Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Andrzej Drawicz

Pocałunek na mrozie

1990

 

(...)

 

Mojej żonie Wierze

 

OD AUTORA

Zaczęło się od najbanalniejszej refleksji: że czas upływa i moje pokolenie się starzeje. Z tego zaś wynikało, że ludziom młodszym, z którymi miałem ustawicznie do czynienia, spory fragment mojego świata nie był dany w żadnym doświadczeniu. A już świata rosyjskiego podwójnie, z racji jego obcości i egzotyczności. Słuchano o nim jak o żelaznym wilku.

Uderzyło mnie to zwłaszcza w izolacji internowania, w roku 1982. Mieliśmy wtedy sporo czasu na rozmowy i wymianę poglądów. Jednocześnie wisiała nad nami ogólna niepewność wszystkiego, a pokaźnym jej elementem był groźny i groteskowy, murszejący zrąb breżniewszczyzny. Zorientowałem się, że wielu moim kolegom ponura, choć zarysowana fasada imperium przesłania wszystko. Kiedy słyszeli, że jeszcze coś jest, dziwili się szczerze: tam? naprawdę? Owszem, wiedziano już o dysydentach, w obiegu znalazł się Sołżenicyn, Bukowski, Nadieżda Mandelsztam. Więc miałem się na czym oprzeć. Ale tym bardziej skłaniano się do mniemania, że wszystko co ludzkie w Rosji przetrwało jedynie w postawie heroicznych jednostek, w łagrach, na wygnaniu, w głębokiej izolacji. Reszta wydawała się spaloną ziemią. Do postaw jej zwykłych mieszkańców brakowało najprostszych kluczy. Literatury oficjalnej, tradycyjnie u nas, nie doceniano, choć były w niej wówczas kawały ostrej i głębokiej prawdy; u Szukszyna, Abramowa, Rasputina, Trifonowa. Właśnie Trifonowem torowałem sobie drogę; podsuwałem niedowiarkom Dom nad rzeką Moskwą. Chwytało. Prosili o jeszcze. Ale cała sprawa - głębokiej niewiedzy - rysowała się tym wyraźniej.

Wtedy pomyślałem: trzeba tę moją Rosję opisać, nie ma rady. Jak potrafię. Może się to przyda.

Był jeszcze jeden powód, zakorzeniony w czasie odleglejszym. Ze zrozumieniem, ale i z irytacją śledziłem zmagania z tematem rosyjskim rodaków publikujących swe refleksje oficjalnie. Byli ściśnięci kleszczami zaostrzonej cenzuralności niemal bez ratunku. Odbywali podróże według ustalonych zawczasu programów, dobrze pilnowani. Niektórym udawało się odskakiwać w bok; dokonywali ogromnych wysiłków, żeby coś przemycić, zasugerować, odbanalizować. Wiedziałem, jak szarpały się z tym desperacko nawet bardzo dobre pióra. Efekty wydawały mi się połowiczne. Mimo całej inwencji i chytrości, rzeczywistość opisana miała się do autentycznej, twardej faktury rosyjskiego życia jak pięść do nosa. A niektórzy z piszących, już bez żadnej szarpaniny, poprzestawali na dokładnym sprawozdaniu: jak jechali, gdzie zamieszkali, co jedli na śniadanie, że w Ermitażu są ładne obrazy, a na Kaukazie - pejzaże. To też był sposób, ale nie zamierzałem go naśladować; poza wszystkim innym nie starczyłoby mi pewności siebie.

Tu powiem szczerze: sam pisywałem w swoim czasie różne kawałki z podróży, na przykład w "Literaturze". Przeczytałem je teraz; nie. Nie to. Niby nawet wszystko prawda, ale nie czyta się. Jest w tym jakaś fałszywa dziarskość, jakiś przytup, którego w zmęczonej, zajeżdżonej, ciężko dyszącej Rosji nie ma. Pomyślałem: trzeba jeszcze raz, od początku, bez cenzury, kawę na ławę. Z tamtych, dawnych tekstów przytaczam tylko jeden, chyba stosunkowo mało roztupotany, jako próbkę bezpośredniego widzenia.

Spisywałem toto w ciągu trzech letnich sezonów: 1986, 87 i 88. Tymczasem moja Rosja drgnęła, zaczęła się otrząsać, rozpoznawać w swej mizerii, uczłowieczać. Powstała nowa perspektywa wspominania przeszłości. Z tej perspektywy siłą rzeczy korzystam, czy tego chcę, czy nie, ale staram się wyraźnie rozgraniczać czasy: to, co widziałem i czego się dowiedziałem przed laty, od tego, co myślałem później i co wiem dziś. Chociaż materia jest z istoty swojej płynna, a ostatnie, pieriestrojkowe drgnięcia już każą trochę inaczej widzieć to, co przed rokiem lub dwoma wydawało się zastygłe i niewzruszone. Na ile wszystko razem będzie wiarygodne, nie mnie sądzić. Jedno tylko mogłem zrobić - przede wszystkim starać się nie zełgać.

Podstawowy zrąb tekstów odnosi się do lat 1963-1976, kiedy jeździłem do Związku regularnie, zarówno oficjalnie, jak prywatnie. Ku końcowi trzy szkice dotyczą sytuacji z jesieni 1987, kiedy znów zobaczyłem Rosję po dwunastoletniej przerwie. Szkice te były publikowane w "Tygodniku Powszechnym" z niewielkimi ingerencjami cenzury, zaznaczonymi kursywą. Większość pozostałych tekstów ukazywała się w periodykach niezależnych i emigracyjnych.

Po tytuł i motto sięgnąłem do Wielimira Chlebnikowa, zwanego Wielkim Derwiszem poezji rosyjskiej; epika, liryka, wizjonera, twórcy nowego wymiaru świata, który do tego wymiaru ciągle dorosnąć nie może. O Chlebnikowie mówi się, że miał znamiona geniuszu, co jest nieosądzalne. Gdyby jednak na poparcie tej tezy istniała tylko wypożyczona przeze mnie metafora, to, myślę, byłoby już o czym dyskutować. Ta definicja Rosji wydaje mi się wszechogarniająca, byle tylko jej nie wyjaśniać, a po prostu zaglądać w nią, jak w studnię bez dna.

Jeśli ktoś, czytając, pomyśli sobie o Rosjanach trochę inaczej niż przedtem, trochę bardziej w duchu Mickiewiczowskiego "I Niemcy też ludzie", a jeszcze, przeczytawszy, zacznie czasem oddzielać "rosyjskie" od "sowieckiego" *[Zastrzeżenie terminologiczne, ale nie tylko: świadomy zasadniczej różnicy miedz pojęciami "rosyjski" a "sowiecki", będę się starał używać ich tak, by potrzeba rozróżniani czyniła się widoczna. Czasami wszakże granice się zamazują i dobór przymiotnika staje się trudniejszy, może to być wina moja albo samej rzeczywistości, gdzie nie wszystko jest jedno znaczne. Proszę w każdym razie zwłaszcza moich przyjaciół-Rosjan na emigracji, gdzie w niektórych środowiskach panuje ostatnio nadczujność w kwestii oddzielenia obu terminów - aby w razie czego nie wytaczali od razu najcięższej dyskusyjnej artylerii i nie domniemywali, że kwestionuję fundamenty ich patriotyzmu. Spierać się, oczywiście, zawsze można byle z sensem. I jeszcze jedno. Nie ruszając utrwalonych już zbitek typu "ZSRR" czy "TPPR", lub tytułów w rodzaju "Literatury Radzieckiej" - będę używał terminu "sowiecki", a nie "radziecki". Tak mówiło się u nas i pisało przed wojną i tak jest do dziś w (prawie?) wszystkich językach. "Radziecki" pojawił się, jak słyszałem, gdzieś w 1940 we Lwowie, na wzór ukraińskiego, po wojnie został wprowadzony urzędowo. Jest w nim wyraźny serwilizm i lizusostwo. Nie sądzę, abyśmy jako kraj de nomine suwerenny akurat w tej kwestii musieli naśladować republikę związkową. Zresztą lizusowskie ciepełko "radzieckiego" sprawia, że np. "radziecki łagier" nie brzmi, czyż nie tak? W publikacjach niezaleznych widać ostatnio tendencję do stosowania terminologii przedwojennej.] - swój program minimum będę uważał za spełniony. Natomiast program maksimum układa mi się z dalszego rozwinięcia tych wątków. Posłużę się cytatem z Aleksandra Hercena, może najmądrzejszego Rosjanina wszystkich czasów, który w Rzeczach minionych i rozmyślaniach opisywał swoje przyjacielskie kontakty z permską kolonią polskich zesłańców. Otóż pewnego razu, pisze Hercen, "...zatwardziały Sarmata, starszy człowiek, który służył pod Poniatowskim i brał udział w kampaniach napoleońskich, otrzymał... zezwolenie na powrót do swego majątku na Litwie. W przeddzień wyjazdu zaprosił mnie na obiad wraz z grupą Polaków. Po posiłku gospodarz trącił się ze mną kielichem, objął mnie i uściskał, po czym szepnął mi w ucho z wojskową otwartością: Ach, dlaczego pan jest Rosjaninem? Nie odpowiedziałem, ale ta uwaga zraniła mnie głęboko..."

- i tu następuje zdanie, warte w swej skrótowej, nieomylnej głębi - metafory Chlebnikowa:

"Zrozumiałem, że to pokolenie nie mogło uwolnić Polski".

Co do mnie, bardzo chciałbym zdążyć jeszcze trochę pożyć w wolnej Polsce, czego też wszystkim z serca życzę.

Andrzej Drawicz

Warszawa, w sierpniu 1988

 

JAK DO TEGO WSZYSTKIEGO DOSZŁO

Spróbuję najpierw odpowiedzieć, jak i skąd wzięła mi się w życiorysie Rosja.

Bywam o to nagabywany na różnych spotkaniach, przy czym pytający mają zwykle w oczach życzliwe współczucie i gotowość wybaczenia. Doskonale te spojrzenia rozumiem. Kryją w sobie przekonanie, że wybór zawodu rusycysty jest dopustem Bożym czy dewiacją, więc widać wmieszał się tu srogi los, może spadło nieszczęście, może jakiś zew krwi przytłumił rozsądek. Z pewnością, myśli interlokutor, mam na obronę okoliczności łagodzące: kresowe pochodzenie albo dłuższy, sowiecki staż na zesłaniu, albo powojenne studia, albo przynajmniej kilkuletnią pracę.

Wyjaśniam: żadna z tych okoliczności nie zachodzi. Jestem rodowitym warszawiakiem, z domieszką, po ojcu, proweniencji rzeszowskiej. O Gułag tylko się w dzieciństwie otarłem. Studiowałem w Warszawie, i to polonistykę. Nigdy w dorosłym życiu nie spędziłem w Związku więcej niż sześć tygodni pod rząd. Za wybór zawodu odpowiadam sam; dokonałem go dość późno, blisko trzydziestki, świadomie i dobrowolnie. Jednak powtórzę: spojrzenia rozumiem. Może i jestem dewiantem. Podobnie jak bracia-Polacy, tyle że mniej życzliwie popatrywali czasem na mnie Rosjanie, kiedy po zawarciu znajomości, przy wymianie konwencjonalnych informacji, dowiadywali się ode mnie, że moją specjalnością - z wyboru! - jest współczesna literatura rosyjska. Jeśli do tego momentu mogłem się im wydać sympatyczny i w miarę normalny, to tu następowało zachwianie. Weźcie bowiem pod uwagę, że całe pokolenia rosyjskich rusycystów jak mogły, tak uciekały (i jeszcze uciekają) od współczesności, jako najbardziej obciążonej sowieckością, niewygodnej do interpretacji. Kto zdolniejszy i żywszy, zmyka w historię, ku klasykom (wyjątki nie kwestionują zasady), teorii literatury, językoznawstwu, gdzie się da. A taki Polak  s a m?  d o b r o w o l n i e?  Po co mu to potrzebne? Kto on wobec tego? Ciężki idiota czy supercwaniak?

Tamtym, Rosjanom, już nie wytłumaczę; swoim spróbuję. Po ras pierwszy zaznałem zbliżenia z Rosją w roku 1939. Była to Rosja zdecydowanie Sowiecka, która wtargnęła na nasze ówczesne wschodnie terytoria. Nas, uciekinierów z Warszawy, przyłapała na Wołyniu. Ojca aresztowano, trzymano w więzieniu w Łucku, tam też najprawdopodobniej stracono po wybuchu wojny z Niemcami. Działy się wówczas masowe egzekucje we wszystkich kresowych więzieniach, o czym z propagandową satysfakcją donosił okupacyjny "Nowy Kurier Warszawski". Pamiętam straszliwe zdjęcia stosów ciał i do wtóru im reportaże; nie przyjmowało się tego jednak do wiadomości: hitlerowska propaganda... (Teraz myślę: pewnie ci, co poznali bolszewików, przyjmowali; do mnie, smarkacza, nie dochodziło). Z matką uciekliśmy w lutym 1940, w srogą zimę przed zapowiedzianą oficjalnie wywózką (wezwano ją do NKWD i kazano podpisać oświadczenie, że zgadza się dobrowolnie wyjechać "w głąb Rosji". "A jeśli nie podpiszę?" - spytała. "Też pojedziecie, tylko będzie gorzej". Podpisała i tej samej nocy uciekliśmy. Tej lekcji rosyjskiego też oczywiście nie zrozumiałem) - przez Bug, do Generalnej Guberni. Z przygody wyniosłem paniczny lęk przed Rosjanami, gdy wpadli pancernym zagonem do Częstochowy, w styczniu 1945; odezwały się widać refleksy tamtej lutowej tułaczki po jakichś skutych lodem stacyjkach, skulenia w chłopskich furach, wyczekiwania w szopach, aż przejdzie patrol, beznadziejnego zabłąkania w nadbużańskich zaspach - wraz z poranną radością na widok Niemców, obojętnie-życzliwych, eleganckich i spokojnych. Ale tymczasem stało się tak, że ułański niemal zagon czołgowy Sowietów uratował nas, prawie równo w pięć lat później, wraz z całą Częstochową. Mówiło się potem, że Niemcy szykowali wielką akcję ewakuacyjno-represyjną, klasztor jasnogórski został podminowany i od tej pory często wspominam także i to: słoneczny mróz, smród spalenizny i spalonych na maź czołgistów, oklejających tryby czarnych kadłubów "trzydziestek czwórek", zastygłych w częstochowskich ulicach - a także powietrze, które, co tu ukrywać, pachniało wtedy wolnością, jakakolwiek miała się potem okazać; znam ten zapach i nie pomylę go z innym... Dla sprawiedliwego, prywatnego bilansu wspominam tamto i to.

Ci z młodych, którzy, i słusznie, próbują zebrać psychologiczną dokumentację złudzeń i pomyłek mojego i starszych pokoleń w czasach stalinizmu, żeby pojąć, jak daliśmy się tak wziąć na polsko-sowiecki propagandowy fundusz, zechcą uwzględnić jeszcze taki czynnik. Elementarny, aż do bólu, do szczękościsku i oskomy głód duchowy trzynastolatka, który w czterdziestym piątym dorwał się, po sześcioletnim poście, do kina! Zachłystywaliśmy się nim po kilka godzin dziennie, jak leciało, a leciały niemal wyłącznie polskie przedwojenne komedie i sowieckie różności z kilku ostatnich lat. Były niewybredne, przeważnie lekkie, okraszone melodyjkami Dunajewskiego, Milutina i innych takich, które do tej pory pamiętają pewnie moi rówieśnicy, choćby to: "pierś oddycha szeroko, swobodnie, gwiazdy Kremla migocą w mgle, i jak rzeki zbiegają się w morzu, tak my w Moskwie spotkaliśmy się!..." ze Świniarki i pastucha, obejrzanych, pamiętam, cztery razy pod rząd. Nie przeceniałbym, z dzisiejszej perspektywy, wpływu tej indoktrynacji, bośmy się nad niczym nie zastanawiali i traktowali wszystko jak bajkę. Ale też coś z tych sentymentalno-melodyjnych obrazków osiadło może w podglebiu świadomości, ułatwiając przyszłe zwierzenia?... To pewne, że był to rodzaj warstwy izolacyjnej, bo wokół był świat brutalny i ostry, trwały aresztowania, ludzie wracali z łagrów i mogli skomentować właściwie losy świniarki i pastucha. Trzeba jednak było mieć uszy ku słuchaniu. Ja ich nie miałem, prawa szczenięcego wieku brały górę; z końcem wojny skończyłem trzynaście.

Za głodem kina szedł równie ssący głód czytadeł. W czasie okupacji wszystko było dawne, przedwojenne, plus parę książeczek podziemnych, którymi okazano mi zaufanie. Po tym poście chciało się czegokolwiek, byle nowego. To też była gleba dla każdego ziarna. Ku przerażeniu matki łykałem jakieś propagandowe broszury, chciwie lustrowałem witryny częstochowskich księgarń. Jedno wrażenie pamiętam dokładnie. Na okładce broszury patrzył spode łba człowiek z założonymi z tyłu rękoma i wysuniętą szczęką. Wyglądał jak zaszczuty, a wielki napis oświadczał krzykliwie: Dobrze! Stałem, patrzyłem i nie umiałem sobie z tą sprzecznością słowa i obrazu poradzić. Długo mnie niepokoiła, choć sensu nie złapałem. Może natomiast złapało mnie to ponure spojrzenie Majakowskiego? ("Książka" czy "Wiedza", wtedy jeszcze oddzielone, wydała jego poemat w przekładzie Artura Sandauera, z późnym, ostatnim bodaj zdjęciem z otwarcia własnej wystawy na okładce. Rzeczywiście czuł się wtedy zaszczuty, a rozziew tytułu i obrazu przypadkiem rzeczywiście z n a c z y ł; ale to już wiedza znacznie późniejsza). Złapało, przytrzymało i już nie puściło?

Nie wiem, zbyt to już duchologiczne. Jeśli nawet znalazłem się na niewidzialnej żyłce, to z podcinaniem los zwlekał przez parę lat. Aż do pory uniwersyteckiej. Z trudem (kiepskie pochodzenie po rozstrzelanym ojcu) znalazłem się jednak na polonistyce. Rok był pięćdziesiąty, zetempowska świadomość już mnie unosiła nad życiem. Według jej reguł to, co radzieckie, było przodujące, przeto godne naśladowania, a w dodatku historycznie nieuchronne. Przeżuwaliśmy zbiorowo tę nieuchronność, zastanawiając się, kiedyż to przyjdzie nam rozkułaczać i masowo kolektywizować naszą wieś (wypadało gdzieś w pięćdziesiątym szóstym...). Miłość do ZSRR, zupełnie wyabstrahowanego, pozbawionego konkretnych rysów, nikomu nie znanego (kto znał, ten ani pisnął), ale posyłającego nam z dala jasne światło gwiazdy przewodniej, była elementem rytuału; moi rówieśnicy pamiętają zapewne opinie organizacyjne, w których zdanie końcowe zwykło brzmieć: "Mocno związany z naszą ideologią, do ZSRR ma stosunek pozytywny". Tak wyszło, że pierwsze kroki uczelniane skierowałem na nadobowiązkowy wykład Leona Gomolickiego o Majakowskim. Było to straszliwe nudziarstwo, i teraz wiem, dlaczego. Rok był bardzo zły, nastąpił po fatalnym, a poprzedzał dwa jeszcze gorsze. Były rosyjski emigrant, Gomolicki, miał pewnie niespokojne noce; może starał się tym wykładem o ideologiczne alibi? Pamiętam, jak zerkał ku kilku zaledwie słuchaczom okiem czujnym, spojrzeniem krótkim niby frasobliwa kura i jak powoli cedził słowa, powielające najściślej trywialne, sowieckie schematy. Był to dla mówienia o Majakowskim moment najgorszy z możliwych; właśnie go, w dwadzieścia lat po śmierci, uśmiercono definitywnie, przebijając osinowym kołem ortodoksji, żeby nie wstał, i biedny wykładowca szedł po nim jak po lodzie albo bagnie, pytając się pewnie w duchu, które z nas nań doniesie, iż zbłądził ideologicznie. Ani nam to było w głowie, tępo wpatrzeni solennie chłonęliśmy senny wątek; ale bodaj nie wytrzymaliśmy do końca semestru; nuda przeważyła poczucie obowiązku.

A jednak mój zaczep trwał. Zacząłem się w teksty pochmurnego człowieka z okładki wgryzać na własną rękę. Nie zrozumiałem prawie niczego. Rosyjskiego mnie przedtem nie uczono, ale miłość do Związku kazała nam starać się samym rozumieć proste teksty. Te teksty wszakże proste nie były. Dopiero potem dowiedziałem się, że Majakowski znęcał się nad ruszczyzną, przeciążając ją i gnąc do kresu wytrzymałości materiału i że czytać go należałoby później, po wielu innych, prostych właśnie. Ale tamci mnie interesowali znacznie mniej. Owszem, zacząłem kupować glansowane tomiki; szedł wówczas w Goslitizdacie taki kanon liryków późnego stalinizmu, z rysunkowymi portretami autorów. Kosztowało to grosze, ale nie warte było nawet ich, bo zawierało albo normalnie złe wiersze posłusznych grafomanów, albo starannie dobrane najgorsze wiersze poetów dobrych i niezłych, równając wszystkich do dna, w duchu tych mrocznych czasów. Toteż choć ich rozumiałem, ale czytałem bez przyjemności, co i raz nawracając ku rebusowatym "schodkom" ponuraka. Wyjątek stanowił Stiepan Szczipaczow, ludzkim głosem kwilący o uczuciach, sowiecki Heine dla ubogich. Że zaś nawet najbardziej zacietrzewionych samoniszczycieli własnych charakterów i wrażliwości - takich jak my właśnie, sposobiący się na janczarów reżimu - litościwa natura ratuje od zatracenia, odwracając ku choć trochę lepszemu - polubiliśmy tego Szczipaczowa znacznie ponad stan jego talentu. Nie darmo u Witka Dąbrowskiego (jego Rocznik 33 wiernie oddaje stan świadomości naszego środowiska) jakiś idealny, polski czy rosyjski żołnierzyk chowa w plecaku "fotografię i tomik Szczipaczowa". Nawet dziewczynom na randkach próbowaliśmy go recytować jako elegancki i ideologicznie słuszny substytut skrywanych, w imię męskiej powściągliwości, wyznań; ale dziewczyny, na ogół trzeźwiejsze i - zwłaszcza te ładne - mniej od nas indoktrynowane, prychały z lekceważeniem. A jednak został mi sentyment do sentymentalnego poety; wszystkie tomiki z tamtej serii stalinowskich klasyków wyrzuciłem, a jego zachowałem, i czasem doń zaglądam, uśmiechając się do wspomnień, bo choć czasy były paskudne, ale my - młodzi...

Dygresja: w kilkanaście lat później przyjaciele-Moskale opowiedzą Szczipaczowowi, powszechnie lubianemu, dziarskiemu jeszcze staruszkowi, "Stiopoczce", jak ratował, niechcący, młodych Polaków przed niestrawnością od żucia Sofronowa czy Gribaczowa. Wzruszył się, przesłał pozdrowienia i zaproszenie: koniecznie przyjechać, posiedzieć, pogadać. Wstyd mi; ciągle były spotkania ważniejsze, dawny idol już tak nie przyciągał, odkładałem go na potem, aż przestałem jeździć, a on zmarł. Moja wina; a mogłem mu się tak, staremu lirykowi, zdominowanemu przez dziarską młodzież, passe, już na odlocie - choć trochę wypłacić za tamto, i byłaby teraz elegancka klamra... Niech dobra, ludzka pamięć idzie za jego cieniem.

Poza tym otoczeni byliśmy rosyjskością przeważnie sowiecką, kiepskiej albo najgorszej próby. Owszem, wydawano i klasyków, ale takich jak ja pchało ku współczesności. Zaczęło właśnie wychodzić czasopismo "Literatura Radziecka", prezentując kanon socrealizmu. Czytaliśmy Daleko od Moskwy Ażajewa, jak się potem okazało, skromnego zeka, świeżo wypuszczonego z łagru, który z dnia na dzień wjechał tą książką na najwyższy oficjalny Parnas, z Nagrodą Stalinowską włącznie. Dokonał prostego, by tak rzec, optycznego zabiegu: opisał dzielnych budowniczych rurociągu w tajdze, ustawiając prozatorski obiektyw tak, by nie było widać, że dokoła są druty, wieże i wartownicy z psami. Tyle że łaska pańska nie przewróciła mu podobno w głowie, żył cicho, może świadom, że wielu zwolnionych sadzano w końcu czterdziestych z nowymi wyrokami (stąd określenie "powtórnicy"), może zwyczajnie wyuczony ostrej względności wszystkiego. Czytaliśmy Babajewskiego Kawalera Złotej Gwiazdy, z wizjami kołchozowej obfitości, gdy wieś prawie zdychała z biedy. We wszystkich grupach studenckich należało przeprowadzić dyskusje nad Studentami, dziełem całkiem młodego człowieka, a już także laureata. Nic dziwnego; był to zbeletryzowany instruktaż demaskowania wrogiej ideologicznie profesury i młody człowiek przez długie lata garbił się pod ciężarem tego wczesnego błędu, nim go godnie odkupił; nazywał się Jurij Trifonow. Późnostalinowską prozę godnie ilustrowały kręcone wedle niej filmy; zostały mi w pamięci tylko zbitki jaskrawych kolorów, nienaturalne intonacje, dziarskie, z przytupem "ludowe" typy i kołchozowe uczty przy stołach uginających się od nadmiaru jadła. Towarzyszyły temu zawsze piosenki, które zresztą śpiewaliśmy z ochotą przy wszelkich możliwych okazjach, bo rzeczywiście wpadały w ucha. Niedawno ze zrozumieniem przeczytałem mądre, emigracyjne studium o szczególnym sukcesie władzy, jakim było stworzenie w latach trzydziestych i czterdziestych swego rodzaju drugiej rzeczywistości w piosence masowej, która była  s k r a j n i e  p r z e c i w s t a w n a  życiu, i właśnie tak, na zasadzie substytutu czy samooszustwa funkcjonowała autoperswazyjnie; toteż wielu z tych, którzy spędzali bezsenne noce, czekając aresztowania, we dnie  z  c a ł y m  p r z e k o n a n i e m  śpiewało Ja drugoj takoj strany nie znaju, gdie tak wolno dyszyt czełowiek. Osobiście wyznaję pogląd, że im czasy są gorsze, tym piosenki, lansowane oficjalnie, bardziej dziarskie; w zgodzie z tym, wtedy, za Stalina i Bieruta, unosiły się ku górze dynamiczne marsze, jeden bardziej porywający od drugiego.

Tak się to harmonijnie uzupełniało. Ci, co się domyślali złego, albo przynajmniej powątpiewali, pędzili życie męcząco rozdwojone psychicznie; my natomiast (używając liczby mnogiej mam na myśli dużą część rówieśników-studentów) zażywaliśmy komfortu harmonijnej jedności myśli i uczuć. Naprawdę kochaliśmy Wielkiego Brata. Było to znacznie bardziej niebezpieczne niż dwulicowość, która jest efektem osądu i wyboru. My natomiast zostaliśmy wybrani. Zakładało to pewien rodzaj ślepoty i głuchoty. Wierzcie albo nie, pamiętam dotąd osłupienie, w jakie wprawił mnie jeden z lepszych tekstów prozatorskich "Literatury Radzieckiej". Była to powieść Wiery Panowej Jasny brzeg, gdzie między innymi pojawił się wątek zdrady małżeńskiej. "Jak to? W socjalizmie? U ludzi radzieckich?" - dziwiłem się. Dokoła było dosyć ludzi, którzy wszystko wiedzieli, ale myśmy nie pytali, mniemając, że wiemy sami. Rzeczywistość widzieliśmy tak, by tę "wiedzę" potwierdzała; to, co nie potwierdzało, nie było widziane. Nie jest to trudne, zaręczam.

