Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Rzeczpospolita - 11-09-2009

 

Agnieszka Rybak, Piotr Gociek

PZPR do końca nie wierzyła, że straci władzę

 

Ostatnie dni w siedzibie KC. To było czarne lato w Białym Domu. Zaczęło się wyborczą klęską, skończyło rządem Mazowieckiego

 

Dzień przed powołaniem rządu Tadeusza Mazowieckiego do Białego Domu - jak nazywano Dom Partii, czyli siedzibę KC PZPR na rogu Alei Jerozolimskich i Nowego Światu w Warszawie - wrócił optymizm. Poranne gazety (jest poniedziałek, 11 września 1989 r.) potwierdzały to, o czym plotkowano w weekend: ludowcy mogą wywrócić porozumienie między władzą a opozycją. Czy gabinet pod wodzą człowieka "S" powstanie?

"Gazeta Wyborcza" na pierwszej stronie alarmowała, że część posłów Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego i koła PAX zamierza powoływać w Sejmie nowych ministrów pojedynczo. Pojawiła się realna groźba, że część z nich zostanie odrzucona. Byłoby to fatalne dla kruchej nowej koalicji. Mogłaby się rozsypać, zanim na dobre się uformuje. Co wtedy? Może jeszcze jedna misja tworzenia rządu dla gen. Czesława Kiszczaka, może powrót Mieczysława Rakowskiego, którego rząd wciąż formalnie kierował Polską?

Nie wszyscy w Stronnictwie Demokratycznym i ZSL byli zwolennikami nowej koalicji. Beton z partyjnych przybudówek PZPR kontratakował: - Metody formowania rządu Mazowieckiego przypominają okres stalinowski - mówił lubelski poseł ZSL Tadeusz Wilk. Władze ludowców chciały w rządzie swego Kazimierza Olesiaka. Roman Malinowski, szef Stronnictwa, forsował Czesława Janickiego, uzgodnionego z Obywatelskim Klubem Parlamentarnym.

Wśród komunistycznych działaczy wypełniających gabinety i korytarze kwatery głównej PZPR odżyła nadzieja, że da się cofnąć koszmar, którego apogeum nastąpiło 17 sierpnia, gdy się okazało, że rząd ma tworzyć Mazowiecki, a który się zaczął wyborami 4 czerwca 1989 r.

Kiedy świat się wali

Trzy miesiące wcześniej, w poniedziałek, 5 czerwca 1989 r., do pracy przyszli jak zwykle. Towarzyszki i towarzysze. W monumentalnym gmachu Domu Partii tytułowano w ten sposób około tysiąc osób z aparatu PZPR. Nie licząc obsługi. Pięciopiętrowy budynek z przestronnym parterem, antresolą i dziedzińcem "w stylu umiarkowanego modernizmu przełomu lat 40. i 50." przewodnia siła narodu objęła w posiadanie w 1952 r.

Zatem gmach przygotowywał się do jubileuszu 40-lecia. Przeprowadzono remont. Poczerniała elewacja znów zalśniła piaskowym blaskiem. I właśnie wtedy, gdy wydawało się, że wszystko jest na jak najlepszej drodze, nastąpił krach.

W powyborczy czerwcowy poranek 1989 r. po otwarciu masywnych drzwi czuć było, że świat się zmienił. Już w nocy dotarły wieści, że pierwsze od 50 lat częściowo wolne wybory zakończyły się klęską PZPR. Posiedzenie rozszerzonego Sekretariatu Komitetu Centralnego trwało od rana. Premier Rakowski zauważył niewesołe miny towarzyszy. Wojciech Wiśniewski, wtedy szef Związku Zawodowego Pracowników PZPR, zapamiętał: "Na kilkusetosobowej sali panował nastrój zaciekawienia: co jest prawdą, a co plotką? "To na pewno jakaś dezinformacja" - pocieszali się niektórzy" - wspomina w odsłaniającej kulisy upadku partii książce "Dlaczego upadł socjalizm".

