Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Gazety Wyborczej - 03/03/2008

 

PRAWDA CZASU, PRAWDA EKRANU

 

 

Poręba chce zmartwychwstać

Z reżyserem Bohdanem Porębą rozmawia Grzegorz Sroczyński

 

 

- Po premierze "Hubala" zaczepia mnie Kazio Kutz: "No i co, Bodziu, udało ci się tę twoją Polskę w dupę wycałować". Miał rację, udało się. Czułem się jak bohater narodowy

 

 

Od 17 lat nie nakręcił pan żadnego filmu. Za to pisze pan listy. Ostatni do premiera Jarosława Kaczyńskiego: "W jesieni życia czuję się w rozkwicie sił intelektualnych i twórczych, proszę o pomoc w powrocie na mapę kultury narodowej. Mogę jeszcze kilka lat jej służyć, miast kwasić się w niespełnieniu i poczuciu odrzucenia". Co premier odpisał?

- Nic, cisza. Widać nie chce korespondować z komuchem i antysemitą (śmiech), no bo taką mi gębę przyprawiono.

Bo antysemitą pan nie jest?

- No skąd! Mam przecież przyjaciół Żydów. Ach, proszę pana, jak PiS doszedł do władzy, to pomyślałem - o, nastał mój czas. Wysłałem ten list, spowiedź życia. Otworzyłem się. Opisałem, jaka jest sytuacja człowieka skazanego na zapomnienie. Moich filmów i spektakli dla Teatru Telewizji nie powtarza się od lat, serial "Polonia Restituta" też trafił na półkę. Od czasu do czasu puszczają tylko "Hubala". Napisałem, że mam masę nowych pomysłów, gotowe scenariusze. Wystarczyłby przecież jeden gest ze strony premiera, żeby namówić telewizję na realizację tych planów. No, ale PiS najwyraźniej też mnie nie chce. Nazwisko Poręba ma czarną legendę. I brakuje odważnego, który podałby mi rękę. Ale ja nigdy nie składam broni. Teraz napiszę do nowej władzy, do ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego. Powiedział, że jego drzwi są dla filmowców zawsze otwarte. No to zobaczymy, czy Poręby też to dotyczy. A jak nie Zdrojewski, to następny, póki sił będę krzyczał i walczył o powrót do zawodu. Bo dlaczego mam być poza krwiobiegiem polskiej kultury? Ja wiem, że jestem niebezpieczny, że treści, które chcę głosić w filmach, są zaraźliwe. Honor, godność, patriotyzm są dziś pod niesamowitym atakiem. Dąży się do utworzenia jednego rządu światowego, do wynarodowienia Polski! Ma być nas połowa mniej, bo rząd światowy...

Zostawmy. Kazimierz Kutz mówi, że gdyby rozpisać konkurs na najbardziej nielubianą postać w środowisku filmowym, to wygrałby pan w cuglach.

- Zgadza się i jestem z tego dumny. Zawsze uważałem, że artysta musi cierpieć i iść pod prąd.

A za co pana tak nie lubią?

- Chyba najbardziej Grunwald mi zaszkodził. Gdziekolwiek się pokazuję z jakimś scenariuszem, pomysłem, to zaraz ktoś mi to wyciąga. A już "Wyborcza" to w tym celuje. Macie taką dyżurną notkę do mojego nazwiska: "założyciel Zjednoczenia Patriotycznego >>Grunwald<<, nacjonalistycznej, antysemickiej organizacji związanej z PZPR".

To przypomnijmy: Grunwald powstał w 1981 roku, głównym jego zajęciem było tropienie "syjonistów z KOR-u" w szeregach "Solidarności", a jednym z osiągnięć wydanie "Protokołów mędrców Syjonu". Grunwald to był pana pomysł?

- Nie. Zadzwonił do mnie gen. Stanisław Skalski, as polskiego lotnictwa, uczestnik bitwy o Anglię. Powiedział, że jest spotkanie i żebym przyszedł. Spotkaliśmy się u niego w domu. Byli tam jeszcze Kazimierz Studentowicz, działacz Stronnictwa Pracy, więzień stalinowski, Tadeusz Bednarczyk, historyk i żołnierz AK, oraz Zdzisław Ciesiołkiewicz, prezes stowarzyszenia berlingowców. I to chyba Ciesiołkiewicz tę nazwę wymyślił.

Dodajmy - pułkownik Informacji Wojskowej.

- No tak, tak. Ten to, proszę pana, był nawiedzony! Wszystko mu się z Żydami kojarzyło, ciągle trzeba go było hamować. No i na tym spotkaniu siedzimy i gadamy o "Solidarności". Że źle jest. Bo KOR się do niej wciska, Kuroń z Michnikiem chcą na plecach robotników dorwać się do władzy...

To znam. I coście uradzili?

