Szlak 11 w Krakowie dzięki swej siostrze Barbarze poznała Józefa Piłsudskiego.

Kiedy w styczniu 1915 roku szła na front do polskiego lotnego oddziału przy Wszechrosyjskim Związku Ziemskim, myślała, że robi to dla cierpiących. Po latach doszła jednak do wniosku, iż uczyniła tak z młodzieńczej żądzy czynu. W wierszu Przelotne ptaki rzeczywiście zapytywała, czy nie czas "za szable wziąć i więzy rwać?". Ale w Trzech strunach, dedykowanych podobno Józefowi Piłsudskiemu, wydanych w Piotrogrodzie w 1917 roku, rozumiejąc krzywdy, nawoływała do przebaczenia i miłości, kazała słuchać, jak Polska się modli. Cierpienie, umierający swoi i obcy, wszyscy potrzebujący pociechy - to ten świat wojenny pozwolił jej na znalezienie w poezji prostoty słowa. Tak jak w Kolędach polskiej biedy, wydanych także w Piotrogrodzie. Tam odnalazła Pawła i Zofię Kochańskich oraz "nieszczęsnego Stasia Witkiewicza, który był w wojsku". Tomiki jej poezji składane przez drukarzy Łotyszów, znających alfabet łaciński, rozeszły się szybko jako jedyne bodajże polskie książki w tym środowisku.

Trafiły i do Warszawy. Zofia Nałkowska, nie ceniąc debiutu Iłłakowiczówny, zastanowiła się głębiej nad jej następnymi tomikami. Ikarowe loty przeczytała w połowie roku 1912, gdy mieszkała w pensjonacie "Podole": "Poza świeżością pewną wrażeń - nic, co by usprawiedliwiało czytane o tej książce pochwały" - stwierdziła w Dzienniku. W cztery lata później w Górkach zanotowała: "I.K. Iłłakowicz: Trzy struny i Kolędy wydane teraz w Rosji. Wielki talent, dający wyraźne na przyszłość gwarancje, wyrażający się w melodii, uczuciu, zapale, rzadziej i słabiej w myśli. Natomiast zupełnie brak poczucia waloru słów, ich wagi i doniosłości. Są piękne wiersze, nie ma ani jednego pięknego zdania. Ale to nie jest źle. Ten gatunek wydaje czasami pierwszorzędne dzieła. Zaznaczam dlatego, że sama jestem bardzo inna."

O wojnie Kazimiera Iłłakowiczówna pisała niewiele. Przez dwa lata żyła grozą bezustanną i miłosierdziem, "zupełnie zagubiwszy siebie wśród pochodów, klęsk i trupów". Niedola rannych przechodziła ludzkie pojęcie. "Nie mogłam jej znieść - wyznała w kilka lat później, jeszcze przed następną wojną, już nadchodzącą - nigdy się z nią nie pogodziłam, nigdy nie przywykłam." Śmiertelnie chora, w baraku dla cholerycznych w Mińsku, na słomie, w żołnierskiej bieliźnie rosyjskiej doznała iluminacji. Uratowana przez doktora Żyda i prawosławną mniszkę, siostrę Komstadius, żałowała, że przez tyle lat była niewierząca.

 

Nie można tego obejść: Bóg jest wszędzie,

w każdym dziwnym i strasznym obrzędzie.

Wywołuje go nie tylko modlitw kadzidlany kwiat,

ale szubienice i topór, i kat.

[...............................]

I chce mi się wyciągnąć ręce nad człowiekiem,

i winnym i niewinnym, i małym i wielkim,

i krzyczeć wielkim głosem błagalną przestrogę,

aby sądząc człowieka, nie męczono Boga

 

- napisała w czasie następnej wojny, jeszcze okropniejszej. Dodając, że "Bóg jest także z przeklętymi", w wierszu nie zamieszczonym z nakazu cenzury w tomie Wierszy wybranych, wydanym przez Władysława Bąka w roku 1949. W oenerowskim "Prosto z mostu" w 1935 roku wypowiedziała się przeciwko każdej teorii, która każe nienawidzić.

Wyjeżdżając z Piotrogrodu do Polski nie była jeszcze zdecydowana, czemu się poświęcić. Szła za nią Matka Boska Wojenna, wydrukowana w Kolędach polskiej biedy:

 

Po zamarzłych polach, po ostrych ścierniskach

w błękitnej jak woda sukience,

chodzi Matka Boska po miesięcznych połyskach

i łamie, łamie ręce.

Od zawianych mogił pośród pustych pól

boso wiatry przelatują chyże...

Padły od pocisków, od ognistych kul,

kościoły, kaplice i krzyże.

W rowie pod tarniną ułożyła Go,

śniegową pierzyną otuliła Go...

A lulajże tutaj, Dziecino Jezusowa...

Zostawiła Go samego na chwilę,

gdzie nad rowem suche chwasty, badyle...

A lulajże tutaj, Dziecino.

Sterczą rzędy mogił pośród pustych pól,

niby małe dookoła trumienki.

Wsie nam popalono, nie ma Niebios Król

nawet nędznej na schronienie stajenki...

 

Ale schronienie, trzeci dom, znalazła nie w poezji, lecz w Ministerstwie Spraw Zagranicznych odrodzonej Polski. Po powrocie do kraju, który umożliwiła jej przepustka Rady Regencyjnej z notatką "aktivistisch gesinnt", wydanej przez Jerzego Barchwica, ze stemplem przystawionym przez polskiego bolszewika Bolesława Matuszewskiego, trafiła do MSZ przez znanego jej Tytusa Filipowicza i pozostała tam przez najbliższych osiem lat. Była to pierwsza w jej życiu praca, zmuszająca do konkretnego sprawdzenia tego, co pisała, do "zajęcia obiektywnego stanowiska wobec faktów realnych". Twierdziła, że nie ma utworu bardziej "ściśle epickiego" niż pismo urzędowe. Wiersze pisała i drukowała w kobiecym piśmie "Bluszcz" oraz w "Gazecie Administracji i Policji Państwowej". Później także, mimo dozgonnej admiracji dla marszałka Piłsudskiego, w oenerowskim "Prosto z mostu".

MSZ był tym miejscem najbardziej "ukochanym", ale po latach stwierdziła: "Byłam małym pionkiem, potrącanym, spychanym, zaszczutym - w walce o byt. Przez lata zawsze wisiało nade mną obniżenie stopnia lub dymisja. Życie przechodziło całe obok mnie, wielkie życie, to, które szumi i grzmi i wyrzuca perły i potwory."

Nie ułożyła sobie życia osobistego, nie założyła rodziny, nie urodziła dziecka. Półsierota już w chwili urodzenia, pozostała samotna do końca życia. Ale była świadkiem wielkich wydarzeń politycznych. Na wystawie malarza Jana Henryka Rosena, także urzędnika MSZ, była przy śmierci prezydenta Narutowicza zastrzelonego w Zachęcie na jej oczach. Zima z 1925 na 1926, z wyjątkiem tej rewolucyjnej w Piotrogrodzie, była najgorszą z dotychczas przeżytych, "...wyszła z niego cała siła, radość, nadzieja..." - napisała o swoim ówczesnym życiu, dodając, że jeszcze na dodatek wyschły wszystkie pomocnicze źródła dochodu. Obrazy imion wróżebne podratowały ją trochę, ale na krótko. W maju 1926 mieszkała na Brackiej. W czasie majowych zajść musiała w swym pokoju zbudować schron z szaf i kanapy, bo łóżko jej stało na wprost linii ostrzeliwania, przynajmniej tak potem lubiła się chwalić. Dwa dni i noc spędziła w MSZ na straży biurek i szaf z aktami, czytając tylko "Słowo" wileńskie.

Stamtąd zabrał ją rozkaz Piłsudskiego do Ministerstwa Spraw Wojskowych. Jako sekretarz osobisty otwierała i rozdzielała pocztę przychodzącą do Marszałka, pisała uwagi i nalewała Marszałkowi herbatę. Około trzeciej po południu przynoszono w menażkach skromny obiad. Poznała całe otoczenie Piłsudskiego: Bartla, pułkownika Wieniawę-Długoszowskiego, majora Nałęcza-Korzeniowskiego. Czermański ją skarykaturował, w dodatku na filmie nakręconym w pracy nie podobała się sobie. Czermański "zrobił taką jędzę w mundurze i z Pegazem, że sława niezwykłej szpetoty, wzniecona już przez nieszczęsny film, dostała się do najszerszych kół, nawet na prowincji, i długo mi się dawała we znaki" - napisała w Ścieżce obok drogi. Po jakimś czasie znajomi zaczęli znowu poznawać ją na ulicy, a któregoś dnia w "Bristolu" rzuciła się jej na szyję nie widziana dawno przyjaciółka, Madzia Kossakówna, wołając, że opowiadają o niej takie strasznie "wojskowe rzeczy". Madzia Kossakówna powtarzała plotki, że Iłłakowiczówna ma rangę wojskową, a w razie pogrzebu pochowają ją z wojskową orkiestrą.

Potem z Królewskiej przeniosła się do gmachu Ministerstwa Spraw Wojskowych, a Marszałek - przeszedł do Belwederu. Widywała go coraz rzadziej, ostatni raz przyjął ją 6 czerwca 1929 roku. Zachowała go w czułej pamięci, choć z jej poglądami politycznymi było trochę tak, jak z jej stosunkiem do własnej poezji. Kiedy w roku 1926 Piłsudski zabierał ją do siebie, zrobił to ponoć dlatego, że była osobą bez ambicji politycznych. Może pamiętał, że dedykowała mu Trzy struny i z dalekiego Oxfordu pisała do niego list, że chce zostać jego adiutantem. Przyznawała się później, że była "trochę endeczką".

Przed wojną obóz sanacyjny wypomniał jej z okazji wydania książki o Piłsudskim - Ścieżka obok drogi, że pierwszy telegram kondolencyjny po śmierci Dmowskiego pochodził właśnie od niej. Sama pisząc w Trazymeńskim zającu o wuju arcybiskupie, wspominała, że miała wielu przyjaciół należących do tego tak źle notowanego u jego ekscelencji stronnictwa. Usiłowała więc czasem wysunąć jakieś argumenty na ich usprawiedliwienie. "I oni mają duszę" - dowodziła bądź co bądź osobie duchownej. "Bardzo wątpię, moje dziecko" - odpowiedział wuj arcybiskup.

Jedną z nielicznych Wilii, na której "nie była samotna", spędziła w Wyrycy pod Petersburgiem w roku 1905 u państwa Olszamowskich, których obaj synowie byli orientacji narodowej. W 1914 uciekli jednak do Legionów, więc te przyjaźnie i poglądy, datowane często z lat, zanim jeszcze Polska odzyskała niepodległość, nie wiodły wcale po jednoznacznych drogach. Mimo braku czasu i sumiennej pracy urzędniczej w kolejnych ministerstwach raz po raz wydawała nowe tomiki wierszy. Śmierć Feniksa w roku 1922, potem Połów, Ballady bohaterskie, Słowik litewski, później Dziwy i straszydlaki. Minęły czasy, gdy Andrzej Niemojewski zwiedziony formą jej nazwiska napisał w "Myśli Narodowej", że pan Iłłakowicz, zamiast pisać wiersze, lepiej by przywdział mundur i poszedł na front. W Śmierci Feniksa zamieściła wiersze trochę modernistyczne, ale już w nowej tonacji, współczesnej, odrobinę żartobliwej, ironicznej, lekkiej. Znalazła się tam zabawna i żartobliwa prośba o odrobinę samotności w biurze. W "Robotniku" Zygmunt Kisielewski z okazji wydania tego tomiku napisał: "Feniks wstanie z popiołów. Bowiem najbardziej nawet przesycone goryczą, zwątpieniem albo obrzydzeniem wiersze lśnią blaskiem tajemniczym prawdy, rzetelności wewnętrznej i śmiałej, tragicznej odwagi wobec siebie samej. Więc walka to nie o słowa ani na słowa, lecz walka w duszy o słowo wyzwalające."

Już w 1929 Kazimierz Czachowski stwierdził bez wątpliwości, że wśród współczesnych poetek polskich Iłłakowiczówna "jest najwybitniejsza". "Na to zaś naczelne stanowisko wysunęła się nie tylko dzięki osiągniętemu mistrzostwu i bogatej różnorodności formy poetyckiej, ale zarazem i przez to, iż nie zasklepiając się w narcyzowej autoanalizie, aczkolwiek wcale nie odrzucając myśli o swej własnej duszy i nieraz ulegając nastrojom osobistej tęsknoty, umiała na tyle wyjść poza siebie, aby ogarnąć miłosnym spojrzeniem sprawy szersze, ogólne, znaleźć w nich pole duchowych wzruszeń i dać im szczery poetycki wyraz."

"Owa wyjątkowa postawa poetki - dodał Czachowski - sprawiła, że Iłłakowiczówna już dziś znalazła tak jednolite i żadnymi ubocznymi względami nie zmącone uznanie."