Tego dnia narada goniła naradę. Gen. Wojciech Jaruzelski ustala datę plenum KC. Zarządza telekonferencję. Aktyw partyjny jest coraz bardziej zaniepokojony. Nikt nie pracuje. "Następne godziny spędziliśmy w kilkaset osób na sali, czekając na jakieś informacje. Co pewien czas wychodził do nas któryś z sekretarzy KC i informował, że trwają konsultacje" - pisze Wiśniewski.

Odruchy fantomowe

- Przez pierwsze dni świadomość rozmiaru klęski i jej konsekwencji zdawała się do ludzi nie docierać - opowiada Stanisław Ciosek, wówczas członek Biura Politycznego. - Losy ludzi z aparatu partyjnego nie były jeszcze przesądzone. Partia miała odruchy fantomowe. Jak człowiek, którego boli amputowana ręka, choć już jej nie ma - mówi.

To nie były upalne dni, a jednak wydawało się, że w małych, wypełnionych meblami z dykty i stertami dokumentów, pokojach można się udusić. Między władzą a zwycięską opozycją i Kościołem trwają rozmowy o liście krajowej i stanowisku prezydenta. Rakowski ogłasza alert dla partii. Jeszcze 2 lipca Jaruzelski na jego pytanie, czy PZPR może oddać władzę, odpowiada: "Nie wyobrażam sobie". Jednak Rakowski nie jest już tego pewien: "Wkroczyliśmy w okres wręcz nieprawdopodobny i trudno przewidzieć, jak potoczą się wydarzenia. Cały gmach wspólnoty socjalistycznej drży w posadach" - odnotowuje dzień później w "Dziennikach politycznych". Nie wie, że w gmachu, który stał się symbolem komunizmu w Polsce, kończy się właśnie historia.

Bal na "Titanicu"

Do 1989 r. siedziba KC PZPR była instytucją wyjątkową - pracowali w niej zadowoleni ludzie. - Gdy szwagier, dobrze umocowany partyjnie, zadzwonił do mnie z poleceniem, bym przyniósł papiery, nie wahałem się ani chwilę. Tu kryzys, podwyżki cen, kartki na cukier. Tam - przywileje, talony na samochody, wczasy w ośrodkach partyjnych - opowiada jeden z ówczesnych pracowników gmachu.

W Białym Domu mikroświat rządził się własnymi regułami. Inspektor KC, najniższy w politycznej hierarchii, miał prawo do miejsca w małym, dwuosobowym pokoju, dwóch okien, biurka i telefonu. Codziennie należała mu się też jedna butelka wody mineralnej z rozlewni znajdującej się pod gmachem KC.

Gdy awansował, zmieniał pokój na jednoosobowy. Wprawdzie okna nadal miał tylko dwa, ale widoki na przyszłość znacznie lepsze. Na tym stanowisku przysługiwało bowiem prawo do korzystania z lecznicy rządowej. No i na biurku pojawiały się dwie butelki reglamentowanej wody. Wraz z kolejnymi awansami przybywało okien, kolejnych butelek mineralnej (prawdziwy establishment dostawał Mazowszankę), pojawiały się służbowe auta, paszporty dyplomatyczne, no i sekretarki. Kierownik wydziału miał nawet telefon "wcz" (specjalnej łączności krajowej i międzynarodowej). Stołówka zakładowa karmiła nie najgorzej, choć menu dostosowywała do upodobań I sekretarza. Wojciech Jaruzelski był zdeklarowanym wrogiem alkoholu. Gdy w gmachu odbywały się narady bez jego udziału, serwowano golonkę z piwem. Gdy się pojawiał - do golonki była coca-cola. Aktyw partyjny skarżył się na to czynnikom związkowym.

Łzy generała

Jednak latem 1989 r. nikt już z coli do golonki nie robił problemu. Wszyscy stołownicy życzyli generałowi abstynentowi sukcesu. 19 lipca Jaruzelski zostaje prezydentem. Dziesięć dni później na stanowisku I sekretarza KC zastępuje go Rakowski.

