Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Stanisław Brzozowski

Listy

Opracował, przedmową, komentarzem i aneksami opatrzył Mieczysław Sroka 

1970

 

(...)

 

PRZEBIEG SĄDU OBYWATELSKIEGO NAD STANISŁAWEM BRZOZOWSKIM

 

Jestem tak głęboko wstrząśnięta tą sprawą, jakbym była przy dokonywaniu morderstwa.

Zofia Nałkowska

 

Ma być sądzony «zdrajca» - dotąd przez większą część narodu za chlubę uważany. Czyż ma sobie tej Golgoty odmówić społeczność polska, tak chętnie krzyżująca?

Niechże już wszyscy krzyżują, i niech nikt nie umywa rok.

Władysław Orkan

 

Lepiej jest skazać dziesięciu niewinnych niż jednego winnego puścić.

Ignacy Daszyński

 

 

Wszystkie ważniejsze fragmenty zeznań i dokumentów podano in extenso wedle protokołu sądu, po zweryfikowaniu ich z oryginałami (AZHP, Archiwum PPS, 305/III/27-IVs 305/III/27-V). W kilku miejscach protokół ten uzupełniono na podstawie innych sprawdzonych źródeł.

 

 

Sąd obywatelski nad Stanisławem Brzozowskim rozpoczął się 14 lutego 1909 r. w Krakowie przy ul. Wiślnej w sali Związku Stowarzyszeń Robotniczych.

Na sali posiedzeń znalazło się przeszło sto osób, które otrzymały specjalne imienne zaproszenia *[Wedle relacji W. Kolberg-Szalitowej "bilety wstępu dostawały osoby z partii lub blisko partii stojące - glejtem było tu wrogie usposobienie dla oskarżonego. Rodzina i kilka osób bliskich Brzozowskiemu otrzymały coś około dziesięciu biletów - i to z wielkim trudem.

Osoby te można było wyliczyć na palcach: Karol Irzykowski, drowa Buberowa, dr Salomea Perlmutter, Władysław Orkan, Edmund Szalit z żoną, Eugenia Borkowska i jeszcze kilka osób, których nie pamiętam dokładnie, oraz świadkowie: Wacław Nałkowski, Zofia Rygier-Nałkowska, Stefan Żeromski, Ostap Ortwin, Adolf Nowaczyński, Wilhelm Feldman, Bronisław Gałczyński i inni.

Przy wejściu, w pierwszym małym pokoiku siedzący przy stoliczku «partyjnik» rozdawał małe broszurki Emila Haeckera. Była to krytyka Płomieni, w której Haecker dowodził, że Płomienie są niezbitym dowodem zgnilizny moralnej Brzozowskiego i że taką powieść mógł napisać tylko szpieg.

Sąd miał odbywać się w drugim, większym pokoju. Dla oskarżonego przygotowany był osobny stoliczek na lewo pod oknem. Gdy Brzozowski wszedł, wskazano mu tam miejsce. Dawni znajomi, «przyjaciele», ostentacyjnie przechodzili koło Brzozowskiego, nie kłaniając mu się i nie podając mu ręki.

Za to z niezwykłą serdecznością i radosnym uśmiechem na twarzy potrząsali prawicą Bakaja, który znalazł się w drugim pokoju dla świadków.

Świadkowie, którzy mieli zeznawać nieprzychylnie dla Brzozowskiego, choć przez partię niecierpiani, jak np. Kulczycki, byli witani owacyjnie" (Pamiętnik o Brzozowskim, "Twórczość" 1957, nr 5, s. 62).

Relację W. Kolberg-Szalitowej o atmosferze panującej na sali obrad sądu potwierdza w swych wspomnieniach Z. Nałkowska (Wspomnienia o sprawie Brzozowskiego, "Studio" 1936, nr 3/4; przedr. Widzenie bliskie i dalekie, Warszawa 1957).].

W skład sądu wchodzili: dr Herman Diamand (PPSD) - przewodniczący; dr Feliks Perl (PPS Fr. Rew.), dr Emil Bobrowski - sekretarz (PPSD), Stanisław Żmigrodzki (PPS Fr. Rew.), Feliks Kon (bez mandatu swej partii, PPS Lewicy). Mandaty mężów zaufania oskarżonego przyjęli: dr Rafał Buber i inż. Jędrzej Moraczewski. Z Paryża na sąd przyjechali główni oskarżyciele: Michał Bakaj i Włodzimierz Burcew *[Na koszt PPSD i PPS Fr. Rew.  * Władimir L. Burcew (1862-1942) - rosyjski działacz polityczny, historyk. Jako student brał udział w ruchu narodnickim; zesłany na Syberię zbiegł w 1887; wydawał w Genewie pismo "Swobodnaja Rossija", propagując ideę współpracy rewolucjonistów z liberałami w "solidnej partii przeciwrządowej"; ogłosił materiały do historii rosyjskiego ruchu rewolucyjnego Za sto lat (Londyn 1896); redagował pismo "Byłoje". Po powrocie do Rosji (1905) wstąpił do partii eserowców. W 1917 popierał Rząd Tymczasowy, po rewolucji październikowej emigrował do Paryża; prowadził w prasie kampanię antyradziecką.]

Po krótkim przedstawieniu stanu sprawy przewodniczący komunikuje, że sąd uchwalił tajność swych narad, wszyscy więc obecni imiennie zaproszeni goście przez sam fakt pozostania na sali po tej enuncjacji składają przyrzeczenie, że poza salę żadnego szczegółu rozprawy nie wyniosą *[Karolowi Irzykowskiemu, który chciał stenografować przebieg procesu, sąd odmówił pozwolenia.].

Po odczytaniu odnośnych materiałów z "Czerwonego Sztandaru" *["Czerwony Sztandar" (organ SDKPiL, ukazywał się w latach 1902-1918 nieregularnie, w Zurychu, Krakowie i Warszawie) ogłosił 25 kwietnia 1908 spis agentów ochrany. W spisie tym figurował m. in. Stanisław Brzozowski: "Centralny Komitet Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej Rosji nadesłał nam następujący spis pomocników ochrany. Spis ten podajemy w dosłownym tłumaczeniu z języka rosyjskiego, zmieniając w nim tylko porządek, tak że na pierwszym miejscu figurują ci, co służą lub służyli ochranie w Polsce. Konspiracyjnego żargonu nie zmieniamy wcale.

1. Brzozowski Stanisław, literat, służył w ciągu kilku lat, szkodził wiele ruchowi społecznemu, oświetlał wierzchołki PPS i Bundu, jego pseudonim w ochranie «Goldberg», sam pisał sprawozdania, zwłaszcza w sprawie Uniwersytetu Ludowego, który dzięki niemu nie był dozwolony. Zachorował, otrzymał 250-300 rubli na leczenie się i wyjechał do Zakopanego. Przypuszczam, że z końcem 1906 roku zaczął znowu «współpracować»" (Z tajemnic "ochrany", "Czerwony Sztandar" 1908, nr 156).], "Robotnika", "Naprzodu", "Przedświtu", "Byłoje" mężowie zaufania wnoszą o przesłuchanie przede wszystkim Michała Bakaja.

Zeznania głównego świadka poprzedza Brzozowski krótkim oświadczeniem:

"Bez względu na to, co tu powie Bakaj, zaprzeczam całemu oskarżeniu; nigdy nie pozostawałem z ochraną w żadnych stosunkach, nigdy od niej nie otrzymywałem żadnych pieniędzy i wzywam Bakaja, by do ócz powtórzył mi swoje zarzuty".

Zeznaje Bakaj.

"Podaje, że był urzędnikiem warszawskiej ochrany i «dobrym» był aż do połowy r. 1905; niejednokrotnie dostawał nagrody, nawet od cara ma z tego czasu jakiś upominek. Z rewolucją nie miał nic wspólnego; wybuch jej jednak wywarł nań wpływ stanowczy. Zobaczył wtedy, że rewolucjoniści nie zasługiwali na los, jaki im zgotował rząd carski, przestał we władzy rządowej widzieć opiekuna poddanych. Dzień 17 października 1905 *[Dzień wybuchu rewolucji.] był strasznym ciosem dla rządu. Świadek osobiście był zadowolony. Wyjechał wkrótce do Moskwy, gdzie był świadkiem zbrojnego powstania i obserwował działalność Raczkowskiego *[P. Raczkowski - rzeczywisty radca stanu, kierownik Wydziału Politycznego w Departamencie Policji w Petersburgu, osławiony okrucieństwem w tłumieniu rewolucji 1905 r.]. Wszystko to podziałało nań bardzo silnie. Wkrótce wrócił do swego urzędu do Warszawy. Tutaj nadeszła depesza dyktatora Trepowa *[Dmitrij Fiodorowicz Trepow (1855-1906) w latach 1896-1905 moskiewski oberpolicmajster: od 11 stycznia 1905 r. - petersburski generał-gubernator, następnie wiceminister spraw wewnętrznych. Autor słynnego rozkazu z października 1905 r.: "Salw w powietrze nie oddawać i naboi nie żałować". Organizator czarnosecinnych pogromów.], by aresztować masowo podejrzanych. Szewiakow, nie mogąc się wyznać w sytuacji, aresztował na podstawie starych, sprzed 17 października aktów 257 osób. Św.[iadek] protestował przeciw temu, powołując się na manifest, ale na próżno... Opowiada o anarchistach i komunistach i ich aresztowaniach. Ich komunizm, drobnych zazwyczaj chłopców, to były raczej drobne nadużycia w rodzaju tych, że przychodząc do restauracji, nie płacili za jedzenie; raz jeden chcieli wymusić na kimś 1000 rubli, ale im się to nie udało.

Na widownię występuje w tym czasie Grün. Aresztowanych powinien był badać świadek, tymczasem jego wcale nie dopuszczono, wobec czego udał się do Mayera *[Oberpolicmajster warszawski.] z zażaleniem, po czym go dopuszczono do badań. Przyjrzał się wtedy katowskiej robocie Grüna, którą opisuje.

Mówiono mu, że do aresztowanych mają zastosować § 12 art. o. stanie wojennym, ale w to nie wierzył, tym bardziej że w sprawę było wmieszanych dwóch ludzi, którzy byli aresztowani wcześniej i do których się odnosiła amnestia. Na postępowanie Grüna oburzał się wobec naczelnika ochrany.

Z początkiem stycznia 1906 wyjechał z Warszawy i z gazet dowiedział się, że aresztowanych w istocie rozstrzelano. Św.[iadek] zwracał uwagę naczelnikowi ochrany na to postępowanie, wyrażał obawę, że ono może jeszcze bardziej wzmóc nastrój rewolucyjny, ale na próżno...

Św.[iadek] przekonywał się jeszcze bardziej, że rząd nie ma zamiaru stosować manifestu konstytucyjnego; przytacza przykłady w tym kierunku, wtedy pojął też olbrzymie znaczenie terroru, który jedynie był w stanie utrzymać rząd w szachu. Za urlopem wyjechał do Petersburga. Wtedy system prowokacji wzmógł się do wielkich rozmiarów. Świadek opisuje rolę Stołypina i Trusiewicza. Działalność terrorystycznej partii SR była chwiejna, co sobie świadek tłumaczył tym, że «nie znają oni wewnętrznych stosunków w rządzie».

Św.[iadek] postanowił w tym kierunku oświecić SR-ów. W maju 1906 udał się do Burcewa, którego znał z jego działalności poprzedniej, zapewnił go o sympatii swojej do SR i prosił o dyskrecję. Odtąd komunikował się częściej z Burcewem. W czerwcu 1906 opowiedział mu o prowokatorze Raskinie, a gdy ten był ogromnie zdziwiony tą wiadomością, świadek powiedział, że w Polsce jest człowiek, znany w literaturze, drugi Michajłowski *[Michajłowski Nikołaj Konstantinowicz (1842-1904), rosyjski socjolog, publicysta i krytyk literacki, ideolog narodnictwa.], a przecież jest szpiegiem, i wymienił jego nazwisko, tj. Brzozowski.

Św.[iadek] przyjeżdżał stale do Petersburga i widywał się z Burcewem, w Warszawie nastał tymczasem Zawarzin. Dla niego każdy Polak był rewolucjonistą i zaczęła się orgia aresztowań. Według wiadomości ochrany miało być w Warszawie około 400 bojowców, tymczasem Zawarzin aresztował jako takich 2000 blisko ludzi; sam wnosił prośby o administracyjne rozstrzelanie rozmaitych osób. Św.[iadek] starał się o przeniesienie do Petersburga, a gdy mu ofiarowano inne miejsce, skwitował. Św.[iadek] opisuje dalsze swe losy: aresztowanie, więzienie piotropawłowskie, zesłanie na Sybir, ucieczką stamtąd przy pomocy Burcewa i SR-ów i przybycie do Paryża.

Przechodząc do swoich wiadomości o Brzozowskim, świadek opowiada, że nie pomni dokładnie, czy pod koniec roku 1903, czy z początkiem r. 1904 Peterson przyszedł do niego i oświadczył mu, że znalazł tęgiego współpracownika wśród Polaków, którego porównywał z Michajłowskim. Na zapytanie świadka, jaką partię oświetla Brzozowski, odpowiedział Peterson, że nie odkryje on bomb ani nawet drukarni, ale będzie informował o ruchu społecznym i tym odda nieocenione usługi. Św.[iadek] dodaje, że Peterson był człowiekiem dalej patrzącym, że wiedział, że rząd będzie musiał poczynić pewne ustępstwa, a więc, że w dalszej przyszłości informacje o ruchach społecznych mogą być dla rządu bardzo cenne.

Nie wynika z tego, by Brzozowski nie wskazywał także poszczególnych osób. I tak: wydał on Stanisława Goldberga, bundowca i korespondenta pism, i odtąd nadano Brzozowskiemu od pierwszej jego ofiary w ochranie pseudonim Stanisław Goldberg. Peterson konferował często, mniej więcej raz na tydzień, z Brzozowskim w konspiracyjnym mieszkaniu. Świadek czekał zwyczajnie na Petersona, który po powrocie z konferencji opowiadał zawsze świadkowi, o czym rozmawiano z Brzozowskim, nazywał tego ostatniego inteligentnym człowiekiem i polecił mi spisywać jego zeznania. Większe raporty, własnoręcznie przez Brzozowskiego pisane, pojawiły się w jesieni 1904, przedtem były tylko zapiski o rozmowach. Notatki te były pisane w języku rosyjskim i w dobrym stylu.

Dalej za jego wskazaniem aresztowano Nelkena, po czym doszli do dr Dauma i innych. On miał też zamiar ułatwić aresztowanie Kulczyckiego. A mianowicie zawiadomił on o swojej schadzce z Kul.[czyckim] w «Głosie» przy ul. Smolnej Wysokiej; czy je specjalnie uzasadnił, świadkowi nie wiadomo, dość że Peterson przyszedł i oznajmił, że dziś złapią Kulczyckiego. W istocie czekała obok «Głosu» dorożka, ale Kulczyckiego nie aresztowano, bo agenci mieli jego fotografię tylko z lat studenckich i widocznie jego nie poznali. Czy Brzoz.[owski] spotkał się wtedy w «Głosie» z Kulczyckim, świadek nie wie.

Co do Uniwersytetu Ludowego świadek zeznaje: odbywały się w tej sprawie liczne zebrania, ale ochrana nie zwracała na nie uwagi. Wtedy Brzozowski wniósł memoriał, że uniwersytet ten ma być szkołą dla agitatorów radykalnych i że z tego wyniknie wielka szkoda dla państwa. Peterson polecił świadkowi memoriał ten wysłać do Petersburga i napisać raport do generał-gubernatora, by ewentualnych statutów tego stowarzyszenia nie zatwierdzono. Było to w jesieni 1904. W zebraniach brali udział Goldberg, Brzozowski, Niemojewski i inni, których nazwisk świadek nie pamięta. Kiedy później statuty wniesiono do generał-gubernatora, uniwersytetu nie zatwierdzono.

Wskutek doniesienia Brzoz.[owskiego] aresztowano raz całe zebranie urządzone przez Niemojewskiego, złożone z 185 osób przy ul. Wilczej, mimo że przedtem zostawiano podobne zebrania w spokoju, a nawet Peterson lekceważąco wyrażał się o Niemojewskim.

Św.[iadek] pytał Petersona, ile Brzozowski dostaje pieniędzy za swoje usługi, otrzymał odpowiedź, że 150 rubli, miesięcznie, ale i to za dużo, iż wskutek wojny ówczesnej budżet ochrany uszczuplił się do 1/3.

Św.[iadek] opisuje następnie sposób przechowywania zeznań Brzozowskiego. Otóż wszywano je kartka po kartce w osobną książkę, a prócz tego dodano indeks nazwisk zamieszanych w sprawy. Ze szpiegami konferowano w tajnych mieszkaniach, których było kilka, między innymi przy ul. Miodowej nr 18, tzw. inteligenckie, gdzie bywali między innymi Brzozowski, Plebiński, dr Grodzieński. Porozumiewano się ze szpiegami w ten sposób, że gospodyni takiego lokalu, która znała wszystkich «współpracowników» ochrany, przychodziła do ochrany, zawiadamiała, że czeka ten a ten, i wtedy ktoś z ochrany szedł tam, aby załatwić sprawę.

Otóż pewnego dnia w podobny sposób zawiadomiła gospodyni, że na ul. Miodowej 18 czeka Goldberg, po czym Peterson polecił świadkowi, by się udał tam i wręczył Brzozowskiemu 75 rb., co się też stało. Było wtedy jeszcze jasno na dworze, godziny świadek podać nie może, w każdym razie było to przed 4 po południu, a po 12-tej.

Św.[iadek] rysuje plan tego mieszkania i zeznaje dalej, że nie był to pierwszy raz, kiedy widział Brzoz.[owskiego]. Już przedtem raz, kiedy szedł razem z innym urzędnikiem ochrany ulicą, ten mu wskazał na Brzoz.[owskiego] jako współpracownika.

Na zapytanie św.[iadek] podaje, że nigdy nie był członkiem SD rosyjskiej, że nigdy nie wyzyskiwał swego stanowiska dla zysków pieniężnych, że nawet rząd, który by go chciał skompromitować, nigdy podobnego zarzutu przeciw niemu nie podnosił, że tego rodzaju zarzuty są wymysłem Mienszykowa z «Nowoje Wremia». Dalej, w czasie spotkania się świadka z Brzozowskim, Brzozowski miał brodę, jak dzisiaj, i stanowczo świadek się nie myli, rozpoznając go dzisiaj, że poza tym nigdy nie miał innych stosunków z Brzozowskim, jak w ogóle nie miał ich z żadnym ze współpracowników ochrany; że współpracownicy nie są tajemnicą dla żadnego urzędnika ochrany; że Brzoz.[owski] był współpracownikiem ochrany do wiosny 1905, a miesiąca nie pamięta, że pomagał nie z zagranicy, ani skądinąd, tylko z Warszawy, z ulicy Natolińskiej, dokąd mu wysyłano nawet zapiski, i to przez pocztę.

Na zapytanie, dlaczego świadek zrobił użytek ze współpracownictwa Brzozowskiego dopiero wtedy, kiedy ten nim być przestał, świadek odpowiada, że rewolucjoniści, jak to się nieraz przekonał, nigdy nie chcą wierzyć, by prowokatorem mogła być jakaś wybitniejsza figura, i oprócz tego zajmował się dostarczeniem materiału historycznego Burcewowi.

Następuje zapytanie ze strony p. Brzoz.[owskiego], czy Bakaj znał Kołosowa, czy mu wiadomo, że partia SR-ów ogłosiła go była jako prowokatora w «Rewolucjonnej Rossji». Świadek odpowiada, że te fakta nie należą do rzeczy, że chodzić może tylko o prawdziwość faktów przez niego przywiedzionych, a obejmujących czas od drugiej połowy r. 1905, ale przeszłość świadka sama jest obojętną.

W ciągu dalszym podaje świadek, że na wiosnę 1905 Peterson oświadczył Bakajowi, że Brzozowski jest chory i musi wyjechać i że mu dał na ten cel 250-300 rubli, że po pewnym czasie pisał do Brzozowskiego do Zakopanego; czy ten odpowiedział, świadek nie wie. W każdym razie Peterson chciał do Brzozowskiego do Zakopanego wysłać człowieka jakiegoś, ale nie mógł znaleźć odpowiedniego. We wrześniu 1905 r. Peterson opuścił warszawską służbę. Zwyczajem jest, że ustępujący naczelnik wysyła raport do departamentu policji o swoich współpracownikach, a nowy robi to samo. Tak było i w tym wypadku. Obie takie listy wygotowane przez Petersona i Szewiakowa miał świadek w ręku, robił ich korektę i na obu było nazwisko Stanisława (Goldberga) Brzozowskiego. Gdy Szewiakow pokłócił się ze swym pomocnikiem, oddał akta Brzozowskiego świadkowi, który je miał u siebie aż do grudnia 1906 r. Wtedy nowy naczelnik Zawarzin zapytał o nie świadka i zażądał ich oddania, bo oświadczył, że Brzoz.[owski] ma przyjechać na powrót do Warszawy, a wtedy on mu postawi alternatywę: albo dalsze współpracownictwo w ochranie, albo skompromitowanie go. Zawarzin opowiadał dalej świadkowi, że miał zamiar wysłać na dworzec kolejowy w chwili przyjazdu Brzoz.[owskiego] ludzi i w tym celu wyciął z jakiegoś wydawnictwa podobiznę Brzoz.[owskiego]. - Co się dalej stało, świadek nie wie, gdyż wyjechał z Warszawy. Świadek podaje dalej, że na wiosnę 1906 r. zebrali się raz urzędnicy ochrany i opowiadali sobie, że z pism galicyjskich polskich i rusińskich wiedzą, jak to Polacy honorują Brzozowskiego, ofiarują mu wieńce itd., i dodali: «może by i my posłali wieńce».

Na zapytanie odpowiada świadek: że przez wiosnę rozumie miesiące marzec, kwiecień i maj, że wyjazd Brzozowskiego z Warszawy był może miesiąc do półtora po widzeniu się jego na Miodowej z Brzoz.[owskim], że tytułów tych pism polskich, o jakich mówiono w ochranie, zapodać nie może.

Dalej podaje świadek na zapytanie, że pism nie informował i co do tej sprawy, odsyła do Burcewa; zaprzecza, jakoby mu pokazywano za granicą fotografię Brzozowskiego; podnosi, że razu pewnego Burcew pokazał mu jakieś pismo, a wtedy świadek od razu wykrzyknął, że to pismo Brzozowskiego.

Przy wypłacaniu należytości współpracowników bierze się od nich kwity; takie kwity dawał także Brzoz.[owski], podpisując je Goldberg. Kiedyś świadek wręczył Brzoz.[owskiemu] pieniądze, kwitu nie otrzymał, bo kwituje się tylko za całe miesięczne pensje.

Świadek nie czytał całych aktów Brzoz.[owskiego], bo się tym nie interesował; również indeksów nie czytał, czytał natomiast memoriał w sprawie Uniwersytetu Ludowego, bo musiał referować, i podkreślał wtedy ważniejsze ustępy.

Na zapytanie p. dr Bubera, dotyczące przeszłości świadka, w szczególności, czy był w r. 1902 lub 1903 członkiem partii SR, świadek podaje, że należał do niej w istocie z początkiem 1903, że w maju tegoż roku został aresztowany, a przy końcu 1903 był już w departamencie policji; dodaje jednak następnie, że przeszłość jego jest tutaj obojętna, że gdyby mu można udowodnić, że w swoich rewelacjach choć na jotę się omylił, wtedy można by mu robić zarzuty, że decydującym jest jego obecne stanowisko i cel, jaki sobie wytknął, a mianowicie tępienie prowokacji. Nie ulega kwestii, że rząd rosyjski będzie używał wszelkich sposobów, aby go skompromitować, przedstawiał go Mienszykow jako Żyda, rząd rosyjski żądał wydalenia go z Paryża jako anarchisty, opowiada się, że z powodu nadużyć został wyrzuconym ze służby itp. - ale informacji o jego osobie trzeba szukać nie w tych źródłach, ale w sferach rewolucjonistów, którym pomógł do wykrycia prowokatora Aziewa.

Na dalsze pytanie oświadcza świadek, że żadnego Kołosowa nie zna, że ostrzeżenie o nim, o którym wie, jako o szpiegu, mogło polegać na omyłce, zresztą można to sprawdzić w komitecie SR-ów".

Na zeznania te odpowiada Stanisław Brzozowski.

"Bakaj twierdzi, że z początkiem lutego lub marca 1905 wypłacił mi 75 rubli i że ja w jakiś czas potem wyjechałem z Warszawy, otrzymawszy 250-300 rubli. Że tak nie jest, przedkładam mój paszport zagraniczny, z którego data mojego wyjazdu da się ściśle skonstatować. Od grudnia 1904 był zeznający obłożnie chory i aż do wyjazdu nie wychodził wcale z domu, aż do dnia, w którym miał wyjechać, poświadczy to Gałczyński, że z Mazowieckim [L. Kulczyckim] widział mnie w chwili wyjazdu, że, dalej, Miciński i Feldman poświadczą, że był w Krakowie z początkiem lutego 1905, a Żeromski - że go widział w Zakopanem w pierwszej połowie lutego 1905.

Przyznaje, że był trzykrotnie w ochranie, ale tylko w interesie swego paszportu, a sprawa miała się tak: przy aresztowaniu go w r. 1898 odebrała mu policja paszport. W r. 1899, już po uwolnieniu, wyjechał do Otwocka, chory, za pozwoleniem żandarmskim, gdzie pozostał do wiosny 1901. Kiedy miał brać ślub, nie miał żadnego dokumentu, udał się tedy na widzenie z żandarmem, który prowadził poprzednie śledztwo, z zapytaniem, czy mu wolno będzie zamieszkać w Warszawie. Żandarm odesłał go do ochrany, ten do oberpolicmajstra, ten znowu do "sekretnaho stoła" - pozwolono mu w rezultacie na pobyt 2-tygodniowy.

Drugi raz, a było to w r. 1901 lub z początkiem 1902 r., przyjechał jego brat do Otwocka. Kiedy w styczniu 1902 chciał wyjechać, nie miał paszportu, odbył znowu tę samą drogę, by dla siebie wystarać się o paszport i o pozwolenie pobytu dla brata, który był poprzednio aresztowany.

Trzecim razem był w ochranie w maju 1903. Zupełnie chory, otrzymał wezwanie do ochrany; było to po kampanii przeciw Sienkiewiczowi. Pułkownik Konclewski oświadczył mu, że jego brat, któremu wyznaczono Baku, nie tylko stamtąd uciekł, ale jest nadto poszukiwany o nowe stosunki z rewolucjonistami, kazał mu podpisać zobowiązanie, że ani on, ani matka nie przyjmą brata, skoroby się pojawił. Po podpisaniu tego pułkownik zagadnął go o jego artykuły przeciw Sienkiewiczowi, następnie, czy wie, dlaczego Rabski napadł na Dawida, czy z motywów politycznych, i czy w «Głosie» zbierano podpisy młodzieży na artykuł protestujący. Na to wszystko odpowiedział deponent, że nie wie.

Co do swoich stosunków z ludźmi konspiracyjnymi odpowiada deponent: wszedł w stosunki po raz pierwszy we wrześniu lub październiku 1904. Niejaki Kudłaty z Proletariatu prosił go o odczyt na rzecz tej organizacji, potem był prawie codziennym gościem. Przychodzili także inni z Proletariatu, jak «Julian» i inni. Pewnego razu zaproponowali mu, ażeby wobec zgodności poglądów ich organizacji z jego poglądami wstąpił do partii, i zawiadomili go, że wkrótce przyjedzie Kulczycki. Pewnego dnia oznajmiono mu, że Kulczycki przyjechał i chciałby się porozumieć. Rozmowa była czysto teoretyczna. Drugi raz widział się z nim u Dawidów, gdzie udawał, że go widzi po raz pierwszy, nie chcąc narażać konspiracyjności Kulczyckiego. Potem mieli się zobaczyć po raz trzeci w pewnym mieszkaniu. Przy ul. Hożej zauważył dorożkę, chciał ją wziąć, ale dorożkarz oświadczył, że jest zajęty. Gdy po pewnym czasie wracał, zwróciło to jego uwagę, że dorożka stoi na dawnym miejscu. Wkrótce potem Julian, a potem sam Kulczycki oświadczyli, że nie będą się widywać w umówionym mieszkaniu, bo ono jest «nerwowe». Deponent sam zwrócił uwagę Juliana na powyższy fakt z dorożką. Z Kulczyckim widział się po raz ostatni w dniu swego wyjazdu, kiedy to Kulczycki sam podszedł do niego".

