Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Piotr Osęka

Marzec '68

2008

 

(...)

 

Partia

Na początku stycznia 1944 roku w rejon Lasów Parczewskich przybyła ze wschodu, znakomicie uzbrojona i wyposażona, stuosobowa grupa polskich partyzantów z radzieckiego zgrupowania partyzanckiego na Polesiu. Najważniejszą częścią ich ekwipunku była radiostacja polowa, zaopatrzona w akumulatory i prądnicę, a także unikalny klucz szyfrowy do komunikowania się z centralą w Moskwie. Stojący na czele oddziału przedwojenny polski komunista Leon Kasman miał do wykonania pilną misję zleconą mu przez szefa Wydziału Informacji Międzynarodowej WKP(b) Georgi Dymitrowa. Chodziło o nawiązanie kontaktu z członkami Polskiej Partii Robotniczej i ustalenie, czy w Warszawie nadal działa kierownictwo partii. Kasmanowi polecono także zbadać tło dramatycznych wydarzeń, do jakich doszło w szeregach organizacji w ciągu minionego roku.

Moskwa z rosnącym niepokojem śledziła sytuację w PPR. W listopadzie 1942 roku zamordowany został I sekretarz partii Marceli Nowotko. Konspiracyjne śledztwo wykazało, że sprawcą mordu jest Bolesław Mołojec, członek kierownictwa organizacji, a co gorsza - następca Nowotki. Po zabiciu Mołojca z wyroku kierownictwa partii funkcję sekretarza objął Paweł Finder - jednak po kilku miesiącach został on aresztowany przez gestapo. W tym samym czasie w ręce niemieckie wpadła także radiotelegrafistka PPR - jedyna znająca szyfr - przez co łączność między Moskwą a Warszawą została na kilka miesięcy przerwana.

Wkrótce po przekroczeniu Bugu Kasman zetknął się z lokalnymi komórkami PPR i wiedział już, że struktury partii nadal działają. W pilnej depeszy przekazał Dymitrowowi wiadomość o objęciu przez Władysława Gomułkę funkcji nowego I sekretarza oraz o utworzeniu w Warszawie, pod przewodnictwem Bolesława Bieruta, Krajowej Rady Narodowej - ciała mającego pełnić funkcję "podziemnego parlamentu", w istocie zdominowanego przez działaczy komunistycznych. Informacja ta była dla Moskwy zaskoczeniem, Stalin planował bowiem ośrodkiem nowej władzy uczynić powołane właśnie przez siebie Centralne Biuro Komunistów Polskich (CBKP). Do konspiracyjnej PPR podchodził z nieufnością, pogłębioną przez szczątkowe wiadomości docierające z Warszawy. Dla radzieckiego kierownictwa nie było jasne, czy od działaczy w kraju będzie można oczekiwać pełnego posłuszeństwa i czy KRN okaże się w wystarczającym stopniu powolna dyrektywom Kremla.

Po latach, już na emeryturze, Gomułka wspominał: "Pierwsza, dobrana przez Dymitrowa trójka kierownicza PPR, włączając Mołojca, była całkowicie dyspozycyjna wobec Moskwy. Wskutek zabójstwa Nowotki i likwidacji Mołojca w sekretariacie KC PPR pozostał tylko Finder, którego Dymitrow znał osobiście, miał do niego pełne zaufanie, wiedział dobrze, że jako sekretarz KC wykona każde polecenie kierownictwa WKP(b). Z chwilą aresztowania Findera [...] sekretariat KC PPR znalazł się w całości w rękach ludzi zupełnie nieznanych Dymitrowowi, a co więcej, nikt z członków tego sekretariatu nie wchodził w skład zorganizowanych przez Komintern grup inicjatywnych PPR przerzuconych drogą lotniczą do kraju. Wszystko to, w połączeniu z dawnymi nawykami komenderowania innymi partiami, zrodziło w łonie WKP(b) brak zaufania do nowego kierownictwa PPR".

Napiętą atmosferę podgrzewały kolejne depesze Kasmana do Moskwy. Jego grupa nawiązała kontakt z oddziałem partyzanckim AL dowodzonym przez Mieczysława Moczara, przedwojennego działacza komunistycznego. Trzydziestojednoletni Moczar miał duże wyobrażenie o swoich umiejętnościach wojskowych, ale na razie nie mógł pochwalić się poważniejszymi sukcesami. Trudno mu było odnosić zwycięstwa, gdy miał pod swoją komendą nieliczny i źle uzbrojony oddział. Przybycie partyzantów z Polesia potraktował zatem jako uśmiech losu. Kasman zgodził się na wcielenie części swego oddziału w szeregi AL, ale Moczar oprócz ludzi zażądał też całego uzbrojenia, łącznie z pistoletami maszynowymi obstawy Kasmana.

Ten drugi relacjonował po latach: "Rozmowa trwała parę godzin. Ja tłumaczyłem, on powtarzał swoje. Nagle wpada jeden z moich ludzi. - Wiesz, co się dzieje? Jesteśmy otoczeni! Mój oddział zajmował niewielkie opuszczone gospodarstwo w samym środku lasu, na polanie, gdzie stał dworek - przyzwoity, wokół ogród i ogromny magazyn. - Ludzie Moczara - usłyszałem - w sile dwudziestu kilku siedzą dookoła dworku z bronią wycelowaną w naszą stronę, a nasi stoją w oknach z automatami przygotowanymi do strzału. Przeraziłem się. Wystarczy, by jeden nerwus puścił salwę i zacznie się rzeź. Sytuacja bez wyjścia".

Ostatecznie Kasman zgodził się ustąpić, ale o incydencie zawiadomił Dymitrowa. W kolejnych depeszach oskarżył Moczara o celowe utrudnianie mu kontaktu z Warszawą, odmowę podporządkowania się dyrektywom z Moskwy, a nawet o współpracę z Niemcami.

Z kolei Moczar informował Gomułkę i Bieruta, że Kasman celowo podsyca konflikt i wprowadza w błąd Dymitrowa, wstrzymując w ten sposób radzieckie dostawy broni dla AL. Partyzancki dowódca liczył na bezpośredni dostęp do radiostacji i szyfrów, co wzmocniłoby jego pozycję w relacjach z Moskwą, tymczasem Kasman kategorycznie odmówił, zasłaniając się (nie wiemy, czy zgodnie z prawdą) decyzją Dymitrowa. "Chodziło tu po prostu o władzę, do której pretendowali ci, którzy nie mieli do tego moralnego prawa" - napisał później Moczar 3.

