Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Tygodnik Powszechny

 

Jerzy Pilch

Bezpowrotnie utracona leworęczność

 



Romantyczna skłonność do zwierzeń

(27)

Jest niedobrze. Z tysiąca rozlicznych powodów jest bardzo niedobrze. Kota na przykład nie mogłem zabrać ze sobą do Wisły, bo przecież dwa matczyne psy, dwie żyjące tu w wiecznej nienawiści suki, mogłyby go skrzywdzić. Kto wie, może nawet te dwa zapasione pinczery, uświadomiwszy sobie w konfrontacji z kotem własną nędzę umysłową, mogłyby (powodowane charakterystycznymi dla niższych istot prymitywnymi odruchami) uciec się do przemocy.

Obserwuję bacznie matczyne psy i nie mam cienia wątpliwości: w znaczeniu ewolucyjnym pies w stosunku do kota jest dobrych kilka miliardów lat do tyłu. Kiedy starożytne koty refleksyjnie wygrzewały się na murach Akropolu i Koloseum, psy w najlepszym wypadku mieszkały w platońskich pieczarach. (Najwybitniejsze psie jednostki być może w poszukiwaniu bursztynu grzebały w piachu nad Bałtykiem).

Kotu o coś uniwersalnego - poza żarciem - w życiu chodzi. Psu chodzi wyłącznie o żarcie. Kot nieustannie poznaje i studiuje rzeczywistość, pies ją oszczekuje tępo. Kot ma własną wizję świata, pies takiej wizji nie ma. Kot jest panem, pies jest niewolnikiem. Kot jest nadbudowa, pies jest baza. Kot ma pysk wredny, ale inteligentny, pies ma mordę poczciwą ale debilną. Kot jest wymagającym partnerem człowieka, pies jest jego ślepym i podatnym na upokarzające tresury lokajem. Pies nie ma tożsamości, ponieważ pies nie tylko chce być z człowiekiem, pies po prostu chce być człowiekiem, pies chce być ściśle jak człowiek. Kotu tego rodzaju upokarzająca i utopijna metamorfoza nawet do głowy nie przyjdzie. Kot chce być kotem. Kot ma wyraziście rozwinięte poczucie tożsamości, ma on też - w przeciwieństwie do psa - godność swej tożsamości. Kot jest królewskim przykładem istnienia spełnionego, pies jest wiecznym niespełnieniem, ucieleśnieniem odwiecznej, trywialnej skargi, iż nigdy nie jest się tym, kim by się chciało być.

Skuteczna tresura, w rezultacie której pies zaczyna wykonywać paraludzkie czynności, powinna być obwarowana zakazami prawnymi i religijnymi. Jest to przykład złowieszczej uzurpacji człowieka próbującego bezbożnie kształtować przyrodę na swoje podobieństwo i czerpiącego z tej uzurpacji dwuznaczne rozkosze. Jeśli człowiek jest panem stworzenia, to przysposabianie psa do człowieczeństwa i czynienie z niego przez to quasi-pana stworzenia jest aktem bluźnierczym. Posiadać zwierzę i zachwycać się tym, że to zwierzę się uczłowiecza, że się, nie daj Panie Boże, upodabnia do nas, to jest przecież przejaw zwykłego zwyrodnienia. Gdybym miał psa i gdyby ten pies (co w przypadku psa jest nieuniknione) upodabniał się do mnie, miałbym silne poczucie, że zwierzęciu dzieje się nieodwracalna krzywda. Z całą pewnością nie odczuwałbym cienia satysfakcji, cienia przyjemności. Może ktoś mi powie, bo sam nie wiem, może ktoś mi powie, jaka to byłaby przyjemność oglądać od samego rana zionące spirytualiami, wiecznie skacowane bydlę o roztrzęsionych łapach? Jaka to jest satysfakcja mieć koło siebie stworzenie skłonne do studziennych depresji, swoimi sprawami wyłącznie zajęte i pod pretekstem, że magnez wypłukany, wyżerające całą czekoladę z kredensu? A na jaką jasną cholerę byłby mi zramolały kundel z nadwagą samczący się obleśnie na widok każdej wyczesanej i zadbanej suczki?

Niepodległy niczemu kot nie przejmie naszych przypadłości, nie upodobni się, zachowa tożsamość, a zachwyt dla jego doskonałości będzie jak katharsis. Po paru latach, jakie od dnia stworzenia przeszły, dziś już jasno widać, że Panu Bogu poza kotami nic się do końca nie udało. Koty są stworzeniami skończonymi, reszta świata, łącznie z psami, jest wadliwa. Taki jest obiektywny stan rzeczy i daremnie jest, i nie należy nań się uskarżać. Nie należy też z tego co piszę wyciągać pochopnego wniosku, jakobym miał jakieś osobiste kynologiczne urazy, bo ich nie mam.

Trzymam się obiektywizmu oraz dzielę obserwacjami czynionymi na przykładzie pary matczynych, żyjących w wiecznej nienawiści suk. Psy te, jak sądzę, w towarzystwie mojej toksycznej matki czują się świetnie, ponieważ same są toksyczne i bliskie im są obosieczne zasady: bezwzględnej podległości, ślepego posłuszeństwa i całkowitego uzależnienia. Kot nie czułby się tu dobrze, kot nie chciałby tu sprawować władzy, bo kot żyje wedle zasad niepodległości, niezależności i wolności.

