Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Roman Bratny

ROK W TRUMNIE

1983

 

 

Co się właściwie stało? Co może mnie zmusić, abym odebrał sobie ostatnie tygodnie wolności przed powrotem do więzienia po to, by spisać dzieje mojego bez mała rocznego urlopu z kryminału? "Przerwa w karze" dobiega końca. Żadnej ze swych spraw nie załatwiłem. Chyba, żeby brać serio prognozy kardiologów, że jestem "w normie". Czy ci ludzie, którzy zawodowo piszą książki, też ulegają takiemu złudzeniu, którego nie sposób odeprzeć: że bez tego co napiszą świat, jakiś kawałek świata, nie da się zrozumieć? I kto ma "zrozumieć" ten rok, ten kawałek świata między sierpniem 1981 a majem 1982, który mi się odsłonił, gdy stanąłem za bramą więzienia? Na dobrą sprawę nie wiem, czy wyszedł ten, którego zamknęli, czy ktoś zupełnie inny. Co zostało ze mnie, skoro uczeni powiadają, że organizm ludzki co siedem lat "wymienia" wszystkie swoje składowe komórki? Chyba poza szarymi z kory mózgowej, skoro zachowują pamięć? Tak, pamięć to jedyne co stanowi o tożsamości. Może dla jakiejś pamięci wyższego rzędu potrzebny jest obraz tego czasu odbity w moim koślawym "na trzy kwartały" życiu? Nie wiem. Przecież nigdy nie miałem skłonności do pióra. Nawet w więzieniu nienawidziłem tych chwil, w których musiałem pisać za kolegów listy do narzeczonych. Tak, bo do matki czy siostry pisali jakoś sami. Ale te "zasadnicze" musiały być inne. Takie tylko ja w celi, a ponoć "na całym korytarzu", umiałem pisywać, "Tak mnie wzruszyło, że musiałem polecieć w konia, ledwom przepisał" - przyznawał się taki szczerze do onanistycznej ekstazy. Tak. To chyba sukces więźnia Juliana Patryka, syna Anatola, jako "pisarza". Jedyny dotychczas. Ale wiem, że jednak przepaskudzę parę dni czy tygodni, żeby opisać ten czas, ten wspaniały i obrzydliwy, a także straszny okres mojej wolności, który się rychło skończy. Moja siostra, Basia, dokonała cudu. Napisałem kiedyś, że z moim sercem jest "raczej średnio" i ona dokonała cudu. Po wielu komisjach lekarskich nagle dowiedziałem się, że w "celu przeprowadzenia obserwacji klinicznej (nie wyklucza się operacji zastawki) zostaje mi udzielona przerwa w karze".

"Przerwa w karze" w papierach zaczyna mi się od pierwszego sierpnia i nie wiem, jaki diabeł ukradł mi dwa pierwsze dni wolności, gdyż dopiero 3 sierpnia zamknęły się za moimi plecami wrota więzienia. Przestraszyłem się. Tak. Wcale nie radość - przestrach. Ludzie byli szaleni. Każdy dokądś się spieszył. Szedł sam. Jeden naprzeciw drugiego. Czasem po dwóch. Ja też ruszyłem stamtąd szybko. Nie chciałem, żeby widzieli tę bramę za mymi plecami. Zresztą w tym miejscu czułem na sobie spojrzenia wszystkich. Wiedzieli, oglądali mnie. I ta przestrzeń. Poczucie własnej małości, bo horyzont jest za daleko - na długość ulicy, nie korytarza. Ściany domów po przeciwległej stronie nieosiągalnie daleko. Przyspieszyłem kroku... Na rogu ulicy przystanąłem, bo nie wiedziałem, gdzie jestem. Skąd mogłem wiedzieć, skoro przywieźli mnie tu suką z zakratowanymi szybami, a wszystko co widziałem z okien naszych cel, w których przyszło mi spędzić lata, to kominy okolicznych kamienic. Zatrzymałem się na rogu ulicy i zrozumiałem, że skoro nie wiem, gdzie jestem, to jestem na wolności. Samochody jechały każdy w swoją stronę. Kupiłem gazetę. Po prostu. Żeby się wprawić. A potem zobaczyłem tramwaj. Tramwaj był wreszcie do czegoś podobny. Nie rozumiałem z początku, dlaczego tak mnie uspokajał widok tramwaju, aż za trzecim - bo stałem tam bardzo długo przy tej budzie z gazetami ("kiosk Ruchu" - nauczyłem się potem mówić)-- więc za trzecim tramwajem to już wiedziałem, dlaczego mam zaufanie. Szyny - jechał tam, gdzie musiał jechać, nie tam gdzie mu się podoba. Więc wsiadłem do tramwaju i dopiero potem spytałem, jak dojechać do dworca autobusowego. Bo Basia napisała w ostatnim liście, że mam do Warszawy pojechać autobusem. Podała nawet godziny. Ale teraz było mi wszystko jedno - musiałem jechać "dokądś", a więc na ten dworzec. Nawet okazało się, że wsiadłem jak trzeba. Jedna przesiadka. Nie, nie byliśmy tak całkiem ciemni tam za murem. Trafiały się gazety. Ze dwa razy miałem w ręku i "Solidarność".

Z tą "Solidarnością" była zresztą heca. Po jakimś tam więziennym strajku-głodówce uzgodniono, że na oddział wolno będzie abonować 3 egzemplarze tygodnika. Na nasz wpuścili jeden. Otrzymywał go siedzący w izolatce więzień z dwudziestopięcioletnim wyrokiem, kompletnie ślepy. No, ale udało mi się parę razy dorwać ten jego egzemplarz... Niektórym funkcjonariuszom miękła rura. Woleli być za "swoich". Słyszeliśmy o buncie więźniów w Kamieńsku, a i u nas mieliśmy głodówkę, co poskutkowała. W końcu dziś też wyglądam inaczej, niż gdybym wyszedł za mur przed pół rokiem. Zaprowadzili mnie do fryzjera. Strażnik, z którym byłem zawsze dobrze, dogadał się z magazynierem i jego żona przeprasowała mi w domu ubranie zmięte w więziennym depozytowym worku. Całkiem normalny ze mnie mężczyzna. Przystojny - mogłem się ze zdziwieniem przekonać w lustrze dworcowej toalety. Człowiek odzwyczaił się od widoku odbicia własnej gęby. Tak, świat się zmienił. Coś drgnęło nawet w więzieniu. Ale co innego domyślać się, co innego zobaczyć. Zresztą perspektywa spędzonych na wolności miesięcy już mi coś zafałszowała w opisie pierwszych godzin.

Tak, widzę, że dzisiaj już niemal zapomniałem, co było najważniejsze. Naprawdę najważniejsze - to kobieta. Miejsce mi wypadło dobre. Nie przy oknie, ale przy pani. Pachnąca czterdziestka. Ładna. Dla takich jak ja, wyposzczonych, ładne było wszystko, co miało nogi... Ale ta była ładna. Przyglądać się mogłem swobodnie, bo niby na to co za oknem. Ale ona szybko zauważyła, i jak się uśmiechnęła, to byłem całkiem gotów. Autobus kołysał. Było jak na pierwszym w życiu filmie. Dziś zastanawiam się, już jako człowiek odzyskany przez swój dawny świat, kim byłem tego dnia. Aktorem? Kiedyś wybitnym i cenionym, jednym z tych młodych, o których się mówiło? (W naszym zawodzie człowiek, który ma powodzenie, odnosi sukcesy, jest "młody", jak długo nie zaproponują mu Króla Leara). Czy raczej już tylko więźniem? Człowiekiem o umyśle odłączonym od kultury, od wrażliwości, od myślenia właściwie. Kim bym nie był, to tam w autobusie byłem tylko nabrzmiały wściekłym pożądaniem kobiety; Patrzyłem na moją sąsiadkę coraz bezczelniej. Z początku jakby się spłoszyła, ale zaraz ją wzięło. Widziałem drobny ruch ręki, jakim poprawiła włosy. Uśmiechnęła się kącikiem warg. Zobaczyłem lekki rysunek zmarszczek i jeszcze bardziej mnie wzięło. Wiele było godzin przegadanych w ciemności celi, w pospiesznym sapaniu mechanicznego szukania ulgi, i częste było to nawijanie o "czterdziestce" jako "chętnej", "nauczonej", że z taką można "z przodu, z tyłu, z boczku i jeszcze pod pazur i jak chcesz" (cytuję naszego celowego seksuologa Zenka Siekierkę). A tymczasem coś się działo wokół nas. Na najbliższym przystanku na peryferiach miasta wsiadł do autobusu młody człowiek w dżinsach, rozpiętej koszuli. Zajął miejsce plecami do kierowcy, którego zresztą pozdrowił całkiem prywatnie. Usiadł na swój sposób. Tyłek na poręczy, nogi na siedzeniu. Przedstawił się. Był "Informacyjną Służbą Solidarności". Wyjął jakąś kartkę i zaczął uświadamiać podróżnych, dokąd zmierzamy. Usłyszałem, że wkrótce będziemy jednym z najbogatszych krajów Europy... Ta pani była ciepła, udało mi się tak przesunąć w fotelu, że biodra nam się zetknęły - była to niby moja próba zbliżenia się do umieszczonej pod oknem popielniczki... W Złotoryi, jak sama nazwa wskazuje, znajdują się ogromne nie eksploatowane wobec presji wielkiego sąsiada złoża drogocennego kruszcu. Boją się naszej konkurencji na światowych rynkach złota... W tym momencie uczułem ciepło na moim udzie. To ona przysunęła nogę. Spojrzałem bezczelnie, ale patrzyła niewinnie przez okno. Złoty kosmyk włosów za uchem drgał w rytm wstrząsów autobusu, serce podchodziło mi pod gardło... Ropy naftowej mamy w bród. Najlepiej świadczy o tym niekontrolowany wybuch w Karlinie. Sam wybuch zresztą też jest świadectwem. Ale teraz knowania zewnętrznego wroga, który chce nas trzymać na uwięzi monopolu swoich dostaw, zostaną przerwane... Gdyby energię z jaką wierciliśmy co noc nasze więzienne sienniki obrócić na takie poszukiwania - pomyślałem ze zgrywą, czując jak strasznie uwierają mnie spodnie. Chyba to było widać. Moja sąsiadka miała oczy spuszczone.

- Pan do Warszawy? - usłyszałem jej pytanie i przestały do mnie dochodzić słowa agitującego "informatora".

Dowiedziała się, że jestem" aktorem. W końcu prawda. Skoro przestałem być więźniem, to kim jestem? Tym kim byłem! I było nieprawdopodobnie. Za oknem zielony świat. Dokąd leci? Tam, gdzie ja chcę. Uwierzyć trudno, że gdzieś tam daleko stoi nieruchomy budynek, kraty, skrzynia na oknach, a w celach... Gdyby mnie widzieli, całą noc waliliby w konia. Bo już trzymałem za rączkę. Skóra kobiety. A rękę miała delikatną. W domu gosposia. Dużo podróżowała. Truła mi o Grecji. Kupowała wina dla naszej centrali. "Ubóstwiam słodkie". Wypijemy? - pytam. - Figlarz - drapie mi paznokciem wnętrze dłoni, a ja już nie wiem, co mam w spodniach. Tamten nawija uparcie. Teraz o jakichś workach rzekomego cementu, w których nasz rząd wysyła do NRD smalec. Świat jest nieprawdopodobny. Dziś, kiedy głaszczę ją przez sukienkę po biodrze, zgadzam się: niech wysyłają. Ale czemu w tych workach? Jasne, ze strachu przed głodującym ludem. Moja dłoń spoczywa na jej udzie. To śmieszne, jak człowiek pisze frazesem. Chyba świadomi - pisarze - spostrzegają takie rzeczy od razu. Bo jak "spoczywa", skoro drży. Naprawdę drży mi ręka, jak pijakowi gdy wyciąga ją do kieliszka. Ręka drży. To się posunie o centymetr, to lekko zbierze trochę materiału... Widzę opięte jedwabiem pończochy kolano... A ja mówię. Coś o graniu w filmie. Ona, że nigdy mnie nie widziała na ekranie. Ja, że zerwałem z filmem. Ona, że rzadko ma czas bywać w teatrze. Często w delegacjach za granicą (kupuje te słodkie wina, o Jezu!), a jak w kraju to mąż, "człowiek już starszy", często choruje... (No, teraz już jasne, śmiało naprzód. Zameldowała, że szpara wolna - no tak, tak pomyślałem, trudno. Ja mam czterdzieści lat, a może tylko te dziesięć, które spędziłem w więzieniu. Nauczyłem się mówić tamtym językiem, ale także nim myślę.) Upuszczam paczkę papierosów na podłogę. Zsuwam się w ciasnotę, przyciskam plecami do fotela z poprzedniego rzędu, aż czuję jak tamten pasażer kręci się niespokojnie, ale mam czego szukać. Gdy lewa ręka udaje, że zbiera z podłogi, prawa jest pod sukienką pani... Cudowny poślizg dłoni po jedwabiu pończochy... Nie broni... Nawet po sekundach rozsuwa kolana. Młoty w skroniach. Ręka już czeka na pasek nagiej skóry powyżej pończochy i sekunda rozczarowania - rajstopy - żadnego dostępu. Ale już czuję jej paznokcie wbijające się w moją rękę i błogie spełnienie. Wstrząsa mną raz i drugi pełnym wyzwoleniem z napięcia. Jakbym te dziesięć lat wyrzucił tamtędy z siebie. Wilgoć i cisza.

Teraz słychać, że Ameryka jest potęgą, która nas nie opuści. Ona sama bierze mnie za rękę. Ile to lat? Te rajstopy... były już, były, oczywiście. Ale pamięć dyktowała dłoni ten dotyk nagiej skóry nad pończochą z tamtych czasów, w których opuściłem świat pełen kobiecych nóg... Cały świat, który teraz idzie znów w moją stronę. Chyba pani nie spostrzegła co się ze mną stało. Klepie mnie uspokajająco po dłoni, dostaję wizytówkę - telefon do pracy - instruuje mnie cicho, jakby mąż siedział na sąsiednim fotelu. Ale naprawdę to będzie na nią czekał na dworcu. Pa. Jesteśmy w Warszawie.

 

To było dziwniejsze, niż gdybym tym autobusem wylądował na lotnisku w Buenos Aires. (Kiedyś po raz pierwszy i jedyny poleciałem na festiwal). Od pierwszych kroków prześladowało mnie wrażenie absurdalnej egzotyki. Nie, że dokądkolwiek "wróciłem", tylko że gdzie się "znalazłem". Ale gdzie? Już na dworcu megafon huczący triumfalnym marszem, moja pani zniknęła, zanim zdążyłem wypatrzyć tego jej męża, byłem sam, ale megafon mnie uratował. Triumfalnie komunikował, że moim obywatelskim obowiązkiem ("każdego Polaka") jest znaleźć się wraz ze społeczeństwem stolicy, aby "wziąć udział", w sposób "niepowtarzalny udowodnić" i "dać nareszcie wyraz..."

"Na dwadzieścia pięć lat pozbawienia wolności oraz pozbawienie praw publicznych na lat..." Tak mówił wyrok. Ale miałem "przerwę w karze". A ten megafon zachęcał, abym wierzył, że i przerwę w owym "pozbawieniu" - no, zwracał mi prawa. Kiedy znalazłem się tam, gdzie mnie wzywano - na Marszałkowskiej - pojąłem, że trafiłem na czas, gdy każdy tworzy sobie prawa. Byłem z wolnymi ludźmi. Gigantyczny ludowy festyn. Nie widziałem karnawału w Rio, ale to musiało być to. Więc wyszedłem niemal prosto z więzienia na tę ulicę ubraną jak na pierwszego maja... Ale pierwszy maja bez czerwieni, jakby nagle zmieniła się moda i miasto jak kobieta pokazywało się pełne kokieterii w nowym stroju. Biało-czerwone. Flagi. Transparenty. Ciężarówki obandażowane wypisywanymi na białych szarfach hasłami. Wszystko stłoczone na ulicy w bezruchu, ale żyjące szalonym życiem. Na platformie gigantycznej maszyny zespół jazzowy. Gdzieś z megafonu usłyszałem nagle nazwisko swego scenicznego kolegi i zaraz lawinowe brawa. Jak nieprzytomny zacząłem się pchać w tamtą stronę. Słyszałem skandowany chóralny śpiew. Rozumiałem słowa - śpiewali młodzi ludzie stojący na dachu autobusu. Trzymali się za ręce. Mogłem żyć, mogłem patrzeć, mogłem szukać mego kolegi, zapowiedź występu którego usłyszałem przez megafon, mogłem przechodzić koło kobiet wydekoltowanych, w letnich sukienkach. Były moje. Dzięki mojej pani z autobusu wszystkie były moje i nie musiałem ich mieć w tej chwili. W portkach było już sucho. Byłem w Mar del Plata, w Rio, a to była tylko Warszawa. Ani jednego psa... (Już znów blisko więzienna brama. Za trzy tygodnie wracam. Czy zdążę opisać to, co się przydarzyło - napisałem "psa" - tak jak się mówi w celi. Już niedługo. Już wraca tamten świat, tamten język.) Ani jednego milicjanta. Sami ludzie. No i znalazłem mojego scenicznego kolegę. Przytył. Stał na zmontowanej ad hoc estradzie. Tak, to on śpiewał. On dyktował rytm tłumowi, tamtym na dachu autobusu. Wszystkim. "Aby Polska". Mój Miś z Okienka był teraz, nie wiem, Robespierre'em, czy Rouge de Lisie tworzącym Marsyliankę nowych czasów. Miś z Okienka. Ale to były czasy, gdy jeszcze panie nie opancerzały się latem w rajstopy. Tak, ten paseczek delikatnego ciała nad pończochą stał się dla mnie granicą, Rubikonem, przekroczoną smugą cienia. Znów o kobietach. Ale tak wtedy było. Może bliskość dziewczyny w kwiaciastej sukience. Znowu złapała mnie chcica. Przywołałem się do porządku. Naprzód! Jak tu się do niego dopchać? Ale po co? Gotów się przestraszyć. Był świadkiem na moim procesie. Adwokat twierdził, że od takich świadków obrony jak on, tylko przybywa lat wyroku. Wycofałem się z tego zgromadzenia. Wiedziałem już, że do nikąd nie wróciłem. Ze świat jest nowy i ja się po prostu na nim pojawiłem. Komunikacja była sparaliżowana, żeby dojechać do mieszkania Basi, musiałem zrobić z dziesięć kilometrów przez miasto. Ruszyłem torując sobie drogę w tłumie. Dochodząc do ronda u zbiegu Alei Jerozolimskich i Marszałkowskiej zorientowałem się, że tu jest centrum jakiejś sprawy. Tak sobie myślę, że egzotyka tej sceny, zmiana powszedniej scenerii w gruncie rzeczy ułatwiły mi adaptację. Nie może być chyba nic paskudniejszego niż stwierdzenie, że stary świat, twój dobry znajomy, istniał bez najmniejszych zmian swych obyczajów, nie zauważając twej nieobecności. To przygnębiające. A ja nie byłem przygnębiony. Odwrotnie, ogarnął mnie nastrój euforii. Nawet się tego nieco przestraszyłem czując jak serce mi przyspiesza. Gdzieś w jakiejś bramie połknąłem pigułę. Do tej pory, choć czułem, że z moim sercem nie jest najlepiej, nie wiedziałem, czy ową "przerwę w karze" zawdzięczam istotnie niebezpieczeństwom wynikającym z mego "układu krążenia", czy też "układ" jest wynikiem innych układów, które uruchomiła Basta, by mnie wyciągnąć zza muru. Rozgryzłem pigułę, rozpuściłem pod językiem i powędrowałem dalej. Byli. Jednak byli. Poczułem, że wróciłem do siebie, na moje śmiecie. Kordon milicji blokował wejście w Aleje. Ale moja trasa prowadziła prosto. Teraz przestałem się bawić. Chciałem jak najprędzej schronić się u Basi.

 

Biedna moja bogata siostrzyczka. Blada jak kubeł wapna. Co innego jest wiedzieć, że się siedziało dziesięć lat, a co innego jest to zobaczyć. A zobaczyłem przez nią. Chyba najpaskudniejszy los karze nas za. rozłąkę konfrontacją z kimś zmienionym nie do poznania przez czas naszej nieobecności.

Tak samo zaszokował mnie Kuba. Mój siostrzeniec był już dorosłym człowiekiem. Ośmioletni dzieciak - a dziś mógłby już pójść pod celę... Tak pomyślałem. Piękny chłopak. Twarz z charakterystyczną mocną szczęką, ale duże szare oczy patrzą lirycznie, bujna grzywa płowych włosów. Sama młodość. Nie wiedziałem, że witam się... Tak, popełnić samobójstwo mając lat osiemnaście, ukochaną matkę, prymus w klasie. Wiedziałem. Jak tylko to się stało, wiedziałem, że go zamordowali. No, ale teraz witał mnie żywy, poważny, przejęty... "Pan domu" - wkurwił mnie jakimś odezwaniem. Było to jakby: "gdzie też cię, wujku, umieścimy", czy coś takiego. Ona była jak nieżywa, wypełniona próchnem, jakie w niej zostawił ten cholerny Laniewicz. I ona miała żyć, to ona pożegna mnie, kiedy będę wracał za mur, a on, ten młody mój siostrzeniec, będzie już nadjedzony przez robaki, nim minie te parę miesięcy. Nie umiem pisać jak należy - po kolei. A w końcu niech się męczą ci, o ile tacy będą, co zechcą zajrzeć w ten paskudny opisany świat, który chcę, nie wiem po co i nie wiem komu, zostawić.

Więc Basia. Zawsze nie znosiłem jej męża... tego Laniewicza. W jakiś sposób przypominał mi ojczyma. Powtórne małżeństwo matki po śmierci naszego ojca było dla nas obojga nie do przyjęcia. Może gdyby nie to nie miałbym wyroku dwudziestu pięciu lat. Więc nie do przyjęcia: obcy znalazł się wśród nas. Miałem dziesięć lat Pamiętam, którejś nocy obudziłem się z jakiegoś paskudnego snu. "Mamo!" i usłyszałem jej głos z sąsiedniego pokoju, jakiś... dziwny. "Mamo!" - byłem jeszcze bardziej wystraszony. "Co synku?" Chodź do mnie. "Nie mogę". Co robisz? "Czytam" - przyszła odpowiedź z ciemnego pokoju i potem jakieś brutalne męskie ponaglenie, nie rozumiałem słów... Nie wiedziałem, co robią. Matka kłamała. Ona, która była samą prawdą...

Basia też go nienawidziła. Starsza o trzy lata może rozumiała więcej. Wspominam to tylko dlatego, bo myślę, że mój stosunek do jej męża był apriorycznie ("apriorycznie"? dobrze to zastosowałem?) niechętny. Określony przez tamtą sprawę. Znów ktoś obcy wchodzi między nas. Bo od śmierci matki stosunek Basi do mnie stał się jakby na wpół macierzyński. Tak, nie znosiłem tego Laniewicza. W dodatku partyjny bonza. Otrzymana w więzieniu wiadomość, że się rozchodzą, właściwie mnie ucieszyła. Jakbym odzyskiwał za murami, bo ja wiem "dom". Ale to była jej klęska. Wiało od niej zmęczeniem, do cholery - rozpaczą. Przecież ucieszył ją mój widok. Ja na wolności to jej triumf. Niemal się popłakała, a właściwie to się popłakała, bo skoro wyrwała mi się z uścisku i pognała do kuchni to przecież nie po to, by zrobić herbatę, ale by skryć się na krótką chwilę. Zostałem ze szczeniakiem. Dla niego najważniejsze było, że przychodzę z miasta. Bo matka nie chciała go wypuścić. Przychodziłem. Bolały mnie łydki. Ze Śródmieścia na Mokotów to kawał drogi dla faceta, który przez dziesięć lat łaził po celi albo odwalał swoje pól godziny na spacerniaku. Ładna ta ich willa. "Prominencka", jak teraz się mówi i pisze. Musi im być marnie we dwoje. A ja byłem czujny. Od razu pomyślałem, że chyba będzie gdzie sprowadzić moją panią z autobusu. Baśka zrozumie. Opowiedziałem małemu to i owo z ulicy. Słuchał z otwartymi ustami. Wyraziste szare oczy chwilami mrużył, jakby raziło je jakieś światło. Przerwał mi, gdy mówiłem, że nie puścili ich pod KC. Puścili - ironizował trzeba się było przebić. Ja widziałem wujka w". - wymienił film z lat okupacji z moją młodzieńczą rolą. Od razu się połapałem, co tu jest grane. Chłopak został z matką musiał nienawidzić ojca - eks-sekretarza.

- A chciałbyś, żeby odwiedzili tatusia? - sprowokowałem.

- Jego tam już nie ma. Nawet "oni" nie mogli trzymać takiego... - zrobił się czerwony.

Pomyślałem sobie, że muszę być u niego dobry. Przecież prokurator nazywał mnie w czasie procesu "ojcobójcą" i nie pomagały protesty obrony, że ofiara nie była moim ojcem. A on pewnie miałby ochotę...

A chłopaczek ogólnie był miły. Porządnie znerwicowany. Rumienił się jak dziewczynka, ale politgramotę wstawiał nieprzytomną. Znalazły się jakieś drukowane informacje przekazane mi spiesznie - widocznie Basia tego nie tolerowała. Spostrzegłem tytuł: "Jak partia chce zagłodzić naród polski...". Wróciła Basia z tą herbatą. Miała czerwone oczy. Już dawno nikt tak na mnie nie patrzył. To prawda, że rodzeństwo może się po swojemu kochać. Nie znałem dokładnie jej spraw, bo i skąd dziesięć lat za murem - i nie myślałem, że tak szybko opowie mi o wszystkim.

- Kubełku - zwróciła się do syna - idź do swego pokoju.

Ale nigdzie nie poszedł, bo zrobiła się sprawa, gdzie to ja będę mieszkać. W którym pokoju. Moja pani z autobusu od razu przypomniała mi się tak ostro, że wolałem nie wstawać od stołu, żeby czego nie spostrzegli. Powiedziałem więc, że nie ma pośpiechu, do snu daleko, a prośbę to mam jedną, żeby w razie możliwości pokój z wejściem tak więcej niekrępującym.

- Nie zmieniłeś się - westchnęła z pobłażliwym uśmiechem i skapowałem, że jakoś mi się to dymanko ułoży. Może od razu jutro. Piszę jak mi lecą myśli, ale sam widzę coś zabawnego. Oto jak tylko wyszedłem, nie tylko myślało mi się po celowemu, ale czasem i palnąłem coś takiego, że ludzi w towarzystwie zamurowało. Ale przecież po miesiącu mi przeszło. Jakbym po emigracji wrócił do rodzonego języka. I "ą" i "ę" (pardą pierdolę) - jak trzeba - wydrzeźniał w celi inteligentów mój nieodżałowany Siekierka. Więc tak, wróciłem do języka środowiska", ale teraz, gdy piszę o tych pierwszych dniach, to piszę tak, jak wówczas myślałem. Samo się tak pisze. A jest to jakby logiczne i gdyby jaki krytyk kiedyś coś o tym napisanym kombinował, to będzie w tym widział "świadomy zamysł artysty". Bo z początku to był z tym moim językiem kłopot Pamiętam na kolacji u Witka Sanojcy grzmotnąłem coś takiego, że on dla ratowania sytuacji opowiedział całą historię, jak to przez dwa wakacyjne miesiące uczył się w Anglii języka zarabiając jako koniuch w wyścigowej stajni jakiegoś lorda. Witek ma jednego joba. - "Koń i Broń, i Barwa" - jak się z niego żartowało w teatrze. Jest synem oficera kawalerii i całe jego nieudane aktorstwo i inspicjentura z powołania to żarty złośliwego losu. Więc tam w Anglii po stażu u koniuchów zaprosiła go na londyńskie salony jakaś emigracyjna ciotka. I aż się zdziwił, jakie miał powodzenie. Rozgadał się. Brylował. A Anglików dokoła coraz więcej. Zwłaszcza pań. Czasem coś między sobą poszepczą, ale rozpytują go bez przerwy. I śmieją się częściej niż trzeba. Jak ciotka podeszła bliżej, omal nie zemdlała. Bo angielszczyzna stajni różni się od salonowej. Także polski z celi od tego języka, co za murem. Ale ja nie o tym. Więc pokój dostałem na parterze i z oddzielnym wejściem. Marzenie. Prosto z ogródka. Takiej willi to się nie spodziewałem. Basia pisała, że mają "duże mieszkanie". Co te bidaki we dwoje tu robią. Straszny dwór. Ale na najwyższy pic i chrom. Kuba mi opowiadał, że "stary" (nigdy nie powiedział ojciec) będzie jeszcze za to odpowiadał. Bo ich willę, jak już była całkiem gotowa, to jeszcze wykańczano na "najwyższy standard wyposażenia". Jakieś przedsiębiorstwo- z Rzeszowa. "Zęby było dalej. Żeby się nie wydało. A wydało się - triumfował mały. Wyszło. Jak i te talony-" Ale więcej nie chciał mówić. Naprawdę był miły, delikatny i ta zajadłość dziwnie mu nie pasowała. Ale od początku był taki, że jak się to stało, wiedziałem, że nie mógł popełnić samobójstwa. W każdym razie z tej dwójki na pewno Basia była bardzie] podejrzana, raczej o nią bałbym się, nie o małego. Nieprędko doszedłem prawdy, jak to z nimi było w tym małżeństwie naprawdę. O romansie Laniewicza dowiedziałem się już wkrótce od Witka Sanojcy w teatrze, ale cała reszta odsłaniała się przede mną powoli. Oto moja siostrzyczka kierowana babską zasadą poszukała rewanżu. Nie musiała mieć z tym kłopotów - tak by się wydawało bo przecież jest, a raczej była, naprawdę piękną kobietą. Ale cóż, "pozycja" czasem przysparza kłopotów. Okazało się, że przy pierwszym zagrożeniu jej partner zmył się w obawie przed mężem, a potem, gdy ona sama doprowadziła do rozwodu, nazwisko "Laniewicz" było już dla tego gnoja skażone "prominenckim odium". Podobno jej powiedział, że nosi "skompromitowane nazwisko" i człowiek w jego sytuacji i tak dalej. "Sytuacja" to była jego aktualna pozycja w "środowisku". Bydlaczek był swoistym ważniakiem w kręgach "opozycji artystycznej". Coś takiego miałem okazję też poznać przez ten rok wolności - rok w trumnie. I została moja opiekuńcza, piękna, dobra, z tym chłopcem, którego mieliśmy grzebać za parę miesięcy, w willi podejrzanej, wygodnej, wspaniałej i teraz ze mną - chorym na serce kryminalistą, "ojcobójcą"... Tak, było mi dobrze w tym domu strachu i nienawiści. Bo ona bała się o małego, a on po prostu nienawidził. Jak na lata, które nas dzieliły, dużo z pętakiem rozmawiałem. Łączyła nas ta nienawiść. Nie wyniosłem jej zza muru, ona tam wykiełkowała, ale ziarno rzuciły te lata - ostatnie czterdzieste, pierwsze pięćdziesiąte. Te lata, w których do szkoły aktorskiej dostałem się tylko jako "szwagier towarzysza Laniewicza". Cóż z tego, że był wówczas jakimś pętaczyną w stołecznym komitecie... Ale w komitecie. Te lata, w których na szkolnych próbach "Brygady szlifierza Karhana" nasz przewodniczący Zetempe protestował, że politycznym błędem jest obsadzanie mnie w roli pozytywnego bohatera, gdyż moje przekonania i tak dalej. Jakby gówniarz znał moje przekonania, to by się bał chodzić ze mną na wykłady. Ale już wówczas ratowało mnie to, co potem poniosło mnie dalej. Ktoś tam w teatrze powiedział, że ja "mogę zagrać wszystko - krzesło i rodzącą matkę". Tak było. W najlepszych latach przed moją sprawą zazdrośni koledzy mnie nienawidzili, a niech mi kto pokaże niezazdrosnych, więc nienawidzili mnie wszyscy. Mawiali, że jak Dyrektor wkrótce obsadzi mnie w roli Marii Stuart, też się nie zdziwią... Ale czemu ja teraz piszę o sobie i to o tym, którego już nie ma. No więc, wracam do właściwej kolejności. Zasypiam na miękkim tapczanie w świeżej pachnącej pościeli i wiem, że jutro będzie tu ze mną moja pani z autobusu. Co tam serce. Serce się trzyma. Powiedziałem Basi, że pierwszy tydzień wolności jest dla mnie. Żadnych lekarzy.

Następnego dnia byłem w teatrze. Droga trwała długo, bo żeby się trochę "oswoić z miastem", jak powiedziałem, a tak naprawdę to z wolnością, wybrałem się na piechotę. Co chwila przystawałem poczytać. To jakiś Ruch Obrony Praw Człowieka zapowiadał "Marsz gwiaździsty" w obronie więzionych za przekonania, to przebrany za psa spiker wychylał się z okienka telewizora z wyciągniętą w stronę widza pięścią. Co jakiś czas smarowane smołą napisy żądały "dostępu do środków masowego przekazu". Nie spieszyłem się. Zwłaszcza że tak naprawdę ta pierwsza wyprawa "do teatru" streszczała się do spotkania z Witkiem Sanojcą. W teatrze, czy u Witka Sanojcy, ale przecież to na jedno wychodzi. Mówi się, że przyjaźń zdarza się rzadko. Prawdziwa przyjaźń. Ja myślę, że równie nieczęsto trafia się mieć dla kogoś szacunek. To właśnie dziwne. Ja, pupil dyrekcji i publiczności, i on - starszy o dziesięć lat aktor na posadzie inspicjenta. Grywał te swoje ogony, aż przy kolejnej umowie dyrektor "musiał" z niego zrezygnować - w obliczu pierwszej delikatnej politycznie - jak się wyraził - sytuacji. Wówczas to przeszedł na stanowisko inspicjenta. To już w naszej hierarchii niemal pracownik fizyczny sceny. Ale został w teatrze. To śmieszne, dziwaczne nawet, ale był jedynym człowiekiem, z którego zdaniem się liczyłem. On jeden nie grał na siebie, niczego dla siebie nie chciał, jeśli przeżył swoje wygnanie ze sceny, to przecież nie dopuścił do wygnania z teatru, bez którego życia nie widział. A ów skandal wyniknął, gdy z uwagi na nietypowe warunki zewnętrzne zaoferowano mu rolę w wielkim serialu poświęconym czasom okupacji. Odmówił. Nie podobała mu się rola generała Okulickiego, dowódcy poakowskiej konspiracji londyńskiej. "Fasony naszego Witusia" powiedział z niesmakiem dyrektor po powrocie ze zdjęć. Bo on w tym serialu kreował. "Odmówić takiemu reżyserowi F Pytano mnie, czy to aktor z mojego teatru. Na szczęście mogłem zaprzeczyć. Przestał być aktorem i nigdy nim nie będzie. Mówiło się przy mnie takie rzeczy. Raz - bo byłem "ulubieńcem", dwa - bo Teresa (potem to wyjaśnię, Teresa to żona dyrektora, kiedyś moja dziewczyna).

Więc napisałem, że "byłem w teatrze", a byłem u Witka. Jako że teatr ma w sierpniu urlop. A mój abnegat siedzi w Warszawie. Dla mnie, człowieka zza muru, było najzupełniej oczywiste, że go zastanę. Zapomniałem, co to jest urlop. Lato w Warszawie było dla mnie festiwalem, zielenią. Corso, chciałoby się napisać. No, przesada. Co to, to nie. Zatłoczone kolejkami ulice były czymś, co mi przypominało, że odszedłem stąd dawno. Gdy istniały jeszcze sklepowe wystawy. Przecież to były początki radosnego żarcia. Dziewczyny w importowanych ciuchach. Mój Boże, coca-cola. Gdzie się podziała cocacola? Ale miało być o Witku Sanojcy. Trafiłem jakbym wpadł po próbie(TM) Bo mieszkał opodal teatru i robił świetną kawę. "Księga jazdy polskiej" a jakże, na swoim miejscu, na stoliku z telefonem. "Broń i Barwa" ha półkach. Witek! Mój Boże, teraz zrozumiałem, co to jest dziesięć lat. Każdy rok zapewne coś zabierał z mego Witka. Dość, że został wysoki, chudy, siwo-łysy, tylko szczoteczka wąsów starannie przystrzyżonych była nienaruszona. Wiedział od Basi, że mam być w tym miesiącu zwolniony, ale osłupiał, jakbym spadł z księżyca w pełni. Coś mamrotał łaskocząc mnie swoimi wąsami, klepał, poklepywał, macał, czy jestem naprawdę, jakby podejrzewał, że ktoś mu podrzucił makietę zamiast żywego faceta. No i było gadanie. Najpierw, oczywiście, jakbyśmy grali w obyczajowym serialu, "czy herbatę?!" Roześmiałem się. Jeszcze tydzień temu w celi takie pytanie "czy chlapnąłbym czaju" byłoby towarzyskim żartem, a ja teraz mówię serio, żeby dał spokój. Gadajmy.

No i wypłynął w tym gadaniu cały mój stary świat, którego nie mogłem poznać. Bo czy mogłem w działaczu "Solidarności", prezesie Towarzystwa Pomocy Więzionym za Przekonania, poznać mego Dyrektora Konrada, przezwanego "Wszystek", który zawdzięczał swój teatr memu eks-szwagrowi Laniewiczowi... (Może i z tego spływało na mnie nieco dyrektorskich łask, chociaż to nie tylko wygórowana ambicja każe mi w to wierzyć). Dyrektora, posła na Sejm. Postać. Dyrektora recytującego na galowym koncercie "Odę do młodości" mimo sporego już brzuszka. Nikt się nie śmiał. Towarzystwo Więzionych za Przekonania. Jezus Maria. To przecież w ostatnim roku mego pobytu na wolności zdarzyła się ta wsypa z okazji uroczystej premiery w naszym teatrze, który dzięki łaskawej protekcji Sekretarza dorobił się drugiej sceny mimo chronicznego budowlanego kryzysu. Oto po premierze "skromne przyjęcie". Do towarzysza Laniewicza podbiega z kwiatami dziewczątko i w chwili, gdy sekretarz pochyla się, by ucałować je w policzek, jak każe specjalny bon ton towarzyszy sekretarzy, dziecko buch - całuje sekretarza w rękę. Laniewicz jaki był, taki był, ale zrobiło się głupio. I wówczas Dyrektor: no, cóż, nieporozumienie, nikt dziecku nie kazał, ale słyszy tu u nas co dzień, że jesteście dla nas jak ojciec. Chóralny śmiech i nastrój, i sukces. Teraz prezes Towarzystwa Pomocy Więzionym za Przekonania. Śmiejemy się, ale mój Witek robi mi pryncypialny wykład, że to co się stało, ta cała "niemal rewolucja" wynikła z powszechnej świadomości, że utrwalony ład jest z gruntu zły. Nie o to, że ktoś kradł, ktoś tam w inny sposób nadużywał władzy, a to, że porządek społeczny, cały porządek, uległ rozkładowi. I nie wolno mi oceniać niczego przez pryzmat naszego środowiska ("nasze" to łaskawym zdaniem Witka aktorskie, czy coś takiego), którego pozerski, moralizatorski, karierowiczowski akces tylko kompromituje sprawę... Strasznie jest pryncypialny, ale o herbacie nią zapomina. Przekrzykiwaliśmy się przez korytarz, gdy gospodarzył w kuchni.

- Jest pojarunek i czaj - mówię grypserą zaciągając się papierosem.

Śmiejemy się. Jemu nie muszę nic mówić - wie, że teraz tłumaczę ten świat, który moim być przestał, na tamten, z którego powróciłem.

Żeby skończyć z tematem "Dyrektor", Witek pokazuje mi ulotkę "Towarzystwa".

- Nie masz co teraz czytać, weź do domu. A wiesz, kto jest autorem? Nie zgadniesz... Ale zgaduję. Od razu chwyciłem ton. Witek mnie podziwia. Autorem jest Kostuś, nadworny krytyk Laniewicza, piewca Dyrektora. Wydał za moich czasów na welurowym papierze drukowaną broszurę o naszym teatrze. W drugim roku jego istnienia. No bo któż, jak nie Laniewicz umożliwił, a Dyrektor stworzył... Było tam i moje zdjęcie. Wstyd się przyznać-niejedno.

Pytam, co robi Towarzystwo i dowiaduję się, że Dyrektor miał wczoraj konferencję prasową w... Paryżu.

- A więzionych na razie tak na dobrą sprawę dwóch - uśmiecha się wstydliwie Witek.

W tym momencie dochodzi mnie jakieś walenie.

- Ktoś się dobija?

Witek nadsłuchuje. Łomot jak diabli. Widać słuch mu się stępił.

- Ach tak - mówi. - To Andrzej... - wymawia imię syna. Pamiętam, coś się czasem pętało pod nogami, gdy wpadałem przed spektaklem...

- Już w maturalnej klasie. Chodzą razem z Kubą Basi - informuje przepraszając, że zostawi mnie na chwilę. Leży. Złamał nogę. Wakacje w siodle... - skrzywił się. A ja się śmieję. Mnie jest dobrze. Jakbym się napił.

- Naoglądał się "Księgi Jazdy Polskiej", to i masz. A głowa w porządku?

- Jak to głowa? - przyjaciel przestaje w progu.

- No, głowa?

- Jechał w toczku.

- Myślałem, że dałeś mu czako dziadka...

Sławne czako. Był czas, że tak przezywaliśmy w teatrze Witka. "Czako". Ale w końcu się nie przyjęło. Bo Witek jest synem legionisty - "beliniaka". Ż tych dwudziestu, co w tysiąc dziewięćset czternastym roku przekraczali granicę Kongresówki niosąc siodła na plecach, bo konie mieli sobie dopiero zdobyć. I czako jego ojca stało zawsze na stojaku w kącie pokoju, jakoś go tutaj na starym miejscu nie widzę.

- Chodź, przywitasz gówniarza to i czako zobaczysz...

Stoję w progu pokoju i patrzę na leżącego na tapczanie z nogą w gipsie pryszczatego chłopaka. Coś tam mówię. Śmiejemy się. On mnie pyta, czy nie mam papierosa, odruchowo patrzę na ojca. Witek pobłażliwie wzrusza ramionami. Wyciągam swoje extra mocne, widzę, że paluchy małego są aż żółte od nikotyny. Grzebie w pudełku, bierze dwa papierosy mrugając do mnie.

Podaję mu ogień. Pryszczata gęba w siódmym niebie...

A będę go trzymał za kark wyłamując mu rękę z pistoletem, a będzie chwila, gdy już rozbrojonemu będę wgniatał lufę w ustępliwy brzuch spazmatycznie broniąc się przed sprawiedliwym odruchem, by nacisnąć cyngiel...

Nie umiem pisać. To, co przeżyłem, wyłamuje mi porządek chronologiczny, który pragnę zachować dla prawdy. Ale jak go zachowam, gdy już widzę, że zapomniałem napisać, jak znów zatkało mnie miasto, jakby ponownie po raz pierwszy zobaczone. Po wczorajszym festiwalu teraz posępne, znudzone kolejkami, zmordowane i przecież jakoś bardziej zrozumiałe.

Więc nie napisałem: trzeba by to gdzieś wstawić przed tą rozmową z Witkiem. No i to jeszcze, że w samo południe zerwałem z biura od tych win moją panią z autobusu i teraz byłem całkiem spokojny. Ale wracam do gówniarza. Przygląda mi się, jakby zobaczył we własnym mieszkaniu wielbłąda: wiadomo, facet zza kraty. I co weselsze "ojcobójca". Ciekawe, jak mu się z Witkiem układa? Może ja mu imponuję? Ojciec usłużył jak trzeba, coś tam mu podał i poprawił i znów możemy sobie gadać swobodnie.

- Widziałeś te jego paluchy? - mruczy ojciec.

- O co ci chodzi...?

- Smaruje sobie co tydzień jodyną. Żeby żółkły. Bo ma być nałogowym palaczem. To mu daje autorytet

Witek umie w paru słowach zakapować wszystko i wszystkich.

- Nie chciałbym, żebyś na mnie pisał donosy - powiedziałem w pewnej chwili, jak już omówił plajtę mojej Teresy. Nie miałem do niej żalu. Nigdy. Ale przyznaję, że odczułem coś w rodzaju głupiej satysfakcji. Bo ten baran Wszystek, nasz Dyrektor, związał się teraz z Malała Wrzoskiewicz-. Kto to jest, do cholery. Malała Wrzoskiewicz? Nie pamiętasz Wrzoskiewicza? Owszem, pamiętam, kto by nie pamiętał takiego błazna. Więc Malała to jego żona. Witek pokazuje mi okładkę "Ekranu". I już wiem. Znam Malalę lepiej niż dobrze. Przemycone okładki tych pism to nasze pin up girl. Leciało się pod taką w konia lepiej niż w naturze. Właśnie tę Malalę wypożyczaliśmy sobie ostatnio z Zenkiem Siekierką. Podpis był obdarty. No, ale nie będę truł takich opowieści poczciwemu Witkowi On zresztą może myślał, że jeszcze w jakiś sposób obchodzi mnie Teresa. Bo mówił, że podziwia, jak ona wspaniale gra, że niczego nie wie, niczego nie zauważyła, nic się nie dzieje. W teatrze gra nadal panią dyrektorową. Ale sprawa poszła tak daleko, że on (baran - Dyrektor umiejętnie bezpartyjny eks-pieszczoch Laniewicza, dziś prezes Towarzystwa Opieki nad Więzionymi za Przekonania) zaangażował Wrzoskiewicza z żoną na stałe.

- Wyobrażasz sobie, Wrzoskiewicz w naszym teatrze- - lojalność Witka wobec instytucji, która tyle razy okazała, że ma go w dupie, była wzruszająca...

No tak. Chyba mi nie pójdzie, nie nauczę się pisać. Już pora przestać rzucać mięsem. Jestem z tej strony muru. A temu co będzie czytać, o ile taki się znajdzie, powinienem może wyjaśnić co za Teresa. Bo jeśli się o kimś pisze, to powinno być wiadomo, kto to jest. Moja pierwsza miłość ze szkoły teatralnej: najzdolniejsza na roku. Szare włosy. .Duża uroda, ale jak chciałem przywołać ją w pamięci to zawsze te szare włosy. Wspaniałe. Ja od razu byłem zaangażowany. Jeszcze przed przedstawieniem dyplomowym. A jakże - Dyrektor Konrad. Ktoś pokazał mu palcem. Bo wówczas w szkole nie wykładał. Ja zaangażowany, a ona choć piękna i zdolna jeszcze nie. Ktoś tam obiecywał, coś miała zaklepane... A ja wpadłem od razu w wielkie obroty. Duża rola. Wprawdzie w zastępstwie nagłym, ale od razu sukces. Tamten wyzdrowiał, a Dyrektor zostawił mnie w pierwszej obsadzie. Ale ja wówczas byłem oszalałym kibicem. Mecz był w Katowicach. Ludzie mnie lubili, ale żeby Wszystek miał zwolnić z przedstawienia, co to to nie. Ale ludzie mnie lubili - "zachorowałem" - zaświadczenie się znalazło. Pech chciał, że operator Kroniki Filmowej, mój koleś, chciał mi zrobić przyjemność... Dość, że Dyrektor w parę dni potem, gdy już wróciłem do zdrowia, ujrzał nas na ekranie. Akurat w porze, gdy rozgrywa się przedstawienie w Warszawie, Jego" aktor wydziera się na stadionie. A obok ta piękna szarowłosa, czyli Teresa. Zebrałem za swoje, ale jakoś się udobruchał i pyta co to za jedna, którą całowałem jak nasi strzelili gola. No i w ten sposób w miesiąc po meczu Teresa została do nas zaangażowana. Tyle o niej. Żadnego żalu, kiedy spostrzegłem, co się dzieje. Sam drużbowałem na ich ślubie... A teraz słyszę: Malała.

