Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Roman Bratny

ROK W TRUMNIE

1983

 

 

Co się właściwie stało? Co może mnie zmusić, abym odebrał sobie ostatnie tygodnie wolności przed powrotem do więzienia po to, by spisać dzieje mojego bez mała rocznego urlopu z kryminału? "Przerwa w karze" dobiega końca. Żadnej ze swych spraw nie załatwiłem. Chyba, żeby brać serio prognozy kardiologów, że jestem "w normie". Czy ci ludzie, którzy zawodowo piszą książki, też ulegają takiemu złudzeniu, którego nie sposób odeprzeć: że bez tego co napiszą świat, jakiś kawałek świata, nie da się zrozumieć? I kto ma "zrozumieć" ten rok, ten kawałek świata między sierpniem 1981 a majem 1982, który mi się odsłonił, gdy stanąłem za bramą więzienia? Na dobrą sprawę nie wiem, czy wyszedł ten, którego zamknęli, czy ktoś zupełnie inny. Co zostało ze mnie, skoro uczeni powiadają, że organizm ludzki co siedem lat "wymienia" wszystkie swoje składowe komórki? Chyba poza szarymi z kory mózgowej, skoro zachowują pamięć? Tak, pamięć to jedyne co stanowi o tożsamości. Może dla jakiejś pamięci wyższego rzędu potrzebny jest obraz tego czasu odbity w moim koślawym "na trzy kwartały" życiu? Nie wiem. Przecież nigdy nie miałem skłonności do pióra. Nawet w więzieniu nienawidziłem tych chwil, w których musiałem pisać za kolegów listy do narzeczonych. Tak, bo do matki czy siostry pisali jakoś sami. Ale te "zasadnicze" musiały być inne. Takie tylko ja w celi, a ponoć "na całym korytarzu", umiałem pisywać, "Tak mnie wzruszyło, że musiałem polecieć w konia, ledwom przepisał" - przyznawał się taki szczerze do onanistycznej ekstazy. Tak. To chyba sukces więźnia Juliana Patryka, syna Anatola, jako "pisarza". Jedyny dotychczas. Ale wiem, że jednak przepaskudzę parę dni czy tygodni, żeby opisać ten czas, ten wspaniały i obrzydliwy, a także straszny okres mojej wolności, który się rychło skończy. Moja siostra, Basia, dokonała cudu. Napisałem kiedyś, że z moim sercem jest "raczej średnio" i ona dokonała cudu. Po wielu komisjach lekarskich nagle dowiedziałem się, że w "celu przeprowadzenia obserwacji klinicznej (nie wyklucza się operacji zastawki) zostaje mi udzielona przerwa w karze".

"Przerwa w karze" w papierach zaczyna mi się od pierwszego sierpnia i nie wiem, jaki diabeł ukradł mi dwa pierwsze dni wolności, gdyż dopiero 3 sierpnia zamknęły się za moimi plecami wrota więzienia. Przestraszyłem się. Tak. Wcale nie radość - przestrach. Ludzie byli szaleni. Każdy dokądś się spieszył. Szedł sam. Jeden naprzeciw drugiego. Czasem po dwóch. Ja też ruszyłem stamtąd szybko. Nie chciałem, żeby widzieli tę bramę za mymi plecami. Zresztą w tym miejscu czułem na sobie spojrzenia wszystkich. Wiedzieli, oglądali mnie. I ta przestrzeń. Poczucie własnej małości, bo horyzont jest za daleko - na długość ulicy, nie korytarza. Ściany domów po przeciwległej stronie nieosiągalnie daleko. Przyspieszyłem kroku... Na rogu ulicy przystanąłem, bo nie wiedziałem, gdzie jestem. Skąd mogłem wiedzieć, skoro przywieźli mnie tu suką z zakratowanymi szybami, a wszystko co widziałem z okien naszych cel, w których przyszło mi spędzić lata, to kominy okolicznych kamienic. Zatrzymałem się na rogu ulicy i zrozumiałem, że skoro nie wiem, gdzie jestem, to jestem na wolności. Samochody jechały każdy w swoją stronę. Kupiłem gazetę. Po prostu. Żeby się wprawić. A potem zobaczyłem tramwaj. Tramwaj był wreszcie do czegoś podobny. Nie rozumiałem z początku, dlaczego tak mnie uspokajał widok tramwaju, aż za trzecim - bo stałem tam bardzo długo przy tej budzie z gazetami ("kiosk Ruchu" - nauczyłem się potem mówić)-- więc za trzecim tramwajem to już wiedziałem, dlaczego mam zaufanie. Szyny - jechał tam, gdzie musiał jechać, nie tam gdzie mu się podoba. Więc wsiadłem do tramwaju i dopiero potem spytałem, jak dojechać do dworca autobusowego. Bo Basia napisała w ostatnim liście, że mam do Warszawy pojechać autobusem. Podała nawet godziny. Ale teraz było mi wszystko jedno - musiałem jechać "dokądś", a więc na ten dworzec. Nawet okazało się, że wsiadłem jak trzeba. Jedna przesiadka. Nie, nie byliśmy tak całkiem ciemni tam za murem. Trafiały się gazety. Ze dwa razy miałem w ręku i "Solidarność".

Z tą "Solidarnością" była zresztą heca. Po jakimś tam więziennym strajku-głodówce uzgodniono, że na oddział wolno będzie abonować 3 egzemplarze tygodnika. Na nasz wpuścili jeden. Otrzymywał go siedzący w izolatce więzień z dwudziestopięcioletnim wyrokiem, kompletnie ślepy. No, ale udało mi się parę razy dorwać ten jego egzemplarz... Niektórym funkcjonariuszom miękła rura. Woleli być za "swoich". Słyszeliśmy o buncie więźniów w Kamieńsku, a i u nas mieliśmy głodówkę, co poskutkowała. W końcu dziś też wyglądam inaczej, niż gdybym wyszedł za mur przed pół rokiem. Zaprowadzili mnie do fryzjera. Strażnik, z którym byłem zawsze dobrze, dogadał się z magazynierem i jego żona przeprasowała mi w domu ubranie zmięte w więziennym depozytowym worku. Całkiem normalny ze mnie mężczyzna. Przystojny - mogłem się ze zdziwieniem przekonać w lustrze dworcowej toalety. Człowiek odzwyczaił się od widoku odbicia własnej gęby. Tak, świat się zmienił. Coś drgnęło nawet w więzieniu. Ale co innego domyślać się, co innego zobaczyć. Zresztą perspektywa spędzonych na wolności miesięcy już mi coś zafałszowała w opisie pierwszych godzin.

Tak, widzę, że dzisiaj już niemal zapomniałem, co było najważniejsze. Naprawdę najważniejsze - to kobieta. Miejsce mi wypadło dobre. Nie przy oknie, ale przy pani. Pachnąca czterdziestka. Ładna. Dla takich jak ja, wyposzczonych, ładne było wszystko, co miało nogi... Ale ta była ładna. Przyglądać się mogłem swobodnie, bo niby na to co za oknem. Ale ona szybko zauważyła, i jak się uśmiechnęła, to byłem całkiem gotów. Autobus kołysał. Było jak na pierwszym w życiu filmie. Dziś zastanawiam się, już jako człowiek odzyskany przez swój dawny świat, kim byłem tego dnia. Aktorem? Kiedyś wybitnym i cenionym, jednym z tych młodych, o których się mówiło? (W naszym zawodzie człowiek, który ma powodzenie, odnosi sukcesy, jest "młody", jak długo nie zaproponują mu Króla Leara). Czy raczej już tylko więźniem? Człowiekiem o umyśle odłączonym od kultury, od wrażliwości, od myślenia właściwie. Kim bym nie był, to tam w autobusie byłem tylko nabrzmiały wściekłym pożądaniem kobiety; Patrzyłem na moją sąsiadkę coraz bezczelniej. Z początku jakby się spłoszyła, ale zaraz ją wzięło. Widziałem drobny ruch ręki, jakim poprawiła włosy. Uśmiechnęła się kącikiem warg. Zobaczyłem lekki rysunek zmarszczek i jeszcze bardziej mnie wzięło. Wiele było godzin przegadanych w ciemności celi, w pospiesznym sapaniu mechanicznego szukania ulgi, i częste było to nawijanie o "czterdziestce" jako "chętnej", "nauczonej", że z taką można "z przodu, z tyłu, z boczku i jeszcze pod pazur i jak chcesz" (cytuję naszego celowego seksuologa Zenka Siekierkę). A tymczasem coś się działo wokół nas. Na najbliższym przystanku na peryferiach miasta wsiadł do autobusu młody człowiek w dżinsach, rozpiętej koszuli. Zajął miejsce plecami do kierowcy, którego zresztą pozdrowił całkiem prywatnie. Usiadł na swój sposób. Tyłek na poręczy, nogi na siedzeniu. Przedstawił się. Był "Informacyjną Służbą Solidarności". Wyjął jakąś kartkę i zaczął uświadamiać podróżnych, dokąd zmierzamy. Usłyszałem, że wkrótce będziemy jednym z najbogatszych krajów Europy... Ta pani była ciepła, udało mi się tak przesunąć w fotelu, że biodra nam się zetknęły - była to niby moja próba zbliżenia się do umieszczonej pod oknem popielniczki... W Złotoryi, jak sama nazwa wskazuje, znajdują się ogromne nie eksploatowane wobec presji wielkiego sąsiada złoża drogocennego kruszcu. Boją się naszej konkurencji na światowych rynkach złota... W tym momencie uczułem ciepło na moim udzie. To ona przysunęła nogę. Spojrzałem bezczelnie, ale patrzyła niewinnie przez okno. Złoty kosmyk włosów za uchem drgał w rytm wstrząsów autobusu, serce podchodziło mi pod gardło... Ropy naftowej mamy w bród. Najlepiej świadczy o tym niekontrolowany wybuch w Karlinie. Sam wybuch zresztą też jest świadectwem. Ale teraz knowania zewnętrznego wroga, który chce nas trzymać na uwięzi monopolu swoich dostaw, zostaną przerwane... Gdyby energię z jaką wierciliśmy co noc nasze więzienne sienniki obrócić na takie poszukiwania - pomyślałem ze zgrywą, czując jak strasznie uwierają mnie spodnie. Chyba to było widać. Moja sąsiadka miała oczy spuszczone.

- Pan do Warszawy? - usłyszałem jej pytanie i przestały do mnie dochodzić słowa agitującego "informatora".

Dowiedziała się, że jestem" aktorem. W końcu prawda. Skoro przestałem być więźniem, to kim jestem? Tym kim byłem! I było nieprawdopodobnie. Za oknem zielony świat. Dokąd leci? Tam, gdzie ja chcę. Uwierzyć trudno, że gdzieś tam daleko stoi nieruchomy budynek, kraty, skrzynia na oknach, a w celach... Gdyby mnie widzieli, całą noc waliliby w konia. Bo już trzymałem za rączkę. Skóra kobiety. A rękę miała delikatną. W domu gosposia. Dużo podróżowała. Truła mi o Grecji. Kupowała wina dla naszej centrali. "Ubóstwiam słodkie". Wypijemy? - pytam. - Figlarz - drapie mi paznokciem wnętrze dłoni, a ja już nie wiem, co mam w spodniach. Tamten nawija uparcie. Teraz o jakichś workach rzekomego cementu, w których nasz rząd wysyła do NRD smalec. Świat jest nieprawdopodobny. Dziś, kiedy głaszczę ją przez sukienkę po biodrze, zgadzam się: niech wysyłają. Ale czemu w tych workach? Jasne, ze strachu przed głodującym ludem. Moja dłoń spoczywa na jej udzie. To śmieszne, jak człowiek pisze frazesem. Chyba świadomi - pisarze - spostrzegają takie rzeczy od razu. Bo jak "spoczywa", skoro drży. Naprawdę drży mi ręka, jak pijakowi gdy wyciąga ją do kieliszka. Ręka drży. To się posunie o centymetr, to lekko zbierze trochę materiału... Widzę opięte jedwabiem pończochy kolano... A ja mówię. Coś o graniu w filmie. Ona, że nigdy mnie nie widziała na ekranie. Ja, że zerwałem z filmem. Ona, że rzadko ma czas bywać w teatrze. Często w delegacjach za granicą (kupuje te słodkie wina, o Jezu!), a jak w kraju to mąż, "człowiek już starszy", często choruje... (No, teraz już jasne, śmiało naprzód. Zameldowała, że szpara wolna - no tak, tak pomyślałem, trudno. Ja mam czterdzieści lat, a może tylko te dziesięć, które spędziłem w więzieniu. Nauczyłem się mówić tamtym językiem, ale także nim myślę.) Upuszczam paczkę papierosów na podłogę. Zsuwam się w ciasnotę, przyciskam plecami do fotela z poprzedniego rzędu, aż czuję jak tamten pasażer kręci się niespokojnie, ale mam czego szukać. Gdy lewa ręka udaje, że zbiera z podłogi, prawa jest pod sukienką pani... Cudowny poślizg dłoni po jedwabiu pończochy... Nie broni... Nawet po sekundach rozsuwa kolana. Młoty w skroniach. Ręka już czeka na pasek nagiej skóry powyżej pończochy i sekunda rozczarowania - rajstopy - żadnego dostępu. Ale już czuję jej paznokcie wbijające się w moją rękę i błogie spełnienie. Wstrząsa mną raz i drugi pełnym wyzwoleniem z napięcia. Jakbym te dziesięć lat wyrzucił tamtędy z siebie. Wilgoć i cisza.

Teraz słychać, że Ameryka jest potęgą, która nas nie opuści. Ona sama bierze mnie za rękę. Ile to lat? Te rajstopy... były już, były, oczywiście. Ale pamięć dyktowała dłoni ten dotyk nagiej skóry nad pończochą z tamtych czasów, w których opuściłem świat pełen kobiecych nóg... Cały świat, który teraz idzie znów w moją stronę. Chyba pani nie spostrzegła co się ze mną stało. Klepie mnie uspokajająco po dłoni, dostaję wizytówkę - telefon do pracy - instruuje mnie cicho, jakby mąż siedział na sąsiednim fotelu. Ale naprawdę to będzie na nią czekał na dworcu. Pa. Jesteśmy w Warszawie.

 

To było dziwniejsze, niż gdybym tym autobusem wylądował na lotnisku w Buenos Aires. (Kiedyś po raz pierwszy i jedyny poleciałem na festiwal). Od pierwszych kroków prześladowało mnie wrażenie absurdalnej egzotyki. Nie, że dokądkolwiek "wróciłem", tylko że gdzie się "znalazłem". Ale gdzie? Już na dworcu megafon huczący triumfalnym marszem, moja pani zniknęła, zanim zdążyłem wypatrzyć tego jej męża, byłem sam, ale megafon mnie uratował. Triumfalnie komunikował, że moim obywatelskim obowiązkiem ("każdego Polaka") jest znaleźć się wraz ze społeczeństwem stolicy, aby "wziąć udział", w sposób "niepowtarzalny udowodnić" i "dać nareszcie wyraz..."

"Na dwadzieścia pięć lat pozbawienia wolności oraz pozbawienie praw publicznych na lat..." Tak mówił wyrok. Ale miałem "przerwę w karze". A ten megafon zachęcał, abym wierzył, że i przerwę w owym "pozbawieniu" - no, zwracał mi prawa. Kiedy znalazłem się tam, gdzie mnie wzywano - na Marszałkowskiej - pojąłem, że trafiłem na czas, gdy każdy tworzy sobie prawa. Byłem z wolnymi ludźmi. Gigantyczny ludowy festyn. Nie widziałem karnawału w Rio, ale to musiało być to. Więc wyszedłem niemal prosto z więzienia na tę ulicę ubraną jak na pierwszego maja... Ale pierwszy maja bez czerwieni, jakby nagle zmieniła się moda i miasto jak kobieta pokazywało się pełne kokieterii w nowym stroju. Biało-czerwone. Flagi. Transparenty. Ciężarówki obandażowane wypisywanymi na białych szarfach hasłami. Wszystko stłoczone na ulicy w bezruchu, ale żyjące szalonym życiem. Na platformie gigantycznej maszyny zespół jazzowy. Gdzieś z megafonu usłyszałem nagle nazwisko swego scenicznego kolegi i zaraz lawinowe brawa. Jak nieprzytomny zacząłem się pchać w tamtą stronę. Słyszałem skandowany chóralny śpiew. Rozumiałem słowa - śpiewali młodzi ludzie stojący na dachu autobusu. Trzymali się za ręce. Mogłem żyć, mogłem patrzeć, mogłem szukać mego kolegi, zapowiedź występu którego usłyszałem przez megafon, mogłem przechodzić koło kobiet wydekoltowanych, w letnich sukienkach. Były moje. Dzięki mojej pani z autobusu wszystkie były moje i nie musiałem ich mieć w tej chwili. W portkach było już sucho. Byłem w Mar del Plata, w Rio, a to była tylko Warszawa. Ani jednego psa... (Już znów blisko więzienna brama. Za trzy tygodnie wracam. Czy zdążę opisać to, co się przydarzyło - napisałem "psa" - tak jak się mówi w celi. Już niedługo. Już wraca tamten świat, tamten język.) Ani jednego milicjanta. Sami ludzie. No i znalazłem mojego scenicznego kolegę. Przytył. Stał na zmontowanej ad hoc estradzie. Tak, to on śpiewał. On dyktował rytm tłumowi, tamtym na dachu autobusu. Wszystkim. "Aby Polska". Mój Miś z Okienka był teraz, nie wiem, Robespierre'em, czy Rouge de Lisie tworzącym Marsyliankę nowych czasów. Miś z Okienka. Ale to były czasy, gdy jeszcze panie nie opancerzały się latem w rajstopy. Tak, ten paseczek delikatnego ciała nad pończochą stał się dla mnie granicą, Rubikonem, przekroczoną smugą cienia. Znów o kobietach. Ale tak wtedy było. Może bliskość dziewczyny w kwiaciastej sukience. Znowu złapała mnie chcica. Przywołałem się do porządku. Naprzód! Jak tu się do niego dopchać? Ale po co? Gotów się przestraszyć. Był świadkiem na moim procesie. Adwokat twierdził, że od takich świadków obrony jak on, tylko przybywa lat wyroku. Wycofałem się z tego zgromadzenia. Wiedziałem już, że do nikąd nie wróciłem. Ze świat jest nowy i ja się po prostu na nim pojawiłem. Komunikacja była sparaliżowana, żeby dojechać do mieszkania Basi, musiałem zrobić z dziesięć kilometrów przez miasto. Ruszyłem torując sobie drogę w tłumie. Dochodząc do ronda u zbiegu Alei Jerozolimskich i Marszałkowskiej zorientowałem się, że tu jest centrum jakiejś sprawy. Tak sobie myślę, że egzotyka tej sceny, zmiana powszedniej scenerii w gruncie rzeczy ułatwiły mi adaptację. Nie może być chyba nic paskudniejszego niż stwierdzenie, że stary świat, twój dobry znajomy, istniał bez najmniejszych zmian swych obyczajów, nie zauważając twej nieobecności. To przygnębiające. A ja nie byłem przygnębiony. Odwrotnie, ogarnął mnie nastrój euforii. Nawet się tego nieco przestraszyłem czując jak serce mi przyspiesza. Gdzieś w jakiejś bramie połknąłem pigułę. Do tej pory, choć czułem, że z moim sercem nie jest najlepiej, nie wiedziałem, czy ową "przerwę w karze" zawdzięczam istotnie niebezpieczeństwom wynikającym z mego "układu krążenia", czy też "układ" jest wynikiem innych układów, które uruchomiła Basta, by mnie wyciągnąć zza muru. Rozgryzłem pigułę, rozpuściłem pod językiem i powędrowałem dalej. Byli. Jednak byli. Poczułem, że wróciłem do siebie, na moje śmiecie. Kordon milicji blokował wejście w Aleje. Ale moja trasa prowadziła prosto. Teraz przestałem się bawić. Chciałem jak najprędzej schronić się u Basi.

 

Biedna moja bogata siostrzyczka. Blada jak kubeł wapna. Co innego jest wiedzieć, że się siedziało dziesięć lat, a co innego jest to zobaczyć. A zobaczyłem przez nią. Chyba najpaskudniejszy los karze nas za. rozłąkę konfrontacją z kimś zmienionym nie do poznania przez czas naszej nieobecności.

Tak samo zaszokował mnie Kuba. Mój siostrzeniec był już dorosłym człowiekiem. Ośmioletni dzieciak - a dziś mógłby już pójść pod celę... Tak pomyślałem. Piękny chłopak. Twarz z charakterystyczną mocną szczęką, ale duże szare oczy patrzą lirycznie, bujna grzywa płowych włosów. Sama młodość. Nie wiedziałem, że witam się... Tak, popełnić samobójstwo mając lat osiemnaście, ukochaną matkę, prymus w klasie. Wiedziałem. Jak tylko to się stało, wiedziałem, że go zamordowali. No, ale teraz witał mnie żywy, poważny, przejęty... "Pan domu" - wkurwił mnie jakimś odezwaniem. Było to jakby: "gdzie też cię, wujku, umieścimy", czy coś takiego. Ona była jak nieżywa, wypełniona próchnem, jakie w niej zostawił ten cholerny Laniewicz. I ona miała żyć, to ona pożegna mnie, kiedy będę wracał za mur, a on, ten młody mój siostrzeniec, będzie już nadjedzony przez robaki, nim minie te parę miesięcy. Nie umiem pisać jak należy - po kolei. A w końcu niech się męczą ci, o ile tacy będą, co zechcą zajrzeć w ten paskudny opisany świat, który chcę, nie wiem po co i nie wiem komu, zostawić.

Więc Basia. Zawsze nie znosiłem jej męża... tego Laniewicza. W jakiś sposób przypominał mi ojczyma. Powtórne małżeństwo matki po śmierci naszego ojca było dla nas obojga nie do przyjęcia. Może gdyby nie to nie miałbym wyroku dwudziestu pięciu lat. Więc nie do przyjęcia: obcy znalazł się wśród nas. Miałem dziesięć lat Pamiętam, którejś nocy obudziłem się z jakiegoś paskudnego snu. "Mamo!" i usłyszałem jej głos z sąsiedniego pokoju, jakiś... dziwny. "Mamo!" - byłem jeszcze bardziej wystraszony. "Co synku?" Chodź do mnie. "Nie mogę". Co robisz? "Czytam" - przyszła odpowiedź z ciemnego pokoju i potem jakieś brutalne męskie ponaglenie, nie rozumiałem słów... Nie wiedziałem, co robią. Matka kłamała. Ona, która była samą prawdą...

Basia też go nienawidziła. Starsza o trzy lata może rozumiała więcej. Wspominam to tylko dlatego, bo myślę, że mój stosunek do jej męża był apriorycznie ("apriorycznie"? dobrze to zastosowałem?) niechętny. Określony przez tamtą sprawę. Znów ktoś obcy wchodzi między nas. Bo od śmierci matki stosunek Basi do mnie stał się jakby na wpół macierzyński. Tak, nie znosiłem tego Laniewicza. W dodatku partyjny bonza. Otrzymana w więzieniu wiadomość, że się rozchodzą, właściwie mnie ucieszyła. Jakbym odzyskiwał za murami, bo ja wiem "dom". Ale to była jej klęska. Wiało od niej zmęczeniem, do cholery - rozpaczą. Przecież ucieszył ją mój widok. Ja na wolności to jej triumf. Niemal się popłakała, a właściwie to się popłakała, bo skoro wyrwała mi się z uścisku i pognała do kuchni to przecież nie po to, by zrobić herbatę, ale by skryć się na krótką chwilę. Zostałem ze szczeniakiem. Dla niego najważniejsze było, że przychodzę z miasta. Bo matka nie chciała go wypuścić. Przychodziłem. Bolały mnie łydki. Ze Śródmieścia na Mokotów to kawał drogi dla faceta, który przez dziesięć lat łaził po celi albo odwalał swoje pól godziny na spacerniaku. Ładna ta ich willa. "Prominencka", jak teraz się mówi i pisze. Musi im być marnie we dwoje. A ja byłem czujny. Od razu pomyślałem, że chyba będzie gdzie sprowadzić moją panią z autobusu. Baśka zrozumie. Opowiedziałem małemu to i owo z ulicy. Słuchał z otwartymi ustami. Wyraziste szare oczy chwilami mrużył, jakby raziło je jakieś światło. Przerwał mi, gdy mówiłem, że nie puścili ich pod KC. Puścili - ironizował trzeba się było przebić. Ja widziałem wujka w". - wymienił film z lat okupacji z moją młodzieńczą rolą. Od razu się połapałem, co tu jest grane. Chłopak został z matką musiał nienawidzić ojca - eks-sekretarza.

- A chciałbyś, żeby odwiedzili tatusia? - sprowokowałem.

- Jego tam już nie ma. Nawet "oni" nie mogli trzymać takiego... - zrobił się czerwony.

Pomyślałem sobie, że muszę być u niego dobry. Przecież prokurator nazywał mnie w czasie procesu "ojcobójcą" i nie pomagały protesty obrony, że ofiara nie była moim ojcem. A on pewnie miałby ochotę...

A chłopaczek ogólnie był miły. Porządnie znerwicowany. Rumienił się jak dziewczynka, ale politgramotę wstawiał nieprzytomną. Znalazły się jakieś drukowane informacje przekazane mi spiesznie - widocznie Basia tego nie tolerowała. Spostrzegłem tytuł: "Jak partia chce zagłodzić naród polski...". Wróciła Basia z tą herbatą. Miała czerwone oczy. Już dawno nikt tak na mnie nie patrzył. To prawda, że rodzeństwo może się po swojemu kochać. Nie znałem dokładnie jej spraw, bo i skąd dziesięć lat za murem - i nie myślałem, że tak szybko opowie mi o wszystkim.

- Kubełku - zwróciła się do syna - idź do swego pokoju.

Ale nigdzie nie poszedł, bo zrobiła się sprawa, gdzie to ja będę mieszkać. W którym pokoju. Moja pani z autobusu od razu przypomniała mi się tak ostro, że wolałem nie wstawać od stołu, żeby czego nie spostrzegli. Powiedziałem więc, że nie ma pośpiechu, do snu daleko, a prośbę to mam jedną, żeby w razie możliwości pokój z wejściem tak więcej niekrępującym.

