Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Gazeta Wyborcza - 25-05-2001




Jacek Żakowski 

Rewanż pamięci






Pochód szkieletów idzie przez świat. Wydarzenia sprzed 50 i 100 lat ku zaskoczeniu Azjatów, Europejczyków i Amerykanów znów trafiły na pierwsze strony gazet. Oczy ludzi Zachodu, więc dziś także nasze oczy, coraz częściej zwracają się ku przeszłości - zbrodnia w Jedwabnem, rola Wehrmachtu na Wschodzie, wykorzystywanie przez Japończyków koreańskich "niewolnic miłości", francuska kolaboracja i zbrodnie w Algierii, amerykańskie niewolnictwo i rasizm południowców, ormiański holocaust... Dokąd nas zaprowadzą te idące coraz dalej historyczne rewizje i rachunki?

Aż wszystko będzie legendą

I wtedy po wielu latach

Na nowym Campo di Fiori

Bunt wzbudzi słowo poety

(Czesław Miłosz, "Campo di Fiori", Warszawa 1943)

Po wielu latach" wszystko już było tak ładnie poukładane. Wszystko było wiadome i ocenione. Ordery rozdano, piętna wypalono, roszczenia popłacono, prawdy ogłoszono, dzieje opisano, podręczniki zatwierdzono i wydrukowano. Do ustalenia zostały drobiazgi, nieznaczne korekty, nad którymi ślęczeli adiunkci, a czasem także członkowie dość zgodnie powoływanych międzyrządowych komisji podręcznikowych.

W świecie opisanym każdy miał swoją rolę. W Polsce wszystkiemu winni byli Sowieci i hitlerowcy, ewentualnie także szmalcownicy i stalinowscy oprawcy. We Francji Niemcy i kolaboranci z Vichy. W Ameryce Sowieci i kryptokomuniści, czasami rasiści i kompleks militarno-przemysłowy. W Japonii militaryści (ale w żadnym razie nie cesarz), ewentualnie imperializm Euroamerykanów. W Hiszpanii generał Franco. W Austrii Niemcy odpowiedzialni za Anschluss. Niemcy byli w najtrudniejszej sytuacji, ale po awanturach końca lat 60. powrócił powojenny konsens obarczający winą głównie Hitlera, NSDAP, gestapo i SS.

Z punktu widzenia miłośników porządku i spokoju jeszcze kilka lat temu świat był naprawdę piękny. Mogliśmy spokojnie zajmować się naszą i naszych dzieci wspaniałą, szczęśliwą, wirtualną przyszłością.

A dziś? Pochód szkieletów idzie przez Europę. Nie tylko przez Europę. Od Stambułu po Madryt, Vancouver i Tokio słychać skrzypienie drzwi przez dziesiątki lat nieotwieranych szaf, w których starannie chowano rozmaite szkielety. Wydarzenia sprzed 50, 100, 200 lat ku zaskoczeniu Azjatów, Europejczyków i Amerykanów znów trafiły na pierwsze strony gazet, do serwisów agencyjnych i telewizyjnych dzienników, stały się przedmiotem burzliwych obrad kolejnych parlamentów i tematem książkowych bestsellerów.

Nie tylko w polskiej debacie publicznej spory o przeszłość zajęły znaczną część uwagi dotychczas poświęcanej różnym wizjom przyszłości. Nie tylko polscy wydawcy zwracają uwagę, że w księgarniach futurologia przegrywa z historią. Oczy ludzi Zachodu (więc dziś także nasze oczy) coraz częściej zwracają się ku przeszłości. Nie tylko wtedy, gdy nieoczekiwanie pojawiają się nowe okoliczności. Częściej, gdy nagle ożywają sprawy od dawna już znane, ale dotychczas niedyskutowane lub nieprzetrawione - jak zbrodnia w Jedwabnem, rola Wehrmachtu na Wschodzie, wykorzystywanie przez Japończyków koreańskich "niewolnic miłości", francuska kolaboracja i zbrodnie w Algierii lub amerykańskie niewolnictwo i rasizm południowców czy ormiański holocaust.

I nie tylko w Polsce od przeszłości i odpowiedzialności zdaje się już nie być donikąd ucieczki. Ale nieoczekiwana zmiana dotyczy nie tylko kierunku, w którym patrzymy. Zmienia się także sposób, w jaki postrzegamy przeszłość. Uprawiana na uniwersytetach i nauczana w szkołach historia pozytywna, budująca, integrująca, państwowo- czy narodowotwórcza (często z myślą o tej roli pisana), ukazująca głównie zwycięstwa albo przynajmniej tak zwane dominujące nurty, jest dzisiaj w regresie. Na naszych oczach stara, dobra historia zdaje się rozpadać, a może raczej zostaje rozbita, zmieciona czy zdewastowana przez nowe nurty społeczne i prądy intelektualne dezawuujące dotychczas obowiązujące obrazy przeszłości.

Historia wybuchowa

Nie tylko w Polsce "nowa historia" (często nazywana grupową lub zbiorową pamięcią) rozbija mity, przełamuje niepamięć i niszczy zbiorowe samozadowolenie. Tym razem jest to chyba jednak coś więcej niż "odbrązowienie" tradycyjnie uprawiane przez rozmaitych wolnomyślicieli. Trzy historyczki amerykańskie pokolenia powojennego we wspólnej książce "Powiedzieć prawdę o historii" nie kryją swojego oburzenia historią, jaką zastała ich generacja. "Jako członkinie - piszą - tego pokolenia pytamy zdecydowanie, a nawet gniewnie: czyja to historia? czyja nauka? czyim interesom służą te koncepcje i takie dziejopisarstwo?". Historia historii i krytyczna analiza różnych szkół historycznych prowadzą Joyce Applery, Lynn Hunt i Margaret Jacob do wniosku, że żadna "historia niczego nie odzwierciedla, lecz buduje forum, na którym dochodzi do legitymizacji władzy i interesów".

Ich pogląd nie jest specjalnie nowy. Wcześniej pytanie "komu to służy" zwyczajowo zadawali nie tylko marksiści analizujący prace "burżuazyjnych uczonych". W latach 60. w historii i teorii nauki zaczął upowszechniać się pogląd tzw. eksternalistów utrzymujących, że o naukowych poglądach badaczy decydują ich interesy, wartości, konwencje językowe. W skrajnym ujęciu przyjęcie tej tezy prowadziło do zakwestionowania nie tylko każdego historycznego sądu, lecz także każdego opisu, to bowiem "kierujący się swoimi racjami historyk decyduje o doborze faktów" używanych w opisie.

Historia broniła się, m.in. zawierając metodologiczne sojusze z innymi naukami umiejącymi weryfikować mity i stereotypy. Nowa metodologia nauk ekonomicznych zastosowana w wyróżnionych ekonomiczną Nagrodą Nobla pracach Roberta Fogla pozwoliła mu np. podważyć odwieczne tezy amerykańskiej historii, że kolej ucywilizowała Zachód, a niewolnicy żyli jak zwierzęta i byli mało wydajni. Okazało się, że znaczenie kolei było daleko mniejsze, niż wcześniej sądzono, a niewolnicy byli nie mniej wydajni niż robotnicy w fabrykach, zaś ich osiągnięcia kulturalne i materialny poziom życia były nie gorsze niż w wielu środowiskach wolnych pracowników najemnych. Wynikało z tego, że Zachód podbito dlatego, że ludzie tego chcieli, a nie dlatego, że zbudowano kolej, zaś niewolnictwo zniesiono dlatego, że stało się moralnie nie do przyjęcia, a nie dlatego, że się przestało opłacać. Wniosek najważniejszy był jednak taki, że historia (zwłaszcza stosunkowo współczesna) mimo wszystko może stać się nauką silniejszą od przesądów i stereotypów. Trzeba ją tylko naprawdę rzetelnie uprawiać.

