Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl

 

Felietony (niektóre) Jerzego Pilcha z "Polityki"

 

 

 

 

Polityka - 2001-02-24

 

Jerzy Pilch

Jak powstaje krytyk literacki?

 

1 Podstawowe i rzecz jasna stare pytanie brzmi: czy w ogóle istnieje ktoś taki, kto został krytykiem literackim, ponieważ marzył o tym od dziecka? Czy jest ktoś taki, kto od urodzenia pragnął zostać krytykiem teatralnym? Czy w ogóle można celem życia uczynić pragnienie bycia recenzentem sztuki obojętnie jakiej? Zapewne nie, ale to, że nie, nie musi być źle. Rozumowanie moje w żadnym wypadku nie zmierza w sławetnie trywialnym kierunku, wedle którego krytycy literaccy są niespełnionymi pisarzami, krytycy teatralni niespełnionymi reżyserami, krytycy filmowi niespełnionymi filmowcami. Rozumowanie moje nie zmierza w tym jałowym kierunku, tym bardziej że - bez żadnych wątpliwości - krytykiem zostaje się - tak jest - z niespełnienia. A rzecz w tym, jak niespełnienie to zostaje użyte, sfunkcjonalizowane, zwaloryzowane, przekute i przetopione w prawdziwe pisarstwo krytycznoliterackie. (W końcu spełnionym pisarzem też się zostaje głównie z niespełnienia). Osobiście bardziej mnie ciekawi "krytyk z niespełnienia" niż "krytyk z urodzenia". Tym bardziej że ten drugi w przyrodzie nie występuje wcale.

2 Jak powstaje krytyk literacki? Otóż krytyk literacki powstaje w taki sposób, w jaki powstaje literalnie wszystko na tym świecie. Powstaje on mianowicie w sposób przypadkowy, trywialny i bolesny. Na początku, kiedy krytyk nie jest jeszcze krytykiem, jest on studentem - dajmy na to - trzeciego roku polonistyki. Studiuje, rzecz jasna, bez najmniejszego zapału, z niesłychanym zapałem marzy natomiast o karierze pisarskiej. Jego zgromadzony w wykwintnej kartonowej teczce dotychczasowy dorobek stanowi: kilkanaście (dokładnie siedem) wierszy, dwa opowiadania (jedno bez zakończenia, drugie bez tytułu), początek powieści (ściśle: cztery akapity) oraz kilka luźno zapisanych pomysłów na scenariusz kasowego filmu fabularnego. (Z czegoś trzeba żyć, a nawet więcej: olśniewającą sprawnością rzemieślniczą trzeba zarobić na wykwintne warunki, w których w luksusie i spokoju tworzyć się będzie wstrząsającą lirykę). Krytyk, który nie jest jeszcze krytykiem, często przegląda się w lustrze i coraz niecierpliwiej czeka na druk dwóch z siedmiu wierszy, które złożył w (jego zdaniem nieodpowiedzialnej) redakcji literackiego periodyku studencko-anarchistycznego. Wiersze się nie ukazują, ale w trakcie kolejnej, ponaglającej wizyty w nieodpowiedzialnej redakcji jeden z tamtejszych anarchistycznie zblazowanych redaktorów pyta:

- Czy kolega poeta nie napisałby tymczasem jakiejś recenzji do najbliższego numeru, bo akurat do najbliższego numeru nie ma żadnych recenzji? - Przyszły krytyk zastanawia się przez chwilę, czy pisanie i drukowanie recenzji nie zaszkodzi jego twórczości oryginalnej oraz czy nie uszkodzi jego publicznego pisarskiego wizerunku. Myśl, że rozmaici wielcy pisarze pisywali recenzje, a nawet eseje literackie, uspokaja go wszakże i odpowiada pytaniem na pytanie:

- Jakiej recenzji?

- Obojętnie jakiej - odpowiada redaktor.

- Z czego recenzji?

- Obojętnie z czego.

I przyszły krytyk pisze obojętnie jaką, obojętnie z czego recenzję, nazwisko jego pokazuje się w druku, generalnie jest dobrze, kariera literacka trochę nietypowo, ale jednak się zaczęła. Są też pierwsze glorie: w redakcji jego recenzję chwalono niezmiernie.

Dalej wszystko idzie jak z płatka. Do kolejnych numerów niezmiennie brakuje obojętnie jakich, obojętnie z czego recenzji. On te recenzje pisze, przychodzi mu to osobliwie łatwo, wkrótce staje się rzeczą dla wszystkich oczywistą, że jego recenzja musi się ukazać w prawie każdym numerze, z czasem jego recenzja staje się kluczową rubryką pisma. On sam zauważa, że teraz nie tylko go w redakcji chwalą, teraz bardzo się też z jego zdaniem liczą. Teraz jest on już autorytetem. Teraz on już nie pisze byle jakich z byle czego recenzji. Teraz on już w swych krytycznoliterackich tekstach dyktuje warunki. Wykwintna, kartonowa teczka zawierająca twórczość oryginalną raczej nie zmienia swej coraz bardziej historycznej zawartości, ale jest, ale istnieje. Cienie zawartych w niej nienapisanych arcydzieł stanowią wzorzec, do którego on (krytyk?) mniej lub bardziej świadomie przymierza recenzowaną przez siebie twórczość - stąd w jego tekstach niezmiernie częsty pogardliwy i mentorski ton.

3 Czy tak powstaje krytyk literacki? Oczywiście nie. Tak powstaje mroczny element bardzo niejasnej odpersonalizowanej, a nawet zdehumanizowanej masy zwanej mylnie krytyką literacką. W dodatku "Plus-Minus" "Rzeczpospolitej" dwa poświęcone krytyce literackiej teksty napisane przez dwu pisujących też poezje (albo na odwrót) recenzentów. W obu tekstach bez przerwy mowa o krytyce literackiej: krytyka literacka to, krytyka literacka tamto, krytyka literacka zrobiła, krytyka literacka zdradziła, krytyka literacka wywindowała, krytyka literacka zagubiła, krytyka literacka obciągnęła itd. Co to jest krytyka literacka?

Co to jest literatura? - pytał Gombrowicz i odpowiadał: nie ma żadnej literatury, jest jeden, drugi, trzeci, kolejny pisarz. Co to jest krytyka literacka? Nie ma żadnej krytyki literackiej. Jest jeden, drugi, trzeci, kolejny krytyk literacki. Jest? Jest. Dopóki mowa o krytyce jako o niejasnej masie recenzenckiej, mowa o tym, o czym mowa. Jeśli mowa o krytyce z prawdziwego zdarzenia (choć z niespełnienia), w każdej chwili, bez względu na rzekome czy nierzekome kryzysy, sam mogę wyliczyć (co prawda na palcach jednej ręki, ale to wystarczy) autorów, co w swych krytykach potrafią dotknąć istoty omawianego tekstu.

4 Z prawdziwego zdarzenia, choć z niespełnienia? Tak, sądzę, że tak. Klasycy krytyki (choćby Brzozowski, Irzykowski, Wyka, Kijowski, Puzyna, Błoński, Bereza, Jarzębski, Stala) mieli czy mają swoje wykwintne (nieraz obfite i wielotomowe) tekturowe teczki z twórczością oryginalną i w rozmaitym stopniu, w rozmaitej skali i z rozmaitą - że tak powiem - technologią teczki te na całość ich twórczości wpływają i twórczość tę określają. Prozy i wiersze przez nich napisane, a także cienie utworów przez nich nienapisanych są jednak w swym niespełnieniu paradoksalnym spełnieniem. Nie są świadectwem słabości, są świadectwem duchowej i pisarskiej siły. Nie są napędem pogardy, ale źródłem pokory. Nie podszeptują tonu mentorskiego, uczą dialogu z "recenzowanym" dziełem sztuki. Istotnie: chyba nikt od urodzenia nie marzył o tym, by zostać krytykiem literackim, raczej marzył o tym, by zostać pisarzem. Toteż ci, co zostając krytykami literackimi, zostają zarazem (także w swej twórczości krytycznoliterackiej) pisarzami z prawdziwego zdarzenia - są, powtarzam, najciekawsi.

 

 

 

 

Polityka - 1999-02-20

 

Jerzy Pilch

Siorbanie jako warunek twórczości

 

Gustaw Herling-Grudziński ma świetny wibrujący głos, Herlingowi, kiedy mówi, głos intensywnie wibruje. W zeszłym tygodniu, kiedy zaczął mówić o cnotach w telewizji, głos jego wibrował specjalnie intensywnie, głos mu się niekiedy nawet dramatycznie łamał, co w końcu nie dziwota, Herling bowiem wreszcie postanowił publicznie powiedzieć, że Miłosz to głupek. Mówił też Herling, i to mnie zachwycało, o głupocie innych pisarzy, o głupocie Koestlera, o głupocie Kotta, o głupocie Andrzejewskiego. W sumie szkoda, że padło tak mało przykładów, choć z drugiej strony Bogu Najwyższemu chwała, że w ogóle jakiekolwiek nazwiska tu padły, nie należy do obyczaju polskiej duchowości nazywanie negatywnych rzeczy po imieniu, tu trzeba specjalnej odwagi. Podziwiam odwagę Herlinga-Grudzińskiego, podziwiam ją tym bardziej, że odwaga, z którą mówił o głupocie, nie była przecież odwagą mędrca, była to raczej chłopięca odwaga. Twarz pisarza znakomicie fotografowana przez Dariusza Pawelca raz po raz nabierała chłopięcego wyrazu, wciąż zapalały się w oczach swawolne ognie, cień, co mówię: cień, blask, blask chłopięcości rozjaśniał oblicze. Sam powrót do chłopięcej odwagi wymaga odwagi, choć rzecz jasna mogą za tym powrotem stać i inne desperacje.

Asumpt do rozważań o głupocie, asumpt do wytykania głupoty kolegom dał Herlingowi główny temat wywodu, jakim była cnota mądrości mianowicie. Mądrze szło tu autorowi o ten rodzaj życiowej mądrości, co niezależny jest od wykształcenia, znajomości języków obcych, ilości przeczytanych książek inteligencji, talentu, pisarskich czy artystycznych kunsztów. Jest to swoisty rozum instynktowny, który się ma albo nie ma, nabyć go drogą ćwiczeń czy innych edukacji niepodobna. Moja babka Czyżowa np., która zaledwie posiadła sztukę czytania, pisania, miała tę mądrość niewątpliwie, Tomasz Mann, autor znacznej ilości arcydzieł, raczej tej mądrości nie miał, bo przecież, kiedy czyta się jego "Dzienniki", wyłania się stamtąd wizerunek wyjątkowo upierdliwej mędy, zajętego wyłącznie sobą potwornego egoisty, ciężkiego pasażera życia codziennego. Mógłbym zatem niemal z czystym sumieniem powiedzieć, że moja babka mądrzejsza była od Tomasza Manna, a skoro była mądrzejsza, należy ją wyżej postawić, także w hierarchii kultury wyżej, w końcu co z tego, że nie napisała "Doktora Faustusa".

Za pomocą demagogii instant, za pomocą radykalnego, by nie rzec topornego, przykładu referuję gołym okiem widoczne niebezpieczeństwa. Głupota wszakże jest niesłychanie łatwopalną substancją, jak się w kim dostrzeże najwęższe nawet pasmo głupoty i jak się to pasmo nazwie, uruchomi, podpali, niechybnie spłonie cała reszta, co nie była głupia. W martwym płomieniu osobistej głupoty autora jego mądre dzieła zebrane również obrócą się w popiół. Toteż śmiałe mówienie o głupocie, zwłaszcza o głupocie żywych, wymaga chłopięcej niefrasobliwości, co nie znaczy, że zawsze każda chłopięca niefrasobliwość wywołuje ogólny pożar wszystkiego.

Gustaw Herling-Grudziński ma niechybnie rację, bo też szczerze mówiąc niepodobna tu nie mieć racji, bywają pisarze mądrzy i pisarze głupi. To jeszcze pół biedy, gorzej, że autorami świetnych książek bywają i jedni, i drudzy, a nawet jakby rzecz sprawdzić statystycznie, to nieubłaganie wyjdzie, że znacznie więcej świetnych książek jest autorstwa głupków. Stary problem, a raczej odwieczny fenomen. Pan Bóg faktycznie bardzo nieraz osobliwe ludzkie naczynia postanowił napełnić literackimi natchnieniami, wielki poeta, co chyba jest jak anioł, odkłada pióro i zza biurka wstaje obleśny grubas o ciasnych horyzontach, rasowy epik przy bliższym poznaniu okazuje się potwornym nudziarzem, subtelny eseista zdziwaczałym starym kawalerem o piskliwym głosie, sam o nich tymi słowy pisałem, sam o nich nie tylko "Intelektualistów" Paula Johnsona czytałem, sam osobiście znałem niejednego wybitnego autora, który poza obszarem napisanej przez siebie wybitnej książki nie tylko tracił wszelaką wybitność, zyskiwał też w zamian na debilizmie. Talent bez rozumu - zaiste przypadek równie częsty, co pożałowania godny. Oczywiście można powiedzieć: widocznie tak być musi, widocznie konstruując wrażliwe, kreatywne dusze Opatrzność wyliczyła, że ich kreatywność okupiona być musi taką to a taką dozą życiowej nieudolności.

Jeśli wybitny poeta siorbie zupę, to z niejakim trudem przychodzi świadomość, że jego siorbanie jest warunkiem twórczości, myśl o spóźnionej lekcji kindersztuby, po której siorbanie ustanie wraz z rymotwórstwem, wydaje się myślą płochą, niestety realność tej myśli nie jest wykluczona, nie da się nawet wykluczyć, iż siorbanie zupy może być niekiedy uciążliwym elementem planu Bożego względem poety, "poematy tworzyć będziesz lecz w poniżeniu siorbania żyć będziesz", w każdym razie są tacy, co bez siorbania ani linijki nie napiszą.

Ale Herlingowi-Grudzińskiemu raczej nie szło o ten rodzaj głupoty, co jest formą umysłowego niechlujstwa po godzinach pracy twórczej, jemu szło o immanentny podział na pisarzy-mędrców i pisarzy-głupców, i niewiele w tym słusznym podziale jest do uzupełnienia. W końcu wszyscy jesteśmy za mędrcami, utalentowani głupcy są rodzącą poznawczy popłoch koniecznością i poza unikaniem towarzystwa nie ma innego sposobu na brednie, jakie nieustannie z chorobliwym zapałem wygaduje Fiodor Michajłowicz Dostojewski. Jestem za mędrcami, jestem za najwyższymi spełnieniami mędrców, jestem za piszącymi mędrcami, choć, prawdę powiedziawszy, zależy, ile godzin na dobę dany mędrzec jest mędrcem. Im mniej, tym lepiej, im więcej, tym gorzej, średnio w sam raz. Mędrzec, co jest mędrcem osiem godzin na dobę, to musi być bardzo przekonywający mędrzec, mędrzec, co jest mędrcem 24 godziny na dobę, jest jak ten posiadający 100 proc. racji Żyd z pierwszej strony "Zniewolonego umysłu" - książki, zdaniem Herlinga, choć inteligentnej, to głupiej.

Rzecz prosta, łatwo przypisać Grudzińskiemu najniższe instynkty i wypowiedzi jego skomentować językiem psychologii urazowej, ale nawet gdyby, nawet gdyby ten jałowy ruch uczynić, urazy, resentymenty, kompleksy nie likwidują doniosłego problemu, jakim jest na przykład funkcjonowanie Czesława Miłosza w świadomości współczesnych mu twórców. Jakie są formy jego obecności w mózgach kolegów? Jak dramatycznie siedział Miłosz w Herbercie, jak siedzi w Herlingu, w Różewiczu, w Konwickim? Literatura jako borykanie się z nadmiernością kolegi, co zaznał spełnienia i na ile to spełnienie jest niesprawiedliwe; bo tak czy inaczej spełnieniem swoim wymierzone jest przeciwko innym talentom?

Szeregi problemów są tu do nazwania, esej godny pióra prawdziwego mędrca jest do napisania, być może pióro Sławomira Mrożka byłoby tu sposobne. Być może Mrożek piszący tak, jak swego czasu pisał o Tyrmandzie, mógłby to napisać, w każdym razie Herling Mrożka w poczet mędrców liczy, Mrożek, zdaniem Herlinga, jest pisarzem, co w prywatnym życiu głupstw nie wygaduje. I istotnie: jak niejedna anegdota głosi, autor "Tanga" jest to bardzo małomówny człowiek.

 

 

 

 

Polityka - 1999-08-14

 

Jerzy Pilch

A może byś chciała Polaka?

 

Gdyby Polacy faktycznie (jak wynika z materiału Ewy Nowakowskiej, POLITYKA 32) zajmowali ostatnie miejsce na liście najlepszych kochanków świata, nie byłoby najgorzej, w końcu być najgorszym wśród najlepszych, to i tak jest nieźle. Ale jest oczywiście gorzej, lista Durexa nie jest listą najlepszych kochanków świata, brakuje na niej choćby takich potęg seksualnych, jak doskonali technicznie Hindusi, którzy - jak wiadomo - uczą się składać litery na Kamasutrze, jak maleńcy Japończycy, którzy znajomość setek pozycji miłosnych wysysają z mlekiem matki, czy pałający Arabowie, dla których najskrytsze obszary erogenne są jak rodzeni bracia. Ostatnie miejsce Polaków nie jest ostatnim miejscem w pierwszej czternastce, bo nie jest to pierwsza czternastka. Gdyby obraz erotycznego kunsztu ludzkości był pełniejszy, nasza lokata byłaby niechybnie niższa. Wychodzi na to, że ostatnie miejsce w rankingu Durexa to i tak jest miejsce wysokie.

Nie zamierzam rytualnie wydziwiać nad kolejną, tym razem łóżkową przywarą narodową - odpowiedź na pytanie: dlaczego Polacy są marnymi kochankami jest mi znana, toteż bez zbędnej, nie tylko w tym przypadku, gry wstępnej odpowiedzi tej udzielam.

Otóż generalnie Polacy są słabi w łóżku, ponieważ nie bywają w łóżku, a jak bywają w łóżku, to nie bywają w tym łóżku, w którym - jak sobie wyobrażają - chcieliby i powinni bywać. (Fakt, iż w tabeli Durexa dającej średnią liczbę stosunków seksualnych rocznie nasi chłopcy zajmują stosunkowo wysokie 5 miejsce, potwierdza moje rozumowanie i pogarsza całą sprawę: mało, że rodacy robią to źle, to na domiar złego robią to często). Powtarzam raz jeszcze: Polacy są słabi w łóżku, ponieważ nie bywają w łóżku, ściślej: nie są wpuszczani do łóżka, jeszcze ściślej: nie są wpuszczani do łóżka przez osoby, przez które chcieliby tam być wpuszczani. W ten zresztą sposób zamyka się kolejny zaklęty krąg naszych losów: Polacy nie są wpuszczani do łóżka, ponieważ są słabi w łóżku, są zaś słabi w łóżku, ponieważ nie są wpuszczani do łóżka.

Polak od maleńkości ćwiczony jest rozmaitymi sposobami w przeświadczeniu, iż świat kobiet jest dlań światem obcym, wrogim i nigdy nie osiągalnym. Pomijam tu bogatą i wielowiekową tradycję rozmaitych zakazów, pomijam to, czego na dobrą sprawę pominąć niepodobna, wbrew pozorom sezonowy kicz przyzwolenia, rozmaite dostępne teraz brawurowe instruktaże cielesności nie mają żadnych szans w starciu z wieloletnią represją cielesności. Na szczęście rzec można: system zakazów systemem zakazów, Polak zaś Polakiem. Jest on nieudacznikiem erotycznym, ale nie jest debilem, nie porusza się w labiryncie ograniczeń na oślep, nie miota się np. pomiędzy prastarym zakazem trzymania rąk pod kołdrą a postmodernistyczną dyrektywą masturbacji jako rzekomo świetnym sposobem na skołatane nerwy. Poza tym system zakazów zarówno Polaka jak i Polki tyczy, w niniejszym tedy rozważaniu, którego przedmiotem jest ich partnerstwo czy też brak partnerstwa, można spokojnie ten system po obu stronach unieważnić.

Kobiety, z którymi Polak chciałby mieć miłość, są dlań od maleńkości niedostępne i wyniośle, i pogardliwie mówią mu: nie. To słynne "nie" Polak słyszy przez całe życie, słyszy je od kiedy zacznie zaznawać pierwszych porywów aż do (nie pozbawionego w tej sytuacji elementu ulgi) płciowego skonu. Nie. Nie. Nie. Może byśmy się umówili? Nie. Może byśmy wypili zapoznawczą lemoniadę? Nie. Może byśmy poszli do kina? Nie. Na spacer? Nie. Do zoo? Nie. Może byśmy? Nie. Wpadniesz do mnie? Nie. Usiądziesz? Nie. Kupisz mi loda? Nie.