- Nie zmieniłeś się - westchnęła z pobłażliwym uśmiechem i skapowałem, że jakoś mi się to dymanko ułoży. Może od razu jutro. Piszę jak mi lecą myśli, ale sam widzę coś zabawnego. Oto jak tylko wyszedłem, nie tylko myślało mi się po celowemu, ale czasem i palnąłem coś takiego, że ludzi w towarzystwie zamurowało. Ale przecież po miesiącu mi przeszło. Jakbym po emigracji wrócił do rodzonego języka. I "ą" i "ę" (pardą pierdolę) - jak trzeba - wydrzeźniał w celi inteligentów mój nieodżałowany Siekierka. Więc tak, wróciłem do języka środowiska", ale teraz, gdy piszę o tych pierwszych dniach, to piszę tak, jak wówczas myślałem. Samo się tak pisze. A jest to jakby logiczne i gdyby jaki krytyk kiedyś coś o tym napisanym kombinował, to będzie w tym widział "świadomy zamysł artysty". Bo z początku to był z tym moim językiem kłopot Pamiętam na kolacji u Witka Sanojcy grzmotnąłem coś takiego, że on dla ratowania sytuacji opowiedział całą historię, jak to przez dwa wakacyjne miesiące uczył się w Anglii języka zarabiając jako koniuch w wyścigowej stajni jakiegoś lorda. Witek ma jednego joba. - "Koń i Broń, i Barwa" - jak się z niego żartowało w teatrze. Jest synem oficera kawalerii i całe jego nieudane aktorstwo i inspicjentura z powołania to żarty złośliwego losu. Więc tam w Anglii po stażu u koniuchów zaprosiła go na londyńskie salony jakaś emigracyjna ciotka. I aż się zdziwił, jakie miał powodzenie. Rozgadał się. Brylował. A Anglików dokoła coraz więcej. Zwłaszcza pań. Czasem coś między sobą poszepczą, ale rozpytują go bez przerwy. I śmieją się częściej niż trzeba. Jak ciotka podeszła bliżej, omal nie zemdlała. Bo angielszczyzna stajni różni się od salonowej. Także polski z celi od tego języka, co za murem. Ale ja nie o tym. Więc pokój dostałem na parterze i z oddzielnym wejściem. Marzenie. Prosto z ogródka. Takiej willi to się nie spodziewałem. Basia pisała, że mają "duże mieszkanie". Co te bidaki we dwoje tu robią. Straszny dwór. Ale na najwyższy pic i chrom. Kuba mi opowiadał, że "stary" (nigdy nie powiedział ojciec) będzie jeszcze za to odpowiadał. Bo ich willę, jak już była całkiem gotowa, to jeszcze wykańczano na "najwyższy standard wyposażenia". Jakieś przedsiębiorstwo- z Rzeszowa. "Zęby było dalej. Żeby się nie wydało. A wydało się - triumfował mały. Wyszło. Jak i te talony-" Ale więcej nie chciał mówić. Naprawdę był miły, delikatny i ta zajadłość dziwnie mu nie pasowała. Ale od początku był taki, że jak się to stało, wiedziałem, że nie mógł popełnić samobójstwa. W każdym razie z tej dwójki na pewno Basia była bardzie] podejrzana, raczej o nią bałbym się, nie o małego. Nieprędko doszedłem prawdy, jak to z nimi było w tym małżeństwie naprawdę. O romansie Laniewicza dowiedziałem się już wkrótce od Witka Sanojcy w teatrze, ale cała reszta odsłaniała się przede mną powoli. Oto moja siostrzyczka kierowana babską zasadą poszukała rewanżu. Nie musiała mieć z tym kłopotów - tak by się wydawało bo przecież jest, a raczej była, naprawdę piękną kobietą. Ale cóż, "pozycja" czasem przysparza kłopotów. Okazało się, że przy pierwszym zagrożeniu jej partner zmył się w obawie przed mężem, a potem, gdy ona sama doprowadziła do rozwodu, nazwisko "Laniewicz" było już dla tego gnoja skażone "prominenckim odium". Podobno jej powiedział, że nosi "skompromitowane nazwisko" i człowiek w jego sytuacji i tak dalej. "Sytuacja" to była jego aktualna pozycja w "środowisku". Bydlaczek był swoistym ważniakiem w kręgach "opozycji artystycznej". Coś takiego miałem okazję też poznać przez ten rok wolności - rok w trumnie. I została moja opiekuńcza, piękna, dobra, z tym chłopcem, którego mieliśmy grzebać za parę miesięcy, w willi podejrzanej, wygodnej, wspaniałej i teraz ze mną - chorym na serce kryminalistą, "ojcobójcą"... Tak, było mi dobrze w tym domu strachu i nienawiści. Bo ona bała się o małego, a on po prostu nienawidził. Jak na lata, które nas dzieliły, dużo z pętakiem rozmawiałem. Łączyła nas ta nienawiść. Nie wyniosłem jej zza muru, ona tam wykiełkowała, ale ziarno rzuciły te lata - ostatnie czterdzieste, pierwsze pięćdziesiąte. Te lata, w których do szkoły aktorskiej dostałem się tylko jako "szwagier towarzysza Laniewicza". Cóż z tego, że był wówczas jakimś pętaczyną w stołecznym komitecie... Ale w komitecie. Te lata, w których na szkolnych próbach "Brygady szlifierza Karhana" nasz przewodniczący Zetempe protestował, że politycznym błędem jest obsadzanie mnie w roli pozytywnego bohatera, gdyż moje przekonania i tak dalej. Jakby gówniarz znał moje przekonania, to by się bał chodzić ze mną na wykłady. Ale już wówczas ratowało mnie to, co potem poniosło mnie dalej. Ktoś tam w teatrze powiedział, że ja "mogę zagrać wszystko - krzesło i rodzącą matkę". Tak było. W najlepszych latach przed moją sprawą zazdrośni koledzy mnie nienawidzili, a niech mi kto pokaże niezazdrosnych, więc nienawidzili mnie wszyscy. Mawiali, że jak Dyrektor wkrótce obsadzi mnie w roli Marii Stuart, też się nie zdziwią... Ale czemu ja teraz piszę o sobie i to o tym, którego już nie ma. No więc, wracam do właściwej kolejności. Zasypiam na miękkim tapczanie w świeżej pachnącej pościeli i wiem, że jutro będzie tu ze mną moja pani z autobusu. Co tam serce. Serce się trzyma. Powiedziałem Basi, że pierwszy tydzień wolności jest dla mnie. Żadnych lekarzy.

Następnego dnia byłem w teatrze. Droga trwała długo, bo żeby się trochę "oswoić z miastem", jak powiedziałem, a tak naprawdę to z wolnością, wybrałem się na piechotę. Co chwila przystawałem poczytać. To jakiś Ruch Obrony Praw Człowieka zapowiadał "Marsz gwiaździsty" w obronie więzionych za przekonania, to przebrany za psa spiker wychylał się z okienka telewizora z wyciągniętą w stronę widza pięścią. Co jakiś czas smarowane smołą napisy żądały "dostępu do środków masowego przekazu". Nie spieszyłem się. Zwłaszcza że tak naprawdę ta pierwsza wyprawa "do teatru" streszczała się do spotkania z Witkiem Sanojcą. W teatrze, czy u Witka Sanojcy, ale przecież to na jedno wychodzi. Mówi się, że przyjaźń zdarza się rzadko. Prawdziwa przyjaźń. Ja myślę, że równie nieczęsto trafia się mieć dla kogoś szacunek. To właśnie dziwne. Ja, pupil dyrekcji i publiczności, i on - starszy o dziesięć lat aktor na posadzie inspicjenta. Grywał te swoje ogony, aż przy kolejnej umowie dyrektor "musiał" z niego zrezygnować - w obliczu pierwszej delikatnej politycznie - jak się wyraził - sytuacji. Wówczas to przeszedł na stanowisko inspicjenta. To już w naszej hierarchii niemal pracownik fizyczny sceny. Ale został w teatrze. To śmieszne, dziwaczne nawet, ale był jedynym człowiekiem, z którego zdaniem się liczyłem. On jeden nie grał na siebie, niczego dla siebie nie chciał, jeśli przeżył swoje wygnanie ze sceny, to przecież nie dopuścił do wygnania z teatru, bez którego życia nie widział. A ów skandal wyniknął, gdy z uwagi na nietypowe warunki zewnętrzne zaoferowano mu rolę w wielkim serialu poświęconym czasom okupacji. Odmówił. Nie podobała mu się rola generała Okulickiego, dowódcy poakowskiej konspiracji londyńskiej. "Fasony naszego Witusia" powiedział z niesmakiem dyrektor po powrocie ze zdjęć. Bo on w tym serialu kreował. "Odmówić takiemu reżyserowi F Pytano mnie, czy to aktor z mojego teatru. Na szczęście mogłem zaprzeczyć. Przestał być aktorem i nigdy nim nie będzie. Mówiło się przy mnie takie rzeczy. Raz - bo byłem "ulubieńcem", dwa - bo Teresa (potem to wyjaśnię, Teresa to żona dyrektora, kiedyś moja dziewczyna).

Więc napisałem, że "byłem w teatrze", a byłem u Witka. Jako że teatr ma w sierpniu urlop. A mój abnegat siedzi w Warszawie. Dla mnie, człowieka zza muru, było najzupełniej oczywiste, że go zastanę. Zapomniałem, co to jest urlop. Lato w Warszawie było dla mnie festiwalem, zielenią. Corso, chciałoby się napisać. No, przesada. Co to, to nie. Zatłoczone kolejkami ulice były czymś, co mi przypominało, że odszedłem stąd dawno. Gdy istniały jeszcze sklepowe wystawy. Przecież to były początki radosnego żarcia. Dziewczyny w importowanych ciuchach. Mój Boże, coca-cola. Gdzie się podziała cocacola? Ale miało być o Witku Sanojcy. Trafiłem jakbym wpadł po próbie(TM) Bo mieszkał opodal teatru i robił świetną kawę. "Księga jazdy polskiej" a jakże, na swoim miejscu, na stoliku z telefonem. "Broń i Barwa" ha półkach. Witek! Mój Boże, teraz zrozumiałem, co to jest dziesięć lat. Każdy rok zapewne coś zabierał z mego Witka. Dość, że został wysoki, chudy, siwo-łysy, tylko szczoteczka wąsów starannie przystrzyżonych była nienaruszona. Wiedział od Basi, że mam być w tym miesiącu zwolniony, ale osłupiał, jakbym spadł z księżyca w pełni. Coś mamrotał łaskocząc mnie swoimi wąsami, klepał, poklepywał, macał, czy jestem naprawdę, jakby podejrzewał, że ktoś mu podrzucił makietę zamiast żywego faceta. No i było gadanie. Najpierw, oczywiście, jakbyśmy grali w obyczajowym serialu, "czy herbatę?!" Roześmiałem się. Jeszcze tydzień temu w celi takie pytanie "czy chlapnąłbym czaju" byłoby towarzyskim żartem, a ja teraz mówię serio, żeby dał spokój. Gadajmy.

No i wypłynął w tym gadaniu cały mój stary świat, którego nie mogłem poznać. Bo czy mogłem w działaczu "Solidarności", prezesie Towarzystwa Pomocy Więzionym za Przekonania, poznać mego Dyrektora Konrada, przezwanego "Wszystek", który zawdzięczał swój teatr memu eks-szwagrowi Laniewiczowi... (Może i z tego spływało na mnie nieco dyrektorskich łask, chociaż to nie tylko wygórowana ambicja każe mi w to wierzyć). Dyrektora, posła na Sejm. Postać. Dyrektora recytującego na galowym koncercie "Odę do młodości" mimo sporego już brzuszka. Nikt się nie śmiał. Towarzystwo Więzionych za Przekonania. Jezus Maria. To przecież w ostatnim roku mego pobytu na wolności zdarzyła się ta wsypa z okazji uroczystej premiery w naszym teatrze, który dzięki łaskawej protekcji Sekretarza dorobił się drugiej sceny mimo chronicznego budowlanego kryzysu. Oto po premierze "skromne przyjęcie". Do towarzysza Laniewicza podbiega z kwiatami dziewczątko i w chwili, gdy sekretarz pochyla się, by ucałować je w policzek, jak każe specjalny bon ton towarzyszy sekretarzy, dziecko buch - całuje sekretarza w rękę. Laniewicz jaki był, taki był, ale zrobiło się głupio. I wówczas Dyrektor: no, cóż, nieporozumienie, nikt dziecku nie kazał, ale słyszy tu u nas co dzień, że jesteście dla nas jak ojciec. Chóralny śmiech i nastrój, i sukces. Teraz prezes Towarzystwa Pomocy Więzionym za Przekonania. Śmiejemy się, ale mój Witek robi mi pryncypialny wykład, że to co się stało, ta cała "niemal rewolucja" wynikła z powszechnej świadomości, że utrwalony ład jest z gruntu zły. Nie o to, że ktoś kradł, ktoś tam w inny sposób nadużywał władzy, a to, że porządek społeczny, cały porządek, uległ rozkładowi. I nie wolno mi oceniać niczego przez pryzmat naszego środowiska ("nasze" to łaskawym zdaniem Witka aktorskie, czy coś takiego), którego pozerski, moralizatorski, karierowiczowski akces tylko kompromituje sprawę... Strasznie jest pryncypialny, ale o herbacie nią zapomina. Przekrzykiwaliśmy się przez korytarz, gdy gospodarzył w kuchni.

- Jest pojarunek i czaj - mówię grypserą zaciągając się papierosem.

Śmiejemy się. Jemu nie muszę nic mówić - wie, że teraz tłumaczę ten świat, który moim być przestał, na tamten, z którego powróciłem.

Żeby skończyć z tematem "Dyrektor", Witek pokazuje mi ulotkę "Towarzystwa".

- Nie masz co teraz czytać, weź do domu. A wiesz, kto jest autorem? Nie zgadniesz... Ale zgaduję. Od razu chwyciłem ton. Witek mnie podziwia. Autorem jest Kostuś, nadworny krytyk Laniewicza, piewca Dyrektora. Wydał za moich czasów na welurowym papierze drukowaną broszurę o naszym teatrze. W drugim roku jego istnienia. No bo któż, jak nie Laniewicz umożliwił, a Dyrektor stworzył... Było tam i moje zdjęcie. Wstyd się przyznać-niejedno.

Pytam, co robi Towarzystwo i dowiaduję się, że Dyrektor miał wczoraj konferencję prasową w... Paryżu.

- A więzionych na razie tak na dobrą sprawę dwóch - uśmiecha się wstydliwie Witek.

W tym momencie dochodzi mnie jakieś walenie.

- Ktoś się dobija?

Witek nadsłuchuje. Łomot jak diabli. Widać słuch mu się stępił.

- Ach tak - mówi. - To Andrzej... - wymawia imię syna. Pamiętam, coś się czasem pętało pod nogami, gdy wpadałem przed spektaklem...

- Już w maturalnej klasie. Chodzą razem z Kubą Basi - informuje przepraszając, że zostawi mnie na chwilę. Leży. Złamał nogę. Wakacje w siodle... - skrzywił się. A ja się śmieję. Mnie jest dobrze. Jakbym się napił.

- Naoglądał się "Księgi Jazdy Polskiej", to i masz. A głowa w porządku?

- Jak to głowa? - przyjaciel przestaje w progu.

- No, głowa?

- Jechał w toczku.

- Myślałem, że dałeś mu czako dziadka...

Sławne czako. Był czas, że tak przezywaliśmy w teatrze Witka. "Czako". Ale w końcu się nie przyjęło. Bo Witek jest synem legionisty - "beliniaka". Ż tych dwudziestu, co w tysiąc dziewięćset czternastym roku przekraczali granicę Kongresówki niosąc siodła na plecach, bo konie mieli sobie dopiero zdobyć. I czako jego ojca stało zawsze na stojaku w kącie pokoju, jakoś go tutaj na starym miejscu nie widzę.

- Chodź, przywitasz gówniarza to i czako zobaczysz...

Stoję w progu pokoju i patrzę na leżącego na tapczanie z nogą w gipsie pryszczatego chłopaka. Coś tam mówię. Śmiejemy się. On mnie pyta, czy nie mam papierosa, odruchowo patrzę na ojca. Witek pobłażliwie wzrusza ramionami. Wyciągam swoje extra mocne, widzę, że paluchy małego są aż żółte od nikotyny. Grzebie w pudełku, bierze dwa papierosy mrugając do mnie.

Podaję mu ogień. Pryszczata gęba w siódmym niebie...

A będę go trzymał za kark wyłamując mu rękę z pistoletem, a będzie chwila, gdy już rozbrojonemu będę wgniatał lufę w ustępliwy brzuch spazmatycznie broniąc się przed sprawiedliwym odruchem, by nacisnąć cyngiel...

Nie umiem pisać. To, co przeżyłem, wyłamuje mi porządek chronologiczny, który pragnę zachować dla prawdy. Ale jak go zachowam, gdy już widzę, że zapomniałem napisać, jak znów zatkało mnie miasto, jakby ponownie po raz pierwszy zobaczone. Po wczorajszym festiwalu teraz posępne, znudzone kolejkami, zmordowane i przecież jakoś bardziej zrozumiałe.

Więc nie napisałem: trzeba by to gdzieś wstawić przed tą rozmową z Witkiem. No i to jeszcze, że w samo południe zerwałem z biura od tych win moją panią z autobusu i teraz byłem całkiem spokojny. Ale wracam do gówniarza. Przygląda mi się, jakby zobaczył we własnym mieszkaniu wielbłąda: wiadomo, facet zza kraty. I co weselsze "ojcobójca". Ciekawe, jak mu się z Witkiem układa? Może ja mu imponuję? Ojciec usłużył jak trzeba, coś tam mu podał i poprawił i znów możemy sobie gadać swobodnie.

- Widziałeś te jego paluchy? - mruczy ojciec.

- O co ci chodzi...?

- Smaruje sobie co tydzień jodyną. Żeby żółkły. Bo ma być nałogowym palaczem. To mu daje autorytet

Witek umie w paru słowach zakapować wszystko i wszystkich.

- Nie chciałbym, żebyś na mnie pisał donosy - powiedziałem w pewnej chwili, jak już omówił plajtę mojej Teresy. Nie miałem do niej żalu. Nigdy. Ale przyznaję, że odczułem coś w rodzaju głupiej satysfakcji. Bo ten baran Wszystek, nasz Dyrektor, związał się teraz z Malała Wrzoskiewicz-. Kto to jest, do cholery. Malała Wrzoskiewicz? Nie pamiętasz Wrzoskiewicza? Owszem, pamiętam, kto by nie pamiętał takiego błazna. Więc Malała to jego żona. Witek pokazuje mi okładkę "Ekranu". I już wiem. Znam Malalę lepiej niż dobrze. Przemycone okładki tych pism to nasze pin up girl. Leciało się pod taką w konia lepiej niż w naturze. Właśnie tę Malalę wypożyczaliśmy sobie ostatnio z Zenkiem Siekierką. Podpis był obdarty. No, ale nie będę truł takich opowieści poczciwemu Witkowi On zresztą może myślał, że jeszcze w jakiś sposób obchodzi mnie Teresa. Bo mówił, że podziwia, jak ona wspaniale gra, że niczego nie wie, niczego nie zauważyła, nic się nie dzieje. W teatrze gra nadal panią dyrektorową. Ale sprawa poszła tak daleko, że on (baran - Dyrektor umiejętnie bezpartyjny eks-pieszczoch Laniewicza, dziś prezes Towarzystwa Opieki nad Więzionymi za Przekonania) zaangażował Wrzoskiewicza z żoną na stałe.

- Wyobrażasz sobie, Wrzoskiewicz w naszym teatrze- - lojalność Witka wobec instytucji, która tyle razy okazała, że ma go w dupie, była wzruszająca...

No tak. Chyba mi nie pójdzie, nie nauczę się pisać. Już pora przestać rzucać mięsem. Jestem z tej strony muru. A temu co będzie czytać, o ile taki się znajdzie, powinienem może wyjaśnić co za Teresa. Bo jeśli się o kimś pisze, to powinno być wiadomo, kto to jest. Moja pierwsza miłość ze szkoły teatralnej: najzdolniejsza na roku. Szare włosy. .Duża uroda, ale jak chciałem przywołać ją w pamięci to zawsze te szare włosy. Wspaniałe. Ja od razu byłem zaangażowany. Jeszcze przed przedstawieniem dyplomowym. A jakże - Dyrektor Konrad. Ktoś pokazał mu palcem. Bo wówczas w szkole nie wykładał. Ja zaangażowany, a ona choć piękna i zdolna jeszcze nie. Ktoś tam obiecywał, coś miała zaklepane... A ja wpadłem od razu w wielkie obroty. Duża rola. Wprawdzie w zastępstwie nagłym, ale od razu sukces. Tamten wyzdrowiał, a Dyrektor zostawił mnie w pierwszej obsadzie. Ale ja wówczas byłem oszalałym kibicem. Mecz był w Katowicach. Ludzie mnie lubili, ale żeby Wszystek miał zwolnić z przedstawienia, co to to nie. Ale ludzie mnie lubili - "zachorowałem" - zaświadczenie się znalazło. Pech chciał, że operator Kroniki Filmowej, mój koleś, chciał mi zrobić przyjemność... Dość, że Dyrektor w parę dni potem, gdy już wróciłem do zdrowia, ujrzał nas na ekranie. Akurat w porze, gdy rozgrywa się przedstawienie w Warszawie, Jego" aktor wydziera się na stadionie. A obok ta piękna szarowłosa, czyli Teresa. Zebrałem za swoje, ale jakoś się udobruchał i pyta co to za jedna, którą całowałem jak nasi strzelili gola. No i w ten sposób w miesiąc po meczu Teresa została do nas zaangażowana. Tyle o niej. Żadnego żalu, kiedy spostrzegłem, co się dzieje. Sam drużbowałem na ich ślubie... A teraz słyszę: Malała.

- Stary - spytałem nagle Witka - co by się stało, jakbym zaproponował "gościnne występy"? Jeśli serce pozwoli - nie byłem jeszcze w klinice... - sam nie wiedziałem, co mi strzeliło do głowy. Nagle zachciało mi się "wrócić", choć na chwilę... - Oczywiście żartuję z "gościnnym", ale gdyby tak chyłkiem postatystować- Należy mi się coś od życia.

No i stało się. Pierwszy kiedyś aktor sceny zgłasza się na statystę do inspicjenta. Ale tak naprawdę były to tylko pogaduszki przyjaciół. Mój Witek był przetrącony. Zaangażował się bardzo mocno w .sierpień osiemdziesiątego, podpisywał jakieś apele, organizował "środowisko". A teraz? Żeby go streścić najzwięźlej, to by było tak: były (i są) autentyczne powody do gniewu, do buntu, do rozpaczy. I wtedy chciał w tym być... Ale teraz. Już nie tylko to, że ogarnął ludzi amok, że przestali mieszkać tu nad Wisłą, wyprowadzili się na jakiś amerykański księżyc, ale w dodatku, co to za ludzie! Ci, co teraz wypłynęli... Co z tego, że gniew, że bunt, że tamto wszystko było autentyczne. Teraz ludzie co tym rządzą, autentyczni nie są. Ani trochę. A najgorzej to wygląda w naszym środowisku. Romantyzm, ekstaza, idealizm wszystko cacy, jak mówią z kolegami mego syna. Ale to samo plecie twój przyjaciel Zajączkowski - przecież go pamiętasz? (pytanie, któżby nie pamiętał starego Zająca). Więc z jednej strony idealizm głupich gówniarzy, a z drugiej co? Czy może "romantyzm" starszego zdziecinnienia? Naprawdę bardzo był rozgoryczony i kwaśny mój wspaniały Jedyny i wierny Witek Sanojca.

Tak w ogóle i tak "ideowo". Ale niezależnie od tego wkrótce zobaczyłem "coś z życia". Bo dotychczas (poza panią z autobusu, wina słodkie) - wszystkiego dowiadywałem się z ludzkiego gadania. Aż do chwili gdy pojawiła się żona Witka. Przecież nie należy chyba do obowiązku piszącego przedstawianie każdej pojawiającej się postaci. W czasie gdy zabierano mnie za mur, Sanojcowie byli przykładnym małżeństwem. Chowali tego, dziś pryszczatego, kłócili się w normie. Ona jakoś znosiła degradację męża, który za jej czasów zmienił status aktora na inspicjenta. Tak było. Ela - lekarz z zawodu. Piszę o tym, bo stałem się mimowolnym świadkiem sytuacji, która mi uprzytomniła, że i tutaj zmieniło się wszystko. Bo rozległ się dzwonek, jakieś głosy w korytarzu. Nie poznałem Eli. I z nią ktoś drugi... Również nie poznałem. No, bo nie znałem, jak się miało wkrótce okazać. Coś tam poszeptali i usłyszałem, jak wkroczyli do pokoju gówniarza. Teraz egzaltowane okrzyki matki pozwoliły mi rozpoznać Elę. Wrócił Witek. Bez objawów entuzjazmu oznajmił, że matka Andrzeja, zawiadomiona o wypadku syna wróciła właśnie znad morza.

No i przywitałem żonę mego przyjaciela. Rzeczywiście - baba nie do zdarcia. Jakbym ją wczoraj pożegnał. No, może odrobinkę przydymiona przez tę podróż. Bądź co bądź paręset kilometrów. Ale wóz luksusowy. BMW - zaraz się dowiedziałem ściskając dłoń szczupłego pana w mocno średnim wieku. Jeszcze wówczas nie wiedziałem, że witam "Elę Audi" i "Króla Szczypiorku" oto jakie imiona nosiła ta para, bo była to jak, się wnet okazało, para. "Audi" to od samochodu, którym jeździła, kupiwszy go "okazyjnie" właśnie od tego pana, jak się okazuje podwarszawskiego superbadylarza. Ów "zakup", zdaniem teatralnego środowiska, dokonany został w ramach "wymiany naturalnej", jak określił to jakiś dowcipniś.

Tak więc dowiedziałem się od Witka o klęsce mojej Teresy i obejrzałem klęskę jego. Bo dość łatwo przyszło mi się zorientować, co tu jest grane.

Więcej o tym nie napiszę - ani słowa. W końcu to nie należy do mojej opowieści. Ale czy na pewno?

 

Basią nie przelewki. Następnego dnia z wypchaną teką udaję się w drogę. Nowa piżama (gdzie ona to kupiła - a może to po Laniewiczu?), maszynka do golenia, pędzel. Na widok mojej wytartej resztki siostrzyczka się wzruszyła. Zresztą pędzel to już na pewno w spadku po Laniewiczu. Gdzieżby dziś można kupić... Dość, że z całym majątkiem w teczce. Dopchanej jeszcze gazetami. Bo czytałem w tych dniach łapczywie. Wszystko. Ale do rzeczy. Więc "spakowany", prowadzony za rączkę jadę do Anina. Lecznica Kardiologiczna. Kiedyś "rządowa". Bystry przedostatni premier próbował rozmaitych gestów - przekazał obiekt dla "lecznictwa otwartego" (tak się to u nich nazywa: "otwarte", znaczy "dla ludzi", chociaż ja przychodzę z "zamkniętego", co jest także dla ludzi). W końcu cały mój urlop, całą przerwę w karze, zawdzięczam mojemu sercu. Więzienna medycyna przyzwyczajona do krojenia żołądka i kich po "połykach" nie ważyła się podnieść noża na moją zastawkę. Siostrzyczka umiejętnie wykorzystała mój sygnał o stanie zdrowia i oto jedziemy. Co zabawniejsze, to do tej "otwartej" lecznicy trafiam zapewne dawnymi jej chodami z czasów Laniewicza. Ale obojętne. Na razie jadę podobno na badania, obserwację itd. W zależności od diagnozy: albo zaraz pod nóż, albo "okres przygotowawczy" w domu. Bo nacisk pacjentów duży, a ja z kolei nie wyobrażam sobie, żebym tu wytrzymał zbyt długo. "Stawał, stawał, aż zawał" zauważył ponoć znajomy satyryk powalony przez atak, ale ja jeszcze nie zostałem powalony, a teraz po więzieniu wytrzymać choćby parę dni bez pani z autobusu będzie ciężko. Chyba żeby się na miejscu coś znalazło. Nie ujawniam moich kosmatych myśli, bo siostrzyczkę całkiem zasuszyło. Ta sprawa z Laniewiczem po prostu ją przetrąciła. Nie ujawniam jej także, że w teczce mam sporo zatajonych lektur wręczonych mi przez Kubę w tajemnicy przed mamą. Książka, parę broszur- Nauczyłem się nawet nomenklatury - z obiegu nieoficjalnego, czy jakoś tak... i "niezależna oficyna wydawnicza". To wszystko od Kuby. Kuba to jakiś poważny "klasowy" (w znaczeniu "szkolny") polityk. Myślę, że nawet "działacz" - może kolporter. Chyba dobrze rozumiem te tęsknoty. Sam z pokolenia "młodszych braci", tych co patrzyli jak starsi, nieszczęśni "Kolumbowie", robili pokracznie i krwawo tę niedorobioną nigdy przez nas Rzeczpospolitą. Po ich klęsce my daliśmy się zwariować. Z miejsca przestaliśmy chcieć tego, co dla nich było święte. Dla nas stało się śmieszne, bo przegrane. Te pierwsze lata zetempowskiej euforii i to co potem? Ciekawe skąd ten mój "stan przedzawałowy" czy może ta cholerna "zastawka" - może to dziedzictwo tamtego okresu, gdy nie było dość czasu by przeczytać jak należy "Jak hartowała się stal". Korczagin. Tak, z pewnością tak nazywał się bohater. "Ty, Julek, nigdy nie dorośniesz, by zagrać taką rolę" - dobitnie skanduje słowa nasz przewodniczący. Dziekan wydziału aktorskiego posłusznie kiwa głową. Wychłodło mi moje zaangażowanie i już mogłem zagrać wszystko. Komisarza, sekretarza, księcia Jorku, "Księdza Marka" i "Bogurodzicę" - jak powiedział kiedyś Dyrektor Wszystek komplementując moje możliwości po próbie Słowackiego... ("Aktor w roli musi być cały, wszystek, nic nie wolno mu zostawić dla siebie, aktor nie ma życia osobistego, wszystek wciela się w rolę" - ulubione słowo zrodziło jego przezwisko, które nieomal stało się teatralnym pseudonimem).