Wydarzenia następnych miesięcy przyniosły rozwiązanie niejasnej sytuacji między Moskwą a Warszawą. Stalin przyjął delegację KRN i zdecydował się powierzyć Radzie misję utworzenia nowego rządu, konkurencyjnego wobec władz londyńskich. W gruncie rzeczy gest ten miał znaczenie jedynie formalne: Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego, powołany 22 lipca 1944 roku, nie był niczym więcej niż wykonawcą radzieckich dyrektyw. Liczyło się przede wszystkim to, że Stalin okazał zaufanie (choć nie bezwarunkowe) członkom komunistycznego ruchu oporu i dopuścił ich do swoich planów.

Rywalizację Moczara z Kasmanem zakończyła ostatecznie decyzja kierownictwa PPR, które nakazało oficerowi AL opuścić swój oddział i objąć nowe stanowisko w rejonie Kielecczyzny. Moczar musiał wykonać polecenie, ale z pewnością nie przyszło mu to łatwo. Jako żołnierz i (we własnym mniemaniu) bohater walk z Niemcami czuł się poniżony, ustępując cywilowi, który swoją pozycję zawdzięcza politycznym kontaktom. I co więcej - który jest Żydem.

Incydent w Lasach Parczewskich miał głębsze znaczenie, wykraczające daleko poza osobiste animozje dwóch działaczy komunistycznych. W istocie stanowił pierwszy symptom szczególnego rozłamu wewnątrz elity partyjnej, który trwać będzie aż do ostatecznej rozgrywki w roku 1968.

Amerykański historyk Jeff Schatz pisał kilkanaście lat temu o konsekwencjach wojny dla polskiego ruchu komunistycznego, a zwłaszcza dla jego wewnętrznej struktury. Wielu działaczy przedwojennej KPP wywodziło się ze środowisk żydowskich - im zawarta w ideologii marksistowskiej obietnica nowego, bezklasowego społeczeństwa, w którym nie będzie miejsca na dyskryminację etniczną, wydawała się szczególnie kusząca. Spośród funkcyjnych działaczy partii ponad dwie trzecie miało korzenie żydowskie (w całej KPP proporcja ta wynosiła 35 procent). Winnych ugrupowaniach komunistycznych stosunek ten był jeszcze większy: na sześć tysięcy członków Międzynarodowej Organizacji Pomocy Rewolucjonistom blisko 90 procent wywodziło się z żydowskich domów. Oczywiście, trzeba pamiętać, że mowa o ruchu, który w szczytowym momencie skupiał niewiele ponad 30 tysięcy członków. Z komunizmem sympatyzowało zatem mniej niż 1 procent trzymilionowej społeczności żydowskiej.

Paradoksalnie, młodzi Żydzi w komunizmie szukali właśnie ucieczki przed swoim żydostwem, chociaż dla narodowej prawicy ich obecność w ruchu stanowiła dowód, że marksizm wywodzi się z "etyki Talmudu". "Kto mówi o komunizmie, a nie mówi o żydach - pisał przed wojną jeden z czołowych publicystów endecji ksiądz Stanisław Trzeciak - ten nie ma wprost pojęcia, co to jest komunizm, bo komunizm i judaizm to obecnie prawie równoznaczne pojęcia". Narodowcy często posługiwali się zbitką "żydokomuna", w której kumulowali negatywne cechy przypisywane Żydom i komunistom.

Po roku 1939 władze niemieckie narzuciły żydowską identyfikację dziesiątkom tysięcy polskich obywateli. Między nimi znajdowali się też działacze komunistyczni, dla których ucieczka do Związku Radzieckiego nie była politycznym wyborem, lecz próbą ratowania życia. Początkowo aktywiści KPP, partii rozwiązanej przez Stalina w 1938 roku, nie odgrywali żadnej roli politycznej. Stworzono im jedynie możliwość wstąpienia do WKP(b) na zasadach stażu członkowskiego. Sytuacja zmieniła się dopiero po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej.

Na przełomie roku 1941 i 1942 grupa przedwojennych działaczy komunistycznych została przerzucona na teren Polski i rozpoczęła tworzenie PPR. W konspiracyjnej organizacji, obejmującej także partyzanckie oddziały Gwardii Ludowej (od 1944 roku Armii Ludowej), znaleźli się zarówno uczestnicy ruchu komunistycznego z czasów II RP jak i nowi ludzie, bez doświadczenia w "partyjnej robocie". Równolegle wiosną 1943 roku w Moskwie rozpoczął działalność Związek Patriotów Polskich, który w zamyśle Stalina miał się stać zaczynem elity politycznej i źródłem kadr dla przyszłego rządu.

Wielu historyków opisujących wydarzenia tego okresu używa pojęć "krajowcy" i "moskale" dla rozróżnienia dwóch środowisk w ruchu komunistycznym. Odmienność tych grup zasadzała się między innymi na specyfice ich aktywności politycznej. Podczas gdy działacze podziemnej PPR czuli się bardziej "żołnierzami" prowadzącymi bezpośrednią walkę z niemieckim okupantem, ludzie z kręgu ZPP i CBKP działali w "zaciszu gabinetów": prowadzili tajne negocjacje, układali programy i teksty proklamacji, byli przyjmowani przez najwyższych radzieckich dygnitarzy.

"Wojenne doświadczenia obu grup były całkowicie odmienne - pisał Schatz. - Kierownictwo PPR, któremu Stalin okazywał brak zaufania i podejrzliwie kontrolował, było przeżarte frustracją i niechęcią do »moskali«, z którymi dzieliły ich także różnice zdań odnośnie do taktyki działania. Różnice między »rodzimymi« komunistami i »moskalami«, płynące z odmiennych dróg kariery, doświadczeń okupacyjnych, tradycji ideologicznych i składu narodowościowego, miały się głęboko odcisnąć na powojennej historii ruchu komunistycznego" . Jak podkreśla autor, dla wzajemnego postrzegania obu środowisk, a także dla sposobu, w jaki odbierało je społeczeństwo, niezmiernie istotny był fakt, że wielu prominentnych "moskali" było z pochodzenia Żydami.

W pierwszych latach po wojnie podziały wewnątrz elity komunistycznej zdawały się zamazywać, antagonizmy zaś słabnąć. Władysław Gomułka pozostał szefem partii, jego bliski współpracownik Marian Spychalski jako wiceminister obrony narodowej sprawował faktyczną kontrolę nad wojskiem, a wielu innych działaczy konspiracji objęło wysokie funkcje w aparacie państwowym i partyjnym. Wśród nich znalazł się też Mieczysław Moczar, od roku 1945 szef Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa w Łodzi. Jednak już u schyłku lat czterdziestych konflikt wewnątrz komunistycznej elity miał się pogłębić i utrwalić.