Oto charakterystyczna przygoda dwudziestolatka. Pod koniec roku 1952 ukazała się w miesięczniku "Nowyj Mir" duża, wojenna powieść Wasyla Grossmana Za słuszną sprawę (w osiem lat później KGB aresztował jej drugą, już bez wewnętrznej cenzury napisaną część Życie i losy; teraz robi ona furorę na Zachodzie). Czytywałem już wtedy regularnie sąsiedzką prasę literacką, czasem pisywałem o przeczytanym małe notki, gdzie z aprobatą komunikowałem, że zdemaskowano tego i owego, co jest oczywistym dowodem sprawnego funkcjonowania socjalistycznej krytyki i samokrytyki. O książce Grossmana zleciła mi "Nowa Kultura" całą, normalną recenzję. Książka, jak na te czasy zresztą bardzo przyzwoita, podobała, mi się ogromnie, czemu dałem wyraz w słowach szczerych, kanciastych i podniosłych. Recenzję wydrukowano. W kilka tygodni potem przeżyłem wstrząs; na łamach centralnych sowieckich organów zaczęto Grossmana (przedtem chwalonego) walić na odlew za ciężkie błędy ideologiczne i wrogą filozofię, nacechowaną - sic! - "pitagoreizmem". Nikt mnie wprawdzie publicznie nie skarcił, pewnie dlatego, że byłem za mały i że odpowiedzialni towarzysze znali aż nadto dobrze nieprzewidywalność sowieckich pogromów. Natomiast sam ze sobą przeprowadziłem przykrą rozmowę. "Gówno z ciebie, Drawicz, a nie marksistowski krytyk, skoro nie potrafiłeś wykryć błędów ideologicznych! Gdzie twoja czujność? Gdzie znajomość teorii? Dlaczego nie dostrzegłeś pitagoreizmu?" - tak bym tę rozmowę streścił. Nie dane mi było poznać prawdziwych win Grossmana: był wybitnym pisarzem, uczciwym człowiekiem, a przede wszystkim Żydem. Został wybrany na główną, literacką ofiarę po sprawie lekarzy żydowskich, "morderców w białych kitlach", która to sprawa, według stalinowskiego zamysłu, miała być wstępem do sowieckiej wersji "ostatecznego rozwiązania" kwestii żydowskiej: proces lekarzy, ich "ludowy" lincz, deportacja Żydów do łagrów w Północnym Kazachstanie. A skąd pitagoreizm? Proste: Grossman był już bity, wprawdzie lżej, wkrótce po wojnie, za sztukę Jeśli wierzyć pitagorejczykom, gdzie wyrażał myśl, że w nowym ustroju ludzie się mało zmienili, zwłaszcza karierowicze i arrywiści działają nie gorzej niż przedtem. Było to poparte wspomnieniem nauk Pitagorasa, który miał twierdzić, że historia się powtarza - i przypieczętowane melancholijnym tytułem. Pogromowa krytyka bardzo lubiła etykietki, zwłaszcza obco brzmiące; ich nieustanne, do ogłupienia powtarzanie stosowano nagminnie. Tym razem nie trzeba było szukać.

Zaraz potem zmarł Stalin i ostatnia, wielka prowokacja zdechła wraz z nim, nie spełniona. Po latach, u Sołżenicyna, w Archipelagu znalazłem opis momentu, gdy wieść dotarła do łagrów. Wszystko się zatrzymało, powszechne utożsamienie tyrana z systemem koncentracyjnym było tak jawne, że więźniów przez trzy dni nie pędzono do pracy, nie wiedząc, co dalej; więźniowie zaś przekrzykiwali się radośnie od baraku do baraku: "Ludojad zdechł!" A my? My w tym samym mniej więcej czasie wypełniliśmy uniwersytecką Salę Kolumnową na akademii żałobnej. Mam w uszach szloch dziewcząt (mężczyźni mężnie tłumili łzy, ale łykali ślinę); kiedy zaś w części artystycznej mój przyjaciel W. K. wyrecytował, jak krzyk serca, stalinowski montaż poetycki (nie było jeszcze nazwy "monodram"), kończąc go zrywającym się ze wzruszenia w falset okrzykiem: "Bo Stalin życiem, a życie jest wieczne!" - salą wstrząsnął oczyszczający, zbiorowy spazm.

Tak było.

Potem zaczęły się pojawiać zwiastuny trochę innych czasów, ale z trudem żłobiły sobie drogę do naszej janczarskiej świadomości. Kolejny przykład. Latem pięćdziesiątego trzeciego nastąpił koniec Berii. Właśnie zdawaliśmy egzaminy oficerskie na obozie wojskowym. Egzaminatorzy byli życzliwi, elewi autentycznie pilni, więc szło na ogół dobrze i ku końcowi napięcie spadło. Jakiś oficer polityczny, u którego dowiodłem ideologicznego obkucia, chciał atmosferę całkiem odsztywnić. "A jak oceniacie, towarzyszu, te ostatnie wydarzenia z Berią?" - spytał z życzliwą konfidencją. Patrzyłem nań tępo. "No, pamiętacie chyba sprawę lekarzy żydowskich?" Owszem, pamiętałem. "Czy wam się nie zdaje, że to może mieć jakiś związek - tamta sprawa i ta?" Moja tępota stężała. Twarz Berii, oglądana na oficjalnych zdjęciach, wydawała mi się zawsze semicka w typie (w rzeczywistości był Gruzinem, ściślej Mingrelczykiem). Wtedy lekarze... Teraz on... Wtedy on Żydów?... Teraz jego, Żyda?... Odchrząknąłem i powiedziałem drewnianym głosem: "Nie wiem. Nie było jeszcze u nas w tej sprawie oficjalnej wypowiedzi". Uśmiech oficera przygasł: "No tak, istotnie. Dziękuję, jesteście wolni". Jedyne, co mam na swoją obronę, to uczucie wstrętu do samego siebie i fakt, że zdarzyło mi się to raz; potem wprawdzie też grzeszyłem wiele, ale już nigdy więcej nie powoływałem się na brak oficjalnej wypowiedzi. Może jakimś cudem ten oficer to przeczyta? Niech się wtedy dowie, że egzamin czegoś mnie nauczył. Przepraszam pana, dawny towarzyszu, za tamtego siebie.

Przekładnie przesuwały się powoli, ale przecież już w rok później Odwilż Erenburga stała się sensacją sezonu. Wiedzieli o niej nawet przysięgli snobi, była tematem lekkiej konwersacji w ówczesnych salonach, co się sowieckim książkom dotąd nie zdarzało. Pewna młoda tych salonów bywalczyni przybiegła do mnie z pilnym zamówieniem: mam jej dokładnie opowiedzieć fabułę. Widać inaczej nie mogła się pokazać w towarzystwie. Przeżyłem pokusę zaimprowizowania jakiejś zupełnej bujdy, ale zrobiło mi się żal dziewczyny; jeszcze wypadnie z obiegu... Mam nadzieję, że błysnęła erudycją.

Nieco później edukacja moja uległa przyśpieszeniu za sprawą Z. Jego nazwisko usłyszałem po raz pierwszy we wczesnych latach uniwersyteckich, w otoczce tajemniczości, przyprawionej zgorszeniem: "Jest taki Z. Wrócił po paru latach ze Związku Radzieckiego, pracował w ambasadzie. Wyobraź sobie: erudyta i kompletny cynik. Nie do wiary! Nic nie chce robić. Leży na kanapie. Obchodzą go tylko panie i brydż". Poznany, Z. dawał półgębkiem do zrozumienia, że w ciągu swoich sowieckich lat zobaczył dostatecznie dużo, żeby przyjąć zasadę nonszalancji i nieinterwencji. Ale erudytą istotnie był; wiedział masę o tym, czegośmy nawet nie podejrzewali, i chętnie, po kropelce, wiedzy nam odmierzał. Chodziliśmy po wieczornych, mazurskich drogach, gdy rzucił nazwisko: Zabłocki. Kojarzyło mi się to tylko z prasowymi połajankami za błędy ideologiczne czy formalizm. "To ten Ukrainiec, nacjonalista?" Z. skrzywił wargi, podniósł brew: "Nie, tamten to Sosiura. To Rosjanin, znakomity. Niech pan posłucha: Mierknut znaki Zodijaka nad prostorami polej, spit żywotnoje Sobaka, driemlet ptica Worobiej..." Wysłuchałem Znaków Zodiaku i zodiakalna noc mazurska zawirowała mi nad głową. Potem padło nazwisko Cwietajewa. Tu już nic, najodleglejszego nawet skojarzenia; czysta zagadka, szczególna barwa tego dźwięku, szelest pierwszych spółgłosek kwiecistość... Wczesny Pasternak: Pieriegorodok tonkoriobrost' projdu naskwoz', projdu kak swiet, projdu kak obraz wchodit w obraz i kak priedmiet sieczot priedmiet... Brakowało mi tchu. Pasternaka Z. znał osobiście. A w domu miał oszkloną, stylową szafkę biblioteczną ze skarbami, zebranymi zaraz po wojnie, kiedy do sowieckich antykwariatów trafiły zbiory zmarłych w czasie blokady leningradczyków. Wczesne tomiki Mandelsztama, Cwietajewej, Pasternaka, Achmatowej. Oficjalne wydania, które stały się cymeliami i rarytasami za sprawą stalinowskich praktyk amputowania pamięci i wykreślania kawałków przeszłości. Patrzyłem w nabożnym zachwycie. Z. tych książek nie pożyczał, ale dawał oglądać; to wystarczało. Sam też zdawał się ich nie wyjmować, jakby jemu z kolei wystarczał fakt posiadania. W tamtych czasach, bez wydań emigracyjnych, bez samizdatu, bez późniejszych, sowieckich publikacji oficjalnych, choćby okrojonych - był to niesłychany potencjał. Ale Z. go nie uruchamiał; skarby trwały za szybą, i był w tym smutek nie noszonego klejnotu czy nie oglądanego obrazu. Książki naśladowały sposób bycia gospodarza. Wtedy podziw mieszał mi się z zawiścią, dziś myślę o pewnej zagadkowości tego wszystkiego... Zostawmy ją tak.

Mój haczyk tymczasem drgnął, zostałem pociągnięty. Rówieśnicy z rusycystyki, życzliwie obserwujący moje amatorskie zmagania z ruszczyzną (nigdy normalnie nie uczyłem się rosyjskiego, jeśli nie liczyć kilku godzin spędzonych bezpożytecznie na uniwersyteckim lektoracie; kto te ówczesne lektoraty pamięta, ten się zgodzi, że były dydaktyczną fikcją) i recytacje Majakowskiego na okolicznościowych akademiach - namówili mnie, a potem zaprotegowali po studiach do pracy w Instytucie Polsko-Radzieckim. Była to placówka w zasadzie i naukowo-badawcza, i popularyzatorska o dosyć zamazanym profilu, w założeniu z pewnością serwilistyczna. Tak się jednak złożyło, że wyszło z niej sporo uczonych z prawdziwego zdarzenia. Kierownik Zakładu Literatury Samuel Fiszman, człowiek wielkiej kultury i taktu, doradził mi zajęcie się recepcją Majakowskiego w Polsce. Zgodziłem się - i kompletnie go zawiodłem, bimbając sobie przez dobre półtora roku na obowiązki badacza, zajęty teatrem studenckim i młodzieżową polityką. Były to lata 1955/56, wszystko się zachwiało, janczarska tresura i autotresura wzięły na szczęście w łeb, ale zastąpiła je - też bardzo w moim środowisku rozpowszechniona - wiara w odrodzony, prawdziwy socjalizm. Przeczytaliśmy, w ciągu nocy, na głosy w STS-ie (Studencki Teatr Satyryków, dla tych co nie chodzili) tajny referat Chruszczowa, przeraziliśmy się, ale też postanowili, że nigdy więcej i że od nas wszystko zacznie się na nowo. Emocje szły łańcuszkiem, dzień po dniu, jak w ćwierć wieku później: dyskusje o losie ZMP, Poznań, pierwsze wyjazdy zagraniczne, gościnne występy STS-u, jakieś artykuły, Październik... Kiedyż tu był czas na recepcjonistykę? Fiszman czekał cierpliwie, wreszcie stracił nadzieję i przy okazji jakiejś reorganizacji taktownie mnie spławił. Na jego miejscu zrobiłbym to samo wcześniej, i z awanturą.

W ten sposób mój późniejszy los zdawał się oddalać, ale to było nie tak. Stopniowo przeciągało mnie do literackiej Rosji. Co zadecydowało? Szczerze: nie wiem. W tym tekście zebrałem trochę życiorysowych przesłanek. Łatwo zauważyć, że nie wynika z nich żadna konieczność. Są to incydenty dosyć błahe, a przynajmniej znane wielu ludziom. Inni moi rówieśnicy śpiewali te same marsze traktorzystów i entuzjastów, tak samo oglądali filmy i czytali książki, ale ta zsowietyzowana rosyjskość starła się z nich bez śladu, gdy czas się zmienił. Starła się i ze mnie, ale odwrotnym sposobem: od zanurzenia w głąb. Odrzucam pokusę szukania sytuacyjnych metafor. Gdyby ten tekst był esejem o kimś, to miałbym pewnie gotowy klucz interpretacyjny z tamtego, pierwszy raz zobaczonego Majakowskiego, z rozziewu między "dobrze!" a tragicznością losu. Wszystko by się z tego wysnuło. Ale to nie esej, tylko osobista refleksja o Rosji w moim życiu, więc wypada mi trzymać się ziemi i przedstawiać to, na co mani dowody, jeśli nie rzeczowe, to psychologiczne.

Przez pewien czas uczestniczyła w tym przekora. Niemądra. Trzeba chyba ostrożnie przekomarzać się, grupką, z całym społeczeństwem w sprawach zasadniczych. Zwłaszcza gdy jest się nonkonformistą prorządowym, czyli dość szemranym. A tak postępowaliśmy we wczesnym STS-ie; na złość widowni dawaliśmy w kilku programach po rosyjskiej piosence. Piosenki były miłe, ale w tamtych czasach to widownia miała rację, jeśli nawet prymitywną. Sam, po rozwiązaniu ZMP, kłułem przez jakiś czas oczy bliźnich znaczkiem Komsomołu, na tej samej zasadzie. Aż przyszły Węgry 1956, dotarło do mnie, w co się wpisałem, porządnie zakłuło samego i zmusiło do zdjęcia.

Przekora ma krótki oddech. Myślę dzisiaj, że to, co do mnie wtedy naprawdę dotarło - spoza grubej warstwy jaskrawo sowieckiego lakieru - to powaga sytuacji. Książki mogły być lepsze czy (przeważnie) gorsze, ale czuło się, że powstają pod ciśnieniem, któremu bądź ulegają, bądź próbują się przeciwstawić. I stawka jest bardzo wysoka, najwyższa. Potem przeczytałem u Pasternaka: / tut konczajetsia iskusstwo i dyszat poczwa i sud'ba. Właśnie to: kończy się sztuka, oddycha, czy raczej dokładnie: dyszy - ziemia-gleba i los. Wiedziałem tylko trochę, ale, pochylony nad głębią, domyślałem się kształtów tego, co majaczyło w dali. Było to wyzwanie i przygoda. Należało się w to rzucić głową do przodu. Właśnie we współczesność, bo tam ciśnienie jest największe...

Należało się rzucić, a ja zwlekałem. Wskakiwałem na chwilę - i wracałem na twardszy, wydeptany przez wielu skrawek literatury polskiej. Tu był wprawdzie ścisk, ale bez niespodzianek. Pisywałem jakieś recenzyjki.

Aż mnie na tę głębię popchnięto. Było to w roku 1962. Odbywaliśmy ćwiczenia wojskowe w dość ekskluzywnej formacji. Towarzystwo było dobre, czasu dużo, wachlarz rozmów - szeroki.

- Marszałku - powiedział któregoś dnia Krzysztof Pomian, grający z wdziękiem rolę pogłębionego intelektualnie Szwejka a la polonaise. - Marszałku, słuchaj. Czy nie napisałbyś mi historii literatury radzieckiej? Do serii "Omega". Może by ci to leżało?

Historię? Literatury? Radzieckiej?

Moja wiedza była amatorska, kawałkowa, przybliżona. W sam raz na recenzje, przeglądy, omówienia. Ale historia? Poczułem się jak Nikodem Dyzma w nie napisanym epilogu powieści Mostowicza. Zgodzę się, spróbuję napisać, ujawnię ignorancję i z całej dotychczasowej jakiejś-już-tam reputacji bzdet. Zostanę zdemaskowany.

Chyba że...

Chyba że naprawdę się tego wszystkiego nauczę. Porządnie, od początku.

Skoczyć?...

- Dziękuję ci, Krzysiu - powiedziałem. - Może spróbuję. Jaki termin?

 

PIERWSZE NAUKI NA MIEJSCU

Zanim jednak zmuszony byłem wziąć rusycystykę najpoważniej jak się dało, przyszło mi wreszcie spotkać się z Rosją na jej własnym gruncie. Stało się to o kilka lat wcześniej, dokładnie latem roku 1957, i ta data zainicjuje właściwy wątek niniejszego tekstu.

Redakcja "Sztandaru Młodych", z którym byłem od paru lat związany systematyczną współpracą, zaproponowała mi wyjazd do Moskwy. W sierpniu zaczynał się kolejny Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów. Miałem jechać wcześniej i pisać o przygotowaniach. Był to, jak się okazało, jeden z lepszych wariantów rosyjskiego wejścia. Na razie ogarnął mnie jednak tęgi rajzefiber. Za granicą zdążyłem już być rok wcześniej. Nawet w kapitalizmie. Ale tym razem wszystko mi się odkręciło i zawirowało: nadbużańskie śniegi, filmy, lektury, referat Chruszczowa, opowieści Z., zeszłoroczne Węgry. Dawne złudzenia prysły, świeżych informacji nie było, różne strachy sygnalizowały się ukradkiem. Nabrałem przekonania, że to, co zobaczę, będzie w każdym razie niepodobne do niczego i, rozchwiany, na niewiele godzin przed odlotem wpadłem do dziewczyny, która skończyła moskiewskie studia, z pytaniem:

- Marysiu, jak ja się tam mam zachowywać?

- Normalnie - odpowiedziała.

Mądrość tej rady szybko oceniłem. Na razie jednak przyszło mi, z lekkim ssaniem w dołku, lecieć dosyć długo i nisko (pokazano mi w dole Narocz i Świteź) czymś staroświeckim, Dakotą bodaj, i to z międzylądowaniem we Wilnie. Miasta nie było widać, ale to, co zobaczyłem, wyglądało dostatecznie pouczająco: rzędy szop i ruder, a wśród nich, jak diabeł z pudełka, zwieńczony szpicami i pobłyskujący kolorami dworzec lotniczy w guście późnego stalinizmu. Repliki takich dworców widziałem potem w całym Związku i ich cukierniczo-galanteryjna aparycja była tak pysznie, ostentacyjnie, po chamsku sprzeczna z wszelką lotniskowością, tak nieprawdopodobnie niefunkcjonalna i zadufana w sobie, że przypuszczenia od samego początku się potwierdzały: to nie będzie kraj jak inne. Witała nas forpoczta despotyzmu, rosyjskie: "bo ja tak chcę!", jak napisał pewien skromny, dziewiętnastowieczny poeta. Bocznymi wejściami, byśmy, Boże uchowaj, nie otarli się o tubylców, zaprowadzono nas do odpowiednio pysznej, w kolumnach, stiukach i złoceniach, jadalni, gdzie na śnieżnych obrusach piętrzyła się góra zastawy: talerze, talerzyki i talerzątka. Podano dwa jajka sadzone.

W dzień później chodziłem już po Moskwie, i to samopas. Złożyłem kurtuazyjną wizytę w redakcji "Komsomolskiej Prawdy", gdzie zastępca naczelnego (był nim wówczas zięć Chruszczowa, Aleksy Adżubej, nim nie przeszedł do bardziej prestiżowych "Izwiestij") poinformował się o zdrowiu mojego naczelnego; po piętnastu minutach takiego dialogu rozstaliśmy się z ulgą. Owszem, obiecano mi pomoc, ale reszta zależała już ode mnie. To właśnie było szczęśliwe wejście. Jeśli miałem opiekunów, to dyskretnych; nigdy zresztą o nich nie pamiętałem. Była pewność podsłuchu hotelowego; wiedziałem, że należy do rutyny. Fonię uzupełniała prostsza wizja; dyżurna na piętrze śledziła wszystkich moich gości; architekt musiał mieć wysoką świadomość funkcjonalności wnętrz, skoro od biurka dyżurnej widoczne były drzwi absolutnie wszystkich pokojów...

Wszystko to jednak furda, skoro byłem sobie panem. Gazeta oczekiwała niezbyt pilnie nie zanadto zobowiązujących materiałów. Brakowało mi reporterskiego doświadczenia, więc potraktowałem sytuację z dystansem. Robiłem to, co, według lektur, winien był robić dziennikarz. Wymyślałem jakieś fabuły, stawiałem sobie cele, ściągałem telefonami jakichś festiwalowych organizatorów. Wszystko bez nadmiernego uporu. Coś tam wychodziło, coś nie; to już nie należy do tematu.

Do tematu należy Moskwa, byłem w niej, nurzałem się, poruszałem ruchami trochę bilardowymi: dokądś pchnięty stukałem o kogoś przypadkowego, zmieniałem tor, stukałem znowu, wpadałem. Pamięć mam niestety wąską, filologiczną. Zostają w niej teksty, nie twarze i wypowiadane słowa. Notatek bodaj wtedy nie robiłem. Niektóre sprawy i ludzie, których potem więcej nie zobaczyłem, odtwarzają mi się teraz w zamgleniu. Czego jednak jestem pewien dokładnie, z ostrością wrażenia sprzed godziny, to tamtych pierwszych, ogólnych odczuć z ulic miasta. Na początku, w zupełnie obcym środowisku, jest się w ogóle szczególnie chwytkim; to cenne chwile, potem wiele można zrozumieć znacznie głębiej, ale odczuć już nie.

Patrzyłem w twarz tłumu. Był szary, frasobliwy, jednostajny. Ludzie, ściślej: mężczyźni, nosili dwa - trzy fasony marynarek, pięć rodzajów koszul, nie więcej bardzo szerokich spodni (w zimie czarnogranatowa wyłączność palt stawała się jeszcze bardziej uderzająca, jakby wszystko było paramilitarne, ale wtedy było lato). Ich twarze miały wspólny wyraz, którego intensywność tak mnie uderzyła, że natychmiast go zdefiniowałem: jakby całe miasto wstało po długotrwałej, bardzo ciężkiej chorobie, albo wszyscy razem i z osobna uniknęli jakiegoś śmiertelnego niebezpieczeństwa (Nu cztoż, pożałuj tak ono i jest - zgodził się E., o którym za chwilę, uważnie wypytawszy się o pierwsze wrażenia).

Wiedziałem już, że i my, w Warszawie, jesteśmy dosyć szarzy i nieweseli. Poinformowała mnie o tym najpierw seria zdjęć kogoś z Zachodu (czy nie Lizy Larsen?), danych w naszym tygodniku; przedtem, unoszony nad ziemią w swoim zetempowskim obłoku, mniemałem, że tryskamy radością i tęczujemy barwami. Drugim źródłem informacji byli cudzoziemcy na poprzednim, warszawskim Festiwalu: bawili się wszędzie, od niechcenia, spontanicznie, gdy mu sterczeliśmy jak smutne pieńki. Jednakże w porównaniu z Moskwą byliśmy karnawałem w Rio.

Najprzebieglejszy reżym nie ukryje prawdy o sobie przed okiem cudzoziemskiego przechodnia, który będzie się zwyczajnie przechadzał i uważnie patrzył na innych (przynajmniej w krajach naszej cywilizacji, gdzie mamy skale porównawcze). Przyjechałem już porządnie obdarty z dawnych złudzeń, ale teraz bombardowała mnie ze wszystkich stron prawda znacznie dotkliwsza. Twarz tłumu była przedwcześnie postarzała, niedożywiona, napięta rozjątrzeniem. Ci ludzie komunikowali mi bezgłośnie o swoim zmęczeniu, o przeżytych lękach, o niewygodzie egzystencji. Czułem dewastację starych zasad współżycia i brak nowych; wszyscy parli przebojem, odtrącając się bez słowa. Kiedy w tłoku wypowiadałem machinalne izwinitie, odrzucało ich ze zdziwienia i łypali podejrzliwie oczami. Pomyślałem sobie: widać nieprawidłowo, i zacząłem mówić proszu proszczenija; reakcja była taka sama, aż pojąłem, że tych słów nie ma w ogóle w użyciu. Los się przez tych ludzi przewalił, wziął pod siebie, zbił i wywalcował wielokrotnie, w tę i z powrotem; nie mieli więc potrzeby refleksji nad tym, jak się zachowują i poruszają, lub czy to, co noszą, jest dobrane; byli brutalnie szczerzy, stanowili tylko znaki egzystencji. Może działał tu dodatkowo fakt, że Moskwę wtedy, jak i teraz, napełniała, zwłaszcza w centrum, masa przybyszów z głębi kraju (obliczano ich na milion dziennie). Czyniło to miasto tłocznym i plebejskim; tłum był obładowany i zaaferowany, chciał coś kupić, formował ogromne kolejki, pchał się do lad i do pociągów metra w stronę dworców. Tak komunikowano mi, pośrednio ale wyraźnie, że Moskwa jest oazą dobrobytu w porównaniu z Rosją wiejską i małomiasteczkową, abym do końca zrozumiał, czemuż to moja świniarka z filmu Pyriewa tak się zachłystywała szczęściem swego wyjazdu do stolicy: W Moskwu jedu! W Moskwu! ("no i co z tego?" - dziwiłem się w swej szczeniackiej niewiedzy).

Niedokształcony językowo, odbierałem teraz od samego życia prawdziwą lekcję rosyjskiego. I sowieckiego zarazem. Jednostajność tłumu łagodziły sylwetki kobiece; tu i ówdzie widziało się już z wysiłkiem realizowaną chęć samozadbania, pamięć o wyglądzie. Ale dopiero za następnym razem, w kilka lat później, spostrzegłem, że to daje efekty: ulica była już trochę inna. Teraz zaś odczułem jeszcze - od razu, pierwszym wrażeniem - brak średnich, męskich roczników, wyciętych przez wojnę, i w twarzach kobiet, zmęczonych wysiłkiem i samotnością, chwytałem powtarzający się grymas goryczy, bólu, rezygnacji. Wojna oznajmiła swój wyrąb także bardzo wielką liczbą kalek. Lekcja trwała i życie pchało mi w oczy materiał porównawczy. Wszędzie, pomiędzy i ponad tłumem, przebijały z oklejonych plakatami murów, z malunków ściennych, z fotografii, w wywieszonych na ulicach gazetach - roześmiane twarze muskularnych herosów kroczących w jasną przyszłość, u boku dorodnych piękności, wśród atrybutów dobrobytu i gromkich haseł. Byli to moi entuzjaści z marszów Dunajewskiego, ujęci w znaki "propagandy wizualnej" (był taki młodzieżowy termin) - i wystarczyło godziny chodzenia, bym pojął, że to zabawa z nie istniejącym podmiotem, bo tutaj w ogóle tego nie ma, ani takich min, ani póz, ani gestów. Może na paradach sportowych. Lub gdy fotoreporter każe się ustawić do zdjęcia prasowego. Sam z siebie nikt tak nie chodzi, nie wypina piersi, nie uśmiecha się. Znana rzeźba Wiery Muchiny "Robotnik i kołchoźnica", prawzór tego stylu, to czysty abstrakcjonizm w ścisłym znaczeniu tego słowa. Dopadała mnie zewsząd najoczywistsza zasada tutejszej propagandy: żadnego związku z rzeczywistością daną, tworzenie własnej. Jeszcze do tego wrócę.

Myślałem sobie potem: pożyteczne dla władzy jest takie kreowanie plakatowej fikcji. Cherlawi, niepiękni, często zgoła pokraczni albo ułomni, mając wciąż przed oczyma tamtych herosów wpędzani są w pokorę zmieszaną z rozjątrzeniem, w poczucie niedorastania i nienadążania, w kompleksy. To jest jak trzaskanie z bicza. Ostatecznie, myślałem jeszcze, w czasie studiów tresowano nas podobnie. Byliśmy obstawieni galerią ludzi-wzorców; po sprawdzeniu każdy okazałby się nie takim, jakim go przedstawiano. Ale kazano nam do nich równać, byśmy osiągali nieosiągalne: upostaciowanie fikcji, i mogli być zawsze oskarżeni (lub oskarżać innych) o niedostateczną żarliwość.