Z tym uznaniem to było różnie. Po Balladach bohaterskich Stefan Napierski w "Wiadomościach Literackich" w roku 1934 napisał, że "poufna anegdotyczność kojarzy się tutaj z jakąś zajadłą, heroiczną rezygnacją, która stanowi zasadniczy rdzeń tej jedynej w rodzaju swoim, trudnej do określenia i zakwalifikowania, autentycznej poezji". Wacława Kubackiego po wydaniu przez Iłłakowiczównę Słowika litewskiego trapiła głównie sprawa stosunku poetki do własnych utworów: "Zdaje mi się - pisał w "Gazecie Polskiej" w 1936 roku - że tu się kryje klucz do zrozumienia osobowości Iłłakowiczówny. Iłłakowiczówna nie przyznaje się do literatury jako profesji życiowej. Nieraz dała poznać, że jest to tylko prywatny margines jej życia. Na tym jednak marginesie do głosu przychodzą kwestie najważniejsze. Poezja jej ma być sprawą ściśle prywatną, równocześnie nie ma chyba drugiego poety, który by w tym stopniu co Iłłakowiczówna zajmował się aktualnościami prawie publicystycznymi."

"Iłłakowiczównie nie można pochopnie zawierzyć - konkludował. - Jest w jej postawie poetyckiej coś z przekory i coś z wielkopańskiej niedbałości (żeby nie powiedzieć: z kresowego gestu). Miłuje poezję po litewsku, skrycie. Do poezji się nie przyznaje, spycha ją wstydliwie na dalszy plan i równocześnie chce nią regulować spory między Litwą a Polską."

Dla jednych była ekscentryczna, dla innych - tak jak dla Nałkowskiej, jedynej pisarki zapraszanej na słynne "piątki Iłły" (poza cudzoziemcami, "zresztą nie najlepszej klasy", i arystokratycznymi damami) - niesympatyczna. "Rozmawiałam w przerwach z Iłłakowiczówną - napisała Nałkowska dnia 7 listopada 1927 roku w swym Dzienniku - której talent uwielbiam, a osobę usiłuję mimo trudności jakoś zaakceptować."

Stefania Podhorska-Okołów, przeprowadzając wywiad z Iłłakowiczówną dla "Wiadomości Literackich" w roku 1925, uważała, że trzeba wybrać dla pisma taką podobiznę poetki, która będzie podkreślać cechy wewnętrznego wizerunku autorki wydanych niedawno Rymów dziecięcych: "siłę woli, mistycyzm, pewien odcień smętku. A potem i typ zewnętrzny: wzrost bujny, silna a zwięzła budowa, stalowy błysk niebieskich oczu, włosy o barwie zgaszonej bursztynu." Widziała w niej coś skandynawskiego.

Poetka w wywiadzie tym stwierdziła, że twórczość uważa za "czynne objawienie samodzielnej inicjatywy" i przypomniała Rymy dziecięce napisane dla dwóch małych siostrzeniczek, które przeniosły się z Rosji do Polski.

Za Rymy dziecięce i za inne utwory, owe "wesołe wierszyki i opowiastki", zamieszczane w "Pionie", "Wiadomościach Literackich" i "Tygodniku Ilustrowanym", za tę poezję "przeznaczoną dla małych kretynów" zmieszał ją z błotem w felietonie zamieszczonym w roku 1933 w "Kurierze Poznańskim" Artur Maria Swinarski. Porównując ją z inną poetką - Marią Pawlikowską-Jasnorzewską, stwierdził, że dziś "talent Marii doszedł do tak zawrotnych szczytów, jakich nasza poezja, nie tylko kobieca, dotychczas bodaj nie osiągała - a talent Kazimiery maleje i wojskowieje". "Szkoda baby!" - zakończył.

Nazywano ją "markietanką poezji polskiej", aż Cat-Mackiewicz musiał się zastanawiać w "Słowie" wileńskim, czy jest to rzeczywiście zniewaga. Z tamtejszymi kolegami rozważał tę kwestię i doszli do wniosku, iż powiedzenia komuś, że wojskowieje - "nie można uznać za obrazę".

"Urok Iłłakowiczówny polega właśnie na tym, że jest trudna do odcyfrowania i pełna pozornych sprzeczności" - twierdziło "Prosto z mostu", opisując poetkę jako "najprawdziwszą dziwożonę, z puszczy litewskiej rodem" i dodając, iż przy całej swej powadze "zachowała duszę dziecka". To wtedy, w 1935 roku, w "Prosto z mostu" zadeklarowała się przeciw każdej teorii, która każe nienawidzić, i stwierdziła, że jest "bardzo wierzącą katoliczką". Faworyzowana przez "Prosto z mostu", od katolików dostała cięgi. Jeszcze za liryki religijne atakował ją "Mały Dziennik", wypominając heretycką wolnomyślność. Potem Herminia Naglerowa i inne działaczki katolickie urządziły przeciwko niej krucjatę za opublikowanie wiersza Do chrześcijan. I wtedy wzięło ją w obronę "Prosto z mostu". Stanisław Miłaszewski pisał w roku 1936 po ataku Naglerowej na Iłłakowiczównę: "Iłłakowiczówna traktuje swoje zadania poetyckie jako misję. Jest to jedyna w swoim rodzaju  ż o ł n i e r k a  c h r z e ś c i j a ń s k a, nie przebierająca w środkach i nie gardząca nawet jaskrawiznami «armii zbawienia», gdy chodzi o krzewienie dobrych zasad wśród zaniedbanych pod względem moralności chrześcijańskiej bliźnich. Widać ją nawet na forpocztach, tam gdzie front chrześcijański styka się z neopogańskim bezpośrednio. Miejmy szacunek dla  s z t u r m o w c ó w  i d e o w y c h, którzy rozpęd bojowy wolą niż zwykły truchcik estetyczno-etyczny, a nawet takt i smak." Przy okazji przypomniał, że nie tylko Naglerowa gromiła poetkę, lecz opinia publiczna tak była zdenerwowana niekonwencjonalnym stosunkiem Iłłakowiczówny do religii i zasad wiary, iż z kilku ambon wiejskich padły na nią prawie klątwy, a z głębi Małopolski nadszedł list z potępieniem od działaczek katolickich.

Z drugiej strony sypały się na nią nagrody. W roku 1930 dostała tę, z której musiała być chyba najbardziej zadowolona: została jako pierwsza laureatką nagrody miasta Wilna. Wręczaniu nagrody towarzyszyła feta, a Iłłakowiczówna była szczęśliwa, bo wreszcie po wielu latach trafiła do swego rodzinnego miasta i mogła pooglądać stare kąty. Poprzedniego wieczoru przed oficjalnym wręczeniem nagrody odbyło się w sali Klubu Literatów, znajdującej się obok celi Konrada, opisanej w Mickiewiczowskich Dziadach, spotkanie z poetką-laureatką, na którym w imieniu kobiet wileńskich wręczono pannie Iłłakowiczównie "gustowny album fotografii Wilna".

Przy wręczaniu nagrody profesor Zdziechowski, prezes Sądu Konkursowego, złożył hołd poetce za to, że "twórczość swą tak ściśle z krajem naszym, z jego przyrodą i przeszłością związała, że potrafiła tak głęboko odczuć grozę obecnej chwili, którą znaczy krew męczenników wiary i ideału". Profesor Zdziechowski najwyżej ze wszystkich utworów Iłłakowiczówny stawiał wiersz zatytułowany Głos zza grobu ks. Budkiewicza. "Za ten szczery i gorący głos protestu przeciwko obojętności ogółu - cześć autorce" - dodał.

Została też Iłłakowiczówna laureatką państwowej nagrody literackiej, która przyniosła jej sumę niebagatelną, bo siedem tysięcy złotych. Pieniądze te włożyła do banku i przepadły jej w czasie wojny.

Po krótkim okresie uznania nadszedł jednak największy atak - po wierszach belwederskich, a potem po opublikowaniu książki wspomnieniowej Ścieżka obok drogi, poświęconej marszałkowi Piłsudskiemu, książki, która w wilię wojny narobiła jej masę przykrości.

Kiedy Kazimiera Iłłakowiczówna odpowiadała na pytanie redakcji "Prosto z mostu" w ankiecie na najciekawszą książkę przeczytaną w roku 1935, wybrała Strzępy meldunków generała Sławoja-Składkowskiego, "ten wyraz chrześcijańsko-rycerskiej postawy wobec wielkości". Nic więc dziwnego, że sama rychło spróbowała sił w tej materii, zdając sobie jednak sprawę z błahości swych wspomnień o marszałku Piłsudskim. Lecz uważała, że dla przyszłego historyka ważne jest wszystko - to "wszystko" napisała na wstępie rozstrzelonym drukiem - wszystko, co dotyczy Józefa Piłsudskiego. Tak powstała Ścieżka obok drogi, ukończona w Warszawie w lutym 1936 roku, czyli w niecały rok po śmierci Marszałka.

Opublikowała ją na początku roku 1939 po miesiącach kłopotów i trudności wydawniczych. Książka rozeszła się błyskawicznie i atakowana przez prasę sanacyjną, broniona przez opozycyjną, w założeniu swym skromna, zrobiła sensacyjną karierę. W wypożyczalniach odbywały się zapisy: nie trzeba dodawać, że lista oczekujących była długa. Kto zdobył rychło wydrukowane trzecie wydanie, mógł się uważać za szczęśliwca. Wszak nie Maria Jehanne Wielopolska, dawna autorka Kryjaków, opowieści o roku 1863, wydanych niegdyś z przedmową. Stefana Żeromskiego, i innych książek, z których najgłośniejsza była Faunessy, dawna "Lady Paradox", lansowana na łamach "Wiadomości Literackich", w roku 1939 zaciekła publicystka, tropiąca pacyfistów, Żydów i opozycjonistów. Na ścieżkę Iłłakowiczówny obok drogi Marszałka wystąpiła natychmiast z broszurą polemiczną, wydrukowaną zresztą na własny koszt. Antagonistka Adolfa Nowaczyńskiego, o której pisał "Baba-Jaga", wystąpiła teraz z furią na kilkudziesięciu stronach Pliszki w jaskini lwa przeciwko Ścieżce obok drogi.

Ścieżka obok drogi - czytana po latach, także z trudem zdobyta, to pełna poezji i autoironii, subiektywna opowieść o drodze dziewczyny ze żmudzko-łotewskich lasów w rejony wielkiej polityki i wielkich wydarzeń historycznych. To opowieść o Iłłakowiczównie i Piłsudskim, o pracy poetki w latach 1926-1935 w Ministerstwie Spraw Wojskowych, gdzie Marszałek powołał ją po zamachu majowym na stanowisko swojego sekretarza. To książka urocza, śmieszna, sympatyczna, niegroźna. Oto człowiek wybitny, wódz, Naczelnik, Marszałek, przywódca państwa pokazany przez kobietę z bliskiego otoczenia: jego gesty, wypowiedzi, sposób bycia, bohater, który nie strzepuje popiołu papierosowego z munduru. Dla niektórych był to "shocking" - jak napisano w jednej z późniejszych polemik. Obok Marszałka w lekko krzywym zwierciadle przedstawione zostało otoczenie Piłsudskiego, oglądane przez osobę z boku, nie biorącą udziału, mimo zajmowanego w Ministerstwie stanowiska, w rozgrywkach i układach wielkiej polityki. Przedstawione karykaturalnie, ale chyba nie w sposób specjalnie zamierzony. Iłłakowiczówna tak zawsze pisała, jej widzenie świata zawsze zawierało się między dziecięcą prostotą a łagodną i mądrą ironią. Takie były jej wiersze, takie wydane w wiele lat później wspomnienia Niewczesne wynurzenia i Trazymeński zając.

W Ścieżce obok drogi mamy opis poznania Piłsudskiego w Krakowie w mieszkaniu przy ulicy Szlak 11. Potem wypadki majowe, w czasie których Iłłakowiczówna zaraz pobiegła do swojego ulubionego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, gdzie była urzędnikiem ósmej kategorii. Koło historii - jak się jej zdawało - nie zatrzymywało codziennego zarabiania na chleb. "Płonął świat - spointowała ten fragment złośliwie Wielopolska - panna Kazia sadziła różyczki poezji."

W Pliszce w jaskini lwa Wielopolska pouczała, jak nie można pisać o marszałku Piłsudskim. Wytykała poetce z zaciekłością fałsze i przeinaczenia, tropiła z detektywistyczną pasją błędy.

W sukurs Wielopolskiej przyszedł, w wywiadzie dla "Gazety Polskiej", podpułkownik Wacław Lipiński, dyrektor Instytutu Józefa Piłsudskiego. Twierdził on, że Iłłakowiczówna nigdy nie była sekretarką osobistą Piłsudskiego, a tylko sekretarką Marszałka jako ministra spraw wojskowych, i poza kilkutygodniowym urzędowaniem na Królewskiej załatwiała jego korespondencję w sprawie próśb, zapomóg, pomocy itp., z dala od niego. Osobiste stanowisko ppłk. Lipińskiego w sprawie przedstawionego mu rękopisu książki Ścieżka obok drogi było od pierwszej chwili jak najbardziej negatywne. I co? Książka ukazała się w druku, Marszałek przedstawiony został "fałszywie, nieprawdziwie i krzywdząco", historykom zaś pozostała ocena, która dla relacji i jej autorki musiała wypaść "jak najbardziej surowo".