W czasie pierwszego posiedzenia sądu zeznawało jeszcze kilku świadków.

Bronisław Gałczyński podał, że warunki materialne Brzozowskiego przed wyjazdem z Warszawy były bardzo ciężkie. Zimą 1904 r. urządził mu kilka odczytów. Brzozowski był w grudniu 1904 r. bardzo chory i świadek starał się o fundusze, by wysłać go do Zakopanego. Z pomocą W. Sieroszewskiego dostał w Kasie Literackiej 100 rubli. Informuje też, iż na ten cel odbyło się przedstawienie w teatrze "Elizeum". Załatwiał również Brzozowskiemu formalności paszportowe, gdyż ciężka choroba nie pozwalała mu wychodzić z domu. W dniu wyjazdu odprowadzał Brzozowskich na dworzec.

Udział w Uniwersytecie Ludowym świadkowi zaproponował Czesław Lewandowski, główny organizator tej imprezy. Lewandowski był człowiekiem bardzo lekkomyślnym, mało przestrzegającym zasad konspiracji: nosił przy sobie pieczątki i druki. Starano się go usunąć w ten sposób, że miano dla pozoru rozwiązać instytucję, a później zorganizować ją na nowo. Kiedy to się stało, sama instytucja upadła. Nigdy nie było zamiaru jej zalegalizowania. Lewandowski został później zabity na polecenie organizacji, chociaż, zdaniem świadka, nie był prowokatorem, lecz lekkomyślnym fantastą i maniakiem.

Stefan Żeromski oświadczył, iż Brzozowskiego poznał w lutym 1905 r. w Zakopanem. Brzozowski był początkowo bardzo chory, później stan jego zdrowia się polepszył. Po swoim wyjeździe z Zakopanego w kwietniu 1905 r. Brzozowskiego więcej nie widział.

Odczytano też list Laury Pytlińskiej o zorganizowanym na rzecz Brzozowskiego przedstawieniu w "Elizeum" oraz dołączone do listu pokwitowanie A. Brzozowskiej z 3 lutego 1905 r. na sumę 200 rubli.

Emil Haecker zeznał o pobycie Brzozowskiego w redakcji "Naprzodu" w Krakowie w marcu 1905 r.

Zofia Rygier-Nałkowska podała, że do współudziału w Uniwersytecie Ludowym zapraszał ją i jej ojca Czesław Lewandowski. Później nieco Brzozowski ostrzegał ją, "by za wiele nie mówiono z Lewandowskim, bo to człowiek dziecinny i fantastyczny".

Wacław Nałkowski stwierdził, "że byłoby szaleństwem albo śmiesznością chcieć w roku 1904 przed Konstytucją żądać legalizowania jakiej instytucji kulturalnej - jednak pozytywnych wiadomości o staraniach w tym kierunku nie ma. Świadek dodaje, że Brzoz.[owski] po nagrodzie Sienkiewiczowskiej był na drodze do kariery i sławy, a tymczasem wybrał głód i walkę".

2

Drugi dzień rozprawy (15 lutego 1909) przewodniczący sądu Herman Diamand rozpoczął od zwrócenia zebranym uwagi na konieczność zachowania większej dyskrecji (jeden z dzienników krakowskich podał bowiem szczegółową relację z pierwszego posiedzenia).

Następnie odczytano kilka listów, jakie napłynęły do sądu.

Dr Władysław Wroński z Otwocka i dr Bronisław Chrostowski z Warszawy przesłali sądowi oświadczenie, iż stan zdrowia Brzozowskiego na przełomie 1904/1905 r. był bardzo ciężki. Cierpiał na silnie rozwiniętą gruźlicę płuc i kiszek. Konieczny był wyjazd do Zakopanego, co dało się zrealizować dzięki pomocy materialnej przyjaciół. Obaj lekarze stwierdzali również, że położenie materialne ich pacjenta było tak ciężkie, iż graniczyło z nędzą.

Władysław Dawid w liście do sądu informował, że w końcu 1904 r. Brzozowski miał z polecenia lekarzy wyjechać za granicę. Zebraniem na ten cel środków zajmowało się jego kółko przyjaciół (redakcja "Głosu" też udzieliła mu zaliczki). O stanie materialnym Brzozowskiego w tym okresie świadczyć może fakt, że wyjeżdżał w pożyczonym palcie zimowym.

Iza Moszczeńska w obszernym liście przedstawiła szczegóły tyczące się Uniwersytetu Ludowego. W sierpniu 1904 zwrócił się do niej Czesław Lewandowski z propozycją udziału w zorganizowaniu uniwersytetu popularnego dla robotników, informując, iż ma już przyrzeczony udział szeregu osób wpływowych. Zachęcona wymienionymi nazwiskami, Moszczeńska wyraziła zgodę. Wkrótce okazało się, że i jej nazwisko służyło za przynętę dla innych. We wrześniu i październiku odbyło się kilka zebrań organizacyjnych.

"Zachowanie się Czesława Lewandowskiego w tej całej sprawie było tak lekkomyślne, a nawet tak podejrzane, że już po kilku naradach postanowiliśmy się go pozbyć albo też zaniechać całej pracy. Lewandowski bowiem kładł przede wszystkim nacisk na zawarcie piśmiennej i pieczęcią partyjną stemplowanej umowy z jedną z partii skrajnych, z którą podobno zostawał w stosunkach, i już gotowe formularze tej umowy na zebrania przynosił. Uniwersytet jeszcze nie istniał, a już cała kancelaria jego wraz z blankietami i pieczęciami znajdowała się w kieszeni p. L.[ewandowskiego]. Umówiwszy się poprzednio, przeprowadziliśmy uchwałę rozwiązania zapoczątkowanej organizacji i zarzucenia projektu. Do tych, co tę uchwałę podjęli, należał i Brzozowski. Oto właściwy powód rozbicia się projektu. Śladu istotnej zdrady ani denuncjacji nie było. Nikt z tam wówczas obecnych nie był za to pociągany do odpowiedzialności przez władze ani w ogóle interpelowany w tej sprawie. Nawet zachowanie się Cz. Lewand.[owskiego] w tym wypadku zakrawało więcej na lekkomyślność i narwaństwo niż prowokatorstwo. Później krążyły o nim wieści gorsze, a rok czy półtora roku potem został w Warszawie zgładzony z wyroku partyjnego. Na jakiej podstawie? - nie wiem. Cała ta robota trwała ledwie kilka tygodni, a udział w niej Brzozowskiego, który w równej mierze z innymi popierał jej zaniechanie ze względów ostrożności - żadnych nie nastręczał podejrzeń. Jedynym faktem niepokojącym prócz osoby pana Cz. L.[ewandowskiego] była notatka w lwowskim «Słowie Polskim» o powstaniu uniwersytetu robotniczego o charakterze partyjnym. [...]

Z początkiem grudnia tegoż roku rozpoczęła się w Warszawie, zapoczątkowana w bliskim mi kole, seria wieców politycznych. Brał w niej udział i Brzozowski, który często i z wielkim zapałem przemawiał. Już wtedy mówiono o jego podkopanym zdrowiu i o stałej materialnej biedzie mimo bardzo wytężonej pracy. Ludzie, którzy mieli żywo w pamięci jego winy z czasów studenckich, ostrzegali, by go do roboty politycznej nie dopuszczać, «bo jego nerwy cytadeli nie znoszą». Tymczasem jego talent i wymowa były tak potężną bronią agitacyjną, a ludzi wymownych i sprawie oddanych tak znacznie mniej, niż było potrzeba, że niżej podpisana zawsze się sprzeciwiała temu ostracyzmowi. Zresztą żadnych tajemnic organizacyjnych nie posiadał, bo organizacji nie było, robota zaś sama na wpół jawna, nie konspiracyjna, lecz obliczona na masy bezpartyjnej i nie uświadomionej inteligencji. W końcu grudnia proszono nas o wysłanie do Zagłębia, Częstochowy i Łodzi prelegenta na agitacyjne polityczne odczyty. Skierowaliśmy tę propozycję do Brzozowskiego, licząc na to, że będzie to dla niego także sposobność do poratowania swej nędzy, która musiała być w owym czasie tym większa, że wiele pracował darmo. Po oznaczonym na te odczyty terminie otrzymaliśmy telegram z zapytaniem, czemu nikt nie przyjechał. Okazało się, że Brzozowski chory, ma krwotoki płucne, z łóżka ruszyć się nie może. Było to w początkach stycznia 1905 r. W kole jego znajomych i słuchaczy powstała myśl przyjścia mu z pomocą".

Moszczeńska przedstawia dalej inne swoje kontakty z Brzozowskim i formy udzielania mu przez przyjaciół pomocy materialnej. "Dla mnie Brzozowski był człowiekiem wielkiego talentu, lecz przede wszystkim chorym, chronicznie zgorączkowanym i zdenerwowanym, z którym dysputować nie sposób. Nawet jego najświetniejsze występy publiczne nosiły cechy chorobliwego niemal podniecenia".

Następuje dalsze przesłuchanie Bakaja. "Przewodniczący zwraca mu uwagę, że według jego twierdzeń poprzednich miał on w lutym 1905 wręczyć Brzozowskiemu 75 rb., w miesiąc zaś później czy w 6 tygodni miał Brzozowski otrzymać od Petersona 250-300 rb., przeciw czemu jednak świadczy paszport Brzozowskiego z datą przejazdu przez granicę z 22 I - 4 II 1905 i cały szereg osób, które poświadczają pobyt Brzozowskiego w Krakowie i później w Zakopanem w owym czasie.

Bakaj stanowczo stwierdza, że Brzozowski był ajentem ochrany. Dał mu 75 rb. osobiście, i przejrzawszy paszport oświadcza, że w ochranie nietrudno o paszport z jakąkolwiek datą, bo paszporty są już tam gotowe na każdy wypadek, odpowiadające wszelkim formalnościom. Brzozowski według niego musiał być w lutym lub w marcu w Warszawie.

Jeden z sędziów [F. Kon] pyta, czy świadek wręczył 75 rb. Brzozowskiemu po demonstracji Gapona *[Gapon (Hapon) Gieorgij Apollonowicz (1870-1906) - rosyjski prawosławny duchowny, założyciel Związku Rosyjskich Robotników Fabrycznych w Petersburgu. 9 (22) stycznia 1905 zorganizował manifestację robotników, którzy ruszyli pochodem pod Pałac Zimowy, by wręczyć carowi petycję z prośbą o polepszenie warunków życia. Wezwane przez władze wojsko dokonało masakry robotników (tzw. "krwawa niedziela", ponad 1 tys. zabitych, ok. 2 tys. rannych). Po tych wydarzeniach Gapon zbiegł za granicę; po powrocie był tajnym agentem ochrany. Organizacja eserów wykazała, że był prowokatorem - organizacje robotnicze zakładał na polecenie departamentu policji, za co skazano go na śmierć i wyrok wykonano.] - Bakaj: «potem». Co do 250 rb. oświadcza, że Peterson powiedział mu to w miesiąc lub 6 tygodni później. [...]

Przewodniczący wskazuje świadkowi na fakt, że cały szereg świadków zeznał, iż statutów Uniwersytetu Ludowego nie podano wcale do zatwierdzenia.

Bakaj: Statuty takie wniósł ktoś bezwarunkowo do zatwierdzenia, ochrana wyraziła w tej sprawie taką opinię, jak Brzozowski. Być może, że nazwa nie była «Uniwersytet Ludowy» - może nazwa była «Uniwersytet dla Wszystkich».

Na pytanie jednego z sędziów [F. Perla] odpowiada, że znał Lewandowskiego, wie, że go zabito, może być, że tenże miał stosunki z wydziałem śledczym jako bandyta, on jednak o tym nie wie, natomiast twierdzi, że stosunków z ochraną nie miał. Nie wie nic o udziale jego w Uniwersytecie dla Wszystkich lub Ludowym.

Jeden z sędziów [E. Bobrowski] pyta o doniesienie Brzozowskiego w sprawie Uniwersytetu Ludowego.

Bakaj oświadcza, że w mieszkaniach konspiracyjnych ochrany są przygotowane skrawki papieru, na których ajenci piszą swe doniesienia. Brzozowski mógł pisywać w domu, i to obszerniej. W doniesieniu o Uniwersytecie Ludowym tłumaczył ideę tegoż, inicjatywę i zadanie. Miał on być szkołą agitatorów, wychowywać robotników na propagandystów, co byłoby szkodliwe z punktu widzenia państwowo-policyjnego. Jako inicjatorów podał inteligencję postępowo-socjalistyczną. Doniesienie miało objętość 5-8 małych stronic, z tego kopię wysłano do Petersburga, a oryginał został w ochranie. Cały materiał doniesień Brzozowskiego wraz z załącznikami ochrany oraz indeksem złożył się na dość obszerny tom. [...]

Tom Brzozowskiego zawierał jeszcze wyjaśnienia, które pisał Jankiewicz, agent ochrany, pomocnik przystawa. Prócz biograficznych objaśnień tyczących się osób przez Brzozowskiego wymienionych, nie było w tych komentarzach niczego więcej. Uniwersytet byłby na pewno zalegalizowany, gdyby nie doniesienie Brzozowskiego. Nie wie, czy jaką instytucję podobną wtedy zalegalizowano, to nie wchodziło w jego zakres.

Jeden z sędziów [E. Bobrowski] pyta o możność dostania paszportu dla człowieka, który chce wrócić do Królestwa, i czy Bakaj ma dowody, że Brzozowski był później w Warszawie.

Bakaj oświadcza, że Brzozowski mógł łatwo dostać paszport lub przepustkę. Wie na pewno, że Brzozowski miał jeszcze potem stosunki z ochraną, tj. w marcu 1905 r. Wie, że Peterson pisał na wiosnę 1905 do Zakopanego do Brzozowskiego lub w lecie. Listy były krótkie; czy dostał odpowiedź, nie wie. Brzozowski w owym czasie zapewne oddawał jeszcze usługi ochranie, bo był jeszcze na liście bieżących współpracowników, wobec tego zaś musiał i pobierać pensję. Listy do Zakopanego szły jako listy zwykłe. Peterson miał zamiar wysłania zaufanego człowieka do Zakopanego, aby ten brał od Brzozowskiego szczegółowe informacje o ludziach wyjeżdżających do Królestwa na robotę rewolucyjną. Wiedział od Petersona, że Brzozowski to wybitny literat, sam miał go za coś mniejszego. Dopiero później czytał artykuł Brzozowskiego w języku rosyjskim (w «Russkom Bogactwie») i nabrał dokładnego wyobrażenia o jego znaczeniu literackim. O przeszłości Brzozowskiego wiedział coś niecoś, Peterson na pewno znał ją dobrze, on sam się tym nie interesował.

Na zapytanie męża zaufania [R. Bubera], czy każdy agent zawsze dostanie paszport, odpowiada, że zawsze, o ile poda powody. Gdy chce na krótki czas nielegalnie wyjechać, dostaje go od ochrany, na dłuższy wyjazd od oberpolicmajstra. Paszport kosztuje od 15-18 rubli. Pod względem zewnętrznej formy paszporty obu rodzajów nie różnią się niczym (nawet podpisem).

Na pytanie jednego z sędziów [E. Bobrowskiego] co do doniesienia i zasadzki na Kulczyckiego wyjaśnia, że wie o tym dobrze, bo był wtedy w Warszawie, i powołuje się na swe wczorajsze zeznania.

Brzozowski pyta świadka, czy twierdzi, że on, Brzozowski, wskazał Nelkena. Bakaj odpowiada, że Brzozowski wskazał pewną grupę osób, między innymi Nelkena, kiedy to było, nie wie. Grupa ta miała się zajmować robotą PPS-ową. Bliższych faktów nie zna.

Brzozowski oświadcza stanowczo, że Bakaja nigdy nie widział, kłamie on dla niewiadomych powodów. Brzozowski uważa opowiadanie jego o wręczeniu mu pieniędzy za kłamstwo świadome i stwierdza stanowczo, że nigdy od niego pieniędzy nie brał ani nie był na usługach ochrany *["Podczas tego drugiego posłuchania miała miejsce owa niezmiernie ostra scena między Brzozowskim i Bakajem. Chwila, w której Bakaj po dwakroć nie mógł odpowiedzieć na kategoryczne pytanie Brzozowskiego, czy widział go na Miodowej, czyniła na zebranych piorunujące wrażenie" (Sprawa Brzozowskiego, "Przegląd Poranny" 1909, nr 51, s. 3).]. Czeka spokojnie wyroku historii.

Bakaj podtrzymuje swe twierdzenia, że dał Brzozowskiemu 75 rb.; nie myli się co do osoby jego, ten sam był na ul. Miodowej, był on szpiegiem ochrany i jest to naturalną konsekwencją w tym razie, że brał pieniądze. W konspiracyjnym mieszkaniu agenci nigdy razem się nie schodzą, chyba przypadkowo, każdy ma swój czas określony. Bakaj podaje jeszcze bliższe szczegóły techniki odwiedzania mieszkań konspiracyjnych ochrany. Ze służby wystąpił w styczniu 1907. Z Burcewem poznał się w maju 1906, za informacje pieniędzy nie brał, jeżeli pobiera pieniądze, to za artykuły. Opuszczając służbę, otrzymał 1000 rb. Siedział w Petropawłowskiej twierdzy, potem był na Sybirze, skąd wrócił za pieniądze w części jeszcze z dawnych oszczędności pozostałe, w części pożyczone. 150 rb. na ucieczkę dali SR-owcy. Daty podaje wedle starego stylu".

Po przesłuchaniu Bakaja rozprawę przerwano.

Na posiedzeniu popołudniowym składa zeznania Burcew, redaktor pisma "Byłoje".

"P. Brzozowskiego nie znałem - wszystko, co wiem, wiem od Bakaja. Bakaja znam od r. 1906, widywałem go u siebie w redakcji «Byłoje». Po aresztowaniu postarałem się dać mu znać na przesyłkowe więzienie, aby zatrzymał się gdzieś w drodze pod pozorem choroby, a wtedy pomogę mu do ucieczki. Tak też się stało, zatrzymał się w Tiumeniu. Widziałem się z nim w Finlandii, a później w Paryżu. W Paryżu widywaliśmy się bardzo często, prawie że każdego dnia. Pierwszym towarzyszem, który go widział, był ten, który mu pomógł uciec z Tiumenia. Ze świata rewolucyjnego wiedzieli o nim nieliczni towarzysze, między innymi członek PPS w Petersburgu. Wszystko, co ludzie wiedzą o rewelacjach Bakaja, przeszło przez moje ręce, w Paryżu nie wolno mu było widywać się z nikim w mojej nieobecności. Gdy zjawił się u mnie pierwszy raz w redakcji «Byłoje», powiedział mi, że jest agentem policji, że chce się przyczynić czymś ruchowi wolnościowemu, kładł zwłaszcza nacisk na to, że zna moją przeszłość, że byłem zawsze terrorystą. Odpowiedziałem mu, że nie należę do żadnej partii, moim zadaniem jest dać obraz historyczny walk za wolność. Byłem przekonany, że chce mnie wsypać. Bakaj pokazał mi moją fotografię, według której policja mnie poszukiwała, i rzekł, że może ze źródeł policyjnych dawać nie tylko materiały historyczne. Obiecał mi dostarczyć rozmaite dokumenty w przeciągu 10-12 dni i zaproponował mi, bym przyjechał do Warszawy, gdzie mi umożliwi rewizję ochrany, czemu naturalnie odmówiłem. Bakaj przedstawił się jako Michajłowski i chciał opowiedzieć swą biografię, ale się na to nie zgodziłem. Oceniłem [...] *[Tekst uszkodzony.] z niej, ale ostrożnie. Burcew opowiada dalej, że jego kolega redakcyjny ostrzegał go przed możliwym niebezpieczeństwem. On jednak postanowił korzystać z usług Bakaja, przy czym postarał się o to, aby jego ewentualne zaaresztowanie nie poderwało czasopisma i nie naraziło innych towarzyszy. Teraz zaś ufa mu stanowczo. W sprawie Azefa, co do której sądzono, że Burcew jest narzędziem policji, Bakaj ma szczególne zasługi. W stosunku do niego przebył Burcew cały szereg etapów zaufania. Dał mu instrukcję, jak się ma zachować. W Paryżu trzymał go niejako «w wielkim więzieniu» - chodził z nim ciągle, chciał wzbudzić doń zaufanie innych. Burcew był w bliskich stosunkach z SR i kiedy zaczął im coraz częściej mówić, że między nimi jest prowokator, mówiono mu, że chce partię zniszczyć, on zaś był coraz pewniejszym swoich podejrzeń na podstawie informacji dostarczonych przez Bakaja.

Od lutego 1908 wiedział, że tym prowokatorem, którego Bakaj nazwał Raskinem, jest Azef. To był wniosek z informacji Bakaja.

Wiedzieli i o tym SR-rzy, ale to ich wiarę osłabiało, że twierdził to Bakaj. Gdyby Burcew był człowiekiem ich partii, zapewne kazaliby mu milczeć, ale tak nie mogli. Zaostrzenie stosunku między SR a Burcewem doszło podczas sądu do szczytu. Ciągle opiekował się Bakajem. W czerwcu 1906 przywiózł Bakaj materiał zapowiedziany dla Burcewa. Ten ukrył swe wzruszenie. Pierwszą tą informacją było doniesienie o wielkiej prowokacji. Bakaj prosił, by o nim w ogóle nie wspominać ze względu na jego bezpieczeństwo. I już wtedy wspomniał o liście prowokatorów. Pierwszą informacją było, że do Warszawy miał przybyć w jesieni 1904 do mieszkania inżyniera X prowokator od SR. Bakaj dowiedział się od Mielnikowa, że to jest Raskin, że ma mieć widzenie z inżynierem, ochrana przystawiła do tego mieszkania szpiclów. Mówił, że Raskin wydał 2 drukarnie, Gierszuniego i innych, że musi to być wielki prowokator i wybitny partyjnik zarazem. Burcew już wtedy przypuszczał, że to Azef. Zwrócił się więc do SR, oni jednak nie zważali na to. On zaś w takich razach zwykle partię zawiadamiał, a resztę im zostawiał. Drugie nazwisko, które Bakaj wymienił w czerwcu 1906, było Brzozowskiego. Burcew nie znał tego nazwiska. Bakaj zaś mówił, że to polski Michajłowski. Zakomunikował więc to polskim towarzyszom. Dalej wymienił Bakaj Janinę Borowską, agenta w Radomiu (z rurką w gardle) bez nazwiska. Można temu było wierzyć lub nie wierzyć, ale literacko-naukowy materiał był niebywały wprost: zeznania Wiery Figner; roczne sprawozdania żandarmów, chlubne karty z ruchu wolnościowego i haniebne, które waha się publikować. Zastrzega się, że w datach może się mylić. W ciągu dalszych miesięcy zwrócił się do PPS-owca, że ma ciekawe rzeczy o ruchu polskim z policji. Podkreślił to: «Sprawdźcie to i dajcie znać - od Waszej odpowiedzi zależy dalszy mój stosunek z nim». Usiłował nie brać dalszych informacji aż do chwili sprawdzenia tych; PPS-owiec odpowiedział; oskarżenie Brzozowskiego jest nieprawdopodobne. O Brzozowskim krążą wprawdzie złe wiadomości, ale jednak do ochrany daleko. Jednak zainteresowała go Janina Borowska. Bakaj dawał 3 razy Burcewowi rysopis i wiadomości bliższe o niej. W sierpniu 1907 rzekł Burcewowi PPS-owiec, że w Polsce zaczynają dawać wiarę oskarżeniu Brzozowskiego. Burcew badał stale materiał Bakaja; gdy spostrzegł jakieś niezgodności, starał się drogą pytania wybadać Bakaja, starał się go naprowadzić i Bakaj prostował potem te wiadomości. Co do Brzozowskiego przypomniał sobie Bakaj w odniesieniu do owacji na cześć Brzozowskiego we Lwowie czy Krakowie, że naczelnik ochrany w towarzystwie kilku jeszcze urzędników rzekł: «Ot, jak naszych honorują w Galicji». Opowiadał mu o Miodowej i podał rysopis zgodny. Opowiadał, że Peterson z zachwytem wspominał Brzozowskiego: «On nam bomb nie dostawi, ani nawet drukarni, ale informacji o życiu społecznym». Po 6 miesiącach Burcew dostał potwierdzenie niektórych informacji. Prowokatora w Radomiu zabito. Bakaj przynosił już materiał do bieżącej polityki. Bakaj z końcem r. 1906 zwierzył mu się, że chce rzucić ochranę. Burcew go do tego zachęcał. I aż do uwięzienia Bakaja korzystał odtąd zeń oryginalnie - przez wywiady u urzędników ochrany, bo ci go przyjmowali u siebie, choć wystąpił ze służby. Tak powstały niektóre informacje w sprawie Azefa".

Burcew przytacza następnie przykłady sprawdzania informacji Bakaja.

"Sprawa Azefa jest najlepszym świadectwem wiarygodności Bakaja *[Jewno Fiszelewicz Azef (1869-1918) - z zawodu inżynier elektryk; z ruchem rewolucyjnym związał się w 1809 r., wstępując do zagranicznego związku socjalistów-rewolucjonistów. Wkrótce zostaje jednym z czołowych działaczy tej partii. W 1901 r. razem z G. A. Gierszunim doprowadza do zjednoczenia w jedną partię istniejące dotąd oddzielnie związki SR - Północny, Południowy i Zagraniczny. Odtąd zajmuje w partii jedno z kierowniczych stanowisk. Od 1903 r. staje na czele Bojowej Organizacji SR i przeprowadza szereg udanych akcji (m. in. zamach na ministra spraw wewnętrznych - Plewego, 1904; wielkiego księcia Siergieja, 1905 i in.). Sukcesy tych akcji zapewniły mu wielki autorytet i nieograniczone zaufanie w partii.

Działacza tak wysokiego szczebla i tak wielkich zasług partyjnych oskarżył o działalność prowokatorską Wł. Burcew. Jego informatorem był Bakaj, który już w czerwcu 1906 doniósł, że w kierownictwie eserów znajduje się wielki prowokator, posiadający pseudonim Raskin. Burcew już wówczas przypuszczał, że pod nim pseudonimem kryje się Azef. Powiadomieni o tym eserzy kategorycznie podejrzenie to odrzucili. Pogłoski na temat prowokacyjnej działalności Azefa dochodziły bowiem do partii od 1902 r., ale jego autorytet w kręgach partyjnych był tak wielki, a działalność w organizowaniu akcji terrorystycznych, rozpowszechnianiu nielegalnej literatury itp. tak imponująca, że pogłoskom owym nie dawano wiary. Eserzy nie wierzyli i obecnie podejrzeniom Burcewa, zarzucając mu, iż pada ofiarą przebiegłości szpicla carskiego, usiłującego rozsadzić partię od wewnątrz. W lutym 1908 Burcew uzyskuje pewność, że prowokatorem Raskinem jest Azef. Podejrzenie to potwierdza mu bowiem w przypadkowej rozmowie w pociągu były wysoki dygnitarz carski, były dyrektor departamentu policji - A. A. Łopuchin.

Burcewa nie można było zmusić do milczenia, sprawa nabrała więc rozgłosu. Mimo oporu części CKR SR (inspirowanego przez oskarżonego) został zwołany sąd partyjny, w skład którego weszli tak wybitni działacze partii, jak Wiera Figner i Herman Łopatin.

Śledztwo w tej sprawie trwało prawie 4 miesiące, obu stronom brakowało bowiem ostatecznych dowodów. W tym okresie stosunki między Burcewem a eserami ulegają zaostrzeniu do tego stopnia, iż redaktor "Byłoje" wraz z Bakajem mieli podstawy do obawy o swoje życie.

Ostateczny dowód dał jednak sam Azef, znikając 6 stycznia 1909 - na kilka godzin przed ostatnią rozprawą sądu.