- Że im trochę pobruździmy. Tak się złożyło, że na Uniwersytecie Warszawskim środowisko KOR-u organizowało sesję naukową w rocznicę Marca '68. Mieli być profesorowie Brus, Bauman, Baczko, którzy po Marcu wyjechali sobie z socjalistycznej ojczyzny...

Wyrzucono ich.

- ...no i postanowiliśmy zrobić kontrobchody. Pod gmachem dawnego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego na Koszykowej, gdzie za stalinizmu mordowano polskich patriotów, stanęliśmy z wielkimi tablicami.

A skąd te tablice?

- Z Huty Warszawa, jeden inżynier z nami współpracował i razem z robotnikami bardzo pięknie je zrobił. Ale niech pan nie przerywa, bo teraz najważniejsze. Więc na jednej tablicy były umieszczone nazwiska ofiar bezpieki, a na drugiej nazwiska stalinowskich oprawców.

Oczywiście żydowsko brzmiące.

- No nic na to nie poradzę, taką mamy historię.

Bo np. nazwiska generała Mieczysława Moczara, słynnego szefa łódzkiego UB, który osobiście znęcał się nad więźniami, jakoś nie umieściliście?

- Kretyńska uwaga, proszę pana. Wyjątkowo głupia! Przecież on był członkiem Komitetu Centralnego. Gdybyśmy jego nazwisko wykorzystali, natychmiast by nas rozgonili. Ja może jestem wariatem, ale nie aż takim.

I jak wyszła ta manifestacja?

- Znakomicie, tylu fotoreporterów to jeszcze nigdy nie widziałem. Przyszło też sporo ludzi, kombatantów, niektórzy płakali, że wreszcie otwarcie można mówić o pewnych sprawach. Grunwald potem bardzo urósł. Zostałem wybrany na jego szefa i zacząłem jeździć po całej Polsce. Prelekcje w fabrykach, kopalniach, na uczelniach. Mieliśmy kilkaset takich spotkań, przemawiałem po trzy, cztery razy dziennie. W Stoczni Gdynia pamiętam wielki wiec, kilka tysięcy osób...

O czym pan tam mówił?

- O zagrożeniach, jakie niesie "Solidarność", kiedy ulega wpływom KOR-u. O Kuroniach i Michnikach wszelkiej maści, którzy chcą zdobyć władzę. O tym, że razem z Bermanami, Mincami, Zambrowskimi chcą przywrócić w Polsce stalinizm. O syjonizmie, który nie ucichł po 1968 roku i znów nas atakuje. I o klasie robotniczej, która powinna być czujna i na to nie pozwolić. Czyż nie pięknie powiedziane, panie redaktorze z "Gazety"?

Czy pan w to wierzył?

- Tak. Mówiłem to wszystko szczerze, z samego serca.

Czy to się opłacało?

- A skąd, miałem same kłopoty.

Kłopoty? Władza kochała przecież Grunwald. Głosiliście dokładnie to, co oficjalna propaganda: jest zdrowy trzon robotniczy w "Solidarności" i tzw. ekstrema, czyli KOR, kosmopolici, agenci obcych wywiadów itd.

- To nie takie prościuteńkie, drogi panie redaktorze. Ja wiem, przyjemnie mieć taki prosty obraz, że ten okropny Poręba dostaje od władzy willę i talon na poloneza, za ruskie ruble zostaje antysemitą i zakłada Grunwald. No, niech pan powie, czy nie łatwiej byłoby wtedy panu mnie zrozumieć.

Łatwiej.

- Tak myślałem. A tu niestety guzik z pętelką. Proszę wyraźnie napisać: Poręba po prostu takie miał poglądy. A co do miłości władzy do Grunwaldu... Owszem, raz nas podbechtywali, obiecywali, że dadzą nam pismo, pieniądze na lokal. A zaraz potem nas ośmieszali. W stanie wojennym władza kompletnie się na Grunwald wypięła, doszło do rozłamu i w końcu wszystko się rozleciało.

Stanisław Bareja uwiecznił ten rozłam w serialu "Alternatywy 4". Ubecy, którzy podsłuchują profesora Dąb- -Rozwadowskiego, prowadzą taką rozmowę: "Podobno był rozłam w Szklarskiej Porębie". "Co ty powiesz? Osobno Szklarska, osobno Poręba?".

- Tak było. Chodziło o rozłam Ciesiołkiewicza. Zaczął opowiadać, że ja jestem zdrajcą, domagał się jakichś pieniędzy, cholera wie czego. Odszedł z hukiem i potem mówił, że prawdziwy Grunwald to on.

Zna pan filmy Barei?

- O tyle, o ile. Nie śmieszą mnie raczej.

W wielu pan występuje. W "Misiu" jest postać reżysera Bohdana Zagajnego, który kręci film "Ostatnia paróweczka hrabiego Barry Kenta". Reżyser miał się nazywać Porębal, ale cenzura nie puściła. W "Alternatywach" w jednej ze scen widać w tle plakat filmowy "Grunwald - sojusz stuleci Polaków", reż. B. Zaręba. W "Zmiennikach" mamy postać reżysera Barewicza, który kręci film "Spadkobiercy Grunwaldu" i tropi syjonistyczne spiski.