A jednak metodologia Fogla nie znalazła wielu naśladowców. Historia, w każdym razie historia uprawiana masowo i kształtująca zbiorową świadomość, poszła w odmiennym kierunku. Trzy historyczki wyjaśniają to prosto. Ich zdaniem "sceptycyzm i relatywizm (...) w historii i polityce są owocem systematycznej demokratyzacji", a "demokratycznie uprawiane dziejopisarstwo, będące chórem różnobrzmiących głosów, jest najlepszą drogą do znajdowania sensu świata". Skoro tak, oczywisty jest wniosek, że we współczesnych pluralistycznych społeczeństwach, które coraz bardziej stają się "federacjami mniejszości", zaś coraz mniej są "uporządkowanymi wspólnotami", jednolita nauka, a już zwłaszcza historia, traci rację bytu. Co więcej, także państwa, które tradycyjną historię mogły negocjować (np. w ramach "komisji podręcznikowych"), nad "nową historią" już zapanować nie mogą. Bez względu na to, kto sobie czego życzy, w historii (podobnie jak sto lat wcześniej w psychologii) coraz większą rolę odgrywa więc pełne emocji odkrywanie tego, czego poprzednio się głośno nie mówiło albo co było zepchnięte w społeczne zapomnienie - pamięć przemilczana czy raczej uciszona.

Nic dziwnego, że w takim intelektualnym - ale i społecznym czy politycznym - klimacie w wielu miejscach świata historia przestaje spajać, a zaczyna rozsadzać porządek (społeczny, polityczny, międzynarodowy) oparty na (czasem odwiecznym) konsensie przemilczeń, mitów, zapomnień, kompromisów. Nowa historia, która w zachodniej kulturze nieoczekiwanie przestała być sprawą historyków, dość radykalnie zmieniła oblicze przeszłości. Miejsce jednej "wynegocjowanej" historii, historii pisanej i upowszechnianej przez "uprawnione" autorytety uniwersyteckie w imieniu zwycięzców i uprzywilejowanych, zajmują historie ofiar, zapisy indywidualnej czy grupowej pamięci. Historia pozytywna (często zakłamana, ale "spajająca", "społecznie użyteczna"), której legendy i fałsze nie tylko w Ameryce (przykłady niemiecki, francuski, turecki czy polski są pewnie równie dobre) służyły budowaniu społeczeństw, państw i narodów, zostaje wyparta przez różne, często negatywne historie, przez dzieje krzywd, nieprawości, wyzysku i zbrodni.

Trauma business

Dominacji wątku tragicznego sprzyja dziś i to, że publiczną świadomość historyczną w coraz mniejszym stopniu kształtują uniwersyteckie syntezy, a w coraz większym "historie prywatne" - pamiętniki, dzienniki, listy. Tak jak historia "większości" jest wypierana przez historie mniejszości, tak historia akademicka jest wypierana przez historię amatorską lub historyczną komercję. Jeżeli nawet Finkelsteinowska metafora "przemysłu holocaustowego" jest trafna tylko w niewielkim stopniu, to przecież faktem jest boom globalnego "przemysłu historycznego" zdominowanego przez czarną, ponurą, depresyjną pamięć. Także w polskich księgarniach historyczni pisarze "budujący" - Brandys, Łojek, Kamiński (nie mówiąc o dawno odbrązowionym Sienkiewiczu) zostali wypchnięci z pierwszego szeregu na długo przed pojawieniem się "Sąsiadów" Jana Tomasza Grossa. W latach 90. wypchnęli ich pamiętnikarze, autorzy listów i dzienników oraz publicyści w rodzaju Henryka Pająka sprzedający najczarniejszą i najbardziej "konfliktową" z możliwych do wyobrażenia wersję polskich dziejów (chociaż dotychczas winni byli obcy).

Częściowo dzieje się tak zapewne dlatego, że (przynajmniej w historii dla mas) "czarne karty" były wcześniej przeważnie zacierane, wygładzane, cenzurowane w imię pokrzepiania serc, społecznego pokoju, interesów władzy albo po prostu - spokoju. Dziś zwycięża pogląd, że prawdą nie można płacić za spokój i np. gen. MacArthur, który w imię budowania pokoju społecznego w powojennej Japonii włożył dużo wysiłku w oczyszczenie cesarza Hirohito z odpowiedzialności za japońskie zbrodnie, nie może raczej liczyć na zrozumienie współczesnych autorów. Ale nie bez znaczenia jest także to, że rynek woli ponure dramaty i nic się tak dobrze nie sprzedaje jak zbiorowa trauma. There is not business like trauma business - można powiedzieć, parafrazując tezę prof. Yaffy Eliach. I nie musi to być trauma ludobójstwa czy zbrodni wojennych. Nośna jest także trauma grup etnicznych, klas upośledzonych, kobiet, mniejszości seksualnych albo odrzuconych przez społeczeństwo chorych (trędowatych w Japonii, upośledzonych umysłowo w Szwecji).

Nowa historia pisana jest często także jako deklaracja "nowej polityki" odrzucającej (przynajmniej w odniesieniu do przeszłości) postawę MacArthura. Zanim polski Sejm przyjął uchwałę na temat roli WiN-u, parlament francuski wydał nie mniej kontrowersyjną (chociaż z innych powodów) rezolucję w sprawie ludobójstwa, którego 85 lat temu dopuścili się Turcy wobec tureckich Ormian, parlament australijski rozważał winy wobec Aborygenów, Bundestag debatował o tym, co żołnierze Wehrmachtu robili na Wschodzie 60 lat temu, a parlament Japonii (gdzie wciąż dominuje dziedzictwo MacArthura) o tym, jak należy nazwać to, co podczas II wojny robili japońscy żołnierze w Chinach i Korei.

Oczywiście, historia pisana uchwałami różnych parlamentów i deklaracjami czy decyzjami wysokich urzędników z reguły jest bardziej wyważona (co nie znaczy, że bardziej prawdziwa) niż eksplodująca nagle pamięć świeżo wyzwolonych, ale od dawna stosunki francusko-tureckie nie były tak napięte jak po rezolucji ormiańskiej, i od wielu lat napięcie ideowe między niemiecką prawicą a lewicą nie było tak intensywne jak w czasie debaty o roli Wehrmachtu, a reputacja Japonii w Chinach i Korei poniosła ogromny uszczerbek. Ale cena, jaką się płaci za rewizję historii, nie powstrzymuje rewanżu pamięci.

Pamięć ofiar

Po angażującej najwyższe autorytety francuskiej debacie na temat milczącej większości Vichy, po przetoczeniu się przez Niemcy wielkiej debaty wokół zbrodniczej roli niemieckich "zwyczajnych żołnierzy", kilka miesięcy po rozpoczęciu polskiej debaty na temat zbrodni w Jedwabnem ruszyła w Turcji narodowa debata na temat ormiańskiego holocaustu dokonanego w 1915 roku przez Turków otomańskich. Wywołał ją pisarz Taner Akcam, wiele godzin opowiadając przed kamerami tureckiej telewizji o tym, jak na rozkaz Talata Paszy tureccy żołnierze przy spontanicznej pomocy cywilów w krótkim czasie zamordowali półtora miliona swoich ormiańskich sąsiadów. Mężczyzn zarzynano bagnetami, dzieci roztrzaskiwano o kamienie lub ściany, kobiety gwałcono i głodzono na śmierć. Dziesiątki tysięcy Ormian zginęły w marszach głodowych przez pustynię albo podczas transportu w bydlęcych wagonach.