W obronie poetki ruszyło "Prosto z mostu" i "Wiadomości Literackie". Te ostatnie przypomniały przy okazji, że dwa lata wcześniej Karol Wiktor Zawodziński, omawiając tom wierszy Iłłakowiczówny o marszałku Piłsudskim, użył sformułowania "szczebiot dziecięcy w ustach dorosłego". "Świat" zamieścił list otwarty pani pułkownik Aleksandry Zagórskiej, komendantki Ochotniczej Legii Kobiecej Obrony Lwowa, przedstawionej "jako jeden z owych żołnierzy Pana Marszałka", o których pani Iłłakowiczówna "tak uderzająco pięknie w swojej książce się wyraża". Pułkownik Zagórska pisała, iż kampania przeciwko autorce Ścieżki obok drogi jest jednym z jaskrawych przykładów atmosfery złości cechującej życie współczesne oraz dowodem głębokiego upadku kultury moralnej w Polsce.

Całą sprawę sporu między dwoma pisarkami od samego początku pilotował "Ilustrowany Kurier Codzienny", który zareagowała - rzecz to dziś niesłychana - natychmiast, czyli już wieczorem po ukazaniu się w księgarniach broszury Marii Jehanne Wielopolskiej. Tytuły artykułów, polemik i felietonów oraz wypowiedzi w sprawie Wielopolska - Iłłakowiczówna, przewalających się na łamach "IKC"-a przez dwa pierwsze tygodnie lutego 1939 roku, miały przyciągać czytelników: Walka kobiet, Sensacyjny spór polityczno-literacki, Profanacja? Nie! Adoracja!, Żmija na ścieżce, Wojna babińska na pióra. Sensacyjny spór literacko-polityczny toczył się na tle zdjęć z belgijskiej linii Maginota i wielkiego artykułu na pierwszej stronie, w którym pisano, że koło historii zostało odwrócone, a okres wielkich imperiów wraca na świecie.

Świat już był po zdobyciu Barcelony. Z mapy poltycznej ginęły całe kraje, załamywał się porządek wersalski.

"Kryzys jest powszechny i głęboki - mówił kardynał Verdier, cytowany w korespondencji "IKC"-a z Francji. - Co chwila inny groźny problem wybucha w innym punkcie kuli ziemskiej, a każdy z tych problemów grozi pożarem powszechnym, bo w każdym z nich zaplątane są interesy różnych ludów."

Reklama "IKC"-a polecała w chwili, gdy nerwy "odmówią wam posłuszeństwa"... picie ovomaltyny. Ksawery Pruszyński w felietonie przyznawał, że w książce Iłłakowiczówny jest rzeczywiście pewna rozlewność, przeczulenie, drobiazgowość i egotyzm. Napadanie na nią uznał jednak za "dziwny skandal krytyki polskiej". Przy okazji nieelegancko obszedł się z Jehanną, przypominając, jak to śpiewano w szopkach satyrycznych o jej daremnej adoracji osoby Marszałka:

 

Zgoda z Dziadkiem znakomita:

Ja codziennie o nim piszę,

On - nie czyta.

 

Suponował także, że napaść Wielopolskiej na Iłłakowiczównę to po prostu zawiść, jako że autorka Kryjaków widziała, jak szybko opadło zainteresowanie jej książkami. Pisarz jest złym krytykiem innego pisarza - dodał, a kiedy o pisarkach mowa, ma to jeszcze większe zastosowanie. Wypomniał, że Życie codzienne Marszałka Piłsudskiego pióra Marii Jehanny Wielopolskiej bynajmniej nie grzeszyło umniejszaniem postaci samej autorki. Cały ten skandal polskiej krytyki rzucił na tło szersze, stwierdzając, że nie po raz pierwszy książka o marszałku Piłsudskim wywołuje gwałtowne i nieuzasadnione ataki; tak było z chwilą ukazania się książki Pobóg-Malinowskiego, a po opublikowaniu Strzępów meldunków Sławoja-Składkowskiego zapanowało po prostu wielkie zakłopotanie. Zawsze wtedy podnosiły się głosy, że są to rzeczy nie nadające się do publikacji, przynajmniej nie teraz, nie w tej formie.

35 numer "IKC"-a przyniósł rozważania Stanisława Wasylewskiego pod tytułem Co ta Iłła zawiniła?, w którym felietonista zacytował z okazji sporu polskich pisarek słowa Konfucjusza: "Do wszystkiego jest zdolna kobieta, która nienawidzi drugiej, i lękać się jej trzeba jak głodnej pantery." W wiadomościach codziennych sygnalizowano: Sowiety zerwały stosunki dyplomatyczne z Węgrami, Zbrojenia w Szwajcarii, Czechosłowacja zezwoli na przejazd wojsk niemieckich, Japończycy obsadzili wyspę nr 278 na terytorium sowieckim.

Kronika donosiła, jak pięknie wypadł tegoroczny Bal Prasy w Warszawie. "Kurier Sportowy" ubolewał nad zastraszającym upadkiem sportu kajakowego. Prezydent Roosevelt zaprzeczył, jakoby powiedział, że "granica amerykańska jest we Francji". Zanim jednak przyszło zaprzeczenie, prasa berlińska oświadczyła, iż wystąpienie Roosevelta oznacza, że "stoi on w służbie bolszewizmu" lub jest "marionetką w rękach żydowskich polityków". W obronie Iłłakowiczówny list opublikowała pani Rostworowska-Łubieńska, która czytała liczne rozdziały jej książeczki w młodym gronie dziewcząt wieczorami w świetlicy.

"IKC" przedstawiał upiorny pochód niedobitków armii hiszpańskiej, Francja przyśpieszyła tempo zbrojeń, Anglia montowała światową konferencję pokoju. W numerze 43 zamieszczono wiadomość, że Ojciec Święty Pius XI nie żyje. Trzy numery później zakończył się spór literacki na łamach tej gazety. Redakcja pozwoliła odpowiedzieć autorce Pliszki w jaskini lwa na wszystkie zarzuty. Wielopolska stwierdziła, że najbardziej boli ją nie to, że ją szkalują i atakują, bo do tego przywykła, ale fakt, iż różni rycerze bronią panny Iłłakowiczówny. A przecież to autorka Kryjaków nosiła po śmierci Marszałka ciężką żałobę, krepę do ziemi przez rok i sześć miesięcy, choć poetka Iłłakowiczówna pisała: "Inne niechaj kupują sobie czerwone bluzki, a ja nigdy nie zdejmę żałoby po Marszałku Piłsudskim." "Krótka była żałoba, długi natomiast tom wierszy i jeszcze dłuższy pamiętnik" - podsumowała jadowicie przeciwniczka "księżycowej" panny Kazi. Za nieocenioną wartość książki Iłłakowiczówny jej polemistka uznała tylko to, że ukazuje ona, iż w tajemniczym świecie Belwederu i nawet w najbliższym otoczeniu Marszałka byli współpracownicy i -  w s p ó ł p r a c o w n i c y, ci, którzy "wespół z Nim dźwigali brzemię historii", i ci, którzy podawali mu herbatę lub palto. Nie trzeba dodawać, do której kategorii zaliczała siebie, do której poetkę Iłłakowiczównę. Był 15 lutego 1939 roku. Dla uniknięcia przerwy w otrzymaniu gazety "IKC" prosił o rychłe wpłacenie prenumeraty.

17 września Kazimiera Iłłakowiczówna wraz z innymi pracownikami MSZ przekroczyła granicę rumuńską. Za nią została Polska, spleen i wiersze. W wiele lat później opowiadała, że zawsze ją "wielce absorbowała" myśl o śmierci i nękało pytanie, jak się do niej przygotować. I kiedy nagle i młodo umarła jej przyjaciółka, do której była bardzo przywiązana, a zaraz potem wielki przyjaciel - Aleksander Skrzyński, skarżyła się, że ilekroć ma w kimś duchowe oparcie, to ginie z jej życia. Teraz została zupełnie sama.

"Z początku nie wierzyłam, że to na mnie przyszło - pisała po wojnie w Niewczesnych wynurzeniach - i że mam tylko w sobie samej szukać na to nieszczęście rady. Myślałam, że to tylko parę złych tygodni..."

Tygodnie przeszły w lata. Kiedy przekraczała granicę polsko-rumuńską w Kutach, miała ze sobą niewielki bagaż zabrany przy ewakuacji Ministerstwa: walizeczkę, torbę, maszynę do pisania. Był upał. W Rumunii pod koniec września zapanowały już przymrozki. Towarzysze jej podróży poszli dalej. Ona została w miasteczku rumuńskim Kluż, gdzie miała ze zmiennym szczęściem przetrwać całą wojnę, wciąż licząc na rychły powrót do ojczyzny.

Po roku rumuński Kluż zamienił się w węgierski Kolozsvar, musiała w ciągu dwudziestu czterech godzin opuścić wspaniałą willę gubernatora, w której uczyła dzieci dostojnika obcych języków. Przeniosła się do Sztejnerów, właścicieli prywatnego sanatorium "Caritas", a potem do chasydzkiej rodziny Szwarców, gdzie przetrwała dwa lata, aż do maja 1944, gdy w życie wszedł faszystowski dekret o wysiedlaniu Żydów. Wojska radzieckie weszły na te tereny w październiku tego roku. Kluż znowu stał się rumuński. Iłłakowiczówna zaczęła nauczać języka rosyjskiego i rozpoczęła starania o powrót do kraju. Poprzednie lata przeżyła dzięki sile wewnętrznej i znajomości języków obcych, których tu, w tym górskim, wyludnionym i wygłodzonym przez wojnę miasteczku nauczała: angielski, niemiecki i francuski znała perfekt. Od 1941 roku nie miała styczności z Zachodem, nie widziała polskich gazet, nie miała ani nie słuchała radia. Od 1944 roku nie docierały do niej żadne wiadomości z kraju. Nie miała pieniędzy na podróż do Bukaresztu, aby przedłużyć ważność przeterminowanego paszportu, nie mogła pojechać tam bez zezwolenia policji. W maju 1946 roku udało się jej napisać do konsulatu polskiego o paszport. Zaczęła dostawać listy z Polski: od Żółkiewskiego, Kuryluka, Tuwima. W październiku 1946 roku Tuwim przesłał jej polskie gazety: "Tygodnik Powszechny", "Odrodzenie", "Wieś", "Kuźnicę". W czasie wojny uczyła się to języka rumuńskiego, to węgierskiego. Zaczęła tłumaczyć węgierskie wiersze wielkiego poety Ady'ego. Tuwim wysłał do niej depeszę, Tuwim, "mój brat z wyboru", jak potem mówiła. "Ogromnie ucieszony wiadomościami - pisał - przesyłam pani najlepsze życzenia. Książki i pisma wyślę. Proszę zawiadomić, co pani jeszcze potrzeba. Zapewniam wszelką pomoc. Tuwim."

Zaczęła do kraju wysyłać wiersze. Kiedy po perypetiach wróciła do Polski, na dworcu podobno witał ją. prezes Związku Literatów Polskich Jarosław Iwaszkiewicz. Ale mieszkania ani posady w Warszawie nie dostała. Zmuszało ją to do drukowania wierszy jednocześnie w "Tygodniku Powszechnym" i "Kuźnicy".

W końcu osiedliła się w Poznaniu. Tam powstał najlepszy chyba polski wiersz o czerwcu 1956 roku, o czerwcowych wypadkach poznańskich - jak pisał Jan Zbigniew Słojewski - utwór Rozstrzelano moje serce. Na życie zarabiała udzielaniem lekcji języków i tłumaczeniami. Satysfakcję sprawiło jej szesnaście wydań tłumaczonej przez nią Anny Kareniny Tołstoja, choć nienawidziła tej "obrzydliwej Anny", całym sercem będąc po stronie zdradzanego Karenina.

"Luźniej związana z prądem Skamandra jest Kazimiera Iłłakowiczówna (ur. 1892), poetka bardzo płodna i bardzo nierówna - pisał o niej Manfred Kridl w 1945 roku w wydanej w Nowym Jorku Literaturze polskiej na tle rozwoju kultury. - Pod względem bujności wyobraźni i skłonności do fantastyki zbliża się do Tuwima, ale jest to fantastyka innego gatunku, posługująca się duchami, upiorami i wiedźmami. Charakterystyczny jest cały cykl poświęcony przygodom ze lwem (tom Śmierć Feniksa), którego poetka jakoby trzyma w domu, chodzi z nim po ulicach miasta i opowiada o nim niesamowite historie."