Wrócę jednak na tamtą ulicę. Jeszcze jedno rzuciło mi się w oczy od razu. Szczególny podział barw. Tłum, a więc to, co prywatne i jednostkowe, był szary. Ostrymi kolorami raziły ściany domów, gryzące w zestawieniach mundury milicjantów, uniformy żołnierskie, plakaty, autobusy i trolejbusy. Barwy pochodziły od władzy; ich bezwzględna ostrość, tnąca magmę tłumu, stawała się władzy owej funkcją. Czy to było przemyślane i zadysponowane przez jakiegoś stalinowskiego socjotechnika (termin, oczywiście, jeszcze nie był wtedy w użyciu)? Czy tak się złożyło na gruncie obyczaju, tradycji? Podejrzewam jedno i drugie, z przewagą działania świadomego. O tym działaniu, będącym wyrazem despotycznej woli samego dyktatora, świadczyły jego ukochane dzieci, "wysotnyje zdanija", czyli wysokościowce. W poprzedniej epoce mówiło się o nich zawsze z dodatkiem "stalinowskie". Istotnie, były takimi. Stalinizm uobecnił się w nich w sposób równie kongenialny jak włoski faszyzm w kabotyńskich budowlach rzymskiej Esposizione i jak miał to uczynić hitleryzm w projektach Speera.

O wznoszeniu "wysotek", jak je oswajająco nazwała ulica, informowano nas kiedyś tak intensywnie, że byłem przekonany, iż są ich roje i że centrum Moskwy przypomina Manhattan. Tymczasem wystawiono raptem pięć gigantów, ale tak przemyślnie, że kontrolowały miasto wizualnie niczym wieże strażnicze gigantyczny łagier. Ich monstrualna brzydota biła w oczy pod różnymi kątami. Nie było przed nimi ratunku. Ale też kazały się kontemplować długo i dokładnie, jako świadectwo szczególnej wagi. Zażarty konstruktywista Majakowski domniemywał, iż "...geolog stuleci potrafi wysnuć dni naszych koncept" z mostu bruklińskiego. Rzeczywistość okazała się mieć własne plany. Może to i lepiej. Stalinizm jest dzisiaj wszystkimi środkami propagandy przystrzygany, przyczesywany, pomniejszany, czyniony normalnym. Nic to, skoro stoją "wysotki", z których nasz wrażliwy potomek dowie się wszystkiego. Wspomniane wcześniej dworce lotnicze były szpetną bzdurą, ale w małej skali. Tu rozpasana pycha wsparła się o bezsmak, by strzelić w obłoki i nieustannie wdeptywać wszystkich w ziemię. Gwałt zadany architekturze stawał się paradygmatem całej despotii. Miasto, którego profil określało dawniej "czterdzieściokroć czterdzieści" kopuł cerkiewnych, miało po zniszczeniu wielu świątyń zyskać nową formę przestrzenną, wyznaczaną przez antyświątynie. Wznoszono je w czasach, kiedy niemal (poza domami dla wybranych) nie budowano mieszkań i ludzie gnieździli się w przeraźliwym ścisku; pochłaniały nieprawdopodobne ilości najdroższego budulca, tym bardziej że kradziono go ile wlazło. Tak się miała spełniać w rozszerzonej, wielopiętrowej skali funkcja roześmianych gigantów plakatowych; giganty architektoniczne winny były czynić ludzi mrówkami, utwierdzać ich w poczuciu nicości, budzić bezsilną, otępiającą, niewolniczą złość i rezygnację.

Atakowały skalą, ale i barwą. Prym wiódł nieprawdopodobnie jaskrawy i gwałcący wszelkie proporcje Uniwersytet na Wróblich Górach (to stara nazwa; "Leninowskie Góry" nie przechodzą mi przez pióro; to miejsce uświęcone literaturą, owiane tradycją, moskiewska psychologiczna relikwia. Gwałtów nazewniczych jest tam pełno, ale ten dlaczegoś drażni szczególnie; wyobraźcie sobie, że zamiast Zamkowego mamy plac Bieruta...). Stał najwyżej i był bodaj najbardziej absurdalny w układzie brył, a przy tym ogromnie hałaśliwy: wrzeszczał kolorami, bódł niebo szpicami i gwiazdami. Pomyślałem na jego widok, że mógłby być zabawką dziecka jakichś skretyniałych gigantów; jeśli to porównanie wyda się wam naciągnięte - nic nie poradzę, ale tak to odczułem. Moim faworytem został jednak budynek Ministerstwa Spraw Zagranicznych na placu Smoleńskim, który zdał mi się z kolei fontanną zafarbowanej wody zamarzłą w locie i utrzymującą się w stanie upiornej nieważkości. Ten gmach już nie wrzeszczał, tylko straszył; jego nakładające się na siebie, bezsensownie poprzełamywane płaszczyzny czyniły go niemal bezokiennym, ślepym, monstrualnie fortecznym - i współmierność tej siedziby z realizowaną w niej polityką zagraniczną rysowała się harmonijnie. W porównaniu z moskiewskimi "wysotkami" warszawski Pałac Kultury i Nauki ukazywał mi się jako wcielenie ascezy i lakoniczności, konstruktywistyczne niemal.

Poświęciłem im miejsca na miarę skali osłupienia, w jakie wprawiały. Pora jednak z powrotem do ludzi. Wspomnę jeszcze tylko o pewnym epizodzie ze sfery propagandy wizualnej. Dość pouczającym chyba. Otóż Moskwa rzuciła mi się również w oczy swoim wielkomiejskim ogromem. Myślałem: ciekawe, jak się to uda opanować festiwalową plastyką. Będzie chyba musiała działać z wielkim rozmachem, mocnymi uderzeniami. Festiwal warszawski, jakkolwiek go wspominać, był plastycznie wyrazisty; do dziś mam go w pamięci przede wszystkim jako zespół kształtów i kolorów. W Moskwie oczekiwałem z dnia na dzień czegoś podobnego: zbudzę się rano, wyjrzę ze swojego szóstego piętra w hotelu "Moskwa", w najbardziej centralnym centrum, i znajdę w innym świecie... Ale dni mijały, na ulicach wisiała pstrokata galanteria chorągiewek, plakacików, sztucznych kwiatów. Wymyśliłem sobie, wśród zadań reporterskich, dopadnięcie głównego plastyka Festiwalu, nazwiskiem, jeśli się nie mylę, Kerbel. Okazał się najbardziej nieuchwytny ze wszystkich szukanych osób. Raz tylko usłyszałem w telefonie jego głos, ale i wtedy mnie spławił, poza tym był nieodmiennie "w terenie". Jak się potem dowiedziałem, nie tylko dla mnie. I miał powody, żeby unikać prasy; znalazł się w dosyć niezręcznej sytuacji. Poinformowano mnie nieoficjalnie, że plan dekoracji o wielkim rozmachu istotnie powstał zawczasu, że przygotowali go młodzi plastycy, w tym czasie już ostro zbuntowani przeciw martwocie socrealizmu, że sięgnęli do awangardowych tradycji lat dwudziestych (logiczne; gdzież indziej mieli sięgnąć?) - i że wszystko to na niedługo przed realizacją potępiono i odrzucono jako "formalizm". Sprzedaję tę wiadomość jak kupiłem; jest nie potwierdzona. Natomiast wiem na pewno, że Festiwal zaczął się, przebiegł i skończył w tym samym drobnogalanteryjnym, śmieciarskim wystroju; jakby Pałac Kultury owinąć serpentynami, a Plac Defilad posypać confetti. Festiwalowa plastyka nie zaistniała. Dopiero potem, po jakimś czasie "przyszło mi do głowy: przecież reżym nie mógł oddać wizji. Nawet na dwa tygodnie. Ludzie nie mogli zostać wypuszczeni z uchwytu. Dlatego, nie dziwcie się, jeśli będę się upierał, że kolory moskiewskiej ulicy rozkładały się nieprzypadkowo - na prywatne i państwowe.

Ja tymczasem po tej ulicy biegałem. Czułem się przybyszem z innego, lepszego świata i byłem wystarczająco niemądry, żeby tę inność podkreślać strojem. Nic nadzwyczajnego: płócienne, niebieskie spodnie, dziurkowana koszula i lekki sweter z zeszłorocznej, rzymskiej tandety. Wyróżniało mnie to jednak natychmiast; czułem się w ruchomej, oddzielnej mini-przestrzeni, będącej wypadkową ustawicznych, uważnych zerknięć: co za jeden? Obcy przybysz nie był wtedy zjawiskiem częstym. Dopiero po latach poznałem korzyści mimikry, wtopienia się w tłum, bycia jednym z nich, naśladowania intonacji monosylabowych odzywek, uchodzenia z racji twardawego akcentu za, powiedzmy, Bałta. Wtedy byłem na zewnątrz. Ani na moment nie doznałem jednak wrażenia wrogości. Tłum był szorstki, zajęty sobą, ale wewnętrznie c i e p ł y. W takich odczuciach nie ma pomyłek. Mogło przecież być inaczej; tresowano ich boleśnie w nieufności do obcokrajowców. Tymczasem wystarczyło z reguły zagadać, zapytać o drogę, żeby napięte twarze łagodniały; zaczynano mi długo objaśniać, jak i którędy. Argumentem zjednującym był chyba język; dziwaczny facet starał się jednak używać - koślawej wprawdzie - ruszczyzny. Za ten wysiłek odpłacano życzliwością. Czasami cudzoziemski wystrój właśnie pomagał; łatwiej było forsować sekretariaty i miękko obite odrzwia gabinetów. W czasie samego Festiwalu przyzwyczaiłem się udawać Anglosasa, co torowało drogę na wszystkie zamknięte imprezy lepiej niż legitymacja prasowa.

Bo też Festiwal jakąś pożyteczną pracę wykonał. Wyobrażam sobie deliberacje sowieckich władców; propagandowo był on i potrzebny, i niesłychanie kłopotliwy. Społeczeństwo, śpiewające pieśni o kraju, w którym człowiek oddycha najswobodniej, żyło w więzieniu i totalna izolacja od świata zewnętrznego była główną gwarancją spokojnego rządzenia. Ograniczona destalinizacja tu akurat nic prawie nie zmieniła (aż do chwili, w której to piszę), choć oczywiście przy Stalinie Festiwal byłby nie do pomyślenia. Teraz jednak miało się zjawić kilkanaście tysięcy obcych. Nie było doświadczenia, nie umiano jeszcze, jak później, zwyczajnie zamknąć Moskwy, wysiedlając z niej przedtem element niepożądany. I tak zrobiono jednak sporo. Delegatów zakwaterowano możliwie daleko od centrum. Wożono ich na imprezy w autobusach, a po ich zakończeniu starano się zebrać wszystkich i odwieźć z powrotem. Magnesami były posiłki, ponieważ karmiono z wielkopańską rozrzutnością dóbr, ile kto chciał i mógł; znam wypadki ciężkiej niestrawności delegatów, którzy wziąwszy czarny kawior za rodzaj kaszy jedli go stołowymi łyżkami. Notabene: proste kupowanie życzliwości cudzoziemców przy pomocy wielkiego żarcia jest w tym chronicznie niedożywionym kraju chwytem częstym i skutecznym. Kwater strzegli nieprzejednani cerberzy. Tak samo działo się na imprezach, gdzie, jak się zorientowałem, starannie dobierano tubylcze widownie; przeciętny Rosjanin nie miał co marzyć o wejściu i z uczuciem bezsilnego współczucia torowałem sobie często drogę przez tłum oczekujący szczęśliwego trafu lub chcący bodaj zerknąć na niedostępnych obcoplemieńców.

Tak się starano. Ale życie jest życiem i, zwłaszcza na początku, przegrody mocno zatrzeszczały. Potworzyło się wiele dziur. Delegaci się rozpełzli. Cerberzy nie nadążali. Wybrańcy odsztywniali się ideologicznie, bo ciekawość brała górę. Na ulicach otaczano gości i rozpoczynano spontaniczne dyskusje. Moskwa ma zresztą swoje sposoby. Ludzie po prostu wychodzą na spacer, zobaczyć, co słychać; jest to znane rosyjskie gulanije, niby tylko przechadzka, ale będąca tradycyjnie formą życia towarzyskiego, zamiast lokalu, do którego bardzo trudno się dostać. A kiedy wychodzi na spacer pół miasta, w centrum robi się ścisk. Pamiętam jeden z pierwszych festiwalowych wieczorów, może właśnie w dzień otwarcia. Rozległą ulicą Gorkiego, dawną poszerzoną Twersko-Jamską, na całej szerokości, jezdnią i chodnikami płynął w dół ku Placowi Czerwonemu tłum. Chyba rzadko przychodziło im tak wyjść na jezdnię. Manifestacje pierwszomajowe były zorganizowane, obstawione, dyrygowane, a przed trybunami manifestantom kazano, przy Stalinie, p r z e b i e g a ć (może ze względów bezpieczeństwa?). Po śmierci dyktatora tłum ruszył oglądać zwłoki, stworzył się - czy raczej stworzono, sprawa jest tajemnicza i niewyjaśniona - straszliwy ścisk, były wybuchy paniki, stratowano, jak wieść niesie, kilkaset osób. Ale teraz było inaczej. Ludzie szli swobodnie, odprężeni, żartujący; ich twarze na czas tego gulanija straciły napięcie ozdrowieńców czy szczęśliwie ocalonych. Byłem tam, szedłem, chłonąłem atmosferę, cieszyłem się. Niepoprawny optymista, myślałem, że tak pójdzie dalej, że Festiwal zrobi głęboki wyłom w murze, że to będzie nieodwracalne... Plac Czerwony był wypełniony ludźmi, skupionymi w gromadki; centrum każdej stanowił cudzoziemiec, jeden lub kilku. Polacy cieszyli się szczególnym powodzeniem; niby swoi, a jednak inni, ostro w zeszłym roku atakowani, a przecież robiący swoje własne. Jak i co właściwie robiący? Słuchano chciwie, komentowano powściągliwie, ale w oczach czytaliśmy zwykle uznanie, często - szczerą zawiść. Słowo "Gomułka" odmieniane było przez wiele przypadków. Nas ponosiła (przedwczesna, oj, jak bardzo przedwczesna!) duma i pewność, że torujemy tym uciskanym braciom drogę. Otaczała nas przeważnie młodzież, nasi rówieśnicy. Do tej pory widzę wyraz ich twarzy. Jeden powiedział melancholijnie: "Ta-ak, polityka to sprawa mężczyzn. A ja gram w piłkę nożną..." - odwrócił się na pięcie i odszedł. Paru innych, gruntownie mnie wypytawszy, chciało się czymś odwdzięczyć, a może dowieść, że nie są łykiem szyci i też znają cudzoziemszczyznę - bo zanucili nieskładnym chórkiem:

Zadumcziwyj gołos Montana

Zwuczit na korotkoj wołnie

I wietki kasztanow, pariżskich kasztanow...

*[Melancholijny głos Montanda rozbrzmiewa na krótkich falach i gałązki kasztanów, paryskich kasztanów...]

Yves Montand, wtedy jeszcze oficjalny przyjaciel ZSRR, częsty gość, dopuszczony do importu fragment "Zachodu", niósł tu ze sobą tak przejmującą falę tęsknoty za nieznanym, że wzruszenie pokonało we mnie pewną niezręczność. Tak my moglibyśmy śpiewać o krajobrazach Marsa... Da nu riebiata, bros'tie! Eto wied' poszłoje! *[Dajcie spokój, chłopcy, przecież to tandeta.] - wmieszał się jednak ktoś z boku, czując (i słusznie), że pospolity w końcu szlagier za wielu wzruszeń nie udźwignie. Potem rozmawialiśmy dalej, mijał kawał nocy, przy mauzoleum Lenina tkwiła zastygła warta, a nad głowami, niczym w Świniarce i pastuchu: "gwiazdy Kremla migotały we mgleee..."

Tego im jednak nie zaśpiewałem.

W tym czasie nie byłem już zdany tylko na przypadkowe spotkania. Miałem własny krąg. Od Z. dostałem parę adresów na wejście. Były to zazwyczaj miłe panie w wieku półśrednim, które na dźwięk imienia Z. uśmiechały się marzycielsko: Nu i kak on tam siejczas? Pieriedajtie jemu boolszoj priwiet... *[No i jak on tam teraz? Proszę mu przekazać serdeczne pozdrowienia.], lub zacne staruszki, niektóre na pół sparaliżowane, wciśnięte w klitki zbiorowych mieszkań, z bagażem przeżyć, których okrucieństwa mogłem się tylko domyślać. Żywość ich umysłów była odwrotnie proporcjonalna do niemocy ciał, i dzięki nim właśnie zasmakowałem w moskiewskich, wieczornych rozmowach, w porównaniu z którymi warszawskie zaczęły mi się wydawać pustawe. Bardziej oficjalnie wypadła wizyta u innej starszej pani, Heleny Usijewicz, córki proletariatczyka Feliksa Kona, desygnowanego w roku dwudziestym na bolszewickiego współrządcę Polski (Dzierżyński, Marchlewski, Kon). Pani Usijewicz była w młodości żarliwym krytycznym ortodoksem, walącym na prawo (zwłaszcza) i lewo; jej artykuł o Zabłockim miał ciężar gatunkowy politycznego donosu. Teraz, jak to bywa z tymi, co sami mocno wzięli w skórę i ledwo ocaleli, była siwa, łagodna i dystyngowana. Rozmowa nie bardzo się kleiła, bo zbyt obcy musiał być przybysz z Polski; w oczach gospodyni czytałem spokojną pewność, że nasze popaździernikowe podrygi to epizod, i piszę to bez urazy, bo z jej doświadczeniem myślałbym to samo. Lepiej od rozmowy zapamiętałem otoczenie, bo stanowił je słynny Dompr, jak zwano w skrócie Dom Rządowy, ogromną, postkonstruktywistyczną bryłę mysiego koloru, stojącą naprzeciw Kremla, po drugiej stronie rzeki. Zbudowano go dla odpowiedzialnych działaczy reżymu. Za czasów jeżowszczyzny czarne kruki (rosyjska nazwa suk) podjeżdżały tu co noc i całe piętra, a potem klatki schodowe sygnalizowały zniknięcie mieszkańców ciemnymi oknami. To jest właśnie "dom nad rzeką Moskwą" i chociaż znakomita opowieść Trifonowa, która utrwaliła Dompr na zawsze, ukaże się dopiero w dwadzieścia lat później, wtedy czułem przynajmniej chłód i grozę, niby powiew z ciemnicy; był to przecież dom przedpogrzebowy.

Trafiłem także do E.; tułał się po jakichś kątach, rozwodził i schodził. Był zawsze szeroko uśmiechnięty, starannie skrywający własne myśli, jak to określają Rosjanie: siebie na umie, czyli wiedzący swoje. A wiedział dużo, w czasie wojny walczył w formacjach tak specjalnych, że o ich zadaniach nigdy nie dowiedziałem się odeń ani słowa. Wypytywał mnie o wszystko i uśmiechał się coraz szerzej, kiedy z zapałem dowodziłem, że przyszłość Związku to modernizacja i europeizacja. "Dlaczego latem nie nosicie szortów?" W oczach E. zapalały się wesołe iskierki, milczał; najwidoczniej liczył, że może coś zrozumiem.

W ogóle, uskrzydlony naszymi polskimi sukcesami, miałem Rosjanom do zaproponowania ich własną przeszłość: lata dwudzieste, eksperyment, awangardę, wielokierunkowość. Ba, nie znającemu jeszcze ani Nadieżdy Mandelsztam, ani Wszystko płynie Grossmana - zdawało mi się, że leninizm był czymś jakościowo różnym od stalinizmu. Słuchano moich dyletanckich rozważań sceptycznie. "Moim zdaniem Lew Tołstoj był lepszy od nich wszystkich" - skonstatowała jedna ze staruszek. Osłupiałem na dowód tak wielkiego zacofania. Nie rozumiałem wtedy, że rosyjska porewolucyjna awangarda ślepo zaufała swemu czasowi, wyrzekając się samodzielnego myślenia, i że prócz pojedynczych form nowe czasy niczego z niej nie wezmą. Na jakichś festiwalowych wystawach tłumaczyłem przypadkowym współwidzom prawomocność abstrakcjonizmu (obrazy były cudzoziemskie, abstrakcyjne i kiepskie). Przypadkowo trafiłem do pewnego młodego malarza; jąkał się, seplenił i trząsł ze strachu pokazując mi swoje niesłychanie nonkonformistyczne dzieło: półakt kobiecy, namalowany w absolutnie akademickiej manierze. Próbowałem mu dodać otuchy, ściągnąłem z siebie włoski sweter: noś, bracie! Żebym wiedział wtedy, jaki to król sowieckiego życia wyrośnie z zabiedzonego Ilji Głazunowa... Usprawiedliwia mnie w tym wszystkim po trosze fakt, że nowa, odwilżowa fala artystyczna jeszcze nie dała o sobie znać. Jewtuszenko dopiero cicho kwilił, Wozniesieńskiego jeszcze nie było, Okudżawa zaczynał wychodzić, ale w Kałudze, prozaicy wystartują w parę lat później.

Nie brakowało jednak pożytecznych znajomości. Może za którąś stało zadanie inwigilacyjne? Nie wiem, odrzucam tę myśl, by nie trafić podejrzeniem w ludzi niewinnych, a uczynnych i serdecznych. Trafiłem do willi Gorkiego, wówczas jeszcze zamieszkanej przez potomków i powinowatych; dzisiaj to muzeum. I tutaj, jak w Domprze, snuły się cienie dosyć mroczne, bo była to złota klatka, w której prawodawcę socrealizmu otaczał wielkomieszczański przepych (willa należała przed rewolucją do bogacza Morozowa) i gdzie zarazem trzymano go faktycznie w areszcie domowym. To tu, jak wieść niesie, lubił bez zapowiedzi wpadać Stalin, na którego widok Gorki gościnnie rozkładał ręce: Josif Wissarionowicz? Kak choroszo! A my kak raz sobieralis' obiedat'. Proszu k stołu *[Józef Wissarionowicz? Jak dobrze! A my właśnie mieliśmy zamiar jeść obiad. Proszę do stołu.]; w związku z czym jedzenie stało na kuchni non stop, na wszelki wypadek. Gorki to jednak sprawa zbyt skomplikowana - cała mroczna otchłań ludzka, aż się w głowie kręci - by ją załatwiać historyjkami. Więc tylko tyle, że chociaż gospodarze byli gościnni, a gromadzone przy stole festiwalowe towarzystwo beztroskie - chwilami czułem lekki dreszcz, bo wnętrze, układ ludzkiej grupy, a zwłaszcza pomarańczowe światło wiszącej lampy kojarzyły mi się z dwoma zdanymi obrazami "Gorki czyta Stalinowi bajkę Dziewczyna i śmierć" oraz "Spotkanie Stalina z radzieckimi pisarzami", które to obmalowane zdarzenia miały miejsce właśnie tam, i już nie wiedziałem, czy obecne życie nie naśladuje sztuki, która z kolei naśladowała tamto życie...

Tymczasem jednak życie na zewnątrz toczyło się dalej. Stalinowskie lody już tu i ówdzie trzasnęły, ale raz po raz czułem jeszcze tchnienie zastarzałego zamrozu. Ostatecznie minęły dopiero cztery lata. Pamiętam zbielałą twarz jakiegoś chłopaka, do którego domu - w mieszkaniu wielorodzinnym oczywiście - przyprowadzono mnie, z jakąś wesołą kompanią, bez uprzedzenia. Otworzył drzwi, gościnnie uśmiechnięty. Zrozumiał, że jestem cudzoziemcem. Zesztywniał. Wciągnął do środka przewodnika. Zza przymkniętych drzwi słyszałem świszczący krzyk-szept: Ty czto?! S uma soszoł? Inostranca!...*[Ty co? Oszalałeś? Cudzoziemca?] Incydent oczywiście załagodzono. Za parę lat będę już chodził co wieczór od mieszkania do mieszkania najnaturalniej w świecie, ale na razie pamięć o czasach, kiedy słowo powiedziane do obcokrajowca mogło przesądzić los, była zbyt świeża; nie darmo zbiorowa twarz ulicznego tłumu uderzyła mnie napięciem.

Ale Marysia miała rację: zachowywać się należało normalnie. Ze zrozumieniem specyfiki sytuacji. I, w miarę możności, nie dziwiąc się niczemu, co ludzkie. Pamiętam, że zaskoczył mnie, na samym początku, nie znany element obyczajowy: raz i drugi zadzwoniły do mnie do hotelu nieznane dziewczyny, proponując zawarcie znajomości. Nie prostytutki bynajmniej; normalne, rosyjskie dziewczyny, dla których cudzoziemiec, gdzie indziej napędzający tak wielkiego strachu, był czymś zbyt niezwykłym i ciekawym, aby nie warto było owego strachu pokonać. Potem jeszcze dotarło do mnie i to, że konsekwencją wykoszenia mężczyzn oraz zrównania wszystkich Rosjan w strachu, biedzie i ciężkiej pracy była trudna, wcale nie radosna kobieca emancypacja; że zatem Rosjance przystoi wykazywać inicjatywę i nie trzeba się tym gorszyć. Znacznie już później zorientowałem się, że ponura, stalinowska pruderia, w efekcie której zapanowała żenująca ignorancja w sprawach seksu - musiała się, w porze trzaskania lodów, odwrócić rozchwianiem norm, zwiększoną obyczajową swobodą. "Niech pan zrozumie - mówił mi ktoś ze średniej generacji w kilka czy może kilkanaście lat potem - ci młodzi dzisiaj są zupełnie inni niż my kiedyś. Między innymi dlatego, że zaczynaliśmy życie seksualne bardzo późno. Nic dziwnego. Nie było mieszkań. Same kommunalnyje kwartiry. Sąsiedzi wiedzieli o sąsiadach wszystko. A ci już mają normalne mieszkania". Zbyt to wszystko rozległe, zbyt głęboko zakorzenione, za bardzo odłożone w świadomości kilku pokoleń nerwicami, kompleksami, nieświadomie czynionymi krzywdami; więc ledwie dotykam, idąc śladami dawnych wspomnień. Jedno tylko: nawet w czasach głupich, zetempowskich zauroczeń lekturowych natrząsaliśmy się kiedyś, między sobą, z "radzieckiej miłości", z tych wszystkich wyznań bez pocałunku bodaj, z trzymania się za ręce i patrzenia sobie w oczy, z długich spacerów na dystans i całej atmosfery przaśnej i sterylnej czystości. Nawet wtedy wietrzyliśmy w tym bujdę. A okazało się, że to, jak mówią Rosjanie, nie ot choroszej żyzni, z musu, i że obraz nie był całkiem skłamany, bo skoro nie było dokąd pójść, pozostawały spacery... Wszystko to ma długie trwanie i literatura sąsiedzka do tej pory się jąka i spuszcza oczy, z trudem dobywając normalnego, ludzkiego głosu; natomiast niektórzy z emigrantów naturalną koleją rzeczy hasają po dawnym tabu jak młode źrebaki.