Ale o czym ja piszę, gdy mam przed sobą pierwszy pobyt w lecznicy. Chyba nigdy się nie nauczę. Ale do cholery, nie piszę powieści. W powieści nie może być niczego, czego mogłoby nie być. U mnie jest życie, a w życiu inaczej. Ale wróćmy do kliniki. Biele, dywany, telefony, bufet z prawdziwym czynnym ekspresem - to wszystko dla mnie, bo Basia gdzieś biega, kogoś szuka.

Wreszcie ewidencja. "Zawód" - co mam wpisać. Prawdziwe byłoby "więzień" - wpisuję "aktor". No i masz... Wrzoskiewicz.

Pokoje na tym piętrze dwuosobowe. Gdy wszedłem do swojego, aż mnie zatkało. On mnie nie poznał w pierwszej chwili.

- Wrzoskiewicz - powiedział podając mi rękę. Widać było, że mnie awansuje przez taką znajomość.

- Przecież widzę - powiedziałem.

Jeszcze mnie nie poznał. Zaśmiał się po swojemu brzuchomówczym śmieszkiem z nieruchomą gębą, biorąc to za komplement bywalca teatralnego czy telewizyjnego gapia.

- Przed zawałem, a pan? - przedstawił mi się.

- Julian P. - powiedziałem.

Zbaraniał.

- Jezus Maria! - wykrzyknął po chwili rzucając się na mnie, jakbyśmy kiedykolwiek byli blisko.

- Wyszedłeś?

- Nie, uciekłem- - nie wiem jaki bies podpowiedział m? te słowa. Przecież w tym czasie możliwe było wszystko. Niedawno skończyły się pertraktacje z grupą więźniów, która ogłosiła strajk głodowy na kominie. Dlaczego nie miałem uciec?

Wrzoskiewicza zatkało.

- A tutaj? Ukrywasz się?

Nie wytrzymałem. Mój śmiech mocno go skonfundował. Rozgniewał się.

- W końcu po tym, za co cię zamknęli, możesz zrobić Bóg wie co... - oznajmił w końcu polubownie.

- Zastawka.. - przedstawiłem mu się. Geniusz loci już przemówił przeze mnie.

- Kolega! - zawołał radośnie, jakby dopiero owa zastawka nas zrównała.

 

Ten tydzień z Wrzoskiewiczem w celi... To śmieszne, ale ja wciąż jestem stamtąd. W tym co myślę. Więc cały ten tydzień w separatce z dwoma łóżkami Wrzoskiewicz wypełnił opowiadaniem o sobie. Ja, który wysłuchałem za murem życiorysów równie mało prawdopodobnych co prawdziwych, miałem ucztę: tu nie było nikogo. Żadnego człowieka. Tu były pieniądze. Opowiadał o pieniądzach, jak kto inny o miłości, albo jeszcze kto inny o Żydach...

No, oprócz pieniędzy były jeszcze rzeczy. Ale raczej jak statyści przy głównych bohaterach sztuki. "Stereo wideo - porno", tak go sobie w myślach nazwałem, gdy zapowiadał po wyjściu seanse u siebie w przepychu wideokaset, kolorowych filmów... Więc pieniądze w jego opowieściach miały swoją dramaturgię, fabułę nawet. Oto ostatni sezon "przed tym całym bałaganem",, jak określał ostatni rok, w którym zarabianie podlegało niezrozumiałym dla niego wstrząsom... Podwieczorek przy mikrofonie tysiąc pięćset, a po drugiej stronie ulicy leci kabaret. Przebiegam trzysta metrów i dwa siedemset pięćdziesiąt za dwadzieścia minut... Ale Wrzoskiewicz biegał nie tylko na dystansach krótkich. Były i długie. Nowy Jork, Chicago. "Bardzo mnie nasza Polonia kocha".

Za ile? - zapytałem nietaktownie, ale Wrzoskiewicz się nie obrażał. Roześmiał się i wytłumaczył, że tam - na przykład w Nowym Jorku - to ludzie nawet do łóżka dobierają się według dzielnicy, bo im dla miłości nie chce się jechać pięćdziesiąt kilometrów... A ja przez ocean. To ich musi kosztować. W końcu jesteśmy zawodowcy, nie ma się czego wstydzić. Zresztą amatorzy też biorą, ale użebrane i co łaska. Ja zarabiam. Jak zechcesz, -możesz z nami pojeździć, jak stąd wyjdę. Robimy program "Aby Polska". Z Malała. Mógłbyś być inspicjentem. Jeżeli ci zdrowie pozwoli. A zresztą - nagle posmutniał -jeśli mnie zdrowie pozwoli. Cholera wie, co z moją zastawką, może przyjdzie czekać na operację.

 

Teraz o Malali. Bo na tym się Wrzoskiewicz kończy, a Malała dopiero zaczyna. I będzie ważna z uwagi na wszystko, co potem.

 

To nieprawdopodobne. Jakbym dopiero zobaczył, co to jest kobieta. Czym może być kobieta. Cudowny opięty kuperek, piersi jakby je obliczył, wymodelował i umieścił osobiście sam Stwórca Esteta. Nogi niby dwie, ale starczy, żeby człowiek pomyślał, że nigdy nic nie oglądał. I ta buźka naiwnego aniołka, który już wylizał wszystkie słodycze i świństwa... Żadne zdjęcie tego nie pokaże, ale oczywiście to było jej zdjęcie z okładki "Ekranu", toples w bikini wąskim jak palec, który by się chciało pod nie włożyć. Jej zdjęcie wypożyczane w celi...

Nie było się co dziwić etatowi Wrzoskiewicza w naszym teatrze... Nie wytrzymałem, gdy mąż jej mnie przedstawił.

- My się znamy - palnąłem.

- ?

- Z konia - oznajmiłem bezczelnie.

- Chyba mnie pan z kimś pomylił...

- Panią pomylić! - wykrzyknąłem szczerze.

Było tak, jakby w ogóle nie było pani z autobusu, jakby wszystkie godziny majaczenia o kobietach wróciły przebrane w to ciało ukoronowane bezczelną gębusią, która nawet nic nie mówiąc kazała tylko o tym myśleć, myśleć, myśleć...

Biedny Wrzoskiewicz.

Badania, analizy, mocz, krew, opad... kto się ha tym wyzna, co z człowiekiem wyrabiają. Nie te czasy kiedy w ambulansie wyrywa się obcążkami igłę wbitą w pierś, gdzie bije serce. "Samouszkodzenia". Obsesja więźniów. Poza rzeczową kombinacją, aby dostać się do szpitala czy coś dla siebie "załatwić", żywiołowy protest przeciw... Przeciw wszystkiemu. Obrócony przeciw sobie. Moja choroba to też "samouszkodzenie", tylko że ci tutaj nic o tym nie wiedzą. Przecież pojawiło się to moje "serce" dopiero za murem. A tutaj po tygodniu dowiedziałem się tylko, że "nie jest tak źle", po drugim, że "będziemy mogli siostrzyczkę uspokoić" i nareszcie, że spotkamy się ponownie za sześć tygodni. Zobaczymy, co zrobi z pana sercem farmakologia. Bo moje więzienne konowały diagnozę spartoliły. Żadna "zastawka". Nie będzie operacji.

A więc "wypiska". Półtora miesiąca swobodnego życia dla mnie. Życia w świecie, który zapomniał sam siebie, zapomniał czym był. Trudno mi się było oswoić, ale to wszystko co nowe było jakoś moje, powinno być moje. I w tym wymiarze patetycznym - giną ci, opici władzą i posiadaniem, przychodzą jacyś nowi nieznani, a przeto "sprawiedliwi". Dla wszystkich chyba ta "Solidarność" ma w sobie coś ze szlachetnego Janosika. Zabiera możnym, biednych obdziela. A ja, więzień, jak mogłem inaczej niż entuzjazmem powitać spór o to, czy nowy gmach Komendy Wojewódzkiej obrócić na szpital czy na dom starców. Sama wspaniała sprawiedliwość. Przecież byłem dorosły, przecież wiedziałem, że wszystko, co trąci zrealizowaną bajką, jest po prostu bujdą, musi okazać się bujdą. Ale akceptowałem. Wolność. Ja, wychodząc na urlop z totalnej więziennej niewoli, dostawałem się na wolność, ale tu była jeszcze inna wolność. Ta z dużej litery. Ta, która sprawia, że wreszcie my, Polacy, powiemy sobie całą prawdę. A jednak akceptując wiedziałem, że nie wierzę do -końca. Byłem jak sceptyk w obliczu mistycznego objawienia przyjętego przez naród. To nie była rzeczywistość. To była wizja! Ja, człowiek zza muru, wiedziałem, że świat nie da się przerobić przez zwyczajne odwrócenie go podszewką na wierzch. Co było wywyższone, będzie poniżone, i tak dalej. Sam się po jakimś czasie wystraszyłem, widząc jak ten ruch zaczął nabierać cech świętości. Przywódcy to już byli ludzie święci, choćby i nieraz pasowali do mnie pod celę. Jeden Witek to był człowiek, który choć się z nimi związał, zachował dystans. Ponoć chciał im wytłumaczyć co i jak, że świat, że Europa, ale został za zgniłka i oportunistę. Dla nich nawet strajk nie był narzędziem osiągania celów, tylko aktem moralnego oczyszczenia. Wyglądało na to, że nie obejdzie się bez butelek zapalających. Cieszyłem się i byłem pełen strachu. Wszyscy mówili i pisali jedno tylko słowo "Odnowa". Koniecznie z dużej litery. Nikt nie pisał słowa "rzeczywistość" nawet petitem. Jakby przestała istnieć. Istniał tylko moralny imperatyw, godność narodowa, święty obowiązek Odnowy wszystkich i wszystkiego. I w dodatku nawiedzeni byli "wszyscy".

Zenek Siekierka później ocenił ów stan euforii po swojemu. Brzmiało to mniej więcej tak: "Znaczy się babka klozetowa się cieszy, że jak jest "Solidarność", to już nikt nie nasra na deskę. Chorzy, że jak się gliniarzom odbierze koszary na szpital, to ich przestanie boleć wątroba. Ale jest i trochę racji. Że robotnik może zobaczy, że się obejdzie bez głupoty w robocie. A tak w ogóle kto ma krzywdę, to wierzy, że już z tym koniec. Każdego do raju... Może być druga Japonia, jak kto niewierzący... Tak to jest. Ale ja popieram" - skończył swój krytyczny wywód. Jak niemal każdy, kto jeszcze ośmielał się trochę myśleć...

A w ogóle dla tych co myśleli i teraz czas nie był łatwy. Mnie było lżej. Ja miałem myśleć o sobie.

 

Przez cały ten czas w szpitalu męczyła mnie świadomość, że nie wypełniłem przyrzeczenia wobec Zenka Siekierki. Obiecałem mu zaraz po wyjściu odwiedzić jego babkę, żyjącą na kieleckiej wsi. Jedyną, jak twierdził, "rodzinę". Chodziło o to, by wydębić od sołtysa oświadczenie, że staruszka nie jest w stanie bez pomocy obrobić swej ziemi. Miał to być nieodzowny załącznik do starań Zenka o przedterminowe warunkowe zwolnienie. Jego adwokat twierdził, że na żadne urzędowe pisma sołtys nie odpowiada, a babka odezwała się tylko raz donosząc w dyktowanym komuś liście, "że z sołtysem nic nie pójdzie, bo jak konia zabrał, to i przez tydzień bez prawa trzymał, poręczenia żadnego teraz nie da, bo się Zenka boi"...

Zenek to był ktoś w naszej celi. Miał legendę i autentyczny autorytet mimo młodego wieku. Więc się nie łamał. Ani wobec psów, ani w celi. Co powiedział - święte. Miał tylko jeden tatuaż i to bardzo nietypowy: na lewej piersi toporek wbity w serce niczym w pień do rąbania drewna. A sprawa, o której mówił ten rysunek też nietypowa, świadcząca o wielkim Zenkowym sercu. Był to czas, gdy Zenek jako trzynastolatek żył przy bracie w miasteczku opodal babcinej wsi. Rodziców już nie było. Brat dorosły "miał swoje sprawy" i kiedy przyszedł po niego milicjant, porwał się na władzę z siekierką. Zenek wiedząc, że pełnoletni dostanie za to wyrok śmierci, wyręczył brata - sam zarąbał władzę i trafił do poprawczaka. Potem już samo poszło. Siedział "na czwartym wyroku". I oto ja, druh spod celi, po tygodniu wolności jeszcze nie spełniłem posłania.

Wychodząc teraz z lecznicy wierzyłem, że zaraz będę "u babci". Ale już w autobusie oglądając to i owo... (lato, kobiety ubrane czy rozebrane, że jest na co popatrzeć) pojąłem, że najpierw będzie pani z autobusu. "Przekonałem ją" jakoś do siebie, odwiedziła mnie nawet w klinice... Wrzoskiewicz był dżentelmenem, zostawił nas samych w pokoju, ale ona okropnie się bała i w ogóle kiepsko nam poszło. Ale teraz wyszedłem. Na zewnątrz święto. Mogłem sobie wyobrażać, że jestem dyktatorem i obchodzę imieniny. Autobusy z flagami, na bramach fabryk flagi. Jakieś pogotowie strajkowe... Usiłowałem pojąć o co chodzi podsłuchując rozmowę sąsiadów, ale i oni różnili się w ocenie wydarzeń. W każdym razie święto - dla mnie. Błogosławiony czas, gdy więcej patrzyłem, niż myślałem. Dotelepałem się do Śródmieścia, gdy nagle autobus stanął. Przerwa w kursie. Strajk popierający. Dwugodzinna miała być ta przerwa. I pomyśleć wszyscy wysiadają, nikt nie psioczy. Może tam jeden i drugi milczy ze strachu, ale tak w ogóle to dlatego, że widocznie tak trzeba. Ulica dostaje w dupę ale popiera... Tak to jest.

 

Dokąd miałem się wlec na piechotę? Telefonować do mojej pani z autobusu nie mogłem. "Tylko do pracy mąż strasznie podejrzliwy" (nie można mu się dziwić). Więc zaniosło mnie do Witka Sanojcy. Stojąc przed jego drzwiami zrozumiałem, jak mało człowiek ma na świecie. Bo jeśli go nie będzie, to na dobrą sprawę pewna jest tylko moja biedna robaczywiejąca w samotności siostra i ten jej przyszły trupek... (Kuba miał jeszcze kusy kwartalik życia przed sobą). Próby odnawiania starych kontaktów nieco mnie speszyły, gdy wchodząc do kawiarni, gdzie tradycyjnie siadywali znajomi, przekonałem się, że kawiarnia jest i owszem, znajomi także, tylko z tą znajomością jakoś niewyraźnie. "No proszę, kryminalnych to zwalniają" - usłyszałem od jakiegoś stolika. Gdy powtórzyłem Witkowi, kto to powiedział, roześmiał się: cóż chcesz, działacz Towarzystwa Pomocy Więzionym za Przekonania. Kurwa mać, prezydium Związku liczniejsze niż ci uwięzieni... (Witek powiedział, jakby tych dwóch Kowalczyków puścili, to by sam prezes, nasz Dyrektor Wszystek był liczniejszy). A o ludzi pozamykanych z nieprzytomnymi wyrokami, co ich los skazał, żaden kutas się nie upomni..,

Widzę, że staję się kryminalistą "zawodowym", skoro tyle mam solidarności wobec tamtych "swoich". Bo swoi wydają mi się wszyscy, co za murem. Ale wracam pod drzwi mojego Witka. Na szczęście otworzyły się. Ucieszył się. Naprawdę. Co z tego, że od początku zauważyłem, że był lekko "zaprawiony". Po oczach. Jego zawsze zdradzały oczy. Bo głowę miał mocarną, nikt go na czterech łapach nie widział.

- Spadłem ci z nieba... - oznajmiłem siadając przy stole, na którym stała butelka i samotny kieliszek.

Gadał coś, pytał o to moje serce, ale kieliszek postawił. Dopiero jak go spytałem, czy jest pewny, że dobrze mi zrobi, okropnie się zawstydził. Kochałem tego Witka. (Ojca mordercy mojego siostrzeńca - tak wyszło, nim strzelił, kwartalik od tego wieczora). Ale Andrzeja tego dnia nie było. Ani Eli. Spytałem.

- Ela Audi... - nieobecna. - Może u Króla Szczypiorku, może gdzie indziej...

Nalał mi pewną ręką. Powiedział, że choć tego może nie było widać, ale Elą to przestał się przejmować już przed moim wyrokiem.

Zobaczyłem rozłożony na stole maszynopis sztuki. Zajrzałem mechanicznie na kartę tytułową.

- "Góra Żałoby"... - Odczytałem hiszpańskie nazwisko autora.

- Właśnie. Dyrektor się zainteresował. Peruwiańcźyk o Boliwii czy Boliwijczyk o Peru. Rząd morduje robotników, ściślej górników. Czyli coś dla niego. Aluzja...

Dziwny był status mojego Witka w naszym teatrze... Na pewno przewyższał nas wszystkich inteligencją. W potrzebie umiał sięgnąć i po pióro. Sławna była jego polemika z Henrykiem Zajączkowskim, wówczas skromnym recenzentem teatralnym trapionym przez ciężkiego joba antyromantycznego. Otóż akt wiary Zajączkowskiego był prosty: romantyzm był szkołą politycznej nieodpowiedzialności Polaków i "tułanie się tego repertuaru" po naszych scenach jest przekleństwem narodu. Bo jego historii prawdziwej, która natchnęłaby Polaków do kultu pracy, odpowiedzialności, pozytywnego działania, nikt nie zna i nie pamięta, a działa na wyobraźnię tylko utrwalony w wiekowych dziełach sztuki "bełkot romantycznej nieodpowiedzialności". Kiedy więc zaatakował naszą inscenizację "Kordiana", nie kto inny, jak Witek Sanojca, sprawił mu bolesne cięgi na łamach któregoś tygodnika. Był ci więc od nas mądrzejszy. A że abnegat dla nikogo niegroźny, nikt z jego mądrością nie walczył. On nie był dla nikogo "konkurencyjny". "W walce na miny przegram ze studentem drugiego roku" wypowiedział się kiedyś o swoim aktorstwie. A dla Dyrektora! Błogosławiony cichy doradca. Bo sam Witek jako dyrektor... No, to już mogłaby być tylko rola komediowa. Więc i dawniej często działo się tak, że właściwie Witek, niezależnie od opinii naszego leciwego kierownika literackiego, przesądzał repertuarowe decyzje. On zresztą sam wprowadził na naszą scenę niejednego debiutującego autora.

- Więc mówisz "Góra Żałoby"? I co, pójdzie to u nas?

- Dyrektor walczy z myślami. Bo z jednej strony dobrze, bo brutalne państwo pastwi się nad górnikami, ale z drugiej co za aluzja, kiedy u nas jakoś państwo nie ma siły nie tylko, by się pastwić. ale w ogóle po prostu być...

Wypiliśmy. Wieczór u Witka pozwolił mi trochę więcej zrozumieć z tej Polski, na którą wylazłem zza muru. Zdziczały. A i ona jakby niespełna rozumu.

Ten wieczór wrześniowy wypadł po dniu, w którym nasi zbuntowani ogłosili apel do narodów krajów socjalistycznych, czy jak tam to nazwali. Mój Witek był sfrustrowany. Usprawiedliwiał się w ten sposób z flachy i samotnego picia. Znaliśmy się jak łyse konie. Ale go skręciło. Zajączkowski miał rację. Jesteśmy narodem romantycznych idiotów. Zresztą w Polsce jak chcesz powiedzieć, że coś jest bezdennie głupie, mówisz, że "romantyczne" i wszyscy to głupstwo szanują. Ale teraz nikt nie szanuje nawet własnej mądrości. Jakbym napisał list otwarty do Zajączkowskiego, że przyznaję mu rację, byłaby to podła dywersja. Bo dziś on jest na czele "romantyków odnowy". Coś ci pokażę...

Zaczął przewracać kartki maszynopisu "Góry Żałoby". Nie mógł znaleźć jakiegoś fragmentu, nalał sobie lewą ręką (bezbłędnie) pełny kieliszek, o mnie zapomniał, wypił...

- O, jest. Popatrz. W trakcie dyskusji politycznej przed decyzją strajkową jeden działacz ostrzega kolegów cytując prezydenta Meksyku Diaza: "Biedny Meksyk, tak daleko od Boga, a tak blisko Stanów Zjednoczonych". Wierz jakby to strawestował dziś Zajączkowski, gdyby jeszcze pisywał recenzje (gdzie te czasy): "Biedna Polska, tak blisko Boga, a tak daleko od Stanów Zjednoczonych". Bo on ci jest teraz i romantyczny, i katolicki, i bardzo reaganowski. Tak zmieniają się czasy i pozytywiści... l kogo mają te bidne robotnicze wodze "Solidarności" słuchać...

Monolog trwał długo. Dowiedziałem się z niego, że Witek należał u nas do pierwszych sygnatariuszy apelu wspierającego strajkujących stoczniowców, ale teraz po roku - w obliczu rosnącego szaleństwa nie popiera nikogo i niczego. "Nawet samego siebie nie chce mi się popierać. Mam w dupie..." - zakończył jedną z tyrad. Byłem nieco przerażony nie tyle jego stanem, ile zakresem sprowokowanej przez alkohol szczerości. Bo było i o synku Andrzeju, i o Eli Audi. Ela Audi - to wymysł Andrzeja. Pierwszy tak nazwał matkę. Rozwieść się? Żeby ten gówniarz wiedział, że nie rozwiodłem się tylko przez niego. Wie, bo mu mówiłem. Zaczęła tak sobie żyć na boku, jak nasz gówniarz miał pięć lat. I co? Zabrać matkę takiemu. W naszym "środowisku" żon się nie bija. A była okazja. A teraz gówniarz ma mamę Audi, a ojca rogacza. Kiedyś mi to sam powiedział. Dostał w ucho... No w porządku, nie dostał, czego się śmiejesz, znasz mnie za dobrze. Ale ona raz o mało na serio nie oberwała. Mieliśmy wyjazd ze spektaklem na festiwal do Kalisza i wróciłem o dzień wcześniej. Coś tam zapomnieli z rekwizytów, więc kto pojedzie - Sanojca. No i wchodzę do domu. Na palcach, żeby nie budzić. Otwieram drzwi... - gówniarz był na obozie żeglarskim - więc otwieram i co widzę. Nie śmiej się. Najpierw sutannę. Na krześle przewieszona równo przez poręcz sutanna... Wiesz, byłem jak ogłupiały. On się ocknął pierwszy, podniósł się na łokciu, ona śpi... Pewnie byli po alkoholu... Przystojny brunet. Mocny, pierś owłosiona...

- No i co? - nie wytrzymałem czekając na puentę.

Dolał sobie i tym razem o mnie nie zapomniał.

- I co? I nic. Powiedziałem, wyobraź sobie: "niech będzie pochwalony..."

- Odpowiedział ci? Jak to się odpowiada...?

- Nie pamiętam. Zresztą nie myśl, że to było takie ważne. Po prostu śmieszne. Już wcześniej żyliśmy każde sobie. Poza tym to były inne czasy, nie miało to ze strony Eli cech koniunkturalnych. Jeszcze nie byliśmy tacy katoliccy... Jeszcze Wojtyła nie był papieżem. Jak ja żyję? - zadał nagle pytanie patrząc mi w oczy. - No jak?- ponaglił, czekając chyba odpowiedzi na retoryczne pytanie.

Ale ja nie mogłem "uradzić" komiczności opisanej sytuacji. Po prostu zacząłem się śmiać.

Nie mogłem się powstrzymać.

- Niech będzie pochwalony...

- A wiesz, że nasz Dyrektor chciał wystawić sztukę papieża... - Witek nagle zmienił temat. Widocznie coś go jednak zabolało. - Na szczęście Wszystek się spóźnił, ubiegła nas inna scena...

- No cóż, łatwiej być papieżem niż Szekspirem.

- Stąd Szekspir jest jeden, nie numerowany.

- No i co wtedy wystawiliście?

- Wyobraź sobie - Iredyńskiego... - roześmiał się. No cóż, wróćmy do wątku...

- Niech będzie pochwalony - westchnąłem.

- No właśnie. Deklaracja superrogacza. Niech będzie pochwalony. Więc od tej pory żyjemy sobie pod jednym dachem i tyle. A po co? Nazywało się to, że dla gówniarza, ale gówniarz dorósł - pogardza i nienawidzi. "Rzuć wapno na druty" - zachichotał po tych niezrozumiałych słowach.

- Co takiego?

- Oni tak się między sobą wyrażają, gdy chcą, żeby dać do telefonu kogoś z rodziców. Tobie to dobrze.

- Niby dlaczego?

- Bo nie masz.

- Czego nie mam, do cholery?

- Gówniarza. Żadnego gówniarza... "Rzuć wapno na druty"... Jak to usłyszałem po raz pierwszy, chodziło o Basie, o twoją siostrę. Chcieli, żebym zagwarantował mamie Kuby, że będą u mnie.

- No widzisz: mam czy nie mam, dla nich też jestem wapno. Przecież jestem tylko o dwa lata młodszy od Basi.

Witek zachichotał.

- O dwa lata starszy, mój kochany, to chciałeś powiedzieć. Pamiętam twój rocznik. Kokiet z ciebie, Juleczku...

Zrobiło mi się głupio. Nie wiem, skąd mi się to wzięło. Może poczucie daremnie straconego czasu, chęć, żeby świat wiedział, że jeszcze będzie miał ze mną do czynienia. Tak czy owak głupio.

Dość, że urżnąłem się u Witka dogłębnie.

 

Obudziłem się z okropnym bólem głowy. Byłem u siebie. To znaczy u Basi. Dowiedziała się w szpitalu, że zwolniono mnie o dzień wcześniej. Nie potrzebowała wiele, by się domyślić, gdzie się podziewam. Nie byłem pewny, jak mnie teraz powita po obudzeniu. Choć mocno zmaltretowany, wiedziałem jednak, że mam zrobić coś i to zaraz. Coś pilnego, co odkładałem na moment wyjścia ze szpitala. Zacząłem nakręcać "urzędowy" numer mojej pani z autobusu... I wówczas przypomniałem sobie o istotnym obowiązku. Przyrzekłem sobie zaraz po wyjściu ze szpitala odbębnić odłożoną wizytę u babci Zenka Siekierki... Ale nakręcałem dalej... Aż dowiedziałem się od koleżanki, że "Danusia jest na delegacji". No więc tym bardziej powinienem się uwinąć z tą piekielną babcią. Ale tu dała o sobie znać Basia. .Bardzo mało było o tym, co narozrabiałem. Spytała tylko: przyrzekniesz, że to po raz ostatni?