- Stary - spytałem nagle Witka - co by się stało, jakbym zaproponował "gościnne występy"? Jeśli serce pozwoli - nie byłem jeszcze w klinice... - sam nie wiedziałem, co mi strzeliło do głowy. Nagle zachciało mi się "wrócić", choć na chwilę... - Oczywiście żartuję z "gościnnym", ale gdyby tak chyłkiem postatystować- Należy mi się coś od życia.

No i stało się. Pierwszy kiedyś aktor sceny zgłasza się na statystę do inspicjenta. Ale tak naprawdę były to tylko pogaduszki przyjaciół. Mój Witek był przetrącony. Zaangażował się bardzo mocno w .sierpień osiemdziesiątego, podpisywał jakieś apele, organizował "środowisko". A teraz? Żeby go streścić najzwięźlej, to by było tak: były (i są) autentyczne powody do gniewu, do buntu, do rozpaczy. I wtedy chciał w tym być... Ale teraz. Już nie tylko to, że ogarnął ludzi amok, że przestali mieszkać tu nad Wisłą, wyprowadzili się na jakiś amerykański księżyc, ale w dodatku, co to za ludzie! Ci, co teraz wypłynęli... Co z tego, że gniew, że bunt, że tamto wszystko było autentyczne. Teraz ludzie co tym rządzą, autentyczni nie są. Ani trochę. A najgorzej to wygląda w naszym środowisku. Romantyzm, ekstaza, idealizm wszystko cacy, jak mówią z kolegami mego syna. Ale to samo plecie twój przyjaciel Zajączkowski - przecież go pamiętasz? (pytanie, któżby nie pamiętał starego Zająca). Więc z jednej strony idealizm głupich gówniarzy, a z drugiej co? Czy może "romantyzm" starszego zdziecinnienia? Naprawdę bardzo był rozgoryczony i kwaśny mój wspaniały Jedyny i wierny Witek Sanojca.

Tak w ogóle i tak "ideowo". Ale niezależnie od tego wkrótce zobaczyłem "coś z życia". Bo dotychczas (poza panią z autobusu, wina słodkie) - wszystkiego dowiadywałem się z ludzkiego gadania. Aż do chwili gdy pojawiła się żona Witka. Przecież nie należy chyba do obowiązku piszącego przedstawianie każdej pojawiającej się postaci. W czasie gdy zabierano mnie za mur, Sanojcowie byli przykładnym małżeństwem. Chowali tego, dziś pryszczatego, kłócili się w normie. Ona jakoś znosiła degradację męża, który za jej czasów zmienił status aktora na inspicjenta. Tak było. Ela - lekarz z zawodu. Piszę o tym, bo stałem się mimowolnym świadkiem sytuacji, która mi uprzytomniła, że i tutaj zmieniło się wszystko. Bo rozległ się dzwonek, jakieś głosy w korytarzu. Nie poznałem Eli. I z nią ktoś drugi... Również nie poznałem. No, bo nie znałem, jak się miało wkrótce okazać. Coś tam poszeptali i usłyszałem, jak wkroczyli do pokoju gówniarza. Teraz egzaltowane okrzyki matki pozwoliły mi rozpoznać Elę. Wrócił Witek. Bez objawów entuzjazmu oznajmił, że matka Andrzeja, zawiadomiona o wypadku syna wróciła właśnie znad morza.

No i przywitałem żonę mego przyjaciela. Rzeczywiście - baba nie do zdarcia. Jakbym ją wczoraj pożegnał. No, może odrobinkę przydymiona przez tę podróż. Bądź co bądź paręset kilometrów. Ale wóz luksusowy. BMW - zaraz się dowiedziałem ściskając dłoń szczupłego pana w mocno średnim wieku. Jeszcze wówczas nie wiedziałem, że witam "Elę Audi" i "Króla Szczypiorku" oto jakie imiona nosiła ta para, bo była to jak, się wnet okazało, para. "Audi" to od samochodu, którym jeździła, kupiwszy go "okazyjnie" właśnie od tego pana, jak się okazuje podwarszawskiego superbadylarza. Ów "zakup", zdaniem teatralnego środowiska, dokonany został w ramach "wymiany naturalnej", jak określił to jakiś dowcipniś.

Tak więc dowiedziałem się od Witka o klęsce mojej Teresy i obejrzałem klęskę jego. Bo dość łatwo przyszło mi się zorientować, co tu jest grane.

Więcej o tym nie napiszę - ani słowa. W końcu to nie należy do mojej opowieści. Ale czy na pewno?

 

Basią nie przelewki. Następnego dnia z wypchaną teką udaję się w drogę. Nowa piżama (gdzie ona to kupiła - a może to po Laniewiczu?), maszynka do golenia, pędzel. Na widok mojej wytartej resztki siostrzyczka się wzruszyła. Zresztą pędzel to już na pewno w spadku po Laniewiczu. Gdzieżby dziś można kupić... Dość, że z całym majątkiem w teczce. Dopchanej jeszcze gazetami. Bo czytałem w tych dniach łapczywie. Wszystko. Ale do rzeczy. Więc "spakowany", prowadzony za rączkę jadę do Anina. Lecznica Kardiologiczna. Kiedyś "rządowa". Bystry przedostatni premier próbował rozmaitych gestów - przekazał obiekt dla "lecznictwa otwartego" (tak się to u nich nazywa: "otwarte", znaczy "dla ludzi", chociaż ja przychodzę z "zamkniętego", co jest także dla ludzi). W końcu cały mój urlop, całą przerwę w karze, zawdzięczam mojemu sercu. Więzienna medycyna przyzwyczajona do krojenia żołądka i kich po "połykach" nie ważyła się podnieść noża na moją zastawkę. Siostrzyczka umiejętnie wykorzystała mój sygnał o stanie zdrowia i oto jedziemy. Co zabawniejsze, to do tej "otwartej" lecznicy trafiam zapewne dawnymi jej chodami z czasów Laniewicza. Ale obojętne. Na razie jadę podobno na badania, obserwację itd. W zależności od diagnozy: albo zaraz pod nóż, albo "okres przygotowawczy" w domu. Bo nacisk pacjentów duży, a ja z kolei nie wyobrażam sobie, żebym tu wytrzymał zbyt długo. "Stawał, stawał, aż zawał" zauważył ponoć znajomy satyryk powalony przez atak, ale ja jeszcze nie zostałem powalony, a teraz po więzieniu wytrzymać choćby parę dni bez pani z autobusu będzie ciężko. Chyba żeby się na miejscu coś znalazło. Nie ujawniam moich kosmatych myśli, bo siostrzyczkę całkiem zasuszyło. Ta sprawa z Laniewiczem po prostu ją przetrąciła. Nie ujawniam jej także, że w teczce mam sporo zatajonych lektur wręczonych mi przez Kubę w tajemnicy przed mamą. Książka, parę broszur- Nauczyłem się nawet nomenklatury - z obiegu nieoficjalnego, czy jakoś tak... i "niezależna oficyna wydawnicza". To wszystko od Kuby. Kuba to jakiś poważny "klasowy" (w znaczeniu "szkolny") polityk. Myślę, że nawet "działacz" - może kolporter. Chyba dobrze rozumiem te tęsknoty. Sam z pokolenia "młodszych braci", tych co patrzyli jak starsi, nieszczęśni "Kolumbowie", robili pokracznie i krwawo tę niedorobioną nigdy przez nas Rzeczpospolitą. Po ich klęsce my daliśmy się zwariować. Z miejsca przestaliśmy chcieć tego, co dla nich było święte. Dla nas stało się śmieszne, bo przegrane. Te pierwsze lata zetempowskiej euforii i to co potem? Ciekawe skąd ten mój "stan przedzawałowy" czy może ta cholerna "zastawka" - może to dziedzictwo tamtego okresu, gdy nie było dość czasu by przeczytać jak należy "Jak hartowała się stal". Korczagin. Tak, z pewnością tak nazywał się bohater. "Ty, Julek, nigdy nie dorośniesz, by zagrać taką rolę" - dobitnie skanduje słowa nasz przewodniczący. Dziekan wydziału aktorskiego posłusznie kiwa głową. Wychłodło mi moje zaangażowanie i już mogłem zagrać wszystko. Komisarza, sekretarza, księcia Jorku, "Księdza Marka" i "Bogurodzicę" - jak powiedział kiedyś Dyrektor Wszystek komplementując moje możliwości po próbie Słowackiego... ("Aktor w roli musi być cały, wszystek, nic nie wolno mu zostawić dla siebie, aktor nie ma życia osobistego, wszystek wciela się w rolę" - ulubione słowo zrodziło jego przezwisko, które nieomal stało się teatralnym pseudonimem).

Ale o czym ja piszę, gdy mam przed sobą pierwszy pobyt w lecznicy. Chyba nigdy się nie nauczę. Ale do cholery, nie piszę powieści. W powieści nie może być niczego, czego mogłoby nie być. U mnie jest życie, a w życiu inaczej. Ale wróćmy do kliniki. Biele, dywany, telefony, bufet z prawdziwym czynnym ekspresem - to wszystko dla mnie, bo Basia gdzieś biega, kogoś szuka.

Wreszcie ewidencja. "Zawód" - co mam wpisać. Prawdziwe byłoby "więzień" - wpisuję "aktor". No i masz... Wrzoskiewicz.

Pokoje na tym piętrze dwuosobowe. Gdy wszedłem do swojego, aż mnie zatkało. On mnie nie poznał w pierwszej chwili.

- Wrzoskiewicz - powiedział podając mi rękę. Widać było, że mnie awansuje przez taką znajomość.

- Przecież widzę - powiedziałem.

Jeszcze mnie nie poznał. Zaśmiał się po swojemu brzuchomówczym śmieszkiem z nieruchomą gębą, biorąc to za komplement bywalca teatralnego czy telewizyjnego gapia.

- Przed zawałem, a pan? - przedstawił mi się.

- Julian P. - powiedziałem.

Zbaraniał.

- Jezus Maria! - wykrzyknął po chwili rzucając się na mnie, jakbyśmy kiedykolwiek byli blisko.

- Wyszedłeś?

- Nie, uciekłem- - nie wiem jaki bies podpowiedział m? te słowa. Przecież w tym czasie możliwe było wszystko. Niedawno skończyły się pertraktacje z grupą więźniów, która ogłosiła strajk głodowy na kominie. Dlaczego nie miałem uciec?

Wrzoskiewicza zatkało.

- A tutaj? Ukrywasz się?

Nie wytrzymałem. Mój śmiech mocno go skonfundował. Rozgniewał się.

- W końcu po tym, za co cię zamknęli, możesz zrobić Bóg wie co... - oznajmił w końcu polubownie.

- Zastawka.. - przedstawiłem mu się. Geniusz loci już przemówił przeze mnie.

- Kolega! - zawołał radośnie, jakby dopiero owa zastawka nas zrównała.

 

Ten tydzień z Wrzoskiewiczem w celi... To śmieszne, ale ja wciąż jestem stamtąd. W tym co myślę. Więc cały ten tydzień w separatce z dwoma łóżkami Wrzoskiewicz wypełnił opowiadaniem o sobie. Ja, który wysłuchałem za murem życiorysów równie mało prawdopodobnych co prawdziwych, miałem ucztę: tu nie było nikogo. Żadnego człowieka. Tu były pieniądze. Opowiadał o pieniądzach, jak kto inny o miłości, albo jeszcze kto inny o Żydach...

No, oprócz pieniędzy były jeszcze rzeczy. Ale raczej jak statyści przy głównych bohaterach sztuki. "Stereo wideo - porno", tak go sobie w myślach nazwałem, gdy zapowiadał po wyjściu seanse u siebie w przepychu wideokaset, kolorowych filmów... Więc pieniądze w jego opowieściach miały swoją dramaturgię, fabułę nawet. Oto ostatni sezon "przed tym całym bałaganem",, jak określał ostatni rok, w którym zarabianie podlegało niezrozumiałym dla niego wstrząsom... Podwieczorek przy mikrofonie tysiąc pięćset, a po drugiej stronie ulicy leci kabaret. Przebiegam trzysta metrów i dwa siedemset pięćdziesiąt za dwadzieścia minut... Ale Wrzoskiewicz biegał nie tylko na dystansach krótkich. Były i długie. Nowy Jork, Chicago. "Bardzo mnie nasza Polonia kocha".

Za ile? - zapytałem nietaktownie, ale Wrzoskiewicz się nie obrażał. Roześmiał się i wytłumaczył, że tam - na przykład w Nowym Jorku - to ludzie nawet do łóżka dobierają się według dzielnicy, bo im dla miłości nie chce się jechać pięćdziesiąt kilometrów... A ja przez ocean. To ich musi kosztować. W końcu jesteśmy zawodowcy, nie ma się czego wstydzić. Zresztą amatorzy też biorą, ale użebrane i co łaska. Ja zarabiam. Jak zechcesz, -możesz z nami pojeździć, jak stąd wyjdę. Robimy program "Aby Polska". Z Malała. Mógłbyś być inspicjentem. Jeżeli ci zdrowie pozwoli. A zresztą - nagle posmutniał -jeśli mnie zdrowie pozwoli. Cholera wie, co z moją zastawką, może przyjdzie czekać na operację.

 

Teraz o Malali. Bo na tym się Wrzoskiewicz kończy, a Malała dopiero zaczyna. I będzie ważna z uwagi na wszystko, co potem.

 

To nieprawdopodobne. Jakbym dopiero zobaczył, co to jest kobieta. Czym może być kobieta. Cudowny opięty kuperek, piersi jakby je obliczył, wymodelował i umieścił osobiście sam Stwórca Esteta. Nogi niby dwie, ale starczy, żeby człowiek pomyślał, że nigdy nic nie oglądał. I ta buźka naiwnego aniołka, który już wylizał wszystkie słodycze i świństwa... Żadne zdjęcie tego nie pokaże, ale oczywiście to było jej zdjęcie z okładki "Ekranu", toples w bikini wąskim jak palec, który by się chciało pod nie włożyć. Jej zdjęcie wypożyczane w celi...

Nie było się co dziwić etatowi Wrzoskiewicza w naszym teatrze... Nie wytrzymałem, gdy mąż jej mnie przedstawił.

- My się znamy - palnąłem.

- ?

- Z konia - oznajmiłem bezczelnie.

- Chyba mnie pan z kimś pomylił...

- Panią pomylić! - wykrzyknąłem szczerze.

Było tak, jakby w ogóle nie było pani z autobusu, jakby wszystkie godziny majaczenia o kobietach wróciły przebrane w to ciało ukoronowane bezczelną gębusią, która nawet nic nie mówiąc kazała tylko o tym myśleć, myśleć, myśleć...

Biedny Wrzoskiewicz.

Badania, analizy, mocz, krew, opad... kto się ha tym wyzna, co z człowiekiem wyrabiają. Nie te czasy kiedy w ambulansie wyrywa się obcążkami igłę wbitą w pierś, gdzie bije serce. "Samouszkodzenia". Obsesja więźniów. Poza rzeczową kombinacją, aby dostać się do szpitala czy coś dla siebie "załatwić", żywiołowy protest przeciw... Przeciw wszystkiemu. Obrócony przeciw sobie. Moja choroba to też "samouszkodzenie", tylko że ci tutaj nic o tym nie wiedzą. Przecież pojawiło się to moje "serce" dopiero za murem. A tutaj po tygodniu dowiedziałem się tylko, że "nie jest tak źle", po drugim, że "będziemy mogli siostrzyczkę uspokoić" i nareszcie, że spotkamy się ponownie za sześć tygodni. Zobaczymy, co zrobi z pana sercem farmakologia. Bo moje więzienne konowały diagnozę spartoliły. Żadna "zastawka". Nie będzie operacji.

A więc "wypiska". Półtora miesiąca swobodnego życia dla mnie. Życia w świecie, który zapomniał sam siebie, zapomniał czym był. Trudno mi się było oswoić, ale to wszystko co nowe było jakoś moje, powinno być moje. I w tym wymiarze patetycznym - giną ci, opici władzą i posiadaniem, przychodzą jacyś nowi nieznani, a przeto "sprawiedliwi". Dla wszystkich chyba ta "Solidarność" ma w sobie coś ze szlachetnego Janosika. Zabiera możnym, biednych obdziela. A ja, więzień, jak mogłem inaczej niż entuzjazmem powitać spór o to, czy nowy gmach Komendy Wojewódzkiej obrócić na szpital czy na dom starców. Sama wspaniała sprawiedliwość. Przecież byłem dorosły, przecież wiedziałem, że wszystko, co trąci zrealizowaną bajką, jest po prostu bujdą, musi okazać się bujdą. Ale akceptowałem. Wolność. Ja, wychodząc na urlop z totalnej więziennej niewoli, dostawałem się na wolność, ale tu była jeszcze inna wolność. Ta z dużej litery. Ta, która sprawia, że wreszcie my, Polacy, powiemy sobie całą prawdę. A jednak akceptując wiedziałem, że nie wierzę do -końca. Byłem jak sceptyk w obliczu mistycznego objawienia przyjętego przez naród. To nie była rzeczywistość. To była wizja! Ja, człowiek zza muru, wiedziałem, że świat nie da się przerobić przez zwyczajne odwrócenie go podszewką na wierzch. Co było wywyższone, będzie poniżone, i tak dalej. Sam się po jakimś czasie wystraszyłem, widząc jak ten ruch zaczął nabierać cech świętości. Przywódcy to już byli ludzie święci, choćby i nieraz pasowali do mnie pod celę. Jeden Witek to był człowiek, który choć się z nimi związał, zachował dystans. Ponoć chciał im wytłumaczyć co i jak, że świat, że Europa, ale został za zgniłka i oportunistę. Dla nich nawet strajk nie był narzędziem osiągania celów, tylko aktem moralnego oczyszczenia. Wyglądało na to, że nie obejdzie się bez butelek zapalających. Cieszyłem się i byłem pełen strachu. Wszyscy mówili i pisali jedno tylko słowo "Odnowa". Koniecznie z dużej litery. Nikt nie pisał słowa "rzeczywistość" nawet petitem. Jakby przestała istnieć. Istniał tylko moralny imperatyw, godność narodowa, święty obowiązek Odnowy wszystkich i wszystkiego. I w dodatku nawiedzeni byli "wszyscy".

Zenek Siekierka później ocenił ów stan euforii po swojemu. Brzmiało to mniej więcej tak: "Znaczy się babka klozetowa się cieszy, że jak jest "Solidarność", to już nikt nie nasra na deskę. Chorzy, że jak się gliniarzom odbierze koszary na szpital, to ich przestanie boleć wątroba. Ale jest i trochę racji. Że robotnik może zobaczy, że się obejdzie bez głupoty w robocie. A tak w ogóle kto ma krzywdę, to wierzy, że już z tym koniec. Każdego do raju... Może być druga Japonia, jak kto niewierzący... Tak to jest. Ale ja popieram" - skończył swój krytyczny wywód. Jak niemal każdy, kto jeszcze ośmielał się trochę myśleć...

A w ogóle dla tych co myśleli i teraz czas nie był łatwy. Mnie było lżej. Ja miałem myśleć o sobie.

 

Przez cały ten czas w szpitalu męczyła mnie świadomość, że nie wypełniłem przyrzeczenia wobec Zenka Siekierki. Obiecałem mu zaraz po wyjściu odwiedzić jego babkę, żyjącą na kieleckiej wsi. Jedyną, jak twierdził, "rodzinę". Chodziło o to, by wydębić od sołtysa oświadczenie, że staruszka nie jest w stanie bez pomocy obrobić swej ziemi. Miał to być nieodzowny załącznik do starań Zenka o przedterminowe warunkowe zwolnienie. Jego adwokat twierdził, że na żadne urzędowe pisma sołtys nie odpowiada, a babka odezwała się tylko raz donosząc w dyktowanym komuś liście, "że z sołtysem nic nie pójdzie, bo jak konia zabrał, to i przez tydzień bez prawa trzymał, poręczenia żadnego teraz nie da, bo się Zenka boi"...

Zenek to był ktoś w naszej celi. Miał legendę i autentyczny autorytet mimo młodego wieku. Więc się nie łamał. Ani wobec psów, ani w celi. Co powiedział - święte. Miał tylko jeden tatuaż i to bardzo nietypowy: na lewej piersi toporek wbity w serce niczym w pień do rąbania drewna. A sprawa, o której mówił ten rysunek też nietypowa, świadcząca o wielkim Zenkowym sercu. Był to czas, gdy Zenek jako trzynastolatek żył przy bracie w miasteczku opodal babcinej wsi. Rodziców już nie było. Brat dorosły "miał swoje sprawy" i kiedy przyszedł po niego milicjant, porwał się na władzę z siekierką. Zenek wiedząc, że pełnoletni dostanie za to wyrok śmierci, wyręczył brata - sam zarąbał władzę i trafił do poprawczaka. Potem już samo poszło. Siedział "na czwartym wyroku". I oto ja, druh spod celi, po tygodniu wolności jeszcze nie spełniłem posłania.

Wychodząc teraz z lecznicy wierzyłem, że zaraz będę "u babci". Ale już w autobusie oglądając to i owo... (lato, kobiety ubrane czy rozebrane, że jest na co popatrzeć) pojąłem, że najpierw będzie pani z autobusu. "Przekonałem ją" jakoś do siebie, odwiedziła mnie nawet w klinice... Wrzoskiewicz był dżentelmenem, zostawił nas samych w pokoju, ale ona okropnie się bała i w ogóle kiepsko nam poszło. Ale teraz wyszedłem. Na zewnątrz święto. Mogłem sobie wyobrażać, że jestem dyktatorem i obchodzę imieniny. Autobusy z flagami, na bramach fabryk flagi. Jakieś pogotowie strajkowe... Usiłowałem pojąć o co chodzi podsłuchując rozmowę sąsiadów, ale i oni różnili się w ocenie wydarzeń. W każdym razie święto - dla mnie. Błogosławiony czas, gdy więcej patrzyłem, niż myślałem. Dotelepałem się do Śródmieścia, gdy nagle autobus stanął. Przerwa w kursie. Strajk popierający. Dwugodzinna miała być ta przerwa. I pomyśleć wszyscy wysiadają, nikt nie psioczy. Może tam jeden i drugi milczy ze strachu, ale tak w ogóle to dlatego, że widocznie tak trzeba. Ulica dostaje w dupę ale popiera... Tak to jest.

 

Dokąd miałem się wlec na piechotę? Telefonować do mojej pani z autobusu nie mogłem. "Tylko do pracy mąż strasznie podejrzliwy" (nie można mu się dziwić). Więc zaniosło mnie do Witka Sanojcy. Stojąc przed jego drzwiami zrozumiałem, jak mało człowiek ma na świecie. Bo jeśli go nie będzie, to na dobrą sprawę pewna jest tylko moja biedna robaczywiejąca w samotności siostra i ten jej przyszły trupek... (Kuba miał jeszcze kusy kwartalik życia przed sobą). Próby odnawiania starych kontaktów nieco mnie speszyły, gdy wchodząc do kawiarni, gdzie tradycyjnie siadywali znajomi, przekonałem się, że kawiarnia jest i owszem, znajomi także, tylko z tą znajomością jakoś niewyraźnie. "No proszę, kryminalnych to zwalniają" - usłyszałem od jakiegoś stolika. Gdy powtórzyłem Witkowi, kto to powiedział, roześmiał się: cóż chcesz, działacz Towarzystwa Pomocy Więzionym za Przekonania. Kurwa mać, prezydium Związku liczniejsze niż ci uwięzieni... (Witek powiedział, jakby tych dwóch Kowalczyków puścili, to by sam prezes, nasz Dyrektor Wszystek był liczniejszy). A o ludzi pozamykanych z nieprzytomnymi wyrokami, co ich los skazał, żaden kutas się nie upomni..,

Widzę, że staję się kryminalistą "zawodowym", skoro tyle mam solidarności wobec tamtych "swoich". Bo swoi wydają mi się wszyscy, co za murem. Ale wracam pod drzwi mojego Witka. Na szczęście otworzyły się. Ucieszył się. Naprawdę. Co z tego, że od początku zauważyłem, że był lekko "zaprawiony". Po oczach. Jego zawsze zdradzały oczy. Bo głowę miał mocarną, nikt go na czterech łapach nie widział.

- Spadłem ci z nieba... - oznajmiłem siadając przy stole, na którym stała butelka i samotny kieliszek.

Gadał coś, pytał o to moje serce, ale kieliszek postawił. Dopiero jak go spytałem, czy jest pewny, że dobrze mi zrobi, okropnie się zawstydził. Kochałem tego Witka. (Ojca mordercy mojego siostrzeńca - tak wyszło, nim strzelił, kwartalik od tego wieczora). Ale Andrzeja tego dnia nie było. Ani Eli. Spytałem.

- Ela Audi... - nieobecna. - Może u Króla Szczypiorku, może gdzie indziej...

Nalał mi pewną ręką. Powiedział, że choć tego może nie było widać, ale Elą to przestał się przejmować już przed moim wyrokiem.

Zobaczyłem rozłożony na stole maszynopis sztuki. Zajrzałem mechanicznie na kartę tytułową.

- "Góra Żałoby"... - Odczytałem hiszpańskie nazwisko autora.

- Właśnie. Dyrektor się zainteresował. Peruwiańcźyk o Boliwii czy Boliwijczyk o Peru. Rząd morduje robotników, ściślej górników. Czyli coś dla niego. Aluzja...

Dziwny był status mojego Witka w naszym teatrze... Na pewno przewyższał nas wszystkich inteligencją. W potrzebie umiał sięgnąć i po pióro. Sławna była jego polemika z Henrykiem Zajączkowskim, wówczas skromnym recenzentem teatralnym trapionym przez ciężkiego joba antyromantycznego. Otóż akt wiary Zajączkowskiego był prosty: romantyzm był szkołą politycznej nieodpowiedzialności Polaków i "tułanie się tego repertuaru" po naszych scenach jest przekleństwem narodu. Bo jego historii prawdziwej, która natchnęłaby Polaków do kultu pracy, odpowiedzialności, pozytywnego działania, nikt nie zna i nie pamięta, a działa na wyobraźnię tylko utrwalony w wiekowych dziełach sztuki "bełkot romantycznej nieodpowiedzialności". Kiedy więc zaatakował naszą inscenizację "Kordiana", nie kto inny, jak Witek Sanojca, sprawił mu bolesne cięgi na łamach któregoś tygodnika. Był ci więc od nas mądrzejszy. A że abnegat dla nikogo niegroźny, nikt z jego mądrością nie walczył. On nie był dla nikogo "konkurencyjny". "W walce na miny przegram ze studentem drugiego roku" wypowiedział się kiedyś o swoim aktorstwie. A dla Dyrektora! Błogosławiony cichy doradca. Bo sam Witek jako dyrektor... No, to już mogłaby być tylko rola komediowa. Więc i dawniej często działo się tak, że właściwie Witek, niezależnie od opinii naszego leciwego kierownika literackiego, przesądzał repertuarowe decyzje. On zresztą sam wprowadził na naszą scenę niejednego debiutującego autora.

- Więc mówisz "Góra Żałoby"? I co, pójdzie to u nas?

- Dyrektor walczy z myślami. Bo z jednej strony dobrze, bo brutalne państwo pastwi się nad górnikami, ale z drugiej co za aluzja, kiedy u nas jakoś państwo nie ma siły nie tylko, by się pastwić. ale w ogóle po prostu być...

Wypiliśmy. Wieczór u Witka pozwolił mi trochę więcej zrozumieć z tej Polski, na którą wylazłem zza muru. Zdziczały. A i ona jakby niespełna rozumu.

Ten wieczór wrześniowy wypadł po dniu, w którym nasi zbuntowani ogłosili apel do narodów krajów socjalistycznych, czy jak tam to nazwali. Mój Witek był sfrustrowany. Usprawiedliwiał się w ten sposób z flachy i samotnego picia. Znaliśmy się jak łyse konie. Ale go skręciło. Zajączkowski miał rację. Jesteśmy narodem romantycznych idiotów. Zresztą w Polsce jak chcesz powiedzieć, że coś jest bezdennie głupie, mówisz, że "romantyczne" i wszyscy to głupstwo szanują. Ale teraz nikt nie szanuje nawet własnej mądrości. Jakbym napisał list otwarty do Zajączkowskiego, że przyznaję mu rację, byłaby to podła dywersja. Bo dziś on jest na czele "romantyków odnowy". Coś ci pokażę...

Zaczął przewracać kartki maszynopisu "Góry Żałoby". Nie mógł znaleźć jakiegoś fragmentu, nalał sobie lewą ręką (bezbłędnie) pełny kieliszek, o mnie zapomniał, wypił...

- O, jest. Popatrz. W trakcie dyskusji politycznej przed decyzją strajkową jeden działacz ostrzega kolegów cytując prezydenta Meksyku Diaza: "Biedny Meksyk, tak daleko od Boga, a tak blisko Stanów Zjednoczonych". Wierz jakby to strawestował dziś Zajączkowski, gdyby jeszcze pisywał recenzje (gdzie te czasy): "Biedna Polska, tak blisko Boga, a tak daleko od Stanów Zjednoczonych". Bo on ci jest teraz i romantyczny, i katolicki, i bardzo reaganowski. Tak zmieniają się czasy i pozytywiści... l kogo mają te bidne robotnicze wodze "Solidarności" słuchać...

Monolog trwał długo. Dowiedziałem się z niego, że Witek należał u nas do pierwszych sygnatariuszy apelu wspierającego strajkujących stoczniowców, ale teraz po roku - w obliczu rosnącego szaleństwa nie popiera nikogo i niczego. "Nawet samego siebie nie chce mi się popierać. Mam w dupie..." - zakończył jedną z tyrad. Byłem nieco przerażony nie tyle jego stanem, ile zakresem sprowokowanej przez alkohol szczerości. Bo było i o synku Andrzeju, i o Eli Audi. Ela Audi - to wymysł Andrzeja. Pierwszy tak nazwał matkę. Rozwieść się? Żeby ten gówniarz wiedział, że nie rozwiodłem się tylko przez niego. Wie, bo mu mówiłem. Zaczęła tak sobie żyć na boku, jak nasz gówniarz miał pięć lat. I co? Zabrać matkę takiemu. W naszym "środowisku" żon się nie bija. A była okazja. A teraz gówniarz ma mamę Audi, a ojca rogacza. Kiedyś mi to sam powiedział. Dostał w ucho... No w porządku, nie dostał, czego się śmiejesz, znasz mnie za dobrze. Ale ona raz o mało na serio nie oberwała. Mieliśmy wyjazd ze spektaklem na festiwal do Kalisza i wróciłem o dzień wcześniej. Coś tam zapomnieli z rekwizytów, więc kto pojedzie - Sanojca. No i wchodzę do domu. Na palcach, żeby nie budzić. Otwieram drzwi... - gówniarz był na obozie żeglarskim - więc otwieram i co widzę. Nie śmiej się. Najpierw sutannę. Na krześle przewieszona równo przez poręcz sutanna... Wiesz, byłem jak ogłupiały. On się ocknął pierwszy, podniósł się na łokciu, ona śpi... Pewnie byli po alkoholu... Przystojny brunet. Mocny, pierś owłosiona...

- No i co? - nie wytrzymałem czekając na puentę.

Dolał sobie i tym razem o mnie nie zapomniał.

- I co? I nic. Powiedziałem, wyobraź sobie: "niech będzie pochwalony..."

- Odpowiedział ci? Jak to się odpowiada...?

- Nie pamiętam. Zresztą nie myśl, że to było takie ważne. Po prostu śmieszne. Już wcześniej żyliśmy każde sobie. Poza tym to były inne czasy, nie miało to ze strony Eli cech koniunkturalnych. Jeszcze nie byliśmy tacy katoliccy... Jeszcze Wojtyła nie był papieżem. Jak ja żyję? - zadał nagle pytanie patrząc mi w oczy. - No jak?- ponaglił, czekając chyba odpowiedzi na retoryczne pytanie.

Ale ja nie mogłem "uradzić" komiczności opisanej sytuacji. Po prostu zacząłem się śmiać.

Nie mogłem się powstrzymać.

- Niech będzie pochwalony...

- A wiesz, że nasz Dyrektor chciał wystawić sztukę papieża... - Witek nagle zmienił temat. Widocznie coś go jednak zabolało. - Na szczęście Wszystek się spóźnił, ubiegła nas inna scena...

- No cóż, łatwiej być papieżem niż Szekspirem.

- Stąd Szekspir jest jeden, nie numerowany.

- No i co wtedy wystawiliście?

- Wyobraź sobie - Iredyńskiego... - roześmiał się. No cóż, wróćmy do wątku...

- Niech będzie pochwalony - westchnąłem.

- No właśnie. Deklaracja superrogacza. Niech będzie pochwalony. Więc od tej pory żyjemy sobie pod jednym dachem i tyle. A po co? Nazywało się to, że dla gówniarza, ale gówniarz dorósł - pogardza i nienawidzi. "Rzuć wapno na druty" - zachichotał po tych niezrozumiałych słowach.

- Co takiego?

- Oni tak się między sobą wyrażają, gdy chcą, żeby dać do telefonu kogoś z rodziców. Tobie to dobrze.

- Niby dlaczego?

- Bo nie masz.

- Czego nie mam, do cholery?

- Gówniarza. Żadnego gówniarza... "Rzuć wapno na druty"... Jak to usłyszałem po raz pierwszy, chodziło o Basie, o twoją siostrę. Chcieli, żebym zagwarantował mamie Kuby, że będą u mnie.

- No widzisz: mam czy nie mam, dla nich też jestem wapno. Przecież jestem tylko o dwa lata młodszy od Basi.

Witek zachichotał.

- O dwa lata starszy, mój kochany, to chciałeś powiedzieć. Pamiętam twój rocznik. Kokiet z ciebie, Juleczku...

Zrobiło mi się głupio. Nie wiem, skąd mi się to wzięło. Może poczucie daremnie straconego czasu, chęć, żeby świat wiedział, że jeszcze będzie miał ze mną do czynienia. Tak czy owak głupio.

Dość, że urżnąłem się u Witka dogłębnie.

 

Obudziłem się z okropnym bólem głowy. Byłem u siebie. To znaczy u Basi. Dowiedziała się w szpitalu, że zwolniono mnie o dzień wcześniej. Nie potrzebowała wiele, by się domyślić, gdzie się podziewam. Nie byłem pewny, jak mnie teraz powita po obudzeniu. Choć mocno zmaltretowany, wiedziałem jednak, że mam zrobić coś i to zaraz. Coś pilnego, co odkładałem na moment wyjścia ze szpitala. Zacząłem nakręcać "urzędowy" numer mojej pani z autobusu... I wówczas przypomniałem sobie o istotnym obowiązku. Przyrzekłem sobie zaraz po wyjściu ze szpitala odbębnić odłożoną wizytę u babci Zenka Siekierki... Ale nakręcałem dalej... Aż dowiedziałem się od koleżanki, że "Danusia jest na delegacji". No więc tym bardziej powinienem się uwinąć z tą piekielną babcią. Ale tu dała o sobie znać Basia. .Bardzo mało było o tym, co narozrabiałem. Spytała tylko: przyrzekniesz, że to po raz ostatni?

- No powiedzmy, przedostatni, ale za to serio. Przyrzeknę.

Okazało się wówczas, czym mi to grozi, l że ten zapowiadany ostatni może być ostatni dosłownie. "Komuś trzeba wierzyć" - to oczywiście i o lekarzach. Wówczas to wyjaśniła mi, że nie ma mowy, abym mógł jechać "w takim stanie" do babci Zenka (w Kieleckie). Bo siostrzyczka zgodziła się wyposażyć mnie w swego fiata, który przypadł jej w "podziale majątkowym" po Laniewiczu. Więc z konieczności zostałem na cały dzień w Warszawie. Jak to bywało u mnie nawet za dobrych czasów, po przepiciu targała mną nerwowa trzęsiówka. Co miałem ze sobą zrobić? Przypomniałem sobie, że Witek powtarzał mi parę razy, że Teresa nie może zrozumieć, czemu się u niej nie pojawiłem. I była w domu. Widocznie nie obsadził jej w próbowanej sztuce. Jego niebyłe.

- Reżyseruje?

- Nie, przecież jest w Paryżu...

- Będziesz sama?

- To zbyt zobowiązujące pytanie wobec damy - roześmiała się po dawnemu do słuchawki i jakby coś zdmuchnęło spomiędzy nas te piętnaście lat.. nie, siedemnaście, a cholera w końcu wie, ile lat...

Więc była. Wszystko, co się wydarzyło, było tak, jakby się właśnie wydarzyć musiało. Nieprawda. Nie musiało. Przecież już mi upuściła pierwszej furii moja pani z autobusu. A w ogóle to było nie to. Znaczy to, i nawet bardzo, ale jakoś "od innej strony". Zerżnęliśmy się najpierw "duchowo", tak bym to opowiedzieć musiał w celi. Bo pocałowała mnie na przywitanie jak siostra, ale zaraz potem zaczęły się łzy. Jakby miała tamte dziewiętnaście lat, a te drugie gdzieś się podziały. Że nigdy już jej nie było tak z nikim, jak ze mną. Że życie i tak dalej...

W końcu wiedziałem o tej Wrzoskiewiczowej, ale tu nie chodziło tylko o poczucie krzywdy czy urażoną ambicję. "Pamiętasz naszą ucieczkę na mecz i jak nas sypnęła kronika?" Pamiętasz? Było tego "pamiętasz" tyle, że znaleźliśmy się na tapczanie. Trudno, kto wyszedł zza muru, rozumie, że tak być musiało, a u innych niech popracuje wyobraźnia. Trochę psuł mi nastrój jej pies. Gdy żegnałem ten świat basety dopiero wchodziły w modę - nie wiem, czy spotkałem kiedykolwiek bliżej takiego potwora. Ale rzecz nie w tym jak wyglądał, tylko jak się zachowywał. Najpierw drań szczekał, jakby uważał, że maltretuję jego panią. Potem pojął, że jego pani bardzo sobie to, co się dzieje, chwali, a jej ciche jęki nie oznaczają bólu. Jął się gramolić na łóżko. Nie protestowała gdy zegnałem go kopniakiem bosej stopy na oślep... Leżała potem na wznak, bez spódnicy, ale w bluzce, tyle tylko zdążyłem z niej sprzątnąć, i głaskała mnie po włosach. Dosłownie to było tak, jakby mnie za mur zabrali prosto od niej, a ona nic, tylko czekała. A trwało to bardzo długo po tej wczorajszej wódce. Więc była szczęśliwa. Aż w końcu... spoufaliłem się. Po tylu latach opowiedziałem jej, jak użalał mi się kierownik produkcji filmu, do którego została zaangażowana: "pan rozumie, co ja mówię, a mówię tak: kobieta z zimnym dupiem nigdy nie wejdzie na ekran". To o tobie, Teresa. Taka była jego polszczyzna.

Chichotaliśmy oboje.

- Ale on nie miał racji.

- No, ten mój debiut, to trzeba mu przyznać, nie wypadł najlepiej.

- Nie o tym mówię - położyłem jej rękę na odsłoniętym brzuchu. Odczułem, jak się sprężyła i zaraz błogie rozluźnienie mięśni.

- Zresztą "weszłaś na ekran". A pamiętasz, jak było kiedyś tam, kiedy się na ciebie obraziłem, bo zapytałaś z ulgą w łóżku, kiedy ja uważałem, że wprowadziłem cię na szczyty rozkoszy, "no to co teraz będziemy robili..."

Roześmiała się.

- A wiesz co teraz?

- Wiem. To samo.

Pies zaczął skomleć od nowa.

 

Potem już grzecznie ubrani siedzieliśmy długo, rozmawiając o wszystkim. To znaczy o wszystkim poza tym co ją naprawdę obchodziło. Bo ani o nim, ani o Wrzoskiewiczowej.

 

Czekała mnie wyprawa do babci Zenka Siekierki. Samochód był. Już nawet parę razy jeździłem po mieście, zdając praktycznie ponowny egzamin ze swych zapomnianych szoterskich umiejętności. Gorzej z benzyną. Kolejki na stacjach ogromniały w całe kilometry i Basia twierdziła, że z "moim sercem" nie mam prawa narażać się na stresy daremnego oczekiwania. Gdyby nie fakt, że trzymała mnie teraz w mieście Teresa i bardzo mi się nie chciało odbijać z Warszawy, na pewno bym się w końcu "zatankował", ale w tym układzie rozgrzeszałem się po prostu odkładając wyjazd. Aż do dnia, kiedy o moich kłopotach usłyszał przy kolacji Kuba, Uśmiechnął się jakoś bez słowa, a wieczorem, gdy już kładłem się spać, usłyszałem delikatne pukanie.

Siostrzeniec wyjaśnił mi bez ogródek, że będzie mógł znaleźć radę na moje kłopoty. Polecił mi (tak - polecił, bo ton w tym miejscu zmienił się diametralnie, był to niemal wojskowy rozkaz) bym się "stawił" z samochodem... Podał mi adres na Dolnym Mokotowie. (Godzina też była dokładna - siedemnasta dwadzieścia).

Pojechałem. Ulica musiała być zapewne obserwowana przez okno, bo po chwili zbliżył się do mnie równolatek Kuby i zapytał ściszonym głosem o moje nazwisko. Usłyszawszy, skinął poważnie głową. Następnie dwa razy pod rząd zdjął czapkę... Gdy po chwili wyłonił się z bramy drugi chłopak taszcząc kanister, zupełnie się nie zdziwiłem. Przecież grałem w filmie z lat okupacji, gdy łączniczka rozwiązując chusteczkę narzuconą na głowę podawała sygnał, że zbliża się hitlerowski dygnitarz, na którego wykonano zamach ze mną w roli niemal głównej. Zatankowali mi Wóz w milczeniu, następnie poważnie uścisnęli mi rękę i zniknęli w bramie z pustym kanistrem.

Przy kolacji Kuba spojrzał na mnie pytająco. Potwierdziłem skinieniem głowy. Ale nie wytrzymał pełnej konspiracji i w chwili gdy Basia poszła do kuchni, by podać herbatę, oznajmił zduszonym głosem: "było to z mojej strony nadużycie - powiedziałem, że jedziesz w naszych sprawach. Zresztą ten Siekierka, kto wie, może być pożyteczny" - zakończył enigmatycznie słysząc zbliżającą się Basie. Zdążył jeszcze wyjaśnić: robimy butelki zapalające i aktualnie czegoś tam zabrakło z chemii...

Pomyślałem sobie, że po powrocie od babci muszę się jakoś wziąć za gówniarza. Wszystko to nieco mnie przestraszyło. Nie jestem durniem. Mój Boże, na dobrą sprawę to moje pokolenie przeżywało coś podobnego. Zazdrość wobec starszych braci. Ich pistolety, cholewy, wspomnienia bojowe, powstanie, partyzantki, cały ten wspaniały świat, do którego nam nie starczyło lat. I myślę nawet, że z tego zazdrosnego zamroczenia zrodził się potem ten gorliwy zetempowski akces. Bo dowiedzieliśmy się, że oni byli głupi. Że głupią głowę kładli pod fałszywą ewangelię. Co za ulga. Tylu moich kolegów temu uległo. I ją nie byłem daleko.

A teraz tym naszym (co z tego, że ja akurat nie mam) dzieciom wszystko to wraca. Starzy i młodzi oszaleli dla tej Solidarności. Uwierzyli w nowy mit. Mają nową ewangelię. A najmłodsi chcą teraz wcielić w życie nie spełnione zazdrosne sny o bohaterskiej przeszłości ojców - konspiracje, zamachy, ofiary. Jak im to wybić ze łba. "Im". W końcu mnie chodzi o Kubę. O syna mojej siostry.

Tak, muszę się wziąć za niego. Ale jak niewdzięczną pozycję będę miał w takich rozmowach! "Więzień pospolity" pertraktuje z kandydatem do pocztu narodowych męczenników. Bo coś mi się zdaje, że jak kto w tym kraju nie skończył jeszcze lat osiemnastu, to jest właśnie takim kandydatem. Zobaczymy!

 

Pojechałem wreszcie do tej piekielnej babci Zenka Siekierki. "Piekielnej" dosłownie, bo wieś nazywała się Piekło. Po raz pierwszy tuż przed lasem przejechawszy "mostek bez jednej poręczy", jak widniało w opisie Zenka, zagadnąłem chłopa o drogę do "babci Józi". Niepotrzebne było nawet nazwisko. Dowiedziałem się, że Józia mieszka "nie w Piekle, a na Przedpieklu", bo z tej strony strugi, że "droga niby prosta, ale i tak pan pobłądzi" i wreszcie konkretną radę, by zajechać do leśniczówki, która będzie "po drodze" i tam już leśniczy albo kto inny "pokaże, a może i podprowadzi". Wjechałem w las. Zanim mnie zabrali, nie byłem fanatykiem przyrody - ot, normalny mieszczuch. W mieście się żyło, pracowało, a nawet "wypoczywało" w knajpach i nocnych lokalach. Ale za murem zacząłem tęsknić jak potępieniec do zielonego. Bywało, że na spacerniaku dostawałem za to, że zatrzymywałem się wiosną przy mizernym krzaczku, gdy wypuszczał liście. Znałem każdą gałązkę tego drania, który świętował zielonością w maju, a potem się kończył w spiekocie nieruchomego powietrza więziennego podwórza. Las był wspaniały. Starodrzew. Nad strugą szeregi olchowe, przy drodze brzozy. U leśniczego dostałem informację niepokojącą: w drugi dukt na lewo, brać zakręt na gazie, bo piach, jak pan ugrzęźnie, to po konie aż do Piekła, a dalej droga poprowadzi, trzymać się tylko prawej strony, w końcu i tak się przez wodę nie przejedzie. Ale stamtąd już dojść można...