- Wiem, wiem, Bareja ciągle sobie ze mnie jaja robił. Taka środowiskowa poprawność polityczna. A niech się śmieją - myślałem. Niechby nawet reżyser w "Misiu" nazywał się Porębal, a nie Zagajny, mnie to nie przeszkadza.

Znał pan Stanisława Bareję?

- Tak, studiowaliśmy razem w łódzkiej Filmówce, mieszkaliśmy w akademiku drzwi w drzwi. Bardzo porządny chłopak, ale jego filmów nie lubię.

Jak było w Filmówce?

- Wspaniale. Studia zacząłem w 1951 roku, miałem 17 lat i byłem najmłodszy w całej szkole. Na roku studiowali ze mną Ber, Gruza, Sobociński. Rok wyżej był Bareja, dwa lata wyżej Kutz, trzy lata wyżej Wajda...

Na studiach wstąpił pan do ZMP, został pan nawet członkiem zarządu. Koledzy wspominają, że wygłaszał pan oficjalne formułki, śpiewał piosenki marszowe typu "Antek murarz" i nie lubił jazzu.

- Oficjalne formułki to wygłaszaliśmy wtedy wszyscy, podobnie ze śpiewaniem piosenek marszowych. Przecież to był środek stalinizmu. A jazzu rzeczywiście nie lubiłem i do dziś nie lubię.

W ZMP działałem, ale nie była to sprawa ideowa, tylko czysto techniczna. Po pierwsze, byłem synem sanacyjnego oficera, przed wojną mieszkaliśmy w Wilnie, tata przewodniczył Związkowi Inwalidów Wojennych. W Polsce Ludowej z takim pochodzeniem byłem elementem podejrzanym. Dzięki ZMP dali mi spokój. Po drugie, byłem szczylem, a najmłodszy zawsze ma pod górę. Chciałem się więc wyróżnić, być "jakiś", stąd to ZMP.

Po studiach zostałem najmłodszym reżyserem w całej Europie, miałem 21 lat. Po odwilży w 1956 roku udało mi się zrobić film dokumentalny "Apel poległych" poświęcony walce polskich żołnierzy na wszystkich frontach. Jestem dumny z tego filmu, bo pierwszy pokazałem materiały z Monte Cassino i z Powstania Warszawskiego. Rzeczy wcześniej zakazane. Film miał robić Andrzej Wajda, ale poszedł kręcić "Kanał" i zaproponował mi reżyserię "Apelu".

W 1959 roku kręcę pierwszą fabułę - "Lunatyków" - o dzieciakach wałęsających się przy ówczesnej atrakcji stolicy, czyli ruchomych schodach na Trasie W-Z. Dostaję dobre recenzje, kariera stoi przede mną otworem. Wszystko idzie pięknie aż do 1963 roku.

Co się stało?

- Nakręciłem film "Daleka jest droga" na podstawie opowiadań Ksawerego Pruszyńskiego. O żołnierzach I Dywizji Pancernej generała Stanisława Maczka. Ten scenariusz to było dla mnie objawienie, skakałem ze szczęścia. Przecież za stalinizmu pozbawiono Maczka obywatelstwa, jego nazwisko było przez lata zakazane. Idę cały blady i dumny na wódkę do SPATiF-u, spotykam Kazia Kutza, mówię mu: "No, stary, teraz zrobię taki film, że cały naród rzucę na kolana". A on na to: "Uważaj, Bodziu, bo jak ten naród wstanie z kolan i ci przypierdoli, to się nie pozbierasz" (śmiech). Cały Kazio. Ale trzeba przyznać, że wykrakał, bo po tym filmie zaczęły się kłopoty. Fabuła jest taka: jeden z oficerów Maczka postanawia zostać na Zachodzie. Ale obarczony przez umierającego kolegę misją w kraju jedzie do Polski. Czuje się tu źle, nie rozumie nowej rzeczywistości. Już się szykuje do powrotu na Zachód, kiedy spotyka gromadę wyrostków, którzy na widok jego munduru meldują się jako oddział leśny gotowy do walki. Pyta ich: "A dlaczego wy nie w szkole?". "Bo tu nie ma szkoły". "Będzie, zbudujemy". "Ale nauczyciela też nie ma". "Już jest". No i zostaje w kraju, żeby uczyć te dzieciaki. I za ten film władza skazała mnie na bezrobocie.

Nie bardzo rozumiem. Pozytywna historyjka o człowieku, który mimo wahań włącza się w nurt budowania Polski Ludowej i odciąga młodzież od walki z nową władzą. Co tu wywrotowego?

