Kazimierz Pytko

PROROK UZBROJONY

 

Poznając historię Mahometa, możemy lepiej zrozumieć zamachowców-samobójców i radykałów, gotowych ściąć "niewiernemu" głowę...

 

 

Fundamenty islamu to Koran oraz przekazywane z pokolenia na pokolenie opowieści (hadisy) o działalności Mahometa, jego reakcjach na rozmaite wydarzenia i wygłaszanych przy tej okazji komentarzach. Ich interpretacja w dużej mierze zależy od poglądów przywódcy religijnego. Kto skupi się na fragmentach przedstawiających łagodniejsze oblicze Proroka, może głosić, że islam jest religią pokoju i miłosierdzia. Równie mocne argumenty znajdą jednak w Koranie i hadisach radykałowie wzywający do świętej wojny. Mało tego, mogą przywoływać samego Mahometa, który walczył, mścił się, skazywał na śmierć, usprawiedliwiał zabójców, perswazją i podstępem jednoczył arabskie plemiona, tworząc na Półwyspie Arabskim teokratyczne państwo.

Mahomet złagodził brutalne obyczaje ludów pustyni, lecz ich nie odrzucił. Za umyślne zabójstwo członka rodu krewni ofiary nadal mieli obowiązek dokonania zemsty i zabicia sprawcy lub kogoś z jego bliskich. Ale tylko jednego i na tym powinno się skończyć. Odwet na wykonawcach odwetu został zakazany.

NIE MA BOGA PRÓCZ ALLAHA

Założyciel religii wyznawanej dziś przez półtora miliarda ludzi zaczynał od porażki. W rodzinnej Mekce przez dwanaście lat pozyskał nie więcej niż stu zwolenników. Przywódcy rządzącego kupieckim miastem plemienia Kurajszytów długo traktowali go z przymrużeniem oka jako nawiedzonego mistyka.

Nie wydawał się groźny. Owszem, od pierwszego objawienia w 610 r. przekonywał, że archanioł Dżibril (Gabriel) przekazuje mu słowa najwyższego Boga czczonego przez ludy pustyni - Allaha, lecz niewiele z tego wynikało. Mieszkańcy Mekki wciąż otaczali kultem swoje bóstwo opiekuńcze Hudala i trzy boginie: Słońca Al-Lat, Wenus Al-Uzza, przeznaczenia Manat. Arabowie z innych oaz i miast pielgrzymowali do sanktuarium Al-Kaaba, w którym przechowywano przyniesiony z nieba przez anioła Czarny Kamień.

Sytuacja się skomplikowała, gdy Mahomet oznajmił, że: "Nie ma boga prócz Allaha". Zapytany, czy wobec tego kult innych bóstw jest bałwochwalstwem i powinien zostać zniesiony, udzielił twierdzącej odpowiedzi. Rzucił w ten sposób wyzwanie odwiecznej tradycji i wierze przodków. Gdyby sam nie był Kurajszytą i członkiem wpływowego rodu Haszymitów, zapłaciłby za to głową. A tak skończyło się na towarzyskim bojkocie. "Jeśli, jak mówisz, jesteś posłańcem Boga, nie jestem godny, by z tobą rozmawiać. A jeśli bluźnisz, rozmawiać z tobą mi nie wolno" - pokpiwali mieszkańcy Mekki.

Z powodu szykan nawróceń było niewiele. Poza domownikami (żoną Chadidżą, kuzynem Alim, teściem Abu Bakrem, wyzwolonym niewolnikiem Zajdem) do Proroka przyłączyli się głównie młodzi mężczyźni z zamożnych rodzin, zbuntowani przeciw konserwatywnym ojcom.

Niektórzy trafiali do wspólnoty pierwszych muzułmanów po tym, jak wcześniej żarliwie ich zwalczali. Dziś radykalni imamowie mogą ich stawiać za wzór (np. marzącym o wielkich czynach chłopakom z biednych dzielnic Bagdadu, Karaczi, Paryża, Hamburga). Przykładem jest dla nich Umar ibn al-Chattab (czytaj Nawrócenie Umara), który stał się neofitą gorliwym i bezwzględnym, prawą ręką Mahometa. 

ŻEBY ŻYĆ, TRZEBA SIĘ BIĆ

W 619 r. zmarł protektor osieroconego w dzieciństwie Mahometa - Abu Talib. Głową rodu Haszymitów został Abu Lahab, gorliwy wyznawca starych wierzeń. Zapytał krewniaka, czy nadal zamierza głosić swe nauki o jedynym Bogu. Prorok zdecydowanie potwierdził. Abu Lahab oświadczył, że wobec tego nie będzie go dłużej chronił. To juz było groźne. Oznaczało bowiem, że gdyby ktoś targnął się na życie Mahometa, wpływowi Haszymici nie czuliby się zobowiązani do dokonania zemsty. Dalszy pobyt w Mekce stawał się śmiertelnie niebezpieczny. W 622 r. Mahomet podjął decyzję o emigracji.