Dość to zniechęcająca prognoza, ale wyjścia nie było. Rzeczywiście po piętnastu minutach stanąłem w obliczu rozlewiska na leśnej drodze. Ustawiłem samochód między drzewami - zamknąłem i ruszyłem na piechotę. Zaraz też szeroka, poprzerastana jałowcami łąka odkryła przede mną małą chałupkę i całe zabudowania Zenkowej babci. Ruszyłem tam na przełaj. Ogromne krzaki bzu na jakiś czas zakryły mi całe obejście, ale za chwilę miałem je przed sobą jak na dłoni. Wejście do chaty było usytuowane nietypowo - od strony łąk, całe obejście gospodarskie na zapleczu. Przed domkiem, małym jak makieta starego ludowego budownictwa, studnia z żurawiem, jakie widywałem raczej już tylko na rysunkach. W progu pojawiła się przygarbiona kobieta. Nie spostrzegła mnie, powędrowała w stronę studni. Wyciągnęła z głębiny wiadro. Sięgała po nie ręką, gdy powitałem ją miejskim "dzień dobry". Odwróciła się powoli i spojrzała jakby niechętnie. Widocznie niczego dobrego od człowieka na tym odludziu nie oczekiwała.

- Mam list od Zenka... - powiedziałem.

Wyjąłem wyniesiony z więzienia złożony w szesnastkę papierek. Byłem uprzedzony, że mam list odczytać. "Powie ci, że stłukły się jej okulary".

I rzeczywiście. Najpierw babcia uroczyście podała mi dużą sękatą rękę, a potem padły te słowa o okularach. Nim zacząłem czytać, oznajmiłem, że jestem kolegą z więzienia. Nie wzbudziła ta rekomendacja entuzjazmu. Tyle że babcia zmierzyła mnie uważnym spojrzeniem i oznajmiła, że "wcale nie wyglądam".

- Tylko konia napoję - oznajmiła pochylając się nad wiadrem. Plecy babcine wygięły się w kabłąk, ja po miejsku wyjąłem jej wiadro z rąk.

- To koń wrócił od sołtysa Gęby... - zagadnąłem, aż babcia przystanęła.

- Zenuś mówił? - zmiękła jakoś wymówiwszy to imię. - Józia jestem - "przedstawiła mi się", dopiero teraz całkiem zjednana.

- Tutaj, tu, do koryta - wskazała gdzie mam wylać wodę i zaraz, zapomniawszy o koniu zaprosiła do siadania. Na ławeczkę przed domem. Na zaproszenie do mieszkania jeszcze nie zasłużyłem. Przeczytałem list, który sam dyktowałem Zenkowi. Sprawa potwierdzenia przez sołtysa podania babci o warunkowe zwolnienie Zenka jako jedynego żywiciela z uwagi na podupadanie gospodarstwa wywołała jednak sceptycyzm Józi.

- Myśli pani, że będzie się bał? - spytałem dość enigmatycznie, by podkreślić swą orientację w sprawach gospodarstwa babci Józi i Zenka.

Sprawa z koniem zaczęła się na początku żniw. Zenek pomstował w celi i obiecywał sołtysowi Gębie wszystko co najgorsze. Bo sołtys - kowal, gdy mu babcia podprowadziła konia do okucia, na parę dni najgorszej roboty zatrzymał u siebie starego wałacha, bo akurat jego kobyła padła na kolkę. Babcia Józia przyznała teraz sama, że odbierając wreszcie swoje zagroziła sołtysowi srogą zemstą, gdy tylko wnuk wyjdzie. "Jakże on teraz będzie pieczątkę bił, żeby go wypuścili..."

Ale dała się przekonać, że sołtysa biorę na siebie, byle tylko napisała podanie. Poszliśmy do izby na to pisanie. Byłem przygotowany. Kancelaryjny papier, długopis. Musiałem jednak pisać to na miejscu, żeby pozbierać te hektary, klasy ziemi, areały, uprawy... Tworzyłem poemat penitencjarno-agrarny. Przeszkody techniczne były spore o tyle, że stół był fatalny. Chwiał się na krótszej nodze. Jego główna decha, w środku dokładnie na pół przełupana, zbita była na krawędzi poprzeczną listwą. Gdy po raz dziesiąty szukałem równego skrawka, babcia westchnęła.

- To też robota Zenusia.

- Ten stół? Stolarz z niego kiepski.

- Jaki stolarz. On sam ten stół siekierą połupał. Od tej pory nazywali go na Piekle Zenek Siekierka... Tak mnie namawiał, żebym do miasta szła, ten pokój, co po jego ojcu został, zajęła... Ja mówię: dziecko, bez ziemi nie wyżyjemy, czternaście lat miał, jak jego ojciec umarł... A Zenek: "niech się babcia nie martwi, moja głowa". Ja: jakże to gospodarstwo, rzeczy wszystkie zostawić. A on, jakie rzeczy. I za siekierę... Ten stół. Łóżko, sam pan popatrzy...

I poprosiła mnie do drugiej izby. Rzeczywiście decha szczytowa ze śladami Zenkowych ciosów. Popatrzyłem na portret chłopa nad łóżkiem. Takie to widuje się tylko w historycznych księgach. Chłop piękny, z wąsem, w sztywnym kołnierzyku, ciemnym garniturze...

- Mąż nieboszczyk - Józia przeżegnała się i poprawiła obraz wiszący równo na ścianie.

A ja myślałem sobie, jak to każdy człowiek się kreuje. Po co wydziwiać, że mąż Teresy jest prezesem od Więzionych za Przekonania, gdy Zenek w więziennej legendzie siedział jako czternastolatek za zabicie milicjanta. A oto uboga prawda: dyskusja o przeprowadzce z Przedpiekla do miasteczka. A potem tatuaż serca jak pień i wbity w nie topór.

Babcia zdzieliła ścierą jakąś senną muchę. Wróciliśmy do układania listu do władz...

Nie było, zdaniem babci Józi, "żadnej potrzeby", aby teraz przedzierać się przez rzeczkę do Piekła, do sołtysa Gęby. "I tak już pijany". Za to babcia zażyczyła sobie, abym sprowadził na podwórze samochód. "Majątku się w lesie nie zostawia" - pouczyła mnie wciągając gumiaki. Klapiąc za dużymi buciorami maszerowała obok mnie. Potem brodząc przed wozem pokazywała gdzie płytsze rozlewisko, jaki to kawałek trzeba "przegalopować", by chwilkę wytchnąć na piaskowej twardej łące i znów "skoczyć aż na twarde". No i znalazłem się z samochodem na podwórzu babci Zenka Siekierki, bo przecież jak by z tą siekierą nie było, Zenek "Siekierką" pozostanie do końca. Do spania ułożyła mnie w owym skleconym po szaleństwie wnuka łożu pod mężowską fotografią. Opchany jajecznicą na boczku, opity mlekiem, próbowałem zasnąć. Zdrożony byłem co nieco, a w dodatku światła w chałupie żadnego, tylko kopcąca naftówka. Na dobrą sprawę nie opisałem jeszcze, gdzie się znalazłem.

Izba mała. Święty obraz i fotografia nieboszczyka męża. Bele sufitu ciężkie tuż nad głową. Za dnia widziałem, że sękate. Ale cała ta przedziwna chata na Przedpieklu to było zjawisko. Las otwierający się na ogromne łąki i na ich skraju ta chałupka. I do tego księżyc. Jakby ktoś to wszystko wymyślił sto lat temu albo i dawniej. Ten księżyc. Widziałem zza firanek każdą obejmującą go chmurę. No, było tak jak nigdy, a jak powinno może być człowiekowi zawsze, skoro wymyślił słowo "piękno". Bo chciałem napisać "szczęście", ale to już lipa. Bo jakież to szczęście dla babci Józefki ta samotność podwojona, absolutna. Jakby to wszystko umieścić z jednym człowiekiem na księżycu- Więc zasnąłem. Coś mi się śniło. Pamiętam ostatni moment Znalazłem się w kościele, dzwonki na podniesienie, ale potem okazało się, że pędzę przez kopne śniegi saniami z konnym zaprzęgiem, dzwonią janczary. Obudziłem się w środku wrześniowej nocy słysząc jeszcze to dzwonienie...

Przez chwilę pewien byłem, że wracam w sen, ale podniosłem się z łóżka... Dzwonek był wyraźny. Ostrożnie uchyliłem drzwi od kuchni. W półmroku ujrzałem, że rozbebeszone łóżko babci jest puste.- Stanąłem w progu i gdy ogromny kamień stanowiący zaproże sparzył mi stopy, zobaczyłem i usłyszałem jednocześnie: babcia Józia kroczyła przez podorane pola na obrzeżu łąki w księżycowej poświacie, omotana chustą, dzwoniąc raz po raz trzymanym w wyciągniętej przed siebie ręce dzwonkiem na drewnianym trzonku, jakim w niektórych okolicach obdzwania się w czas burzy "przed piorunem i ogniem".

- Och, bestie! - użaliła mi się podchodząc bliżej. Czemu to pan nie śpi?

- Jakie bestie?...

Okazało się, że babcia płoszy jelenie włóczące się całymi chmarami, jako że rykowisko lada dzień się zacznie.

- Szkodniki okrutne - użalała mi się, opowiadając jak to w zeszłym roku całkiem Zadeptały jej .Jare"...

Odczułem chłód i tak głęboką potrzebę powrotu w sen, jak nigdy w życiu. Zresztą ta przerwa to też była jak sen nieprzyśniony.

A teraz dzień u Gęby w Piekle. Na nic fiat dobrej siostrzyczki. Do sołtysa do Piekła droga "na pieszo". "Przez kładkę i pod górę piachem", jak pouczyła babcia Józia. Bo można by jeszcze koniem przez bród i z fasonem na wozie. Ale konia to babcia Gębie powtórnie pokazać nie ma ochoty.

Bo z Gębą sprawa ma się pokrótce tak: niby chłop, bo gospodarstwa kawałek ma, a właściwie to niby kowal. Właśnie "niby". Bo Gęba potrzeby ma niewielkie i odkąd skalkulował, że wobec braku konkurencji brać może i dwieście złotych od konia, kuje tylko jednego na dzień. Jako że wódki więcej niż za dwieście nie wypije.. Działy się więc w kolejce do kucia sprawy dziwne i groźne, rodziły się nienawiści rodowe i konflikty między wiejskimi społecznościami, bo kuźnia jedna na całą okolicę. Aż któregoś dnia wieśniacy w chwili, gdy kowal odprawił ich idąc na swoją flaszkę, pojechali gromadą do gospody. Tam napili się wspólnie, a potem oddelegowana grupa wróciła jedną furmanką i kuźnię doszczętnie spaliła. Ale narzędzia ocalały. I Gęba umiejętnie nabrawszy kredytu, warsztat zrekonstruował w starej stodole. Kuł jak z łaski, a i rolę swoją też uprawiał jak z laski. Kobyłę Bóg sprawiedliwy mu zabrał na kolkę, to sobie radził, że za kucie zostawiał konia na dzień, dwa "na odrobek". A że babcia bezbronna, to tydzień jej wałach włóczył bronę po morgach kowala.

Teraz, jako kolega Zenka z kryminału, niosę Gębie posłanie babci Józefki. Myślałem, czy nie byłoby rozsądniej pożegnać już babcię i jechać okrężną drogą do Piekła samochodem. "Taksówka" podreperowałaby moją pozycję, ale mogłaby poderwać w oczach Gęby moją wiarygodność jako "kolegi spod celi". Więc w końcu poszedłem pieszo.

 

Do sołtysa trafiłem bez kłopotów. Ledwo las się skończył i wieś zajęła horyzont, już wiedziałem co trzeba. Wypalony komin straszył z oddali, a przy bliższym podejściu czerwona tablica godnie zapowiadała sołtysa. I tu niespodzianka. Gęba okazał się człowiekiem do rany przyłóż. Chłopisko wielkie, czerwona okrągła twarz, bez zmarszczek, nad nią siwa strzępiasta czupryna. Ledwo streściłem mu, z czym przychodzę, gdy usłyszałem zaproszenie: "nie ma co, strzelimy po gębie i załatwione".

Zdębiałem. Dopiero po chwili, gdy już zorientowałem się, że owo "strzelenie po gębie" oznacza wypicie po kieliszku, pojąłem, że "Gęba" to przydomek sołtysa, którego nazwiska ani sam nie wymienił, ani Zenek, ani babcia Józia.

Zaprzyjaźniłem się z Gębą. Byłem świadkiem, jak odprawił dwu kandydatów do kucia. Z jednym nawet szarpał się chwilę, gdy ten zdesperowany uwiązał konia i zapowiedział, że sam podkuje, bo potrafi. Doszedłem do słusznego wniosku, że człowiek o duchu tak niezależnym i męstwie nie do zakwestionowania nie odmówi dla Zenka poręki tylko dlatego, że miałby się obawiać jego zemsty. Na moje zapewnienie, że Józia nie ma nawet do niego pretensji, machnął tylko ręką, że pretensje do niego mają wszyscy, ale on się tym nie przejmuje. I strzelił następną "gębę".

Kiedy chwiejnie wstępowałem na wąziutką kładkę wiodącą do obejścia babci Józi, byłem głęboko przekonany, że nareszcie odnalazłem na wolności przyjaciela. A podanie rokujące, że odzyskam zza muru drugiego, niosłem triumfalnie w kieszeni. Dobrze mi było w Piekle. I na Przedpieklu u babci. Ale trzeba było wracać.

 

Kuba na sprawie rozwodowej zdecydował, że zostaje przy matce. Ale to co jest miłością do niej, jest nienawiścią do ojca. I do wszystkiego co jest jego. Nie na darmo mówiło się "właściciele Polski Ludowej". Polska była jego - tego ojca - i teraz mały jej nienawidzi. Wszystkiego. Urządził mi prasówkę. Przecież nie było mnie parę dni i muszę wiedzieć, że w Gdańsku Zjazd Solidarności uchwalił posłanie do ludów w Europie Wschodniej...

- Do ludzi pracy... - prostuje Basia.

- A właśnie, że sens jest taki, że do ludów... Do wszystkich.

- Przecież wtedy byłem jeszcze w Warszawie - ucinam temat.

- A w Hucie Katowice zrobili referendum i wylali dyrektora... Już kończą się rządy różnych...

Szare oczy płoną. Raz po raz przegarnia ręką płową grzywę.

Potem było o buncie więźniów z aresztu śledczego z Bydgoszczy. Pomyślałem sobie, co bym zrobił, gdyby tak za moich czasów. Zażartowałem, czy by mnie nie przechował, gdybym to ja nawiał, ale on był pryncypialny. Po prostu to była regularna "prasówka".

Ciężko mi szła rozmowa z Kubą. Niby sam byłem za tym wszystkim, co się działo, ale szczerze mówiąc, gdy tylko rzuciłem okiem na to, kto w tym robi z mego środowiska - tylko rzygać. Ale co mam mówić małemu.

To dziwne, dzisiaj będzie wyglądać na bzdurę, że się ustawiam, "miałem przeczucie" i tak dalej. Dziwne, ale ja naprawdę rozmawiałem z nim ostrożnie, jakby ze strachem, że mogę go urazić, jakbym wiedział, że to są jego ostatnie miesiące, że go zagarnie i schowa w cmentarnym piachu to wszystko, co każe mu drżącym głosem powtarzać jakieś zdania wyczytane w ulotkach czy pismach "nieoficjalnego obiegu", tak to głośno nazywano. Nie chciałem go urazić i byłem zły, kiedy coś mi się wymknęło na temat... Bo w jakiejś chwili oznajmił mi, że Polska czeka na męża opatrznościowego jak marszałek Piłsudski" czy coś podobnego. A że było to połączone z jakimiś kpinami "z Sejmu, co go Babiuch zrobił palcem" (chłopaczek wychowany w domu Laniewicza był nieomal "po imieniu" z rządzącym garniturem), to mu powiedziałem, że mógłby wiedzieć, że jego Piłsudski ("twój Piłsudski" - powiedziałem) miał do Sejmu stosunek... - tu mi się nawinęło określenie stosowne pod celą, więc zamilkłem i po chwili wróciłem do wątku powiadając, że cesarz Kaligula (Boże, co za sukces miałem w "Kaliguli" piętnaście lat temu) mianował swego konia senatorem, ale że Piłsudski nie zrobił posłanki ze swej kasztanki tylko dlatego, że Sejm uważał za coś gorszego od stajni...

Biedny mój siostrzeniec zrobił się czerwony i spytał, skąd wyniosłem tyle wiedzy historycznej.

- Z Piłsudskim nie siedziałem - wyznałem dowcipnie - ale czytałem to i owo, co i tobie radzę... Poza twoją "bibułą"...

- A co takiego mam czytać? - zapytał agresywnie.

No, rzeczywiście, co miał na dobrą sprawę czytać?

Powiedziałem wieczorem Basi, że mogłaby się trochę zająć nie tylko garnkami i szkołą syna, ale czasem porozmawiać z nim "w ogóle". I potem o tym Piłsudskim. Jako o przykładzie.

- A ja niby skąd mam wiedzieć to wszystko? - spytała mnie moja oczytana siostrzyczka, przodownica na studiach.

Kurwa mać - pomyślałem - jak tu bronić tej resztki nieszczęsnego państwa, która musi być obroniona, kiedy się całkiem nie daje? Wszystko zagrzebane w milczeniu albo nieprawdzie. Jestem człek nie za mądry, tyle że zawsze byłem ciekawy. Może pomogła mi przyjaźń z Witkiem Sanojcą. Rozmowy, lektury...

Boże - pomyślałem z kolei (tak, w takiej kolejności). Jak to dobrze, że jestem skazany Julian Petryk syn Anatola, a nie żaden działacz ani ktoś taki...

Wszedł Kuba i zmieniliśmy temat. Basia zrelacjonowała kłótnię w kolejce o to, czy garbus to inwalida. Opowiadała tak barwnie i z takim aktorskim zacięciem prezentowała poglądy stron udając zainteresowanego garbusa, który w czasie kłótni jako protegowany sklepowej został obsłużony poza kolejką, że zapomnieliśmy o pryncypiach, jak się tutaj za murem mówi. Ale nie na długo. Ledwo wspomniałem przy jakiejś okazji Witka Sanojcę, zupełnie nie pamiętając, że gówniarze znają się ze szkoły, mój Kubuś-nieboszczyk, zatapiając we mnie swoje szare oczy, zagaił:

- Czy wujek zna sprawę jak ojciec Andrzeja ośmieszył premiera... a przy okazji i naszego tatę...

Roześmiał się. Płowy kosmyk opadł na szerokie piękne czoło chłopaka. Odgarnął włosy.

Opowieść była dość niezwykła i chyba tylko skromność mego przyjaciela sprawiła, że nie zwierzył mi się z całej sprawy. Oto w zeszłym roku dostał ci mój Wituś list podpisany przez prezesa ZBoWiD-u - premiera - z gratulacjami z powodu wybrania go do jakowejś Rady Naczelnej. Wituś podobno zachował się "normalnie". Normalnie jak na siebie, ale całkiem nienormalnie jak na czas, miejsce i charakter "akcji". Oto wrzucił list do szuflady i siedział cicho. Za parę dni dostał list kolejny informujący o terminie zebrania szacownego ciała, którego jest członkiem, i postąpił podobnie: wyrzucił list i siedział cicho. A tu na drugi dzień dzwoni do teatru ważny generał. Szukają Witusia na gwałt. A generał prosi o punktualne przybycie, bo Witek Sanojcą został przez samego premiera wyznaczony na coś tam w czymś tam... I tu heca. Bo Wituś ponoć oznajmił pogodnie, że to pomyłka. On do żadnej .takiej organizacji nie należy, stąd prosty wniosek, że nie może być powołany do jej władz naczelnych. I zaczęło się.

- Nasz tata też się wygłupił. Tutaj u nas - palcem Kuba wyznaczył miejsce przy stole - gadał z tym waszym teatralnym dyrektorem. Że skandal. Że to źle ustawi cały teatr, że w końcu "ma pan jakiś wpływ na pracownika"...

- No i co? - spytałem teraz naprawdę zaciekawiony.

- A swoją drogą ten dyrektor od twojej Teresy to też kawałek bęcwała... - Basia nigdy nie lubiła mojej przyjaciółki i przeniosła te uczucia na jej męża.

- No i co?.... - dopytywałem się ciekaw rozwiązania.

- Dowiedz się u Witka. Ale coś im się wszystkim razem bardzo nie udało. Były tu różne telefony. O ile się zorientowałam, to Dyrektor chciał wylać go z pracy, ale wasze stowarzyszenie go obroniło.

- A Andrzej to ten list pokazał w szkole panu od historii. Jako "historyczny dokument". Była heca. Andrzej kiedyś przyniósł na lekcję za pozwoleniem ojca czako swego dziadka.

- Jakie znowu "czako"? - włączyła się Basia.

- To jest takie jak napoleońskie, beliniackie, z legionów, bo dziadek Andrzeja był legionistą... Mama to pewnie nie wie co to takiego - zauważył z politowaniem mały.

Basia się obraziła. Za parę miesięcy-. Za trzy dokładnie miała mdleć na cmentarzu, a ja czytałem tam kartkę papieru: wyrok z pieczątką organizacji "CZAKO" (Centralny Zarząd Akcji Komandosów Ojczyzny).

 

Ale na razie z Teresą zaczęły się dziać dziwne rzeczy. To znaczy, najpierw nie z nią, a z panią z autobusu. Źle to wyraziłem. Po prostu przy okazji pani spostrzegłem, że coś się dzieje z Teresą i ze mną. Tak wyszło... że była zajęta - próby, wieczorem grała - i umówiłem się z panią. Niby jak człowieka chcica przyciśnie, jak się mawiało pod celą, to i dziura po sęku w płocie nieprzyjaciel, a raczej przyjaciółka. A tymczasem pani mi się na spotkaniu nie przyjęła (również określenie Zenka). Nie spodobał mi się jej beret, coś tam grymasiłem. Od razu się zorientowałem, że winna Teresa. Okazało się, że odżył, a właściwie dopiero teraz urodził się nasz związek. Kobiety zawsze są skłonne do wszelkich miłosnych mitologii. W końcu na dobrą sprawę coś nas łączyło w czasie, kiedy rozłączył nas Dyrektor. "Chodziliśmy ze sobą". A teraz ona pokazuje mi wycięty z Jakiegoś pisma mój wiersz... (No proszę, pisywało się, a teraz zgrywa samorodka-kryminalistę. Swoją drogą zastanawiające, że teraz idzie mi tak topornie, gdy mam po prostu zapisać to, co się zdarzyło. Nic więcej).

No tak, ale wróćmy do wiersza. Tak zwany "miłosny". Przez chwilę musiałem pomyśleć, o którą to chodziło przecież nie o nią. Ale ona wzięła to do siebie i - patrzcie! - szczęśliwa żona wspaniałego Dyrektora wycina i przechowuje wiersz swego pierwszego. Nie wiem, skąd ta jej miłosna recydywa. Bo chociaż staram się kontrolować i tłumaczę sobie, że to odwrócenie nienawiści do tego co ją "zdradził" i upokorzył (to już bez cudzysłowu), to jednak sam "biorę udział" w grze? Odprawiłem moją panią z autobusu. Spotkałem się z Teresą. Teraz leżymy na golasa pod kocem. Cela by nie uwierzyła, gdybym opowiedział wszystkie szczegóły. Jest świetna. Chętna. Jakby parę lat nie chodziła pod prawdziwym mężczyzną...

Teresa mówi w pewnej chwili: "raz w życiu się skurwiłam, kiedy wyszłam za niego, l teraz mu się odpłacę: nigdy go nie opuszczę". I potem, że ja byłem jej młodzieńczą niezrealizowaną naprawdę miłością. A ja się śmieję, bo nie mogę się powstrzymać. Bo to wspaniały dowcip: ona mu się "odpłaci".

Teresa patrzy na zegarek. Przeprasza mnie jak grzeczna pani, gdy musi się zwrócić do kogoś na przyjęciu i wstaje, by pójść do telefonu. Wkłada swoje pantofle na wysokim obcasie i tak "ubrana" idzie w stronę telefonu. Wspaniała, sklepiona jak... no, po prostu jak "to". I wie, co mi prezentuje, a ja czując, czego będzie zaraz ode mnie chciała, już jestem gotowy. Chłopaki w celi uznaliby to za "nawijanie", ale z nią naprawdę jestem niezwyciężony.

A ona stojąc oparta łokciami o parapet stołu, pochylona tak, że widzę z profilu jej świetną w tym układzie pierś (nie mogę się powstrzymać od myśli, że ona wie, cały czas trzyma mnie napiętego w pełni świadoma, upozowana), zachęcający łuk półdupków, maleńką fałdkę na sprężystym brzuchu - o, ta fałdka to moja zdobycz, tego ona nie "widzi"... Tak wygląda, ale mówi grzecznie, uprzejmie, żartobliwie z jakimś "redaktorem". Po chwili orientuję się, że dzwoni do redakcji telewizyjnego "Pegaza". Ma dla nich świetny temat. Ostatnio mieli felieton o aktorskich chałturach - gratuluję. Ale mam pomysł cudownego ("cudownego", tak powiedziała) uzupełnienia. Otóż jak pan wie, pani Wrzoskiewicz gra u nas Ofelię. No, tak było w "Pegazie". Ale pan nie wie, że ona zaraz po spektaklu biegnie na drugą .stronę ulicy i tam w kabarecie wraz ze swym mężem "odstawia"... (powiedziała "odstawia", w pewnych sprawach te szalone, zazdrosne upokorzone kobiety nie są w stanie skontrolować się...) Wie pan? No i co, przecież to fantastyczne uzupełnienie tamtego tematu. Takie post scriptum przysługuje chyba reporterowi o pana pozycji...

Coś tam było jeszcze, a w końcu podała dzień, kiedy "oni tam funkcjonują w tej budzie"...

Wróciła podniecona, czuła, zachwycająca. I znów gdy po półgodzinnym kolejnym zmaganiu Leżałem wyczerpany miłością, nagle sięgnęła po leżący na podłodze zegarek (no tak, przeszkadzało mi na niej wszystko wolno jej było zostać "tylko w obrączce" i to jako ustępstwo na rzecz jej "rewanżystowskich ambicji").

- Julek. Musimy się spieszyć!

I dowiedziałem się, że idziemy do Związku Kynologicznego, bo dziś jest odbiór holenderskiej pożywki dla psów rasowych, przysłanej przez holenderski psi związek w ramach pomocy charytatywnej dla głodującej Polski. Nic nie łżę. Poszedłem. Widziałem, jak pokazywała "dokumenty" swojego leniwego baseta i potem dźwigałem pięciokilogramową paczkę. No więc miał czy nie miał racji węgierski Żyd? Nie miał, bo "weszła na ekran". Ale tak w ogóle?

Ale pomijając Teresę, to zastanawiające jak mało rzeczy obchodziło mnie wówczas naprawdę. "Przerwa w karze" to jakaś umowna forma egzystencji, nieznana poza tym w przyrodzie. "Naprawdę" pozostaje to, co czeka na mnie za murem. Tu jestem na wycieczce na Wyspach Kanaryjskich. Szkoda, że nie mogę kupić w kiosku żyletki i ratuje mnie Witek bezzwrotną pożyczką. Także fakt, że papierosy trzeba "zdobywać" jest irytujący. Nie wiem, w jaki sposób mój nieletni siostrzeniec załatwia mi popularne bez żadnych trudności. Pewnie w klasie ma syna kioskarki, a ja jestem "były więzień reżimu". Więc moje Wyspy Kanaryjskie całe nędzne i parszywe, ale czasy egzotyczne i jakby nie na serio. Stąd ten "wicher odnowy" (przeczytałem przemówienie sejmowe Dyrektora) biorę w cudzysłów, stąd gdy oglądam portrety bohaterów, emocjonuję się mniej niż świadek na kryminalnym procesie. A "portrety" demonstrował mi Kuba. Brał w marcu, po aferze w Bydgoszczy, udział w akcji plakatowania i zwinął do "prywatnego archiwum" zdjęcia faceta z zakrwawionym nosem i poprawionym nieudolnym retuszem sińcem pod okiem. Chodziło o bohatera Bydgoszczy. Słyszeliśmy to i owo w więzieniu. Ale te sprawy były dla mnie nieważne, byłem na urlopie. Prawdziwe życie czekało na mnie "tam". Albo po prostu piach, jeśli moje serce przyjdzie mi z pomocą. Pewnie tak czułby się facet chory na raka, gdyby w ostatnich godzinach życia ktoś truł mu o groźbie nuklearnej zagłady. W moim odczuciu ani "groźby", ani "wspaniałe perspektywy" odnowy do mnie nie odnosiły się. W tym życiu tutaj byłem "prywatnie", na urlopie. Żyłem jakoś na niby. Bo żyję, ale wiem, że już jestem gotów, żeby mnie zamknęli. Trumna już gotowa.

Stąd tak ważna była Teresa, a śmieszne i zupełnie dla mnie obojętne jej próby odzyskania dla mnie "środowiska": Byłem z nią dwa razy na teatralnych premierach. Byli, owszem, koledzy. "Przypominali sobie mnie". Te ogony ze sztuk kostiumowych, ci co mówili do mnie, rycerza i pana głównej roli na scenie, że "konie podane", ci królowie epizodu, szaraczkowie ról drugorzędnych, "przypominali sobie", a potem szybko gdzieś znikali. Znałem już "wersje". "Chcą nim skompromitować nasze środowisko". To "rząd" uknuł całą sprawę przerwy w karze. Przecież Witek Sanojca nie robił z niczego tajemnicy, byliśmy mężczyznami. Ukrył przede mną tylko jedno, że kiedyś dał w pysk komuś w knajpie aktorów, gdy usłyszał zdanie: "Jakby nam ("my" to "środowisko" kontestujące głośno przeciw władzy w swoich wycyganionych od niej apartamentach) mógł się przydać, to by go nie wypuścili. Gdyby był prawdziwym więźniem, a nie kryminalistą, to by go trzymali..."

I tak "środowisko" obróciło się przeciw mnie, chociaż zapakowano mnie tak głęboko właśnie z tytułu mej środowiskowej przynależności (dwadzieścia pięć lat! za morderstwo w afekcie, a mogło i powinno być osiem albo dziesięć, jak twierdzili wszyscy obrońcy). Okres mego procesu był to czas, gdy zdarzyło się u nas rzeczywiście parę dziwnych spraw. Młody aktor-pederasta oskarżony został o to, że zamordował w celach rabunkowych starą panią. Choć na rozprawie wydało się, że w ogóle w imprezie nie brał udziału, a sprawcą był jego kochanek-lump, który sam dobrał sobie wspólnika, mój kolega dostał swoją "ćwiartkę". Na dobrą sprawę to by brzmiało tak: "dwadzieścia pięć lat za moralne współuczestnictwo". Brzmiało to pewno inaczej, ale sens nie był inny. Więc na mojej sprawie okazało się, że to całe środowisko jest niemal "kryminogenne" i dostałem swoją "ćwiartkę" - dwadzieścia pięć lat - jako symbol zdeprawowanego świata. Ale ten "świat" tym bardziej odwrócił się do mnie dupą. Wydać by się mogło, że przecież owa "odnowa" to idealny czas dla prostowania niesprawiedliwych wyroków, a nieprawda. Wręcz odwrotnie. To czas umacniających się nowych pozorów, wobec których cała prawda i brud życia należą do potępionego świata, który rządził do tej pory.

To chyba jest bardzo dziwne, w każdym razie zupełnie nie umiem sobie tego wytłumaczyć, że dopiero teraz w trakcie swego umacniającego się związku z Teresą potrafię znów myśleć o Krystynie. O niej i o całej sprawie, w wyniku której jestem oto mordercą "odbywającym przerwę w karze". Bo ja życie na wolności "odbywam", tak jak odsiadkę. Nie wiem, może sprawia to Teresa. Bo ona teraz jest jakby zazdrosna o Krystynę, z którą związałem się przecież już wówczas, gdy ona definitywnie "zeszła się" z Dyrektorem. Nasz - mój i Krystyny - związek potwierdziliśmy formalnie chyba w pół roku po ich uroczystych, celebrowanych z hałasem, zaślubinach. Teresa znała ją świetnie, co ciekawsze, wynika z tego, co mówi, że była w jakimś stopniu zorientowana w jej romansie z moim ojczymem. Wszystko to z dystansu lat skłębione w splot idiotyzmów. Może musiało się tak skończyć? Teresa szczerze jej nie znosiła... Zaraz, powinienem napisać "nie znosi", skoro Krystyna żyje w Paryżu i to podobno "nie byle jak". Dopiero teraz w łóżkowych opowieściach ujawnia mi sprawy, które gdybym znał wcześniej- No i co gdybym znał? Nie byłoby inaczej. Nie ma się co łudzić, że zakochany straci część swojej głupoty, gdy pozna część prawdy. Często bywa odwrotnie. Ale swoją drogą aż dziw, że właściwie umknęła mojej uwagi jej bezgraniczna głupota. Wiedziałem, że nie ma "szerokich horyzontów" - zostawiała je brzydulom. W ogóle rozum u kobiety traktowała jako coś w rodzaju protezy nadrabiającej fizyczne mankamenty. Ona jej nie potrzebowała. W gazecie czy piśmie interesowała ją wyłącznie strona poświęcona modzie i dalej nic, choćby się trzęsły kontynenty. Niesłychany był jej nie spełniony "romans" z towarzyszem W. (Ówczesny wicepremier, człowiek o niezwykle charakterystycznym wyglądzie, znany każdemu gapiowi z dziennika TV). O całej hecy opowiedziała mi teraz Teresa. Były to miesiące tuż przed jej ślubem z Dyrektorem, gdy jeszcze korzystała ze względnej wolności i jeszcze bez legendy wielkiej aktorki dorabiała sobie chałturząc na pokazach mody. Bywało, że razem w jednym zespole z moją Krystyną. Któregoś razu tamta zrezygnowała ze wspólnej podróży autokarem. - Przejadę się mercedesem. Jakiś się do mnie tak zapalił, że gdy mu odmówiłam spotkania mówiąc, że jadę do Lodzi, powiedział: "ależ zawiozę panią, bardzo proszę". Jak bardzo prosi... Nie bój się, będę punktualnie...

- I była. Wieczór jak to wieczór po pokazie. Te, które miały ochotę, wybrały się na dansing, mnie to wszystko już nudziło - opowiadała Teresa - i zostałam w pokoju. Z nudów patrzyłam na ostatni dziennik TV... miałyśmy apartamenty... i w momencie, gdy spiker toczył słowa, że w Lodzi w dniu dzisiejszym członek... wicepremier i tak dalej, w progu stanęła nasza Krystyna (moja Krystyna).

- O rety, mój badylarz od mercedesa! - zawołała klasnąwszy w dłonie.

Tak, trzeba przyznać, miała świat poklasyfikowany dokładnie, choć niezupełnie bezbłędnie.

"Romansu" nie było. "Za gruby i po co mają się ludzie oglądać" - wyznała koleżance po paru dniach.

Zaciekła niechęć Teresy ilekroć ją wspomina. Połapać się w babie niepodobna. Przecież to czasy, gdy sama już jest mężatką. Ale ona swego Dyrektora po prostu "ma", a ja szaleję. I ona to widzi. Starczyło, aby tamtą znienawidzić. Zadziwiająca jest żywotność takiej niechęci. Od siedmiu lat Krystyny nie ma w kraju. A ona mi teraz przypomina, jak to dla "Krystusia" odrzuciłem propozycję zagrania w filmie świetnego francuskiego reżysera, a potem, gdy udało mi się ją wepchnąć do teatru objazdowego, jeździłem na spektakle do Kutna i Mszczonowa. "Zamiast do Paryża" - dodaje dzisiaj jadowitym szeptem. Leżę z nią w łóżku. Przesuwam dłonią nisko po jej brzuchu, wyczuwam miłą gęstą czuprynkę i przez chwilę mam ochotę jej powiedzieć, że to wszystko było dlatego, że Krystyna miała w tym miejscu cudownie miękkie krecie futerko. Ale choć mówimy sobie dużo, instynkt samozachowawczy mnie powstrzymuje. Ale ona jest obudzona. Przytula się do mnie i liżąc mi kącik ust pyta złośliwie, czy naprawdę "nic nie wiedziałem". Ze "wszyscy" znali sprawę jej związku z moim ojczymem. A ja raptem doznaję pobudzenia nie od strony tej krągłej piersi stykającej się z moją, nie od tego drgającego w kącie warg języka, a od elektryzującego wspomnienia. Jesteśmy u niej. Złączeni. Krystyna na mnie. ("Ubóstwiam jeźdźca"). Okroczyła mnie i trzyma w spazmującym uścisku swego drgającego żywego wnętrza. Raptem uderza sygnał telefonu i ona nie zmieniając dosiadu przechyla się - mam przed oczami jej pełne piękne piersi, dotykają mnie - i bierze słuchawkę. Słyszę jej przeciągnięte jakoś "haloo" i poruszam się gwałtownie, zazdrosny o ten świat co się o nią dopomina i wściekły na to, że potrafi być ze mną i nie być równocześnie... Ona mówi parę zdań, urywanych, ton jest nienaturalny, przejęta tym, co się w niej dzieje, wreszcie śmieje się cichutko i prosi; "zadzwoń za dwie godziny, potem ci wytłumaczę". Długi wyczerpujący spazm zostawia mnie bez sił... unieruchomionego wyczerpaniem.

- Kto to był? - pytam odruchowo.

- Twój ojczym...

Usiadłem zdumiony na łóżku.

- Czego chciał?

- Pytał się o ciebie, że nie może cię znaleźć - mówi po sekundowym namyśle.

- Przecież mu nic nie powiedziałaś - budzi się we mnie jakieś niejasne podejrzenie.

- Musiałam przerwać... Mógł się domyślić - obejmuje mnie nogami.

Ile razy potem w seksualnym koszmarze pożądliwych snów nawiedzała mnie ta sytuacja w celi. "Mógł się domyślić". "Bo słyszał ją rozmawiającą w tej sytuacji ze mną - taki jest mój domysł. I teraz widzę ją pochyloną w dosiądzie na nim, ręce oparte o bark, on usiłuje złapać ustami różowy koniuszek jej sprężystej piersi. Budzę się spięty, robię ze sobą porządek paroma ruchami na zmiętym na sieczkę sienniku.

- Co się stało? - słyszę głos Teresy, ale jeszcze nie mogę do niej wrócić.

Właśnie cicho, żeby Krystyny, żony mojej, nie obudzić, wkładam klucz w zamek. Wróciłem o dwa dni wcześniej z festiwalowego spektaklu. Już wiem, że mam nagrodę za najwybitniejszą rolę męską, ale nie będę jej odbierał. Ona mi da zaraz to, na co zasłużyłem swoją rolą męską. Idę cicho przez korytarz, widzę delikatną smugę światła pod drzwiami sypialni. Drzwi są uchylone. Jestem w progu i widzę rytmicznie poruszający się zad. Patrzy na mnie, osłupiałego, ślepe oko odbytnicy. Słyszę sapanie. Widzę od tyłu unoszącą się głowę mężczyzny. Kark. Szlachetna siwizna. Już wiem. Na wyciągnięcie ręki mam ciężki brązowy świecznik. Czuję chłodny dotyk metalu...

- Julek! - dochodzi mnie głos Teresy. - Coś ci się stało? Źle się czujesz? - jest niespokojna, bliska. Kocha.

 

Byłem u Witka Sanojcy.

- Jak tam twój romans z Teresą?

Wszyscy już wiedzą. Widocznie tego właśnie chciała. Witek ponury. Jest w nim to elektryczne napięcie, które jest wokół, a które omija mnie, jakbym był uziemiony. Ciekaw jestem tego, czego się wszyscy obawiają, spekulując na temat "wkroczą - nie wkroczą". Ja jestem obok. Tak czy owak, zaproszą mnie za mur albo przysypią ziemią. Jestem już w trumnie.

Ale wracam do ludzi serio. Witek. Jest wściekły i niespokojny o swego gówniarza. Ten szaleje. Jest redaktorem szkolnej gazety (nie wolno mówić "gazetki" - bo obraza) i ostatnio ma sukces - "drukują się" (skąd mają powielacz? czy tylko dostęp do powielacza?) w kilkunastu egzemplarzach i plakatują te płody w kilku gimnazjach. Już jest międzygimnazjalny komitet redakcyjny. Zebrania u mnie (to znaczy u Andrzeja). "W pokoju z czakiem" - tak to się nazywa teraz ten redakcyjny gabinet, który był kiedyś pokojem dziecinnym. Stoi tam czako dziadka, wisi jego legionowa fotografia na ścianie. To teraz ołtarz. Ale ja pojmuję, że Witka nie przerażają żadne aberracje umysłowe czy polityczne, a fakt, że nie ma z chłopakiem kontaktu. Nie byłem ojcem, tego jednego los mi oszczędził, ale gdy patrzę na mego siostrzeńca i Basie, widzę, że to dramat powszechny rodziców. Okazuje się, że Kuba też należy do "Komitetu redakcyjnego".

- Dziwne, że się nie pochwalił - mruknąłem i dowiedziałem się, że to w dodatku ma status półkonspiracyjny. Oczywiście konspiracja przed dyrekcją szkoły, "ale smak ten sam", skomentował Witek. A ja byłem za młody, aby tego pokosztować, gdy on biegał z parabelką za paskiem, a teraz już jestem "wapno", gdy jego syn bawi się śladami ojców.

Witek mówi o tych szczeniakach, że oni są impregnowani na argumenty. Zresztą gdzie szukać tych argumentów? Mówię mu, że społeczeństwo potrzebuje "spokoju". Oferować "spokój" jako najwyższą wartość facetowi, co nie ma jeszcze osiemnastu lat i boi się tylko spokoju. To nie jest propozycja ideowa dla młodych...

Przejąłem się zgryzotą mego przyjaciela. Bo nigdy nie wierzę w jeden powód żadnego załamania. Zacząłem go wypytywać, "jak się czuje" w ogóle, aż doprowadziłem go do śmiechu. Wyciągnął flaszkę. Jego zdaniem "kontrolowane użycie alkoholu" nikomu nie zaszkodziło. Czyżby rację miała Ela Audi mówiąc coś o jego niesłusznie lekceważonych kłopotach z sercem?

Zaczęło się gadanie na luzie. Najpiękniejsza była opowieść, jak Malała Wrzoskiewiczowa dostała przed rokiem (teraz mówi się "przed sierpniem") odznakę "Zasłużonego górnika". Wojewódzki sekretarz z Katowic postać! - urządzał jakieś strasznie kulturalny spęd. Nie mogło zabraknąć Dyrektora Wszystka - posła, diabli wiedzą, może był posłem właśnie ze Śląska, nikt nie znał tajemnic wyborczego rozdzielnika. No, ale on już wtedy szalał. I wybrał się oficjalnie na ów spęd - a nieoficjalnie ze swą Malała. I stało się. Gdy dostojnych uczestników dekorowano złotą odznaką Zasłużonego Górnika padło nazwisko Malali. Jakiś sekretarz sekretarza spisał widocznie obecnych uczestników z listy "hotelowej". Dyrektor zachował się jak mąż stanu. Przeprosił w imieniu koleżanki, której nagła niedyspozycja uniemożliwiła przybycie i odebrał odznakę w jej imieniu. Była radość w Warszawie... - kończył opowieść mój Witek. - Nie ma się co dziwić Teresie, że się odgrywa, spuentował w sposób nieco dla mnie obraźliwy.

 

To był pomysł Basi. Bo moja kochana siostra, zniszczona totalnie jako kobieta na parę lat przed czterdziestką została uniwersalną matką. Kuba to Kuba, ale mnie też otoczyła macierzyńską opieką. Była tolerancyjna i mądra. Ani słowa o pani z autobusu, a potem gdy się uspokoiłem, bo chodziłem do Teresy, była nawet niespokojna, że coś mi się urwało. Dopiero jak wrócił Wszystek i musieliśmy się z Teresą spotykać u mnie... Bardzo się ucieszyła. Bo zobaczyła ją za którymś razem przez okno.

Więc to matkowanie. Zamęczała moich lekarzy w Aninie (dowiedziałem się, że "konsultowała" wszystko, nawet jakie mam "uprawnienia erotyczne" - powiedział mi to kiedyś żartem mój lekarz). Była to troska nie tylko o zdrowie, ale i sprawa mego powrotu. To ona od początku bała się - tego o czym udawałem, że zdołałem zapomnieć - powrotu. Dowiedziałem się znacznie później, że wydębiła audiencję u ministra (eks-pani Laniewiczowa była ze swoich, miała dojścia). Ale niczego nie obiecał. Jego zdaniem rewizja nadzwyczajna nie miała sensu. Więc Basia wymyśliła Radę Państwa i akt łaski. I wtedy pojawił się na horyzoncie Zajączkowski. Mój szkolny kolega z maturalnej klasy wyrósł na wielki autorytet społeczny. Były krytyk teatralny lansujący trend antyromantyczny w teatrze, obrońca obrazoburczej sztuki Mrożka "Śmierć porucznika"... To już nie te czasy... Grałem w tej sztuce i gdy teraz wyłoniła się perspektywa, że mam z nim rozmawiać, wygrzebałem gdzieś jego recenzję. Że niby "pamiętasz, bracie" i tak dalej... Lepszy pierwszy kontakt. Nawet teraz przeczytałem to z przyjemnością. Zajączkowski polemizując z atakami ludzi "orientacji narodowej" przytoczył w tym artykule, wygrzebane w jakichś historycznych szpargałach, wyznanie porucznika Ordona, którego reduta stała się symbolem równie wymownym co Somosierra. Oto Ordon, który bynajmniej nie poległ i nigdy nie wydał rozkazu wysadzenia reduty w powietrze, wyznał "jako to kanonier Nakrut, posłany po proch do magazynu, wszedł tam z lontem zapalonym i tym prostym sposobem przez niedołężność wysadził magazyn w powietrze i sam zginął..."

Zajączkowski z pozytywistycznym zacietrzewieniem dworował z "reduty rekruta Nakruta", dowodził, jak to romantyzm kreował na twórców dziejów idiotów i niedouków, pastwił się nad "polską historią Polski", którą w pamięci narodowej zakodowały dzieła romantycznych poetów "robiąc wodę z polskiego mózgu".

Zorientowałem się, że przypomnienie takich publikacji byłoby mocno nie na czasie. Zdarzyło mi się czytać jeden czy dwa artykuły, w których pisał teraz o "niezłomnym duchu narodu", o woli walki "per fas et nefas", o tym, że "wola ludzka tworzy historię na równi z okolicznościami materialnymi"...

Wsławił się był ostatnio artykułem "Przeciw biologicznej zagładzie", prorokował w nim zimę, która wobec nieudolności władz przynieść może kres. Proponował plan ewakuacji wielkich miast, których ogrzanie jest "fizyczną niemożliwością w obliczu moralnej klęski naszego rządu". Po lekturze można było dostać dreszczy, jako że już dmuchał wiatrami październik. Basia coraz częściej popłakiwała, że w piwnicy ma niecałą tonę koksu...