- A skąd ja mam wiedzieć! Pewnie o tego Maczka im chodziło. Były jakieś frakcje partyjne, zwalczały się, jedna dawała robić jakiś film, a druga na złość ten film uwalała. Bo musi pan wiedzieć, że filmami zajmował się wtedy Komitet Centralny. A zdarzało się, że sam pierwszy sekretarz decydował, czy coś może iść do kin, czy nie. Bo przecież "Film jest najważniejszą ze sztuk", jak mawiał Lenin. Podejrzewam, że w wyroku na mnie maczał palce ówczesny car polskiej kinematografii Aleksander Ford. Potrafił gnoić ludzi. Na kolaudacjach swoim cichym, matowym głosem mówił okropne rzeczy, wszyscy się go bali. W każdym razie przez sześć lat po filmie "Daleka jest droga" nic mi już nakręcić nie dali.

Z czego pan żył?

- Formalnie nadal byłem zatrudniony w Zespołach Filmowych na zasadzie tzw. gotowości. Płacono mi kilkaset złotych miesięcznie, co ledwie starczało na czynsz. Urodził się Maciek, zacząłem dorabiać w teatrze. Reżyserowałem Eliota w Dramatycznym, Szekspira w Teatrze Studio. I cały czas składałem w Zespołach Filmowych scenariusze, które akceptowano, ale potem oddawano do kręcenia innym. Nie dajecie mi zrobić poważnej fabuły - myślę sobie - to może dacie zrobić komedię. W radiu leciało słuchowisko Andrzeja Mularczyka o Kargulu i Pawlaku, bardzo zabawne. Mularczyk przerobił je na scenariusz filmowy. Miałem to kręcić. Tytuł brzmiał "Sami swoi" i bardzo liczyłem na ten film.

Czy Kargula zagrałby Filipski?

- Nie sądzę, ale pewnie w jakiejś roli bym go obsadził. Ale w końcu film zrobił Sylwester Chęciński, zresztą znakomicie. Żałuję, że nie ja, bo ciągle opowiadają, że nie mam poczucia humoru, a tak by przestali. W każdym razie w "stanie gotowości" dotrwałem do marca 1968 roku.

Milicja pałuje studentów, władza wyrzuca z kraju "syjonistów", czyli Polaków żydowskiego pochodzenia, a pan zapisuje się do PZPR.

- Do partii wstąpiłem rok po Marcu. Zresztą moja deklaracja członkowska trzy razy ginęła, tak bardzo mnie tam chcieli. Marzec był dla mnie zmiłowaniem, pozwolono mi wreszcie kręcić filmy. Zmieniło się sporo w kinematografii, Aleksander Ford wyjechał do Izraela. Ja w pewnym sensie zostałem ukształtowany przez Marzec, tylko że w drugą stronę niż szefowie pańskiej gazety.

Znał pan generała Mieczysława Moczara, ówczesnego szefa MSW?

- No tak, wiedziałem, że to pytanie padnie, bo od lat robi się ze mnie moczarowca. Poręba codziennie rano meldował się na odprawie w MSW i dostawał rozkazy, jakie filmy robić i którego Żyda zaatakować. A wieczorami zasiadał w fotelu z lampką radzieckiego koniaku i czytał "Protokoły mędrców Syjonu". Tak (krzyk), taką czarną legendę mi zrobiono i do dziś muszę oczami świecić. Bzdury, proszę pana, wierutne bzdury! Moczara w ogóle nie znałem, raz z nim rozmawiałem, ale to już w latach 80., jak poszedł w odstawkę i został szefem NIK-u. Z grupy kojarzonej z Moczarem znałem - dość słabo zresztą - generała Franciszka Szlachcica, ministra kultury Stanisława Wrońskiego i generała Tadeusza Walichnowskiego.

Ten ostatni był szefem tzw. departamentu żydowskiego w MSW. Komórka ta przed Marcem zajmowała się tworzeniem list Polaków pochodzenia żydowskiego.

- Może tak było, i co z tego. Owszem, podłączyłem się pod tzw. grupę moczarowską czy - jak kto woli - partyzancką. Byli mi bliżsi od Bieruta czy Bermana. Podobała mi się ich frazeologia. Że krew polskiego żołnierza ma taką samą wartość, niezależnie od tego, na jakim froncie została przelana. Że musi dominować w kulturze kolor biało-czerwony. W teatrze popłakałem się ze wzruszenia na słynnym spektaklu "Dziś do ciebie przyjść nie mogę", gdzie śpiewano po raz pierwszy oficjalnie "Pałacyk Michla", "Hej, chłopcy, bagnet na broń", "Czerwone maki".

I "Marsz Gwardii Ludowej".

- No i dobrze. Cały pomysł partyzantów na tym polegał, żeby zjednoczyć środowiska kombatanckie z różnych opcji.

Żeby je oszukać i wzmocnić własną frakcję.

- A cóż mi do tego! Podobało mi się to wszystko, no cóż na to poradzę. A że przy takich okazjach pędzi się ciemne młyny, to nie moje zmartwienie. Moczar na pewno nie robił tego bezinteresownie, być może chodziło mu o przejęcie władzy. Ja tylko chciałem robić swoje filmy i po Marcu mogłem je robić.