- No powiedzmy, przedostatni, ale za to serio. Przyrzeknę.

Okazało się wówczas, czym mi to grozi, l że ten zapowiadany ostatni może być ostatni dosłownie. "Komuś trzeba wierzyć" - to oczywiście i o lekarzach. Wówczas to wyjaśniła mi, że nie ma mowy, abym mógł jechać "w takim stanie" do babci Zenka (w Kieleckie). Bo siostrzyczka zgodziła się wyposażyć mnie w swego fiata, który przypadł jej w "podziale majątkowym" po Laniewiczu. Więc z konieczności zostałem na cały dzień w Warszawie. Jak to bywało u mnie nawet za dobrych czasów, po przepiciu targała mną nerwowa trzęsiówka. Co miałem ze sobą zrobić? Przypomniałem sobie, że Witek powtarzał mi parę razy, że Teresa nie może zrozumieć, czemu się u niej nie pojawiłem. I była w domu. Widocznie nie obsadził jej w próbowanej sztuce. Jego niebyłe.

- Reżyseruje?

- Nie, przecież jest w Paryżu...

- Będziesz sama?

- To zbyt zobowiązujące pytanie wobec damy - roześmiała się po dawnemu do słuchawki i jakby coś zdmuchnęło spomiędzy nas te piętnaście lat.. nie, siedemnaście, a cholera w końcu wie, ile lat...

Więc była. Wszystko, co się wydarzyło, było tak, jakby się właśnie wydarzyć musiało. Nieprawda. Nie musiało. Przecież już mi upuściła pierwszej furii moja pani z autobusu. A w ogóle to było nie to. Znaczy to, i nawet bardzo, ale jakoś "od innej strony". Zerżnęliśmy się najpierw "duchowo", tak bym to opowiedzieć musiał w celi. Bo pocałowała mnie na przywitanie jak siostra, ale zaraz potem zaczęły się łzy. Jakby miała tamte dziewiętnaście lat, a te drugie gdzieś się podziały. Że nigdy już jej nie było tak z nikim, jak ze mną. Że życie i tak dalej...

W końcu wiedziałem o tej Wrzoskiewiczowej, ale tu nie chodziło tylko o poczucie krzywdy czy urażoną ambicję. "Pamiętasz naszą ucieczkę na mecz i jak nas sypnęła kronika?" Pamiętasz? Było tego "pamiętasz" tyle, że znaleźliśmy się na tapczanie. Trudno, kto wyszedł zza muru, rozumie, że tak być musiało, a u innych niech popracuje wyobraźnia. Trochę psuł mi nastrój jej pies. Gdy żegnałem ten świat basety dopiero wchodziły w modę - nie wiem, czy spotkałem kiedykolwiek bliżej takiego potwora. Ale rzecz nie w tym jak wyglądał, tylko jak się zachowywał. Najpierw drań szczekał, jakby uważał, że maltretuję jego panią. Potem pojął, że jego pani bardzo sobie to, co się dzieje, chwali, a jej ciche jęki nie oznaczają bólu. Jął się gramolić na łóżko. Nie protestowała gdy zegnałem go kopniakiem bosej stopy na oślep... Leżała potem na wznak, bez spódnicy, ale w bluzce, tyle tylko zdążyłem z niej sprzątnąć, i głaskała mnie po włosach. Dosłownie to było tak, jakby mnie za mur zabrali prosto od niej, a ona nic, tylko czekała. A trwało to bardzo długo po tej wczorajszej wódce. Więc była szczęśliwa. Aż w końcu... spoufaliłem się. Po tylu latach opowiedziałem jej, jak użalał mi się kierownik produkcji filmu, do którego została zaangażowana: "pan rozumie, co ja mówię, a mówię tak: kobieta z zimnym dupiem nigdy nie wejdzie na ekran". To o tobie, Teresa. Taka była jego polszczyzna.

Chichotaliśmy oboje.

- Ale on nie miał racji.

- No, ten mój debiut, to trzeba mu przyznać, nie wypadł najlepiej.

- Nie o tym mówię - położyłem jej rękę na odsłoniętym brzuchu. Odczułem, jak się sprężyła i zaraz błogie rozluźnienie mięśni.

- Zresztą "weszłaś na ekran". A pamiętasz, jak było kiedyś tam, kiedy się na ciebie obraziłem, bo zapytałaś z ulgą w łóżku, kiedy ja uważałem, że wprowadziłem cię na szczyty rozkoszy, "no to co teraz będziemy robili..."

Roześmiała się.

- A wiesz co teraz?

- Wiem. To samo.

Pies zaczął skomleć od nowa.

 

Potem już grzecznie ubrani siedzieliśmy długo, rozmawiając o wszystkim. To znaczy o wszystkim poza tym co ją naprawdę obchodziło. Bo ani o nim, ani o Wrzoskiewiczowej.

 

Czekała mnie wyprawa do babci Zenka Siekierki. Samochód był. Już nawet parę razy jeździłem po mieście, zdając praktycznie ponowny egzamin ze swych zapomnianych szoterskich umiejętności. Gorzej z benzyną. Kolejki na stacjach ogromniały w całe kilometry i Basia twierdziła, że z "moim sercem" nie mam prawa narażać się na stresy daremnego oczekiwania. Gdyby nie fakt, że trzymała mnie teraz w mieście Teresa i bardzo mi się nie chciało odbijać z Warszawy, na pewno bym się w końcu "zatankował", ale w tym układzie rozgrzeszałem się po prostu odkładając wyjazd. Aż do dnia, kiedy o moich kłopotach usłyszał przy kolacji Kuba, Uśmiechnął się jakoś bez słowa, a wieczorem, gdy już kładłem się spać, usłyszałem delikatne pukanie.

Siostrzeniec wyjaśnił mi bez ogródek, że będzie mógł znaleźć radę na moje kłopoty. Polecił mi (tak - polecił, bo ton w tym miejscu zmienił się diametralnie, był to niemal wojskowy rozkaz) bym się "stawił" z samochodem... Podał mi adres na Dolnym Mokotowie. (Godzina też była dokładna - siedemnasta dwadzieścia).

Pojechałem. Ulica musiała być zapewne obserwowana przez okno, bo po chwili zbliżył się do mnie równolatek Kuby i zapytał ściszonym głosem o moje nazwisko. Usłyszawszy, skinął poważnie głową. Następnie dwa razy pod rząd zdjął czapkę... Gdy po chwili wyłonił się z bramy drugi chłopak taszcząc kanister, zupełnie się nie zdziwiłem. Przecież grałem w filmie z lat okupacji, gdy łączniczka rozwiązując chusteczkę narzuconą na głowę podawała sygnał, że zbliża się hitlerowski dygnitarz, na którego wykonano zamach ze mną w roli niemal głównej. Zatankowali mi Wóz w milczeniu, następnie poważnie uścisnęli mi rękę i zniknęli w bramie z pustym kanistrem.

Przy kolacji Kuba spojrzał na mnie pytająco. Potwierdziłem skinieniem głowy. Ale nie wytrzymał pełnej konspiracji i w chwili gdy Basia poszła do kuchni, by podać herbatę, oznajmił zduszonym głosem: "było to z mojej strony nadużycie - powiedziałem, że jedziesz w naszych sprawach. Zresztą ten Siekierka, kto wie, może być pożyteczny" - zakończył enigmatycznie słysząc zbliżającą się Basie. Zdążył jeszcze wyjaśnić: robimy butelki zapalające i aktualnie czegoś tam zabrakło z chemii...

Pomyślałem sobie, że po powrocie od babci muszę się jakoś wziąć za gówniarza. Wszystko to nieco mnie przestraszyło. Nie jestem durniem. Mój Boże, na dobrą sprawę to moje pokolenie przeżywało coś podobnego. Zazdrość wobec starszych braci. Ich pistolety, cholewy, wspomnienia bojowe, powstanie, partyzantki, cały ten wspaniały świat, do którego nam nie starczyło lat. I myślę nawet, że z tego zazdrosnego zamroczenia zrodził się potem ten gorliwy zetempowski akces. Bo dowiedzieliśmy się, że oni byli głupi. Że głupią głowę kładli pod fałszywą ewangelię. Co za ulga. Tylu moich kolegów temu uległo. I ją nie byłem daleko.

A teraz tym naszym (co z tego, że ja akurat nie mam) dzieciom wszystko to wraca. Starzy i młodzi oszaleli dla tej Solidarności. Uwierzyli w nowy mit. Mają nową ewangelię. A najmłodsi chcą teraz wcielić w życie nie spełnione zazdrosne sny o bohaterskiej przeszłości ojców - konspiracje, zamachy, ofiary. Jak im to wybić ze łba. "Im". W końcu mnie chodzi o Kubę. O syna mojej siostry.

Tak, muszę się wziąć za niego. Ale jak niewdzięczną pozycję będę miał w takich rozmowach! "Więzień pospolity" pertraktuje z kandydatem do pocztu narodowych męczenników. Bo coś mi się zdaje, że jak kto w tym kraju nie skończył jeszcze lat osiemnastu, to jest właśnie takim kandydatem. Zobaczymy!

 

Pojechałem wreszcie do tej piekielnej babci Zenka Siekierki. "Piekielnej" dosłownie, bo wieś nazywała się Piekło. Po raz pierwszy tuż przed lasem przejechawszy "mostek bez jednej poręczy", jak widniało w opisie Zenka, zagadnąłem chłopa o drogę do "babci Józi". Niepotrzebne było nawet nazwisko. Dowiedziałem się, że Józia mieszka "nie w Piekle, a na Przedpieklu", bo z tej strony strugi, że "droga niby prosta, ale i tak pan pobłądzi" i wreszcie konkretną radę, by zajechać do leśniczówki, która będzie "po drodze" i tam już leśniczy albo kto inny "pokaże, a może i podprowadzi". Wjechałem w las. Zanim mnie zabrali, nie byłem fanatykiem przyrody - ot, normalny mieszczuch. W mieście się żyło, pracowało, a nawet "wypoczywało" w knajpach i nocnych lokalach. Ale za murem zacząłem tęsknić jak potępieniec do zielonego. Bywało, że na spacerniaku dostawałem za to, że zatrzymywałem się wiosną przy mizernym krzaczku, gdy wypuszczał liście. Znałem każdą gałązkę tego drania, który świętował zielonością w maju, a potem się kończył w spiekocie nieruchomego powietrza więziennego podwórza. Las był wspaniały. Starodrzew. Nad strugą szeregi olchowe, przy drodze brzozy. U leśniczego dostałem informację niepokojącą: w drugi dukt na lewo, brać zakręt na gazie, bo piach, jak pan ugrzęźnie, to po konie aż do Piekła, a dalej droga poprowadzi, trzymać się tylko prawej strony, w końcu i tak się przez wodę nie przejedzie. Ale stamtąd już dojść można...

Dość to zniechęcająca prognoza, ale wyjścia nie było. Rzeczywiście po piętnastu minutach stanąłem w obliczu rozlewiska na leśnej drodze. Ustawiłem samochód między drzewami - zamknąłem i ruszyłem na piechotę. Zaraz też szeroka, poprzerastana jałowcami łąka odkryła przede mną małą chałupkę i całe zabudowania Zenkowej babci. Ruszyłem tam na przełaj. Ogromne krzaki bzu na jakiś czas zakryły mi całe obejście, ale za chwilę miałem je przed sobą jak na dłoni. Wejście do chaty było usytuowane nietypowo - od strony łąk, całe obejście gospodarskie na zapleczu. Przed domkiem, małym jak makieta starego ludowego budownictwa, studnia z żurawiem, jakie widywałem raczej już tylko na rysunkach. W progu pojawiła się przygarbiona kobieta. Nie spostrzegła mnie, powędrowała w stronę studni. Wyciągnęła z głębiny wiadro. Sięgała po nie ręką, gdy powitałem ją miejskim "dzień dobry". Odwróciła się powoli i spojrzała jakby niechętnie. Widocznie niczego dobrego od człowieka na tym odludziu nie oczekiwała.

- Mam list od Zenka... - powiedziałem.

Wyjąłem wyniesiony z więzienia złożony w szesnastkę papierek. Byłem uprzedzony, że mam list odczytać. "Powie ci, że stłukły się jej okulary".

I rzeczywiście. Najpierw babcia uroczyście podała mi dużą sękatą rękę, a potem padły te słowa o okularach. Nim zacząłem czytać, oznajmiłem, że jestem kolegą z więzienia. Nie wzbudziła ta rekomendacja entuzjazmu. Tyle że babcia zmierzyła mnie uważnym spojrzeniem i oznajmiła, że "wcale nie wyglądam".

- Tylko konia napoję - oznajmiła pochylając się nad wiadrem. Plecy babcine wygięły się w kabłąk, ja po miejsku wyjąłem jej wiadro z rąk.

- To koń wrócił od sołtysa Gęby... - zagadnąłem, aż babcia przystanęła.

- Zenuś mówił? - zmiękła jakoś wymówiwszy to imię. - Józia jestem - "przedstawiła mi się", dopiero teraz całkiem zjednana.

- Tutaj, tu, do koryta - wskazała gdzie mam wylać wodę i zaraz, zapomniawszy o koniu zaprosiła do siadania. Na ławeczkę przed domem. Na zaproszenie do mieszkania jeszcze nie zasłużyłem. Przeczytałem list, który sam dyktowałem Zenkowi. Sprawa potwierdzenia przez sołtysa podania babci o warunkowe zwolnienie Zenka jako jedynego żywiciela z uwagi na podupadanie gospodarstwa wywołała jednak sceptycyzm Józi.

- Myśli pani, że będzie się bał? - spytałem dość enigmatycznie, by podkreślić swą orientację w sprawach gospodarstwa babci Józi i Zenka.

Sprawa z koniem zaczęła się na początku żniw. Zenek pomstował w celi i obiecywał sołtysowi Gębie wszystko co najgorsze. Bo sołtys - kowal, gdy mu babcia podprowadziła konia do okucia, na parę dni najgorszej roboty zatrzymał u siebie starego wałacha, bo akurat jego kobyła padła na kolkę. Babcia Józia przyznała teraz sama, że odbierając wreszcie swoje zagroziła sołtysowi srogą zemstą, gdy tylko wnuk wyjdzie. "Jakże on teraz będzie pieczątkę bił, żeby go wypuścili..."

Ale dała się przekonać, że sołtysa biorę na siebie, byle tylko napisała podanie. Poszliśmy do izby na to pisanie. Byłem przygotowany. Kancelaryjny papier, długopis. Musiałem jednak pisać to na miejscu, żeby pozbierać te hektary, klasy ziemi, areały, uprawy... Tworzyłem poemat penitencjarno-agrarny. Przeszkody techniczne były spore o tyle, że stół był fatalny. Chwiał się na krótszej nodze. Jego główna decha, w środku dokładnie na pół przełupana, zbita była na krawędzi poprzeczną listwą. Gdy po raz dziesiąty szukałem równego skrawka, babcia westchnęła.

- To też robota Zenusia.

- Ten stół? Stolarz z niego kiepski.

- Jaki stolarz. On sam ten stół siekierą połupał. Od tej pory nazywali go na Piekle Zenek Siekierka... Tak mnie namawiał, żebym do miasta szła, ten pokój, co po jego ojcu został, zajęła... Ja mówię: dziecko, bez ziemi nie wyżyjemy, czternaście lat miał, jak jego ojciec umarł... A Zenek: "niech się babcia nie martwi, moja głowa". Ja: jakże to gospodarstwo, rzeczy wszystkie zostawić. A on, jakie rzeczy. I za siekierę... Ten stół. Łóżko, sam pan popatrzy...

I poprosiła mnie do drugiej izby. Rzeczywiście decha szczytowa ze śladami Zenkowych ciosów. Popatrzyłem na portret chłopa nad łóżkiem. Takie to widuje się tylko w historycznych księgach. Chłop piękny, z wąsem, w sztywnym kołnierzyku, ciemnym garniturze...

- Mąż nieboszczyk - Józia przeżegnała się i poprawiła obraz wiszący równo na ścianie.

A ja myślałem sobie, jak to każdy człowiek się kreuje. Po co wydziwiać, że mąż Teresy jest prezesem od Więzionych za Przekonania, gdy Zenek w więziennej legendzie siedział jako czternastolatek za zabicie milicjanta. A oto uboga prawda: dyskusja o przeprowadzce z Przedpiekla do miasteczka. A potem tatuaż serca jak pień i wbity w nie topór.

Babcia zdzieliła ścierą jakąś senną muchę. Wróciliśmy do układania listu do władz...

Nie było, zdaniem babci Józi, "żadnej potrzeby", aby teraz przedzierać się przez rzeczkę do Piekła, do sołtysa Gęby. "I tak już pijany". Za to babcia zażyczyła sobie, abym sprowadził na podwórze samochód. "Majątku się w lesie nie zostawia" - pouczyła mnie wciągając gumiaki. Klapiąc za dużymi buciorami maszerowała obok mnie. Potem brodząc przed wozem pokazywała gdzie płytsze rozlewisko, jaki to kawałek trzeba "przegalopować", by chwilkę wytchnąć na piaskowej twardej łące i znów "skoczyć aż na twarde". No i znalazłem się z samochodem na podwórzu babci Zenka Siekierki, bo przecież jak by z tą siekierą nie było, Zenek "Siekierką" pozostanie do końca. Do spania ułożyła mnie w owym skleconym po szaleństwie wnuka łożu pod mężowską fotografią. Opchany jajecznicą na boczku, opity mlekiem, próbowałem zasnąć. Zdrożony byłem co nieco, a w dodatku światła w chałupie żadnego, tylko kopcąca naftówka. Na dobrą sprawę nie opisałem jeszcze, gdzie się znalazłem.

Izba mała. Święty obraz i fotografia nieboszczyka męża. Bele sufitu ciężkie tuż nad głową. Za dnia widziałem, że sękate. Ale cała ta przedziwna chata na Przedpieklu to było zjawisko. Las otwierający się na ogromne łąki i na ich skraju ta chałupka. I do tego księżyc. Jakby ktoś to wszystko wymyślił sto lat temu albo i dawniej. Ten księżyc. Widziałem zza firanek każdą obejmującą go chmurę. No, było tak jak nigdy, a jak powinno może być człowiekowi zawsze, skoro wymyślił słowo "piękno". Bo chciałem napisać "szczęście", ale to już lipa. Bo jakież to szczęście dla babci Józefki ta samotność podwojona, absolutna. Jakby to wszystko umieścić z jednym człowiekiem na księżycu- Więc zasnąłem. Coś mi się śniło. Pamiętam ostatni moment Znalazłem się w kościele, dzwonki na podniesienie, ale potem okazało się, że pędzę przez kopne śniegi saniami z konnym zaprzęgiem, dzwonią janczary. Obudziłem się w środku wrześniowej nocy słysząc jeszcze to dzwonienie...

Przez chwilę pewien byłem, że wracam w sen, ale podniosłem się z łóżka... Dzwonek był wyraźny. Ostrożnie uchyliłem drzwi od kuchni. W półmroku ujrzałem, że rozbebeszone łóżko babci jest puste.- Stanąłem w progu i gdy ogromny kamień stanowiący zaproże sparzył mi stopy, zobaczyłem i usłyszałem jednocześnie: babcia Józia kroczyła przez podorane pola na obrzeżu łąki w księżycowej poświacie, omotana chustą, dzwoniąc raz po raz trzymanym w wyciągniętej przed siebie ręce dzwonkiem na drewnianym trzonku, jakim w niektórych okolicach obdzwania się w czas burzy "przed piorunem i ogniem".

- Och, bestie! - użaliła mi się podchodząc bliżej. Czemu to pan nie śpi?

- Jakie bestie?...

Okazało się, że babcia płoszy jelenie włóczące się całymi chmarami, jako że rykowisko lada dzień się zacznie.

- Szkodniki okrutne - użalała mi się, opowiadając jak to w zeszłym roku całkiem Zadeptały jej .Jare"...

Odczułem chłód i tak głęboką potrzebę powrotu w sen, jak nigdy w życiu. Zresztą ta przerwa to też była jak sen nieprzyśniony.

A teraz dzień u Gęby w Piekle. Na nic fiat dobrej siostrzyczki. Do sołtysa do Piekła droga "na pieszo". "Przez kładkę i pod górę piachem", jak pouczyła babcia Józia. Bo można by jeszcze koniem przez bród i z fasonem na wozie. Ale konia to babcia Gębie powtórnie pokazać nie ma ochoty.

Bo z Gębą sprawa ma się pokrótce tak: niby chłop, bo gospodarstwa kawałek ma, a właściwie to niby kowal. Właśnie "niby". Bo Gęba potrzeby ma niewielkie i odkąd skalkulował, że wobec braku konkurencji brać może i dwieście złotych od konia, kuje tylko jednego na dzień. Jako że wódki więcej niż za dwieście nie wypije.. Działy się więc w kolejce do kucia sprawy dziwne i groźne, rodziły się nienawiści rodowe i konflikty między wiejskimi społecznościami, bo kuźnia jedna na całą okolicę. Aż któregoś dnia wieśniacy w chwili, gdy kowal odprawił ich idąc na swoją flaszkę, pojechali gromadą do gospody. Tam napili się wspólnie, a potem oddelegowana grupa wróciła jedną furmanką i kuźnię doszczętnie spaliła. Ale narzędzia ocalały. I Gęba umiejętnie nabrawszy kredytu, warsztat zrekonstruował w starej stodole. Kuł jak z łaski, a i rolę swoją też uprawiał jak z laski. Kobyłę Bóg sprawiedliwy mu zabrał na kolkę, to sobie radził, że za kucie zostawiał konia na dzień, dwa "na odrobek". A że babcia bezbronna, to tydzień jej wałach włóczył bronę po morgach kowala.

Teraz, jako kolega Zenka z kryminału, niosę Gębie posłanie babci Józefki. Myślałem, czy nie byłoby rozsądniej pożegnać już babcię i jechać okrężną drogą do Piekła samochodem. "Taksówka" podreperowałaby moją pozycję, ale mogłaby poderwać w oczach Gęby moją wiarygodność jako "kolegi spod celi". Więc w końcu poszedłem pieszo.

 

Do sołtysa trafiłem bez kłopotów. Ledwo las się skończył i wieś zajęła horyzont, już wiedziałem co trzeba. Wypalony komin straszył z oddali, a przy bliższym podejściu czerwona tablica godnie zapowiadała sołtysa. I tu niespodzianka. Gęba okazał się człowiekiem do rany przyłóż. Chłopisko wielkie, czerwona okrągła twarz, bez zmarszczek, nad nią siwa strzępiasta czupryna. Ledwo streściłem mu, z czym przychodzę, gdy usłyszałem zaproszenie: "nie ma co, strzelimy po gębie i załatwione".

Zdębiałem. Dopiero po chwili, gdy już zorientowałem się, że owo "strzelenie po gębie" oznacza wypicie po kieliszku, pojąłem, że "Gęba" to przydomek sołtysa, którego nazwiska ani sam nie wymienił, ani Zenek, ani babcia Józia.

Zaprzyjaźniłem się z Gębą. Byłem świadkiem, jak odprawił dwu kandydatów do kucia. Z jednym nawet szarpał się chwilę, gdy ten zdesperowany uwiązał konia i zapowiedział, że sam podkuje, bo potrafi. Doszedłem do słusznego wniosku, że człowiek o duchu tak niezależnym i męstwie nie do zakwestionowania nie odmówi dla Zenka poręki tylko dlatego, że miałby się obawiać jego zemsty. Na moje zapewnienie, że Józia nie ma nawet do niego pretensji, machnął tylko ręką, że pretensje do niego mają wszyscy, ale on się tym nie przejmuje. I strzelił następną "gębę".

Kiedy chwiejnie wstępowałem na wąziutką kładkę wiodącą do obejścia babci Józi, byłem głęboko przekonany, że nareszcie odnalazłem na wolności przyjaciela. A podanie rokujące, że odzyskam zza muru drugiego, niosłem triumfalnie w kieszeni. Dobrze mi było w Piekle. I na Przedpieklu u babci. Ale trzeba było wracać.

 

Kuba na sprawie rozwodowej zdecydował, że zostaje przy matce. Ale to co jest miłością do niej, jest nienawiścią do ojca. I do wszystkiego co jest jego. Nie na darmo mówiło się "właściciele Polski Ludowej". Polska była jego - tego ojca - i teraz mały jej nienawidzi. Wszystkiego. Urządził mi prasówkę. Przecież nie było mnie parę dni i muszę wiedzieć, że w Gdańsku Zjazd Solidarności uchwalił posłanie do ludów w Europie Wschodniej...

- Do ludzi pracy... - prostuje Basia.

- A właśnie, że sens jest taki, że do ludów... Do wszystkich.

- Przecież wtedy byłem jeszcze w Warszawie - ucinam temat.

- A w Hucie Katowice zrobili referendum i wylali dyrektora... Już kończą się rządy różnych...

Szare oczy płoną. Raz po raz przegarnia ręką płową grzywę.

Potem było o buncie więźniów z aresztu śledczego z Bydgoszczy. Pomyślałem sobie, co bym zrobił, gdyby tak za moich czasów. Zażartowałem, czy by mnie nie przechował, gdybym to ja nawiał, ale on był pryncypialny. Po prostu to była regularna "prasówka".

Ciężko mi szła rozmowa z Kubą. Niby sam byłem za tym wszystkim, co się działo, ale szczerze mówiąc, gdy tylko rzuciłem okiem na to, kto w tym robi z mego środowiska - tylko rzygać. Ale co mam mówić małemu.

To dziwne, dzisiaj będzie wyglądać na bzdurę, że się ustawiam, "miałem przeczucie" i tak dalej. Dziwne, ale ja naprawdę rozmawiałem z nim ostrożnie, jakby ze strachem, że mogę go urazić, jakbym wiedział, że to są jego ostatnie miesiące, że go zagarnie i schowa w cmentarnym piachu to wszystko, co każe mu drżącym głosem powtarzać jakieś zdania wyczytane w ulotkach czy pismach "nieoficjalnego obiegu", tak to głośno nazywano. Nie chciałem go urazić i byłem zły, kiedy coś mi się wymknęło na temat... Bo w jakiejś chwili oznajmił mi, że Polska czeka na męża opatrznościowego jak marszałek Piłsudski" czy coś podobnego. A że było to połączone z jakimiś kpinami "z Sejmu, co go Babiuch zrobił palcem" (chłopaczek wychowany w domu Laniewicza był nieomal "po imieniu" z rządzącym garniturem), to mu powiedziałem, że mógłby wiedzieć, że jego Piłsudski ("twój Piłsudski" - powiedziałem) miał do Sejmu stosunek... - tu mi się nawinęło określenie stosowne pod celą, więc zamilkłem i po chwili wróciłem do wątku powiadając, że cesarz Kaligula (Boże, co za sukces miałem w "Kaliguli" piętnaście lat temu) mianował swego konia senatorem, ale że Piłsudski nie zrobił posłanki ze swej kasztanki tylko dlatego, że Sejm uważał za coś gorszego od stajni...

Biedny mój siostrzeniec zrobił się czerwony i spytał, skąd wyniosłem tyle wiedzy historycznej.

- Z Piłsudskim nie siedziałem - wyznałem dowcipnie - ale czytałem to i owo, co i tobie radzę... Poza twoją "bibułą"...

- A co takiego mam czytać? - zapytał agresywnie.