Hidżra, jak po arabsku nazwano to przełomowe wydarzenie, nie była ucieczką. Prorok najpierw wysłał do Medyny swoich zwolenników, sam opuścił niebezpieczną Mekkę ostatni. Nowego miejsca pobytu nie wybrał przypadkowo. W Medynie zmarł jego ojciec, w symbiozie z Arabami żyły tam społeczności żydowskie wyznające monoteizm. Mahomet miał więc nadzieję, że znajdzie tam podatny grunt dla swoich nauk.

Imigrantów przyjęto życzliwie, ale musieli żyć bardzo skromnie. Jedynym sposobem poprawienia warunków było łupienie kupieckich karawan, praktykowane przez wszystkie pleciona pustyni. Poza przewożonymi przez nie dobrami brano też jeńców, za których żądano okupu. Nikogo to nie gorszyło, bo takie prawa panowały tam od wieków. Mahomet - z obawy przed praktykowaną wówczas wendetą (zwaną sar) - żądał jedynie, by jego ludzie nikogo nie zabijali.

Kilka wypraw prowadzonych przez jego stryja Hamzę spełniło ten warunek. Ale za którymś razem napadnięci stawili opór i polała się krew...

ZIELONE ŚWIATŁO DLA DŻIHADU

W zasadzkę na szlaku z Syrii do Mekki wpadła karawana Kurajszytów. Jeden z prowadzących ją kupców został zabity, dwóch wzięto do niewoli. Na domiar złego incydent wydarzył się w świętym miesiącu radżab, w którym wszystkie plemiona pustyni przestrzegały zakazu przelewania krwi. Gdy muzułmanie wrócili z łupami, gościnni dotąd mieszkańcy Medyny zatrzęśli się z oburzenia.

Mahomet przezornie powstrzymał się od przyjęcia jednej piątej łupu, którą mu zwyczajowo przekazywano. Czekał na kolejne objawienie i rozstrzygnięcie dylematu przez Boga. Po kilku dniach usłyszał Glos, który rozwiewał wątpliwości: "Walka w tym miesiącu jest sprawą poważną, lecz odsunięcie się od drogi Boga, niewiara w Niego (...) jest rzeczą jeszcze poważniejszą przed Bogiem; przecież prześladowanie jest gorsze od zabicia".

To było zielone światło dla świętej wojny (dżihadu), chociaż za życia Proroka nie używano tego określenia. Bóg - a muzułmanie są absolutnie pewni, że każdy wers Koranu to Jego słowa - orzekł, że prześladowców islamu wolno zabijać, i to nawet w świętych miesiącach. Ustalenie, czym jest "prześladowanie", to już kwestia interpretacji. Imam nastawiony bardziej pokojowo zawęzi to pojęcie do zabójstwa lub pohańbienia kogoś z rodziny. Radykał uzna, że także profanacja Koranu lub meczetu nakłada obowiązek zemsty. 

PRZEPUSTKA DO RAJU

W marcu 624 r. z Gazy nad Morzem Śródziemnym do Mekki podążała potężna karawana. W produkty wiezione na grzbietach dwustu wielbłądów zainwestowała swe kapitały większość mekkańskich kupców.

Mahomet postanowił urządzić zasadzkę w wąwozie Badr. By walka odbyła się w wybranym przez niego miejscu, kazał zasypać wszystkie okoliczne studnie i pozostawić tylko jedną. Szansa na obfity lup zachęciła wielu mieszkańców Medyny do przyłączenia się do imigrantów. W sumie wyruszyło ich ponad 300.

Karawana miała jednak bardzo silną eskortę - około 900 zbrojnych mężczyzn. Gdy minął efekt zaskoczenia, losy bitwy zaczęły się przechylać na stronę mekkańczyków. Widząc to, Mahomet przekazał dowództwo Umarowi, a sam ukląkł w namiocie i żarliwie się modlił. Nagle wyszedł, rzucił garść kamieni w stronę wroga i krzyknął: "Każdego, kto dzisiaj walczył, szedł do przodu, nie cofał się i został zabity, Bóg wprowadzi do raju!". Oznaczało to, ze polegli w walce z niewiernymi nie będą musieli czekać na Sąd Ostateczny, lecz natychmiast zaznają niebiańskich rozkoszy. Tak ustami Proroka miał oznajmić Bóg, więc muzułmanie rzucili się do szaleńczego ataku. Wielu wręcz chciało polec. Kurajszyci przerażeni ich zawziętością cofnęli się, a potem uciekli. Bitwa pod Badr została wygrana przez ludzi Mahometa.