Koszmar wiecznie zaznawanej odmowy zaczyna się wcześnie. W przedszkolu dziewczynki, z którymi Polak chciałby się bawić, nie chcą się z nim bawić, mówią mu: nie. W szkole powszechnej koleżanki, którym chciałby po lekcjach odnosić tornister, są niezmiernie nadęte i prychają wrogo i przez cały rok aż do wakacji mówią: nie. Po wakacjach wprawdzie nie są już tak bardzo nadęte i nie prychają wrogo, ale za to rychło okazuje się, że w zamian chodzą już na randki z jakimiś bykami z siódmej klasy. Iluzji, iż sam kiedyś będzie akceptowanym przez kobiety bykiem z siódmej klasy, Polak przezornie nie ulega i czyni słusznie, kiedy w siódmej, a może nawet w ósmej klasie proponuje pewnej ślicznej szóstoklasistce ciastka albo czekoladę na gorąco, słyszy pełen okrucieństwa chichot: nie. Dziewczynki ze szkoły średniej nie są już dziewczynkami, prowadzą swe pełne tajemnic kobiece życie, ktoś je zabiera do dyskoteki, ktoś do teatru, ktoś do knajpy na piwo, ktoś, nie on, on nie, on już z wolna (nigdy jej nie nabywszy) traci umiejętność ułożenia jakiegoś dorzecznego, skierowanego do kobiety zdania, czułego zaproszenia, serdecznej propozycji i w gruncie rzeczy nic dziwnego, że kiedy udaje mu się w końcu coś wybełkotać, słyszy zasłużone: nie. Na studiach z początku wszystko wygląda znacznie lepiej, zwłaszcza pewna szczupła koleżanka z roku wygląda całkiem nieźle i co najważniejsze (nie mówiąc wprawdzie: tak) nie wypowiada jak na razie sakramentalnego, przeklętego: nie. Wygląda na to, że zła passa została przełamana, trwa całkiem przyjemna gra rzekomo przypadkowych spojrzeń, spotkań, dotknięć; niestety z początkiem następnego roku akademickiego okazuje się, że minionego lata szczupła koleżanka z roku wraz ze wszystkimi innymi koleżankami z roku wyszła właśnie za mąż - czyli także: nie.

Czyż muszę kontynuować ten fatalny życiorys? Czyż muszę relacjonować wszystkie pożałowania godne przypadki, wspominać piękne druhny, harcerki co mówiły: druhu nie, i potem dramatycznie uwieszone na ramieniu druha-kwatermistrza znikały w przedwieczornej mgle? Spotkane w pociągach dalekobieżnych pasażerki życia, które mówiły: nie. Nie, niestety, wysiadam na najbliższej stacji. Cudowne kelnerki, które mówiły: nie. Nie, proszę pana, dziękuję bardzo, ktoś mnie odprowadza, proszę pana: nie. Czyż muszę opowiadać dalej? Nie. Nie muszę. Czyż nie jest wystarczająco jasne, że w tym naznaczonym erotycznym fiaskiem kraju nawet jak ktoś się urodzi z wrodzoną i chwalebną umiejętnością brania kobiety w ramiona, przez całe życia prześladowany i ogłuszany stokroć upiorniejszym od wszelakich zakazów, obcesowym: nie - traci tę umiejętność. I bez kunsztu, bez zapału, bez nadziei na strzeliste uniesienia typuje w końcu coś średniego, ta niepozorna mysza z biura jest przecież całkiem fajna, co z tego, że ma minus osiem dioptrii, trzeba jakoś przeżyć, wreszcie zamiast: nie, usłyszeć: tak. Ale niepozorna mysza minus osiem dioptrii nie jest w ciemię bita, widzi, że jest średnio i zanim powie: tak, długo bardzo długo mówi: nie. A potem raz nieopatrznie powiedziawszy: tak, do końca życia koryguje tę niefortunną literówkę i do końca życia mówi: nie. Już się nic nie da zrobić, pozostaje jedynie refren ulubionej wieczornej pieśni: "Przy samowarze stoi moja Masza, ja mówię: tak, a Masza mówi: nie". Pozostaje refren i pozostają haniebne ekscesy. Powtarzająca nawet przed wyjazdem swe uparte nie niepozorna mysza minus osiem dioptrii w końcu wyjeżdża na urlop, zaś zdesperowany Polak postanawia zaznać, choćby drogą płatnej miłości, nieosiągalnego przez całe życie piękna kształtów, pełni zmysłów, damskiej przychylności. Tak. Z bogatej oferty wybiera uroczą - jak głosi anons - wysoką blondynkę o figurze modelki. I kiedy za jakiś czas w drzwiach staje przysadzista brunecica o ciekawie ospowatej cerze, Polak nie jest w gruncie rzeczy rozżalony, dalej jest rad, że nie usłyszy całe życie ścigającej go partykuły przeczącej: nie. Tym razem istotnie nie padnie to słowo, ospowata brunecica ani słowa nie mówi po polsku. Doprawdy dociekanie dlaczego Polacy plasują się na ostatnim miejscu w rankingu Durexa wydaje mi się nie tylko zbyteczne, ale i nietaktowne. W zaistniałej sytuacji należy się raczej cieszyć, że Polacy są tylko kiepskimi kochankami, nie są zaś w masowej skali całkowitymi impotentami, seksualnymi samobójcami i seryjnymi mordercami kobiet. Tak.

 

 

 

 

Polityka - 2003-12-13

 

Jerzy Pilch

Bartoli wskrzesza Salieriego
 

 

W rozgrywce: Mozart kontra Salieri, stanąć po stronie Salieriego to nie jest specjalna ekstrawagancja. "W dwóch artykułach z roku 1922 Mandelsztam wyraźnie odciął się od Mozarta i bez zastrzeżeń stanął po stronie Salieriego" - wspomina Nadieżda Mandelsztam - a radykalność tej frazy, zwłaszcza bez uzmysłowienia kontekstu, brzmi tak dosadnie, że aż komicznie. Z drugiej jednak strony permanentne "uzmysławianie kontekstu" jest jałowe, męczące i nudne. Orędownicy czy obrońcy Salieriego mogą bez końca zaklinać, że wiadomości o jego nienawiści do Mozarta są grubo przesadzone, że jak mu zawidził talentu, to w gruncie rzeczy dobrze o nim świadczy, bo znaczy, że rozumiał jego muzykę, że w planie doczesnym zawidzić nie miał czego, bo w doczesne dostatki, zaszczyty, tytuły opływał obficie, że nie był żadną miernotą artystyczną, ale całkiem niezłym kompozytorem, a jak na swoją epokę zupełnie wybitnym, i że wreszcie sensacyjna wiadomość, jakoby własnoręcznie otruł Mozarta, to jest zwyczajna historyczna brednia.

Niestety w tym wypadku (i w rozlicznych innych wypadkach) nie jest tak, jak było naprawdę, ale jest tak, jak się wybitnemu pisarzowi napisało i tak - w dzisiejszych czasach, specjalnie tak - jak się wybitnemu reżyserowi sfotografowało. Czyli jest tak, jak się najsampierw Aleksandrowi Siergiejewiczowi Puszkinowi, potem Peterowi Shafferowi napisało, i tak, jak się Miloszowi Formanowi sfotografowało. Przypadek Salieriego jest królewskim przykładem na siłę słowa i siłę obrazu; w gruncie rzeczy nie ma co narzekać, że istnieją całe połacie rzeczywistości nie ujęte przez sztukę i literaturę, jakby cała rzeczywistość miała podlegać estetycznemu dyktatowi, nie cała - okazuje się - byłaby piękna.

Teza, jakoby Salieri zabił Mozarta, była tezą morderczą dla Salieriego, to nie on zabił, on został zabity. Jako pierwszy zamordował go Puszkin, było to morderstwo dokonane ze specjalnym okrucieństwem.

W "małej tragedii" pt. "Mozart i Salieri", która ma też być dysputą o "łotrostwie i geniuszu", wszystko jest z sugestywną prostotą wyłożone: Salieri jest pracowitym i pobożnym układaczem nut, Mozart genialnym głupcem, próżniakiem i hulaką, Salieri rozumie Mozarta i nienawidzi Mozarta, nie pojmuje, jak niebiosa mogą być tak niesprawiedliwe: "Nieba! Gdzież sprawiedliwość, gdy najświętszy dar,/Gdy nieśmiertelny geniusz nie w nagrodę/Miłości gorejącej, wyrzeczenia, trudów żarliwych, modłów jest zsyłany,/Lecz opromienia głowę szalonego/I lekkoducha...". Decyzja o otruciu rywala jest głęboko logicznie uzasadniona: "Cóż z tego, że Mozart będzie żył/I jeśli nowe osiągnie wyżyny! Czy przez to sztukę podnieść zdoła? Nie/Sztuka upadnie znów, gdy go nie stanie: Nie pozostawi przecież spadkobiercy./Jakiż pożytek z niego? Jak Cherubin/Przyniósł nam z nieba kilka rajskich pieśni,/Nieuskrzydlone by wzbudzić pragnienie/W nas, synach ziemi i ulecieć potem! A więc ulatuj! Im prędzej tym lepiej". Sam mord dokonuje się naocznie i w pełnej gali: Mozart gra - ma się rozumieć - "Requiem" - a ten mu łubudu: truciznę do kieliszka i Mozart - pa pa - ulatuje.

Ułożony przez Puszkina prawzór został rozwinięty i uszczegółowiony w sztuce Shaffera, spetryfikowany i kanonizowany w filmie Formana. Popełnione przez rosyjskiego poetę morderstwo angielski dramaturg twórczo rozwinął, a czeski reżyser rozpowszechnił i uczynił wiekuistym.

Powiedzieć, że Salieriemu przyprawiona została gęba nieudacznika, nienawistnika i skrytobójcy, to nic nie powiedzieć, on cały, on od stóp do głów stał się nieudacznikiem, nienawistnikiem i skrytobójcą, każdy jego gest i każde słowo stało się słowem i gestem nieudacznika, nienawistnika i skrytobójcy, nawet jego przyodziewek stał się typowym przyodziewkiem nieudacznika, nienawistnika i skrytobójcy. Przed takim wizerunkiem nie ma ucieczki, spod takiego brzemienia niepodobna się podnieść. Głosy obrońców twierdzących, że historycznie jest dowiedzione, że nie zabił, mogą co najwyżej brzmieć jak piski jakichś mało wiarygodnych szperaczy archiwistów. Głosy obrońców twierdzących, że był dobrym kompozytorem, mogą brzmieć co najwyżej jak falseciki przerasowionych koneserów o zboczonym guście. - Jak nie zabił, jak zabił? Jak był dobry, jak był słaby? Przecież na filmie pokazywali, że zabił i że rzępolił.

Oczywiście, przy okazji została i Mozartowi przyprawiona gęba "boskiego kretyna", ale ta próba się raczej nie powiodła, w tym wypadku żadni znawcy nie muszą dowodzić, że autor "Don Giovanniego" znał się na teorii i rzemiośle, geniusz skomponowanej przez niego muzyki ma i tę siłę, że ściera w proch fałszywe mity. Dzieło Salieriego takiej siły nie ma. Swego czasu słuchałem jakiejś jego muzyki, chyba była to antologia operowych uwertur, może z płytkim nastawieniem tego słuchałem, może bardziej na historyczną ciekawostkę niż na sztukę byłem nastawiony, może wciąż przytłaczającej wizji Formana ulegałem, ale szczerze mówiąc - i pewnie nawet bez tych wszystkich zastrzeżeń - ciężko mi było wyzwolić się ze stereotypu, że te kawałki są czymś więcej niż nudziarstwami bez polotu.

Czyli sytuacja była i jest całkowicie beznadziejna - Antonio Salieri pierwszy raz zabity w XIX wieku dalej jest zabity. Wyspekulować taką dla niego szansę, że powstaną w stosunku do dzieł Puszkina, Shaffera i Formana utwory polemiczne, stawiające nieszczęśnika w korzystnym świetle i o porównywalnym polu rażenia, to czysta byłaby - właśnie - spekulacja. Puszkin, Shaffer i Forman - bardzo ciężko jest wymyślić (cóż dopiero znaleźć) skład, który mógłby zagrać przeciw takiej drużynie.

Chyba że się nie tyle wstawi do składu, co cały skład zastąpi - na przykład - Cecilią Bartoli. Nie daję cisnącej się z bezwładnością na pióro pointy, że jest, jak bywa w beznadziejnych sytuacjach: kobieta ocala. Nie daję takiej frazy, bo słucham, jak na wydanej właśnie płycie Bartoli śpiewa Salieriego i w kontekście tego śpiewu tym trywialniejszy sam się sobie zdaję. Głos mezzosopranistki jest jak krew wypełniająca żyły, światło rozpraszające mrok i raptowny przybór wód wypełniający suchy potok. Gdybym umiał, prawdziwiej bym o tym wzmocnieniu, czy zwyczajnie, wskrzeszeniu dzieła Antonia Salieriego przez Cecilię Bartoli napisał. Ale nie umiem. Potrafię jedynie przytaczać równie klasyczne, co do cna zgrane poetyczne klisze. Słucham tej intensywnej i w wielu fragmentach nie tylko z racji jej zmartwychwstania zachwycającej muzyki i byłbym gotów o kompozycjach Salieriego opowiadać tak jak Salieri o Mozarcie. Ale to Salieri znał się na muzyce. Moja gotowość do zachwytu jest subiektywna, neoficka i może bierze się stąd, że antagonista Mozarta jest w sam raz na prostotę mego ucha. Pojmuję przecież, że z faktu, iż wielka śpiewaczka przywróciła do istnienia jego dzieło, nie wynika, by zostało przywrócone do istnienia dzieło genialne. Kto wie, może nawet w śpiewaniu przez Bartoli arii Salieriego jest gest (cień gestu) niedźwiedziej przysługi. Bo przecież jest to ten rodzaj wskrzeszania, w którym ta, co wskrzesza, ważniejsza jest od wskrzeszanego. W końcu nie da się nie odnotować, że płyta, której słucham w o wiele większym stopniu jest płytą Bartoli niż płytą Salieriego. Niestety: kto ma pośmiertnego pecha, ten się potknie nawet przy zmartwychwstaniu.

 

 

 

 

Polityka - 2002-07-13

 

Jerzy Pilch

Boski Janusz
 

 

Książki z racji ich prawdziwości rzadko są zabawne, w "Fotografiach" Janusza Andermana najzabawniejsza jest ich prawdziwość. Było dokładnie tak, jak pisze autor: w latach 80. wszyscy go wielbili. W latach 70. też zresztą, i w 90. także, ale lata 80. to była epoka, w której rencistki w sensie ścisłym rwały dla Janusza Andermana złote zęby. Nie tylko rencistki i nie tylko zęby. Maria Nurowska z płaczem osłaniała go przed wojskiem, Adam Zagajewski pożyczał pieniądze, Lidia Ciołkoszowa przepraszała za nic, Agnieszka Osiecka fotografowała bez końca, Halina Mikołajska prosiła, by woził ją autem, a jak były awarie, dla rozgrzewki płomiennie o swym życiu mu opowiadała. Obcy ludzie dwudziestoletnie córki do łóżka mu pakowali, mieszkańcy Końskich wódkę stawiali mu skrzynkami, co oczywistość, wtedy każdy chciał się z Andermanem napić. Konwicki mu radził, co zrobić z prestiżową nagrodą, a Iredyński - jak się bronić przed pocałunkami Iwaszkiewicza. Tenże Iwaszkiewicz osobiście drukował go w "Twórczości", a prezes oddziału pisarzy krakowskich dawał mu za to mieszkanie. Zofia Kuratowska dlań dokumenty fałszowała, Stachura z narażeniem przemycał go do hotelu, wybitni reżyserzy kręcili według jego scenariuszy filmy, które z racji ich odwagi przeważnie szły na półkę; zawodowe wróżki ubiegały się, by móc mu choć trochę powróżyć, pewien doświadczony adwokat bronił go za darmo, modelki pomagały w występach na estradzie, uczennica z liceum, w którym udaremniono mu powiedzenie prawdy o Katyniu, zwróciła się doń o pomoc w sprawie kłopotów z orgazmem, nawet na nic nieczuły Bohdan Poręba dał się uwieść szczerości jego błękitnego spojrzenia. Mieszkańcy mazurskiej wioski, w której bywa latem, do dziś nie mogą przeboleć, że nie uległ prośbom i nie został ich sołtysem, kielczanie z kolei chcieli mu powierzyć ważne stanowisko na odcinku lokalnych służb specjalnych... Czar pisarza działa też zresztą odwrotnie: pewien człowiek - co się z powszechnych uwielbień nie tylko wyłamał, ale Janusza Andermana na UB wręcz zdradził i świadomie krzywoprzysięsko o obrażanie szatniarza w restauracji oskarżył - rozpił się strasznie i wpadł w samobójcze manie.

Wszystkie te i liczne inne fakty skrupulatnie są w "Fotografiach" odnotowane i nie dziwota, jak się miało tak bogaty życiorys, jak się wszędzie, gdzie trzeba, wtedy, kiedy trzeba, było, jak się w redakcji krakowskiego "Studenta" było w najlepszych czasach Studenta, w Wolnej Europie w najlepszych czasach Wolnej Europy, w Oborach w najlepszych czasach Obór, a też w Białołęce w jej najciekawszym sezonie i w emigracyjnym Londynie w całej jego krasie - to doprawdy nie dziwota, że jak człowiek nawet na oślep do własnego archiwum sięgnie, raz po raz wyjmuje fotografię, na której albo jest prekursorem podziemia wydawniczego, albo siedzi obok prymasa Glempa, albo pozuje do rzeźby, która ma wyobrażać Bolesława Prusa, albo jest uwieczniony, jak go szuka policja komunistyczna, albo jak sprytnym grepsem ratuje przed tą policją całkowicie zresztą, jak wynika z koleżeńskiej diagnozy, przez wódkę i kolaborację strawionego poetę Grochowiaka, albo jak jako jedyny przytomny powątpiewa w porozumienia gdańskie, albo jak grubo wcześniej komuniści sami przed nim kapitulują i na skutek jego reportażu wycofują się z poronionej idei studenckich praktyk robotniczych, albo jak w dzieciństwie jeździ na rowerku tak samo jak Gombrowicz - w tym zresztą jedynym przypadku autor ma co do własnego rozpędu narracyjnego wątpliwości: "Nie powinienem tego zdjęcia opisywać - sumituje się - bo po latach przeczytałem podobny opis u Gombrowicza". Podobny? Przesada.

Owszem, w pewnej mierze problem nadmierności autora jest problemem gombrowiczowskim, w przypadku "Fotografii" jest co najwyżej problem nadto zaszczytnej obecności autora przy wszystkich bez mała opisywanych epizodach. Choć z drugiej strony, jaki to problem, jak to wszystko prawda była? Prawdziwość "Fotografii" potwierdzam w całej rozciągłości i przychodzi mi to tym łatwiej, że sam w tamtych czasach byłem rencistką, która dla Andermana rwała złote zęby. Nie tylko rencistką i nie tylko zęby. Proza Andermana, zwłaszcza wydana w 1979 "Gra na zwłokę", była przynajmniej w pewnych kręgach książką kultową, sam się do tego kultu przyczyniałem, czytałem to (i niektóre późniejsze opowiadania) z przejęciem i z oddaniem o tym pisałem.

Jak się wchodzi w literaturę, to równie ważni jak niedościgli klasycy, na których człowiek się ambitnie wzoruje, są koledzy rówieśnicy, którzy tę samą rzeczywistość widzą i którzy potrafią ją w jakiś pokoleniowy sposób, jakimś pokoleniowym, a może nawet i moim, tyle że jeszcze nieukształtowanym, językiem nazwać. Dla mnie takimi pisarzami byli w prozie Anderman, w poezji Polkowski. Dodatkowo i osobliwie fascynujące było to, że metrykalnie mi bliscy, byli w pisarskich spełnieniach niesłychanie odlegli, ja się dramatycznie ubiegałem, by ujrzeć własne nazwisko w druku, oni już byli pisarzami całą gębą.