Wtedy zaś Festiwal trwał, ale już nie taki jak na początku. Początek zwiastował ruszenie lodów i musiało to chyba władzę zaskoczyć; pierwsze kilka dni wymknęło się jej jakby z rąk. Spontaniczność brała górę, ludzie żywiołowo pragnęli odprężenia. Potem widocznie ocknięto się, może ktoś na górze tupnął nogą, dość że zechciano odzyskać kontrolę nad sytuacją. Patrole konnej policji (była taka, jeszcze w latach pięćdziesiątych) napierały, powoli ale pewnie, na spontaniczne grupki, zachęcając do rozejścia. Liczbę cerberów zwiększono. Ci, co zechcieli mieć zbyt wiele i zbyt widocznie do czynienia z cudzoziemcami poza oficjalnymi obowiązkami, zaczęli mieć nieprzyjemności; wzywano ich na rozmowy. Ten i ów z nas dowiadywał się, że jego znajomego czy znajomą zwolniono z pracy. Niektóre imprezy, choć zapowiedziane, nie mogły jakoś dojść do skutku. Pamiętam, jak z uporem ścigałem koncert Izraelczyków; był przekładany, przesunięty cło bardzo peryferyjnego domu kultury, aż bodaj nie odbył się wcale, lub odbył się, ale nikt o nim nie wiedział. Niby z tym wszystkim nie działo się nic takiego, a przecież jakieś cząsteczki przesuwały się, zbijały i atmosfera stała się całkiem inna. Powiało chłodem. Lub może powiem inaczej: odczułem to, co potem powracało tam do mnie wielokrotnie. Za duże ciśnienie. Brakło tchu. Trzeba było mieć specjalnie przystosowany organizm. To tak, jakby się było małą rybką pływającą na płytkiej wodzie - i trafiło w ciemną głębię, gdzie rozsadzało skrzela, a niżej majaczyła bezdenna otchłań z zarysami potworów. Nie do życia, trudno. Z powrotem, na górę, do światła! Ogarnęła mnie przemożna chęć powrotu. Czyżbym był pieszczochem? Czasy były przecież, według określenia Anny Achmatowej, zupełnie wegetariańskie; ludzi nie zjadano. Ale wielu z takich jak ja przybyszów doznawało podobnych wrażeń.

Już nie doczekałem końca Festiwalu. Odbyło się jeszcze przyjęcie dla korespondentów, znane z tego, że kompletnie pijany gospodarz, Adżubej, miał na nim podobno (na mnie nie trafiło) łapać gości za guzik i zadawać im jednakowe pytanie:

- Skaży: kto ja? Ziat', ili żumalist? *[Powiedz, kim jestem! Zięciem czy dziennikarzem?]

Prawidłowa odpowiedź winna była, jak sądzę, brzmieć dialektycznie: i to, i to. Dziennikarzem był chyba niezłym i zrobił z "Izwiestij" znacznie żywszą gazetę, ale znów bez zięciostwa nie miałby swobody ruchu, a po usunięciu teścia, wedle sowieckich reguł odpowiedzialności rodzinnej, również zniknął z horyzontu.

Jeszcze pożegnałem się z R. Nowoczesności już mu nie zachwalałem. On sam, przyjrzawszy się mojej skwaszonej minie, spytał: "No, a jak z szortami?" Żachnąłem się: "Bzdura! Tu nie o szorty chodzi!" Uśmiech E. stał się melancholijny. Zostaliśmy przyjaciółmi na wiele nadchodzących lat.

Przed odlotem dowiedziałem się, że pewną dziewczynę bodaj również usunięto z pracy, i to przeze mnie. Pewności nie było, ale był jednak moralny kac. I tamto uczucie braku oddechu. Lądowałem na Okęciu niby w ziemi obiecanej; jak mogłem nie wiedzieć, że mieszkam w cudownym kraju, oazie wszelkich swobód!

Na lotnisku oczekiwał mnie Piotr, z którym byłem wówczas najbliżej. Na ogół nie świadczyliśmy sobie podobnych uprzejmości, ale odgadłem natychmiast sens jego obecności. Przeszedł tę samą uniwersytecką tresurę, bok o bok, huśtały nim te same rozczarowania i nadzieje, a teraz przygnała niecierpliwość. Chciał natychmiast, od swojego człowieka, z pierwszej ręki dowiedzieć się, czy tam można na coś liczyć.

Nasz dialog w taksówce pamiętam dokładnie.

- No i co?

- Stary, widziałem faszyzm.

- O, cholera!

W tym okrzyku zabrzmiała beznadziejność. Jak dotąd, niestety, sprawdzona. Swoją odpowiedź oceniłbym dzisiaj również jako w zasadzie prawidłową. Chociaż terminologicznie nieścisłą. Faszyzm to zjawisko historycznie zamknięte, groźne i okrutne, bez kwestii, ale mające w swej włoskiej realizacji element groteski, bufonady, zgrywy; przy tym wszczepione płytko, nie naturalizowane do końca.

To, co widziałem, było wszystkim, tylko nie zgrywą. Ale czym właściwie było?

Jechaliśmy w milczeniu. Potem miałem sześć lat przerwy.

 

LEKCJA SOWIECKIEGO

Żeby jednak nie wyjść na pieszczocha, któremu wystarczyło powąchać względnie normalnej, odświętnej przecież Rosji, by dostać niestrawności - opiszę oddzielnie główne festiwalowe doświadczenia. Wbiły mi się w pamięć głęboko, z wieloma szczegółami. Była to już lekcja nie - rosyjskiego. Sowieckiego.

Zaplątanego wśród festiwalowych imprez, spotkań, szkicowanych w locie sprawozdań, telefonów do redakcji - wywołano mnie któregoś dnia, bym dołączył do grupy naszych delegatów. Grupa szła na spotkanie do Związku Pisarzy Radzieckich. Skrzyknięto do niej tych, którzy mniej czy więcej robili w literaturze albo koło niej. Był Jerzy Broszkiewicz, Tadeusz Drewnowski, Andrzej Mandalian, Krzysztof Teodor Toeplitz, a także moi koledzy z STS-u Andrzej Jarecki i Witold Dąbrowski; innych już nie pamiętam.

Podobnych spotkań było multum, miały swój rytuał, jedno więcej nie robiło nam różnicy; szliśmy odprężeni. Przyjęto nas w Centralnym Domu Literatów (potocznie nazwanym pieszczotliwie "żmijowiskiem"), zaprowadzono do sali konferencyjnej. Z trzech stron podłużnego stołu zasiadła doborowa stawka gospodarzy z pierwszym sekretarzem Związku Aleksym Surkowem. Z czwartej - luźno i swobodnie - my, goście, w przeczuciu lekkiej konwersacji, mile połechtani tak poważnym potraktowaniem.

No i zacząło się. Od razu, bez uprzedzenia, jak cios w słabiznę. Wytrawny i wytrenowany w stalinowskiej szkole demagogii Surkow zagrzmiał oskarżycielsko. Usłyszeliśmy rejestr błędów ideologicznych polskiej literatury z czasów odwilży. Jeden cięższy od drugiego. Dźgano nas Kottem, Ważykiem, Kołakowskim, Hłaską, obecnym, ale jeszcze przez mówcę nie zidentyfikowanym Toeplitzem, Poematem dla dorosłych, "Po prostu", "Nową Kulturą", Dejmkową Łaźnią Majakowskiego, gdzie świętokradczo i szkodliwie ośmieliliśmy się zmienić tekst oryginału. Piętnowano za rewizjonizm, oportunizm, antysowietyzm, antykomunizm i znowu rewizjonizm we wszystkich wariantach, bo słowo to zrobiło wtedy w Związku wyjątkową, inwektywną karierę.

Najpierw zachciało mi się śmiać. Sytuacja była groteskowa. Przypadkowe zbiorowisko młodych Polaków ostrzelano, per procura, z najcięższych politycznych dział niczym Putramenta z Kruczkowskim, czy nawet Gomułkę z Kliszką. Stanęliśmy za nich na ideologicznym, kremlowskim dywaniku. Komuś ta demonstracja musiała być potrzebna. Może kierownictwu Związku Pisarzy po prostu? Właśnie odwilż tamtejszą przymroziło; odbywało się demaskowanie i karcenie odchyleńców. Ci, co się przed rokiem wahnęli, nadrabiali teraz błąd podwójną gorliwością. Nie wszyscy, rzecz jasna. Ale Surkow bodaj do nich należał. Bynajmniej nie był najgorszy z literackich aparatczyków; nie brał udziału w nagonkach antysemickich, angażował się wcześniej w działania rehabilitacyjne. Zwróćcie uwagę, że tak surowy sędzia ludzi, jak Nadieżda Mandelsztam, wspomina Surkowa nader ciepło; stwierdza, że chciał dobrze. Za to go pewnie zbesztano i teraz odkuwał się na niewinnych (jeśli nie całkiem, to prawie) polskich chłoptasiach.

Było więc śmiesznie, ale nie bardzo. Miałem Surkowa dokładnie naprzeciw. Jego szeroka, plebejska, chciałoby się rzec: swojska twarz, z zaczesanymi ku górze bujnymi, szpakowatymi włosami - byłaby właściwie ujmująca, gdyby nie pewien szczegół, który zauważyłem wcześniej. Pierwszy sekretarz miał oczy przezroczyste i zimne, a częsty na jego twarzy, bardzo rozległy uśmiech nie zawierał ani źdźbła serdeczności, był jak grymas. Widziałem twarz drapieżnika, i to rozwścieczonego, ze zbielałymi tęczówkami. Zwany nieoficjalnie "hieną w syropie", co świetnie chwytało efekt podrabianej słodyczy - był teraz raczej parskającym, dzikim kotem.

Zaraz, nie dając nam ochłonąć, zawtórowali mu inni, zgodnym chórem inwektyw. Ale że on był demagogiem natchnionym, inni wypadli bladziej. Zapamiętałem jednak dokładnie występ Walerego Druzina, leningradczyka, redaktora różnych ważnych czasopism. Na krótko przedtem był w Polsce, gdzie zrobił swym obyczajem i liberalizmem najlepsze wrażenie. "Europejczyk!" - ocenił go zwięźle Z. Teraz Druzin jakby zwolnił rytm imprezy. Wstał, założył okulary, wyjął notes i niespiesznie go kartkując oświadczył, że, niestety, musi się zgodzić ze słowami przedmówcy: zaraza rewizjonizmu bardzo się u Polaków rozpleniła. "No właśnie! - tu z satysfakcją znalazł właściwą kartkę. - Na przykład! Kiedy byłem w Polsce, dwunastego kwietnia krytyk Stawar powiedział mi, że Gorki to słaby pisarz". Pauza, szelest kartek, namysł. "A znowu trzynastego... nie, czternastego kwietnia krytyk Fedecki źle się, proszę towarzyszy, wyraził o socjalistycznym realizmie..." Naiwny, zerknąłem w tym momencie na Surkowa, czekając, że powie coś w rodzaju: no, nie, Walery Pawłowiczu, dajcie spokój, co to ma do rzeczy. Dostrzegłem kiwanie głową z poważną aprobatą. Reszta też kiwała zgodnie, bez emocji; wszystko szło jak należy. O donosach wiedziałem już sporo, ale publiczny raport donosiciela traktowany jako normalna, zebraniowa procedura słyszałem po raz pierwszy. Ciarki mnie przeszły. Spojrzałem po sąsiadach-Polakach: czuli to samo. Śmiać się odechciało. Demonstrowano nam, gratis, mechanizm klasycznej, sowieckiej zbiorowej nagonki. Jeszcze się łudziłem, że to będzie dyskusja i któryś z nich powie: no, owszem, ale z drugiej strony... Albo: moim zdaniem ci Polacy nie są tacy źli... Resztki naiwności spadały ze mnie błyskawicznie; głosy były zestrojone, jeden podniecał drugiego, przekazywano sobie pałeczkę w klimacie świętego oburzenia, którego wysokie tony bywały podszyte histerią. Potem się dowiedziałem, że ta lekcja odbywała się według reguł szkoły leninowskiej: zbijać nie argumenty przeciwnika, a jego samego - z nóg, wszelkimi chwytami.

I tu nastąpił efekt przez naganiaczy nie oczekiwany. Zagrała w nas sarmacka krew i duma "odnowicieli" socjalizmu. Były i dodatkowe czynniki: w naszej grupce nie znalazł się przypadkiem żaden drań; nadto - młodzi i lekkomyślni - nie mieliśmy do stracenia karier, reputacji i posad. Nie zmawiając się, zgodnie, ruszyliśmy do kontrataku. Broniliśmy naszej odnowy, suwerenności, rewizjonizmu, Kotta, Dejmka i Gomułki; jak dyskusja to dyskusja! Mało tego: natychmiast przenieśliśmy - znowu bez porozumienia - ogień na teren przeciwnika. Waliliśmy weń jego własną bronią: uchwałami XX Zjazdu, referatem Chruszczowa i całym diapazonem stwierdzeń i odkryć roku 1956, których nikt przecież oficjalnie nie odwołał. Zabieraliśmy głos po kolei, lepiej czy gorzej; nie w tym rzecz. A w tym, że - jak się natychmiast dało odczuć - nasza bezczelność wybiła gospodarzy z uderzenia. Tego nie było w scenariuszu. Genius loci tej sali był zgoła inny. Tu od dwudziestu przynajmniej lat szczuto, duszono i pastwiono się nad kolejnymi ofiarami w poczuciu zupełnego komfortu: kupą, wszyscy na jednego, kopiąc leżących i sycąc uszy przedśmiertnymi rzężeniami samokrytyk. Tu się dokonywały zgodnie plany zebrań szerszych, gdzie zgromadzeni na wniosek potępiali, piętnowali i wykluczali, za czym ofiarom pozostawało tylko czekanie na nocny dzwonek do drzwi.

Pewnie, czasy się zmieniły, ale duch tych ścian pozostał właśnie taki; ręczę wam, czułem to wyraźnie. Tymczasem Tadeusz Drewnowski powiedział, że za Stalina naród radziecki "przeszedł przez piekło", co tak przeraziło naszą tłumaczkę, uczynną i serdeczną Zinę Szatałową, że w trosce o nasze skóry zaczęła łagodzić tekst i trzeba było przywoływać ją do porządku. KTT z dezynwolturą cudownego dziecka mówił coś o żdanowszczyźnie i niszczeniu kultury, za czym oszołomił i nas dość ryzykownym stwierdzeniem, że Hłasko to Majakowski naszych czasów. Surkow najpierw zbaraniał, a następnie uśmiechnął się z widoczną ulgą. Sens tej mimicznej ewolucji wyjaśnił mi natychmiast najbardziej z nas doświadczony Mandalian: "Popatrz, myśleli, że ten ich wróg numer jeden to stary, brodaty, obkuty trockista, a zobaczyli chłoptasia..." Sam plotłem coś, ryzykowną ruszczyzną, jak Piekarski na mękach, tyle że zadziornie; udało mi się mimochodem skontrować Surkowowski zarzut o niedozwolonym zmienianiu tekstu Łaźni zapamiętanym cytatem z Majakowskiego, który żądał od przyszłych inscenizatorów aktualizowania sztuki. Z przyjemnością zauważyłem, że oczy mojego vis-a-vis zbielały zupełnie wobec takiej bezczelności; przecież tylko pomazańcy władzy mieli tam prawo rozstrzygania, które cytaty są słuszne...

Słowem: pierwszy szok minął, zrobiło się wesoło i poszła pyskówka ząb za ząb. Gospodarzom nie udał się bodaj i zamierzony efekt wychowawczy na użytek wewnętrzny. Jak sobie dzisiaj przypominam, za pierwszym rzędem literackich bonzów siedziało trochę normalnej braci pisarskiej. Musiano ich starannie wyselekcjonować (byli i niepokorni, wśród nich na przykład zacny Aleksander Jaszyn, rzecznik prawdziwie traktowanej tematyki wiejskiej, właśnie mocno bity za mądre opowiadanie Dźwignie) z myślą o swego rodzaju szkoleniu ideologicznym: niech popatrzą na pogrom rewizjonistów, to sami będą się mocniej trzymać oficjalnej linii. Słabo to w efekcie wyszło; pisarze siedzieli naburmuszeni i nieswoi, łypiąc czasem ku nam okiem dalekim od wrogości.

W pewnym momencie zdarzył się incydent, który rozładował trochę sytuację. Głos zabrał właśnie człowiek z drugiego rzędu, i to nie byle kto: Aleksander Bek, dobrze w Polsce znany autor Szosy Wołokołamskiej. Znakomity batalista miał zgoła nieheroiczną posturę: rozczochrany, nos jak kartofel, załzawione oczy krótkowidza za grubymi szkłami, ruchy dystraka, w głosie dziecięca naiwność. Zarzucił polskim pisarzom, że niesłusznie przedstawiają Lenina (widocznie któryś z nas powoływał się na ówczesny obiegowy frazes o partii, która "przywraca leninowskie normy") jako - cytuję dosłownie - "takiego inteligenckiego dobroduszniaka". "A przecież... - tu Aleksander Alfredowicz podwyższył głos i wyrzucił rękę ukośnym, leninowskim gestem. - A przecież Włodzimierz Iljicz był natchnionym poetą walki klasowej!" Policzki mu sczerwieniały, oczy błyszczały zapałem, ale już wtedy, z miejsca, przeszyła mnie pewność, że na dnie czai się chochlik. Bonzowie z pierwszego rzędu aprobująco zakiwali głowami; on zaś, w masce ludowego Wani Głuptaska, przesłał nam ważny komunikat, którego sens doceniłem w pełni dopiero po latach, przeczytawszy Wszystko płynie Grossmana i wspomnienie Nadieżdy Mandelsztam: że Lenin stworzył Stalina, jeden był wart drugiego i "przywracanie norm" to bujda. Mądry, przebiegły Aleksander Alfredowicz! Grał nawiedzonego, to pomagało przeżyć, a rozumiał wszystko; opowiedziano mi później, że bliskiej osobie miał zwyczaj mówić: "Zrozum: żyjesz w faszyzmie. Zrozum to. Patrz dokoła. Ucz się". Sam spokojnie i precyzyjnie obnażył mechanizm systemu w Nominacji, którą przed laty nie dopuszczono do druku i która ukazuje się oficjalnie dopiero w momencie, gdy to piszę. On zaś zdążył jeszcze, na łożu śmierci, zobaczyć egzemplarz wydania emigranckiego, notabene przyniesiony gestem autentycznego miłosierdzia przez eks-generała służby bezpieczeństwa... A tak; pokrętne są w Rosji losy i książek, i ludzi. Ale o tym potem, wróćmy na spotkanie.

Surkow ciągle jeszcze narzucał ton; natomiast komparsi stracili impet. Im bardziej się odszczekiwaliśmy, tym był zajadlejszy. Raz cisnął się szczególnie mocno po Toeplitzowej "żdanowszczyźnie". "Nie było żadnej żdanowszczyzny! To wroga insynuacja. Hitler też używał tego słowa!" Zestawienie było milutkie; nie mówiąc o tym, że piramidalnie bzdurne: o ile wiem, Hitlerowi do głowy nie przyszło zajmować się Żdanowem. Za drugim razem, konstatując naszą nieuleczalność, wypowiedział zdanie tak złowrogie, że natychmiast postanowiłem zapamiętać je in extenso. Brzmiało w dosłownym przekładzie tak:

- DOPIERO TERAZ WIDZĘ, ŻE W ZESZŁYM ROKU POWINNIŚMY BYLI PÓJŚĆ Z WAMI NA WIELKĄ AWANTURĘ. MOŻE ZA TO DZISIAJ BYŁOBY NAM ŁATWIEJ SIĘ DOGADAĆ!

Oceńcie sami ten żal, że nie zastosowano u nas wariantu węgierskiego. Nie było już o czym rozmawiać. Pozostawało mordobicie albo wyjście z sali. Popatrzyliśmy po sobie, poruszyliśmy się na krzesłach. Surkow chyba się połapał; cokolwiek powiedzieć, był naganiaczem bardzo doświadczonym. Raptem impet osłabł, okazało się, że jest już późno, oni i my mamy jeszcze różne obowiązki, ale spotkanie było pożyteczne... Czołówka bonzów natychmiast się ulotniła, po kątach prowadzono jeszcze partykularne rozmowy. Otoczyliśmy gromadkę Beka, mówiąc mu z przekonaniem, jak bardzo cenimy Szosę. Rozpromienił się, już całkiem normalny; bo też skoro zwierzchność poszła, gra była zbyteczna. Poeta Sergiusz Wasiliewicz Smirnow, typ wyjątkowo obmierzły, któremu nie sposób nawet było współczuć z powodu fizycznej ułomności (był garbusem, dyspozycyjnym grafomanem i zoologicznym antysemitą; siła na jednego) monologował jeszcze, rozwijając myśl Surkowa o pożytku interwencji w roku 1956; omijano go z daleka. Jaszyn przeżuwał swoje myśli, mocno zaciskając szczęki i popatrując ku nam jakby w niemym o coś ważnego pytaniu. Pobojowisko rozrzuconych krzeseł dymiło niedawnymi emocjami, a za oknem był już beztroski, festiwalowy dzień. Zerkaliśmy, Polacy, ku sobie nawzajem z porozumiewawczymi uśmiechami: jak na taki zmasowany i niespodziewany naskok, wyszło nieźle, jeszcześmy nie zginęli...

Ale lekcja był dobra. Jestem wdzięczny losowi. Potem bywałem w CDL dziesiątki razy: w restauracji, w biurach, w redakcji "Junosti", na pokazach filmowych. Były to jednak przedsionki, kuluary i zaplecza. W samo centrum trafiłem tylko raz, wtedy; oglądając - choć na jałowym biegu - związkową machinę do łamania ludzi. Mam ciągle w uszach jej szczęk: Tolko tiepier' ja wiżu, czto w proszłom godu nado nam było s wami pojti na bolszuju draku...

* * *

Lekcja miała coś w rodzaju dwu epilogów. Też pouczających.

Pierwszy nastąpił bardzo szybko. Naszą grupę zaproszono na nowe spotkanie. Tym razem miało być już czysto towarzyskie. Skrzyknięto również młódź literacką z innych delegacji. Pisarze moskiewscy zapragnęli nas podjąć na statku.

Przyjechaliśmy na przystań rzeczną w Chimkach, wymodelowaną na wzór pagody z absurdalnym szpicem. Ten płód dojrzałego stalinizmu gra ważną rolę w finale komedii Aleksandrowa Wołga, Wołga. Poprowadzono nas na nabrzeże, ku okazałemu, spacerowemu motorowcowi "Josif Stalin". Tu i ówdzie rozległy się śmieszki. Organizatorzy zakrzątnęli się nerwowo, ktoś gdzieś pobiegł, kazano nam się zatrzymać - i po chwili skręciliśmy ku innej jednostce. Był to znacznie stosowniejszy w takiej sytuacji "Maksym Gorki". Refleks organizacyjny wypadł - przyznajcie - nieźle. Zaraz potem "Gorki" ruszył trasą spacerową; przez zalew i dalej, kanałem Moskwa- Wołga. Z obu stron popłynęły podmoskiewskie, stonowane w barwach pejzaże. Patrzyliśmy na nie z górnego pokładu, ale niedługo; wkrótce zaproszono nas do salonu.

W salonie przygotowano część artystyczną: śpiewaka, akompaniatora, wódkę i sutą zakąskę. Gości - różnych i różnokolorowych - było sporo, gospodarzy, jak w takich razach, znacznie więcej. Niestety, w tamtym okresie nie potrafiłem ich zidentyfikować, ale szedłbym o zakład, że przeważali działacze, literackie lizusy i pieczeniarze, ceniący sobie każdą okazję do bezpłatnej popijawy na cześć młodzieży świata, pokoju, przyjaźni i czegokolwiek innego. Z prawdziwych pisarzy zapamiętałem niedużego, wielkonosego, z siwą grzywką, teczką i eleganckimi, petersburskiej przecież proweniencji manierami Kornieja Czukowskiego. Ulubieniec dzieci i dorosłych z kroplą dziecięctwa w sercu, trzymał się demonstracyjnie z boku, dając do zrozumienia, że miło mu widzieć gości, ale gospodarze nie są z jego sfery. Ci ostatni natomiast nie dali na siebie czekać. Ledwośmy siedli w kącie polską grupką, kiedy znalazł się przy nas Surkow z komparsami. Wszyscy promienieli życzliwością. W powietrzu zaczęły bezładnie brzęczeć słowa typu: "w gruncie rzeczy nasza przyjaźń...", "jesteśmy razem...", "poprztykaliśmy się, jak to w rodzinie..." Nic, tylko jakaś wysoka instancja poleciła im zmienić front. My zachowywaliśmy rezerwę. Kiedy umizgi stawały się coraz gorętsze, ktoś, bodaj Broszkiewicz, nasz miły i taktowny Broszek, pełniący rolę lidera grupy, spytał: "A to porównanie polskich pisarzy z Hitlerem?" Ujrzałem sprawne wykonanie zadania aktorskiego typu "skruszony grzesznik"; dla demagoga tej klasy, co Surkow, nie było to trudne. Pauza. Pochylenie czoła, ręce splecione na stole, wzrok posłany ku nam ukosem, z dołu ku górze, frasobliwie. Głos obniżony, słowa z trudem przechodzące przez gardło: "Przyjaciele, nie pamiętam, żebym to powiedział. Ale jeśli to nawet powiedziałem, to odwołuję". Przyjęliśmy to do wiadomości i napięcie zelżało. Przybysze parli tym silniej do pełnej komitywy i prócz słów zabrzęczały butelki. Widać było, że wysoko cenią ten prosty sposób łagodzenia konfliktów i budowania porozumień; wznosili prędkie toasty, domagając się picia rytmicznego i dodennego. Nasza powściągliwość ich podniecała. "Taki pan ma temperament dyskusyjny - przymówił mi Surkow - a tak mało pan pije?" "U nas się temperamentu wódką nie mierzy" - odgryzłem się dosyć niezdarnie. Zresztą w takich razach, gdy z czubów już się trochę dymi, słowa szły obok, nie zawsze kontaktując i tworząc specyficzną polifonię rejwachu. Jeszcze sobie przymawiano, ale już dobrodusznie; ktoś z nas coś o stu kwiatach (Chińczycy niedawno zapowiedzieli ich kwitnięcie, ale już się miało ku rewolucji kulturalnej), które warto by zasadzić w Związku; ktoś z nich - wcale dowcipnie! - że sto kwiatów owszem, ale sto chwastów - nie. To znów oni: "Jak możecie grać tego Kafkę? Budujecie socjalizm - i nagle Kafka!" Obrony praskiego destruktora, której pewnie się ktoś podjął, już nie pamiętam. Dokoła czyniło się coraz hałaśliwiej. Przy innych stolikach wódczane zbratanie szło bez przeszkód, zwłaszcza między swymi, złączonymi na co dzień i od święta prostym nakazem konformizmu.

I raptem:

- JA POMNIU CZUDNOJE MGNOWIENIJE...

*[Tu i dalej pierwszy czterowiersz znanego liryka Aleksandra Puszkina, śpiewanego z melodią Michała Glinki jako rosyjski romans. W polskim przekładzie (Wiktora Woroszylskiego):

Cudowne pomnę okamgnienie,

Harmonią tknięty wzrok i słuch:

Zjawiłaś się jak przywidzenie,

Czystego piękna lotny duch.]

Gwar nieco ścichł. Szczupły, szpakowaty, łagodnie uśmiechnięty pan posyłał nam z estrady lirycznym tenorem puszkinowską elegię do Anny Kern, uczynioną rosyjskim romansem. Przez chwilę słuchano z należnym szacunkiem ciepłego, by tak rzec: foggowskiego w typie głosu, wydawanego przez słynnego Iwana Kozłowskiego. Jak się potem dowiedziałem, był powojennym bożyszczem moskiewskich pensjonarek, dzielących się na "kozlichy" i "lemieszychy" (tj. zwolenniczki innego tenora, Lemieszewa). Przez chwilę słuchano, ale od razu błąkały się w tle jakieś bełkoty, śmieszki, pijackie mruczanda; a za moment wszystko znowu wezbrało, pofolgowało naturalnej, biesiadnej potrzebie - i podwójny liryzm głosu i wiersza musiał się, jak ubogi krewny, pokornie przypychać w dźwiękowym ścisku możnych ku uszom tych z nas, którzy słuchali:

PIERIEDO MNOJ JAWIŁAS' TY...