Jednak gotowość dużej części społeczeństw zachodnich do podejmowania kolejnych historycznych rewizji sprawia, że potężne debaty wywołują dziś nie tylko "uciszone" dotychczas wielkie zbrodnie przeszłości, lecz także wychodzące na światło dzienne incydenty ilustrujące zjawiska już wcześniej uświadomione i dyskutowane. Tak jest w przypadku trwającej teraz amerykańskiej debaty wokół zamordowania 32 lata temu 13 wietnamskich kobiet i dzieci przez oddział amerykańskich komandosów pod dowództwem późniejszego gubernatora i senatora Roberta Kerry'ego. Podobnie jest w przypadku toczącej się równolegle francuskiej debaty wywołanej przyznaniem się gen. Paula Aussaresses'a do torturowania i zamordowania 24 jeńców w czasie wojny algierskiej 45 lat temu.

Impulsem tych debat nie są przeważnie ani współczesne konflikty, ani nowe, wstrząsające odkrycia dotyczące przeszłości, lecz świeże, odważne, często prowokacyjne przedstawienia faktów wcześniej znanych, ale niedocenionych, nieuświadomionych publicznie albo zatopionych w jakiejś skostniałej przez lata poprawności. I to nie historycy dokonują przełomów w pamięci narodów. Sprawę Kerry'ego uruchomił reportaż opublikowany w niedzielnym magazynie "New York Timesa", sprawę Aussaresses'a - wywiad z nim ogłoszony w "Le Monde". Niemiecką debatę wywołali autorzy fotograficznej wystawy (eksponowanej w latach 1995-99) ukazującej ofiary zbrodni wojennych, podobnie jak amerykańską debatę o winie wobec czarnych rozpalili autorzy wystawy zdjęć ukazujących lincze dokonywane przez białych. W Turcji zaczęło się od programu telewizyjnego. W Hiszpanii podobną rolę odegrała papieska decyzja wyniesienia na ołtarze 233 ofiar republiki - męczenników wojny domowej.

I pamięć katów

W Japonii impuls dały wypowiedzi byłego ministra obrony, który stwierdził, że w czasie II wojny światowej armia japońska wykorzeniła w Azji europejski kolonializm. Oliwy do ognia dolało zatwierdzenie przez władze przygotowanego pod patronatem nacjonalistycznego Stowarzyszenia na rzecz Reformy Podręczników nowego podręcznika historii dla gimnazjalistów, autorstwa profesorów Tadae Takuby i Nabukatsu Fujioki. Japońskie zbrodnie wojenne popełnione w czasie II wojny światowej przedstawiane są w nim jako wymysł propagandy zwycięzców. W rezultacie Korea Południowa wezwała na konsultacje swojego ambasadora w Tokio, odwołała japońsko-koreańskie manewry i zażądała wprowadzenia do podręcznika 35 poprawek, zaś czterech koreańskich deputowanych złożyło w tokijskim sądzie pozew o zakaz rozpowszechniania tego oraz siedmiu innych nowych podręczników. Chińska agencja prasowa stwierdziła, że "starania [japońskiej] ultraprawicy zmierzające do zanegowania odpowiedzialności [Japończyków] za agresję" będą miały poważny wpływ na stosunki między oboma krajami. Kak Soo Shin, dyrektor koreańskiego MSZ, w specjalnym komentarzu dla "International Herald Tribune" napisał, że historyczne rewizje "będą dla Japonii bolesne, gdyż podważą jej wiarygodność w Azji i mogą wzmocnić nacjonalizm w Chinach, tworząc dodatkowe źródło niestabilności w regionie".

Ostatnio Korea i Chiny zawarły porozumienie, by wspólnie wywierać nacisk na Japonię, by ta dokonała zmian w szkolnych podręcznikach.

Japońscy dyplomaci prywatnie deklarują ubolewanie, a historyk Hisao Ishiyama należący do komitetu przeciwników nowego podręcznika wyraża obawę, że "stanowi on zagrożenie dla przyszłości japońskiego społeczeństwa". Prof. Fujioka z Uniwersytetu Tokijskiego przekonuje jednak dziennikarza "Washington Post", że "każdy naród ma prawo interpretować historię na swój własny sposób (...) to jest element suwerenności". A prof. Takubo dodaje, że pół wieku po wojnie przyszedł czas, by odrzucić "historię spreparowaną przez zwycięzców" i ogłosić prawdę, której "Japończykom nigdy wcześniej nie pozwolono przedstawić".

Nie ma chyba jednej przekonywającej odpowiedzi na pytanie, dlaczego japońska rewizja wybuchła akurat teraz. Zdaniem Kak Soo Shina powodem tokijskich rewizji jest wieloletni japoński kryzys gospodarczy, który "w połączeniu z uzyskaniem dominującej pozycji przez generację powojenną, pozbawioną historycznej pamięci, dał skrajnej prawicy podatny grunt dla promowania szowinizmu".

Inaczej japońskie rewizje tłumaczy Francis Fukuyama, amerykański politolog o japońskich korzeniach. Jego zdaniem Japończycy, od których państwa Azji Wschodniej przez pół wieku wciąż domagały się przeprosin i wyznawania winy, "mieli poczucie, że stali się zakładnikami" historii, a niechętnie wygłaszane, ale jednak coraz dalej idące przeprosiny, a także wyrazy ubolewania (wobec brytyjskich jeńców wojennych, chińskich ofiar japońskiej agresji i koreańskich "niewolnic miłości") składane przez kolejne rządy oraz ciągłe przywoływanie przeszłości "wywoływały w Japonii narastający sprzeciw", który doprowadził do dominacji postaw rewizjonistycznych.

Nie chcę już słuchać o Trzeciej Rzeszy!

Postawie Japończyków Fukuyama przeciwstawia doświadczenie zachodnich Niemiec, które (w odróżnieniu od Japonii korzystającej z wielkoduszności gen. MacArthura) po wojnie bez zastrzeżeń uznały zbrodniczość nazizmu i przyjęły odpowiedzialność za hitlerowskie zbrodnie. Ale i w Niemczech rewanż pamięci niesie dziś rewanż amnezji, sprawia, że spod poprawnościowej przykrywki wydobywa się to, co Chantall Millon-Delsol określa jako europejski "czarny rynek idei", ułatwia formowanie się nacjonalistycznej prawicy.

Mimo diametralnie odmiennej tradycji także większość Niemców deklaruje dziś niechęć do dźwigania ciężarów przeszłości. W tegorocznym sondażu "Spiegla" 61 proc. popiera twierdzenie, że "powinno się już zaprzestać rozdrapywania starych ran i zostawić nazistowską przeszłość w spokoju", 60 proc. deklaruje "brak poczucia winy i odpowiedzialności za zbrodnie nazistów", a 45 proc. twierdzi, że "nie chce już więcej słyszeć niczego na temat Trzeciej Rzeszy".

Podobnie jak w Japonii, także w Niemczech ewolucja postaw dotyczy nie tylko zwykłych Niemców, lecz także niemieckich elit. Kiedy w odpowiedzi na hasło skinheadów "Ich bin stolz Deutscher zu sein" ("Jestem dumny, że jestem Niemcem") prezydent Johannes Rau powiedział, że "dumnym można być tylko z tego, co się zrobiło samemu", przewodniczący FPD Guido Westewelle odpowiedział mu, że on "dumny jest także ze swoich rodziców, chociaż ich nie zrobił". A poza tym - jego zdaniem - "ludzie w Niemczech nie chcą już dłużej iść koślawym krokiem z nieczystym sumieniem i pochyloną głową tylko dlatego, że są Niemcami".