Pies preferuje system represyjny, kot demokrację. Pies to jest ustrój totalitarny, kot to jest seks partnerski. Kot jest synonimem, symbolem i ucieleśnieniem Niezależności. Nie jest przypadkiem, bo nie może być przypadkiem, że jeden z najbardziej niezależnych ludzi XX wieku, a może jeden z najbardziej niezależnych ludzi wszystkich czasów - Jerzy Giedroyc mianowicie - jest wielbicielem kotów. (Tak jak nie jest przypadkiem, że Jerzy Illg np. jest sympatykiem psów). Czytam właśnie frapującą korespondencję Giedroyca z Jerzym Stempowskim, czytam, co o tych listach pisze w "Tygodniku" Tomek Fiałkowski (dla przyjaciół Fifi), który trafnie pisze, że obaj korespondenci, zajęci bieżącymi dziejami, sprawami publicznymi, codzienną walką, "niemal wcale nie piszą o sobie". To prawda, że o sobie oni nie piszą, dla siebie nie mają czasu, ale jednak o kotach piszą, dla kotów czas mają. Ściśle mówiąc, ma czas dla swych kotów Jerzy Giedroyc, który list z 4 czerwca 1960 (poruszywszy wpierw sprawę pogrzebu Pasternaka, planów wydawniczych "Kultury" i rychłej podróży do USA) kończy następująco: "Mam w tej chwili masę przykrości. Dla odmiany z kotami. Najpierw kot został w jakichś turniejach miłosnych straszliwie zmasakrowany, dostał anginy i zapalenia płuc. Na szczęście już z tego wyszedł. Gorzej, że anginy dostała kotka, która jest przy tym w poważnym stanie. Mimo weterynarza i zastrzyków jej stan jest ciągle groźny. Nic nie je od paru dni i naprawdę nie wiem co robić. To bardzo niebezpieczna rzecz, przywiązywać się do kogoś i czuć się w takich momentach całkowicie bezradnym".

Jest to fragment kluczowy dla całej, blisko tysiąc stron liczącej korespondencji, prawdę powiedziawszy jest to fragment kluczowy w ogóle. W gruncie rzeczy dziwię się, że Fiałkowski fragmentu tego nie tyle nie zauważył, bo zauważyć z pewnością zauważył, nie ma takich fragmentów, których Fifi by nie zauważył. Jeśli w jakiejś książce jest fragment, którego nie zauważył, to znaczy, że jest to fragment nienapisany, a i to nieprawda, bo nienapisane fragmenty on też zna. Monotonne jest pisanie kolejny raz o apokaliptycznej biegłości czytelniczej redaktora Fifi, ale w tej akurat chwili niepodobna tego cokolwiek spetryfikowanego refrenu nie powtórzyć. Toteż jak mówię, nie dziwię się, że patologicznie skrupulatny czytelnik mieszkający w Fifim Giedroycowej strofy o kotach nie zauważył, bo zauważył, dziwię się natomiast, że mieszkający w Fifim namiętny koneser kotów strofy tej nie wyeksponował.

Bo co mówi i jakie kluczowe znaczenie ma ten fragment? Powiada on mianowicie, iż kto by miał dalekowzroczność polityczną, a przywiązania do stworzeń by nie miał, byłby "jako miedź brząkająca albo cymbał brzmiący". Być może ryzykownie parafrazuję apostoła Pawła, ale w jego sławnym Liście do Koryntian miłość do kotów umniejszona nigdzie nie jest, miłość ta mieści się w obrębie wielkiej miłości, której jakbyś nie miał, niceś nie jest. Bez miłości najzacniejsze dary Boże (np. dar niezależności, dar odwagi, dar walki) nie są pożyteczne. Nie stawiam kuriozalnej tezy, że gdyby nie koty, Jerzy Giedroyc niczego by dla Polski nie zrobił, zauważam jedynie, że obecność kotów jest w życiu Jerzego Giedroycia znacząca, a wielcy ludzie obdarzeni darem jakiejś słabości są przez to tym więksi. Bez kotów Redaktor "Kultury" zrobiłby dla Polski może i więcej, miałby dla Polski trochę więcej czasu, ale bez kotów wielki Giedroyc nie byłby aż tak istotnie, tak realnie wielki.

Rzecz jasna o słabości, a już zwłaszcza o kłopotliwej słabości do bydlęcia domowego trudno jest rozlegle perorować i przypuszczam, że redaktor Fifi, który przecież do dziś nosi pod powiekami widmo swego niebywałego rudego kocura, co umarł parę lat temu, z tego właśnie powodu kwestię kocią pomija. Wierna pamięć o Filemonie jest powodem jego intelektualnego uniku i powściągliwego milczenia. Milczenie to podobałoby się Jerzemu Stempowskiemu, który piętnował u autorów romantyczną skłonność do zwierzeń i brak powściągającej tę skłonność szkoły klasycyzmu. (Stempowski, nawiasem mówiąc, losem kotów mieszkających w Maisons-Laffitte zajął się w sposób niezadowalający, prawdę powiedziawszy, w ogóle się ich losem nie zaciekawił).

W tych tu wyznaniach mańkuta ja daję radykalną folgę romantycznej skłonności do zwierzeń, czynię nawet intymne zwierzenia w imieniu pełnego dyskrecji Fifi. Inna rzecz, że zgoła do niczego drogą bezpośredniej narracji i prywatnych wyznań nie doszedłem, do niczego nie zbliżyłem się nawet, życie moich bliźnich, żywych i umarłych, a nawet moje zmarnowane życie dalej wydaje mi się nie do opisania. Rzeczywistość, co jest w zasięgu ręki i pamięci, jest w istocie jak niedościgły Lewiatan przecinający ciemne i gęste oceany.

