Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Polityka - 07-06-2008

 

 

Dlaczego znana pisarka Maria Nurowska przez dwa lata, jak opowiada, leżała zwinięta w kłębek na kanapie i była żywym trupem? Bo padła ofiarą człowieka o łagodnych oczach, ale pozbawionego serca. Teraz przerywa milczenie.

 

 

Piotr Pytlakowski

Miłość i nieruchomości

 

 

Napisała kilkadziesiąt powieści, opowiadań, scenariuszy filmowych. Jej książki sprzedają się w rekordowych nakładach nie tylko w Polsce, ale i w Niemczech. W powieściach nie stroniła od autobiograficznych wątków, ale tej historii jeszcze nie sfabularyzowała. I nic nie wskazuje, by chciała to uczynić.

W 2000 r. poznała młodszego o 14 lat mężczyznę. Ona miała wówczas 56 lat, on 42. Rzecz działa się w Monachium. Ona przyjechała tam jako polska pisarka, miała w planie spotkania autorskie. On - Jacek B., wcześniej radca prawny, rodem z Lublina - był tam polskim konsulem. W tym czasie miała już za sobą cztery małżeństwa, miała dorosłą córkę i wnuczka. I podjętą 15 lat wcześniej świadomą decyzję, aby żyć bez mężczyzny. On - wciąż trwające, ale rozpadające się małżeństwo, dwuletni związek z inną kobietą, trzy córki, wówczas w wieku szkolnym. Ona o nim: - Myślałam, że jest ode mnie starszy. Duży, poważny mężczyzna, łagodne, dobre oczy, miły głos, ciepły i opiekuńczy. On o niej: - Wyglądała bardzo młodo, inteligentna, atrakcyjna, ciekawa świata. Oboje zgodnie: coś zaiskrzyło. Ona, jak na pisarkę przystało: - Dowiedziałam się, że kiedyś Zofia Nałkowska kochała się w jego dziadku, to było dla mnie rekomendacją. On, ze wstrzemięźliwością prawnika: - To nie ma nic do rzeczy, o mojej rodzinie mówić nie będę.

Między słynną pisarką i mało znanym prawnikiem zaczął się romans, który dzisiaj oboje określają z urzędniczym chłodem: związek konkubinacki. Przez sześć lat byli partnerami, ale nic z dawnej bliskości nie pozostało. On mówi o niej jak o obcej osobie: pani Nurowska. Ona o nim: pan B. Poznali się w lutym, a w marcu on przyjechał do Polski. Pojechali już razem do jej domu w Karwieńskich Błotach nad Bałtykiem. Wrócił na krótko do Monachium i wkrótce znów zawitał. Powiedział (to jej wersja): - Ja już nie wyjadę. On pamięta inaczej: - Robiła wszystko, abym został.

Załatwił sobie (to znów jej wersja) przez znajomego lekarza kilkumiesięczne L-4. Jego wersja: - Rozchorowałem się na korzonki, to moja stała dolegliwość. Wtedy nic nie zapowiadało, że ich pamięć już po kilku latach będzie aż tak się różnić. Ona miała poczucie, że poznała kogoś statecznego, na kim będzie można się oprzeć. On, że to chyba miłość. - Ale zakochałem się w pisarce, a nie w bizneswomen - tłumaczy dzisiaj. Ona: - To było uczucie do mężczyzny, ale nie do cwanego prawnika, który działa według swojego planu.

W domowej atmosferze

Trudno nazwać ich romans burzliwym, nie sposób mówić też o miłości od pierwszego wejrzenia. Para dojrzałych osób postanowiła wspólnie powędrować przez życie. Początkowo wędrowali zgodnie. Według Marii Nurowskiej, jej partner w ten związek wniósł tylko siebie. Generalnie bowiem był goły i bosy, obciążony zobowiązaniami wobec swojej żony i córek. Wtedy dla pisarki nie stanowiło to problemu. Chętnie dzieliła się z nim nie tylko chlebem i solą, ale też swoim majątkiem. - Udostępniłam mu konto, korzystał jak z własnego. Utrzymywałam go. Finansowałam wyjazdy zagraniczne - opowiada.

Radca prawny Jacek B. protestuje: - Nie wzięła mnie z biedy. Miałem dochody, miałem majątek. To nie było jej konto, ale wspólne, ja też na nie wpłacałem i to więcej niż wypłacałem.

Ona: - Wpłacał, ale tylko moje pieniądze. To była jego przemyślana gra.