Jeszcze dalej poszedł Martin Welser w swojej głośniej mowie, którą wygłosił, odbierając dwa lata temu niezwykle prestiżową Pokojową Nagrodę Księgarzy Niemieckich. "Żaden poważny człowiek nie zaprzecza Oświęcimiowi - mówił - ale jeżeli w mediach co dnia ta przeszłość jest mi przedstawiana, czuję, że coś się we mnie zaczyna bronić przed stałą prezentacją naszej hańby. Zamiast być wdzięczny, (...) zaczynam odwracać wzrok. Chcę zrozumieć, dlaczego akurat w tym dziesięcioleciu przeszłość jest obecna jak jeszcze nigdy dotąd".

Rywalizacja uświęconych krzywd

Nie tylko Japończycy i Niemcy stawiają sobie tego rodzaju pytanie. Dlaczego Turcy zaczęli właśnie teraz, po 85 latach, mówić o holocauście Ormian? Dlaczego właśnie teraz, po 60 latach, Żydzi i Polacy przerwali milczenie i zaczęli głośno mówić o zbrodni w Jedwabnem, chociaż wśród jednych i drugich byli historycy od dawna znający świadectwa tej tragedii? Dlaczego we Francji właśnie teraz podniosło się żądanie cofnięcia uchwalonej w latach 60. amnestii dla sprawców zbrodni popełnionych w Algierii? Dlaczego Japończycy właśnie teraz od nowa piszą historię?

Częściowej odpowiedzi udziela Peter Novick, emerytowany profesor uniwersytetu chicagowskiego. W wydanej dwa lata temu głośnej książce "Holocaust in American Life" Novick nawiązuje do koncepcji Maurice'a Holbwachsa, francuskiego socjologa, który opisując - jako pierwszy jeszcze w latach 20. - zjawisko "zbiorowej pamięci" budującej "zbiorową tożsamość", zauważył, że "o tym, co pamiętamy z przeszłości, decydują nasze dzisiejsze problemy". Rozważając "jako Żyd i Amerykanin" źródła oraz skutki rosnącej roli Holocaustu w Ameryce lat 90., Novick - obok kryzysu religijności, która zawsze konstytuowała żydowską (ale przecież nie tylko żydowską) tożsamość - wymienia m.in. dotykające wszystkich zmiany zachodzące w zachodniej kulturze, m.in. "słabnięcie etosu integracyjnego (...) zastępowanego przez etosy grupowe" oraz wypieranie "kulturowego wzoru silnego, cichego bohatera przez bezbronnego i krzykliwego antybohatera".

Charles Maier, historyk z Harvardu, opisał skutek tej ewolucji jako powszechną "rywalizację uświęconych krzywd", która powoduje, że "każda grupa domaga się uznania i publicznego wsparcia, podkreślając swoje upośledzenie i krzywdy, jakich zaznała". "Kiedyś mówiono - pisze Novick - że życie Żydów ma być >światłem narodów< - nośnikiem uniwersalnej nauki - dziś jest ono >mrokiem narodów<, z którego ma płynąć nauka".

Z pewnością zagrożone przez zmiany cywilizacyjne poczucie tożsamości, rosnąca rola Holocaustu w pamięci nie tylko Żydów i Amerykanów, ale całego Zachodu, i nasilająca się "rywalizacja krzywd" czy też "mroków", wypierająca "rywalizację historycznych zasług", na której wcześniej opierało się poczucie grupowej godności, są ważnymi źródłami powszechnego rewanżu pamięci. Zapewne jest też sporo racji w twierdzeniu, że źródłem gwałtownego przyspieszenia rewanżu w ostatnich dwóch latach był rachunek sumienia zapoczątkowany przez Papieża w Kościele katolickim. Zapewne jednak ma również trochę racji czytelnik "Frankfurter Allgemeine Zeitung" piszący w liście do redakcji, że wystawa o zbrodniach Wehrmachtu nie powstała np. w 1955 roku m.in. dlatego, iż "wtedy żyło jeszcze zbyt wielu byłych członków Wehrmachtu, którzy nie pozwoliliby na taką kampanię. Dziś niewielu nas już zostało i nie wolno nam dziś się bronić". (Podobne listy drukuje "Nasz Dziennik" w odpowiedzi na sprawę Jedwabnego.) Ale i to chyba nie jest istota problemu, choć zmiana pokoleniowa ma oczywiście również takie znaczenie, że w debacie o okrucieństwach XX wieku dominują dziś ludzie, którzy sami ich nie doświadczyli.

Giną z horyzontu porządni ludzie

Być może ważnym źródłem powszechnej rewizji i intensyfikacji historycznych debat jest poczucie bezpieczeństwa uzyskane po zakończeniu trwającej pół wieku konfrontacji globalnych supermocarstw. Ale gdyby było to główne źródło, rewanż pamięci szybko by się skończył, bo nieoczekiwanie ożywiona przeszłość niemal wszędzie odtwarza stare, często już zapomniane konflikty i podziały, intensyfikuje napięcia, wzmacnia postawy nacjonalistyczne stanowiące dotychczas margines życia publicznego.

Już w czasie pierwszego programu Tanera Akcama w tureckiej telewizji telefony oburzonych widzów po prostu się urywały (podobnie jak wiele stron dyskusyjnych polskiego Internetu zostało zalanych głosami oburzonych rozgłosem wokół Jedwabnego). Jako jedna z pierwszych zadzwoniła Semra Ozal, wdowa po byłym prezydencie, która zażądała, by Akcamowi "natychmiast zamknięto gębę". Ale mimo gwałtownych ataków Akcam udźwignął cały sześciogodzinny program. I mimo oburzenia dużej części opinii publicznej nazajutrz otrzymał wsparcie części tureckich mediów. Jeden z dzienników napisał o sprawcach masakry: "Ci ludzie są naszymi Pol Potami, Beriami i Stalinami i im szybciej rozliczymy te zbrodnie, tym większe będą nasze szanse na uwolnienie się od zmory oskarżeń o ludobójstwo". Ale Akcam nie zapomniał też o sprawiedliwych Turkach, m.in. o gubernatorze Tashin Beyu, który odmówił wykonania rozkazów i uratował życie wielu tysięcy Ormian.

Także w Hiszpanii przeszło ćwierć wieku po śmierci gen. Franco i dokładnie 25 lat po referendum demokratycznym publicysta "El Pais" Alvaro Espina czuje nagle potrzebę przekonania swoich czytelników, że "nawet w atmosferze plemiennej przemocy, która zapanowała w Hiszpanii po zbrojnym powstaniu, (...) po obu stronach było wielu Hiszpanów, którzy nie dali się porwać fali nienawiści i przemocy". To brzmi uderzająco podobnie do coraz częściej padających w Polsce deklaracji, że wszędzie są ludzie uczciwi i nieuczciwi.

Skąd jednak właśnie teraz - blisko 70 lat po wojnie domowej - w Hiszpanii, która uchodzi za wzór rekoncyliacji, na łamach poważnego dziennika to stwierdzenie tak oczywiste, że niemal banalne? Zapewne stąd, że odtworzenie podziałów to jeszcze nie wszystko. Równie ważne jest niemal uniwersalne rozszerzenie kręgu obwinionych (albo "odpowiedzialnych"). Nowa pamięć, która pojawiła się w latach 80., a może nawet 70., ale eksplodowała w latach 90., zrywa bowiem z powojenną tradycją ostrożnej dystrybucji winy i odpowiedzialności. Potężna po wojnie obawa przed stosowaniem jakkolwiek rozumianej odpowiedzialności zbiorowej i ożywieniem płytko zakopanych upiorów prowadziła do obwiniania jedynie bezpośrednich sprawców. Przeszło pół wieku po wojnie pytania o rolę tych, których nazwiska nie znalazły się w aktach prokuratorów ani w podręcznikach historii, nie są już wyklęte. Powojenna ostrożność przestała obowiązywać.