I tyle da się tu powiedzieć. Był okres fascynacji, minął, ja się zmieniłem, oni się zmienili, świat się zmienił. Nawet mi do głowy nie przychodzi, by na nich czy na siebie z powodu braku kontynuacji tamtej zachwycającej przygody kłaść jakieś wyspekulowane powinności. Ani nie twierdzę z brawurowym ekshibicjonizmem, że ja w tamtych czasach byłem niedorozwinięty i niewczesne były moje fascynacje, ani uparcie nie trwam przy swoim i nie utrzymuję, że to oni swoimi dalszymi ciągami nie spełnili pokładanych w nich nadziei. Jaś Polkowski przestał pisać wiersze i oczywiście, jakby równie świetne jak wtedy pisał, byłoby wybitnie, ale przecież nie budzę się co rano w rozpaczliwym oczekiwaniu na nowe wiersze Polkowskiego. Nie pisze, to nie pisze - jego sprawa. Janusz Anderman postanowił w "Fotografiach" przypomnieć epokę swej świetności i przynależność do historii najnowszej wykazać, jego i jego aktualnych czytelników to sprawa - nie moja. Rzecz jasna w głębi duszy uważam, że jak Pan Bóg pozwolił być pisarzowi praktycznie we wszystkich możliwych ważnych miejscach w tym stuleciu, jak rozpiął jego życie pomiędzy myciem w dzieciństwie auta Józefowi Cyrankiewiczowi (owszem, zdążył autor i z taką, wielorako w symbole brzemienną, posługą) a męczeństwem księdza Popiełuszki, które zesłał i po to, by powstrzymać autora przed emigracją (owszem, pada ten argument), otóż jeśli faktycznie Bóg tak obficie pisarza obdarzył, to uczynił tak, by ten z wiedzy swej wszechwiedzącej i obecności wszędobylskiej większy dar czynił, niż monotonnie zapewniał: tu a tu byłem, tu a tu byłem, a tu a tu też byłem. A większy dar w literaturze czynić, nie znaczy więcej pisać, dawać rozległe powieści. Stawianie Andermanowi postulatu jakiegoś rozmachu epickiego byłoby sprzeczne z jego naturalną, a z czasem bardzo utrwaloną skłonnością do form właśnie "fotograficznych", akurat wybór formy jest dobry, ale jakby choć z części tych fotografii wyretuszować świetlistą, wręcz prześwietloną glorią postać autora, byłoby tak jak w najlepszych ("Początek roku szkolnego", "Dwieście kobiet pod sobą", "Kampania", "Żywe kamienie" czy w prawie czechowowskiej, gdyby nie spaprana końcówka, "Jesieni ormowca") opowiadaniach tomu - byłoby świetnie. Tak myślę, ale myślę w głębi ducha. Ani diagnoz, ani ocen szerzej nie rozwijam i nie uzasadniam, wszelkie spełnienia i niespełnienia "Fotografii" - to, czy są one zbiorem przeuroczych gawęd, zmarnowaną szansą, świadectwem zwierzęcej tęsknoty za Peerelem czy manifestem literackiego wyrafinowania, to nie jest - powtarzam - moja sprawa.

Nie moja, bo ja nie po to przechowuję numer "Twórczości" z "Grą na zwłokę", by mnie w najnowszej książce autor z szumem informował, że Iwaszkiewicz go kiedyś osobiście w "Twórczości" drukował. Za dobrze znam "życie i twórczość" Janusza Andermana, by dla mnie była przeznaczona podana tam wiadomość, że nazwisko autora jest ujęte w encyklopedii. Nie są to dla mnie nowiny.

Nowiną jest natomiast dla mnie fakt, że luterski żółty ser (zwany przez Andermana dowcipnie: "pomarańczowym żółtym serem"), którym w latach 80. w ramach rozlicznych uwielbień ja i cała moja ówczesna rodzina karmiliśmy naszego niezwykłego gościa - jemu wtedy, okazuje się, nie smakował. "Nie były to łatwe czasy - pisze Anderman - mnie samemu było ciężko, gdy za każdą bytnością przy ulicy Nullo (czyli u mnie w Krakowie - dopisek J. P.) wódkę trzeba było zagryzać pomarańczowym żółtym serem, dostarczanym hojnie, a bez opamiętania, przez ewangelików niemieckich, chcących dożywić pogrążonych w niedostatku braci ze Wschodu. Prawdę mówiąc, za którymś razem miałem już dość tej - jak mówiono w restauracjach - konsumpcji, odstawiłem pomarańczowy żółty ser z obrzydzeniem i wtedy właśnie w tę złą godzinę, zdecydowałem się, że za wszelką cenę muszę Jurkowi Pilchowi znaleźć stałą pracę, która przyniesie mu parę groszy i odmieni nasze pracowite wieczory". Dalej idzie opowieść, jak to Anderman zawiózł mnie do Andrzeja Mleczki, jak to wystarał się dla mnie o pracę w jego Galerii, i jak to ja kiepsko tę pracę sprzedawcy znosiłem - do tego stopnia kiepsko, że bezpośrednio z tego powodu, a pośrednio dzięki Andermanowi, musiałem przenieść się do Warszawy.

W rzeczywistości było rzecz jasna całkowicie inaczej i nie ma to w dodatku najmniejszego znaczenia. Nie idzie też o to, że ja o generalnej prawdziwości autobiograficznych wyznań Andermana zapewniając, musiałbym teraz ich szczegółową, czyli też i generalną wiarygodność zakwestionować i własną tezę obalić. W literaturze nie jest ważne jak było, ważne jest jak się napisało. A Andermanowi tak się napisało, że mnie rozwścieczyło. Nie z powodu przypisywania sobie przez autora kolejnych zasług, nie z powodu tendencyjnego omijania przezeń moich prawdziwych kolei, nie z powodu fałszywego opisu Galerii i prostackiej psychologii (choć oczywiście, autor przekonany przez krytykę, iż jest piewcą pokracznego losu i potocznego bełkotu, przesadnie dba, by jego postacie były wyłącznie bełkoczącymi pokrakami), nie z powodu wyciągania jakichś faktów z rękawa. (Bo przecież nie z pamięci, pamięć epika, zwłaszcza jak idzie o pamięć obficie w "Fotografiach" opisywanych imprez towarzyskich, zamierała w trakcie takich wydarzeń - jeśli mnie pamięć nie myli - mniej więcej po piętnastu minutach). Nie rozwścieczyłem się z żadnego z wymienionych i z licznych innych wysokich powodów. Co się Andermanowi napisało, to mnie rozwścieczyło do białości z powodu najwyższego, z powodu mianowicie sera luterskiego. I o luterski ser tu idzie, o moją luterską urazę i o moją luterską vendettę. Serek ci k...a nie smakował? Było nie żreć. A jak się żarło, było nie pisać. Ze szczerego serca serek serwowałem, a nie z dalekosiężnego domysłu, że jak nie będzie o czym pisać, to i ser się na temat nada. Wielbiłem, ale tak daleko uwielbienie moje nie szło. Opisywany przypadek nie jest intelektualnym dramatem wynikającym z zawiedzionej miłości. Dzisiejsze ciekawe i do opisania dramaty intelektualne wynikające z zawiedzionych miłości, to mogłyby być na przykład (są!) dramaty tych, co niegdyś kochali Adama Michnika, z zawiedzionego uczucia do Andermana dramat wysnuć trudniej. Toteż - powtarzam - nie o zawiedzioną miłość, a wyłącznie o spostponowany ser tu idzie.

Jak swego czasu ten kawałek spotwarzający smak ewangelickiego sera jeszcze w "Gazecie Wyborczej" przeczytałem, solennie przyrzekłem sobie, że jak godzina wybije, bez względu na układ, sytuację i obyczaj, poczęstuję żartownisia nie luterskim serkiem, i nawet nie - jak nakazywałaby logika metafory - własnoręcznie sporządzonym i dobrze przyprawionym luterskim pasztetem, ale po prostu przemówię doń z luterską troską. Oto moja, samemu sobie, a pośrednio i tobie boski Januszu, dotrzymana obietnica.

 

 

 

 

Polityka - 2004-10-09

 

Jerzy Pilch

Buty wypastowane

 

W Polsce jest coraz lepiej, ponieważ podnosi się zarówno stopa życiowa jak i poziom obyczajowy kloszardów. Nie mam w tej sprawie przekonujących rezultatów statystycznych, ale mam ten przywilej, że bezkarnie uogólniam własne spostrzeżenia. Nie muszę dodawać, że są to spostrzeżenia jednostkowe.

Kloszardzi koczujący w wymiernej odległości od całodobowego sklepu spożywczego przy ulicy Hożej w Warszawie są mi znani z widzenia. Wiedzą, że od czasu do czasu - zwłaszcza jak widzę, że sytuacja jest dramatyczna - mogą liczyć na drobne wsparcie; choć sprawiedliwie trzeba przyznać, że zdarzają się nam i całkiem bezinteresowne wymiany ukłonów. Jak z kolei jest interes, to jest formułowany wprawdzie fasadowo, ale wymiernie. Kloszardzi z Hożej należą mianowicie do tej grupy polskich biznesmenów, co wiedzą, iż im ściślej sformułowane są warunki wstępnego kontraktu, tym lepiej wypada końcowy rezultat negocjacji. Toteż przystępują do rozmów operując bardzo ścisłymi danymi: - Kierowniku, brakuje nam do flaszki dokładnie złoty sześćdziesiąt siedem. Suma bywa oczywiście różna, nigdy wszakże nie przekracza wysokości dwu złotych i zarazem zawsze zawiera sugestię zaokrąglenia (zbilansowania) w kierunku tej właśnie liczby. Stąd też dwa złote jest podstawową kwotą (kwotą matką) ewentualnych dotacji.

Oczywiście bywa, że psuję harmoniczność układu i wręczam złotówkę, pięćdziesiąt, a nawet - wstyd wyznać - dwadzieścia groszy, ale wówczas wzrastają koszta niewymierne. W sensie widzialnym wyzbywam się paru groszy, ale straty moralne, jakie ponoszę będąc przymuszonym do oglądania mimicznego spektaklu wyobrażającego Alegorię Niepojętego Bólu i Zdumienia, są o wiele wyższe. Kloszard, na którego dłoni spocznie moneta - dajmy na to - pięćdziesięciogroszowa, wpierw zastyga niczym porażony gromem krzywdy, stoi niemo i nieruchomo niczym posąg niesprawiedliwości, przez wiele sekund wpatruje się z mistrzowsko markowanym niedowierzaniem w nikczemny nominał, następnie jakby przeszywała go błyskawica najwyższego niepokoju, wolno, niezwykle wolno unosi głowę i patrzy na mnie rozdzierająco, w jego spojrzeniu jest zarówno poczucie krzywdy jak i napomnienie, zarówno pogodzenie się z tragicznym losem jak i nadzieja na jego poprawę - jest to tak sugestywne i tak przeraźliwe, że zaręczam: lepiej dać więcej, a tego nie widzieć.

Postęp obyczajowy, jaki w ostatnich czasach na przykładzie kloszardów z Hożej odnotowuję, polega głównie na zmianach językowych oraz widocznym wzroście etosu. Z inicjalnych formuł proszalnych znika mianowicie do cna zbanalizowana tytulatura (kierowniku, szefie, sąsiedzie), a zastępuje ją powszechnie przyjęta forma: pan, panie - to prawda - przez prostoduszny nadmiar kwiecistości sprawiająca na razie nieco groteskowe wrażenie: łaskawy panie, czy szanowny pan zechciałby itd.

Kiedy w zeszłym tygodniu wracałem do domu, znalazłem się w wyjątkowo niezręcznej sytuacji, byłem objuczony ostatnią partią prac konkursowych, dźwigałem siatkę z podstawowymi artykułami spożywczymi, pod pachą miałem opasły plik gazet, słowem obie ręce zajęte i właśnie wówczas, w tak operacyjnie niefortunnym momencie, pod samą już bramą zbliżył się jeden z kloszardzich liderów i konsekwentnie szerząc nowy wzorzec językowy, zagaił z wykwincją: - Najmocniej pana przepraszam, ale brakuje nam dosłownie złoty dziewięćdziesiąt jeden, czy pan byłby łaskaw?

- Przepraszam - odparłem z uprzejmością, choć nie bez pewnej irytacji - przepraszam, ale jak pan widzi, nie mam wolnej ręki i nie mogę spełnić pańskiej prośby. Jeśli jednak - dodałem skwapliwie, bo w jego twarzy nie tylko smutek, ale i gotowość do obrazy ujrzałem - jeśli jednak poczeka pan kilka minut, to ja zaraz ponownie wychodzę z domu i wówczas będzie mi łatwiej... On spojrzał na mnie z namysłem i po chwili zapytał:

- Czy aby na pewno? - Oczywiście, zaraz będę z powrotem... Muszę jeszcze wpaść do pralni - dodałem szczery i przez to, przynajmniej w moim przekonaniu, w pełni uwiarygodniający mnie konkret. I wtedy lider kloszardów przybliżył twarz na niebezpieczną odległość i rzekł: - Mogę panu zaufać?

- Tak - wyjąkałem i bez zwłoki poleciałem na górę i wszystko, co miałem, zostawiłem i z naszykowaną dwuzłotówką jak najrychlej na dół wróciłem - jego jednak - choć słowo daję, długo nie zabawiłem - już nie było. Miałem nawet - celem udowodnienia, że mimo wszystko można mi zaufać - odruch szukania, ale powściągnąłem samego siebie. Mój etos był bez zmian, jemu wzrastał godność i honor, z jakim olał czekanie, były tego wymownym świadectwem.

W przypadku pucybuta świetnie znanego wszystkim podróżującym popołudniowymi ekspresami Kraków-Warszawa wzrost obyczajowy i etyczny jest tak daleko idący, że aż nadmierny. Sympatyczny ów człowiek snadź zbił na czyszczeniu butów fortunę, o czym świadczy choćby przyodziewek. Któż w końcu widział pucybuta w kosztownej skórzanej kurtce, któż widział, żeby pucybut swoje akcesoria trzymał w wytwornym neseserze, jak nie od Baty, to z pewnością od Wittchena albo na odwrót.

Nigdy nie korzystałem z jego usług, bo sytuacja, w której drugi człowiek miałby mi czyścić buty, byłaby dla mnie nie do zniesienia pod względem egzystencjalnym. Tak się wszakże składa, że od awansu Cracovii do pierwszej ligi moje podróże do Krakowa stały się niepomiernie częstsze i bywa, że nie ze wszystkim nadążam. Parę dosłownie dni temu w biegu z hotelu do pociągu nie zdołałem należycie wypastować butów, a bycie w niewypastowanych butach jest - jak powszechnie wiadomo - absolutnie nie tylko pod względem egzystencjalnym, ale pod każdym względem nie do zniesienia. Toteż nie dziwota, że jak tym razem zziajany do pociągu wpadłem i króla pucybutów zastałem w pierwszej klasie rozciągniętego w sybaryckiej pozie na fotelu - zgodziłem się. On zapytał: - Czyścimy? A ja nieoczekiwanie odparłem: - Czyścimy. On spojrzał na mnie opornie, z gnuśnością zwlókł się z fotela i powiedział z ociąganiem: - W takim razie idę kupić pastę.

Nie pytałem, czy mogę mu zaufać. Wiedziałem, że wróci. Do sąsiedniego przedziału właśnie wsiadali jego stali klienci - grupa amerykańskich biznesmenów wprost nienasyconych w glansowaniu butów. Wrócił. Błyskawicznie - co sprzyjało mi pod względem moralnym - uporał się z moimi trzewikami i ruszył ku swym głównym obowiązkom. Przez cienką ścianę przedziału słyszałem, jak przecierając z kurzu, pastując i glansując najdroższe buty świata, z ich właścicielami nieśpiesznie pogaduje sobie po angielsku. Niespiesznie, bo do odjazdu było jeszcze dobrych parę minut.

 

 

 

 

Polityka - 1999-12-04

 

Jerzy Pilch

Upadek człowieka pod Dworcem Centralnym

 

Wczesnym popołudniem w piątek 26 listopada w przejściu podziemnym pod Dworcem Centralnym pewien sprawiający wrażenie pijanego człowiek potknął się i jak długi runął na mokre, betonowe schody. Runął - mało powiedziane - to wyglądało tak, jakby on wpierw pod wpływem jakiejś niewielkiej eksplozji uniósł się w powietrze, jakby wzleciał, jakby niewidzialna Boża dłoń postanowiła wreszcie wstrząsnąć jego marnym żywotem, i ujęła go, i uniosła dobry metr nad ziemię, i z całych sił - co mówię z całych, z całkiem niecałych sił - cisnęła nim o ziemię. Kumpel, co temu upadłemu towarzyszył, najprzód był niezmiernie rad, z podszytym niekłamaną dumą jajcarskim uśmiechem spoglądał to na leżącego, to na gromadzących się gapiów - nie ma się co jego tryumfalizmowi dziwić, w końcu to jest wydarzenie, które się będzie latami przy kielichu wspominać: tak strzelić czachą o beton, w środku dnia, w centrum Warszawy, w sercu Polski.

Przechodziłem akurat obok i całe zdarzenie od początku dobrze widziałem, po paru sekundach z głowy leżącego w delikatnym artezyjskim rytmie jęła buchać krew. Wniebowziętego kumpla ten bujny krwotok jakby jeszcze bardziej ucieszył, uskrzydlił, wykonał on dziwny prawie taneczny krok, gest nieczytelny - nie było w gruncie rzeczy wiadomo, czy zabłocone buciory chce pragmatycznie uchronić, czy facecyjnie zamoczyć w tym, co tak szparko wypływało z nagle nieszczelnego kolegi.

Elementarna groza sytuacji jawnie docierała wszakże do zawsze tu licznych przechodniów, ja jak zwykle byłem oniemiały i sparaliżowany ze strachu, na szczęście w tłumie już było wyraźnie widać kilku skorych do pomocy ludzi czynu, z głębi tunelu majestatycznym krokiem nadciągali dwaj strażnicy miejscy. Ruszyłem dalej w swoich sprawach, ruszyłem dalej, choć przeczucie podpowiadało mi, że wrócę tu jeszcze.

Odkąd obok mojego wieżowca postawiono i oddano do użytku szklisty masyw Australian Airlines, mogę praktycznie abstrahować od ryzyka otwartej przestrzeni. Przez niewyszukany labirynt świetlistych pasaży można błyskawicznie i cały czas w czujnej asyście spowitych w twarzowe czernie i granaty ochroniarzy dotrzeć bezpośrednio pod Dworzec Centralny, tam zaś - jak powszechnie wiadomo - o każdej porze dnia i nocy jest wszystko. Jak zagoniony człowiek - dajmy na to - w niedzielę wieczór przypomni sobie, że nie tylko nie przeczytał, ale nawet jeszcze nie nabył sobotnich gazet, to wtedy wiecznie czynne podziemia są jak wielki dar wolności, z którego obyśmy umieli roztropnie korzystać.

Ale teraz dalej było piątkowe popołudnie, kupiłem gazety, kupiłem papierosy, po namyśle kupiłem też owoce, co już było ekscentrycznym przejawem czystej gry na zwłokę. Wróciłem w tamto miejsce, niestety żadnych poważniejszych nowin, pojawił się wprawdzie funkcjonariusz czystości z wiadrem i szmacianą miotłą i purpurowobłotną maź zgarniał, ale trud jego był syzyfowy - tamten co leżał dalej leży i po staremu się wykrwawia. Kumpel ofiary - trudno powiedzieć, że dalej jest zadowolony, on już teraz po prostu ze śmiechu kona, chusteczką higieniczną próbuje rannego opatrywać, krew z włosów, z twarzy, z ortalionowej kurtki nieporadnie ściera i tak jest samym sobą w roli niesprawnej pielęgniarki rozbawiony, że się dosłownie zarykuje nieumiarkowanym, spazmatycznym rechotem. Pomyślałem, że wprawdzie mam niesłychaną słabość do ludzi, których świat w każdej sytuacji i postaci śmieszy, ale że zarazem ta akurat postać i ta akurat sytuacja jest wystarczająca. Pełen wewnętrznej szlachetności i dumy poczułem, że jestem nasycony krwawą fabułą, co jej przypadkiem w podziemiach Dworca Centralnego zaznałem i ruszyłem ku domowi.

Jak zwykle jednak skręciłem w niewłaściwy pasaż, po drodze napotkałem całkowicie mi nieznaną, małą, ale świetnie zaopatrzoną księgarnię, wstąpiłem, zawarłem znajomość z właścicielem, w sumie zeszło dobre pół godziny i nie zaskoczę was, jeśli powiem, że w drodze powrotnej (nie przez samego siebie przecież prowadzony) znów na tamto miejsce trafiłem. Inna rzecz, że tym razem trudno było nie trafić, kolisko tłumu było wielkie i gwarne, przy rannym, a może już przy nieboszczyku stali policjanci, strażnicy, sanitariusze, klęczał przy nim lekarz, podnosił mu martwą powiekę i wąskim światłem specjalnej latarki próbował przekłuć mętniejące źrenice. Przez tłum przebijała się bardzo niska i drobna niewiasta z małym plecakiem na ramionach. Ludzie rozstępowali się, bo ruchy miała radykalne, słownictwo niezrozumiałe i przykrą tonację głosu. Gdy była już u celu, jeden z budzących zresztą zaufanie zarówno obszerną posturą jak i szczerym obliczem policjantów usiłował powstrzymać ją z całą stanowczością,

- Ile masz lat chłopczyku? - szczeknęła chrapliwie. - Ile masz lat? U nas żeby zostać policjantem, trzeba mieć osiemnaście lat, a ty masz... - zawahała się na moment.

- Ciekawe ile? - zapytał z cierpliwą wyrozumiałością budzący zaufanie policjant.