Czy ktoś z tzw. grupy partyzanckiej przynosił panu pomysły?

- No tak, brawo. Tropi pan spiski jak porządny prawicowy publicysta (śmiech). To bajki, nigdy to tak nie wyglądało. Po prostu w Zespołach Filmowych wiedziano, że ja lubię kręcić filmy wojenne, historyczne i takich scenariuszy szukałem. A co się działo wyżej, to nie miałem pojęcia.

Najważniejszy pana film.

- "Hubal". To moje credo życiowe. Był początek lat 70. Wezwano mnie do Ministerstwa Kultury, dano do przejrzenia scenariusz i zapytano, czy chcę to robić. Matko Boska - czy chcę? Marzę o tym! Film o majorze Henryku Dobrzańskim, "Hubalu", który nie złożył broni po klęsce wrześniowej i został pierwszym partyzantem II wojny światowej. To była legenda, zakazany owoc! Wyszedłem z ministerstwa szczęśliwy i natychmiast pojechałem na wieś do Jana Józefa Szczepańskiego, który był autorem scenariusza. Siedziałem u niego tydzień, dopracowując szczegóły.

Podobno w końcu pana wyrzucił.

- Aż tak źle nie było. Ale rzeczywiście pokłóciliśmy się. Chciałem usunąć scenę, jak na rozkaz "Hubala" jego żołnierze rozstrzeliwują jeńców niemieckich. I scenę, jak "Hubal" idzie do łóżka z dziewczyną - chłopką z pobliskiej wsi.

Bo bohater narodowy nie może zajmować się dziewczynami, ma deklamować patriotyczne frazy i walczyć z najeźdźcą.

- Nie, proszę pana. Obie te sceny usunąłem, bo tchnęły fałszem. "Hubal" nie wydał wyroku na jeńców, on ich wypuścił. Chciał, by rozniosła się wieść o istnieniu oddziału. A spanie z chłopką było niemożliwe, klasowo niemożliwe. On nie mógłby sobie pozwolić na takie numery jako dowódca oddziału.

I rzeczywiście, pański "Hubal" z chłopką nie spał, a Szczepański wycofał nazwisko z czołówki filmu. Ryszard Filipski w roli "Hubala" to pana pomysł?

- Oczywiście, to jeden z najlepszych polskich aktorów. Przed "Hubalem" grał ciągle czarne charaktery i miał tego dość, chciał zmienić wizerunek. Od razu się zgodził. To był zresztą kolejny powód kłótni ze Szczepańskim, który go nie chciał w tej roli. Filipski miał już w środowisku opinię oszołoma i antysemity. Kompletnie się tym zresztą nie przejmował, chodził po SPATiF-ie i mówił: "Dziś na śniadanie zjadłem już dwóch Żydów, ciekawe, co na obiad".

Dwa miesiące przed zdjęciami zorganizowałem obóz szkoleniowy dla aktorów, który prowadził prawdziwy oficer kawalerii. Zrobił normalne wojskowe szkolenie: jak salutować, jak sprężyście chodzić, jak trzaskać obcasami. No i jazda konna. Filipski - jak to on - we wszystkim musiał być najlepszy, więc szalał codziennie po kilka godzin na koniu, dobrze, że sobie karku nie skręcił. Ale naprawdę był genialny. Pokochał postać "Hubala". To po tej roli zaczął nosić wojskowe kurtki i buty z długimi cholewami, z czego niektórzy się podśmiewali. Pan mi zarzuca, że zrobiłem z "Hubala" pomnik. Ale Filipski to dopiero był na tym punkcie wrażliwy! Czy pan wie, że nie chciał zagrać sceny, w której "Hubal" pije wódkę, rozkleja się i opowiada, co będzie robił po wojnie? "On tak by się nie zachował, był za twardy" - powiada Filipski. No, w końcu jakoś go zmusiłem.

Któregoś dnia, jeszcze przed końcem zdjęć, wchodzę do wytwórni na Chełmskiej coś załatwić, a tu na środku przy schodach namazane czerwoną farbą "Hubal-ubal".

A dlaczego tak pisali?