Ta zmiana ma swoje odbicie w języku. Miejsce nazistów i hitlerowców stopniowo zajmują Niemcy, miejsce rasistów - biali, a miejsce Sowietów - Rosjanie. Niemieccy antyfaszyści, amerykańscy abolicjoniści i rosyjscy dysydenci czy "biali" stopniowo znikają z horyzontu, podobnie jak polscy "sprawiedliwi" i "porządni Polacy" mniej czy bardziej niesłusznie dominujący w dotychczasowej historii. Znikają także okoliczności lokujące zło w historycznym kontekście. W amerykańskiej debacie na temat niewolnictwa nie ma już miejsca na komplikujące obraz badania profesora Fogla - tak jakby samo moralne odrzucenie zbrodni niewolnictwa było niewystarczające, aby je potępić. W niemieckiej debacie maleje nie tylko rola Staufenberga, ale też pamięć o niemieckich więźniach Buchenwaldu, jakby ich obecność mogła zagrozić bezwzględnemu potępieniu zbrodni nazistowskich. W debacie francuskiej Resistance okazuje się marginesem okupowanej Francji. Podobnie w debacie polskiej marginalizuje się tradycję tolerancji, dobrego sąsiedztwa i państwa podziemnego, które szmalcowników skazywało na śmierć i wykonywało wyroki, a w Hiszpanii giną z horyzontu zwykli, porządni ludzie.

Zło przestaje być postrzegane jako wybryk historii. W coraz większym stopniu staje się dominującą treścią historycznej debaty. W tradycyjnej historii dominowała duma z bohaterów (Wolnej Francji, "Polski podziemnej", "sprawiedliwych", abolicjonistów etc.), "chociaż były też ciemne strony". W rewanżu pamięci dominuje krzywda i wstyd (z powodu kolaboracji, niewolnictwa, Holocaustu), "choć przecież byli również bohaterowie".

Retroaktywna rewizja

Przesunięciu wahadła w sferze faktografii sprzyja niesiona przez rewanż pamięci postępująca zmiana etyki historycznej, w której przeszłość coraz powszechniej oceniana jest według dziś obowiązujących kryteriów. Jim Hoagland, analizując w "Washington Post" amerykańską debatę na temat Kerreya i francuską na temat Aussaresses'a, nazywa to zjawisko moralnością retroaktywną, "ponieważ rozważa ona trudne pytania przeszłości w jasnym świetle współczesności, kiedy przetrwanie nie jest zagrożone, emocje nie są rozpalone i wrażliwość nie jest tak stępiona jak wówczas, gdy okropieństwa były dokonywane" - w imię wspólnoty, która posłała zbrodniarzy na wojnę.

Może to jest klucz do zrozumienia bulwersującej postawy gen. Aussaresses'a, który mówi, że nie czuje się winny, bo torturował za wiedzą swoich przełożonych - m.in. ówczesnego ministra François Mitterranda - i nie mógł w inny sposób zdobyć informacji koniecznych, by zmniejszyć liczbę ofiar algierskiego terroru. Może rację ma - także weteran z Wietnamu - senator John McCain mówiący, że "ludzie, którzy sami nie byli na tej wojnie, nigdy nie zrozumieją" Kerreya? Ta przestroga przed retroaktywnym myśleniem o historii jest chyba konieczna, by przyjąć do wiadomości opinię byłego oficera armii południowowietnamskiej, który dziennikarzowi "New York Timesa" mówi dziś: "Myślę, że Kerrey postąpił właściwie, (...) sam wiele razy spotykałem się z takimi sytuacjami".

Esej w tygodniku "Time" na temat Kerreya kończy zdanie "Kiedy sądzimy Boba Kerreya, sądzimy także nasz naród". To brzmi uderzająco podobnie do wyznań narratora "Lektora" Bernharda Schlinka - chyba najważniejszej niemieckiej powieści rozliczeniowej lat 90. - który, relacjonując proces strażniczek z Oświęcimia, pisał: "Przed sądem stało pokolenie, które posłużyło się strażnikami i oprawcami".

Te dwa zdania mają fundamentalne znaczenie, bo coraz częściej retroaktywna rewizja etyczna idzie jeszcze dalej. Potępienie, wina i odpowiedzialność w rosnącym stopniu obejmują nie tylko zło uczynione, lecz także nieuczynione dobro - obojętność, brak współczucia, bezczynność lub niedostatek sprzeciwu.

Ogół pomagał, ile mógł

Ta zmiana nie spadła teraz z nieba. Niepokój związany z nieuczynionym dobrem długo krążył w kulturze, a zwłaszcza w literaturze - jak w słynnym "Campo di Fiori" Miłosza - i musiał wreszcie trafić do historii. Tezę Daniela Goldhagena o odpowiedzialności zwykłych Niemców i niemieckiej kultury za zbrodnie Holocaustu poprzedziła między innymi o dziesięć lat wcześniejsza teza Jana Tomasza Grossa o odpowiedzialności "bezczynnych Polaków", sformułowana w eseju "Ten jest z ojczyzny mojej, ale go nie lubię", który pisał, że "gdyby jeden Polak na pięciu czy na dziesięciu (...) pomagał jakiemuś Żydowi, gestapo byłoby bezradne". W logice rewanżu pamięci "Gorliwi kaci Hitlera" (jak swoją książkę o odpowiedzialności "zwykłych Niemców" i niemieckich "zwykłych żołnierzy" mordujących na Wschodzie zatytułował Goldhagen) to już bowiem nie tylko ci stosunkowo nieliczni, którzy "trzymali topór" lub pociągali za cyngiel, i nie tylko ci, którzy z ciekawości lub nienawiści dla ofiar gromadzili się pod szafotem, lecz także ci, którzy beztrosko kręcili się na karuzeli stojącej pod murem warszawskiego getta lub obojętnie czy lękliwie pozostali w domach. "Skazywaliśmy naszych rodziców na wstyd, nawet gdy mogliśmy ich oskarżyć tylko o to, że po 1945 roku tolerowali u siebie, w swoim gronie przestępców" - notuje narrator "Lektora" Schlinka.

W odróżnieniu od "tradycyjnej historii" pamięć nie będzie dochodziła, gdzie i dlaczego byli ci, którzy nie uczestniczyli w zbrodni. Pamięć zanotuje tylko, że nie udzielili pomocy, gdy byli potrzebni. Od człowieka stojącego na szafocie pośród wrogiego lub obojętnego tłumu trudno przecież oczekiwać, że będzie klasyfikował obecnych na mniej i bardziej nieżyczliwych lub że będzie szukał usprawiedliwienia dla tych, którzy mu nie pomogli. Podobnie od tych, którzy jego pamięć dziedziczą z wyboru lub wychowania.

W logice "rewanżu pamięci" sformułowana wprost w "New Yorkerze" teza Jana Tomasza Grossa, że w Jedwabnem "polska połowa ludności wymordowała żydowską połowę", jest tak samo uprawniona jak zakorzeniona w zupełnie odmiennej pamięci Polski Walczącej teza prof. Tomasza Strzembosza, że w zbrodni (podobnie jak w ruchu oporu) wzięła udział tylko część poddanej surowym represjom polskiej populacji, więc nie można mówić o odpowiedzialności ogółu, który pomagał, ile mógł, ale nie był w stanie udzielić skutecznej pomocy, podobnie jak nie był w stanie odzyskać utraconej wolności.