- Ty masz chłopczyku góra trzy miesiące - wypaliła ona i prześlizgnęła się pod jego skamieniałymi w osłupieniu ramionami i zakręciła się jak fryga. Zrzuciła z ramion plecaczek, wydobyła zeń mosiężne wahadełko, imperialnym gestem odsunęła lekarza, pochyliła się i jęła mosiężnym wahadełkiem sunąć wzdłuż i wszerz pokrytej zaskorupiałą krwią ortalionowej kurtki. Tłum zamilkł, dla wszystkich stało się jasne, iż filigranowa niewiasta, nawet jeśli jest nie całkiem ten tego, ma dar, ma wielki i niepojęty dar, który pozwoli jej nieomylnie określić, co się stało leżącemu biedakowi i czy on w ogóle jeszcze żyje. Badała go długo i dokładnie, a potem wyprostowała się i choć od najmniejszych ze zgromadzonych była niższa, zdawała się wyższa od najwyższych.

- On nie pił - rozległ się jej głos, który był teraz głosem kapłanki. - On nie pił, on nie wypił ani kropli. I ktoś go pobił - dodała po chwili - ktoś go strasznie pobił.

Skamieniały tłum ożywał powoli, jednako powolne co złowrogie było to ożywienie. - Pobity, pobity - niczym pomruk burzy szedł szept wzdłuż szeregów, pobity, pobity. Ci, co mieli blednąć, bledli, ci, co mieli gniewnie zaciskać pięści, gniewnie zaciskali pięści, jak zwykle oniemiały ze strachu wycofywałem się milimetr po milimetrze.

Następnego dnia w sobotę 27 listopada Dworzec Centralny dalej wszakże stał nieporuszony jako skała, a w jego podziemiach nie było śladu ni rewolty, ni linczu. Pytałem sprzedawców i handlarzy z licznie okalających miejsce wczorajszych wydarzeń barów i sklepików, ale nikt nic nie wiedział, nikt nic nie umiał powiedzieć. Dopiero właściciel prawie niezauważalnego stoiska z papierem listowym i fałszywymi starociami pogardliwie, ale przytomnie machnął ręką.

- Wie pan, pijak jak pijak, krew mu się z przepicia z nosa puściła i tyle, podobno nawet draśnięcia jednego. Potknął się i w locie usnął, potem się obudził i poszedł. A pogotowie taką małą wariatkę z plecakiem zabrało. Szału dostała i krzyczała, że paromiesięczni przybysze z kosmosu na ziemi w mundury się przebierają i władzę w Polsce biorą. Wszystko możliwe, wie pan, teraz takie czasy, że kto wytrzymuje, ten wytrzymuje. A kto nie wytrzymuje, tego od razu nie ma.

 

 

 

 

Polityka - 1999-10-23

 

Jerzy Pilch

Ciastko z pianą

 

W poprzednim felietonie (POLITYKA 41) dałem mało odkrywczą myśl, iż istnieją autorzy o ograniczonych możliwościach, którzy brak ten usiłują nadrobić gorączkowym eksploatowaniem kilku zawsze tych samych chwytów i tematów, i którzy z lęku przed utratą swej lichej domeny nieustannym wałkowaniem kilku dyżurnych tematów podtrzymują ich istnienie. Jako przykład takich tematów - nie trzeba dodawać, że są to zawsze tematy trywialne, podałem pornografię oraz wnikliwie niedawno omawiany na łamach "Życia" dorobek wydawniczy Leszka Bubla.

W numerze 239 "Życia" w rubryce przegląd prasy Paweł Paliwoda obłąkańczo nawiązuje do mojego tekstu i rzecz prosta desperacko podtrzymuje istnienie tematu Bubla, i co więcej, brawurowo twierdzi, iż zajmowanie się Bublem może być poważnym zajęciem naukowym. Zaś mówienie o Bublu może też być dowodem odwagi. "Dlaczego krytykowanie Leszka Bubla - powiada Paliwoda - miałoby oznaczać, że krytykujący ma »skalę władania piórem na skalę antysemity Bubla?« Czy entomolog informujący o jadowitych owadach sam staje się przez to jadowitym owadem? A nawet gdyby tak było, to dlaczego pan Jerzy Pilch nie powie tego odważnie, prosto w nos, ludziom z warszawskiego salonu? Tym żonom modnym, które powtarzają w kółko swoje wiernopoddańcze credo, z nadzieją, że dostaną w nagrodę ciastko". Rozumiem, że Paliwoda jako badacz Bubla doznaje w stosunku do obiektu swych badań głębokiej wyższości, jest to jednak uczucie zbyt daleko idące. W sensie ewolucyjnym Paliwoda bowiem nie stoi wyżej od Bubla. Jak stoją pod względem intelektualnym, pewne nie jest, ale ewolucyjnie nie jest tak, że Paliwoda to w pełni ukształtowany homo z entomologicznym wyższym wykształceniem w dodatku, a biedny Bubel dopiero co się z poczwarki wykluł i ledwo, ledwo antysemickimi skrzydełkami robi. Uczony Paliwoda obserwujący przez mikroskop jadowity odwłok Bubla to jest niestety obraz niesmaczny, nigdy bym nie pomyślał, że kiedykolwiek będę Bubla bronił, a o tym, że będę Bubla bronił przed gatunkową degradacją, nawet mi się nie śniło.

Pozostała część wywodów Paliwody jest poza moim zasięgiem. Nie rozumiem, czego Paliwoda chce ode mnie, nie pojmuję, dlaczego Paliwoda każe mi pewne rzeczy robić, nie mam zielonego pojęcia, czemu powinienem pewne poglądy za Paliwodą jak za panią matką powtarzać. Ja zdaję sobie sprawę, że teraz we własne sidła wpadam, że kolejny raz pisząc o "Życiu" czynię z "Życia" bez mała swój własny dyżurny temat, że pisząc o Paliwodzie ściągam sam na siebie domysł, iż mam skalę władania piórem na skalę Paliwody, iż czyniąc z Paliwody partnera polemiki niezasłużenie Paliwodę dowartościowuję. Ale rzecz w tym, że nie mam poczucia udziału w jakiejś polemice, w jakiejś - niechby jadowitej i krwawej - wymianie myśli czy nawet inwektyw. Czytając wywód Paliwody mam poczucie, że zostałem osaczony przez mentalność maniakalną. Zjawisko jest raczej z zakresu medycyny (a może faktycznie entomologii?) niźli publicystyki. Bo niby dlaczego ja miałbym tyczące Paliwody spostrzeżenia wykrzykiwać prosto w nos jakimś ludziom salonu, jakimś wiecznie złaknionym ciastek żonom modnym? Dlaczego Paliwoda domaga się ode mnie odwagi? Może ja nie chcę odwagi? Zwłaszcza odwagi wedle Paliwody? "Jeszcze w sprawie odwagi - nie ustaje w swym wariackim nacisku Paliwoda. - Niech Jerzy Pilch spróbuje napisać albo powiedzieć w swoim środowisku, że straszenie Kościołem i lustracją to ratunkowe tematy dla lumpeninteligentów. Zobaczymy co się z nim stanie". Wydawało mi się zawsze, że dowodem odwagi może być w pewnych okolicznościach wygłaszanie własnych poglądów, Paliwoda uważa, że dowodem odwagi jest wygłaszanie przez wszystkich i w każdych okolicznościach poglądów Paliwody. Pomimo pewnych zbieżności jest to jednak różnica. Nie rozumiem, dlaczego miałbym nie moje poglądy wyrażane nie moim językiem głosić wszystko jedno gdzie. Nie rozumiem dlaczego dla kaprysu Paliwody miałbym narażać życie, bo przecież w pogróżce Paliwody ("zobaczymy co się z nim stanie") jest też nadzieja Paliwody, że mianowicie za głoszenie poglądów Paliwody można polec męczeńsko. Sto razy mówiłem, że nie ma większej pychy niż nadzieja na męczeństwo.

Bezwzględny w swych żądaniach Paliwoda posuwa się do tego stopnia bezwzględności, że nie tylko mnie stawia żądania, stawia on też żądania mojej babce. "Niech spróbuje - Paliwoda radzi mi, bym spróbował - niech spróbuje - żartem oczywiście - napisać, że babka ostrzegała go nie przed księżmi, a przed rabinami". Nie rozumiem, dlaczego miałbym pisać, że babka ostrzegała mnie przed rabinami, skoro ona mnie przed rabinami nie ostrzegała. Jak sądzę, mojej babce było niezręcznie ostrzegać mnie przed rabinami z tego powodu, że wszyscy rabini, z którymi moja babka miała obfite kontakty, a także wszyscy żydowscy kupcy, z którymi intensywnie i nieraz burzliwie handlowała, zostali wymordowani w Oświęcimiu. Wszyscy z wyjątkiem młodego Rotha, któremu jeszcze na początku wojny udało się uciec.

Dalej Paliwoda tak powiada: "Niech choćby spróbuje (Pilch) komukolwiek zaproponować publicznie to, co ja jemu w tej chwili proponuję". Nie rozumiem, dlaczego miałbym komukolwiek proponować publicznie to, co mnie proponuje Paliwoda, skoro uważam, że to, co proponuje Paliwoda to jest idiotyzm ciężki i nieczytelny. Paliwoda proponuje mi na przykład, bym choć raz odważył się zakpić "z ideologicznego idiomu, którego wierna  adoracja przyniosła mi pieniądze i namiastkę sławy". Jaki idiom i co Paliwodzie do moich pieniędzy? Pieniądze w fachu pisarskim zarabia się ciężką pracą, trzeba pracować, trzeba pisać książki, scenariusze, felietony. Sam Paliwoda, gdyby chciało mu się pracować, też by mógł trochę grosza przynajmniej na wierszówce zarobić, ale Paliwodzie się nie chce, Paliwoda jest leniwy, a może przez to, że jest autorem, który posiada wprawdzie poglądy (mniejsza o to, jakie), ale nie ma zarazem z tymi poglądami kontaktu, może przez to nie umie sprawnie pracować i zarabiać i zawistnie drugim do kieszeni zagląda. W każdym razie przejrzałem kilka numerów "Życia", żeby zorientować się, czy i o czym dziennikarz ten pisze, i pusto, głucho, ani śladu Paliwody (brak tekstów jego pióra jest akurat zresztą redakcyjną zaletą gazety) i dopiero we wczorajszym czy przedwczorajszym "Życiu" trafiłem na parolinijkowy komentarz Poliwody na temat demografii. Komentarz ten kończy się zdaniem: "Na ciastka i orzechówkę w niedzielę po kościele wystarczy dla wszystkich". Co też znowu Paliwoda z tymi ciastkami? Albo żony modne dostają w tekstach Paliwody jakieś ciastka, albo jakieś ciastka po kościele tu występują. O mnie Paliwoda w jeszcze innym miejscu pisze, że "wybrałem w niewoli frykasy", czyli zapewne też ciastka. Co to jest? Stały motyw ciastka? A może skala władania piórem na skalę ciastka? A może prościej i ordynarniej: może Paliwodzie bez przerwy chce się ciastek, a tu grosza na ciastka nie ma? To już Paliwoda do takiego stadium doszedł, że żadną miarą nie może poskromić własnego łakomstwa? A może Paliwoda głodny? Może to z głodu Poliwodzie we łbie się miesza? Niech no Poliwoda zajdzie do nas na salony. Służba zaprowadzi Paliwodę do kuchni, tam dadzą Paliwodzie jakieś ciastko do zjedzenia.

 

 

 

 

Polityka - 1999-04-17

 

Jerzy Pilch

Zmierzch myśliciela

 

Na łamach "Życia" (nr 80) Ryszard Legutko słusznie ubolewa nad stadnością polskiego życia kulturalnego. "W ciągu ostatnich kilku lat - powiada Legutko - zanudzano nas rozmaitymi gwiazdami: raz było to pismo »BruLion«, innym razem Marcin Świetlicki, jeszcze innym Jerzy Pilch. Nie można było otworzyć gazety, by nie przeczytać kolejnych dysertacji o przełomowej roli »BruLionu«, o poezji Świetlickiego czy o prozie Pilcha". Otóż istotnie, ile razy w ciągu ostatnich tygodni, a nawet miesięcy otwieram "Życie", tylekroć trafiam tam na tekst Ryszarda Legutki, w którym autor ten z maniakalnym uporem zajmuje się moją osobą. Natarczywość Legutki mierzi mnie i stawia w kłopotliwej sytuacji, ja bowiem Legutkę cenię. Cenię Ryszarda Legutkę, choć zarazem sprzyja mi jego niechęć. Na wszelki wypadek objaśniam ten nieskomplikowany paradoks: cenię Ryszarda Legutkę za jego zalety i równocześnie zdaję sobie sprawę, że ma on wady, które udaremniają mu nie tylko akceptację, ale jak sądzę, nawet zrozumienie niektórych prostych wypowiedzi literackich.

Autor ten umie obrócić frazą, dotknąć istoty rzeczy, zwłaszcza na tle porażonego stadnością (i szeregiem innych dolegliwości) polskiego życia kulturalnego niektóre jego artykuły bywają wydarzeniami. Przy ogólnej, rzec chyba nawet można, wirtuozerii intelektualnej Legutko kiepsko jednak słyszy literaturę, po z natury rzeczy chaotycznych obszarach wszelakiej twórczości porusza się na oślep, mocny i wyrazisty w dawaniu generalnych diagnoz, wobec konkretów (zwłaszcza wobec nie pasujących do diagnozy konkretów) unosi się doktrynalnym gniewem, drzemiący w nim posępny ideolog (by nie rzec politruk) budzi się zbyt często. Ostatnio w dodatku Ryszard Legutko w swej publicystyce wyraźnie obniżył loty, jął zdradzać skłonność do plotkarstwa oraz do ekscytacji wąsko rozumianą seksualnością natury ludzkiej.

Jakie są powody regresu - nie wiem, być może bierze się to stąd, że Ryszard Legutko najwyraźniej trwoni masę czasu na zbyteczne lektury, czyta on wszakże, jak sam wyznaje, wszystkie "recenzje teatralne, filmowe i literackie w gazetach codziennych oraz w tygodnikach". Przedziera się (przecież musi to trwać godzinami) przez kolejne strony tekstów o Jarmuschu, Podsiadle, Świetlickim, Filipiak, Gretkowskiej, a nawet o koncertach rockowych. Jak wynika z całości wywodu, autor niemało czasu mitręży też przed telewizorem. Tego rodzaju bezwolna konsumpcja wszystkiego na ogół nie uchodzi bezkarnie.

Główna teza pomieszczonego w "Życiu" tekstu jest słuszna, tyle że niedopracowana myślowo. Otóż Ryszard Legutko twierdzi, iż dzisiejszy obraz kultury polskiej w prasie, radiu i telewizji jest fałszywy i powierzchowny, stadność odruchów, kolektywistyczne myślenie oraz inwazja ostentacyjnie bezrefleksyjnej młodzieży do środków przekazu sprawiają, iż powstają osobliwe hierarchie, marni twórcy zbierają laury, prawdziwe zaś wartości są pomijane i przez to likwidowane. "Być może - kończy swój szkic Ryszard Legutko - kultura nasza ma się znacznie lepiej, niż wynika to z relacji w mediach. Problem w tym, iż coraz mniej jest ludzi, którzy potrafiliby dostrzec w niej rzeczy prawdziwie cenne, a dostrzegłszy - interesująco i przenikliwie je opisać. Zwykle niestety tak jest - i nasze czasy nie stanowią tu wyjątku - iż to, co nie zostało nazwane i opisane, choćby było najwartościowsze, nie istnieje". Otóż prawdopodobieństwo, iż w naszych czasach (cechujących się także nieustannym polowaniem na nowych geniuszy) jakieś prawdziwie doniosłe dzieła zostaną niezauważone i pominięte, jest nikłe. Sam Ryszard Legutko na wszelki wypadek nie podaje żadnego pozytywnego przykładu, ewentualne dwa nazwiska prawdziwie wybitnych twórców, jakie można z jego wywodu wyłuskać, to są: reżyser Lupa oraz filozof Platon.

Co do Lupy to nie rozumiem, z jakich powodów Legutko podaje go jako wzorzec twórcy niekultowego, owszem, jeśli istnieje obecnie w Polsce jakiś twórca prawdziwie kultowy, to jest nim właśnie Krystian Lupa. Przywołanie autorytetu Platona może, rzecz jasna, budzić wyłącznie aplauz, choć niepodobna nie pomyśleć, iż filozofowi temu udało się zachować wysoką pozycję w kulturze niezależnie od poparcia dawanego mu cały czas przez Legutkę. W każdym razie: bez wielkiego ryzyka twierdzić można, iż dzieła prawdziwie istotne raczej nie zostaną dziś pominięte ani zapoznane. Na odwrót: dziełom tym grozi zadeptanie przez pochlebców, mogą zostać zdewaluowane przez bezmyślnych chwalców, mogą zostać unicestwione przez nadmierną klakę, mogą zostać zagłuszone przez przesadną owację. Prostej ewentualności, iż głupio chwalić można i rzeczy dobre, Ryszard Legutko w ogóle nie rozważa. Kiedy ekscytuje się, tendencyjnie zresztą, jak się zdaje, przez siebie dobranymi cytatami recenzji teatralnych omawiających przedstawienie Grzegorza Jarzyny, nie bierze pod uwagę (skądinąd słusznie, bo przecież w teatrze nie był), iż spektakl osypany pochwałami ignorantów może być wart i prawdziwej pochwały. Być może są twórcy, co doznają w naszych czasach upokorzenia publicznej nieobecności, z całą pewnością są jednak też tacy, co doznają upokorzenia rozgłosu.

Bo w gruncie rzeczy co ma na przykład zrobić autor czytający pozytywną recenzję z własnego utworu, recenzję, która prócz pozytywnej wymowy ma jedną wadę, jest mianowicie stekiem niepoczytalnych bredni? Jak na to reagować? Jak radzić sobie z bełkotem entuzjastów? Dociekliwie analizując zjawisko fałszywego gwiazdorstwa "Świetlickiego, Jarzyny i innych" Ryszard Legutko nie bez uszczypliwości napomyka, iż twórcy ci "wciągnięci zostali, zresztą nie stawiając specjalnego oporu, w grupową celebrację". A jakiż to specjalny opór mieliby oni stawiać? Bojkot plugawych mediów ogłosić? Wypowiedzi recenzentów prostować? A może opublikować, najlepiej na łamach "Życia", gorzki i przejmujący sprzeciw wobec własnego rozgłosu?

Niewątpliwie mechaniczna adoracja niektórych miernych i rzekomo kultowych twórców jest objawem tandetności życia kulturalnego. Ale głoszona przez Legutkę teza, iż rozgłos jest znakiem marności, wzmaga karykaturalność tego życia. I faktycznie autor zdaje się odczuwać coś na kształt obleśnego niedosytu karykaturalności. Utyskując na rzekomy zalew nonsensownych gazetowych komentarzy tyczących kultury odczuwa on snadź ich niedostatek, ponieważ sam funduje czytelnikom niewybredną interpretację "Dziadów". "Nie zdziwiłbym się, gdyby w kolejnym przedstawieniu »Dziadów« jakiegoś utalentowanego reżysera bal u Senatora okazał się znowu rozbierany, gdyby księdza Piotra i Gustawa łączyły stosunki homoerotyczne. (...) itd." Jak rozumiem, miał to być przygważdżający dzisiejszy teatr dowcip. Niestety, zmysł dowcipu czy po prostu poczucie humoru nie jest - delikatnie mówiąc - mocną stroną Ryszarda Legutki. Jego mocną stroną jest myślenie, choć rzecz jasna, myśl pozbawiona choćby i poczucia humoru nie osiągnie nigdy znamion prawdziwej wielkości.

Nieprzypadkowo w kontekście rozważań autora o dzisiejszym zatracaniu rzeczy prawdziwie cennych mówię o wielkości nieosiągalnej czy wręcz zaprzepaszczonej. Wszystko bowiem wskazuje, że niegdysiejszą przecież nie tylko moją nadzieję, iż Ryszard Legutko stanie się kiedyś istotnym autorytetem, jakimś Wielkim Rozwiązującym myśli współczesnej, otóż nadzieję tę trzeba na razie odłożyć na bok. Dziś można co najwyżej żywić jeszcze niejakie złudzenia, iż Ryszard Legutko zaniecha publicystyki, której główną ostoją bywa uporczywa myśl, jakoby młodzież dzisiejsza była okropna, i która to publicystyka zresztą poza poszerzeniem myśli głównej i poza zmianą niektórych generalnych wniosków nie wymaga znaczniejszych korekt.

PS. W ostatnim odcinku "Dziennika pisanego nocą" ("Rzeczpospolita" nr 73) Gustaw Herling-Grudziński jak zwykle nakomentowawszy się swych dzieł, nacytowawszy się swych egzegetów, napomadowawszy się swym mulistym egotyzmem przechodzi do innych spraw, snuje m.in. refleksje o Jerzym Turowiczu. Biada nad "Tygodnikiem Powszechnym" praktycznie pozbawionym - jak powiada - w ostatnich latach "czujnego wglądu owego redaktora" i docieka, jakie ewentualne decyzje "czynny Turowicz" by podjął albo nie podjął, co by wydrukował albo nie wydrukował. Gdybań Herlinga kompletnie zresztą nawet w swym gdybaniu chybionych nie mam rzecz jasna zamiaru prostować. Pamiętam natomiast, jakie faktyczne decyzje Jerzy Turowicz istotnie podejmował. Ich dalekosiężnej nieraz trafności - tu Herling ma rację - rzeczywiście może pismu brakować. Na przykład niewątpliwie trafną decyzją "czynnego Turowicza" była swego czasu odmowa druku na łamach "Tygodnika" cyklu pt. "Dziennik pisany nocą" pióra Gustawa Herlinga-Grudzińskiego.