On twierdzi, że wpłacił na to konto sumę uzyskaną ze sprzedaży swojego lubelskiego mieszkania. Ale sprzedał je za 65 tys. zł, ta suma w żadnym stopniu nie równoważy wpłat dokonanych na konto przez Marię Nurowską. Ich wspólna droga to w gruncie rzeczy szlak wiodący wśród nieruchomości. Ciągłe transakcje, kupno, sprzedaż, wynajem. Maria Nurowska wylicza kolejne domy i mieszkania: kupno mieszkania przy ul. Freta w Warszawie, zadatek na dom w Podkowie Leśnej (do kupna nie doszło), kupno domu w Sulejówku, sprzedaż tegoż domu, kupno domu w Brwinowie, kupno domu i działki w Dzianiszu pod Zakopanem, sprzedaż tego domu, piętro willi przy Willowej na warszawskim Mokotowie. A po drodze sprzedaż posiadłości, które miała, zanim związała się z Jackiem B.: starego dworku w Nowej Wsi pod Mińskiem Mazowieckim i domu w Karwieńskich Błotach. No i kłopoty z wynajmem jej willi przy ul. Kieleckiej.

- Te domy i mieszkania to były inwestycje. Zarabiałam wówczas olbrzymie pieniądze, niewyobrażalne sumy, w Niemczech sprzedano pół miliona egzemplarzy moich książek. A ja jak wiewiórka upychałam pieniądze, bo bałam się banków - tłumaczy Maria Nurowska. Według radcy prawnego Jacka B., jego partnerka w sposób maniakalny nabywała i sprzedawała domy. - Tego nie dało się wytrzymać - twierdzi. - Działała jak wyspecjalizowany pośrednik nieruchomości. Ostrzegałem ją, że to jest nielegalne, powinna zarejestrować działalność gospodarczą i płacić podatki.

Narzeka, że obarczała go związanymi z transakcjami obowiązkami. - Pilnowałem tego od strony prawnej, a dodatkowo zmuszała mnie, abym nadzorował remonty. Były takie momenty, że zamiast zajmować się moją kancelarią prawną, stawałem się kierownikiem kolejnych budów. Powiedziałem jej, że tak dalej być nie może. To był główny powód naszego rozstania.

Opętana Jackiem B.

Według pisarki, jej partner od początku chciał ją oszukać. Działał według przygotowanego scenariusza. Udawał miłość, aby przejąć jej majątek. Oto, jej zdaniem, dowody. Namawiał ją, aby pozwoliła, żeby domy i mieszkania, jakie zamierzała kupić, nabywali wspólnie. Twierdził, że wspólna własność utwierdzi ich związek. Ale nie miał pieniędzy. Brał kredyty, które spłacał jej pieniędzmi. Potwierdzają to wyciągi z konta. Faktycznie, Jacek B. regularnie, co trzy miesiące, wypłacał z rachunku bankowego sumy odpowiadające ratom kredytowym, jakie musiał spłacać. - Tłumaczył, że jako prawnik boi się przelewów, bo zostawiają ślady, wolał wypłacać w jednym okienku i wpłacać w drugim - mówi Nurowska.

To on miał też namawiać do sprzedaży kolejnych posiadłości. Najłatwiej przekonał ją do sprzedaży dworku w Nowej Wsi. Od początku nie układało się sąsiedztwo z tamtejszymi mieszkańcami. Tę historię dokładnie zrelacjonowała pod koniec lat 90. "Gazeta Wyborcza". Nurowską chłopi spod Mińska Mazowieckiego szczerze znienawidzili. Wieszali przy jej domu martwe koty, podpalali dworek, a wreszcie napadli na nią. - Mało mnie nie zabili, złamali mi nogę - opowiada. - Powiedział, że absolutnie tam nie będzie mieszkać. Trafił się nabywca. Pan B. przekonał mnie, że trzeba sumę sprzedaży na umowie zaniżyć, bo kupiec nie wykaże się w skarbówce. Wpisało się 150 tys. zamiast 250 tys. To był jego plan, aby zaniżać wszystko, co ja zarobię.

Wylicza: dom w Brwinowie kosztował 750 tys., ale w umowie wpisano 580 tys. zł, bo Jacek B. twierdził, że jego kancelaria mało zarabia i on się z wyższej sumy nie wyliczy. Za dom w Karwieńskich Błotach faktyczna suma wynosiła 600 tys. zł, wpisano 350 tys. Każdy kolejny dom, jaki kupowała, był tym wymarzonym. Wcale nie zamierzała sprzedawać. Dzisiaj wspomina te miejsca z nostalgią za czymś bezpowrotnie straconym. Najbardziej uwiera ją tęsknota za Karwieńskimi Błotami. - Byłam przez niego opętana. Sprzedałam dom, który kochała moja córka, jeździłyśmy tam razem. Znienawidziłam siebie za to, a ona mi tego nigdy nie wybaczy.