Ten spór ilustruje w jakimś sensie groźne, nieuniknione i być może nieprzezwyciężalne intelektualnie, a zwłaszcza emocjonalnie, napięcie powstające, gdy miejsce historii, która podlega ważeniu i negocjowaniu, zajmuje zbiorowa pamięć, której z natury rzeczy ważyć ani negocjować się nie da. "Pamięć zbiorowa" - co zauważył już Halbwachs - jest bowiem "z natury ahistoryczna lub wręcz antyhistoryczna", odrzuca upływ czasu, reprezentuje jeden punkt widzenia, upraszcza, tworzy tożsamość opartą z reguły na tragicznym przeżyciu.

Dramat tego napięcia staje się tym większy, że w obliczu świadectw potworności XX wieku wszelkie ważenie wydaje się niestosowne. Biskup Życiński przekuł to odczucie w jasną dyrektywę: "Nie poszukujmy dokumentów historycznych, które by mogły tragedie Jedwabnego zamienić w błahy epizod". Ale z drugiej strony negowanie "ważenia" i "poszukiwania" musi prowadzić do zastąpienia starych fałszów nowymi, a niechęć do publicznego negocjowania obrazu przeszłości rodzi nowe, destrukcyjne napięcia.

Zwłaszcza że rewanż pamięci sprawia, iż "Gorliwymi katami Hitlera" okazują się nie tylko Niemcy. Ten sam tytuł nosiła recenzja "Sąsiadów" w "New York Timesie". Z pewnością jednak na swego Goldhagena czekają nie tylko "gorliwi kaci Hitlera" mówiący w rozmaitych europejskich językach, lecz także "gorliwi kaci" Stalina, Mao, Bieruta (a może również Kennedy'ego, Mitterranda i królowej Wiktorii). Rewanż pamięci coraz powszechniej lansuje bowiem pogląd, że rachunek za XX wiek (a czasem i za poprzednie stulecia) trzeba przeprowadzić wszędzie, konsekwentnie, do końca... Wiek XXI - chce tego czy nie chce - ma temu podołać.

Od symboli do rachunków

Ten rachunek ma jednak nie tylko moralny czy historyczny wymiar. Ma też swój nurt materialny, który bez wątpienia zaburza klarowność postaw w historycznych debatach. I nie chodzi wyłącznie o symboliczne, wypłacane po przeszło półwieczu odszkodowania za pracę przymusową, szwajcarskie depozyty czy nieruchomości znacjonalizowane przez rządy komunistyczne. Rewanż pamięci odkrywa i będzie odkrywał kolejne niepopłacone rachunki zepchnięte w zapomnienie albo objęte dotąd konsensem milczenia. W gruncie rzeczy bardzo niewiele krzywd zostało bowiem dotychczas wyrównanych.

Dopiero teraz na przykład, przeszło 60 lat od wkroczenia hitlerowców do Wiednia, austriacki parlament zdecydował się zapłacić za majątek utracony po Anschlussie przez austriackich Żydów. Nie dało się tego już dalej odkładać nie tylko dlatego, że po sukcesach Heidera sytuacja międzynarodowa Austrii stała się delikatna, lecz również z tego powodu, że "nowa historia" (obecna także w Wiedniu) w odróżnieniu od "starej" uważa Austrię nie tyle za "pierwszą ofiarę", ile raczej za "pierwszego sojusznika" Hitlera. Ale tym bardziej na uchwalonych już 500 milionach dolarów nie musi się skończyć. Jeden z liderów austriackich Żydów Ariel Muzicant mówi dziennikarzowi "International Herald Tribune", że nie jest zadowalające wypłacenie "trzech czy czterech centów z dolara licznych żydowskich strat". Jak jednak liczyć te straty? Z czego je kompensować? Ile centów z dolara byłoby zadowalające po 60 latach?

Inny lider austriackich Żydów, antagonista Muzicanta pochodzący z rodziny od pokoleń mieszkającej w Wiedniu, Peter Schrovsky uważa, że Muzicant, "idiotycznie eskalując roszczenia", prowadzi "do wojny, zamiast budować dobre życie i dobre relacje między Żydami i nie-Żydami mieszkającymi w Austrii" (zwłaszcza że coraz więcej wśród nich Jugosłowian, wschodnich Europejczyków i Turków). Podobną wątpliwość można by podnieść w odniesieniu do większości z niezliczonych czekających na wyrównanie europejskich rachunków, nie mówiąc o rachunkach, jakie zostawił kolonializm, ormiański holocaust czy zbrodnie japońskie w kontynentalnej Azji. Ale czy to jest wystarczający powód, by rezygnować z wyrównania materialnych (skoro innych wyrównać nie można) nieprawości mijającego stulecia?

Co Ameryka winna jest czarnym

Europejskie rozliczenia dotyczą głównie wydarzeń lat 30. i 40., ale gdzie indziej rewanż pamięci sięga znacznie dalej. Rząd Indii domaga się od Korony Brytyjskiej zwrotu diamentu Koh-i-noor, rząd Grecji domaga się od Luwru Nike z Samotraki, a w USA Afroamerykanie coraz poważniej podnoszą postulat odszkodowań za wieki niewolnictwa. Może ten ostatni, najdalej idący postulat brzmi dziś szokująco, ale Randall Robinson, autor książki "The Debt: What America Owes to Blacks" ("Dług: Co Ameryka winna jest czarnym"), uważa, że "biali w końcu uznają, iż ze względów moralnych i praktycznych odszkodowania opłacą się całemu społeczeństwu".

To nie jest tylko polityczny folklor. Robinson jest człowiekiem wpływowym, odegrał dużą rolę w przywracaniu demokracji na Haiti i w kształtowaniu amerykańskiej polityki wobec RPA, a popiera go m.in. Charles Olgetree - dyrektor prestiżowego Instytutu Prawa Karnego Uniwersytetu Harvarda i organizator Odszkodowawczego Komitetu Koordynacyjnego domagającego się odszkodowań za niewolnictwo w wysokości przeszło czterech bilionów dolarów. Jack E. White - czarnoskóry publicysta "Time'a", który afroamerykańskie roszczenia oszacował na 24 biliony dolarów - uważa, że postulat odszkodowań jest "moralnie słuszny, ale nierealistyczny".

Pięć lat temu niemal każdy przyznałby rację tezie konserwatywnego publicysty Davida Horovitza, że biali, których przodkowie w zdecydowanej większości przybyli do Ameryki już po zniesieniu niewolnictwa, nie będą chcieli płacić tylko z tej przyczyny, że właściciele niewolników też byli białymi Amerykanami, mówili tym samym językiem i żyli pod rządami tej samej konstytucji. Ale dziś pojawia się jednak wątpliwość, że być może White i Horovitz nie doceniają narastającego klimatu rewanżu pamięci, w którym coraz trudniej jest stawiać opór takim postulatom, uzyskującym poparcie nawet wśród umiarkowanych Afroamerykanów jak Jessie Jackson. Zwłaszcza że na początku maja, po dwóch latach debat, francuski parlament uznał niewolnictwo za zbrodnię przeciwko ludzkości i teraz, odrzucając roszczenia, trudniej będzie się powoływać na ich przedawnienie. Zresztą autorka uchwalonej w Paryżu ustawy, deputowana z Gujany Francuskiej Christian Taubira-Delannon, już domaga się powołania komisji odszkodowawczej, a przykład francuski może być zaraźliwy.