Jest zatem niedobrze. Z tysiąca rozlicznych powodów jest niedobrze. Matka z czołem przytkniętym do szyby stoi całymi godzinami przy oknie i patrzy w męce, jak nowi sąsiedzi swawolnie pustoszą stary ogród pana Kossobudzkiego. Schodzę do centrum, sprawdzam, czy na farze nie ma klepsydry, zaglądam do księgarni, na pocztę, na targ. Jest pełnia lata i nie ma narciarzy w barwnych kombinezonach, co przysparzali mi zgryzoty, ale letnicy w papuzich bermudach nie lepsi, a może i gorsi. Na budynku szkoły, w której czterdzieści lat temu pani Mazur wpatrując się niemo w stawiane przeze mnie prawą ręką litery trzebiła ze mnie resztki analfabetyzmu, wisi żółty transparent z napisem: "Najbardziej jadowite węże świata w centrum Wisły". Dziesięciu mężczyzn w góralskich strojach śpiewa na rynku starą piosenkę o wolności. Obłoki płyną nad Czantorią. Gdzieś w Polsce spadają ulewy, przychodzą powodzie. Dopust Boży niechaj uczy pokory - z zawieszonego nad muszlą koncertową głośnika słychać głos proroka Jeremiasza. - Dopóki zło nie przestanie zwyciężać, dopóki nie połączą się rozdzieleni kochankowie, dopóki nie ockną się śpiący rycerze - nie ustaną kataklizmy... Głos proroka Jeremiasza okazuje się głosem zastępcy kierownika sztabu przeciwpowodziowego. Kamień spada mi z serca, ale i tak mam wrażenie, że w wypowiedzi zastępcy kierownika jest jakaś niejasność.

Wracam do domu i raz jeszcze kartkuję listy Stempowskiego i Giedroycia, i uprzytamniam sobie, że zarzut romantycznej skłonności do zwierzeń stawia Stempowski Gombrowiczowi. Jest bardzo niedobrze. Z tysiąca powodów jest bardzo niedobrze. Ogród pustoszeje, pełzną jadowite węże, podnoszą się wody, kota brakuje, tęsknota człowieka dławi jak rzemień i jeszcze na domiar wszystkiego Stempowski myli się co do Gombrowicza.






Elegia na wożenie odpadów pokonsumpcyjnych

(29)

Kiedy pani Oglądaczowa przyniosła hiobową wiadomość, że w Domu Zdrojowym każdego wieczora wszeteczne kobiety rozbierają się do naga i tańczą na stołach, dla wszystkich stało się jasne, że to, co jest zapowiedziane w Objawieniu Świętego Jana, spełni się lada dzień. Znaki zapowiadające koniec wszystkich rzeczy zawsze były liczne, bluźniercy i szydercy krążyli po Wiśle, zanikała wiara, wzrastało bezprawie, fałszywi prorocy wynajęli dom w Dziechcince i nakłaniali wyznawców do codziennych kąpieli, rakiety kosmiczne bezkarnie dziurawiły niebo, umarli natarczywiej niż zwykle stukali do okien, bezbożnicy pytali o pokoje na lato, na Ochodzitej zatrzęsła się ziemia, szła zaraza, szła powódź, pokazywały się znaki na niebie, kometa nad Czantorią sunęła powoli jak rozżarzony spychacz.

Jechaliśmy do Domu Zdrojowego po odpady pokonsumpcyjne, konie biegły kłusem, księżyc był w pełni i na jasnej tarczy widać było cienie astronautów. Spieszyliśmy się bardzo, banie na wozie dźwięczały jak ostatni dzwonek, spieszyliśmy się, żeby zdążyć przed apokalipsą i żeby zobaczyć gołe wszetecznice.

Jechaliśmy razem, ale nasze doznania nie były jednolite, ja miałem ujrzeć jedne z pierwszych, a Dzidek Dziadek chyba jedne z ostatnich wszetecznic w życiu, chyba jedne z ostatnich, choć kto wie. Ja gorączkowo poganiałem konia, on majestatycznie zadzierał głowę i gapił się niespiesznie w pustkę po niebiosach.

W teorii, jeśli jest teorią, winno być na odwrót, ten, co ma czegoś zaznać po raz pierwszy, nie musi się spieszyć, bo będzie pewnie jeszcze niejeden raz zaznawał, winien się spieszyć ten, co ma na końcu, ostatni raz zaznać, ten winien się spieszyć, bo jak nie zdąży, to fertig, nie będzie ostatniego razu. Tak mówi teoria, której raczej nie ma, pośpiech jest zasadą początku żywota, pierwsze widoki jak błyskawice trzaskają w nieopierzonej głowie, nikomu nie spieszno do badania, jaka jest zasada końca, nikomu nie spieszno do końcowego widoku, choćby nawet tym widokiem miała być czeska striptizerka. Ujrzeć czeską cycatkę i umrzeć - tak się tylko mówi.

Żadne zresztą teorie nie miały dostępu do moich przodków i domowników, żadne poza Pismem, a Pismo nie było teorią. Teorii nie było w ogóle, była tylko rzeczywistość zawiła niekiedy i niespójna jak teoria snu. Teoretycznie miałem na przykład na imię Jurek, a on mówił do mnie: Kuba, on był moim Dziadkiem, a ja zwracałem się doń: Dzidku i w studziennym absurdzie tych domowych ksyw mieściła się cała natura łączącego nas związku.

Matka była za młoda, ojciec był daleki, babcia Maria miała dom i gospodarstwo na głowie, a on był oficerem rozgromionej armii, jego przedwojenna szabla płynęła przez labirynt ścian. On był Kuratorem zboru, Naczelnikiem poczty, on w mowie i piśmie władał literackim polskim językiem, wtedy dla mnie prawie całkiem obcym. Do niego przychodzili zdesperowani ewangelicy, wyłuszczali życiowe problemy i on im tłumaczył, co należy czynić, i od ręki na papierze kancelaryjnym pisał podania do gminy, do banku, do sądu w Cieszynie. Za pokrytym niebieską ceratą stołem w naszej wielkiej jak urząd wojewódzki kuchni siadali gospodarze, co chcieli kupić konia albo krowę, zwaśnione pary, co chciały się rozwieść, rodziny niesłusznie zamkniętych w kryminale, ważni dyrektorzy, co chcieli mieć willę w ładnym miejscu w Wiśle, nieślubne dzieci szukające ojców, ojcowie wygnani z domu przez okrutne dzieci, ci, co się starali o pozwolenie na budowę domu, wykopanie rowu, przetkanie komina, ci, co się starali o wyjazd do Niemiec, o choinkę na święta; ktokolwiek, co się o cokolwiek starał.