A przed nami zjawiali się coraz to nowi notable, wydzielający mocny wiew "Stolicznej" i mniej spontaniczną chęć zbratania. Bodaj znowu wychynął bełkotliwy Smirnow. W tle wyrósł wielki, tłusty, wylewający się ze sportowej koszulki niby przerośnięte ciasto Anatol Sofronow, o zaciętym grymasie szerokiej twarzy. Mały, chociaż sprawny komediopisarz zasłynął jako szczególnie zajadły gnębiciel wszystkiego, co w dramaturgii i wokół niej było choć trochę swobodniejsze i bardziej utalentowane. I trzebaż było trafu, że niemal w tym samym momencie, na pierwszym planie, wszedł mi w kadr jego rówieśnik i współtowarzysz w gnębieniu! Obaj, osiem lat wcześniej, wodzili rej w stalinowskiej nagonce na tzw. "kosmopolitów" (czytaj: pisarzy pochodzenia żydowskiego); kampanii jeśli nie tak krwawej jak wielka czystka jeżowowska, to w swym obnażonym rasizmie szczególnie haniebnej. Teraz drugi współoprawca przysłonił mi pierwszego. Zupełne przeciwieństwo zewnętrzne tamtego: szczupły, długoszyi, z małą, wygoloną czaszką. Ostre rysy, wąskie wargi, wiązki zmarszczek skupianych promieniście w kątach oczu - a oczy zawsze przymrużone i zimne, jakby przed strzałem. Tak zobaczyłem Mikołaja Gribaczowa. Literacko znaczył niewiele; jego pewność siebie gruntowała się na innych postawach. Wsunął się bezgłośnie, powściągliwie, milcząco; zawisł nad stołem swą profilową, wyciągniętą i wyostrzoną szczupłością, kołysząc się niby jadowity wąż. On jeden nie zadał sobie trudu wypowiedzenia żadnego koncyliacyjnego frazesu; głaskanie wrogów byłoby poniżej godności. Przyszedł tylko rzucić na nas swym egzekucyjnym okiem, pokazać się, być przy fakcie; skrzywił wargi w uśmiechu, podniósł i odstawił kieliszek, wypowiedział może dwa przyciszone zdania i znikł. Nie wiedziałem wtedy o nim tego, co napisałem powyżej, ale pozostawił we mnie tak przenikliwe i dojmujące uczucie nienawiści - instynktownej i irracjonalnej - że przechowałem je bez trudu przez wszystkie następne lata i odczuwam je tak samo patrząc teraz na jego zdjęcie w "Litieraturce" z okazji siedemdziesięciopięciolecia. Ciągle żyje w chwale; działa we władzach Związku, przewodniczy Radzie Najwyższej Republiki Rosyjskiej. Chciałbym doczekać dnia, kiedy będzie sądzony, ale boję się, że zdąży w chwale umrzeć; tyle że trafi z pewnością na bal u szatana.

KAK MIMOLOTNOJE WIDIENIJE...

Pijany rejwach już prawie zagłuszał śpiewaka. Starałem się wzrokiem dodawać mu otuchy. Ale widocznie jej nie potrzebował. Przynajmniej nie od otoczenia. Wydawał się zasłuchany w siebie. Spuścił oczy, na ustach miał błogi uśmiech, w którym kryła się także wyższość i wyczuwalna pogarda dla tych, których jego Puszkin nazywał "czernią" - dla wielko-światowego motłochu. Był teraz sam na sam z rosyjskim geniuszem i rosyjską muzyką. One go chroniły przed pijackim, zbiorowym afrontem. Dzięki nim nie stawał się tym, ku czemu spychała go brutalność sytuacji: kwiatkiem przy kożuchu, żałosnym gędźbiarzem, piszczącym za ochłap u pańskiego stołu. Był poza. Za parę lat zacznę się dowiadywać, ilu moich Rosjan szuka sobie życiowych nisz schronienia i leczenia dla poranionych dusz w muzyce, w literaturze, w kolekcjonerstwie. A na razie przeczuwam to, patrząc na Kozłowskiego i słuchając, jak unosi głosem - wysoko-wysoko, niedosiężnie - powierzony sobie liryczny skarb - i jak go ocala...

KAK GIENIJ CZISTOJ KRASOTY...

Są takie chwile: przejrzenia na wskroś, kiedy w wewnętrznym dreszczu chwyta się - przynajmniej we własnym odczuciu - spod wielu nawarstwień jakieś sedno. Jeden lub dwa kieliszki mogą w tym dopomóc.

Tak i wtedy. Przesunąłem się z krzesłem do tyłu. Miałem przed sobą zadymioną salę, która hulała jak przedrewolucyjna resursa kupiecka: wstawano, wznoszono toasty, przekrzykiwano się z sąsiadami, padano sobie w objęcia. Za oknami rwały tymczasem dwie taśmy pejzażu, bo "Gorki" pędził kanałem z szybkością limuzyny. Wzniecona fala z trzaskiem biła w pale brzegu, na którym migały to podrzucane w zdziwieniu pyski krowie, to rozwirowane wiatrem korony brzóz, to błyski słońca w okienkach małych chałupin. Ten statek pijaków był jak ciśnięta w przestrzeń planeta, gdzie wszystko zachłysnęło się w nadmiarze serdecznym, rosyjskim uścisku i gdzie mała grupka trzeźwiej szych Polaków smakowała w kącie swój przymusowy los; planeta nowobogackiego luksusu wirująca w kosmosie zgrzebnej, rosyjskiej biedy i ciągnąca za sobą liryczny tren Puszkinowskiego romansu. Jednoczesny nacisk tego wszystkiego, domagającego się zapamiętania i - kiedyś - wyrażenia wcisnął mnie w krzesło. Po raz któryś poczułem ciśnienie normalnej sowieckości, w której tu się po prostu żyło. Było nie do wytrzymania.

Z boku patrzyły na mnie czyjeś zupełnie trzeźwe, rozumne oczy. Mojej koleżanki z STS-u Agnieszki Osieckiej.

- Andrzej, przecież to Orwell. Słowiański Orwell, prawda?

... "Gorki" nagle ryknął jak hamujący odrzutowiec, potem spuścił z tonu, zadygotał i zwolnił. Pijący przycichli, dał się słyszeć miarowy szum fal, chlusnął krótki, rzęsisty deszcz, zaraz wyjrzało rude słońce zachodu. To, co brałem za nieskończony pęd w niewiadomą przestrzeń, było już od dawna powrotem do punktu wyjścia - i oto przybijaliśmy do przystani w Chimkach. Nasz spacerowy rejs dobiegł końca.

Mokry pokład drżał jak zgonione zwierzę. Pijący, coś do siebie bulgocząc, podtrzymywali się na śliskim trapie. Najważniejszych oczekiwały opodal czarne limuzyny. Przy trapie uśmiechnięty Korniej Czukowski wręczał schodzącym paniom po kwiatku: okazało się, że w teczce wiózł spory bukiet. "Józefa Stalina" już gdzieś odstawiono; pewnie na boczny nurt. Za to pod bodącym niebo szpicem lśniły wymyte deszczem schody, na których Lubow Orłowa śpiewała - w niezbyt śpiewnym roku 1938, kiedy Aleksandrow kręcił swą komedię - o Wołdze zmienionej nie do poznania, bo "ogrzanej stalinowskim słońcem".

Jeszcze tu, do Chimek, wrócę w sześć lat później po coś bardzo ważnego.

* * *

Drugim epilogiem lekcji był występ STS-u w tymże Związku Pisarzy, tyle że w dużej sali (dziś jest w niej restauracja) w parę dni później. STS oddzielnie w Moskwie nie występował, brał natomiast udział w zbiorowych spektaklach-koncertach polskiej delegacji. Tym razem jednak dał koncert własny. Miało to się do ogólnej, podmrożonej atmosfery i do niedawnej połajanki jak pięść do nosa. Nie wiem, jak do tego doszło. Ale doszło.

Sala była nabita bracią pisarską z rodzinami i znajomymi. Przyszła masa ludzi i buchało od nich serdecznością. Było tak, jakby wszystko wiedzieli o wcześniejszym spotkaniu z notablami i napięli się wewnętrznie, by je zrekompensować. Chłonnie i czujnie wyłapywano wszystkie puenty naszych tekstów, które przed rokiem rozgrzewały publiczność warszawskiej politechniki podczas październikowego wiecu-giganta. Oklaskiwano Ślepców, w których dwaj niewidomi prowadzili się po omacku, spierając się o to, który z nich lepiej widzi właściwą drogę - i słynnego Szarlatana Andrzeja Jareckiego, może najbardziej klasycznie esteesowski skecz, gdzie odbywała się metaforyczna wiwisekcja oportunizmu. Nie przepadały żadne aluzje i odcienie znaczeniowe. Tłumaczyłem puenty bardzo koślawą ruszczyzną, ale decydował nie mój niezdarny wysiłek, lecz zbiorowe, silne pragnienie rozumienia i podchwycenia przesłania. I jeszcze: zwyczajnie, po ludzku chciano, żeby nam było dobrze. Żebyśmy poczuli się między swymi.

Po spektaklu stałem w przejściu, rozgrzany zbiorowym sukcesem, odbierając uściski dłoni, klepnięcia w plecy i perskie oka. Dokoła unosiły się zdania: Mołodcy, riebiata!, Otliczno!, Zdorowo!, Tak dierżat'!, Prodołżajtie w tom że duchie! *[Zuchy chłopaki! Świetnie! Doskonale! Tak trzymać! Róbcie dalej tak samo!]

Jako ostatni z gratulantów podszedł stary rosyjski Żyd Mark Siemionowicz Żywow, zasłużony tłumacz z polskiego, wydawca pięciotomowego, rosyjskiego Mickiewicza - i wziąwszy mnie pod ramię, spytał, mrużąc filuternie szparki oczu, nieskazitelną, kresowo śpiewną polszczyzną:

- I cóż, kochany panie Andrzeju? Jak pisał nasz wielki wieszcz Adam: "I Niemcy też ludzie", prawda?

Prawda. Też.

Co prawda w rok później, w sali położonej naprzeciwko, ogólne zebranie moskiewskich pisarzy kamienowało zaocznie i jednogłośnie Borysa Pasternaka. Nie mogę przestać o tym myśleć.

Ilu z nich brało udział w obu zgromadzeniach?

Sytuacja się zmieniła, podpowiada mi wewnętrzny głos, każąc pamiętać o warunkach miejsca i czasu. Tak, zapewne. Tak było po wielekroć. Ale oni tę sytuację współtworzyli.

Co zależało od nich? Gdzie są miary winy i nienawiści? Ile można wymagać od mieszkańców tamtego świata, z jego stupudowym ciężarem, wyduszającym z tych ludzi jednogłośne potępienie wielkiego rosyjskiego poety?

...Też ludzi, prawda?

 

"TEATR WIELKI CZEKA. PRZYJEŻDŻAJCIE PIERWUCHIN."

Pamięć przechowała jeszcze pewien załącznik do czasów festiwalu. Lekko zatarty, wynurza mi się dzisiaj z tej pamięci portret mężczyzny w średnim wieku, o pucołowatej, ale inteligentnej twarzy - profesorskiej jakby - w okularach, z falistymi włosami.

Michał Gieorgiewicz Pierwuchin, w latach 1952-1957 członek Politbiura (wówczas zwanego Prezydium) KC KPZR.

Historia błaha na pozór, ale trochę o czymś tam pouczająca.

Wymyśliliśmy sobie tego Pierwuchina podczas jakiejś manifestacji. Ozdabiały ją zawsze ogromne portrety wodzów, naszych i sowieckich, rzucające się w oczy tym bardziej, że telewizji wtedy nie było. Pierwuchin wisiał na końcu, obok Saburowa; byli to dwaj czterdziestoparolatkowie dobrani przez Stalina po XIX Zjeździe do kierowniczego gremium; jak się twierdzi w kręgach sowietologicznych, dobrani po to, by zastąpić starą kadrę, skazaną przez wodza na stopniowy odstrzał. Nic o tym, rzecz jasna, nie wiedziałem; natomiast na tle nalanych, kwadratowych, zadartonosych i tępych gęb całej prezydialnej reszty (zadziwiająca i nieustannie odnawiana jest konsekwentna jednolitość owych, jak ich Jan Józef Lipski określa, "mordasów") - inteligencka odmienność Pierwuchina rzuciła mi się w oczy. Zaczęliśmy, w STS-owskim kręgu, żartobliwie konfabulować: że to nasz człowiek i że on właśnie wyjdzie na czoło. Ku naszemu rozbawieniu rzeczywistość włączyła się do zabawy: Pierwuchin wyraźnie rósł w siłę, obejmował coraz to wyższe stanowiska, a jego portret przesuwał się z końca ku mocnemu środkowi. Przez dwa lata był pierwszym wicepremierem. Przepowiadaliśmy sobie telegram, który miał do naszego teatrzyku nadejść z Moskwy: Zał Bolszogo Tieatra Opiery i Baleta podgotowlen. Prijezzajtie skorieje. Pierwuchin *[Przygotowano salę Wielkiego Teatru Opery i Baletu. Przyjeżdżajcie jak najszybciej. Pierwuchin.].

Cóż, chochma jak chochma. Ale życie znów nam się do niej wtrąciło.

Rzeczywiście pojechaliśmy do Moskwy. Odbył się występ, chociaż nie w Teatrze Wielkim, tylko w Związku Pisarzy. A wcześniej, w porze mojej przedfestiwalowej, dziennikarskiej bieganiny, nadszedł dzień dwudziesty drugi lipca. W tych patriarchalnych czasach istniał zwyczaj, że bawiący za granicą Polak sam, bez zaproszenia szedł tego dnia do ambasady na przyjęcie. Poszliśmy i my, grupką kilku korespondentów. Było wesoło, bezładnie, pijanie; nad ranem co romantyczniejsi pływali łódkami po pobliskim stawku, ani przypuszczając, że może płoszą cienie Korowiowa i Behemota, bo dopiero w dziesięć lat później miejsce to, nazwane przez Bułhakowa Stawami Patriarszymi, stało się celem pielgrzymek czytelników Mistrza i Małgorzaty, To jednak nie należy do sprawy. Należy do niej natomiast i puentuje ją ironicznie moment, który zapamiętałem. Był już późny wieczór, rozmawiałem z kimś, stojąc w drzwiach jednej z sal. Raptem odsunięto mnie lekko; tuż obok przeszedł Chruszczow, stanął pod ścianą, wziął kieliszek, z uprzejmym uśmiechem wysłuchał kilku powitalnych zdań ambasadora Tadeusza Gede. Notabene: zupełnie nie przypominał w tym momencie swoich późniejszych, krągłomordych i prosiakowatych podobizn. Wydał mi się szczupły, rozluźniony, z życzliwym dystansem. Coś powiedział, życzył bratniej Polsce i Gomułce wszystkiego dobrego, wzniósł toast. Ale już na niego nie patrzyłem. Utkwiłem wzrok w człowieku, który wszedł w ślad za nim. Stanął z tyłu, nie odrywając wzroku od czubków własnych butów. Twarz miał czerwoną, ponurą, spuchniętą. Jakby go po niej zbito albo jakby się spłakał niczym bóbr. Co za kontrast z olimpijskim spokojem i jasnym spojrzeniem portretów!...

Już wiecie, to był on, Michał Gieorgiewicz, nasz żartobliwy idol, rzeczywisty i kreowany jednocześnie. Patrzyłem nań w momencie upadku z pieca na łeb. Zagrał niewłaściwą kartą; kiedy miesiąc wcześniej ważyły się losy Chruszczowa, poparł jego przeciwników, nazwanych potem "grupą antypartyjną". Ale Chruszczow, przy pomocy Żukowa (którego miał usunąć w kilka miesięcy później), opanował sytuację. Teraz losy naszego faworyta były przesądzone. Już nie był ani członkiem prezydium, ani wicepremierem i właśnie przestawał być ministrem budowy jakichś tam maszyn. Ten publiczny występ, zapewne jeden z ostatnich, stanowił chyba dodatkowe upokorzenie; Nikita przywlókł go niby rzymski wódz pokonanego barbarzyńcę.

W ten sposób życie spuentowało nasze żarciki. Pierwuchina nie czekało zresztą nic strasznego, były to już przecież czasy postalinowskie. Zostanie jeszcze przewodniczącym jakiegoś komitetu, potem ambasadorem w NRD i dopiero potem dozna złagodzonego, stałego w tym systemie wymiaru kary: wpadnie w czarną dziurę niepamięci, przestanie istnieć wtedy, przedtem, potem i zawsze, póki system trwa i póki piórami usłużnych historyków przerabia ustawicznie własną historię. Tak w siedem lat później poniosą i wilka, który nosił razy kilka: zniknie Chruszczow i darmo będziecie dziś szukali oficjalnie utrwalonych śladów jego obecności. Tak zamknie się prawie dwudziestoletnia epoka breżniewowskiego marazmu, uwiądu i pasożytnictwa: wykreśleniem z publicznej pamięci nazwiska przywódcy. Dziwne, rozpięte na ekstremach prawo tego świata: im głośniejsza, zajadlejsza, bezwstydniejsza pochlebcza wrzawa - tym później bardziej głucha cisza... Język rosyjski ma świetne, głębinowo trafne słowo wriemienszczik, co oznacza "faworyt", a dosłownie, jak by tu rzec? "tymczasowiec"... O takiego właśnie tymczasowca, niby o własny, zmaterializowany żart, otarłem się, zapewne dla nauki. I któż pana jeszcze wspomina, Michale Gieorgiewiczu, prócz paru starych STS-owców?...

 

PARTIA WALI PIĘŚCIĄ W STÓŁ

Miałem specyficzne szczęście: dwukrotnie zjawiałem się w Moskwie tuż po ideologicznym pogromie. Tak było w roku 1957 i podobnie w sześć lat później, w marcu 1963, od której to daty zaczęły się liczyć moje coroczne, systematyczne podróże do Związku. Właśnie odbyły się głośne spotkania Chruszczowa i jego świty z inteligencją twórczą. Nikita zakrzyczał najpierw i zatupał do młodych malarzy, których specjalnie w tym celu ściągnięto do pawilonu wystawowego w Maneżu; była to głośna awantura w grudniu 1962, w czasie której odgryzł się wodzowi Ernest Nieizwiestny. Następnie podstawiono Chruszczowowi pisarzy; tutaj również główne uderzenia trafiły w literaturę młodą. Ogłuszyły ją bardzo dotkliwie, zwłaszcza że poprzednie trzy lata były okresem jej wejścia i wzlotu, a tuż przed spotkaniami, jesienią 1962 odbyło się specjalne, poświęcone młodym, plenum Związku Pisarzy, gdzie mówiono o nich z entuzjazmem. Toteż - nie ukrywali tego w rozmowach ze mną - ujrzeli się panami sytuacji. Ogarnęła ich euforia. Tymczasem przyszło mocne, z rosyjska mówiąc, trzepnięcie mordą o stół. Przyjechałem niemal na drugi dzień po tym i ujrzałem krajobraz po bitwie. Pobojowisko jeszcze dymiło, w powietrzu rozbrzmiewały echa Chruszczowowskich inwektyw, znokautowani w pierwszym starciu twórcy ledwo odzyskiwali przytomność. Pamiętam bladego jak ściana Andrzeja Wozniesienskiego, który przemykał się chyłkiem pod murami Domu Literatów, mimo że nic mu już przecież nie groziło. Widocznie jednak wrażliwa natura poety nie otrząsnęła się z szoku; bądź co bądź to właśnie jego wystąpienie Chruszczow przerwał w pół słowa, waląc nad głową Andrzeja pięścią w stół prezydialny (zostało to utrwalone na fotografii jako wymowny obraz relacji partia - literatura), na co sala, wypełniona głównie twardogłowymi, zareagowała wrzaskiem solidarnego współbrzmienia. Inni, mniej zszokowani, siedzieli już w samym Domu i przychodzili do siebie. Dokoła gęgali radośnie dogmatyczni starcy, partyjni grafomani i dyspozycyjni podskakiwacze wszystkich roczników, którzy poprzednio poczuli się zagrożeni przy żłobie. Jednak i w tym, co usłyszałem wówczas od pisarzy przyzwoitych, zwłaszcza z pokolenia kombatanckiego, kryła się, co tu ukrywać, cicha satysfakcja, że młodym utarto nosa. Nazbyt już - w odczuciu starszych kolegów - tego nosa zadzierali, mniemając, że literatura zacznie się dopiero od nich. Czy tak było rzeczywiście? Subtelne są relacje pokoleń literackich, interesy doraźne przysłaniają wspólne niebezpieczeństwo, a subiektywne odczucia stanowią prawdę dla odczuwających - więc tylko odnotowuję, co zapamiętałem.

Przytomniejący młodzi układali tymczasem twarze w normalny wyraz. Dodawali sobie otuchy. Zapewniali mnie, że ich właściwie nie bolało i że nic się takiego nie stało. Słowem: próbowali trzymać fason. Ale oczy mieli przerażone. Cóż im w końcu takiego zrobiono? Nikt nie został aresztowany. Zrobiło się ich mniej w czasopismach, trochę książek spadło z planów wydawniczych. Głupstwo przecież, w porównaniu z dawnymi czasami. Ale owe dawne czasy były widocznie zbyt niedawne, ich strach tylko się rozrzedził.

"Widzisz, Nikita to jeszcze nic - tłumaczył mi znajomy malarz. - Miałem go tuż przed sobą. Był wściekły. Ale ja się nie bałem. Widziałem rozzłoszczonego człowieka, który jest szczery. Nie rozumie nowego malarstwa, bo tak go wychowano i już. Najgorsze były te mordy z tylu. Ci się nie wściekali. Ale co na nich spojrzałem, to mi się robiło słabo".

Coś podobnego napisał bodaj, wspominając swą potyczkę z władzą, Nieizwiestny; może mój malarz przyjął za swoje wrażenia starszego kolegi. Tak czy owak rozumiałem ich. Na zdjęciu, gdzie Nikita wymachuje pięścią nad głową Andrzeja, asystują wodzowi Breżniew i Froł Kozłow. W zderzeniu z malarzami brał znowu czynny udział Aleksander Szelepin, szef KGB. Na Breżniewa, Chruszczowowskiego adiutanta, zwykle służalczo szczerzącego zęby, nikt nie zwracał wówczas uwagi; natomiast Kozłow i Szelepin (jeszcze za młodu nazywany przez kolegów "żelaznym Olkiem", bo podobno nigdy się nie uśmiechał) uchodzili za jastrzębi stalinowskiego chowu, dążących do władzy; bano się ich powszechnie. Na szczęście pierwszy zmarł wcześnie, a drugi ruszył zbyt ostro do przodu i został wyeliminowany przez Breżniewa. Obaj musieli mieć ciężkie spojrzenia - i nie tylko oni. Nie dziw, że ten kolektywny wzrok kierownictwa odbierał kontenans, skoro patrzyła przeszłość, wraz ze swymi metodami i nawykami o których nikt nie mógł wiedzieć, czy nie powrócą.

Bardzo współczułem swoim spłoszonym rówieśnikom. Wysłuchiwałem ich podnieconych relacji. Wspólnie łamaliśmy sobie głowę nad pytaniami o przyczynę przymrozku. Krążyły koncepcje wymyślnych intryg. Pod spodem kryła się nadzieja, że wszystko się wyjaśni i odkręci. Nadzieja była złudna, a przyczyny okazały się z czasem trywialnie proste: partia trzasnęła pięścią w stół prezydialny, żeby młodzi zanadto nie podskakiwali, bo taki miała zwyczaj i koniec. Chruszczowowska odwilż była od początku limitowana, hamowana i podmrażana. Zresztą nie był to jeszcze jej koniec; dopiero co wzeszła gwiazda Sołżenicyna, w dalszym ciągu można było demaskować Stalina. Dopiero upadek Chruszczowa w półtora roku później uruchomi prawdziwe mechanizmy hamujące i breżniewowskie błoto zacznie zasysać wszystko na dwadzieścia lat tak zwanego z rosyjska bezczasu...

Klaps wymierzony młodym nie był zatem wielkim nieszczęściem. Wpatrzeni w siebie i zbyt siebie pewni, wyegzażerowali rozmiar i znaczenie połajanki. Ale nie rzucę w nich kamieniem, nawet dzisiaj. Może po prostu dlatego, że to moja generacja? Albo że w chwili, gdy to piszę, w ćwierć wieku później, przerzedzeni exodusem wielu rówieśników pięćdziesięciolatkowie znowu ruszają do starcia? Nie mam wielu złudzeń, ale życzę im szczerze lepszego powodzenia i większej odporności na wodzowskie trzaskanie pięścią w blat... Notabene wtedy, na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, zrobiono im u nas wielką reklamę. Trzeba oddać sprawiedliwość Alicji Lisieckiej; to ona przede wszystkim sprawiła w "Nowej Kulturze", iż wypadało autentycznie snobować się na młodych Rosjan. Niewiarygodne, ale fakt. Zdarzył się wówczas charakterystyczny, jak się potem okazało, incydent. W roku 1962 "Polityka" zamieściła wywiad udzielony moskiewskiemu korespondentowi PAP-u przez Wozniesienskiego i Aksionowa. Tekst był szalenie bojowy, zwłaszcza w partiach Andrzeja, który oświadczył m.in., że oni, dzieci XX Zjazdu, gotowi są umrzeć za jego idee. Ale zaraz potem ktoś w Związku musiał ich wydać, jeszcze bez walenia pięścią, zestrofować, bo pośpieszyli wyprzeć się bojowości i zwalić winę na korespondenta. Ładne to nie było.

Ich zbiorowe sprawowanie można więc ocenić na trzy minus. Starsi koledzy, śledzący sprawę bez współczucia, mieli pewnie sporo racji. Zwłaszcza starsi koledzy-łagiernicy, z ironią komentujący nadwrażliwość wczorajszych estradowych czempionów.

Ale - wrócę do swojej myśli - przeszłość była tuż, tylko odrobinę dalej. Był to pierwszy od ćwierćwiecza złagodzony pogrom ideologiczny. W ogóle dużo rzeczy dopiero zaczynało się wówczas dziać inaczej niż kiedyś. Za dwa lata miał się odbyć pierwszy od trzech dziesięcioleci proces, na którym oskarżeni - Siniawski i Daniel - nie przyznali się do winy, zachowali godność i faktycznie skompromitowali oskarżycieli. Od niedawnego czasu krążyły pierwsze zeszyty samizdatu. Pisarzom przychodziły do głowy pierwsze myśli o tym, że odrzucone rękopisy mogą zacząć inne życie. Okazało się, że nie ma jednak powrotu do obnażonego terroru i że pole manewru istnieje; tyle że trzeba je było wyczuć własnym ciałem, obrywając baty, gdy manewr szedł za daleko.

Takie nauki odbierało wielu; również ci, którzy nazywali siebie dziećmi XX Zjazdu. Wnioski wyciągali rozmaite, bo też wszelkie ujednolicanie postawy jakiegokolwiek pokolenia jest fikcją. Sołżenicyn poszedł przebojem, ale to była inna generacja, inne doświadczenie i hart. Ale tak się jakoś złożyło, że czołówka ówczesnej młodej prozy znalazła się ostatecznie na emigracji.

Ja sam nauczyłem się przy tym pierwszym spotkaniu z rówieśnikami czegoś, co się potem we mnie, w miarę kolejnych przyjazdów, gruntowało. Że w tamtym kraju nie można bezwzględnie potępiać nikogo prócz podleców i zawodowych donosicieli. A już na pewno nie tych, którzy kiedyś nie wytrzymali. Kto nie pływał na tamtych głębinach i pod tamtym ciśnieniem, ten niech przez chwilę pomyśli: jakby zachował się sam, gdyby tupał na niego Chruszczow, Kozłow, Szelepin, Susłow, Breżniew, Iljiczow i jak im tam jeszcze - i gdyby na to wszystko kładł się gęsty cień Stalina.

Ja nie wiem.