8 stycznia 1909 CKR SR w specjalnym komunikacie ogłasza "swego członka od samego założenia, niejednokrotnie wybieranego do centralnych organów partii, członka Bojówek Organizacji i CK [...] prowokatorem, najbardziej niebezpiecznym i szkodliwym" i skazuje na karę śmierci.

Jak się okazało, Jewno Azef pracę w departamencie policji rozpoczął już jako student w 1893 r. W 1901 wydaje Zjazd Przedstawicieli Związków SR w Charkowie oraz drukarnię Północnego Związku w Tomsku, w 1903 - część członków Północnego Związku i Północny Lotny Oddział Bojowy; w 1905 - prawie cały skład Bojowej Organizacji, Okręgowy Zjazd Partii w Niżnym Nowgorodzie; w 1906 - plan zamachu na ministra spraw wewnętrznych Durnowo; w 1907 - uniemożliwia zamach na cara; w 1908 - wydaje całą Bojową Organizację i Lotny Oddział Bojowy itd. itp.

Zdemaskowanie Azefa - prowokatora niespotykanego w dziejach ruchu rewolucyjnego, stało się sensacją w skali światowej.]. Co do prywatnego życia Bakaja, był on z nim w ścisłych stosunkach, zważał na wszystkie zarzuty mu czynione, każda partia stwierdzała fakty przez niego podane, były zawsze prawdziwe - tylko osoby prywatne czyniły mu zarzuty. W roku 1906 był to inny człowiek już.

Co do dawnego życia Bakaja, był on w maju 1902 aresztowanym - uwolniono go w październiku, tłumaczył się kompromisem - inaczej mówiąc zdradą. S-decy nie są pewni, czy Bakaj ich wtedy zasypywał. Dość, że Bakaj wstąpił do ochrany. Niewątpliwie bez ofiar jego zdrady się nie obeszło. Etycznie obojętnym jest, ilu wsypał. Potem nastąpił okres skruchy. W walce Burcewa z zaślepieniem S-rowców Bakaj oddał mu nieocenione usługi. I dlatego mu wierzy. Skrucha to nie udana. Z motywów ideowych nawiązał stosunki z Burcewem. Opowiadał o strasznych stosunkach w policji, o emulacji ochranników, o strasznym systemie Raczkowskiego. Burcew sądził, że Bakaj chce, jak inni, pieniędzy. Bakaj milczał o tym - nawet, gdy Burcew podsuwał to, mówiąc, że dobrze płaci, że pismo «Byłoje» dobrze stoi. Płacił mu za koszta podróży. Ułatwił mu ucieczkę po części własnymi pieniędzmi, po części pieniędzmi SR-owców. Ci dali 100 rb., mieli dać na drugi dzień jeszcze 50 rb. i rzeczywiście na drugi dzień przyniósł je Azef i zaczął mówić o Bakaju, ale Burcew z nim mówić nie chciał. Bakaja zesłano, w Tiumeniu nadszedł rozkaz, by Bakaja zaraz wyprawiono dalej do Obdorska, wtedy Bakaj zbiegł.

W Paryżu trzeba było pieniędzy, więc Burcew zwrócił się do PPS. - Nadto płacił mu Burcew, jak innym współpracownikom «Byłoje». Żyje on skromnie, czyta książki i pracuje dużo. Na początku żył w Paryżu z pieniędzy, które dostał od PPS i innych partii. Co do listy prowokatorów, to pierwsza ułożona w Tiumeniu nigdy nie była ogłoszona. Drugą, ułożoną w Finlandii, doręczono polskiej i rosyjskiej SD z zastrzeżeniem, by jej nie publikowała, trzecią, krytycznie sprawdzoną, doręczono rozmaitym partiom. Tymczasem ogłoszono listę drugą, finlandzką, wbrew jego woli, co przyspieszyło ogłoszenie innych list. [...]

Przewodniczący ogłasza, iż sąd przedłoży Bakajowi pismo Brzozowskiego celem rozpoznania tegoż.

Mężowie zaufania Brzozowskiego sprzeciwiają się temu imieniem obrony; u Dawidów zabrano pismo Brzozowskiego, jeszcze z innych spraw policja znać je mogła - Brzozowski pisywał do Burcewa - ma pismo charakterystyczne, dlatego sprzeciwiają się próbie pisma.

Przewodniczący oświadcza: Sąd nie przywiązuje zbytniej wagi do tego, jednak nie chce wyrzec się i tego środka dowodowego.

Bakaj spomiędzy kilku przedłożonych pism rozpoznaje pismo (polskie) Brzozowskiego. Następnie czyta przedstawiony mu list rosyjski Brzozowskiego do Burcewa.

Następuje dalsze przesłuchanie Burcewa.

Przewodniczący zapytuje go, jak godzi następujące sprzeczności: twierdzeniom Bakaja sprzeciwiają się - dane o wyjeździe Brzozowskiego do Galicji na początku lutego i świadectwa o jego złym położeniu materialnym, które jego znajomi starali się polepszyć.

Dr Buber sprzeciwia się pytaniu o opinię świadka. Sąd pytanie to podtrzymuje.

Burcew odpowiada, że wierzy w prawdomówność Bakaja («jak powie tak - to tak, nie - to nie»). Może jednak zdarzyć się pomyłka.

O biedzie i nędzy mówi się w każdym takim procesie - tak było u Kęsickiego, a jednak stwierdzono, że Kęsicki wydawał na bulwarach dużo monety - 1.50 rb. zresztą nie jest tak dużo. Co do daty można się pomylić. Jednak możliwe, że Brzozowski wyjechał i w międzyczasie był w Warszawie. Np. Azef ustalał sobie alibi, a wyjeżdżał. Takie argumenty nie mają znaczenia, zbyt się już powtarzają. Co do tego, czy Bakaj przed wstąpieniem do ochrany był członkiem SR czy SD - trudno mu twierdzić stanowczo, właściwie kółko to mogło nie być ściśle partyjnym. Był świadkiem rozmów SD-ków z Bakajem o tym kółku, że się nie wsypali. Nie chciał dotykać tej strony Bakaja, bo wiedział, że się nawrócił.

Na pytanie jednego z sędziów, czy nazwisko Brzozowskiego wymieniano z naciskiem na dowód, że poważni ludzie należą do ochrany - odpowiada, że wymieniono go mimochodem zaraz po Raskinie, bez nacisku. W notatnikach Bakaja nie przypomina on sobie, by tam coś było o Brzozowskim, tam była wzmianka o Borowskiej. Notatki te robił Bakaj od czasu do czasu.

Jeden z sędziów [F. Kon]: Czy Bakaj ujawniał upór po wypowiedzeniu faktu, gdy się mu pokazywało obalające szczegóły?

Burcew: Kiedy Bakaj mówił o fakcie po zabiciu Plewego, jakoby on się stać miał przedtem - cofnął zaraz swe twierdzenie, gdy mu zwrócił na to uwagę. I w innych wypadkach poprawiał się zaraz - ma on zdumiewającą pamięć.

Jeden z sędziów [F. Perl] pyta, czy w notatkach były pseudonimy, imiona, cytaty?

Burcew: Tak.

Jeden z sędziów [E. Bobrowski]: Czy oprócz Borowskiej był tam kto jeszcze wymieniony?

Świadek odpowiada, że nie chciałby się mylić, zbyt ufając pamięci swojej.

Na inne pytania Burcew [odpowiada]: Z fałszywie podanych był Dunin Borkowski na liście finlandzkiej. Bakaj wspominał mu, że Borkowski spał u niego po wypuszczeniu z kozy. On do nazwiska jego dodał znak zapytania, aby to sprawdzić, a wydawcy ogłosili nazwisko z pytajnikiem i stąd błąd ten. Był tam także fałszywie podany Konecki, zamiast Kęsicki. Lista ta nie była przeznaczona do publikacji.

Sędzia [E. Bobrowski]: Gzy Pan pokazywał list Brzozowskiego Bakajowi?

Burcew: Dawno już pokazano pismo Brzozowskiego Bakajowi. Dowiedział się, że Brzozowski jest w stosunku z Gorkim, więc prosił, by ten przysłał mu pismo Brzozowskiego bez nagłówka. Nie przygotowawszy Bakaja, pokazał mu je, ten je zaraz poznał. Przypomniał też Burcew sobie, że gdy Bakaj w Petersburgu mówił o piśmie Brzozowskiego, to je - jak się później przekonał - trafnie charakteryzował. Ten list też mu pokazał, ale nie przywiązywał do tego żadnej wagi. List mu odczytał.

Burcew, ujrzawszy w I-ej sali Brzozowskiego, spytał Bakaja: czy nie ten? Bakaj rzekł: tak. Burcew spytał go, czy go zaraz poznał? Bakaj na to: poznałem, że to ten. [...]

Brzozowski przedstawia po rosyjsku Burcewowi wszystko, co zarzucił twierdzeniom Bakaja, mianowicie stwierdza jeszcze raz, że z ochraną nie miał nigdy nic wspólnego.

Mąż zaufania [R. Buber] zauważa, że nie ma na czarnej liście wzmianki, jakoby Bakaj dał Brzozowskiemu 75 rb., mimo że to główny fakt oskarżenia. Czy sprawdzano nazwiska na liście?

Burcew odpowiada, że wymienianie faktu dania pieniędzy na liście było bezcelowym, skoro na Bakaja się w liście nie powoływano. Lista zgadzała się zupełnie. Pierwsza lista nie była przeznaczona do druku. Drugie redagowały i wydawały same partie bez niego - według informacji Bakaja. Za te listy on nie odpowiada.

Na zapytanie męża zaufania [R. Bubera] odpowiada Burcew, że Bakaj mówił mu nieraz o swej przeszłości, że miał zamiar na Syberii opisać to i teraz je [wspomnienia] przygotowuje. Nie uważał za stosowne, gdy walczył z Azefem, gdy Bakaj był tak pożytecznym, zarzucać mu prowokację. Bakaj mówił mu, że Uniwersytet Ludowy miał być zalegalizowanym. O fakcie «honorowania ich ludzi z ochrany» w Galicji - mówił mu Bakaj z końcem 1906 w Petersburgu lub z początkiem 1907, do marca, w redakcji «Byłoje». O Brzozowskim mówił jako o byłym współpracowniku ochrany.

Czy Brzozowski był czynnym w momencie opowiadania - nie wiedział. Z początku mówił mu Bakaj o prowokatorach, których odsłonięcie nie groziło mu niebezpieczeństwem. Właśnie dlatego zwrócił się do redaktora «Byłoje», a nie do partii, bo miał gwarancję bezpieczeństwa.

Mąż zaufania [J. Moraczewski]: Czy Bakaj opowiadał, że Brzozowski ma wrócić do Warszawy, z czego Zawarzin chce skorzystać, aby go na nowo wciągnąć?

Burcew: Bakaj mówił, ale nie wiedział, czy to nastąpiło. Za dokładność daty (koniec 1906) nie ręczę.

Mąż zaufania [R. Buber] pyta o listę z Tiumenia.

Burcew na to: Lista ta sporządzona została w ten sposób, że Bakaj dyktował osobie przeze mnie wysłanej z pamięci - i notowano to konspiracyjnie żółtą solą. Listę przywieziono mi, ale że Bakaj przyjechał równocześnie, nie odpisano tej listy. Bakaj podyktował nową, a ja pisałem i listy te doręczyłem SD polskiej i rosyjskiej. W Paryżu korzystał Bakaj ze swych notatek. Brzozowskiego sobie nie przypominam w tych notatkach.

Mąż zaufania [R. Buber]: Czemu nie patrzył do tych notatek, jadąc na proces?

Burcew odpowiada, że nie zwracało to jego uwagi przy przeglądaniu notatników, inaczej byłby je przejrzał przed wyjazdem. Jest tak pewny całokształtu tej sprawy, że mniej zwraca uwagę na szczegóły. Dostał list od Brzozowskiego, że kiedyś był naznaczony sąd, a on zawezwany nie przyjechał. Zaprzecza temu - o sądzie nie wiedział, inaczej byłby na pewno się zjawił i on, i Bakaj, bo wiedzą, o jaką rzecz chodzi.

Mąż zaufania [R. Buber] prosi o list Brzozowskiego, bo sądzi, że świadek się myli.

Burcew odczytuje list, z którego wynika, że Brzozowski przypuszczał, że Bakaj z powodu braku glejtu nie przyjechał".

3

W trzecim dniu rozprawy (16 lutego 1909) na poufnym posiedzeniu sądu przesłuchani zostali przedstawiciele PPS-Lewicy. Zeznania swe rozpoczęli od oświadczenia, iż występują jedynie w charakterze świadków i pragną zakomunikować sądowi fakty i motywy, które skłoniły tę partię do umieszczenia nazwiska Brzozowskiego na "czarnej liście".

Pierwsze informacje o prowokatorach PPS-Lewica otrzymała około lutego 1907 r. Zakomunikował je ustnie pewien towarzysz z Petersburga, powołując się na Burcewa i podając, że wiadomości te pochodzą z departamentu policji. Niezwykła prawdziwość informacji o pewnych prowokatorach (prowokator z Radomia, Rymkiewicz) wzbudziła zaufanie do ich źródła.

"Wtedy także otrzymano wiadomość o Brzozowskim, ale ogólnikowo, że pozostaje na usługach ochrany [...], żadnych szczegółów nie otrzymano. Zresztą zbyt się jego osobą nie zainteresowano, gdyż nawet w wypadku prawdziwości doniesienia nie upatrywano w tym groźnego niebezpieczeństwa. Zresztą Brzozowski był już wtedy za granicą i był chory. Ograniczono się tylko do zawiadomienia o tym CKR.

W styczniu 1908 jednego z członków CKR spotkał w Krakowie redaktor [K. Srokowski] jednego z dzienników krakowskich i znając go jako uczestnika ruchu rewolucyjnego w Królestwie, zapytał go, czy to prawda, co słyszał od p. N.[owaczyńskiego], jakoby Brzozowski był na usługach ochrany. Interpelowany odpowiedział, że gdyby mógł taką wiadomość potwierdzić ustnie, to p. S.[rokowski] dowiedziałby się o tym najniezawodniej z komunikatu partyjnego. Poza tym odesłał go do osoby, która o tym mówiła, w celu dowiedzenia się o źródle informacji. W połowie lutego 1908 partia dostała list z Paryża (data 8 II 1908) od męża zaufania CKR, w którym donosił, że w Paryżu jest Burcew i były urzędnik ochrany warszawskiej, którzy mają cenne informacje o prowokatorach. Mianowano wspólnego męża zaufania z Fr. Rew., który miał się widzieć z odnośnym urzędnikiem i natychmiast komunikować partiom. W ten sposób otrzymano obfitość szczegółów po części dotyczących osób, po części faktów bezosobowych. [...] Wrażenie ogólne, jakie z tego odnieśli, było, że wiadomości te są prawdziwe, wszystko się zgadzało, zjawiska rozrzucone łączyły się w jedno, prowokatorów w części odkryto, mnóstwo niezrozumiałych faktów się wyjaśniło".

Przesłuchiwani podają następnie kilkanaście, przykładów świadczących o pewności źródła, tj. Bakaja.

W marcu 1908 otrzymano na temat Brzozowskiego materiały na piśmie - "cały rozdział" *[Mowa o tekście opublikowanym później w "Byłoje".].

"Opierając się na skrupulatnym zbadaniu tekstu rozdziałku o Brzozowskim, partia przyszła do wniosku, że hipoteza, jakoby ten tekst był skomponowany, była bez porównania mniej prawdopodobna niż hipoteza co do wierności tego tekstu.

Na skomponowanie tych wiadomości potrzeba by polskiego inteligenta, orientującego się w stosunkach ówczesnych.

Poza tym partia opierała się na znanych wiadomościach o przeszłości Brzozowskiego. Na tym tle informacje Bakaja nabierały cech zasadności. Wreszcie próba poznania pisma przez Bakaja, dokonana przez Burcewa, potwierdzała oskarżenie. Dlatego też, kiedy w maju 1908 ogłoszono «czarną listę» osób, przed którymi ostrzegano, umieszczono i Brzozowskiego na tej liście. Nie napisano tam o pieniądzach danych Brzozowskiemu przez Bakaja (choć wiedziano o tym), gdyż w ogóle na «czarnej liście» nigdzie nie powoływano się na źródło ani na Bakaja".

Wedle informacji posiadanych przez PPS-Lewicę Bakaj w 1906 r. pełnił swą służbę z całą gorliwością.

4

W czwartym dniu rozprawy (18 lutego 1909) sąd przystąpił do dalszego przesłuchiwania świadków.

Zeznania Dunin-Borkowskiego dotyczyły zachowania się Bakaja jako agenta ochrany. Świadek zetknął się z nim podczas pobytu w więzieniu. Współwięźniowie wyrażali się o nim z sympatią. Po opuszczeniu więzienia Borkowski nocował w prywatnym mieszkaniu Bakaja, który "zachowywał się dziwnie - jak na urzędnika ochrany - pozwalał mu się bawić rewolwerem, odwracając się tymczasem do niego tyłem".

Następny świadek adwokat Kułakowski zetknął się z Bakajem w kilkunastu prowadzonych przez siebie sprawach politycznych. Zeznania Bakaja nie wydawały się świadkowi sympatyczne. Nie kłamał on jednak nigdy, lecz ze ścisłością fotograficzną informował o faktach i datach.

W sprawie Brzozowskiego świadek upoważniony został do złożenia następującego zeznania. Nazwiska osób, które go upoważniły, podaje sądowi na kartce (nazwisko osoby, której sprawa dotyczy, a która jeszcze znajduje się w więzieniu, oraz nazwisko informatora).

"Jesienią 1908 r. proponowano w X pawilonie cytadeli pewnej osobie (A) wstąpienie na służbę ochrany. Powiedziano jej w ten sposób: «Niech pan będzie spokojny, taki casus, jak z Brzozowskim, nie powtórzy się, albowiem papierków żadnych nie będzie i wszystko tylko będzie polegało na słowach».

Pan ten (B), który się do mnie z tym zwrócił, oświadczył mi, że upoważnia mnie specjalnie do zużytkowania tego na sądzie".

Świadek dr Jan Nelken poznał Brzozowskiego podczas wspólnych studiów. Zerwał z nim po aferze pieniężnej. "Brzozowski był jednym z najdzielniejszych ludzi na uniwersytecie. Robił ogólne wrażenie nerwowca". Obecnie uważa go za człowieka nienormalnego. Świadek aresztowany był dwukrotnie: w marcu 1904 i w marcu 1905 (jako recydywista). Wśród aresztowanych w 1904 r. był zdrajca Kozłowski, którego zeznania dotyczyły pracy partyjnej świadka w jednej z dzielnic Warszawy. Informacją "czarnej listy" o okolicznościach swego aresztowania i o współudziale w tym Brzozowskiego - był Nelken bardzo zdziwiony i była to dla niego ogromna niespodzianka. Informacja ta nie wyjaśniała warunków aresztowania, ale mogłaby "chyba wyjaśnić, dlaczego rozszerzono akt oskarżenia na kierownictwo całym ruchem warszawskim". Udział świadka w robocie partyjnej znany był inteligencji w Warszawie. Daum aresztowany był tego samego dnia. Świadek Ludwik Kulczycki zeznał: "Bakaj opowiedział mi, że w czasie mego pobytu w Warszawie (1904, paźdz. i listop. do 20 listopada) przyszła na mnie do ochrany denuncjacja, że jestem w Warszawie, i policja chciała mnie aresztować. Policja znała adres dwóch mieszkań, gdzie byłem, a mianowicie na Hożej i na Smolnej. W pierwszym mieszkaniu na Hożej był tylko Brzozowski, Julian [Trocki] i ja, w drugim mieszkaniu na Smolnej było kilku innych ludzi, lecz nie wiedzieli zupełnie o mojej pierwotnej bytności na Hożej. Bakaj nie mówił mi pierwotnie, że zadenuncjował mnie Brzozowski. Ja rozumowałem, że o tym mieszkaniu nie mógł żadną miarą powiedzieć Julian, więc chyba tylko Brzozowski. Wyraziłem takie przypuszczenie Burcewowi. Burcew prawdopodobnie umyślnie nie chciał mi powiedzieć, że denuncjował mnie Brzozowski, by mi tego nie sugerować, lecz chciał, bym ja sam na to wpadł.

W r. 1905 spotkałem się z Brzozowskim na dworcu w Warszawie, lecz nic mi się nie stało. To znów jest okoliczność korzystna dla Brzozowskiego. Julian widywał mnie kilkakrotnie przedtem i potem - i gdyby on mnie denuncjował, policja wiedziałaby i o innych mieszkaniach, gdzie bywałem [ergo pozostaje tylko Brzozowski]. Gospodarze zaś pierwszego mieszkania - nie wiedzieli o moim pobycie na drugim mieszkaniu, o którym mówił Bakaj, nie mogli więc również tej denuncjacji zrobić". Stan finansowy Brzozowskiego był bardzo zły.

Odpowiadając, Brzozowski "mówi o stosunkach swoich z tą grupą ludzi, która miała spowodować spotkanie się jego z Kulczyckim. Mówi o Kudłatym i Julianie, którzy prosili go o wygłoszenie kilku odczytów. Julian mówił, że p. Kulczycki będzie w Warszawie, i dał mu adres na widzenie się z nim na ul. Hożej. Później na drugi dzień spotkali się mimo woli w red.[akcji] «Głosu» i tam udał Brzozowski, że nie zna Kulczyckiego. Po raz trzeci spotkali się na ulicy Smolnej. Opowiada o scenie z Kudłatym, który go się pytał, czy widział się z Kulczyckim. Powiedziałem: tak. Później Julian czynił mi wyrzuty, że powiedziałem o tym Kudłatemu. Julek T.[rocki] na herbatce na ulicy Smolnej mówił, że mieszkanie na Hożej jest nerwowe. Opowiada znaną już historię o dorożce widzianej.

Zgłosił się do mnie swego czasu młody człowiek, pseud.[onim] Władek, z prośbą o napisanie czegoś dla wydawnictwa «Proletariat». Przy tej sposobności ostrzegał mnie przed młodym człowiekiem Ż.[erańskim]. - Było to w grudniu. Później zjawił się p. Ż.[erański] po odbiór rękopisu obiecanego Władkowi. Wtedy zakazałem kiedykolwiek tego pana puszczać do siebie. Miał on podobno coś lekkiego przeskrobać. Jeżeli przyjazd Kulczyckiego był wiadomy tej grupie ludzi, to nie mogło być konspiracji" *[Dalszy ciąg protokołu posiedzenia sądu z 18 lutego E. Bobrowski opublikował wedle brulionu, gdyż odpisu zweryfikowanego w aktach sądu nie znalazł. Jest to zapewne ów fragment protokołu, którego mężowie zaufania Brzozowskiego nie otrzymali do weryfikacji i który wzbudził takie obiekcje Bubera i Brzozowskiego co do jego wiarygodności.].

Oskar Katzenellenbogen [Ostap Ortwin] przy okazji swoich zeznań zwrócił uwagę, że to nie Bakaj powiedział Kulczyckiemu o tym, iż Brzozowski doniósł ochranie o konspiracyjnym pobycie Kulczyckiego w Warszawie.

Zapytany o to ponownie Burcew odpowiedział: "O tym epizodzie tom później się dowiedział. Kulczycki przybył do Paryża 1908 r. letnią porą. Kulczycki mógł mieć dwie lub trzy rozmowy z Bakajem. [...] Zaczęli mówić o Brzozowskim. Burcew przypomniał sobie wtedy, co Bakaj mówił o Kulczyckim. Bakaj w rozmowie w obecności Burcewa powiedział do Kulczyckiego: «Mogliśmy pana byli aresztować w Warszawie». Mówili o adresach tych mieszkań, lecz nie mogli ustalić czasu. Kulczycki analizował to wszystko i doszedł do wniosku, że mógł to uczynić tylko Brzozowski. Później Burcew swoją metodą starał się wybadać Bakaja. Czy on mu to powiedział, że to Brzozowski, czy też sam Bakaj to wypowiedział, tego świadek nie przypomina sobie. Dopiero po rozmowie z Kulczyckim hipoteza Kulczyckiego została przyjęta przez Burcewa i Bakaja, dopiero na skutek wspólnej analizy. Przedtem Burcew z Bakajem nie mówili nigdy o tej kwestii. Dla Bakaja nie był to wniosek - który go może zaskoczyć - lecz był to wniosek nowy, nad którym się przedtem nie zastanawiał, ale go przyjął. Tego samego rodzaju szczegóły dawał Bakaj przy sprawie Aziewa" *[Wedle relacji W. Kolberg-Szalitowej zeznanie Burcewa brzmiało następująco:

"Burcew odpowiada: Kulczycki dwa czy trzy razy rozmawiał z Bakajem, Burcew zawsze był przy tym obecny - w pewnej rozmowie Bakaj powiedział Kulczyckiemu, że mógł być aresztowany w Warszawie - mówili o rozmaitych mieszkaniach Kulczyckiego, lecz nie mogli ustalić czasu. Wtedy Kulczycki zaczął analizować i doszedł do wniosku, że tylko Brzozowski mógł to uczynić. I po wspólnej analizie przyjęli tę hipotezę. Bakaj się nad tym wnioskiem nie zastanawiał, ale go przyjął.

Na sali powstała konsternacja.

Przewodniczący sądu chciał sprawę zatuszować.

Na sali wołano: «Odczytać protokół».

Protokolant Kwiatek odczytuje przetłumaczone z rosyjskiego zeznania, przekręcając treść do tego stopnia, że nawet publiczność w 3/4 niechętna i wroga Brzozowskiemu krzyczała «To nie Bakaj, lecz Kulczycki postawił tę hipotezę».

Protokolant Kwiatek chciał się usprawiedliwiać. Nie wiem, kto na sali krzyknął (zdaje się, Żeromski) do protokolanta: «Milczeć, ja teraz mówię»". [Pamiętnik o Brzozowskim, "Twórczość" 1957, nr 5, s. 68).]

Świadek Józef Kwiatek jest zdania, że Uniwersytet Ludowy nie był tym uniwersytetem, o którym myślano wtedy w Warszawie. "Gorliwość Bakaja była typowa, o jego okrucieństwach nic nie słyszał".

Świadek Zygmunt Heryng informuje o swoim udziale w pracach Uniwersytetu dla Wszystkich. Gdy zapytał organizatorów, dlaczego nazwano ten uniwersytet Uniwersytetem dla Wszystkich, a nie Ludowym, odpowiedziano mu, że tamta nazwa jest zdyskredytowana i na zorganizowanie imprezy o takiej nazwie by nie pozwolono. Świadek odniósł wrażenie, że organizatorzy Uniwersytetu dla Wszystkich (m. in. Michalski, Kruszewski, Gomuliński) próbowali już kiedyś zalegalizować Uniwersytet Ludowy.

Ignacy Daszyński poinformował sąd, że przed trzema dniami informator adw. Kułakowskiego potwierdził mu fakty podane dzisiaj sądowi przez Kułakowskiego.

5

Piąty dzień rozprawy (19 lutego 1909) sąd rozpoczął od odczytania protokołu z tajnego posiedzenia z 16 lutego oraz listów M. Gorkiego i A. Łunaczarskiego do E. Bobrowskiego.

Następnie przemawiał oskarżony.

"Mowa, utrzymana w tonie spokojnym i obiektywnym, uczyniła wstrząsające wrażenie na sędziach i zebranych".

Po wystąpieniu Brzozowskiego odbyło się następne poufne posiedzenie sądu, na którym przedstawiciel PPS-Lewicy odpowiadał na pytania obrony dotyczące sprawdzenia przez partię danych o Brzozowskim, otrzymanych od Bakaja.

Partia starała się przede wszystkim wydobyć dokumenty. We wrześniu 1908 r. przekonano się, że "tymczasem to się nie uda". Dochodzenia w sprawie Brzozowskiego prędko się skończyły ze względu na charakter sprawy. Na pytanie, czy Bakaj oświadczył, że dawał Brzozowskiemu 75 rb., przesłuchiwany odpowiedział:

"W jednym z listów pisanych przez naszego męża zaufania jest wzmianka, że w jednym z mieszkań konspiracyjnych w gmachu teatru "Nowości" X (Bakaj) wręczył Brzozowskimu pieniądze wyasygnowane na podróż (250-300 rb.) z powodu nieobecności Petersona w Warszawie. W innym dokumencie, zawierającym ścisłe odpowiedzi Bakaja na zadane pytania, nie ma wzmianki o 75 rb. - jest mowa o tym, że nie pamięta, w jakim ubraniu przy wręczaniu pieniędzy był Brzozowski.