W czerwcu 1948 roku na plenarnym posiedzeniu KC PPR Gomułka mówił o przygotowaniach do zbliżającego się zjazdu zjednoczeniowego PPR i PPS. Główna część jego referatu dotyczyła projektu wspólnej deklaracji ideowej i poświęcona była historii ruchu robotniczego: "Należy przyznać, że w sprawie niepodległości Polski PPS wykazała wiele realizmu politycznego - mówił Gomułka - odczuwała ona o wiele lepiej rzeczywistość polityczną niż SDKPiL *[Socjaldemokracja Królestwa Polskiego i Litwy - poprzedniczka KPP.], [która] nie była partią marksistowską, lecz luksemburgistowską. [...] Dzięki tej teorii SDKPiL zeszła na manowce w kwestii niepodległości Polski, nie mogła zająć przodującego miejsca w szeregach klasy robotniczej".

Słowa te stały się początkiem burzy politycznej. Wystąpienie Gomułki zostało ostro skrytykowane przez członków kierownictwa partii jako "jednostronne" i zawierające "jaskrawe uproszczenia". Biuro Polityczne - najwyższa instancja w PPR- wyciągnęło ze sprawy wnioski ogólniejszej natury. Zaleciło mianowicie "wzmóc czujność członków partii, w szczególności w aparacie partyjnym, na wszelkie odchylenia od linii partii". Dla wtajemniczonych język ten zapowiadał nadchodzącą czystkę.

Pozornie istotą sporu były kontrowersje historyczne, ale w rzeczywistości w łonie kierownictwa zaczynała się walka na śmierć i życie. Polscy towarzysze posłużyli się wzorami zaczerpniętymi ze Związku Radzieckiego, gdzie wytknięcie ideologicznych pomyłek było dla Stalina wstępem do politycznego (a następnie fizycznego) zniszczenia wewnątrzpartyjnej konkurencji.

Czystka w kierownictwie PPR została przeprowadzona na rozkaz Moskwy i tam też zapewne ułożono jej scenariusz. Znamienny jest klucz, wedle którego wytypowano wykonawców i ofiary. Władzy (a wkrótce i wolności) zostali pozbawieni między innymi: Gomułka, Spychalski, Michał Żymierski (marszałek Polski i minister obrony narodowej), Zenon Kliszko (członek Sekretariatu KC), Ignacy Loga-Sowiński (szef PPR w Łodzi), Grzegorz Korczyński (wysoki funkcjonariusz MBP). Wszyscy oni byli współpracownikami Gomułki z okresu okupacji, współtwórcami PPR i GL.

Decydującą rozprawę z "odchyleniem prawicowo-nacjonalistycznym" przeprowadzono podczas plenum KC PPR na przełomie sierpnia i września. Atak rozpoczęty został przemówieniem Bieruta, kolejne ciosy zadawali członkowie Biura Politycznego: Jakub Berman, Aleksander Zawadzki, Edward Ochab, Roman Zambrowski. Oskarżeni przez nich działacze bili się w piersi i składali upokarzające samokrytyki. Był to zresztą rytuał, który niczego nie mógł zmienić, mechanizm czystki został już bowiem puszczony w ruch, a specjalna komórka MBP zbierała dowody rzekomej zdrady i szpiegostwa.

Wśród działaczy składających samokrytykę znalazł się też Moczar. Wiemy, że wystąpienie to wymusił na nim Zambrowski, przez którego został kilka dni wcześniej wezwany na rozmowę i brutalnie zbesztany.

Zambrowski oświadczył wtedy, że decyzją BP Moczar zostanie usunięty z aparatu bezpieczeństwa (gdzie niedawno awansował na stanowisko generała brygady) i skierowany na drugorzędne stanowisko sekretarza partii w Olsztynie. Dla oficera i byłego partyzanta było to zapewne poniżenie jeszcze boleśniejsze niż finał konfliktu z Kasmanem. Musiał skapitulować i ukorzyć się, a w dodatku - a contrecoeur - zapewnić, że nie czuje awersji do Żydów. Sprawcą tej klęski był namaszczony przez Moskwę dygnitarz żydowskiego pochodzenia.

Po trzech dniach obrad uczestnicy plenum jednogłośnie przyjęli rezygnację Gomułki ze stanowiska sekretarza generalnego i powołali na to stanowisko Bieruta. Nowy przywódca powiedział w podsumowaniu: "Musimy uzbroić partię i każdego z nas oddzielnie przeciwko [...] nawarstwieniom, które m.in. wyrażają się w tendencjach dzielenia partii na lepszych i gorszych, na krajowców i zagraniczniaków, na Polaków i Żydów, na kapepowców i pepeerowców". Jednak wymienione podziały zostały przez plenum właśnie umocnione.

Dodajmy w tym miejscu, że rozróżnienie na "krajowców" i "moskali" jest pojęciem umownym i dalekim od precyzji. Granicę między grupami wyznaczała logika procesu politycznego, kwestia zaś indywidualnych poglądów i deklaracji miała znaczenie wtórne. W gruncie rzeczy członków obu frakcji więcej łączyło, niż dzieliło; przede wszystkim wspólne było przekonanie, że nowy ustrój winien być oparty na dyktaturze monopartii.

Próba schematycznego klasyfikowania "ludzi władzy" prowadzi na manowce. Wiele jest przypadków niejednoznacznych - dotyczy to na przykład samego Bieruta, który od połowy 1943 roku przebywał w okupowanej Warszawie i współtworzył kierownictwo PPR, a mimo to po wojnie został prezydentem i przewodniczącym KC. Prawdopodobnie Stalin zdecydował się powierzyć mu pierwszoplanową rolę przede wszystkim jako wypróbowanemu przed wojną funkcjonariuszowi Kominternu. Za modelowe można natomiast uznać kariery kilku "moskali" z najbliższego otoczenia Bieruta: Bermana - nadzorującego policję polityczną, Minca - odpowiedzialnego za sprawy gospodarcze, Zambrowskiego - kierującego Komisją Specjalną do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym, Franciszka Mazura - odpowiedzialnego za stosunki z Kościołem, a także szefa aparatu bezpieczeństwa Stanisława Radkiewicza. Wszyscy oni przybyli do Polski w ślad za frontem i od razu objęli eksponowane stanowiska.

W kontekście wewnątrzpartyjnej czystki ważnym instrumentem sprawowania władzy stał się Departament X MBP. Komórka ta istniała od roku 1948, choć nazwę i ostateczny kształt przyjęła dopiero dwa lata później. Jej zadaniem była inwigilacja i rozpracowywanie członków PZPR, a w szczególności zbieranie materiałów przeciwko "bandzie Gomułki i Spychalskiego". Wielu członków partii, zwłaszcza na eksponowanych stanowiskach, przez lata żyło w permanentnym strachu przed "dziesiątką".