 

 

 

 

Polityka - 2006-01-21

 

Jerzy Pilch

Indeks moich braków

 

Kiedy Marcin Król zaproponował mi, bym napisał felieton o spisie treści "ResPubliki", poczułem przypływ finezji. Poczułem się jak młody Brahms, któremu Schumann podaje akord do rozwinięcia, albo jak Lubański, któremu Szołtysik podaje piłkę. O lekkości! O lekkości myśli, ducha, idei! Gadaliśmy przez telefon, ale tym bardziej było widać to, co niewidzialne: Obu nas z Królem niebywałe wyrafinowanie wzięło w posiadanie, rozumieliśmy się w lot, rzucona przezeń myśl, nuta, piłka, idea była nie z tej ziemi, frunęła przez przestworza i nie spadała, a my byliśmy jak ona: wysoko ponad światem.

Cóż tam felieton - myślałem sobie, błogo przeszyty jasnym promieniem inspiracji - w tak finezyjnej, tak pozornie formalnie błahej, a istotowo niesłychanie gęstej sprawie jak spis treści kwartalnika "ResPublica Nowa" za lata 1999-2005 - ja nie felieton, ja obszerny esej ogłoszę. A może nawet cykl esejów. I trwały pospołu lekkość, finezja, euforia i zachwyt. Trwały aż do momentu, kiedy zawierający spis treści za lata 1999-2005, a pierwszy tegoroczny numer "ResPubliki Nowej" do mnie doszedł. Otwarłem, jąłem pozycja po pozycji studiować - i poległem. Inna rzecz: nie pierwszy raz poległem pod ciężarem własnej lekkości. Nie pierwszy raz własna finezja wcisnęła mnie w glebę.

Ach oczywiście nie poległem dlatego, by spis treść "ResPubliki" okazał się za słaby, za mało inspirujacy, za mało kombinatorycznie wydolny. Przeciwnie: spis treści "RPN" jest - jeśli można tak powiedzieć - dobry. Należy się temu spisowi wysoka nota, jest on inspirujący i pod każdym jednym kreacyjnym względem wydolny. I nie dlatego poległem, by pomysł Marcina Króla należał do kategorii tych znakomitych pomysłów, które zawsze będą lepsze, finezyjniejsze i figlarniejsze od swych ucieleśnień. Owszem, jest to pomysł zapewne lepszy od każdej wersji jego ucieleśnienia. Owszem, po jego przez naczelnego "RPN" wyartykułowaniu obaj wzbiliśmy się ponad ziemię, ponieważ obaj wiedzieliśmy, że jest tak błyskotliwie, że dalszy ciąg już nie ma wielkiego znaczenia. W końcu jak się coś wyraziło w haiku, to po co to samo rozrzedzać w felietonie. Owszem - ale ja nie z powodu tych wszystkich zastrzeżeń poległem - poległem, bo osobiste kompleksy zwaliły mnie z nóg.

Jak powszechnie wiadomo, istnieje kategoria niezmiernie cennych, doniosłych i ważkich periodyków, których istotą jest to, że nie podobna ich ani w całości przeczytać, ani definitywnie wyrzucić. Kolejne numery podlegają wprawdzie dezaktualizacji, ale przeważnie zawierają choć jeden materiał wysoce uniwersalny i na domiar złego mają pozór książek. Zasadą ich bytu jest składowanie. Odkłada się je na później, co jest, ma się rozumieć, utopią czystą. Kategoria "lektury odłożonej na później" ma tysiąc odmian, każda z nich jest utopijna, lektura pisma odłożonego na później jest skrajnie utopijna, ale piękna jest to utopia, tak jak piękne są wznoszące się w coraz, jak się zdaje, rzadszych domach żółte słupy "Twórczości", szare pnie "Kultury" czy z lekka spiralnie skrecające i jakby z kości słoniowej uczynione kolumny "Zeszytów Literackich".

"ResPublika Nowa" należy do kanonu tej architektury, a z racji swego profilu jest przeze mnie osobiście przechowywana i składowana szczególnie pieczołowicie, ponieważ np. w przedmiocie zwanym "historia idei" ja mam lekturę wszystkich, literalnie wszystkich tekstów "odłożoną na później". Szczerze mówiąc, na dużo później. Nie kokietuję nikogo swoją ignorancją, ja po prostu nie mam temperamentu do takich rzeczy, ale - być może dziecinnie - wierzę, że jest to stan przejściowy. W końcu nie gromadzę tego pisma po to, by po latach odświeżyć sobie publikowane tam wiersze. Nie nabiera też ono w mym mieszkaniu pozoru wznoszonego z granitowych tafli postumentu, z racji atawistycznej zmory, by niczego nie wyrzucać.

Kto się wychował w domu ogrzewanym węglowymi piecami, temu przez całe życie ciężko jest wyrzucić skrawek gazety sprzed miesiąca, jak był to dom luterski, szkoda gadać. Od lat mieszkaliśmy w krakowskim mieszkaniu, gomułkowskie kaloryfery prażyły bezlitośnie, ojciec kupował wszystkie możliwe gazety i pisma i co pewien czas całe kartony tej nienaruszonej makulatury woziliśmy do Wisły, do starego domu, do starych pieców na podpałkę.

Ciężko było mi wyjść z okowów tej zasady, ale mogę powiedzieć z podniesionym czołem: odkąd przełamałem tabu i nauczyłem się nieraz z brawurą przy samym kiosku wyrzucać z "Gazety Wyborczej" dodatek motoryzacyjny "Wysokie Obroty" - wiem, jak smakuje wolność. Odkąd co środa, celem wdrożenia się w intelektualne głębie dodatku "Europa", nabywam dziennik "Fakt", a raczej odkąd co środa nabywszy dziennik "Fakt" przeglądam dodatek "Europa" i rychło orientując się, że lektura zawartych tam tekstów musiałaby być w moim wypadku lekturą odłożoną gdzieś tak do osiemdziesiątki, jak umysłowo w pełni stanę na nogi, odkąd zatem nie czytam dodatku "Europa", natomiast bardzo dokładnie w każdą środę czytam pozostałą część dziennika "Fakt" - życie moje stało się rzekłbym: swobodniejsze. Pokonałem zmory. I nie z powodu utrapienia zmorami gromadzę "ResPublikę Nową", ale gromadzę ją w szlachetnej i najszczerszej nadziei, że kiedyś do tych - jakby to Basia Łopieńska powiedziała - "starych numerów" wrócę i jeden z fundamentalnych, pomieszczonych tam esejów wnikliwie, może nawet czyniąc notatki, przestudiuję. Gromadzę, a raczej gromadziłem je w takiej nadziei. Po przestudiowaniu bowiem spisu treści "ResPubliki Nowej" za lata 1999-2005 złudy moje zostały obnażone, a nadzieja pierzchła. Bogactwo tego spisu stało się odwzorowaniem mojej nędzy, indeks kolejnych pozycji jest indeksem moich braków, bezmiar materiału zabiera złudzenia, że kiedykolwiek da się w to wejść, nie mówiąc o przebyciu. Mógłbym oczywiście próbować. Mógłbym punktowo wyławiać na oko najdonioślejsze rzeczy. Czuję, że na przykład dobrze by mi mogła zrobić lektura pomieszczonego w jednym ze "starych numerów" tekstu "O kulturowej tożsamości jako fundamencie wspólnoty politycznej". Jakby było dla mnie za ogólnie, to mógłbym przymierzyć się do czegoś na oko konkretniejszego, np. do niechybnie wnikliwego wywodu "Losy sceptycyzmu. Rozproszenie władzy, a tradycje angielskiej polityki". Jakby i to nie szło, mógłbym sięgnąć do czegoś na oko lakonicznego i zapoznać się z niewątpliwą perłą "Entropia w małej demokracji" albo z zapewne dynamiczną polemiką "Globalizacja kontra chaos". Mógłbym z samych tytułów osobne, a swawolnie aktualne kalambury składać: Jak demokratycznie bronić demokracji? Brat instynktownie mógł mieć rację. Ciało to skandal (zwłaszcza dla liberałów) itd. Mógłbym, ale zastępcze i być może wzmagające traumę byłyby to działania. Chyba lepiej, jak finezyjną kategorię lektury odłożonej na później zastąpię równie finezyjną, ale stabilniejszą tezą: posiadanie (np. "ResPubliki Nowej") jest również formą lektury. W sensie ścisłym natomiast przeczytałem spis treści. Zwalił mnie on z nóg. W sensie równie ścisłym.

 

 

 

 

Polityka - 2005-02-26

 

Jerzy Pilch

Epilepsja według Marcina Lutra

 

Nie o demonach w dzisiejszym kazaniu mówić będziemy, nie o demonach rzekomo trawiących i dręczących Wielkiego Reformatora ani też nie o demonicznej, ze starożytności się wywodzącej, a przecież do dziś tu i ówdzie pokutującej, interpretacji epilepsji. Całkowitym przypadkiem - choć w naszej pysze radzi byśmy powiedzieć: za sprawą Opatrzności - wpadło nam w ręce dzieło absolutnie wyjątkowe, wydana mianowicie w ubiegłym roku w Warszawie przez wydawnictwo Neriton praca pani Jowity Jagli pt. "Boska Medycyna i Niebiescy Uzdrowiciele wobec kalectwa i chorób człowieka". Ikonografia "Patronów od Chorób" i "Świętych Miłujących Żebraków" w sztuce polskiej XIV-XVII w. Obszerna, blisko 400 stron dużego formatu licząca, doskonale napisana i bogato udokumentowana książka należy do dzieł egzotycznych, których istnienie z natury rzeczy przeznaczone jest dla bardzo elitarnych kręgów. Trafiwszy boskim przypadkiem na nie w księgarni, ma się oczywisty odruch wzmagania jego elitarności, nierozpowszechniania jego walorów i uroków, a zachowywania ich dla siebie. Krótko mówiąc, sam fakt, że sami z siebie, bez podpowiedzi znawców, książkę tę nabyliśmy, daje nam poczucie wyjątkowości. Głosimy przeto chwałę tego dzieła, bo elitarność nasza elitarnością naszą, a obowiązki wobec parafian przede wszystkim. Z racji fundamentalnych "Boska Medycyna" zasługuje, by nawet ci parafianie, co sztuką średniowieczną nie ciekawią się całkiem, wzięli rzecz do ręki albo przynajmniej z naszej kazalnicy o niej usłyszeli.

Z jednej strony wywód autorki zanurzony jest w dziejach mizerii ludzkiej cielesności, w historii chorób i historii medycyny i bardzo rzetelne jest tu rzeczy opisanie. Jak jest mowa o padaczce, to dzieje tej choroby, jej objawy i sposoby leczenia są udokumentowane. Jak Jagla pisze o zatruciu sporyszem, to czytelnik dokładnie w sprawie sporyszu, sposobów szerzenia się zarazy i jej wszelakich objawów zostaje oświecony. ("Częste w średniowieczu mokre i zimne lata sprzyjały rozwojowi pasożyta, albowiem podczas wilgotnej pogody grzybnia sporyszu wytwarzała zarodniki konidialne i słodki sok zwany rosą miodową. Pełzające po kłosach owady zlizywały ów sok przenosząc jednocześnie zarodniki na następne kłosy, dokonując na wielkich połaciach żyta tzw. zakażenia wtórnego"), ("Niekiedy chorzy niespodziewanie padali na ziemię, zwijali się w kłębek lub sztywnieli tak bardzo, że uważano ich za zmarłych. Silniejsza odmiana przybierała postać zgorzelinową. (...) Palce kończyn zarażonych ludzi, ale także całe kończyny obumierały na skutek skurczu tętnic i przerwania dopływu krwi. Następnie obumarłe w ten sposób części ciała schły bądź gniły powodując niewyobrażalny ból i w końcu odpadały") .

Marna biologiczna dola ludzka zostaje następnie w tekście zderzona z duchowością najwyższą, z duchowością wyposażoną w ozdrowieńcze moce. Autorka daje brawurową galerię portretów średniowiecznych świętych, co ówczesne choroby leczyli, przytacza przykłady cudownych uzdrowień i, co jest jej podstawowym zamiarem, wnikliwie demonstruje przestawienia wszystkich tych patronów w malarstwie i rzeźbie. Takie rozdziały jak "Święty Sebastian - Adonis Zadżumionych", "Kacper, Melchior i Baltazar - antyepileptyczni Magowie", "Historia stomatologii. Święta Apolonia", "Historia okulistyki. Święta Otylia" przykuwają uwagę nie tylko efektownymi tytułami. (Sam pomieszczony w książce "Katalog świętych leczących" jest zajmujący; nas osobiście wzruszył Święty Kwintyn, w licznej galerii nieraz bardzo wszechstronnych świętych internistów leczących wszelkie schorzenia i w najrozmaitsze atrybuty wyposażonych - ten biedak ma, jak się okazuje, bardzo wąską specjalizację - leczy tylko koklusz i żadnych na dodatek nie nosi atrybutów).

Dzieło pani Jowity Jagli nie jest też - jak można by mniemać - jakąś profesorską summą twórczości; urodzona w 1972 r. historyczka sztuki jest osobą bardzo młodą, a jak na bibliografię, którą "Boska Medycyna" została opatrzona - wstrząsająco młodą. Nie stawiamy tezy, że sztuka czytania bibliografii, sztuka oceniania dzieła wedle jego bibliografii jest na wymarciu, myśmy sami o tej sztuce zapomnieli i za jej przypomnienie też składamy czcigodnej autorce - serdeczne Bóg zapłać. Skądinąd niektóre przytoczone prace zapierają nam - czcicielom literatury odjazdowej - dech w piersiach. E. Dorsz - "Robaki zębowe jako przyczyna bólu zębów w świetle niektórych polskich pism medycznych XVI-XIX stulecia". E. Gleń - "Stan uzębienia mieszkańców Krakowa od XI do XVIII". M. Horn - "Epidemie chorób zakaźnych na Rusi Czerwonej w latach 1600-1647". T. Kozaczek, B. Miszkiewicz - "Opis stomatologiczny czaszek mieszkańców Tomic z okresu Wczesnego Brązu i Wczesnego Średniowiecza". Z. Mameła - "Stosunki między aptekarzami i korzennikami toruńskimi w wieku XVI i XVII". F. Walter - "Wit Stwosz. Rzeźbiarz chorób skórnych" itd. - nie dla daremnej ekscytacji przytaczamy kilka tytułów, a dla zobrazowania ogromu i rzetelności pracy - całość bibliografii obejmuje z górą pół tysiąca pozycji, w tym liczne obcojęzyczne.

Kiedy wszakże wśród tego z niebywałym wyczuciem i polotem zestawionego ogromu natknęliśmy się na pracę H.J.Schwagera "Padaczka w nauce Lutra i teologii ewangelickiej" tłum C. Siemianowski, "Epileptologiia" 1997 nr 5 s. 325-33O - nie tyle dech nam zaparło, co niesłychanego, graniczącego z konstruktywną histerią, ożywienia doznaliśmy - niewykluczone, że leczący z takich dolegliwości św. Cyriak (wśród jego atrybutów - pokonany diabeł) do równowagi nas przywrócił.

Oto autorka, a my za nią, bez wątpienia do mało, a może i w ogóle, w teologii ewangelickiej nieznanego epizodu doszliśmy. Marcin Luter, którego całe pisarstwo jest w gruncie rzeczy z jednej strony komentowaniem Biblii, z drugiej nieustanną szermierką z szatanem, bliski był rzecz jasna ewangelicznej wykładni epilepsji jako walki z demonami. Sam wszakże jego opis - jak pisze Jowita Jagla: napadu kloniczno-tonicznego, w którym widzi on "ekwiwalent snu", "metaforę", "tożsamą odmianę bytu" - jest osobliwy. Istotnie. Osobliwy i na najwyższą uwagę zasługujący. Toteż naszą apologię "Boskiej Medycyny i Niebieskich Uzdrowicieli" kończymy przytoczeniem wyjętego z niej fragmentu pism Marcina Lutra - też celem wzmożenia wśród parafian naszych wiedzy, że słowa jego w żadnych kontekstach blasku nie tracą. "Często - powiada Luter - przychodzi mi na myśl, że nie zrozumiał jeszcze nikt, jak żyje człowiek podczas snu. Do codziennego snu jesteśmy tak przyzwyczajeni, że nawet śmierć określamy często jako sen. Sen jest niejako ucieczką od życia; nie wiesz, gdzie jesteś i kim jesteś. Kiedy nie śpię, mój duch jest obecny przy mnie, czuwam i wszystko jest jasne. A kiedy śpię, tracę wszelką pewność co do istoty miejsca i własnej osoby. Tak jakbym przez sen przeżywał inny rodzaj życia. (...) W czasie napadu padaczki chorzy tracą zmysły, popadają w odmienny stan bytu, jak spaleni w ogniu lub utopieni, nie czują rzeczywistości, nie słyszą ani nie widzą, lecz nadal żyją sprawiając wrażenie umarłych". Komentując ten wyjątkowy w kontekście medycznej wiedzy epoki wywód autorka konstatuje, iż nie znalazł on szerszego oddźwięku. Istotnie nie wszystkie Jego myśli zostały podjęte. Reformatorem medycyny Marcin Luter nie został, co ma się rozumieć - bracia i siostry - dla jednych lepiej, dla drugich gorzej. Amen.

 

 

 

 

Polityka - 2005-01-29

 

Jerzy Pilch

Miłość zmysłowa w Bibliotece

 

Jak niedawno doniosła "Gazeta Stołeczna", kierownictwo Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego postanowiło radykalnie zaostrzyć regulamin, ponieważ czytający w Bibliotece książki studenci robili też tam inne rzeczy: słuchali muzyki, gadali przez komórkę, pili piwo, palili, jedli, spali, uprawiali seks itd. Słowem w BUW kwitło życie we wszystkich swych przejawach, życie - ma się rozumieć - bywa naganne, ale dla tych, co mają Bibliotekę za najwyższą formę życia, dla prawdziwych mieszkańców Biblioteki (zwanej też rzeczywistością) problem regulaminu Biblioteki jest sprawą wolności.

Nie jestem aż tak szalony, by ostentacyjnie popierać kopulację w cichych zakamarkach pomiędzy regałami, ale szczerze powiem: zachwyca mnie ona. Zwłaszcza jak jest dobrze napisana. Tak dobrze, jak uczyniła to opisująca swą "przygodę z biblioteki" (BUW ogłosiła taki konkurs) "studentka germanistyki ukrywająca się pod pseudonimem Rafa". "Dla mnie to miejsce (Biblioteka - J.P.) odreagowania i kochania. Dosłownie. Spotykam się ze swoim chłopakiem na którymś z poziomów, najlepszy jest poziom drugi, i dajemy sobie miłość w tej świątyni wiedzy. Do tego trzeba znaleźć na te kilka minut spokojny zakątek między regałami. Ostatnio kochałam się mając ze swej lewej strony dzieła Marie von Ebner - Eschenbach, a z prawej kilka tomów Roberta Musila". Intensywny fragment i wart - na oko - klasycznego kontekstu.

Ulubionym - jak powszechnie wiadomo - cytatem piszących o Bibliotece jest początek "Biblioteki Babel" Borgesa. "Wszechświat (który inni nazywają Biblioteką) składa się z nieokreślonej i być może nieskończonej liczby sześciobocznych galerii z obszernymi studniami wentylacyjnymi w środku, ogrodzonymi bardzo niskimi balustradami itd.".

Od przytoczenia fragmentu tego właśnie tekstu rozpoczyna swój esej "O bibliotece" Umberto Eco. Finezyjna opowieść mieszkańca wielu (wszystkich?) bibliotek świata zawiera też szyderczy regulamin Biblioteki wrogiej człowiekowi. Są w nim np. takie punkty: C - sygnatury powinny być niemożliwe do przepisania. I - prawie cały personel powinien być dotknięty ułomnościami fizycznymi. J - dział informacji powinien być nieosiągalny. O - niemożliwe powinno być odzyskanie czytanej książki następnego dnia. R - jeśli tylko się uda, żadnych ubikacji itd. itp. (Punkty podaję wybiórczo i w skróconej wersji).

Regulamin Biblioteki przyjaznej człowiekowi, za jaką - ma się rozumieć - opowiada się Eco, byłby - ma się rozumieć - odwrotnością i rewersem regulaminu represyjnego. Czy w takim regulaminie byłoby przyzwolenie na uprawianie miłości w Bibliotece, autor nie mówi jasno. Niejasno i subtelnie jednak mówi, że "biblioteka na miarę człowieka, to znaczy także biblioteka radosna, zapewniająca możliwość wypicia kawy ze śmietanką, zapewniająca również to, iż para studentów usiądzie sobie po południu na kanapie i - nie mam bynajmniej na myśli nieprzystojnego obłapiania - cząstkę flirtu dopełni, biorąc z półki i odstawiając książki naukowe; a zatem biblioteka, do której chodzi się chętnie i która przeobrazi się stopniowo w wielką machinę spędzania wolnego czasu, jak Museum of Modern Art, gdzie można pójść do kina, przejść się po ogrodzie i zjeść obiad z dwóch dań".