Przekazanie władzy, czyli gabinetu w Białym Domu, miało charakter symboliczny. Pomieszczenie na pierwszym piętrze, z wystawionymi strażami BOR i meblami stylizowanymi na podobieństwo gdańskich, stanowiło serce budynku, pilnie strzeżone centrum dowodzenia. Rakowski odnotował: "Zawsze, kiedy tu przychodziłem, wiedziałem, że znajdę u niego (Wojciecha Jaruzelskiego - red.) oparcie, że w trudnej sprawie poradzi mi, co i jak zrobić. No, a teraz już do żadnego gabinetu nie będę mógł pójść. Za mną tylko ściana. WJ będzie mi oczywiście służył radą i pomocą, ale to już zupełnie co innego. "Będę przychodził do ciebie jako zwykły członek partii" - powiedział, wychodząc z gabinetu. Miałem łzy w oczach. On również".

Rakowski wierzy jeszcze w przyszłość. Przecież Jaruzelski jest prezydentem, a na premiera zostaje desygnowany gen. Kiszczak.

Wiśniewski wspomina, że jako przedstawiciel aktywu związkowego odwiedził nowego pierwszego sekretarza w jego nowym gabinecie. Rakowski przywitał go już w przedpokoju. Idąc korytarzem, mówił o zmianach, jakie chce wprowadzić. O tym, że od tej pory strzeżony jak twierdza gabinet otworzy się na oścież przed zwykłymi pracownikami. "Wskazując zaś na pustą ścianę, stwierdził: A na tej ścianie zawiesimy poczet dotychczasowych sekretarzy KC. Tu będzie Gomułka, będzie Bierut, a tu znów Gomułka, przecież wrócił po 1956 r.... A tu, dodałem w myśli, patrząc na sam koniec ściany, będzie wisiał portret towarzysza Rakowskiego. Na tym się pożegnaliśmy" - pisze Wiśniewski.

Rakowski ustala skład Biura Politycznego, w którym nie ma już miejsca dla "winnych klęski". - Odejść mieli Czyrek, Barcikowski i ja. Uważałem, że słusznie, choć boleśnie to odczuwałem - mówi Ciosek. W jego przypadku nie zastosowano już nawet zasady rozstań aksamitnych. Do tej pory w KC nikt nikogo nie odwoływał, nie oskarżał, nikt nikomu nie wytykał błędów. Gdy zaś rezygnację składał Ciosek, wstał prof. Tadeusz Porębski i zażądał, by dymisję "głębiej uzasadnić". Zdenerwowałem się. Powiedziałem: "Wybaczcie, towarzyszu, zwolnijcie mnie od odpowiedzi na pytanie co do towarzystwa, w którym chcę przebywać". To ucięło dyskusję.

Pożegnanie Cioska było chłodne. Bez podziękowań, medali, pamiątek. - Wszyscy czuli, że kwiaty byłyby tu rzeczą niestosowną - mówi Ciosek. Nie odbyło się nawet coroczne uroczyste spotkanie aparatu z kierownictwem partii, na którym zwyczajowo odznaczano działaczy. Latem 1989 roku kadrowy wzywał po prostu odznaczonych działaczy do pokoju, z szuflady wyciągał medal i po wszystkim.

Róbta, co chceta

W sierpniu 1989 r. stało się jasne, że Kiszczakowi nie uda się stworzyć rządu. Sojusznicze kluby ZSL, SD zdradziły i stworzyły koalicję z utworzonym przez opozycję OKP. 17 sierpnia okazuje się, że premierem będzie Tadeusz Mazowiecki.

- Wtedy nadzieja umarła. Dotarło do nas, że życie uległo gwałtownemu przyspieszeniu - mówi Leszek Miller, wówczas członek Biura Politycznego. Wiadomo było, że partia nie da rady utrzymać 20-tysięcznego aparatu. Zaczęły się zwolnienia. Tym, którzy odchodzili w ramach zwolnień grupowych, na pocieszenie zaoferowano sześciomiesięczne odprawy.