Dzidek Dziadek był godzien najwyższego podziwu i na nim skupiałem cały mój podziw. Jemu pod oknami zawsze grali muzykanci, on się tajemniczo do swych myśli potrafił uśmiechać, on pilnie pielęgnował chwalebny obyczaj duchowej izolacji, zawsze w drodze powrotnej z poczty do domu w "Piaście" (później "Ogrodowa") wypijał duszkiem dwieście gramów czystej i gdy w parę chwil później szedł przez podwórze i wchodził do kuchni, był całkowicie gotów do starcia z psychopatologią życia codziennego.

- Jak matka? - pytał i kładł teczkę na stole i powoli rozwiązywał modry pocztowy krawat - Jak dziś matka?

- Poszła do Partecznika, zła jest jak osa - odpowiadaliśmy rytualnie - wściekła jest strasznie, chyba diabeł ją dziś opętał.

- Diabeł ją dziś opętał? Ciekawe, że akurat w czwartek? - zasępiał się dziadek i nieruchomiał z chabrową pętlą w garści.

Trzeba dochowywać wierności własnym demonom. Pytanie: dlaczego diabeł przyszedł w czwartek? jest dla mnie jednym z możliwych początków literatury, jednym z powodów pisania, jednym z pierwszych impulsów - jakby Mariana Stalę sparafrazował Heidegger - literaturoodczucia, literaturoodczucia świata. Na pytanie, dlaczego diabeł przyszedł w czwartek, raczej nie ma dobrej odpowiedzi i można tu jedynie jedyną rzecz uczynić, można zapisać to pytanie. Można rzecz jasna daremnie dociekać, jaki to był czwartek (umowny, a więc nie istniejący dzień pomiędzy środą a piątkiem, zupa pomidorowa była w ten czwartek na obiad), jaki to był diabeł (tu akurat był diabeł Marcina Lutra, diabeł z krwi i kości, z krwi ciemnej, z kości smolistej, z ofajdanych kopyt, z cuchnącego chwostu, z chitynowych rogów, z pazurów przerośniętych gnojem, śpiew diabła słychać było nad Partecznikiem), można podziwiać estetyczną siłę tej frazy, piękne napięcie, jakie tu jest pomiędzy codziennością a demonicznymi zaświatami, można wszystko, ale, jak mówi apostoł Paweł, wszystko można, ale nie wszystko jest pożyteczne. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, ludzie pióra, jedyną rzeczą, jaką możecie uczynić dla przedmiotów, głosów, świateł i dla ciemnych zagadek świata, jedyną rzeczą jest zapisać przedmioty, głosy, światła i zagadki. Zapisać i boleć, iż zapisane nie są sobą, a jedynie zapisanymi widmami, boleć nad tym, ale boleć w rozsądnych - że tak powiem - granicach.

Czesław Miłosz ma oczywiście absolutną rację, kiedy w swoim nieśmiertelnym wierszu o panience przelotnie widzianej w paryskim metrze ("Esse") boleje nad niepoznawalnością istnienia, nad niepełnością poznania, nad widmowością literatury daremnie ścigającej byt niedościgły. "Wysiadła na Raspail. Zostałem z ogromem rzeczy istniejących. Gąbka, która cierpi, bo nie może napełnić się wodą, rzeka, która cierpi, bo odbicia obłoków i drzew nie są obłokami i drzewami." To jest w istotności swojej bardzo wielki fragment. Doceńmy wszakże czytelnicze upodobania tego, kto siedzi na brzegu i oddaje się kunsztowi subtelnej kontemplacji świata odbitego w wodzie. On siedzi nad rzeką (imię rzeki: Miłosz) i nie chce samych w sobie strasznych obłoków i nie chce samych w sobie drzew niepojętych, z widmami mu znośniej.

Być może losem rzeki jest cierpienie, ale być może cierpi ona po to, by tym na brzegu było raźniej. Widzę zamazane, ciemne, jakby odbite w rzece płynącej pod ewangelickim cmentarzem cienie moich nieboszczyków, i przeganiam z serca wulgarną nadzieję, i przeganiam z głowy tandetną, sentymentalną i bezbożną myśl o sztuce wskrzeszającej zmarłych. Być może literatura jest zaklinaniem widm, być może pomiędzy zaklinaniem widm a wskrzeszaniem zmarłych granica jest niejasna, ale widma niech wystarczą. Trzeba przeganiać demony, ale trzeba im w pamięci dochowywać wierności. Pamięć jest substancją tego rzemiosła.

Nie zachowuję rękopisów. Wpierw z wrodzonej zapobiegliwości zapisuję papier obustronnie (z jednej strony rękopis, z drugiej maszynopis), następnie z wrodzonej skrzętności wiozę zapisany papier do punktu skupu makulatury, gdzie dokonuję korzystnej transakcji, uzyskane zaś w ten sposób pieniądze składam sobie, moim marzeniem jest bowiem kupno w przyszłości zacisznej kawalerki. Ponieważ nie zachowuję rękopisów, nie mogę sprawdzić, ale przecież pamiętam dobrze, kiedy zaczynałem pisać, narratorowi i zarazem bohaterowi moich pierwszych opowiadań zawsze towarzyszyło widmo Dziadka. Nawet pierwsze literackie kroki stawiałem w jego wszechwiedzącym towarzystwie. Pisałem opowiadanie o epoce handlu wymiennego, jaka nagle nastała na ziemi i Dziadek wraz ze mną ulegał symbolicznej gorączce nieustannej wymiany przedmiotu za przedmiot, pisałem o ucieczce z domu rodzinnego w świat szeroki i Dziadek był w tym opowiadaniu jak Tołstoj porzucający Jasną Polanę, pisałem o indyku Beltsville, co wyfrunął na wierzchołek drzewa i w ogrodzie wśród zdesperowanych i próbujących rozmaitymi technikami ściągnąć ptaka na ziemię domowników był rzecz jasna i Dziadek.