No, rzeczywiście, co miał na dobrą sprawę czytać?

Powiedziałem wieczorem Basi, że mogłaby się trochę zająć nie tylko garnkami i szkołą syna, ale czasem porozmawiać z nim "w ogóle". I potem o tym Piłsudskim. Jako o przykładzie.

- A ja niby skąd mam wiedzieć to wszystko? - spytała mnie moja oczytana siostrzyczka, przodownica na studiach.

Kurwa mać - pomyślałem - jak tu bronić tej resztki nieszczęsnego państwa, która musi być obroniona, kiedy się całkiem nie daje? Wszystko zagrzebane w milczeniu albo nieprawdzie. Jestem człek nie za mądry, tyle że zawsze byłem ciekawy. Może pomogła mi przyjaźń z Witkiem Sanojcą. Rozmowy, lektury...

Boże - pomyślałem z kolei (tak, w takiej kolejności). Jak to dobrze, że jestem skazany Julian Petryk syn Anatola, a nie żaden działacz ani ktoś taki...

Wszedł Kuba i zmieniliśmy temat. Basia zrelacjonowała kłótnię w kolejce o to, czy garbus to inwalida. Opowiadała tak barwnie i z takim aktorskim zacięciem prezentowała poglądy stron udając zainteresowanego garbusa, który w czasie kłótni jako protegowany sklepowej został obsłużony poza kolejką, że zapomnieliśmy o pryncypiach, jak się tutaj za murem mówi. Ale nie na długo. Ledwo wspomniałem przy jakiejś okazji Witka Sanojcę, zupełnie nie pamiętając, że gówniarze znają się ze szkoły, mój Kubuś-nieboszczyk, zatapiając we mnie swoje szare oczy, zagaił:

- Czy wujek zna sprawę jak ojciec Andrzeja ośmieszył premiera... a przy okazji i naszego tatę...

Roześmiał się. Płowy kosmyk opadł na szerokie piękne czoło chłopaka. Odgarnął włosy.

Opowieść była dość niezwykła i chyba tylko skromność mego przyjaciela sprawiła, że nie zwierzył mi się z całej sprawy. Oto w zeszłym roku dostał ci mój Wituś list podpisany przez prezesa ZBoWiD-u - premiera - z gratulacjami z powodu wybrania go do jakowejś Rady Naczelnej. Wituś podobno zachował się "normalnie". Normalnie jak na siebie, ale całkiem nienormalnie jak na czas, miejsce i charakter "akcji". Oto wrzucił list do szuflady i siedział cicho. Za parę dni dostał list kolejny informujący o terminie zebrania szacownego ciała, którego jest członkiem, i postąpił podobnie: wyrzucił list i siedział cicho. A tu na drugi dzień dzwoni do teatru ważny generał. Szukają Witusia na gwałt. A generał prosi o punktualne przybycie, bo Witek Sanojcą został przez samego premiera wyznaczony na coś tam w czymś tam... I tu heca. Bo Wituś ponoć oznajmił pogodnie, że to pomyłka. On do żadnej .takiej organizacji nie należy, stąd prosty wniosek, że nie może być powołany do jej władz naczelnych. I zaczęło się.

- Nasz tata też się wygłupił. Tutaj u nas - palcem Kuba wyznaczył miejsce przy stole - gadał z tym waszym teatralnym dyrektorem. Że skandal. Że to źle ustawi cały teatr, że w końcu "ma pan jakiś wpływ na pracownika"...

- No i co? - spytałem teraz naprawdę zaciekawiony.

- A swoją drogą ten dyrektor od twojej Teresy to też kawałek bęcwała... - Basia nigdy nie lubiła mojej przyjaciółki i przeniosła te uczucia na jej męża.

- No i co?.... - dopytywałem się ciekaw rozwiązania.

- Dowiedz się u Witka. Ale coś im się wszystkim razem bardzo nie udało. Były tu różne telefony. O ile się zorientowałam, to Dyrektor chciał wylać go z pracy, ale wasze stowarzyszenie go obroniło.

- A Andrzej to ten list pokazał w szkole panu od historii. Jako "historyczny dokument". Była heca. Andrzej kiedyś przyniósł na lekcję za pozwoleniem ojca czako swego dziadka.

- Jakie znowu "czako"? - włączyła się Basia.

- To jest takie jak napoleońskie, beliniackie, z legionów, bo dziadek Andrzeja był legionistą... Mama to pewnie nie wie co to takiego - zauważył z politowaniem mały.

Basia się obraziła. Za parę miesięcy-. Za trzy dokładnie miała mdleć na cmentarzu, a ja czytałem tam kartkę papieru: wyrok z pieczątką organizacji "CZAKO" (Centralny Zarząd Akcji Komandosów Ojczyzny).

 

Ale na razie z Teresą zaczęły się dziać dziwne rzeczy. To znaczy, najpierw nie z nią, a z panią z autobusu. Źle to wyraziłem. Po prostu przy okazji pani spostrzegłem, że coś się dzieje z Teresą i ze mną. Tak wyszło... że była zajęta - próby, wieczorem grała - i umówiłem się z panią. Niby jak człowieka chcica przyciśnie, jak się mawiało pod celą, to i dziura po sęku w płocie nieprzyjaciel, a raczej przyjaciółka. A tymczasem pani mi się na spotkaniu nie przyjęła (również określenie Zenka). Nie spodobał mi się jej beret, coś tam grymasiłem. Od razu się zorientowałem, że winna Teresa. Okazało się, że odżył, a właściwie dopiero teraz urodził się nasz związek. Kobiety zawsze są skłonne do wszelkich miłosnych mitologii. W końcu na dobrą sprawę coś nas łączyło w czasie, kiedy rozłączył nas Dyrektor. "Chodziliśmy ze sobą". A teraz ona pokazuje mi wycięty z Jakiegoś pisma mój wiersz... (No proszę, pisywało się, a teraz zgrywa samorodka-kryminalistę. Swoją drogą zastanawiające, że teraz idzie mi tak topornie, gdy mam po prostu zapisać to, co się zdarzyło. Nic więcej).

No tak, ale wróćmy do wiersza. Tak zwany "miłosny". Przez chwilę musiałem pomyśleć, o którą to chodziło przecież nie o nią. Ale ona wzięła to do siebie i - patrzcie! - szczęśliwa żona wspaniałego Dyrektora wycina i przechowuje wiersz swego pierwszego. Nie wiem, skąd ta jej miłosna recydywa. Bo chociaż staram się kontrolować i tłumaczę sobie, że to odwrócenie nienawiści do tego co ją "zdradził" i upokorzył (to już bez cudzysłowu), to jednak sam "biorę udział" w grze? Odprawiłem moją panią z autobusu. Spotkałem się z Teresą. Teraz leżymy na golasa pod kocem. Cela by nie uwierzyła, gdybym opowiedział wszystkie szczegóły. Jest świetna. Chętna. Jakby parę lat nie chodziła pod prawdziwym mężczyzną...

Teresa mówi w pewnej chwili: "raz w życiu się skurwiłam, kiedy wyszłam za niego, l teraz mu się odpłacę: nigdy go nie opuszczę". I potem, że ja byłem jej młodzieńczą niezrealizowaną naprawdę miłością. A ja się śmieję, bo nie mogę się powstrzymać. Bo to wspaniały dowcip: ona mu się "odpłaci".

Teresa patrzy na zegarek. Przeprasza mnie jak grzeczna pani, gdy musi się zwrócić do kogoś na przyjęciu i wstaje, by pójść do telefonu. Wkłada swoje pantofle na wysokim obcasie i tak "ubrana" idzie w stronę telefonu. Wspaniała, sklepiona jak... no, po prostu jak "to". I wie, co mi prezentuje, a ja czując, czego będzie zaraz ode mnie chciała, już jestem gotowy. Chłopaki w celi uznaliby to za "nawijanie", ale z nią naprawdę jestem niezwyciężony.

A ona stojąc oparta łokciami o parapet stołu, pochylona tak, że widzę z profilu jej świetną w tym układzie pierś (nie mogę się powstrzymać od myśli, że ona wie, cały czas trzyma mnie napiętego w pełni świadoma, upozowana), zachęcający łuk półdupków, maleńką fałdkę na sprężystym brzuchu - o, ta fałdka to moja zdobycz, tego ona nie "widzi"... Tak wygląda, ale mówi grzecznie, uprzejmie, żartobliwie z jakimś "redaktorem". Po chwili orientuję się, że dzwoni do redakcji telewizyjnego "Pegaza". Ma dla nich świetny temat. Ostatnio mieli felieton o aktorskich chałturach - gratuluję. Ale mam pomysł cudownego ("cudownego", tak powiedziała) uzupełnienia. Otóż jak pan wie, pani Wrzoskiewicz gra u nas Ofelię. No, tak było w "Pegazie". Ale pan nie wie, że ona zaraz po spektaklu biegnie na drugą .stronę ulicy i tam w kabarecie wraz ze swym mężem "odstawia"... (powiedziała "odstawia", w pewnych sprawach te szalone, zazdrosne upokorzone kobiety nie są w stanie skontrolować się...) Wie pan? No i co, przecież to fantastyczne uzupełnienie tamtego tematu. Takie post scriptum przysługuje chyba reporterowi o pana pozycji...

Coś tam było jeszcze, a w końcu podała dzień, kiedy "oni tam funkcjonują w tej budzie"...

Wróciła podniecona, czuła, zachwycająca. I znów gdy po półgodzinnym kolejnym zmaganiu Leżałem wyczerpany miłością, nagle sięgnęła po leżący na podłodze zegarek (no tak, przeszkadzało mi na niej wszystko wolno jej było zostać "tylko w obrączce" i to jako ustępstwo na rzecz jej "rewanżystowskich ambicji").

- Julek. Musimy się spieszyć!

I dowiedziałem się, że idziemy do Związku Kynologicznego, bo dziś jest odbiór holenderskiej pożywki dla psów rasowych, przysłanej przez holenderski psi związek w ramach pomocy charytatywnej dla głodującej Polski. Nic nie łżę. Poszedłem. Widziałem, jak pokazywała "dokumenty" swojego leniwego baseta i potem dźwigałem pięciokilogramową paczkę. No więc miał czy nie miał racji węgierski Żyd? Nie miał, bo "weszła na ekran". Ale tak w ogóle?

Ale pomijając Teresę, to zastanawiające jak mało rzeczy obchodziło mnie wówczas naprawdę. "Przerwa w karze" to jakaś umowna forma egzystencji, nieznana poza tym w przyrodzie. "Naprawdę" pozostaje to, co czeka na mnie za murem. Tu jestem na wycieczce na Wyspach Kanaryjskich. Szkoda, że nie mogę kupić w kiosku żyletki i ratuje mnie Witek bezzwrotną pożyczką. Także fakt, że papierosy trzeba "zdobywać" jest irytujący. Nie wiem, w jaki sposób mój nieletni siostrzeniec załatwia mi popularne bez żadnych trudności. Pewnie w klasie ma syna kioskarki, a ja jestem "były więzień reżimu". Więc moje Wyspy Kanaryjskie całe nędzne i parszywe, ale czasy egzotyczne i jakby nie na serio. Stąd ten "wicher odnowy" (przeczytałem przemówienie sejmowe Dyrektora) biorę w cudzysłów, stąd gdy oglądam portrety bohaterów, emocjonuję się mniej niż świadek na kryminalnym procesie. A "portrety" demonstrował mi Kuba. Brał w marcu, po aferze w Bydgoszczy, udział w akcji plakatowania i zwinął do "prywatnego archiwum" zdjęcia faceta z zakrwawionym nosem i poprawionym nieudolnym retuszem sińcem pod okiem. Chodziło o bohatera Bydgoszczy. Słyszeliśmy to i owo w więzieniu. Ale te sprawy były dla mnie nieważne, byłem na urlopie. Prawdziwe życie czekało na mnie "tam". Albo po prostu piach, jeśli moje serce przyjdzie mi z pomocą. Pewnie tak czułby się facet chory na raka, gdyby w ostatnich godzinach życia ktoś truł mu o groźbie nuklearnej zagłady. W moim odczuciu ani "groźby", ani "wspaniałe perspektywy" odnowy do mnie nie odnosiły się. W tym życiu tutaj byłem "prywatnie", na urlopie. Żyłem jakoś na niby. Bo żyję, ale wiem, że już jestem gotów, żeby mnie zamknęli. Trumna już gotowa.

Stąd tak ważna była Teresa, a śmieszne i zupełnie dla mnie obojętne jej próby odzyskania dla mnie "środowiska": Byłem z nią dwa razy na teatralnych premierach. Byli, owszem, koledzy. "Przypominali sobie mnie". Te ogony ze sztuk kostiumowych, ci co mówili do mnie, rycerza i pana głównej roli na scenie, że "konie podane", ci królowie epizodu, szaraczkowie ról drugorzędnych, "przypominali sobie", a potem szybko gdzieś znikali. Znałem już "wersje". "Chcą nim skompromitować nasze środowisko". To "rząd" uknuł całą sprawę przerwy w karze. Przecież Witek Sanojca nie robił z niczego tajemnicy, byliśmy mężczyznami. Ukrył przede mną tylko jedno, że kiedyś dał w pysk komuś w knajpie aktorów, gdy usłyszał zdanie: "Jakby nam ("my" to "środowisko" kontestujące głośno przeciw władzy w swoich wycyganionych od niej apartamentach) mógł się przydać, to by go nie wypuścili. Gdyby był prawdziwym więźniem, a nie kryminalistą, to by go trzymali..."

I tak "środowisko" obróciło się przeciw mnie, chociaż zapakowano mnie tak głęboko właśnie z tytułu mej środowiskowej przynależności (dwadzieścia pięć lat! za morderstwo w afekcie, a mogło i powinno być osiem albo dziesięć, jak twierdzili wszyscy obrońcy). Okres mego procesu był to czas, gdy zdarzyło się u nas rzeczywiście parę dziwnych spraw. Młody aktor-pederasta oskarżony został o to, że zamordował w celach rabunkowych starą panią. Choć na rozprawie wydało się, że w ogóle w imprezie nie brał udziału, a sprawcą był jego kochanek-lump, który sam dobrał sobie wspólnika, mój kolega dostał swoją "ćwiartkę". Na dobrą sprawę to by brzmiało tak: "dwadzieścia pięć lat za moralne współuczestnictwo". Brzmiało to pewno inaczej, ale sens nie był inny. Więc na mojej sprawie okazało się, że to całe środowisko jest niemal "kryminogenne" i dostałem swoją "ćwiartkę" - dwadzieścia pięć lat - jako symbol zdeprawowanego świata. Ale ten "świat" tym bardziej odwrócił się do mnie dupą. Wydać by się mogło, że przecież owa "odnowa" to idealny czas dla prostowania niesprawiedliwych wyroków, a nieprawda. Wręcz odwrotnie. To czas umacniających się nowych pozorów, wobec których cała prawda i brud życia należą do potępionego świata, który rządził do tej pory.

To chyba jest bardzo dziwne, w każdym razie zupełnie nie umiem sobie tego wytłumaczyć, że dopiero teraz w trakcie swego umacniającego się związku z Teresą potrafię znów myśleć o Krystynie. O niej i o całej sprawie, w wyniku której jestem oto mordercą "odbywającym przerwę w karze". Bo ja życie na wolności "odbywam", tak jak odsiadkę. Nie wiem, może sprawia to Teresa. Bo ona teraz jest jakby zazdrosna o Krystynę, z którą związałem się przecież już wówczas, gdy ona definitywnie "zeszła się" z Dyrektorem. Nasz - mój i Krystyny - związek potwierdziliśmy formalnie chyba w pół roku po ich uroczystych, celebrowanych z hałasem, zaślubinach. Teresa znała ją świetnie, co ciekawsze, wynika z tego, co mówi, że była w jakimś stopniu zorientowana w jej romansie z moim ojczymem. Wszystko to z dystansu lat skłębione w splot idiotyzmów. Może musiało się tak skończyć? Teresa szczerze jej nie znosiła... Zaraz, powinienem napisać "nie znosi", skoro Krystyna żyje w Paryżu i to podobno "nie byle jak". Dopiero teraz w łóżkowych opowieściach ujawnia mi sprawy, które gdybym znał wcześniej- No i co gdybym znał? Nie byłoby inaczej. Nie ma się co łudzić, że zakochany straci część swojej głupoty, gdy pozna część prawdy. Często bywa odwrotnie. Ale swoją drogą aż dziw, że właściwie umknęła mojej uwagi jej bezgraniczna głupota. Wiedziałem, że nie ma "szerokich horyzontów" - zostawiała je brzydulom. W ogóle rozum u kobiety traktowała jako coś w rodzaju protezy nadrabiającej fizyczne mankamenty. Ona jej nie potrzebowała. W gazecie czy piśmie interesowała ją wyłącznie strona poświęcona modzie i dalej nic, choćby się trzęsły kontynenty. Niesłychany był jej nie spełniony "romans" z towarzyszem W. (Ówczesny wicepremier, człowiek o niezwykle charakterystycznym wyglądzie, znany każdemu gapiowi z dziennika TV). O całej hecy opowiedziała mi teraz Teresa. Były to miesiące tuż przed jej ślubem z Dyrektorem, gdy jeszcze korzystała ze względnej wolności i jeszcze bez legendy wielkiej aktorki dorabiała sobie chałturząc na pokazach mody. Bywało, że razem w jednym zespole z moją Krystyną. Któregoś razu tamta zrezygnowała ze wspólnej podróży autokarem. - Przejadę się mercedesem. Jakiś się do mnie tak zapalił, że gdy mu odmówiłam spotkania mówiąc, że jadę do Lodzi, powiedział: "ależ zawiozę panią, bardzo proszę". Jak bardzo prosi... Nie bój się, będę punktualnie...

- I była. Wieczór jak to wieczór po pokazie. Te, które miały ochotę, wybrały się na dansing, mnie to wszystko już nudziło - opowiadała Teresa - i zostałam w pokoju. Z nudów patrzyłam na ostatni dziennik TV... miałyśmy apartamenty... i w momencie, gdy spiker toczył słowa, że w Lodzi w dniu dzisiejszym członek... wicepremier i tak dalej, w progu stanęła nasza Krystyna (moja Krystyna).

- O rety, mój badylarz od mercedesa! - zawołała klasnąwszy w dłonie.

Tak, trzeba przyznać, miała świat poklasyfikowany dokładnie, choć niezupełnie bezbłędnie.

"Romansu" nie było. "Za gruby i po co mają się ludzie oglądać" - wyznała koleżance po paru dniach.

Zaciekła niechęć Teresy ilekroć ją wspomina. Połapać się w babie niepodobna. Przecież to czasy, gdy sama już jest mężatką. Ale ona swego Dyrektora po prostu "ma", a ja szaleję. I ona to widzi. Starczyło, aby tamtą znienawidzić. Zadziwiająca jest żywotność takiej niechęci. Od siedmiu lat Krystyny nie ma w kraju. A ona mi teraz przypomina, jak to dla "Krystusia" odrzuciłem propozycję zagrania w filmie świetnego francuskiego reżysera, a potem, gdy udało mi się ją wepchnąć do teatru objazdowego, jeździłem na spektakle do Kutna i Mszczonowa. "Zamiast do Paryża" - dodaje dzisiaj jadowitym szeptem. Leżę z nią w łóżku. Przesuwam dłonią nisko po jej brzuchu, wyczuwam miłą gęstą czuprynkę i przez chwilę mam ochotę jej powiedzieć, że to wszystko było dlatego, że Krystyna miała w tym miejscu cudownie miękkie krecie futerko. Ale choć mówimy sobie dużo, instynkt samozachowawczy mnie powstrzymuje. Ale ona jest obudzona. Przytula się do mnie i liżąc mi kącik ust pyta złośliwie, czy naprawdę "nic nie wiedziałem". Ze "wszyscy" znali sprawę jej związku z moim ojczymem. A ja raptem doznaję pobudzenia nie od strony tej krągłej piersi stykającej się z moją, nie od tego drgającego w kącie warg języka, a od elektryzującego wspomnienia. Jesteśmy u niej. Złączeni. Krystyna na mnie. ("Ubóstwiam jeźdźca"). Okroczyła mnie i trzyma w spazmującym uścisku swego drgającego żywego wnętrza. Raptem uderza sygnał telefonu i ona nie zmieniając dosiadu przechyla się - mam przed oczami jej pełne piękne piersi, dotykają mnie - i bierze słuchawkę. Słyszę jej przeciągnięte jakoś "haloo" i poruszam się gwałtownie, zazdrosny o ten świat co się o nią dopomina i wściekły na to, że potrafi być ze mną i nie być równocześnie... Ona mówi parę zdań, urywanych, ton jest nienaturalny, przejęta tym, co się w niej dzieje, wreszcie śmieje się cichutko i prosi; "zadzwoń za dwie godziny, potem ci wytłumaczę". Długi wyczerpujący spazm zostawia mnie bez sił... unieruchomionego wyczerpaniem.

- Kto to był? - pytam odruchowo.

- Twój ojczym...

Usiadłem zdumiony na łóżku.

- Czego chciał?

- Pytał się o ciebie, że nie może cię znaleźć - mówi po sekundowym namyśle.

- Przecież mu nic nie powiedziałaś - budzi się we mnie jakieś niejasne podejrzenie.

- Musiałam przerwać... Mógł się domyślić - obejmuje mnie nogami.

Ile razy potem w seksualnym koszmarze pożądliwych snów nawiedzała mnie ta sytuacja w celi. "Mógł się domyślić". "Bo słyszał ją rozmawiającą w tej sytuacji ze mną - taki jest mój domysł. I teraz widzę ją pochyloną w dosiądzie na nim, ręce oparte o bark, on usiłuje złapać ustami różowy koniuszek jej sprężystej piersi. Budzę się spięty, robię ze sobą porządek paroma ruchami na zmiętym na sieczkę sienniku.

- Co się stało? - słyszę głos Teresy, ale jeszcze nie mogę do niej wrócić.

Właśnie cicho, żeby Krystyny, żony mojej, nie obudzić, wkładam klucz w zamek. Wróciłem o dwa dni wcześniej z festiwalowego spektaklu. Już wiem, że mam nagrodę za najwybitniejszą rolę męską, ale nie będę jej odbierał. Ona mi da zaraz to, na co zasłużyłem swoją rolą męską. Idę cicho przez korytarz, widzę delikatną smugę światła pod drzwiami sypialni. Drzwi są uchylone. Jestem w progu i widzę rytmicznie poruszający się zad. Patrzy na mnie, osłupiałego, ślepe oko odbytnicy. Słyszę sapanie. Widzę od tyłu unoszącą się głowę mężczyzny. Kark. Szlachetna siwizna. Już wiem. Na wyciągnięcie ręki mam ciężki brązowy świecznik. Czuję chłodny dotyk metalu...

- Julek! - dochodzi mnie głos Teresy. - Coś ci się stało? Źle się czujesz? - jest niespokojna, bliska. Kocha.

 

Byłem u Witka Sanojcy.

- Jak tam twój romans z Teresą?

Wszyscy już wiedzą. Widocznie tego właśnie chciała. Witek ponury. Jest w nim to elektryczne napięcie, które jest wokół, a które omija mnie, jakbym był uziemiony. Ciekaw jestem tego, czego się wszyscy obawiają, spekulując na temat "wkroczą - nie wkroczą". Ja jestem obok. Tak czy owak, zaproszą mnie za mur albo przysypią ziemią. Jestem już w trumnie.

Ale wracam do ludzi serio. Witek. Jest wściekły i niespokojny o swego gówniarza. Ten szaleje. Jest redaktorem szkolnej gazety (nie wolno mówić "gazetki" - bo obraza) i ostatnio ma sukces - "drukują się" (skąd mają powielacz? czy tylko dostęp do powielacza?) w kilkunastu egzemplarzach i plakatują te płody w kilku gimnazjach. Już jest międzygimnazjalny komitet redakcyjny. Zebrania u mnie (to znaczy u Andrzeja). "W pokoju z czakiem" - tak to się nazywa teraz ten redakcyjny gabinet, który był kiedyś pokojem dziecinnym. Stoi tam czako dziadka, wisi jego legionowa fotografia na ścianie. To teraz ołtarz. Ale ja pojmuję, że Witka nie przerażają żadne aberracje umysłowe czy polityczne, a fakt, że nie ma z chłopakiem kontaktu. Nie byłem ojcem, tego jednego los mi oszczędził, ale gdy patrzę na mego siostrzeńca i Basie, widzę, że to dramat powszechny rodziców. Okazuje się, że Kuba też należy do "Komitetu redakcyjnego".

- Dziwne, że się nie pochwalił - mruknąłem i dowiedziałem się, że to w dodatku ma status półkonspiracyjny. Oczywiście konspiracja przed dyrekcją szkoły, "ale smak ten sam", skomentował Witek. A ja byłem za młody, aby tego pokosztować, gdy on biegał z parabelką za paskiem, a teraz już jestem "wapno", gdy jego syn bawi się śladami ojców.

Witek mówi o tych szczeniakach, że oni są impregnowani na argumenty. Zresztą gdzie szukać tych argumentów? Mówię mu, że społeczeństwo potrzebuje "spokoju". Oferować "spokój" jako najwyższą wartość facetowi, co nie ma jeszcze osiemnastu lat i boi się tylko spokoju. To nie jest propozycja ideowa dla młodych...

Przejąłem się zgryzotą mego przyjaciela. Bo nigdy nie wierzę w jeden powód żadnego załamania. Zacząłem go wypytywać, "jak się czuje" w ogóle, aż doprowadziłem go do śmiechu. Wyciągnął flaszkę. Jego zdaniem "kontrolowane użycie alkoholu" nikomu nie zaszkodziło. Czyżby rację miała Ela Audi mówiąc coś o jego niesłusznie lekceważonych kłopotach z sercem?

Zaczęło się gadanie na luzie. Najpiękniejsza była opowieść, jak Malała Wrzoskiewiczowa dostała przed rokiem (teraz mówi się "przed sierpniem") odznakę "Zasłużonego górnika". Wojewódzki sekretarz z Katowic postać! - urządzał jakieś strasznie kulturalny spęd. Nie mogło zabraknąć Dyrektora Wszystka - posła, diabli wiedzą, może był posłem właśnie ze Śląska, nikt nie znał tajemnic wyborczego rozdzielnika. No, ale on już wtedy szalał. I wybrał się oficjalnie na ów spęd - a nieoficjalnie ze swą Malała. I stało się. Gdy dostojnych uczestników dekorowano złotą odznaką Zasłużonego Górnika padło nazwisko Malali. Jakiś sekretarz sekretarza spisał widocznie obecnych uczestników z listy "hotelowej". Dyrektor zachował się jak mąż stanu. Przeprosił w imieniu koleżanki, której nagła niedyspozycja uniemożliwiła przybycie i odebrał odznakę w jej imieniu. Była radość w Warszawie... - kończył opowieść mój Witek. - Nie ma się co dziwić Teresie, że się odgrywa, spuentował w sposób nieco dla mnie obraźliwy.

 

To był pomysł Basi. Bo moja kochana siostra, zniszczona totalnie jako kobieta na parę lat przed czterdziestką została uniwersalną matką. Kuba to Kuba, ale mnie też otoczyła macierzyńską opieką. Była tolerancyjna i mądra. Ani słowa o pani z autobusu, a potem gdy się uspokoiłem, bo chodziłem do Teresy, była nawet niespokojna, że coś mi się urwało. Dopiero jak wrócił Wszystek i musieliśmy się z Teresą spotykać u mnie... Bardzo się ucieszyła. Bo zobaczyła ją za którymś razem przez okno.