W 1948 w kraju jeszcze ją fetowano. Wilhelm Szewczyk wygłosił na wieczorku literackim w Sosnowcu w dniu 8 marca tego roku piękne przemówienie przed wystąpieniem autorskim Iłłakowiczówny, przypominając, że: "Wiersze jej to pośpiesznie rzucane szkice. Szkicowość jej poezji wynika stąd, że Iłłakowiczówna jest poetką niezwykle wrażliwą i nerwową." W tym samym roku Wojciech Bąk w "Świecie" - ilustrowanym dodatku tygodniowym do 43 numeru "Głosu Wielkopolskiego" - twierdził z uniesieniem, że Iłłakowiczówna "jest poetką, autentyczną poetką. To nie ulega wątpliwości dla tego, kto zetknie się z jej twórczością." "Nie znam tak pięknej kobiecej liryki miłosnej jak liryka Iłłakowiczówny - zachwycał się. - I tak dojrzałej przy tym artystycznie." Twierdził, że to właśnie ona wprowadziła do liryki psychologię kobiety i to kobiety prawdziwej, nie imitującej mężczyzny, lecz wypowiadającej "śmiało, ale w sposób artystycznie świetny, pełen szczerości, ale także dyskrecji, świat przeżyć kobiecych, jakże różnych od przeżyć męskich, ale jakże wzruszających głęboko". Uważał nawet, że Iłłakowiczówna jest jako poetka głębsza od Marii Pawlikowskiej "głębią cierpienia i komplikacją wewnętrzną". I dodał: "Nie wolno o tym zapominać, że jest to jeden z największych talentów, jakie posiadamy." Nie na darmo się zachwycał. Zdążył jeszcze wydać w rok później, w 1949, jej wiersze wybrane, w które już ingerowała cenzura. Potem przyszły lata gorsze, wydawnictwa zerwały z nią umowy, niektórzy ludzie nie mogli jej zapomnieć, że była osobistą sekretarką Piłsudskiego, a jeszcze bardziej pracy w sanacyjnym MSZ. "Sanacyjna" przeszłość, z której była tak dumna, nie znalazła uznania w oczach nowych ideologów. Po roku 1955 zaczęto ją drukować, doczekała się nowych tomików poetyckich, wydania wierszy zebranych, nagrody państwowej i oficjalnego uznania. W roku 1958 w Poznaniu z okazji Święta Kobiet pani Janina Morawska w przemówieniu na jej cześć przypomniała, że poetka jest dla wszystkich krzepiącym przykładem, "czego jedna z nas może siłą woli, talentu i uporu dokonać". Dodała, że życie jubilatki było trudne, poznała i gorycz gościnności na obczyźnie, i gorycz niegościnnej ojczyzny. Przeszła okres dyskryminacji, "kiedy rozmyślnie przekreślano jej twórczość i usuwano ją w cień". Dziś, kiedy przyszedł dla niej czas nie tylko rehabilitacji, ale i triumfu, najbardziej imponującą sprawą było to, że "w sławie i niesławie, w doli i niedoli, w życiu i twórczości zawsze pozostała wierna sobie. Nie ma ani jednego dawnego jej wiersza, który, jak to zdarza się wielu poetom dzisiejszym, należałoby usunąć ze zbioru poezji, nie ma ani jednego kompromisu, ani jednego dnia, który by trzeba było zatrzeć."

Zbierała pochwały i za granicami kraju. W "Ostatnich Wiadomościach", wychodzących w Mannheim, w roku 1959 Niewczesnymi wynurzeniami zachwycał się Władysław Gunther, a Tymon Terlecki sekundował mu, tak pisząc: "Bez mała dziesięć rzeczy, rozmaitego charakteru i poziomu, napisanych podczas wojny, ma wielorakie znaczenie. Jest to jakby rzeczowy komentarz do tomu prozy poetyckiej wydanego w przeszłym roku. Jest to niezmiernie cenny dokument osobisty i socjologiczny. Jest to wreszcie odkrycie nowego uchwytu stylistycznego, nowego sposobu wyrażania siebie i nazywania świata."

Podsumował też jej przeżycia wojenne, życie na uchodźstwie, gdzie całkowicie zdana na siebie, skazana na samotność, postawiona została wobec złożonych zagadnień moralnych i politycznych. "Wśród tych doświadczeń, «sama jedna wśród łagodnych pierwotnych ludzi z jednym tylko własnym sumieniem jako towarzyszem i sędzią», Iłłakowiczówna wykazała dobrą klasę" - podsumował.

Już wydawało się, że przeszła do klasyków, została zmumifikowana i oprawiona w ramki, gdy w roku 1966 szum wywołał jej tomik zatytułowany Szeptem. Do boju ruszył Arnold Słucki w "Twórczości", swój esej podpierając tytułem Sobiepańskość i pokora poezji. Porównał znowu Kazimierę Iłłakowiczównę z drugą wielką poetką dwudziestolecia międzywojennego - Marią Pawlikowską-Jasnorzewską, twierdząc, że twórczość ich obu uplasowała się na różnych biegunach. Przypomniał finezyjność Pawlikowskiej i jej związki ze skamandryckim nurtem poetyckim. Uważał, że jej wiersze "finezyjne", a zarazem "uzurpatorskie", gdy chodzi o sugestywność i impet w sposobie kreowania poetyckiej wizji, a także wabienia czytelnika (das ewig weibliche), wyrosły z fascynacji owej epoki, którą stworzył autor Czyhania na Boga. Słucki uważał, że Iłłakowiczówna w tonacji jest bardziej "męska", co było u niego pochwałą. Twierdził, że eksperymentuje ona wiersz szorstki, chropowaty, a zasługą jej jest wprowadzenie asonansu do liryki filozoficznej, "co wymagało więcej śmiałości aniżeli stosowanie tegoż sposobu rymowania w poezji społecznej i politycznej".

Zewsząd sypały się pochwały. Ten entuzjastyczny ton zmącił młody poeta Stanisław Barańczak, drukując recenzję z tomiku poetki w 3 numerze "Nurtu" z roku 1967 pod winietą Z nowości literatury dziecięcej. Ironicznie traktując Iłłakowiczównę jako poetkę dla dzieci, a jej wiersze jako rymowanki dziecinne, pisał: "To pewne, że obok rozwoju estetycznego i intelektualnego - a przecież do takiego rozwoju muszą nieuchronnie powieść te nieskomplikowane zadania, jakie Iłłakowiczówna swoim młodym czytelnikom stawia - autorka Szeptem potrafi zapewnić współczesnemu dziecku coś, o co dzisiaj niezmiernie trudno: spokój nerwów i pogodę ducha. Nie ulega przeto wątpliwości, że niezależnie od takich czy innych założeń Szeptem jest nader wartościową pozycją literatury dla najmłodszych." Barańczak udał zdziwienie, że wiersze te ukazały się nie w "Naszej Księgarni" specjalizującej się w literaturze dziecięcej, ale w "Czytelniku", i to w pięknej serii, w której poprzednio wydano Grochowiaka i Brzękowskiego. "Ten niezbyt zrozumiały fakt może stać się przyczyną licznych nieporozumień. Pocieszmy się jednak, że nawet jeśli Szeptem kupi przez pomyłkę bezdzietny dorosły, książeczka ta pięknie wydana stanie się z pewnością ozdobą jego biblioteki" - zakończył.

W "Tygodniku Kulturalnym" Stefan Lichański napisał o tym samym tomie wierszy, że jest to jedna z tych książek, które - wbrew modom na wszelkie alienacje, frustracje, weltschmerze i pesymizmy - przywracają poczucie sensu istnienia, ukazują ziemię "jako - formułą Saint-Exupery'ego się posłużywszy - «ojczyznę ludzi»". W "Kulturze" z Barańczakiem polemizowała Maria Rzepińska. Stanisław Barańczak napisał list do tygodnika, w którym przypominał, że zadaniem jego recenzji było "rozwianie pokutującego mitu o rzekomych walorach poezji Kazimiery Iłłakowiczówny". Wyjaśniał, że nie dążył do "pomniejszenia poezji Iłłakowiczówny", jak to sugerowała mu Maria Rzepińska, "gdyż poezja ta jest [...] wystarczająco już mała (nie ilościowo, oczywiście); nie miałem na celu - pisał dalej -«zredukowania» tej poezji «do wymiaru przedszkola czy ochronki», ponieważ sądzę, że do takowego wymiaru twórczość p. Iłłakowiczówny przystaje idealnie". A zatem uważał, że nie przykładem "zjadliwej ironii" była jego recenzja, a wręcz przeciwnie, objawem nastawienia maksymalnie życzliwego wobec poetki i czytelników. "Zamiast bowiem napisać wręcz (jak to już przed wojną pisywano np. w «Linii»), że wartości intelektualne poezji p. Iłłakowiczówny równają się zeru, zaś jej wartości artystyczne (o ile można je od intelektualnych oddzielić) nie wykraczają poza krąg poetyki spóźnionej dziś co najmniej o lat czterdzieści - wolałem ocalić dla tej poezji przynajmniej tę część czytelników, dla której Szeptem może stać się szczeblem do poznania poezji trudniejszych. Mowa - ma się rozumieć - o dzieciach."

Iłłakowiczówna przyjęła to wszystko pobłażliwie - tak jak dawniej napaści Wielopolskiej na książkę o marszałku Piłsudskim. W "Głosie Wielkopolskim" w wywiadzie w roku 1981, czyli w wiele lat po krytyce Barańczaka, przypomniała sobie, że tomik Szeptem nie podobał się "pewnemu młodemu poecie". "Słyszę teraz, że to ktoś bardzo zdolny - dodała. - Rzucili się na tego młodzika różni starzy w mojej obronie, ja natomiast go broniłam. Wiem, że istnieje taktyka młodych napadania na starych dla zwrócenia na siebie uwagi."

Napaści Barańczaka wynagrodził jej chór pochwalny w kraju i za granicą o jej prozie wspomnieniowej - pełnej polotu, autoironii i goryczy. Na temat Niewczesnych wynurzeń poświęconych tułaczce wojennej i Trazymeńskiego zająca - książki o kraju dzieciństwa, napisano, że "mało komu udaje się równocześnie odnaleźć właściwą proporcję między naturalnym sentymentem do własnej młodości a dowcipem".

Nie założyła nigdy rodziny, pozostała samotna, zamknięta w upływających latach oraz stopniowej, ale postępującej utracie wzroku. Brak widzenia świata bardzo zaciążył na jej życiu, jak sama powiedziała w wywiadzie w roku 1981. Tam też stwierdziła ze spokojem: "I wszystko się dla mnie kończy." Do śmierci mieszkała w Poznaniu. Zmarła wkrótce po dziewięćdziesiątej rocznicy urodzin. Uznana została za największą polską poetkę katolicką, przez niektórych za największą w ogóle poetkę polską. W ostatnich latach z rzadka publikowała tomiki poezji i oddzielne wiersze, jak ten, w którym opisuje świat z pozycji człowieka dobiegającego kresu swych ziemskich dni:

 

Zamarła każda miłość

skamieniała każda żałoba

i nic już nie jest miłe

prócz Boga.

 

 

 

 

 

LADY PARADOX

Maria Jehanne Wielopolska

 

"Czujność tych amatorów totalizmu ma jedno wielkie ucho, oczywiście - z lewej strony - wybrzydzał Antoni Słonimski w jednej ze swych ostatnich przedwojennych Kronik tygodniowych. - Pewna starsza dama lata z tym jednym wielkim uchem po mieście, przykłada je do ziemi i nadsłuchuje, czy nie słychać tętentu kozaków pędzących z Broniewskim na czele... Czytając parę pisemek warszawskich można by mniemać, że nigdy jeszcze bolszewizm nie był popularniejszy w Polsce niż dzisiaj, można by mniemać, że wszystko jest w rękach żydokomuny, że jedynym prawdziwym i groźnym wrogiem naszego państwa jest nie imperializm niemiecki, ale paru literatów niewygodnych dla starszej damy i tłustego krytyka. Jeśli się jest tak czujnym, a walczy się jedynie z chimerami, nie dostrzegając albo nawet wręcz aprobując propagandę faszyzmu i hitleryzmu, to proszę wybaczyć, ale ta czujność zakrawa na fałsz i cynizm. Czujność nie może polegać na wałkowaniu miesiącami paru pacyfistycznych wierszy napisanych przed kilkunastu laty."

"Tłusty krytyk" to Jan Emil Skiwski, w kilka lat później, na wiosnę 1944 roku, wydający w kolaboracji z okupantem niemieckim dwutygodnik polityczny "Przełom" i opracowujący materiały dla Urzędu Propagandy Rzeszy. (Po wojnie skazany zaocznie na dożywotnie więzienie udał się z wycofującą się armią niemiecką na Zachód, dalsze losy nieznane.)

"Starsza dama" to dawna czerwona margrabina, dawna "Lady Paradox", jak ochrzciły ją "Wiadomości Literackie", powieściopisarka i wielbicielka Piłsudskiego, autorka Kryjaków, a ostatnio, czyli w roku 1939, broszurki Silni, zwarci, gotowi, ale i... czujni. Rzecz o wczorajszych dywersantach - okropna, zwariowana, znienawidzona - Maria Jehanne Wielopolska.

Kiedy w roku 1939 wydawała swoją napaść skierowaną także przeciwko Słonimskiemu, Tuwimowi, pacyfistom i liberałom, pewnie nie pamiętała premiery swej sztuki satyrycznej Nuwopowry.

Tę "satyrę na powojenną prozę" wystawiono w roku 1926 w Teatrze Polskim w Poznaniu. Recenzent "Wiadomości Literackich" uznał Nuwopowry nie za sztukę, ale za "felieton literacki, w którym mówi się wiele bardzo interesujących rzeczy o Polsce, bolszewikach, o arystokracji, o Żydach i o innych rozmaitych sprawach". Słowa życzliwości na temat swego utworu zawdzięczała Wielopolska dowcipowi, zdolnościom polemicznym i wielkiej kulturze literackiej. Sztuka nie była osiągnięciem dramaturgicznym, musiała jednak poruszać rzeczywiście sprawy ważne, gdyż 4 czerwca Teatr Polski w Poznaniu stał się widownią skandalu, urządzonego przez prawicową młodzież akademicką. Hasłem do awantury stał się następujący dialog:

Waldemar [Żyd]: Przyznaj, że nie można przejść do porządku dziennego nad splendorem Tuwimów, Wittlinów, Erenburgów, Słonimskich...