Nawet wtedy, gdy żył jeszcze, dobrze się czułem w towarzystwie jego widma; tak jak i teraz jest mi znośnie, gdy przez ciemny park, nadrzecznym wałem, za kościołem i za szkołą jedziemy do Domu Zdrojowego po odpady pokonsumpcyjne. Księżyc jest w pełni i cienie kładą się na wodzie. Darzyłem go podziwem, podziwiałem jego klęski, podziwiałem fiaska kolejnych przedsięwzięć, jakże piękne było, że fortuny przechodziły mu przez palce, a on nigdy z tego nie miał ani grosza. Ale teraz jest już koniec, teraz się rozkręca ostatni nieudany interes. Wielkie i ciężkie jak woda księgi rachunkowe przedwojennej rzeźni (księgarnia Feitzingera w Cieszynie) zastąpione zostały przez szkolne zeszyty (fabryka papieru w Kluczach), w których zapisujemy tonaż pobieranych odpadów. Jeszcze i w tej ostatniej przed zagładą operacji miał - tak jest - przebłysk zwodniczego geniuszu ekonomicznego. Do umowy o odbiór odpadów z Wojewódzkim Przedsiębiorstwem Przemysłu Gastronomicznego, oddział w Ustroniu, wprowadził mianowicie przebiegły punkt 3b, który mówił, iż "należność za odpady pokonsumpcyjne odbiorca zobowiązuje się płacić w naturze żywca nierogacizny wg cen obowiązujących w punktach skupu", i to było dobre, bo rzecz była pomyślana tak, że my będziemy pobierać odpady pokonsumpcyjne, tymi odpadami będziemy karmić tucznika, który - wykarmiony pysznymi i obfitymi resztkami z Domu Zdrojowego - będzie jak trzeba pokaźny, ciężki i drogi, droższy w każdym razie od pobieranych w cenie 20 groszy od kilograma odpadów i rozliczenie będzie zawsze na naszą korzyść, będziemy pobierać odpady i w dodatku jeszcze Wojewódzkie Przedsiębiorstwo Przemysłu Gastronomicznego, oddział w Ustroniu, będzie nam płacić, jak dobrze pójdzie, krociowe kwoty.

Ale ta prosta i pewna jak prawo Archimedesa kalkulacja zawodziła, wykarmiony tucznik zawsze był tańszy od karmy, którą zeżarł. Wojewódzkie Przedsiębiorstwo Przemysłu Gastronomicznego, oddział w Ustroniu, zamiast przysyłać pieniądze, przysyłało wezwania do uiszczenia sum, jakie wynikały z różnicy rozliczenia tucznika i rozliczenia odpadów; różnica zawsze była na niekorzyść tucznika przeklętego. Trochę się to wyrównywało za sprawą zastawy stołowej, bo w pełnych wszelakiego dobra baniach i kubłach znajdowaliśmy raz po raz noże, widelce, łyżki, łyżeczki, widelczyki, a nawet talerze i filiżanki i wkrótce dom był zaopatrzony w całe komplety sztućców i częściowo tylko wybrakowane zastawy z kunsztownymi napisami: Gastronomia Śląska; nieznacznie to poprawiało bilans, ale nie zmieniało faktu, że był on w najlepszym razie - zerowy. Cóż było robić, trzeba było żyć, trzeba było jeździć do Domu Zdrojowego po odpady pokonsumpcyjne i karmić nimi tucznika ascetę i siebie karmić nadzieją, iż wreszcie kolejny, któryś z rzędu tucznik swą gigantyczną wagą rozbije bank i spłynie na nas rzeka szmalu.

I dźwigaliśmy banie pełne dobrego bydlęcego jadła, resztki rosołów, krupników, eskalopek, bigosów, sałatek, surówek, rumsztyków zamieniały się w mannę o niezapomnianym zapachu. Piwnice Domu Zdrojowego pachniały jak wnętrze schronu zaopatrzonego we wszystko na lata, a gdy dancingowa muzyka na górze cichła i gdy po chwili rozlegały się rozpustne, przyciszone takty, nie starając się choćby dla pozoru kiełznać panicznego pośpiechu, jak oszalali lecieliśmy po schodach. Staliśmy potem w wypełnionych tłustym blaskiem drzwiach wiodących na zaplecze (Dzidek Dziadek już wtedy miał bardzo ograniczone pole widzenia, obracał się jak słonecznik ku temu, na co spoglądał, mówił, że jest tak, jakby patrzył przez dwie rury wodociągowe, i kto wie, czy wtedy, w zadymionej, ciemnej sali, jego punktowe dobrze nastawione spojrzenie nie było raz jeden przywilejem), staliśmy w tłumie kucharek, kucharzy, podkuchennych, kelnerek, kelnerów, wszyscy z napięciem patrzyli na odległe podium, gdzie w kącie podrygiwała spłoszona tancerka, skóra na jej ramionach lśniła umiarkowanym bohemistycznym blaskiem. I faktycznie - jak podaje pismo - miała na sobie szkarłat i purpurę i może była nawet uzłocona złotem, ale gdzież jej tam biduli do wielkiej wszetecznicy, gdzież jej tam było do wszeteczeństwa jakiegokolwiek, do wszeteczeństwa najmniejszego nawet. I choć doprawdy niczego złego nie zapowiadał taniec stremowanej Czeszki, to i pani Oglądaczowa także miała rację, bo zagłada swoją drogą przyszła. Zagłada naturalna jak oddech i nieubłagana jak brak oddechu. Zagłada przyszła jak fala rzeczna, bo zagłada jak fala rzeczna trwała.






Cudze pisanie

(30)

Człowiek pióra zostawał sam, żadna z potencjalnych kobiet jego życia nie była kobietą jego życia, odchodziły jedna po drugiej, zabierały swe kunsztowne rękopisy i pachnące perfumami wydruki komputerowe, przepadały bez wieści.