- A kto ich tam wie! Uważano mnie po Marcu za moczarowca i ktoś widać chciał mi dopiec. Skończyłem "Hubala" i zaczęły się cyrki z cenzurą. Wezwał mnie Józef Tejchma, sekretarz KC, i powiada: "Towarzyszu Poręba, trzeba usunąć scenę pasterki". "To w takim razie usuńcie też z filmu moje nazwisko" - mówię. Chodziło o scenę, jak cały oddział idzie na pasterkę do wiejskiego kościoła, ludzie padają na kolana przed polskim mundurem i śpiewają z żołnierzami "Boże, coś Polskę". Scena, na której widzowie po prostu płaczą. Ani mi było w głowie, żeby ją ciąć. Cóż robić. Biegnę do ministra kultury Wrońskiego. Obiecuje mi, że spróbuje coś załatwić. "Zorganizujemy dodatkowy pokaz" - powiada. Kilka dni później zaprasza mnie do salki projekcyjnej Ministerstwa Kultury. Patrzę: wchodzą Wroński, gen. Szlachcic i gen. Jaruzelski, który wtedy był już ministrem obrony narodowej. Oglądają film w milczeniu, ani szeptu. Myślę sobie - nie jest dobrze. Zapala się światło, Jaruzelski do mnie podchodzi: "Bardzo mocna rzecz, dziękuję wam". Odwraca się sztywno i wychodzi. A kilka dni później Wroński mnie informuje: film idzie bez cięć. Boże, co za szczęście! Na oficjalnej kolaudacji "Hubal" wszystkim się podobał, nawet Wajda mnie chwalił. Tylko Kazio Kutz jak zwykle złośliwie się skrzywił: "No i co, Bodziu, udało ci się wreszcie tę twoją Polskę w dupę wycałować".

A udało się?

- Jak najbardziej, czułem się jak bohater narodowy. Kazio w niecenzuralny sposób wyraził dokładnie to, o co mi chodziło. Bo "Hubal" to film przeciwko "Lotnej" Wajdy, gdzie polscy ułani bezsensownie szarżują na niemieckie czołgi. To moja odprawa dana szkole szyderców, to film przeciw oczernianiu, tak - oczernianiu polskiej historii. Bo patriotyzm od lat jest wyszydzany i atakowany! Boże, ile wspaniałych recenzji, ile gratulacji wtedy odebrałem, trzymam je wszystkie do dziś. Ile łez w oczach kombatantów widziałem. Chciałbym jeszcze raz przeżyć coś takiego.

Po "Hubalu" zostaje pan szefem Zespołu Filmowego "Profil".

- Władza chciała przełamać monopol "warszawki" i postanowiła stworzyć nowy zespół filmowy w Łodzi. Zaproponowali mi, przyjąłem. Wszystko tworzyłem od podstaw.

Pamięta pan, jak o Profilu mówiono?

- "Ułani rakowieccy". Pierwszy raz to określenie wyczytałem w paryskiej "Kulturze". Że niby kręcimy filmy ułańskie na zlecenie Rakowieckiej, czyli MSW.

Jako szef Profilu wchodził pan do tzw. komisji kolaudacyjnej, która oceniała wszystkie filmy. Pamięta pan, jak wyglądały kolaudacje?

- Jak to u nas, załatwiano przy okazji rozmaite prywatne porachunki. Jak film pochodzący z Profilu był świetny, to mówiono - no, może być. Jak był taki sobie, to mówiono - co za chała. A musi pan wiedzieć, że te oceny były bardzo ważne. Każdy członek komisji wpisywał w formularzu kategorię artystyczną, jaką film powinien dostać. Od najlepszej, czyli pierwszej, do najgorszej - czwartej. Potem sumował to minister. Od tej kategorii zależały premie dla całej ekipy, nawet dla sprzątaczki na planie.

Czy pan wie, że koledzy zaczęli się wtedy pana bać? Że jak Poręba miał być na kolaudacji, to niektórzy łykali nervosol?

- Nervosol? Aż tak? Nie słyszałem.

To weźmy stenogram z kolaudacji "Przesłuchania" Ryszarda Bugajskiego (1982), pierwszego filmu pokazującego stalinowskie przesłuchania. Bohaterkę graną przez Krystynę Jandę oceniał pan tak: "Na miłość boską, jakimż symbolem pokolenia akowskiego jest ta kurwa na ekranie, przepraszam bardzo?". A w kolaudacyjnym formularzu napisał pan: "Kategoria - czwarta, zasięg rozpowszechniania - nikt, festiwale - nie, jestem przeciwny ukazaniu się filmu". Proszę pana, pan był lepszy na kolaudacjach od Forda!

- Domyślałem się, że padnie pytanie o "Przesłuchanie", i tydzień temu obejrzałem ten film na spokojnie. To jest skłamany film, skłamany od początku do końca! Dziewczyna z AK, która zmienia chłopaków jak rękawiczki! Nonsens! Dziewczynę z AK obowiązywał pewien etos. Niech pan popatrzy dziś na te starsze panie, jakie to są szlachetne twarze.

Film na siedem lat trafił na półkę, Bugajski wyjechał z Polski, a Zespół Filmowy "X", w którym film powstał, został rozwiązany.

- No, proszę pana, to przecież nie przeze mnie. Ja rzeczywiście wściekłem się na kolaudacji, pewnie nieco przesoliłem, ale skąd mogłem wiedzieć, że tak źle to się skończy. Co ja poradzę, że miałem takie poglądy. Ale ten wpis w formularzu to rzeczywiście niepotrzebnie, dziś bym tego nie zrobił.