Ale wróćmy do Zajączkowskiego Niezależnie od tego co pisał dziś i co myślał wczoraj, byt ponoć "autorytetem". Za jego poręczeniem zwolniono niedawno z aresztu fanatyka, który sprofanował jakiś pomnik. Zdaniem Basi jego rekomendacja prośby do Rady Państwa o akt łaski mogłaby sprawić cud. Właśnie wczoraj widziałem go w telewizji. Był to czas, gdy stanęło całe województwo zielonogórskie, bo w miejscowości Lubogóra dyrektor przeniósł kierowcę zza jakiegoś biurka urzędowego "Solidarności" z powrotem za kierownicę. Ponoć zbyt mało było członków tego związku, aby zatrudnić etatowego pracownika. No i strajk. Stoi całe województwo. Nawet facet tak nieobecny w życiu publicznym jak ja wiedział to i owo o sprawie. Więc patrzyłem na dyskusję jajogłowych, wśród których brylował mój kolega "Zającem" w klasie zwany, późniejszy sojusznik w bojach o socjalistyczny repertuar, a dziś "autorytet", szef organizacji "Publicystów Odnowy". Bardzo mnie zastanowiło jego wystąpienie. Mówił nawet o Bogu. Popierał strajkujących. "Godność bywa ważniejsza od racji stanu, a cóż dopiero racji naszej kulejącej i tak ekonomiki". Pytanie dyskutanta czy "skoro ona kuleje, to należy jej strajkami amputować jeszcze zdrową nogę", nazwał prostackim uproszczeniem, nieliczeniem się z imponderabiliami i tak dalej. Ale właśnie wówczas Basia wskazując triumfalnie na lizusowski ton pozostałych dyskutantów wobec Zająca oznajmiła: "będziesz u niego albo ja pójdę sama w twojej sprawie".

Obiecałem. Po prawdzie obawiałem się przyjęcia takiego, jakie zgotowało mi moje własne środowisko, ale stawką było wszystko. Mimo to zbyt długo zabierałem się do tego telefonu i któregoś wieczora Basia wywołała mnie do aparatu.

- Zajączkowski - powiedziała szeptem. - Ja zatelefonowałam - dodała, aby pozbawić mnie złudzeń, że to tamten mnie poszukiwał.

- Cześć - odparł rześki głos na moje "halo". Był serdeczny. Ucieszył się nawet jakby, że mnie słyszy, mówił coś "a to niespodzianka" i tak dalej, aż nagle wymknął mi się ten nieszczęsny "Zając". Tak przecież przezywaliśmy go w klasie. Zesztywniał. Znać uświadomił sobie, że czeka go spotkanie z nazbyt spoufalonym kryminalistą. Dowiedziałem się więc, że mam zadzwonić jutro do jego sekretarki i przez nią ustalić termin. "Nie mam przy sobie kalendarza i nie wiem, co mnie jutro czeka, nie gniewaj się, ale jestem po prostu przywalony robotą, spotkaniami..."

Zgodziłem się z pokorą i nazajutrz - gardząc sobą, jakbym się umawiał z arcykurwą-policjantem a nie liderem odnowy, zadzwoniłem do "jego" sekretarki.

Okropnie to śmieszne. "Pan prezes jest jeszcze zajęty, zechce pan poczekać w holu". Ten hol to po prostu korytarz, ale już wiedziałem, co jest grane. Mój Zając to teraz ktoś. Nie na darmo Basia opowiadała o jego wywiadzie drukowanym "aż w <<<>>>".

Tym lepiej. Jeśli zechce się pochylić nad losem "kryminalisty", może coś zwojuje w tej Radzie Państwa.

Czekałem z kwadrans, może nieco dłużej. "Pan prezes prosi". Teraz już wiedziałem, jak się zachować. Zacząłem od słowa:

- Gratuluję...

Nie spytał czego. Ze zrozumieniem kiwnął głową. Tą samą okrągłą, nieco za dużą głową, przez którą na szkolnym boisku piłkarskim dopingowany był jako "Balon". Ale ani Balon ani Zając. "Prezes". No, szczerze mówiąc, nie odważyłem się na "Prezesa", ale im dłużej z nim gadałem, tym pewniejszy byłem, że by przełknął. Z apetytem. Mało interesował się mną. Raczej po prostu mnie uświadamiał. "Potężny wicher odnowy wieje przez kraj". Nawet nomenklatura była jakaś inna. Przysięgam, że takiego bombastycznego frazesu nie znalazłbym w "pismach zebranych" Zajączkowskiego z naszych wspólnych lat.

- Kawa, herbata? - zorientował się po pół godzinie.

Ucieszyłem się. Obrzęd parzenia przedłużał wizytę, a wiedziałem, że on musi się wyszumieć, uwierzytelnić swoją ważność. Każdy telefon, który z pozoru przedłużał rozmowę, ja witałem z radością, bo w każdej rozmowie błyszczał, instruował, rządził, a ja byłem tego pokornym świadkiem. Moje akcje rosły. Wreszcie gdy zobaczyłem już fusy na dnie mojej filiżanki, zaatakowałem. Że są wszelkie racje po temu... Jeśli nie rewizja procesu, to chociaż akt łaski... No, Rada Państwa... Podobno możesz wszystko.

Skinął łaskawie głową, już mi serce zabiło, ale wnet okazało się, że on nie może, "właśnie dlatego".

- Nie możesz zrobić takiego głupstwa dlatego, że możesz wszystko? - nie wytrzymałem.

Raz jeszcze skinął głową.

- Zrozum - powiedział łagodnie - skoro jestem tak olbrzymim autorytetem pozainstytucjonalnym, że na moją rekomendację zwalnia się ludzi aresztowanych z powodów politycznych, poruszenie takiej jak twoja...

- Kryminalnej - pomogłem mu bezlitośnie.

Ale niczego nie zauważył.

- No, właśnie. Zaangażowanie się w taką sprawę postawiłoby mnie w sytuacji dwuznacznej, którą "oni" wykorzystaliby natychmiast.

"Oni" to byli ci, co jeszcze rządzili, co jeszcze blokowali mu drogę. Nie wiem, kim widział się Zając w marzeniach, ale wiedziałem, że skoro Chomeini obalił cesarza, Zając nie będzie miał litości wobec nikogo.

Ale już nie musiałem się krępować.

- Zając - powiedziałem tonem uniżonego szacunku cholernie dużo głupstw nasłuchałem się w tym twoim gabinecie.

Zmartwiał. Potem się roześmiał, jakby jeszcze niepewny, czy naprawdę usłyszał to, co usłyszał.

- Wiesz - ciągnąłem - odkąd wylazłem na tę stronę muru, słyszę, jak ludzie pieprzą od rzeczy. I to niegłupi ludzie. Jak siedziałem, to czytałem w gazetach jak Gierek robi drugą Polskę, jak się ta druga pierdolnęła, to czytam i słyszę, że zrobimy dla odmiany drugą Japonię.

Bez przerwy pierdolą się w tej polskiej głowie króliki na strychu i teraz do tych króli i ty Zając się zaliczasz!

Jeszcze się śmiał. Ale ja się nie śmiałem.

- Ty, Zając - teraz Zając stał się moją obsesją, sadziłem go bez przerwy w każdym zdaniu - byłeś w czasie rozmowy, gdy Witek Sanojca opowiadał, jak ujawniał się po swojej robocie w Armii Krajowej jego ojciec. Jak na pytanie bezpieczniaka czemu to pan pułkownik zdecydował się wbrew instrukcjom zawiesić bezwarunkowo całą działalność konspiracyjną po wkroczeniu Armii Czerwonej, ojciec Witka odpowiedział: "bo uznałem, że nie wygram wojny ze Stalinem". Teraz widzę. Zając, że ty Wygrasz ze wszystkimi...

Tak. Nie była to dobra rozmowa. Nie mogłem nic pocieszającego przekazać mojej Basi. Chwilami myślałem sobie, że może jest, jak musi być. Tutaj ludzie emocjonują się spotkaniem Rządu, Episkopatu i Związków. Tylko te trzy nazwiska, a tu ja - jakiś eks-aktor, "ojcobójca", śmieszna sprawa. Ale, do kurwy nędzy - jak mawia się w celi, jeśli strajkuje uczelnia jedna, a potem wszystkie, bo komuś się nie podoba sposób, w jaki wybrano rektora w szkole inżynieryjnej, albo to, że wybrano tego właśnie a nie innego faceta, to może fakt, że jednego faceta zamknięto na dwadzieścia pięć lat więzienia (a góra na co zasłużył to dziesięć - zdaniem adwokatów), mógłby poruszyć paru bliskich mu ludzi. Ale trzeba być mężczyzną. Muszę rozmawiać o strajku w Sosnowcu, gdzie stoi kopalnia, bo jakiś... rozbił przed wejściem fiolki z cuchnącym płynem. Trzeba mieć swoje zdanie na temat tego, co ktoś powiedział, że "rządzący to zbrodniarze" i trzeba powołać "trybunał ludowy". No, pewnie. Szkoda tylko, że w tym trybunale nie zajmą się faceciną skazanym za to, że rozbił przypadkiem czerep łobuzowi...

Wracam do Basi wykręcony na lewą stronę przez tego zajęczego syna, knujący jak mały chłopiec pomysły jakby takiemu dokuczyć. A tu - odmiana. W moim pokoju gość. Zenek. Zenek Siekierka we własnej osobie. "Po cywilnemu". Bez pasiaka i mycki. Zobaczyć kogoś, z kim szorowało się bardachę, jak pod krawatem "uprzejmie dziękuje" Basi za serwowaną mu herbatę, to jest coś. Porównać to mogę tylko z pierwszą łaźnią, gdy nagle znalazłem się w chmurach pary, wtłoczony z gromadą golasów, ludzi odpodobnionych bez swoich łachów... bo śmieszne, ale nawet więzienny mundurowy lach każdy nosi inaczej. Teraz odwrotnie. Siekierka ubrany w garnitur w prążki, różową koszulę i granatowy krawat w paski...

Muszę tu wspomnieć, że Zenek jest tak zwanym "pięknym chłopcem", a właściwie mężczyzną. Wyraziste rysy. Oko niebieskie, smolistoczarne brwi i czupryna niczym melonik kominiarza - mocno odrośnięty jeż, kto nie wie, już się nie domyśli maszynki więziennego fryzjera.

Zorientowałem się, że mój koleś bada grunt, czy nie udałoby się u mnie załapać chociaż na parę dni. To fakt, że zwolniono go po staraniach jako jedynego żywiciela akurat gdy w gospodarstwie na dobrą sprawę nie za wiele jest do roboty... Widać tak u nas być musi, żeby w niczym za dużo sensu nie było. Tak czy tak, byłem w kłopocie. Przygarnięcie Zenka to wiele problemów. Basia. Wspólny pokój, gdy ja mam Teresę. Jego potrzeby w tym względzie, które ujawni, jak tylko zostaniemy sami... Decyzja nie była łatwa. Ułatwiła ją Basia, gdy wynosiłem do kuchni szklanki, bąknęła z zamyślonym śmieszkiem: "ładny chłopak z tego twojego kryminalisty". I nagle olśniła mnie myśl, że może właśnie Zenek wyszarpie moją biedną z tego przywiędłego pseudowdowieństwa. Doprawdy życie nauczyło mnie szczerości przynajmniej wobec siebie. Tak pomyślałem i to z braterskiej dobroci serca z miejsca zapytałem, czy mógłbym go przetrzymać parę dni, nim ruszy na swoją wiochę. Zenek został zakwaterowany. Spostrzegłem, że dostał na kołdrę jeszcze dwa kocyki. No nieźle - pomyślałem. Rzeczywiście było w domu chłodno, jako że Basia nie pozwalała naruszać skromniutkich zapasów koksu. Zenek kocyki przyjął bez wrażenia, jakby po prostu przyjechał do swoich apartamentów. Spojrzałem na niego inaczej. Oto chłopak, którego skroiła małomiasteczkowa metropolia o nazwie Końskie, bodaj czy nie pierwszy raz w Warszawie i... No, jeszcze żadnego "i" nie było, ale doszedłem do wniosku, że to "cela" wyniosła Zenka do rangi tego "oblatania", dała mu kamienną twarz pokerzysty, który bez wrażenia obserwuje nowe rozdanie kart. Na wiadomość, że zanim "wybierze się do babci", chętnie będziemy go gościć, błysnął białymi zębami i swoje dziękuję adresował do Basi, jakbym ja nie miał z tą sprawą nic wspólnego. Los tego wieczora przychylił w stronę Zenka róg obfitości. Kończyliśmy herbatę, gdy rozległ się telefon. Teresa przypomniała mi, że za dwie godziny mam pojawić się na jej urodzinach. Wiedziałem od dawna, a zapomniałem zupełnie. Najpierw ta rozmowa z Zajączkowskim, potem Zenek...Musiała wyczuć w moim tonie jakieś niechętne zaskoczenie, bo okropnie się spłoszyła. W sposób zupełnie dla niej nietypowy. Czy naprawdę nie rozumiem, co to dla niej znaczy i w ogóle skąd te wahania, przecież wiedziałem od dawna. Bąknąłem, że właśnie przyjechał do mnie kolega, usłyszałem, że zaproszenie obejmuje wszystkich moich kolegów z wszystkich więzień Rzeczypospolitej i rozbawiony obiecałem, że przyjedziemy.

Wiedziałem przecież, o co jej chodziło. Upokorzona "sprawą Wrzoskiewiczowej" postanowiła ośmieszyć swego męża. Myślę, że do tego celu nadawałem się z pewnością. W naszym środowisku byłem kimś, a im bardziej byłem "skandaliczny", tym lepiej. Pomyślałem, że w tej konfiguracji Zenek może być kimś rewelacyjnym. Chce mieć skandalicznego kochanka - pokażemy go wraz z przestępczym adiutantem. Stało się. Rewanż za Malalę będzie okrutny. Sądzę, zresztą, że byłem w pełni świadomy, że uderzenie trafi nie tylko w mego niezrównanego Dyrektora, ale trafi rykoszetem w Teresę. Z pewnością. byłem tu trochę masochistą wobec siebie i swej "legendy", ale też i sadystą wobec mojej kochanki, którą przecież degradowałem towarzysko, a Zenkiem mogłem naprawdę "umoczyć" ją na dłużej.

Okazało się, że to on odniósł największy, choć cichy, sukces towarzyski owego wieczoru. Dowiedzieć się miałem o tym w parę dni później.

Zastaliśmy już sporo osób. Był małżonek - "właśnie wróciłem z Paryża" - tymi powitał mnie słowy. - Wiem - odparłem tonem pełnym szacunku i policzyłem w myślach, ile to godzin spędziłem z Teresą w jego łóżku.

- Mój mąż szuka na świecie pomocy dla więzionych... - Teresa przedstawiła go Zenkowi, który miał zalecone po prostu milczeć.

- Co tam pomoc. Jak już kto się wkitra do puszki, swoje musi odsiedzieć - podzielił się filozoficzną refleksją, ściskając tak dłoń gospodarza, aż siność wystąpiła na jego twarzy. Od pierwszej chwili zaczęło się więc między nami nie najlepiej. Ten krnąbrny rogacz pewnie wymyślił sobie, że ten mój towarzysz to specjalne danie, aby go skompromitować, więc sam się pospieszył. Postanowił zaatakować:

- Kochani! - zawołał tłumiąc gwar. - Chcę wam przypomnieć kolegę, którego mamy dziś okazję gościć po latach, a którego przecież nie wszyscy ze zgromadzonych tu znają. Oto "sławny" Julek Petryk. Kiedyś persona grata naszej sceny. A dziś.

- Nasz honorowy gość - podbiegła Teresa, by ratować sytuację. Pocałowała mnie w policzek. Szła ostro.

Gorzej, że wmieszał się baset. Ledwo do mnie podeszła i pocałowała, bydlak usiadł naprzeciwko mnie i szczeknął groźnie raz i drugi. Widocznie w obecności pana wypełniał obowiązki stróża moralności. Siedział na zadzie, z ogromnym uszami.

- Stróż gospodarstwa Dyrektora Wszystka - westchnąłem głośno - też mnie nie lubi! - Ktoś się roześmiał. Teresa się zaczerwieniła. I nastąpiła cisza. A ja postanowiłem iść na całego. - Przepraszam, Dyrektorze, ale na mnie szczekać nie wolno. Dziś chyba występuję jako persona grata. Bo chyba ostatni z rodowej linii stałego bywalca tego salonu, towarzysza Laniewicza. Bo nie widzę nikogo z KC, z KW. Więc ja jako szwagier chociaż eks - czuję się szczególnie eksponowany...

Walnąłem między oczy. O tyle niedobrze, że bądź co bądź urodziny Teresy... Ale fakt, że był ten salon dyrektorski ongi pełen ciężkich dostojników, a dziś zamieciono po nich nawet kąty. Po takim wejściu zrobiła się koło mnie pustka. Tylko lekko podpity mój partner z debiutanckiego spektaklu wybrał się ku mnie z powitalnym kielichem w dłoni. No i Teresa. Ta była konsekwentna. Zaczęła zagadywać do Zenka i ścierpłem, czego to się zaraz nasłucha. Ale Zenek trzymał się tego, co zwał "ą" i "ę". Tak nazwał dystyngowane nawijanie. (Ze mną jak dziewczyna pójdzie na chatę to już żadne "ą" i "ę", tylko w rączkę i do buzi - zaczynamy.) Słyszałem, jak nawijał coś o swojej babci na głębokiej wsi kieleckiej. Jak Boga kocham. Starał się. Rozrzewnił mnie do łez. Strzeliłem z moim eks-kolegą kielicha. Żeby nie męczyć Zenka, nalałem mu wódki do szklanki od wody sodowej. A ten mój kumpel po prostu się przykleił. Już po paru minutach wiedziałem, co jest grane. Sobaczył na Dyrektora. Szeptem, oglądając .się, choć podpity. Szybko pojąłem jego kombinacje. Miałem być jego protektorem. U Teresy. Bo wiadomo było w teatrze, że wieloma sprawami nadal rządzi żona. A więc już wiedział. Zapewne wiedzieli wszyscy. No cóż, tak być musiało. Po to widocznie byłem zaproszony. Bo zaraz przybyła Wrzoskiewiczowa. Przywitała się ze mną jak ze starym kolegą z pracy. Może i tak to traktowała. "Pracowaliśmy" oboje, "u Dyrektorostwa". Zenek jęknął cichutko z wrażenia dotykając delikatnie jej ręki. Pomyślałem sobie, co się w nim dzieje i szybko uzupełniłem jego szklankę. Ale to nie była jeszcze jego godzina. Miała nadejść.

Właśnie w tej chwili pojawił się Wituś, taszcząc tę swoją Elę Audi, albo przez nią przytaszczony. I tu Zenek trafił na swoje przeznaczenie... "O kurwa"... jęknął cicho, gdy pojawiła się w drzwiach wyzywająco ubrana, zgrabna czterdziestka... Nie uwierzyłbym, ale potrafił się jakoś koło niej zakręcić... Pewnie wiedziała, że to mój kompan, ciekawa była życia, na pewno na odległość czuła męską chcicę... Przypomniały mi się przechwałki Zenka z celi: Jak się ubiorę i ogolę, każda dupa mi się przyjmie"...

Zmęczyliśmy z Witusiem jakieś pół litra różności jakby tak zlać tę śliwowicę, whisky, wreszcie koniak - i dopiero sobie o Zenku przypomniałem.

- Jak ci leci, Siekierka? - zapytałem odnalazłszy go na kanapie w kącie za fortepianem obok Eli Audi.

- Siekierka? - zdumiała się... I już Zenek pochylał się do jej uszka. Gdy widziałem, jak poruszone jego oddechem włosy muskają mu wargi, zdjęła mnie groza na myśl, co się z nim dzieje. Wiedziałem też - nie słysząc co mówił: "jak miałem lat trzynaście i milicjant przyszedł po mego brata, co był pełnoletni i życiem by za to zapłacił, chwyciłem siekierę... Za brata zabiłem, bo dla mnie, dziecka, co najwięcej poprawczak, a jemu kaes, jak nic by poleciał..."

I nastąpiło zaraz rozpinanie koszuli na piersiach pod marynarką... Ela była na poziomie. Dyskretnie zerknęła na tatuaż: pień w kształcie serca z wbitym toporem...

Wróciłem do Witka. Stał w towarzystwie mego znajomego aktora i słuchał go cierpliwie. Niedostrzeżonym przez rozmówcę gestem skrytej za plecami dłoni wezwał mnie na pomoc... Mój kolega żalił się, że przez fatalne układy polityczne przez tyle lat był krzywdzony, nie obsadzany, że nawet teraz nie może się doczekać tego, co by mu się należało. Okazało się, że chodzi o obsadę owej sztuki o górnikach z Boliwii, na której wystawienie Dyrektor się zdecydował.

- "Góra Żałoby"? - podchwyciłem chcąc pochwalić się orientacją. Aktor spojrzał nie rozumiejąc.

Witek roześmiał się.

- Już teraz "Któryś jest w niebie". Cytat z modlitwy. Zmiana tytułu to pomysł Dyrektora. "Teraz trzeba być blisko Kościoła" - Witek cytował go z kamienną powagą

W końcu odczepiliśmy się od nudziarza. Po prostu wziąłem Witka pod rękę i odciągnąłem go w stronę okiennego parapetu.

- Uf - odetchnął. - Ciężko było. Jeden z tych co teraz mają do komunistów pretensje o to, że sepleni od urodzenia.

- Rzeczywiście miewał dawniej kłopoty? - spytałem jak głupi.

- Tak, tak. Niemal jak nasz Dyrektor. Był w opozycji. Pamiętam jak Wszystek wrócił z jakiegoś przyjęcia nieprzytomny z wrażenia, bo pięć minut rozmawiał z Gierkiem. Zachwycony. Olśnił go nawet krawat. Różowy do różowej koszuli. To wówczas ten mój rozmówca spytał, czy były te róże dobrze stonowane. To było jego jedyne wystąpienie opozycyjne. On naprawdę sepleni, a chce w tej sztuce grać rolę trybuna ludowego...

A mnie przestało się podobać. Mój Zenek i ta jego Ela Audi. Zawlokłem więc Witka na tę kanapę za fortepianem. Ela się zaśmiewała. Zenek opowiadał, jak przed laty u babci Józi kotka wysiadywała kurze jaja...

- Naprawdę! - bożył się wzywając niebo na świadka. - Kura znosiła jajka do kosza, a jak na kotkę przyszła godzina, to w tym samym koszu urodziła kocięta. I potem się godziły. Kotka grzała jaja, kura siedziała na kociętach...

Był naprawdę zabawny ten mój Zenek. Zupełnie inny człowiek niż prowodyr celi rządzący się nawet na spacerniaku. Co gorsza, widziałem, że Ela jest zachwycona.

- To cudownie musiało być u pana babci...

- Jutro tam jadę - oznajmił Zenek.

Okazało się, że mówił prawdę.

*

A teraz przychodzi czas na te dni, o których opowiada wykres gorączki, niteczki elektrokardiogramów, cyferki specjalistycznych badań. Aż dziw, że nie "skalpel" bodaj tak ci nożownicy w białych kitlach nazywają swoje mojki do mokrej roboty. Bo obyło się bez operacji. Farmakologia mnie "zbawiła". Ale szpital. Nie będę się nad tym zatrzymywał. Co się zajmować moją chorobą, gdy w programie mamy śmierć nieszczęsnego gówniarza i te konwulsje całego kraju, wobec których nie chirurg a pasy dla szałowych byłyby lekarstwem.

W mojej celi - Wrzoskiewicz. Znowu Wrzoskiewicz. Gdyby to była naprawdę "cela" wiedziałbym, że on to kapucha, którego na mnie nasyłają. A tak przypadek, albo ich jakaś filozofia, że ludzie ze wspólnego środowiska czują się razem najlepiej. Widocznie dla nich jestem środowisko "artystyczne", nie "przestępcze". Dobre i to.

Teraz Wrzoskiewicz to nie żaden chory aktor, to sprawa. Bo jak się dowiedziałem "zastawka" to nie to samo co "zastawka". Nylonowa, krajowa na pięć lat nie starczy. W Londynie dają prawdziwą, wieprzową. Tylko rzecz w tym, że tam operacja kosztuje dwadzieścia pięć tysięcy dolarów. Ale już Dyrektor walczy przez nasze stowarzyszenie. W rozmowach podobno zagroził, że jak się nie zgodzą wyasygnować z funduszy państwowych, to "Solidarność" zorganizuje w Londynie i Paryżu zbiórkę publiczną na operowanie prześladowanego aktora...

Wrzoskiewicz w euforii. Ja rozbawiony. Ta świńska zastawka i to, jak Dyrektor bez narkozy operuje tego rogacza, żeby mieć z nim spokój. No trudno, jest jak jest. Zresztą Wrzoskiewicz właściwie w formie. Imponuje sam sobie. Taka sprawa. I głupi ludzie nazywali go "nadwornym błaznem".

O jego kondycji świadczy chyba i to, że tak bardzo jest rozpolitykowany. Na ścianie powiesił mapę Polski i niczym sztabowiec przyszpila biało-czerwone chorągiewki tam, gdzie jest strajk. I cała Polska w biało-czerwonej spódniczce. Te chorągiewki przynosi mu Wrzoskiewiczowa. Przed obchodem jest cały ceremoniał zdejmowania mapy. Szpital w Aninie to była lecznica rządowa i zdaniem Wrzoskiewicza lekarze są "niepewni". Teresa była dwa razy. Zawsze wywoływała mnie do holu. Myślę, że bała się spotkania z małżonką Wrzoskiewicza. Wesoło. Skoro powiedziałem, że w tej książce nie będzie nic o moich bebechach - dotrzymam. "Przygotowywali" mnie - tak to się u nich nazywa - całe dwa tygodnie. Przez ten czas kraśniała chorągiewkami cała Polska. Gdy do strajków rolników, górników, murarzy, drobiarzy, kolporterów prasy, studentów i nauczycieli dołączyli ludzie z jakiegoś domu kultury, którzy zastrajkowali na znak protestu przeciw decyzji oddania przez władzę ich świeckiego obiektu do dyspozycji władz kościelnych, wprawiłem Wrzoskiewicza w zakłopotanie. Gdy komentując tę wiadomość triumfalnie wbijał w okolice Elbląga biało-czerwoną chorągiewkę, zaprotestowałem mówiąc, że tym razem strajkuje czerwona zaraza i to przeciw kościołowi. Debil zastanawiał się długo, wreszcie oddarł białą cząstkę chorągiewki. Tak to życie polityczne kraju ubarwiało mój pobyt w szpitalu. No i jeszcze Zenek. Piekielny Siekierka ku memu osłupieniu pojawił się w połowie pierwszego tygodnia mojej szpitalnej kwarantanny. Wrócił. Okazało się, że pod jesień to w ogóle u babci nie ma nic do roboty. Kiedy zostaliśmy sami, bo Wrzoskiewicza wyniosło do telefonu, zwierzył mi się radośnie ze wszystkiego. Ela. Ela zawiozła go do babci swoim audi.

- Co za kobieta, człowieku... Ja wszystko wiem, że ty się z nim przyjaźnisz, ale nie lepiej, żeby ją jebał człowiek, a nie jakiś Król Szczypiorku? Pierwszej nocy to całe łóżko się rozleciało. To samo co je siekierą zaprawiłem...

- A to nie milicjanta? - zapytałem złośliwie, wściekły na Zenka, na siebie, na nią, na Witka.

- Józia ci i tak wszystką prawdę powiedziała stwierdził łagodnie, że nie będzie się upierał przy więziennej legendzie. - I rozleciało się, człowieku. To my siennik na podłogę. I nawet dobrze wypadło z tym łóżkiem, bo za pierwszym razem to ledwom się zbliżył było po wszystkim. Może sobie pomyślała, że to łóżko mnie spłoszyło. Drugą rażą poszło lepiej, ale za trzecim to dopiero podymałem jak prawdziwy dżentelmen i z tej, i z tamtej... mówię ci...

- I przywiozła cię z powrotem? - nacisnąłem zeznającego.

- Żebyś wiedział.

- Gdzie mieszkasz?

- U Króla Szczypiorku. Tam pracuję w inspektach dodał spiesznie.

No i dobrze - pomyślałem. - Witek powinien mieć w domu spokój.

Poza Zenkiem tylko on jeden odwiedzał mnie w lecznicy. No, oczywiście Teresa i Basia. Ale to kobiety. On jeden.

*

Dziś, gdy piszę w niespodziewanym kwietniowym upale, w domu Basi, który lada tydzień zamienię na więzienną celę, wydaje mi się to równie mało realne, jakbym opisywał daleką Arktykę i czasy pradawne. A chodzi o ten, oddalony zaledwie o parę miesięcy roku, grudniowy dzień. Nie wiem, czy ktoś inny poza lekarzem kardiologiem odnajdzie jakikolwiek głębszy sens w mojej wycieczce w świat wolności. Ja sam, gdybym miał tego sensu szukać, musiałbym ten właśnie dzień uznać za początek... Początek czego? Może początek rozeznania. To co było dotychczas, rozgrywało się we mgle. Nie musiałem dokładnie rozeznawać konturów postaw ludzi, których kiedyś znałem, nie byłem w stanie zakwalifikować motywów ich działań... Nie przeczuwałem nawet, że patrząc z sympatią na bunt małego Kuby przeciw ojcu, oglądam początek śmierci siedemnastolatka.

Zaczęło się groteskowo. Goląc się w łazience w temperaturze plus czternastu stopni (koksu było coraz mniej) usłyszałem nazwisko szwagra. Do dziś było nazwiskiem Basi, skoro mieli syna, który przy niej pozostawał, ona pozostawała przy nazwisku męża. Usłyszałem je... głos płynął z telewizora... Zaciekawiony przerwałem golenie, z namydloną twarzą stanąłem w progu wielkiego pokoju... Spiker kończył czytać nazwiska grupy internowanych osobistości zbankrutowanego kierownictwa.

- Stan wojenny- - Basia odwróciła się od telewizora.

Widziałem jej pobladłą twarz, jakiś grymas jakby obrzydzenia, bólu i triumfu równocześnie. Za oknem biało. Ciężki nawis śniegu z gałęzi rosnącego blisko w ogródku świerczka. Biało.

 

(Dopiero potem wysłuchałem orędzia, komunikatów, powoli oswajałem się z umundurowanymi spikerami).

 

Ruszyłem w stronę telefonu. Chciałem kogoś zobaczyć, do kogoś mówić, wiedzieć coś więcej.

- Nie ma telefonów - doszła mnie informacja mojej siostry.

- Wyłączone - usłyszałem głos Kuby, gdy tkwiłem tak z głuchą słuchawką przy uchu.

Chłopak stał pod ścianą. Był blady. Pomyślałem sobie, że przed chwilą dowiedział się o hańbiącym uwięzieniu jego ojca. Wiedziałem, że muszę mu coś powiedzieć.

- Internowanie to żadna hańba - bąknąłem. - To nie wyrok... - oznajmiłem. - Bądź co bądź jestem fachowcem - usiłowałem być dowcipny.

- Internowanych jest parę tysięcy Polaków i tych kilkudziesięciu zdrajców do tego. Mój ojciec nic mnie nie obchodzi - powiedział twardo. - On jest z tych, co zrobili ten stan wojenny. Taki sam... - wypowiedział od siebie wojnę wszystkim. Nie wiedziałem, nie domyślałem się nawet, że to "wojna na śmierć i życie", jak to się głupio mówi. Bo wojna jest na śmierć i taką miała być dla niego.

Wróciłem do golenia. Już wyedukowany przez kolejne emisje oficjalnego wystąpienia. Przyjrzałem się sobie w lustrze jak komuś nieznajomemu. Siwa przyschnięta piana po mydle ucharakteryzowała mnie na starca.

- Co tam robisz? - usłyszałem pytanie Basi. Okazało się, że stałem tak bez ruchu parę minut, aż zdążyła się zaniepokoić. Bo odkąd została sama z Kubą, ja od chwili przybycia zająłem ważne miejsce. Stanowiłem jakąś egzystencjonalną motywację jej życia. Opiekowała się mną po matczynemu, obserwowała z tkliwą podejrzliwością, akceptowała lub ganiła bez słowa. Teraz żyła w ciągłym niepokoju co z moim sercem. Uspokoiłem ją, że się golę.

Raz-dwa ściągnąłem żyletką zesztywniałą skorupę mydlin. Musiałem gdzieś pójść, z kimś mówić. Ale dowiedziałem się, że dziś to wykluczone. Myślę sobie teraz, że więzienie wrobiło mnie w stan pewnej idiotycznej uległości. Że każde "nie" wydawało mi się zakazem płynącym z jakiegoś obowiązującego mnie regulaminu. Nowy regulamin stanu wojennego u Basi mówił, że dziś mi wychodzić na ulicę nie wolno. Jak żałuję, że nie zapisywałem wrażeń tych kilku kolejnych dni. Być może wynikało to z mego specjalnego statusu "urlopowicza". Człowiek na urlopie jest tylko obserwatorem, nie uczestnikiem. I te pierwsze dni to twarze ubranych w mundury spikerów, komunikaty o wykroczeniach przeciw prawu wojennemu, wreszcie te okrutne chwile co wieczór, gdy słuchamy wiadomości o dwóch kopalniach, których załogi "strajkują" na dole. Patrzcie, wystarczyło roku, aby to słowo tak groźne dla jednych, tak bliskie dla drugich, obrosło w uzasadniony cudzysłów, który obowiązuje wszędzie tam, gdzie znaczy co innego niż powinno. Ale mniejsza o cudzysłów. Ludzie są prawdziwi. I przychodzi wiadomość o siedmiu zabitych w kopalni "Wujek". Mały Kuba. Płacz bezsilnej wściekłości... Odtrąca rękę matki, która chce go pogłaskać po głowie. Potem ulga, gdy ci pozostali z innych kopalni wyjeżdżają na górę.

Następnego dnia nie wracam do domu. Byłem za mały w czasie okupacji, aby poznać słowo "godzina policyjna" wtenczas i oto mnie spotkało.

- Już nigdzie nie pójdziesz. Godzina policyjna mówi Witek znajome słowo swej młodości.

I zostaję u niego. Tego dnia w dzienniku telewizyjnym występuje jakiś działacz "Solidarności" szczebla centralnego, który po ogłoszeniu stanu wojennego wrócił do kraju.

- Należałoby go zabić - słyszę słowa Andrzeja i jestem świadkiem jak "stary" (mój Witek to jest "stary") wyrzuca gówniarza z pokoju.

- Taki czas - mówi, gdy za synem zamknęły się drzwi. - Co mądrzejsi zgłupieli, a głupcy stają się szaleńcami - mówi nie wiedząc jak prorocze słowa o swoim synu, mordercy.

Potem mi opowiada o teatrze. Nie przerywają działalności. Dyrektor się zdecydował. Robimy sztukę o boliwijskich górnikach. "Krzycząca aktualność". Wojskowa junta z La Paź gnębi, maltretuje, rozstrzeliwuje. Rozumiesz! "Któryś jest w niebie".

- Nie rozumiem...

- Siedmiu poległych górników oblanych krwawoczerwonym sprayem kona na scenie, a on "nie rozumie".

- Jakich siedmiu górników?

- Z "Wujka"; kretynie. Delikatna aluzja. Co tam Indianie i miedź, jak to znaczy węgiel i polska krew. Cochabamba i Origo - czytaj Katowice i Sosnowiec. A potem... Widziałeś mojego gówniarza... "Należałoby go zabić". Przyjdzie na spektakl i taką wyniesie naukę. Powiedziałem Dyrektorowi, że beze mnie. Rzucę teatr...

To mi się wydawało dziwniejsze i bardziej nieprawdopodobne niż cały stan wojenny. Teatr bez Witka Sanojcy był nie do pomyślenia.

No i rzeczywiście okazało się, że "rzuca", ale nie porzucił. Bo cała Rada i w ogóle koledzy, i w końcu Dyrektor. Ustąpił...

- Więc nie ma sztuki o Indianach w kopalni "Wujek"? - zażartowałem.

Okazało się, że "ustąpił" to znaczy zgodził się pozostać po zapisaniu w protokóle zebrania Rady Teatralnej Witkowego votum separatum co do repertuarowej decyzji.

- Zrozum, ja byłem u nas przewodniczącym "Solidarności", więc to coś znaczy... - usprawiedliwiał się wobec mnie, jakbym miał prawo go osądzać. W końcu sam nie miałem pojęcia, co się właściwie dzieje na moich oczach w tym co wieczór otwieranym telewizorze. Bo tak naprawdę to oglądałem świat przez szybę. Mnie w nim nie było. Tak, jak nie było mnie na tym lodzie i na tych łachach suchego lądu, na tym helikopterze, który wlecze w powietrzu zamocowanego na pasach chłopskiego konia ewakuowanego z zalanej przez powódź wsi. Bo już pamięć w gwałtownym skrócie sadza mnie w środek zimowej oszalałej odwilży. A przecież tyle zdarzyło się jeszcze wokół mnie naprawdę - nie przez szybę.

Teresa. Jak bardzo cały świat, jego uroda lub potworność, zależy od byle czego. Nie wiem, czy ktokolwiek będzie czytał te moje zapiski, a jeśli tak, to kto; i nic mnie nie obchodzi, co pomyśli, gdy doczyta, że mój kutas, biedny, wygłodzony więziennym postem, rzeźbił dla Teresy cały obraz świata. Piękny. W tym czasie godziny milicyjnej, dramatów, niebezpieczeństw. Jej świat, mogę to stwierdzić z męską dumą, był piękny. Lubiłem ją zawsze, teraz potrzebowałem jej jak kobiety, ale ona miała na to swoje bardzo oryginalne określenie: miłość. Odnaleźliśmy naszą miłość. Lub to nasza miłość młodzieńcza odnalazła nas z powrotem.

Czy ja byłem potworem, że przez cały czas widziałem, jak było naprawdę? Że ona pozostawała Dyrektorową, Gwiazdą... Mój Boże, biedna, zarywała czasami randkę bo "działała". Organizowała pomoc dla internowanych - paczki. Noblesse oblige. Żona prezesa Towarzystwa Pomocy Więzionym za Przekonania. "Centrala" mieściła się w ich mieszkaniu. Teraz już nasze spotkanie mogły odbywać się tylko u mnie, czyli u Basi. Doprowadziło to do kłopotów z Zenkiem Siekierką. Nie mogłem przyjąć go "do siebie", czyli zwalić na głowę Basi, a w dodatku skrępować siebie i Teresę. Bo Zenek uznał dalszą "pracę" u Króla Szczypiorku za uwłaczającą. Byłem przerażony, czy wszystko to nie skrupi się na moim Witku. Ale tu sytuację ratował bezkompromisowy Andrzej. Wiedziałem, że ze względu na syna (jeśli chodzi o Witka), a przez strach przed nim (to Ela Audi), Zenek nie będzie ich sublokatorem. Jakoś sobie "poradził". Okazało się później, że Ela ulokowała go "na jakiś czas" w pied-a-terre Króla Szczypiorku, który stał się istną opatrznością krótkiej Zenkowej wolności.

Ale wracajmy do Teresy. Jakąż plątaniną śmieszności jest człowiek. W naszym środowisku, które dawno przestało być moim, stan histerycznej negacji stał się normą obowiązującego obyczaju politycznego. Zauważyłem, że w związku z tym ona z całym przekonaniem grała "żonę działacza opozycji". Ba, mimo wszystko, co z nią wyprawiałem niemal co wieczór, zanim nie nastąpiło wznowienie nieco przetrzebionego repertuaru, Teresa pozostała "żoną" we wszystkich swoich odruchach. Była chyba bardziej niż dotychczas zazdrosna o Malalę Wrzoskiewiczową. Na szklanej ścianie telewizora powódź, komunikaty o procesach w trybie doraźnym, rosną "ptaszki", jakimi oznacza nazwiska internowanych ludzi ze "środowiska", którym załatwiła już paczkę, gdzieś siedzą ci, co ich "wzięli", po mieście krążą ludzie obrażeni, że nie sięgnęły ich represje. "Ukrywać się" to należy do dobrego tonu. A ja spotykam na ulicy Malalę Wrzoskiewicz. W podkasanym rudym futerku z lisów, stąpająca na długich szczupłych nogach wyglądała z tyłu jak kawałeczek parzącego ognia. Więc polazłem za nią. Nie żeby zaczepić, ot tak, z instynktu. Taka kobieta jak ona wie, wie od razu. Nie słyszy przecież moich kroków, nie obejrzała się, a wie... Idzie wolniej, leniwa i niezależna, a przecież zainteresowana. Gdy przystanęła nagle przy wystawie, próbowałem tchórzliwie ją wyprzedzić.

- Panie Julianie! - usłyszałem.

To ona mnie zaczepiła, odczytawszy tożsamość z odbicia wystawowej szyby lepiej niż mógłby gliniarz z dowodu osobistego. No i poszliśmy razem. Sądziłem, że Teresa nie zostawia we mnie ani kawałka mężczyzny "na wynos", ale to nie przy Malali. Ona jest "uosobieniem"... - co za stówo "uosobienie" - ona jest tym. Jak się śmieje, to piłuje mnie po podbrzuszu, gdy robi się poważna myślę, że tak by wyglądała w orgazmowym oszołomieniu. Po przejściu sporego kawałka zauważyłem, że ona idzie po prostu przed siebie. Zaproponowałem, żebyśmy "gdzieś wstąpili". Zaśmiała się pytając, czy noszę przy sobie cukier, bo w kawiarniach go nie podają... Ale dali nam jednak cukru i byłem z Malała "na kawie". Nie domyślałem się nawet, jakie będą tego następstwa. Może by nawet i były te najlepsze, bo musiałem ją zainteresować. Byłem bezczelny. Opisywałem nasze "uniesienia" pod celą, gdy po kolei "lecieliśmy w konia". Wtajemniczyłem ją w nomenklaturę. Zrobiłem się bezczelny i opisywałem to zdjęcie, które oczywiście świetnie pamiętała.

I widziałem, że moja bezczelność ją bierze. Nie miałbym żadnych wyrzutów sumienia, bałem się Basi, zresztą wydawało mi się to po prostu utopią, żeby pójść z nią od razu. Ale zauważyłem, że coś ją w całej sytuacji wyraźnie podnieca. Sprowokowałem jakiś żart, że skoro tak długo przebywałem z jej mężem we wspólnym pokoju w szpitalu, powinienem może zwiedzić jego prawdziwe mieszkanie. Jej się to spodobało. A we mnie mężczyzna urósł do imponujących rozmiarów.

- Nic z tego - roześmiała się jednak. - Absolutnie wykluczone. Teraz wykluczone - dodała jakby pilnując się, żebym nie stracił nadziei. No i ponieważ Malała była, jaka była, po kwadransie już wiedziałem, że u niej "ktoś się ukrywa". Ktoś, kto cudem uniknął internowania...

Zrobiłem się bezczelny. Zapomniałem o Basi. Ale na propozycję, żeby w takim razie ona obejrzała, jak mieszka kolega i współlokator męża ze szpitala, pogroziła mi tylko paluszkiem. A potem jak pilna uczenniczka wyjęła notesik.

- Niech mi pan da swój telefon - powiedziała cichutko, a mnie przeszły ciarki.

Zapisała.

- A co by na to powiedziała Teresa? - zapytała z cichutkim śmieszkiem i zrozumiałem, że mam szansę. To był następny krok w kierunku ośmieszenia "rywalki". Bo jak długo Teresa nie dawała Dyrektorowi rozwodu, pozostawała rywalką.

No i wkrótce się dowiedziałem "co by na to Teresa..."

Nagle "nie mogła przyjść". "Paczki". "Przecież wiesz, że wznawiamy spektakl. Mam próbę". Za trzecim razem powiedziałem, że skoro ona nie może przyjść do mnie, to ja się wybieram do niej. Pomogę jej pakować paczki - tak powiedziałem. Wyczułem, że jest szczęśliwa. Pewnie to był ostatni dzień, w którym jeszcze się trzymała. Nie będę się rozwodził. Na następnej stronie czeka na mnie trup tego chłopaka... Nie będę się rozpisywał. Rzeczywiście Teresa próbowała wystąpić w roli matrony polskiej. Były na stole przygotowane do pakowania "dary". Ale sweterek miała opięty i spódniczkę tę, w której lubiłem zaczynać pieszczoty. Cóż, ja postanowiłem trzymać się dzielnie. I ona sypnęła się z miejsca.

- Czy wiesz, co mnie spotkało? Czy wiesz, na co mnie narażasz...

Atak był furiacki. A ja nie wiedziałem...

- "Oni nas zdradzają" - oto z czym się ośmielił pojawić ten nędzny rogacz. "Oni" - "nas". Rozumiesz. Ty z Malała. Ty zdradzasz mnie, a Malała jego. Tak nas połączył.

- Nie rozumiem - powiedziałem zupełnie ogłupiały.

No i we łzach i uniesieniu, z barkiem pogryzionym do krwi na małżeńskim łożu Dyrektorostwa, dowiedziałem się, co się stało. "Widziano" nas razem - mnie i Malalę. To ja doprowadziłem do formuły "widziano", bo w relacji Wrzoskiewicza "widuje się nas razem". Co za miasteczko. Swobody nie więcej niż na więziennym spacerniaku.

- I żebyś ty zrobił mi coś takiego. Z taką...

Tu przyszły wspomnienia kręconego wspólnie z Malała filmu. Pierwszego wieczoru dała dupy pomocnikowi operatora. Teresa nie unikała w gniewie mocnych słów. Dodawało to pikanterii naszej sytuacji. Znów zabrałem się do roboty. Pojękując z rozkoszy kontynuowała dialogi urojone czy prawdziwe. Malała miała oznajmić: no to co. Jutro zaliczę reżysera. Najpierw przyjemność, potem obowiązek... Chciałem zapytać, czy jej Dyrektor to przyjemność czy obowiązek, ale ugryzłem się w język (tak się mówi, naprawdę zapewne ugryzłem ją w co innego, he, he).

Tak czy tak, zeszło i na Dyrektora. Kto zrozumie kobietę. Teresa "musiała przyznać", że jej mąż zachowuje się "bohatersko".

- Czy wiesz, że on ukrywa gdzieś Henryka Zajączkowskiego.

- A pewna jesteś, że Zajączkowskiego poszukują odparłem złośliwie. Ja już wiedziałem, gdzie to się mój Zając ukrywa. Postanowiłem zaskoczyć Malalę.

 

Dość niespodziewanie zakończyła się moja wizyta u Teresy. Byliśmy już ubrani, gdy rozległ się dzwonek do drzwi. Ona wyjrzała oknem z łazienki.

- Już idę, idę, chwileczkę, paczka gotowa - zapewniła kogoś.