Jaśniej i mocniej (choć też krócej) kwestię związku życia popędowego z życiem bibliotecznym Umberto Eco oświetla, gdy wspominając biblioteki swego życia pisze o zielonych lampach na stołach rzymskiej Biblioteki Narodowej oraz o "popołudniowych godzinach wielkiego napięcia erotycznego w Sainte Genevieve lub w Bibliotece Sorbony". Jest to jednak problem odmienny, problem związku pomiędzy napięciem twórczym a napięciem erotycznym, to są osobne i obszerne psychologie i nie da się ich sprowadzić do wzmożonej ochoty na łóżko, jaką, dajmy na to pisarz, miewa w Bibliotece, a z kolei obecność biblioteki przy łóżku pisarza też niewiele innych skłonności zdradza, poza skłonnością do wieczornej lektury.

Wracając do studentki germanistyki Rafy, której wyznanie - jak pisze "Gazeta Stołeczna" - przepełniło czarę goryczy bibliotekarzy BUW i spowodowało radykalizację regulaminu, to sądzę, iż nie tyle jest to świadectwo zwycięstwa nieprzystojnego obyczaju, co zwycięstwo literatury. Dobrze napisana historia Rafy jest najpewniej niestety fikcją (apokryfem, falsyfikatem, fałszywką), najpewniej nie przez studentkę, a przez studenta napisaną. W każdym razie tylko facet, i to młody, może z beztroską wyznać, iżby dać sobie miłość, potrzeba "kilka minut."

Trochę też za dobre jest miejsce, w którym Rafa ostatnio się kochała, bo jeśli studentka germanistyki mości sobie łoże pomiędzy tomami akurat niemieckojęzycznej (w tym przypadku austriackiej) literatury, to jest w tym pewien - rzekłbym - nadmiar, zdradzającej wymysł, harmonii. Jakby germanistka tarzała się pośród woluminów zawierających historię sztuki meblarskiej albo ekonomii, byłoby prawdziwiej. A nawet piękniej. Dalej. Jeśli Rafa miała - jak pisze: Ebner - Eschenbach po lewej, a Musila po prawej, to owszem, jak była obrócona przodem do regału, jest to możliwe (i tylko wtedy, alfabet zawsze leci do prawej), ale wątpię, żeby Ebner - Eschenbach była z Musilem na jednej półce, ergo na jednej wysokości. A nawet jakby, to przecież mało prawdopodobne, żeby wszystko pomiędzy Ebner a Musilem było szerokie akurat jak Rafa. Ramiona Rafa musiałaby mieć w takim razie jak cała literatura austriacka od E do M, a to jest trochę książek. Chyba że ręce też miała rozłożone, ale przecież wtedy na pewno wspomniałaby o Eliasie Cannetim znajdującym się akurat pod przedramieniem albo łokciem. (Ewentualność, iż akt miał miejsce pomiędzy regałami jest - z powodu nikłej dyskrecyjności - nikła).

Słowem księgozbiór, na tle którego Rafa miała miłość, jest raczej skomponowany niż autobiograficzny - reforma regulaminu w BUW była niepotrzebna. Tym bardziej że naoczni świadkowie nie potwierdzają. "Sama stosunku nie widziałam - komentuje na łamach »Gazety Stołecznej« Anna Gimlewicz z sekcji informacji i dydaktyki BUW - ale zaawansowaną grę wstępną owszem". Otóż obawiam się, że to, co pani Gimlewicz z sekcji informacji i dydaktyki BUW bierze za "zaawansowaną grę wstępną", było zwyczajnym macaniem. Zaawansowana gra wstępna jest zjawiskiem, które widuje się rzadko. Nawet w kinie. Cóż dopiero w bibliotece. Na wszelki jednak wypadek proponuję - celem ochrony tej rzadkości - wprowadzenie do regulaminu punktu zakazującego bibliotekarzom podglądania zaawansowanej gry wstępnej czytelników. W przyszłości można też będzie pomyśleć o jakichś przywilejach dla dzieci poczętych w BUW. Np. przyznać im prawo pożyczania jednej książki więcej - to będą w końcu bardzo przepadające za książkami dzieci.

 

 

 

 

Polityka - 2004-01-03

 

Jerzy Pilch

Wzrost Franza Kafki

 

Przeczytałem "Koszmar rozumu", biografię Franza Kafki pióra Ernsta Pavla (wydawnictwo Twój Styl). Nowością, która mną wstrząsnęła, jest podana w tej książce informacja, iż autor "Przemiany" miał blisko dwa metry wzrostu. Potoczna wizja Kafki jako osobnika zaszczutego przez toksycznego ojca, bezduszne biuro, łakome seksu kobiety oraz cały szereg innych koszmarów była tak dojmująca, iż określała jego fizyczność - myślało się o Kafce wyłącznie jak o zakompleksionym cherlaku karlego wzrostu. Koszykarski rozmiar pisarza jest też najwyraźniej fascynujący dla autora biografii, kilkakrotnie jest o tym detalu, co mówię detalu, kilkakrotnie jest o tej fundamentalnej sprawie mowa, nie obywa się przy tym bez pewnych nieścisłości, raz mianowicie biograf mówi, że Kafka miał blisko dwa metry, innym razem, że miał ponad metr osiemdziesiąt - to nie jest to samo. Dziesięć centymetrów w dół czy w górę może nie ma znaczenia w architekturze, w architekturze ludzkiego ciała taki odcinek ma znaczenie pierwsze.

Zaciekawiać musi w tym kontekście wzrost autora biografii - czy jest to mianowicie malec, któremu każdy powyżej 180 cm wydaje się olbrzymem, czy też - bez względu na osobiste parametry - jest to tak zachwycony tematem swej pracy ekstatyk, że nie szczędzi temu tematowi żadnych, też wysokościowych przewag. Niestety, ani tego, ile ma wzrostu Ernst Pavel, ani czy, na przykład, jeszcze żyje, w ogóle niczego z książki o jej autorze dowiedzieć się nie można, brak choćby dwuzdaniowej noty jest poważnym uchybieniem wydawcy, któremu wszakże za samo wydanie monumentalnej i klasycznej pracy należy się szacunek.

Jednej zresztą podstawowej rzeczy o autorze "Koszmaru..." dowiedzieć się jednak można, otóż po przestudiowaniu książki dowiedzieć się można, że jest to dzieło człowieka wybitnie inteligentnego, doskonale piszącego i obdarzonego absolutnym słuchem literackim. Z samych wybranych przez Pavla cytatów ułożyć można intensywną i wielce wymowną kafkowską antologię. Oto garść wrażeń z wakacji opisanych w liście do Maxa Broda: "Jeżdżę po okolicy na motocyklu, dużo pływam, leżę nago w trawie przy jeziorku, chodzę po parku do północy z dziewczyną, która - co dziwne - we mnie się zakochała. Kosiłem trawę na łące, grałem w serso, pielęgnowałem drzewa po burzy, wieczorem zaganiałem krowy i kozy do domu; dużo grałem w bilard, robiłem długie spacery, piłem dużo piwa, byłem nawet w świątyni. Jednak większość czasu - sześć dni jak dotąd - spędziłem z dwiema dziewczynkami, bardzo bystrymi studentkami, bardzo socjaldemokratycznymi. Muszą mocno zagryzać język, żeby bez przerwy nie wygłaszać jakichś zasad czy przekonań. Jedna nazywa się A. Druga, H.W., jest nieduża, z wiecznie i transcendentnie czerwonymi policzkami. Ma bardzo krótki wzrok i nie chodzi tylko o wdzięczny ruch, jakim zakłada sobie pincez-nez. A nawiasem mówiąc, jego czubek jest zbudowany z naprawdę pięknych płaszczyzn. Wczoraj w nocy śniły mi się jej grube nogi w skrócie perspektywicznym". W dobieraniu takich fragmentów Pavel się lubuje, sprzyjają one jego tezie, że Franz Kafka przy wszystkich swoich depresjach, lękach, kompleksach i innych outsiderstwach był w istocie człowiekiem sprawnym, zaradnym, niestroniącym od uciech życia, wybitnym i nieocenionym pracownikiem Ubezpieczalni, w której był niezbędny i kierownictwo której nękał nieustannymi żądaniami podwyżek i urlopów - zastraszeni przezeń dyrektorzy ponoć spełniali te żądania w mig. Taka wizja silnego Kafki może być zaskakująca tylko częściowo, pewnego rodzaju literatury nie tworzą słabeusze, ale ludzie mocni - i to wielorako mocni.

Z rozmaitych rzekomych lęków Kafki Pavel najskwapliwiej obala jego rzekomy lęk przed kobietami. Owszem, nie tylko fragment przytoczonego listu dowodzi, iż biedny Franz doskonale sobie w tej materii - i nie tylko za pomocą olśniewającej sztuki słowa - radził, w biografii jest też sugestia, iż bywał aktywnym gościem praskich zamtuzów - wszystko się zgadza: pielęgnował swoją samotność, a nic tak nie wzmaga samotności jak przelotne związki. Kobiety nie budziły w nim lęku, lęk paraliżujący budziła w nim myśl o małżeństwie. "Z tych czterech ludzi - Pavel cytuje list do Felicji - z którymi czuję prawdziwe pokrewieństwo - mam na myśli Grillpazera, Dostojewskiego, Kleista i Flauberta - jeden tylko Dostojewski się ożenił, a właściwe wyjście znalazł może tylko Kleist, gdy pod naporem trudności zewnętrznych i wewnętrznych zastrzelił się nad jeziorem Wannsee". Upiorny dowcip Kafki polegający na tym, iż przedstawiając własnej narzeczonej właściwe wyjście Kleista taktownie zataił przed nią, iż tamten wspólnie z ukochaną kobietą się zastrzelił, mieści się w mniej lub bardziej świadomym obyczaju maltretowania przez Kafkę - przeważnie drogą korespondencji - swoich niedoszłych narzeczonych. Poddana głównie tym zabiegom była Felicja Bauer, umysłowo sprostała im najlepiej go rozumiejąca Milena Jesenska, fizycznie i duchowo uniosła ciężar geniusza Dora Dymant - było to na sam koniec, schorowany czterdziestoletni ważący (przy takim wzroście) niecałe 50 kg Kafka był już słaby jak kawka, ona miała 19 lat i - sądząc z fotografii - była krzepką panną.

Bo oczywiście świat nękał pisarza, ale i pisarz nękał świat, przecież najczarniejsza postać literatury światowej stary Kafka był - to jasne - toksycznym tatusiem, ale jak on sam musiał dostać w dupę od piekielnie inteligentnego synka, który wcale się nie kwapił, żeby doszczętnie chory ojcowski dom opuścić - o tym się nie mówi. Franz przenikliwie świadom własnych kłopotów z istnieniem ("sam chciałbym siebie omijać z daleka" albo "nie sądzę, żebym spotkał człowieka, który by stale, normalnie i to w życiu codziennym był marniejszy ode mnie") był zarazem nieświadom zabójczej siły swoich gestów i ciosów - cecha częsta u nadmiernych wrażliwców. Zapisy jego morderczych reakcji pozwalają domyślać się, jak nieraz trudne musiało bywać jego towarzystwo. O psio mu oddanym Brodzie potrafił powiedzieć: "Jestem dla Maksa niejasny, a tam, gdzie jestem dla niego jasny, jest on w błędzie", co jest oczywiście frazą zachwycającą, podobnie jak zachwycające (zwłaszcza dla mnie, bo nigdy nie mogłem dojść, na czym polega rzekoma wielkość tego autora) są zdania Kafki o Martinie Buberze: "W osobistym kontakcie jest świeży, prosty i wybitny i wydaje się nie mieć nic wspólnego z tymi miernymi rzeczami, które napisał". Niezłym, naprawdę niezłym był Franz Kafka pakerem.

Szaleństwo Kafki - arcytrafnie powiada jego biograf - "przybrało postać rozdzierającej i oślepiającej świadomości. Oczywiste jest, że Franz przez całe życie cierpiał na nawracające depresje. Miał wszelkie klasyczne objawy agresji skierowanej do wewnątrz: samobójczą nienawiść do siebie, dręczące niezdecydowanie, hipochondrię, manipulacyjne użalanie się nad sobą, niezaspokojoną potrzebę miłości bez nadziei na jej zaspokojenie. (...) Ale objawy opisują chorobę, nie człowieka. (...) Co więcej, rozróżnienie między chorobą a zdrowiem w niewyraźnych strefach przygranicznych zakłada sporą dozę arbitralnego osądu. Nazwanie rozpaczy Kafki depresją nie jest wyjaśnieniem, a tylko etykietką definiującą to, co wyraźnie widoczne. Tutaj (...) liczą się nie wspólne cechy z milionami ludzi, ale to, co sprawiło, że był niepowtarzalny sposób, w jaki on sam potrafił zmienić swoją walkę w akt najwyższego twórczego spełnienia". Amen. Słów powyższych wszelkiej maści uzdrawiacze ludzkości, psychiczni doradcy, spece od słabości i inni znawcy dusz - specjalnie ci, których własna walka owocuje spełnieniami twórczymi niskich lotów - powinni się nauczyć na pamięć i klepać je codziennie bez zrozumienia. Bez zrozumienia - bo są niezrozumiałe. Franz Kafka jest pisarzem trudnym.

 

 

 

 

Polityka - 2002-02-02

 

Jerzy Pilch

Sto aspiryn

 

W "Wysokich obcasach" (nr 4) Roman Pawłowski daje portret zmarłej samobójczą śmiercią angielskiej pisarki Sary Kane. Do londyńskiego szpitala, w którym korzystając z chwili nieuwagi personelu wreszcie skutecznie się powiesiła, przyjęto ją po próbie samobójczej. Diagnoza: przedawkowanie leków. "Panna Kane połknęła w domu 150 tabletek przeciwdepresyjnych i 50 nasennych". W innym miejscu artykułu autor przytacza całe spisy branych przez Kane niepoczytalnych ilości środków farmakologicznych. "Na końcu listy jest sto tabletek aspiryny i jedna butelka bułgarskiego Cabernet Savingon rocznik 1986". Przedawkowywanie, które było zasadą jej egzystencji, przekładało się na pisane przez nią teksty. Przeczytałem dramat Kane "Zbombardowani". Jest to tekst przedawkowany, jest on pośrednim wynikiem permanentnego przedawkowywania, jest owocem przedawkowanego oglądu świata. Na wszelki wypadek wyjaśniam, że nie idzie mi o prostacką tezę, jakoby Sarah Kane tworzyła swoje utwory w stanie przepicia, przepalenia albo przećpania. Nie. Jej pisarstwo to jest swoisty przedśmiertny protokół świadomości wyczerpanej (zapewne także nadmiernymi dawkami świata), do cna wyniszczonej i domagającej się natychmiastowej ulgi. Potrzeba doznania natychmiastowej ulgi - to jest sedno mechaniki wszelkiego uzależnienia. Natychmiast muszę wziąć, bo umrę. W funkcji natychmiastowej działki przynoszącej natychmiastową ulgę w dramatach Kane występuje praktycznie wszystko: miłość, kopulacja, tortura, egzekucja, śmierć. Wszystkie te skądinąd dość krańcowe kategorie oczywiście zawsze występują w potężnych dawkach, taka jest technologia brania, dawki trzeba zwiększać, jak miłość to miłość po sto razy wymawiana, jak kopulacja to kopulacja na sto sposobów uprawiana, jak tortura to tortura na sto sposobów zadawana. Faktycznie: tu jedna aspiryna nie wystarczy - tu trzeba stu aspiryn.

Jestem - i to podkreślam na wszelki wypadek - jak najdalszy od tzw. obnażania sensu dzieła drogą jego tendencyjnie demaskatorskiego streszczania, ale przecież - jak mówię - "Zbombardowanych" przeczytałem bardzo dokładnie i nawet gdybym był fanatycznym wyznawcą tej twórczości, nie mógłbym nie zauważyć, jakie zdarzenia tu po sobie następują. Do hotelowego pokoju przychodzą Cate i Ian. Ian jest po czterdziestce, ma raka, rewolwer, nienawidzi mniejszości etnicznych i jest mordercą (być może seryjnym). Cate ma 21 lat, jąka się, ma poszkodowanego na umyśle brata i jest dobra. Ian permanentnie pije i nakłania ją do permanentnych kopulacji, ona odmawia, on w nocy jednak gwałci ją krwawo. Nazajutrz w pokoju pojawia się niezmiernie głodny żołnierz obcej armii, która, jak się okazuje, zdobyła właśnie miasto. Żołnierz na znak zwycięstwa staje na łóżku i sika na poduszki. Niestety jest to tryumf przedwczesny, hotel zostaje zburzony przez granat moździerzowy i teraz wszyscy są w potrzasku. Żołnierz dla zabicia czasu snuje żołnierskie opowieści o gwałceniu i mordowaniu, mówi językiem znanych autorce telewizyjnych relacji z Bośni. Cate ucieka. Żołnierz robi się coraz bardziej głodny, wpierw dla wstępnej ulgi kopuluje Iana, potem nabiera tak przemożnego apetytu, że jedno po drugim wysysa mu oczy i je zjada. Z miasta wraca przemoczona Cate ze znalezionym niemowlęciem na ręku i patrzy na cały ten bałagan: Ian ma wyssane i zjedzone oczy, a z żołnierzem też nie lepiej: strzałem z rewolweru rozwalił on sobie mózg. Niemowlę jest głodne - Ian też jest głodny. (Słowo głód niestety jest zbyt oczywistym i nieuniknionym słowem, kluczem tej twórczości). Niemowlę umiera. Cate je zakopuje i wychodzi w poszukiwaniu pożywienia. Ian niemowlę odkopuje i zjada. Następnie "umiera z ulgą". Całość kończy się jednak happy endem. Z miasta wraca Cate z wielką kiełbasą, chlebem i dżinem. Ian choć martwy jest jednak w pewnym sensie dalej żywy, mianowicie: gada, je i pije. Wyciemnienie. Otóż, pomimo że dla lakonizmu pomijam rozmaite inne mocne efekty fizjologiczno-językowe, rozumiem, że to co tu jest, dostarcza bardzo wyrazistych argumentów antagonistom pisarstwa Kane, którzy powiadają, że jest to bezładne spiętrzenie bredni, okrucieństwa i wulgarności. Bez tego rodzaju wrogiego odbioru dramaty Kane obywać się zresztą nie mogą, konsternacja jest w ich odbiór wpisana immanentnie. Ale i zwolennicy tej sztuki, którzy powiadają, że trafia ona w istotę rzeczywistości, bo istotą rzeczywistości są strach, przemoc i wszelkie plugastwo - też nie mają łatwo. Bez klucza biograficznego, bez jasnego powiedzenia, że wszelkie te ekstremalne sytuacje to są mieszaniny wizji delirycznych (99 proc. takich wizji to są krwawe pogonie, tortury i strzelaniny) oraz werystyczny zapis narkotycznego głodu - nie ma w tym wiarygodności.

Przemoc jest tu wzięta z gazet i telewizji, które owszem pełne są przemocy, ale prawdziwa dramaturgia nie rodzi się z oglądania telewizji i czytania gazet. To, że pewien kibic Manchesteru United - jak pisze Pawłowski - pewnemu przebranemu za kibica tej drużyny policjantowi "wyssał oko, odgryzł, wypluł na podłogę i tak go zostawił", to nie jest argument za realizmem "Zbombardowanych". To, że "podczas pisania »Zbombardowanych« Sarah miała przed oczami fotografię powieszonej na drzewie kobiety z Bośni" - niczego nie uwiarygodnia, a jest jedynie kłopotliwym ujawnieniem kulis jej warsztatu. To, że "podczas pisania »Oczyszczonych« Kane trzymała na półce książkę Rolanda Barthesa o miłości, w której ten wybitny krytyk literacki porównuje sytuację odrzuconego kochanka do sytuacji więźnia w Dachau", budzi mieszane uczucia głównie z tego powodu, że nie jest pewne, czy Kane zrozumiała, o co naprawdę chodzi Barthesowi.

Wszystkie trzy przykłady pokazują, że pisarka miała w gruncie rzeczy bardzo wygodną sytuację poznawczą: pełen przemocy obraz świata budowała z medialnych gotowców i to od razu z historiozoficznym komentarzem. Pomiędzy tymi gotowcami a rozdygotaną i znieprawioną przez chemię świadomością istnieje więź mocna, wielkich rzeczy w permanentnej huśtawce emocjonalnej ani rejestrować, ani tym bardziej tworzyć się nie da, w gruncie rzeczy jedynie forma teledysku przechodzi jako tako. Dlatego też strach, przemoc, okrucieństwo są tu podane jak na tacy, żadnej refleksji nad genezami ani mechanizmami tych zjawisk nie ma, są serie makabrycznych scenek, obóz koncentracyjny (skrzyżowany z campusem) jest najzupełniej oczywistym miejscem akcji.