Więc to matkowanie. Zamęczała moich lekarzy w Aninie (dowiedziałem się, że "konsultowała" wszystko, nawet jakie mam "uprawnienia erotyczne" - powiedział mi to kiedyś żartem mój lekarz). Była to troska nie tylko o zdrowie, ale i sprawa mego powrotu. To ona od początku bała się - tego o czym udawałem, że zdołałem zapomnieć - powrotu. Dowiedziałem się znacznie później, że wydębiła audiencję u ministra (eks-pani Laniewiczowa była ze swoich, miała dojścia). Ale niczego nie obiecał. Jego zdaniem rewizja nadzwyczajna nie miała sensu. Więc Basia wymyśliła Radę Państwa i akt łaski. I wtedy pojawił się na horyzoncie Zajączkowski. Mój szkolny kolega z maturalnej klasy wyrósł na wielki autorytet społeczny. Były krytyk teatralny lansujący trend antyromantyczny w teatrze, obrońca obrazoburczej sztuki Mrożka "Śmierć porucznika"... To już nie te czasy... Grałem w tej sztuce i gdy teraz wyłoniła się perspektywa, że mam z nim rozmawiać, wygrzebałem gdzieś jego recenzję. Że niby "pamiętasz, bracie" i tak dalej... Lepszy pierwszy kontakt. Nawet teraz przeczytałem to z przyjemnością. Zajączkowski polemizując z atakami ludzi "orientacji narodowej" przytoczył w tym artykule, wygrzebane w jakichś historycznych szpargałach, wyznanie porucznika Ordona, którego reduta stała się symbolem równie wymownym co Somosierra. Oto Ordon, który bynajmniej nie poległ i nigdy nie wydał rozkazu wysadzenia reduty w powietrze, wyznał "jako to kanonier Nakrut, posłany po proch do magazynu, wszedł tam z lontem zapalonym i tym prostym sposobem przez niedołężność wysadził magazyn w powietrze i sam zginął..."

Zajączkowski z pozytywistycznym zacietrzewieniem dworował z "reduty rekruta Nakruta", dowodził, jak to romantyzm kreował na twórców dziejów idiotów i niedouków, pastwił się nad "polską historią Polski", którą w pamięci narodowej zakodowały dzieła romantycznych poetów "robiąc wodę z polskiego mózgu".

Zorientowałem się, że przypomnienie takich publikacji byłoby mocno nie na czasie. Zdarzyło mi się czytać jeden czy dwa artykuły, w których pisał teraz o "niezłomnym duchu narodu", o woli walki "per fas et nefas", o tym, że "wola ludzka tworzy historię na równi z okolicznościami materialnymi"...

Wsławił się był ostatnio artykułem "Przeciw biologicznej zagładzie", prorokował w nim zimę, która wobec nieudolności władz przynieść może kres. Proponował plan ewakuacji wielkich miast, których ogrzanie jest "fizyczną niemożliwością w obliczu moralnej klęski naszego rządu". Po lekturze można było dostać dreszczy, jako że już dmuchał wiatrami październik. Basia coraz częściej popłakiwała, że w piwnicy ma niecałą tonę koksu...

Ale wróćmy do Zajączkowskiego Niezależnie od tego co pisał dziś i co myślał wczoraj, byt ponoć "autorytetem". Za jego poręczeniem zwolniono niedawno z aresztu fanatyka, który sprofanował jakiś pomnik. Zdaniem Basi jego rekomendacja prośby do Rady Państwa o akt łaski mogłaby sprawić cud. Właśnie wczoraj widziałem go w telewizji. Był to czas, gdy stanęło całe województwo zielonogórskie, bo w miejscowości Lubogóra dyrektor przeniósł kierowcę zza jakiegoś biurka urzędowego "Solidarności" z powrotem za kierownicę. Ponoć zbyt mało było członków tego związku, aby zatrudnić etatowego pracownika. No i strajk. Stoi całe województwo. Nawet facet tak nieobecny w życiu publicznym jak ja wiedział to i owo o sprawie. Więc patrzyłem na dyskusję jajogłowych, wśród których brylował mój kolega "Zającem" w klasie zwany, późniejszy sojusznik w bojach o socjalistyczny repertuar, a dziś "autorytet", szef organizacji "Publicystów Odnowy". Bardzo mnie zastanowiło jego wystąpienie. Mówił nawet o Bogu. Popierał strajkujących. "Godność bywa ważniejsza od racji stanu, a cóż dopiero racji naszej kulejącej i tak ekonomiki". Pytanie dyskutanta czy "skoro ona kuleje, to należy jej strajkami amputować jeszcze zdrową nogę", nazwał prostackim uproszczeniem, nieliczeniem się z imponderabiliami i tak dalej. Ale właśnie wówczas Basia wskazując triumfalnie na lizusowski ton pozostałych dyskutantów wobec Zająca oznajmiła: "będziesz u niego albo ja pójdę sama w twojej sprawie".

Obiecałem. Po prawdzie obawiałem się przyjęcia takiego, jakie zgotowało mi moje własne środowisko, ale stawką było wszystko. Mimo to zbyt długo zabierałem się do tego telefonu i któregoś wieczora Basia wywołała mnie do aparatu.

- Zajączkowski - powiedziała szeptem. - Ja zatelefonowałam - dodała, aby pozbawić mnie złudzeń, że to tamten mnie poszukiwał.

- Cześć - odparł rześki głos na moje "halo". Był serdeczny. Ucieszył się nawet jakby, że mnie słyszy, mówił coś "a to niespodzianka" i tak dalej, aż nagle wymknął mi się ten nieszczęsny "Zając". Tak przecież przezywaliśmy go w klasie. Zesztywniał. Znać uświadomił sobie, że czeka go spotkanie z nazbyt spoufalonym kryminalistą. Dowiedziałem się więc, że mam zadzwonić jutro do jego sekretarki i przez nią ustalić termin. "Nie mam przy sobie kalendarza i nie wiem, co mnie jutro czeka, nie gniewaj się, ale jestem po prostu przywalony robotą, spotkaniami..."

Zgodziłem się z pokorą i nazajutrz - gardząc sobą, jakbym się umawiał z arcykurwą-policjantem a nie liderem odnowy, zadzwoniłem do "jego" sekretarki.

Okropnie to śmieszne. "Pan prezes jest jeszcze zajęty, zechce pan poczekać w holu". Ten hol to po prostu korytarz, ale już wiedziałem, co jest grane. Mój Zając to teraz ktoś. Nie na darmo Basia opowiadała o jego wywiadzie drukowanym "aż w <<<>>>".

Tym lepiej. Jeśli zechce się pochylić nad losem "kryminalisty", może coś zwojuje w tej Radzie Państwa.

Czekałem z kwadrans, może nieco dłużej. "Pan prezes prosi". Teraz już wiedziałem, jak się zachować. Zacząłem od słowa:

- Gratuluję...

Nie spytał czego. Ze zrozumieniem kiwnął głową. Tą samą okrągłą, nieco za dużą głową, przez którą na szkolnym boisku piłkarskim dopingowany był jako "Balon". Ale ani Balon ani Zając. "Prezes". No, szczerze mówiąc, nie odważyłem się na "Prezesa", ale im dłużej z nim gadałem, tym pewniejszy byłem, że by przełknął. Z apetytem. Mało interesował się mną. Raczej po prostu mnie uświadamiał. "Potężny wicher odnowy wieje przez kraj". Nawet nomenklatura była jakaś inna. Przysięgam, że takiego bombastycznego frazesu nie znalazłbym w "pismach zebranych" Zajączkowskiego z naszych wspólnych lat.

- Kawa, herbata? - zorientował się po pół godzinie.

Ucieszyłem się. Obrzęd parzenia przedłużał wizytę, a wiedziałem, że on musi się wyszumieć, uwierzytelnić swoją ważność. Każdy telefon, który z pozoru przedłużał rozmowę, ja witałem z radością, bo w każdej rozmowie błyszczał, instruował, rządził, a ja byłem tego pokornym świadkiem. Moje akcje rosły. Wreszcie gdy zobaczyłem już fusy na dnie mojej filiżanki, zaatakowałem. Że są wszelkie racje po temu... Jeśli nie rewizja procesu, to chociaż akt łaski... No, Rada Państwa... Podobno możesz wszystko.

Skinął łaskawie głową, już mi serce zabiło, ale wnet okazało się, że on nie może, "właśnie dlatego".

- Nie możesz zrobić takiego głupstwa dlatego, że możesz wszystko? - nie wytrzymałem.

Raz jeszcze skinął głową.

- Zrozum - powiedział łagodnie - skoro jestem tak olbrzymim autorytetem pozainstytucjonalnym, że na moją rekomendację zwalnia się ludzi aresztowanych z powodów politycznych, poruszenie takiej jak twoja...

- Kryminalnej - pomogłem mu bezlitośnie.

Ale niczego nie zauważył.

- No, właśnie. Zaangażowanie się w taką sprawę postawiłoby mnie w sytuacji dwuznacznej, którą "oni" wykorzystaliby natychmiast.

"Oni" to byli ci, co jeszcze rządzili, co jeszcze blokowali mu drogę. Nie wiem, kim widział się Zając w marzeniach, ale wiedziałem, że skoro Chomeini obalił cesarza, Zając nie będzie miał litości wobec nikogo.

Ale już nie musiałem się krępować.

- Zając - powiedziałem tonem uniżonego szacunku cholernie dużo głupstw nasłuchałem się w tym twoim gabinecie.

Zmartwiał. Potem się roześmiał, jakby jeszcze niepewny, czy naprawdę usłyszał to, co usłyszał.

- Wiesz - ciągnąłem - odkąd wylazłem na tę stronę muru, słyszę, jak ludzie pieprzą od rzeczy. I to niegłupi ludzie. Jak siedziałem, to czytałem w gazetach jak Gierek robi drugą Polskę, jak się ta druga pierdolnęła, to czytam i słyszę, że zrobimy dla odmiany drugą Japonię.

Bez przerwy pierdolą się w tej polskiej głowie króliki na strychu i teraz do tych króli i ty Zając się zaliczasz!

Jeszcze się śmiał. Ale ja się nie śmiałem.

- Ty, Zając - teraz Zając stał się moją obsesją, sadziłem go bez przerwy w każdym zdaniu - byłeś w czasie rozmowy, gdy Witek Sanojca opowiadał, jak ujawniał się po swojej robocie w Armii Krajowej jego ojciec. Jak na pytanie bezpieczniaka czemu to pan pułkownik zdecydował się wbrew instrukcjom zawiesić bezwarunkowo całą działalność konspiracyjną po wkroczeniu Armii Czerwonej, ojciec Witka odpowiedział: "bo uznałem, że nie wygram wojny ze Stalinem". Teraz widzę. Zając, że ty Wygrasz ze wszystkimi...

Tak. Nie była to dobra rozmowa. Nie mogłem nic pocieszającego przekazać mojej Basi. Chwilami myślałem sobie, że może jest, jak musi być. Tutaj ludzie emocjonują się spotkaniem Rządu, Episkopatu i Związków. Tylko te trzy nazwiska, a tu ja - jakiś eks-aktor, "ojcobójca", śmieszna sprawa. Ale, do kurwy nędzy - jak mawia się w celi, jeśli strajkuje uczelnia jedna, a potem wszystkie, bo komuś się nie podoba sposób, w jaki wybrano rektora w szkole inżynieryjnej, albo to, że wybrano tego właśnie a nie innego faceta, to może fakt, że jednego faceta zamknięto na dwadzieścia pięć lat więzienia (a góra na co zasłużył to dziesięć - zdaniem adwokatów), mógłby poruszyć paru bliskich mu ludzi. Ale trzeba być mężczyzną. Muszę rozmawiać o strajku w Sosnowcu, gdzie stoi kopalnia, bo jakiś... rozbił przed wejściem fiolki z cuchnącym płynem. Trzeba mieć swoje zdanie na temat tego, co ktoś powiedział, że "rządzący to zbrodniarze" i trzeba powołać "trybunał ludowy". No, pewnie. Szkoda tylko, że w tym trybunale nie zajmą się faceciną skazanym za to, że rozbił przypadkiem czerep łobuzowi...

Wracam do Basi wykręcony na lewą stronę przez tego zajęczego syna, knujący jak mały chłopiec pomysły jakby takiemu dokuczyć. A tu - odmiana. W moim pokoju gość. Zenek. Zenek Siekierka we własnej osobie. "Po cywilnemu". Bez pasiaka i mycki. Zobaczyć kogoś, z kim szorowało się bardachę, jak pod krawatem "uprzejmie dziękuje" Basi za serwowaną mu herbatę, to jest coś. Porównać to mogę tylko z pierwszą łaźnią, gdy nagle znalazłem się w chmurach pary, wtłoczony z gromadą golasów, ludzi odpodobnionych bez swoich łachów... bo śmieszne, ale nawet więzienny mundurowy lach każdy nosi inaczej. Teraz odwrotnie. Siekierka ubrany w garnitur w prążki, różową koszulę i granatowy krawat w paski...

Muszę tu wspomnieć, że Zenek jest tak zwanym "pięknym chłopcem", a właściwie mężczyzną. Wyraziste rysy. Oko niebieskie, smolistoczarne brwi i czupryna niczym melonik kominiarza - mocno odrośnięty jeż, kto nie wie, już się nie domyśli maszynki więziennego fryzjera.

Zorientowałem się, że mój koleś bada grunt, czy nie udałoby się u mnie załapać chociaż na parę dni. To fakt, że zwolniono go po staraniach jako jedynego żywiciela akurat gdy w gospodarstwie na dobrą sprawę nie za wiele jest do roboty... Widać tak u nas być musi, żeby w niczym za dużo sensu nie było. Tak czy tak, byłem w kłopocie. Przygarnięcie Zenka to wiele problemów. Basia. Wspólny pokój, gdy ja mam Teresę. Jego potrzeby w tym względzie, które ujawni, jak tylko zostaniemy sami... Decyzja nie była łatwa. Ułatwiła ją Basia, gdy wynosiłem do kuchni szklanki, bąknęła z zamyślonym śmieszkiem: "ładny chłopak z tego twojego kryminalisty". I nagle olśniła mnie myśl, że może właśnie Zenek wyszarpie moją biedną z tego przywiędłego pseudowdowieństwa. Doprawdy życie nauczyło mnie szczerości przynajmniej wobec siebie. Tak pomyślałem i to z braterskiej dobroci serca z miejsca zapytałem, czy mógłbym go przetrzymać parę dni, nim ruszy na swoją wiochę. Zenek został zakwaterowany. Spostrzegłem, że dostał na kołdrę jeszcze dwa kocyki. No nieźle - pomyślałem. Rzeczywiście było w domu chłodno, jako że Basia nie pozwalała naruszać skromniutkich zapasów koksu. Zenek kocyki przyjął bez wrażenia, jakby po prostu przyjechał do swoich apartamentów. Spojrzałem na niego inaczej. Oto chłopak, którego skroiła małomiasteczkowa metropolia o nazwie Końskie, bodaj czy nie pierwszy raz w Warszawie i... No, jeszcze żadnego "i" nie było, ale doszedłem do wniosku, że to "cela" wyniosła Zenka do rangi tego "oblatania", dała mu kamienną twarz pokerzysty, który bez wrażenia obserwuje nowe rozdanie kart. Na wiadomość, że zanim "wybierze się do babci", chętnie będziemy go gościć, błysnął białymi zębami i swoje dziękuję adresował do Basi, jakbym ja nie miał z tą sprawą nic wspólnego. Los tego wieczora przychylił w stronę Zenka róg obfitości. Kończyliśmy herbatę, gdy rozległ się telefon. Teresa przypomniała mi, że za dwie godziny mam pojawić się na jej urodzinach. Wiedziałem od dawna, a zapomniałem zupełnie. Najpierw ta rozmowa z Zajączkowskim, potem Zenek...Musiała wyczuć w moim tonie jakieś niechętne zaskoczenie, bo okropnie się spłoszyła. W sposób zupełnie dla niej nietypowy. Czy naprawdę nie rozumiem, co to dla niej znaczy i w ogóle skąd te wahania, przecież wiedziałem od dawna. Bąknąłem, że właśnie przyjechał do mnie kolega, usłyszałem, że zaproszenie obejmuje wszystkich moich kolegów z wszystkich więzień Rzeczypospolitej i rozbawiony obiecałem, że przyjedziemy.

Wiedziałem przecież, o co jej chodziło. Upokorzona "sprawą Wrzoskiewiczowej" postanowiła ośmieszyć swego męża. Myślę, że do tego celu nadawałem się z pewnością. W naszym środowisku byłem kimś, a im bardziej byłem "skandaliczny", tym lepiej. Pomyślałem, że w tej konfiguracji Zenek może być kimś rewelacyjnym. Chce mieć skandalicznego kochanka - pokażemy go wraz z przestępczym adiutantem. Stało się. Rewanż za Malalę będzie okrutny. Sądzę, zresztą, że byłem w pełni świadomy, że uderzenie trafi nie tylko w mego niezrównanego Dyrektora, ale trafi rykoszetem w Teresę. Z pewnością. byłem tu trochę masochistą wobec siebie i swej "legendy", ale też i sadystą wobec mojej kochanki, którą przecież degradowałem towarzysko, a Zenkiem mogłem naprawdę "umoczyć" ją na dłużej.

Okazało się, że to on odniósł największy, choć cichy, sukces towarzyski owego wieczoru. Dowiedzieć się miałem o tym w parę dni później.

Zastaliśmy już sporo osób. Był małżonek - "właśnie wróciłem z Paryża" - tymi powitał mnie słowy. - Wiem - odparłem tonem pełnym szacunku i policzyłem w myślach, ile to godzin spędziłem z Teresą w jego łóżku.

- Mój mąż szuka na świecie pomocy dla więzionych... - Teresa przedstawiła go Zenkowi, który miał zalecone po prostu milczeć.

- Co tam pomoc. Jak już kto się wkitra do puszki, swoje musi odsiedzieć - podzielił się filozoficzną refleksją, ściskając tak dłoń gospodarza, aż siność wystąpiła na jego twarzy. Od pierwszej chwili zaczęło się więc między nami nie najlepiej. Ten krnąbrny rogacz pewnie wymyślił sobie, że ten mój towarzysz to specjalne danie, aby go skompromitować, więc sam się pospieszył. Postanowił zaatakować:

- Kochani! - zawołał tłumiąc gwar. - Chcę wam przypomnieć kolegę, którego mamy dziś okazję gościć po latach, a którego przecież nie wszyscy ze zgromadzonych tu znają. Oto "sławny" Julek Petryk. Kiedyś persona grata naszej sceny. A dziś.

- Nasz honorowy gość - podbiegła Teresa, by ratować sytuację. Pocałowała mnie w policzek. Szła ostro.

Gorzej, że wmieszał się baset. Ledwo do mnie podeszła i pocałowała, bydlak usiadł naprzeciwko mnie i szczeknął groźnie raz i drugi. Widocznie w obecności pana wypełniał obowiązki stróża moralności. Siedział na zadzie, z ogromnym uszami.

- Stróż gospodarstwa Dyrektora Wszystka - westchnąłem głośno - też mnie nie lubi! - Ktoś się roześmiał. Teresa się zaczerwieniła. I nastąpiła cisza. A ja postanowiłem iść na całego. - Przepraszam, Dyrektorze, ale na mnie szczekać nie wolno. Dziś chyba występuję jako persona grata. Bo chyba ostatni z rodowej linii stałego bywalca tego salonu, towarzysza Laniewicza. Bo nie widzę nikogo z KC, z KW. Więc ja jako szwagier chociaż eks - czuję się szczególnie eksponowany...

Walnąłem między oczy. O tyle niedobrze, że bądź co bądź urodziny Teresy... Ale fakt, że był ten salon dyrektorski ongi pełen ciężkich dostojników, a dziś zamieciono po nich nawet kąty. Po takim wejściu zrobiła się koło mnie pustka. Tylko lekko podpity mój partner z debiutanckiego spektaklu wybrał się ku mnie z powitalnym kielichem w dłoni. No i Teresa. Ta była konsekwentna. Zaczęła zagadywać do Zenka i ścierpłem, czego to się zaraz nasłucha. Ale Zenek trzymał się tego, co zwał "ą" i "ę". Tak nazwał dystyngowane nawijanie. (Ze mną jak dziewczyna pójdzie na chatę to już żadne "ą" i "ę", tylko w rączkę i do buzi - zaczynamy.) Słyszałem, jak nawijał coś o swojej babci na głębokiej wsi kieleckiej. Jak Boga kocham. Starał się. Rozrzewnił mnie do łez. Strzeliłem z moim eks-kolegą kielicha. Żeby nie męczyć Zenka, nalałem mu wódki do szklanki od wody sodowej. A ten mój kumpel po prostu się przykleił. Już po paru minutach wiedziałem, co jest grane. Sobaczył na Dyrektora. Szeptem, oglądając .się, choć podpity. Szybko pojąłem jego kombinacje. Miałem być jego protektorem. U Teresy. Bo wiadomo było w teatrze, że wieloma sprawami nadal rządzi żona. A więc już wiedział. Zapewne wiedzieli wszyscy. No cóż, tak być musiało. Po to widocznie byłem zaproszony. Bo zaraz przybyła Wrzoskiewiczowa. Przywitała się ze mną jak ze starym kolegą z pracy. Może i tak to traktowała. "Pracowaliśmy" oboje, "u Dyrektorostwa". Zenek jęknął cichutko z wrażenia dotykając delikatnie jej ręki. Pomyślałem sobie, co się w nim dzieje i szybko uzupełniłem jego szklankę. Ale to nie była jeszcze jego godzina. Miała nadejść.

Właśnie w tej chwili pojawił się Wituś, taszcząc tę swoją Elę Audi, albo przez nią przytaszczony. I tu Zenek trafił na swoje przeznaczenie... "O kurwa"... jęknął cicho, gdy pojawiła się w drzwiach wyzywająco ubrana, zgrabna czterdziestka... Nie uwierzyłbym, ale potrafił się jakoś koło niej zakręcić... Pewnie wiedziała, że to mój kompan, ciekawa była życia, na pewno na odległość czuła męską chcicę... Przypomniały mi się przechwałki Zenka z celi: Jak się ubiorę i ogolę, każda dupa mi się przyjmie"...

Zmęczyliśmy z Witusiem jakieś pół litra różności jakby tak zlać tę śliwowicę, whisky, wreszcie koniak - i dopiero sobie o Zenku przypomniałem.

- Jak ci leci, Siekierka? - zapytałem odnalazłszy go na kanapie w kącie za fortepianem obok Eli Audi.

- Siekierka? - zdumiała się... I już Zenek pochylał się do jej uszka. Gdy widziałem, jak poruszone jego oddechem włosy muskają mu wargi, zdjęła mnie groza na myśl, co się z nim dzieje. Wiedziałem też - nie słysząc co mówił: "jak miałem lat trzynaście i milicjant przyszedł po mego brata, co był pełnoletni i życiem by za to zapłacił, chwyciłem siekierę... Za brata zabiłem, bo dla mnie, dziecka, co najwięcej poprawczak, a jemu kaes, jak nic by poleciał..."

I nastąpiło zaraz rozpinanie koszuli na piersiach pod marynarką... Ela była na poziomie. Dyskretnie zerknęła na tatuaż: pień w kształcie serca z wbitym toporem...

Wróciłem do Witka. Stał w towarzystwie mego znajomego aktora i słuchał go cierpliwie. Niedostrzeżonym przez rozmówcę gestem skrytej za plecami dłoni wezwał mnie na pomoc... Mój kolega żalił się, że przez fatalne układy polityczne przez tyle lat był krzywdzony, nie obsadzany, że nawet teraz nie może się doczekać tego, co by mu się należało. Okazało się, że chodzi o obsadę owej sztuki o górnikach z Boliwii, na której wystawienie Dyrektor się zdecydował.

- "Góra Żałoby"? - podchwyciłem chcąc pochwalić się orientacją. Aktor spojrzał nie rozumiejąc.

Witek roześmiał się.

- Już teraz "Któryś jest w niebie". Cytat z modlitwy. Zmiana tytułu to pomysł Dyrektora. "Teraz trzeba być blisko Kościoła" - Witek cytował go z kamienną powagą

W końcu odczepiliśmy się od nudziarza. Po prostu wziąłem Witka pod rękę i odciągnąłem go w stronę okiennego parapetu.

- Uf - odetchnął. - Ciężko było. Jeden z tych co teraz mają do komunistów pretensje o to, że sepleni od urodzenia.

- Rzeczywiście miewał dawniej kłopoty? - spytałem jak głupi.

- Tak, tak. Niemal jak nasz Dyrektor. Był w opozycji. Pamiętam jak Wszystek wrócił z jakiegoś przyjęcia nieprzytomny z wrażenia, bo pięć minut rozmawiał z Gierkiem. Zachwycony. Olśnił go nawet krawat. Różowy do różowej koszuli. To wówczas ten mój rozmówca spytał, czy były te róże dobrze stonowane. To było jego jedyne wystąpienie opozycyjne. On naprawdę sepleni, a chce w tej sztuce grać rolę trybuna ludowego...

A mnie przestało się podobać. Mój Zenek i ta jego Ela Audi. Zawlokłem więc Witka na tę kanapę za fortepianem. Ela się zaśmiewała. Zenek opowiadał, jak przed laty u babci Józi kotka wysiadywała kurze jaja...

- Naprawdę! - bożył się wzywając niebo na świadka. - Kura znosiła jajka do kosza, a jak na kotkę przyszła godzina, to w tym samym koszu urodziła kocięta. I potem się godziły. Kotka grzała jaja, kura siedziała na kociętach...

Był naprawdę zabawny ten mój Zenek. Zupełnie inny człowiek niż prowodyr celi rządzący się nawet na spacerniaku. Co gorsza, widziałem, że Ela jest zachwycona.

- To cudownie musiało być u pana babci...

- Jutro tam jadę - oznajmił Zenek.

Okazało się, że mówił prawdę.

*

A teraz przychodzi czas na te dni, o których opowiada wykres gorączki, niteczki elektrokardiogramów, cyferki specjalistycznych badań. Aż dziw, że nie "skalpel" bodaj tak ci nożownicy w białych kitlach nazywają swoje mojki do mokrej roboty. Bo obyło się bez operacji. Farmakologia mnie "zbawiła". Ale szpital. Nie będę się nad tym zatrzymywał. Co się zajmować moją chorobą, gdy w programie mamy śmierć nieszczęsnego gówniarza i te konwulsje całego kraju, wobec których nie chirurg a pasy dla szałowych byłyby lekarstwem.

W mojej celi - Wrzoskiewicz. Znowu Wrzoskiewicz. Gdyby to była naprawdę "cela" wiedziałbym, że on to kapucha, którego na mnie nasyłają. A tak przypadek, albo ich jakaś filozofia, że ludzie ze wspólnego środowiska czują się razem najlepiej. Widocznie dla nich jestem środowisko "artystyczne", nie "przestępcze". Dobre i to.

Teraz Wrzoskiewicz to nie żaden chory aktor, to sprawa. Bo jak się dowiedziałem "zastawka" to nie to samo co "zastawka". Nylonowa, krajowa na pięć lat nie starczy. W Londynie dają prawdziwą, wieprzową. Tylko rzecz w tym, że tam operacja kosztuje dwadzieścia pięć tysięcy dolarów. Ale już Dyrektor walczy przez nasze stowarzyszenie. W rozmowach podobno zagroził, że jak się nie zgodzą wyasygnować z funduszy państwowych, to "Solidarność" zorganizuje w Londynie i Paryżu zbiórkę publiczną na operowanie prześladowanego aktora...