 

ROSJA MNIE PRZYJMUJE

Drugie rosyjskie wejście w roku 1963 zawdzięczam, nie da się ukryć, telewizji. Ówczesna Redakcja Oświatowa (za ścisłość nazwy nie ręczę) powierzała mi czytanie polskiego komentarza do rosyjskich, kulturalno-oświatowych programów, nadawanych a to z Kremla, a to z Ermitażu czy Trietjakowki, a to z różnych zabytków. Technika tych starodawnych lat wymagała początkowo, żeby komentator był na miejscu, w studio moskiewskim czy leningradzkim. Dzięki temu w pierwszym po przerwie roku odwiedziłem Związek kilka razy pod rząd i w przerwach między programami miałem wystarczająco dużo czasu dla siebie. Znowu mi się udało: chodziłem samopas. Potem ożeniłem się z Rosjanką, co otworzyło mi drzwi wielu domów i uczyniło kontakty jeszcze łatwiejszymi. Zwłaszcza że od roku 1957 coś się jednak zmieniło. Wielu ludzi miało już własne mieszkania; kończyła się stopniowo epoka zbiorówek, w których tzw. "odpowiedzialny lokator" miał oficjalny obowiązek donosić o zachowaniu współmieszkańca. Już znacznie mniej, albo wcale, bano się wizyty cudzoziemca. Co prawda szybko się zorientowałem, że dyżurującym przy windach pisarskich domów (a do nich zachodziłem najczęściej) kobietom-odźwiernym o przenikliwych spojrzeniach dobrze jest na pytanie: Wy k komu, mołodoj czełozoiek? - rzucić nazwisko z tak niedbale moskiewską intonacją, żeby ujść za tubylca. Ot, tak, na wszelki wypadek, żeby nie zwiększać sumy informacji i grubości dossier moich gospodarzy (pytanie, czy to się udawało i czy rutynowe tiotki nie wyczuwały we mnie z miejsca obcego, choć nie popełniałem już festiwalowego błędu i starałem się nie wyróżniać wyglądem zewnętrznym).

Tak stopniowo wszedłem w nieoficjalny, rosyjski obieg. Nabrał on pełni wówczas, kiedy zacząłem regularnie przyjeżdżać na prywatne, rodzinne zaproszenia. Nie miałem już żadnych oficjalnych obowiązków.

O wymiarach i rytmie swoich poczynań zawodowych decydowałem sam. Dawało to poczucie upajającego psychicznego luksusu. Byłem w środku systemu, ale - prawie - nie musiałem się z nim stykać. Biurokratyczne giganty, hierarchiczne piramidy działały ponad moją głową. Żyłem prywatnie. Krążyłem od domu do domu, polecany przez jednych następnym. Działał bezwzględny system rekomendacji. Ludzie mający do siebie wzajemne zaufanie podawali mnie sobie po kolei. Winienem był sprawdzić się na tyle, żeby nie zawieść rekomendującego. Łańcuch nie mógł być oczywiście całkiem szczelny. Czasem trafiał się z boku ktoś przypadkowy, kto zabrał czas, a nie zostawił dobrego wrażenia; innym znów ja sam mogłem nie przypaść do gustu. Na ogół jednak szło to sprawnie. Przyjaciele przyjaciół przyjaciół mieszkali nie tylko w głównych miastach, ale w całym Związku, i kiedy zacząłem po nim jeździć, dbano, by wyposażyć mnie w adresy i telefony ałma-atyńskie, taszkienckie i tbiliskie.

Oto przykład. Przyjeżdżam do Kijowa, z rekomendacją do Wiktora Niekrasowa. Dzwonię: "Wiktorze Płatonowiczu, jestem taki i taki, poleca mnie A". "A? Tak, to nasz bliski przyjaciel. Jak jego zdrowie? Pan na długo?" "Na tydzień". "Bardzo dobrze. Jutro jestem zajęty. Proszę zadzwonić pojutrze, to się umówimy". Dzwonię po dwóch dniach. "Andrzej Josifowicz? Dobrze, że pana słyszę. Właśnie wczoraj zadzwonił A., Ciepło pana wspominał. No to niech pan przychodzi". W tym niekrasowowskim tekście była jedna nieścisłość: to sam Wiktor Płatonowicz zadzwonił do Moskwy, by spytać A., czy jestem tym, za. kogo się podaję. Wiedziałem o tym, a Niekrasow wiedział, że wiem, ale nie czuliśmy wzajemnego skrępowania, bo szło o rutynę zachowań w państwie takim, jak Związek. Co prawda, sytuacja była o tyle nietypowa, że A. winien był sam zadzwonić wcześniej; zazwyczaj wszystko działo się za moimi plecami. Czasem wręczałem listy polecające.

Efekt był zawsze ten sam: pełne zaufanie wobec przybysza. Poza wszystkim innym wymagał tego szacunek dla rekomendującego.

Tak w państwie nieco tylko osłabionej czujności, rozbudowanej policyjnej kontroli i podsycanej przez lata szpiegomanii działał i zapewne działa do dziś nie kontrolowany drugi międzyludzki obieg.

Oczywiście, mój schemat jest wyidealizowany. W rzeczywistości zdarzały się zachowania lekkomyślne; nie sprawdzano, ufano ogólnym wrażeniom. W pewnym okresie wytworzyło się niebezpieczne mniemanie, że wszyscy Polacy są porządni. W efekcie nastąpiła głośna, chociaż nie najgroźniejsza w skutkach wpadka. W pewnym moskiewskim domu grono ludzi mocno usytuowanych gościło Jerzego Putramenta. Rozmowa była i szczera. Niestety nie wzięto pod uwagę charakteru gościa, który lubił donosić i robił to również wtedy, gdy nie musiał. Uczestników rozmowy wezwano do odpowiednich partyjnych instancji i udzielono niemiłych pouczeń, bynajmniej nie kryjąc źródła informacji.

Jeśli zjawiałem się jako człowiek całkiem nowy, to zaufanie nie wykluczało serii pytań kontrolnych, które gospodarze umiejętnie wtykali w dialog zapoznawczy. Szło o to, czy warto traktować mnie serio. Badano więc od niechcenia, u kogo już byłem, co czytałem, co o widzianym i czytanym sądzę, czy znam w Polsce tego i owego i jakie mam o nich zdanie. To również była rutyna, stosowana ze świadomością i porozumiewawczymi półuśmiechami obu stron. Rzecz jasna, fachowcy, do których zwracałem się o pomoc w sprawach zawodowych, sprawdzali też en passant moją kompetencję; ale to już proceder stosowany na całym świecie.

Tak więc bywało na wstępie - a dalej? Rozczaruję teraz srodze tych, którzy chcieliby się dowiedzieć o programach i koncepcjach, jakie przy mnie roztaczano. Nic z tych rzeczy. Nie przez ostrożność bynajmniej; wszystko to było tak dawno, że, zgodnie z przyjętą zasadą szczerości, mógłbym, zmieniwszy niektóre okoliczności, dać do zrozumienia to i owo. Ale nie dam, bo nie mam co. Pod słowem. Nie pachniało nigdy przy mnie konspiracją, nie wykluwały się zarysy żadnej organizacji. Padały tylko swobodne, rosyjskie słowa, typowa inteligencka gadanina. Krążyło "kilka myśli, co nienowe". Nowe - dla mnie, przybysza - było samo nasycenie towarzyskich spotkań poważną rozmową. Może znaczyło to jedynie, że w Polsce przebywałem w nie najlepszym towarzystwie (na pewno, po odejściu z STS-u brakowało mi środowiska do wymiany myśli). Ale fakt, że tam, gdzie przebywałem, prowadzono przy stole lekką, towarzyską konwersację. Wypadało serwować ploteczki i dowcipy. Okazało się, że mam wrodzony defekt: nudziło mnie to śmiertelnie, koło jedenastej marzyłem już o pójściu spać w sposób tak widoczny, że stawałem się przedmiotem stałych zbiorowych kpin. Tu, w Rosji, chodziłem od domu do domu, zasiadając się do trzeciej i czwartej nad ranem, bez najmniejszych oznak senności.

Substancja tych rozmów, ich klimat, smak? Nie do odtworzenia, niestety. Intensywne, otwarte na współbiesiadnika, z gotowością słuchania. Opowieści o własnych losach i losach innych, przy których bladła wszelka literatura. Wyjaśnienie, kto jest naprawdę kim, a kto kim był w czasach pogardy. Spory o przyszłość Rosji. Pytania o Polskę, z tym niemal obowiązkowym, zadawanym zwykle na wstępie, z melancholią i odrobiną nadziei: "czy Polacy nas bardzo nienawidzą?" Mechanizmy życia związkowo-literackiego. Ostatnie dowcipy i czastuszki. (Dowcipy chodziły całymi seriami. Znakomita była seria jubileuszowa z okazji stulecia urodzin Lenina - spontaniczna odtrutka na rozpętaną przez władzę orgię nowomowną.) Zgodnie ze starymi, rosyjskimi zwyczajami, tu i ówdzie czytano również i recytowano własne wiersze i krótką prozę. Były to zwykle rzeczy, które odnajdywałem później w czasopismach i książkach, ale indywidualna ekspresja autorska nadawała im szczególną aurę. Do tej pory mam w uszach długie sekwencje Bajki o deszczu, wyśpiewywane przez Bellę Achmadulinę niby podniebna, nie kończąca się kantata; zatroskany, głęboki głos Junny Moric: Mama - łastoczka! Mama - siniczka!, ochrypłe zwroty intonacyjne Dezika Samojłowa w Annie, Pestelu i poecie. Zdarzały się spotkania z trubadurami, a było to plemię niesłychanie liczne, kiedy przez długie, nocne godziny trwały gitarowe turnieje - piosenka na piosenkę i jeszcze raz piosenka. Wirowały mi potem w głowie całe girlandy tekstów; wybłyskiwały wczepione w pamięć motywy, których nigdzie więcej nie mogłem odnaleźć - jak choćby ten, do niczego niepodobny, o trupie z fujarką:

 

Miertwiec igrał na dudoczkie,

Na dudoczkie igrał.

Nie mnie, a wstriecznoj duroczkie

On ruku cełował...

*[Zmarły grał na fujarce. Całował rękę nie mnie, a przypadkowo spotkanej głuptasce. (Piosenka wybitnego scenarzysty i poety, przedwcześnie zmarłego Giennadija Szpalikowa).]

 

Stałem się narkomanem rosyjskich domowych spotkań. Myślałem sobie: gdybym miał baśniowy dywan, to dni spędzałbym w Warszawie, a wieczory w Moskwie.

Z reguły siadywało się w kuchniach. O, wy, standardowe, ale przytulne, zwykle większe od polskich, z cicho pomrukującymi lodówkami, wieczorne kuchnie przyjaciół-Rosjan, z waszą skromną zastawą: ser "gołłandskij", kiełbasa "lubitielskaja", chleb "borodinskij", jakaś sałatka, butelka "stolicznoj" lub zgoła "moskowskoj" - kiedyż będę się znowu grzać w waszym cieple? Mniemano dlaczegoś, że w kuchniach nie ma podsłuchu, a to z racji braku gniazdek telefonicznych. Co do samego faktu podsłuchiwania, zwłaszcza w domach, ale i pojedynczych mieszkaniach przeznaczonych dla pisarzy, nikt nie miał wątpliwości, że jest. Toteż szczególnie ważne rozmowy przeprowadzano na świeżym powietrzu. Przytoczony jadłospis nie musiał być regułą, zdarzały się wystawne kolacje, zwłaszcza że gościnność rosyjska ma rozmach. Nietrudno było wówczas zgadnąć, że gospodyni odwiedziła zawczasu dzielnicowy rynek, czyli halę targową, gdzie po bardzo wysokich cenach można dostać prywatnie sprzedawane, normalnie dzielone gatunkowo mięso (w sklepach Związku kupuje się tylko tzw. rąbankę, jak leci), bajecznie drogie, ale dobrej jakości owoce, warzywa i nabiał. Dawało to cenne efekty gastronomiczne, ale bynajmniej nie wszyscy moi przyjaciele i znajomi byli zasobni i nie zawsze mieli czas jeździć na rynek, więc jadło się z apetytem i dania najskromniejsze, tyle że były dobrze przyprawione dialogiem. Moje drugie wejście w Rosję stało zresztą pod znakiem fali kolejnych, ze stoickim spokojem przez Rosjan znoszonych (bo przecież bywało i gorzej) trudności zaopatrzeniowych; Chruszczowowskie eksperymenty po raz któryś położyły dychawiczne rolnictwo i jesienią 1963, kiedy się w Moskwie żeniłem, mąkę na weselne ciasto trzeba było przywozić z Warszawy.

Przeciąga się dygresja gastronomiczna, ale chcę jeszcze uprzedzić tych z was, którzy niedługo pojadą do Związku: ceńcie podwójnie gościnność Rosjan i ich sowieckich współbraci, bo przy fatalnej, najgorszej z możliwych organizacji tamtejszego zaopatrzenia, skazującej kobietę na zgoła katorżniczy trud - dobre, domowe jedzenie wymaga tam albo bardzo dużych pieniędzy, albo bardzo wielkiego zachodu; albo wreszcie obu razem. I szanujcie proste produkty, które w Polsce są zawsze, bo tam nie zawsze są; widziałem w Moskwie, jak elegancki gość przyniósł pani domu, wyrafinowanej intelektualistce, kilo cebuli, przyjętej z zadowoloną prostotą, niby bukiet kwiatów.

W każdym razie smak moskiewskich wieczorów tkwił nie w jedzeniu. Ono było tylko dodatkiem. Decydował klimat spotkań. Od razu odczułem, że współtworzy go kilka czynników naraz. Własne mieszkania były dla większości moich znajomych dobrem świeżym i zgoła - po latach wielorodzinnych, domowych "kołchozów" - bezcennym. Cieszyli się nim. Uciekali też do siebie z ulgą od życia publicznego. Stalinowską nadarchitekturę wymyślano kiedyś dla ludzi, którzy mieli mieszkać na ulicy, być tłumem podległym ustawicznemu oddziaływaniu. Teraz odzyskiwano pogwałconą prywatność; nawet przy podsłuchu i zawodowo szpiclujących odźwiernych. Odzyskiwano również prawo wyboru; we dnie system narzucał ludziom układy, wieczorami oni tworzyli je sami dla siebie. Toteż, jak spostrzegłem, trwał spontaniczny ruch; bez specjalnych uprzedzeń sąsiedzi bliżsi i dalsi wpadali na słówko, na papierosa, na kieliszek i wymianę zdań o tym, co się zdarzyło we dnie, na obejrzenie gościa z Polski. Odległości są w Moskwie duże, restauracje - zapchane i obstawione cierpliwymi kolejkami, kawiarnie - nieobecne, kluby literackie czy dziennikarskie - nieliczne, tłoczne i pełne ludzi, których niekoniecznie chce się widzieć; miasto pustoszeje i ciemnieje wcześnie, bez szans dla amatorów nocnego życia. Cóż się dziwić, że dom-twierdza zastępuje wszystko, pulsując ciepłem - tym ciepłem, o którym w piosence Bułata Okudżawy śpiewa się, że "nie ma go ani za grosz". Mieszkania moich przyjaciół uczłowieczały mi Związek. Moja Rosja to przede wszystkim one.

Zdarzały się przecież i huczne biesiady, zwłaszcza na wyjezdnym, daleko od Moskwy. Też miały swój smak, o którym później. Zdarzały się nocne eskapady, w których celowali, jak wszędzie, przyjaciele-aktorzy, z całymi łańcuchami spotkań; tak, wyszedłszy kiedyś skromnie do kina, znaleźliśmy się najpierw na przyjęciu z okazji festiwalu filmowego, potem w aucie i w kilku domach, gdzie opróżniano lodówki sennych gospodarzy i zabierano ich ze sobą; dalej na zaimprowizowanym nocnym kabarecie, za czym rano w otwartym basenie przy Kropotkinskiej i wreszcie w szaszłykami; do domu wróciliśmy po dwudziestu czterech godzinach. To również była Rosja, przy tym w jej dla cudzoziemskiego odczucia klasycznym, eksportowym kształcie. Niejeden z przybyszów zapamiętuje ją i ceni właśnie taką. Ja jednak trzymam się swego: bez tej, hucznej i biesiadnej, mogę się ostatecznie obejść; za tamtą, domową - tęsknię.

Charakterystyczne: odejście w tym domowym obyczaju od tego, co jawi mi się rosyjską specyfiką, czyli od treściwej rozmowy - ku formule ogólnoświatowej dawało, przynajmniej w moim odczuciu, efekty wątpliwe. Zaproszono mnie kiedyś na imieniny wybitnej poetki. Z góry ciesząc się perspektywą dużego stołu, przy którym zasiądą ciekawi ludzie, poszedłem skwapliwie. Niestety: przybysze snuli się po pokojach albo stali pod ścianami z kieliszkami w rękach; panowała uprzejma nuda i męcząca konieczność konwersowania z kimś tam o czymś tam, słowem była to normalna, europejska party, której serdecznie nie znoszę. W desperacji dołączyłem do grupki otaczającej poetę Pawła Antokolskiego, popularnego Pawlika, już starego, siwego, maleńkiego, wytwornego. On chyba też się męczył, przerywając chwile przydługiego milczenia komplementami pod adresem dam. Pawieł Grigoriewicz, wy - nastojaszczij dżentielmien *[Pawle Grigoriewiczu, jest pan prawdziwym dżentelmenem.] - skomentowałem z przekonaniem jakiś po staroświecku wyszukany zwrot. Da, da, Pawlik - wy dżentielmien! Nastojaszczij! *[Tak, tak, Pawełku, z pana jest prawdziwy dżentelmen.] - zawołały chórem damy. Ale poeci bywają trudno obliczalni. Nasz senior spurpurowiał, zatupał nogami i krzyknął załamującym się dyszkantem: Nie choczu byt' dżentielmienom! Nie choczu!!! - Kak wam ugodno *[Nie chcę być dżentelmenem. Nie chcę! - Jak pan woli.] - mruknąłem zdetonowany i, złożywszy w ten sposób dań sztuce salonowej konwersacji, uciekłem po kwadransie, gdzie pieprz rośnie.

Widziałem także inne próby dogonienia i przegonienia Europy w życiu towarzyskim. Prawdziwy salon literacki na przykład. Publiczność była wyszukana, autorzy też, a o menu aż strach mówić - serwowano pulardy, o istnieniu których wiedziałem tylko z literatury. Gospodyni z triumfującą miną udawała, że to nic takiego: ptaszki jak ptaszki - i dochowywała święcie sekretu ich zdobycia. Co do spraw ducha natomiast, to najpierw Andrzej Wozniesienski czytał nowy poemat, dziarski w rytmie i obrazowaniu i przypominający, jak zwykle, wszystkie poprzednie poematy swego autora. Potem ustalano z Jurijem Lubimowem, kiedy poemat znajdzie się na scenie Teatru na Tagance. W trakcie dyskusji wszedł, a raczej cichutko wśliznął się spóźniony Wysocki. Pozwolono mu coś zjeść, a potem kazano śpiewać, i to była druga część artystyczna.

Dygresja: pamięć ludzka jest śmiesznym pudełkiem. Wiem, że powinienem teraz przerwać wątek i opowiedzieć najdokładniej, co i jak zaśpiewał Wysocki. Mógłbym to zrobić, ponieważ znam zasadę jego estradowej obecności (nie jest ona zresztą trudna do wyobrażenia, gdy się słucha taśmy czy płyty); ale nie zrobię, bo to pisanie ma być w miarę możności bez łgania. A prawda jest taka, że nie zapamiętałem ani jednej piosenki. Natomiast ze wszystkimi szczegółami zapamiętałem to, co się działo wokół i pomiędzy nimi. A mianowicie: dyrektor Lubimow był na aktora Wysockiego za coś wściekły (spóźnienie na spektakl? zawalenie próby?; pojęcia nie mam, a pytać nie wypadało); na widok pieśniarza zbladł, potem sczerwieniał, demonstracyjnie odwrócił się tyłem i siedział z miną "ja tego nie chcę słuchać". Wysocki z półuśmiechem skruszonego winowajcy łypał okiem ku naburmuszonemu szefowi, ściszał ekspresję i żarcikami próbował rozładować atmosferę. Lubimow się zacinał. Jego ówczesna żona, ongiś gwiazda oglądanych po wojnie filmów, Skrzydlatego dorożkarza na przykład lub Czterech serc, blond madonna naszych szczeniackich westchnień, teraz już nieco matronowata Ludmiła Celikowska - próbowała niefrasobliwie zaszczebiotać konflikt. Taktownie mediowała czarująca, gazelopodobna Maja Plisiecka, kręcąc kształtną głową na nieprawdopodobnie długiej szyi. Nic nie pomagało. Pomógł natomiast śpiew Wysockiego. Oglądałem małą etiudę aktorską, wyreżyserowaną przez przypadek. W miarę następstwa piosenek gniew Lubimowa słabł, chociaż widać było, że Jurij Pietrowicz stara się być nieugięty; wydymał usta, marszczył brwi, patrzył w stół, aż stało się jasne, że to już pozory, forma bez treści i ku końcowi zwaśnieni przyjaźnie ze sobą rozmawiali.

Byłbym niewdzięcznikiem, źle wspominając ten salon, skoro widziałem w nim i słyszałem to, co widziałem i słyszałem. Toteż nie robię tego. Poetyka salonu jest jednak absorbująca, bo nakłada na gości konieczność wypowiadania wrażeń oraz ocen. Jest to część rytuału. Bardzo lubię Andrzeja jako osobowość, cenię jego rolę, jestem przywiązany do jego wytrwałej obecności; zgodzicie się jednak chyba, że nie była to chwila dla powiedzenia mu, że pisze wciąż to samo. (Poza wszystkim innym jestem pewny, że on sam najlepiej o tym wie i że owa niemożność przeskoczenia siebie samego jest jego wewnętrznym dramatem; czytam to w jego twarzy. A skoro sam wie, to jest nadzieja, że w końcu przeskoczy). Zgodzicie się również, że na temat świeżo usłyszanych piosenek Wysockiego najlepiej jest pomilczeć, każdy sobie. Słowem: było dobrze, pulardy (kompromis między uszlachetnioną kurą a królikiem) bardzo smakowały, ale pozostałem i pozostaję nadal miłośnikiem kuchni, nie salonów.

Wynosiłem z tych kuchni od czasu do czasu dowody szczególnego zaufania: manuskrypty samizdatowe. Tu też działał przypadek: od różnych ludzi dostawałem różne teksty. Nikt nie dał mi nigdy niczego własnego. Przypadkowi dopomagała najwidoczniej zasada, że ruch rękopisu odbywa się bez wiedzy autora. Jakkolwiek umowna, zasada była respektowana; rytuał stwarzał minimum bezpieczeństwa. Ponadto wszystko było w maszynopisach; żadne inne techniki, nawet najprymitywniejsze, nie wchodziły w grę. To stwarzało również niejaką samoobronę przed zarzutem rozpowszechniania. Co prawda, według ówczesnego sowieckiego kodeksu wystarczało  m i e ć.  Rozpowszechniano i multyplikowano, jak słyszałem, zupełnie spontanicznie: ten i ów posiadacz maszyny, dostawszy tekst, siadał z własnej woli i chęci i kopiował go, nim zwrócił. Była to bezpieczna forma pierwiastkowego zaangażowania, dająca pewnie minimum duchowego komfortu: świadomość, że sypie się w tryby machiny parę ziarenek piasku. Ta dekoncentracja i żywiołowość uczyniły rosyjski samizdat trudno obliczalnym (bo jak określić takie nakłady?) a zarazem trudno wykrywalnym. W polu mojego widzenia nie zdarzyła się w każdym razie żadna wpadka.

Terminy bywały zwykle bardzo krótkie; teksty nieraz grube, toteż wszystkie zobowiązania schodziły na plan dalszy; należało być absolutnie punktualnym, inni czekali w kolejce. Czytanie w metrze nie wchodziło w grę, zabieranie w podróże po Związku - również. Nocne i dzienne godziny spędzane nad Wszystko płynie Grossmana, Oddziałem onkologicznym i W pierwszym kręgu Sołżenicyna, Czewengurem Płatonowa, Wspomnieniami Nadieżdy Mandelsztam były porą doznań szczególnego rzędu. Wstawałem na chwiejnych nogach, świat wirował i gniótł, w głowie szumiała bezsenność i zgiełk myśli, pryskały resztki złudzeń. W Polsce nie bardzo miałem co z tym wczesnym wtajemniczeniem zrobić; napisać nie było gdzie ani jak, drugi obieg nikomu się jeszcze nie śnił. Rosjanie, legalni czy nie, mało kogo w gruncie rzeczy obchodzili. Nosiłem to wszystko w sobie, dzieląc się z żoną i garstką przyjaciół. Wtedy właśnie, momentami, czułem dławiący ucisk sowieckiego ciśnienia. Literatura piękna, jeśli dobra, ma to do siebie, że najkrótszą drogą, w jednym wewnętrznym spazmie atakuje wrażliwość, czyniąc człowieka innym niż przed chwilą, przed przeczytaniem. Niby wszystko było już wiadome przed tamtymi maszynopisami, ale nie tak...

Zaufano mi wtedy, jak myślę, po coś. Rosja udzieliła mi najlepszej cząstki siebie. Od tej pory jakoś do niej należę, nosząc ją zarazem w sobie. Będę się z tego zaufania wypłacał przez resztę czasu, który mi pozostał.

 

TWARZE MOICH PRZYJACIÓŁ

Spoza książek, manuskryptów, kuchennych stołów, domowych pogaduszek, nocnych wypraw wyglądają teraz ku mnie twarze ludzkie. Niektórych już nigdy nie zobaczę, ale tym bardziej pragnę je zapamiętać i postarać się, żeby znaczyły nie tylko dla mnie. Inne zmieniły tło; odnajdywałem je w Wenecji, Paryżu, Genewie, Sydney, co dawało efekt geograficznego nadrealizmu. Jeszcze inne, może trochę zmienione (donoszą o tym fotografie; czas leci), ufam, że kiedyś odnajdę w ich naturalnym, moskiewskim czy leningradzkim otoczeniu. Słowem, zgodnie z rosyjskim westchnieniem: innych uż niet, a tie - dalecze; jednych nie ma, inni są daleko.

Odkrywałem te twarze dla siebie stopniowo, w miarę kolejnych przyjazdów, wchodząc w środowisko literackie, rozpoznając je, ożywiając wizerunkami z portretów. Uczyłem się teraźniejszości i przeszłości. Dowiadywałem się o łajdakach, którzy mieli ludzkie odruchy, i o ludziach zacnych z nadłamanymi życiorysami. Poznawałem nazwiska bojowników, których lepsza część środowiska bardzo szanowała, choć nigdy nie zyskali poza nim wielkiego rozgłosu, jak Stiepan Złobin czy Fryda Wigdorowa. Okazywało się raz po raz, że czytanie to dla rusycysty za mało. Trzeba było tam przyjeżdżać. Zwłaszcza zjawiska odwilżowe z dala wyglądały - niestety - zbyt znacząco. Polska optyka je zagęszczała. Zdawało się, że skoro już  t a k  tam piszą, to za jakiś czas wszystko drgnie i ruszy. Dopiero współczynniki zastoju, strachu, siły konserwatystów wszelkiej maści, a także zwyczajnie rozmiary tego kraju, odległości z centrum ku peryferiom - pozwalały rozumować trzeźwo. A to wszystko dawało się odczuć tylko na miejscu. Albo choćby to: czytając w Polsce różne ówczesne rosyjskie artykuły krytyczne widziałem przed sobą wachlarz subtelnie wycieniowanych poglądów na różne sprawy. Przyjechawszy i poznawszy autorów, w żywej rozmowie, zorientowałem się ze zdumieniem, że w kwestiach zasadniczych wszyscy wiedzą i myślą to samo, a subtelności są jedynie kwestią taktyki, wyboru przesłony, sposobem na życie i funkcjonowanie. Tym bardziej stało mi się jasne, że nauka prawdziwego czytania po rosyjsku musi obejmować prócz tekstu pod- i nad tekst i że się tego nigdzie poza samą Rosją nie nauczę.