Poza ogromnymi lupami w rękach zwycięzców znalazło się wielu jeńców. Umar chciał ich natychmiast ściąć, Mahomet zdecydował jednak, że najpierw należy zażądać okupu i dopiero tych, za których nikt nie zapłaci, pozabijać. To stało się normą postępowania obowiązującą do dziś. Podobnie jak wiara, że śmierć w walce z niewiernymi natychmiast otwiera bramy raju. 

NASZYJNIK Z NOSÓW

Po bitwie pod Badr Mahomet i skupiona wokół niego wspólnota stała się lokalną potęgą. Pałający żądzą zemsty Kurajszyci zdawali sobie sprawę, że jeśli nie zniszczą jej szybko, nie zrobią tego już nigdy. Dokładnie rok później, w marcu 625 roku, zorganizowali olbrzymią armię (według kronikarzy liczącą 10 tysięcy żołnierzy) i wyruszyli na Medynę. Podeszli do niej od zachodu, zatrzymali się u stóp góry Uhud.

Obrona dobrze ufortyfikowanego miasta-oazy mogła trwać bardzo długo. Co bardziej doświadczeni wodzowie radzili, by nie wychylać się zza murów i czekać, aż napastnicy ugrzęzną pod nimi w plątaninie gajów palmowych, ogrodów i kanałów nawadniających. Radykałom spieszno było jednak do raju i parli do bitwy na otwartej przestrzeni. Mahomet opowiedział się po ich stronie. Potem nie mógł się już wycofać. "Prorokowi, który nałożył pancerz, nie przystoi zdejmowanie go, jeśli wcześniej nie wziął udziału w bitwie" - oświadczył i poprowadził swą armię w stronę Uhud.

Nie miał żadnych szans, dysponował zaledwie tysiącem ludzi. Nawet jeśli kronikarze przesadzili w szacowaniu sił Kurajszytów, na pewno mieli co najmniej 5-7-krotną przewagę liczebną. Bitwa skończyła się klęską muzułmanów. Mahomet z grupą około 15 wiernych towarzyszy ukrył się w jaskini na zboczu góry.

DAJCIE Ml GŁOWY BLUŹNIERCÓW

Mimo zwycięstwa Kurajszyci ponieśli tak duże straty, że nie odważyli się zaatakować Medyny. Wycofali się i wrócili po roku. Obrońcy tym razem odpierali ataki zza murów. Po kilku tygodniach dowódcy armii Mekki zrezygnowali. Mahomet odetchnął. Teraz to on przeszedł do ofensywy. Zaczął od porządków na własnym podwórku.

"Czy nikt nie uwolni mnie od córki Marwana?" - zapytał wiernych zgromadzonych na dziedzińcu pierwszego meczetu. Córka Marwana, kobieta o imieniu Asma, pisała wiersze, w których kpiła z Mahometa i ulegających mu mieszkańców Medyny. Wytykała im, że zapomnieli, co to męstwo i duma, bo interesuje ich jedynie "tłusty rosół na stole" i podporządkują się każdemu, kto go zapewni, nawet obcemu.

W tłumie słuchającym Mahometa znajdował się krewniak Asmy. Dotąd nie błysnął odwagą, unikał udziału w bitwach, więc wykorzystał okazję do wykazania się gorliwością w mniej ryzykowny sposób. Zakradł się nocą do domu kuzynki i śpiącą pomiędzy dziećmi przebił mieczem. "Posłańcu Boga, zabiłem córkę Marwana. Czy z tego powodu poniosę jakieś konsekwencje?" - następnego ranka padł na kolana przed Prorokiem.

"Z jej powodu nawet dwie kozy nie trykną się rogami" - usłyszał w odpowiedzi. Osobistych zniewag, kpin z islamu i bluźnierstw wobec Allaha Mahomet nie darowywał nikomu. Przed zemstą nie chroniła ani płeć, ani wiek, ani pochodzenie społeczne. Kilkanaście wieków później 14 lutego 1989 r. ajatollah Chomeini ogłosił oficjalnie, że za bluźnierstwo "przeciwko islamowi, Prorokowi i Koranowi" autor powieści "Szatańskie wersety" Salman Rushdie "i wszyscy, którzy są uwikłani w jej publikowanie i są świadomi jej zawartości, zostają skazani na śmierć".