Niemal wszystkie stanowiska kierownicze w Departamencie X obsadzone były przez komunistów pochodzenia żydowskiego, a zarazem przedwojennych kapepowców, uznanych zapewne przez kierownictwo za "najwierniejszych z wiernych". Założenie to wkrótce okazało się zresztą błędne, bowiem wicedyrektor departamentu podpułkownik Józef Światło w grudniu 1953 roku uciekł na Zachód i oddał się w ręce wywiadu amerykańskiego, a parę miesięcy później wystąpił w "Wolnej Europie" z cyklem audycji, w których zdradzał najbardziej kompromitujące tajemnice reżimu.

W ten sposób działalność Departamentu X stała się pożywką dla rozwoju partyjnego antysemityzmu. Była to specyficzna mieszanina frustracji i niechęci: część działaczy uważała, że Żydzi łamią "leninowskie zasady", monopolizują całą władzę w swoim ręku, są aroganccy, a w dodatku stanowią najsłabsze ogniwo - w każdej chwili mogą zdradzić ustrój i przejść na stronę wroga.

W czasach apogeum stalinizmu rywalizacja wewnątrzpartyjna uległa praktycznie zamrożeniu - dopiero kryzys systemu uwolnił na powrót frakcyjne spory. Katalizatorem konfliktu stała się dyskusja nad tekstem tajnego referatu Nikity Chruszczowa, wygłoszonego na XX Zjeździe KPZR. Zarówno członkowie kierownictwa, jak i działacze niższego szczebla szukali odpowiedzi na pytanie, kto ponosi odpowiedzialność za terror aparatu bezpieczeństwa i fikcyjne procesy przed sądami wojskowymi - a w każdym razie kogo można wskazać społeczeństwu jako winnego. Niektórzy wspominali też o potrzebie reform politycznych, które zagwarantowałyby, że podobne bezprawie więcej się nie powtórzy.

Właśnie postulat przebudowy i liberalizacji systemu (przy zachowaniu wszystkich cech ustroju komunistycznego) okazał się zarzewiem sporu. Część dygnitarzy stanowczo sprzeciwiała się jakimkolwiek, nawet umiarkowanym, reformom. Członkowie tej frakcji stali na stanowisku, że za stalinowskie zbrodnie odpowiedzialnych jest kilku określonych działaczy (przede wszystkim Żydów), których należy usunąć z PZPR, zaś wszelkie publiczne dyskusje i próby poszerzania swobód obywatelskich to droga do anarchizacji kraju. Wyraźnie uwidaczniały się w tym środowisku resentymenty antyinteligenckie.

Zapleczem konserwatystów stały się kadry partyjne. Jak pisał Andrzej Friszke: "Grupa ta miała silne oparcie w terenowym aparacie partyjnym, wśród sekretarzy przerażonych rozkładem jasnych reguł systemu, w myśl których polecenia płyną z »góry«, »dół« ma je wykonywać, wszelkich zaś wichrzycieli należy tępić. System ten zapewniał lokalnym sekretarzom absolutną władzę na swoim terenie, system przywilejów zaś - atakowany obecnie - gwarantował dostatnie życie".

Zwolennicy reform znaleźli oparcie zwłaszcza wśród dziennikarzy oraz inteligencji, sprzyjał im także warszawski komitet partyjny i nowe kierownictwo resortu spraw wewnętrznych. Paradoksalnie, aktywnymi zwolennikami przemian okazała się znaczna część poprzedniej ekipy rządzącej (z wyjątkiem ludzi najbardziej skompromitowanych, których odsunięto od władzy, na przykład Bermana czy Radkiewicza), z czasem wzmocniona przez grupę tak zwanych młodych, bo niespełna czterdziestoletnich, sekretarzy KC: Jerzego Morawskiego, Władysława Matwina i Jerzego Albrechta. Z frakcją reformatorów najczęściej kojarzeni byli tacy działacze, jak Zambrowski (uważany za lidera grupy), minister spraw zagranicznych Adam Rapacki, członek Biura Politycznego i przewodniczący Centralnej Komisji Kontroli Partyjnej Roman Nowak, pierwszy sekretarz komitetu warszawskiego Stefan Staszewski, wiceminister bezpieczeństwa Antoni Alster, partyjny ideolog Roman Werfel, a także Leon Kasman.

Do grupy przeciwnej zaliczano w pierwszym rzędzie: byłego szefa sztabu GL / AL i komendanta głównego MO Franciszka Jóźwiaka, Zenona Nowaka, Franciszka Mazura, a wśród młodszych działaczy: szefa Głównego Zarządu Politycznego WP Kazimierza Witaszewskiego, szefa Urzędu Rady Ministrów Kazimierza Mijała i szefa związków zawodowych Wiktora Kłosiewicza. Potężnym sojusznikiem był Konstanty Rokossowski, radziecki marszałek na stanowisku ministra obrony narodowej.

Już w roku 1956 utarło się mówić na zwolenników frakcji zachowawczej i reformistycznej odpowiednio: "natolińczycy" i "puławianie". Nazwy pochodziły od pałacu rządowego w Natolinie i od domu mieszkalnego przy ulicy Puławskiej, w których spotykali się członkowie obu stronnictw. Co znamienne, zarówno jedna, jak i druga strona skłonne były twierdzić, że tylko istnienie ugrupowania konkurencyjnego jest prawdą, natomiast własne środowisko uznawały za amorficzną grupę towarzyską.

Z pewnością wyodrębnianie się frakcji w kierownictwie PZPR było procesem złożonym. Być może czynnikiem najsilniej spajającym ich członków była niechęć do grupy przeciwnej. "Nie istniała taka [grupa], proszę pani. [...] Nie było - mówił w rozmowie z Teresą Torańską "puławianin" Staszewski. - Do końca nie było. A nazwa wzięła się stąd, że Kłosiewicz, aby odeprzeć zarzut, iż bierze udział w tworzeniu frakcji natolińskiej w partii - wystąpił z atakiem, że »Natolin« nie jest jedyną grupą, bo jest też grupa »pulawska«, która zbiera się przy ulicy Puławskiej 24-26, w domu, gdzie mieszkał Kasman, Werfel, [...] ale także przez pewien czas Kliszko, a więc bardzo różni ludzie, których - jeżeli coś już łączyło - to tylko jedno: wszyscy byli zdecydowanymi przeciwnikami »Natolina«, ale też z różnych motywów, różnych pozycji i z różną konsekwencją".

Podział na "puławian" i "natolińczyków" nie był dokładnym powtórzeniem opozycji "moskale"-"krajowcy", ale niewątpliwie zawierał w sobie elementy tamtego konfliktu. Partyjni konserwatyści z jednej strony chętnie sięgali po hasła antysemickie, które trafiały na podatny grunt w aparacie partyjnym, jak też wśród części społeczeństwa. Z drugiej strony "Natolin" utrzymywał bliskie kontakty z ambasadą radziecką, deklarował lojalność wobec Moskwy oraz występował jako rzecznik "przyjaźni polsko-radzieckiej".