Zszedłem w ślad za nią po schodach. Przez uchylone drzwi do holu, w tej chwili zmienionego na charytatywną paczkarnię, ujrzałem przygięte plecy starej kobiety. Jej głos wydał mi się dziwnie znajomy. Złodziejskim chodem przemknąłem bliżej. Staruszka dziękowała wylewnie, co mnie zdziwiło, nie za paczkę, a za jej "tak piękne przyszykowanie"... Głos jej wciąż wydawał się znajomy. Teraz miała jeszcze jedną prośbę. "Żeby pani, ten anioł, o którym nigdy rodziny internowanych nie zapomną... zaadresowała tę przesyłkę tak pięknie zapakowaną". Babci wzrok zupełnie nie dopisuje, zginęły okulary...

Teresa była na miejscu. Poprosiła, by jej dyktować. I wówczas o mało nie ryknąłem głośnym śmiechem.

- Tadeusz Laniewicz... - zaczęła staruszka dyktować nazwisko swego syna, internowanego w grupie skompromitowanych prominentów. Tak, Laniewicz, były mąż mojej siostry. Jej teściowa sprawiła oto mojej kochance niespodziankę zupełnie nieprawdopodobną.

- Już? - usłyszałem upominający głos staruchy. Widocznie osłupienie Teresy sparaliżowało ją doszczętnie.

- Tak, tak... - usłyszałem jej spłoszony głos i chyłkiem uciekłem schodami na górę, mijając złażącego niezdarnie na dół baseta. Już mnie zaakceptował. Pies już mnie zaakceptował.

 

Człowiek, nawet ciężko doświadczony, nie jest przygotowany na przyjęcie swojego losu. Błogosławiony stan, gdy jego los ogarnia więcej niż tylko zawsze chudy świat "ego". Ale cóż z tego. Człowiek wyzwolony z przekleństwa samotności staje się udziałowcem cudzego losu i uznać musi za swoje również cudze klęski.

Leżał na podłodze z płowymi włosami rozrzuconymi wokół głowy, którą złożył niczym na ołtarzu przed otwartą pokrywą piekarnika gazowego pieca. Ile to sekund minęło, nim zrozumiałem, a właściwie jeszcze nie zrozumiałem, choć już dusząc się biegłem do okna, rozwaliłem je na oścież, potem drzwi od ogrodu. Sam najpierw zaczerpnąłem w płuca mroźnego powietrza, a potem zawróciłem i wlokłem tego trupa uchwyconego pod ramiona aż na próg otwartych drzwi. Jeszcze nic nie rozumiałem, a ścięty byłem przerażeniem. Bałem się nie tego zimnego Kuby, bałem się już całym spanikowanym sercem tej chwili, gdy Basia... Absurd tego, co widziałem, wydawał się nieść jakąś nadzieję, że nie widzę rzeczy realnej. Chwilami wydawało mi się, że wystarczy się obudzić. Nie było nadziei. Ja wciąż tkwiłem w tym, co nie było snem, a on sztywniejący nie reagował na moje chaotyczne próby ratowania... Sztuczne oddychanie..., Przed dwudziestu laty kończyłem kurs dla ratowników pływackich...

Tak. Czekało więc na mnie to wszystko. Było tuż. Za zamkniętymi drzwiami korytarza, za drugimi przeszklonymi drzwiami sypialni mojej siostry. Niemożliwe było jednak rzeczywistością. Przyciągnąłem go do pokoju, nie wiadomo po co wciągnąłem na tapczan. Wróciłem do kuchni. Obejrzałem drzwi oklejone taśmą... A jednak nie zamknął na klucz. Miał nadzieję... No nie, drzwi kuchenne klucza nie miały... Stałem tak przez chwilę, aż poczułem ogarniające mnie mdłości. Było tu jeszcze gęsto, choć powietrze z zaokiennej ciemności niosło rzadkie płatki padającego śniegu. Zamknąłem drzwi. Teraz to najgorsze. To niemożliwe: Basia. Podobno nic nie powiedziałem. Ona potem mówiła, że nic nie powiedziałem, tylko wziąłem ją za rękę, jakbym się bał, że upadnie, i prowadziłem do swego pokoju.

Tak jej szczękały zęby, że nie mogłem utrzymać szklanki, gdy chciała popić proszki... Brała od dawna "coś na nerwy", nie miałem siły przeszkodzić, nawet gdy łykała trzy czy cztery na raz... Myślałem, że wszystko jest dla- niej lepsze od świadomości tego, co się stało, a co w żaden sposób nie chciało się zmieścić w mojej świadomości. Nie napiszę ani słowa o jej zachowaniu. Do cholery, ludzie mają zakodowaną cenzurę, gdy chodzi o seks. A na śmierć patrzeć "wypada". "Wypada" być na cmentarzu. Barbaryzm naszych obyczajów. Biedna moja siostra. Gdy leżała na dywaniku przed tym tapczanem, na którym on... Nie dała się stamtąd ruszyć, szarpały nią jakieś dreszcze, a może to były .uderzenia serca. Nie wiedziałem i wydawało mi się, że cokolwiek się z nią stanie, nie mam prawa, nie mam prawa do tego, żeby mówić, radzić, pocieszać... Nic nie rozumiałem. Wiedziałem, że i ona nic nie rozumie i myśli, bez ustanku bezradnie szuka... Z tego co widziałem, nic nie wynikało. Kiedyś powiedział: "mogę się wstydzić ojca - nie chcę za siebie". Ale co to ma wspólnego. Kiedyś spytałem: coś u ciebie nie spotkałem żadnej dziewczyny, czy to teraz taka moda, że wy tylko z Ojczyzną? Roześmiał się. Bez kompleksów... Gdy już leżał w trumnie, w tym wyrośniętym czarnym ubraniu ze zbyt krótkimi rękawami - uszyte było w zeszłym roku "na pierwszą prywatkę". Bo ojciec chciał, żeby wyglądał "przyzwoicie". Oni sami wyrastali w tych swoich "tenisach" i syna też traktował jak partyjnego brojlera. A on leży w dechach z tymi za krótkimi rękawami. Jak to zrozumieć? Za murem szanują tych na dwadzieścia pięć lat. Ci, co zarobili kaes, otoczeni bywają legendą. Kara śmierci. Śmierć to kara. To rzecz oczywista. A taka śmierć? Jako co? Jako akt łaski wydany samemu sobie? Co on zobaczył takiego w życiu, żeby sobie pójść z tą przeklętą taśmą do uszczelniania... Taśma. Basia jest skrzętna. Naczytała się w artykule Zajączkowskiego prognoz o zimie powolnego umierania z głodu i chłodu i kupiła czy "zdobyła" taśmę... Nie było koksu, była taśma. No głupstwo, bez taśmy byłoby to samo. Jak to zrozumieć? Skąd się wzięły te przeciążenia i jak można było tego nie zauważyć? Jak Baśka będzie żyć? Czy potrafi dalej żyć? Śmierć jako łaska. Słowo daję, wydaje mi się, że w wyższym stopniu każdy Zenek Siekierka może dysponować cudzym życiem jako rabuś, bandyta, niż taki szczeniak swoim. A Siekierka nagle mi się objawił i nagle on, głupi wsiok spod Końskich, okazał się jedynym człowiekiem, który wiedział, jak się zachować. To on zamawiał trumnę. On potrafił zmusić Basie, że chodziła z nim załatwiać miejsce na cmentarzu. To on prowadził ją jak troskliwy młodszy brat. Ja się jej bałem.

Zresztą Zenek i w sprawie podstawowej okazał się od nas mądrzejszy.

- Jak jest trup, musi być morderca - mówi Zenek szeptem w moim pokoju.

Basia chyba śpi albo leży sponiewierana przez bezmiar luminali.

- Trup i morderca to jeden człowiek. Samobójstwo to nie kryminał - mówię niechętnie.

- Jeszcze zobaczymy.

- Co masz na myśli?

- Co mam, to mam.

- Więc szukasz mordercy? A może i pasera - dokuczyłem mu znając prawdziwe okoliczności jego wpadki, zmitologizowane legendą o "siekierce" użytej w obronie starszego brata.

- Jak się uda i paser się znajdzie.

Było to równie nieprawdopodobne i bezzasadne jak śmierć Kuby, ale też, jak się potem okazało, równie oczywiste. Bo znalazł się i morderca i ktoś, kogo potem nazwałem paserem.

Tak. Bo nagle padło nazwisko Zajączkowskiego. W okolicznościach absurdalnych, jak całe te trzy dni do pogrzebu Kuby. Więc śledztwo. "Bądź co bądź śmierć" usprawiedliwia się śledczy. To nie przypadek - mój znajomy. "Uznali mnie za specjalistę od rodziny Laniewicza" - mówi w pewnej chwili. I przynosi mi ulgę, jego osoba przynosi mi ulgę. Przecież już było równie parszywie, a może gorzej. Jeśli gorzej to przez Krystynę, a nie przez śmierć ojczyma. "Ta śmierć jest w porządku" - powiedziałem podobno śledczemu wtedy. Bo teraz porozmawialiśmy sobie dłużej. Wiedział o moim urlopie. Skąd? Dlaczego? A może on w ogóle jest "od naszego środowiska" i wie wszystko służbowo. I zeszło na Zajączkowskiego. - Czy pan wie, że wówczas bardzo pana bronił? Był u ministra sprawiedliwości na rozmowie. Że taki artysta i w ogóle.

Nie wiedziałem. Nawet mnie oszołomiła ta wiadomość. Dlaczego nie wiedziałem?

Okazało się, że on w ogóle lubi interweniować. Wyrabia sobie autorytet... - mówi mój śledczy. Bo mówimy o wszystkim, tylko nie o biednym Kubie leżącym w czterech deskach w przykrótkim garniturze. Jego "sprawa" prosta. Samobójstwo.

- I cóż tam u niego słychać? - pada nagłe, niechybnie prowokacyjne pytanie o Zajączkowskiego, którego kryjówkę znam. Czuję lekki podniecający dreszcz niebezpieczeństwa.

- Skąd mogę wiedzieć? - odpowiadam przytomnie. Podobno się ukrywa.

- A ukrywa się. W mieszkaniu aktora Wrzoskiewicza. Tylko że my jego nie poszukujemy.

- Wrzoskiewicz z pewnością nie wie o niczym - mówię z przekonaniem.

- O różnych rzeczach Wrzoskiewicz nie wie - mówi dwuznacznie mój rozmówca.

Zaczynam się śmiać. Myślę o Dyrektorze, którego czynności z Malała zdają się być obserwowane przez władzę.

- Co takiego? - zainteresował się śledczy.

- Nic. Pomyślałem sobie, jak dziwnie się w życiu plecie. Przecież Zając, to znaczy Zajączkowski, niewątpliwie chciałby być internowany...

- Nawet władzy chodziło to po głowie. Żeby razem z byłymi prominentami. Spotkałby pana rodzinę...

Teraz już mi było naprawdę wesoło. Zapomniałem na chwilę o Kubie.

A przecież przede mną była jeszcze ta straszna robota - grzebanie siostrzeńca.

Ten pogrzeb! Dziwny niemal jak śmierć. (Swoją drogą dlaczego śmierć stale nas zdumiewa? Mamy jakoś zakodowane przeświadczenie o naszej nieśmiertelności). Z tego wszystkiego, co dzieje się na cmentarzu, jedno właściwie należy zapamiętać: głuche uderzenie ziemi lecącej z łopaty grabarza na pudło trumny... To jest serio. Ale na pogrzebie Kuby wiele było rzeczy mniej serio, ale bardzo przykuwających uwagę. Laniewicz. Laniewicz z dwoma smutnymi pannami asysty. Kolega Laniewicz. Mój kolega. Urlopowany. Na pogrzeb syna zwolniony z miejsca internowania. Mój Boże, gdyby to jego przyszło grzebać jeszcze rok, jeszcze pół roku wcześniej, tych dwóch albo i czterech smutnych kroczyłoby za trumną z poduchami orderów. A dziś on. Osobno. Chociaż obok Basi, to jeszcze bliżej ci dwaj smutni...

- Ile to się dostaje na syna? Dwa dni? - zdziwił się Siekierka "na stypie" (sam tak nazwał poranną herbatę w domu Laniewicza, gdzie wszyscy byliśmy "u siebie", a on obcy).

Basi przy tym nie było. Dziwne, ale wiedziałem, że Siekierka nic bez sensu, nic "z celi" i w ogóle nic paskudnego przy Basi nie powie.

 

Więc Basia, ja, Witek Sanojca, Teresa, Laniewicz, dwóch smutnych i jeszcze coś dziwnego na cmentarzu, który jest naturalnym miejscem starości. Klasa Kuby. Delegacja klasy. A zapomniałbym napisać coś jeszcze dziwniejszego. Ksiądz. "Ksiądz katecheta" - jak mówił do niego Andrzejek Sanojca. I pogrzeb z księdzem. Wbrew stanowczej odmowie danej Siekierce. Nie wiedziałem jeszcze, kto to był i jaki grzech wziął na swoje sumienie. Nie wiedziałem, że była już "decyzja", że grzebali Kubę jako swego pierwszego poległego. Był moment, gdy coś niejasnego zaczęło mi świtać - ta chwila, gdy szczeniak Witka, czyli Andrzejek, występuje przed szereg tych delegatów klasy i wygłasza dziwne zdanie z piosenki: "śpij kolego w ciemnym grobie, niech się Polska przyśni tobie". I te dwa rozczapierzone palce uniesione do góry w kształt litery "V" w niemym salucie. Coś we mnie drgnęło. Zaskoczyła we mnie jakaś myśl, choć jeszcze mi się nie śniła organizacja "CZAKO".

No tak. Zapomniałbym o jeszcze jednej osobie. Matka Laniewicza. Teściowa mojej Basi szła obok Teresy. I żeby było jak trzeba, żeby się pogrzeb nie mógł odbyć bez sceny godnej grubego śmiechu, jest taki moment już po wszystkim, gdy trzeba odejść od tej kupki świeżej ziemi, a wszyscy czują, że odejść nie można, że Basia powinna tu wrastać powoli jak ten drewniany krzyż może tu "nielegalny" (samobójca). I wówczas staruszka, która zżerana sklerozą, wie tylko jedno, że ta obrzydliwa synowa jest wrogiem jej więzionego dziecka... więc staruszka by wykazać synowi, że jest sam, zupełnie sam i zupełnie oddzielnie, oddzielony od tej żałobnej zdrajczyni, której powinien współczuć, ale mu współczuć nie wolno, więc staruszka wiedziona macierzyńskim instynktem kojarzy synka z Teresą. Mówi: podziękuj pani. Ta ostatnia paczka, którą dostałeś, to dzięki pani...

Ja jeden to słyszę, a choćby i wszyscy słyszeli ja jeden rozumiem.

Idziemy wolno w stronę bramy eskortowani przez dwóch smutnych Laniewicza. Został pod górą piasku Kuba - skończył życie nie zaczęte, a idziemy my - kontynuować życie już skończone. Ja, za mną Laniewicz... "Urlopowani".

 

- Siądź na swoim miejscu - powiedziała Basia. Bo stało się. Przed bramą willi zastaliśmy parkującego poloneza. Laniewicz w towarzystwie dwóch swoich aktualnych strażników stał bezradny przed zamkniętymi drzwiami ongiś jego domu.

- Wejdźcie - zaprosiła ich Basia. Każde słowo wydobywała z siebie z niezmiernym trudem i z każdego cieszyła się jak z triumfu powracającego w nią życia.

Ale tamci dwaj podziękowali. Kto wie czy nie dlatego, że Basia uprzedziła, że płaszczy dziś się nie zdejmuje - nie napalone... Uzgodnili, że przyjadą po pasażera około ósmej... No i teraz mamy go wśród nas.

- Zajmij swoje miejsce.

- Żebym to wiedział, gdzie jest moje miejsce - Laniewicz się nie zgrywa. Nie wie nic. Jego świat się skończył.

- Miejsce każdego jest tam, gdzie siedzi - zdobywa się na aforyzm Siekierka. - Tak kolego - dodaje po chwili namysłu.

To śmieszne. Siedzimy oto przy stole wszyscy "urlopowani". Siekierka zajmuje się herbatą. Parzy fachowo. Taką herbatę pijamy z Sanojcą. Ta sama szkoła: Ela Audi. Basia milczy. Laniewicz nie znosi długo tej sytuacji.

- Teresa pięknie wygląda - mówi znienacka i jest tak, jakby pierdnął bez uprzedzenia.

Przychodzi mi to na myśl. Dosłownie tak sformułowane i widocznie musiałem się uśmiechnąć, bo on spłoszony pyta, z czego się śmieję.

- Nic, nic - mówię - przypomniała mi się nasza rozmowa, ileż to już lat, gdy ty mnie upominałeś, żebym rzucił pewien "podejrzany kabaret" - tak się wyraziłeś: "podejrzany kabaret". Że skoro nas łączą więzy rodzinne, po prostu nie wypada... I było tak, że ja się broniłem. Ze niby co na to powiedzą koledzy. I mój Dyrektor. Ty na to, że kto jak kto, ale Dyrektor będzie szczęśliwy, że jego czołowy aktor zaprzestaje antyrządowych wygłupów...

Było to w jego urzędowym gabinecie. Nie zdążyłem mu powiedzieć, że to przecież sam Dyrektor patronuje moim występom, niemal reżyseruje po cichu każdy mój numer, gdy zadzwonił na jego sekretarskim biurku telefon. - Łączyć - rozkazał. Przywitał kogoś bardzo życzliwie i po sekundowym wahaniu nacisnął na rozdzielczej tablicy swych licznych telefonów guziczek nagłaśniający rozmowę na cały pokój. I oto słyszałem mojego Dyrektora. Płaszcząc się i podlizując dziękował za "życzliwe potraktowanie" nie wiedzieć czego czy kogo. Deklarował, że "ze swej strony" zawsze i w każdej sprawie..." Laniewicz popatrując na mnie z ukosa siedział bez słowa kiwając się za biurkiem, jakby to on słał korne modły, przekazywał je gdzieś jeszcze wyżej... Tak. Taki to był tamten odległy czas i tamci niepoznawalni dziś ludzie. Za pół roku Zajączkowski ogłosił na safianie czy welinie monografię nowego teatru Dyrektora. W pół roku po jego otwarciu. Gdzie ci ludzie...

Zawędrowałem myślami w tej ciszy, gdzie nikt nic nikomu nie ma do powiedzenia poza tym wyczekiwanym "do widzenia". Niech znika ojciec Kuby, skoro Kuby już nie ma. "Dobranoc" - niech powie do nas pozostałych Basia, którą czeka noc męki.

No i przychodzi ta chwila. Basia poszła odprowadzić go do drzwi.

- Pojechał twój partyjny - arcykurwa do swojej kozy-. - mruczy cicho Siekierka.

Zostajemy we trójkę. Lepiej się milczy. To dziwne, ale Siekierka jest swój. Nie przeszkadza mi i wierzę, że Basia też jest dzielniejsza, skoro jest ktoś jeszcze, kto nie budzi gniewu i niepokoju. Zenek jest opiekuńczy i po swojemu mądry. Zszedł do piwnicy napalić w piecu.

- I bez zimna ją biedaczkę trzęsie... - skomentował swoją decyzję.

Nie wiem, jak ona spała. Ja miałem noc koszmarną. Mordowałem mojego ojczyma. Ten moment, gdy coś chrupnęło, gdy grzmotnąłem ciężkim świecznikiem. To ona - Krystyna - zsuwa się na tamtą stronę. Gonię ją, ścigam w tych ciemnościach słysząc gdzie jest, w którym kącie usiłuje się ukryć, słyszę jej oddech. Wreszcie ją chwytam. Jej nagie ciało wyślizguje mi się z rąk. Poprawiam chwyt. Obalamy się na podłogę, szukam jej gardła, znajduję i nagle moja ręka obejmuje ją bezradnie za szyję. Czuję łzy biegnące przez mój policzek...

Obudziłem się. Kuba umarł - zrozumiałem to w tej właśnie chwili.

Może to okrutne, ale w momencie gdy Siekierka ofiarował się towarzyszyć Basi na Powązki do kamieniarza, by zatroszczyć się o "pomnik", jak nazywał nagrobną płytę ("Mam znajomego, co sam kuje, robi w największej firmie..."), odczułem błogie poczucie wolności. Na parę godzin uwolniłem się od obowiązku żałoby. Nie, nie poleciałem do Teresy. Jakoś od paru dni, od paręnastu chyba nawet, było z nią krzywo. Ale był Witek. Akurat był poniedziałek, dzień wolny w teatrze.

Nie mogliśmy o tym nie mówić. O tym księdzu, co się nagle pojawił, wyczarowany przez Andrzeja, o tym pożegnaniu ("śpij kolego w ciemnym grobie, niech się Polska" i tak dalej)... Tak, grób był ciemny, ale naokoło na wierzchu jeszcze ciemniej. Witek też był jakoś spłoszony i wcale tego nie ukrywał. "Boję się o małego" powiedział w pewnej chwili.

- Czy wiesz, że kiedyś w czasie wojny, akurat miałem jego dzisiejsze lata, okropnie podpadłem. Mieliśmy jakąś akcję, rzeczywiście niełatwą, i któryś tam powiedział, jak wypadało: tylko, chłopaki, pamiętać - jakby coś nie tak, ostatnia kula dla siebie. A ja powiedziałem: ja nigdy się sam nie zabiję. Byłem potem "niepewny". Odsunęli mnie od kolejnego zamachu. A powiedziałem prawdę. Myślę, że musi to czuć każdy, co kocha życie, jakim by nie było, a więc każdy siedemnastolatek. A tu, popatrz, nie miał jeszcze siedemnastu... Boję się, Julek, ten czas już nie dla nas...

- A nasz Dyrektor? W twoich latach, a czas dla niego jak znalazł - spróbowałem żartem zbyć jego niepokoje. Ale otwarłem nowy przepust. On naprawdę zaczął nienawidzić swego szefa. On, ongiś tak gorąco we wszystko zaangażowany, sam mówił, że był w pierwszych miesiącach "solidarnościowym fanatykiem", teraz trząsł się na nazwisko człowieka, który - sam słyszałem przez Wolne Radio - "stał się symbolem frontu odnowy".

Zaczął mi opowiadać o próbach w teatrze. O misteriach wokół tych siedmiu zabitych w kopalni "Wujek". Przed każdą próbą minuta ciszy. Chodzi o nastrój misterium narodowego... "naszego" misterium narodowego, który wydobyć musimy ze sztuki o masakrze boliwijskich górników... Ten błazen ustalił nawet "rolę" siedmiu statystów, którzy będą leżeć oblani czerwonym sprayem. To są "role". Odpowiedzialność za przekaz historycznej prawdy spoczywa na każdym z was. Ale że sztuka ma ogromną obsadę, nie starczyło mu na statystów. l wiesz, co ten bydlak zrobił? Zaproponował mojemu Andrzejowi. Że sobie zarobi. Ponieważ ja odmówiłem, postanowił, że mnie dopadnie przez syna...

- Zakaż gówniarzowi...

Witek smutnie spuścił głowę.

- To bardzo trudne... No, to po prostu nie jest możliwe. Oni teraz wiedzą lepiej. Ci nasi synowie. Byłem wezwany do szkoły. Mój orzeł wezwał w swej "gazecie" (chociaż teraz już wolno mówić "gazetce" - bo to "jak w okupacji") do uczczenia pamięci siedmiu górników... A wiesz w jaki sposób? "Grobową ciszą" na przerwie lekcyjnej, na "dużej pauzie". W ogóle coś mi się zdaje, że czeka nas jakaś przerwa, tylko cholera wie, co będzie po dzwonku. Obiecałem dyrektorowi szkoły, że z chłopcem "porozmawiam", przyzwoity człowiek ryzykuje dla takiego gówniarza...

Przecież jakby się wydało... Podobno paruset takich niepełnoletnich zatrzymanych "działaczy" siedzi w specjalnym odosobnieniu... Obiecałem, że porozmawiam, a gówniarz mi oznajmił, że żadnych rozmów nie będzie. "A do tego mogę cię poinformować, że twój Dyrektor przekazał mi propozycję, abym statystował w nowej sztuce. Tej, wiesz, o siedmiu górnikach. Ty rozumiesz? Sztuka już nie jest "Górą Żałoby" tylko "Któryś jest w niebie" i nie jest o Boliwii, jest o siedmiu górnikach. I na ten temat też "rozmowy nie będzie". Pogratuluj sobie, że nie jesteś ojcem.

- A Ela?

- Co Ela?

- No, nie może na niego wpłynąć?

Sanojca popatrzył na mnie jak na wariata.

- Ona się do wychowania chłopca nie miesza. Więc go będzie wychowywał nasz Wszystek. Wiesz, że oni uchwalili odmowę. "Ja odmawiam" mówi każdy, czy go proszą, czy nie. Granie w TV czy w filmie jest kolaboracją. To ja mu powiedziałem przy wszystkich, jak mnie wkurwił, że uważam granie w państwowym teatrze również za kolaborację. Nie uwierzysz, ten błazen się przestraszył. A reszta błaznów uwierzyła. Chwilami myślę, że ten Kuba miał chyba rację...

Skończyło się, że Witek wyciągnął biedne kartkowe pół litra. Przeprasza}, że zagrycha lada jaka... Coś sobie przypomniał, złapał gazetę, poszperał i przeczytał mi informację, że któryś internowany z "wielkich ekstremistów" "w związku z kłopotami gastrycznymi ma zapewnione dietetyczne obiady dostarczane co dzień z klasztoru sióstr... jakichś tam".

- Terror, rozumiesz. A oni protestują. "Odmowa". I trupy zmasakrowane na scenie teatru. Tam siostrzyczka kuśtyka z dietetycznym obiadkiem dla wroga, a u nas te kretyny odstawiają martyrologię. A jakiś inny kretyn powiedział wówczas przez Radio Londyn, że sześćdziesiąt tysięcy ludzi internowanych przez juntę zamarza w Stutthofie. No to pod ten mój dietetyczny razowczyk...

- O rany, zaraz godzina milicyjna - żegnałem się w popłochu. Po ulicach krążyły patrole. Na niektórych skrzyżowaniach stały transportery. Zmarznięci żołnierze grzali ręce przy rozżarzonych koksownikach. A u nas - cholera - zimno. Ostatki koksu.

*

Stało się coś niespodziewanego: Siekierka stał się potrzebny. Potrzebny mnie, potrzebny Basi. Już czwartą noc... a może to była piąta po pogrzebie Kuby? Dość, że spaliśmy razem z Siekierką w pokoju na dole obok sypialni Basi. To wszystko z Teresą przestało mnie nagle bawić, pani z autobusu była stracona, uspokoiłem się... Śmieszne - tydzień tej grozy, bredni, śmierci, a ja się przechwalam. A prawda jest taka, że śpimy we dwóch w pokoju na parterze.

To mnie obudził dźwięk tłuczonej szyby. Usiadłem na łóżku. Przez wszystkie te noce spałem bardzo płytko, budził mnie każdy dźwięk dochodzący z jej pokoju. Po prostu bałem się o nią, czy nie zrobi czegoś... Ale ten dźwięk to było coś innego. Na dole był garaż i piwnice - to stamtąd przyniosło niepokojący odgłos. Nie zapalając światła sprawdziłem godzinę w świetle zaokiennej latarni. Piętnaście po pierwszej. Niemożliwe - w czasie godziny milicyjnej... Niemożliwe. Położyłem się z powrotem, ale... Teraz usłyszałem ludzki przytłumiony głos gdzieś od strony ogrodu. Wyskoczyłem z łóżka. Wkładając spodnie obudziłem Zenka.

- Cicho. Ktoś się do nas włamuje... - szepnąłem.

- Włam! - zawołał szeptem z radosną akceptacją w głosie, ale zaraz spoważniał. Zrozumiał, że staje się ofiarą nie sprawcą i ogarnęła go duma.

- No, niech poczekają, już my im... - mamrotał, gdy błagałem go o ciszę. Włożyłem skarpetki. Plan był prosty. Z mieszkania prowadziły do piwnic dodatkowe wewnętrzne schody z przedsionka kuchni, tamtędy mieliśmy zejść, jeśli chcieliśmy sprawców spłoszyć bez większego ryzyka. Bo w moim planie nie mieściła się żadna batalia wręcz. Zenek rozegrał ją samodzielnie.

Jednym ruchem przekręciłem klucz, drugą ręką nacisnąłem klamkę i już zapalałem światło. W tym momencie wyminął mnie Siekierka. Usłyszałem:

- Rzuć to skurwysynu! - jakiś krzyk, ktoś jęczał, widziałem tylko plecy schylonego przyjaciela tłamszącego kogoś pod sobą i nogi drugiego osobnika dyndające z piwnicznego okienka... Nagle zobaczyłem. pistolet w dłoni wystającej spod splątanych ciał i zrozumiałem, że Siekierka walczy o życie. Zostawiwszy rejterującego bandytę jego losowi spadłem na tę rękę zaciśniętą mocarną dłonią Zenka i wyłamałem z niej pistolet, klasyczną parabelkę, którą nie raz przyszło mi wymachiwać w czasach mej sławy w filmach sławiących lata i ludzi okupacji. Dopiero teraz, gdy zbój jęczał przygnieciony przez siedzącego na nim Siekierkę spojrzałem na wykrzywioną bólem twarz.

Był to Andrzej Sanojca. Jeśli się komuś wyda dziwny początek sprawy, ciąg dalszy będzie dziwniejszy. Po pół godzinie, gdy obok teatralnej atrapy pistoletu parabellum mieliśmy autentyczną TT z niemal pełnym magazynkiem, wiedzieliśmy już, że rozbroiliśmy patrol patriotycznej organizacji "CZAKO".

W blasku kiepskiej piętnastowatowej żarówki, siedząc w otwartych drzwiach fiata, czytałem przedśmiertny list, a raczej listy mego zamordowanego siostrzeńca...

Drugi członek "patrolu" zbiegł przez wybite okienko garażu - był zresztą "bez broni" - usprawiedliwiał go pojmany dowódca, który na akcję zorganizował owo parabellum z rekwizytorni teatralnej. Bo od początku między nami a pojmanym wytworzył się stosunek dziwacznej zależności. Oto "jeńcem" był syn mego przyjaciela i co gorsza, syn kochanki mojego sojusznika. Siekierki. Doprawdy dwu-, a właściwie wieloznaczne zależności. Przestałem o nich myśleć kiedy...

Boże, jak człowiek, który nigdy nie konstruował żadnych teatralnych fabuł, a na nich się wychował, ma teraz sprostać zadaniu, aby bezbłędnie streścić życie tak zagmatwane wokół śmierci tego biednego chłopca.

Ten list. Ile czasu minęło, nim zacząłem rozumieć. "Wolę zabić siebie", l pożegnanie przyjaciela - dowódcy. Ten tam gówniarz z rozbitym nosem, pociągający co chwilę krwawego gila, opluwający podłogę garażu. To jest "dowódca". A potem ta instrukcja, gdzie będzie schowana broń; I już razem z tym gnojkiem szukamy. On jest na tyle bezczelny, że "nie wie", gdzie jest skrytka. Aha, jeszcze na początek wyjaśnienie. Patrol "CZAKO" przybył po broń. W związku z tym, że "poległ ich człowiek" i przekazał w liście pośmiertnym wiadomość: broń w skrytce. Złapaliśmy ich, zanim się do skrytki dobrali, teraz wystarczyło, że Siekierka wyłamał gówniarzowi rękę, a zaraz sobie przypomniał. Po prostu w skrzynce z narzędziami samochodowymi, wśród swojskich kluczy - pistolet TT. Więc na razie wiemy tyle. Po co przybyli i kto. Teraz, jak umarł Kuba.

Ta wydobywana z gówniarza partiami po kawałku opowieść... Ta jego drżąca ręka, którą raz po raz odgarniał włosy z czoła. W mdłym świetle piwnicznej żarówki wydawało mi się, że widzę na palcach ślad "nikotyny" zrobiony jodyną, charakteryzacja na nałóg ludzi dorosłych...

W połowie nocy Siekierka poszedł na górę zrobić herbatę. Baliśmy się brać gówniarza, że może się Basia obudzić, zresztą pewnie nie śpi... Więc w garażu przy świetle tej piętnastowatowej żarówki. Ja siedzę bokiem na przednim siedzeniu fiata. Siekierka na tylnym, nogi mamy na betonowej podłodze. Andrzej stoi przed ścianą... Ta historia, która by mogła pobudzić do śmiechu, gdyby nie ten świeży trup jeszcze nie napoczęty przez cmentarne robactwo, gdyby nie Basia...

Więc "ruch oporu" w szkole tych chłopców. Jeszcze jest Kuba. Kuba z kompleksem ojca. Kuba nadgorliwy. To on protestuje, gdy powstająca organizacja, złożona na początku z trzech chłopców, postanowiła porwać samolot. Z początku nie jest jasne: do Austrii czy do Australii. To Kuba ich wyśmiewa tłumacząc, że do Australii samolot krajowych linii nie doleci, "bo za daleko" i deklaruje, że on i tak nie zdecyduje się na porwanie, bo obowiązkiem Polaka jest walka w kraju. Więc nie ma porwania, ale jest już broń. Pierwsza "rozbrajanka" przy pomocy atrapy wykradzionego z rekwizytorni teatru parabellum. I jest już "prawdziwy" pistolet. Ta nieszczęsna "tetenka". Jest sześć naboi. Siódmy przepadł w pierwszym "zamachu". Szósty ze spłonką skancerowaną uderzeniem niesprawnej iglicy, ten, który wypadł z lufy, gdy zarepetowałem odnalezioną broń - to nabój przeznaczony dla Kuby...

Zaraz. Ale teraz muszę wszystko zapisać po kolei. Więc organizacja się rozrasta. Już jest sześciu. Bo taki czas, że wszyscy w szkole są przeciw. Nawet w powszechniaku. Synek znajomej "ojca" - (Witka Sanojcy) - kierowniczki szkoły, też rysuje plakaty choć dopiero w piątej klasie... Więc sześciu w "CZAKO". Nazwa, żeby upamiętnić pierwsze zebrania i czytanie broszur KPN o Piłsudskim w gabinecie Witka Sanojcy, gdzie na biurku symbolicznie królowało beliniackie czako dziadka Andrzeja. Andrzej jest dowódcą, ale pojawia się ktoś ważniejszy. "Organizator". "Czynnik polityczny". W skrócie "Student". Twierdzi, że organizacji są dziesiątki. On "koordynuje". Plan działania: zrobić coś głośnego, coś co "zmobilizuje", "poruszy Zachód". Więc zamach. Ale na co, czy na kogo? Jakiś idiota proponuje zastrzelić wartownika przy Grobie Nieznanego Żołnierza. Student tłumaczy. Że to prochy żołnierza z wojny bolszewickiej. Więc święte. Sam rząd nie wie, kto tam leży i dlatego toleruje. Pomysł głupi, ale "kierunek myślenia prawidłowy". Jeśli tak, to wartownik... ale na przykład w bramie Belwederu. To już jest coś, taka propozycja. "Student" akceptuje. Teraz tylko kto wykona? Bo "akcja" bardzo niebezpieczna. Zawsze ich stoi dwóch. Na pewno nie będą przygotowani, nim ten drugi odepnie kaburę, pierwszy już leży, byle nie spanikować, położyć drugiego i dopiero uciekać... Ale kto? "Wszyscy". Ale kto konkretnie. Tu już jest gorzej. Wtenczas Andrzej jako "dowódca" kładzie swe życie na ołtarzu ojczyzny. Ile masz lat? Skończone osiemnaście! Lepiej, żeby był niepełnoletni...

W tym momencie Siekierka otwiera usta - już wiem: będzie opowieść o milicjancie, co przyszedł po starsze go brata i Zenek wziął na swoje trzynastoletnie barki zbrodnię zabójstwa... Kopię go w kostkę aż syknął i słuchamy dalej.

Kuba się zgłosił - niepełnoletni. Ale honor dowódcy nie pozwolił spasować. Więc losowali. I pechowo Andrzej wyciągnął los.

Był zasmarkany, płakał, co chwilę wycierał rozkwaszony nos rozmazując sobie krew po policzkach. I mówił prawdę. Dlaczego? Pewnie tak się spowiadają ludzie wierzący. Ale dlaczego nam? Chyba złamała go śmierć przyjaciela, ta wpadka z nami, a może to, że byłem przyjacielem jego ojca i krewnym jego zabitego przyjaciela. Mówił. Mówił o tym, jak się złamał po tym losowaniu. Nie wiedział, jak się ratować. I "uratował" go horoskop. Tak, horoskop. Jakieś młodzieżowe pisemko drukowało te idiotyzmy. No i Andrzej zemocjonowany, przestraszony zagląda do horoskopu. "Jestem spod znaku Byka. A tam pisze na najbliższy tydzień: Nie porywaj się z motyką na Słońce. Zostaw tę sprawę innym. Zostaw na boku-ambicję. Jeśli będziesz się upierał, dasz twym wrogom broń do ręki..."

Przestraszył się. Mówi teraz szczerym głosem, przerywanym i głupi, nieszczęśliwy jak cała Polska. Przestraszył się. Bo to przecież jak dla niego pisane. Że ten drugi zdąży odpiąć kaburę... "wrogowi broń do ręki"...

I wówczas przypomniał sobie, kiedy się urodził Kuba. Okazało się, że jest spod znaku Wodnika. No i ten tydzień u Wodnika wyglądał tak: "Kuj żelazo póki gorące. Okres dobrej passy we wszystkich dziedzinach. Jeśli skupisz się na najważniejszej sprawie, wyjdziesz z każdej próby zwycięsko..."

- Ja nic nie odwoływałem, nie zmieniałem wcale decyzji. Tylko przeczytałem te horoskopy Kubie...

Nad moją głową sypialnia Basi. Na pewno nie śpi, leży z otwartymi oczami, patrzy w ciemność, z której już nigdy nie wyjrzy .jasna głowa jej syna. "Kubełek" nazywała go żartem. A ja wiem, co się z Kubą działo. Ujrzał tchórzostwo i małość swojego "dowódcy". Jeszcze jeden po ojcu "szef godny pogardy. Być gdzie indziej, przekreślić przeklęte dziedzictwo podlegania ludziom słabym, kiepskim, takim, którzy już raz, jak jego ojciec, zgubili Polskę...

I mówi, że przecież się już zadeklarował i że, owszem, wierzy w horoskop, a ponadto on jest przecież niepełnoletni... Andrzej się godzi. Oddaje pistolet...

A potem jest ta relacja mojego Kuby. Trudno mi sobie wyobrazić noc chłopaka, który zadeklarował, że w imię ojczyzny zabije młodego oficera pełniącego wartę... Nie, dwóch, dwóch ludzi... A przecież była ta noc. Spałem obok w sąsiednim pokoju. Jak długo zbierają się tak straszne jady w człowieku? W dziecku. "Niepełnoletni". A chce zabijać. Zabija przecież. W intencji, w działaniu zabija. Jest mordercą, choć pocisk nie opuszcza lufy. Iglica nie zbija. Relacja Kuby uznana zostaje za kłamliwy wykręt. Bo nie ma w lufie ani w magazynku pocisku, którego spłonka znaczyłaby ślad niewypału. Ten nabój, który podnoszę pod oczy ze skancerowaną spłonką to "drugi", ten który Kuba wymierzył sobie w skroń w samobójczym "wyroku".

Trzeba sobie wyobrazić najpierw tę scenę. Groteskową, aż nieprawdopodobną. Bo idzie Belwederską w stronę bramy i tak, jak to ustalili, nie podchodząc bliżej i niż na dziesięć kroków, aby "ten drugi" nie miał czasu na niego się rzucić, wyciąga pistolet i naciska spust. Nie ma huku, nie ma wystrzału. Jeden z młodych oficerów spostrzegł, co się dzieje, ale nie sięga do kabury, nie rzuca się w jego stronę, nie rzuca się do ucieczki. Mówi półgłosem: "Zostaw to w domu gówniarzu albo zanieś na milicję. Nie wolno się tak bawić straszakiem".

l Kuba rzuca się do ucieczki. Mogę sobie wyobrazić to poczucie ulgi. Świadomość, że los zdjął z niego piętno zbrodniarza, biegnie nieprzytomny, spostrzega, że ma w ręku pistolet, ogląda się, repetuje automatycznie, niewypał wypada na trotuar, on biegnie chowając naładowany pistolet za pasek od spodni...

A potem oni. "CZAKO". Nieufni, nie wierzący sędziowie tchórza. "To pokaż ten niewypał". Nie ma dowodu prawdy, nie ma. Hańba jest, pozostaje, pali...

A przecież był w lufie. Mam go w ręku, pistoletowy nabój kaliber dziewięć milimetrów z zarysowaną spłonką. To "ten drugi". Ten, który miał rozwalić młodą głupią głowę mojego siostrzeńca.

Nie wierzą. "CZAKO" nie wierzy. Będzie wykluczony z organizacji. Ale przecież zna jej tajemnice! Andrzej proponuje, że wystarają się o inne naboje, a może uda się znaleźć rusznikarza, który sprawdzi iglicę... I wtenczas "damy Kubie szansę". Bo organizacja musi działać. Właśnie w tych dniach ulicami Warszawy przeciągnął pochód czołgów i transporterów. W otwartych lukach pancernych wozów stoją celowniczowie, taśmy naboi spływają aż na pancerz... Podobno ktoś gdzieś "zamachnął się" na jakiś pomnik. Tak. "CZAKO" musi dać odpowiedź właśnie teraz. Natychmiast.

Więc jeśli rusznikarz sprawdzi, że iglica naprawdę nawala i ją naprawi "damy ci, Kuba, jeszcze raz szansę"... A on nagle mówi słowa z pozoru bez sensu. "To ja wolę zabić siebie". Ten "zamach" zabrał wszystkie jego siły, całą krew. Nienawiść nie ma już siły zmusić go, by zadał śmierć powtórnie. Powtórnie, bo on przecież zabił. Wymierzył, nacisnął spust, widział oczy tego człowieka, słyszy jego napominający bez gniewu głos... Już go po raz drugi nie zabije...

A "Student" mówi, że tchórzostwo to dezercja w obliczu nieprzyjaciela. Za takie rzeczy kula w łeb.

Jestem w garażu Laniewicza. Na siedzeniu fiata, który w ramach podziału majątkowego dostał się mojej siostrze. Podobno Kuba powiedział, że na kurs prawa jazdy zapisze się, gdy kupi sobie samochód. Przede mną syn mojego przyjaciela, faktyczny zabójca mego siostrzeńca, obok mnie Siekierka, mój kompan z celi, kochanek jego matki... Życie reżyseruje sytuacje, które przyśnić się mogą tylko grafomanom i egzaltowanym czytelnikom kryminałów. Nade mną oddzielona sufitem oddycha moja siostrzyczka, do której na razie świat nie ma dostępu i muszę dbać, by nie miał nadal.

- Ciszej - upominam Andrzeja, gdy podniecony, nieszczęśliwy mówi głośno, powtarza te swoje przeklęte głupie słowa:

- Człowiek honoru, członek "CZAKO", wie, co ma zrobić...

Chodzi o to, że taki "człowiek" albo ma wykonać wyrok, którego się podjął, albo...

.... Był film w telewizji - mamrocze teraz Andrzej - z konspiracji, o takim pułkowniku co zdradził. I razem z wyrokiem ludzie organizacji przynieśli mu pistolet. I sam na sobie wykonał. Myśmy dyskutowali o tym filmie. Więc Kuba wiedział...

Siekierka siedzi cicho, jakby nie oddychał, spluwa cichutko między rozstawione stopy, zaciera plwocinę podeszwą... Ubrał się, gdy poszedł zaparzyć herbatę. Mamy czas. Będziemy tak siedzieć aż minie milicyjna godzina... A wtedy... Co wtedy?

- Co powiedziałeś ojcu? Uprzedziłeś go, że nie wrócisz na noc? Gdzie mieliście nocować?

Okazało się, że ten drugi rycerz "CZAKO", który zdołał zwiać przez okienko, mieszka tu niedaleko. Zaszliby ogrodami... A ojca uprzedził. Zostawił kartkę, że nocuje u kolegi.

Bo życie toczy się dalej. Kuba leży w piachu, a ojciec Andrzeja niepokoi się o syna. Andrzej stoi ciągle pod ścianą.

Raz i drugi czytam ten list małego do swoich kolegów z "organizacji". "Goebbels własnej śmierci" - myślę i przebiegam słowa o życiu złożonym na ołtarzu organizacyjnej dyscypliny. Lęk przed straszną głupotą tego wieku i szacunek, szacunek dla odwagi. Miał charakter.

Andrzej "zeznaje". On po prostu przeżywa to, co się stało. Może w ten sposób chce coś raz jeszcze przemyśleć. I słucham o tym jak "Student" chciał połączyć "CZAKO" z inną organizacją. "FEST".

- Co to jest? Ten skrót?

- Faszystowska Elita Szerzenia Terroru. Ale oni nic nie zrobili...

- A wyście zrobili? Zabiliście Kubę. A może jeszcze- i czuję jak nagle narasta we mnie fala agresji, podnoszę się z siedzenia, ale za chwilę muszę łapać za ręce Siekierkę. On też chce bić. Wyczuwa mnie? A może coś innego? On się jakoś przywiązał do Basi. Broni jej syna. Chce bronić jej martwego syna. Siadamy z powrotem na miękkich siedzeniach samochodu.

- No i co z tym zjednoczeniem? - pytam spokojnie.

- Sprzeciwiłem się - mówi wódz "CZAKO". - To znaczy powiedziałem, że może być porozumienie operacyjne na jakąś akcję...

- Ja chcę się spotkać z tym twoim "Studentem" mówię nagle i milknę jakby zaskoczony tym, co powiedziałem. Co ja od niego mogę chcieć. Co mnie to wszystko, do kurwy nędzy, obchodzi? Mam bronić tego państwa, co mnie trzyma za kratami? Ja i Siekierka!

Andrzej obłudnie bąka, że właściwie nie ma kontaktu, że tamten tylko, ale przekaże, o ile będzie miał okazję... I pyta mnie, co będzie z pistoletem. I wówczas ja nie wytrzymuję - chłopak dostaje w pysk, aż tyłem głowy wali o ścianę.

- Będzie miał guza jak telefoniczny aparat - mówi Siekierka podnosząc go chwytem za kurtkę na piersiach.

Pistolet. Broń. Tragedia ojców przerobiona w tragifarsę przez ich dzieci. A swoją drogą, co zrobimy z tym pistoletem?

- Szczeniak nie zakapuje, bo by sam leżał - filozofuje Siekierka, siedząc na łóżku. Andrzej już poszedł. Oznajmiłem mu, że ma być w szkole, a potem w domu. "Będę u ojca przed wieczorem". A naprawdę to myślę o innej wizycie. W pewnej chwili pod koniec przesłuchania za pytałem go, czy on sam będzie zbawiał ojczyznę, czy ten jego nie znany nikomu "Student" nie wiadomo jakiej uczelni i jakiego wydziału - "może stomatolog"? Czy może oni są zbrojnym ramieniem jakichś sił politycznych. Usłyszałem wówczas, że "są w naszym społeczeństwie wielkie autorytety". Na żądanie by je wymienił, usłyszałem: "na przykład pan Zajączkowski".

Tak! Dojrzała we mnie decyzja. Pogadam z moim Zającem.