Inna kolaudacja. Film "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz" Stanisława Barei (1977). Tym razem nie spodobała się panu świnia biegająca po ulicach Warszawy. Poręba: "Chodzi mi o tę świnię, z tego wynika, że wszystko jest ześwinione, łącznie z ludźmi, nie zgadzam się z tym". Pod względem ideowym - w skali od 1 do 25 - ocenił pan film na zero. Bareja potem przez rok musiał film przerabiać i kastrować pod dyktando cenzury.

- Ale świnia akurat została, najlepszy dowód, że cenzura nie słuchała Poręby. Wkurzyłem się po prostu na kolaudacji, bo ta świnia występowała na końcu filmu i stawała się metaforą całego społeczeństwa, a ja nie czułem się świnią.

Film "Hotel Palace" Ewy Kruk według opowiadania Stanisława Dygata (1977). Poręba: "Jeśli młody reżyser chce robić szmoncesy na temat narodu polskiego, to ja nie mogę tego znieść jako Polak". I zapowiedział pan Ewie Kruk proces za znieważanie narodu.

- To był żart, jak Boga kocham. Ona miała już jeden proces za inny swój film i ja zażartowałem tylko. A film był straszny! Delikatną prozę Dygata, napisaną lekko, w purnonsensie, sfilmowała jakby siekierą.

Dygat był na tej kolaudacji?

- Był, ale przecież ja nie jego atakowałem, tylko kiepski film. Dygat zmarł miesiąc później i od razu powstała środowiskowa legenda, że przeze mnie. Bzdura, to był twardy facet. Świństwem jest opowiadanie, że przyczyniłem się do tej tragedii. Ja na kolaudacjach po prostu mówiłem to, co myślę, takie były moje prawdziwe poglądy, no cóż na to poradzę. Co, miałem siedzieć cicho?

Tak.

- No proszę pana, przecież ja brałem pieniądze za ocenianie filmów, jak każdy członek komisji. Więc oceniałem, jak mi rozum i serce dyktowały. I może czasem mnie ponosiło.

W latach 80. środowisko filmowe bojkotowało pana.

- Miałem to gdzieś. Robiłem filmy z aktorami, którzy chcieli ze mną pracować. A takim, co odmówią, nie proponowałem ról. To był środowiskowy terror, zwalczano mnie wszystkimi sposobami, bez pardonu. Chcieli zamordować Porębę, zniszczyć moje kino, ośmieszyć! Raz proponuję Grażynie Szapołowskiej, żeby zagrała w filmie "Penelopy", o żonach marynarzy. - Pięknie - mówi - ale jak zagram u pana, to już nigdzie nie zagram. Czy to nie terror? Albo napisy na murach przed premierą mojego filmu "Polonia Restituta" - namazali "Polonia Prostytuta" i rozdawali ulotki, żeby na film kolaboranta Poręby nie chodzić. To nie jest terror?

Nie, to jest reakcja obronna. W 1980 roku razem z 43 filmowcami, dziennikarzami i aktywistami partyjnymi pisze pan apel do władz PRL o zaostrzenie polityki kulturalnej. Postulujecie ograniczenie "masowego wystawiania sztuk autorów takich jak Mrożek, Gombrowicz" i nagradzania filmów takich jak m.in. "Człowiek z marmuru" Wajdy. Nie podobał się wam też Kabaret pod Egidą, gdyż "wyszydza podstawowe wartości socjalizmu i prowadzi nie przebierającą w środkach agitację antyradziecką".

- Oj, przesolone, przesolone. I cóż za język! W tym apelu chodziło o miejsce dla naszych poglądów w kulturze, a nie tylko dla liberalnych. A jeśli się pisało apele do władzy, to trzeba było używać języka dla niej zrozumiałego, oswojonego, trzeba było używać tych wszystkich zaklęć: socjalizm, władza ludowa, antyradzieckość, ble, ble, ble. Bo inaczej władza nic by nie zrozumiała.

Ale po co w ogóle takie rzeczy pisać? To przecież donos na kolegów.

- Już nie pamiętam, o co tam chodziło, kto szczuł i co było grane. Nawet nie pamiętam, że coś takiego podpisałem. Dawne czasy. No co mam powiedzieć.

Że się pan wstydzi.

- Niech pan napisze, że drugi raz czegoś takiego już bym nie podpisał.

Jak się panu podoba wolna Polska?

- A jaka tam ona wolna. Wtedy Moskwa, dziś Bruksela. Nie podoba mi się.

A co najbardziej?