Ponowne objęcie przez Gomułkę stanowiska I sekretarza w październiku 1956 roku w istotny sposób zmieniło sytuację. Nowy przywódca miał dostatecznie silną pozycję w partii, żeby prowadzić własną politykę, bez oglądania się na skonfliktowane frakcje. Wpływy "puławian" i "natolińczyków" zmalały, choć tajne głosowanie nad składem BP i Sekretariatu przeprowadzone na VIII Plenum dowiodło, że reformatorzy mogą liczyć na więcej "szabel" w KC niż ich adwersarze. Dotkliwą porażką "natolińczyków" było przepadnięcie kandydatury Rokossowskiego, który otrzymał tylko 23 na 75 głosów. W nowym kierownictwie partii znaleźli się za to: Zambrowski, Morawski, Matwin.

Jednak oczywiste było, że głównym rozgrywającym jest teraz Gomułka i do niego należy decyzja co do kierunku i charakteru ewentualnych reform. Tymczasem I sekretarz zaczął budować własne zaplecze polityczne i najbliższymi współpracownikami uczynił dawnych towarzyszy (również niedoli) z lat czterdziestych: Kliszkę, Spychalskiego i Logę-Sowińskiego. Zarazem w publicznych wystąpieniach szybko przeszedł od krytyki do obrony ustroju. Już 24 października 1956 roku, trzy dni po swoim wyborze, podczas wiecu na placu Defilad wypowiedział pamiętne słowa: "Dość wiecowania, dość manifestacji. Czas przejść do codziennej pracy".

Rychło okazało się, że nadzieje "puławian" na przekonanie Gomułki do liberalnych reform były płonne. Już w roku 1957 "Wiesław" przystąpił do stopniowego ograniczania swobód wywalczonych w okresie odwilży. Przypomniał o znaczeniu "centralizmu demokratycznego" w życiu partii - w praktyce zasada ta nakazywała działaczom bezwzględną lojalność i posłuszeństwo wobec decyzji wyższych instancji. Sprzeciwiał się zwłaszcza próbom samodzielnego interpretowania teorii marksistowskiej, co w istocie oznaczało powrót do praktyk stalinowskich. Ideologia została uznana za instrument władzy, obowiązkiem zaś kierownictwa było strzec nienaruszalności doktryny. Piętnowano szczególnie koncepcje szukające w pracach Marksa uzasadnienia dla innych rozwiązań ustrojowych niż przyjęte w PRL. Takie próby modyfikowania doktryny społecznej oficjalnie nazywano rewizjonizmem. Jego przeciwieństwem - również potępianym - był dogmatyzm. Trudno precyzyjnie ustalić, jakie zestawy poglądów kryły się za tymi pojęciami, rządzący dalecy zresztą byli od - mówiąc językiem Herberta - "dystynkcji w rozumowaniu". W praktyce etykietę "rewizjonizmu" przypinano zwolennikom złagodzenia cenzury, poszerzenia swobody wypowiedzi i zwiększenia politycznej roli samorządów (rad robotniczych), natomiast dogmatykami nazywano działaczy tęskniących za stalinowską dyscypliną.

Jakub Karpiński zwrócił uwagę, że pojęcie rewizjonizmu było względne i w istocie sprowadzało się do oskarżenia wykorzystywanego w rywalizacji politycznej: "Nie jest łatwo określić, jakie merytorycznie poglądy należy zaliczyć do rewizjonizmu. Określenie takie trzeba bowiem odnieść do tak zwanej linii partii. Jest się rewizjonistą nie w ogóle, lecz w stosunku do tej linii. Linia partii jednak się zmienia, a ponadto nie zawsze widać, którędy właśnie przebiega. Łatwiej może o listę nazwisk ludzi, co do których w różnych okresach stwierdzano, że są rewizjonistami, niż o katalog rewizjonistycznych przekonań. [...] W ruchu komunistycznym utarło się jednak nazywać rewizjonistami takich zwolenników rewizji kursu partyjnego, którzy po zdobyciu przez partię władzy popierają (choćby słowem) zmniejszenie przymusu partyjno-państwowego i zmniejszenie partyjno-państwowej wszechwładzy".

Wkrótce wyszło na jaw, że z dwojga złego lepiej być dogmatykiem niż rewizjonistą. Na X Plenum KC w październiku 1957 roku Gomułka porównał dogmatyzm do grypy, rewizjonizm zaś do gruźlicy. Podkreślił, że "grypy nie leczy się gruźlicą". Metafora wyraźnie sugerowała, że to liberałowie, a nie neostaliniści, są dla partii większym zagrożeniem. Warto dodać, iż Gomułka wygłosił te słowa miesiąc po rozwiązaniu tygodnika "Po prostu" - najważniejszej trybuny warszawskiej inteligencji, pisma jednoznacznie kojarzonego z reformami i destalinizacją.

Szeregi "puławian" szybko topniały. Część działaczy włączyła się w bieg machiny partyjnej, dbając przede wszystkim o to, by nie popaść w konflikt z Gomułką. Inni, widząc, że nie mogą znaleźć wspólnego języka z I sekretarzem i stopniowo tracą wpływ na decyzje kierownictwa, podawali się do dymisji. W maju 1959 roku ze stanowiska zrezygnował minister szkolnictwa wyższego Stefan Żółkiewski, człowiek zaangażowany w likwidację niezależności nauki pod koniec lat czterdziestych, jednak później aktywny uczestnik procesu destalinizacji. Parę miesięcy później w jego ślady poszedł Morawski, jako członek BP i Sekretariatu znajdujący się wówczas u szczytu kariery. Wiosną 1960 roku dymisję złożył Albrecht. Ostateczny zmierzch grupy puławskiej nastąpił wraz z rezygnacją Zambrowskiego, który odszedł po ostrej kłótni z Gomułką. Później w liście do BP tłumaczył przyczyny swojej dymisji: "W ciągu ostatnich miesięcy praca moja w Sekretariacie jest coraz mniej efektywna, wydajna. Stan ten wynika z dwóch podstawowych przyczyn: z niedomogów w systemie kierownictwa pracą partyjną i z pozycji, w której mnie w kierownictwie ustawiono".

W grudniu 1961 roku opinię publiczną - a zwłaszcza warszawskie kręgi dziennikarskie i środowisko partyjnych liberałów - zbulwersowała informacja o tragicznej śmierci Henryka Hollanda. Holland, filozof i dziennikarz, przedwojenny działacz komunistyczny wywodzący się z rodziny żydowskiej, po wojnie stał się zagorzałym stalinistą, aby w 1956 roku - w wieku 36 lat - zostać nie mniej zdecydowanym zwolennikiem demokratyzacji systemu. Na łamach warszawskich gazet domagał się kontynuowania reform zapoczątkowanych przez VIII Plenum i z dużym zacięciem występował przeciwko zwolennikom starego porządku.