Wystawić jest to pociągająco łatwo, dać tu można prawdziwe feerie bezkarnej wyobraźni, permanentnie ktoś tu wyskakuje z łachów, ktoś komuś coś amputuje, ktoś nieludzko krzyczy z bólu, zmieniają się światła. Poza tym wiadomo: nic tak nie ożywia spektaklu jak samobójczy trup młodej autorki. Siedzę w teatrze na "Oczyszonych" w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego i niezmiernie mi żal, że tyle katorżniczego trudu ludzi teatru idzie w sentymentalny gwizdek: kochaj mnie, zabij mnie, daj mi pierścionek, najbardziej mi żal nawet nie aktorów, którzy ciągle (z wyjątkiem Bonaszewskiego - swoją drogą ciekawe, dlaczego on jeden nie?) pokazują co mają najświętszego, najbardziej mi żal elektryków, którzy ciągle muszą inne, a to żółte, a to czerwone, a to zielone, światła na scenę dawać. A w ogóle w sumie dlaczego to jest, rozmaicie w dodatku oświetlony, obóz koncentracyjny? Jak to dlaczego? Przecież w telewizji bez przerwy pokazują obozy koncentracyjne... Nie widzisz durniu, że świat jest jednym wielkim pełnym tortur obozem koncentracyjnym? No nie widzę. Nie widzę i niestety w ogóle na sztukę "stu aspiryn" jestem odporny. Po pierwsze znacznie bardziej ciekawiłaby mnie sztuka o facecie, którego boli po południu głowa i zażywa on dwie aspiryny. Po drugie, niestety, chłopcy migający światełkami subtelnej fantazji, ja w przeciwieństwie do was wiem, jaki sto aspiryn ma smak.

 

 

 

 

Polityka - 1999-05-22

 

Jerzy Pilch

Wszystko ułożone i skończone

 

Czy Andriej Tarkowski był geniuszem - nie wiem, on sam jak się zdaje nie miał nic przeciwko temu: "Rondi nazwał mnie geniuszem - notuje w "Dzienniku" - no niech będzie, lepszy geniusz od miernoty, jeśli już mówimy o epitetach". Jeśli nawet nie był geniuszem, był w nim niechybnie pierwiastek donioślejszy od genialnego talentu, był w jego posłannictwie artystycznym pewien wyraźny rys świętości. Inni twórcy, co byli zwykłymi śmiertelnikami, stali odeń niżej i on o tym wiedział i nawet mu do głowy nie przychodziło, by tę ewidentną różnicę zamazywać jakąś faryzejską wspaniałomyślnością, fałszywym wyrozumieniem czy rzekomą cechową solidarnością koleżeńską. Tarkowski był w swoich sądach bezwzględny, okrutny i czysty. Czy miał skłonność do pastwienia się nad miernotami zajmującymi się sztuką? Tak, miał taką skłonność i nie będę ukrywał, że nadzwyczaj jest mi ona bliska. A na cóż zasługują bezwstydni nieudacznicy literaccy, na cóż zasługują poza sprawieniem im literackiej kaźni ze szczególnym udręczeniem? "Zacząłem czytać »Ostrze brzytwy« Iwana Jefremowa. Boże! Czyżby nikt mu nie powiedział, że jest grafomanem? Czyżby umarł nieświadomy swej nieudolności?"

Nie bez powodu twórca "Stalkera" wpisał samemu sobie do sztambucha cytat z uwielbianego (nadmiernie i bezkrytycznie - takie są zasady rzetelnego uwielbienia) Hermana Hessego. "Im ostrzej i bezwzględniej formułujemy jakąś tezę, tym bezwzględniej domagać się będzie ona antytezy". Tezą Tarkowskiego była sztuka najwyższa. "Moim celem jest podniesienie kina do rangi pozostałych sztuk. Uczynienie go sztuką równoprawną wobec muzyki, poezji, prozy itd.". Antytezą tej tezy okazuje się praktycznie całe współczesne kino, im jest ono w swej drugorzędności wyraźniejsze, tym boleśniej i skrupulatniej diarysta protokołuje jego drugorzędność. "Oglądałem niezwykle ohydny film »Possesion«". "Oglądałem »Tre fratelli« Rosiego. Okropne. Lepsze niż »Chrystus zatrzymał się w Eboli«, ale mimo wszystko złe". "Oglądałem »Czas Apokalipsy« Coppolli. Bardzo kiepski aktor w głównej roli, zła dramaturgia. Film bez kręgosłupa. Ożywiony komiks". "Oglądałem »Skok w pustkę« Marco Bellochio. Zimne i oschłe. Przeintelektualizowane". "Oglądałem film Cassavetesa »Zabójstwo chińskiego maklera«. Czuje się rękę oczywiście, ale żal mi go aż do łez. Żal mi tych lepszych: Antonioniego, Felliniego, Rosiego". "Próbowaliśmy obejrzeć film Woody Allena »Manhattan«. Wyszedłem w połowie. Potworna nuda i całkowicie pozbawiony wdzięku aktor, który pragnie być czarujący". "»Amadeusz« Formana dostał osiem Oscarów. I tak nic nie wart. Pod każdym względem". "»Miasto kobiet« Felliniego - film rzeczywiście marny".

Ponieważ jak widać krytyka bieżącej twórczości ma w "Dziennikach" charakter dość wszechogarniający, nie dziwota, iż z czasem Andriej Tarkowski przestaje się turbować kwestią, jaki i czyjego autorstwa film jest zły, bo i tak jest zły. W środę 25 czerwca 1980 r. notuje po prostu: "Wieczorem oglądałem film. Bardzo niedobry". Jest bezlitosny zarówno w stosunku do najbliższych współpracowników - Sven Nykvist, operator "Nostalgii" "zanim zrozumiał o co chodzi minęła połowa filmu", jak i w stosunku do własnych egzegetów. "W »L´Espresso« jest artykuł Moravii, widział w Moskwie »Stalkera« i napisał bardzo pozytywną recenzję (...) Przetłumaczono mi artykuł Moravii: nic nie zrozumiał". Nacje, które są Tarkowskiemu przychylne, zapewniają mu szmal i doskonałe warunki pracy, niestety nie mogą liczyć na wzajemność. "Szwedzi są piękni i głupi" - ten zręczny aforyzm przychodzi Tarkowskiemu na myśl w czasie pobytu w Sztokholmie. Jedynym reżyserem, którego ceni, jest Francuz Robert Bresson i bardzo przekonująco o walorach jego filmów Tarkowski nieraz się rozpisuje, ale przecież gdy w 1983 r. przychodzi do rywalizacji z Bressonem o Złotą Palmę w Cannes, zachowuje chwalebną przytomność umysłu i odnotowuje szkodliwość Bressona. "Zaszkodzili mi Bondarczuk i Bresson". Ceni Sołżenicyna, ale gdy Sołżenicyn zawodzi, nie staje na wysokości zadania, nie spełnia pokładanych w nim nadziei, nie waha się przed przelaniem na papier całej pełni skorygowanej opinii o autorze "Denisowicza". "Nawet nie przypuszczałem, że Sołżenicyn okaże się takim niemądrym, złośliwym, zazdrosnym, a przede wszystkim nierzetelnym człowiekiem".

Rzecz jasna i wbrew pozorom nawet w tych sekwencjach pozornie tendencyjnie dobranych cytatów nie ma cienia resentymentu, urazowości, pychy, zawodowej zawiści, śladu obawy przed artystyczną rywalizacją. Najjadowitsze nawet opinie Tarkowskiego czyta się tak jak całość jego intymnych, przedśmiertnych notatek - czyta się je ze ściśniętym sercem. Bo też nie ma w jego sądach jadowitości samej w sobie, wszystko jest w gruncie rzeczy podszyte pewnością własnego gestu, choć i to nie bardzo, bo bezwzględny w stosunku do innych, samemu sobie i własnym utworom Tarkowski bynajmniej nie folguje. "Widziałem »Rublowa« - notuje we Włoszech latem 1980 r. - Wszystko to jest bardzo złe. »Solaris«, »Rublow«... Usprawiedliwia mnie jedynie fakt, że inni robią filmy nawet gorzej niż ja..." Istotnie, za tak wyostrzoną samoświadomością niepodobna nadążyć zwykłym, a nawet i niezwykłym śmiertelnikom.

Dźwigając kino do absolutnych wyżyn, Tarkowski zarazem doszedł do kresu tej sztuki, a to, co potocznie określa się mianem sztuki filmowej, filmów mniej lub bardziej ambitnych, ale jednak przeznaczonych dla widzów, nie interesowało go zupełnie. Chciał mieć widownię, ale myśl o zdobywaniu widowni drogą jej jakiegokolwiek uwodzenia była dlań paskudna. "Oglądałem »Amarcord«. Interesujący film. Ale przede wszystkim jest to film dla widzów. Kokietuje ich i chłoszcze - pragnie się podobać". Jeśli jest to wszystko naznaczone jakimś maniakalnym aspektem (a jest), to niewątpliwie autor "Rublowa" ma rację, kiedy się określa "maniakiem wolności".

Chciałoby się po lekturze "Dzienników" niemal odruchowo powiedzieć, że przez założone sobie cele, przez przyjęte kryteria i przez żelazną konsekwencję ducha Andriej Tarkowski był człowiekiem z innej planety. Że był to pasażer niekiedy nie do zniesienia dla Ziemian, nie ulega wątpliwości. "Nie mogę patrzeć na ludzi, którzy wyrażają swoje uczucia - notuje w ataku nagłej furii. - Nawet najszczersze. Kiedy moi najbliżsi wyrażają uczucia, jest to ponad moje siły". Miał chłop swoją szajbę - można powiedzieć. Był odklejony, był nie z tej ziemi. Ale ktoś, kto rzuciwszy okiem na mało rozgarniętą tłumaczkę potrafi dać wizerunek jej postaci w paru słowach: "nie ma głowy, myśli skórą"; ktoś, kto podaną przez radio wiadomość o śmierci imperatora potrafi skomentować: "Umarł Mao Tse Tung. Błahostka, ale przyjemna"; ktoś wreszcie, kto zaznał tylu udręk ziemskich - był z tej ziemi.

Pełne udręki było życie Andrieja Tarkowskiego i, jak powiadam, ze ściśniętym sercem czyta się jego wyznania. Borykał się z władzą, borykał się z emigracją, zaznawał straszliwej tęsknoty, fizycznego bólu, krztusił się własnymi nie z tego świata wizjami, realizował je z morderczą pieczołowitością, mdłe schorowane ciało nie nadążało za potęgą ducha, a kiedy wreszcie wszystko się ułożyło tak, że żyć nie umierać, stało się na odwrót. Wszystko się ułożyło i wszystko się skończyło. Bardzo jest to ziemska fabuła. Ach, oczywiście: on cały czas podczas swego ziemskiego pobytu w dodatku jeszcze myślał, myślał w sposób precyzyjny, bezkompromisowy i pełen powagi. To jest cecha tak rzadko spotykana, że istotnie niepodobna jej nie przypisać atrybutu zaświatowości.

 

 

 

 

Polityka - 1999-09-04

 

Jerzy Pilch

Wikingówny w tańcu

 

W "Gazecie Bielskiej" nr 200 (lokalny dodatek "Wyborczej") notatka pt. "Satanizm czy obrzędy wikingów?" "Dwie dziewczyny spod Krakowa - donosi notatka - zatrzymali w środę wieczorem policjanci w Szczyrku. Nastolatki są podejrzane o praktyki satanistyczne. - Sprawa nie jest jednak taka jednoznaczna - mówi Jan Lewandowski, oficer prasowy bielskiej policji. Dziewczyny zwróciły uwagę policyjnego patrolu swym wyglądem. Czarne buty, czarne spodnie, czarne bluzy »kangurki« z naciągniętymi na głowę kapturami. Do tego krzykliwy makijaż oraz pełna magicznych symboli biżuteria na palcach, twarzy i szyi. Policjanci zaczęli śledzić nastolatki. Robiło się już ciemno, gdy w ustronnym miejscu rozpaliły ognisko i zaczęły przy nim tańczyć, wbijając w ziemię odwrócone krzyże. Wtedy zostały zatrzymane. (...) W trakcie wstępnych przesłuchań nastolatki do niczego się nie przyznają. Tłumaczą, że po prostu bawiły się przy ognisku. - W ogóle bardzo dużo mówią, żeby nas zbić z tropu. Po prostu ściemniają - mówi aspirant Lewandowski. Na pytanie o praktyki satanistyczne, jedna z dziewcząt wyjaśnia, że tańce przy ognisku nie miały z tym nic wspólnego, raczej nawiązywały do obrzędów wikingów. W tym miejscu następuje długi wywód o wierzeniach skandynawskich wojowników. - Ale my i tak się dowiemy, czego chcemy się dowiedzieć - zapewnia aspirant Lewandowski".

Nie wątpię, że śledczy wyciśnie z małych zbrodniarek prawdę, jak sok z cytryny. Nie wykluczam, że brawurowa akcja policjantów ze Szczyrku doprowadziła do ujęcia pary wyjątkowo zwyrodniałych satanistek, które na niejednym wcześniej rozpalonym w ustronnym miejscu ognisku niejedno schwytane przez siebie chrześcijańskie niemowlę upiekły i zjadły, a jak jeszcze nie upiekły i jeszcze nie zjadły, mogły to zrobić niebawem, tak czy tak, były na złej drodze. Zdaję sobie sprawę, że wzrasta przestępczość w ogólności, a przestępczość młodych kobiet wzrasta w szczególności. Wiem, jak wielkie są koszta transformacji ustrojowej: demokracja rośnie, bezpieczeństwo maleje, policja słabnie, bandyctwo się nasila. Mam świadomość, iż wokół panuje wiele zła, któremu wreszcie należy położyć tamę.

Tym niemniej uważam, że chodzenie w czarnych butach, a nawet chodzenie w czarnych butach oraz równocześnie w czarnych spodniach w zasadzie nie powinno być ścigane przez prawo. Kto wkłada czarne buty, czarne spodnie i czarną bluzę z kapturem, ten rzecz prosta przekracza dopuszczalne normy i działa na granicy prawa, ale mimo wszystko dalej - że zacytuję aspiranta Lewandowskiego - sprawa nie jest jednoznaczna. Moim zdaniem o wszystkim w takim przypadku decyduje kaptur. Jeśli kaptur jest, ale jest opuszczony na plecy, to jest to działanie na granicy prawa, bez wszakże jaskrawego przekraczania tej granicy. Jeśli kaptur nie tylko jest, ale jest w dodatku kryminogennie nasunięty na głowę, jeśli na domiar nie ma wiatru, mamy do czynienia, jeśli nie z samym działaniem przestępczym, to z ewidentnym działaniem przygotowawczym do popełnienia czynu przestępczego.

Niestety, czytelna, nieubłagana i rzekłbym: notorycznie rosnąca lista poszlak wyraźnie się w tym miejscu załamuje i dla pełni obiektywizmu należy tę nagłą chwiejność odnotować. Weźmy poszlakę krzykliwego makijażu. Obawiam się, że krzykliwość makijażu jest prawnie niedefiniowalna. Pojęcie krzykliwego makijażu jest pojęciem relatywnym, to co dla jednego jest krzykliwe, dla drugiego jest dyskretne i na odwrót. Ja na przykład uważam, że mój makijaż jest bardzo dyskretny, choć niektórzy utrzymują (tak jest, wiem o tym), niektórzy moi antagoniści utrzymują, że przesadzam z cieniami do powiek. Można o takich sprawach dyskutować, nie wyobrażam sobie wszakże, żeby regulować to ustawowo. Byłoby to po prostu śmieszne.

Równie słaba, a nawet znacznie słabsza od poszlaki makijażu jest niestety poszlaka biżuterii. Poszlaka ta jest nie tylko bardzo słaba, jest ona też bardzo denerwująca. Jak wynika z notatki podejrzane dziewczyny miały "pełną magicznych symboli biżuterię na palcach, twarzy i szyi". A niby gdzie - pytam - miały mieć pełną magii biżuterię, żeby nie wzbudzać podejrzeń? Na pycie?

Dalej również materiał śledczy wygląda, delikatnie mówiąc, kontrowersyjnie. Rozpalenie ogniska o zmierzchu w ustronnym miejscu nie jest znowu aż taką sensacją, aż takim naruszeniem legalności. Trudno w końcu, w trosce o majestat prawa, rozpalać ognisko w samo południe, w centrum miasta. Tańczyły wokół tego ogniska i wbijały w ziemię odwrócone krzyże. Ja wiem, że odwrócone krzyże są clou programu i gwoździem do trumny małych zwyrodnialczyń, ale mimo wszystko coś tu nie pasuje. Wpierw czujnie idąca tropem zbrodni obława policyjna odnotowuje każdy szczegół, podejrzane są całkowicie prześwietlone, wiadomo, jaki mają makijaż, jaką biżuterię, jakie kaptury, a o krzyżach ani słowa. Jeśli miały w swym satanistycznym ekwipunku plecaki pełne krzyży, które przywiozły do Szczyrku celem ich splugawienia, to czemu te fatalne toboły nie wzbudziły podejrzeń, a jedynie pierścionki z czarodziejskim oczkiem? Skąd nagle krzyże? Krzyże deus ex machina?

Obawiam się, że odwrotnie wbijane w ziemię krzyże łatwo będzie tu obalić. Obawiam się, że w najlepszym razie jedyną zbrodnią była tu głupota. Głupota owszem jest zbrodnią, tyle że niekaralną. Głupstwo też zresztą popełnia policjant, który reaguje na podejrzany wygląd. Jak się człowiek zacznie zbyt czujnie wpatrywać, to każdy ma podejrzany wygląd, i ten w krawacie, i ten w okularach, i zwłaszcza ten w sandałach podejrzanie przewiewnych. Przecież nie można dopuszczać do psychozy. W końcu idzie jesień i co człowiek ma robić ze swoją ulubioną budrysówką z kapturem? Kaptur definitywnie odpiąć albo go wybielić jakimś dostępnym dzięki niepodległości niechlorowym wybielaczem?

Nie podejrzany wygląd rozstrzyga, ale podejrzane zachowanie, taka jest pierwsza, kanoniczna zasada podstaw do interwencji. Na przykład: "Podejrzani zwrócili uwagę przechodzącego patrolu swym podejrzanym zachowaniem. Pomimo późnej pory stali ze łzami w oczach pod jasno oświetloną witryną sklepu monopolowego". Jak tak, to są podstawy do interwencji, do spisania, do zatrzymania, a w pierwszej kolejności do udzielenia pouczenia, gdzie jeszcze jest otwarte. Są podstawy bez względu na wygląd. Wygląd jest zawsze względny, bo mówiąc szerzej: jakiś wygląd jest zawsze. Zatrzymane w Szczyrku małolaty wygląd miały kiczowaty, ale to może być trochę mało, paragrafy estetyczne są wątłe, żeby nie powiedzieć: nie ma ich wcale.

Tu trzeba bić na co innego, tu trzeba bić na to, że one same się wkopały po zatrzymaniu. A wkopały się zeznając do protokołu, że tańce przy ognisku to były tańce wikingów. Otóż wikingowie rytualnie tańczyli wokół ognisk, na których - tak jest - piekli upolowane przez siebie wieloryby. Ognisko się tu zgadza, wieloryb nie. Schwytane w Szczyrku rzekome wikingówny ani jednego wieloryba niestety nie miały przy sobie.

 

 

 

 

Polityka - 1999-03-20

 

Jerzy Pilch

Traktat o predestynacji drobiu

 

Zwyczajem powszechniejszym od zwyczaju zabijania drobiu jest zwyczaj zjadania drobiu, o której to konsumpcji w dzisiejszej literaturze głucho. Obiady, owszem, pisarze jadają, jedzenia obiadu nikt jednak nie opisuje, nie umie opisać.

W "Rzeczpospolitej" (nr 61 dodatek "Plus-Minus") tekst Anny Frajlich pt. "Zabić koguta". Jest to esej analizujący dzisiejsze literackie sposoby zarzynania kur oraz dociekający powodów znacznej - jak się okazuje - we współczesnej prozie częstotliwości motywu dekapitacji kurczaka. "Widmo kurczaka z odrąbaną głową krąży po współczesnej prozie (...) Zastanawiające, że obrazy te powtarzają się w utworach różnych pisarzy. Co właściwie jest ich celem? Czy sprawdzają granice akceptacji okrucieństwa? Jakie jest ich przesłanie?" - zapytuje autorka i wbrew pozorom do pytań tych podchodzić należy z powagą.