Waldemarowa [z Wołyńskich]: Kramarskie splendory.

Hrabina Uruska: Nie trzeba, proszę pani, bagatelizować i nie doceniać tego, co w ostatnich szczególnie czasach twórczość żydowska nam wniosła.

"Przegląd Poranny" doniósł o krzykach i gwizdach akademików pod wodzą któregoś z braci Bocheńskich (Adolfa lub Aleksandra), monarchisty. Młodzież lżyła wezwaną do teatru policję i autorkę sztuki. W "Kurierze Poznańskim" naoczny świadek wydarzeń wspomniał, że po wyżej przytoczonym dialogu padły słowa "skandal", "skończyć przedstawienie", "dosyć tych żydowskich pomyj na Polskę". Domagano się nie tylko zakończenia przedstawienia, ale i skreślenia sztuki z repertuaru teatru. Jeden z widzów wstał i powiedział, że "sztuka jest żydofilska, przepojona nihilizmem rosyjskim i obraża uczucia prawych obywateli, którzy płacą podatki na utrzymanie teatru". Młodzież zaintonowała Rotę. W tym momencie podkomisarz rozpoczął usuwanie obecnych z sali. "Przedstawienia nie dokończono - podkreślił "Kurier Poznański". - Zdrowa opinia obywatelska naszego miasta nie dopuściła do sączenia żydowskiego jadu ze sceny polskiej." Trzeba dodać, że w związku z zajściami w Teatrze Polskim przesunięty został na później organizowany przez Koło Polonistów wieczór poezji Lechonia i Wierzyńskiego.

A więc w roku 1926 Wielopolska dostała cięgi za to, co miała zwalczać z takim zapałem w trzydzieści lat później. Nie jedyny to paradoks w życiu Wielkopolskiej. Największy kłopot w tym, że zarzuty "zdrowej opinii" miasta Poznania wobec autorki Nuwopowrów były całkowicie bezpodstawne. Tyle, że nie lubiła się z endecją.

Sztuka, jak na nasze rozeznanie obecne, wcale nie była "żydofilska". Ale Maria Jehanne Wielopolska musiała być zadowolona owego wieczoru w Poznaniu. Przez całe życie lubiła gorszyć otoczenie, do czasu, gdy w starszym wieku zaczęła gorszyć się zachowaniem innych. Ale w 1926 była w pełni swych możliwości pisarskich. Politycznie jeszcze po stronie tzw. sił postępowych, choć, broń Boże, nie radykalnych. Jej dalszy życiorys to pasmo polemik. Można by długo wyliczać jej kolejnych wrogów, z którymi walczyła na łamach prasy i książek.

Zacznijmy od początku. Urodziła się w Suchodole, w powiecie kopczynieckim, na Kijowszczyźnie, 16 lutego, według niektórych źródeł roku 1884, według innych 1887. Była córką Sabiny z Korytków i Antoniego Colonna-Walewskiego. Dano jej na chrzcie dwa imiona: Maria, Joanna. Później były spory, z jakiego ziemiaństwa pochodziła, bo nazwisko było dobre. A ziemiaństwo było raczej średnie niż wielkie.

Uczyła się, zgodnie z obyczajem panującym, w domu. "Do lat dwunastu nie umiałam słowa po polsku" - twierdziła w odpowiedzi na ankietę "Wiadomości Literackich" w roku 1926 pod hasłem: "Jak się uczyli współcześni wybitni pisarze polscy?" Miała guwernantkę Francuzkę, guwernantkę Niemkę, profesora gimnazjalnego do polskiego i katechetę do religii. "Zostałam nieukiem, pływającym po rozlewnym morzu... samouctwa" - podsumowała.

Posty i dewocja wieku młodzieńczego zaowocowały w kilka lat później niechęcią do kleru. Ale jeszcze wcześniej w czasie choroby stawów, gdy zakuto ją na kilka lat w gips, wraz z pielęgniarką pisała długie historyczne powieści a la Kraszewski. Jedną z nowel zamieścił wreszcie zachowawczy lwowski "Przegląd Polityczny, Społeczny i Literacki" w roku 1902. Czyli w czasie debiutu miała mniej więcej osiemnaście lat (twierdziła, że mniej). Dużo czytała, ekscytowała się Sienkiewiczem i Żeromskim.

Przez małżeństwo z Kociem - Konradem hrabią Wielopolskim, weszła w kręgi arystokracji. I znowu byli tacy, którzy po latach wypominali jej, że nie takiej wielkiej. Z nazwiska Wielopolska była szalenie dumna. "Wywodząc się z fin de siecle'u, z tych pokojowych, a jednak wywrotowych i nowatorskich ostatków dziewiętnastego wieku, nawykła Wielopolska - twierdziła Herminia Naglerowa we wspomnieniu o niej - do swobodnego manifestowania swoich przekonań. Uchodziło to za bunt i odszczepieństwo w jej środowisku (z domu Colonna-Walewska), zwłaszcza zaś w arystokratycznych kołach, do których weszła przez pierwsze małżeństwo z Wielopolskim."

Tyle Naglerowa, życzliwa Wielopolskiej.

Inni pisali i mówili inaczej. W późniejszych polemikach z przeciwnikami - endekami, te wszystkie fakty z jej życia podawane były w wątpliwość. A więc Adolf Nowaczyński w "Myśli Narodowej" w roku 1932 z okazji kolejnej potyczki z "Babą-Jagą" przypisał jej pochodzenie z "drobnego ziemiaństwa" we wschodniej Małopolsce, z licznie obrodzonej rodziny Walewskich, siedzącej na folwarczkach i dzierżawach. Szukając zaś złośliwie przyczyn "raptownej degrengolady bądź co bądź i utalentowanej, i jako tako wykształconej pisarki", widział ją w "sztuczności przybranego nazwiska", gdy "zdolna Janinka" wyszła wcześnie za mąż za jednego z Wielopolskich z "całkiem bocznej linii", nie utytułowanej, z którym przeżyła rok, przywdziewając jednak na kartach literatury nazwisko "hrabiny Wielopolskiej".

Złośliwość ta służyła raczej samemu kąsaniu, gdyż Maria Joanna Colonna-Walewska za mąż za Wielopolskiego wyszła i nazwisko z tytułem hrabiowskim jej się należało, czy chciał tego, czy nie, Adolf Nowaczyński.

Z innej strony też szły ataki. Wszystkim było wiadomo, że Wielopolska przyznawała się, a nawet chlubiła pracą niepodległościową. Do sławy swej zaliczała też straszne przeżycie w czasach pierwszej wojny światowej, gdy o mały włos nie utraciła życia więziona wraz z drugim mężem, Jerzym Strzemię-Janowskim, przez "Ukraińców" w majątku Strutyń. I to na łamach prasy endeckiej zostało jej odebrane. Antoni Wysocki już w roku 1939 w endeckim "Prosto z mostu" udawał, jakoby nie słyszał, żeby kiedykolwiek zajmowała się pracą niepodległościową, choć znał się z nią przeszło trzydzieści lat. Przypominał sobie tylko, że wcale udatnie grała na fortepianie, ze szczególnym uczuciem, Chopinowski Polonez A-dur. I próbowała pisać, aż wystawił jej na scenie Teatru Niezależnego we Lwowie w roku 1914 dramacik historyczny Sęp. Przysłała mu wtedy w podziękowaniu doniczkę z tuberozą. Przypomniał jej, że w tamtych czasach sama nie była przyjmowana w domach arystokratycznych Lwowa. Dziś zaś w polemikach zarzuca mu, ze snobizmu, iż nie może on ferować wyroków w sprawach arystokratycznego savoir-vivre'u, gdyż spławiono go z dworów za to, iż rozdzielał palcami pieczone kurczęta, a pestki z kompotu układał w piramidki na obrusie.

Dziś te wszystkie polemiki czyta się jak przykłady aberracji. Pamiętajmy, był rok 1939, gdy Wysocki z Wielopolską kłócili się na tematy jej prac niepodległościowych i praw obojga do bywania w arystokratycznych salonach. Polemiki były dobre, jeśli całkowicie dezawuowały przeciwnika, a czy musiały być logiczne?

Pretensje o pestki z kompotu układane w piramidki na obrusie wydają się nam śmieszne, znacznie poważniejsze zarzuty dotyczyły brania lub niebrania udziału w pracach niepodległościowych. Wielopolska bardzo te zarzuty przeżywała, choć prawda pewnie była - jak to w polemikach - przeinaczona. Faktem było, że - jak zauważyła w liście do "Prosto z mostu" - do nazwiska Wielopolska miała całkowite prawo, gdyż Konstanty Wielopolski był jej legalnym mężem przez lat dwanaście. Przypomniała także, że ojciec jej, Antoni Colonna-Walewski, był właścicielem dóbr Szydłowce w powiecie husiatyńskim, a pierwszy mąż, urodzony z Marii Colonna-Walewskiej, był z nią tak blisko spokrewniony, że biskup Puzyna musiał dawać zezwolenie na ślub. Gdy wyszła za mąż za Jerzego Strzemię-Janowskiego, tytuł hrabiowski skreśliła "nie zmieniając nazwiska samego, ustalonego już w publicystyce, a co ważniejsze w pracy niepodległościowej".

W tym miejscu przypomnieć można, że Cecylia Walewska, opisując w "Bluszczu" w cyklu sylwetek Marię Jehanne Wielopolską, wspomina, że na rzecz legionowej idei pracowała ona od roku 1913, rok była w służbie sanitarnej, potem prowadziła szwalnię dla żołnierzy Piłsudskiego, niosła doraźną pomoc legionistom, za co przyznano jej odznaczenie "Orląt".

Faktem jest, że książki swe, jak wydaną w roku 1911 Panią El, podpisywała: Maria Jehanne Walewska, hr. Wielopolska, późniejsze zaś książki tylko -Wielopolska.

Faktem jest także, że w przededniu pierwszej wojny jeździła po Galicji z odczytami w sprawie Mendla Bejlisa, Żyda oskarżonego o zabójstwo chrześcijańskiego chłopca w celach rytualnych. Świadkowie zapamiętali ją z jednego takiego wystąpienia w sali byłego Małego Teatru we Lwowie w roku 1913, wspominając jej "paryską suknię, jej wysoką, wysmukłą postać".

Z okazji wydania w Stanisławowie w roku 1914 Sprawy Bejlisa, jej konsekwencji i konkluzji Feldman stwierdził, że Wielopolska jest "indywidualnością umysłowo pod każdym względem śmiałą i samodzielną. Z instynktu - dusza wolna, wojownicza, spragniona słońca, przestrzeni, bezmiaru swobody i piękna, nienawidzi wszelkich okowów i przegród, pragnie swobody i piękna dla wszystkich." Nie dla niej ciasnota "egoizmu narodowego". Przypomniał, że dla autorki "sprawa Bejlisa" stała się nie tylko sprawą jednostkowego mordu, ale pretekstem do akcji politycznej i rozważań, co zrobić z Żydami w Galicji. Hrabina Wielopolska w latach 1913-1914 nie wykluczała asymilacji, proponowała "politykę demokratyczną i wolnościową, w nadziei, że w bliskiej przyszłości da ona Polsce wdzięcznych obrońców, w dalszej zaś, gdy stosunki pozwolą, wyprowadzi znaczną część Żydów na własne ich terytorium". Trzeba dodać, że broniony przez nią jako "ofiara systemu carskiego" Bejlis został uniewinniony przez sąd przysięgłych.

Leksykon z. roku 1938 Czy wiesz, kto to jest podaje, że od 1912 należała do niepodległościowego Komitetu Tymczasowego, w latach 1913-1914 wygłaszała odczyty na terenie Galicji, w 1915 była internowana na Węgrzech, a potem uwięziona.

Tyle faktów.

W tym czasie była już współpracowniczką "Myśli Niepodległej" i Andrzeja Niemojewskiego, który sam przeszedł tę samą drogę polityczną, co ona. We wstępie do Pani El. Cykl nowoczesny chwalił ją za to, że potrafiła wystąpić przeciwko fali "rozmodleń, rozanieleń, roztkliwień, rozjęczeń". "Można było wybaczyć naszym wielkim romantykom - stwierdził dalej - gdy z bólu po utracie ojczyzny szaleli; ale chyba czas było łzy obetrzeć, przyjść do siebie, zdjąć żałobę ocknąć się z cmentarnictwa."

"Naród liryków - uważał - przekształcić się powinien w naród myślicieli i charakterów."