W naszym kręgu cywilizacyjnym uznano fatwę Chomeiniego za zamach na podstawowe prawa człowieka, z punktu widzenia radykalnych muzułmanów ajatollah naśladował Proroka, więc zrobił to, co powinien.

Równolegle z likwidowaniem opozycji w Medynie Mahomet umacniał swą pozycję wśród okolicznych plemion. Gdy dostał informacje, ze klan Banu Lihjan zamierza go zaatakować, wysłał do wodza swego podwładnego Ibn Unajsa. Polecił, by przedstawił się jako zdrajca, złorzeczył Prorokowi i w ten sposób zdobył zaufanie wroga. Unajs spisał się perfekcyjnie. Wódz z taką lubością wysłuchiwał jego drwin, że pozwolił mu spędzić noc w swoim namiocie. Gdy zasnął, stracił głowę, która już następnego ranka leżała u stóp Mahometa.

Wydarzenie to miało dużo większą wagę niż likwidacja drugorzędnego kacyka. Pokazało, że w imię wyższych celów i dla uśpienia czujności niewiernych muzułmanin może pozornie wyrzec się swej wiary. Z biografii terrorystów, którzy dokonali zamachu na wieże WTC, wiemy, jak to wygląda współcześnie. Większość z nich bawiła się w nocnych lokalach, piła alkohol... Mahometa trudno jednak oskarżać o wyjątkowa perfidię. Czas i miejsce, w którym działał rządziły się właśnie takimi prawami.

 

O panujących wówczas obyczajach wymownie świadczą opisy tego, co działo się po bitwie. Kurajszyci dobili rannych i na pobojowisko weszły kobiety. Obcinały poległym uszy i nosy, nawlekały te "trofea" na sznurki i, wznosząc radosne okrzyki, wymachiwały ociekającymi krwią naszyjnikami. Jedna z nich, mszcząc się za śmierć poległego pod Badr ojca, rozpruła brzuch Hamzy - stryja Mahometa, wyrwała mu wątrobę i z wściekłością ją gryzła.

 

PRECZ Z ŻYDAMI!

Ku zawodowi Mahometa w żadnej z bitew nie stanęli u jego boku Żydzi z Medyny.

Było to dla niego tym boleśniejsze, że właśnie w nich pokładał największe nadzieje. Skoro przemawiał do niego jedyny Bóg, sądził, że monoteistyczni Żydzi uznają go i za swojego Proroka. Wykonał mnóstwo pojednawczych gestów. Kazał muzułmanom modlić się twarzą zwróconą w stronę Jerozolimy; zgromadzenia wiernych organizował w piątki, by nie kolidowały z szabasem; przyjął szereg zasad koszem, m.in. zakaz spożywania wieprzowiny, krwi i zwierząt, których nie zabito zgodnie z zasadami rytualnego uboju.

Nie zdawał sobie sprawy, że dla Żydów uznanie Araba za proroka jest absurdem. Dawali mu to odczuć, więc w miarę upływu czasu początkowa sympatia zmieniała się we wrogość. Po zwycięskiej bitwie pod Badr muzułmanie nabrali pewności siebie. Gdy na bazarze młody Żyd dla draki przydepnął suknię arabskiej przekupce tak, że odsłoniła się tylna część jej ciała, stojący obok wyznawca natychmiast pomścił zniewagę. Podszedł do żartownisia i go zabił. Koledzy ofiary zatłukli muzułmanina. Wybuchły gwałtowne zamieszki i zaczął się pierwszy w historii konflikt żydowsko-muzułmański.

Mahomet wykorzystał okazję, by zrewanżować się Żydom za ich niewdzięczność. Otoczył ze swoimi zwolennikami część Medyny zamieszkaną przez żydowskie plemię Banu Kajnuka. Po 2 tygodniach oblężeni poddali się. Naciskany przez arabskich władców Medyny darował im życic, ale pod warunkiem, że w ciągu 3 dni cale plemię wyniesie się z Medyny. Wygnańcy mogli zabrać ze sobą mienie ruchome; domy i pola przejęli muzułmanie.

Kiedy po klęsce pod górą Uhud przyszłość islamu zawisła na włosku, potrzebą chwili stała się konsolidacja wszystkich mieszkańców Medyny. Tymczasem do Proroka dotarły wieści, że drugie żydowskie plemię - Banu an-Nadir spiskuje przeciw niemu. Powtórzył więc sprawdzone rozwiązanie. Oblężeni Nadiryci wytrwali 3 tygodnie. Tym razem opuszczając Medynę musieli pozostawić nie tylko nieruchomości, lecz także broń i złoto. Zdobyte uzbrojenie pomogło w odparciu najazdu mekkańczyków.