- Słuchaj! - przypomniałem sobie. - Gdzie podziałeś ten pistolet. Właściwie dwa pistolety? - zwróciłem się do Siekierki.

- Nie bój się. Nawet diabeł ich nie znajdzie - usłyszałem niepokojącą odpowiedz.

 

Coś się stało. Pękł we mnie jakiś trybik. Nagle nie mogłem spać. Nie mówię o tej nocy - następną też spędziłem bez snu. A przecież cały dzień siedziałem jak sparaliżowany. Wiedziałem, że muszę być u Witka, a cały dzień spędziłem nie wychodząc. Parę razy podnosiłem słuchawkę telefonu, ale ciepły kobiecy głos "rozmowa kontrolowana - rozmowa kontrolowana" paraliżował mój odruch, choć nie wierzyłem w żadne "kontrolowanie" setek tysięcy telefonów. Zostałem w domu. Ale wyłoniła się sprawa z Siekierką. Wybierał się na miasto. Bałem się o tę broń, ale uparł się i nie oddał. Tyle że przysięgał się na wszystko co święte, że nie nosi przy sobie. Ale problem był jeszcze inny. Ela Audi. Nie wiedziałem, gdzie ta para się spotyka. Podejrzewałem, że po zerwaniu z Królem Szczypiorku dzieje się to w jej mieszkaniu, w mieszkaniu Witka, w porze, gdy on jest w teatrze. Tym bardziej bałem się, że sprawa najpierw dotrze do Eli i nie wiadomo, co ta idiotka zrobi. A rozmawiać z Witkiem nie miałem siły. Chwilami dochodziłem do wniosku, że złapałem jakąś bezgorączkową grypę, tak byłem bezsilny. A serce nic - serce w porządku. Kończyło się na tym, że przestałem się upominać o pistolet pod warunkiem, że Ela o niczym się nie dowie. Siekierka długo okupował łazienkę - trzeba przyznać, że to Ela tak szybko wyrobiła w nim ten odruch - pogwizdywał i coś do siebie gadał, był w cudownym humorze. Przekazywał mi ze swej strony, żeby "Basi ani słowa", i poszedł, zostawiając mnie z tym wyłamanym trybikiem. Nie miałem siły - psychicznej siły, chęci - żeby zaparzyć sobie herbatę. Wynikło z tego coś dobrego - Basia spostrzegła, że jestem nieswój i po raz pierwszy od pogrzebu wyszła na trochę ze swego odrętwienia. Dostałem herbatę, raz jeszcze zmierzyłem gorączkę, położono mnie z powrotem do łóżka.

 

Teresa nie wytrzymała. Następnego ranka, gdy sterczałem bezmyślnie przy oknie, spostrzegłem nadjeżdżającą ładę. Tak, to dyrektorski samochód mojej kochanki. Zaparkowała starannie przy krawężniku, wysiadła i wiedziona babskim instynktem od razu spojrzała w okno. Machnęła mi rączką.. Właśnie "rączką" - tak pomyślałem. Nie wiedziałem, dlaczego byłem jakiś zjeżony, niechętny, ale wyjścia nie było - widziała mnie. Zaszedłem do Basi powiedzieć, że "mam gościa". Wiedziała, co to znaczy i dziś było mi jakoś szczególnie głupio. Wyszedłem do ogrodu, aby otworzyć furtkę. Od czasu śmierci Kuby furtka była cały dzień zamknięta na klucz. Teresa zaróżowiona od mrozu wyglądała w swoim lekkim futerku bardzo ładnie, ale mnie nie przeszło.

Zresztą od razu okazało się, że ona "właściwie nie ma czasu".

- Nie będę się rozbierać - powiedziała rozpinając futro i siadając na fotelu.

- Znam swoje obowiązki, to ja cię rozbiorę - powiedziałem, choć na nic nie miałem ochoty. W pokoju było zimno.

Roześmiała się tym śmieszkiem gdzieś spomiędzy nóg, jakim kobiety z towarzystwa reagują na taki dowcip niczym wiejskie dziewuchy na męską rękę...

- Właściwie chcę się tylko umówić. Teraz nie mogę, za pół godziny mam próbę...

A ja, chociaż przedtem ani mi było to w głowie, teraz się wściekłem.

- Pewnie, próba ważniejsza. W dodatku gdy grasz matkę młodego boliwijskiego górnika...

Popatrzyła na mnie uważnie. Znalem sztukę, była to jedyna poważna rola kobieca, ale ona odebrała dwuznaczny sens owej "matki".

- Uważasz, że to błąd w obsadzie? - zapytała.

Być może dawała mi szansę odpowiedzi, że jest na to za młoda, ale ja w ogóle byłem rozdrażniony i myślałem "nie na temat".

- Uważam, że to błąd w repertuarze - powiedziałem - polityczne gesty twego małżonka.

I nagle zrozumiałem, że odrzuca mnie od niej ten "małżonek". Zawsze lubiłem dwuznaczne sytuacje w erotyce, a w każdym razie nigdy mi nie przeszkadzały, więc czemu nagle teraz...

Całkiem niespodziewanie zaczęła się kłótnia. No, może nie kłótnia, bo to ja bluzgałem, jakby mnie coś opętało. O całym ich aktorskim kretyńskim froncie odnowy opartym na paczkach i przesyłkach fundowanych z zagranicy, o mężowskich reżyserskich wygłupach z siedmioma górnikami zalanymi czerwonym sprayem jako aluzji to tego, co się stało w kopalni "Wujek"...

Coś mnie nosiło z kąta w kąt pokoju... Aż nagle umilkłem i w tej ciszy usłyszałem - nie do wiary - chlipnięcie... Bezbronne, nieszczęśliwe zachłyśnięcie się zrozpaczonej kobiety. Spojrzałem. Teresa siedziała w fotelu, zasłoniła oczy ręką.

- Co się mazgaisz - powiedziałem łagodnie i przysunąłem się bliżej. Położyłem rękę na jej włosach. Ona złapała ją rozpaczliwie, przytuliła do policzka: już mnie nie kochasz... - doszły mnie niewyraźne, zjedzone przez spazm szlochu stówa. Zachowałem się jak glupiec. Zdjąłem z niej futro... No i co tu się dużo rozpisywać. Nie stanął mi... Kutas okazał się bardziej ideowy niż jego nosiciel.

 

Po południu, około czwartej, zadzwoniłem do mieszkania Wrzoskiewiczów. To dziwne, ale naprawdę ani przez moment nie myślałem o Malali. Tylko o tym jak ją uspokoić, żeby mi pozwoliła zobaczyć się z Zajączkowskim. Zresztą mój plan był bardzo prosty: przychodziłem ostrzec go, że adres jego jest władzom znany...

Przez dłuższy czas panowała cisza. Stałem przed drzwiami na pięknej, marmurami wykładanej klatce schodowej starej przedwojennej kamienicy, oglądałem miedzianą tablicę "M. i K. Wrzoskiewiczowie" i już myślałem, że nic z tego nie będzie, gdy usłyszałem lekkie kroki.

- Kto tam? - spytała.

- Pani Malalu, to ja, Julek Petryk... - odpowiedziałem głosem przyciszonym, tworząc własny, jak sądziłem, klimat konspiracji... W końcu ona sama powiedziała mi o Zajączkowskim, jeszcze zanim spotkałem mojego śledczego...

Uchyliła drzwi. W luźnym swetrze, nieco spłoszona, bez wyzywającego makijażu wyglądała inaczej...

Nieco na chama wcisnąłem się do środka.

- Pani Malalu, proszę wybaczyć, ale przychodzę z bardzo ważną wiadomością do Henia...

Poufałość, z jaką odezwałem się o Zajączkowskim, chowanym tu w nimbie wielkiego narodowego autorytetu, jak mówił schwytany gówniarz, sprawiła na niej wrażenie...

- Właściwie, wie pan, nigdy dotychczas - coś bąkała, ale ujęta przeze mnie pod ramię prowadziła w głąb mieszkania. Znalazłem się w ogromnym holu i instynktownie sam skręciłem w stronę zamkniętych bocznych drzwi. Szeroko otwarte środkowe słusznie mnie nie zainteresowały. Zapukałem krótko i nacisnąłem klamkę. Znalazłem się w sporym pokoju, zasłonięte story przepuszczały niewiele mizernego światła z ulicy, gdzie zimowy półmrok nadchodzącego wcześnie wieczoru rozpraszały od niedawna uliczne latarnie.

- Henryk, to ja, Julek, do ciebie, pilna sprawa... - Była cisza. Słyszałem tylko szybki nerwowy oddech Malali tuż za sobą.

- To ja, Julek Petryk - zawołałem głośniej.

Wtedy uchyliły się jakieś drzwi i w progu łazienki stanął mój Zając.

- Dzień dobry - powiedziałem dziarsko.

Był wyraźnie spłoszony.

- Co się stało? - pytaniem odpowiedział na moje powitanie. Spojrzałem na Malalę. Wyglądało na to, że aby "zarobić" na rozmowę, muszę mu z miejsca powiedzieć, że władze znają jego kryjówkę. Nie wiedziałem, czy mogę to zrobić przy niej, gotowa była wpaść w panikę, w końcu zupełnie nie znałem jej ani wzajemnego ich stosunku - tyle wiedziałem, że to Dyrektor umieścił tutaj swego konspiracyjnego przyjaciela. Malała musiała już miewać takie sytuacje, bo zniknęła z pokoju bez słowa.

- Pora na męską rozmowę - powiedziałem rozsiadając się w fotelu.

- O co ci chodzi?

- Nie wpadaj w panikę: dowiedziałem się, że władze znają twój adres...

Przez twarz Zająca przebiegł jakiś grymas, przez który przebił się triumfalny półśmieszek.

- ... Ktoś powiedział: "znamy jego adres, ale my go nie poszukujemy".

Zajączkowski spurpurowiał. W pokoju już było światło, Malała wychodząc przekręciła kontakt Usiadł w fotelu.

- To nieprawda - powiedział z całym przekonaniem. - Blefują, zresztą skąd wiesz?

- Nie blefują, podali: mieszkanie aktora Wrzoskiewicza. A wiem stąd... Mniejsza z tym zresztą skąd. Powiem ci, jak nadejdzie pora. Po kolei.

- Nie, powiedz teraz. Natychmiast.

- Czego się tak denerwujesz na Boga?

- Czy nie rozumiesz, że muszę być represjonowany. Tego wymaga mój polityczny autorytet. Nie myślałem, że oni zdobędą się na taką perfidię!

- O mało nie zdobyli się na gorszą. Słyszałem, że chcieli cię internować z prominentami...

Zajączkowski znieruchomiał. Widziałem, jak kurczowo zacisnął palce na poręczach drewnianego fotela. Przez chwilę siedzieliśmy milcząc.

- Skąd masz te wiadomości? - spytał ochryple.

- Spotkałem mojego śledczego. Oficera śledczego w mojej sprawie... On cię nawet zna, przesłuchiwał cię na jakąś okoliczność...

- Przypadkiem? Spotkałeś go przypadkiem?

- O tym przypadku właśnie chciałem z tobą porozmawiać.

Spojrzał pytająco. Był nachmurzony i wściekły. Wyraźnie otrzymana ode mnie wiadomość wprawiła go w jakieś wewnętrzne drżenie.

- Jak ty się właściwie czujesz? - zapytałem nagle.

Spojrzał zdziwiony.

- W porządku... Jestem zdrowy.

- Nie o to pytałem. Jak się czujesz? Czy nie zauważyłeś żeś się wygłupił?

Spojrzał na mnie z tak bezgranicznym zdumieniem, że dopiero teraz pojąłem na jakich wyżynach odbierających możność samooceny przebywa mój eks-przyjaciel Zając.

- O czym ty mówisz?

- Ja teraz mam dużo czasu. Mało wychodzę z domu, prawie jak ty, pilnuję mojej siostry jak ciebie Malała, a dlaczego - o tym jeszcze będziemy mówić... Więc mam czas. I trochę czytam. To wszystko coście nawypisywali w minionym czasie... Nie masz mnie chyba za agenta reżimu, co... Chociaż, przyznaję, nasz system, jest lepszy dla ojcobójców niż naprawiaczy ojczyzny. Ja się nie muszę ukrywać, chociaż ty też nie, jak się okazało...

W tym momencie czerwień ogarnęła płomieniem twarz i wysokie czoło mego łysiejącego rozmówcy... Tak, to było najboleśniejsze, Co mogło go spotkać: nie był poszukiwany...

- Pociesz się, że byłeś chociaż śledzony, skoro wiedzą, gdzie się ukrywasz - powiedziałem z niewątpliwą kpiną. Ale on wziął to za dobrą monetę, wszystko, co go dotyczyło, będzie brał za dobrą monetę.

- Boją się. Boją się mnie aresztować. Jestem człowiekiem, pisarzem, o międzynarodowej pozycji i renomie...

- Tak, tak, oczywiście, ale daj mi skończyć, chodzi o to czyś zauważył, że się wygłupiłeś - byłem nieubłagany.

- O czym ty mówisz?...

Był wściekły, ale i zupełnie bezradny, nie mógł mnie wyrzucić z cudzego mieszkania, a poza tym wciąż nie wiedział, z czym przychodzę. Gdy dziś to piszę, wcale nie wykluczam, że sobie wymyślił, że to władze przy pomocy kryminalisty szukają z nim kontaktu. Bądź co bądź byliśmy kiedyś blisko...

- A mówię o tym, że przeczytałem w piśmie, które redagowałeś, twój artykuł o czekającej nas zimie. Proponujesz ewakuację wielkich miast z powodu niemożności ich ogrzania i oświetlenia, prorokujesz, że nie odzyskamy ich nawet za rok, bo mróz zniszczy całą infrastrukturę, wysadzi kaloryfery i przewody ogrzewcze... Prorokujesz coś w rodzaju zagłady atomowej, bez atomowej bomby... Miały ją przynieść wyzwolone siły społeczne, którym przewodziłeś... A tymczasem widzę, że chodzisz po mieszkaniu bez swetra i mróz ci nie dokucza...

Zajączkowski wstał, odpiął mechanicznie guzik od koszuli... Nawet mnie to rozbawiło jako ilustracja moich słów. Krew uderzyła mu do głowy...

- Ludzką krwią palą w piecach - wychrypiał histerycznie i opadł z powrotem na fotel. Nawet się o niego przestraszyłem.

- Ach, ty znowu o repertuarze teatru naszego Dyrektora. Nie przestałeś być kibicem sceny. Kopalnia "Wujek" i boliwijscy górnicy...

Ale w tej chwili pojawiła się Malała. Przez otwarte szeroko drzwi widziałem stojącą na ziemi walizkę...

- Wychodzę. Czy nic wam nie potrzeba...

- Dziękuję. W razie czego sam zrobię herbatę...

Zajączkowski prezentował, że nic się nie stało. Jestem jego gościem.

- Wracam za godzinę...

Zgrabna, drobna, odwinęła się za siebie, aż krótkie futerko odsłoniło wyżej jej wspaniałe nogi. Pochyliła się unosząc walizkę. Była ciężka. Coś mnie napadło.

- Niechże się pani nie męczy. Dokąd to?

- Tylko do samochodu. Dam sobie radę.

- Wykluczone.

Sam nie rozumiałem, chciałem na chwilę oderwać się od Zająca, czy dać mu odsapnąć? A może nie chciałem tracić kontaktu z Malała? Nagle Zając wydał mi się śmieszną pokraką, jakby jej wszechobecna fizyczność sprawiała, że wyparowuje z człowieka wszystko, "duch" zmienia się w twardniejącą fizyczność.

Dość, że rzuciwszy za siebie - "Zaraz wracam" - ująłem walizę...

W progu, zamykając drzwi, powiedziała mi "dziękuję" z uśmieszkiem, który wydał mi się wyzwaniem. Zresztą powiedziała to jedno banalne słowo tak umiejętnie, w chwili gdy już drzwi zostawiły nas bez świadka, że ten absolutny banał, słowo na ogół niezauważalne przez swą wszechobecność w świecie z tej strony muru, stało się jakimś wyzwaniem.

- Na dwudzieste piętro bez windy - powiedziałem schodząc w dół.

- Co takiego?

- Mogę zanieść na dwudzieste piętro bez windy, byle pani szła przodem.

- Tak ciężko ubrana? - zaśmiała się przyzwalająco.

Ale byliśmy na dole.

- Niech pan ją postawi na kółkach - powiedziała coś niezrozumiałego.

Pojąłem za chwilę, gdy wyjęła mi walizę z ręki i postawiła na sztorc - miała od spodu wmontowane maleńkie kółka. Zobaczyłem, jak świat się zmienił. Za moich czasów tego nie widziałem.

- Drugi dzikus - oznajmiła życzliwie.

- Czemu drugi?

- Jak pan Zajączkowski jechał do Moskwy, to musieliśmy mu walizę pożyczać. On nic nie ma. To doprawdy święty człowiek, ten pana przyjaciel.

- To, że ktoś nie ma willi i złotego w niej sedesu, jeszcze nie znaczy, że jest w porządku - mruknąłem.

Roześmiała się ubawiona.

- Kiedy się zobaczymy? - zaryzykowałem. To byłoby wspaniałe. Dyrektor - Teresa - ta para załatwiona przez nas, co za zabawa.

- Za godzinę wrócę... - nie była to odpowiedź, ale mogła być obietnicą odpowiedzi.

Włożyłem walizę do bagażnika. Odsunęła szybkę i pomachała mi ręką. - Kupiła - pomyślałem. Ale już na schodach opuściło mnie chwilowe podniecenie. Czekał na mnie Zając.

- No, odniosłem tę twoją walizę...

- Dlaczego "moją"?

- Podobno pielgrzymowałeś z nią do Moskwy.

- Rzeczywiście, Dyrektor uznał, że nie mogę jechać z moją odrapaną tekturową...

- I pożyczył ci nie swoją walizę. Bo Wrzoskiewicza. Niegłupio. Na pewno wiesz, że w czasie, gdy byłeś w Moskwie twoi idioci publicznie mówili, że pojechałeś na rozmowy w sprawie Rządu Tymczasowego.

- Czy przyszedłeś powiedzieć mi coś więcej poza idiotyzmami na mój temat?

- Będzie i coś więcej. A to nie są idiotyzmy. O tych twoich "rozmowach" słyszałem od twoich przyjaciół. Ja wiem, że tam nie chcieli z tobą rozmawiać nawet aktorzy, nawet cyrkowi klowni...

- Byłem jako teatrolog, czy twoim zdaniem tego mi też nie wolno?

- To jako teatrolog zaproponowałeś w artykule do jakiejś francuskiej gazety zwołanie międzynarodowej konferencji w sprawie Polski? (Wczoraj w Wolnej Europie wysłuchałem streszczenia tego dzieła myśli politycznej. Długo potem nie mogłem zasnąć, nałożyło mi się to wszystko do kupy, Kuba - Andrzej, nieszczęśni gówniarze z "CZAKO", i Zając kreujący ład w Europie). Naturalnie nie wyobrażasz sobie, żeby mogła się odbyć bez twego udziału. Jako "autentycznego moralnego autorytetu". Ale, Zając, nie zapomnij o papieżu. On też ma pewien autorytet...

- Czego się mnie czepiasz. Ja piszę. Rzeczywiście piszę. I publikuję tam, gdzie mogę. To jest moje niezbywalne prawo.

- Oczywiście. Pisarz. Nawet ci powiem co - nowe rozdziały Dziejów Głupoty w Polsce. Ordon, kurwa mać! - syknąłem na zakończenie.

Nie zrozumiał chyba, do czego piję. Patrzył na mnie nieruchomo.

- Chyba pamiętasz swoją publikację z okazji "Śmierci porucznika" Mrożka. Gdy to wyciągnąłeś z jakiegoś pamiętnika z trzydziestego pierwszego roku, że Ordon bynajmniej nie wysadził reduty, według jego słów wyleciała na skutek niezdolności Nakruta, który wszedł do prochowni z zapalonym lontem. Racja, ty Zając, chociaż ocalałeś, jesteś nie Ordon tylko Nakrut. Kładłeś zapalony lont...

- Sam nie wierzysz w te głupstwa - wycedził wyniośle.

- Nie wyrobiłem się nerwowo. Zacząłem wrzeszczeć. Było o tym, byłem świadkiem, jak w trakcie zamieszek w sześćdziesiątym ósmym roku on, Zając, osobiście od kurew zwymyślał kogoś z dzisiejszych wodzów odnowy w momencie, gdy ten wpadł zadyszany z entuzjastycznym okrzykiem: Jest trup! - kolportując fałszywą wiadomość o ofierze wśród manifestantów.

- A dziś co robisz? I jest trup. Mamy trupa! - krzyczałem i bełkotliwie powtarzając jedno, opuszczałem drugie, jąłem opowiadać o śmierci Kuby.

Słuchał mnie wyciszony, aż wyczerpałem się tym wrzaskiem, zakorkowałem krzykiem, poczułem ból w okolicy mostka i wyczerpany zamilkłem. Wówczas powiedział.

- No, cóż, wyrosło pokolenie głodne czynu...

Milczałem przez chwilę. Potem, czując jeszcze pulsowanie serca w gardle, powiedziałem cicho.

- Ja to "CZAKO" i twoją pisaninę do jednego kładę wora. Nie robisz nic, tylko hecujesz nienawiść...

- Trzeba nienawiść zrozumieć. Nawet gdy jest bezrozumna w działaniu takich dzieci...

Ten gładki głos. Pomyślałem, że on też jest świeckiego obrzędu księdzem, który łamie wszystkie przykazania swego rozumu, jak tamten katabas na cmentarzu, który złamał dogmat o samobójstwie uznając w imię "Sprawy" samobójcę za "poległego".

- Oszuści! - wystękałem.

Nagle Zając się przestraszył. Teraz dopiero. Nie moich argumentów ani mojej pasji - wystraszył się, że mnie tutaj w jego "kryjówce" trafi szlag. Przyniósł mi wody, położył na kanapce. Coś tam bełkotał, że on sam nie uważa się za monopolistę racji, że w "pewnych aspektach" to ja właściwie jestem "może bliższy prawdy". Po prostu mnie usypiał. I była taka chwila, że poczułem niemal wdzięczność do Zająca, że jest- Że nie jestem sam, z tym paraliżującym strachem, którym niczym maczugą zdzieliło mnie moje własne serce...

Nie wiem, ile minęło czasu, leżałem apatycznie na tapczanie, gdy usłyszałem, że ktoś otwiera drzwi. Malała, na pewno ona, już słyszałem stuk obcasów... Zerwałem się z tapczanu: nie mogła mnie oglądać powalonego przez Zająca. Co to to nie...

- Panowie, ten kraj musi zginąć... - oznajmiła z impetem, rozpędzona, zdejmując z siebie tu, w pokoju, króciutkie futerko z lisów.

I zaczęła opowieść o swojej dwugodzinnej "gehennie z rolką klozetowego papieru" - tak się wyraziła. Od razu zapomniałem o moim sercu. Byłem młody. (Przecież nie mam nawet czterdziestki! - przynajmniej tak się czuję).

Opowieść była humorystyczna, dobrze puentowana. Pomyślałem sobie, że to lepszy kawałek do kabaretu niż wszystko co dla niej tekściarze napisali. Chodziło o to, że skuszona rewelacyjną informacją prasową, że za dwadzieścia kilogramów makulatury uzyskać można jedną rolkę higienicznego papieru, udała się pod wskazany adres. (Była i podzięka pod moim adresem, "dźwigałem wraz z nią ten ciężar"). Tu okazało się, że z kwitkiem opiewającym na czternaście złotych ma dokonać wpłaty tej sumy na specjalne konto w NBP, a następnie z dowodem wpłaty zgłosić się z powrotem do sklepiku, gdzie zdała makulaturę. "A w banku pięćset osób" zakończyła opowieść. Pięćset osób! Niemal batalion piechoty bronił dostępu Zająca do rolki klozetowego papieru.

- Ten kraj zginie! - powtórzyła konkluzję Malała.

Musiałem już iść. Musiałem stąd wyjść, zostawić mego sparszywiałego Zająca... Szkoda. Wcale mi się nie chciało. Wszystko było teraz prześwietlone zabawnym migocącym pulsowaniem, które niosło się od Malali.

- Zadzwonię jutro- - szepnąłem całując ją w rękę. Potem odwróciłem się wziąłem w ramiona mego eksprzyjaciela i udając, że całuję go bratersko w policzek, szepnąłem: "wolałbym bosą nogą psa w huja kopnąć niż podać ci rękę..."

Nie wiedział, biedak, że to cytat z mego obecnego przyjaciela, Zenka Siekierki. No cóż, ludzie się zmieniają.

 

"Wrócimy?" - ciche pytanie od strony tapczanu Siekierki i jakby w pokoju wybuchł granat, siadam na łóżku. Ile razy to patrząc na datę wydrukowaną przy tytule gazety, to przy lada głupim pytaniu "która godzina" nadchodziła ta nachalna myśl, że "pobyt" się skończy, że trzeba będzie wrócić. Zawsze z żelazną dyscypliną odrzucałem wszelkie skojarzenia, terminy, obliczenia... W celi krótkoterminowi liczą dni, tacy jak ja miesiące, tutaj narzuciłem sobie "tabu"; ani chwili nie myśleć o powrocie za mur. Ale Siekierka jednym słowem rozwalił mój wewnętrzny układ z samym sobą.

Jest noc. Zaciągnięte story oddzielają nas od mdłego światła latarni. Chyba wyczuł moją reakcję, usłyszał, że się poderwałem, czeka na odpowiedź w czujnym milczeniu. Ja cicho kładę się z powrotem.

- Wrócisz? - ponawia pytanie ktoś "spod celi".

- A co, spieszy ci się? - bronię się głupim pytaniem przed odpowiedzią.

- Mamy broń! - mówi cicho Siekierka.

I uprzytamniam sobie, że minęło parę dni, a ja jeszcze nie byłem u Witka, wciąż trzymam w tapczanie tę teatralną atrapę parabelki. Dlaczego? Może wyjaśnił mi swoim pytaniem Siekierka. "Mamy broń".

- Jedna sztuczna, druga uszkodzona...

- Naprawi się. Skąd wiesz, czy już się nie naprawiła...

- O czym ty mówisz?

- Jasne. Czy wracasz pod klucz? Pytam.

- Urlop to urlop - mówię i sam słyszę, że mówię niezdecydowanie, że chcę od niego usłyszeć, że to nieprawda, że jest wyjście.

- Można by samolotem - głos Siekierki coraz cichszy. Słyszę jak siada na łóżku. - Porwać. Żadna sztuka. Słyszałeś wczoraj, bez broni... I baby też. To co, my sobie nie poradzimy...

- I co? Będziesz gówna po Niemcach wynosił? - bronię się bez przekonania, jakbym już miał wykupiony bilet na linię krajową. Może do Wrocławia. Tam jest nasze więzienie. Przelecimy nad podwórzem.

- Jakie gówna. Polecimy z zielonymi w kieszeni. Wszystko obmyśliłem...

I słyszę, jak włamujemy się nocą do domu Króla Szczypiorku. "Wiem od Eli, gdzie trzyma. Kochany. Kupa śmiechu..."

- Przecież nas zna.

- Tym lepiej. Sam otworzy.

- Pozna.

- Nie szkodzi... Nie zabijemy... - uspokaja mnie jak tchórzliwego wspólnika. - Zwiąże się i położy w piwnicy. A my już bilety wykupione...

- Jak, idioto, przeniesiesz pistolet przez kontrolę. Wykryją ci nawet żyletkę, a ten z tetenką... - broniły mnie obiektywne trudności.

- To, kurwa, na piechotę przez Czechy.

- I dokąd?

- Do Austrii.

- Gdzie jak złapią bandziora po wyroku z bronią, to wydadzą...

- Jakiego bandziora? Jestem działacz. "Solidarność", region Wrocław. A co, nieprawda? Nie byliśmy "Solidarność" przy głodówce? Więziony za przekonania. Jasne, kurwa, sam Dyrektor będzie się za tobą wstawiał, żebyś nie wrócił i przestał mu żonę pierdolić...

Prysła dyskrecja, z jaką Siekierka odnosił się do moich spraw.

- A jak się do nas nie przyzna, to się go nastraszy, że powiemy, jaki to byt oszust arcykurwa partyjnego obrządku.

- Dyrektor jest w Warszawie - roześmiałem się.

Jasne było, że Siekierka bredzi. Nie miałem żadnego wyboru.

- W Warszawie? Zobaczysz, że da nogę, jak tylko mu pozwolą. A chętnie się takiego pozbędą. Będzie się jeszcze nami opiekował.

Opuściło mnie napięcie. I raptem przyszła myśl, że jest jeszcze jedno wyjście: Kuba. Tak jak Kuba. "Broń mamy. Siekierka mówi, że naprawiona. Obejdzie się bez gazu". Wiem, że się okłamuję, ale wiem także, że chyba prędzej stać by mnie było na takie wyjście teraz - niż za murem. Za murem opuściłbym świat, którego jaskrawa wolność barwiła przez kraty moje myśli, kazała czekać, odliczać miesiące, bo czeka mnie ten szumiący ocean wolności. A teraz? Wyszumiał się we mnie świat brudny jak stary garnek. - Byłoby łatwiej - myślę, ale wiem, że albo zanadto kocham życie, niechby i koślawe, albo zanadto boję się śmierci. Więc co? Wrócić? I liczyć znowu miesiące?

- Idę spać - oznajmiam głośno i słyszę jak głucho uderza mi moje niewierne serce. A może ono? Może zatrzyma mnie tutaj jakiś atak. Zawał. Nie każdy zawał to taki znowu zawał. Można przeżyć...

 

Długo nie mogłem zasnąć. Jakoś do tej pory udało mi się uśpić myśl o czekającej mnie katastrofie, jaką miał być powrót za mur. Dziś ta myśl mnie dogoniła. Przewracałem się bez snu z boku na bok, aż wreszcie pojąłem, że "mam wyjście": po prostu sam zadecyduję, że nie wrócę. Skoro tak zadecyduję, to rzeczywiście nie wrócę. Jeśli mógł to zrobić siedemnastoletni chłopiec, to starczy odwagi i mnie. Tylko że nie będę kładł głowy do gazowego piecyka. Siekierka musi mi oddać pistolet...

Ale Siekierka odmówił. Kłamał, że "wywiózł", potem, że dał kumplowi "na przechowanie". Kręcił. Trafił mnie szlag i powiedziałem mu wprost, że jak myśli o bandytce to won z mieszkania.

- Julek, za kogo ty mnie właściwie trzymasz, za idiotę? Teraz ja się tu dość napatrzyłem i wiem, że rozum każe bez żadnego takiego ryzyka wyjść na swoje. I ja też wyjdę. Jezus Maria - bandyta z bronią.

Niby wyglądało to przekonywająco, ale Siekierka zawsze wspaniale kłamał. Co gorsza, za parę dni okazało się, że Siekierka ma forsę. Dużo forsy. Basia dorwała jakiegoś złodzieja, który zaoferował jej ciężarówkę koksu. Bo ta cholerna willa miała własną kotłownię. I chodziło o forsę. Skąd wziąć. Natychmiast. Taką sumę!

I Siekierka powiedział: przepraszam, odsunął krzesło. Wrócił z pokoju z grubym plikiem tysiączków. Zatkało mnie. Był koks. Basia pognała do miasta. Zostałem z Siekierką sam. Wiedziałem, że pistoletu nie odzyskam. Więc zrobił jakiś numer.

Byłem od niego niższy i lżejszy, ale gdy złapałem go za koszulę pod grdyką pobladł, złapał mnie za ręce, ale jego żelazna dłoń była niepewna. Nie chciał mnie uderzyć, nie śmiał się bronić.

- Jak Boga kocham, uczciwe pieniądze - wystękał. Jak Boga. Słowo człowieka...

Nie puściłem, aż wyznał, że to forsa od Króla Szczypiorku.

- Przykapowałem go trochę na jego interesach...

Do cholery z moim Siekierką!

 

Sprawa Andrzeja jakoś zawisła w próżni. Po prostu chyba bałem się, że złamię mojego Witka, a nic ani jemu,. ani jego gówniarzowi nie pomogę. I tak to szło przez parę dni, aż trzasnęło. Trzynastego. Bo już to był drugi miesiąc od wprowadzenia stanu wojennego i tego wieczoru pokłóciłem się z Basia. Bo ci przegrani zaczęli co miesiąc świętować "miesięcznicę" wprowadzenia stanu wojennego. Na razie "Każdy Polak miał obowiązek ustawić zapaloną żałobną świecę na parapecie okna..." "Dać wyraz". Czytałem jakieś ulotki i nawet pozwoliłem sobie nic nie pomyśleć poza jakimś "etam". I nagle widzę Basie, jak wkracza do mego pokoju (koniecznie ta świeczka miała być od "ulicy"), gasi światło i z zapaloną gromnicą sunie do parapetu. Zgłupiałem. Bo wszystko nic, ale ta świeca. To była gromnica. Jakby ją z tego pogrzebowego nabożeństwa... Postawiła. Ja nic. Siedzę po ciemku.

- Gdybyś chciał czytać, to przyjdź do jadalni.

- Nie. Zostanę tutaj jako latarnik w odmętach narodowej nocy...

Wyczuła coś w moim tonie.

- Coś ci się nie podoba? - spytała wcale nie agresywnie, raczej z gotowością do perswazji.

- Wszystko mi się przestało podobać - mruknąłem. Ale ty możesz robić, co ci się podoba.

- Przecież to dla Kuby - szepnęła. - On by tak postąpił.

We mnie coś się ruszyło, nie wytrzymałem.

- Oni go zabili - powiedziałem cicho.

- No właśnie.

- Zabili go ci, co każą stawiać te świece - powiedziałem z naciskiem.

Wstałem i przeszedłem do jadalni. Już w progu wiedziałem, że jutro będę u Witka.

 

No i pojawiłem się u Witka Sanojcy z tą atrapą parabelki z teatralnej rekwizytorni za paskiem od spodni. Wędrowałem przez miasto z tą pseudobronią za paskiem od spodni i tak naprawdę to "nagrywałem" własne emocje, jakbym miał zdjęcia do filmu z lat okupacji. Na widok wojskowego patrolu serce pakowało mi się do gardła. Na dobrą sprawę dopiero teraz zrozumiałem, co miałem okazję grać przed tylu laty w czasie ekranizacji głośnej okupacyjnej powieści. Przybyłem tego zimowego popołudnia do drzwi mieszkania mego przyjaciela zharowany niczym po całym dniu zdjęciowym w lipcowym upale. Musiałem sobie powiedzieć, że z kondycją nerwową nie stoję najlepiej.

Witek mnie oczekiwał. Okazało się, że gówniarz go uprzedził. "Niech tata nie zdziwi się, cokolwiek by on tacie powiedział". Uprzedził go właśnie, że "zapewne" zwrócę owo "parabellum", które on "pożyczył sobie" z teatralnej rekwizytorni.

- Czekałem, ale na wszelki wypadek "podjąłem pewne kroki", jak publikują w oświadczeniach prokuratury.

Udawał spokojnego, ale widziałem, jak jest napięty. Sam z przyjemnością przyjąłem zaproszenie "na jednego".

Przy "drugim", a może i "czwartym" Witek pokazał mi skonfiskowane gówniarzowi archiwum organizacji "CZAKO".

- Wiem, wiem, nie musisz mi tłumaczyć, znam tę organizację. Nawet wziąłem udział w jej rozbrajaniu... mruknąłem rzucając zaliczkę oczekiwanych rewelacji.

Ale na razie archiwum. W nim protokół z wersetem organizacyjnej przysięgi. Lista pseudonimów zaprzysiężonych. Uwagę moją zwrócił Hrobry (tak, przez samo h).

Parę kartek odbitych na kserografie...

- Co to takiego? - spytałem trafiając wzrokiem na jakiś tekst powielony od połowy przeniesionego z poprzedniej strony słowa. U góry paginacja oznaczała jakąś stronę "sto ileś".

- To jest fragment pracy mego ojca, czyli dziadka Andrzeja. "Historyka pierwszego pułku strzelców konnych". Przechodzimy do listy strat zadanych przez tę formację nieprzyjacielowi w roku tysiąc dziewięćset dwudziestym. Andrzej indoktrynował kolegów umacniając swą pozycję wnuka kombatanta z tysiąc dziewięćset dwudziestego roku.

Sanojca był skrzywiony, jakby go bolał brzuch. Nalał sobie ten kolejny kieliszek. Wdzięczny mu byłem, że na chwilę zawiesił butelkę nad moim, pytając wzrokiem o przyzwolenie. Pamiętał o moim sercu. Ale ja nie chciałem pamiętać.

- Tak. Więc straty "bolszewików" zadane przez dziadka, a tu masz sprawy aktualne.

Była tam ulotka podpisana ARO - Akademicki Ruch Oporu... (Student - pomyślałem), dalej komunikat KOPA - Komitet Ocalenia Artystów Polskich - (aha, to już zapewne Dyrektor lub jakiś jego -człowiek).

- Przejrzyj sobie - mruknął mój Witek.

Była tam lista ."kolaborantów", którym grożono goleniem "do łysej czaszki" (chodziło bodaj o aktorów, którzy coś odczytali w Polskim Radio, w Telewizji wciąż nie pokazywał się żaden. Solidarnie bojkotowali tę agendę państwowej propagandy, nawet gdy im proponowała granie Bałuckiego lub Fredry).

- Czego ty się przejmujesz? Mogą obciąć Pendereckiemu brodę, co nas to obchodzi.

Przyszedł mi nasz mistrz do głowy, gdyż wczoraj widziałem w ramach Dziennika TV jakiś z nim wywiad.

- Życie to teatr amatorski.

Ale on był załamany. Nie mogłem się zdobyć na opowieść, której oczekiwał i musiał się doczekać.

- Nalej jeszcze - zaproponowałem.

- Słuchaj - usłyszałem, gdy Witek wpatrzył się w dno osuszonego kieliszka, jakby tam wywołał mary swej młodości - jako gówniarz też się bawiłem. Kiedyś, kiedyś, już jako dorosły człowiek, znalazłem na strychu w ojcowskiej skrytce swój pamiętnik. Dowiedziałem się z niego, że należałem do sztabu tajnej organizacji, pełniłem niezbyt poważną funkcję "przechowywacza atramentu", myślę, że było to określenie na kronikarza czy archiwariusza. Wśród papierów natrafiłem też na spis naszej broni. Wśród proc i łuków znalazłem wykaz kilkunastu "ładunków gazowych". I wówczas sobie przypomniałem tajną broń, "Wunderwaffe" naszego podwórka: napełnione wysuszonym końskim gnojem papierowe torby. Rozbijało się je na twarzy nacierającego przeciwnika... Słuchaj, to przecież jest taka zabawa, ale tu stawia się życie...

- Nie bój się o szczeniaka. Chyba jest po kryzysie... chciałem zacząć swoją opowieść, ale umilkłem słysząc jego zdanie.

- Nie boję się. Właściwie to boję się tylko jednego: swojego tchórzostwa. Że odpuszczę im tę głupotę i to co robią z takimi gówniarzami.

Ładnie to było powiedziane: boję się tylko swojego tchórzostwa, ale przyszło mi na myśl, że mój przyjaciel boi się przede wszystkim o swojego syna. Teraz, nie dopuszczając mnie do głosu, jął mówić o naszym środowisku.

Może rzeczywiście był w jego wściekłej goryczy jakiś podtekst osobistej urazy, ale może tym wyraźniej "ich" widział i oceniał. Mówił o tym, jakie role grali dotychczas, do wybuchu kryzysu. Że tamten system miał w nich pokornych wykonawców ról, które mieli grać dla systemu. "Rola"? Poseł? To nie jest rola? Duża rola. I grał taki jeden z drugim napisaną przez jakiegoś z KC rolę. Z całym zapamiętaniem. Dyrektor? Rola? Rola. I kreował ją z zaciekłością. Ba, bisował. Z jednej dyrekcji na drugą. Zawsze pod pachę z władzą, którą dziś nazywa "okupacją". Bo chciał grać rolę według innych autorów, a inni autorzy zbankrutowali. I teraz grają rolę walecznych. Najgłupszą. Bo ją sobie sami napisali. A są głupi. O tym tobie nie muszę długo mówić. Kochany. System ich nie tylko tolerował, trawił. System ich potrzebował. Bo oni nie mają osobowości! To nie osoby. To maski greckiego teatru. Grali, grali, aż przegrali swoje role. I teraz przewodzą oporowi. A opierać się mają dzieci. Mój syn, twój... - chciał coś powiedzieć o Kubie i zdał sobie sprawę, że mówi o nieżyjącym...

- No tak - westchnął ciężko i podniósł pod światło pustą butelkę.

- Unosisz się - mruknąłem nie wiedząc, czy powinienem już przejść do rzeczy.

- A ty byś się nie unosił, gdybyś co dzień widział, jak ten błazen Dyrektor układa pod murem siedmiu zastrzelonych "boliwijskich" górników i ja oblewam ich czerwonym sprayem.

- No właśnie - czerwonym sprayem. A ludzie umierają naprawdę. Dzieci umierają naprawdę.

Zacząłem mówić. Wszystko. Jak było z Kubą.

Gdy się żegnałem poprosił, żebym koniecznie wpadł do niego jutro. Sam porozmawia z Andrzejem i jeszcze się naradzimy.

 

- Nic o Andrzeju! Nic o synu - szepnął mi Witek w progu. Ktoś był u niego.

W pierwszej chwili nie poznałem profesora "Wergila". Takie spotkania wyraźniej uświadamiają mi koniec mojego świata niż kalendarzowa dokładność urlopowej "wypiski" z więzienia, w której zaznaczono te dziewięć lat spędzonych za murem. Był to stary człowiek. Najbliższy przyjaciel Witka Sanojcy, jego okupacyjny towarzysz, może o dwa, najwyżej trzy lata od niego starszy, wyglądał jak patriarcha. Bródka mu posiwiała i jakby wyliniała, wory pod oczami... Zawahałem się przez sekundę, nim jego serdeczny odruch nie upewnił mnie, z kim mam do czynienia.

- Dopiero teraz się spotykamy, ale przez cały ostatni rok byłem za granicą... - powiedział to jakby się usprawiedliwiał wobec podejrzenia, że mógł umyślnie mnie unikać.

Ileż przegadanych wspólnie wieczorów. Nazywał mnie "młodszym bratem", niby że tak jesteśmy z Witkiem spoufaleni. Dziwny i świetny człowiek. Z wykształcenia zoolog, teraz jak to się mówi znakomitość w europejskiej ekologii... wypytywał mnie o tamto za murem, ale bez nachalstwa i rychło widząc, że nie palę się jakoś do rozwijania mego martyrologicznego tematu, zeszliśmy w rozmowie na "sprawy publiczne". On wciąż wykładał na uniwersytecie... Wielu ludzi twierdziło, że żaden ze starych profesorów nie miał tak autentycznego kontaktu ze słuchaczami. Nie bywałem na wykładach, nie wiem, powtarzam.

Z całej tej chaotycznej i długiej rozmowy (był koniak przytaszczony przez Wergilego znać na upamiętnienie niedawnego zagranicznego wojażowania) najbardziej utkwiła mi w pamięci opowieść profesora o jego internowanym asystencie. Stary był naprawdę wściekły, gdy o tym mówił. Rzadka bródka sterczała agresywnie do przodu, rękę z kieliszkiem opanowało nerwowe drżenie...

- Przepraszam was... - powiedział w pewnej chwili i schował dłoń pod blat stołu. Nie wiedziałem, czy mogę mu wierzyć, to znaczy, czy on sam zna całą prawdę. Bowiem to, co opowiadał, wydało mi się mato prawdopodobne. Otóż ten jego asystent miał pokutować za to, że opublikował parę artykułów dotyczących ochrony przyrody. Był i artykuł o warszawskim ZOO, podobno szczególnie kogoś tam dla jakichś powodów rozjuszający. Wszystko to publikował w tygodniku "Solidarność" i zdaniem profesora miał to być jedyny powód decyzji internowania.

Trudno mi było dać wiarę jego relacji, ale jeszcze trudniej cokolwiek w niej kwestionować. Dowiedziałem się jeszcze, że chłopak oddał legitymację partyjną, znów w okolicznościach w pełni go usprawiedliwiających, skoro protestował w ten sposób wobec wybrania kogoś pod jakimś naciskiem... No - pomyślałem - jeszcze trochę, a dowiedzielibyśmy się, że organizował studenckie strajki... Nawet po chwili zadałem jakieś niestosowne pytanie, bo Wergil nadął się i zamilkł jakoś nieufnie. Aż Witek musiał go udobruchać powtarzając moją relację o rodzinnych układach Laniewicza, którego Wergil znał dobrze i to z nie najlepszej strony, i tragifarsowym udziale w pogrzebie syna. Ten pogrzeb był dla mnie znowu okazją, żeby powiedzieć coś na temat ile wagi należy teraz poświęcić tym oszalałym najmłodszym i ich generacyjnym sąsiadom ze studiów. Wergil się nadął. Było coś o tym, że ludzi z "ich" (Witka i jego) generacji nikt nie musi uczyć lojalności wobec własnego państwa. Rozeszliśmy się, a ja miałem niemiłe uczucie, że zakłóciłem ich przyjacielskie spotkanie.

 

Może to dziwne, ale Basi do dziś nie powiedziałem niczego. Po ciężkich prochach nasennych nie obudziła się tej nocy, gdy rozbroiliśmy patrol "CZAKO". Nie wiedziałem, co mam robić. Dotykać tego strasznego miejsca nie chciałem. Przecież przez ten tydzień coś już musiało przyschnąć, jakaś wersja jego śmierci stała się rzeczywistością. Może to była jakaś nieszczęśliwa sztubacka miłość. Kiedyś, gdy przy kolacji powiedziałem coś, że dla jakiejś "Ali z szóstej B gotów bytem umrzeć", ona wybuchnęła płaczem. Więc wracać w to miejsce i pokazać przyczynę jeszcze bardziej chyba niepoważną, urojoną, nie do przyjęcia dla matki. Dla nikogo, l tak jakoś zostało. Basia przez pierwsze dni obsuwała się w jakiś niebyt, nieobecność. Naprawdę byłem przekonany, że gdy wzywałem ją do stołu, nie wiedziała, czy idzie na obiad czy na kolację. Kiedyś po śniadaniu powiedziała mi "dobranoc". Bałem się, że to się skończy jakąś katastrofą i z początku dałem się nabrać, gdy Teresa nagle odkryła w sobie samarytańskie powołanie. Co dzień po próbach wpadała, by zrobić nam coś na obiad. Oczywiście wiedziałem: czuła, że jej akcje stoją krucho. Przeszło mi. Po prostu jak więzienna zachciewajka, pryszcz na gębie wygłodzonego erotycznie małolata. Był - nie ma. Ale ona próbowała walczyć. No, nie bez sukcesu, jeśli za taki uznać, że wlazła mi parę razy do łóżka. Ale z tego opiekowania się Basią wynikło coś niedobrego. Raz i drugi, gdy wszedłem do jej pokoju, siostra moja zakrywała gazetą jakieś francuskie pismo, aż po prostu zaciekawiony odkryłem je bezceremonialnie. Starczyło mojej szkolnej francuszczyzny, by się połapać, co tu jest grane. Oto moja siostrzyczka tłumaczyła z "Figaro" artykuł... Artykuł? No, tłumaczyła elaborat mojego Zająca. "Ukrywający się przywódca polskich intelektualistów" ujawnił tu bezmiar zadufanego idiotyzmu. Basia nie broniła, gdy od tekstu oryginału, przez który brnąłem z trudem, przeszedłem do lektury luźnych kartek jej maszynopisu. Zając niszczył układ z Jałty, przekreślał Poczdam, postulował Rząd Jedności Narodowej pod międzynarodową kontrolą ONZ. Nie myślałem, że takie idiotyzmy można wymyślić, ale one byty nie tylko wymyślone, byty publikowane i - co najśmieszniejsze - tłumaczone na polski.