Wrzoskiewicz w euforii. Ja rozbawiony. Ta świńska zastawka i to, jak Dyrektor bez narkozy operuje tego rogacza, żeby mieć z nim spokój. No trudno, jest jak jest. Zresztą Wrzoskiewicz właściwie w formie. Imponuje sam sobie. Taka sprawa. I głupi ludzie nazywali go "nadwornym błaznem".

O jego kondycji świadczy chyba i to, że tak bardzo jest rozpolitykowany. Na ścianie powiesił mapę Polski i niczym sztabowiec przyszpila biało-czerwone chorągiewki tam, gdzie jest strajk. I cała Polska w biało-czerwonej spódniczce. Te chorągiewki przynosi mu Wrzoskiewiczowa. Przed obchodem jest cały ceremoniał zdejmowania mapy. Szpital w Aninie to była lecznica rządowa i zdaniem Wrzoskiewicza lekarze są "niepewni". Teresa była dwa razy. Zawsze wywoływała mnie do holu. Myślę, że bała się spotkania z małżonką Wrzoskiewicza. Wesoło. Skoro powiedziałem, że w tej książce nie będzie nic o moich bebechach - dotrzymam. "Przygotowywali" mnie - tak to się u nich nazywa - całe dwa tygodnie. Przez ten czas kraśniała chorągiewkami cała Polska. Gdy do strajków rolników, górników, murarzy, drobiarzy, kolporterów prasy, studentów i nauczycieli dołączyli ludzie z jakiegoś domu kultury, którzy zastrajkowali na znak protestu przeciw decyzji oddania przez władzę ich świeckiego obiektu do dyspozycji władz kościelnych, wprawiłem Wrzoskiewicza w zakłopotanie. Gdy komentując tę wiadomość triumfalnie wbijał w okolice Elbląga biało-czerwoną chorągiewkę, zaprotestowałem mówiąc, że tym razem strajkuje czerwona zaraza i to przeciw kościołowi. Debil zastanawiał się długo, wreszcie oddarł białą cząstkę chorągiewki. Tak to życie polityczne kraju ubarwiało mój pobyt w szpitalu. No i jeszcze Zenek. Piekielny Siekierka ku memu osłupieniu pojawił się w połowie pierwszego tygodnia mojej szpitalnej kwarantanny. Wrócił. Okazało się, że pod jesień to w ogóle u babci nie ma nic do roboty. Kiedy zostaliśmy sami, bo Wrzoskiewicza wyniosło do telefonu, zwierzył mi się radośnie ze wszystkiego. Ela. Ela zawiozła go do babci swoim audi.

- Co za kobieta, człowieku... Ja wszystko wiem, że ty się z nim przyjaźnisz, ale nie lepiej, żeby ją jebał człowiek, a nie jakiś Król Szczypiorku? Pierwszej nocy to całe łóżko się rozleciało. To samo co je siekierą zaprawiłem...

- A to nie milicjanta? - zapytałem złośliwie, wściekły na Zenka, na siebie, na nią, na Witka.

- Józia ci i tak wszystką prawdę powiedziała stwierdził łagodnie, że nie będzie się upierał przy więziennej legendzie. - I rozleciało się, człowieku. To my siennik na podłogę. I nawet dobrze wypadło z tym łóżkiem, bo za pierwszym razem to ledwom się zbliżył było po wszystkim. Może sobie pomyślała, że to łóżko mnie spłoszyło. Drugą rażą poszło lepiej, ale za trzecim to dopiero podymałem jak prawdziwy dżentelmen i z tej, i z tamtej... mówię ci...

- I przywiozła cię z powrotem? - nacisnąłem zeznającego.

- Żebyś wiedział.

- Gdzie mieszkasz?

- U Króla Szczypiorku. Tam pracuję w inspektach dodał spiesznie.

No i dobrze - pomyślałem. - Witek powinien mieć w domu spokój.

Poza Zenkiem tylko on jeden odwiedzał mnie w lecznicy. No, oczywiście Teresa i Basia. Ale to kobiety. On jeden.

*

Dziś, gdy piszę w niespodziewanym kwietniowym upale, w domu Basi, który lada tydzień zamienię na więzienną celę, wydaje mi się to równie mało realne, jakbym opisywał daleką Arktykę i czasy pradawne. A chodzi o ten, oddalony zaledwie o parę miesięcy roku, grudniowy dzień. Nie wiem, czy ktoś inny poza lekarzem kardiologiem odnajdzie jakikolwiek głębszy sens w mojej wycieczce w świat wolności. Ja sam, gdybym miał tego sensu szukać, musiałbym ten właśnie dzień uznać za początek... Początek czego? Może początek rozeznania. To co było dotychczas, rozgrywało się we mgle. Nie musiałem dokładnie rozeznawać konturów postaw ludzi, których kiedyś znałem, nie byłem w stanie zakwalifikować motywów ich działań... Nie przeczuwałem nawet, że patrząc z sympatią na bunt małego Kuby przeciw ojcu, oglądam początek śmierci siedemnastolatka.

Zaczęło się groteskowo. Goląc się w łazience w temperaturze plus czternastu stopni (koksu było coraz mniej) usłyszałem nazwisko szwagra. Do dziś było nazwiskiem Basi, skoro mieli syna, który przy niej pozostawał, ona pozostawała przy nazwisku męża. Usłyszałem je... głos płynął z telewizora... Zaciekawiony przerwałem golenie, z namydloną twarzą stanąłem w progu wielkiego pokoju... Spiker kończył czytać nazwiska grupy internowanych osobistości zbankrutowanego kierownictwa.

- Stan wojenny- - Basia odwróciła się od telewizora.

Widziałem jej pobladłą twarz, jakiś grymas jakby obrzydzenia, bólu i triumfu równocześnie. Za oknem biało. Ciężki nawis śniegu z gałęzi rosnącego blisko w ogródku świerczka. Biało.

 

(Dopiero potem wysłuchałem orędzia, komunikatów, powoli oswajałem się z umundurowanymi spikerami).

 

Ruszyłem w stronę telefonu. Chciałem kogoś zobaczyć, do kogoś mówić, wiedzieć coś więcej.

- Nie ma telefonów - doszła mnie informacja mojej siostry.

- Wyłączone - usłyszałem głos Kuby, gdy tkwiłem tak z głuchą słuchawką przy uchu.

Chłopak stał pod ścianą. Był blady. Pomyślałem sobie, że przed chwilą dowiedział się o hańbiącym uwięzieniu jego ojca. Wiedziałem, że muszę mu coś powiedzieć.

- Internowanie to żadna hańba - bąknąłem. - To nie wyrok... - oznajmiłem. - Bądź co bądź jestem fachowcem - usiłowałem być dowcipny.

- Internowanych jest parę tysięcy Polaków i tych kilkudziesięciu zdrajców do tego. Mój ojciec nic mnie nie obchodzi - powiedział twardo. - On jest z tych, co zrobili ten stan wojenny. Taki sam... - wypowiedział od siebie wojnę wszystkim. Nie wiedziałem, nie domyślałem się nawet, że to "wojna na śmierć i życie", jak to się głupio mówi. Bo wojna jest na śmierć i taką miała być dla niego.

Wróciłem do golenia. Już wyedukowany przez kolejne emisje oficjalnego wystąpienia. Przyjrzałem się sobie w lustrze jak komuś nieznajomemu. Siwa przyschnięta piana po mydle ucharakteryzowała mnie na starca.

- Co tam robisz? - usłyszałem pytanie Basi. Okazało się, że stałem tak bez ruchu parę minut, aż zdążyła się zaniepokoić. Bo odkąd została sama z Kubą, ja od chwili przybycia zająłem ważne miejsce. Stanowiłem jakąś egzystencjonalną motywację jej życia. Opiekowała się mną po matczynemu, obserwowała z tkliwą podejrzliwością, akceptowała lub ganiła bez słowa. Teraz żyła w ciągłym niepokoju co z moim sercem. Uspokoiłem ją, że się golę.

Raz-dwa ściągnąłem żyletką zesztywniałą skorupę mydlin. Musiałem gdzieś pójść, z kimś mówić. Ale dowiedziałem się, że dziś to wykluczone. Myślę sobie teraz, że więzienie wrobiło mnie w stan pewnej idiotycznej uległości. Że każde "nie" wydawało mi się zakazem płynącym z jakiegoś obowiązującego mnie regulaminu. Nowy regulamin stanu wojennego u Basi mówił, że dziś mi wychodzić na ulicę nie wolno. Jak żałuję, że nie zapisywałem wrażeń tych kilku kolejnych dni. Być może wynikało to z mego specjalnego statusu "urlopowicza". Człowiek na urlopie jest tylko obserwatorem, nie uczestnikiem. I te pierwsze dni to twarze ubranych w mundury spikerów, komunikaty o wykroczeniach przeciw prawu wojennemu, wreszcie te okrutne chwile co wieczór, gdy słuchamy wiadomości o dwóch kopalniach, których załogi "strajkują" na dole. Patrzcie, wystarczyło roku, aby to słowo tak groźne dla jednych, tak bliskie dla drugich, obrosło w uzasadniony cudzysłów, który obowiązuje wszędzie tam, gdzie znaczy co innego niż powinno. Ale mniejsza o cudzysłów. Ludzie są prawdziwi. I przychodzi wiadomość o siedmiu zabitych w kopalni "Wujek". Mały Kuba. Płacz bezsilnej wściekłości... Odtrąca rękę matki, która chce go pogłaskać po głowie. Potem ulga, gdy ci pozostali z innych kopalni wyjeżdżają na górę.

Następnego dnia nie wracam do domu. Byłem za mały w czasie okupacji, aby poznać słowo "godzina policyjna" wtenczas i oto mnie spotkało.

- Już nigdzie nie pójdziesz. Godzina policyjna mówi Witek znajome słowo swej młodości.

I zostaję u niego. Tego dnia w dzienniku telewizyjnym występuje jakiś działacz "Solidarności" szczebla centralnego, który po ogłoszeniu stanu wojennego wrócił do kraju.

- Należałoby go zabić - słyszę słowa Andrzeja i jestem świadkiem jak "stary" (mój Witek to jest "stary") wyrzuca gówniarza z pokoju.

- Taki czas - mówi, gdy za synem zamknęły się drzwi. - Co mądrzejsi zgłupieli, a głupcy stają się szaleńcami - mówi nie wiedząc jak prorocze słowa o swoim synu, mordercy.

Potem mi opowiada o teatrze. Nie przerywają działalności. Dyrektor się zdecydował. Robimy sztukę o boliwijskich górnikach. "Krzycząca aktualność". Wojskowa junta z La Paź gnębi, maltretuje, rozstrzeliwuje. Rozumiesz! "Któryś jest w niebie".

- Nie rozumiem...

- Siedmiu poległych górników oblanych krwawoczerwonym sprayem kona na scenie, a on "nie rozumie".

- Jakich siedmiu górników?

- Z "Wujka"; kretynie. Delikatna aluzja. Co tam Indianie i miedź, jak to znaczy węgiel i polska krew. Cochabamba i Origo - czytaj Katowice i Sosnowiec. A potem... Widziałeś mojego gówniarza... "Należałoby go zabić". Przyjdzie na spektakl i taką wyniesie naukę. Powiedziałem Dyrektorowi, że beze mnie. Rzucę teatr...

To mi się wydawało dziwniejsze i bardziej nieprawdopodobne niż cały stan wojenny. Teatr bez Witka Sanojcy był nie do pomyślenia.

No i rzeczywiście okazało się, że "rzuca", ale nie porzucił. Bo cała Rada i w ogóle koledzy, i w końcu Dyrektor. Ustąpił...

- Więc nie ma sztuki o Indianach w kopalni "Wujek"? - zażartowałem.

Okazało się, że "ustąpił" to znaczy zgodził się pozostać po zapisaniu w protokóle zebrania Rady Teatralnej Witkowego votum separatum co do repertuarowej decyzji.

- Zrozum, ja byłem u nas przewodniczącym "Solidarności", więc to coś znaczy... - usprawiedliwiał się wobec mnie, jakbym miał prawo go osądzać. W końcu sam nie miałem pojęcia, co się właściwie dzieje na moich oczach w tym co wieczór otwieranym telewizorze. Bo tak naprawdę to oglądałem świat przez szybę. Mnie w nim nie było. Tak, jak nie było mnie na tym lodzie i na tych łachach suchego lądu, na tym helikopterze, który wlecze w powietrzu zamocowanego na pasach chłopskiego konia ewakuowanego z zalanej przez powódź wsi. Bo już pamięć w gwałtownym skrócie sadza mnie w środek zimowej oszalałej odwilży. A przecież tyle zdarzyło się jeszcze wokół mnie naprawdę - nie przez szybę.

Teresa. Jak bardzo cały świat, jego uroda lub potworność, zależy od byle czego. Nie wiem, czy ktokolwiek będzie czytał te moje zapiski, a jeśli tak, to kto; i nic mnie nie obchodzi, co pomyśli, gdy doczyta, że mój kutas, biedny, wygłodzony więziennym postem, rzeźbił dla Teresy cały obraz świata. Piękny. W tym czasie godziny milicyjnej, dramatów, niebezpieczeństw. Jej świat, mogę to stwierdzić z męską dumą, był piękny. Lubiłem ją zawsze, teraz potrzebowałem jej jak kobiety, ale ona miała na to swoje bardzo oryginalne określenie: miłość. Odnaleźliśmy naszą miłość. Lub to nasza miłość młodzieńcza odnalazła nas z powrotem.

Czy ja byłem potworem, że przez cały czas widziałem, jak było naprawdę? Że ona pozostawała Dyrektorową, Gwiazdą... Mój Boże, biedna, zarywała czasami randkę bo "działała". Organizowała pomoc dla internowanych - paczki. Noblesse oblige. Żona prezesa Towarzystwa Pomocy Więzionym za Przekonania. "Centrala" mieściła się w ich mieszkaniu. Teraz już nasze spotkanie mogły odbywać się tylko u mnie, czyli u Basi. Doprowadziło to do kłopotów z Zenkiem Siekierką. Nie mogłem przyjąć go "do siebie", czyli zwalić na głowę Basi, a w dodatku skrępować siebie i Teresę. Bo Zenek uznał dalszą "pracę" u Króla Szczypiorku za uwłaczającą. Byłem przerażony, czy wszystko to nie skrupi się na moim Witku. Ale tu sytuację ratował bezkompromisowy Andrzej. Wiedziałem, że ze względu na syna (jeśli chodzi o Witka), a przez strach przed nim (to Ela Audi), Zenek nie będzie ich sublokatorem. Jakoś sobie "poradził". Okazało się później, że Ela ulokowała go "na jakiś czas" w pied-a-terre Króla Szczypiorku, który stał się istną opatrznością krótkiej Zenkowej wolności.

Ale wracajmy do Teresy. Jakąż plątaniną śmieszności jest człowiek. W naszym środowisku, które dawno przestało być moim, stan histerycznej negacji stał się normą obowiązującego obyczaju politycznego. Zauważyłem, że w związku z tym ona z całym przekonaniem grała "żonę działacza opozycji". Ba, mimo wszystko, co z nią wyprawiałem niemal co wieczór, zanim nie nastąpiło wznowienie nieco przetrzebionego repertuaru, Teresa pozostała "żoną" we wszystkich swoich odruchach. Była chyba bardziej niż dotychczas zazdrosna o Malalę Wrzoskiewiczową. Na szklanej ścianie telewizora powódź, komunikaty o procesach w trybie doraźnym, rosną "ptaszki", jakimi oznacza nazwiska internowanych ludzi ze "środowiska", którym załatwiła już paczkę, gdzieś siedzą ci, co ich "wzięli", po mieście krążą ludzie obrażeni, że nie sięgnęły ich represje. "Ukrywać się" to należy do dobrego tonu. A ja spotykam na ulicy Malalę Wrzoskiewicz. W podkasanym rudym futerku z lisów, stąpająca na długich szczupłych nogach wyglądała z tyłu jak kawałeczek parzącego ognia. Więc polazłem za nią. Nie żeby zaczepić, ot tak, z instynktu. Taka kobieta jak ona wie, wie od razu. Nie słyszy przecież moich kroków, nie obejrzała się, a wie... Idzie wolniej, leniwa i niezależna, a przecież zainteresowana. Gdy przystanęła nagle przy wystawie, próbowałem tchórzliwie ją wyprzedzić.

- Panie Julianie! - usłyszałem.

To ona mnie zaczepiła, odczytawszy tożsamość z odbicia wystawowej szyby lepiej niż mógłby gliniarz z dowodu osobistego. No i poszliśmy razem. Sądziłem, że Teresa nie zostawia we mnie ani kawałka mężczyzny "na wynos", ale to nie przy Malali. Ona jest "uosobieniem"... - co za stówo "uosobienie" - ona jest tym. Jak się śmieje, to piłuje mnie po podbrzuszu, gdy robi się poważna myślę, że tak by wyglądała w orgazmowym oszołomieniu. Po przejściu sporego kawałka zauważyłem, że ona idzie po prostu przed siebie. Zaproponowałem, żebyśmy "gdzieś wstąpili". Zaśmiała się pytając, czy noszę przy sobie cukier, bo w kawiarniach go nie podają... Ale dali nam jednak cukru i byłem z Malała "na kawie". Nie domyślałem się nawet, jakie będą tego następstwa. Może by nawet i były te najlepsze, bo musiałem ją zainteresować. Byłem bezczelny. Opisywałem nasze "uniesienia" pod celą, gdy po kolei "lecieliśmy w konia". Wtajemniczyłem ją w nomenklaturę. Zrobiłem się bezczelny i opisywałem to zdjęcie, które oczywiście świetnie pamiętała.

I widziałem, że moja bezczelność ją bierze. Nie miałbym żadnych wyrzutów sumienia, bałem się Basi, zresztą wydawało mi się to po prostu utopią, żeby pójść z nią od razu. Ale zauważyłem, że coś ją w całej sytuacji wyraźnie podnieca. Sprowokowałem jakiś żart, że skoro tak długo przebywałem z jej mężem we wspólnym pokoju w szpitalu, powinienem może zwiedzić jego prawdziwe mieszkanie. Jej się to spodobało. A we mnie mężczyzna urósł do imponujących rozmiarów.

- Nic z tego - roześmiała się jednak. - Absolutnie wykluczone. Teraz wykluczone - dodała jakby pilnując się, żebym nie stracił nadziei. No i ponieważ Malała była, jaka była, po kwadransie już wiedziałem, że u niej "ktoś się ukrywa". Ktoś, kto cudem uniknął internowania...

Zrobiłem się bezczelny. Zapomniałem o Basi. Ale na propozycję, żeby w takim razie ona obejrzała, jak mieszka kolega i współlokator męża ze szpitala, pogroziła mi tylko paluszkiem. A potem jak pilna uczenniczka wyjęła notesik.

- Niech mi pan da swój telefon - powiedziała cichutko, a mnie przeszły ciarki.

Zapisała.

- A co by na to powiedziała Teresa? - zapytała z cichutkim śmieszkiem i zrozumiałem, że mam szansę. To był następny krok w kierunku ośmieszenia "rywalki". Bo jak długo Teresa nie dawała Dyrektorowi rozwodu, pozostawała rywalką.

No i wkrótce się dowiedziałem "co by na to Teresa..."

Nagle "nie mogła przyjść". "Paczki". "Przecież wiesz, że wznawiamy spektakl. Mam próbę". Za trzecim razem powiedziałem, że skoro ona nie może przyjść do mnie, to ja się wybieram do niej. Pomogę jej pakować paczki - tak powiedziałem. Wyczułem, że jest szczęśliwa. Pewnie to był ostatni dzień, w którym jeszcze się trzymała. Nie będę się rozwodził. Na następnej stronie czeka na mnie trup tego chłopaka... Nie będę się rozpisywał. Rzeczywiście Teresa próbowała wystąpić w roli matrony polskiej. Były na stole przygotowane do pakowania "dary". Ale sweterek miała opięty i spódniczkę tę, w której lubiłem zaczynać pieszczoty. Cóż, ja postanowiłem trzymać się dzielnie. I ona sypnęła się z miejsca.

- Czy wiesz, co mnie spotkało? Czy wiesz, na co mnie narażasz...

Atak był furiacki. A ja nie wiedziałem...

- "Oni nas zdradzają" - oto z czym się ośmielił pojawić ten nędzny rogacz. "Oni" - "nas". Rozumiesz. Ty z Malała. Ty zdradzasz mnie, a Malała jego. Tak nas połączył.

- Nie rozumiem - powiedziałem zupełnie ogłupiały.

No i we łzach i uniesieniu, z barkiem pogryzionym do krwi na małżeńskim łożu Dyrektorostwa, dowiedziałem się, co się stało. "Widziano" nas razem - mnie i Malalę. To ja doprowadziłem do formuły "widziano", bo w relacji Wrzoskiewicza "widuje się nas razem". Co za miasteczko. Swobody nie więcej niż na więziennym spacerniaku.

- I żebyś ty zrobił mi coś takiego. Z taką...

Tu przyszły wspomnienia kręconego wspólnie z Malała filmu. Pierwszego wieczoru dała dupy pomocnikowi operatora. Teresa nie unikała w gniewie mocnych słów. Dodawało to pikanterii naszej sytuacji. Znów zabrałem się do roboty. Pojękując z rozkoszy kontynuowała dialogi urojone czy prawdziwe. Malała miała oznajmić: no to co. Jutro zaliczę reżysera. Najpierw przyjemność, potem obowiązek... Chciałem zapytać, czy jej Dyrektor to przyjemność czy obowiązek, ale ugryzłem się w język (tak się mówi, naprawdę zapewne ugryzłem ją w co innego, he, he).

Tak czy tak, zeszło i na Dyrektora. Kto zrozumie kobietę. Teresa "musiała przyznać", że jej mąż zachowuje się "bohatersko".

- Czy wiesz, że on ukrywa gdzieś Henryka Zajączkowskiego.

- A pewna jesteś, że Zajączkowskiego poszukują odparłem złośliwie. Ja już wiedziałem, gdzie to się mój Zając ukrywa. Postanowiłem zaskoczyć Malalę.

 

Dość niespodziewanie zakończyła się moja wizyta u Teresy. Byliśmy już ubrani, gdy rozległ się dzwonek do drzwi. Ona wyjrzała oknem z łazienki.

- Już idę, idę, chwileczkę, paczka gotowa - zapewniła kogoś.

Zszedłem w ślad za nią po schodach. Przez uchylone drzwi do holu, w tej chwili zmienionego na charytatywną paczkarnię, ujrzałem przygięte plecy starej kobiety. Jej głos wydał mi się dziwnie znajomy. Złodziejskim chodem przemknąłem bliżej. Staruszka dziękowała wylewnie, co mnie zdziwiło, nie za paczkę, a za jej "tak piękne przyszykowanie"... Głos jej wciąż wydawał się znajomy. Teraz miała jeszcze jedną prośbę. "Żeby pani, ten anioł, o którym nigdy rodziny internowanych nie zapomną... zaadresowała tę przesyłkę tak pięknie zapakowaną". Babci wzrok zupełnie nie dopisuje, zginęły okulary...

Teresa była na miejscu. Poprosiła, by jej dyktować. I wówczas o mało nie ryknąłem głośnym śmiechem.

- Tadeusz Laniewicz... - zaczęła staruszka dyktować nazwisko swego syna, internowanego w grupie skompromitowanych prominentów. Tak, Laniewicz, były mąż mojej siostry. Jej teściowa sprawiła oto mojej kochance niespodziankę zupełnie nieprawdopodobną.

- Już? - usłyszałem upominający głos staruchy. Widocznie osłupienie Teresy sparaliżowało ją doszczętnie.

- Tak, tak... - usłyszałem jej spłoszony głos i chyłkiem uciekłem schodami na górę, mijając złażącego niezdarnie na dół baseta. Już mnie zaakceptował. Pies już mnie zaakceptował.

 

Człowiek, nawet ciężko doświadczony, nie jest przygotowany na przyjęcie swojego losu. Błogosławiony stan, gdy jego los ogarnia więcej niż tylko zawsze chudy świat "ego". Ale cóż z tego. Człowiek wyzwolony z przekleństwa samotności staje się udziałowcem cudzego losu i uznać musi za swoje również cudze klęski.

Leżał na podłodze z płowymi włosami rozrzuconymi wokół głowy, którą złożył niczym na ołtarzu przed otwartą pokrywą piekarnika gazowego pieca. Ile to sekund minęło, nim zrozumiałem, a właściwie jeszcze nie zrozumiałem, choć już dusząc się biegłem do okna, rozwaliłem je na oścież, potem drzwi od ogrodu. Sam najpierw zaczerpnąłem w płuca mroźnego powietrza, a potem zawróciłem i wlokłem tego trupa uchwyconego pod ramiona aż na próg otwartych drzwi. Jeszcze nic nie rozumiałem, a ścięty byłem przerażeniem. Bałem się nie tego zimnego Kuby, bałem się już całym spanikowanym sercem tej chwili, gdy Basia... Absurd tego, co widziałem, wydawał się nieść jakąś nadzieję, że nie widzę rzeczy realnej. Chwilami wydawało mi się, że wystarczy się obudzić. Nie było nadziei. Ja wciąż tkwiłem w tym, co nie było snem, a on sztywniejący nie reagował na moje chaotyczne próby ratowania... Sztuczne oddychanie..., Przed dwudziestu laty kończyłem kurs dla ratowników pływackich...

Tak. Czekało więc na mnie to wszystko. Było tuż. Za zamkniętymi drzwiami korytarza, za drugimi przeszklonymi drzwiami sypialni mojej siostry. Niemożliwe było jednak rzeczywistością. Przyciągnąłem go do pokoju, nie wiadomo po co wciągnąłem na tapczan. Wróciłem do kuchni. Obejrzałem drzwi oklejone taśmą... A jednak nie zamknął na klucz. Miał nadzieję... No nie, drzwi kuchenne klucza nie miały... Stałem tak przez chwilę, aż poczułem ogarniające mnie mdłości. Było tu jeszcze gęsto, choć powietrze z zaokiennej ciemności niosło rzadkie płatki padającego śniegu. Zamknąłem drzwi. Teraz to najgorsze. To niemożliwe: Basia. Podobno nic nie powiedziałem. Ona potem mówiła, że nic nie powiedziałem, tylko wziąłem ją za rękę, jakbym się bał, że upadnie, i prowadziłem do swego pokoju.