Czas zdaje się więc grać na korzyść profesora Olgetree. Bill Clinton nie zgodził się wprawdzie nawet przeprosić Afroamerykanów za zbrodnie niewolnictwa, podobnie jak premier Australii nie chciał przeprosić Aborygenów (choć wyraził im ubolewanie), ale poprzedni gubernator Florydy jednak (po 70 latach!) zapłacił odszkodowania Afroamerykanom uratowanym z pogromu, który miał miejsce w roku 1923, sąd najwyższy Australii uznał prawo Aborygenów do ziemi zabranej im przed wiekami, a rząd Kolumbii Brytyjskiej niedawno podpisał z Indianami Ninga traktat oddający im ziemię wyłudzoną 200 lat temu...

Zapewne gdyby nie gwałtownie narastająca fala rewanżu pamięci, także japoński sąd nie przyznałby po pół wieku odszkodowań chorym bez potrzeby przetrzymywanym w leprozoriach, a towarzystwo New York Life nie przerwałoby trwających 85 lat uników i nie wypłaciłoby odszkodowań rodzinom Ormian zamordowanym przez Turków w latach I wojny światowej. William Shernoff, jeden z prawników amerykańskich Ormian, uważa, że teraz także europejskie towarzystwa ubezpieczeniowe będą musiały wypłacić zaległe odszkodowania, i zapewne ma rację. Podobnie rację mają zapewne amerykańscy prawnicy, którzy - jak pisze na pierwszej stronie "New York Times" - namówili Meksykanów zatrudnionych podczas II wojny w Stanach Zjednoczonych, by domagali się zwrotu potrącanej 60 lat temu części wynagrodzeń, stosując taką samą prawną taktykę jak uratowani z Holocaustu Żydzi.

I ty możesz być ofiarą

Seria sądowych sukcesów ofiar Holocaustu oraz upływ czasu sprawiają, że grzechy historii coraz rzadziej rozpatrują sądy karne, a coraz częściej cywilne. Każda właściwie historyczna rewelacja, niemal każda odkryta lub nagłośniona niesprawiedliwość poprzedniej epoki czy epok, niezwłocznie przekuwane są na coraz bardziej skuteczne roszczenia odszkodowawcze. Na swoje odszkodowania robotnicy przymusowi III Rzeszy czekają z górą pół wieku, ale o odszkodowania dla algierskich ofiar gen. Paula Aussaresses'a i wietnamskich ofiar senatora Roberta Kerreya zaczęto się dopominać już w kilka dni po ujawnieniu ich zbrodni.

Skutek jest niewiadomy, bo eskalacja roszczeń, podobnie jak eskalacja oskarżeń i samooskarżeń, wywołuje oczywiście narastający opór i np. ostatnio amerykańska administracja zażądała od sądu odrzucenia wniosku odszkodowawczego koreańskich "niewolnic miłości" wzorowanego na pozwach europejskich robotników przymusowych i reprezentowanego przez tych samych amerykańskich prawników. Ale - mimo wszystko - nie da się dziś wykluczyć takiego rozwoju zdarzeń, który spowoduje, że profesor Olgetree stanie kiedyś na czele najpotężniejszego w dziejach funduszu odszkodowawczego, który odmieni oblicze Ameryki i społeczne położenie Afroamerykanów.

Być może. Ale co nas czeka po drodze? Nie będę udawał, że mam olśniewającą odpowiedź na to pytanie, nad którym od paru lat łamią sobie głowę różne tęgie umysły Zachodu. Jest bowiem coś bardzo pięknego i pociągającego w bezkompromisowej pamięci, która nareszcie realizuje zapowiedź, że "spisane będą czyny i rozmowy", która nie chce "wybaczać w imieniu zdradzonych o świcie", nie godzi się zapomnieć zła, jakie uczyniono, ani zostawiać niepopłaconych rachunków. Ta pamięć może być wieczystą przestrogą. Ale pamięć może też stać się przekleństwem, kiedy nie oddziela przeszłości od współczesności. Pamięć wypowiedziana może być zbawienna i oczyszczająca, ale może także infekować przyszłość, czego narastające symptomy mamy też w naszej debacie o polsko- żydowskiej przeszłości.

Nie wiadomo więc, dokąd nas zaprowadzą idące coraz dalej historyczne rewizje i rachunki, podobnie jak nie ma jednej dobrej odpowiedzi na pytanie o źródła rewanżu pamięci ani nawet na pytanie, jak głęboko we współczesnej kulturze tkwią jego korzenie. To znaczy są, oczywiście, różne odpowiedzi - często dobre, mądre i głębokie - ale trudno je ze sobą pogodzić. Być może tę niejasność czy niejednoznaczność musimy na razie po prostu przyjąć do wiadomości. Tak jak musimy chyba przyjąć do wiadomości, że czas przyjemnej, budującej historii, którą dobrzy rodzice opowiadali swoim grzecznym dzieciom, chwilowo się skończył. Bo okazało się, że rodzice nie byli tacy dobrzy, jak dzieciom wmawiali, a dzieci - gdy dorosną - pewnie też na ogół nie będą takie grzeczne, jak by rodzice chcieli.

Nowy pęd historii?

Musimy też jednak przyjąć do wiadomości, że wbrew odwiecznym marzeniom historia ludzkości nie prowadzi donikąd, a wobec tego nie da się zrozumieć. Nie ma żadnego wyobrażalnego i dającego się opisać czy choćby nazwać ziemskiego szczęśliwego finału - nie tylko takiego, jaki wyobrażali sobie naziści czy komuniści, ale także takiego, jaki wyobrażają sobie liberałowie, globaliści, socjaldemokraci czy choćby liberalni demokraci skłonni uwierzyć w tezę Fukuyamy, że nic lepszego od liberalnej demokracji wymyślić się nie da, więc nastał koniec historii. A skoro nie ma takiego dającego się objąć rozumem kierunku ani celu, powinniśmy nieustannie pamiętać, że historię nie tylko staramy się poznać i próbujemy oceniać, ale także tworzymy każdym słowem i czynem.

Kryzys historii, który jeszcze 20 lat temu trudno było sobie wyobrazić, może bowiem oznaczać nowy pęd historii - chociaż oczywiście nie musi. Tego po prostu nie wiemy. I, niestety, nie mamy pojęcia, dokąd miałby nas ten pęd prowadzić, zwłaszcza w obliczu pełzającej recesji i napięć cywilizacyjnych, które zawsze sprzyjają radykalizacji postaw. Na razie dla wielu z nas fascynująca jest odwaga, z jaką cały niemal Zachód (ale nie tylko Zachód) wchodzi na pola minowe pamięci zamknięte wcześniej przez lęk i poprawność. Zwłaszcza że nikt nie wie, jakie na tych polach czekają nas niespodzianki i niebezpieczeństwa, ani nawet jak daleko chcemy się na tej drodze poruszać. Dziś wiemy tylko tyle, że ta odwaga dostarcza naszym debatom dawkę adrenaliny, której dawno w życiu publicznym nie było.

Nie umiem powiedzieć, czy to źle, czy dobrze. Z dużym prawdopodobieństwem można natomiast przewidzieć, że epoka rewanżu pamięci może nam jeszcze przynieść całą falę wstrząsów. Czy wyjdziemy z nich lepsi? Tego także nikt dziś nie może na pewno powiedzieć. Ale warto pamiętać, że wielkie emancypacje XX wieku oparte na wyzwoleniu grupowych pamięci i tożsamości - narodów, klas, płci - miały nie tylko budujące skutki. Dziewiętnastowieczna emancypacja narodów wyrodziła się w szowinizm i w nazizm, a emancypacja warstw upośledzonych - w komunizm i w bolszewizm. Odkrywaniu i afirmowaniu swojej stłamszonej tożsamości i własnej "uciszonej" pamięci nie towarzyszyło bowiem zrozumienie dla również przeżywającej renesans tożsamości i pamięci innych. Przeciwnie. Uznanie własnej tożsamości łączyło się z postępującym odrzuceniem i pogardą dla tożsamości oraz pamięci odmiennych. Walka o własne prawa była rozumiana jako legitymacja do deptania praw innych, a fascynacja własną nowo odkrytą zbiorową tożsamością łączyła się z postrzeganiem innych głównie przez pryzmat ich przynależności - narodowej, klasowej, państwowej, politycznej.