- Wyzbywanie się niepodległości. I to, że filmów nie mogę robić. Ostatni mój film - "Siwa legenda" - powstał w 1991 roku. Czyli od 17 lat jestem bezrobotny. Poświęciłem życie odkłamywaniu historii Polski, ktoś napisał nawet, że ja walczę swoimi filmami o amnestię dla naszej historii. Dlaczego więc, do cholery, mam dziś tak strasznie pod górę? Najgorsze, że zlikwidowali mi Profil. Dostałem tylko lakoniczne pisemko, nawet nie mieli odwagi zaprosić mnie na rozmowę. Ja rozumiem zasady kapitalizmu, rozumiem, że teraz samemu trzeba zarobić, znaleźć sponsorów, a nie czekać na dotację. Tylko że nikt mi nie dał szansy. Profil zlikwidowano nagle i bezprawnie. Napisałem w tej sprawie dziesiątki skarg i listów. Pisałem do premierów, do Sejmu, do Senatu. Do Jana Marii Jackowskiego, który był wtedy szefem sejmowej komisji kultury. Po tygodniach oczekiwania zaproponował mi, że się wstawi u ministra kultury Waldemara Dąbrowskiego, żeby mnie przyjął na audiencję. Ale nic z tego. Ja wchodzę drzwiami, a Dąbrowski ucieka oknem. Pisałem do premiera Buzka - to odpisał, że to leży w kompetencji resortu kultury. I tak w koło Macieju. Nie zarabiałem i wpadłem w kłopoty finansowe. W pewnym momencie przestałem płacić składki na Stowarzyszenie Filmowców, bo nawet 10 złotych było dla mnie ważne. No to mnie skreślili, chociaż pisałem, że jestem w trudnej sytuacji.

Reklamy?

- Nie, nie kręciłem reklam. To zamknięte środowisko, trudno się tam przebić.

Biznes?

- Próbowałem (śmiech). Założyłem firmę, która miała sprzedawać cebulę do Rosji. Świetny interes, bo tamten rynek każdą ilość przecież wchłonie. Ale zaraz na początku jeden ze wspólników uciekł z zaliczką i kontrakt na cebulę diabli wzięli. Jeszcze długi zostały. Miałem mieszkanie na Żoliborzu, jedyny mój majątek. A że był zawsze snobizm na tę dzielnicę, to sprzedałem je i przeprowadziłem się na Pragę, na Targową. Dzięki tej zamianie złapałem oddech finansowy. A teraz żyję z emerytury. Plus od czasu do czasu z tantiem, jak coś mojego powtórzą.

Polityka?

- W 1993 roku kandydowałem do Sejmu z listy Samoobrony, ale nie przekroczyliśmy progu wyborczego. W 2001 roku do kandydowania zaprosiło mnie PSL w Koninie. Trafiłem na listę, ale Ryszard Bugaj, który też wtedy kandydował z PSL, powiedział: albo Poręba, albo ja. No to mnie prezes Kalinowski skreślił.

Dwa lata temu wystawił pan sztukę "Zmartwychwstanie" na kongresie Samoobrony. Dlaczego?

- Bo Lepper jako jedyny odpisał na moją prośbę i dał pieniądze.

Na końcu sztuki Chrystus schodzi z krzyża i idzie w stronę publiczności. Siedzący w pierwszym rzędzie Andrzej Lepper klęka. Z nim cała sala. Piękna scena.

- A co pan chce. Oczywiście, że Lepperowi zależało na efekcie politycznym. "Zmartwychwstanie" jest znakomitą sztuką napisaną przez Lusię Ogińską, żonę Ryszarda Filipskiego. I jestem wdzięczny Lepperowi, że mogłem to wystawić. Idę tam, gdzie mnie chcą. Mam szuflady pełne scenariuszy gotowych do realizacji. Próbuję od lat zainteresować nimi władze kinematografii i telewizji, ale moja czarna legenda robi swoje. Jak pisałem list do premiera Kaczyńskiego, to liczyłem, że odkręci te zamknięte kurki.

Ale co ma dziś premier do kręcenia filmów?

- No jak to co? Jak się ma władzę, to ma się wpływy. Uważam, że "Zmartwychwstanie" powinien zobaczyć każdy Polak. Wiece PiS-u były przed wyborami w całej Polsce, co by szkodziło, żeby ludzie przy okazji zobaczyli ten gorzki, ale głęboko patriotyczny spektakl?

Mam genialny scenariusz o księciu Józefie Poniatowskim na podstawie książki Dobraczyńskiego. Film musi być francusko-rosyjsko-polsko-niemiecki, bo potrzeba wiele plenerów. Ministerstwo Kultury może dać pieniądze na przygotowania, na zorganizowanie sponsorów. Trzeba przecież koni, kostiumów, pułku kawalerii. Napoleona powinien zagrać Francuz. Poniatowskiego mógłby zagrać Mel Gibson, on ma bliskie mi poglądy.

Tęskni pan za Peerelem?

- Wie pan, jedna rzecz była dobra. Wiedziałem, do kogo iść. Jak cenzor coś chciał usunąć, to się podpisywał własnym nazwiskiem. Mogłem więc iść do jego szefa. Jak się nie udało - mogłem iść wyżej, do partii, nawet do KC. Jedna frakcja mnie wspierała, druga zwalczała i dzięki temu wiele rzeczy udawało się załatwić. A dziś nic nie wiem, po prostu mgła. Do kogo mam iść? Może pan ma jakiś pomysł? Ja mogę z samym diabłem paktować, byle mi dał zrobić film.