Pani El, pisana na Riwierze w roku 1910, to pełne polotu oraz ironii błyskotliwe scenki i dialogi na wieczne tematy męsko-damskie i egzystencjalne, umieszczone - jak to było jeszcze w modzie u modernistów - w kostiumie historycznym. Jako bohaterzy w Pani El występują Giordano Bruno, Chrystus, renesansowe duchessy i frywolne Francuzki. Styl jest egzaltowany, ekspresyjny, tekst pełen krótkich a licznych akapitów oraz wyszukanych paradoksów słownych. Znalazły się w nim także polemiki z męską połową ludności między innymi z Kornelem Makuszyńskim, który gdzieś tam miał napisać, że "dobrocią można u kobiety uzyskać wszystko, gdzie zaś nie można dobrocią, tam trzeba, chcąc nie chcąc, dorzucić jedwabną halkę albo parę lakierowanych bucików". Autorka Pani El odpowiedziała z oburzeniem, że to nieprawda. Do frywolnych dyskursów pani El i jej przyjaciółek, do portretów ludzi poszukujących prawdy dodała swój dramat historyczny Sęp, usprawiedliwiając się z jego pesymizmu. Dziś - stwierdziła - te gesty wykolejonych wiar zastąpiła "jedyna wiara: wiara w człowieka, w doskonalenie się Jego rasy".

Feldman po latach przypomniał, że tak, jak niegdyś Walewska-Wielopolska w Pani El, nie przemawiała u nas żadna kobieta w prozie. Zanotował jej "wolnomyślne" rozprawki i utwory artystyczne. Rozumiał, dlaczego cenzura kościelna wzywała "ramię świeckie" do spalenia jej pierwszych utworów". Z okazji wydania w roku 1913 następnej książki - Faunessy, wytwornych, zbeletryzowanych rozważań na temat duszy kobiecej, pisanych językiem paradoksów, twierdził, że "niespodziana, wyjątkowa w naszej literaturze organizacja twórcza autorki niejedną nam jeszcze przyniesie niespodziankę".

Faunessy Herminia Naglerowa określiła obok powieści Przybyszewskiego jako "osobliwą u nas beletrystykę o znamionach kosmopolitycznych, pozbawionych rodzinnego kolorytu", a talent pisarski Wielopolskiej z tego okresu jako mający cechy "ówczesnej, schyłkowej epoki, młodopolskiej, zdobnej i pokrętnej".

Feldmanowi książka ta wydała się sądem "przedziwnie" pisanym językiem pełnym "klejnotów, lśnień, woni, paradoksów o świecie żyjącym nierzeczywistością". Z tego świata miała się wyrywać tęsknota za jutrem, oczekiwanie możliwości. Opowiastki zatytułowane z cudzoziemska Faunessy, pisane subtelnym, wytwornym, rzeczywiście "secesyjnym" językiem, mówią o kobiecie, miłości, erotyce, zmysłach, mniszkach, damach i kurtyzanach. Pełne są sentencji w rodzaju, że nie ma w obecnych czasach "kobiet oddających się, są tylko kobiety gwałcone", "taniec w pary... jest pornografią do n-potęgi". "Wiekuisty brud męskiego uczucia" przeciwstawiony został "wiekuistej wyrozumiałości kobiecej". Feministyczne rozważania Wielopolskiej walczącej wzorem dam modernistycznych u progu niepodległości o równe prawa kobiety i mężczyzny do uczucia zdobywały serca czytelniczek. Między innymi - Zofii Nałkowskiej.

Dlatego nie tylko dla recenzenta "Krytyki" było zaskoczeniem, że do tematu roku 1863 przystąpiła właśnie "wytworna pani El, kosmopolityczna markiza nowoczesnych salonów wersalskich[...] wybitna intelektualistka, agitatorka i wolnomyślicielka". Kryjaki. O sześćdziesiątym trzecim roku opowieść Wielopolskiej z przedmową Stefana Żeromskiego wyszły po raz pierwszy w Krakowie w roku 1913.

Opatrzone zostały przez autorkę mottem: "Wstań, Polsko, z tego, co nazywają grobem - ja wiem, że to Twoja kolebka" oraz dedykacją: "W pięćdziesiątą rocznicę styczniowego powstania: Polskiej Młodzieży Postępowo-Niepodległościowej - wszystkim Jej stowarzyszeniom i zrzeszeniom, jawnym i tajnym, we wszystkich trzech zaborach."

Stefan Żeromski jakże trafnie wybrany został na przedmówcę tej opowieści o losach chłopskiej partii powstańczej księdza Brzóski. We wstępie wieszcz i autorytet moralny liczył, że "ogół polski doczyta się w tych kartach uczuć własnych, mocy swego honoru, istoty swej hańby, istoty swego narodowego bohaterstwa". I wyjaśnił, że napisał tę przedmowę przede wszystkim dlatego, iż zbyt długo i powszechnie daje się odczuwać w jego kraju niewola sztuki, zleconej w Polsce przez bierność ogółu w niepodzielne władanie oraz kierownictwo - dziennikarzom. Same Kryjaki określił jako "klechdę domową, w ciemną noc szeptaną dygocącymi wargami przez tych, co widzieli, dzieciom", przemieszaną z wersją publiczną, cytatami historycznymi "półprawdą, pół-inwektywą... skonu polskiego powstania".

W przejmującej, choć egzaltowanie napisanej, historii umierania w głodzie, chłodzie i męczeństwie ostatnich powstańców roku 1863 kryją się publicystyczne rozważania. Tym razem nie dotyczące spraw męsko-damskich, lecz narodowych. Wielopolska, snując fabułę, pytała, kto jest prawdziwym Polakiem, stawiała poważne zarzuty dostojnikom kościelnym potępiającym powstanie, jak ten biskup w powieści (postać autentyczna), który mówi: "A reszta was, mam nadzieję, również da pokój, choćby w imię zdrowego rozsądku, głupim sztubackim porywom. Polskę zaprzepaściliście sami. Nie ma już Polski." Niedobitki powstańcze nazywają tego przedstawiciela hierarchii kościelnej renegatem. Jemu jest przeciwstawiony kierujący oddziałem ksiądz Stanisław Brzóska, powstaniec, który mówi: "Cóżeśmy winni, że po naszej stronie stanęli nie tamci, ale Garibaldi, ale Engels, Marks, Mazzini i Wiktor Hugo?" Można powiedzieć, że Kryjaki mówią o sprawie ludzi, którzy wierzyli, iż przeznaczeniem Polski jest "odrodzić się". Wielopolska w swojej powieści rozważa, czy trzydzieści tysięcy powstańców naprzeciw półmilionowej armii, tłumiącej polski bunt, to byli szaleńcy czy patrioci. Wieczny spór. Ale konkluzja jest ważna - Wielopolska przyczynę klęski powstania roku 1863 ujęła słowami Traugutta, który mówi w powieści, że "powstanie bez ludu jest wojskową demonstracją".

"Przyjdzie czas - napisała - gdy lud uświadomiony stanie znad pługów i przemówi sam... ołowiem... za siebie i za nas."

Kryjaki, wydane w Krakowie w roku 1913 i 1914, wznowione w Warszawie w roku 1927 i w Londynie w 1945, przetrwały jako najbardziej wstrząsający i znany utwór Marii Jehanne Wielopolskiej. Pozostała dla wielu właśnie autorką Kryjaków, gdzie umieściła informację, że ukończone zostały w Złoczowie 4 kwietnia 1913 roku w sto dziewiętnastą rocznicę stracenia Kamila Desmoulinsa - w czterdziestą ósmą rocznicę pojmania Brzóski i Wilczyńskiego, bohaterów książki.

Krytyka zarzucała jej Kryjakom nadmierne teoretyzowanie. Uważano, że racje obu stron przedstawia zbyt publicystycznie, głównie w dialogach. Lecz wszyscy chwalili zamysł. Grzymała-Siedlecki, co prawda, twierdził, że rok 1863 przedstawiony został przez Wielopolską - w krynolinie. Tak też dokładnie zatytułował swą recenzję umieszczoną w krakowskim "Czasie" - Rok 1863 w krynolinie. Doktór Woroniecki w "Krytyce" uważał, że najlepsze karty swej powieści napisała Wielopolska nie tam, "gdzie usiłowała wmyślać się w społeczno-ideową istotę r. 1863 dla ustalenia (jednostronnego) znanych zresztą przyczyn upadku powstania". Najlepiej - według niego - wypadły te ustępy książki, gdzie autorka "bez wysilań i kombinacyj polityczno-psychologicznych kreśli miąższ uczuciowy, aktywny powstania".

Doktor Kłyszewski w "Sfinksie" dopatrzył się jednak w Kryjakach wyłącznie zohydzenia kleru katolickiego oraz stwierdził, że z takiego połączenia publicystyki ze sztuką rodzi się zazwyczaj "artystyczny dziwoląg", a literatura nie jest ujeżdżalnią ani miejscem wieców partyjnych. Artysta zaś nie powinien mieć w sobie nic z agitatora, naginającego fakty rzeczywiste do potrzeb panującej chwili.

Kryjaki nie tylko utrwaliły pozycję literacką autorki, lecz także nadały jej markę polityczną. Odtąd ta producentka powieści kobiecych zaczęła uchodzić za chłopomankę, ba, nawet za socjalistkę i "czerwoną" hrabinę.

Czesław Lechicki w Przewodniku po beletrystyce przedstawiał ją jako publicystkę radykalno-lewicową. Uważał, że już przed wojną (pierwszą) była "szermierką wolterianizmu". "Bluźnierstwa przeplatała dygresjami pornograficznymi" - grzmiał podając, że Pani El to bluźnierstwa na tle męki Chrystusa i tendencje komunistyczne. Ale nawet i ten "obrońca" narodowego katolicyzmu, umieszczający obok listę pisarzy pochodzenia żydowskiego, ocenił Kryjaki jako "jedyny wartościowy utwór" Wielopolskiej.

Z okazji tego utworu Feldman oddał jej hołd pisząc, że: "Czas nasz jest demokratyczny, wymaga więc politycznego uwzględnienia szerokich mas, hr. Wielopolska proponuje politykę demokratyczną i wolnościową..."

Sama Wielopolska znacznie później, w końcu lat trzydziestych, podsumowała surowo swoje miejsce w literaturze. Uznała, że nawet Kryjaki nie były żadnym wydarzeniem w prozie polskiej. "Były tylko pozycją w walkach naszych niepodległościowych - stwierdziła - wydane za partyjne pieniądze, przez Józefa Piłsudskiego wyasygnowane... Kryjaki spełniły swoją skromniutką rolę, niejeden Strzelczyk poszedł do Pierwszej Brygady pod nazwą Kryjaka i to był mój jedyny triumf w życiu osobistym."

Ale wydawała dalej. W roku 1919 opowiadania stylizowane, patriotyczno-obyczajowe Synogarlice. Jedno z tego tomu zadedykowała "Juliuszowi Kadenowi na pamiątkę wspólnie po całej Galicji wygłaszanych odczytów". Styl Synogarlic jest egzaltowany, młodopolski. Teraz wydaje się pretensjonalny, choć Synogarlice świadczą także o poczuciu humoru autorki. Mają swe elementy ironiczne i komediowe. W roku wydania podobały się Zofii Nałkowskiej. W swych Dziennikach zanotowała uwagę: "Hr. M.J. Wielopolskiej: Synogarlice, podobne miejscami do poprzednich jej książek i wtedy ładne. Za to różne patriotyczne i społeczne, ludofilskie pomysły zupełnie słabe." Przy okazji dodała, że jest to ostatnio "jedyna z polskich kobiet, które porównywam ze sobą, czasami - na jej, czasami na moją korzyść".

Powieść Femina z podtytułem "Opowieść melodramatyczna", która następnie się ukazała, zrecenzowana została w "Bluszczu" przez Marię Dąbrowską. Wspomniała ona przepiękne Kryjaki i inne wcześniejsze utwory Wielopolskiej i przyznała, jak niegdyś z uczuciem fizycznej niemal radości czytała Faunessy, obmyślając dla nich jednocześnie młodzieńczą, surową w jakimś tygodniku reprymendę, i jak ją w czasie wczesnej młodości, patetycznej i spartańskiej, męczył ten "ornamentacyjny i luksusowy charakter książek Wielopolskiej". Ale dziś - dodała - "już jakoś potrafię ocenić ludzkie oblicze w najbardziej przerafinowanym artyzmie". Przyznała jeszcze, że była zawsze pod urokiem stylu Wielopolskiej, a w "rokokowej skrzynce klejnotów, jaką jest twórczość Wielopolskiej, ta opowieść melodramatyczna jest rubinem bardzo pięknego blasku".

Femina, opowieść z czasów św. Inkwizycji, opowieść znowu o postawach i uczuciach, dramatyczna i melodramatyczna, wydana została w roku 1924 w Poznaniu, nakładem "Przeglądu Porannego", podobno tylko w 25 egzemplarzach.

Kontryfałowe lichtarze u św. Agnieszki, opowiadania określone jako antyklerykalne, odbite zostały w liczbie 5200 egzemplarzy, co na owe czasy, rok 1922, było sporo. Pisane znanym już stylem Wielopolskiej, dziś już nieznośnym, traktowały o postawach i uczuciach ludzi ubranych w kostium historyczny z różnych epok. W tomie tym umieściła Wielopolska opowiadanie o ukochanym psie zatytułowane Buldożka i zadedykowane "Memu mężowi", drugiemu z kolei - Jerzemu Strzemię-Janowskiemu.