Czy tym razem będziemy mądrzejsi? Tego też nie wiadomo. Doświadczenie bałkańskie pokazuje, jak może wyglądać najgorszy scenariusz. Ale nie tylko tam powróciła zadziwiająca skłonność do postrzegania ludzi przez pryzmat ich przynależności i beztroska afirmacja wielkich kwantyfikacji.

Etyka bez kodeksu

Ta optyka także w Polsce przeżywa swój zadziwiający renesans. Zaszedł on tak daleko, że ziemia się już nie trzęsie, gdy polski hierarcha mówi w telewizji, że rozmowy z Żydami o wspólnej przeszłości to są - wiadomo - "rozmowy o interesach", ani gdy nowojorski rabin (w tamtejszej telewizji) mówi, że Polaków nie można zatrudniać ani z nimi handlować, bo to antysemici. Zupełnie tak, jakbyśmy nie mieli w pamięci potwornej przeszłości - nazizmu, wojen, komunizmu. Jakbyśmy, dzięki rewanżowi pamięci na nowo przeżywając historyczne dramaty, nie umieli zidentyfikować ani nazwać ich mentalnościowych źródeł tkwiących w nacjonalistycznej (lub szerzej - szowinistycznej) koncepcji tożsamości, która nie może istnieć bez niezmywalnych historycznych grzechów oraz chwał pierworodnych, pozwalającej oceniać siebie oraz innych (uwielbiać, nienawidzić lub pogardzać) z tytułu urodzenia, nie wdając się w złożoność osobistych zasług czy win. Jakbyśmy radykalnie odrzucili (a może nie przyswoili) jakąś ważną część przestrogi poprzedniego wieku.

To odrzucenie bywa tak radykalne i nagłe, że ma czasem humorystyczną formę, gdy jeden z uczestników publicznej debaty, nie mogąc się zdobyć na zanegowanie moralnego i intelektualnego autorytetu, którego poglądy nie dadzą się pogodzić z ideą historycznego grzechu pierworodnego, po prostu stwierdza, że autorytet nie mógł takich poglądów głosić, albo gdy tym, w których żyłach płynie krew dwóch (czy więcej) narodów, "plemienna odpowiedzialność" każe wybierać, czy mają się czuć podwójnie winni, czy też w dwójnasób skrzywdzeni.

Ale jest też coś symptomatycznego w fakcie, że w wielkiej polskiej debacie o odpowiedzialności zbiorowej i winie historycznej całkowicie nieobecna jest pamięć zmagań Leszka Kołakowskiego z "etyką bez kodeksu", chociaż tekst jest powszechnie znany i dla wielu dyskutantów był niewątpliwie tekstem formacyjnym. "Etyka bez kodeksu" - którą trudno anihilować nie tylko ze względu na osobę autora - opiera się na założeniu, że "jesteśmy dłużnikami we wszystkich miejscach, gdzie cokolwiek jest do spłacenia na świecie, obchodzi nas wszystko, co może być zmienione, wszystkie rewindykacje i wszystkie wierzytelności", zarazem jednak podkreśla, że "wartości moralne powstają w rezultacie asymetrii, (...) ktoś decyduje się uznać za swoją powinność coś, czego mu nikt trzeci nie ma prawa jako powinności przypisać". 20 lat temu to mogłoby wystarczyć, żeby zamknąć temat, ale dziś nie ma wielkiego znaczenia.

Dziś dominuje duch późniejszego o blisko 40 lat minieseju "O odpowiedzialności zbiorowej", gdzie Kołakowski pisze, że "nie jesteśmy osobiście odpowiedzialni za swoich przodków, ale jeśli wierzymy w to, że naród jest całością duchową i moralną, że przechowuje w czasie swoją tożsamość, chociaż pokolenia wymierają, a inne przychodzą na ich miejsce, to chyba jest dobrze wierzyć, że obok odpowiedzialności jednostkowej jest i zbiorowa, tj. narodu jako całości ciągłej".

Dług, który 40 lat temu obejmował "wszystko", teraz dotyczy gównie narodu. Ale i tu wraca kwestia "etycznej asymetrii". "Żądać od innych tego nie można - pisze Kołakowski - ale żądać od samych siebie można i należy, bo to się przyczynia do naszego zdrowia duchowego". Jednak w odróżnieniu od większości uczestników współczesnej debaty prof. Kołakowski pamięta, że życie społeczne to nie jest uniwersyteckie seminarium z etyki, którego uczestnicy o intelektach wyostrzonych jak skalpel precyzyjnie odcinają "słuszne" od "niesłusznego". "W rzeczywistości - dodaje - dzieje się, rzecz jasna, zazwyczaj odwrotnie: żądamy od innych, sobie wybaczamy na mocy odrzucenia idei odpowiedzialności zbiorowej".

I tu jest pies pogrzebany - nie w "obsesji niewinności", nie w "nienawiści do ofiar", nie w "zrozumiałości mordu". Gdy bowiem w publicznej debacie rehabilitujemy instytucję zbiorowej odpowiedzialności, w istocie nie promujemy tego, "w co dobrze jest wierzyć", lecz to, co "w rzeczywistości" się dzieje. A "w rzeczywistości" społecznych emocji niełatwo jest oddzielić szlachetne poczucie własnego udziału, także w mrocznym dziedzictwie wspólnoty, od groźnego obwiniania innych za grzechy ich przodków. To doskonale widać nie tylko w polskiej debacie. I zapewne właśnie z roztropności, a nie z umiłowania "poczucia nieodpowiedzialności", oraz nie z niechęci do "międzypokoleniowej narodowej wspólnoty" (cokolwiek o niej sądzili) Ingarden i Tischner skłonni byli ograniczać zakres odpowiedzialności do "granic możliwości skutecznego działania".

Mając bowiem w pamięci nieszczęścia XX wieku i obserwując to, co dokoła nas dzieje się z pamięcią, świadomością, poczuciem tożsamości (nie tylko Polaków i Żydów), lepiej czasem poświęcić "słuszne" w imię "bezpiecznego". Ja w każdym razie po smutnych przygodach "braterstwa", "równości" i "sprawiedliwości" na to, co najsłuszniejsze, patrzę zawsze ze sporą obawą. I coraz bardziej niepokoi mnie nasilający się brak tej obawy u innych.

W Europie (zwłaszcza w Europie Środkowej, ale też np. w Ameryce oraz na Bliskim i Dalekim Wschodzie) pamięć dzieli ludzi nie tylko na niemal każdej granicy, lecz także wewnątrz niemal wszystkich społeczeństw. Ta dzieląca nas pamięć była uciszona przez lata. Wydawało się, że umiemy już nad nią zapanować. Ale teraz gwałtownie ożywa i chyba nam się wymyka, stanowiąc zagrożenie nie tylko dla zbudowanego na przemilczeniach konsensu, lecz także dla misternie tkanych zbliżeń i rekoncyliacji.

Jak daleko pójdziemy tą drogą? I co z tego wyniknie? Czy to można przewidzieć? Każda odpowiedź wydaje się wątpliwa. Ale tym bardziej skoro już na tę ryzykowną drogę weszliśmy, trzeba się po niej poruszać z ostrożnością sapera, bacznie obserwując, co się dzieje dokoła: jak ta nowa świadomość zmienia świat, którego dotyka, i jak - zwłaszcza! - my się pod jej wpływem zmieniamy.