- Koledzy kalkulowali, że to się opłaca, ale ja złożyłem wypowiedzenie. Wiedziałem, że muszę szybko znaleźć inne zajęcie, bo życie w nowej Polsce z piętnem "bycia aparatczykiem" nie będzie przyjemne - opowiada jeden z pracowników gmachu.

Znikające portrety

Z KC w dziwnych okolicznościach zaczęło znikać wszystko, co dało się spieniężyć. Na ślad wypożyczonych z Muzeum Narodowego obrazów - głównie pejzaży, które z tabliczkami inwentaryzacyjnymi KC wisiały w pokojach sekretarzy PZPR - natrafiono na licytacji w Paryżu. Popyt był nawet na portrety Lenina i Dzierżyńskiego - kupowali je francuscy rusofile.

Ginęły też rzeczy mniej cenne, które pozbawianym pracy aparatczykom "mogły się przydać". - Znaleźliśmy w magazynach wykładzinę chodnikową, której podczas remontu budynku nie zdążono położyć. Przewieźliśmy ją z kolegą do jego garażu pod Warszawą. Cięliśmy i sprzedawaliśmy na metry. Potem pół okolicy tę wykładzinę miało. Co się weszło do domu, to leży. Kolega się śmiał, że dzięki rozpadowi partii równość się wreszcie dokonała. Wszyscy mieli w przedpokojach tak samo - wspomina jeden z ówczesnych pracowników gmachu.

Wyrok na Biały Dom zapadł w Sejmie 12 września 1989 r. Za powołaniem rządu Mazowieckiego głosowało 402 posłów. 13 się wstrzymało, przeciw nie opowiedział się nikt. Jeszcze "Trybuna Ludu" próbuje rozpalać wyobraźnię czytelników przygotowaniami do XV Plenum KC PZPR, jeszcze rzecznik prasowy prezydenta Jaruzelskiego opowiada, jak bardzo jego szef będzie "prezydentem wszystkich Polaków". Zeteselowski "Zielony Sztandar" niby chwali koalicję, ale pisze, że do rządu "znalazłoby się bardziej kompetentnych i doświadczonych kandydatów" - jednak to już tylko drgawki agonalne. Gdy premier Mazowiecki przy aplauzie Sejmu uniósł triumfalnie rękę w górę, skończyło się czarne lato w Białym Domu.

A potem szybko nadszedł pogrzeb. 12 stycznia 1990 r. Rakowski odnotowuje: "Wokół PZPR robi się coraz goręcej. Bojówki KPN i innych radykalnych organizacji młodzieżowych wdzierają się do budynków partyjnych, okupują je". - Zapamiętam to do końca życia - opowiada "Rz" Leszek Miller. - Poszedłem obejrzeć gmach KC tuż przed przekazaniem kluczy (Giełdzie Papierów Wartościowych - red.). Pamiętałem ten budynek tętniący życiem. Z korytarzami przez które płynęło mnóstwo ludzi. Teraz nie było mebli i panowała martwa cisza.

30 stycznia 1990 r. padło hasło: "Sztandar wyprowadzić" i PZPR przekształciła się w SdRP. Pod Biały Dom przychodzi grupa studentów z NZS. Na dziedziniec wjechało zdezelowane auto z pustymi puszkami przytroczonymi do błotników. Studenci skandowali, by komuna opuściła gmach. Wiśniewski twierdzi, że na budynek poleciały kamienie.

- Siedziałem w sekretariacie KC, na parterze były pancerne szyby, ale wyżej normalne, więc posypało się szkło. Z gabinetu Jaruzelskiego zadzwoniliśmy na śródmiejską komendę milicji i otrzymaliśmy odpowiedź: Radźcie sobie sami - wspomina.

Nieco ponad tydzień później, 9 lutego, w "Tygodniku Solidarność" Krzysztof Czabański pytał w felietonie "Czy Wałęsa zostanie prezydentem?". Epoka Białego Domu dobiegła końca. Zbliżała się wojna na górze.