Po zakończeniu pierwszej wojny i odzyskaniu przez kraj niepodległości Wielopolska w większym stopniu niż literaturze poświęciła się działalności publicystycznej. "Najkapryśniejsza polska autorka. Pisze, kiedy chce, a rzadko chce" - przedstawiała ją w "Bluszczu" w roku 1924 Cecylia Walewska. "Walczy do upadłego ta najbardziej cięta, najbardziej złośliwa i - najdowcipniejsza pisarka polska. Inna od Magdaleny Samozwaniec, bo atakująca wprost, bez osłon, bez podstawień i alegorii, arbitralnie, zuchwale, nie premedytując cięć i uderzeń." "Najkapryśniejsza, najzjadliwsza autorka" w życiu osobistym miała być podobno "najsłodszą panią domu", zbierającą najbardziej cięte recenzje w pięknie oprawny album.

W tym samym roku 1924 "Wiadomości Literackie" kreślą w dużym wywiadzie jej literacki portret jako "damy w kapeluszu z dużym czarnym rondem, z małpką na smyczy [...] zaciekłej polemistki, gotowej zawsze do walki z patentowanymi wielkościami, a poniekąd i z ustalonym porządkiem świata". "Głos cichy, słodki, postać cała bardzo miękka w liniach, twarz okrągła, raczej pulchna, oczy bladoniebieskie, jak wczesne albo bardzo późne niezabudki" - oto wizerunek "Lady Paradox" malującej, haftującej na poduszkach oblicze boskiego Tutenchamona oraz rysującej karykatury. Wywiad zatytułowany został: W krainie paradoksu.

"Bogata, renesansowa dusza" Marii Jehanny Wielopolskiej, wtedy już z drugiego męża Strzemię-Janowskiej, prezentowała się czytelnikom, a raczej czytelniczkom jej książek na tle dużej liczby psów i gabinetu z fotografiami Komendanta oraz legionistów. Pani domu, jedyna w Polsce kobieta, która "nie boi się języka Nowaczyńskich", wyznała, że pisania prozy nie traktuje poważnie - "to nie talent u mnie żaden, a łatwość pisania". Stwierdziła, że jej przekonania polityczne mieszczą się w ramach konserwatyzmu tzw. krakowskiego.

Hasłem jej życia politycznego była w tym i późniejszym okresie walka z narodową demokracją. Szczypała ją przy każdej okazji w najbardziej zaskakujących momentach, jak na przykład w ironiczno-dowcipnym wstępie do powieści Femina, gdzie zaznaczyła, że "imię bohatera niniejszej powiastki: D i e g o, nie ma być żadną aluzją do bywszego pseudonimu p. Romana Dmowskiego".

W 1925 roku polemizowała w "Wiadomościach Literackich" w szkicu zatytułowanym W zhubertyzowanej Europie z artykułem Karola Huberta Rostworowskiego, zamieszczonym w "Głosie Narodu". Przy okazji nakrzyczała na "rzekomo katolickie" pismo "Głos Narodu", pismo "obrzydliwe", które pomieszcza jedynie "wyciągi pornograficzne", napaści, brudy, cytaty z dzieł zakazanych, recenzje z dzieł antykatolickich.

Ale największym obiektem jej ataków polemicznych stał się ktoś inny. Była główną przeciwniczką publicystyczną samego Adolfa Nowaczyńskiego, który w ciągu wielu lat poświęcał jej multum artykułów paszkwilanckich. Ich tytuły mówią same za siebie: Niezrównana Jehanne, Odprawa damulce, Popisy Jehanny, itp. Przypomniał w nich, że "paszkwilenia wrzaskliwe na wrogów Dziadka, a szczególnie na «endeków» pisała typowo roztyła, lwowska Dulska, której opatrzność w sposób bezlitosny poskąpiła i wdzięków niewieścich, i tego, co jest ladylike, Dulska, zasapana wiecznie z irytacji, o grubych kończynach i prezentacji, jakiej nie miała żadna z Wielopolskich, od XVI wieku począwszy". W roku 1934 dorzucił, że ta "markiza z urojenia" już ćwierć wieku temu miała swoje season, a teraz została jej wyłącznie ostatnia "straszliwie nieodwzajemniona" miłość do sanacji. Polemiki między Nowaczyńskim a "Dulska" niejednokrotnie kończyły się w sądzie.

Nowaczyński wypominał jej kult Marszałka i Pierwszej Brygady, ale uwielbienie dla Piłsudskiego nikogo jeszcze nie dziwiło ani nie raziło - przed majem.

A przed majem, w roku 1925, zjechała jeszcze Wielopolska do Warszawy i weszła z pakietem zasług w stołeczne środowisko literackie. Dąbrowska pamiętała ją z tego okresu jednak inaczej niż Nowaczyński. Autorka Kryjaków nie miała według niej zapadającej w pamięć twarzy ani postaci, ale mimo to była "pełna uroku, dowcipna i zajmująca w rozmowie, zachowaniu". Dąbrowska żałowała, że jej starsza koleżanka, mając tak oryginalny talent literacki i rzadko w Polsce spotykaną kulturę literacką, rozmieniła to wszystko na drobne dziwactwa i wyskoki publicystyki politycznej.

Bystra, błyskotliwa, oczytana - pisała Hanna Mortkowicz-Olczakowa, która "ekscentryczną hrabinę" poznała w salonie Marii Kuncewiczowej - "pani ubrana w szary kostium i mały kapelusz podobny do melonika. Miała płaską i bezbarwną twarz, rysy raczej pospolite i blade, niebieskie oczy. Była niemłoda i właściwie nieefektowna, ale miała jakąś, niezależną od mody, sztywną elegancję pań z arystokracji, ziemianek, które na krótkie wizyty zjeżdżały do miasta."

Do Warszawy Wielopolska przyjechała wraz z mężem Jerzym Strzemię-Janowskim (autorem poczytnego tomu Żuliki i karmazyny). Poprzedziła ją fama przychylna, a nawet pełna podziwu dla odwagi publicystycznej i ciętości pióra. W warszawskim mieszkaniu panowała ciasnota, między nadmiarem mebli, książek, psów i fotografii koni chodził w wysokich butach do końskiej jazdy mąż, "Pańcio", ze szpicrutą. Opowiadał końskie dowcipy i do żony zwracał się rubasznie: "Ty końska mordo."

Wielopolską z tego okresu zafascynowana była i Zofia Nałkowska, która w roku 1929 przedstawiła w Dziennikach jej trafną charakterystykę. Uważała Wielopolską za osobę nie tylko trochę stylizowaną, trochę sztuczną, ale też nieszczerą "w tym dobrym sensie, wynikłym z hardości". Wielopolska była w tym okresie samotna, a nawet osamotniona. Na premierze filmu Moulin Rouge w październiku 1928 roku spotkała Nałkowską i powiedziała, że rozstała się z mężem, który żeni się z "jakąś Rosjanką". W styczniu 1929 roku zwierzała się jej, że "sprawy z tej dziedziny są dla niej skończone". "Istotnie nie wygląda zbyt młodo - stwierdziła zgorszona Nałkowska - ale jest estetyczna i ostatecznie wiadomo mi, że nie od takich okoliczności zależy możliwość życia. Ale w niej samej, w środku, jest to zatrute, zaduszone. Jest niezdolna do chęci i do nadziei..."

Opisała w tychże samych Dziennikach sprawy oficjalne Wielopolskiej, jeszcze gorsze. Jej towarzystwo, czyli Kaden-Bandrowski, Breiter, Stpiczyński, nie uznawało jej literatury, a popierało tylko jej publicystykę. "Żyjąc między nami - konkludowała Nałkowska - żyje w atmosferze dezaprobaty. Sama nie uznaje się za pisarkę. Jej zajadłe i właściwie niesmaczne polemiki dziennikarskie obniżyły jej prestige i przyczyniły wielu wrogów politycznych. Jej jakaś robota społeczna odbywa się w gronie pań belwederskich, które ją lekceważą. I przez dwa lata pobytu w Warszawie jakby zlikwidowała się jej sława, cały nonszalancki, egzotyczny urok tej postaci." I przypomniała sobie, czym były dla niej niegdyś książki Wielopolskiej, jak zachwycał ją jej talent, fascynował "żałośnie daleki, bujny, świetny, nigdy niemożliwy świat". I jak się tego talentu bała.

Lecz zaryzykowała w roku 1927 wspólnie wydaną książkę. Księga o przyjaciołach wyszła u Gebethnera i Wolffa. Jarosław Iwaszkiewicz jako Eleuter w recenzji w "Wiadomościach Literackich", przerażony chłodem i suchością Nałkowskiej, przyznał, iż barwność opowieści Wielopolskiej o zwierzętach jest czasami po prostu "olśniewająca". Odnalazł wspólną łączącą tę książkę i obie autorki filozofię: "... zrezygnowany i bardzo inteligencki panteizm, do którego czuje wybitną sympatię całe pokolenie, które przeszło wojnę." "Jak kadenowskie marzenie, żeby każdemu było wygodniej, żeby już «nie trzeba było się przesiadać, a tak wprost, od razu», tak i panteizm Nałkowskiej i Wielopolskiej jest tęsknotą do spokoju, ciszy, stanu statywnego" - dodał.

Z okazji recenzji Eleutera "Wiadomości Literackie" zamieściły zdjęcia obu autorek: Wielopolska pozuje w płaszczu i kapeluszu na tle posągu Sfinksa... w swoim ogrodzie.

"Dwa wielkie, na wskroś intelektualne talenty" - określiła autorki tej książeczki "Kobieta Współczesna", zamieszczając zdjęcie Wielopolskiej, na którym znać już lata i brak urody. "Cudnej książce" Nałkowskiej i Wielopolskiej dostały się pochwały za to, że autorki "obie powściągliwe w słowie. Obie, jak ognia, boją się sentymentalizmu. Obie murem chińskim odcięły się od patosu, rozlewności, społecznego napięcia i wyjaskrawienia wielkich autorek z końca ubiegłego i początku bieżącego stulecia. Obie mają pewną dekoracyjność w sposobie wyrażania pozy, gestu, ruchów człowieka czy stworzenia."

Wielopolska w Księdze o przyjaciołach pod mottem z Rilkego opisała swoje przygody intelektualne ze zwierzętami, kotami, świnkami morskimi, psami, a nawet małpą i jastrzębicą. W fakty i wspominki wplotła rozważania na temat mitologii Egiptu, przy okazji wspomnień o zwierzętach opisała z większym nawet dystansem i lekką ironią swojego męża Strzemię-Janowskiego oraz małżeństwo, które już niedługo miało ulec rozpadowi.

Przeszła już wtedy "lat południe". Jej życie osobiste zmieniło się, uległo zburzeniu i zubożeniu. Skradziono jej rzeczy ze strychu, mąż, opuszczając ją dla innej, zabrał też koty i psy. Została jej już tylko papuga. W 1928 zachorowała ciężko. Leżała w klinice dermatologicznej na Koszykowej, podobno próbowała popełnić samobójstwo.

Jeszcze należała do redakcji piłsudczykowskiego "Głosu Prawdy". Tam, w latach 1927-1929, pobrzmiewały echa jej dawnych bojów ideowych z endecją, reakcją, klerem, zacofaniem. W 1931 skazana została wraz z redaktorem naczelnym tego pisma, Stpiczyńskim, na miesiąc więzienia. "Gazeta Warszawska" zamieściła notatkę na pierwszej stronie, w której opisała, jak to sąd okręgowy rozpatrzył wczoraj sprawę p. Jehanny Wielopolskiej oskarżonej wespół z p. Wojciechem Stpiczyńskim o obrazę magistratu Warszawy. Okazało się, że w artykule zatytułowanym Kontrola magistratu w kinach Wielopolska napisała, iż "dziury i wyboje to wierne odbicie mózgu magistratu" oraz że "w innym społeczeństwie połamano by laski na grzbietach kontrolerów miejskich".

Prowadziła też w późniejszych latach stały dział recenzji filmowych w rządowym "Kurierze Porannym", aż do wojny. Jakiś czas redagowała pismo "Kino-Teatr". To był spokojniejszy nurt jej twórczości. Z drugiej strony w działalności publicystycznej rzucała tezy, które Hanna Mortkowicz-Olczakowa określiła jako aberrację, obłęd. W swych artykułach dawna "czerwona margrabina" toczyła bezwzględne walki o utworzenie prorządowej Akademii Literatury, żądała salutów cywilnych niemal na wzór hitlerowskich, napadała na pisarzy Żydów i "pacyfistów", którzy w żadnym innym państwie "nie byliby tolerowani". I to pisała autorka Sprawy Bejlisa.

Uznanie i podziw miała tylko dla Marszałka. Po jego śmierci w roku 1936 przywdziała najcięższą żałobę - suknię czarną z welonem z krepy, i nosiła ją przez rok i sześć tygodni. W 1936 wydała w Głównej Księgarni Wojskowej wspomnienia zatytułowane Marszałek w życiu codziennym, mistyczną, pretensjonalną, sentymentalną, "babską opowieść o geniuszu", który kochał kwiatki. Książka dedykowana była temu, "który Go umiał kochać uczuciem głębokim i silnym - dziecinnym i męskim - poza życie i poza śmierć - Temu, który umiał dać temu uczuciu wyraz w szeregu monumentalnych dzieł i strzępków wiernego serca..." Oczywiście chodziło o generała Felicjana Sławoja-Składkowskiego. Ze wspomnień Wielopolskiej dowiadujemy się, że Marszałek wstawał o dziesiątej rano, a przyjmował urzędowo późnym wieczorem, że nie lubił kołdunów litewskich i był "największym człowiekiem w perspektywie dziejów polskich". Wielopolska opisała Belweder niepokojony przez trzaski i dzwonki, snop światła znikąd na Marszałkową siedzącą na werandzie w Sulejówku, swoje cudowne i druzgoczące pierwsze spotkanie z Józefem Piłsudskim (a właściwie jego popiersiem) w jednym ze sklepów krakowskich w roku 1915.