Wszystko to jednak było funkcją spotkań z ludźmi i ku nim nawracam. Przesuwają się na taśmie pamięci; kogo mam zatrzymać, podświetlić, przybliżyć? Masywnoszczęki, z cierpkim poczuciem humoru, jakby już zawczasu wychylony ku Zachodowi "czerwony Hemingway", Wasia Aksionow *[Stosowanie licznych zdrobnień typu "Wasia", "Wołodia", "Żora", "Jura" wymaga następującego wyjaśnienia. Nie przyjmujcie tego jako przejaw amikoszonerii; tej nie znoszę. Z ludźmi, których tak nazywam, łączyły mnie stosunki dobre albo serdeczne, upoważniające do takich form; to jedno. Drugie, ważniejsze: w szeroko pojętym środowisku taka tytulatura była (i pewnie jest nadal) powszechnie stosowana jako dowód uznania i sympatii, toteż chęć dochowania wierności klimatowi opisywanych spraw skłania do jej zachowania. Wiadomo było na przykład za moich rosyjskich czasów, że pytania: "Czytałeś nowego Jurę?" albo "Widziałeś sztukę Wasi?", dotyczą na pewno Trifonowa i Aksionowa; podobnie nie słyszałem nigdy, by o Bałterze powiedział ktoś inaczej niż "Boria", choć żadną miarą nie wypadało (prócz grona rzeczywiście bliskich) mówić tak o Słuckim; myślałem i myślę o nim zawsze jako o Borysie Abramowiczu. Rosyjska potoczna etykieta ma, notabene, wiele odcieni: dowodem szacunku może być zarówno zdrobnienie (stosowane raczej dla rówieśników), jak przyznawany wielkim i wybitnym przywilej mówienia o nich po imieniu i patronimiku. To ostatnie jest również powszechnie stosowane, służąc zarazem jako pewien znak cechowego wtajemniczenia; mówi się więc zwykle "Borys Leonidowicz, "Anna Andriejewna" czy "Osip Emiliewicz" zamiast "Pasternak", "Achmatowa" czy "Mandelsztam". Przy okazji: Gruzini mają tu jeszcze jeden, najwyższy stopień; o największych swoich poetach mówią po imieniu: "Paolo" (Jaszwrli) albo "Tycjan" (Tabidze), co z kolei zakłada, że wtajemniczenie w tożsamość nazywanych jest powszechne. Stąd pośredni i subtelny komplement, który, nie taję, pogłaskał mnie kiedyś w Tbilisi; pytanie "Czy w Polsce znają wiersze Gałaktiona?", kryjące w sobie zarówno cel informacyjny jak też pewność, iż gość jest "swój", bo wie, że chodzi o największego liryka współczesnej Gruzji, Gałaktiona Tabidze.]. Olśniewająco uśmiechnięty, czarnowłosy wówczas, dziś siwy Wołodia Wojnowicz. Melancholijny Żora Władimow, wydający chętniej pomruki niż słowa, skrywający intelektualną finezję pod aparycją portowego tragarza. Migają mi, w swoiście dziecięcym zachwyceniu, niby niezapominajki w spirytusie, oczy Włodzimierza Maksymowa, który tymczasem zmienił jednak i wyraz twarzy, i tryb życia tak radykalnie, że bierze strach i szacunek jednocześnie. Zjawia się gładko przyczesana, z aparycją staroświeckiej nauczycielki Julia Mirska, najznakomitsza tłumaczka z polskiego; nikt nie miał tak idealnego ucha na rytm frazy... I sokratesowskie czoło Dezika Samojłowa. I trzech wówczas nierozłącznych plastyków, Lempert, Sidur i Silis, z których dwaj poszli na lekki chleb, a Dima Sidur okazał się twardym i prawdziwym artystą. Przemyka się lekkim, mimo starości, niemal tanecznym krokiem Roman Nikołajewicz Kim, czarujący biesiadnik mimo nie najlepszych referencji, emerytowany tajny agent, rzucający w rozmowie: "To było wtedy, kiedy ukradliśmy w Pradze archiwum Czernowa!..." A tuż obok jego przyjaciel Lew Sławin, o twarzy dobrego, frasobliwego szympansa, odesyta i niezły pisarz, któremu doskwierała chyba głośniejsza reputacja literacka innych odesytów (a może go krzywdzę?). Cwietajewowska grzywka Junny Moric i otwarta w nie kończącym się ptasim trelu Bella Achmadulina. I tylu innych, do których się uśmiecham, nie nazywając ich z imienia i nazwiska dla świętego spokoju; może lepiej, żeby się nie pojawiali w takim szemranym kontekście?...

Zatrzymam taśmę na kilku z nich. Jak wypadnie. Jedni utrwalili się w scenie, w sytuacji, inni w dłuższej obecności.

BORIA. Borys Bałter. Napisał tylko jedną, ale za to znakomitą książkę, i za nią będzie pamiętany. Czysta w tonie, prawdziwa, przejmująca elegia po straconym, kombatanckim pokoleniu: Do widzenia, chłopcy. Jak w wierszu Okudżawy pod tym samym tytułem: Do swidanija malcziki, malcziki, postarajties' wiernutsia nazad... *[Do widzenia, chłopcy, postarajcie się wrócić z powrotem.] O młodości, szczenięcych latach tych, którzy ginęli. Wróciło trzech ze stu. Boria był w tej trójce. Dowodził pułkiem, był ranny, nadszarpnął serce. Żył wśród zawałów i minizawałów, cały czas w cieniu Kostuchy. Ale miał naturę dożywotniego bojownika. Bez przerwy kogoś bronił, coś podpisywał, skrzykiwał braci-pisarzy na wspólne akcje. Twardogłowi nienawidzili go jak zarazy, zwłaszcza że pozostał członkiem partii. Ustawicznie go szarpano, aż się stargał i kolejny zawał powalił go w roku 1974; miał niespełna pięćdziesiąt pięć. Na niedługo przedtem skończył krzątaninę wokół budowy własnego, wiejskiego domu. Miało to być coś znacznie więcej niż pospolita dacza: twierdza, w której dawałby odpór wrogom i zbierał swoich. Nie zdążył się nim nacieszyć. Miał niesłychany urok; dziecięca dobroć i naiwność żyły w rzadkiej symbiozie z twardością bojownika o sprawiedliwość. Nieduży, wielkogłowy, twarz o rozległych płaszczyznach, modelowana jakby ukośnie, bardzo wysokie, cofnięte czoło, grube wargi, mimiczna ruchliwość południowca, uśmiech, który wypełniał całe pomieszczenia. Zdawał mi się zawsze w nieustannym ruchu. W ciągu tych dwunastu lat, które minęły, nie byłem i nie jestem w stanie wyobrazić go sobie martwym. Podświadomie jest chyba dla mnie tak, że przepadł na tym swoim dożywotnim froncie bez wieści...

A widzę go zawsze, jak wpada do któregoś z pisarskich mieszkań. Stoimy grupką o czymś mówiąc, może już na odchodnym. Boria łapie oddech, przybladł od pośpiechu, uśmiecha się i mówi: Nu, riebiata, nado zaszcziszczat' Isaicza! *[No, chłopaki, trzeba bronić Isajewicza (tj. A. J. Sołżenicyna - A. D.).] Widocznie było to w czasie kolejnej nagonki na Sołżenicyna. Wszyscy wokół mnie poważnieją: bronić to bronić, ale jak? Boria zagarnia ich niecierpliwym gestem do kuchni - są sprawy, o których przyjaciel-Polak nie musi wiedzieć - słyszę jego świszczący, zachłystujący się szept i tak ode mnie odchodzi.

JURIJ OSIPOWICZ. Jurij Dombrowski. Wieloletni łagiernik, autor świetnego Kustosza, książki o pełzającym szaleństwie wielkiej czystki roku 1937, widzianej z perspektywy odległej Ałma-Aty. Ta książka, chociaż z trudem, przeszła jeszcze przez ucho igielne cenzury. Jej dalszy ciąg, Wydział rzeczy niepotrzebnych - już nie; krążył w samizdacie, potem wyszedł za granicą. Dalszy ciąg był o tym, jak można było ocaleć, nawet w więzieniu, przestrzegając elementarnych, ludzkich manier. Jurij Osipowicz był wysoki, chudy, kanciasty, cały w ostrych kątach, twarz miał wyprawioną, wygarbowaną, zrytą przez Północ; takie twarze rozpoznawało się od razu. W ruchach był zamaszysty, często nieco rozchwiany (pił dużo); witając się wyrzucał ręce do góry, mówił dużo, słów używał dosadnych. Czuło się w nim wielką wrażliwość, jeszcze większą kulturę, nieograniczone możliwości (napisał jeszcze inne rzeczy, też dobre: opowiadania o Szekspirze, przejmującą wizję faszyzmu) - i całkowite wysadzenie z siodła przez tamte kilkanaście lat łagru. Poznałem innych o podobnych losach; łączyło ich właśnie to, że zagnieździwszy się z powrotem w normalnym życiu zawsze byli jakoś, niewytłumaczalnie, poza jego układami. Mieli coś w oczach; nie umiem tego określić. Dombrowski, jakiego znałem, miał życie nie urządzone, mieszkał w komunałce, czyli w mieszkaniu wielorodzinnym. Zaprosiwszy mnie, długo i starannie zamykał drzwi, nadsłuchiwał pod ścianą, posłał przyjaciółkę do kuchni: "Musiu, zobacz, czy nie słucha". Wyjaśnił: "Mam parszywego sąsiada, szpicel, ścierwo". Wypiliśmy parę kieliszków. Powiedział: "A teraz powiem wam wiersz o tym, jak udusiliśmy donosiciela". Zaczął od razu pełnym głosem, a że wiersz był długi i dokładnie opisowy, więc głos przeszedł mu w skandowany krzyk i przez otwarte okna wypełnił zamknięte podwórko czynszówki niby pudło rezonansowe. Kamienica wydawała się zastygać, zasłuchana.

I tak pozostał mi, rozkrzyczany, z rozwianymi kosmykami prostych, siwych włosów, z sąsiadem-szpiclem, pewnie słuchającym za ścianą.

JURA. Jurij Trifonow. Czuję jego spojrzenie. Stoję w ciemnawym gabinecie przy ulicy Gheorghiu Deja i od niechcenia patrzę na półki z książkami. Dużo wszystkiego. Trafiam na rosyjskie i wielojęzyczne wydania Jury. Najwięcej jest chyba Studentów. Nie brakuje i polskiego wydania. Ocieram się o własną młodość; to właśnie tę książkę, opisującą z aprobatą stalinowską nagonkę antykosmopolityczną, przerabialiśmy kiedyś obowiązkowo we wszystkich grupach studenckich, na zetempowskich zebraniach. Spojrzenie Jury, zawsze jakby melancholijne, dociekliwe zza grubych okularów, czeka z cierpliwą rezygnacją. Wiem, że dźwiga ten błąd młodości jak dożywotni krzyż. Widzę, że go nie ukrywa, i to każe mi go szanować jeszcze bardziej. Nie wiem, że już niedługo postąpi według najlepszej miary: napisze to jeszcze raz, zgodnie z obecną wiedzą; porachuje się z czasami wielkiego oszustwa i z sobą samym. Książka będzie się nazywała Dom nad rzeką Moskwą i przeczytam ją, w dusznej i mętnej aurze roku 1976, jakby zaczerpując wielki haust świeżego powietrza. Od razu napisaliśmy mu wtedy z żoną kartkę z podziękowaniem za radość, jaką nam sprawił. Odpowiedział: "Cieszę się, że się wam podobało, zwłaszcza że znacie temat" - i to "zwłaszcza że..." będzie tak samo porozumiewawcze, jak tamto spojrzenie w pokoju. Powściągliwą, jak on sam, przyjaźń Jury, którą zechciał mnie obdarzyć, przeczytawszy jakąś moją recenzję z któregoś ze swych polskich wydań - noszę w pamięci jako jedną z największych moskiewskich zdobyczy. Nie ma sposobu powiedzenia, jak bardzo brak teraz tego pisarza; właśnie teraz, kiedy czas wydaje się powoli i zgrzytliwie obracać w stronę trifonowowskich wartości. Więc tylko przedłużam ten moment, kiedy - duży, kanciasty, jakby wiecznie chłopięcy, z ustami wyciągniętymi w wyrazie zatroskania - przygląda się z kąta gabinetu, jak patrzę na Studentów.

ILJUSZA. Ilja Zwierjew. Jeden z tych pracowników pióra, o których historie literatury zwykle zapominają. Bo też Rosja ma takich wielu. Zaczynają od dziennikarki, potem łapią formy pośrednie, po rosyjsku zwane oczerk, czyli szkic; dobrze znając życie, poruszają się między realnością a myśleniem, sporo z konieczności łagodząc, ale jednocześnie dając niezłe kawały prawdy. To pisarstwo bardzo tam popularne i pożyteczne, często idące w zwiadzie całej literatury (tak właśnie było w porze przedodwilżowej), jako psychosocjologiczne rozpoznanie stanu społeczeństwa, nasycone duchem spraw nowych. Ilja też pisywał takie kawałki, niby lekkie, pozornie błahe, w istocie wołające, chociaż przyciszonym głosem, o poprawienie życia. Jego tomik Drugi kwietnia wyszedł po polsku, a on sam ogromnie do Polski przylgnął. Należał do najżarliwszych, jakich znałem, polonofilów. Przyjeżdżał do nas, biegał, myszkował, patrzył, starał się zrozumieć. Podobało mu się bardzo, że jesteśmy inni. "U was czarne nie jest całkiem czarne, a białe - białe..." - powiedział mi. Zachwyciło go Tango Mrożka, które zrozumiał bodaj do najgłębszego dna. Bardzo chciał o Polsce napisać i bardzo się tego bał, długo układał rękę, ledwo zaczął - i śmierć okazała się szybsza. Podobnie jak Bałter był ciężko chory i nieustannie ruchliwy; biegał, zachłystywał się, przystawał, łykał jakieś pigułki, dyszał ciężko i biegał znowu. Pyknik o nieco niezdrowej tuszy, czarnowłosy, klasyczny żydowski intelektualista (nazywał się naprawdę Izold Zamberg) miał w sobie pasję życia, zrozumienia, napisania jak najwięcej przed dojściem do czarnej krechy, którą musiał ciągle przed sobą widzieć. Dożył raptem do czterdziestki. Zawdzięczam mu wiele pożytecznych nauk, udzielanych mimochodem, bez kaznodziejstwa, w trosce o to, żebym lepiej rozumiał, dokąd przyjeżdżam. Cierpliwie prostował moje wczesne zauroczenie rosyjską awangardą. Szykowałem się już do pisania swego krótkiego kursu literatury rosyjskiej 1917-1967, i w naiwności własnej myślałem, że wzlot i upadek awangardy będzie tym kluczem, sprawą główną. Ilja z frasunkiem kręcił głową. Potem zrozumiałem, że te moje koncepcje były na poziomie szortów z czasów Festiwalu.

Jak na południowego Rosjanina przystało, lubił Ilja słowo soczyste i obrazowe. O pewnym działaczu związkowoliterackim powiedział: "W porównaniu z jego artykułem gówno to kompot"; oceńcie blask metafory!

A najbardziej zapamiętałem, jak ze swym chytrym i frasobliwym zarazem uśmiechem, polonofil-entuzjasta, opowiada epizod z podróży po Polsce. Wycieczka pisarska odwiedziła jakiś kościół. W kruchcie wisiała (były wówczas takie zwyczaje) lista lektur zalecanych, obojętnych i odradzanych...

- ...no więc, rozumiesz sam, wczepiliśmy się wszyscy w tę listę. Z góry przecież wiemy, co na niej będzie. Książki od nas - w trzeciej rubryce, jakże inaczej? I masz! Wszystko na odwrót. Literatura radziecka - na pierwszym miejscu. Gorąco zalecana! Konsternacja. Idziemy do księdza. Młody taki, wygadany. Pytamy: Jakże to tak, świątobliwy ojcze? Czy nie błąd jaki? A on: Ależ skąd! My - powiada - kładziemy nacisk na literaturę zdrową moralnie. A pod tym względem książki panów towarzyszy są bez zarzutu. Przecież u was nie można odróżnić mężczyzny od kobiety...

Wybuchnąłem śmiechem. Iljusza zawtórował mi ciszej i jakby smutniej. Kręcił przy tym głową, patrząc gdzieś w dół. Ale chyba się nie myliłem łowiąc w jego wzroku także cień satysfakcji? Jego ukochana Polska znów - w drobiazgu również - stanęła na wysokości zadania.

BORYS ABRAMOWICZ. Borys Słucki. Bardzo ważny poeta, jeden z uznanych liderów pokolenia kombatanckiego. Twardy staż wojenny: ochotnik, politruk, długi szlak bojowy, wiele ran, wiele odznaczeń. Pierwszy wiersz opublikował w maju 1941, następny w dwanaście lat później; pierwszy cieniutki tomik Pamięć wydał w roku 1957, mając prawie czterdziestkę. Ale znacznie wcześniej zdobył sobie mocny autorytet. Pisał o tym, że wojna jest procederem strasznym, krwawym i pustoszącym. Pisał o poległych i o nakazach, jakie zostawili żywym. W jego wierszach wykładał się etos frontowców: nie zapominać, być z ludźmi, pisać prawdę. Potem pisał już o wszystkim, ale jakby nigdy nie zdejmując munduru. Wiersz człapie u niego krokiem zmęczonego piechura, w ciężkich buciorach. Tak właśnie chciał; świadomie nurzał swoją poezję w powszedniości, w kolokwializmach, prozaizmach, rymach imiesłowowych. Umiejąc być gładki i potoczysty, był zawsze szorstki, zgrzytliwy, chrzęszczący. Niektórzy uważali, że tego już za wiele i że to niszczy samą istotę poetyckości. Nie wiem, doprawdy. Bardzo lubiłem go właśnie takim, z antyestetycznym zgryzem, z ciągłą obawą, by nie pisać ładnie.

W życiu był taki sam: powściągliwy, surowy, nawet oschły. W rozmowach raczej się tylko uchylał, nie otwierał. Za tą szorstkością czuło się wielką wrażliwość i głęboko ukrytą potrzebę aprobaty. W wierszach, gdzie bywał otwarty, powiedział o tym wprost i po swojemu: "jestem wrażliwy na uznanie jak ziemia na nawożenie". Być może wchodziło tu w grę jeszcze coś. Jak Trifonow, Borys Abramowicz dźwigał dożywotni garb swego grzechu. Tylko że nie był to grzech młodzieńczy. Kiedy w roku 1958, w kulminacyjnym momencie awantury z Nagrodą Nobla, zebranie moskiewskich pisarzy kamienowało Pasternaka - Słucki również cisnął swoje słowo potępienia. Jest to dla mnie jedna z trudniejszych zagadek psychologicznych. Doświadczeni związkowi nadzorcy musieli go widocznie zaszantażować. Ale czym? Właśnie jego, twardego, nieugiętego, żywe sumienie literatury, o którym pisał Jewtuszenko, że "...żył z małych tekstów radiowych, żywił się tanimi konserwami i kawą; nie mając mieszkania, wynajmował mały pokoik". Spuśćmy na to zasłonę; przypominam o zasadzie wstrzymania się od łatwych potępień. W moim głębokim przekonaniu, którego chciałbym udzielić i wam, Borys Abramowicz odcierpiał, odrobił, odpisał tamto z nawiązką.

Na początku, mimo dobrych rekomendacji, obdarzył mnie nieufnością. "Czy pani jest naprawdę przekonana, że to porządny człowiek?" - wypytywał z naciskiem moją przyszłą żonę. Czułem z daleka jego chłodne, przenikliwie oceniające spojrzenie. Kiedyś urządził mi, u wspólnych przyjaciół, egzamin ze znajomości mało znanych rosyjskich poetów. Spociłem się jak mysz, bo sam znał najtajniejsze zakątki ojczystej liryki; była to jego pasja. Wyciągnąłem może na jakie trzy plus. Wtedy już trochę złagodniał. Ale już wielokrotnie później, kiedy prowadziłem z nim szczere rozmowy, czułem się po trosze tak, jakbym był za każdym razem egzaminowany. Więcej jeszcze: z dala od Moskwy, w Polsce, kiedy coś o Rosjanach pisałem, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że wie, obserwuje, przeczyta, oceni. Inna sprawa, że za każdym przyjazdem należy się u niego zameldować. Prawie dosłownie, bo swoje ja słuszaju *[Słucham.] wypowiadał przez telefon głosem dowódcy, oczekującego raportu. I raport należało istotnie zdać. Najpierw, po tym "słucham", padało pytanie: Czto nowogo? *[Co nowego?] Oczywiście: co nowego w Polsce. Polskę Borys Abramowicz czujnie i miłośnie śledził; miał w niej przyjaciół, tłumaczył wielu poetów, sądził, że poetycko dorównuje Rosji. Oczekiwana odpowiedź winna była zwięźle przekazać to, co najistotniejsze. Potem padało również lakoniczne pytanie: Kogda prijdiotie? *[Kiedy pan przyjdzie?] Zwlekanie nie wchodziło w grę. I wtedy, w jego ciemnawym gabinecie składało się szczegółowe sprawozdanie. Gospodarz słuchał uważnie, patrząc czujnymi, lekko wypukłymi, nieco ptasimi oczyma, z pewnym nastroszeniem kształtnej, okrągłej głowy z sumiastym wąsem. Wyglądał jak żydowski szlachcic z dobrego rodu; nie mówcie mi, proszę, że to trudno wyobrażalne, skoro  t a k  właśnie wyglądał; popatrzcie na jedną z jego licznych fotografii, a przyznacie mi rację. Prawie nigdy się nie uśmiechał; prawie nigdy nie opuszczał go wyraz głębokiej troski. Takim uformowała go pewnie wojna i takim pozostał. Czuło się, że otrzymywane informacje waży, ocenia, segreguje. Zadawał rzeczowe pytania i sam rzeczowo informował, co się działo w Rosji. Lekka konwersacja nie wchodziła w grę. Do powtórnego przyjścia zwykle nie zapraszał, uważając widać sprawę za załatwioną; i tak było dobrze.

Aż nastąpiło spotkanie inne niż poprzednie. Przyjechałem, złożyłem sprawozdanie. Opowiedziałem o tym, jak w Warszawie odbyła się u Wizytek msza za duszę polskiego Słuckiego, Arnolda, zmarłego w Niemczech marcowego wygnańca. Jak nie udało się zamieścić najmniejszej wzmianki, nawet nekrologu w "Życiu Warszawy" - i kościół stał się jedynym miejscem, w którym można było uczcić pamięć byłego komunisty i oficera politycznego, znakomitego polsko-żydowskiego poety. (Potem to szerokie otwarcie kościoła stało się czymś oczywistym, ale wtedy - był rok 1974 - dopiero tworzyło precedens). I o tym, że mszę za Słuckiego odprawiał ksiądz-poeta Jan Twardowski. Borys Abramowicz stał się cały słuchem. Wiedziałem, że bardzo był do faktu istnienia swego polskiego imiennika przywiązany. Miałem teraz dostrzec stawanie się wiersza; w moich oczach iskra inspiracji zapalała tworzywo. Wieczorem tego samego dnia zadzwonił. Andriej, chotitie, procztu wam stichi? Było to, poza wszystkim innym, coś pięknie rosyjskiego w starym stylu; chęć natychmiastowego podzielenia się nowo narodzonym lirykiem. To, co przeczytał, było pożegnaniem i obrachunkiem. Przyłożył swój własny los do losu imiennika, brata-Lacha, zadumał się nad wnioskami, które tamten wyciągnął, i myślę, bez naciągania - pozazdrościł mu później jednoznaczności decyzji. A zarazem przetransponował biografię Arnolda na swoją niepowtarzalną tonację, broniąc się dosadnością i potocznością zwrotów przed nadmiernym wzruszeniem. I wsłuchał w głos warszawskich dzwonów, bijących przecież także jemu...

Przeczytał mi wtedy wiersz. Milczałem przez chwilę. Nu i kak? - spytał. Po mojemu oczen' choroszo, Boris Abramowicz. Spasibo *[No i jak? - Moim zdaniem bardzo dobrze, Borysie Abramowiczu. Dzięki.] - powiedziałem. Sczitajetie, czto wsio w poriadkie? *[Uważa pan, że wszystko w porządku?] Tak, uważałem, że wszystko jest w porządku. I nadal tak uważam.

Potem dostałem od niego rękopis z dedykacją. Kiedy dowiedziałem się, na początku roku 1986, że zmarł i że nigdy go już w Moskwie nie zobaczę - wiersz przetłumaczyłem. Oto on.

 

MSZA ZA SŁUCKIEGO

 

Mało-m w życiu zwiedzał kościołów,

Znacznie częściej szedłem przez kości.

Nazbyt długo byłem wesoły -

Zamiast ostrzej, wolałem - prościej.

 

A tymczasem imiennik mój, Arnold

Słucki,

polski poeta były,

Razem z żoną -

na dolę marną

Musiał kraj swój opuścić miły.

 

Komunista jeszcze sprzed wojny,

Laureat z piersią w orderach,

Eks-politruk polskich sił zbrojnych,

Za wzór innym stawiany nieraz -

 

Jednakowo dwóm Bogom służyć,

Dwu zakonów przestrzegać chciał

Arnold Słucki. Lecz widać dłużej

Nie potrafił

i z Polski zwiał.

 

A znów całkiem niedawno polski

Ksiądz-poeta,

stary warszawiak,

Co nazywa się pan Twardowski,

Mszę za duszę Arnolda odprawiał.

 

Mało dbałem, aby zachować

Rytuały

w życiowym szumie.

Dla tej dziwnej mszy

znaleźć słowa

Bardzo chciałbym. Ale nie umiem.

 

Sam też pono lubi pisywać

Pan Twardowski wierszyki ciekawe...

Sławo Polski -

zbiegła i żywa! -

To za ciebie tę mszę odprawił.

 

Coś Polacy takiego mają...

Ten w rozpaczy ucieka w świat,

Ów, swą dolę uspokajając,

W Bożą służbę wstępuje rad.

 

Ku wieczności wyciągam dłonie

I nakarmią mnie, złaknionego...

Biją, biją warszawskie dzwony.

Odprawiają mszę za Słuckiego.

 

OSIA. Josif Brodski. Od razu w marcu 1963, kiedy po raz pierwszy jechałem do Leningradu, ktoś dał mi jego telefon. Zadzwoniłem. Powiedział, że przyjdzie do hotelu. Przyszedł bodaj natychmiast. Zapamiętałem to tak, jakby zaraz po wejściu zaczął mówić wiersze. W istocie musieliśmy najpierw wymienić kilkanaście konwencjonalnych zdań, ale wspomnienia mają swoją własną rację; najkrótszą drogą zmierzają do najważniejszego - poezji. Wydawał się zgłodniały kontaktu, zwłaszcza z przybyszem z Polski. W Rosji, poza wąskim kręgiem leningradzkim, prawie nikt go jeszcze nie znał. Musiał mieć silne poczucie własnej wartości, które żądało jednak potwierdzenia.

Zaczął od razu z wysokiego tonu, głosem podwyższonym, jakby modlitewnym. Recytował według rosyjskich zasad, kładąc nacisk na melodię, nie - sens. Normalnie tego nie lubię. Ale tym razem nic nie miało znaczenia.

 

Dżon Donn usnuł. Usnuło wsio wokrug.

Usnuli stieny, pol, postiel, kartiny,

Usnuli stół, kowry, zasowy, kriuk,

Wies' gardierob, bufiei, swiecza, gardiny,

Usnuło wsio. Butyl, stakan, tuzy,

Chleb, chłebnyj noż, farfor, chrustal, posuda,

Nocznik, bieljo, szkafy, stiekło, czasy...

 

Głos wypełniał cały pokój hotelowy. Słyszałem najlepszy bodaj z jego wczesnych utworów, Wielką elegię dla Johna Donne'a. Obraz urastał spiralnie, niby lotem krążącej pszczoły, i zdawał się nie mieć końca. Był cały z konkretów, ale ich spiętrzenie miało nadnaturalny, metafizyczny wymiar. Nowy, wspaniały świat poetycki - jednocześnie po raz pierwszy exod czasów Mandelsztama, zakorzeniony w całej europejskiej kulturze, tradycji, micie - spadał na mnie kaskadami. Wbitemu w krzesło, brakowało mi tchu.

 

...Stupien'ki lestnic, dwieri. Nocz' powsiudu.

Powsiudu nocz': w uglach, w głazach, w bieljo,

Sriedi bumag w stole, to gotowoj rieczi,

W jejo słowach, to drowach, w szczipcach, w ugle

Ostywszego kamina, w każdoj wieszczi,

W kamzole, to baszmakach, to czulkach, to tieniach

Za zierkałom, to krowati, to spinkie stuła,

Opiat' w tazu, w raspiatiach, w prostyniach,

W mietle u wchoda, w tuflach. Wsio usnuło.