Zginął w okolicznościach uważanych wówczas za niejasne: wypadł z okna w czasie rewizji przeprowadzanej w jego mieszkaniu. Przez wiele miesięcy krążyły pogłoski, że Holland został zamordowany przez SB. Dopiero kilka lat temu Krzysztof Persak odnalazł w archiwum IPN zapis z podsłuchu pokojowego, dzięki któremu wiemy, że dziennikarz popełnił samobójstwo, wykorzystując nieuwagę oficera śledczego. To jednak tajna policja doprowadziła go do desperacji, stawiając mu zarzut szpiegostwa.

Przyczyną jego aresztowania były kontakty z zagranicznymi korespondentami, którym przekazywał tajemnice i plotki z kręgów władzy - środowiska dawnych "puławian", gdzie miał wielu przyjaciół. Jesienią 1961 roku opowiedział korespondentowi "Le Monde" zasłyszaną historię o prawdziwych okolicznościach śmierci Ławrientija Berii, o czym w zaufaniu mówił polskim przywódcom Nikita Chruszczow. Rewelacje te przedostały się na lamy zachodniej prasy, a w KC rozpętała się burza. Oficerowie kontrwywiadu SB, od dłuższego czasu śledzący i podsłuchujący Hollanda, uznali, że miarka się przebrała, i zatrzymali go. Przebieg śledztwa osobiście nadzorował Gomułka, który nakazał aresztować Hollanda i przedstawić mu zarzut szpiegostwa. W istocie chodziło nie tyle o Hollanda, ile o postraszenie całego środowiska i pokazanie, że partia nie pozwoli na "gadulstwo i samowolę".

Wspólnym elementem światopoglądu Gomułki i partyjnych konserwatystów była zdecydowana niechęć wobec ludzi utrzymujących kontakty z obcokrajowcami, wyjeżdżających na Zachód, a nawet - znających obce języki. Ten punkt widzenia bliski był także funkcjonariuszom SB, którzy bacznie przyglądali się układom towarzyskim powstającym na styku trzech środowisk: zagranicznych korespondentów, dziennikarzy i dawnych prominentów. Obecność Romana i Eddy Werfel wraz z członkami zespołu "Trybuny Ludu" na przyjęciach wydawanych pod koniec lat pięćdziesiątych przez korespondenta "The New York Timesa" Abrahama Rosenthala sprawiała, że w głowach kierownictwa MSW zapalała się czerwona lampka. Zażyłość między przybyszami z Zachodu a przedstawicielami warszawskiej inteligencji niemal automatycznie traktowano jako przykrywkę dla działalności wywiadowczej. Wersję tę SB rozwijała w niezliczonych raportach, przedstawiając siebie jako jedyną siłę zdolną obronić PRL przed ofensywą zachodnich szpiegów.

Aresztowanie i śmierć dziennikarza stały się impulsem do ostatniego wspólnego wystąpienia frakcji proreformatorskiej. Leopold Unger, dziennikarz "Życia Warszawy", pisał we wspomnieniach: "Pogrzeb Hollanda zamienił się, co w ówczesnych warunkach było nieuniknione, w manifestację polityczną. Z kwiatami i wieńcami przyszło wielu wybitnych komunistów, m.in. aktualni członkowie KC (np. Oskar Lange czy Jerzy Morawski), wyłącznie, to jasne, z szeregów »puławian«. Na zakończenie pogrzebu przyjaciele Hollanda, wszyscy właściwie partyjni, odśpiewali »Międzynarodówkę«, co wydało mi się wtedy najzupełniej w tym kontekście i towarzystwie naturalnym odruchem. No bo co właściwie mieli śpiewać? [...] Zrobiono z tego ogromną aferę. Gomułka uznał, że chodziło o kontrrewolucyjną manifestację, skierowaną także przeciwko niemu".

Spośród ponad dwustu osób obecnych na pogrzebie kilkadziesiąt - których nazwiska odnotowała SB - zostało przesłuchanych przez specjalnie w tym celu wyłonione komisje partyjne. Z członkami KC (wśród nich między innymi z Kasmanem) rozmawiali osobiście Gomułka i kierownictwo partii. Nikogo nie ukarano, jednak rozmowy przybrały formę ostrej reprymendy, a żałobników oskarżono o podważanie autorytetu partii. Być może właśnie ten moment był chwilą ostatecznej klęski "puławian", a zarazem okazją do przejęcia inicjatywy przez ich przeciwników. "Październik wygrał Natolin, trzeba to sobie wreszcie powiedzieć" - pisał Jan Błoński w 1964 roku.

Kształtował się nowy aktyw partii, w odróżnieniu od czasów stalinowskich mniej skupiony na posłannictwie ideologicznym, a bardziej na robieniu kariery i poszerzaniu swej władzy. Mieczysław Rakowski tak opisał w prywatnym dzienniku swoje wrażenia z IV Zjazdu PZPR w 1964 roku: "Nie będę daleki od prawdy, jeżeli stwierdzę, że jest to w większości biurokracja partyjna różnych szczebli. To ona tworzy atmosferę. Jest bardzo antyinteligencka, każde wystąpienie, które w jakiś sposób atakuje inteligencję, także tę młodą, przyjmowane jest hucznymi oklaskami. Niedobra to jest sala".

Na politycznym widnokręgu pojawiła się także nowa frakcja partyjna, szybko ochrzczona mianem "partyzantów". Członkowie tej grupy byli przeważnie pracownikami resortów siłowych i drugo- oraz trzeciorzędnymi dygnitarzami partyjnymi - sekretarzami komitetów miejskich i dzielnicowych. "Partyzanci" podkreślali swoją przynależność do Armii Ludowej, własną kombatancką przeszłość półoficjalnie przeciwstawiając biografiom tych działaczy partyjnych, którzy wojnę spędzili w Związku Radzieckim i tylko temu - jak utrzymywano - zawdzięczali późniejsze znaczenie polityczne i władzę w Polsce.

Czołową postacią tego kręgu był Moczar. Po roku 1956 jego kariera nabrała wyraźnego przyspieszenia. Już dwa miesiące po VIII Plenum objął funkcję wiceministra spraw wewnętrznych, w roku 1964 zaś nastąpiły jego kolejne awanse: na szefa MSW oraz na prezesa Zarządu Głównego Związku Bojowników o Wolność i Demokrację - kilkusettysięcznej organizacji kombatanckiej.