Badając tutaj Bakaja w środę, staraliśmy się rozwikłać te sprzeczności. Wynikają one z tego, że obok siebie były 3 mieszkania konspiracyjne ochrany: Długa 15, Długa 23 (teatr "Nowości"), Miodowa 18. Dopiero potem Bakaj przypomniał sobie dokładnie, w którym mieszkaniu widział się z Brzozowskim".

Tego samego dnia odbyło się też jawne posiedzenie sądu, które rozpoczęło się od przesłuchania Brzozowskiego.

Na pytanie o związek nazwiska "Goldberg" z nazwiskiem "Brzozowski" oskarżony informuje, że w czasie kampanii Sienkiewiczowskiej podobno "Słowo Polskie" łączyło oba nazwiska, twierdząc, iż Brzozowski jest Żydem. Łączenie obu nazwisk wzięło się chyba stąd, że żona oskarżonego nazywa się Kolberg, można więc było łatwo zamienić na Goldberg. Na pytanie sądu o fotografie w pismach odpowiada: "Podczas kampanii Sienkiewiczowskiej wzięto ode mnie klisze. Później był mój portret w literaturze p. Feldmana". Informuje następnie o swoich kontaktach z Goldbergiem (dwa odczyty w Falenicy). Na pytanie, czy posiadał wiadomości konspiracyjne, Brzozowski odpowiada:

"Czasem mówiono mi. Wiedziałem np., że w Warszawie jest Warski, Zalewski - o tym, że ten ostatni (zimą 1903/4) nocuje w redakcji «Głosu». W Krakowie, 1905 marzec, niechcący asystowałem wyjazdowi jakiegoś młodego proletariatczyka z bibułą. Spotkaliśmy się przedtem u Michalika. W listopadzie lub grudniu 1905 dał mi we Lwowie Wroński [W. Jodko-Narkiewicz] adres, dokąd mam posyłać rękopisy. Później wyjeżdżam za granicę. W zimie 1906 r. wiem o pobycie pewnego człowieka za cudzym paszportem".

Oskarżony podaje sądowi na kartce nazwiska osób i adresy, o których mówi. Odpowiadając na pytanie o urządzonych mu owacjach "kwiatowych", wyjaśnia, że nie mogły one mieć miejsca, jak twierdzi Bakaj, wiosną 1906 r., gdyż wtedy przebywał w Nervi i Lozannie. Owacje te miały miejsce latem 1905 r. w Zakopanem i w listopadzie 1906 we Lwowie. Na pytanie o treść rozmowy wydawcy B. Połonieckiego z jakąś panią w 1908 r. informuje:

"W r. 1908 pytałem p. Połonieckiego, czy nie miał z mego powodu jakich nieprzyjemności. On opowiedział mi, że jakaś pani Młodnicka czy Młodowska mówiła mu po wydrukowaniu «czarnej listy», że narodowi demokraci już od 2 lat zbierają materiały na Brzozowskiego, a materiały te są u p. Wasilewskiego. W r. 1906 Kornel Makuszyński wykrzykiwał w teatrze, że wydostanie dokumentów na Brzozowskiego kosztowało 5 tysięcy rubli, a oprócz ogłoszonych mają jeszcze inne w biurku".

Ostatnie informacje Brzozowskiego potwierdza Oskar Katzenellenbogen.

W uzupełniającym zeznaniu Jan Nelken podaje, że w okresie pracy partyjnej miał z Brzozowskim wspólnego znajomego - "Asyryjczyka" (F. Doleżala), który dobrze wiedział o funkcjach świadka w partii. Na zapytanie Brzozowskiego, czy "Asyryjczyk" przestrzegał zasad konspiracji, Nelken odpowiada sądowi na kartce, że ich w dużym stopniu nie przestrzegał. W konkluzji swych zeznań świadek stwierdza, że nie ma "absolutnie żadnych danych, by podejrzewać Brzozowskiego o współudział w swoim aresztowaniu".

Wilhelm Feldman informuje sąd o pobycie Brzozowskiego w lutym i kwietniu 1905 r. w Krakowie i widywaniu się z nim w lipcu i sierpniu tegoż roku w Zakopanem. Podczas pobytu świadka w Zakopanem Brzozowski nigdzie nie wyjeżdżał.

Końcowe zeznania Konstantego Stokowskiego i Oskara Katzenellenbogena dotyczyły urządzanych Brzozowskiemu owacji.

Posiedzenie kończy się szeregiem wniosków obrony i oskarżonego o przesłuchanie dodatkowych świadków.

6

Szósty dzień rozprawy (20 lutego 1909) rozpoczął się odczytaniem protokołu z poufnego posiedzenia sądu w dniu 19 lutego oraz odczytaniem szeregu listów przedstawionych przez obronę.

List Juliana Mirowskiego dotyczył okoliczności przerwania pracy nad założeniem Uniwersytetu, co nastąpiło z powodu nieodpowiedzialnego zachowania się inicjatora, Czesława Lewandowskiego. O legalizacji Uniwersytetu nie było nawet mowy, gdyż zdawano sobie sprawę z nierealności takiego zamiaru. "Brzozowski szczególnie zalecał rozwagę w tych pracach [organizacyjnych] i wykazywał dbałość o dobro podstawy dla tej instytucji". W ciągu całego czasu trwania tej pracy nikt z zainteresowanych nieprzyjemności żadnych nie miał, ani też aresztowany nie był.

W liście z zesłania Izaak Puszas informuje, że w wołogodzkim więzieniu przesyłkowym spotkał nauczyciela śpiewu z Warszawy, Dziudzińskiego, którego w trakcie śledztwa zapytywano o jego ucznia Stanisława Brzozowskiego (z zawodu fotografa). Dziudziński przypuszczał, że ochrana pomyliła jego ucznia z pisarzem St. Brzozowskim.

Następnie przewodniczący ogłasza postanowienia sądu w sprawie wniosków obrony. Z 25 wniosków sąd odmówił żądaniu obrony: 1) by zbadać pisma galicyjskie od lutego do maja 1906 w celu stwierdzenia, że w owym czasie nie robiono owacji Brzozowskiemu we Lwowie, sądowi bowiem wiadomo, że owacje te odbywały się tylko w jesieni; 2) przesłuchania Władysława Kobylańskiego na okoliczność, że Burcew mówił o potrzebie wzbudzenia zaufania do Bakaja, Burcew bowiem zeznał to samo przed sądem; 3) przesłuchania Sienkiewicza w sprawie opowiadania o właściwym nazwisku Brzozowskiego, gdyż zeznania Szarlitta dostatecznie wyjaśnią tę okoliczność.

W następnym punkcie posiedzenia odczytane zostaje pismo Brzozowskiego o jego stanie finansowym od marca 1901 r. do lutego 1909 r.

Na wniosek obrony sąd konstatuje, że w "czarnej liście" powiedziane jest, iż Brzozowski po wyjeździe do Zakopanego już więcej do Warszawy nie wracał.

Następuje dalszy ciąg przesłuchania oskarżonego, który udziela odpowiedzi na pytania tyczące się m. in. stanu majątkowego i kontaktów ze St. Goldbergiem. Informuje, że żył z nim w przyjaźni, a oskarżenia, które formułował pod adresem Goldberga "Robotnik", uważał za dawno załatwione. Podkreśla, że nigdy nie łączył Goldberga ze swoją sprawą.

Po odczytaniu przez Wilhelma Feldmana fragmentu listu jego żony, informującego o poznaniu Brzozowskiego w Krakowie 5 lutego 1905 r. (w aktach sądu listu tego nie ma), przewodniczący komunikuje o odroczeniu sądu.

W prasie ukazał się następujący komunikat sądu:

"Na posiedzeniach sądu w sobotę dnia 20 bm. przedstawiła obrona znaczny szereg wniosków na zbadanie materiałów dowodowych znajdujących się za granicą, jako też na przesłuchanie kilku świadków mieszkających poza Krakowem. Sąd przychylił się do żądania obrony i odroczył się do terminu zależnego od zbadania materiału. Następne posiedzenie sądu odbędzie się prawdopodobnie z początkiem marca".

II

Miesięczna przerwa w obradach sądu przeznaczona była na wykonanie uchwał sądu, zebranie dowodów pisemnych, wezwanie podanych przez obronę świadków, uporządkowanie protokołów i ich uzgodnienie z obroną. Wyznaczony przez sąd termin wznowienia sprawy w dniu 13 marca na wniosek obrony przesunięty został na 20 marca.

1

Na pierwsze poufne posiedzenie sądu wznowionego po miesięcznej przerwie (20 marca 1909) nie mógł przybyć przewodniczący sądu, H. Diamand. Dochodzi do scysji między pozostałymi sędziami, którzy chcą obradować bez przewodniczącego, a obroną, która obecny skład sądu uważa za osoby prywatne. Posiedzenie odroczono do dnia następnego.

2

Poufne posiedzenie sądu w dniu 21 marca 1909 rozpoczęło się od zeznań Felicji Goldbergowej, żony Stanisława, która informuje o kontaktach swego męża, współpracownika "Głosu", z Brzozowskim. Goldberga śledzono od 1903 r. Aresztowany został w kwietniu 1904 r., w sześć tygodni po aresztowaniu Goldbergowej. O jego działalności konspiracyjnej nic w ochranie nie wiedzieli. Bakajowskie informacje o stosunku Brzozowskiego do Goldberga były dla niej niespodzianką. O zamiarze legalizacji Uniwersytetu Ludowego nigdy nie słyszała. Brzozowski w okresie wygłaszania odczytów w Falenicy poznał kilku bundowców, których żadne przykrości policyjne później nie spotkały.

Następnie zeznania składa świadek E. Schweber.

"Przez 1/2 roku w Krakowie (jeden miesiąc), później w Zakopanem znałem pewnego jegomościa, który podawał się za członka różnych partyj, a który w końcu obudził moją podejrzliwość. Poznałem go w grudniu 1907 r. Ja byłem współpracownikiem «Socjaldemokraty» (żargonowego). W Spójni przedstawił się mnie i dwom literatom żargonowym. Prosił, żeby zajść do niego. Byliśmy u niego ze dwa razy, zastając za każdym razem wielu emigrantów z różnych partyj. Rozmawiano tam o życiu partyjnym, o sprawach konspiracyjnych. Urządzał często dość sute kolacyjki (na 10-15 osób). Wkręcił się na Podgórzu do socjalistycznego koła «Szkoły ludowej», zdefraudował pieniądze. Później wyjechał do Zakopanego, mówił, że żoną jego niespodzianie dostała pieniądze. Nazywa się Jan Rabinowicz i jako taki mieszkał w Krakowie.

W Zakopanem, dokąd i ja pojechałem, zaciągnął [mnie] do siebie, lokował gwałtem przez kilka dni. Dopiero później rozłączyłem się z nim. Niespodzianie przyjechał jego ojciec - starszy już człowiek. Pytał, skąd syn ma tyle pieniędzy (dostawał bowiem pocztą 100 rs. miesięcznie). Innym syn podawał się za korespondenta polskich i rosyjskich pism. Ojcu mówił, że pracuje w «Naprzodzie». Dostawał co miesiąc około 18-go całe 100 rubli od razu. Tłumaczył to w ten sposób, że wraz z Biberem założył w Warszawie biuro wycinków dla gazet. Tymczasem jego wycinki, które istotnie robi, są właściwie z polskich gazet i dotyczą życia rewolucjonistów. Nigdy nie chciał pozwolić, by ktoś zamiast niego listy z wycinkami wyekspediował. Pieniądze odbierał poste-restante za okazaniem legitymacji. Z końcem lutego 1908 r. zerwałem z nim. W maju byłem w Krakowie i dostałem «czarną listę». Wtedy Rabinowicz przyszedł do nas w Zakopanem i zapytał o czarną listę - «Podobno tam jest Brzozowski». - Tak. Złapał się za głowę: «Jeżeli tam jest Brzozowski, to i ja tam muszę być».

Przewodniczący zapytuje, jak świadek tłumaczy sobie ten postępek?

Świadek Szweber: «Odruchem».

Mówi dalej:

Towarzyszka moja zapytała go: dlaczego myślicie, że musicie tam być. Tu Rabinowicz zaczął opowiadać o rozmaitych osobliwych momentach ze swojej «działalności» partyjnej, jak raz wsypało się zebranie, na które się spóźnił, drugi raz wsypało się zebranie, z którego był właśnie wyszedł na chwilę, itd. Mogłyby więc powstać podejrzenia. Rabinowicz w ogóle opowiadał dużo o swojej «działalności». Mówił o Uniwersytecie Ludowym (między innymi o Lewandowskim), o swoich odczytach itd. Rysopis: średniego wzrostu, podobny do Żyda, włosy czarne, broda ryżawo-czarna, nosi binokle, robi wrażenie inteligenta. Przyjechał do Krakowa w czerwcu 1907, rzekomo z Warszawy. Był między emigrantami Sierzputowski (wysoki blondyn), o którym Rabinowicz opowiadał, że to jego bliski przyjaciel. Sierzputowski później wyjechał i na granicy wpadł. Z twierdzy brzesko-litewskiej pisał do Rabinowicza. Dla zbadania go puściłem pogłoskę, że w Galicji będzie zjazd Bundu. Wtedy Rabinowicz przyszedł do mojej towarzyszki pytać, jak to będzie z tym zjazdem; prosił, żeby go dopuścić. Jako dziennikarz mógłby na tym zarobić. Natomiast obiecuje przeprowadzić dużo ludzi przez granicę, bo ma stosunki. Nalegał i nawet pojechał po bliższe informacje do Krakowa, do redakcji «Socjaldemokraty», ale tu dowiedział się, że żadnego zjazdu nie będzie, że go biorę na kawał.

Jeden z sędziów zapytuje o słowa Rabinowicza: «I ja tam (na czarnej liście) muszę być».

Świadek Szweber: Listę zaczęli odczytywać; gdy się doszło do nazwiska Brzozowskiego, powiedział właśnie owe słowa. A później: «A czy nie ma takich a takich (tu wymienił kilka nazwisk, których nie pamiętam), bo w takim razie i ja tam muszę być». Tamtych nazwisk na liście nie znaleziono. Później był skonsternowany. W lecie próbowałem się dowiedzieć, czy go nie znają z Warszawy. Dopiero teraz jeden esdek zakomunikował wiadomość, pochodzącą z lewicy PPS. Ten esdek pytał, czy w Zakopanem nie podejrzewa się kogoś. Tu odczytuje kopię kartki, otrzymanej przez lewicę. Nazwisko w ochranie: Goldberg. Rysopis podobny. Podawał jako urządzających zjazd [PP] SD Żuławskiego, Bobrowskiego, Waligórę, Posnera, Garfeina, Rothaupta i Rubinsteina. Wiadomość ta przyszła 6 miesięcy temu".

Na pytanie sądu, dlaczego sprawa ta wiąże się ze sprawą Brzozowskiego, świadek odpowiada, że Rabinowicz figuruje w ochranie również pod pseudonimem Goldberga i między nim a Brzozowskim istnieje "niejakie nawet fizyczne podobieństwo".

Świadek K. [członek PPS] wyjaśnia, że notatkę o takim szpiclu partia faktycznie otrzymała kilka miesięcy temu i doręczyła SD, która sprawą tą zajmuje się, gdyż ma podejrzenia co do Rabinowicza.

Informacje Schwebera na temat Rabinowicza potwierdza w swoim zeznaniu Sara, która zna go z Krakowa i Zakopanego. Jeszcze przed ukazaniem się "czarnej listy" Rabinowicz mówił, że Brzozowski jest jego dobrym znajomym.

Świadek adwokat Eugeniusz Śmiarowski informuje sąd o zachowaniu się Bakaja w listopadzie 1906 r. podczas sprawy Frenchowicza i towarzyszy [niedobitki Organizacji Bojowej PPS] przed sądem wojennym w Warszawie. Materiał dowodowy tej sprawy oparty był na zeznaniach złożonych przez oskarżonych po najokropniejszych torturach, którymi kierował Grün. Występujący w tej sprawie jako świadek Bakaj składał fałszywe zeznania, twierdząc, że oskarżeni zeznawali dobrowolnie pod wpływem jego "moralnego oddziaływania". Oceniając oskarżonych, powiedział: "Podsądni robią na mnie wrażenie skończonych łotrów, którzy gotowi są pić krew rodzonych ojców".

W imieniu P. [adwokata Stanisława Patka] świadek powiadamia sąd, że Bakaj już po swej metamorfozie referował sprawę anarchistów-komunistów, "przyczyniając się do wyniku sprawy [zostali rozstrzelani bez sądu]. P.[atek] wie o tym od M.[asona - byłego urzędnika ochrany]". Wcześniej istniały możliwości zdobycia z ochrany szerszego materiału obciążającego Bakaja, obecnie jest już za późno.

3

Jawne posiedzenie sądu w dniu 21 marca 1909 rozpoczęło się od kontrowersji między przewodniczącym a obroną na temat odczytanej uchwały sądu, odpierającej protest mężów zaufania przeciw próbom obradowania sądu w niepełnym komplecie w dniu 20 marca.

Przewodniczący ponawia prośbę o nierozgłaszanie szczegółów z rozprawy sądowej. O rozsiewaniu takich informacji, często nieprawdziwych, świadczy m. in. list C. K. Bundu skierowany do sądu i prostujący fakty uwłaczające pamięci St. Goldberga, rzekomo omawiane na sądzie. Dr Diamand stwierdza, że podczas rozprawy nikt podobnych faktów nie przytaczał.

Następnie sąd przystępuje do odczytania listów i dokumentów.

Na wstępie odczytano list Bakaja do Burcewa, przesłany przez Burcewa I. Daszyńskiemu i J. Kwiatkowi.

Bakaj po wyjeździe z Krakowa dowiedział się (od Burcewa), że Brzozowski w swej mowie obrończej miał powiedzieć, iż Bakaj w swym oskarżeniu myli się co do osoby i wedle wszelkiego prawdopodobieństwa bierze go za Stanisława Goldberga. Wyrażając swe głębokie oburzenie na takie postępowanie oskarżonego, Bakaj raz jeszcze oświadcza, że "tajnym współpracownikiem w ochranie warszawskiej jest właśnie ten Brzozowski, nad którym odbywa się sąd".

W liście do Daszyńskiego i Kwiatka Burcew informuje o wysłaniu Daszyńskiemu pięciu notatników Bakaja. Notatniki te otrzymał od Bakaja w grudniu 1907; od tego czasu Bakaj żadnych uzupełnień i dopisków nie mógł w nich robić. "Jeszcze przy pierwszym przeglądzie ich, w grudniu 1907 r., spostrzegłem w nich nazwisko Borowskiej i Brzozowskiego. [...] Nazwisko Brzozowskiego zanotowane tak: Brzozowski, literat. Słowa te pomieszczone są w notatniku adresowym pod literą B obok adresu Baranowa (Iw. Wł.), który służył w ochranie. Jeden z notatników poświęcony jest specjalnie adresom i nazwiskom bundowców. Drugi wyłącznie (lub prawie wyłącznie) nazwiskom osób, które były w związku z ochraną. Tu znajduje się nazwisko Brzozowskiego, ale w notatniku tym zapisane były - widocznie - nie wszystkie nazwiska służących w ochranie, lecz te, które z tego czy innego powodu zwróciły na siebie uwagę Bakaja". Nazwisko Goldberga dotyczy drobnego szpicla.

Po odczytaniu tego listu Brzozowski domaga się, aby sąd telegraficznie zapytał Burcewa, kto go informował, jakoby Brzozowski zrzucał winę z siebie na Goldberga (sąd na następnym posiedzeniu odrzuca to żądanie, uznając, że sprawa ma charakter prywatny).

List Wiery Figner do sądu zawierał charakterystykę Bakaja. Wybitna działaczka eserów pisała m. in.:

"...bez względu na naturalne, silne uczucie wstrętu do zdrajcy, prowokatora i szpiega - trzeba powiedzieć, że brudne usta Bakaja głosiły prawdę. Jego zeznania odznaczały się dokładnością i szczegółowością, zadziwiającymi w stosunku do faktów, które miały miejsce przed kilku laty, i do osób, z którymi się bezpośrednio nie komunikował. Trzeba być mistrzem pracy śledczej, przez naturę uzdolnionym do tego rzemiosła, aby tak utrwalać w pamięci cudze słowa i okolicznościowe szczegóły.

We wszystkim, co się tyczy przyznania się do własnych występnych czynów, jest on nieszczery, stara się złagodzić, pomniejszyć, przeczyć. To odpycha, zmusza do ostrożności, budzi w słuchaczu podejrzliwość. Z drugiej strony - wnosi on w dowód cudzej winy namiętność renegata, która w cudzej hańbie topi jego własną hańbę. Ta żarliwość, która czyni z niego oskarżyciela, nie zaś świadka, przy tym takiego oskarżyciela, który wobec swej przeszłości i całego swego życia właśnie nie nadaje się do roli oskarżyciela - ta żarliwość trwoży przecież znów sumienie słuchacza i rzuca jakąś ciemną zasłonę wątpliwości co do wiarygodności bezwstydnego informatora. ...A jednak tą brudną gąbką przyszło ścierać brud ze sprawy wolności, którą każdy z nas chciałby widzieć tak czystą i piękną".

Z listu Hermana Łopatina do Burcewa odczytano fragment dotyczący Bakaja. Zeznania jego w sprawie Azefa robiły na Łopatinie wrażenie "zupełnej prawdziwości i nie tylko subiektywnej, ale i obiektywnej".

List Kazimierza Błeszyńskiego informuje o złym stanie materialnym Brzozowskich: mieli długi, w Otwocku zostawili rzeczy jako zastaw za nie zapłacone komorne, w Warszawie mieszkanie świeciło pustkami. Na przełomie 1904/1905 r. Brzozowski ciężko chorował. Wyjechał w pierwszych dniach lutego 1905.

List Marii Feldmanowej potwierdza zeznania jej męża, złożone na pierwszym posiedzeniu sądu, o pobycie Brzozowskiego w Krakowie i Zakopanem.

List Bernarda Połonieckiego potwierdza zeznania Brzozowskiego i Oskara Katzenellenbogena o zbieraniu przez endecję materiałów obciążających Brzozowskiego.

List Franciszka Doleżala ("Asyryjczyka") zawiera charakterystykę trybu życia Brzozowskiego w Otwocku w 1904 r. W liście tym jest wzmianka, że autora zdziwiło kiedyś użycie przez Brzozowskiego wyrazu "likwidirowat'" na określenie aresztowania.

Brzozowski tłumaczy użycie tego wyrazu (który istotnie ma być terminem policyjnym) następująco: "«Kudłaty» (proletariatczyk) opowiadał mu o jakimś młodym człowieku, Abłamowiczu. Do tego miał kiedyś podejść na ulicy jakiś pan, który, zaprowadziwszy go do kawiarni, powiedział: «Pan pisujesz listy do oberpolicmajstra, więc jeżeli pan nie chce być 'likwidirowan', to niech pan wstąpi do ochrany». Prócz tego pewien student-Rosjanin zostawił mu kiedyś kartkę, że «Proletariat» - likwidirowany".

Następnie odczytano informacje ustne zakomunikowane w lutym 1908 w Paryżu przez Burcewa (pochodzące od Bakaja) mężowi zaufania PPS-Lewicy i Frakcji Rewolucyjnej:

"Brzozowski, ceniony i oszczędzany, widywał się z Petersonem w tym samym mieszkaniu, co Grodzieński [konspiracyjnym mieszkaniu w domu teatru "Nowości", zajmowanym przez agenta ochrany, Olecznikowa]. Na wiosnę 1905 roku X [Bakaj] widział się z Brzozowskim w tymże mieszkaniu w zastępstwie Petersona, który był na wyjezdnym. Wręczył mu 250-300 rb. na leczenie się w Zakopanem. Brzozowski mieszkał wówczas na Koszykowej, Natolińskiej lub Pięknej".

Odczytano też odpis informacji złożonych później na piśmie przez Bakaja:

"Pieniądze wręczyłem Brzozowskiemu; pamiętać dokładnie zachowania się, ubioru i innych szczegółów z tego spotkania z Brzozowskim nie mogę. Widzenie się miało miejsce, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, w konspiracyjnym mieszkaniu - Miodowa 18. Zamieszkiwał je szpieg (filer) Olecznikow, pod nazwiskiem Jankowskiego".

Odczytano dwa listy Stefana Sierzputowskiego o pobycie Brzozowskiego w Warszawie po wyjeździe do Galicji. W liście z 20 lutego 1909 r. Sierzputowski informuje, że może uzyskać dokument pisemny (nie spłacony weksel) świadczący, że Brzozowski był w Warszawie w 1905 r., w tym okresie, o którym mówi Bakaj. W liście z 8 marca 1909 Sierzputowski odwołuje swoje informacje. Ów dokument okazał się upoważnieniem, wystawionym przez Brzozowskiego 15 sierpnia 1904 r., na odbiór honorarium 25 rb. od jednego z wydawców.

List Karoliny Illukiewicz zawierał informacje o złych warunkach materialnych Brzozowskich jesienią 1904 r., o bardzo ciężkim stanie zdrowia Brzozowskiego na przełomie 1904/1905 r. oraz pomocy materialnej, jaką otrzymał on na wyjazd do Zakopanego.

W odczytanym następnie liście E. Krymski (członek paryskiej sekcji SDKPiL) przytacza informacje uzyskane od litewskiego socjalisty w Paryżu, Józefa Gabrysa.

"W czerwcu lub też lipcu 1906 r. poznałem się z p. Brzozowskim w Lozannie podczas jego odczytów. P. Brzozowski, dowiedziawszy się, iż przyjmuję udział w ruchu litewskim - zaproponował mi napisanie artykułu o ruchu litewskim, obiecując go umieścić w «Przeglądzie Społecznym». Nie zdziwił mnie sam fakt propozycji, lecz pewna forma takowej. P. Brzozowski kładł nacisk, aby artykuł ów opierał się na zupełnie pewnych, konkretnych faktach odnośnie do osób i dat, i zaznaczył, aby nie krępować się zbytnio cenzurą (!), bo przejdzie. Po wtóre, zapytał się mnie, czy honorarium ma mi wypłacić zaraz, czy też potem. Zdumiony byłem jednym i drugim. Pierwsze wydało mi się brakiem konspiracji, na której p. Brzozowski, jako człowiek nie przyzwyczajony do roboty «podziemnej», mógł się nie znać, drugie zaś było dla mnie niezrozumiałe wprost, jak redaktor czy też współpracownik pisma może z góry wypłacać honorarium jeszcze przed wydrukowaniem. Nie mając najmniejszych powodów podejrzewać p. Brzozowskiego, z faktów tych nie wysnułem wówczas żadnych wniosków; dziś one nasuwają mi pewne zwątpienia - tym bardziej iż p. Brzozowski obiecał artykuł mój zwrócić, o ile nie zostanie wydrukowany, jednak tego nie uczynił, oświadczając mi potem, iż artykuł ten gdzieś zaginął. Uczynił mi również wówczas inną propozycję, której nieoględnie zadosyć uczyniłem. Poprosił mnie, aby mu dać adresy wszystkich działaczy litewskich, których znam, aby móc im przesyłać «Przegląd Społeczny» - oczywista, w celach agitacyjnych. Dałem mu kilkanaście adresów takich".

Brzozowski potwierdza prawdziwość tych informacji. Rzeczywiście proponował J. Gabrysowi napisanie artykułu opartego o konkretne dane w nazwiskach i datach i oferował zapłatę z góry. Przedmiotem artykułu miało być zróżnicowanie społeczno-gospodarcze drobnych posiadaczy litewskich i wynikające stąd zmiany w poglądach społecznych. Brzozowski stwierdza dalej, że artykuł z uwagi na treść nie mógł mieć żadnego znaczenia politycznego oraz że dysponując wówczas pewną sumą, chciał przyjść z pomocą autorowi. Wspomnianych adresów działaczy litewskich otrzymał od Gabrysa 11-12 i przekazał je redakcji "Głosu" dla wysłania numerów okazowych pisma.