Maria Nurowska jest pewna, że wszystkie dziwne posunięcia jej partnera, zaniżanie sum na umowach, przerzucanie pieniędzy z konta na konto, wchodzenie wspólnie z nią w każdą transakcję, było przemyślane. Kiedy ich związek miał się formalnie zakończyć, on mógł już wykazać, że jest pełnoprawnym właścicielem pieniędzy i nieruchomości. Wyliczyła swoje straty na ok. 3 mln zł. Ale do sądu złożyła pozew dotyczący zwrotu jedynie 600 tys. Zapowiada, że to początek jej walki o odzyskanie nie tylko majątku, ale i godności. O inne kwoty wystąpi z osobnymi pozwami.

Tak zapamiętała finisz ich znajomości. Trafiła się okazja. Za stosunkowo niewielkie pieniądze można było kupić dwa mieszkania w pięknej kamienicy przy ul. Willowej. Postanowili, że on kupi jedno, a ona drugie. On miał wziąć kredyt, ona miała sprzedać posiadłość pod Zakopanem. Jego kredyt miał być pod hipotekę domu w Brwinowie. Namówił ją do zamiany: on przejmie całą własność brwinowskiej willi, a ona mieszkanie na Freta. Oczywiście, te zamiany tylko na papierze, w rzeczywistości oboje mieliby nadal prawa do tych nieruchomości. Poszli do notariusza. - Po wyjściu nie poznałam go, w sekundę zmienił się całkowicie - opowiada Maria Nurowska. - Zaproponowałam pójście na obiad. Powiedział, że można, ale każde płaci za siebie. Potem z Lublina zadzwonił, że jedzie z córką na Słowację. Byłam tak tym wszystkim przerażona, wybita z równowagi, że spowodowałam wypadek, rozwaliłam samochód, sama cudem przeżyłam. Policjant do niego zadzwonił, pana żona miała wypadek. A on powiedział: ta pani ma córkę, niech ona się nią zajmie. To jest potwór, nie zainteresował się stanem mojego zdrowia. Nagle ja, stara, dotychczas majętna kobieta, zostałam bez niczego, bez domu, u córki na kanapce.

Jacek B. wkrótce sprzedał dom w Brwinowie za ponad 1,2 mln zł. Nabył też oba mieszkania przy Willowej, ma tam teraz mieszkanie i kancelarię prawną.

Wszystko na sprzedaż

- Ta pani nazywa mnie oszustem, nie pozwolę na to - denerwuje się radca prawny Jacek B. Twierdzi, że ich rozstanie wcale nie było takie złe. Od 2004 r. trwało rozliczanie ich konkubinatu. Nigdy nie zamierzał jej oszukać, wszystko odbywało się za jej zgodą. To nie jest prawda, że tylko ona ponosiła koszty inwestycji. - Ja też zarabiałem, jako konsul miałem pensję ponad 8 tys. zł na rękę, a moja kancelaria przynosi zyski, które wystarczały nie tylko na moje, ale i wspólne wydatki.

Właśnie z powodu tej kancelarii domaga się, aby jego nazwisko ukryć za inicjałem, boi się, że straci klientów i renomę. Wcale nie jest potworem bez serca. Jej rzekomy wypadek był drobną stłuczką. Nie dzwonił do niego żaden policjant. Ona sama zadzwoniła. Spytał, co jej dolega? Odpowiedziała, że właściwie to nic. No to jak miał zareagować? Zastanawia się, dlaczego pani Nurowska akurat teraz upublicznia ich prywatne sprawy. - Ona postępuje według zasady, że wszystko jest na sprzedaż - mówi. - Uznała chyba, że potrzebny jest jej rozgłos, bo zbliża się promocja jej najnowszej książki.

Właściwie to nigdy nie cenił sobie jej pisarstwa. Owszem, jest narracyjnie bardzo sprawna, ale to wszystko płytkie, takie czytadła. Wie, bo podczas trwania ich związku napisała kilka książek i on osobiście je redagował. - Byłem jej potrzebny nie jako mężczyzna, ale prawnik do prowadzenia jej spraw, to cała tajemnica - kończy. Ona kończy inaczej: - To morderca, on mnie po prostu zabił.

Spór między pisarką a prawnikiem znajdzie swój finał w sądzie. W tym przypadku nie jest możliwe, aby to dziennikarz rozstrzygał, kto ma rację. Jedno nie ulega jednak wątpliwości. Jacek B. wyszedł z tego związku znacznie bogatszy niż w czasie, kiedy poznawał swoją partnerkę, a Maria Nurowska - przeciwnie.