Podczas tych walk także członkowie ostatniego już w Medynie żydowskiego plemienia - Banu Kurajza - trzymali się na uboczu. Po wszystkim Prorok kazał otoczyć ich forty i zamki. Gdyby poddali się bez walki, być może skończyłoby się na wygnaniu. Oni stawiali jednak opór.

RZEŹ W IMIĘ BOGA

Żydzi wciąż mieli w Medynie wpływowych sojuszników, którzy wstawili się za nimi u Mahometa. Zasypywany prośbami o łaskę udzielał dwuznacznych odpowiedzi. W końcu oświadczył, że jeśli wszyscy proszący zgodzą się uznać wyrok, pozwoli go wydać jednemu z powszechnie szanowanych arabskich mieszkańców Medyny. Wydawało się, że szedł na kompromis. Ale był to podstęp. Prorok wyznaczył na arbitra pałającego żądzą zemsty starca, który podczas walk z Żydami został ciężko ranny. Ten oznajmił: "Wszyscy dorośli mężczyźni zostaną zabici. Kobiety i dzieci pójdą w niewolę. Majątki zostaną rozdzielone między muzułmanów". Zszokowani słuchacze zaniemówili. Ciszę przerwał donośny głos Proroka: "Sąd twój jest zgodny z wyrokiem, jaki wydał Bóg". Los plemienia Banu Kurajza został przesądzony. Następnego dnia w pobliżu bazaru w "dzielnicy" żydowskiej wykopano głębokie doły. Doprowadzano do nich związanych mężczyzn i na oczach tłumu ścinano. Masowy grób wypełnił się po brzegi, liczbę ofiar rzezi szacuje się na 700-900 osób.

Kolejne pokolenia ekstremistów aż po stających dziś przed kamerami katów z al-Kaidy i Państwa Islamskiego dostały argument usprawiedliwiający ich zbrodnie.

Masakra spełniła swą rolę. Gdy muzułmańska armia pociągnęła na bogate żydowskie miasto Chajbar, jego przerażeni mieszkańcy poddali się praktycznie bez walki.

MEKKA SKŁADA BROŃ

Mekki Mahomet już zdobywać nie musiał. Ruszył ku niej na czele ogromnej armii, ale nie po to, by atakować, lecz... odbyć tradycyjną pielgrzymkę. Zdezorientowani Kurajszyci nie wiedzieli, jak się zachować. Zrozumieli jednak sens tego pokazu siły i podjęli negocjacje. Mahomet zrezygnował z pielgrzymki, ale pod warunkiem, że za rok będzie mógł ją odbyć bez ograniczeń. Przybył z 2 tys. wiernych. Nie zrobił niczego, co wywołałoby niepokój mieszkańców. Dokonał rytualnych ablucji, okrążył Kaabę etc. Pokazał, że choć odrzuca wszystkich bogów prócz Allaha, nie zamierza zniszczyć najświętszego sanktuarium.

Mekka była miastem kupców potrafiących kalkulować. Mając do wyboru wojnę lub podporządkowanie się Prorokowi, wybrali drugie rozwiązanie. 11 stycznia 630 r. armia Mahometa wkroczyła do miasta. Poza garstką radykałów nikt nie stawiał oporu.

Prorok wszedł do Kaaby, dotknął Czarnego Kamienia i krzyknął "Allah jest wielki" (Allahu akbar). Potem kazał usunąć wizerunki pogańskich bóstw, ale dawnym wrogom obiecał wybaczenie. Abolicja nie objęła jedynie gwałcicieli i bluźnierców.

Dwa lata później starzejący się i schorowany Mahomet udał się do Medyny. Tam 8 czerwca 632 r. zmarł. Jego następcą wybrano najwierniejszego z wiernych Abu Bakra, po nim ster przejął Umar. Kolejni kalifowie (arabskie chalifa oznacza następcę) ponieśli sztandar islamu od Bagdadu po Hiszpanię. Dzisiejszym "naśladowcom" Proroka i jego uczniów marzy się wskrzeszenie dawnego imperium, czego zalążkiem ma być tworzone w Iraku i Syrii Państwo Islamskie, przedstawiane jako odrodzony kalifat. Jego władcy nie przyjmują tylko do wiadomości, że stosowanie w XXI w. metod, które czternaście stuleci temu były normą, to barbarzyństwo i niezrozumiałe dla większości świata okrucieństwo.