Odczytany następnie list J. Stroma z Paryża zawierał informacje o pobycie Brzozowskiego w Warszawie w okresie, który podawał Bakaj. Brzozowski wygłosił odczyt w zastępstwie Przybyszewskiego. Autor listu powołuje się również na informację H. Kona, któremu jeden z byłych przyjaciół Brzozowskiego opowiadał "pod słowem honoru", że w 1905 r. Brzozowski użalał się przed nim, iż jest ciągle wzywany do ochrany.

Brzozowski wyjaśnia, iż odczyt, o którym mowa w liście, istotnie się odbył, ale w listopadzie 1904 r. Informacja zaś "owego «przyjaciela», co dał słowo honoru", odnosi się zapewne do wezwania do ochrany po ataku na Sienkiewicza, o czym Brzozowski opowiadał bardzo wielu osobom.

Następnie sąd odczytuje szereg dokumentów dotyczących dat i miejsca zamieszkania Brzozowskiego w 1905 r. w Krakowie (2 sprawozdania z pobytu w klasztorze sercanek, w pensjonatach "Lithuania" i "Jolanta", w Hotelu Krakowskim) i w Zakopanem (wypisy z ksiąg meldunkowych Klimatyki i hotelu "Morskie Oko", zeznania A. Parczewskiej, L. Czubernatowej, J. Giewonta), a także wypis z "Naprzodu", zawierający daty odczytów Brzozowskiego we Lwowie.

Brzozowski zaprzecza informacjom sióstr sercanek, jakoby wyjeżdżał z Krakowa na kilka dni w pierwszej połowie października 1905 r. (jedno ze sprawozdań podaje, iż siostra "posługująca słyszała z ust p. Brzozowskiej, iż mąż wyjechał do Warszawy po pieniądze"; drugie - że "wyjeżdżał [...] raz jeden na 4 lub 5 dni bez towarzystwa żony, nie oświadczając dokąd").

W końcowej części posiedzenia sądu "obrona przedkłada jeszcze nowe dokumenty, między innymi dotyczące rzekomego żydowstwa Brzozowskiego, który wedle plotek ma być Goldbergiem". R. Buber przy tej sposobności opowiada, że na jednym odczycie Brzozowskiego we Lwowie syn prof. Nussbauma-Hilarowicza wyraził się, iż "Brzozowski jako Żyd nie może mówić o polskiej duszy".

Obrona przedstawia też dokument o procesie anarchistów-komunistów, zawierający charakterystykę Bakaja *[Zapewne list adwokata L. Belmonta.] oraz spis zameldowanych w Warszawie 39 Stanisławów Brzozowskich z ich adresami.

Następnie sąd odczytuje protokół oględzin notatników Bakaja.

"Nazwisko Brzozowskiego, napisane atramentem, spotyka się tylko w jednym notatniku z 5-ciu.

Dr Buber prosi o skonstatowanie, ile z 72 nazwisk wymienionych w notatniku V znajduje się na «czarnej liście», i o sprawdzenie, kiedy Blaik Chaim, wymieniony w tymże notatniku, uciekł. Przy innych nazwiskach jest albo imię, albo adres... (Przewodniczący. Albo ani jednego, ani drugiego).

[R. Buber]: W notatkach, gdzie podane są spotkania z prowokatorami, nie ma nazwiska Brzozowskiego. W notatkach o wydatkach nie ma 75 rb., danych rzekomo Brzozowskiemu. (Przewodniczący: To są wydatki osobiste Bakaja)".

Następnym świadkiem był Mieczysław Limanowski.

Zeznania swoje "rozpoczyna słowami: «Oskarżenie Brzozowskiego jest nonsensem...»

Sąd odbiera mu głos.

Następuje mała scysja z tego powodu. Ostatecznie sąd nie pozwala mówić Limanowskiemu".

W dniu tym zeznawał także w charakterze świadka Łaguna z Paryża. W korespondencji dla "Społeczeństwa" Z. Nałkowska pisała:

"Z zeznań p. Laguny niezmiernie doniosłym przyczynkiem do zdemaskowania Bakaja był szczegół z fotografią Brzozowskiego. Świadek mieszkał ostatnio w Paryżu i tam widywał się z Bakajem. Bakaj parokrotnie prosił świadka o fotografię Brzozowskiego, co na razie w świadku nie obudziło podejrzeń. Gdy jednak przed samym wyjazdem na sąd do Krakowa Bakaj żądania swoje ponowił z natarczywością, p. Łaguna wraz z kolegą swym Stachurskim doszli do wniosku, że fotografia Brzozowskiego jest Bakajowi potrzebna w związku z sądem, i postanowili mu jej nie dostarczyć".

"Wreszcie składał zeznania p. Jankowski z Zakopanego. Mówił o zachowaniu się Bakaja w sprawie ulicy Przemysłowej, gdzie Bakaj wykazał zadziwiającą gorliwość śledczą. Opowiadał o rozmowie dwóch nieznajomych Żydków, słyszanej w więzieniu. Gdy go doszedł pseudonim Bakaja, Michajłowskij, zbliżył się do nich i zapytał, o czym mówią. Okazało się, że uwięziono ich w sprawie Bakaja o łapówki otrzymywane przezeń za ich pośrednictwem. Utrzymywali, że on nic nie winien, tylko «ten złodziej Michajłowskij». Wreszcie powtórzył świadek słowa adwokata Kułakowskiego o Bakaju, że jest to «człowiek wart kulki w łeb».

Pan Kułakowski potwierdził prawdę tych słów, zastrzegł tylko, że odniósł to wrażenie nie z tej sprawy, o której mówi świadek Jankowski".

Na posiedzeniu tym odczytano też listy: Władysławy Cwierdzińskiej o aresztowaniu wiecu w Warszawie w r. 1904; Bernarda Szarlitta o rozpowszechnianych przez H. Sienkiewicza pogłoskach, że Brzozowski jest Żydem i nazywa się Goldberg; Gustawa Daniłowskiego o badaniu go przez Bakaja; Władysława Illukiewicza o warunkach materialnych Brzozowskiego.

Publiczne posiedzenia sądu zostają odroczone.

III 

1

W dniach 24 marca i 4 kwietnia 1909 odbyły się dwa zebrania sędziów, na których przygotowano materiał do następnych publicznych posiedzeń sądu oraz załatwiono wnioski obrony, zgłoszone na poprzednim posiedzeniu.

Sędziowie zapoznali się z szeregiem listów i dokumentów, które zostały dostarczone przez obronę lub wpłynęły po odroczeniu publicznych posiedzeń sądu. Do odczytania w całości lub w części na następnym publicznym posiedzeniu zakwalifikowali listy:

Janusza Korczaka, stwierdzający, że zalegalizowanie Uniwersytetu Ludowego w 1904 r. było najzupełniej niemożliwe.

Zofii Brzezińskiej, potwierdzający, że Lewandowski był głównym organizatorem Uniwersytetu Ludowego i jego lekkomyślne zachowanie spowodowało rozwiązanie tej instytucji; nadto, że nie było mowy o jej legalizacji i że nikt z zarządu do dziś nie został aresztowany.

Adwokata Leo Belmonta, informujący, że zachowanie się Bakaja w procesie Grupy Bojowej PPS w listopadzie 1906 r. przeczy jego twierdzeniu, iż w owym okresie nie był już "dobrym sługą ochrany". Adwokata Henryka Landy'ego, potwierdzający poprzednie zeznania adwokata E. Śmiarowskiego i informacje Belmonta.

Dr Bronisława Chrostowskiego, zaświadczający, że leczył Brzozowskiego przed wyjazdem do Zakopanego na gruźlicę płuc i kiszek (daty ostatnich wizyt: 6-12, 14, 15, 17, 19, 21, 23, 26 i 28 stycznia 1905 r.) i że stan chorego (silny krwotok płucny w połączeniu z dużą gorączką) absolutnie uniemożliwiał mu wstawanie z łóżka.

Anny Nałkowskiej, zawierający szczegóły nakrycia przez policję wiecu na ul. Wilczej 12 w Warszawie w połowie stycznia 1905 (we wiecu uczestniczyło sto kilkadziesiąt osób; przed spisaniem przez policję adresów obecnych wypuszczono z mieszkania dwóch nikomu nie znanych osobników; wobec licznych zebrań i braku kontroli obecność agentów policji była "co najmniej prawdopodobna").

Izy Moszczeńskiej, zawierający charakterystykę ruchu wiecowego w grudniu 1904-styczniu 1905 oraz szczegóły nakrycia wiecu na ul. Wilczej 12; zakończony następującą konkluzją: zarówno sprawa wieców, jak i "sprawa Uniwersytetu Ludowego nie pozostawia wcale miejsca na zdradę Brzozowskiego. Mógłby był wsypać wielu ludzi, którzy wyszli cało. Mnie mogło wsypać kilka tysięcy ludzi w Warszawie równie dobrze jak on. O wiecu na Wilczej najprawdopodobniej - jako chory obłożnie - nic naprzód nie wiedział, a więc sam nikogo nie pogrążył".

Sekretarza generalnego Akademii Umiejętności w Krakowie, Bolesława Ulanowskiego, poświadczający, wypłacenie Walentynie Kolberg 8 lutego 1905 kwoty 1000 koron, a 14 lutego t.r. Antoninie z Kolbergów Brzozowskiej również kwoty 1000 koron (za prawa wydawnicze dzieł Oskara Kolberga).

Haliny Szustrowej, informujący o dwukrotnym przesłaniu Brzozowskiemu między kwietniem a czerwcem 1905 do Galicji pieniędzy (zebranych w celu udzielenia mu pomocy).

Pawła Kittaya, Stanisława Łempickiego i Adama Skwarczyńskiego, dr Bertolda Merwina o krążących w 1906 r. we Lwowie pogłoskach, że Brzozowski jest z pochodzenia Żydem i nazywa się w rzeczywistości Leopold Goldberg. List P. Kittaya zawierał nadto informacje o sprzecznych opiniach wyrażanych przez L. Kulczyckiego o Brzozowskim jako człowieku i pisarzu, a także o rozmowach prowadzonych w Paryżu z Bakajem.

Jadwigi Dawidowej i Stanisława Przybyszewskiego, potwierdzające informacje o bardzo złych, warunkach materialnych Brzozowskiego w Warszawie i ciężkiej jego chorobie w styczniu 1905 r. *[Przybyszewski pisał m. in..: "Człowiek ten pracował w sposób iście nadludzki, bez przesady można powiedzieć, że dniem i nocą.. Tym tylko da się wytłomaczyć, że mógł jako tako wyżyć. Ale co to, było za życie! Chodził w podartych butach, w wyszarzałym, wyświeconym ubraniu, a już był spory przymrozek, gdym go widywał w cienkim, letnim paletocie. Bywało i tak, że przysyłał do nas służącą, by mu rubla pożyczyć, bo nie było dla dziecka na mleko. Państwo Brzozowscy żyli nader skromnie i na każdym kroku było widać, że znikąd żadnej pomocy nie mieli ani mieć nie mogli - tu musiała na wszystko starczyć olbrzymia praca Brzozowskiego samego.

A jak pracował, wystarczy chyba fakt, że «Głos» p. Dawida zapisywał co tydzień prawie sam. Zwykle dwa artykuły pod własnym nazwiskiem, jeden opatrzony inicjałami, jeden pod tym, drugi znowu pod innym pseudonimem. A poza tym wydawał książeczki Arctowskie - prawie co miesiąc ukazywała się w nakładzie Arcta jakaś jego proca z zakresu psychologii, filozofii, krytyki... Przy tym mnóstwo artykułów w «Przeglądzie Filozoficznym i Społecznym» (Przybyszewski ma zapewne na myśli prócz pisma Weryhy "Biblioteką Samokształcenia").

By wieść takie życie, praca taka mogła wystarczyć - wprawdzie w ustawicznej walce z niedostatkiem, ciężkimi, bezustannymi kłopotami, ale z trudem koniec z końcem dał się jeszcze powiązać. Sprawa atoli się zmieniła, gdy ciążka choroba zwaliła Brzozowskiego i przykuła go do łóżka. Tu już do domu jego zaczęła zaglądać nędza. Nie pomnę przykrzejszego wrażenia nad to, jakiegom doznawał, gdym dzień po dniu widział, jak człowiek śmiertelnie chory - pluł wtedy ustawicznie krwią - siedział w łóżku i pracował dalej, choć co chwila na poduszki opadał. A znikąd żadnej pomocy. Poszedłem wtedy do prezesów teatru "Rozmaitości" i z trudem wydobyłem od nich zaliczkę na dramat Brzozowskiego. Wówczas dowiedział się również były reżyser teatru "Rozmaitości", p. Śliwicki, o przykrym położeniu Brz.[ozowskiego] i również przyszedł mu z pomocą. Było to jednakowoż za mało. Gdym pewnego razu w tym czasie zajrzał do Brzozowskiego, właśnie fantowano mu meble, bo nie mógł się uiścić z czynszu za kilka miesięcy.

Tak się przedstawia życie człowieka oskarżonego o to, że był na żołdzie policji. Jakaś piekielnie głupia policja, która pozwoliłaby się w ten sposób marnować człowiekowi, który by przecież mógł jej oddać nieocenione usługi. [...] Każdy, kto Brzozowskiego widział pracującego ostatnimi wysiłkami w nagich, przez komornika ogołoconych ścianach, kto go widział w ciężkim lęku o byt rodziny, i to właśnie w ostatnim czasie jego pobytu w Warszawie, temu potwarz Bakaja musi się wydać jakąś potworną chimerą doszczętnie spodlonego człowieka.

Ale dlaczegóż by miał Bakaj kłamać? Świętej a wielkiej pamięci Kasprzak miał też swojego Bakaja, który dostarczył Mendelsonowi w Londynie absolutnie pewnych dowodów, że Kasprzak jest szpiclem. [...] nie wątpię, że prędzej lub później dzisiejszy Bakaj jakiemuś nowemu, a mniej łatwowiernemu Burcewowi wyświetli pobudki, dla których na tak wybitną postać, jaką jest niewątpliwie Stanisław Brzozowski, rzucił to potworne kłamstwo.

Przepraszam za dywagację, ale mimo woli nasuwa mi się Kasprzak przed oczy i trwoga, że Brzozowski mógłby z nim podzielić ten straszny i męczeński los".

Za odczytaniem listu Przybyszewskiego głosowało trzech sędziów, przeciw odczytaniu dwóch; "...ostatni zastrzegają się przeciw tej uchwale, gdyż sprawa Kasprzaka nie ma nic wspólnego z rozpatrywaną sprawą i z równą racją można by wciągać wszystkich kiedykolwiek słusznie lub niesłusznie oskarżonych o szpiegostwo, np. Kaczkowskiego".]

Sąd uchwalił nadto, aby na publicznym posiedzeniu nie odczytywać listów L. Winawera i Marcelego Sachsa, którzy prostowali szczegóły kłamliwej informacji Bakaja o aresztowaniu i rozstrzelaniu grupy anarchistów-komunistów, sprostowanie to bowiem nie wiąże się ze sprawą Brzozowskiego. Drugi list M. Sachsa, zawierający informacje o jego kontaktach z L. Kulczyckim jesienią 1905 r. i słabym zakonspirowaniu Proletariatu, sąd wyłączył z materiału dowodowego, gdyż informacje te nie dotyczą "okresu krytycznego dla sprawy Brzozowskiego". Obszerny list Stanisława Mleczki, zawierający ocenę Brzozowskiego na podstawie jego działalności literackiej, sąd uznał za wyraz opinii autora o Brzozowskim. List ten nadto "dotykał osoby postronne, nie mające ze sprawą żadnego związku" (Haecker, Daszyński). Sąd zapoznał się też z listem Witolda Klingera o nazwisku Brzozowskiego i postanowił na jego podstawie stwierdzić, że "Brzozowski nie jest Goldberg".

Sąd uchwalił nie odczytywać przedstawionego przez obronę wyciągu z księgi adresowej miasta Warszawy z 1909 r., lecz stwierdzić, iż jest to odpis prywatny, podający, że w 1909 zamieszkiwało w Warszawie 33 Stanisławów Brzozowskich i 6 Belina-Brzozowskich, z których żaden nie jest literatem.

Sąd postanowił nie zwracać się do H. K.[ona] o potwierdzenie informacji J. Stroma, ponieważ fakty podane przez tego ostatniego miały miejsce w 1905 r.; natomiast zwrócić się do J. Gabrysa i J. Dawidowej o wyjaśnienie faktów podanych w liście E. Krymskiego.

2

W obradach sądu nastąpiła przerwa. Sekretariat stara się wykonać postanowienia ostatnich zebrań i skompletować brakujące zeznania i wyjaśnienia przed najbliższym publicznym posiedzeniem, którego terminu nie określono. Sędziowie pozostają w kontakcie korespondencyjnym.

H. Diamand w liście do E. Bobrowskiego (z 30 marca 1909) wskazuje na trzy sprawy, wymagające wyjaśnienia lub decyzji: czy Bakaj faktycznie żądał przed wyjazdem z Paryża pokazania mu fotografii Brzozowskiego; jak tłumaczyć list męża zaufania PPS w Paryżu, wobec którego Bakaj miał twierdzić, że wręczył Brzozowskiemu 250 rb. na wyjazd do Zakopanego; zarządzenie dochodzeń w sprawie "nowego Goldberga".

Przewodniczący sądu wyraża zaniepokojenie krążącymi - jego zdaniem fałszywymi - opiniami, że sprawa Brzozowskiego przeciąga się z winy sądu.

W innym liście (z 5 kwietnia 1909) przesyła E. Bobrowskiemu dostarczoną przez Bubera fotografię J. Rabinowicza, proponując wysłać ją Burcewowi, by wybadał Bakaja na ten temat, oraz zebrać dane o Rabinowiczu w Warszawie. Przekazuje też informację R. Bubera o podejrzanym zachowaniu się Rabinowicza w Krakowie podczas pierwszej sesji sądu. "Wynika z tego, że Rabinowicz ma jakiś interes w powikłaniu sprawy Brzozowskiego. [...] sprawa sama przez się ciekawa, a szczególnie trzeba nią się zająć, bo jakakolwiek ona jest, nie zbadana zajmie fantazję wszystkich interesujących się i wyrośnie do potwornych rozmiarów".

W obu listach przewodniczący nalega na pospieszne zwołanie posiedzenia sędziów.

W związku z zeznaniami Łaguny sąd zwraca się o wyjaśnienia do Jana Stachurskiego, który przesyła w ciągu kwietnia 1909 r. siedem listów częściowo prostujących informacje Łaguny.

Stachurski poznał Bakaja w lutym 1908 r. w Paryżu. Widywał się z nim wielokrotnie. Bakaj mówił, że czytał raporty Brzozowskiego o ruchu umysłowym w Warszawie i że raz jeden, wręczając mu 75 rb. w konspiracyjnym mieszkaniu na ul. Miodowej 18 z początkiem wiosny 1905, widział go "naocznie": "Bożestwiennoje wyrażenie lica, czornyje wołosy, cwiet koży oliwkowyj, boroda". W pierwszej połowie listopada tego roku Bakaj zwrócił się do niego z prośbą o dostarczenie mu fotografii Brzozowskiego. Na pytanie, do czego mu jest ta fotografia potrzebna, odpowiedział: "Ja chotiełby sopostawit' to wpieczatlenie, kotoroje wynios wruczaju jemu diengi, z fotograficzeskoj kartoczkoj." Przy pożegnaniu prośbę swoją ponowił. W pierwszej połowie grudnia z podobną prośbą zwracał się do Łaguny. Kilkanaście dni później spotkał Stachurskiego i Łagunę na ulicy i znowu przypomniał o swojej prośbie. Łaguna miał mu odnaleźć fotografię Brzozowskiego w piśmie "Świat" z 1906 r. Stachurski pisał w sprawie fotografii do Warszawy, ale jej nie otrzymał.

"Po zdemaskowaniu Azewa - pisze Stachurski w obszernej relacji przesłanej sądowi - spotkałem Bakaja w College Libre de Sciences Sociales i pytałem go, jak się przedstawia sprawa Borowskiej i Brzozowskiego. Oświadczył mi, że jedzie na pewno do Krakowa z Burcewem jako świadek. Pytałem, jakie zdobył dowody. Odpowiedział: Powiem na sądzie wszystko, co wiem, a zresztą po zdemaskowaniu Azewa sprawy: Borowska i Brzozowski, to dla mnie «g...» - tu użył wyrażenia Cambronne'a spod Waterloo.

Na zasadzie wszystkiego wyżej przytoczonego oświadczam: 1-o: z opowiadania tow. Łaguny nie wyniosłem wrażenia, aby Bakaj natarczywie nań o podobiznę pana Stanisława Brzozowskiego nalegał; 2-o: O naleganiach Bakaja, bym mu dostarczył fotografię autora Mocarza - mowy być nie może; 3-o: o postanowieniu, które jakoby zapadło między mną a tow. Łaguną o niedostarczeniu rzeczonej fotografii, nie wiem, nie pokazywałem fotografii Brzozowskiego Bakajowi jedynie dlatego, iż znajomy osobnik, do którego zwracałem się o fotografię do Warszawy, dostarczyć mi jej nie mógł".

W jednym z listów Stachurski przekazuje informację Apolonii Wyrzykowskiej o odczytach Brzozowskiego w Warszawie po 3 lutym 1905 r.

F. K. Prauss, mąż zaufania PPS Fr. Rew. paryskiej komisji międzypartyjnej do rozmów z Burcewem i Bakajem, pisał do sądu (13 kwietnia 1909) w odpowiedzi na pytanie, jakich informacji udzielał Bakaj w Paryżu na temat pieniędzy wręczonych osobiście Brzozowskiemu:

"1-o. Pomiędzy notatkami moimi spisywanymi w trakcie rozmów z Bakajem mam jedną, pochodzącą prawdopodobnie z marca roku ubiegłego, treści następującej: «Na wiosnę wręczył Bakaj Brzozowskiemu osobiście pieniądze (250-300 rb.), przeznaczone na kurację jego w Zakopanem. Peterson wtedy wyjeżdżał, czy też był bardzo zajęty, i nie mógł się osobiście widzieć z Brzozowskim. Doręczenie pieniędzy miało miejsce w mieszkaniu konspiracyjnym należącym do ajenta 'ochrany' Olecznikowa, zameldowanego pod fałszywym nazwiskiem Jankowskiego w domu teatru 'Nowości' przy ul. Królewskiej».

2-o. Nie przypominam sobie, aby mi Bakaj kiedykolwiek mówił o 75 rb. wręczonych przez niego Brzozowskiemu.

3-o. W zeznaniu swoim własnoręcznie spisanym w maju ubiegłego roku pisze Bakaj (tłumaczę z rosyjsk.): «Pewnego razu osobiście w mieszkaniu konspiracyjnym z polecenia naczelnika Petersona wręczyłem Brzozowskiemu pewną sumę pieniędzy». I bezpośrednio po tym: «Wiosną 1905 r. Brzozowski oświadczył, że jest zmuszony wyjechać do Zakopanego na kurację i otrzymał 'na poprawienie zdrowia' ('dla poprawki') 250 czy 300 rb.»".

List Antoniego Millera zawiera informacje o złych warunkach materialnych Brzozowskiego na przełomie 1904/1905, o koncercie urządzonym w celu zebrania środków na wyjazd Brzozowskiego za granicę w pierwszych dniach lutego 1905 r.

Telegram i list Ludwika Kulczyckiego prostują informacje zawarte w liście Marcelego Sachsa.

List Tadeusza Micińskiego zawiera prośbę o zwrócenie mu zeznań złożonych sądowi w sprawie Brzozowskiego. Treści owych zeznań Miciński nie cofa, a tekst potrzebny mu jest "jako materiał już przemyślany do pewnej pracy".

W aktach sądu znajdują się ponadto: nie wykorzystany przez sąd list Eugeniusza Śmiarowskiego z 18 lutego 1909 o zachowaniu się Bakaja podczas procesu grupy OB PPS oraz nie posiadający związku ze sprawą Brzozowskiego list Gustawa Daniłowskiego.

3

Obrady sądu znów na dłuższy czas przerwano. Było to spowodowane - jak podaje E. Bobrowski - "koniecznością zebrania, uporządkowania i przepisania protokołów i niektórych aktów dla obrony". Sędziowie stale domagali się przyspieszenia tempa obrad sądu.

R. Buber koresponduje z sądem w sprawie skompletowania odpisów akt sprawy.

17 listopada 1909 r. sąd zebrał się na naradę, uchwalając, wyznaczenie terminu sądu na dzień 18, 19 i 20 grudnia.

28 listopada Edmund Szalit przesyła sądowi list Brzozowskiego, który prosi, by z powodu jego ciężkiego stanu zdrowia nie wyznaczać terminu rozprawy w ciągu najbliższego miesiąca. 29 listopada Brzozowski zawiadamia E. Bobrowskiego, że przyjazd do Krakowa jest dla niego w ciągu najbliższych tygodni "fizyczną niemożliwością".

List Brzozowskiego jest ostatnim dokumentem opublikowanym przez E. Bobrowskiego w "Aktach sądu obywatelskiego". Protokoły sądu kończą się stwierdzeniem: "Żądanie St. Brzozowskiego musiał Sąd uwzględnić, termin sądu odroczono".

IV

W związku z listem Brzozowskiego sąd zebrał się 6 lub 7 grudnia 1909 r. w niepełnym komplecie (bez F. Kona) i uchwalił następujący komunikat:

"Sąd w sprawie p. Stanisława Brzozowskiego odroczył się dnia 24 marca 1909 na żądanie obrony, która pragnęła zebrać i przedstawić nowe w tej sprawie dowody. Na naradzie 17 listopada br. wyznaczył sąd - po uprzednim porozumieniu się przewodniczącego z obroną - posiedzenie na 18 grudnia. Już po wyznaczeniu i ogłoszeniu tego terminu otrzymał sąd list od p. St. Brzozowskiego z zawiadomieniem, że przyjazd jego w ciągu najbliższych tygodni jest fizyczną niemożliwością i że p. Brzozowski nie jest w stanie oznaczyć terminu, gdy poprawa w zdrowiu pozwoli mu być na nowo, jak dotąd, do dyspozycji sądu.

Wobec tego w myśl żądania obrony sąd postanowił odroczyć się".

F. Kon, zapytany listownie o zgodę na treść uchwały, zaproponował inną wersję, gdyż ta sprawia wrażenie, że Brzozowski uchyla się od sądu ".

Kilka tygodni przed śmiercią Brzozowskiego R. Buber czyni starania, by uporządkować dokumentację sprawy. 8 marca 1911 zwraca się do E. Bobrowskiego o brakujące protokoły oraz przypomina zastrzeżenia, jakie ma wobec protokołów, które już otrzymał (brak epizodu z Kulczyckim, brak szczegółów zeznań Ortwina). Zastrzeżenia te, wedle Bubera, podziela F. Kon.

W liście z 23 lub 24 marca 1911 Brzozowski, dziękując Buberowi za interwencję w sprawie treści protokołów, informuje, że "już w innej drodze" prosił "tam o to samo".

 

 

 

...SPRAWA TOCZY SIĘ DALEJ

 

Nie napiszę tego poematu

przed trzema dniami spotkałem

pana profesora

padał deszcz

nagła ulewa w Krakowie

woda płynęła ulicami czarne rzeki

płynęły naszymi ustami

potem wszedłem do teatru

rozmawiałem o Sprawie Stanisława Brzozowskiego

czy był

zgasło światło

gdzie ja pierwszy raz spotkałem profesora

w redakcji tego miesięcznika który

jeszcze

chodziłem tam z wierszami

z umarłymi

mieszkałem wtedy w wielkim domu

spotkałem na schodach

nieboszczyka Franka Gila

zmarłego poetę Ildefonsa

na ciasnym korytarzyku

świętej pamięci wdowę

po Stanisławie Brzozowskim

którego sprawa toczy się dalej.