- Po co ty to? - spytałem i już miałem odpowiedź: Teresa. Dostała od Teresy. Ale po co i dla kogo tłumaczy?

- Bo wyjdzie nowe opracowanie artykułów Zajączkowskiego... oczywiście konspiracyjne - powiedziała z tym samym nieobecnym spojrzeniem znad trumny swego syna. - To będzie wstęp.

No tak, moja siostrzyczka, wdowa po żywym internowanym prominencie, matka zamordowanego przez idiotów z "CZAKO" Kubusia...

No i stało się. To wtedy moja Basia dowiedziała się o tamtej nocy, o "testamencie" jej syna. Nie wyrobiłem się nerwowo. Zapomniałem, w jakim jest stanie, a może pamiętając o nim chciałem ją obudzić z nowego groźnego letargu.

Skończyło się jedno. Zerwałem z Teresą. Co tylko sprawiało, że teraz co dzień przesiadywała u Basi. Zrozumiałem, że poza mną nie miała nikogo i nic Ją naprawdę nie obchodziło. Ale teraz przybywała tu do mnie jako żałobna matka Polka, działaczka... A wiedziałem. co w niej skomlę i co pęcznieje, gdy umyślnie przełaziłem przez pokój obojętny i zamyślony.

A straciła na tym Basia. Bo zostawiona z Teresą jęta realizować "testament syna". Tak się miała wyrazić. Bo z Teresą rozmawialiśmy. Owszem. Nawet sprawiało mi to przyjemność. Ba - podniecała mnie świadomość tego, co się z nią dzieje. Ale byłem wyniosły i dumny. Niedostępny. A Basia zwariowała. To znaczy stała się "normalna" w tym zwariowanym społeczeństwie, żyjącym poza rzeczywistością. Tak. Bo nigdzie rzeczywistość nie liczy się tak mało jak w Polsce.

Co drugi dzień zaopatrywany byłem w domu w "konspiracyjną prasę". Mogłem tylko czekać, aż otworzę drzwi przed stojącym w progu moim śledczym. Wariat by tego nie wymyślił.

Myślę zresztą, że powinienem to wszystko zapisać, bo potem sam stracę jeśli nie pamięć, to wiarę, że to, co pamiętam, mogło się dziać naprawdę. Oto sprawa operacji zastawki serca u mojego szpitalnego szlafkamrata Wrzoskiewicza. Nie, nie zwariowałem, to nie żadna dywagacja. Zaraz się dalej wyjaśni, gdy będę opisywał moje romansowe perypetie z Malała. Otóż jakoś w połowie stycznia (jeszcze przed moją wizytą w ich mieszkaniu zajmowanym z poręki Dyrektora przez Zająca), Wrzoskicwicz został operowany. Szczęśliwie, dodam od razu. Poprzedzone to było długimi perypetiami nie tylko medycznymi, a właściwie "politycznymi".

- Myślę, że mój tak szybko z tego szpitala nie wyjdzie. Chyba że na trochę - powiedziała Malała.

Leżeliśmy zmęczeni miłością lecz, oczekujący na jeszcze.

- Bo wiesz, jak mu Sanojca odstąpił swoje miejsce w szpitalu, to wyglądało, że wszystko pójdzie raz dwa...

- Jak to swoje miejsce? Witek?

- No tak. Bo Ela chciała go w końcu wziąć na leczenie zamknięte.

- On ma chore serce?

- To nie wiedziałeś? Ładny przyjaciel. Ela załatwiła przez ZBoWiD. Bo on jest w czymś ważnym, kimś ważnym, tylko że powiedział, że on w ogóle nie należy. No, nie znam się na tym, dość że Ela załatwiła miejsce przez ZBoWiD, a on wiesz co robił? Przepisał na mojego Wrzoskiewicza. "Odstąpił mu" na ręce Dyrektora.

Przestraszyłem się. Naprawdę przestraszyłem się o mego Witka.

- Ale teraz to prawie na pewno wyślą go na operację zagraniczną. Zastawka wieprzowa starcza na całe życie...

- Człowieka czy wieprza - zażartowałem obracając ją na brzuch... Nie można było przy niej myśleć o chorym sercu Witka. A co do jej męża...

- Chciał potrzymać twego męża za granicą - głaskałem jej wspaniałe, rytmicznie prężące się pośladki.

- Jesteś cynik - oznajmiła wsuwając głębiej moją rękę...

Tak, Malała była po prostu taka, jaka była. Nieobliczalna w tym siła, niezrównana przewaga wobec wszystkich "myślących", "kochających". "Uparł się, żeby mnie mieć". Czy wyobrażasz sobie, że mnie "masz". No widzisz, a "masz" mnie naprawdę znacznie bardziej niż ten tęgawy eunuch... To bardzo zabawne, ale Malała szczerze nie lubiła Dyrektora, l chyba tu była jej słabość. Wprawdzie zdawała sobie z niej sprawę, ale była... bo chciała być "kimś". Jako aktorka, l tu czuła, że Ofelią bez Dyrektorskiego łóżka nie zostanie. Ale poza tym była bez skazy. Zaśmiała się.

- To kosztowałam dwa szlugi na godzinę?- delektowała się informacją o cenie, jaką osiągał jej toplesowy konterfekt wśród więziennych onanistów. - I popatrz mówiła - to jest tak, jakby ci, co "lecieli w konia", mieli mnie za te dwa "szlugi" - cieszyła się grypserą jak dobrym trunkiem.

- Cała cela? - chichotała radośnie odsłaniając mi siebie z wysmakowanym bezwstydem. - O, mój Juleczku, pewnie że mnie to podnieca! Pamiętaj, mój miły, że każda pani chciałaby być chociaż przez tydzień hotelową kurwą... - bawiła się moim zaciekawionym zgorszeniem. - "Mieć kogoś". Czy ja ciebie mam, Juleczku? Dobrze nam ze sobą w łóżku i ja coś z tego mam. Ale ciebie... filozofowała potem. Zdarzało się, że i przedtem, gdy powoli rozpinała koszulę na moich piersiach. Cieszyło ją, że przyprawiała rogi Dyrektorowi. (I mnie nie było to tak całkiem obojętne - cieszyło, owszem).

- Ty wiesz, że ten świntuch ostatnio bawił się ze mną w biskupich szatach. Nic nie blaguję... - chichotała biorąc mnie pod siebie... - "Oswajał się z kostiumem" - bo coś tam przygotowuje, jakąś główną rolę w biskupich szatach... No ruszaj się trochę! - ponagliła zniecierpliwiona.

Mój Boże, nie będę bujał. Byłem szczęśliwy. Zamiast wymłóconego na sieczkę siennika żywa Malała. Żaden z moich kumpli spod celi nie uwierzy. Po prostu nie uwierzą. jak Żyd nie uwierzy, żeś rozmawiał osobiście z Jahwe, co ci się wychylił z krzaka ognistego. To dobre w Piśmie. Albo na fotosie z "Filmu". A tymczasem to naprawdę co dzień niemal podnosiłem słuchawkę i po nakręceniu numeru Malali wysłuchiwałem delikatnego głosiku powtarzającego słowa: "rozmowa kontrolowana" (czasem zdążyłem nawet mruknąć parę razy "wskocz mi na szpic ślicznotko" - Siekierka twierdził apodyktycznie: "to pic z tym kontrolowaniem, jakby mieli do każdej słuchawki przystawić jednego rurę-kapuchę, obywateli by nie starczyło"), więc słuchałem tego głosu, nim go nie zastąpiło śpiewne, wyczekujące, długie, niepowtarzalne "haaloo" mojej Malali. "Mojej". Bo jeśli ona mogła być "czyjaś", to wtedy była moja.

Trwało już to wszystko parę tygodni, gdy to się wydarzyło. Malała bywała co drugi dzień w szpitalu. Nawet i mnie namawiała, bym odwiedził jej męża. "On to lubi, jego to podnieca, on nie ma za złe"... - namawiała mnie, jakby i jej potrzeba było jakiegoś dziwacznego pieprzu. Zresztą potrafiła mnie oswoić z naszą dziwną sytuacją. Bo Wrzoskiewicz raz i drugi był w domu "na parodniowym urlopie, jak ty z kryminału"- żartował dobrodusznie witając mnie w progu domu Malali (dla mnie to był dom Malali), oszołomionego i ogłupionego zaskoczeniem. Wypiliśmy wtedy razem herbatę i ponieważ pora była późna, a obowiązywała ta "godzina milicyjna" (przecież myślałem, że zostanę na noc), podjął się odwieźć mnie do domu. Po drodze zatrzymał się na chwilę, pogrzebał w portfelu i wyjął pięciodolarowy banknot. "Musimy zatankować, zapomniałem, że mi się kończy". A że obowiązywało wówczas ścisłe ograniczenie, a właściwie zakaz tankowania prywatnych - pojąłem bez trudu, o co chodzi.

- "To moja stacja, wszystko wiedzą co i ile" - uspokoił mnie zajeżdżając z fasonem.

A sytuacja była nie najlepsza. Jakiś człowiek, stojąc obok swego fiata, molestował pompiarza.

"Kobieta mi rodzi, bądź pan człowiekiem"... - zdołałem usłyszeć przez uchyloną szybę, gdy Wrzoskiewicz łagodnym łukiem wyprzedził jego unieruchomiony samochód. Usłyszałem jak metalowa końcówka węża stuknęła o wlew wspaniałego BMW Wrzoskiewicza. Łagodny gest jego ręki przekazał maleńki banknot.

- Panie, ja do prokuratora, jakim prawem - usłyszałem krzyk nieszczęsnego męża rodzącej kobiety.

- Jak pan będziesz miał taki numer, też panu naleję. Nie musisz pan rodzić... - brzmiała odpowiedź.

Wysiadając przed Basinym domem spojrzałem mimo woli na numer samochodu. Były tam trzy dziewiątki. Z pewnością do dziś dla tego człowieka samochód o numerze zawierającym trzy dziewiątki jest zaszyfrowanym wozem służb specjalnych.

Tak. Z pozoru wyglądało więc, że mamy to z Wrzoskiewiczem ułożone.

No i było potem tak, że któregoś ranka wychodząc od niej, cmoknięty już po bratersku w policzek zamknąłem za sobą drzwi i potknąłem się o kogoś, kto leżał na słomiance: Wrzoskiewicz.

Przestraszyłem się wówczas Malali. Nie wybrałem się do niej następnego wieczoru. W końcu mogłem przypuszczać, że mąż wrócił ze szpitala. Wiedziałem zresztą, że nie stać mnie będzie na te subtelności.

Na drugi dzień usłyszałem w słuchawce głos Malałi. Nikt mnie nie pytał, zostałem powołany jak do wojska. Dowiedziałem się, że "skoro już wszystko prawie normalnie, pojedziemy do komisów, wierzę w twój dobry smak".

Po drodze uraczyła mnie opowieścią o tym jak "wredne" bywają w takim doradztwie przyjaciółki. Okazało się, że sabotaż i dywersja mają najperfidniejsze wcielenie w damskich sferach. Mieliśmy iść do komisów, gdyż jak oznajmiła Malała z właściwą jej bezpośredniością: "wyprzedają się dewizowe kurwy, nie mają żądnego ruchu i szukają forsy".

Ubawiłem się szczerze z tej oferty handlowej, ale ona przyjęła to podejrzliwie: czy myślę może, że ona kupi buty z wysoką pozłacaną cholewką? Zobaczysz, że trafimy coś wspaniałego. Nie będziesz się za mnie wstydził.

Pochlebiało mi, że to ja właśnie jestem tym wybranym, dla którego ubierze się Malała. Usiłowała zaparkować samochód na Chmielnej. Znów samochody. Ruch na ulicy. Czasem zamiast zimowych kożuszków i futer, mignie zieleń patrolu w wojskowych panterkach... Gdy wreszcie znalazła miejsce, zatrzymałem ją przez chwilę na siedzeniu i spytałem, czy wie, kto się do nas przedwczoraj tak dobijał. jaki diabeł pali w człowieku, gdy idzie o te miłości?

Jak mam zrozumieć głupotę Malali, czy może podziwiać jej mądrość, gdy mówi obojętnie: widziałeś go? Nie martw się o niego, on w tym ma całą przyjemność...

Chcę o coś spytać, co by może mnie rozgrzeszyło, a może po prostu zaspokoiło pożądliwą samczą ciekawość, ale Malała jest już na ulicy. Potem stoję przed tym komisem, ocierają się o mnie modne panie. Stan wojenny, kryzys, koniec świata prominentów, opozycji, wszystkich. Ale ciuchy i baby w pełnej ekstatycznej symbiozie jak wszędzie, zawsze na całym świecie.

Nic mnie nie gorszy, mato mnie dziwi, cieszy mnie wszystko, co mi się dostaje. W końcu im mniej rozumiem świat, tym jest ciekawszy, tym więcej w nim niespodzianek. Taki był zawsze mój stosunek do kobiet.

Z tym, że Malała okazuje się zawsze niespodzianką. To pełny absurd, ale ja jej wierzę. To znaczy nie zawsze w to co mówi, ale w to, że ona jest... Jest taka jaka jest i wcale nie wpada z tym w popłoch, choć sama powiedziała mi kiedyś: przecież wiem, ile jest we mnie paskudztwa. A jest mniej niż w innych. Niż w Teresie, która grała moją kochankę dublując równocześnie rolę matrony, żony społecznika...

Z Malała to było tak... Właśnie wychodziłem z więzienia tak dziko napalony potrzebą kobiety, że ślepy jak kutas. No i była pani z autobusu, a potem niby coś więcej: Teresa. Powrót przerwanego romansu. A wszystko bujda.

"Z tobą jest tak jakby facet wierzący, który zawsze ogląda Brodatego Pana Boga na suficie kościoła, spotkał go, bo ja wiem... na rynku czy gdzie... Twarzą w twarz.

Bo ja wiedziałem, że gdzieś istniejesz i byłaś dla mnie na tym fotosie jak Szefowa Wszystkich Żądz i Miłości, ale ten twój fotos z "Filmu" to był tak wysoko i daleko jak ten Brodaty na suficie... I nagle skazany Julian Petryk, syn Anatola stoi przed taką..."

- Nawet leży obok i trochę mnie uciska...

- Nie świntusz, psujesz nastrój...

A ona wówczas zaczęła mnie strofować. Że choć nie chodzi do kościoła i nie wierzy, to nie lubi głupich żartów. Z tym Panem Bogiem. I zaczęła opowiadać, że jako dziewczynka była bardzo egzaltowana. Zdarzyło się, że rodzice postali ją do jakiegoś klasztoru. Nad łąkami. (Ważne to łąki, bo "ciąg duszy"). "Rano obudziłam się w stanie łaski" - powiedziała.

- Jak to w stanie łaski? - spytałem opierając się na łokciu.

- A tak. Bo powietrze pachniało tak słodko jak nigdy na świecie. A naczytałam się... Nie śmiej się. Do trzynastego roku życia byłam niemal bigotką...

- No, ale co za stan łaski?

- Sianokosy! Rano pachniało za okienkiem... I tak wróciłam do rzeczywistości...

Myślę sobie, że gdybym był normalnym facetem, to bym się zakochał w Malali. I miałbym spokój. To znaczy ani chwili spokoju, ale ciągłe bolesne zajęcie. Zresztą my, chłopy, też nieźle potrafimy nakręcić. Oto mój Siekierka, szczęśliwy posiadacz Eli - Audi - Sanojcowej. A kręci się koło Basi i jestem absolutnie pewien, że byłby szczęśliwy gdyby ona... A może się mylę? Zresztą i dla niej byłoby to lepsze, niż dziczeć jako "opozycyjna działaczka"; matka nieszczęsnego syna itp. Nie, nie mylę się. Siekierka z jakąś "edypiczną" zajadłością swego męskiego opiekuństwa jest dla mnie czytelny jak na dłoni. Chociaż dostał od losu Elę. A w coś takiego, że Ela może być dla niego, jeszcze przed dwoma miesiącami by po prostu nie uwierzył. A Witek? Mój Boże, jak szedłem za mur to był piekielny zazdrośnik. Sam sobie nie żałował z "aktoreczkami", jak wykrzykiwała Ela, ale każdy powrót po spektaklu, gdy nie zastał jej w domu, to była draka, awantura. A w tych dniach skomentował coś na temat, że widziano mnie z Malała. (Skąd taka rzecz się zawsze rozniesie? Teraz już wie Wrzoskiewicz, ale nie on jest właściwym rogaczem. Właściwym jest Dyrektor, ten nie wie nic zgodnie z odwieczną regułą). Pewnie mnie wydał jakiś zarozumiały samczy uśmieszek, bo on powiedział łagodnie: bierz, bierz, jeśli cię to jeszcze bawi...

- A ciebie nie bawi? - spytałem retorycznie, ale niespodziewanie usłyszałem niespodziewaną odpowiedź.

- O nie. Te wilgocie... Bardzo się teraz dziwię dawnemu sobie. Więc się nie martw o Elę. Bardzo się cieszę. Niech ją rąbie ten twój Siekierka. Wolę go niż Króla Szczypiorku. Mam inne zmartwienia. Wiesz, profesor Wergil został wczoraj aresztowany.

Osłupiałem.

- Profesor? Za co?

- Nie wiem. Byłem u profesorowej, jak tylko zadzwoniła. Powiedziała mi, że byli bardzo grzeczni. Robili rewizję, ale nic nie znaleźli, niczego nie opieczętowali. Ten oficer prowadzący powiedział jej w progu szeptem: po cóż pani mąż bawi się w ten KPN...

- W KPN?

- Właśnie.

- Przecież on u ciebie mówił o idiotycznych trendach młodzieży, której taki KPN przedstawia świętych bohaterów narodowych w stylu Rydza-Śmigłego.

- Ano mówił.

- I teraz KPN? To niemożliwe.

- Czort wie, co jest obecnie możliwe...

I musieliśmy przerwać rozmowę, bo ktoś się przyłączył. Aha, bo zapomniałem napisać, że było to na kolacji u małżonków Sanojców.

Zresztą co śmieszniejsze, odnalazłem małżonków pojednanych, więc byłem na kolacji podanej z całym majestatem żony-gospodyni. Chyba to sprawa Andrzeja jakoś ich na gruncie rodzicielskim pojednała.

W czasie tej kolacji byłem świadkiem rady familijnej. Biedny Witek wyraźnie boi się o syna. Po prostu się boi, ale do "tego nie może się przyznać. Nawet wobec siebie, przede wszystkim wobec siebie, bo jeśli z kimś się liczy to z własnymi przekonaniami. Więc ten strach przybiera formę troski, manifestuje się jako potrzeba i niemożność pomocy. Wiesz, co synek mi wczoraj powiedział? "Może wy byliście pokoleniem połamanym, torturowanym, przegranym, ale z tej racji nie możecie wymagać od nas, żebyśmy byli pokoleniem zhańbionym". Coś w tym rodzaju. Że zgoda na to, co się dzieje, jest hańbą. Ze wzywanie do ..rozsądku" jest wzywaniem do oportunizmu, poddania się, jednym słowem hańby...

- Ale żeby choć miał trochę lojalności, zgodził się czasem w czymś wyręczyć. On Jest ponad to... - Ela nie znała sprawy Kuby, więc miała tę swoją babską perspektywę... - Myślami buja w obłokach...

Sanojca się żachnął.

- Myślami tak buja w obłokach, że wody w sedesie po sobie nie spuści. Zostanie po nich żałoba i... - zająknął się, wyhamował. Myślał o Kubie, a mówić nie mógł.

Więc mówiliśmy o zagrożeniach, jakie niesie ten czas dla takich jak on. W końcu zeszło na sprawę konkretną. Oboje, choć nieco niepewni, doszli do wniosku, że zabronią synowi statystowania w sztuce, której premierę Dyrektor zapowiadał na przyszły tydzień. Byłem potrzebny Witkowi. W obliczu konfliktu z synem szukał oparcia i w tej biednej skurwionej Eli, a tak naprawdę, to chyba liczył na mnie. Znając szczegóły "rozbrojenia" uważał, że moje ostrzeżenie może gówniarza powstrzymać. Nie bardzo wierzyłem w swoje możliwości, ale też nie uważałem, że mogę mu w czymkolwiek odmówić pomocy.

Niewiele z tego wynikło. Andrzej na umówione ze mną spotkanie w kawiarni nie przyszedł. Przyszła za to Ela. Zapłakana. Z początku się przestraszyłem, że już po gówniarzu. Pal go sześć, ale co by się stało z Witkiem. I w jakiś naturalny sposób zrobiło mi się przyjemnie i lekko, gdy Ela wycierając nos złożyła na moje ręce wyznanie, które dla niej było końcem świata. Otóż Zenek Siekierka "wziął za nią odstępne od Króla Szczypiorku". Tak można by to nazwać, choć, oczywiście, wcale z nią nie zerwał. A ja się nawet ucieszem: pistolet leży nietknięty, piec u Basi grzeje, bo Siekierka "odstąpił" Elę jej prawemu właścicielowi.

Pocieszałem kobietę roztrzęsioną i wściekłą, twierdziłem nawet, że sprawa wcale nie jest pewna - w końcu Król może po prostu łgać, żeby jej Zenka obrzydzić.

- Powiedz, ty go znasz, powiedz czy mógłby...

Bożyłem się, że nie, że nigdy, że Zenek ma swój honor i umie się szanować. Plotłem, bredziłem i chciałem się śmiać. Niesprawiedliwie. Bo dla Eli była sprawa. Obiecałem, że z nim "porozmawiam". Ale przez parę dni nie miałem okazji.

 

Było to w przeddzień wydarzeń, które decydująco wpłynęły na całą moją już tak niedługą "wolność". Tego dnia dowiedziałem się od Malali, że premiera Dyrektora to będzie "wielki hit Warszawy".

- "i nie tylko"... - dodała po chwili, jakby namyślając się, czy mówić dalej. Byliśmy w sytuacji, która z jednej strony utrudnia, z drugiej niekiedy ułatwia konwersację. Wziąłem ją pod siebie i przygniótłszy całym ciałem jak zapaśnik syknąłem niczym oprawca: mówić...

Chichotała przez chwilę, ale szybko straciła oddech.

- Jesteś cham. Przecież tobie i tak mówię wszystko...

Ale jej się to spodobało. Poczuła się sponiewieraną kochanką zbrodniarza, może ofiarą gwałtu. (Tu przypomina mi się komentarz Siekierki do czyjegoś wyroku w sprawie o gwałt - "Ją zgwałcić! Siekierą byś jej nie odegnał").

No i dowiedziałem się, co ów "wielki hit" oznacza. Otóż na premierę sztuki o dramacie boliwijskich górników przybędą wszyscy korespondenci pism zagranicznych. Będzie to wielka kontestacja artystów przeciw stanowi wojennemu. Wszystko Dyrektor obmyślił. Przemyślano nawet swoiste środki bezpieczeństwa, gdy wybuchnie skandal: oto zbrodniczego generała kreuje dwóch aktorów: Zdzielicki, chuda sztywna nicość, artysta mizerny lecz pokaźnego wzrostu. On pójdzie na premierę z korespondentami. Gdy po skandalu ("będzie skandal, będzie"...) władze rzucą się skontrolować spektakl, zastaną na scenie w generalskim mundurze Lecha Szymaka, opasłego flegmatycznego bruneta o "indiańskich" rysach twarzy. I ze statystami to samo: na premierze leży na scenie, gdy wkracza generał siedmiu zabitych (jak w kopalni "Wujek" - tłumaczy mi Malała), a w następnym przedstawieniu pięciu czy trzech - to się jeszcze zobaczy.

Malała nie ukrywa, że stanowi sanktuarium twórczych spowiedzi Dyrektora, a ja już wiem wszystko. Wszystko? Tak mi się tylko zdawało, bo kiedy już wciągam spodnie, dowiaduję się czegoś jeszcze ciekawszego.

- A po spektaklu to będzie przed teatrem konferencja prasowa pana Zajączkowskiego.

- Przed teatrem.

- A tak. My z tym nie mamy nic wspólnego - mówi j widzę, że powtarza nawet diaboliczny śmieszek mego Dyrektora.

 

Teraz nie miałem wątpliwości. Witek musi zatrzymać swojego gówniarza, a ja muszę mu w tym pomóc. Po pierwsze dlatego, że nienawidzę tego skurwysyna. Mowa o Dyrektorze. Najpiękniej określił go kiedyś w rozmowie Siekierka, który ma do niego urazę o tę akcję ratowania "więzionych za przekonania". Oto jego sentencja: "To jak ktoś jest zapudłowany, bo chciał zrobić dynamitem rozpierdziochę w całej Polsce, to go trza bronić, a jakżeś w nerwach pierdolnął jednego skurwysyna, to siedź bez ratunku"... Więc najpierw zrobię to "dla Dyrektora". Później wymyślę coś dla mego Zająca. To już z motywów "obywatelskich" (skazany na utratę praw publicznych i obywatelskich na lat... - a jednak zrobię). Pójdę tam przed teatr i zadam kutasowi parę pytań po angielsku. Nim się połapie, już go ośmieszę.

Nie przesadzę, jeżeli napiszę, że kulisy "wielkiej patriotycznej demonstracji" byty naprawdę dramatyczne.

Więc najpierw Witek, który został głównym zakulisowym bohaterem sytuacji, której byłem koronnym świadkiem. Wkurwił się strasznie. Na dwie godziny przed premierowym spektaklem wprowadził mnie do pokoju Andrzeja, streścił, co wiedział o aferze "CZAKO", broni i tak dalej, stwierdził kłamliwie, że ja stanowczo zapowiadam, że udam się do władz z bronią odebraną gówniarzom i na jego zresztą prośbę "rozrobię" całą sprawę, o ile on ośmieli się statystować dziś wieczór. Milczałem. Ostatecznie to względnie najwygodniejsza forma kłamstwa, gdy łgać trzeba, bo dla przyjaciela. Potem Witek zamknął gówniarza na klucz w jego pokoju, zabrał mu klucze od domu, drzwi wyjściowe poprzekręcał na wszystkie klucze i zabrał mnie ze sobą do teatru. "Chcę mieć widownię" - oznajmił enigmatycznie. Pojechałem. Ostatecznie byłem ciekaw.

To zabawne. Gdzieś jest w człowieku wmontowany jakiś specjalny aktorski nerw. Bo wzięła mnie atmosfera premiery. Ta zakulisowa krzątanina. Ludzie mruczący powtarzane kwestie, koledzy tak stremowani i przejęci, że mile się do mnie uśmiechali, zapominając o moim haniebnym statusie przestępcy pospolitego na wolności, gdy tysiące i tak dalej... Jedynie Witek był kamiennie spokojny - po prostu nie robił nic z tego, co zawsze robi przed premierą przyzwoity inspicjent. Aż się doczekał. Dopadł go rozgorączkowany Dyrektor...

- Zaczynamy za dziesięć minut, a ty... - zaczął patetycznie i zbaraniał, gdy Sanojca ujął go gwałtownie pod rękę i wciągnął w ciemny kąt za kulisy. Wyrwał mu się, ale zagrodziłem mu drogę pięścią, aż odbił się o nią sflaczałym brzuchem.

- Słuchaj, chcę cię uprzedzić, że masz tylko sześciu statystów, mój syn nie przyjdzie - powiedział Witek nagle zdumiewająco po tej szarpaninie rzeczowym tonem.

- Co ty sobie myślisz? Przecież cała koncepcja przedstawienia...

- Wiem, że niejeden reżyser myśli jak małpa, nie ideami a przedmiotami i tu ma leżeć u ciebie na scenie siedem przedmiotów, trupów umazanych czerwonym sprayem. Możesz się "angażować", bo dobrześ to sobie skalkulował. Mój Boże, co za żałosna z ciebie kreatura. Myślisz, że nie wiem, że na dzisiejszym przedstawieniu ma nie paść kwestia: "Biedny kraj, jak daleko do Boga, a jak blisko Stany Zjednoczone..." Ta kwestia mogłaby dotknąć korespondenta New York Timesa, ale ja... (Później kwestia wróciła na scenę w nieco zmienionej wersji... "choć daleko do Boga, blisko do Stanów Zjednoczonych"... i tu padały z widowni entuzjastyczne oklaski).

Dyrektor nie dat mu skończyć.

- Błazeńskie impertynencje durnia. Będziesz za to odpowiadał albo sam się położysz za siódmego, za swego syna...

I tu stało się coś niespodziewanego. Witek Sanojca dał w pysk Dyrektorowi. To jeszcze najładniejsze "dżentelmeńskie" określenie, bo zaprawił go tak, że z nosa zrobił mu czerwony pędzel...

Dyrektor chciał wrzasnąć, ale miałem już jego gardziołko. Patrzyłem w wyłupione strachem oczy, zwolniłem uścisk.

- Ma być cichutko... - powiedziałem szeptem.

Obtarł ręką krew, rozmazując po brodzie i policzkach.

- A teraz połóż się sam za tego siódmego - oszczędzisz czerwonego sprayu... - zakpił Sanojca.

No i stało się. To nie do Dyrektora wzywałem karetkę pogotowia. Wituś wylądował przed progiem sali reanimacyjnej. Zawał nie okazał się aż tak groźny.

- Po prostu szlag cię trafił - postawiłem diagnozę, gdy go odwiedziłem po raz pierwszy.

A co się stało w teatrze? W parę dni później zobaczyłem, że Basia znów coś pilnie tłumaczy z francuskiej gazety.

"Siódmy wspaniały!" - wołał tytuł. A pod nim fotografia Dyrektora. Tak. Przeczytałem ową recenzję - sprawozdanie z konferencji prasowej Zająca w jednej polityczno-teatralnej korespondencji. Dyrektor, jak przystało na wrażliwego reżysera, wysłuchał sugestii swego inspicjenta. On sam ostentacyjnie leżał w górniczym kombinezonie (chyba nie Andrzeja, przecież by się nie zmieścił), zapewne umazany czerwonym sprayem, bo nie sądzę by wystarczyła "charakteryzacja" dokonana ręką mego Witka.

"Teraz po tym przedstawieniu nikt nie może mieć wątpliwości, że Polacy będą umierać za swoje i nasze ideały" - kończył francuski korespondent prawicowej gazety.

Wieczorem pogadałem sobie z Siekierką. O Królu Szczypiorku i "odstępnym" za Elę. Kręcił, łgał, że owszem, zapożyczył się, a Eli po prostu ma już dość... No, ale znam się na moim Zenku i umiem go ustawić.

Uniósł się honorem. Oznajmił, że zwróci "dziadowi" forsę. A mnie dał słowo, że pistoletu nie ruszy. I ani słowa o tym, gdzie jest ten cholerny pistolet. Kto wie, czy nie w naszym pokoju...

 

To i owo zapłaciłem za nerwy Witka Sanojcy. No, nie przesadzajmy, zarobiłem sam uczciwie. Bo nienawidzę i to się po prostu miało okazję ujawnić. To, że nienawidzę. Czego w końcu? Wiadomo, że sytuacja, w której wygląda na to, że to ja jestem "za" jest czystym idiotyzmem. Więzienie wyleczyło mnie z każdego, najdrobniejszego odruchu "za". Za tym ustrojem, państwem, za tymi ludźmi, co nami rządzili. Bo, jak to w celi określił jakiś inteligent defraudant (oczywiście "niewinnie" wsadzony, jak wszyscy tacy) - w Polsce polityką zajmują się majsterkowicze. Więc nienawidzę tych majsterkowiczów, a przecież wyszło, że jestem "za". Dlaczego? Może przez to, że nauczyłem się widzieć ludzi, widzę i moje środowisko. I jego to nienawidzę przede wszystkim. Za co? Za blagę. Za nieautentyczność. Za pazerność. Na wszystko. Na zaszczyty... Przecież to dlatego majsterkowicze brali tych nowych osłów w jasyr jako posłów, prezesów, dostojników od robienia państwowotwórczych min. Grali nie swoje role, spostrzegli, że teatrzyk zbankrutował i postanowili sami sobie rolę napisać. Próbują grać siebie i nie wychodzi. Bo tak naprawdę to ich nie ma. Dalej, pazerność na to, żeby mieć. Malała powtórzyła mi kiedyś melancholijne zdanie Dyrektora: "nakręciłem tyle filmów co John Wayne i zobacz, co z tego mam. A on jest milionerem..." - użalił się jej biedaczek, w mieszkaniu dwustumetrowym, które zajął po zbankrutowanym wicepremierze... Głupota. Chciwa głupota. Nieliczenie z niczym poza własnym interesem. Tacy są. A upozowani - wiadomo na co. Tak. Może dzięki temu, że to ongiś moje środowisko mnie odrzuciło, oddało mi siebie. Więc nie jestem "za" niczym. Ale jestem przeciw. Przeciw nim także. A może przede wszystkim.

Oni to wiedzą. I załatwili mnie szybko i ostatecznie. luz w tydzień po premierze "siódmego wspaniałego". Akcja Dyrektora i jego konspirujących przydupasów była błyskawiczna. W jakiejś zadrukowanej płachetce piętnującej "kolaborantów" ukazała się duża nota. Ostrzegano "środowisko", że Julian Petryk, eks-aktor, przestępca kryminalny, pod pretekstem złego stanu zdrowia zwolniony został z odbywania kary (tak to sformułowano - nie "przerwa w karze" a "zwolnienie"), aby złamać solidarny bojkot środowiska. Jest agentem. Potrafił już zagenturować nieliczne słabe jednostki, między innymi inspicjenta Witolda S. (bez nazwiska - jak w sprawozdaniu sądowym, jacy delikatni. A każdy aktorzyna w całym kraju wie, o kogo chodzi). Tenże usiłował zerwać konferencję prasową dla korespondentów zagranicznych zwołanych przez ukrywającego się prezesa Zajączkowskiego po wspaniałej premierze sztuki reżyserowanej przez Dyrektora.

Naprawdę. Ten bidak nie umiał się powstrzymać i wkitowali takie zdanie na koniec szlachetnego donosu.

Przysięgnę, że bezpośrednio po lekturze trafił mnie szlag. Doszedłem do tego stopnia zidiocenia, że pokazałem pisemko Siekierce.

- Trzeba by komuś za to dopierdolić - wydał surowe orzeczenie.

- Ale komu? - odprężył mnie z miejsca.

- Ty wiesz, ten gówniarz to roznosi. Po znajomych domach. Jest kolporterem.

- Kto taki? - nie chwytałem.

- No gówniarz. Synek... - określił dokładnie, o kogo chodzi. "Synek" to było dziecko Eli, inaczej nie mówił. Jak Boga kocham, takiego nawet zakapować nie wstyd...

Więc syn Witka Sanojcy kolporterem pisemka określającego jego ojca jako "agenta". Nieprawdopodobnie kiczowate wypisuje los scenariusze. Życie to teatr amatorski, nie widać ręki reżysera - powtórzyłem myśl Sanojcy.

 

Tak. Niebo nie bywa jasne, a jednak piorun uderza. Piorun z ciemnego nieba. Piorun z czarnego nieba. Witek Sanojca nie żyje. Nad nikim, nad niczym nie było jasne to niebo, ale przecież nikt z lekarzy... "Płytki zawał". "Nie ma zagrożenia". W trzy dni po tym jak karetka pogotowia odwiozła Witka z teatru, rozmawiał ze mną w szpitalu. Tylu chorych, ciężko chorych, zwalonych na kupę w nieprzestronnej salce. Ale był w dobrym nastroju. Wcale nie załamany wydarzeniami w dniu premiery. Odwrotnie. Odniosłem wrażenie, że coś się w mm wyzwoliło. Myślę, że te ostatnie lata klęskowego osamotnienia w domu, że poczucie niespełnienia na scenie, że zawalenie się tego, w co uwierzył w roku osiemdziesiątym... W końcu był autentycznie zaangażowany w "Solidarność", którą mu obrzydziły błyskawiczne kariery ludzi z jego środowiska. "To było wstrętniejsze niż ich posłowanie, prezydiowanie i tak dalej... W końcu w tamto spychał ich, niezupełnie świadomych co czynią, co czynić mają, brudny paluch jakiegoś działacza pierwszej rangi wskazującego ich nazwisko na liście "reprezentantów środowiska"... A teraz, a tu, a u nas, w "Solidarności", która była wcieleniem ideału, mitu Odrodzenia. Dawała nadzieję pokrzywdzonym, zadośćuczynienie zapomnianym, kazała wierzyć bezradnym, bezsilnym dawała poczucie siły, stanowiła święto w zaduchu naszej powszedniości..." Tak mówił Witek. I dalej: "Jak to się dziać zaczęło, że wśród nawiedzonych, może szalonych, ale szlachetnych, jęli dominować ci sami. W naszym świecie wszyscy ci sami..."

Tak mówił w czasie naszych spotkań. Bo gdy go po raz pierwszy odwiedziłem latem, już był w fazie bezradnego rozgoryczenia. "Za dużo głupoty. Można by to znieść. Ale do tego za dużo podłości..." Więc i tu był przegrany. Cofał się. W samotność, która była nie z wyboru, była osamotnieniem. Może dlatego tak mnie, wypędka, przygarnął. Więc właśnie ten spór z Dyrektorem, ta walka łącznie z tym "głupim rękoczynem", dała mu nowe poczucie wartości, samookreślenia. W czasie pierwszej wizyty w szpitalu takim go odnalazłem... Był ożywiony. Dużo mówił, aż się bałem, że sobie zaszkodzi. O wszystkim. Przypominał pierwszą publikację grupy publicystycznej Zajączkowskiego na temat stanu naszego szpitalnictwa, którego teraz doświadczał na sobie. Komentował, jak to się w Polsce dzieje, że zawsze racje człowieka ulegną zapomnieniu, a przetrwa jego upozowana głupota... Mówił, że do teatru nie wróci...

 

Stoję w progu "jego" sali. Instynktownie ruszam w kąt, gdzie stoi .Jego" łóżko. Ze zdumieniem natrafiam wzrokiem na nalaną twarz oddychającego ciężko grubasa, który leży z zamkniętymi oczami - śpi, jakby przez sen konał... Czuję dotknięcie czyjejś ręki. Oglądam się. Sąsiad Witka, którego w czasie wizyty częstowałem czekoladą, stary człowiek, na którego nocnym stoliku stoi szklanka ze sztuczną szczęką, coś do mnie mówi. Niewyraźnie. Sepleni.

- Wyszedł? - pytam bez sensu.

Potwierdza smutnym ruchem głowy.

- Dziś w nocy - mówi.

A ja jeszcze nie rozumiem. Jak to w nocy? A godzina milicyjna?

- Całkiem nagle - mówi staruch; ja jeszcze nie wierzę, ale już rozumiem.

 

To Ela mi powiedziała w przeddzień pogrzebu. Że wieczorem odwiedził go w szpitalu Andrzej, l że w papierach w nocnym stoliku leżała owa konspiracyjna płachetka jak to ja, agent wypuszczony z więzienia, "zwerbowałem Witolda S., inspicjenta teatru". Nie mogłem zrozumieć. To mi się nie mieściło w głowie. Ale gdy zrozumiałem, poprosiłem, żeby tego broń Boże nie powiedziała Siekierce. Iglica w skonfiskowanym pistolecie "CZAKO" była naprawiona. Sam długo myślałem. Czy to w porządku, że zostawiam tu na wierzchu tego groźnego gówniarza. "Ojcobójca" - pomyślałem i zdałem sobie sprawę, że przydzielam mu epitet, jakim obdarzali mnie sprawozdawcy sądowi.

Byłem przygotowany na najgorsze. Że pogrzeb będzie zakopywaniem człowieka, takiego człowieka, niemal chyłkiem, bez asysty bliskich, w zawstydzonym milczeniu. Ale było gorzej. Znacznie gorzej. Gdzieś uchwalono "wielkoduszne wybaczenie". Gdzieś przypomniano, że umarł pierwszy działacz i organizator "Solidarności" artystów. Przecież jego nazwisko inspicjenta figurowało na afiszu przedstawienia, na którym jako statysta zadebiutował wielki aktor "siódmy wspaniały". Afisza zmienić się nie dało. Śmierć zmieniła interpretacje. W końcu o wydarzeniach za kulisami wiedziałem tylko ja. A ja byłem wyklęty. Wokół mnie była pustka. Stałem w kościele z Siekierką sam. Oddzielony dwoma rzędami pustki. A byli "wszyscy". Nieomylny instynkt stada, albo czyjaś reżyseria. Tu nic nie dzieje się samo. Nad trumną przemawiał Dyrektor. Nasz pokrzywdzony John Wayne wspiął się na szczyty patosu. Żegnał "wspaniałego szeregowca niezwyciężonej armii sztuki, na której teraz spoczął cały ciężar walki o ideały, których nie wolno nam zapomnieć. I my nie zapomnimy, jak nie zapomnimy nigdy o ich skromnym, ofiarnym, niezastąpionym nosicielu". Niemal płakał. Głos mu łamało wzruszenie.

Nigdy nie zrozumiałem tak dobrze wymowy uderzenia grudy ziemi o trumienne wieko. Tak zasypuje się prawdę o człowieku, którego już nie ma. Który już niczego nie sprostuje, bo sprostować już nie można. Bo sprostować można tylko ciosem pięści w pysk obłudy. Pięść leży pod zwałami ziemi, a pamięć? Pamięci nie ma.

 

Z całej porannej uroczystości zapamiętałem jeszcze jedno. Szept Siekierki w kościele: popatrz na skurwysyna. Jak on klęczy.

Spojrzałem we wskazanym kierunku. Dyrektor Wszystek klęczał w pierwszym szeregu żałobników.

- No, klęczy. Wszyscy klęczą.

- Ale jak. Na obu kolanach.

- No to co?

- Chłopie. Tak klęczą tylko baby. Nie umie. Nie wprawiony.

Przez sekundę stary świat znów mógł być śmieszny. Był śmieszny.

- Przecież on od grudnia co niedziela w kościele odszepnąłem. Wiedziałem. Były to nasze godziny. Moje i Teresy.

- No to co. Nikt mu widocznie nie powiedział - Siekierka był nieubłagany.

I tak poszedł sobie jedyny mój przyjaciel, a ja opisując to, co się nie da opisać, to, jak się zasypuje martwego człowieka, pamiętam głupie zachowania głupców, komentarz do nich prostaka, dowcip sytuacyjny na cmentarzu. A zresztą choćbym i umiał pisać jak zawodowiec, to co z tego, że każę komuś przeczytać i sto stron, skoro jedyne, co z tego wynika, zamknie się w dwóch słowach: nie ma Witka. Paradoksy ludzkiej natury: kiedy żył tak blisko, że mogłem go zawsze przywołać, nie wiedziałem, kim był właściwie. Teraz dopiero jest. Widzę jego absolutną odwagę. W każdym wymiarze. Także tym najprostszym męskim - mojemu pokoleniu już niedostępnym - bojową. Co o nim pisano w książce "Akcje Zbrojnego Podziemia Warszawskiego"! Ale ten sam człowiek odpowiedział w tym roku jakiemuś dostojnikowi na pytanie, czy już sobie "załatwił" Krzyż Powstańczy - "ależ panie generale, ja nie zdążyłem jeszcze zweryfikować swojego Krzyża Walecznych z Powstania". Był jaki był i na nic mu były oficjalne świadectwa na papierze czy z brązu. A to serce! Przecież dopiero potem, dopiero po cmentarzu powiedziała mi Ela, że był chory od lat. "Nie miał czasu" się leczyć. Powiedział "jeszcze nikt nie uciekł przed śmiercią. Tym bardziej nie będę uciekał". Okazało się dopiero teraz, że mimo faktycznej separacji łączyła go z Elą autentyczna przyjaźń. Ona była w prawdziwej żałobie, tej, która nie potrzebuje welonu i czarnych pończoch. A sama śmierć "na barykadzie kiedy, wbrew swojej delikatnej naturze, dał w pysk człowiekowi, którym pogardzał. Nie ma Witka i już nie zobaczę nikogo, kto by był tak jak on po prostu sobą.

 

Na pogrzebie spotkało mnie zaskoczenie. Już wychodząc z kościoła natknąłem się na profesora Wergila.

Wyszliśmy razem,

- Pan na wolności?

Skinąłem głową.

 

Opowieść profesora Wergilego.

Proszę sobie wyobrazić moją radość, gdy poją wił się Marian. Mój internowany asystent, wolny, w zupełnie dobrej kondycji psychicznej, w dodatku z ukończoną tam, w obozie internowanych - pracą magisterską, którą pisał pod moją opieką. Mówiłem przecież, ze to człowiek z gruntu apolityczny, lecz na tyle prą wy, że gotów wejść w konflikt z każdą władzą w imię prawdy i w obronie zaniedbywanych racji nieszczęśliwej, upośledzonej przez człowieka natury. Trafił swój na swego, prawdę mówiąc, bo oto ledwo skończyły się moje zajęcia dydaktyczne, wziąłem Mariana w obroty. Zacząłem przeglądać tę jego pracę. Jest ci on fanatycznym orędownikiem ratowania, ochrony, a nawet odbudowy ginących gatunków. W tej jego pracy idzie o bobra. Czynimy od lat starania, aby ten piękny zwierz nie osierocił naszego kraju (jak Boga kocham, tak się stary Wergil wyraził). Więc czytałem, dyskutowałem, a nawet i kłóciłem się z chłopakiem. Nawet dość głośno, a jakże. Jak się miało okazać za głośno. Bo jego pomysł, aby Kampinos uczynić niejako centralnym "stołecznym w aspekcie bobrowego świata" (znów cytat dosłowny) ośrodkiem hodowli, wydal mi się mocno kontrowersyjny. Drzwi na korytarz były uchylone, bo pilnowałem, aby woźny nie zamknął nas w gmachu.