Wszystkie kobiety człowieka pióra również pisały. Było to potworne. Człowiek pióra czuł się zawsze zagrożony przez cudze pisanie, ale zagrożenie, jakie w człowieku pióra wzbudzali inni ludzie pióra, należało do porządku świata. Trzeba uważać na cudze książki, tak jak trzeba uważać na palniki gazowe, tak jak trzeba uważać na ruchliwych skrzyżowaniach, przy wsiadaniu do windy i przy płaceniu rachunku. Cudze pisanie może wyrządzić znaczne szkody, może spowodować duchową kraksę, może wymknąć się spod kontroli, może wypełnić niewypełnione. Może eksplodować. Człowiek pióra unikał cudzego pisania, nie czytał książek innych ludzi pióra, nie czytał książek swoich rówieśników, w zasadzie poza żyjącymi Noblistami w ogóle nie czytał książek żyjących ludzi pióra. Dobry pisarz to jest martwy pisarz - szeptał do siebie nienawistnie i sycąc się jadowitością swego skłonnego do ciemnych paradoksów mózgu sięgał po klasykę. Unikał współczesnych książek niczym zbiegowisk ulicznych, bał się, że jakikolwiek elementarny odruch, odruch zwykłej ciekawości, odruch złowieszczej fascynacji, odruch magnetycznej grozy wciągnie go do tętniącego podniesionymi głosami i wulgarnymi światłami wnętrza. Unikał bieżącej twórczości i aktualnych tekstów, wydawało mu się, że jest to arystokratyczna powściągliwość gwarantująca najwyższe wtajemniczenia ducha. Niestety, próba przemierzenia labiryntu współczesności wyłącznie z Sofoklesem pod pachą kończyła się kłopotliwym fiaskiem.

Człowiek pióra w poszukiwaniu kobiety swego życia zawierał liczne znajomości z potencjalnymi kobietami swego życia i tak się rozpaczliwie i nieubłaganie składało, że wszystkie potencjalne kobiety życia człowieka pióra również pisały. Twierdziły wprawdzie z całkowitą choć niezależną od siebie zgodnością, iż pisały od dawna, iż pisały już grubo wcześniej, iż przelewały swe myśli na papier na długo przed zawarciem znajomości z człowiekiem pióra, ale on w to raczej nie wierzył. Był pewien, że osobiście natchnął je weną. W jego pewności była pycha, ale był też wstręt. Kiedy patrzył na zaczernione przez nie kartki, wydawało mu się, że papier pokryty jest ślepymi znakami ospy. Tekstów pisanych przez potencjalne kobiety życia niepodobna było uniknąć. Przysyłały je listami poleconymi, zostawiały za framugą drzwi, cichcem wtykały do kieszeni marynarki, szczegółowo sprawdzały znajomość rękopisów, domagały się wnikliwych i pochlebnych omówień, osobiście czytały obszerne fragmenty na głos, czytały przez telefon, czytały w kawiarni i czytały w łóżku. Nad ciemnymi dachami miasta przetaczała się wichura szczurzej sierści, wapiennego piachu i damskich manuskryptów.

Ostatnia potencjalna kobieta życia człowieka pióra pisała nowele opiewające świat bezpowrotnie utraconego dzieciństwa. Bezbrzeżny smutek tych opowiadań potęgowała umieszczona w bez mała każdym z nich, mniej lub bardziej zawoalowana refleksja, iż bezpowrotnie utracone dzieciństwo było w dodatku puste, ponieważ ostatnia potencjalna kobieta nie znała wówczas człowieka pióra, nie był on niestety towarzyszem jej dziecięcych zabaw.

Przedostatnia prowadziła dziennik i literalnie dzień po dniu opisywała wszystko, co było do opisania. Zapisywała, co się jej śniło, jaki robiła sobie makijaż, jakiej używała kredki, jakiego kremu, jakich cieni do powiek, kto telefonował, z kim się widziała, jaką przymierzała spódnicę, jaką prasowała bluzkę i na jakich obcasach szła przez Karmelicką.

Trzecia od końca potencjalna kobieta życia człowieka pióra pisała doń wielostronicowe listy, w których dokonywała morderczo-drobiazgowej wiwisekcji ich związku. Lektura tych dusznych traktatów wpędzała człowieka pióra w makabryczne depresje, aby zażegnać ból świata, sięgał on wówczas po kieliszek. Czwarta od końca pisała kompletnie niezrozumiałe cykle próz poetyckich. Piąta od końca w masywnym jak tom dzieł zebranych kalendarzu relacjonowała swe bujne życie towarzyskie, przyjęcia, bankiety, imprezy, kto z kim przyszedł i kto z kim wyszedł, kto się upił i jakie miały miejsce skandale, zapisywała nazwy knajp i jakie trunki i jakie drinki sama popijała, a raczyła się zdrowo, prawdę powiedziawszy, jak na kruchą, eteryczną blondynkę, chlała jak zwierzę. Wiele zapisów w masywnym kalendarzu uczynionych było chybotliwym pismem, były tam niejasne refleksje euforycznie idące przez głowę po kilku popołudniowych, dyskretnych, ale bardzo tęgich łykach, były tam też często litanijne zdania ściśle wyszczególniające poranne koszmary. Szósta od końca potencjalna kobieta człowieka pióra też coś pisała, niechybnie musiała coś pisać, dziś już wszakże nie wiadomo, jaki ściśle uprawiała gatunek literacki, pisarstwo jej uległo całkowitemu zapomnieniu.

Był koniec tysiąclecia, człowiek pióra zostawał sam, kobiety opuszczały go jedna po drugiej. Jeszcze na tydzień przed rozstaniem z podobnym, choć niezależnym od siebie nostalgicznym entuzjazmem wyznawały człowiekowi pióra, iż marzą o wspólnej podróży do Wenecji, parę dni zaś później odchodziły bez słowa.