T. Różewicz, Tarcza z pajęczyny, 1963

 

"Zaledwie kilka miesięcy ubiegło od śmierci śp. St. Brzozowskiego, a nad samotną mogiłą florencką zapadło milczenie tak głuche, jak nad starym kurhanem stepowym. Zapewne, zmarły był postacią zbyt wybitną, zajmował w literaturze naszej miejsce zbyt znaczne, by zgon jego mógł przejść zupełnie niespostrzeżenie. I rzeczywiście, z wyjątkiem paru «szanujących się», tj. bojących się narazić komukolwiek organów, które, jak «Tygodnik Ilustrowany», «Biblioteka Warszawska» itd., zamknęły się w dyplomatycznym milczeniu, inne pisma nasze [...], czyniąc zadość obowiązkom informatorskim i prostej przyzwoitości, poświęciły pamięci zmarłego szereg wzmianek i notatek. We wszystkich jednak przebija wyraźnie pewne zakłopotanie, jakby chęć jak najprędszego ubicia sprawy, przejścia ponad nią do porządku dziennego - już to przez rozmyślne pomniejszenie dorobku literackiego zmarłego, już to przez wygłaszanie o nim sądów nieubłaganie surowych, a dostatecznie nie umotywowanych. [...]

Na tle tej pisaniny tchórzliwej, głupiej lub obłudnej, dodatnio wyróżnia się i odcina swym czystym tonem zaledwie parę głosów należących do ludzi, którzy nie kryjąc się za puklerzem nieodpowiedzialnej bezimienności, uczciwie i rozumnie, w miarę sił swoich, starali się wyjaśnić społeczeństwu, czym był Brzozowski i jego dzieła, czym jest sprawa jego wobec poszczególnych jednostek i całego narodu" *[W. Klinger, Stanisław Brzozowski jako człowiek, Kraków 1912, s. 3, 5.].

Tak było w istocie. Owe uwagi Witolda Klingera, najbliższego z przyjaciół zmarłego filozofa, mają pełną dokumentację w fali wzmianek, notat, artykułów nekrologowych, jakie ukazały się w maju-czerwcu 1911 r.

Podajemy kilka przykładów z obu wyróżnionych przez niego stanowisk wobec Brzozowskiego.

Aleksander Świętochowski, gorąco pragnący i szczerze życzący społeczeństwu, "aby ustał hałaśliwy taniec wokół chwilowych bożyszcz oraz furiackie urąganie im", "aby odzyskała moc prawa i posłuch poważna, bezstronna krytyka", pisał o Brzozowskim:

"Był to duży, ale chory talent, który pisał rzeczy zewnętrznie fosforyzujące, wewnętrznie mętne i dzięki temu mające pozór bezdennej głębokości. Ani on sam, ani najuważniejsi czytelnicy nie umieliby dokładnie określić, czego chciał i jak myślał.

Śmierć śród nie rozstrzygniętej sprawy odebrała głos, ostatnim [sceptykom], a pobudziła pierwszych [entuzjastów]. Teraz rozpoczęła się publicystyczna kanonizacja Brzozowskiego. Wiadomo, że posiadamy więcej «geniuszy» i «arcydzieł» niż cała Europa; przez pewien czas Brzozowski będzie geniuszem i twórcą arcydzieł na czas życia obecnych bałwochwalców, o których i ich przedmiocie już następne pokolenie zapomni" *[A. Świętochowski Po śmierci S. Brzozowskiego, "Kultura Polska" 1911, nr 6, s. 9.].

Anonimowy współpracownik "Biblioteki Warszawskiej" powtórzył w notacie nekrologowej argumentację Haeckera sprzed kilku lat;

"Powieść Płomienie świadczy o straszliwej po prostu rusyfikacji ducha i ze względu właśnie na talent autora wywiera wrażenie niesłychanie przykre. [...]

Tragedią wewnętrzną zmarłego pisarza był rozłam między surowością i bezwzględnością jego nauk a życiem własnym. Nie znajdzie już rozwiązania ponura zagadka, którą zabrał ze sobą do grobu" [Śp. Leopold Stanisław Brzozowski, "Biblioteka Warszawska" 1911, t. II, z. 3, s. 616-619.].

"Świętego i potwora w nim widziano, proroka i zdrajcę. Niezwykła siła spoczywała w tej indywidualności, która olśniewała i porażała, ale też rozsadzała jego samego, aż uczyniła duszę jego zagadką, los tragedią - napisano o dawnym współpracowniku w nekrologu "Krytyki" - Był czas, kiedy Brzozowski był «Krytyce» bliskim i drukował w niej kilka wysoce interesujących prac. Rychło jednak drogi nasze rozeszły się całkowicie. Na głowę jego spadły potem fatalne oskarżenia, których ani potwierdzić, ani zaprzeczyć nie mogliśmy. Położenie jego, człowieka nieszczęsnego, pozbawiło nas możności należytego rozprawienia się; jednorazowa próba wymiany zdań odebrała dalszą do tego ochotę. Nie pora na to w chwili obecnej, gdy pamięć przeszłości krąży nad świeżym grobem. Długo jeszcze będzie nad nim się unosić widmo tragiczne, jedno z najbardziej fascynujących, jakie generacja nasza wydała" *[W. Feldman?, Nad grobem Stanisława Brzozowskiego, "Krytyka" 1911, z. VI, s. 389.].

W "Gazecie Warszawskiej" nie podpisany autor, przyznając Brzozowskiemu niezwykłe zdolności, wiedzę i nerw publicystyczny, jednocześnie charakteryzuje go jako "człowieka bez charakteru", którego pamięć "obciąża szereg wykroczeń przeciw etyce osobistej i społecznej" *["Gazeta Warszawska" 1911, nr 112, s. 4.].

Stanowisko drugie faktycznie reprezentowało parę tylko głosów.

Jak pisały "Widnokręgi" - jedyne pismo, które poza Połonieckim odważyło się publikować prace Brzozowskiego po tragicznym kwietniu 1908 r. - śmierć jego "zaskoczyła tak niespodziewanie polską prasę, iż z małymi wyjątkami, zająwszy się więcej szczegółowo niż obiektywnie jego życiem, zapomniała prawie zupełnie o dziełach" człowieka, który "był najgłębszą i najsubtelniejszą świadomością swej epoki" *[Pamięci Stanisława Brzozowskiego, "Widnokręgi" 1911, z. 7/8, s. 177-178.].

Współautor Lemiesza i szpady przed sądem publicznym, przez Aleksandra Świętochowskiego zaliczany zapewne do owych kanonizujących Brzozowskiego "entuzjastów", autor zjadliwych Aforyzmów o czynie, ukazujących się właśnie na łamach "Prawdy", pisał:

"Niech na grobie Brzozowskiego nie pada żaden frazes o jego zasługach dla narodu. Nie można narodowi narzucać, kogo ma czcić i komu ma być wdzięczny. Nie można i nie trzeba przekonywać ludzi, którzy oddają się jeszcze błogiemu złudzeniu, że Brzozowski był przecież szpiegiem, więc nie obowiązuje ich nic z tych niewątpliwych praw, które pozostawił. Nie będzie komitetów dla sprowadzenia jego zwłok do ojczyzny. Tym lepiej, tym lepiej! Mamy już przepełniony Panteon. Jego pracy posiew niech rośnie w milczeniu" *[K. Irzykowski, Stanisław Brzozowski, "Prawda" 1911, nr 20, s. 7.].

Inny "entuzjasta", Leo Belmont, ceniący przecież jedynie wysiłek twórczy autora Idei, nie zaś "rezultaty jego pracy umysłowej", jeszcze bardziej krytycznie chyba ustosunkowany do Brzozowskiego niż Irzykowski, autor szkiców - Bezkrytyczni wielbiciele, Czterdzieści cztery Brzozowskiego, pisał w numerze swego "Wolnego Słowa", w całości prawie poświęconym zmarłemu:

"W 34 roku życia wypiły krew z jego żył suchoty - przepaliła jego mózg gorączka twórcza - ale nade wszystko zżarła go tortura moralna...

Jego czaszka była wulkanem wiecznie czynnych ogni ducha - wyrzucała kryształy nowych idei - zapalała pióropusze łuny na niebie myśli polskiej.

A twórca ciągle drżał, iż odwróci się odeń wstręt narodu i powie: oto plugawa lawa płynie z duszy brudnej! [...]

Pióro największego z współczesnych pisarzy polskich, pióro stu Żeromskich nawet, podniesionych do setnej potęgi - nie odtworzy nam całości tej męki" *[L. Belmont, Szpieg czy męczennik, "Wolne Słowo" 1911, nr 127, s. 1, 2.].

Rozpatrując alternatywę postawioną w tytule artykułu, wołał Belmont z młodopolską egzaltacją:

"Sędziowie Brzozowskiego! - słuchajcie: ja nie wierzę w to, że Brzozowski był szpiegiem...

Ja w to uwierzyć - nie umiem.

W imię honoru polskości nie umiem wierzyć w tak wielkie nieszczęście, iżby prawdą było ironiczne orzeczenie Katerli, że «szpieg może stać na wyżynie intelektu polskiego».

A nie wierzy w to także sam Żeromski. Nie wierzyli nigdy w winę Brzozowskiego Żeromski, Irzykowski, Orkan, Rygier-Nałkowska, Wacław Nałkowski. [...]

Czekamy!

Brzozowski usunął się tak prędko w krainę cieniów, abyście mogli rzec nareszcie narodowi prawdę.

A jeżeli powiecie: «to był szpieg - nie tylko męczennik» - wymotywujcie swój wyrok dobrze, bo będziemy sądzili wyrok wasz całą surowością naszej krytycznej myśli! Musimy zrozumieć, dlaczego imię Brzozowskiego mniej dla was ważyło niż imię Bakaja!..".

Płomiennym artykułom Leo Belmonta, czyniącym z rewizji sprawy Brzozowskiego "najbardziej palącą potrzebę sumienia zbiorowego i indywidualnego", inne stanowisko przeciwstawiał jeden z "młodych", Adam Skwarczyński, i później, w dwudziestoleciu, zwolennik autora Legendy Młodej Polski:

"Nauczył nas rzetelności wobec przeżyć własnych, odpowiedzialności za każde przemilczane słowo, nie wolno jest nam mówić o nim po śmierci, gdyśmy go przemilczali za życia, i do czegóż upoważnia nas ta w mroku .naszego milczenia wyrosła mogiła? [...]

Brzozowski umarł bez sądu! Oto jedyna myśl, którą wypowiedzieć może, którą wyjąknąć wolno rzetelnie myślącemu człowiekowi wobec tego ślepego faktu, który na nas spadł. Umarł nie tylko bez sądu partyjnego, ale bez tego sądu, który musiał był dokonać się w nas. Teraz już nie można i zbyt łatwo jest sądzić człowieka umarłego, nic on już wobec nas nie może: nie ma go; zbyt łatwą jest rehabilitacja po śmierci: «de mortuis...» Czy był najwyższym w Polsce duchem - czy szpiegiem? Milczenie na to odpowiada. Dziś już nie ma prawa odpowiadać sąd myślącej Polski, choćby budziło się teraz w sumieniu poczucie, że popełniono tu skrytobójstwo nie na człowieku: na organie samowiedzy polskiej, która wypracowała się w jego myśli i jego entuzjazmie. Niech mi nie mówią o możliwości rozdziału pomiędzy «człowiekiem» a «autorem»: kto zna książki Brzozowskiego, na serio tego nie weźmie.

Na tej wygnańczej mogile niechaj klęka myśl polska i niech milczy - niech milczy.

Może - jak marzył - zbudzi się i wstanie nowa Polska pracy samorządnej i znajdzie jego książki i pozna je jako swoje. Tej będzie można mówić i sądzić" *[A. Skwarczyński, Nad grobem - milczenie, "Życie" 1911, z. XIX, s. 294, 295.].

Stanowisko tego rodzaju spotkało się z ostrą repliką Leo Belmonta, który nazwał autora cytowanego artykułu "niewolnikiem opinii partii":

"Więc milczałeś, młodzieńcze, wczoraj - bo nie przychodziło ci na myśl, że twoim obowiązkiem było samemu myśleć o tej sprawie - że można wbrew wszystkim sądom partyjnym wołać wielkim głosem - «nie wierzę!»

I każesz milczeć sumieniu - na mogile człowieka, którego wielbisz!... [...]

Niewolniku opinii partii - jakże mało masz serca!" *[L. Belmont, Niewolnicy opinii partii, "Wolne Słowo" 1911 nr 128, s. 1, 2.].

Stanowisko pierwsze, stanowisko przemilczania, umniejszania dorobku zmarłego, jak się rzekło, dominowało. Ponury cień Bakaja kładł się nad mogiłą florencką, wysuwając na czoło wzmianek nekrologowych alternatywę - "szpieg czy męczennik", "święty czy potwór", "prorok czy zdrajca"...

Zaniepokojeni tym, zabierają głos mężowie zaufania Brzozowskiego na sądzie krakowskim: Rafał Buber i Jędrzej Moraczewski. 12 maja 1911 r. przesyłają całej prasie oświadczenie, w którym piszą:

"Urząd mężów zaufania przyjęliśmy w powyższym sądzie w głębokim przeświadczeniu o zupełnej niewinności śp. Stanisława Brzozowskiego.

Po kilku posiedzeniach i przesłuchaniu całego szeregu świadków sąd został odroczony, by umożliwić obronie zebranie dalszego materiału.

Z powodu ciężkiej choroby śp. Stanisława Brzozowskiego, która wyjazd jego z Florencji i współudział w sądzie w Krakowie czyniła niemożliwym - dalsze posiedzenia sądu odbyć się nie mogły.

Wobec śmierci śp. Stanisława Brzozowskiego poczuwamy się do obowiązku oświadczenia, że dotychczasowy przebieg rozprawy sądowej nie tylko nie zachwiał w nas przekonania o zupełnej niewinności śp. Stanisława Brzozowskiego, lecz zarazem dał nam podstawę do przypuszczenia, że autor oskarżenia, złudzony podobieństwem cech zewnętrznych, padł ofiarą pomyłki wywołanej przez trzecią osobę, która z tego podobieństwa świadomie korzystała".

Oświadczenie mężów zaufania opublikowane jedynie przez kilka pism *[Oświadczenie mężów zaufania, "Pobudka" 1911, nr 4, s. 14. "Wolne Słowo" 1911, nr 128, s. 4; "Prawda" 1911, nr 20, s. 15.], minęło prawie bez echa. Zresztą dla szerokiej opinii publicznej było tylko subiektywnym zdaniem przyjaciół Brzozowskiego. Szczegóły niejasnej sprawy Jana Rabinowicza, o którym mowa w tym oświadczeniu, znane były jedynie nielicznemu gronu.

Leo Belmont, publikując owo oświadczenie, pisał: "Nad florencką mogiłą wzeszło słońce, [...] które [...] rozsieje mgły potwornych podejrzeń bez śladu!" *[L. Belmont, Z powodu listu dwóch sędziów, "Wolne Słowo" 1911, nr 128, s. 5.].

Przyjaciele Brzozowskiego zwracają się do przewodniczącego sądu krakowskiego Hermana Diamanda z żądaniem rehabilitacji. W odpowiedzi H. Diamand ogłasza w październiku 1911 r., "celem ostatecznego wyjaśnienia", następujące "zwięzłe przedstawienie całej sprawy":

"Sąd został zwołany przez Zarząd Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej ze współudziałem Frakcji Rewolucyjnej Polskiej Partii Socjalistycznej na żądanie Stanisława Brzozowskiego, wystosowane do wszystkich partii socjalistycznych. Inne partie udziału nie wzięły. Oskarżyciela na sądzie nie było, występowali jedynie obrońcy Brzozowskiego, jako też on sam. Temat dowodowy stanowiły publikacje przeciw Brzozowskiemu zwrócone.

Sąd odbył szereg posiedzeń, odraczając się kilkakrotnie celem umożliwienia Brzozowskiemu zbierania materiałów dowodowych dla obalenia podniesionych przeciw niemu zarzutów. Ostatnie posiedzenie sądu przerwano na żądanie Brzozowskiego, względnie jego obrońców, po dopuszczeniu szeregu dowodów, których obrona z natury rzeczy na miejscu przedstawić nie mogła. Usiłowania zwołania dalszego posiedzenia sądu nie odniosły skutku ze względu na żądanie Brzozowskiego, by w jego nieobecności sprawy nie prowadzono i na stan zdrowia jego wyłączający przyjazd na rozprawy.

Ze względu na ukończone [?!] postępowanie dowodowe i niemożność prowadzenia rozpraw wobec śmierci Brzozowskiego ustała dla sądu możność prowadzenia sprawy i wydania wyroku" *[Echa sprawy Stanisława Brzozowskiego, "Pobudka" 1911, nr 10, s. 31. - Oświadczenie to znalazłem dotąd tylko we wspomnianym młodzieżowym pisemku wileńskim. Nie podaje go również E. Bobrowski w publikacji z 1935 r. zawierającej protokoły sądu.].

Oświadczenie Diamanda zamyka pierwszy etap ciągu dalszego sprawy Brzozowskiego przed pierwszą wojną światową.

W czerwcu 1912 r. wychodzi Uroda życia Stefana Żeromskiego.

W sugestywnych, budzących protest stronicach, przedstawiających inkwizycyjną niemal rozprawę w podziemiach krakowskiego klasztoru nad zaplątanym w swej ideowości emisariuszem, księdzem Wolskim, zorientowani czytelnicy rozpoznają literacką transpozycję sądu nad Brzozowskim, odbicie przeżyć i wrażeń naocznego świadka tej sprawy, który żywo się nią interesując i wedle wszelkich źródeł nie wierząc w winę Brzozowskiego, nie rzucił dotąd na szalę opinii publicznej swego głosu.

Oto fragment rozmowy Piotra Rozłuckiego z hrabią Nastawą, reprezentującym tutaj Ignacego Daszyńskiego.

" - Wiesz pan aż nadto dobrze, że Wolski jest najzupełniej niewinny, lecz pozory, a raczej nikczemnicy, przemawiają przeciwko niemu. Praca jego będzie uniemożliwiona. Zadadzą mu tutaj śmierć moralną. Uwolnij go pan od tego hańbiącego zarzutu.

Hrabia Nastawa roześmiał się szczerze.

- Śmiejesz się pan?

- Śmieję się z tej pańskiej romantycznej propozycji.

- Dlaczego?

- Nie ja tu jestem oskarżycielem, nie ja sędzią, nie ja instancją karzącą albo uniewinniającą. Jeżeli jest winien, to go sąd, złożony z istnych pereł świata duchownego, z profesorów uniwersytetu i ludzi pierwszorzędnej w zawodzie prawniczym wartości - potępi. Jeżeli jest niewinny, to go ci ludzie na pewno oczyszczą.

- Powinieneś pan jeszcze głośniej roześmiać się z tej swojej obłudnej mowy.

- Przypuszczam, wnosząc z przebiegu sprawy, że go jednakże ten sąd nie będzie mógł oczyścić.

- I ja tak sądzę, wnosząc z usposobienia sędziów.

- Pańska ironia chybia celu. Ważniejszy jest byt i moc Kościoła niż honor księdza entuzjasty. Jeżeli dla dobra Kościoła trzeba poświęcić człowieka, to nikt się wahać nie powinien.

- Dobrze to pan tłumaczy" *[St. Żeromski, Uroda życia, Warszawa 1956, s. 328-329.].

Rozłucki powtarza tutaj - jak widzimy - argumentację Żeromskiego na temat sprawy Brzozowskiego, znaną nam z przekazu Orkana.

Zarzuty za tę scenę z Urody życia spotkały Żeromskiego z dwu stron. Jako fakt wysoce krzywdzący partie, które brały udział w sądzie nad Brzozowskim, wypomniał mu ją w parę lat później Ignacy Daszyński.

"[Brzozowski] miał tłumy fanatycznych zwolenników i wielbicieli - pisał przywódca PPS w swoich Pamiętnikach. - Sąd ten stał pod silnym wpływem tej opinii. Sąd ten dał Stefanowi Żeromskiemu, gorącemu wyznawcy niewinności Brzozowskiego, asumpt do znęcania się w jednym ze swych dzieł nad tymi, którzy wierzyli w jego winę. Wolno było wielkiemu pisarzowi brać stronę drugiego pisarza i świetnego krytyka Brzozowskiego. Wolno innym literatom polskim protestować przeciwko straszliwej plamie, która spaść miała na jednego z nich. Ale takie demonstracje, płynące często raczej z sympatii albo, co gorzej, ze strasznej obojętności na błędy charakteru zdolnego pisarza niż z wniknięcia w głębszy podkład sprawy, nie mogą oczywiście mieć cech nieomylności" *[I. Daszyński, Pamiętniki, t. II, Kraków 1926, s. 23-24.].

Dla Ostapa Ortwina natomiast, również naocznego świadka sądu krakowskiego, ów epizod z Urody życia stał się okazją do wypomnienia Żeromskiemu, że swój sąd w sprawie Brzozowskiego wypowiedział tylko w transpozycji literackiej, a nie bezpośrednio publiczne:

"Wielu «cichym» zwolennikom Brzozowskiego brak było wówczas odwagi. Brak było tej odwagi nawet Żeromskiemu, który ani słowem się w jego obronie publicznie nie odezwał, choć wierzył gorąco w jego niewinność i wiedział, jak silnie to jedno słowo jego mogłoby na szali, zwłaszcza opinii partyjnej, zaważyć.

Odczuwając jednak fałszywość atmosfery, zemścił się w właściwy sobie sposób: w książce. Sąd partyjny bowiem, jaki przedstawił i napiętnował w Urodzie życia, żywcem przeniósł z sali sądu krakowskiego do powieści. Dla ostrożności tylko oburzenie swe i wściekłość na socjalistów wyładował przeciw klerykałom" *[Ostap Ortwin o procesie Brzozowskiego, "Wiadomości Literackie" 1927, nr 9, s. 2.].

W tym samym roku, co Uroda życia, ukazuje się rozprawa Witolda Klingera zatytułowana Stanisław Brzozowski jako człowiek. Na podstawie wspomnień oraz cytatów z korespondencji szkicuje Klinger sylwetkę zmarłego przyjaciela, ukazując - oprócz szczegółów biograficznych - jego duchową tożsamość, zarówno w czasach gimnazjalnych, kiedy obcował z nim bezpośrednio, jak i później, kiedy znajomość i przyjaźń wyrażała się tylko w listach: "Żyje w nich [tj. w listach], drga i tętni ta sama, co i w latach młodzieńczych, dusza, równie promienna i czysta, równie żądna piękna i wiedzy i wrażliwa na ból i cierpienie ludzkie, tylko mędrsza doświadczeniem i pracą życia, a smutna smutkiem uciskających ją nieszczęść" (s. 11). - Po kilkunastu latach, nawiązując do tej broszury, Klinger stwierdza jeszcze raz: "nie było w nim potwornej anomalii psychicznej, żadnego rozdżwięku między życiem i słowem, czyli że - mówiąc inaczej - w Brzozowskim i pisarz, i człowiek na jednakowej znajdują się wyżynie, jednakowego podziwu i czci są godni" *[W. Klinger, Do sprawy Stanisława Brzozowskiego, "Przegląd Współczesny" 1926, nr 45, s. 111.].

W tymże roku 1912 Bakaj wydaje w Nowym Jorku broszurę pt. O demaskatorach i demaskatorstwie. Dwa lata wcześniej, a więc rok po sądzie krakowskim, na łamach pism paryskich toczy się nader interesująca polemika między Bakajem i Burcewem. Główni świadkowie sądu nad Brzozowskim zarzucają sobie wzajemnie, nie przebierając w określeniach, nieuczciwość, a spór dotyczy, ni mniej, ni więcej, tylko sposobu wykorzystywania przez Burcewa informacji otrzymywanych od Bakaja, a szczególnie faktu opublikowania owej słynnej listy finlandzkiej, która dala początek sprawie Brzozowskiego. Otóż we wspomnianej broszurze Bakaj, zaatakowany przez Burcewa, który mu zarzucił, że wraz z L. Mienszykowem są nadal na usługach ochrany, w obszernym liście odpowiada na ten i inne zarzuty, dowodząc "całkowitej nieodpowiedzialności" redaktora "Byłoje".

"Przed swoim wyjazdem do Szwecji prosił mnie Pan o zrobienie krótkiej listy tych prowokatorów, których znałem w Warszawie. Warunki i pośpiech, a także oczekiwanie lada chwila momentu aresztu w Wyborgu, nie mogły przyczynić się do szczegółowego opracowania listy. Materiałów pod ręką nie miałem i musiałem pisać z pamięci. Ponieważ powiedział mi Pan, że lista ta nie zostanie wydrukowana, nie dbałem oczywiście o szczegóły i wymieniałem takie osoby, które jedynie próbowały wstąpić w stosunki z ochraną, lub też mało mi były znane. Ogółem zanotowałem 53, osoby, a niektóre pamiętałem tylko z nazwiska. Ufając Panu całkowicie, byłem głęboko przekonany, że wszystko to jest przeznaczone dla prywatnego użytku, w przeciwnym bowiem razie nie dałbym tej listy lub nie dbając o niebezpieczeństwo, zestawiłbym nową, bardziej dokładną.

Zupełnie niespodziewanie w kwietniu przeczytałem w organie SDKPiL «Czerwony Sztandar», że Komitet Centralny rosyjskiej SD przysłał listę agentów ochrany, którą też redakcja zamieściła bez zmiany; żadnego wstępu, żadnych zastrzeżeń ani potwierdzeń od redakcji nie było. Było to dla mnie wielką niespodzianką. Drukowanie podobnej listy uważałem nie tylko za bezcelowe, ale nawet za niedopuszczalne z następujących względów. Lista była niekompletna, prawie żadnych udowadniających faktów nie było (wskutek pośpiechu nie mogłem tego uczynić); niektóre nazwiska były zdeformowane. Niewątpliwe jest również, że przed opublikowaniem należało powiadomić każdą partię, podczas gdy PPS ani Bund, które najwięcej były w tym zainteresowane, o niczym nie wiedziały. Opublikowała natomiast listę SDKPiL, która miała na niej swych zdrajców zaledwie 3-4 osoby. Naturalną jest rzeczą, że z publikacji żadnego pożytku nie było, wywołała, ona chaos, z którego do dziś dnia wybrnąć nie można. [...]

Na liście znalazły się osoby, których w żaden sposób nie można nazwać szpiegami, np. Dunin-Borkowski. Zostały podane i takie, co do których istniały pośrednie podejrzenia, że zajmowały się prowokatorstwem (Chwielewicka), zostali podani agenci, co do których nie było dostatecznych wskazówek, a wskutek tego powstawały skandale na tle identyczności nazwisk; tak było z Otmarem Szteinem i Rudnickim. Wreszcie zamiast «Kęsicki» wydrukowano «Konicki», a urzędnik tego nazwiska rzeczywiście służył w magistracie warszawskim. Pan oczywiście pamięta, że nad niewinnym człowiekiem wisiało to oskarżenie kilka miesięcy i łatwo zrozumieć, ile przez ten czas wycierpiał. [...]

Nie będzie zbędne zanotować tę okoliczność, że wiadomości o szpiegach drukował Pan bez uprzedniego sprawdzenia, ufając autentyczności źródeł; takie zaufanie niezmiernie pochlebia i mnie, i Mienszykowowi, ale trudno powiedzieć, że działał Pan w tym wypadku z całkowitym namysłem i z dostateczną ostrożnością".

W dalszym ciągu Bakaj zapytuje Burcewa, na jakiej podstawie "Przedświt" wydrukował jego wspomnienia i jak się tam dostały, przynosząc mu uszczerbek materialny. Zarzuca swemu niedawnemu mecenasowi roztrwonienie pieniędzy, które zarobił na jego informacjach (na aferze Azefa - 40 000 franków, w ciągu jednego roku wspólnej kampanii demaskatorskiej - 100 000 franków).

W broszurze tej Bakaj szczegółowo omawia wszystkie akcje podejmowane wspólnie z Burcewem. Zdaniem Henryka Drzewieckiego (który zapoznał szerszą opinię polską z treścią tej broszury dopiero w 1927 r.) Bakaj, po popisowym wystąpieniu na sądzie krakowskim, nie mógł wypominać Burcewowi sprawy Brzozowskiego. "Psychologicznie jest to zupełnie zrozumiałe. Uczciwy w 1912 r. Bakaj nie może podawać w wątpliwość swej czystości etycznej z r. 1909. Przyznanie się do składania fałszywych zeznań w okresie, gdy uważał się już za najszczerszego rewolucjonistę - byłoby obaleniem postawy etycznej, którą zajął wobec nieodpowiedzialnego, jego zdaniem, Burcewa" *[H. Drzewiecki, Przyczynek do sprawy Brzozowskiego. Nieznana broszura Bakaja, "Wiadomości Literackie" 1927, nr 41, s. 2.].