Połączenie obu funkcji było niezwykle korzystne dla celów politycznych Moczara. Zyskiwał nie tylko możliwość rozszerzania wpływów i pozyskiwania zwolenników, ale również oddziaływania na prasę oraz okazję do uwiarygodnienia swojej partyzanckiej legendy. "Pod hasłami narodowymi udało mu się skupić wokół siebie wielu kombatantów nie tylko z AL, lecz także z AK - pisał Jerzy Eisler. - Zaczęto organizować wspólne AL-owsko-AK-owskie biwaki i ogniska. Były partyzanckie śpiewy, wspomnienia, była wódka, bigos, kiełbaski na patyku. Moczar umiejętnie wykorzystywał wspólnotę kombatancką tych, którzy - dla Ojczyzny - tracili młodość, walcząc po lasach z hitlerowcami, oraz fakt powojennych represji wśród byłych AK-owców - przecież w tym samym czasie w więzieniach siedziało również niemało byłych żołnierzy AL".

Choć "partyzanci" kultywowali etos żołnierski i ostentacyjnie gardzili inteligentami, dla legendy tej grupy duże znaczenie miało ukazanie się trzech książek. W roku 1962 Ministerstwo Obrony Narodowej wydało zbiór wywiadów z dowódcami Gwardii Ludowej, zatytułowany Ludzie, fakty, refleksje. Dobór nazwisk wskazuje, że kierowano się raczej aktualną pozycją respondentów niż zasługami z przeszłości. Wśród autorów relacji znaleźli się - obok Moczara i Korczyńskiego - szef Wojskowej Służby Wewnętrznej Aleksander Kokoszyn oraz jego dwaj zastępcy: Tadeusz Pietrzak i Teodor Kufel, a także Franciszek Szlachcic, który już za rok zostanie wiceministrem spraw wewnętrznych.

W tym samym czasie Mieczysław Moczar opublikował (choć pisał zapewne kto inny) książkę Barwy walki, zawierającą jego wspomnienia z czasów partyzanckich. Rok później ukazała się praca Zbigniewa Załuskiego Siedem polskich grzechów głównych. "Chcę trochę pobronić naszej historii, naszej historii romantycznej - pisał autor we wstępie. - Chcę jej bronić przed wrogami, którzy surowo potępiając niecodzienne czyny, ofiarność przezwali ofiarnictwem, bohaterstwo - bohaterszczyzną, a lekkomyślność - kabotyńską pozą i zwykły idiotyzm uznali za nasze wady narodowe".

Poprzez książki i wywiady "partyzanci" budowali wizerunek siebie jako "narodowych komunistów"; ich światopogląd był swoistą odmianą nacjonalizmu wyrażonego językiem komunistycznej doktryny. Mieścił się w nim antysemityzm (na razie skrywany, a już wkrótce otwarcie głoszony pod marksistowsko poprawną nazwą antysyjonizmu), ksenofobiczna niechęć do wszystkiego, co w życiu kulturalnym i naukowym uznane zostało za niepolskie, uwielbienie dla tradycji militarnej, wreszcie odraza wobec względnej nawet liberalizacji życia politycznego w kraju. "Partyzanci" uważali, że Władysław Gomułka i jego najbliższe otoczenie są zbyt pobłażliwi wobec "rewizjonistów", którzy z zachodnimi dyplomatami starają się obalić ustrój. Pragnęli poddać społeczeństwo wojskowo-milicyjnemu drylowi, a nade wszystko spacyfikować niepokorną inteligencję.

Moczar starał się rozszerzać swoje wpływy poza krąg najbliższych współpracowników i podwładnych. W willi ministra na czwartkowych kolacjach "przy winie i dobrej kawie" spotykali się dziennikarze, literaci, naukowcy. Sprzymierzeńcami "partyzantów" byli między innymi redaktor naczelny "Prawa i Życia" Kazimierz Kąkol, prorektor UW Zygmunt Rybicki, pisarz Wojciech Żukrowski.

Do najważniejszych gości należeli naturalnie członkowie kierownictwa. Podobno Moczara często odwiedzał sam Gomułka - chociaż można zastanawiać się, czy powodowała nim życzliwość wobec ministra, czy też pragnienie "trzymania ręki na pulsie", tak by nikt z obecnych nie zapomniał, komu winien jest lojalność.

"Partyzanci", niepodzielnie władający MSW, mieli ambicję, by swymi wpływami objąć również drugi z resortów siłowych - wojsko. Jednak stojący na czele armii marszałek Spychalski nie cieszył się autorytetem wśród oficerów, a stosunki między nim a Moczarem układały się raczej chłodno. Człowiekiem "partyzantów" w kierownictwie armii był Korczyński (od 1965 roku wiceminister obrony narodowej), próbowano też pozyskać część wyższych oficerów, którzy nie angażowali się dotąd w partyjne spory. "Spośród nas, generałów, Moczar wyróżniał Jaruzelskiego - wspominał Szlachcic. - Mówiono, że przed powołaniem go na szefa Głównego Zarządu Politycznego MON były jakieś obiekcje z przeszłości, lecz Moczar i Korczyński przekonali do niego Gomułkę i innych wpływowych członków kierownictwa".

Do sojuszników Moczara zaliczyć też można Bolesława Piaseckiego, postać wpływową, choć nienależącą do partyjnego establishmentu. Piasecki, przed wojną przywódca faszystowskiej, skrajnie nacjonalistycznej i antysemickiej organizacji Ruch Narodowo-Radykalny "Falanga", po 1945 roku podjął współpracę z komunistami i stanął na czele Stowarzyszenia PAX określającego się jako "ruch katolików społecznie postępowych". Była to organizacja popierana przez państwo jako przeciwwaga dla hierarchii Kościoła, poszukująca ideologicznej formuły dla syntezy komunizmu i socjalizmu. To środowisko wyróżniało się programem negatywnym, zbudowanym na szowinizmie i antysemityzmie. Siłę PAX-u stanowiły prasa i wydawnictwa, które miały oddać Moczarowi znaczące usługi.

W dyskusjach historycznych pojawia się pogląd, że częste posługiwanie się terminem "partyzanci" w opisie rzeczywistości, a zwłaszcza przypisywanie tej frakcji konkretnych celów i jednolitych strategii działania, jest uproszczeniem, które zamiast przybliżać, jedynie zaciemnia obraz sytuacji. Dlatego przedstawiony portret "partyzantów" traktuję raczej jako wzorzec idealny - model zależności łączących elity kierownicze z masami partyjnymi, nieopisujący w pełni złożonej sytuacji. Nie da się jednoznacznie powiedzieć, kto z KC należał lub nie do "partyzantów" i w czym ta ewentualna przynależność miałaby się przejawiać. Nie da się też jednak zaprzeczyć, że pewni towarzysze byli z Moczarem związani bardziej od innych - choćby więź ta miała się opierać wyłącznie na wspólnej nienawiści do tych samych wrogów. Kombatancka mitologia i towarzyszący jej antyliberalny obskurantyzm składały się na pewien specyficzny styl politycznego myślenia, będący znakiem firmowym "partyzantów", a zarazem głównym (choć bardzo nieostrym) kryterium przesądzającym o przynależności do tej grupy. Ludzie, o których można by mówić, że są związani z grupą "partyzantów", tworzyli rodzaj piramidy klientalnych zależności - na jej wierzchołku znajdował się Moczar.