Ostatnia, pulchna rozwódka w średnim wieku, która w porach lunchu z niesłychanym zapałem oddawała mu gasnące blaski swego epickiego ciała, nagle jakby na powrót tknięta grotem fanatycznej pasji zawodowo-zarobkowej powróciła do swego pozazmysłowego życia od rana od wieczora wypełnionego zajadłą działalnością gospodarczą. Spędzali z sobą trzy pory lunchu w tygodniu: w poniedziałek, czwartek i piątek, i teraz nagle przestali się widywać w ogóle. Człowiekowi pióra wydawało się, że uczynili to za obopólną zgodą i ku obopólnej uldze, on w każdym razie odczuwał ulgę, odczuwał ulgę, ponieważ nie będzie więcej musiał czytać opowiadań opiewających przepadłe dzieciństwo, odczuwał ulgę, ponieważ wydawało mu się, że znów będzie mógł całymi dniami pisać. We wtorki, środy i soboty starał się wprawdzie pisać ze zdwojonym natchnieniem, zaś w poniedziałki, czwartki i piątki wstawał trochę wcześniej, aby zdążyć wykonać przed porą lunchu dopołudniowe pensum, ale było to męczące i burzyło harmonię życia codziennego. Jak zanotował w jednym ze swych zeszytów: "Seks w porze lunchu z uprawiającą działalność gospodarczą rozwódką w średnim wieku wiedzie do chaosu".

Przedostatnia potencjalna kobieta życia człowieka pióra, prowadząca drobiazgowy dziennik długonoga reporterka miejskiej popołudniówki, otrzymała ofertę atrakcyjnej pracy na Wybrzeżu i wyjechała - zdaniem człowieka pióra - z osobliwym i nieco nadmiernym pośpiechem. Przypuszczał, że natychmiast po jej wyjeździe zasypią go stosy miłosnej korespondencji, był pewien codziennych, pełnych żarliwej tęsknoty telefonów, ale skończyło się na jednej zdawkowej widokówce. W duszy człowieka pióra anioł ulgi potykał się z demonem rozczarowania.

Trzecia od końca, pisząca zabójcze listy studentka filmoznawstwa o nieco rozmazanych od ciągłego wgapiania się w ekran pięknych granatowych źrenicach przestała spotykać się z człowiekiem pióra, ponieważ w ogóle przestała się spotykać z kimkolwiek. Swymi pięknymi i lekko przyślepłymi oczami jęła wypatrywać prawdziwej miłości. Rychło zresztą znalazła prawdziwą miłość, zaręczyła się i całkowicie pogrążyła w regularnym i dynamicznym zrywaniu i odnawianiu zaręczyn.

Czwarta od końca, urzędniczka krakowskiej filii Banku Anglo-Amerykańskiego, maksymalnie uporządkowała swe życie i jej czas wypełniony teraz pływaniem, joggingiem, ćwiczeniami na siłowni, nauką języków obcych, starannie dobieranymi rozrywkami kulturalnymi i metodycznym konsumowaniem zdrowej żywności - skurczył się. W jej nowym, nieubłaganym jak betonowa architektura życiu nie było już miejsca na niejasne jak proza poetycka i pełne wszelkiego nieokiełznania randki. Człowiek pióra przez pewien czas tęsknił za nią. Pod wpływem tęsknoty zanotował kilka zdań w jednym ze swych wykwintnych zeszytów w linie. "Dążyliśmy do doskonałości - pisał człowiek pióra - dążyliśmy do absolutu, pomimo iż jeśli idzie o spełnienie wzajemnej skłonności, trudno znaleźć miejsce mniej romantyczne od opustoszałych kantorów krakowskiej filii Banku Anglo-Amerykańskiego. Gdy jednak opierała pełne ramiona na hebanowym blacie swego biurka, krew nasza płonęła i byliśmy jako bogowie doskonali. A gdy nasza doskonałość przebierała miarę, gdy ogarniająca nas harmonia przechodziła wszelkie pojęcie, rozstępował się wybity korkiem sufit Banku Anglo-Amerykańskiego, zjeżdżała z czeluści fosforyzująca drabina sznurowa, sunęły po niej postacie i rozlegały się głosy: - Oto ja wystąpię przeciwko tobie, człowieku pióra - mówił Pan Zastępów. Słyszałem go, ale nie widziałem jego oblicza, bo był obrócony do mnie niczym do Mojżesza tyłem. - Dążcie do doskonałości na prowizorycznych posłaniach, piszcie na niezniszczalnych stołach - mówił Pan Zastępów i wstępował po fosforyzującej drabinie. Sufit Banku Anglo-Amerykańskiego zamykał się i przez chwilę słychać było jeszcze wyciszoną od naszej strony korkiem - muzykę sfer".

Człowiek pióra był rad z artystycznej jakości zapisanej wizji, nigdy wszakże nie włączył jej do żadnej ze swych książek. Bał się, iż urzędniczka krakowskiej filii Banku Anglo-Amerykańskiego kartkująca w księgarni jakiś jego utwór natknie się na tę scenę, rozpozna samą siebie i wzruszona jego uwieczniającą w druku miłosną pasją postanowi wrócić. On zaś przecież napisawszy kilka zdań pod wpływem tęsknoty, po ich napisaniu natychmiast przestał tęsknić.