Tymczasem ukazują się książki Brzozowskiego wydane pośmiertnie - owe, jak mówił K. Irzykowski, "transsubstancjacje dogasającego żywota": w 1912 r. - Głosy wśród nocy, w 1913 - Pamiętnik, w 1914 - Książka o starej kobiecie wraz z Widmami moich współczesnych, w 1915 r. - Przyświadczenia wiary J. H. Newmana z dwoma wersjami wstępu.

"Były one - napisze w parę lat później Witold Klinger - niejako pośmiertnym protestem autora przeciw uwłaczającym mu potwarzom i wstrząsającym wołaniem zza grobu o sprawiedliwość i zadośćuczynienie dla jego niesłusznie zniesławionej pamięci" *[W. Klinger, Do sprawy Stanisława Brzozowskiego, "Przegląd Współczesny" 1926, nr 45, s. 111.].

"Na kamienie odpowiadał posągami" - pisał K. Irzykowski *[K. Irzykowski, Stanisław Brzozowski, "Prawda" 1911, . nr 19, s. 4.].

W 1916 r. Marian Zdziechowski wydaje apologetyczne studium o Brzozowskim pt. Gloryfikacja pracy *[M. Zdziechowski, Gloryfikacja pracy, Petersburg 1916.]. Rok później Bronisław Chlebowski pisze, iż główną myślą dzieł Brzozowskiego "jest stwierdzenie kształtującego charakter i umysłowość narodu znaczenia pracy ludzkiej, stanowiącej niedostrzegalny przeważnie, lecz najważniejszy czynnik rozwoju kultury, podstawę konieczną twórczej działalności, a więc niezbędny warunek i czynnik odrodzenia i odbudowy przyszłej Polski" *[B. Chlebowski, Rozwój kultury polskiej w treściwym zarysie przedstawiony, Warszawa 1917, s. 211-212.]. Pierwszy powojenny programowy numer "Przedświtu", organu PPS, przynosi artykuł Tadeusza Szturm de Sztrema, napisany z inspiracji myśli Brzozowskiego i jego pamięci dedykowany *[T. Szturm de Sztrem, Rewolucja polska, "Przedświt" 1918, nr 1.]. Pismo akademickie "Pro arte et studio" wyraża uznanie B. Chlebowskiemu, iż jako "przedstawiciel schodzącego pokolenia odczuł i zrozumiał tak nową jednostkę, jak Brzozowski" *[Varia, "Pro arte et studio" 1918, z. IX, s. 27 (podpisane: -wz-).].

Opinia Chlebowskiego i przyjęcie jej przez organ młodzieży akademickiej daje asumpt Andrzejowi Niemojewskiemu do najostrzejszego w dwudziestoleciu z ataków na autora Legendy Młodej Polski.

"Szkicując w nrze 403 oblicze pokolenia - pisał redaktor «Myśli Niepodległej» - które od końca powstania 1864 r. do początku wojny europejskiej roku 1914 służyło ojczyźnie z największym poświęceniem, pominęliśmy wyrodków tego pokolenia, którzy, zaprzedawszy się żandarmerii rosyjskiej, szpiegowali je, paraliżując przedsięwzięcia najużyteczniejsze i najszlachetniejsze. Spomiędzy nich najzdolniejszym i najsławniejszym był Stanisław Brzozowski, literat, który od czasów studenckich aż do śmierci był agentem warszawskiej ochrany, widniejąc na liście jej członków pod pseudonimem Goldberg. Ponieważ profesor obecnego uniwersytetu polskiego w Warszawie, Bronisław Chlebowski, z iście karygodnym pominięciem literatury demaskującej tego szpiega i prowokatora w działalności jego dopatrzył się «czynnika odrodzenia i odbudowy przyszłej Polski» i ponieważ pismo obecnych studentów warszawskich «Pro arte et studio» wyraziło owemu profesorowi wdzięczność, iż «odczuł i zrozumiał tak nową jednostkę», jak Brzozowski, przeto obowiązani jesteśmy dać wyraz prawdzie i położyć kres wieńczeniu laurami zdrajców i szpiegów pokolenia tak tragicznego, a tak dziś lekceważonego" *[A. Niemojewski, Szpieg pokolenia bezimieńców, "Myśl Niepodległa" 1918, nr 407, s. 97-98.].

Następuje długa lista zarzutów pod adresem "morale" autora Idei: był nałogowym graczem w karty i totalizatora, popadł więc w kłopoty finansowe i zdefraudował pieniądze koleżeńskie; pieniądze te nie zostały zużyte na leczenie chorego ojca; jego koledzy medycy udowodnili mu bowiem, że gdyby nawet tak było, to koszty leczenia stanowiłyby zaledwie jedną dziesiątą część zdefraudowanej sumy. Brzozowski nie podporządkował się wyrokowi sądu koleżeńskiego, który zakazał mu na zawsze należenia do jakichkolwiek zrzeszeń studenckich i zajmowania się działalnością wśród młodzieży. Twórcę Trylogii, który pisał "dla pokrzepienia serc", obalał w "myśl życzeń polityki rosyjskiej płatny członek ochrany". Uniwersytet Ludowy zakładał Brzozowski w celach prowokatorskich i jego likwidacja była dla niego ciosem, gdyż ochrana "zanotowała tę jego niezręczność w stanie służby". Socjaliści polscy z Królestwa wpadli na trop zdrady Brzozowskiego już w Zakopanem w 1905 r. i nosili się z zamiarem wykonania na niego zamachu. Doprowadzeni do rozpaczy atakami publicystycznymi Brzozowskiego, narodowi demokraci wydali jego zeznania złożone w więzieniu w 1898 r.; zeznania tego rodzaju mógł złożyć tylko "zdrajca sypiący z własnej inicjatywy". Oskarżenie w 1908 r. wyszło z kół dla Brzozowskiego usposobionych przyjaźnie: swoi występowali przeciw swojemu; ponieważ sprawa brała dla oskarżonego obrót coraz gorszy, sąd pod jakimś pozorem przerwano, by Brzozowskiego nie dobijać wyrokiem. Brzozowski nie nalegał, sięgnął natomiast do innych sposobów obrony: gwałtownie atakowano każdego, kto nie chciał przyłączyć się do akcji ratowania szpiega, i zwracano się o pomoc do wybitnych literatów, m. in. do prof. Bronisława Chlebowskiego, który żyjąc z daleka od wszelkiej działalności partyjnej, nie znając zupełnie tajników życia politycznego, dał się namówić i napisał artykuł apoteozujący szpiega, a w wydanej ostatnio książce ukazuje w tym szpiegu mistrza, którego dzieła mogą być "czynnikiem odrodzenia i odbudowy Polski". Wtóruje mu młodzież akademicka, zapominająca, że "szpieg ten wydał w ręce żandarmów całe pokolenie młodzieży uniwersyteckiej i gimnazjalnej".

"Jedynym sprawdzianem słów moralisty - konkluduje autor Ludzi rewolucji - może być jego życie. Brzozowski na swe czyny najnikczemniejsze kładł maskę pięknych słów. [...]

Heine żartował, widząc półmisek wielkanocny z głową wieprza, umajoną liściami i z jajkiem w paszczy, że dotąd pewni ludzie lubią «wieńczyć świnie».

Niech wieńczą. Tylko niech świat wie o tym".

Akademicy grupujący się wokół pisma "Pro arte et studio" już przy okazji cytowanej wzmianki o Chlebowskim podkreślali, że skoro redaktor "Myśli Niepodległej" "sądzi, że idee od członka warszawskiej ochrany pochodzące zatrute być muszą, wobec tego stwierdzić musimy stanowczo, że badacz literatury zajmuje się wyłącznie tekstami literackimi i autor obchodzi go o tyle tylko, ile w dziele swym się ujawnia" *[Varia, "Pro arte et studio" 1918, z. IX, s. 27 (podpisane: -wz).].

Teraz, zaatakowani tak ostro przez Niemojewskiego, replikowali krótko i spokojnie:

"Może historyk łamać ręce nad smutnymi faktami życia narodowego, może psycholog zdumiewać się nad zupełnym brakiem harmonii pomiędzy słowem a stosowaniem go do siebie u ludzi niektórych, ale krytyk literacki zajmujący się dziełami Brzozowskiego nie chce nic wiedzieć o materiałach śledczych, które słusznie badaczowi dziejów przypadną. [...] Ponadto sprawdzianem słów moralisty nie jest, jak błędnie sądzi p. Niemojewski, jego życie, ale ogólne kryteria etyczne".

Sprawą Brzozowskiego - czy nie pod wpływem enuncjacji A. Niemojewskiego - zajmuje się również Stefan Żeromski. Kreśląc w Projekcie Akademii Literatury Polskiej, uważanym za jego testament literacki, zadania dla tej doniosłej instytucji, w części III (Sprawa instancji i obrony twórczej wszelkiej wolnej) wskazuje m. in. na konieczność zajęcia się wyjaśnieniem tej sprawy. I podobnie jak u Nałkowskiego, patetyczne ustępy moralnego oburzenia sąsiadują u Żeromskiego z sarkastyczną oceną Brzozowskiego jako krytyka.

"Literat idzie zawsze własną drogą - pisze - z boku czy z tyłu, a na poparcie zamierzeń bynajmniej nie zasługuje. Ma on nie tylko prawo do szpitalnego łoża i wspólnego dołu «ubogich», jak Norwid - do samobójstwa, jak Stebelski, Bałucki, Wroczyński, ale nadto ma prawo do tego, żeby być posądzonym o szpiegostwo, żeby przez potężne partie polityczne wobec milczącego ogromu widzów być bitym knutem śmiertelnych zniewag, pod razami tego knuta skonać i na kościach bezsilnych dźwigać kamień hańby, kędyś na cmentarzu florenckim, jak Stanisław Brzozowski. Dotąd nie ma dowodu winy tego człowieka, a kara wymierzona została jak po najbezwzględniejszym wyroku. Byłem jednym z tych niewielu (Karol Irzykowski, Mieczysław Limanowski, [Tadeusz Miciński], Wacław Nałkowski, Zofia Nałkowska-Rygier, Władysław Orkan, Ostap Ortwin), którzy podczas procesu, sprawowanego w Krakowie przez partią socjalistyczną na skutek oskarżenia Stanisława Brzozowskiego o należenie do liczby członków «ochrany» warszawskiej przez byłego agenta tejże «ochrany», Bakaja, żądali dodania do grona sędziów, członków partii, jednego przynajmniej literata. Żądanie to zostało wówczas odrzucone. Gdyby taki członek ze strony literatury brał był udział w owym nie dokończonym procesie, można by było zażądać od niego, ażeby tę sprawę poruszył na nowo, gdy po upadku caratu i rewolucji rosyjskiej ogłoszona została długa lista szpiegów i prowokatorów, a w liście tej nie ma nazwiska Stanisława Brzozowskiego. Dążenie do wyjaśnienia prawdy w tej ohydnej sprawie mogłaby wszcząć tylko Akademia Literatury Polskiej. Mogłaby zażądać od owego partyjnego sądu aktów i dowodów, mogłaby, przeprowadziwszy dochodzenie, zmyć z pamięci Stanisława Brzozowskiego znak haniebny albo, w razie udowodnienia winy, na zawsze to nazwisko z kart literatury narodowej wykreślić" *[S. Żeromski, Projekt Akademii Literatury Polskiej, Warszawa 1918, s. 40-41. Nazwisko ujęte w nawiasy kwadratowe zostało skreślone w drugim wydaniu Projektu z 1925 r.].

Od kwietnia do listopada 1918 r. wywiezione z Warszawy akta warszawskiej ochrany, żandarmerii, kancelarii generał-gubernatora, oberpolicmajstra oraz Izby Sądowej bada w Moskwie Stefan Drzewiecki, szukając śladów i oddźwięków sprawy Brzozowskiego. W ocalonych częściowo aktach wspomnianych archiwów (część podobno została zniszczona za czasów Uthoffa, celem zatarcia jego nadużyć) nie znajduje żadnego dokumentu, który by świadczył o zdradzie autora Płomieni. W papierach ochrany warszawskiej znajduje teczkę z napisem Sprawa Stanisława Brzozowskiego, zawierającą jedynie wycinki z pism galicyjskich ze sprawozdaniami z sądu partyjnego w Krakowie oraz ich rosyjskie przekłady.

Inna znaleziona przez Drzewieckiego teczka - z nagłówkiem Sprawa M. Bakaja - zawierała dokumenty, z których wynikało, że Bakaj został wydalony z ochrany nie za brak gorliwości i podejrzenie o zdradę, ale za nadużycia pieniężne i szantaże.

O wynikach tych badań w archiwach moskiewskich Drzewiecki informuje dopiero 8 lat później, w okresie powszechnego zainteresowania opinii publicznej sprawą Brzozowskiego *[S. Drzewiecki, Jeszcze o sprawie Brzozowskiego. Co mówią akta policji?..., "Wiadomości Literackie" 1926, nr 44.].

Kilka najbardziej zasadniczych dla omawianej sprawy not prasowych ze stycznia i lutego 1919 r. przechodzi niepostrzeżenie w atmosferze pierwszych dni wolności, by wywołać sensację dopiero za lat dwadzieścia.

Wobec publikacji w rodzaju artykułu Niemojewskiego i szerzących się coraz to nowych plotek Pierwszy Powszechny Zjazd Literacki w Polsce, który odbył się w 1920 r., z inicjatywy K. Irzykowskiego i S. Żeromskiego uchwalił:

"1) Osobnemu Komitetowi poleca się wyszukać, zebrać wszelkie dokumenty, jak protokoły, listy, wspomnienia osobiste itp., mogące wyjaśnić sprawę Stanisława Brzozowskiego, i ogłosić je drukiem.

2) Ze względu na zasługi Stanisława Brzozowskiego jako wychowawcy w literaturze Zjazd Literacki oświadcza, że póki by się nie znalazł absolutnie pewny dowód jego rzekomej winy, nikt nie powinien uwłaczać pamięci zmarłego ani utrudniać życia pozostałej po nim rodzinie".

Komitet taki jednak nie powstał.

W tym czasie Roman Zrębowicz publikuje celniejsze fragmenty korespondencji Brzozowskiego z W. Klingerem, a następnie przez szereg lat fragmenty pierwszej redakcji Legendy Młodej Polski. Na łamach redagowanego przez siebie "Tygodnika Literackiego", dodatku do "Kuriera Lwowskiego", Ortwin publikuje w 1921-1922 r. po raz pierwszy Filozofię romantyzmu polskiego, której edycja książkowa ukazuje się w 1924 r. W 1921 r. pojawia się drugie wydanie Płomieni. Dwa rosyjskie przekłady tej powieści zostają opublikowane w 1923 i 1926 r., jeszcze wcześniej, w 1920 r. - przekład niemiecki; przekład na jidysz - w 1925 r. Zainteresowanie Brzozowskim zaczyna wzrastać.

Przewidywana w 1911 r. przez Irzykowskiego wielokierunkowość funkcji społecznej ideologii Brzozowskiego zaczyna się niepokojąco potwierdzać. Autor Idei staje się obiektem walki między różnymi obozami: i radykalnej lewicy, i radykalnej prawicy, a później i sanacji - walka ta trwać będzie przez całe dwudziestolecie międzywojenne.

Z jednej strony próbę aneksji podejmuje Zygmunt Wasilewski *[Z. Wasilewski, Idea pracy, "Gazeta Warszawska" 1921, nr 56, 57, 60, 61.], z drugiej - Brun-Bronowicz wydaje Tragedię pomyłek, napisaną z wyraźnej inspiracji idei "brzozowszczyzny", za którą przyjdzie autorowi gorzko w swoim środowisku zapłacić; "Młodzież potrzebuje proroka" - stwierdza jeden z publicystów, mówiąc o wpływie Brzozowskiego *[T. Dąbrowski, Młodzież potrzebuje proroka, "Kurier Lwowski" 1926, nr 220-223.].

Elementem składowym tej walki jest nadal oskarżenie Brzozowskiego o szpiegostwo.

"Myśl polska ma nieziszczony dług sumienia - pisał w 1922 r. Adam Skwarczyński. - Dług to i wobec pamięci człowieka, którego prace odegrały pierwszorzędną rolę w kształtowaniu się ideologii najlepszej części pokolenia dziś działającego i wobec samej siebie. [...] Dziś myśl polska, dopatrując się szlaków nowej wiary w przeszłości [...], natrafia z konieczności na ślady myśli Brzozowskiego i natrafiać będzie wyraźniej z każdą chwilą. W jego pracy myślowej bowiem nawiązane zostały w sposób twórczy nici z całokształtem ideologii i współczesnej filozofii praktycznej narodów Zachodu. Jego myśl prowadzi współczesnym, po wojnie tak szczególnie niezbędnym szlakiem przezwyciężania tego światopoglądu, który pozbawiał wartości psychiczne i moralne wartości życia ludzkiego na rzecz wiary w automatyczny porządek przemian wszechświata, którego tylko fenomenem zdeterminowanym jest człowiek i jego świat wewnętrzny" *[A. Skwarczyński, O wznowienie sprawy St. Brzozowskiego, "Droga" 1922, nr 9, s. 1.].

Ten tak wartościowy dziś spadek myśli Brzozowskiego wciąż jest "zamącony fałszem wewnętrznym". "Człowiek, zbliżywszy się doń, uczuwa jakby zgrzyt w sumieniu, czuje, że przemilcza owo straszliwe zapytanie, czy twórca tych idei był szpiegiem, ma wrażenie winy własnej, że na zapytanie owo nie ma odwagi odpowiedzieć ani twierdząco, ani przecząco i- i w rezultacie woli przemilczać same idee". Cień padający na nie należy usunąć. Spuścizna autora Idei "nie jest własnością żadnego obozu politycznego, lecz całej kultury i umysłowości polskiej". Należy więc "sprawę wyprowadzić na forum szersze, gdzie załatwiona by była pod kontrolą publiczną wszystkich zainteresowanych, a w pierwszym rzędzie instytucji i zrzeszeń naukowych, kulturalnych i literackich".

Redakcja "Drogi" w przypisie do artykułu Skwarczyńskiego przypomina, iż inicjatywa wznowienia sprawy Brzozowskiego należy do Związku Zawodowego Literatów Polskich. Oświadcza jednocześnie, że "o ile w najbliższym czasie jakaś instytucja bardziej wpływowa inicjatywy wznowienia sprawy St. Brzozowskiego nie podejmie, odważy się sama na ten krok ze swoimi skromnymi siłami i środkami".

I ta zapowiedź nie doczekała się realizacji.

W 1923 r. ukazuje się, jak wspomniano, rosyjski przekład Płomieni z przedmową Eugeniusza Kołosowa. W ostatnich akapitach tej bardzo pochlebnej dla talentu autora powieści przedmowy czytamy m. in.:

"Rewolucja rosyjska pozostawiła nam mnóstwo zagadek, nie tylko dotyczących osoby Nieczajewa. Taką zagadką pozostawał przez długi czas sam autor Płomieni. Swego czasu Burcew oskarżył go o ciężką zbrodnię. Czytelnik może wyrobić sobie pojęcie o niej na podstawie książki Agafonowa Zagraniczna ochrana (St. Petersburg 1918).

Powieść Płomienie napisana jest nie tylko z talentem, ale i z dużą inwencją twórczą. Jednakże ta sama ręka, która napisała te płomienne stronice, na wskroś przeniknięte rewolucyjnym patosem, jakoby głęboko szczerym, sporządzała prawie dosłownie za 30 srebrników (za 50 rubli miesięcznie) urzędowe raporty o nastrojach społecznych w różnych kręgach polskiego społeczeństwa".

W lutym - marcu 1924 r. Roman Zrębowicz publikuje w "Wiadomościach Literackich" kilka listów Brzozowskiego do W. Klingera, z których opinia publiczna dowiaduje się o wielu faktach z procesu krakowskiego, przemawiających na korzyść oskarżonego, oraz o jego stanowczym zaprzeczaniu zarzutom *[Pod brzemieniem hańby. Materiały do procesu Brzozowskiego. Nieznane listy wielkiego myśliciela, "Wiadomości Literackie" 1024, nr 7-9.].

Kilka miesięcy później Stefan Żeromski przypomina swój nie zrealizowany postulat powołania Akademii Literatury Polskiej. Wśród kwestii aktualnych, które instytucja ta powinna wszcząć, zapoczątkować, rozwiązać, wymienia znowu sprawę Brzozowskiego.

"Druga aktualność - to Stanisław Brzozowski. Jedni go czczą jako mistrza, jako spowiednika duszy narodu, a inni twierdzą, że to ni mniej, ni więcej tylko agent b. carskiej «ochrany». Wracają z Rosji rozmaite tajne papiery, a nikt nie pomyśli o zbadaniu tej strasznej zagadki, której zagmatwania są najboleśniejszą kartą naszych literackich dziejów, gdyż jeśli oskarżony o zbrodnię zdrady jest winien, to mamy do czynienia z fenomenem obłudy na miarę niesłychaną, a jeśli jest niewinny, to mamy do czynienia z potwornym zjawiskiem morderstwa publicznego, bezkarnego, dokonanego zbiorowo na ciele i na duszy, jakie trudno by znaleźć gdziekolwiek na świecie" *[S. Żeromski, O potrzebie Akademii Literatury Polskiej. Nie wygłoszone przemówienie na wieczorze literacko-artystycznym w dniu 22 czerwca, "Wiadomości Literackie" 1924, nr 27, s. 1.].

Nawiązując do wystąpienia Żeromskiego, redaktor wychodzącego w Warszawie pisma rosyjskiego "Зa Cвободу!" D. Fiłosofow występuje z propozycją, by nie czekać na powołanie Akademii Literatury Polskiej, gdyż do tego czasu może zabraknąć głównych świadków, którzy powinni wziąć udział w ponownym zbadaniu sprawy. Przede wszystkim zaś uczestniczyć w nim powinien Burcew, który - na co zwraca uwagę w swym artykule Fiłosofow - w wydanych właśnie wspomnieniach przypomina również sprawę Brzozowskiego, "nadal nie wątpiąc w jego rolę zdrajcy".

Na artykuł Fiłosofowa ostro zareplikowała S. Zdziechowska, uważając, iż sam jego tytuł jest już oskarżeniem. Dla tych wszystkich, którzy znają dzieła Brzozowskiego, jest rzeczą wykluczoną, aby człowiek ten mógł być prowokatorem. Błędne przeświadczenie Burcewa o winie Brzozowskiego wynika z nieznajomości stosunków w polskich partiach socjalistycznych. Autor Wirów, poczynając od 1904 czy 1905 r., należał do PPS, nie uznawał jednak jej metod walki politycznej, nie mógł zgodzić się również ze światopoglądem materialistycznym. Już w początkach 1908 r. w światopoglądzie Brzozowskiego następuje przełom, porzuca socjalizm i zaczyna przychylać się ku światopoglądowi religijnemu i nacjonalistycznemu. Przyczyną tego zwrotu była, zdaniem Zdziechowskiej, płytkość ideologii socjalistycznej, tj. jej filozoficznego uzasadnienia. W dziełach z tego okresu Brzozowski z siłą zaczął atakować światopogląd socjalistyczny. Oskarżenie było rewanżem za ową zmianę stanowiska.

Do polemiki włącza się Rafał Buber.

Burcew nie miał bezpośrednich danych; te posiadał od Bakaja, któremu wówczas bezwarunkowo wierzył; po sądzie krakowskim zmienił jednak zdanie o swym informatorze i występował przeciw niemu w pismach paryskich. Buber w skrócie przypomina, że główne zarzuty oskarżyciela przewód sądowy obalił: wbrew twierdzeniom Bakaja nikt nie wnosił o zatwierdzenie statutu Uniwersytetu Ludowego; zarzut, rzekomo oparty na informacji pochodzącej z ochrany, że Brzozowski wskazał konspiracyjne miejsce pobytu L. Kulczyckiego okazał się w świetle zeznań samego Burcewa jedynie hipotezą Kulczyckiego, podsuniętą Bakajowi; przewód wykazał wreszcie, że w dniu, w którym widział go Bakaj i w którym rzekomo miał wręczyć mu pieniądze - Brzozowskiego nie było już w Warszawie.

Jeżeli obecnie jeszcze Burcew utrzymuje, że nie ma podstaw, by zmienić zdanie o sprawie Brzozowskiego, to świadczy to tylko o jego uporze. Zdaniem męża zaufania oskarżonego mamy tu do czynienia z "jedną z najtragiczniejszych pomyłek znanych w historii".

W odpowiedzi polemistom D. Fiłosofow powołuje się na otrzymany list Burcewa z 9 lipca 1924 r., w którym autor Walki o wolną Rosję zapowiada poświęcenie kilku stron sprawie Brzozowskiego i Borowskiej w drugim tomie swoich wspomnień oraz utrzymuje, że "nie jest możliwe, aby w bloku warszawskiego oddziału ochrany nie było wzmianek o tej sprawie, np. w 1909 r. w związku z sądem krakowskim".

Trzem sprawom w biografii Brzozowskiego - sprawie Bratniaka, zeznań z 1898 r. oraz oskarżeniu w 1908 r. - sporo miejsca poświęca w swych wspomnieniach Józef Dąbrowski. O ile dwie pierwsze sprawy w relacji Dąbrowskiego wyglądają dla Brzozowskiego dużo korzystniej niż w innych źródłach, o tyle sprawę trzecią - oskarżenie Bakaja - autor wspomnień wspiera następującą relacją:

"Upadek [...] moralny «Brzozy» ochrana umiała doskonale wykorzystać. Już bowiem w r. 1900 do organizacji partyjnej PPS doszło, że Brzozowski często bywa w ochranie, że przyjmowany jest zaraz po przybyciu. Nie zwracano na to wielkiej uwagi w partii, jako że B.[rzozowski] usunięty był z życia publicznego młodzieży wyrokiem sądu i do partii żadnej nie należał. Natomiast w ochranie zaczęły zjawiać się wybornie opracowane referaty o prądach umysłowych w społeczeństwie polskim, o ideologii poszczególnych grup, bez żadnych zresztą denuncjacji osobistych, co tutaj mocno podkreślam.

Po stylu i sposobie ujęcia, ludzie, którym odpisy tych referatów wpadły w ręce, poznawali bezwzględnie autorstwo Brzoz.[owskiego]. Dodam, że ludzie ci nic wspólnego z partią nie mieli i o znanych jej stosunkach z ochraną Brzoz.[owskiego] nic nie wiedzieli" *[J. Grabiec (J. Dąbrowski), Czerwona Warszawa przed ćwierć wiekiem. Moje wspomnienia, Poznań 1925, s. 31-32.].

Łamy wielu pism w latach następnych pełne są żądań o wznowienie sprawy i formalną rehabilitację pisarza.

Witold Klinger dwoma artykułami ze stycznia i lipca 1926 r. rozpoczyna swą kilkanaście lat trwającą kampanię w obronie czci swego przyjaciela. Uzasadniając konieczność rehabilitacji jako "nakazu sumienia zbiorowego", Klinger nawoływał, "aby Polska nie poskąpiła paru piędzi ziemi i pośmiertnej czci, i uznania temu, który wśród otaczających ciemności, jak kur przeczuwający bliskie świtanie, nawoływał głosem męskim i twardym do skrzepienia dusz, do czynu twórczego, do walki orężnej, do orlich wzlotów ku wielkości i swobodzie. Zanim to jednak nie nastąpi, niech ów fantom złowrogi, przez złość ludzką zrodzony, przez głupotę wypiastowany, nie zasiada już dłużej urągliwie na biednym, wygnańczym grobie wielkiego pisarza, mrożąc uczucia odwiedzających jego prochy rodaków, niech przestanie czaić się podstępnie w kartach jego ksiąg, by naraz widmem ohydnym stanąć między myślą autora i duszą czytelnika, niech rozpierzchnie się na zawsze i odejdzie tam, skąd jest rodem - do nicości" *[W. Klinger, Do sprawy Stanisława Brzozowskiego, "Przegląd Współczesny" 1926, nr 45, s. 117.].

Prasa podejmuje ów apel profesora Uniwersytetu Poznańskiego *[Przypomnienie bolesnej sprawy, "Słowo Polskie" 1926, nr 14; F. Bielak, W obronie czci człowieka, "Głos Narodu" 1926, nr 19.].

Są i głosy inne.