O istnieniu czytelnego podziału wśród elity PZPR świadczy też notatka Rakowskiego z wiosny 1964 roku: "Zostałem zaproszony na plenum. Siedziałem dwa dni i w gruncie rzeczy ograniczyłem się do obserwowania reakcji sali itp. A więc pierwsza uwaga: nie jest to sala, w której każdy siada, gdzie ma ochotę. Szczątkowy Natolin siedzi w jednym miejscu, »partyzanci« z Moczarem na czele w innym, liberałowie w jeszcze innym. Nie daj Boże, by ktoś usiadł nie w swoim rewirze".

Wpływy frakcji partyzanckiej były funkcją rosnącego znaczenia MSW. SB penetrowała wiele dziedzin życia, jej funkcjonariusze nadzorowali prasę, administrację państwową, gospodarkę. Powiększała się również sieć mniej lub bardziej formalnych współpracowników aparatu - także w strukturach partyjnych - którzy dostarczali informacje o nastrojach i opiniach, traktując kontakty z SB jako inwestycje w przyszłą karierę.

Siła tej formacji nie ograniczała się tylko do rozgałęzionych zależności personalnych. Społeczne zaplecze "partyzantów" stanowili ludzie urodzeni w latach dwudziestych. W obrębie tej warstwy demograficznej wyodrębniła się grupa aktywistów partyjnych, biurokratów, inżynierów, połączona specyficzną wspólnotą losów. Zarówno na etapie konstruowania ustroju, jak i podczas ostatniej wielkiej petryfikacji układów personalnych z połowy lat pięćdziesiątych członkowie "pokolenia ZMP" byli zbyt młodzi, aby zapewnić sobie miejsce w strukturach kierowniczych. Charakterystyczny dla realnego socjalizmu system dożywotniego sprawowania większości stanowisk w partii i administracji państwowej doprowadził za rządów Władysława Gomułki do całkowitego zablokowania kanałów awansu. Należący do partii (a także bezpartyjni) czterdziestolatkowie niecierpliwie oczekiwali na wydarzenie, które rozbiłoby zastygłą hierarchię i stworzyło okazję do awansów. Jakub Karpiński, opisując zachowanie tej grupy w Marcu, użył sformułowania: "ruch urzędników rozgniewanych".

Istotę sprawy celnie ujął w swoich prywatnych zapiskach Rakowski. "[...] należę do pokolenia, którego wiele już roczników wykruszyło się, ale ci, którzy pozostali, objęli wiele ważnych stanowisk w partii i aparacie państwowym. I w tym momencie pojawiają się trzydziestolatkowie, jak sami siebie nazywają. Kiedy wojna się skończyła, siedzieli jeszcze w ławkach szkolnych. Ich nie wiążą z pierwszymi latami władzy ludowej przeżycia, które są naszym udziałem. Pokończyli szkoły, wyższe studia i wkroczyli w dorosłe życie. Ale czasy są już teraz inne. Nie ma sytuacji rewolucyjnej, nagła zmiana, wymiana kadr nie jest potrzebna. Trzydziestolatek zaczyna się rozglądać. Widzi mnie i myśli sobie: kiedy ja zajmę miejsce takiego Rakowskiego? Przecież ma on jeszcze co najmniej 20 lat aktywnego życia politycznego. No i w tej sytuacji rozgląda się wokół i zadaje sobie pytanie, kto mógłby mu ułatwić zrobienie kariery, umożliwić osiągnięcie wygodnego życia. W ten sposób łatwo o powstawanie klik, siucht itd.".

Nieprzypadkowo właśnie w tych szeregach obóz Moczara znalazł sprzymierzeńców. Oficerów SB i sfrustrowanych aktywistów łączyło wiele: antysemityzm, niechęć do wszystkiego, co w życiu kulturalnym i naukowym uznano za niepolskie, nieufność wobec inteligencji, wreszcie sprzeciw wobec względnej nawet liberalizacji życia politycznego.

W latach sześćdziesiątych coraz wyraźniej można było zaobserwować rosnące wpływy "partyzantów". U progu dekady kierownikiem Wydziału Administracyjnego KC (odpowiedzialnego za nadzór nad aparatem bezpieczeństwa) został bliski Moczarowi Witaszewski, który już w 1956 roku apelował do robotników, by "wzięli gazrurkę i przepędzili tego Żyda Słonimskiego". W 1963 roku stanowisko kierownika Biura Prasy objął Stefan Olszowski, obdarzany przez "partyzantów" zaufaniem (swoją postawą w 1968 roku dowiedzie, że w pełni na nie zasługiwał). Przełomowe znaczenie miała dymisja "puławianina" Antoniego Alstera, który w 1962 roku utracił stanowisko wiceministra spraw wewnętrznych na rzecz Franciszka Szlachcica. Zwolennicy Moczara przystąpili do "oczyszczania" resortu z oficerów żydowskiego pochodzenia i obsadzania najważniejszych stanowisk swoimi ludźmi.

"Przegląd kadr" odbywał się pod hasłem ochrony kontrwywiadowczej. "Partyzanci" wykorzystali sprawy Pawła Monata i Władysława Tykocińskiego, wysokich oficerów wywiadu, którzy - niezależnie od siebie, w odstępie kilku lat - uciekli na Zachód. Obaj byli z pochodzenia Żydami, co - w połączeniu z przypadkiem Światły - pozwalało skonstruować tezę, iż ważne stanowiska państwowe, zwłaszcza powiązane z obronnością kraju, powinni obejmować wyłącznie etniczni Polacy.

W okresie rządów Moczara styl pracy w ministerstwie zmienił się znacząco. Wprowadzono nowoczesne metody pracy operacyjnej, zwłaszcza z wykorzystaniem technik podsłuchowych. Tysiące funkcjonariuszy pozyskiwało i gromadziło informacje, inwigilowało środowiska twórcze i rozpoznawało "ośrodki dywersji ideologicznej". Dla planów politycznych Moczara, jego sojuszników i klientów decydujące znaczenie miały sukcesy SB. W działaniach "partyzantów" pojawia się element sprzężenia zwrotnego: zwalczali partyjnych liberałów, widząc w nich konkurentów do władzy, a zarazem doszukiwali się rewizjonistycznego spisku, przeciw któremu mogliby poprowadzić zwycięską ofensywę.

Policja polityczna i jej szef potrzebowali wroga. Do tej roli znakomicie nadawali się coraz bardziej nieposłuszni i rozpolitykowani intelektualiści.