I sny, które miała przed śmiercią Piłsudskiego ona sama, pułkownikowa Maleszewska i generałowa Górecka, przygotowujące je wszystkie "na samotność, na wiekuiste już po Marszałku sieroctwo - na zaradność i instynkt samozachowawczy własny i na wyciąganie życiodajnych pierwiastków z podanej nam ręką Marszałka nieśmiertelnej pożywki".

Książka nie wywołała większego echa. Bolesław Dudziński pisał w "Wiadomościach Literackich", że: "Pani Wielopolska, która swe pełne uwielbienia wspomnienia o Marszałku czerpała z przeżyć własnych lub też ze świadectw osób mu najbliższych, ustrzegła się szczęśliwie wszystkiego, co obrazowi codzienności Piłsudskiego nadałoby tandetne ramy anegdotycznej łatwizny i źle zrozumianej popularności." Choć jednocześnie dodał, że zgoła niepotrzebnie zboczyła "na manowce dowolności... mistycznych".

Wielopolska w "wiekuistym już po Marszałku sieroctwie" zdobyła się na początku 1939 roku na irytującą polemikę ze wspomnieniami sekretarza Piłsudskiego, poetki Kazimiery Iłłakowiczówny, Ścieżka obok drogi w wydanej naprędce broszurce Pliszka w jaskini lwa. W tych rozważaniach nad książką panny Iłłakowiczówny twierdziła, że nie zna zawiści literackiej, za to zna furię, pasję polityczną i jedno uczucie, które zakryło jej świat kłopotów osobistych, aspiracji i celów - "miłość bez reszty i uwielbienie bez granic dla Marszałka Józefa Piłsudskiego". Przypomniała, że kiedyś walczyła jako publicystka o atakowane utwory Marii Dąbrowskiej, a później w Warszawie o Kuncewiczową - to miał być dowód, że obca jej była pisarska zawiść o kobiecą literaturę.

Ale rozmawiała z różnymi przyjaciółmi i wszyscy orzekli jedno: "książkę tę należy tępić bezapelacyjnie i bezmiłosiernie na terenie młodzieżowym, na terenie całego kraju i zagranicy". "Zgorszeniu trzeba zapobiec, kres położyć. Może się zmityguje sama księżycowa panna Kazia i cofnie nakład?" - zapytywała w broszurce Wielopolska.

Panna Kazia nakładu nie wycofała. Pliszka w jaskini lwa, w której pliszką została panna Kazia Iłłakowicz, a lwem oczywiście zmarły Marszałek, jest drobiazgową polemiką z poszczególnymi informacjami Ścieżki obok drogi. Wielopolska wybrzydza, że panna Kazia jako urzędniczka ósmej kategorii Ministerstwa Spraw Zagranicznych nie mogła mieć - jak pisała w swych wspomnieniach - połatanego płaszcza i dziurawych butów. Wyśmiewa strach panny Kazi przed powrotem do domu nocą z pracy po godzinach, choć przecież w Warszawie nocą także są taksówki. A panna Kazia "jednak nie raz musiała wracać po nocach, choćby z «Oazy», gdzie ją widywano". I tak dalej, i tak dalej. Posunięto się aż do weryfikowania u dozorcy i służącej "panny Iłłakowicz", czy było prawdą to, co twierdziła Wielopolska o nocnych powrotach z "Oazy". Ale nie to było najgorsze.

Gorzej, że w Pliszce w jaskini lwa pojawiły się zarzuty polityczne, a pamiętajmy, że był to rok 1939 i czasy nie tylko w polskiej polityce zagranicznej niewesołe. Iłłakowiczówna napisała swą książeczkę z właściwym sobie niefrasobliwym wdziękiem, tymczasem została ona odczytana śmiertelnie poważnie. Poetka opowiadała na przykład, jak to w Ministerstwie Spraw Wojskowych zobaczyła portret jakiegoś generała, ale nie wiedziała, kim on był. Chodziło o Rydza-Śmigłego. "To nie tylko lekceważenie, to wyraźna obojętność na wszystko, co polskie..." - piętnowała Wielopolska dowcip Iłłakowiczówny.

Ale nie o szczegóły szło, a przecież o całość, o sposób pisania o ukochanym dla obu pań Marszałku. Wielopolskiej - jak należało przypuszczać - nie podobałoby się nic, co ktoś by napisał o Marszałku tonem zwyczajnym, a nie napuszonym, patetycznym. Być może w głębi duszy uważała, że poetka Iłłakowiczówna w ogóle nie ma do tego prawa. A to choćby ze względu na swoją endeckość, bo wypomniała jej w broszurce nieszczęsny telegram kondolencyjny po śmierci przywódcy endecji Romana Dmowskiego.

W obronie Iłłakowiczówny zabrali głos endecy i radykałowie, "Prosto z mostu" i Ksawery Pruszyński. Ostatni głos miała jednak Wielopolska. "Zresztą niech ją sobie czytają, tę książkę - podsumowała polemiki - byle nie trafiła do szkół, do świetlic i bibliotek żołnierskich i byle nas nie kompromitowała za granicą." Stwierdziła w "Ilustrowanym Kurierze Codziennym", że może jednym z ciekawszych zjawisk ostatnich dni było to krótkie spięcie między dwiema kategoriami ludzi, którzy "otaczali ongiś bliżej, dalej lub najdalej Józefa Piłsudskiego". "Eliminując nawet wszelkie nasze uczucia osobiste w stosunku do Józefa Piłsudskiego - pisała - już to jest znamienne, że tylu ludzi nie dostrzegło w wynurzeniach panny Iłłakowiczówny przede wszystkim kardynalnych braków dobrego wychowania, taktu i subtelności..." I kazała czytelnikom wyobrazić sobie, co by to było, gdyby jakaś "zwiewna i księżycowa seniorita z gabinetu Mussoliniego czy Adolfa Hitlera pozwoliła sobie na podobne memuary".

"Murowanych 10 lat obozu koncentracyjnego!" - zakończyła nie bez przyjemności.

Herminia Naglerowa po latach wspominała, że obie strony potępiono wtedy z całego serca, z uczuciem "podobnym do rozkoszy", a literacko-polityczno-kobiece polemiki potraktowano jako zatarg "kumoszek z Windsoru".

Jednak poważniejsze znaczenie polityczne miały spory o Polską Akademię Literatury. Odbyły się one parę lat wcześniej niż bój o pamięć po Marszałku z Kazimierą Iłłakowiczówną, bo w roku 1928. Również nie przyniosły chwały Wielopolskiej. Wielopolska, tak jak jej otoczenie polityczne (przede wszystkim Kaden-Bandrowski), uważała, że Akademia jest "koniecznością bezsporną" i walczyła z opozycją kolegów, którzy twierdzili, że ta instytucja nie poprawi sytuacji polskiego piśmiennictwa.

Wielopolska tych, którzy byli przeciwni projektowanej Akademii, nazywała w "Głosie Prawdy" publicznie "elementami bolszewickimi". W odpowiedzi na jej inwektywy wystąpił z listem otwartym Stefan Napierski. Przypomniał jej, że w "przezywanym ironicznie" organie prasowym "Głos Prawdy" po zwołanym i odbytym zebraniu literatów w sprawie Akademii Literatury twierdziła, że w ogóle nie ma opozycji. A jednym z wniosków opozycji, które nie doszły nawet do przegłosowania, było utworzenie komisji, która by weszła w kontakt z rządem, opracowała dezyderaty, wyszczególniła najbardziej palące potrzeby piśmiennictwa i - zamiast tworzyć "kosztowną, a szkodliwą dla sprawy Akademię" - czuwała nad celowym i oszczędnym podziałem funduszów. Ale to właśnie utrąciła grupa Wielopolskiej na czele z Kadenem i Breiterem, opuszczając przed głosowaniem salę i tym samym pozbawiając resztę kolegów niezbędnego quorum.

Napierski zarzucał Wielopolskiej, że to wszystko wiedziała, pisząc o elementach bolszewickich i nieistnieniu opozycji w sprawie Akademii. Twierdził, że dla niej "bolszewikiem" jest każdy, kto dzisiaj przeciwstawia się panującemu systemowi, i to w dodatku na określonym terenie. "Dzisiaj Pani widocznie ma monopol na ojczyznę" - pisał. Przypomniał jej, że przejmuje wczorajszą postawę narodowej demokracji, z którą walczyła i nadal walczy, i zapytał, czy tajny jest dla niej fakt, że "wczorajsi i przedwczorajsi socjaliści polscy, dzierżawiący dzisiaj władzę, niewiele inaczej postępują z przeciwnikami, niż z nimi postępowano do niedawna? że znów więzienia nie są puste?"

Trzeba dodać, że Wielopolska wypowiadająca się bezceremonialnie na tematy Akademii Literatury, polemizująca w tej sprawie także z Aleksandrem Watem, podpisywała jednocześnie wraz z innymi kolegami literatami list do Prokuratora Sądu Apelacyjnego w sprawie uwolnienia aresztowanego Witolda Wandurskiego.

Zasłużyła się przypadkowo jeszcze czymś dla polskiej literatury. Jej to zawdzięczamy odkrycie początkującego pisarza K. Briezena, autora książki Dzieje miłości i samobójstwa Krystyna Mostowskiego, z którym w roku 1926 przeprowadziła wywiad dla "Wiadomości Literackich". Chwaliła się przy tym, że autor ów pisuje do niej listy długie, gęsto ilustrowane, na fantastycznych skrawkach papieru. Wywiad kończył się inwokacją do "pana Tadeusza", którego prosiła, aby "kiedy K. Briezen będzie złotymi literami zapisany w literaturze, nie plugawić mego imienia i nie urągać jego staroświecczyźnie".

K. Briezen stał się potem Tadeuszem Brezą.

Lojalistka - napisała o niej Herminia Naglerowa, w jednym z niewielu wspomnień, jakie ukazały się po drugiej wojnie światowej w kraju lub na obczyźnie o Marii Jehannie Wielopolskiej. Szkic swój zatytułowała Człowiek znika bez śladu, co miało konkretnie i metaforycznie odnosić się do losu Wielopolskiej, zarówno osobistego, jak i losu jej twórczości w pamięci rodaków. Wielopolska zapomniana została totalnie jako pisarka. A Herminia Naglerowa (jedyna poza Hanną Mortkowicz-Olczakową) pisała o niej: "Nie wiem, czy wielu znalazłoby się w Polsce Odrodzonej ludzi, którzy tak głęboko odczuwali tę rzeczywistość i tak żarliwie bronili każdego jej przejawu. Wielopolska stała się lojalistka bez zastrzeżeń. Przeszła z krańca na kraniec. Nie dopuszczała żadnej krytyki, żadnego zwątpienia. Nie chciała dostrzegać ani uchybień, ani przemian, które były odchyleniami od jej dawnych przekonań. Aprobowała wszystko z entuzjazmem, więcej - z egzaltacją."

Naglerowa w jakiejś mierze usprawiedliwiała tę drogę Wielopolskiej wiodącą od przekonań radykalnych w młodości do zachowawczych w latach dojrzałych. Nie można jednak zapominać, że w swych poglądach "antybolszewickich", co jest paradoksem, autorka Kryjaków stanęła jakby po jednej stronie barykady z tymi, których przez całe życie zwalczała - endekami.

"Człowiek znika bez śladu." Znikła bez śladu, bo nie wiadomo, gdzie i kiedy zginęła. Naglerowa widziała ją po raz ostatni w Warszawie na kilka tygodni przed wybuchem wojny. Był koniec lata. Próbne alarmy lotnicze trwały dniem i nocą. Wielopolska w tym czasie nie nadążała za tym, co się działo wokół. Nie umiała wydźwignąć się z osobistego nieszczęścia, którym była dla niej śmierć męża. Niegdyś porzucił ją dla innej, ale to ona, a nie tamta, pielęgnowała go w ostatniej chorobie.

Podobno żegnając się w bramie z Naglerową Maria Jehanne Wielopolska powiedziała, jak pięknie byłoby zginąć na wojnie, spotkać śmierć bez pogrzebu, śmierć niejawną. "Tak jak umierają zwierzęta, zaszywając się w nieodszukany kąt..."

I to ją spotkało.

Nie wiemy, jaki był jej koniec, czy zaginęła gdzieś na Wschodzie, czy umarła - według innych źródeł - w obozie koncentracyjnym.

Pozostała tylko w anegdotach przedwojennych:

 

Czuję temperament,

chwytam za atrament,

i o Dziadku piszę grzecznie,

a o innych niekoniecznie

 

- śpiewano niegdyś w szopce "Pikadora". Ale Artur Maria Swinarski w roku 1939 mógł tylko napisać:

 

Długa droga prowadzi od Magdeburga do Polski,

Zachowaj nas, Panie, od nagłej śmierci i margrabiny Wielopolskiej.