Anonimowy autor podejmuje w "Myśli Narodowej" polemikę z tezą, wyrażoną w jednym z artykułów, iż treść myślowa dzieł Brzozowskiego "pozostanie niezmieniona i na wartości nie straci, jeśli się nawet niezbicie okaże, że był szpiegiem". Zdaniem anonimowego autora, "jest to jeden z tych poglądów żydowskich, które wniwecz obracają kulturę moralną Zachodu. [...] W żadnym jednak razie - konkluduje - nie wolno dla Brzozowskiego fałszować tej zasadniczej prawdy, że osobistość twórcy jest okolicznością dla dzieła obojętną" *[Czy duszę można dzielić?, "Myśl Narodowa" 1926, nr 4, s. 58.].

Stefan Drzewiecki informuje w tym okresie opinię publiczną o wspomnianych poprzednio poszukiwaniach w archiwach moskiewskich, dowodząc, że "wyjaśnienie sprawy Brzozowskiego może przysłużyć się wybitnie dziełu wychowania moralnego kół nadających tętno i ton życiu zbiorowemu". Informuje nadto, iż w papierach warszawskiego generał-gubernatora widział protokół zeznań byłego agenta ochrany warszawskiej, Garkuna. Agent ów zakochał się w działaczce PPSD (nazwisko znane redakcji "Wiadomości Literackich"), która uzależniła małżeństwo od porzucenia służby i wydania tajemnic ochrany. Przesłuchiwany w Krakowie przez W. Jodko-Narkiewicza i S. (wg "Wiadomości Literackich": "osobę zajmującą obecnie wybitne stanowisko polityczne" - chodzi zapewne o Walerego Sławka), oświadczył im, że Brzozowski w ochranie nie pracował. W drodze powrotnej do Warszawy Garkun został aresztowany i informacje o jego kontaktach i rozmowach w Krakowie znalazły się we wspomnianych wyżej papierach generał-gubernatora.

Drzewiecki podał również, że w książce Ałdanowa, Azef i zagraniczna ochrana, znalazł listę agentów ochrany, na której figuruje Stanisław Brzozowski, syn Juliusza, szewc, służący w ochranie jeszcze w 1914 r. *[S. Drzewiecki, Jeszcze w sprawie Brzozowskiego. Co mówią akta policji? Imiennik Brzozowskiego szpiegiem. - Zeznania Garkuna, "Wiadomości Literackie" 1926, nr 44.]

Następuje cykl wywiadów.

W wywiadzie uzyskanym w grudniu 1926 r. przez Artura Prędskiego dla "Wiadomości Literackich" Włodzimierz Burcew wyraża zdziwienie, że sprawa Brzozowskiego jest w Polsce ciągle jeszcze przedmiotem polemiki. Sam ani przez chwilę nie wątpił, że Brzozowski był agentem ochrany. Dokumenty w sprawie Bakaja, które swego czasu dostał do przejrzenia, potwierdziły w zupełności prawdziwość wszystkich jego informacji. Zarzut, jakoby Bakaj przeszedł do obozu rewolucji z pobudek materialnych, okazał się nieuzasadniony. Na sądzie w Krakowie Bakaj stwierdził, że sam wręczył Brzozowskiemu pieniądze.

"Osobiście do wyjaśnienia tej sprawy nic uczynić więcej nie mogę - stosunek mój do rządu Sowietów nie pozwala mi na to. Przypuszczam jednak, że którykolwiek z wybitnych komunistów polskich w Rosji mógłby z łatwością otrzymać do przejrzenia dokumenty departamentu policji w Moskwie, co pozwoliłoby może na ostateczne załatwienie tej przykrej sprawy. Aczkolwiek przyznać się do popełnionej omyłki nie jest na ogół rzeczą przyjemną, uczynię to z największą radością, jeśli okaże się, iż przekonanie moje o winie Stanisława Brzozowskiego oparte było na pomyłce" *[A. Prędski, Sprawa Stanisława Brzozowskiego, Co mówi Włodzimierz Burcew, "Wiadomości Literackie" 1926, nr 49, s. 2.].

Lwowski Związek Literatów ma w tym czasie, przystąpić do zebrania i ogłoszenia materiałów związanych ze sprawą autora Głosów wśród nocy.

Emil Igel uzyskuje wywiad od Ostapa Ortwina. "Oskarżenie Brzozowskiego o szpiegostwo - stwierdza współautor Lemiesza i szpady przed sądem publicznym - uważam za zwyczajną potwarz. Dla mnie osobiście sprawa ta jest jasna i dawno zamknięta. W stosunku do Brzozowskiego nie odczuwam żadnej potrzeby rehabilitacji. [...] W żadnej partii nie mógł znaleźć oparcia. Oficjalnie bowiem nie należał do żadnej. Był zatem zwierzyną, która u nas nigdy nie podlega ochronie myśliwskiej. [...]

Uważam, że nie Brzozowskiego dziś należy rehabilitować, ale raczej ówczesnych członków sądu partyjnego: Diamanda, Perla, Feliksa Kona (obecnie w Rosji Sowieckiej) - o ile mnie pamięć nie zawodzi - Bobrowskiego, którzy zachowują się małostkowo i na wszystkie pytania do nich skierowane milczą. Ludzie ci robili i robią wrażenie, iż poza polityką nie widzą reszty świata, a przede wszystkim człowieka". Od nich należy się domagać opublikowania materiałów dotyczących sprawy Brzozowskiego.

Ortwin wyraża przypuszczenie, że Bakaj współdziałał w ogłoszeniu w 1906 r. zeznań złożonych przez Brzozowskiego w więzieniu *[Ostap Ortwin o procesie Brzozowskiego, "Wiadomości Literackie" 1927, nr 9, s. 2.].

W lutym 1927 r. Paweł Ettinger przeprowadza w Moskwie wywiad z Feliksem Konem, członkiem sądu krakowskiego, który informuje, że archiwum ochrany warszawskiej przed ewakuacją do Moskwy istotnie zostało w znacznej swej części zniszczone przez urzędników żandarmerii i obecnie istnieje tylko w ułomkach. Te ułomki zbadała już szczegółowo komisja Archiwum Głównego i stwierdziła, że "nie zawierają one żadnych przyczynków do sprawy Brzozowskiego". Rzucić na nią światło mogą jeszcze relacje rosyjskich agentów policyjnych, od których się ponoć roiło w Krakowie, ale na przejrzenie tych papierów przez wspomnianą Komisję kolej jeszcze nie nadeszła.

Kon podaje też wrażenia, jakie wyniósł z sądu krakowskiego.

"Przypuszczać należy, że Stanisław Brzozowski przy badaniach przez żandarmów, po zaaresztowaniu, nie zawsze umiał zachować zimną krew i pełną nad sobą władzę, że prawdopodobnie wypowiadał pewne rzeczy, które należało przemilczeć i nie wolno było ogłosić. I wyćwiczona w swym zawodzie «ochrana» niechybnie skorzystała z tych nieostrożności, przyciskała ofiarę do muru i, zwykłym trybem, zaczęła go szantażować. Tak mniej więcej zarysował się przebieg sprawy na sądzie partyjnym. Natomiast nie ujawnił on żadnego dowodu przekonywającego, że Brzozowski - jak twierdził Bakaj - był płatnym agentem «ochrany», że pobierał od niej wynagrodzenie za pewne rewelacje, co przecież stanowiło jądro oskarżenia. Bakaj był przekonany o słuszności swych podejrzeń i dla potwierdzenia ich nie wahał się rozminąć się z prawdą i obstawać przy fakcie widocznie wymyślonym, którego nie był w stanie poprzeć dowodem dokumentalnym" *[P. Ettinger, Feliks Kon o procesie Brzozowskiego, "Wiadomości Literackie" 1927, nr 10, s. 2.].

Oto zdanie jednego z sędziów.

Następuje wreszcie "mowa obrończa" męża zaufania, Rafała Bubera.

W obszernym artykule przeprowadza on szczegółową rekapitulację przewodu sądowego, który wykazał "nie tylko brak wszelkich dowodów winy Brzozowskiego, ale i zupełną i absolutną jego niewinność".

Oskarżyciele przedstawili dopiero na drugiej sesji, jako jedyny rzeczowy dowód, notatnik Bakaja, w którym pod literą B., po kilkunastu innych nazwiskach, zapisane było na ostatnim miejscu ołówkiem nazwisko Brzozowskiego, bez imienia i adresu. Na pierwszej sesji sądu Burcew nie przypominał sobie, czy nazwisko to było już wówczas wpisane. Zdaniem Bubera "nazwisko Brzozowskiego wpisane zostało tam ex post dla użytku przed sądem".

Z jedynym osobistym faktem - wręczenia oskarżonemu 75 rubli - Bakaj wystąpił dopiero na sądzie, a więc rok od daty opublikowania oskarżenia. Przewód wykazał, że Brzozowski w czasie, kiedy Bakaj miał mu rzekomo wręczyć pieniądze, znajdował się już za granicą i do Warszawy nie wracał. "Fakt wręczenia 75 rb. Brzozowskiemu powstał w brudnej duszy Bakaja tylko w tym celu, aby przed sądem poprzeć fałszywe zeznania".

Upadły również oskarżenia o wydanie Nelkena, Goldberga i konspiracyjnego mieszkania Kulczyckiego.

"Morale" Bakaja w świetle przemówienia Stołypina, zeznań Łaguny i Jankowskiego oraz Śmiarowskiego nie przedstawia się pozytywnie.

Rafał Buber rysuje także tło polityczne sprawy.

"Rewolucja zwycięska tchnie optymizmem i zaufaniem do ludzi, każdego, kto zgłasza się pod jej sztandary, przyjmuje z otwartymi ramionami i wita radośnie jako towarzysza i współbojownika.

Rewolucja upadająca staje się ostrożna i patologicznie nieufna, na każdym kroku węszy zdradę i prowokację i im przypisuje niepowodzenie, spowodowane w rzeczywistości ustosunkowaniem sił rewolucyjnych i kontrrewolucyjnych. Im bardziej rewolucja słabnie, tym bardziej stara się usunięciem zdrajców dodać sobie sił i otuchy i na tym podłożu tworzy sobie wojenne prawo samoobrony; lepiej dziesięciu niewinnych potępić, aniżeli jednego niewinnego uniewinnić".

Buber podaje nadto, że w 1917 r. spotkał w Moskwie młodego Uthoffa, wówczas sekretarza w biurze politycznym Kiereńskiego w Petersburgu, który oświadczył mu, iż wbrew temu, co mówiono na sądzie krakowskim, nigdy z ojcem, wyższym urzędnikiem żandarmerii, na temat Brzozowskiego nie rozmawiał.

"Sprawa Brzozowskiego - konkluduje Buber - urodzona w mrokach bakajewszczyzny, nie wymaga dzisiaj rewizji, bo jest zupełnie wyjaśniona. Z gmachu oskarżenia, zbudowanego przez Bakaja na grząskim gruncie fałszu, kłamstwa i szatańskiej obłudy - nie pozostał kamień na kamieniu. Świetlane nazwisko Brzozowskiego nie wymaga rehabilitacji. Niechaj raczej rehabilitują się ci wszyscy, którzy w słabości ducha, w bezmyślności, w niegodnym zacietrzewieniu lub wreszcie ulegając sugestiom nazwiska Burcewa - choć na chwilę wierzyli w winę Brzozowskiego. [...]

Czas raz na zawsze zamknąć sprawę Brzozowskiego" *[R. Buber, Czas zamknąć sprawę Brzozowskiego, "Wiadomości Literackie" 1927, nr 24, s. 1.].

Oświadczenia świadka, sędziego i męża zaufania sądu krakowskiego odbijają się szerokim echem w prasie *[B. Wścieklica, O rehabilitację SI. Brzozowskiego, "Kurier Wileński" 1927, nr 96; O likwidację kwestii Brzozowskiego, "Głos Narodu" 1927, nr 157; g., O rehabilitację wielkiego pisarza, "Chwila" 1927, nr 2803; b., Czas zamknąć sprawę Brzozowskiego, "Nowy Dziennik" 1927, nr 152.].

Henryk Drzewiecki, informując o przedstawionej już poprzednio treści broszury Bakaja z 1912 r., wysuwa dwie hipotezy, tłumaczące, skąd mogło wziąć się nazwisko Brzozowskiego w listach urzędowych ochrany: 1) wykorzystując manię nieustannych podejrzeń wzajemnych o szpiegostwo pomiędzy samymi członkami partii, ochrana podejrzenia te podsycała, puszczając w obieg coraz to nowe nazwiska; 2) data ukazania się Materiałów śledztwa zbiega się z pierwszą informacją Bakaja w 1906 r.

"Prawdopodobniejsze jest, że Bakaj, chcąc dać Burcewowi próbkę swych ogromnych informacji, które by miały przynieść korzyść rewolucji, wystąpił z nazwiskiem Brzozowskiego, przypuszczając (a w zasadzie przypuszczenie takie było zawsze aktualne przez analogię do wielu innych wypadków), że człowiek, który raz (w r. 1898) już był w łapach ochrany i złożył wyczerpujące zeznania, będzie i nadal, przez ochranę szantażowany" *[H. Drzewiecki, Przyczynek do sprawy Brzozowskiego. Nieznana broszura Bakaja, "Wiadomości Literackie" 1927, nr 41, s. 2; drugą hipotezę sprostował wkrótce K. Czachowski podając, że informacji Bakaj udzielił Burcewowi latem 1906 r., a Materiały śledztwa ukazały się w końcu 1906 r. (W sprawie Brzozowskiego, "Wiadomości Literackie" 1927, nr 43, s. 4).].

Latem 1927 r. do Warszawy przybywa Burcew. Na spotkaniu z gronem literatów w "Grand Hotelu" wyznaje:

"Gdybym wiedział, że wiadomości otrzymane w swoim czasie tyczą się tak znakomitego literata, działałbym inaczej. Osobiście przeprowadziłbym badanie tej sprawy. Listę wręczyłem tow. Abramowiczowi [...]. Nie oskarżam nikogo. Być może, że zachodzi tutaj fatalna pomyłka. Może Bakaj się myli - pewny jestem jednak, że z jego strony nie było złej woli..." Były naczelnik ochrany, Peterson, który odwiedził Burcewa w Moskwie w 1917 r., zapytany o Brzozowskiego odpowiedział, że "znał go dobrze, że rozmawiał z nim wiele razy. Brzozowski nie był donosicielem, lecz oświetlał po mistrzowsku ruch polski". Na procesie krakowskim zrobił na Burcewie wrażenie człowieka przypadkowo winnego, wciągniętego w pułapkę *[Nieco inaczej L. Krzywicki, Jeszcze o Brzozowskim, Wspomnienia, t. II, Warszawa 1958, s. 576-577.].

Informacje i ton Burcewa, jak widzimy, są nieco inne od poprzednich. Podobnej treści wywiad z Burcewem publikuje, przedrukowuje i komentuje szereg czasopism *[W. Burcew, Wywiad o Brzozowskim, "Dziennik Bydgoski" 1927, nr 289; E. [T. Hiż], Brzozowski w "oświetleniu" W. Burcewa, "Głos Prawdy" 1927, Dr 339; T. Hiż, Sprawa Stanisława Brzozowskiego, "Dziennik Lwowski" 1927, nr 352; Burcew o tajemnicy St. Brzozowskiego, "Chwila" 1927, nr 3136; S. Wojkowicz, Echa smutnej sprawy. Burcew o Brzozowskim, "Nasz Przegląd" 1927, nr 353; Dziś Burcew złoży wyjaśnienia w sprawie śp. Stanisława Brzozowskiego, "Słowo Polskie" 1927, nr 347.].

Pod koniec lat dwudziestych powstaje projekt założenia Towarzystwa Przyjaciół Stanisława Brzozowskiego, które miałoby na celu: zbadanie archiwów ochrany moskiewskiej, wydanie dzieł wszystkich Brzozowskiego, wydanie jego prywatnej korespondencji, wydawanie prac krytycznych i filozoficznych związanych z osobą czy filozofią autora Legendy, organizowanie zebrań i odczytów o jego filozofii *[J. Czapski, O Towarzystwo im. Stanisława Brzozowskiego, "Wiadomości Literackie" 1928, nr 28. Projekt ten poparł również R. Krasuski (W sprawie Tow. im. Stanisława Brzozowskiego, "Wiadomości Literackie" 1928, nr 43).].

Ze stanowiskiem R. Bubera, by zamknąć już sprawę Brzozowskiego, nie zgadza się W. Klinger, zarzucając mu, że zbyt delikatnie traktuje ludzi z obozu oskarżenia, że Burcew zasłużył na kwalifikację mniej grzeczną, "bardziej do prawdy zbliżoną niż szukanie dlań usprawiedliwienia w skonstruowanej ad hoc psychologii «upadającej rewolucji»".

Klinger łączy hipotezę Ortwina z hipotezą Kona i wysuwa przypuszczenie, iż wobec stanowczej odmowy Brzozowskiego udzielenia żądanych odeń informacji ochrana wywarła na nim zemstę z jednej strony inspirując Burcewa przez Bakaja, z drugiej zaś wydając protokoły z 1898 r. w ręce jego przeciwników politycznych.

"Sprawa Brzozowskiego jest sprawą czystego i nieskalanego imienia nie tylko głośnego pisarza, ale i jego oskarżycieli i idzie w niej o to, aby każda strona otrzymała wedle zasług to, co się jej słusznie należy. Imiona ludzi, którzy maczali ręce w tej aferze piekielnej, napiętnowane być muszą potępieniem współczesnych. Zamknięcie tej sprawy wychodzi poza granice samowoli jednostki, przerasta możność inicjatywy indywidualnej. Po procesie krakowskim zostało w pamięci ludzi bezstronnych głuche, nieokreślone poczucie krzywdy wyrządzonej jednemu z najświetniejszych przedstawicieli literatury polskiej, nad którym bez udowodnienia winy pastwiono się okrutnie, i niepokojąca zagadka tej sprawy pociąga i pociągać ku sobie będzie umysły z siłą magnetyczną" *[W. Klinger, Czy czas już zamknąć sprawę St. Brzozowskiego, "Przegląd Współczesny" 1928, nr 80, s. 480-481.].

Przejmujący wyraz "rozrachunkowy" sprawa ta znajdzie w tym okresie w Balladzie o placu Teatralnym Władysława Broniewskiego.

 

3 grudnia 1928 r. na cmentarzu Trespiano odbyła się uroczystość odsłonięcia pomnika na grobie Stanisława Brzozowskiego *[Odsłonięcie pomnika Stanisława Brzozowskiego, "Wiadomości Literackie" 1928, nr 52/53, s. 11.].

Na przeszło dwa lata sprawa Brzozowskiego schodzi ze szpalt gazet.

W 1929 r. R. Zrębowicz wydaje Myśli i wskazania Brzozowskiego w serii Miniatury; w 1930 r. ukazuje się rosyjski przekład Dostojewskiego. Kilkuletnia kampania prasowa o podjęcie edycji dzieł wszystkich uwieńczona zostaje sukcesem w r. 1935. Instytut Literacki przy Kasie im. Mianowskiego powierza przygotowanie tego wydawnictwa St. Kołaczkowskiemu i A. Górskiemu.

Stefania Zdziechowska ogłasza dysertację pt. St. Brzozowski jako krytyk literacki (Kraków 1927). B. Suchodolski publikuje jedyną po dzień dzisiejszy monografię pt. Stanisław Brzozowski. Rozwój ideologii (Warszawa 1933). W ramy ideologii Hoene-Wrońskiego usiłuje wtłoczyć Brzozowskiego J. Braun (Metafizyka pracy i życia, Warszawa 1934).

Teza Irzykowskiego o wielokierunkowości funkcji ideologii autora Kultury i życia potwierdza się w coraz pełniejszym zakresie. Z jednej strony - zaniepokojony wpływem Brzozowskiego na młodzież komunizującą Stawar rzuca nań w "Dźwigni" anatemę ortodoksyjnej lewicy; kilka lat później z łamów "Sygnałów" i "Żagarów" rozlega się jednak wołanie: "Dajcie nam Brzozowskiego!" Z drugiej strony - redaktor "Zetu" zestawia nacjonalizm Brzozowskiego z nacjonalizmem Hitlera; Pietrzak i inni usiłują anektować autora Głosów wśród nocy dla radykalnej prawicy; grupa "Drogi", "Pion" i zespół "Marchołta" znajdują w dorobku myśliciela to, co odpowiada ich założeniom programowym.

 

Tymczasem sprawa toczy się dalej.

Otwiera ją w latach trzydziestych sensacyjna relacja dziwnego osobnika. Zjawia się w Polsce emigrant rosyjski, I. G. Dobkowski, i publikuje artykuł w obronie Brzozowskiego. Jako były kierownik śledztwa w sprawach korpusu żandarmerii, departamentu policji i ochrany, działający za rządów Kiereńskiego i w pierwszym okresie władzy radzieckiej, oraz pełnomocnik Komitetów Centralnych wszystkich partii socjalistycznych do pracy w tym zakresie informuje, że w archiwach departamentu policji nie ma żadnych poszlak przeciw Brzozowskiemu, istnieją tylko zeznania Bakaja i Burcewa. Powołując się na zeznania wybitnego esera Sackheima (M. Webera), potwierdzone przez byłego dyrektora departamentu policji i wiceministra, Bieleckiego, oraz dyrektora Wissarionowa, Dobkowski twierdzi, że Bakaj był nasłany przez departament policji. Ze służby usunięto go za łapówki. Ceniąc jednak jego zdolności prowokatorskie, polecono mu zostać demaskatorem przy pomocy Burcewa. Aby podnieść autorytet swego agenta w oczach rewolucjonistów i umożliwić Burcewowi bronienie go, ochrana sfingowała aresztowanie Bakaja za jego stosunki z redaktorem "Byłoje". Osadzono go w twierdzy i zesłano na Syberię. W twierdzy Bakaj nadal pozostawał na usługach ochrany, wydobywając od uwięzionych tam rewolucjonistów ich prawdziwe nazwiska. W celu lepszej jeszcze symulacji jego ucieczki z Syberii wplątano w tę sprawę siostrę jednego z przywódców eserów, Sawinkowa, która nie wiedziała o całej tej grze departamentu policji.

Bakaj, zdaniem Dobkowskiego, jest po prostu "kanalią". Zeznając na sądzie krakowskim o swoim osobistym zetknięciu się z Brzozowskim, a nawet o wypłacaniu mu pieniędzy, bezczelnie kłamał.

"Mogę tu przytoczyć - pisze Dobkowski - to, co zeznałem w Lidze [Obrony] Praw [Człowieka i Obywatela] przy konfrontacji z Burcewem. [...] W 1908 r. pomagałem Burcewowi w jego akcji demaskatorskiej nie tylko pieniędzmi, ale na jego prośbę odwiedzałem codziennie Bakaja, żeby poprzeć go moralnie i dodać mu wiary, iż rewolucjoniści przebaczą mu za jego szczerą skruchę. [...] Bakaj oświadczył mi wówczas kategorycznie, że nigdy w życiu nie widział Brzozowskiego i nie słyszał od żadnego z funkcjonariuszów ochrany, żeby Brzozowski przestąpił jej próg. Słyszał tylko rzecz następującą. Pewnego razu siedział w lokalu ochrany z jej naczelnikiem Petersonem, który czytał gazetę. Gazeta zawierała opis, jak społeczeństwo polskie w Krakowie owacyjnie witało Brzozowskiego, nosząc go na rękach. Naczelnik Peterson zwrócił się do Bakaja i rzekł z uśmiechem: «To 'naszemu' Polacy robią takie owacje». Ze słów «naszemu» Bakaj domyślił się, że Brzozowski jest agentem ochrany" *[I. G. Dobkowski, Burcew a sprawa Stanisława Brzozowskiego, "Wiadomości Literackie" 1931, nr 29.].

Dobkowski ani przez chwilę nie wątpił, że również Burcew był agentem ochrany. Przez 8 miesięcy był członkiem Naczelnej Komisji Śledczej i miał w ręku akta wszystkich archiwów. Mógł więc wszystko dokładnie sprawdzić i ustalić. Wiedział dobrze, kim był Brzozowski, i nie postarał się, by potwierdzić oskarżenie dokumentami, jak to spiesznie uczynił w wypadku Starodworskiego. Bez wiedzy Komisji zabrał z departamentu policji cenne dokumenty kompromitujące jego i Bakaja.

Dobkowski, wyjeżdżając z Paryża w 1921 r., oddał sprawę działalności Burcewa Lidze Obrony Praw Człowieka i Obywatela w Joinville (Champigny). Burcew złożył Lidze tej zobowiązanie, że stawi się przed każdą powołaną przez nią Komisję i udzieli odpowiedzi na wszystkie pytania, co do wszystkich spraw departamentu policji, jakie ujawnił wraz z Bakajem. Będzie tam rozpatrywana i sprawa Brzozowskiego, którą Dobkowski zajmuje się od 1908 r. Liga francuska upoważniła go oraz polską Ligę Obrony Praw Człowieka i Obywatela do przesłuchania w związku z tym szeregu ludzi w Polsce. Po przeprowadzeniu badań sprawa przejdzie do władz centralnych francuskiej Ligi, która zwróci się do Związku Byłych Więźniów Politycznych w Moskwie z prośbą o pomoc w przesłuchaniu tam szeregu osób oraz w przejrzeniu dokumentów w archiwach departamentu policji.

Liga Praw w Joinville jest w posiadaniu wystarczających dokumentów, aby zmusić Burcewa do przyznania się, że wiedział o tym, iż Bakaj był nasłany przez departament policji.

Dobkowski spotkał się następnie z przedstawicielami świata dziennikarskiego i literackiego w lokalu dziennikarzy i literatów w Warszawie, gdzie oskarżał Burcewa nawet o to, że w porozumieniu z departamentem policji "fabrykował dowody przeciw Brzozowskiemu", gdyż sam od dawna był "konfidentem policji".

Rewelacje Dobkowskiego przedrukowało szereg pism, ponownie domagając się likwidacji sprawy Brzozowskiego, zmazania winy i rehabilitacji wielkiego pisarza *[B. B.[eaupre], O rehabilitację St. Brzozowskiego, "Czas" 1931, nr 165; elpe [Leon Przybyszewski], Zmazanie rzekomej winy St. Brzozowskiego, "Dziennik Poznański" 1931, nr 193; O cześć Stanisława Brzozowskiego, "Tygodnik Ilustrowany" 1931, nr 30; O likwidacją sprawy Stanisława Brzozowskiego, "Nowy Dziennik" 1931, nr 193; "Nasz Przegląd" 1931, nr 199; Jeszcze jeden sąd nad Stanisławem Brzozowskim. Ma go przeprowadzić francuska Liga Praw Człowieka, "Głos Poranny" 1931, nr 203.].

Publikacja Dobkowskiego spotkała się też i z głosami krytycznymi. Działacz PPS i historyk ruchu robotniczego, J. Cynarski-Krzesławski, wyraża przekonanie, iż Dobkowski popełnia błąd, pisząc, że w archiwach rosyjskich nie znaleziono żadnych dowodów winy Brzozowskiego. Twierdzenie takie jest zbyt pochopne. Część archiwów rosyjskich uległa zniszczeniu, części zaś dotąd nie uporządkowano. Krzesławski powołuje się na informacje uzyskane w Moskwie od osoby dobrze poinformowanej, że dane, jakie w części zbadanej archiwów znaleziono, przemawiają raczej na niekorzyść Brzozowskiego.

Krzesławski przypomina scenę konfrontacji oskarżyciela i oskarżonego na sądzie krakowskim, podczas której Bakaj kategorycznie i z całym spokojem utrzymywał, że osobiście wręczył Brzozowskiemu pieniądze. Zeznania złożone przez przyszłego pisarza w więzieniu są dla Krzesławskiego dokumentem bezprzykładnym w treści i tonie.

"Istnieje znaczna doza prawdopodobieństwa - pisze autor artykułu - że władze rosyjskie, mając w ręku memoriał [zeznania], mogły szantażować Brzozowskiego, grożąc opublikowaniem go w razie braku gotowości spełnienia ich żądań. [...]

Przyznać trzeba, że obrona Brzozowskiego sprawiała chwilami wrażenie wstrząsające. Jak dziś stoi niejednemu uczestnikowi tej rozprawy przed oczami postać tego schorowanego człowieka o twarzy mistyka, upominającego się o prawo do podania ręki uczciwego człowieka.

Ale czy dz