Tak jej szczękały zęby, że nie mogłem utrzymać szklanki, gdy chciała popić proszki... Brała od dawna "coś na nerwy", nie miałem siły przeszkodzić, nawet gdy łykała trzy czy cztery na raz... Myślałem, że wszystko jest dla- niej lepsze od świadomości tego, co się stało, a co w żaden sposób nie chciało się zmieścić w mojej świadomości. Nie napiszę ani słowa o jej zachowaniu. Do cholery, ludzie mają zakodowaną cenzurę, gdy chodzi o seks. A na śmierć patrzeć "wypada". "Wypada" być na cmentarzu. Barbaryzm naszych obyczajów. Biedna moja siostra. Gdy leżała na dywaniku przed tym tapczanem, na którym on... Nie dała się stamtąd ruszyć, szarpały nią jakieś dreszcze, a może to były .uderzenia serca. Nie wiedziałem i wydawało mi się, że cokolwiek się z nią stanie, nie mam prawa, nie mam prawa do tego, żeby mówić, radzić, pocieszać... Nic nie rozumiałem. Wiedziałem, że i ona nic nie rozumie i myśli, bez ustanku bezradnie szuka... Z tego co widziałem, nic nie wynikało. Kiedyś powiedział: "mogę się wstydzić ojca - nie chcę za siebie". Ale co to ma wspólnego. Kiedyś spytałem: coś u ciebie nie spotkałem żadnej dziewczyny, czy to teraz taka moda, że wy tylko z Ojczyzną? Roześmiał się. Bez kompleksów... Gdy już leżał w trumnie, w tym wyrośniętym czarnym ubraniu ze zbyt krótkimi rękawami - uszyte było w zeszłym roku "na pierwszą prywatkę". Bo ojciec chciał, żeby wyglądał "przyzwoicie". Oni sami wyrastali w tych swoich "tenisach" i syna też traktował jak partyjnego brojlera. A on leży w dechach z tymi za krótkimi rękawami. Jak to zrozumieć? Za murem szanują tych na dwadzieścia pięć lat. Ci, co zarobili kaes, otoczeni bywają legendą. Kara śmierci. Śmierć to kara. To rzecz oczywista. A taka śmierć? Jako co? Jako akt łaski wydany samemu sobie? Co on zobaczył takiego w życiu, żeby sobie pójść z tą przeklętą taśmą do uszczelniania... Taśma. Basia jest skrzętna. Naczytała się w artykule Zajączkowskiego prognoz o zimie powolnego umierania z głodu i chłodu i kupiła czy "zdobyła" taśmę... Nie było koksu, była taśma. No głupstwo, bez taśmy byłoby to samo. Jak to zrozumieć? Skąd się wzięły te przeciążenia i jak można było tego nie zauważyć? Jak Baśka będzie żyć? Czy potrafi dalej żyć? Śmierć jako łaska. Słowo daję, wydaje mi się, że w wyższym stopniu każdy Zenek Siekierka może dysponować cudzym życiem jako rabuś, bandyta, niż taki szczeniak swoim. A Siekierka nagle mi się objawił i nagle on, głupi wsiok spod Końskich, okazał się jedynym człowiekiem, który wiedział, jak się zachować. To on zamawiał trumnę. On potrafił zmusić Basie, że chodziła z nim załatwiać miejsce na cmentarzu. To on prowadził ją jak troskliwy młodszy brat. Ja się jej bałem.

Zresztą Zenek i w sprawie podstawowej okazał się od nas mądrzejszy.

- Jak jest trup, musi być morderca - mówi Zenek szeptem w moim pokoju.

Basia chyba śpi albo leży sponiewierana przez bezmiar luminali.

- Trup i morderca to jeden człowiek. Samobójstwo to nie kryminał - mówię niechętnie.

- Jeszcze zobaczymy.

- Co masz na myśli?

- Co mam, to mam.

- Więc szukasz mordercy? A może i pasera - dokuczyłem mu znając prawdziwe okoliczności jego wpadki, zmitologizowane legendą o "siekierce" użytej w obronie starszego brata.

- Jak się uda i paser się znajdzie.

Było to równie nieprawdopodobne i bezzasadne jak śmierć Kuby, ale też, jak się potem okazało, równie oczywiste. Bo znalazł się i morderca i ktoś, kogo potem nazwałem paserem.

Tak. Bo nagle padło nazwisko Zajączkowskiego. W okolicznościach absurdalnych, jak całe te trzy dni do pogrzebu Kuby. Więc śledztwo. "Bądź co bądź śmierć" usprawiedliwia się śledczy. To nie przypadek - mój znajomy. "Uznali mnie za specjalistę od rodziny Laniewicza" - mówi w pewnej chwili. I przynosi mi ulgę, jego osoba przynosi mi ulgę. Przecież już było równie parszywie, a może gorzej. Jeśli gorzej to przez Krystynę, a nie przez śmierć ojczyma. "Ta śmierć jest w porządku" - powiedziałem podobno śledczemu wtedy. Bo teraz porozmawialiśmy sobie dłużej. Wiedział o moim urlopie. Skąd? Dlaczego? A może on w ogóle jest "od naszego środowiska" i wie wszystko służbowo. I zeszło na Zajączkowskiego. - Czy pan wie, że wówczas bardzo pana bronił? Był u ministra sprawiedliwości na rozmowie. Że taki artysta i w ogóle.

Nie wiedziałem. Nawet mnie oszołomiła ta wiadomość. Dlaczego nie wiedziałem?

Okazało się, że on w ogóle lubi interweniować. Wyrabia sobie autorytet... - mówi mój śledczy. Bo mówimy o wszystkim, tylko nie o biednym Kubie leżącym w czterech deskach w przykrótkim garniturze. Jego "sprawa" prosta. Samobójstwo.

- I cóż tam u niego słychać? - pada nagłe, niechybnie prowokacyjne pytanie o Zajączkowskiego, którego kryjówkę znam. Czuję lekki podniecający dreszcz niebezpieczeństwa.

- Skąd mogę wiedzieć? - odpowiadam przytomnie. Podobno się ukrywa.

- A ukrywa się. W mieszkaniu aktora Wrzoskiewicza. Tylko że my jego nie poszukujemy.

- Wrzoskiewicz z pewnością nie wie o niczym - mówię z przekonaniem.

- O różnych rzeczach Wrzoskiewicz nie wie - mówi dwuznacznie mój rozmówca.

Zaczynam się śmiać. Myślę o Dyrektorze, którego czynności z Malała zdają się być obserwowane przez władzę.

- Co takiego? - zainteresował się śledczy.

- Nic. Pomyślałem sobie, jak dziwnie się w życiu plecie. Przecież Zając, to znaczy Zajączkowski, niewątpliwie chciałby być internowany...

- Nawet władzy chodziło to po głowie. Żeby razem z byłymi prominentami. Spotkałby pana rodzinę...

Teraz już mi było naprawdę wesoło. Zapomniałem na chwilę o Kubie.

A przecież przede mną była jeszcze ta straszna robota - grzebanie siostrzeńca.

Ten pogrzeb! Dziwny niemal jak śmierć. (Swoją drogą dlaczego śmierć stale nas zdumiewa? Mamy jakoś zakodowane przeświadczenie o naszej nieśmiertelności). Z tego wszystkiego, co dzieje się na cmentarzu, jedno właściwie należy zapamiętać: głuche uderzenie ziemi lecącej z łopaty grabarza na pudło trumny... To jest serio. Ale na pogrzebie Kuby wiele było rzeczy mniej serio, ale bardzo przykuwających uwagę. Laniewicz. Laniewicz z dwoma smutnymi pannami asysty. Kolega Laniewicz. Mój kolega. Urlopowany. Na pogrzeb syna zwolniony z miejsca internowania. Mój Boże, gdyby to jego przyszło grzebać jeszcze rok, jeszcze pół roku wcześniej, tych dwóch albo i czterech smutnych kroczyłoby za trumną z poduchami orderów. A dziś on. Osobno. Chociaż obok Basi, to jeszcze bliżej ci dwaj smutni...

- Ile to się dostaje na syna? Dwa dni? - zdziwił się Siekierka "na stypie" (sam tak nazwał poranną herbatę w domu Laniewicza, gdzie wszyscy byliśmy "u siebie", a on obcy).

Basi przy tym nie było. Dziwne, ale wiedziałem, że Siekierka nic bez sensu, nic "z celi" i w ogóle nic paskudnego przy Basi nie powie.

 

Więc Basia, ja, Witek Sanojca, Teresa, Laniewicz, dwóch smutnych i jeszcze coś dziwnego na cmentarzu, który jest naturalnym miejscem starości. Klasa Kuby. Delegacja klasy. A zapomniałbym napisać coś jeszcze dziwniejszego. Ksiądz. "Ksiądz katecheta" - jak mówił do niego Andrzejek Sanojca. I pogrzeb z księdzem. Wbrew stanowczej odmowie danej Siekierce. Nie wiedziałem jeszcze, kto to był i jaki grzech wziął na swoje sumienie. Nie wiedziałem, że była już "decyzja", że grzebali Kubę jako swego pierwszego poległego. Był moment, gdy coś niejasnego zaczęło mi świtać - ta chwila, gdy szczeniak Witka, czyli Andrzejek, występuje przed szereg tych delegatów klasy i wygłasza dziwne zdanie z piosenki: "śpij kolego w ciemnym grobie, niech się Polska przyśni tobie". I te dwa rozczapierzone palce uniesione do góry w kształt litery "V" w niemym salucie. Coś we mnie drgnęło. Zaskoczyła we mnie jakaś myśl, choć jeszcze mi się nie śniła organizacja "CZAKO".

No tak. Zapomniałbym o jeszcze jednej osobie. Matka Laniewicza. Teściowa mojej Basi szła obok Teresy. I żeby było jak trzeba, żeby się pogrzeb nie mógł odbyć bez sceny godnej grubego śmiechu, jest taki moment już po wszystkim, gdy trzeba odejść od tej kupki świeżej ziemi, a wszyscy czują, że odejść nie można, że Basia powinna tu wrastać powoli jak ten drewniany krzyż może tu "nielegalny" (samobójca). I wówczas staruszka, która zżerana sklerozą, wie tylko jedno, że ta obrzydliwa synowa jest wrogiem jej więzionego dziecka... więc staruszka by wykazać synowi, że jest sam, zupełnie sam i zupełnie oddzielnie, oddzielony od tej żałobnej zdrajczyni, której powinien współczuć, ale mu współczuć nie wolno, więc staruszka wiedziona macierzyńskim instynktem kojarzy synka z Teresą. Mówi: podziękuj pani. Ta ostatnia paczka, którą dostałeś, to dzięki pani...

Ja jeden to słyszę, a choćby i wszyscy słyszeli ja jeden rozumiem.

Idziemy wolno w stronę bramy eskortowani przez dwóch smutnych Laniewicza. Został pod górą piasku Kuba - skończył życie nie zaczęte, a idziemy my - kontynuować życie już skończone. Ja, za mną Laniewicz... "Urlopowani".

 

- Siądź na swoim miejscu - powiedziała Basia. Bo stało się. Przed bramą willi zastaliśmy parkującego poloneza. Laniewicz w towarzystwie dwóch swoich aktualnych strażników stał bezradny przed zamkniętymi drzwiami ongiś jego domu.

- Wejdźcie - zaprosiła ich Basia. Każde słowo wydobywała z siebie z niezmiernym trudem i z każdego cieszyła się jak z triumfu powracającego w nią życia.

Ale tamci dwaj podziękowali. Kto wie czy nie dlatego, że Basia uprzedziła, że płaszczy dziś się nie zdejmuje - nie napalone... Uzgodnili, że przyjadą po pasażera około ósmej... No i teraz mamy go wśród nas.

- Zajmij swoje miejsce.

- Żebym to wiedział, gdzie jest moje miejsce - Laniewicz się nie zgrywa. Nie wie nic. Jego świat się skończył.

- Miejsce każdego jest tam, gdzie siedzi - zdobywa się na aforyzm Siekierka. - Tak kolego - dodaje po chwili namysłu.

To śmieszne. Siedzimy oto przy stole wszyscy "urlopowani". Siekierka zajmuje się herbatą. Parzy fachowo. Taką herbatę pijamy z Sanojcą. Ta sama szkoła: Ela Audi. Basia milczy. Laniewicz nie znosi długo tej sytuacji.

- Teresa pięknie wygląda - mówi znienacka i jest tak, jakby pierdnął bez uprzedzenia.

Przychodzi mi to na myśl. Dosłownie tak sformułowane i widocznie musiałem się uśmiechnąć, bo on spłoszony pyta, z czego się śmieję.

- Nic, nic - mówię - przypomniała mi się nasza rozmowa, ileż to już lat, gdy ty mnie upominałeś, żebym rzucił pewien "podejrzany kabaret" - tak się wyraziłeś: "podejrzany kabaret". Że skoro nas łączą więzy rodzinne, po prostu nie wypada... I było tak, że ja się broniłem. Ze niby co na to powiedzą koledzy. I mój Dyrektor. Ty na to, że kto jak kto, ale Dyrektor będzie szczęśliwy, że jego czołowy aktor zaprzestaje antyrządowych wygłupów...

Było to w jego urzędowym gabinecie. Nie zdążyłem mu powiedzieć, że to przecież sam Dyrektor patronuje moim występom, niemal reżyseruje po cichu każdy mój numer, gdy zadzwonił na jego sekretarskim biurku telefon. - Łączyć - rozkazał. Przywitał kogoś bardzo życzliwie i po sekundowym wahaniu nacisnął na rozdzielczej tablicy swych licznych telefonów guziczek nagłaśniający rozmowę na cały pokój. I oto słyszałem mojego Dyrektora. Płaszcząc się i podlizując dziękował za "życzliwe potraktowanie" nie wiedzieć czego czy kogo. Deklarował, że "ze swej strony" zawsze i w każdej sprawie..." Laniewicz popatrując na mnie z ukosa siedział bez słowa kiwając się za biurkiem, jakby to on słał korne modły, przekazywał je gdzieś jeszcze wyżej... Tak. Taki to był tamten odległy czas i tamci niepoznawalni dziś ludzie. Za pół roku Zajączkowski ogłosił na safianie czy welinie monografię nowego teatru Dyrektora. W pół roku po jego otwarciu. Gdzie ci ludzie...

Zawędrowałem myślami w tej ciszy, gdzie nikt nic nikomu nie ma do powiedzenia poza tym wyczekiwanym "do widzenia". Niech znika ojciec Kuby, skoro Kuby już nie ma. "Dobranoc" - niech powie do nas pozostałych Basia, którą czeka noc męki.

No i przychodzi ta chwila. Basia poszła odprowadzić go do drzwi.

- Pojechał twój partyjny - arcykurwa do swojej kozy-. - mruczy cicho Siekierka.

Zostajemy we trójkę. Lepiej się milczy. To dziwne, ale Siekierka jest swój. Nie przeszkadza mi i wierzę, że Basia też jest dzielniejsza, skoro jest ktoś jeszcze, kto nie budzi gniewu i niepokoju. Zenek jest opiekuńczy i po swojemu mądry. Zszedł do piwnicy napalić w piecu.

- I bez zimna ją biedaczkę trzęsie... - skomentował swoją decyzję.

Nie wiem, jak ona spała. Ja miałem noc koszmarną. Mordowałem mojego ojczyma. Ten moment, gdy coś chrupnęło, gdy grzmotnąłem ciężkim świecznikiem. To ona - Krystyna - zsuwa się na tamtą stronę. Gonię ją, ścigam w tych ciemnościach słysząc gdzie jest, w którym kącie usiłuje się ukryć, słyszę jej oddech. Wreszcie ją chwytam. Jej nagie ciało wyślizguje mi się z rąk. Poprawiam chwyt. Obalamy się na podłogę, szukam jej gardła, znajduję i nagle moja ręka obejmuje ją bezradnie za szyję. Czuję łzy biegnące przez mój policzek...

Obudziłem się. Kuba umarł - zrozumiałem to w tej właśnie chwili.

Może to okrutne, ale w momencie gdy Siekierka ofiarował się towarzyszyć Basi na Powązki do kamieniarza, by zatroszczyć się o "pomnik", jak nazywał nagrobną płytę ("Mam znajomego, co sam kuje, robi w największej firmie..."), odczułem błogie poczucie wolności. Na parę godzin uwolniłem się od obowiązku żałoby. Nie, nie poleciałem do Teresy. Jakoś od paru dni, od paręnastu chyba nawet, było z nią krzywo. Ale był Witek. Akurat był poniedziałek, dzień wolny w teatrze.

Nie mogliśmy o tym nie mówić. O tym księdzu, co się nagle pojawił, wyczarowany przez Andrzeja, o tym pożegnaniu ("śpij kolego w ciemnym grobie, niech się Polska" i tak dalej)... Tak, grób był ciemny, ale naokoło na wierzchu jeszcze ciemniej. Witek też był jakoś spłoszony i wcale tego nie ukrywał. "Boję się o małego" powiedział w pewnej chwili.

- Czy wiesz, że kiedyś w czasie wojny, akurat miałem jego dzisiejsze lata, okropnie podpadłem. Mieliśmy jakąś akcję, rzeczywiście niełatwą, i któryś tam powiedział, jak wypadało: tylko, chłopaki, pamiętać - jakby coś nie tak, ostatnia kula dla siebie. A ja powiedziałem: ja nigdy się sam nie zabiję. Byłem potem "niepewny". Odsunęli mnie od kolejnego zamachu. A powiedziałem prawdę. Myślę, że musi to czuć każdy, co kocha życie, jakim by nie było, a więc każdy siedemnastolatek. A tu, popatrz, nie miał jeszcze siedemnastu... Boję się, Julek, ten czas już nie dla nas...

- A nasz Dyrektor? W twoich latach, a czas dla niego jak znalazł - spróbowałem żartem zbyć jego niepokoje. Ale otwarłem nowy przepust. On naprawdę zaczął nienawidzić swego szefa. On, ongiś tak gorąco we wszystko zaangażowany, sam mówił, że był w pierwszych miesiącach "solidarnościowym fanatykiem", teraz trząsł się na nazwisko człowieka, który - sam słyszałem przez Wolne Radio - "stał się symbolem frontu odnowy".

Zaczął mi opowiadać o próbach w teatrze. O misteriach wokół tych siedmiu zabitych w kopalni "Wujek". Przed każdą próbą minuta ciszy. Chodzi o nastrój misterium narodowego... "naszego" misterium narodowego, który wydobyć musimy ze sztuki o masakrze boliwijskich górników... Ten błazen ustalił nawet "rolę" siedmiu statystów, którzy będą leżeć oblani czerwonym sprayem. To są "role". Odpowiedzialność za przekaz historycznej prawdy spoczywa na każdym z was. Ale że sztuka ma ogromną obsadę, nie starczyło mu na statystów. l wiesz, co ten bydlak zrobił? Zaproponował mojemu Andrzejowi. Że sobie zarobi. Ponieważ ja odmówiłem, postanowił, że mnie dopadnie przez syna...

- Zakaż gówniarzowi...

Witek smutnie spuścił głowę.

- To bardzo trudne... No, to po prostu nie jest możliwe. Oni teraz wiedzą lepiej. Ci nasi synowie. Byłem wezwany do szkoły. Mój orzeł wezwał w swej "gazecie" (chociaż teraz już wolno mówić "gazetce" - bo to "jak w okupacji") do uczczenia pamięci siedmiu górników... A wiesz w jaki sposób? "Grobową ciszą" na przerwie lekcyjnej, na "dużej pauzie". W ogóle coś mi się zdaje, że czeka nas jakaś przerwa, tylko cholera wie, co będzie po dzwonku. Obiecałem dyrektorowi szkoły, że z chłopcem "porozmawiam", przyzwoity człowiek ryzykuje dla takiego gówniarza...

Przecież jakby się wydało... Podobno paruset takich niepełnoletnich zatrzymanych "działaczy" siedzi w specjalnym odosobnieniu... Obiecałem, że porozmawiam, a gówniarz mi oznajmił, że żadnych rozmów nie będzie. "A do tego mogę cię poinformować, że twój Dyrektor przekazał mi propozycję, abym statystował w nowej sztuce. Tej, wiesz, o siedmiu górnikach. Ty rozumiesz? Sztuka już nie jest "Górą Żałoby" tylko "Któryś jest w niebie" i nie jest o Boliwii, jest o siedmiu górnikach. I na ten temat też "rozmowy nie będzie". Pogratuluj sobie, że nie jesteś ojcem.

- A Ela?

- Co Ela?

- No, nie może na niego wpłynąć?

Sanojca popatrzył na mnie jak na wariata.

- Ona się do wychowania chłopca nie miesza. Więc go będzie wychowywał nasz Wszystek. Wiesz, że oni uchwalili odmowę. "Ja odmawiam" mówi każdy, czy go proszą, czy nie. Granie w TV czy w filmie jest kolaboracją. To ja mu powiedziałem przy wszystkich, jak mnie wkurwił, że uważam granie w państwowym teatrze również za kolaborację. Nie uwierzysz, ten błazen się przestraszył. A reszta błaznów uwierzyła. Chwilami myślę, że ten Kuba miał chyba rację...

Skończyło się, że Witek wyciągnął biedne kartkowe pół litra. Przeprasza}, że zagrycha lada jaka... Coś sobie przypomniał, złapał gazetę, poszperał i przeczytał mi informację, że któryś internowany z "wielkich ekstremistów" "w związku z kłopotami gastrycznymi ma zapewnione dietetyczne obiady dostarczane co dzień z klasztoru sióstr... jakichś tam".

- Terror, rozumiesz. A oni protestują. "Odmowa". I trupy zmasakrowane na scenie teatru. Tam siostrzyczka kuśtyka z dietetycznym obiadkiem dla wroga, a u nas te kretyny odstawiają martyrologię. A jakiś inny kretyn powiedział wówczas przez Radio Londyn, że sześćdziesiąt tysięcy ludzi internowanych przez juntę zamarza w Stutthofie. No to pod ten mój dietetyczny razowczyk...

- O rany, zaraz godzina milicyjna - żegnałem się w popłochu. Po ulicach krążyły patrole. Na niektórych skrzyżowaniach stały transportery. Zmarznięci żołnierze grzali ręce przy rozżarzonych koksownikach. A u nas - cholera - zimno. Ostatki koksu.

*

Stało się coś niespodziewanego: Siekierka stał się potrzebny. Potrzebny mnie, potrzebny Basi. Już czwartą noc... a może to była piąta po pogrzebie Kuby? Dość, że spaliśmy razem z Siekierką w pokoju na dole obok sypialni Basi. To wszystko z Teresą przestało mnie nagle bawić, pani z autobusu była stracona, uspokoiłem się... Śmieszne - tydzień tej grozy, bredni, śmierci, a ja się przechwalam. A prawda jest taka, że śpimy we dwóch w pokoju na parterze.

To mnie obudził dźwięk tłuczonej szyby. Usiadłem na łóżku. Przez wszystkie te noce spałem bardzo płytko, budził mnie każdy dźwięk dochodzący z jej pokoju. Po prostu bałem się o nią, czy nie zrobi czegoś... Ale ten dźwięk to było coś innego. Na dole był garaż i piwnice - to stamtąd przyniosło niepokojący odgłos. Nie zapalając światła sprawdziłem godzinę w świetle zaokiennej latarni. Piętnaście po pierwszej. Niemożliwe - w czasie godziny milicyjnej... Niemożliwe. Położyłem się z powrotem, ale... Teraz usłyszałem ludzki przytłumiony głos gdzieś od strony ogrodu. Wyskoczyłem z łóżka. Wkładając spodnie obudziłem Zenka.

- Cicho. Ktoś się do nas włamuje... - szepnąłem.

- Włam! - zawołał szeptem z radosną akceptacją w głosie, ale zaraz spoważniał. Zrozumiał, że staje się ofiarą nie sprawcą i ogarnęła go duma.

- No, niech poczekają, już my im... - mamrotał, gdy błagałem go o ciszę. Włożyłem skarpetki. Plan był prosty. Z mieszkania prowadziły do piwnic dodatkowe wewnętrzne schody z przedsionka kuchni, tamtędy mieliśmy zejść, jeśli chcieliśmy sprawców spłoszyć bez większego ryzyka. Bo w moim planie nie mieściła się żadna batalia wręcz. Zenek rozegrał ją samodzielnie.

Jednym ruchem przekręciłem klucz, drugą ręką nacisnąłem klamkę i już zapalałem światło. W tym momencie wyminął mnie Siekierka. Usłyszałem:

- Rzuć to skurwysynu! - jakiś krzyk, ktoś jęczał, widziałem tylko plecy schylonego przyjaciela tłamszącego kogoś pod sobą i nogi drugiego osobnika dyndające z piwnicznego okienka... Nagle zobaczyłem. pistolet w dłoni wystającej spod splątanych ciał i zrozumiałem, że Siekierka walczy o życie. Zostawiwszy rejterującego bandytę jego losowi spadłem na tę rękę zaciśniętą mocarną dłonią Zenka i wyłamałem z niej pistolet, klasyczną parabelkę, którą nie raz przyszło mi wymachiwać w czasach mej sławy w filmach sławiących lata i ludzi okupacji. Dopiero teraz, gdy zbój jęczał przygnieciony przez siedzącego na nim Siekierkę spojrzałem na wykrzywioną bólem twarz.

Był to Andrzej Sanojca. Jeśli się komuś wyda dziwny początek sprawy, ciąg dalszy będzie dziwniejszy. Po pół godzinie, gdy obok teatralnej atrapy pistoletu parabellum mieliśmy autentyczną TT z niemal pełnym magazynkiem, wiedzieliśmy już, że rozbroiliśmy patrol patriotycznej organizacji "CZAKO".

W blasku kiepskiej piętnastowatowej żarówki, siedząc w otwartych drzwiach fiata, czytałem przedśmiertny list, a raczej listy mego zamordowanego siostrzeńca...

Drugi członek "patrolu" zbiegł przez wybite okienko garażu - był zresztą "bez broni" - usprawiedliwiał go pojmany dowódca, który na akcję zorganizował owo parabellum z rekwizytorni teatralnej. Bo od początku między nami a pojmanym wytworzył się stosunek dziwacznej zależności. Oto "jeńcem" był syn mego przyjaciela i co gorsza, syn kochanki mojego sojusznika. Siekierki. Doprawdy dwu-, a właściwie wieloznaczne zależności. Przestałem o nich myśleć kiedy...

Boże, jak człowiek, który nigdy nie konstruował żadnych teatralnych fabuł, a na nich się wychował, ma teraz sprostać zadaniu, aby bezbłędnie streścić życie tak zagmatwane wokół śmierci tego biednego chłopca.

Ten list. Ile czasu minęło, nim zacząłem rozumieć. "Wolę zabić siebie", l pożegnanie przyjaciela - dowódcy. Ten tam gówniarz z rozbitym nosem, pociągający co chwilę krwawego gila, opluwający podłogę garażu. To jest "dowódca". A potem ta instrukcja, gdzie będzie schowana broń; I już razem z tym gnojkiem szukamy. On jest na tyle bezczelny, że "nie wie", gdzie jest skrytka. Aha, jeszcze na początek wyjaśnienie. Patrol "CZAKO" przybył po broń. W związku z tym, że "poległ ich człowiek" i przekazał w liście pośmiertnym wiadomość: broń w skrytce. Złapaliśmy ich, zanim się do skrytki dobrali, teraz wystarczyło, że Siekierka wyłamał gówniarzowi rękę, a zaraz sobie przypomniał. Po prostu w skrzynce z narzędziami samochodowymi, wśród swojskich kluczy - pistolet TT. Więc na razie wiemy tyle. Po co przybyli i kto. Teraz, jak umarł Kuba.

Ta wydobywana z gówniarza partiami po kawałku opowieść... Ta jego drżąca ręka, którą raz po raz odgarniał włosy z czoła. W mdłym świetle piwnicznej żarówki wydawało mi się, że widzę na palcach ślad "nikotyny" zrobiony jodyną, charakteryzacja na nałóg ludzi dorosłych...

W połowie nocy Siekierka poszedł na górę zrobić herbatę. Baliśmy się brać gówniarza, że może się Basia obudzić, zresztą pewnie nie śpi... Więc w garażu przy świetle tej piętnastowatowej żarówki. Ja siedzę bokiem na przednim siedzeniu fiata. Siekierka na tylnym, nogi mamy na betonowej podłodze. Andrzej stoi przed ścianą... Ta historia, która by mogła pobudzić do śmiechu, gdyby nie ten świeży trup jeszcze nie napoczęty przez cmentarne robactwo, gdyby nie Basia...

Więc "ruch oporu" w szkole tych chłopców. Jeszcze jest Kuba. Kuba z kompleksem ojca. Kuba nadgorliwy. To on protestuje, gdy powstająca organizacja, złożona na początku z trzech chłopców, postanowiła porwać samolot. Z początku nie jest jasne: do Austrii czy do Australii. To Kuba ich wyśmiewa tłumacząc, że do Australii samolot krajowych linii nie doleci, "bo za daleko" i deklaruje, że on i tak nie zdecyduje się na porwanie, bo obowiązkiem Polaka jest walk