Piąta od końca potencjalna kobieta życia człowieka pióra definitywnie rzuciła alkohol i została abstynentką. Ponieważ on ani definitywnie, ani fragmentarycznie nie rzucił alkoholu, przeciwnie, popijał coraz radykalniej, makabryczne depresje, pod pretekstem których sięgał po kieliszek, powtarzały się coraz częściej, rozstali się w sposób naturalny i prawie niezauważalny. Było to wyskokowe zauroczenie, miłość pijacka. Człowiek pióra uświadamiał sobie, iż na dobrą sprawę dokładnie nawet nie wie, jak wyglądała jego piąta od końca potencjalna kobieta, widywał ją zawsze w wódczanej malignie. Nie pamiętał, kiedy ujrzał ją po raz pierwszy, nie pamiętał, kiedy ją poznał; nie mógł pamiętać, był wtedy studziennie pijany. Stał, opierał się o barowy stolik, brunatny, deliryczny pot spływał z jego oblicza, równie studziennie pijany krytyk teatralny i nieco przytomniejszy zasłużony scenograf służyli mu chusteczką i słowem pociechy, on zaś nieporadnie wycierał swoje oblicze z cuchnącego gorzką żołądkową potu i resztkami pijackiego oczopląsu widział stojące obok wysokie i dorodne damskie widmo. Widział je ostatkami poplątanego spojrzenia, ale nie miał zielonego pojęcia, że to ponętne widmo położy się pijanym cieniem i pijanym ciężarem na najbliższych tygodniach jego życia, że lada chwila ich pijane dusze, pijane mózgi i pijane języki zaczną zawierać harmonijne porozumienia, że ich pijane ciała będą ślepo dążyć ku sobie, że ich pijane ramiona, pijane włosy i pijane palce będą splatać się ze sobą. Gdy po kilku tygodniach, a może po kilku miesiącach ocknął się, dalej niczego nie wiedział, niczego nie był pewien. Nie wiedział, czy był z piątą od końca potencjalną kobietą swego życia, czy też ona była pijackim snem, pijacką zjawą. Po pijanemu był pewien, że ją kocha, ale na trzeźwo nie był pewien, czy ona istnieje. Ułożył wtedy kunsztowne porównanie homeryckie porównujące pijaństwo z miłością. "Obudziłem się i pojąłem - człowiek pióra układał słowo po słowie - że jestem pijany z miłości. Kompozycja starożytnej metafory dotkliwie dawała mi się we znaki, bo tak jak pijak po śnie pijackim budzi się, podnosi powiekę i ze zwodniczą ulgą stwierdza, iż i on sam jest w niezłym samopoczuciu i świat wokół w jakim takim porządku, tak i ja otarłszy oczy stwierdziłem, iż wszystko w zasadzie gra, ciało moje oddychało, czuło i widziało, przedmioty były na swoich miejscach. Ale też tak samo jak pijak, który podniósłszy się wyżej, westchnąwszy głębiej, spojrzawszy uważniej stwierdza z nagłą rozpaczą, iż nic nie jest na miejscu i nic nie jest w porządku, tak i ja poczułem raptowne falowanie świata, moje wnętrzności były w całkowitym rozgardiaszu, krew płynęła jak chciała, a myśli galopowały panicznie jedna za drugą. Byłem pijany. Byłem pijany z miłości."

Człowiek pióra zawsze, gdy sięgał po kieliszek, myślał o piątej od końca potencjalnej kobiecie swojego życia, chciał jej odczytać ułożone przez siebie słowo po słowie porównanie porównujące pijaństwo z miłością, chciał być z nią, chciał pijaną dłonią dotykać jej pijanej dłoni, chciał na nowo powtórzyć to, co do niej mówił, choć nie pamiętał, co mówił, chciał jeszcze raz ujrzeć stojące obok wysokie i dorodne damskie widmo, ale piąta od końca potencjalna kobieta życia człowieka pióra nie pokazywała się ani na jawie, ani w delirycznych snach. Szóstej od końca nie pamiętał.

Był sam i nie ruszał się z miejsca. Pisał, wydawało mu się, że wreszcie wie, jak pisać, przestał przybierać pozy, przestał spowijać się w trupio udrapowane woale, zrzucał maski, choć nie pisał o sobie, nie pisał ani o swych aktualnych, ani o potencjalnych kobietach, nie ekscytował się swymi nałogami. Pisał i prawie nigdzie nie wychodził. Nie odwiedzał nawet swych ulubionych i pełnych teraz - kiedy kraj wyzwolił się z moskiewskiego jarzma - wszelakiego dobra sklepów papierniczych. Jeszcze nie tak dawno, przynajmniej raz w miesiącu, kupował herbaciany papier, elegancki notatnik albo wykwintny zeszyt w linie. Teraz, kiedy skończyły mu się herbaciane arkusze, wyjął z dna szafy ryzę bolszewickiego papieru pośledniej jakości, przechowywaną tam jeszcze od czasów stanu wojennego. Nie przeszkadzała mu ani chropawa powierzchnia, ani szarobrunatne przebarwienia. Niekiedy wydawało mu się, że zapisuje stare, spełzłe i wypłowiałe mapy konturowe i gdy bez reszty ulegał temu złudzeniu, pisało mu się biegle.

Przeczuwał nadchodzącą starość i bał się cielesnego nieposłuszeństwa, ale na razie ciało jego budziło się chętnie, głowa ulegała myślom, nogi człowieka pióra chciały go jeszcze nosić po świecie. Najwyraźniej nie był to jeszcze kres wędrówek, a poza tym, prawdą a Bogiem, jakież to dotąd były wędrówki? Gdzież to najdalej człowiek pióra zaszedł na własnych nogach? Do Kocmyrzowa? Do Swoszowic? Do Tyńca? Komunikacją miejską na Wolę Duchacką? Pekaesem do Wisły? Koleją z powrotem do Krakowa? Dajcie spokój. Niekiedy przypominał sobie, iż wszystkie potencjalne kobiety jego życia, i ostatnia, i przedostatnia, i trzecia od końca, i czwarta, i piąta, i nawet szósta, której wcale nie pamiętał, chciały z nim pojechać do Wenecji. Wieczorami, kiedy wstawał zza biurka, kiedy otwierał okno, kiedy słyszał głosy stygnącego miasta, coraz intensywniej i coraz praktyczniej myślał o dalekiej, samotnej podróży.