Usnuło wsio...

 

Nie jest w dobrym stylu dopisywanie sobie ex post nieomylnych przewidywań. Ale akurat w tym wypadku niebezpieczeństwo nie grozi. Tylko wyjątkowy tępak mógł wówczas nie odczuć, że ma do czynienia z następcą tronu rosyjskiej poezji, po Annie Achmatowej. Nie to, że każdy musiał ten typ wierszy lubić. Ale otwierany przez Brodskiego wymiar stawiał go poza wszelką konkurencją. Wielu przecież wówczas pisało barwnie, wyraziście, kunsztownie, odważnie, uczciwie. Była pora odnowy rosyjskiej liryki. Brodski jednak niczego nie odnawiał, do niczego - rosyjskiego! - nie nawiązywał, prócz samej zasady, dziedziczonej po symbolistach, a czyniącej poetę rzecznikiem wtajemniczenia w sens bytu, pośrednikiem między ziemią i niebem. Brodski tworzył nową zasadę i dykcję, wyznaczał sobą nową tradycję. Sprawa pierwszeństwa przestawała być, gdy się go poznawało, dyskusyjna: schodziła z wokandy.

Zeszła wtedy i dla mnie. Skończył Donne'a blady. Miał twarz bardzo semicką, ale z gatunku tych silnych, mocno osadzonych na przysadzistym tułowiu, z energicznie wysuniętym podbródkiem. Nie był to typ tradycyjnego żydowskiego intelektualisty. Kojarzył się raczej z Biblią lub tymi rozrośniętymi, krzepkimi Izraelczykami z kibuców, których ze zdumieniem, jak ludzi nowej rasy, oglądaliśmy w czasie warszawskiego Festiwalu Młodzieży w roku 1955. "Juda Machabeusz" - pomyślałem w pierwszym mgnieniu, gdy tylko wszedł, i tak myślę o nim do dziś, choć tymczasem jego krzepa jakby ścieniała.

Popatrzył na mnie, osłupiałego, i uśmiechnął się zwycięsko. Powiedział Wot, takije stichi i od razu zaczął recytować coś innego. Głos znowu zafalował. Wiersze były różne; w jego wczesnej liryce sporo było młodzieńczej koturnowości. Ale raz po raz potwierdzało się i tamto, pierwsze wrażenie. Widziałem pierwszego rosyjskiego poetę. Nie darmo Achmatowa wyróżniała go zdecydowanie w otaczającej ją grupce poetyzującej młodzieży - i obdarzała swą monarszą protekcją. Podobno, gdy coś w jego wierszach mniej się jej spodobało, miała zwyczaj, lekko unosząc brwi, mówić: "Puszkin by tak nie napisał". Wystarczy.

Dowiedziałem się jeszcze, za pierwszym razem, że też jest zajadłym polonofilem. Winna była temu i pewna polska dziewczyna, i ogólna atmosfera tamtych czasów (młodzi na wyprzódki uczyli się polskiego; w ówczesnej młodej prozie ulubionym atrybutem nowoczesności bohaterów jest czasopismo "Polsza"), i chyba jego własna, wyostrzona wrażliwość, dająca mu poczucie zagrożenia i zamknięcia. Polska była tuż, o miedzę, a niedostępna; stąd i wiersze o Monte Cassino, i obraz zatrzaśniętej na głucho granicy, ponad którą "żurawie ciemności nieustannie lecą ku Warszawie". Znał polski i lubił się tym chwalić, rwał się ku nam, a nie było przecież sposobu, żeby go zaprosić. Jedyne co mogliśmy dla niego zrobić, to sprawić, żeby w różnych przekładach ukazało się w naszych czasopismach i antologiach kilkanaście jego wierszy - z głupia frant, dzięki niedoinformowaniu cenzury, która nie miała przecież pełnego spisu prawomyślnych poetów Związku.

Tu już wybiegam w przyszłość. Wtedy zadzierzgnęły się między nami więzy. Byłem w jego domu, o którym jeszcze powiem. Dostałem plik wierszy. Niedługo potem był sądzony i skazany jako "pasożyt", czym władza pośrednio dowiodła, że również wysoko go ceni. Wybrano go bowiem niewątpliwie po to, by spacyfikować i zastraszyć wiecznie krnąbrny, młody literacki Leningrad. Zesłany, po pewnym czasie powrócił. Kontakt znów został nawiązany. Odnalazłem go, po tym doświadczeniu, prawie takiego samego, może tylko bardziej sceptycznego, chwilami cynicznego nawet i ostrzejszego w słowie. Jego zagraniczna sława rosła, wyszedł już pierwszy, francuski tom przekładów. Natomiast sytuacja w ojczyźnie była ciągle chwiejna. Władza bezbłędnie wyczuwała w nim ciało z gruntu obce (w dodatku żydowskie) i promieniujące na otoczenie, mimo że niemal w ogóle nie pisał wierszy "politycznych" i aktualnych; jego poetyckie królestwo było z innego świata.

Kiedyś się to wahnęło. Za którymś przyjazdem zastałem go w podnieceniu. Zamajaczyła perspektywa tomiku. Na łóżku i stole leżały maszynopisy. Prosił mnie o radę: jak je ułożyć, co wysunąć, a co odsunąć, żeby zrobić lepsze wrażenie. Spędziliśmy nad tym cały wieczór. Doszliśmy wspólnie do wniosku, że tomik się zarysował, że daje obraz, że wprawdzie się nie kłania, ale i specjalnie nie drażni. Bogać tam! Wkrótce dowiedziałem się, że wszystko spaliło na panewce. Może zresztą zwodzono go celowo, żeby mu pograć na nerwach.

Potem odwiedził mnie w Moskwie. Kiedy go zobaczyłem, gwizdnąłem z podziwu: miał na sobie cyklistówkę, kraciastą marynarkę, stosowny krawat, sweterek i bodaj pumpy. Wyglądał jak Anglik z karykatur. Bardzo się ucieszył z tego wrażenia. Swoją strukturą duchową i sztuką poetycką ciążył zawsze ku Anglosasom; jego anglofilstwo było może nie tak emocjonalnie ekstatyczne, ale z pewnością ważniejsze, by tak rzec, bardziej strukturalne niż polonofilstwo. Ubraniem nieco nad tym ironizował, ale jednocześnie podkreślał. Marzył wtedy o gościnnym wyjeździe na Zachód, zaproszeń miał mnóstwo, ale szans żadnych, więc na zasadzie gry stwarzał sobie substytut. Powiedział mi wtedy: "Wiesz, mam tam masę pieniędzy, z którymi nie mogę nic zrobić. W związku z tym jednemu przyjacielowi, który się tam ożenił, kupiłem w prezencie hotel z całym wyposażeniem". Twarz miał zupełnie poważną, tylko w oczach lekkie błyski. Może zresztą naprawdę kupił? Lub tylko myślał, że mógłby kupić, gdyby zechciał, bo stać go na to?... Ale w środku pozostał taki sam. Recytował nowe wiersze i pokoik zbiorowego mieszkania wypełnił swoim poetyckim zaśpiewem, wychlustując go i na korytarz. "Cóż to za gościa dzisiaj macie? - zainteresował się ciekawy sąsiad. "To taki poeta z Azji Środkowej" - odpowiedziała przytomnie gospodyni.

Aż przyszło ostatnie spotkanie w Rosji. Spędziłem w Leningradzie jakiś bardzo pracowity dzień. Z Osią byłem umówiony na późny wieczór. Spóźniłem się i przywlokłem do domu przy Litiejnym Prospekcie już w nocy, zgoniony i ledwie zipiący. Dom był perłą architektoniczną rosyjskiej secesji; mieszkał w nim niegdyś Błok, a także Zinaida Gippius i Dymitr Mereżkowski; Osia opisał zresztą to wszystko w szkicu Półtora pokoju, opublikowanym już w Stanach. Brodscy zajmowali tu właśnie półtora pokoju w sześciopokojowej komunałce. Ojciec był eks-oficerem marynarki i fotoreporterem czasu wojny; wtedy już na emeryturze. Wszedłem do połówki Osi przez zadziwiający system podwójnych czy potrójnych drzwi, przysłoniętych jakimiś zasłonami, pod którymi trzeba się było niemal przeczołgiwać. Pokój był tak nieprawdopodobnie wysoki, jak to bywa w starym, leningradzkim budownictwie, powstałym z myślą o solidnych lokatorach. Bogate sztukaterie, ogromne okno, wszystko było zagracone. Od części zamieszkanej przez rodziców (bo półtora pokoju było w gruncie rzeczy jednym) poeta oddzielił się gigantyczną piramidą kufrów, szafek i półek z książkami, z której zwisały festony choinkowych lampek. Lampki rozbłysły, zrobiło się bajecznie i fantasmagorycznie, niczym w pałacu czarnoksiężnika na Boże Narodzenie. Mówić postanowiliśmy po angielsku, żeby utrudnić służbę podsłuchującym (z jedenastu sąsiadów donosicielką, zdaniem Osi, była tylko jedna osoba, co, sądził - "jak na komunałkę" dało bardzo korzystny procent - cytuję wg szkicu). Była to angielszczyzna obustronnie koślawa, ale feeryczna; pletliśmy wszystko o wszystkim, lampki świeciły, było coś do picia, nic do jedzenia i nad ranem zerwałem się jak sprinter, by złapać taksówkę i zdążyć na jakąś drugą stronę miasta, do hotelu, przed rozsunięciem miejscowych, zwodzonych mostów. Noc przeszła, zmęczenie ulotniło się bez śladu, byłem rześki, roznosiła mnie energia. Powiedzcie teraz, jak tu nie tęsknić do magicznych rosyjskich spotkań?

Na Nowy Rok przyszła od niego kartka. Narysował na niej pyzatego aniołka dmącego w trąbę, a niżej umieścił tekst:

 

Patrząc bardzo smętnym wzrokiem

W strony świata te i owe

Joseph Brodsky z Nowym Rokiem

Was pozdrawia, Drawiczowe.

 

Niestety, intuicja go nie zawiodła. Bodaj niedługo po Nowym Roku zaproszono go, po sąsiedzku niemal, bo i kilka domów dalej, do siedziby lokalnego bezpieczeństwa. Tam otrzymał propozycję wykorzystania jednego z zaproszeń zagranicznych. Wahał się, ale propozycja okazała się trudna do odrzucenia. W efekcie od dwunastu lat jest emigrantem. Jego anglosaskofilstwo sprawdziło się w najwyższym stopniu w postaci wyjątkowej wzajemności. Jak mi powiedziano, z Rosjan tylko Sołżenicyn i on autentycznie weszli i usadowili się na amerykańskim rynku wydawniczym. Ma tam swoich koneserów, swoich tłumaczy, swoją publiczność, swoje organy. Pisze, publikuje, występuje, jeździ; jego wieczory są wydarzeniami, jego angielszczyzna stała się tymczasem bodaj bez zarzutu i wiersz, który w dowód pamięci otrzymaliśmy odeń w roku 1982, był pisany po angielsku. Rosjanin napisał po angielsku wiersz o Polsce dla Amerykanów i zadedykował go polskim przyjaciołom; poezja chadza krętymi ścieżkami, ale trafia do celu najkrótszą drogą. Wiersz został przetłumaczony przez Stanisława Barańczaka; nazywa się Kolęda stanu wojennego, a Osia błyszczy na wszystkich kontynentach jako pierwszy rosyjski poeta, dając nam jeszcze i tę satysfakcję, żeśmy się nie pomylili w ocenach. Bardzo jestem za niego rad, bo jeśli już opuścił Rosję, to spotkał go lepszy wariant losu, ale jednocześnie mu współczuję, bo emigracja jest zawsze dramatem, i wcale nie jestem pewny, czy oko, którym spogląda "w strony świata te i owe", jest teraz zawsze beztroskie.

Moim zmarłym życzę dobrej, ludzkiej pamięci; moim żywym - przebywania tam, gdzie są u siebie.

 

CZASAMI NIE WYCHODZIŁO

Żeby się zupełnie nie zasmęcić i zbytnio nie zadąć, opowiem teraz o paru spotkaniach nieudanych. Każdy spełniony kontakt był sukcesem, a relacje o samych sukcesach pachną samochwalstwem. Niech więc je zrównoważą porażki. Było ich więcej, ale wybieram takie, które dają czemuś świadectwo i coś znaczą, już choćby z tej racji, że w grę wchodzą znaczące osoby.

W pierwszym przypadku nie ma w ogóle najmniejszej wątpliwości, jako że każdy okruch pamięci o największych liczy się. Kiedy ktoś z leningradczyków zadzwonił i powiedział: "Przyjechała. Czeka na ciebie o piątej" - poczułem drżenie łydek. Znaczyło to, że Anna Achmatowa jest w Moskwie, że zatrzymała się jak zwykle w mieszkaniu swoich przyjaciół Ardowów, na Wielkiej Ordynce, i że załatwiono mi u niej audiencję. Odłożyłem wszystko, pobiegłem. Drzwi otworzyła mi ona sama; w mieszkaniu bodaj nikogo o tej porze nie było. Zaprowadziła do pokoju, wskazała krzesło przy stole, usiadła, opierając się o stół swobodnie, rękami obnażonymi po łokcie. Na ramionach miała bodaj szal, jak na jednym z późnych zdjęć. Fiksowałem wszystko szczególnie chłonną, jak zwykle w takich razach, uwagą. W tych ostatnich latach nabrała już tuszy, nie zostało śladu z "gibkiej Cyganki" (w wierszu Mandelsztama), poruszała się z widocznym trudem, chociaż płynnie, usadowienie się w krześle i wygodne zrównoważenie ciała przy stole wymagało pewnego czasu. Nic jej to jednak nie szkodziło. Była piękna w swej starości. Kiedy siedziała przede mną, z profilem wyrysowanym na tle okna, pozwalała się kontemplować estetycznie. Jej duże ciało rosyjskiej matrony stanowiło świetnie zrównoważoną kompozycję, zwieńczoną przez majestatyczną głowę; tę z kolei podtrzymywała szyja w układzie zarazem dumnym i elegancko naturalnym. Opis jest nieudolny już przez sam fakt nadmiernego skomplikowania i rozszczepienia wrażeń, gdy tymczasem odbierało się Annę Andriejewnę jako harmonijną całość. Nie widziałem nigdy w naturze koronowanej głowy, ale jestem zupełnie pewny, że natura nie stworzyła niczego bardziej królewskiego. Siedziałem przed władczynią. Zapewne wiedza o niej miała udział w widzeniu jej, ale i bez tej wiedzy - i tego byłem pewny - wyczułbym, kogo mam przed sobą.

Władczyni patrzyła na mnie życzliwym, wszystkowiedzącym spojrzeniem. Nic chyba nie było już w stanie jej zaskoczyć albo zadziwić. Jej wzrok miał jasną równowagę pełnej świadomości dobrego i złego. Nowy człowiek miał szansę inkorporacji do tego kosmosu wiedzy i pamięci, w cały ten, noszony w środku, dwudziesty wiek - o ile czymś bodaj z lekka błysnął. Inaczej przepadał bez śladu. Wyczułem to natychmiast. Uwaga Anny Andriejewny była łaską i wyzwaniem. "Młody człowieku - czytałem w jej oczach - wiesz, kim jestem. A ty czy w ogóle jesteś kimś? Czy warto tracić na ciebie pół godziny? Dalejże, do roboty!" Winienem był błysnąć. I to mnie zamurowało. Obok normalnej tremy, oczywiście. Na ogół nie jestem nieśmiały, więc tremę bym pewnie przezwyciężył. Ale konieczność popisu była paraliżująca. Zrozumcie mnie.

Władczyni, znając wszystko, musiała wiedzieć o takim efekcie. W jej wzroku dostrzegłem rozbawienie. Taktownie dała mi szansę. Swoim głębokim, jakby z wielkich otchłani dobywanym głosem powiedziała kilka krótkich wierszy. Zaproponowała ich elementarną egzegezę, w sensie "co poeta chciał przez to powiedzieć"; spytała, czy coś mi się z czymś kojarzy. Było to łatwe i poradziłby sobie z tym każdy z moich studentów. Ale dla mnie oznaczało dalszy ciąg egzaminu, do którego nie mogłem przystąpić. Nie mogłem - i już. Powinienem był tę niemożność przekroczyć, bo sytuacja była wyjątkowa: chodziło o Achmatową. Wiedziałem o tym, kląłem siebie w duchu - i zaciąłem się ostatecznie. Pożerałem ją tylko spojrzeniem, świadom tego, że pierwszy i ostatni raz za chwilę się skończy.

Istotnie skończył się; cudu nie było. Władczyni spytała o znajomych Polaków, po czym pożegnała się ze mną uprzejmie, nadal jakby lekko rozbawiona. Ucałowałem jej dłoń i wyszedłem. Doznawszy pełnego fiaska niosłem przez Wielką Ordynkę uczucie satysfakcji: cokolwiek się stało, pewne było, że WIDZIAŁEM ACHMATOWĄ i że nikt mi tego nie odbierze.

Powiecie, że jak na taką okazję to program bardzo minimalistyczny? Będziecie mieli rację. Ale ja ją jednak widziałem.

Drugą wizytę złożyłem w starym, czynszowym domu. Prowadził mnie Giena, poeta i wyborny znawca rosyjskiego futuryzmu. Szliśmy do ostatniego z ostatnich futurystów, Aleksego Kruczonycha. (Co prawda w Stanach żył jeszcze jałmużnik Majakowskiego, Dawid Burluk, ale to już był, dosłownie i w przenośni, inny świat). Szliśmy wysoko, bardzo sfatygowani, schodami. W tym samym domu mieszkał też, jak twierdził Giena, wielki Chlebnikow. Czasy świetności moskiewskiej kamienicy i rosyjskiej awangardy wydawały się teraz równie odległe. Gospodarz otworzył i wpuścił nas do kuchni. Tu załatwiał interesantów. Do pokoju, jak wieść niosła, nie wpuszczał nikogo. Krążyły o tym pokoju całe legendy. Po śmierci Aleksego Jelisiejewicza sprawdziło się jedno: pokój nie był sprzątany bodaj od lat dwudziestych; gospodarz miał zwyczaj zawijać odpadki w gazetę i ciskać w kąt. Tak spełniało się to bardzo długie i niewesołe życie pogrobowca, komponowane jako swoisty, awangardowy happening: aż do rozpadu form. Futuryzm, sam w sobie, był artystycznym ekstremizmem, a Kruczonych stanowił ekstremę ekstremalną. Są tacy uczestnicy-kibice różnych prądów, którzy, artystycznie niewiele znacząc, krzątają się, asystują, komentują i wyostrzają. Ich specjalność to szlifowanie krawędzi grupy, żeby się odcinała od wszystkiego co poza nią. Mam w domu kruczonychowskie broszurki, ostro atakujące inne orientacje; z tytułami na przykład: Oblicza Jesienina - od cherubina do chuligana. Poetycko był Aleksy Jelisiejewicz najzawziętszym eksperymentatorem, toteż wszyscy antyfuturyści bili w niego jak w bęben. To on właśnie starał się uprawiać tzw. "zaum", czyli język ponadrozumowy, mowę czystych pojęć; wulgaryzatorzy natrząsali się z tego prostacko przez całe dziesięciolecia. Majakowski uporczywie bronił swego kąśliwego druha, nazywając go gdzieś "jezuitą słowa" i skarżąc się, że wiersze agitacyjne wychodziły Kruczonychowi problematycznie... Nie dziw. Poetą był w ogóle niewielkim. Ale może właśnie dlatego przetrwał? Musiał mieć bardzo trudne i biedne lata trzydzieste, czterdzieste, pięćdziesiąte. Wielu się przecież przystosowało. On tkwił na swoim skraju; na marginesie wszystkiego. W tym pokoju z kuchnią właśnie.

Giena mnie przedstawił. Ujrzałem przed sobą siwego, bardzo szczupłego, jakby nieważkiego staruszka o haczykowatym nosie i ukośnym spojrzeniu. Nie prosił siadać; życiem towarzyskim nawet nie pachniało. Spytał rzeczowo, co mnie do niego sprowadza. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą: "Chęć zobaczenia żywego Kruczonycha". Uśmiechnął się uprzejmie wąskimi, cierpko zaciskanymi wargami i wyszedł do pokoju, starannie zamykając za sobą drzwi. Po chwili wrócił, niosąc kilka zżółkłych broszurek. Były to wczesne futurystyczne druki, różnej proweniencji i znaczenia. Pochyliliśmy się nad nimi z Gieną; ponieważ nikt nie oczekiwał teraz ode mnie błyśnięcia, więc z łatwością dowiodłem, że coś z tego rozumiem. Ale gospodarzowi było to zupełnie obojętne. Poinformował mnie, że druki są do kupienia, jak leci, za piętnaście rubli. I że, jeśli chcę, przyniesie mi jeszcze jedną porcję. Warunek: wszystko w ciemno, o wyborze decyduje on. Tu dała o sobie znać proza życia. Najchętniej wziąłbym udział w tej grze książkowej, ale było to pod sam koniec jednego z pierwszych pobytów i pieniądze się kończyły. Zakomunikowałem o tym gospodarzowi bez żenady; atmosfera kuchni czyniła sprawę naturalną. Skinął głową i na dowód tego, że rozumie i wybacza, wtajemniczył nas w swą cichą radość. Otóż niedawno wyszły wypisy z literatury dwudziestego wieku dla studentów, gdzie po raz pierwszy od bardzo długiego czasu znalazł się i on. Wprawdzie w tekście zrobiono błąd, ale jednak. O, proszę... Chudy, starczy palec pokazał nam miejsce:

 

Dyr bur szył

Ubeszczur

 

- No jasne, Aleksy Jelisiejewiczu! - chwycił w lot wszystkowiedzący Giena. - Przecież powinno być Dyr buł szczył, Ubeszczur!

- Właśnie, właśnie - uśmiechał się melancholijnie ostatni awangardzista, któremu za ów "dyr buł szczył" wymyślano przez dwa pokolenia, widząc w dość niewinnej zabawie fonetycznej najgłębsze dno upadku zwyrodniałej, burżuazyjnej pseudosztuki.

- Ale jednak!

- Właśnie... Jednak...

Popatrzyłem na nich z boku. Była to niewątpliwie ilustracja do podręcznika historii literatury rosyjskiej: stary klasyk awangardy i jej młody kontynuator, pochyleni nad klasycznym awangardowym tekstem, wprawdzie przekłamanym, ale przywróconym. Dużo znaczeń; jakby w moich oczach drgnął puls czasu. Potem pogratulowaliśmy mu z całego serca i poszliśmy zdeptanymi schodami w dół, słysząc szczęk zasuw. A mnie było głupio: że też, łatek galarowy, nie miałem tych piętnastu rubli! Domyślałem się przecież (Giena potwierdził), że z tego właśnie żył; ze sprzedaży książek. Miał w swym legendarnym pokoju zgromadzone stosy cymeliów, rzeczy ciekawych i śmieci. Spał na nich, może nawet dosłownie. Chętnym wynosił, zawsze na takiej samej, loteryjnej zasadzie, co uznał za stosowne. Był kustoszem, antykwariuszem i syndykiem masy awangardowej upadłości. A także jej cząstką i symbolem. "I samiśmy już kopersztych" - pisał Tuwim.

Znowu: byłaby dobra puenta, gdybym za następnym razem wrócił z pieniędzmi i wziął od razu trzy porcje. Ale nie zrobiłem tego, choć powinienem. Zwlekałem, odkładałem, aż dowiedziałem się, że umarł. Na pociechę pozostaje mi - raz jeszcze, z zachowaniem proporcji - fakt zobaczenia żywego Kruczonycha. Was natomiast chciałbym pocieszyć pewnym przypiskiem: otóż roztoczony powyżej smutek umierania pierwszej rosyjskiej awangardy był sprawą określonej pory. Potem przesłanie awangardowe odżyło i dziś, zwłaszcza na emigracji, ale nie tylko, podejmowane jest bardzo energicznie (czy istotnie twórczo, w to nie wchodzę). Dziś Aleksy Jelisiejewicz czułby, że jego na wierzchu, i być może, jak późny Przyboś, obnosiłby po świecie arogancką pewność, że zawsze i tylko on miał rację. Tyle że musiałby dożyć do stu lat. Często powtarzam sobie, powtórzę i wam: w Rosji trzeba żyć długo.

Trzecie fiasko spotkało mnie w otoczeniu skrajnie odmiennym, młodzieżowym (z pewną przesadą) niemal. Szedłem ku niedużemu domowi, prowadzony przez uprzejmego gospodarza. Wielkogłowy, krzepki, stąpający lekkim krokiem człowieka nawykłego do fizycznego trudu Ernest Nieizwiestny, z twarzą o rysach nieco orientalnych - roztaczał spokój i pewność siebie. "Zawsze tu koło mnie stoją!" - powiedział, wskazując niedbale zaparkowaną pod domem czarną wołgę z niewyraźnymi sylwetkami. Brzmiało w tym powściągliwe zadowolenie człowieka docenianego przez władzę. Największy pokój wypełniały modele rzeźb. Były to wielo-figurowe kompozycje monumentalne, które źle się czuły w zmniejszeniu i w ścisku. Nieizwiestny miał wówczas reputację głośnego rzeźbiarza-monumentalisty, choć żaden z jego projektów nie został zrealizowany. Dodatkowo wspierała tę reputację jego przeszłość wojenna (po jakimś ataku został uznany za zabitego i jego nazwisko znalazło się na pamiątkowym obelisku) oraz cywilna odwaga, z jaką ośmielił się dyskutować z Chruszczowem i stawiać czoło Szelepinowi. Wiedziałem o tym wszystkim, ale nie mogłem nic poradzić na to, iż rzeźby mi się nie podobały. Odczułem je jako zbyt ekspresjonistyczne, wrzaskliwe i przegadane spiętrzeniem natrętnej symboliki. Może dlatego, że na krótko przedtem obejrzałem lakonicznie wyraziste formy Dimy Sidura. Potem dowiedziałem się skądinąd, że Nieizwiestny też umie być bardzo zwięzły, niemal ascetyczny. Ale nie wtedy. Brak zachwytu zostaje w takich razach szybko odczuty. Nic jednak widomie nastroju nie zmąciło. Siedliśmy do stołu. Prócz gospodarzy był jakiś cudzoziemiec i kilku zaprzyjaźnionych młodych ludzi, stanowiących, jak się zorientowałem, rodzaj świty i kliki.

Rozmowa potoczyła się jak zwykle swobodnie, kołująco. Uznawszy, że dzisiejsze wrażenie to rzecz mało istotna, powiedziałem gospodarzowi z przekonaniem, że brak jego kompozycji w naturze jest krzywdą i dla twórcy, i dla jego rodaków, których gusty są okrutnie deprawowane przez masową pseudorzeźbiarską tandetę.

- To mnie nie obchodzi - oświadczył lakonicznie.

Spróbowałem się upewnić: czyżby rosyjskiemu rzeźbiarzowi był rzeczywiście obojętny stan edukacji plastycznej jego odbiorców? Owszem, był obojętny. Młodzi ludzie wydali okrzyki aprobaty: ależ tak, oczywiście, masz rację. Erneście! Zaskoczony, badałem dalej: czy istotnie dla niego, monumentalisty, nie było ważne, jak jego dzieło funkcjonuje w przestrzeni i w odbiorze społecznym? Nie chciał, wedle własnych słów, nic o tym wiedzieć, co świta pokwitowała nową porcją okrzyków.

(Teraz myślę, że dałem się trochę wziąć na fundusz. W Rosji panował zawsze, w różnych ustrojach, przymus służby społecznej artysty. Nawet jeśli szlachetny w założeniu, bywał odczuwany czasem jako stu-pudowy ciężar; stąd reakcje w postaci fajerwerków skrajnego estetyzmu. Z kolei jednak skrajni esteci okazywali się zwykle skłonni do zaangażowania. Butady Nieizwiestnego mogły być zdrową reakcją na wieloletnie, namaszczone kazania o sztuce w służbie idei, ludu, partii i postępowej ludzkości, plus pewna doza prowokacji; w istocie obchodziło go i chciał wiedzieć. Ale tak wyszło.)

Dalej gospodarz wszedł w