Moja hipoteza badawcza jest taka: zjawisko uśmiercania kur celem przyrządzenia z nich na przykład rosołu jest zjawiskiem na tyle społecznie rozpowszechnionym i zarazem na tyle literacko powabnym, iż nie jest specjalną osobliwością zauważanie, a następnie odnotowywanie tego fenomenu w twórczości przez pisarzy, w tym także przez pisarzy różnych. Co więcej, pisarze na przykład średniego pokolenia mieli niechybnie sposobność, z racji swego znacznego już doświadczenia biograficznego (choćby podczas inspirujących wyjazdów na wieś), stykania się z rozmaitymi chałupniczymi egzekucjami drobiu i nie dziwota, że następnie w aranżacji czy to naturalistycznej, czy to symbolistycznej (zależnie od indywidualnego temperamentu) dawali odpowiednie sceny w swoich powieściach. Jak zresztą wynika z eseju, zarzynania kur doznawali naocznie nawet pisarze przedwojenni (Uniłowski), czyli można tu mówić o doświadczeniu ponadpokoleniowym, a nawet uniwersalnie historycznym.

Rzecz jasna istnieją zjawiska społecznie bardziej rozpowszechnione, których literatura nie utrwala. Na przykład niewątpliwie zwyczajem powszechniejszym od zwyczaju zabijania drobiu jest zwyczaj zjadania drobiu, o której to konsumpcji w dzisiejszej literaturze głucho. Dzieje się tak zapewne z racji wyczerpania albo nieumiejętności obsługi wielkiej konwencji realistycznej, obiady, owszem, pisarze jadają, jedzenia obiadu nikt jednak nie opisuje, nie umie opisać. Zabijanie kury jest widać w ordynarności swej atrakcyjniejsze od jej subtelnego spożywania. Być może jest to istotnie literacko powabne, być może jest w takiej scenie początek metafory, figura innych egzekucji, przestroga przed pierwszym ciosem, przed pierwszym krokiem na "stromej ścieżce krwi". Być może. Mnie się wszakże wydaje, że kurczaka trzeba zarżnąć, przyrządzić i zjeść, a początków rzeczy zasadniczych szukać gdzie indziej. Jak mawiali starzy wiślańscy mędrcy: szukać trzeba tam, gdzie jest schowane. Zabijanie kury jako źródło refleksji moralnej albo jako początek terroru - proszę bardzo, ale są i inne źródła, i inne początki.

Opowiem o tym inną, własną opowieść  z zakresu zwierzęcej martyrologii. Z męczeństwem zwierząt obcowałem przez całe dzieciństwo. Stary dom w Wiśle oszańcowany był zabudowaniami przedwojennej rzeźni i choć po wojnie rzeźni już nie było, była ona nadal, wszystkie pomieszczenia, szlachtownia, wędzarnia, funkcjonowały bez zarzutu, cały sprzęt był na chodzie, pistolety, wyciągi, haki, koryta, palniki, nawet maszyny do wyrobu kiełbasy zostały bez uszczerbku zachowane. Toteż wszystkie okoliczne, mniej lub bardziej pokątne "zabijaczki", świniobicia tu się odbywały, tu wybijała godzina luterskich cieląt, tu stary Markowczan jednym wprawnym ruchem skracał męczarnie ochwaconych albo dychawicznych koni.

Przez kuchenne okno widać było podwórze wyłożone polnymi kamieniami, po tych kamieniach nieludzko silni czeladnicy wlekli na rzeź zwierzęta, całą tamtą epokę, wszystkie tamte zimy stałem przy kuchennym oknie, kot Głupielok siedział na ramieniu. Przez pięć, a może przez siedem lat słuchałem skowytu zwierząt, które zaraz miały zostać zabite, bo taki był porządek świata. Od czasu do czasu pokryte łuskami brunatnego lakieru drzwi szlachtowni zamykały się, zapadała cisza. Rzecz jasna, jako dziecko słabe, chorowite, zezowate i wydelikacone przedwczesną lekturą dzieł Fryderyka Schillera byłem chroniony przed zbytnim wtajemniczeniem w tamte kaźnie, z fragmentów układałem całość, ktoś biegł przez podwórze, ktoś nie domknął drzwi, rozpłatane wnętrzności jak odwrócony gobelin majaczyły w głębi, blaszane wiadro przechylało się niebezpiecznie, woda była inna, ruda nić na śniegu, ktoś długo mył ręce.

Z czasem wyobraźnia przywykła do rzeźniczych rytuałów masarskich obrzędów, chyba przestawałem słyszeć przedśmiertne rzężenia zarzynanych bydląt i chyba istotnie przestałbym je słyszeć, gdyby nie paroksyzm strachu, śmiertelny skurcz mięśni, nastroszone futro siedzącego na ramieniu kota Głupieloka. On słyszał, w nim był strach pobratymczy, nigdy nie uśpiony, a może początek strachu, bo może prawdziwy strach, może początek prawdziwego zwierzęcego strachu nie jest w zarzynanym bydlęciu, ale w drugim stworzeniu, które słyszy tamten nie swój skowyt? Szukać trzeba tam, gdzie jest schowane.

Pilnie chroniony przed bezpośrednim dostępem do kaźni już wtedy byłem na marginesie życia, to jeszcze pół biedy, ale byłem też na marginesie śmierci, to jest znacznie trudniejsze do zniesienia, nie było mnie, ale przez raz jeden dostąpiłem wtajemniczenia, raz zostałem wezwany. Jakimś zaszczytnym zbiegiem okoliczności nikogo nie było w domu, żadnych mężczyzn i moja święta babka Czyżowa wezwała mnie do pomocy w szlachtowaniu indyka - w końcu bagatelna kaźń. Dopiero w wiele lat później, jak powiada klasyk, miałem się przekonać, że tamten indyk był wielkości małego fiata. Dopiero wiele lat później, na razie leżałem na nim całym ciałem, przede mną dosiadała go babka, on niemalże swobodnie rozpościerał skrzydła, możliwość, iż uniesie nas na grzbiecie niczym Żar-ptak nad obłoki, możliwość taka w realny sposób nie zachodziła, ale w jakiś sposób można było ją brać pod uwagę. Babka nożem nie dość ostrym piłowała gardło, wkrótce czerwona kałuża wokół nas śmiało się rozpostarła, teraz wyglądało jakbyśmy na pierzastym lewiatanie płynęli przez czerwone morze, kury się zeszły i swoje jeszcze nie odrąbane głowy w górę podnosiły i krew jego piły. O niczym wtedy nie myślałem poza tym, żeby indyk niemal jak Rasputin odporny na śmiertelne razy wyzionął wreszcie ducha, żeby skończyła się karykaturalna makabra.

Potem, po latach, kiedy to szlachtowanie  jako rzecz godną opisania rozważałem, byłem pewien, że napiszę o ostatnim spazmatycznym skurczu stygnących pode mną wnętrzności, które całym swoim spanikowanym ciałem czułem. Byłem pewien, że tak to napiszę, choć leżałem na nim i nie czułem nic. Nie czułem nic, tak jakbym sam nie żył albo jakby obecny w prozie motyw zarzynanego ptaka domowego jeszcze przed zarżnięciem był martwy.

 

 

 

 

Polityka - 2000-07-08

 

Jerzy Pilch

Mgła nad Łopuszną

 

Kiedy Tischner przychodził do "Tygodnika Powszechnego", siadał zawsze w sekretariacie naprzeciw pani Kasi i wtedy na ogół dość ospałe redakcyjne życie ulegało wzmożeniu. Albo - można też powiedzieć - całkiem zamierało, bo wszyscy się koło Niego skupiali. Nawet sławna Marzanka - swego czasu gwiazda korekty oraz marketingu, na sam widok tego kapłana mobilizowała się pod względem cielesnym, co było swoistym paradoksem, bo przecież to ona (miała wyłącznie ten atrybut) bywała źródłem tego typu mobilizacji. Słowem: skoro Tischner działał nawet na Marzankę - jest to niezbity dowód, że działał on na wszystkich.

Teraz jego wielcy i prawdziwi przyjaciele, znamienici rozmówcy i ci wszyscy, co byli naprawdę blisko Niego, zapewne więcej powiedzą o naturze Jego charyzmy, choć charyzma to nie jest to słowo. Jakim słowem dałoby się opisać magnetyczną siłę tego człowieka, nie wiem. W końcu ani osobiście zbyt wiele razy z Nim nie rozmawiałem, ani pism jego nie znam na wylot. Myślę, że jednym z powodów, dla których uwaga wszystkich skupiała się na Nim, mógł być po prostu Jego niepospolity dar narracyjny. Wszystko, co mówił, obracało się w opowieść, nie w anegdotę, ale w literaturę. Gęba góralskiego anegdociarza przyrasta doń na trwałe i, owszem, były ku temu słyszalne powody. Ale przecież kiedy On opowiadał najprostsze rzeczy, o tym na przykład, jak w listopadzie jechał do Łopusznej, jak mijała Mu droga, jaka mgła była po drodze i o tym, jak w tej gęstej jak mleko mgle na moście w Łopusznej stali górale i rozmawiali, i on jadąc wolno słyszał, co oni mówią ("o kurwa, Józek jedzie!"); w każdej takiej z pozoru byle jakiej historii była poważna wbrew pozorom historia. Bo On po prostu byle jak nie umiał mówić.

Był - jak powszechnie wiadomo - księdzem wysoce niekonwencjonalnym, tak niekonwencjonalnym, że budziło to, jak się za starej Polski mówiło: w tak zwanych określonych kręgach wściekłość i furię. Ktoś mógłby powiedzieć - wystarczyłoby być choćby i w połowie tak niekonwencjonalnym jak Tischner, a i tak budziłoby to rozmaite opory i kontrowersje. Otóż jest, czy byłby to sąd mylny. Prawdziwa nikonwencjonalność musi być wielka, bo tylko wielka niekonwencjonalność staje się wartością nie do podważenia. I w tym właśnie sensie niekonwencjonalny Tischner był tak mocny, że w sposób istotny praktycznie nikt nie miał szans, by stać się Jego realnym przeciwnikiem. Jemu - po prostu - nikt nie mógł podskoczyć. Jemu - jak się zdaje - nie mógł podskoczyć nawet Ojciec Święty.

Zaprosił pewnej zimy redakcję "Tygodnika" do Łopusznej i gdyśmy tam wreszcie (mgła była po drodze) dotarli, ujrzeliśmy bez śladu rozczarowania Jego mityczną krainę. Nie przypadkiem i nie z niezręczności używam słowa "rozczarowanie", bo jak się zna jakieś sprawy tylko z opowieści, a potem poznaje je naocznie, często to właśnie słowo, jeśli nawet nie pada, przychodzi człowiekowi do głowy. Ale wtedy w Łopusznej wszystko było naprawdę. Majestatyczna siedziba Wielebnego (taką miał ksywę w "Tygodniku", tak w każdym razie mówiła o Nim Kasia, a to w końcu było rozstrzygające), obłoki Tatr na horyzoncie i słynna bacówka, w której lubił pracować i w której usłyszał przez radio wiadomość o wyborze papieża Wojtyły. Rozpisywanie się o mitycznych górskich krajobrazach, o Jego tamtejszych zakorzenieniach miałoby może w tym miejscu i sens, ale nie dotykałoby chyba sedna rzeczy. Bo na mnie osobiście sprawiło wówczas największe wrażenie to, że po raz pierwszy w życiu ujrzałem lud kochający swojego kapłana. Przecież ci łopuszańscy górale wręcz Go uwielbiali. Uwielbiali Go nawet nie jako księdza, ojca, brata czy największego przyjaciela. Gołym okiem było widać, iż darzą Go oni tym niepojętym uczuciem, jakim darzy się najbliższego na ziemi człowieka.

Tak jest: był Józef Tischner wybitnym kapłanem, filozofem, publicystą, mędrcem, pisarzem. Jego imponujący dorobek jest i będzie miarą Jego wielkości. Mam wszakże głębokie przeświadczenie, że najprawdziwszą miarą Jego niezwykłych sił duchowych, Jego - niech będzie - charyzmy było to, że Jego po prostu kochali górale z Łopusznej.

Był popularny i powszechnie znany, niektórzy powiadali: nadmiernie. (W Polsce, jak wiadomo, sukcesu się nie wybacza). Moim zdaniem w popularności Tischnera znacznie więcej było dobra niż niejasności, więcej powiem, w tej popularności było samo dobro. Ksiądz-szołmen to brzmi ryzykownie, ale ksiądz-mędrzec wirtuozersko radzący sobie z mediami zdarza się raz na stulecie, a może jeszcze rzadziej. On zresztą istotnie z profesjonalną nieraz wprawą umiał w pewnym sensie sterować swą popularnością. Jak się zdaje, niemałą część tej popularności zawdzięczał faktowi, że zwłaszcza jak na kapłana operował polszczyzną w bardzo szerokim zakresie.

Sam na sobie swobody i piękna Jego polszczyzny zaznałem. Pewnego razu w "Tygodniku" podszedł do mnie i powiedział: "Wy mi się, kurwa, lutrze czy kalwinie coraz bardziej podobacie". Zaznawszy aż takiej chwały (którą, co tu kryć, z całą niestosowną pyszałkowatością teraz powtarzam), schyliłem się wtedy kornie i zapytałem: - Czy ksiądz profesor mógłby mi to dać na piśmie? - Przynieś kartkę - On odparł i nie bez głębokiego zadowolenia z własnej swawoli, niczego nie pomijając, utrwalił miłe mi zdanie na piśmie, i dla wzmożenia efektu złożył pod tą frazą podpis: Józef Tischner.

Oprawiłem rzecz jasna ten tekst w szkło i powiesiłem na ścianie w moim boksie w "Tygodniku" i może nawet dalej on tam wisi. Bo jakimś niewyjaśnialnym trafem tego silnie niekonwencjonalnego autografu nie zabrałem ze sobą. I na pewien sposób - niech zostanę dobrze zrozumiany - nie żałuję tego. Bo tak czy tak - tamto jego żartobliwe zdanie wielka mgła (gmła - jak on po góralsku lubił mówić) spowija. Za mgłą jest redakcja, do której przychodził i w której wtedy wzmagało się lub zamierało życie, za mgłą jest ból i rozpacz (sam teraz zza siedmiu gór i zza siedmiu mgieł piszę), za mgłą jest Łopuszna. Turowiczowie, Pszon i Tischner ruszają bardzo mglistym rankiem ku pustej bacówce. Idą powoli, rozmawiają, słychać głos Tischnera.

 

 

 

 

Polityka - 2000-06-10

 

Jerzy Pilch

Leibniz w pizzerii

 

Mniejsza o to, z jakich powodów od dłuższego czasu poszukuję książki pt. "Wyznanie wiary filozofa" Gottfrieda Wilhelma Leibniza, mniejsza o to, dlaczego chcę mieć ten legendarny tom i szczerze powiem mniejsza nawet o to, czy go kiedykolwiek porządnie i ze zrozumieniem przeczytam. W każdym razie przebieg wydarzeń jest następujący: jak zwykle idę Świętokrzyską. To znaczy: nie tak całkiem jak zwykle, bo widzę, że w jednym miejscu, już blisko Nowego Światu, jest na Świętokrzyskiej coś całkiem niezwykle nowego - nowa pizzeria mianowicie. Dawniej była tam sławna knajpa U Matysiaków, a teraz proszę: całkiem nowa pizzeria. Zafrapowany nowością podchodzę bliżej i nie doznaję zawodu: pizzeria jest nie tylko nowa, jest ona też niezwykle nowoczesna. Z frajerską ciekawością zaglądam do środka przez panoramiczną szybę i ciekawość moja nie tyle wzrasta, doznaje ona wręcz szoku poznawczego. Otóż na jednej z olbrzymich ścian lokalu najwyraźniej widnieje olbrzymi regał wypełniony w dodatku olbrzymią ilością książek. Nowoczesność plus nowatorstwo plus tradycja plus niekonwencjonalne rozwiązanie wystroju; coś dla ducha i coś dla ciała, pomyślałem proroczo i sam sobie nie zdawałem sprawy, jak dalece myśl moja była prorocza.

Nie muszę dodawać: natychmiast wchodzę do środka, nie muszę dramatyzować: na pierwszy rzut oka widzę stojące na półce "Wyznanie wiary filozofa" i to egzemplarz, sądząc po grzbiecie, w bardzo dobrym stanie. Lecę do obsługi, dopytuję się, czy istnieje jakakolwiek możliwość nabycia, błagam, oferuję bajońskie sumy, ale najwyraźniej widzę, że obsługa przygląda mi się jakoś dziwnie, szczerze mówiąc widzę, że obsługa patrzy na mnie jak na głupka. Ponieważ do tego rodzaju spojrzeń jestem silnie przyzwyczajony, wracam do regału, by raz jeszcze mityczny tom na spokojnie obejrzeć. Wyjmuję Leibniza z półki i widzę, że jest on owszem w dobrym stanie, posiada wszakże jeden defekt, jest mianowicie za wąsko obcięty, tak, by elegancko mieścił się w płytkim regale. I widzę, że wszystkie książki są identycznie, równiutko do mniej więcej siedmiocentymetrowej szerokości obcięte tak, by pasowały, widzę, że cała ta pizzeryjna biblioteka składa się ze zgrabnie wychlastanych tomów, że nawet opasłe encyklopedie, których tu również nie brakuje, przeistoczone zostały w małe, cudne tomiki.

I tyle. Dalej w gruncie rzeczy nie ma o czym mówić. Wiadomo w końcu, że tradycja niszczenia książek to jest długa i istotna dla ludzkości tradycja. Ewentualną nowością może być fakt, że o ile w dawnych dobrych czasach książki bywały na przykład palone na stosach, bo zawierały jakieś wrogie treści, o tyle księgozbiór w pizzerii na Świętokrzyskiej został zniszczony dla piękna. Przecież o nic innego tu nie idzie jak o piękno, jak o to, by ściana pięknie wyglądała, o to, by tworzące tę ścianę tomy też pięknie i harmonijnie wyglądały. Przecież twórcom ich rąbania na ćwierci iść musiało tylko o to, by równo oberżnięty Szekspir schludnie wyglądał, by Fredro mu dorównywał, by cała rzesza innych autorów też tu pasowała. Intencja szlachetna, zwłaszcza jeśli idzie o autorów poślednich, na Świętokrzyskiej zyskali oni szansę dorównania klasykom rozmiarem oberżnięcia. I jaka tu gigantyczna praca została wykonana! Przecież te kilkaset równo przyciętych książek trzeba było wpierw nabyć, potem starannie wymierzyć, potem zawieźć do tartaku, potem jeszcze pracę pilarzy sowicie opłacić, bo w końcu każde dziecko wie, że książki się przycina trudniej nawet od bukowych desek, tu trzeba pił tarczowych o bardzo specjalnych parametrach.

Owszem, są czytelnicy co samym wodzeniem oczami po literach, samym duchowym miętoszeniem lekturę - jakimś cudem - fizycznie unicestwiają, ale co innego - że tak powiem - "czytanie dotykowe", co innego zamierzona kaźń. Książka niezbicie jest także przedmiotem i tak jak prawie z każdym przedmiotem można z nią zrobić prawie wszystko: podeprzeć mebel, napalić w piecu, zdzielić w łeb krnąbrnego gnojka. Ale takie przedmiotowe jej okaleczenie, by okaleczona przestając być książką dalej i jakby jeszcze złudniej udawała książkę, jest krwawą perwersją wyższego rzędu.

W tekście zatytułowanym "O kulcie książek" Jorge Luis Borges przytacza zdanie Mallarmégo, iż "wszystko na świecie istnieje po to, by skończyć się książką". W myśli tej idzie głównie o to, że wszelkie dopusty boże, nieszczęścia i upokorzenia, jakich zaznaje ludzkość, być może są zsyłane po to, by mogły stać się opiewane w książkach. Muszę wyznać, iż na rozważanie ciekawego paradoksu, czy ćwiartowanie książek może stać się tematem opiewanym w książkach, nie mam teraz najmniejszej ochoty. W tym przypadku nie wydaje mi się to godne nawet felietonu. Toteż piszę to co piszę z niejakim obrzydzeniem, toteż opuszczając pizzerię na Świętokrzyskiej nie zdobyłem się na jakże facecyjne pytanie, czy aby obsługa nie dysponuje obciętym fragmentem Leibniza, bo jakby był, to przecież pracowicie strona po stronie na powrót przyspawałbym go do reszty za pomocą taśmy klejącej. W moich stronach obowiązuje wprawdzie bliska mi zasada, że "sranda musi być choćby starkę wieszali" (w wolnym przekładzie: "zabawa musi trwać choćby babcię trzeba było powiesić"), ale zasada: "sranda musi być choćby bibliotekę piłą rżnęli", jest w jakiejś mierze trudniejsza dla mnie do przyjęcia.

A poza tym, bo ja wiem? Może się to komuś istotnie podoba? Może na przykład zawiadowcy lokalu wolą te przycięte na kształt miniaturowych klocków bloczki makulatury od normalnych książek? W końcu "Koń wielki w mniemaniu mieszkańca Walii wydaje się bardzo mały Flamandowi". Powiada tak oczywiście nie kto inny jak zwężony na Świętokrzyskiej do siedmiu centymetrów Gottfried Wilhelm Leibniz.