I wie pan, jak to z nami, starymi profesorami, bywa, dyskusja mnie pochłonęła, czas minął, gmach zamykano, więc poprosiłem chłopaka do siebie. Cóż on tam biedak ma na swoim kawalerskim gospodarstwie. Glonek chleba, a moja żona nawet dziś potrafi ugościć, l lubi go bardzo. Ten Marian to wspaniały człowiek. Jeszcze pan o nim usłysz.... Więc po kolacji pościeliła mu w moim, gabinecie. Jeszcześmy się nie położyli, jak rozległ się dzwonek do drzwi. Zostałem aresztowany. To znaczy obaj zostaliśmy aresztowani. Nie mogę narzekać. Byli bardzo grzeczni. Aż przesadnie, wobec mnie aż przesadnie, było mi głupio wobec Mariana, więc zachowałem się nieco... no, trochę niegrzecznie. Ale oni nie zmienili tonu. Już następnego dnia rano zaprowadzony zostałem do oficera śledczego. Byłem oskarżony o montowanie siatki KPN. Pan oczywiście wie co to takiego? No, Konfederacja Polski Niepodległej. Organizacja. Na mój gust kretyńska. Idealizująca sanację. Z galerią przodków w rodzaju Rydza-Śmigłego. Koszmar. Ja i KPN. Nic, ale to nic nie rozumiałem. Spytał mnie wówczas mój oficer - wciąż bardzo grzeczny-o czym rozmawiałem. Powiedziałem, że o bobrach. Roześmiał się.

- Szanowny Panie Profesorze - zaczął, jakby dyktował uprzejmy list - niech sobie pan przypomni, czy to nie pan mówił słowa... - zajrzał do jakiejś notatki - ..."KPN jest i będzie potęgą"..., a następnie... "KPN zdobędzie wówczas wpływy w całej Polsce" lub wreszcie - przecież to pana zdanie: "Dla KPN mógłbym poświęcić życie... Imam nadzieję, że będzie to jeszcze możliwe"... l wówczas zrozumiałem. Zacząłem się śmiać. Dostałem histerycznego ataku śmiechu, aż mój rozmówca się wystraszył. Musiałem wyglądać jak nienormalny. Dosłownie dusiłem się. Chciałem się napić wody-podał mi grzecznie pełną szklankę i bryznąłem na biurko...

Chodziło o Kampinoski Park Narodowy. Mój Marian chciał tam usytuować centralny ośrodek rozrodowy bobrów, kolonię dostarczającą "materiał", jak to mówimy, do ośrodków całego kraju. Rzeczywiście posługiwaliśmy się w rozmowie skrótem "K.P.N.", a woźny, widocznie etatowy pracownik, pośpieszył z meldunkiem...

Tego dnia wróciłem do domu, chociaż odmówiłem podpisania zobowiązania, że "treści przesłuchania nie ujawnię w żadnych okolicznościach".

 

W dwa dni po pogrzebie zaprosiła mnie Ela. Byłem na stypie. Pomyśleć, że wszystko, co w potocznym obyczaju kretynieje, może mieć sens. Siedzieliśmy oboje nad stertą fotografii. Bo powiedziała, że chce, żebym sobie wybrał. Bo w końcu Witek będzie żył jeszcze trochę w pamięci, ale naprawdę to mu podobno zależało na mnie. Mówiła o nim (i o sobie) z zawstydzającą szczerością. Dopiero ta szczerość uzmysłowiła mi, jak bardzo go w gruncie rzeczy kochała. Oskarżała się, że nie zmusiła go do leczenia. Jakby Witka można było do czegokolwiek "zmusić". Ze zostawiła go samego. Jakby on zawsze nie był w jakiś sposób sam z sobą. Patrzyłem na te zdjęcia. Okrutna to zabawa zatrzymywanie czasu na kliszach. Okrutna i bezmyślna. Bo nie myślimy, że wszystko, co utrwalamy, utrwalamy jako żałobę po minionym.

Zwróciłem uwagę na młodzieńcze zdjęcie. Witek w konnej gromadzie. On - cywilny, oficerowie, panie. Koło niego malutka amazonka. Piękna dziewczyna bez toczka w aureoli wspaniałych włosów.

- Mogę to zatrzymać? - spytałem.

- Śmieszne, co? Start. Do czego? Do budki suflera... Bo przecież w tych latach to, czym był Witek w teatrze, dałoby się do czegoś takiego porównać...

- Witek w teatrze był czymś zupełnie niezwykłym. Bez niego nas nie było.

Powiedziałem "nas". Ja, banita, wygnany od nich wyrokiem sądu, a przez nich wyrokiem ich głupoty i małoduszności. Powiedziałem "nas", bo Witek tworzył z nas jedność. A może bredzę. Może to nieprawda.

- Jak dobrze jest wierzyć - usłyszałem westchnienie Eli. Spojrzałem na nią zdziwiony.

- Myślę o religii - bąknęła jakoś zawstydzona.

- W nic innego człowiek nie może wierzyć niż w to, co przeżył.

- Więc tam też by mnie z nim nie było - powiedziała poważnie i odsunęła w moją stronę fotografię z uduchowioną młodzieżową amazonką wstrzymującą konia obok Witka.

 

Cześć Koleżko Julku!

Pamiętasz, dałeś mi swój adres, że jak się wyknajam z pudła, mam napisać. Dostałem przedterminowe. Jednak to zasrane życie przynosi nie tylko ból i cierpienie, ale i rzeczy, które się długo pamięta. Bo przed wyjściem miałem przykrą aferę. U nas byli przez tydzień internowani. Oni dla ciebie pewnie są git, ale ludzie w naszym kiciu ustalili, że człowiekowi z internowanym witać się nie wolno. Że choć taki miał "Solidarność" w klapie, nie znaczy, że mamy im kopsać wite. Póki kogo nie znasz, nie wiesz, czy nie cwel albo inny paparuch. A poza tym "ludzie" mają do "Solidarności" żal, że przez nich nie było amnestii. No, ale nim postanowili, to ludzie strzępili gardła, a mnie jeden wykręcił aferę, że widział jak jednemu takiemu kopsnąłem wite na korytarzu. Gówno widział, ale afera była. Chcieli mnie wjebać w szambo, ale się nie dałem. Stanęło, że ręki internowanemu - człowiek nie podaje. Trudno, w puszce są pewne zasady. Ale teraz wszystko gitenio. Wyobraź sobie, nie kiram żadnych alkoholi. Anticol szamię - pobieram systematycznie. Chociaż z przykrymi skutkami. Bo stałem się od tygodnia impotentem, ja, co żadnemu cwelowi w kiciu nie przepuściłem. Pytałem pacjentów w przychodni. Podobno to przejściowe. Bo jak nieładnie by się moja Bogusia wpierdoliła. Dwa lata na mnie czekała, a teraz... No nic, tak naprawdę to upajamy się z Bogusią widokiem polskiej biedy. Bo jeszcze fruwają gołąbki i wody w Wiśle po pachy. Moja żoneczka uszyła mi spodnie ze starej zasłony, takie git, że bandytyzmem byłoby się nie pochwalić. Bym zapomniał. Bogusia wycofała z sądu tę epopeję o rozwód, co ją złożyła, jak w kiermanie nie zgodziłem się na wszycie esperalu przed wyjściem. Nie przeanalizowała wtedy, a obecnie (nim mnie ten anticol nie osłabił, miałem ci przez tydzień błysk taki, że ledwo miała siły zwlec się rano do pracy) wie, że drugiego takiego nie trafi. Jako pracownik też się trzymam, choć okrutnie mnie wścieka, kiedy muszę zasuwać do "tyry". Bo tyrać byłby sens, żeby coś z tego było, a za moje wory, co je tragam, to na kartki nawet nie zawsze wyrobię. Myślę, czy od jesieni nie zapisać się do zawodówki na wieczorowe, bo ta moja Bogusia po technikum. Słuchaj no uważnie: ja nawijałem, że ty jesteś "polityczny". Tak mi lepiej wychodziło. Że nie tylko ona ma tych swoich "towarzyszy". Bo ona to prawdziwy "czerwony pająk", legitymacji partyjnej nie oddała i powiedziała, że nie odda przenigdy. Dotychczas każdy mój znajomek to był dla niej bandyta, dlatego przerobiłem ciebie na politycznego. To będziesz może wróg, ale autorytet. Choć ja przecież nie żaden prosty złodziej... Jak wiesz, ostatni wyrok za pobicie gliniarza. Rejestrowałem dziecko po urodzeniu, a gliniarz do mnie, czy wiem, z kim się baba puściła. Gdyż często siedziałem u nich na cztery osiem. Ze szkołą wytypowałem się na instalatora. Najlepiej byłoby, gdybym to ja założył szkołę kitu, bajeru, farmazonu.

Mój adres na kopercie. Liczę, że skorzystasz. O jakieś stare glany, sztany czy pierzynkę (sweter jeżeli zapomniałeś więziennej nawijki w swoim eleganckim towarzystwie) to cię nie poproszę, bo pewnie jesteśmy obaj w podobnej sytuacji. Dziś nikt zbędnych łachów nie ma. W ogóle to schnie mi głowa. Skąd wziąć co na grzbiet na zimę. A dla dziecka ? Tak czy tak nawet goły dziesiątki na jakim byłym prominencie nie walnę i kożucha mu nie zapierdolę. Bo jednak chcę na wólce trochę się utrzymać. Magdusia wola o braciszka.

No to pogłówkuj jakoś, żebyśmy się zobaczyli. Adres na kopercie.

Z poważaniem

Arkaszka

 

"Arkaszka". Tak uczciwie według ksywy. Bo w papierach Arkadiusz Cipulka. Ponoć było ich trzech braci Cipulków: on, Napoleon i Dariusz Cipulkowie. Ile tęsknot rodziców za innym światem... "Tam to tylko wykwint i kwintesencja" - opisywał mi Arkaszka w celi wyższe sfery Warszawy. Bo jest stąd. Ile to wspólnych miesięcy "pod celą". Oczywiście wiedziałem, że muszę go odwiedzić. Arkaszka był nietypowy. Może trochę kradł, jak wynikało ze snutych na pryczy opowieści, ale przede wszystkim nie lubił władzy. Siedział dwa razy za to samo. "Jak widzę gliniarza robi mi się ciemno w oczach". Idę do niego w odwiedziny. Zaprosił mnie, więc przemilczałem cały list wobec Siekierki. Zresztą mam być "polityczny". Strasznie to trudna rola. Żeby było dziwniej Arkaszka ma żonę "partyjną". Po co mu więc moja "polityczność", siłą rzeczy obrócona przeciw żoninej partyjności? Pewnie to też ów "wykwint i kwintesencja".

Więc trochę tremy przed tą wizytą, ale przede wszystkim naturalny odruch ulgi. Wychodzę na trochę, na chwilę, od tych ludzi, którzy mnie zmęczyli, a od chwili śmierci Witka stali się nie do zniesienia. Tkwię w poczuciu zwielokrotnionego osamotnienia. Dosłownie jakbym ten rok spędził w trumnie. Mój Boże, w końcu "Arkaszka" to człowiek. Nie tylko "człowiek" w znaczeniu "grypsujący". Wsławił się tym, że w pracy gdy się dowiedział, jak kradną więzienne władze, jął nagle wyrabiać siedem - osiem procent normy. Zaindagowany o przyczyny tak nagłego spadku wydajności bluznął w oczy: "Na złodziei ja, złodziej, nie robię"... I nie tylko uszło mu na sucho, ale nagle zauważyliśmy, że znów dostawać jął porcję dla "stuprocentowców".

Więc idę do "Arkaszki" i, co najśmieszniejsze, przez chwilę myślę po babsku "co na siebie włożyć". Bo niby "polityczny", a więc jakby spod krawata, ale sam krawata nie lubię, a u nich podobno sakramencka bida.

To zdumiewające. Jakby to wszystko kto wymyślił. Mieszkają na Woli w jednym pokoiczynie z kuchnią. I może to szczęście, że jeden i malutki, bo nie widać tak bardzo, że nie mają po prostu nic. Stół... i może dlatego tylko trzy krzesła, że więcej by się nie pomieściło? Dopiero po dłuższej chwili zorientowałem się, że gdy ja siedzę przy stole, to jedna osoba musi być w ruchu albo w kuchni. Po prostu nie ma krzesła. No, można, jak to w końcu zrobiła teściowa, przysiąść na tapczanie w rogu pokoju. I jeszcze małe łóżeczko. Ta córeczka łazi na bosaka. Nie ma bucików. "Ma kaloszki" - prostuje tę informację babci matka. Dumna. Piękna... no, przesada, ładna, choć zmęczona kobieta.

- A to pan - powiedziała podając mi rękę - bardzo jestem panu wdzięczna... - dodała ni stąd, ni zowąd.

- Za co? - spytałem oszołomiony.

- Jak Arkaszka wrócił, to po kolacji mówił nawet "dziękuję" - powiedziała znać skarżąc się subtelnie, że zaniechał później obyczajów ze świata wykwintu i kwintesencji, który widocznie w jego opowieściach zaprezentowałem ja - "polityczny".

Arkaszka nosi gdzieś tam worki na bocznicy kolejowej, wyciąga cztery tysiące. Żona pracuje. "A jakże. Jakby robiła bez przerwy na dwie zmiany to może - gdyby nie jeść i nie pić, mogłaby mi kupić jednego buta na ciuchach w Rembertowie" - szydzi, ale serdecznie.

A ona w popłochu. Gdy zostajemy przez moment sami, bo Arkaszka się uparł, że przyniesie choć dwa piwa "od sąsiada", spowiada się mi szybkim szeptem, że się boi. Bo on już dwa razy był w tym Rembertowie na ciuchach i gotów jednak "spróbować". Bo kupić się nie da. A on marynarki do dziś nie ma. W więzieniu przehandlował wszystko. Nawet to w czym "poszedł siedzieć". Obiecuję. Olśniewa mnie myśl, że chyba Ela nie rozdała Witkowych rzeczy. Mówię, że go ubierzemy, "l dla dziecka coś się znajdzie" - dorzucam zupełnie nieodpowiedzialnie, bo skąd.

Wspaniała jest ta kobieta Arkaszki, Przy tym wszystkim tyle godności.

- Co do Arkaszki, niech mu pan pomoże. Wtedy z dzieckiem to sobie poradzę - mówi czerwona z jakiegoś zawstydzenia.

Kojarzę sobie prędko ją "partyjną" przyjmującą jałmużnę od "politycznego" i szeptem, żeby teściowa - na szczęście jest w kuchni - nie usłyszała, wyjaśniam, że wcale nie, że jestem pospolity, jak Arkaszka.

- Różne rzeczy się zdarzają - godzi się ona i widzę, przez mgnienie, że to wyjaśnienie było potrzebne. Teraz powodowany szczerą ciekawością zatrącam o sprawy ogólne. Tak. Ona wierzy, że socjalizm i tak dalej... Groteskowa i patetyczna w tej nędzy, którą oglądam ja pociotek Laniewicza - z poczuciem autentycznego upokorzenia. Boże, gdybym był pisarzem - co za temat (Gdybym był pisarzem to bym opisał, jak przynoszę Arkaszce garnitury Laniewicza - bo tak naprawdę to przy rozwodzie wszystko pozabierał). Ale mam opisać tylko to, co mi się przydarzyło, więc piszę. Wrócił Arkaszka. Piwa nie było. Sąsiad mówi, że browar o mało nie utonie, przestali już robić, ale nie ma kapsli do butelek. Sąsiad wie, bo od lat ma melinę. Jedna jedyna na Woli, w której nie tylko czysta, ale i piwko...

On rozpytuje co u mnie, ale mnie tak naprawdę interesuje ona. Co myśli taki człowiek "Wierzący". Jestem chyba wyjątkowo uodporniony na wszelkie społeczne zauroczenia. Stąd mój dystans wobec Solidarności ze świętym obłędem naszej niedoszłej rewolucji osiemdziesiątego roku. Tym bardziej wobec partii. I tu niewiarygodny układ. Arkaszka i "partyjna żona". Jakby Maria Magdalena przez pomyłkę trafiła do krzyża zbója Barabasza. I są razem. Przecież czekała na niego. I teraz znowu drży, czy on nie ukradnie albo co gorsza znów "władza" nie podkusi jego pięści. Teraz w stanie wojennym. Dowiaduję się, że "na jej zakład" wrócił dyrektor uprzątnięty w roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym. "Święta partyjna" - jak odezwał się Arkaszka - jest smutna, ale uznaje wyższą konieczność: tylu ludzi nie chce nic robić...

 

A mnie jest coraz smutniej. I nagle tu, w oczach tej pogodzonej, "wierzącej", upartej, rośnie we mnie jakiś gniew. We mnie, którego tak brzydzi cała histeryczna zabawa protestującego sytego i karmionego pączkowym żebractwem "środowiska". Przypominają mi się słowa Witka: "To, że nie aprobuję form protestu nie oznacza, że aprobuję rzeczywistość, przeciw której skierowany jest protest. Nie aprobuję zawodowych ludzi protestu, ale też zawodowców władzy nigdy nie uznam za swoich".

Witku! Witku, gdzie jesteś. Jest tylko szafa pełna twoich ubrań, w której pojadę jutro grzebać, by wspomóc Arkaszkę i tę jego wspaniałą "wierzącą" kobietę.

Połowa kwietnia to były upały. Słowiki obudziły się wcześniej w tym roku. Wśród krzaków bzów obiecujących dopiero kwitnienie, trwało opętane śpiewanie. Zieleń podniosła się na śródleśnej gigantycznej łące. Życie! Świtami, gdy nagłe przebudzenie wyganiało mnie przed próg chaty babci Józefki, spod lasu niosło uparte ciuszykanie i głośny bulgot tokujących cietrzewi. Natura świętowała ośmieszając ludzkie troski, dramaty, przewroty, nieświadoma, że i ona podlega nieubłaganym prawom przemijania. A może w jakiś sposób świadoma, że góruje nad światem człowieka pewnością wiecznego powrotu.

Wybawił mnie Siekierka. Od miasta. Od "środowiska". Od Teresy, Malali, Konrada Wszystka, Zająca. Od siebie. Tutaj się sobą nie zajmowałem. Nie liczyłem dni, które mi jeszcze pozostały, nie czekałem na wątpliwy rezultat upartych starań niezłomnej Basi. Ja tutaj byłem. Zrównany z tym bełkotem cietrzewi, pogwizdywaniem ptaków, trwaniem traw i liści. Chyba po raz pierwszy w życiu odnalazłem świat poza swoimi i w ogóle ludzkimi sprawami. No, goniły mnie tutaj "ludzkie sprawy". Kończyliśmy sadzenie ziemniaków. Koń był ochwacony, trzeba było do weterynarza... U sołtysa Gęby trzeba było interweniować w sprawie spóźnionego odbioru kartek żywnościowych babci Józefki... Wieczorami Siekierka rozważał, czy byśmy "nie powinni się zdecydować". Chodziło o porwanie samolotu. On może to dla mnie zrobić. Albo Sienkiewicz. Tak. Musiałem opowiadać Siekierce "Ogniem i mieczem". Bo "Potop" to mniej więcej streściła mu Ela. Umiała kogo trzeba uśmiercić, poswatać właściwe pary, rozpłatać komu trzeba łeb szablą Wołodyjowskiego. Rzecz wzięła się stąd, że Siekierka tuż przed wypiską przeczytał trzeci tom Potopu. Kto był w kiciu, ten się nie zdziwi wiadomością, że nasz bibliotekarz wydawał książki z półki "jak leci", jak stały na półce. Tak oto Siekierce dostał się trzeci tom "Potopu". Cóż z tego, że Sienkiewicz go zafascynował, gdy potem wypadła na niego "Chata wuja Toma". Jeszcze zapoznał się z "Życiem pszczół" i już wolność...

Dopiero tu właśnie, u babci, w czasie pierwszej jesiennej wizyty z Elą "zgadało się" o tym "Potopie". "Opowiedziała mi". Gdy zakwestionowałem jej możliwości w tym względzie, zapoznał mnie na wyrywki ze swą wiedzą, kto z kim kiedy kogo więził, porywał, odbijał, zabijał...

- Że tez zostawiłeś jej na to czas... - mruknąłem prześmiewcze.

Siekierka roześmiał się wybaczające. Nie miał kompleksów. Nie miał najmniejszego powodu do kompleksów. Zademonstrował mi łóżko, na którym spałem.

- Od nowa musiałem wszystko zbijać raz jeszcze- okazywał grube dechy, listwy, krzyżówki scalające mebel ongiś porąbany siekierą.

Rzeczywiście, łóżko zmieniło się "nie do poznania" w stosunku do stanu, jaki zastałem jesienią w czasie pierwszego pobytu u babci, gdy Siekierka jeszcze kiblował.

- Rozleciało się w drobiazgi w czasie pierwszej nocy - przechwalał się Siekierka. - Musiałem o północy siano do izby nosić. Ale mnie babcia sklęła. Ale jaki byś nie był kozak, przerwy muszą być, to mi opowiadała.

Uniwersytet literacki Siekierki doprawdy godny był pozazdroszczenia. Niestety pamięci mej wystarczyło na dwudziestominutowe streszczenie rycerskiej epopei "Ogniem i mieczem". Wyłgałem się obiecując mu na własność "całego Sienkiewicza" po powrocie do Warszawy.

Ale na razie byłem tu. Na krótko. Przy okazji tej rozmowy dowiedziałem się od Zenka, że z Elą znowu "wszystko jest w porządku".

- Darowała ci? - pytałem naprawdę zaciekawiony.

- A co mi miała nie darować. Forsę temu grubemu skurwysynowi zwróciłem.

- Skąd wziąłeś - indagowałem bojąc się, że trafię na trop nowej afery.

- Wekslem. Powiedziałem: masz pan. A Ela nie przyjdzie już nigdy. Dziś całą noc z niej nie złaziłem

Aż usiadłem na łóżku.

I przypomniała mi się scena sprzed paru dni, gdy to wcześnie niemal o świcie usłyszałem skrzypnięcie drzwi od pokoju Basi i stanąłem w progu, by zapytać, czy mam iść po pieczywo i zbaraniałem. Z pokoju Basi wychodził w piżamie Siekierka.

- Co się stało? - spytałem jak idiota.

- Nic, interesy - oznajmił mi mój przyjaciel, jakby wychodził z banku, a nie z sypialni czterdziestoletniej pani.

A wieczorem Basia powiedziała spuszczając oczy, czy nie wiem, jaki to Zenek miał "dług honorowy".

Jezus Maria. Chyba wyczytał coś takiego u Marczyńskiego. I kto drugi żyrował ów weksel? Może już bezpieczniej porwać z nim ten samolot?

Warszawa przywitała mnie "z otwartymi ramionami". Nie było zbrojnych rogatek przy wjeździe do miasta. W nas, ludziach zza muru, każdy mundur strażnika prawa budzi poczucie zagrożenia. Po usunięciu strefy z tablicami ograniczającymi szybkość, a potem ze znakiem "stop" zasłoniętymi już brezentowymi pokrowcami, w naturalnym odruchu kierowcy świętowałem poczucie odzyskanej wolności naciśnięciem na pedał gazu.

- Glina! - ostrzegł mnie przytomny Siekierka.

Na poboczu ulicy ukazał się majestatyczny milicjant z drogówki w białej czapce. No i doczekałem się "ręcznie wykonanego" znaku stop!

Hamując kątem oka spostrzegłem skryty za budką radar.

- O Jezu, mandat! - zdumiał się Siekierka.

A ja wróciłem w te lata, gdy po zakrapianej libacji. zdarzało mi się słyszeć uderzenie własnego serca na taki sam widok. Wówczas najczęściej kończyło się upomnieniem "dla pana artysty". Telewizja miała swoją silę. Dziś będzie mandat, ale zapłacę za swoje odzyskane poczucie tożsamości. Nie ma zbrojnej rogatki, jest facet w białej czapce, nie będzie Basinych złotówek, nie będzie "pana artysty", ale będzie poczucie "normalności".

W mieście też wzrastające poczucie normalności. W teatrze wróciła na scenę internowana w grudniu kontestatorka. Przez pierwszy tydzień podobno się ukrywała. "Taka była gruba i opalona, że wstydziła się pokazać. Ale dieta cud sprawiła cud..." - tak mniej więcej streściła sprawę Malała, która jej nie znosiła. Tamta miała popularność nie wynikającą z eksponowania własnych wypukłości. Powiedziałem coś na ten temat Siekierce, który stwierdził po swojemu: to fakt, że ta twoja Malała to myśli, że cały świat jak mały byk kręci się wokół jej dupy".

Powtórzyłem to jej przy okazji. Ale w tym potęga i wdzięk Malali, że śmiała się rozbawiona i szczęśliwa. Tym razem oznajmiła coś nowego na temat swej eks-internowanej (może tak być? Chyba może. Ja kiedyś, da Bóg, będę eks-więźniem, to ona...). Otóż babsko tak "standeciało" aktorsko, wyczynia na scenie tak niedorzeczne miny i grymasy, że jej zwolennicy opowiadają, że gra tragiczną rolę ciężko chora: ma odbite w katowniach nerki. Dlatego tak boleśnie i często od rzeczy się wykrzywia. Swoją drogą "moja" Malała ma wdzięk. Dostarczyła mi jakiś powielony parokartkowy elaborat "pana Zajączkowskiego". O nim zawsze wyraża się w ten sposób pełen szacunku. Może dlatego, że był to jedyny mężczyzna spotkany w jej życiu, który się nią nie zainteresował. Nie miał czasu na głupstwa. Przeczytałem te jego umysłowe polucje. Tak to jest, też sposób zaspokajania siebie. I swoich męskich - bo przywódczych - ambicji. No cóż. Ci ludzie żyją wciąż w przekonaniu, że rzeczywistość jest sowieckim wymysłem, a naszym obowiązkiem jest nie przyjmować tego wymysłu do wiadomości.

*

Ze sfery "przywódców" mam jeszcze do zanotowania niezwykłą scenę. Otóż mój pobyt u Zenka ograniczony był terminem kontrolnego badania w "mojej" lecznicy w Aninie. I zdarzyło mi się coś nieprawdopodobnego. Czekałem już przeszło kwadrans na wezwanie do mego lekarza. Siedziałem w holu na kanapie w towarzystwie Zenka, który miał przykazane przez Basie na krok mnie nie odstępować. Minął ten kwadrans i poniosło mnie. Czułem się tutaj jak u siebie - wyruszyłem na poszukiwania doktora. Idąc przez korytarz wyminąłem jakiegoś wychudzonego wysokiego starszego pana, który ukłonił mi się z wyraźną rewerencją. Skądś znałem tę twarz. W każdym razie kogoś mi przypominała. Na pewno więc nie był to mój dawny sceniczny adorator, ani też nikt ze znajomych pacjentów. Przystanąłem i odruchowo obejrzałem się. Mój "znajomy" szedł przez pusty hol, mijając miejsce, gdzie rozpiera) się na kanapie Siekierka, ukłonił mu się z równą rewerencją. I nagle otwarła mi się pamięć. Jezusie, to premier. To były premier! Przez cały dziesiątek lat wkładały go w pamięć ludzką powielane do bezliku fotografie, a teraz... No tak. Zmęczony. Postarzały. I uniżony - taki nie mógł mi się od razu skojarzyć.

Mój lekarz znalazł moje serce w doskonałym stanie. Pobrano wprawdzie znowu to i owo do sprawdzenia, ale samo osłuchanie po "kontrolowanym wysiłku" wypadło wspaniale. Przy okazji dowiedziałem się, że spotkany pacjent skierowany został na leczenie z obozu internowanych.

- O Jezu. Żebym go z miejsca poznał - użalał się w samochodzie Siekierka. - Rany boskie! Dziewięć złotych szło na całodzienne utrzymanie więźnia, jak on na śniadanie wpierdalał kawior i likierem popijał, że też mnie oślepiło! Toć wziąłbym go na huk: czego się chamie kłaniasz, ledwoś sam wyskoczył z kicia, nie byłeś mi przedstawiony! Wziąłbym go na huk, że cały szpital by usłyszał...

Tylko Basia ma jeszcze nadzieję. I to nie taką, żebym mógł z nią pozostać, tylko że wkrótce powrócę. W końcu przepchała ten wniosek o rewizję nadzwyczajną. "Nie od winy, a od wysokości kary". Tak to ponoć brzmi po prawniczemu. A mój czas mija... Właściwie minął, bo cóż to jest te pięć dni, jakie mi pozostały. Pięć, dziś, gdy to piszę, jest "noc pierwszomajowa". Skończył się dzień przepychanki, gdy jedni maszerowali w pochodzie, inni biegali w kontrpochodach od wrót kościelnych po granicę "strefy neutralnej". Niemal jak na wojnie między frontami. Milicja trzymała ten "niemandsland". Basia zabroniła mi wychodzić, ale skończyło się na tym, że to ja ją wyprowadziłem "na spacer". Ją ciągnęło do tych pod kościół, ale dla mnie oba pochody to samo zawracanie głowy człowiekowi, który dziś spaceruje między walczącymi, a jutro będzie siedział pod zakratowanym oknem i wył, i czekał, aż poczta przyniesie list od Basi, a w nim zawsze te same zapewnienia, że już, że wkrótce, żeby się "trzymać". Zostawiam wszystko. Zdawałoby się, że tak mało mam. Nie mam Witka Sanojcy. Żadnego człowieka. A jednak. Nawet mój prymitywek Siekierka jest w jakiś sposób "mój" - nawet "pod celą". A teraz cela też bez niego. Ten wariat raz jeszcze proponował, żebyśmy spróbowali numeru z samolotem. "Mnie zostać na wolności nie strach, ale chętnie się dla ciebie przelecę". Skończyło się na awanturze. Bo żądałem, żeby "zwrócił pistolet". Oczywiście był to idiotyzm. Jakie ."zwrócił" i po cholerę mi pistolet? No więc wyjaśniłem mu, że po prostu chcę go zniszczyć, utopić w Wiśle. Bo stanowi zagrożenie. Straszyłem go, że przecież Andrzej, który go z pewnością nienawidzi dodatkowo "za mamę" stanowi zawsze zagrożenie. Najpierw zełgał mi, że sam utopił w bagnie, gdy byliśmy u babci, potem, gdy zapytałem, jak w takim razie chciał porwać dla mnie samolot, przyznał, że broni nie utopił, ale schował na Przedpieklu tak, że sam diabeł nie znajdzie. A co z tym jest naprawdę, nie wiem. I zostawiam go tutaj uzbrojonego i bezbronnego wobec wszystkich pokus, jakie mu stworzy nowy nieznany świat wielkiego miasta.

Tak. Zbliża się godzina, gdy będę musiał stąd pójść. Kogo zastanę, gdy wrócę? Co z Basią? Jaki będzie Siekierka i czy na pewno nie powędruje za mną z nowym wyrokiem. Jakie będzie wszystko. Może odnajdzie mnie w celi akt łaski podpisany przez prezydenta, którym będzie mój Zając. Prezydenta z orłem w koronie. Tak, Malała mogłaby sprawić i ten cud. Zabawne, ale jedynym człowiekiem, któremu wierzę, jest Malała. (Przepraszam w myślach Basie za to, co mi się napisało, przepraszam solidarnego porywacza samolotu Siekierkę. Ale trudno, tak się pomyślało, tak się napisało. Choćby nieprawda, ale coś znaczy). Ona nie żadna rozhisteryzowana "kochająca" Teresa. Ona "dająca" na lewo i na prawo jest jakoś wobec mnie "lojalna". Nie umiem tego określić ani nawet zrozumieć. Kiedy pod wieczór wpadła do mnie, była w łóżku troskliwa, opiekuńcza, bezczelna i wyłącznie nastawiona na moją satysfakcję. Na ile ci muszę nastarczyć? - współczuła kpiąc po swojemu. - Ale nie martw się. Wrócisz szybko, a jakby ci przyszło odsiedzieć jeszcze te cztery lata do "warunkowego przedterminowego" (nomenklatura też była dowodem, że ona jest "moja"), to ja jeszcze babcią nie będę"... Niezupełnie jestem w stanie ją zrozumieć. Ona, taka żywiołowa (nawet wyrachowanie jest w niej żywiołowe, naturalne, spontaniczne. Nie skalkulowane na zimno...). Nic tu zresztą nie wymyślę. Powiedziałem do niej tylko: jakby ci przyszło do mnie pisać to żaden papier listowy, żadna pachnąca twoją toaletką koperta, bo mnie pokręci. Zeszytowa kartka w kratkę i niebieska urzędówka. A ona na to powiedziała: odwiozę cię do więzienia. Naprawdę.

Już druga w nocy. Zaczął się nowy dzień. Jeden z trzech, które mi jeszcze pozostały.

Zupełnie nie przypuszczałem, jakie co huczne pożegnanie sprawi mi Warszawa. Coś tam mówili, czegoś słuchali, Basia, której teraz ja słuchać nie mogłem, twierdziła, że społeczeństwo trzeciego maja "pokaże, kto rządzi duszami".-, ale co innego "polityczne obietnice", a co innego nieprzytomna Ela wyskakująca ze swego audi. Szuka Siekierki, "bo Andrzej"... No tak, Siekierka w roli ojca. Skoro zwariowała cała Polska, dlaczego nie ma zwariować wdówka po czterdziestce, której odbiły uczucia macierzyńskie, a że przy okazji inaczej "matkuje" Zenkowi...

Miała szczęście. Basia zarządziła, że my dwaj mamy nie ruszać się z domu. "Gdyby was akurat zatrzymali". Czemu to niby mieli nas zatrzymywać, nie powiedziała. Sama gdzieś spłynęła. Boże, te wszystkie wdowy po różnych chłopach i chłopcach robiące żałobę w oszalałej Polsce.

Zenek był. Dopiero teraz zobaczyłem jak bardzo "urządza go" ta Ela. Był kimś poważnym. Może nawet uznał się za naturalnego opiekuna chłopca, któremu parę miesięcy temu wykręcał rękę uzbrojoną w pistolet z zepsutą iglicą... Sprawa była taka: Ela podsłuchała rozmowę syna z kolegami (CZAKO! CZAKO istnieje). Omawiali "akcję". Na Nowym Mieście. Była mowa o barykadach.

Nie mogliśmy dojechać. W końcu Ela zaparkowała wóz na Wisłostradzie, a my przemknęliśmy się bokami, koło Wytwórni Papierów Wartościowych "PWPW" - w historii powstania można odnaleźć nazwisko Sanojcy wśród odznaczonych Krzyżem Walecznych za szturm na ten umocniony kompleks. Ten Krzyż Walecznych, którego "nie zdążył" zweryfikować do śmierci. No i zgadza się. Barykady, a jakże. Gdy dochodzimy, panuje chwilowy "rozejm". Nie minęła minuta, a Siekierka ma już adiutanta - szesnastolatka spod budy z piwem. Pokazał tatuaż, bluznął grypserą. Jesteśmy teraz dobrze zorientowani. "Gliny" trzymają Rynek, ale "nie mają pary", żeby przekroczyć barykadę... O, znów się pokazują...

Zgubiłem Elę. Oczywiście biega oglądając twarze dzieciaków. A tych kilkunastolatków tutaj kilkuset... Widzę jak kordon opancerzonych plastykowymi tarczami ZOM-owców formuje się w odległości, na którą nie dolatują kamienie i szczątki połupanych chodnikowych płyt. Jakiś zajadły zagończyk z długimi włosami rozsypującymi się anielsko na kołnierzu skórzanej kurtki wyskoczył przed barykadę spiętrzoną z ławek, pojemników na śmiecie, wyrwanych płyt chodnikowych... Raz i drugi po krótkim rozbiegu cisnął kamieniem... Nie dosięgał. Puścił się jeszcze krok do przodu i pochylony szukał materiału nadającego się na pocisk... W tej chwili uwagę moją zwróciła ubrana na czarno staruszka. Do tej pory, prawą ręką błogosławiła walczących gestem krzyża, trzymając w lewej ręce parasol niczym biskupi pastorał, teraz oparła parasol o wnękę zamkniętej bramy i pochyliła się nad ziemią. Zrozumiałem, że poszukuje kamienia by podsunąć amunicję wojownikowi. Widziałem, jak unosi oburącz z trudem ciężki kawał chodnikowej płyty, potem trzymając go na piersiach robi krok w stronę barykady i raptem, spiąwszy wszystkie siły miota nim przed siebie. Starcze mięśnie zawiodły. Duży odłamek cementu ugodził w plecy obleczonego w skórzaną kurtę zagończyka. Padł jak rażony gromem i znieruchomiał. Tłum zawył. Wszyscy uznali, że tak oto zginął bohater podstępnie zastrzelony przez zaczajonego gdzieś na dachu snajpera... Z dzikim wrzaskiem gromada młodych rzuciła się naprzód przez barykadę...

Rozpaczliwie rozglądałem się za Elą. Zniknął mi z oczu Siekierka. Wcale nie byłem pewny, czy na widok "psów" nie ruszył do akcji ze swym świeżym adiutantem. Ale nie doceniałem Siekierki jako opiekuna Eli. Bo oto gdy tratował mnie oszalały w ucieczce tłum, który nie wytrzymał starcia, ujrzałem wśród ludzi tę trójkę. Ela podkłusowywała bokiem obok związanych uściskiem kochanka i syna. Gdy się zbliżali, spostrzegłem, że Zenek trzyma jeńca na pasku od portek. Przebiegł koło mnie jedną ręką sterując jeńcem, drugą podtrzymując opadające spodnie. Ruszyłem biegiem za nimi... Potykałem się co chwila. Na bruku leżały jakieś elektryczne żelazka do prasowania, roztrzaskane miksery... Widocznie ludzie rzucali w furii z okien na głowy szarżujących ZOM-owców to, co tylko znaleźli pod ręką. Zdążyłem pomyśleć, jak musi nienawidzić kobieta pozbywająca się żelazka do prasowania, a potem roześmiałem się jak przygłup, bo pomyślałem, że żelazko na pewno wyrzucił mężczyzna i teraz tam za którymś oknem trwa bój między nim a rozjuszoną małżonką-gospodynią...

Dogoniłem wreszcie moją trójkę...

Na mój widok chłopak jakby nieco się uspokoił i już nie wierzgając dał się prowadzić w stronę matczynego samochodu. Tutaj, w chwili gdy Siekierka wpychał go na tylne siedzenie, zaparł się oswobodzonymi rękami o ramę i głosem przerywanym przez spazm furii powiedział: jeszcze się z wami policzymy!

Ta mimowolna identyfikacja Siekierki z organami porządku doprowadziła go do wściekłości:

- Przybastuj z tą twoją gadułą! - ryknął najczystszym językiem spod celi - bo ci tak dopier... - obejrzał się na Elę. - Musiałem go skarcić! - oznajmił językiem dobrej białej panienki z "Chaty wuja Toma". - Naprawdę, nie wyrobiłem się nerwowo.

No i tak. Ostatni dzień. Ostatnia godzina. Co jakiś czas wstaję od pisania i podchodzę do okna, czy nie zajechała po mnie Malała. Basia szykuje termos i kanapki. I co wynikło z mojego pisania? Nic. Jak zawsze ze wszystkiego. Nie wiem, co chciałem osiągnąć, dlaczego "zapisanie" tej mojej koślawej wolności było mi potrzebne. Przeleżałem się w tej "wolności" jak w trumnie. No nic. Zobaczymy. Basia mówi, że we mnie "wierzy". Jej zdaniem, jeśli nie przyjmę się z powrotem w moim środowisku, będę pisarzem. Ale Ja nie po to. Chyba sam coś chciałem zrozumieć. Czy zrozumiałem? Nie sądzę. Zostawiam tę Polskę jak niedośniony sen wariata. Tych swoich ludzi, z którymi nie wiem, co się stanie. Są jak ten pistolet Siekierki, naładowany, z naprawioną niestety iglicą (do tego się w końcu przyznał), o którym nie wiem, gdzie jest i do czego może posłużyć. Aha. Jeszcze to: Andrzej uciekł z domu. Nie nocował, nikt nie wie gdzie jest Oczywiście "CZAKO".

Jeszcze jedna scena, którą chciałbym zapisać nie wiem po co. Biegnę z tyłu za tą trójką: Siekierka, Ela, Andrzej- W pewnej chwili omijając jakiegoś człowieka siedzącego w piachu odkrytym pod wyrwanymi chodnikowymi płytami potykam się o porzuconą laskę. Biała. Oglądam się... to ślepiec. Jak zaplątał się w ten tłum, co tu robił: czy wiedział, gdzie jest? Wyhamowałem swój bieg. Pochyliłem się nad człowiekiem. Nie wiedziałem jak mu pomóc: doprowadzić do bramy? Wprowadzić do wnętrza pobliskiego kościoła? Ująłem go pod pachy, aby postawić na nogi. A ten człowiek jął spazmatycznie, na oślep ze mną walczyć. Znów nie wiem, wziął mnie za wiążącego go milicjanta, bronił się przed chuliganem? Walczył zaciekle w milczeniu. Wreszcie go puściłem.

- Chcę panu pomóc - wrzasnąłem wściekle, bo w tej szamotaninie ugryzł mnie w rękę.

- Koniec świata - wychrypiał ślepiec. Tyle. Potem pobiegłem za tamtą trójką. Zresztą na rogu ulicy ukazały się zielone mundury i błyszczące tarcze.

No tak. Na tym powinienem zakończyć: koniec świata. Mój kończy się na pewno - wracam za mur. Ale tak w ogóle to ile tych różnych światów się pokończyło, a ten duży świat stoi, a raczej wciąż się kręci.

Za oknem klakson. Po mnie.

 

 

 

 

OD WYDAWCY

Ogromny sukces czytelniczy "Roku w Trumnie", którego pierwszy stutysięczny nakład rozszedł się błyskawicznie już nie w ciągu dni ale wręcz godzin postawił nas wobec trudnego wyzwania - wznowić jak najprędzej książkę, która zrobiła takie wrażenie. Znane są wszystkim trudności naszej poligrafii. Udało nam się jednak ulokować tę książkę w drukami Domu Słowa Polskiego. I oto dowiedzieliśmy się, że w nowej drukarni przy innej technice druku łączna ilość stron składających się na książkę może przekroczyć o kilkanaście stron objętość poprzedniej.

W tej sytuacji postanowiliśmy wykorzystać nadarzającą się okazję i zaprezentować Czytelnikowi w posłowiu te sądy krytyki, które zdążyły się już ukazać po pierwszym wydaniu.

 

 

 

Kazimierz Koźniewski

ROMANS BRATNEGO ZE WSPÓŁCZESNOŚCIĄ

W roku 1944 Roman Mularczyk, 23-letni syn pułkownika kawalerzysty, jednego z dowódców i Września i Armii Krajowej, uczestnik konspiracji antyhitlerowskiej, również i tak zwanej kulturalnej (redaktor założonego przez siebie podziemnego pisma literackiego "Dźwigary") - wydaje, oczywiście nielegalnie, pod pseudonimem Bratny, pierwszy tom swoich wierszy. Tytuł "Pogarda". Lata okupacji, przeważnie spędzonej w rodzinnej willi w Konstancinie pod Warszawą, to lata wojskowej konspiracji oraz namiętnego pisania wierszy. Konspirował - jak wszyscy z jego pokolenia, pisał wiersze - jak niektórzy.

W 1984 Roman Bratny, od lat ekscytujący opinię publiczną, szalenie popularny i czytany, będzie mógł - jeśli zechce - obchodzić piękną rocznicę swego pisarstwa; rocznicę czterdziestą. Pisarski rówieśnik Polski Ludowej - i choć zawsze tego rodzaju konstatacja brzmi pretensjonalnie, w tym przypadku jest ona całkowicie uzasadniona.

Choć w 1944 żołnierz AK i Powstania Warszawskiego, potem jeniec w obozach hitlerowskich, był jeszcze nieobecny w lubelskiej Polsce Ludowej, to jednak już w 1945 do niej wrócił, a publikacją (w 1946) zbioru opowiadań Ślad, jednej z najwcześniej wydanych książek w Polsce po wojnie, związał się, nie tylko formalnie, ale niezmiernie istotnie, z pisarstwem i z losami tego właśnie państwa.

Jak tylu innych - Putrament, Żukrowski, na przykład - zaczynał od wierszy, przez czas jakiś pasjonowały go formy dramaturgiczne, w końcu okazał się powieściopisarzem, tabulatorem, o nieprawdopodobnie wydajnej, płodnej fantazji kreującej fabuły, postacie, ciągi wydarzeń kreując je jednak nie z fantazji czystej, ale z zapisu faktycznego, z życia i losu bliźnich, zbyt często po prostu z plotki. Reporter? W żadnym przypadku: nic się nie zgadza w domenie ścisłości protokolarnej. Fakty są tylko odbiciem dla wyobraźni, odskocznią dla intelektualnej, przeważnie beletrystycznej, czasem publicystycznej, zawsze dotyczącej współczesności, wyobraźni: Bratny przepisuje i kreuje jednocześnie rzeczywistość. Czyni to z furią. Jest niczym maszyna do fabularnego przetwarzania otaczającej go rzeczywistości.

Rzeczywistość nie czeka - Bratny też się spieszy. Aby nadążyć.

Nadążyć za każdą cenę. To Żeromski mówił o pisarzu doboszu, który biegnie na czele idącej kolumny narodowej. Nie wiem, czy Żeromski wysłałby do Bratnego list z uznaniem, jak wysłał taki list do Wańkowicza - który też był pisarzem-doboszem - ale wiem, że właśnie Bratny dokładnie wypełnia marzenia Żeromskiego. Jest doboszem stale posuwającej się kolumny. Tyle, że nie w awangardzie, gdyż nie narzuca ani tempa marszu, ani jego haseł. I nie w ariergardzie, gdyż te powieści z jednym wyjątkiem: Kolumbów, ukazują się zanim się cokolwiek ucukruje i uleży. Jest doboszem, który biegnie obok. Wiemy jak pies, i głodny jak pies - co raz wskakuje do szeregów i unosi z nich w pysku kęs, a to żywego, wyrwanego mięsa, a to kawał wyrwanych spodni lub spódnicy. Pies - dobosz.

Jest to pisarz wydajny, na europejską miarę. Pisarz, który jest twórcą zawodowym. Który potrzebuje wypowiadać się piórem. Którego społeczne, osobiste, narodowe "być" polega nie na czymś innym, nie na żadnej innej pracy, ale właśnie na pracy pisarskiej. Oby pisarzy takich było jak najwięcej? Choć gdyby tacy byli wyłącznie - niecierpliwie rozglądalibyśmy się za innymi: za tymi, którzy piszą mało, długo nosząc książkę w sobie, cyzelując każde słowo stylistycznie i każde zdanie merytorycznie. Bogactwo każdej literatury narodowej polega na obecności jednych i drugich pisarzy.

W ciągu tych czterdziestu lat Roman Bratny wydał ponad sześćdziesiąt książek - niejednakowej objętości i niejednakowej wartości, i przypominanych na obwolutach kolejnych tomów, i całkowicie przez samego autora skazanych na zapomnienie. Z tych sześćdziesięciu - co najmniej dwadzieścia jest w stałym czytelniczym obiegu - wznawiane, rozkupywane, zaczytywano.

Żadna z tych książek nie zalega półek księgarskich, niemal każda budzi grymasy zawodowych krytyków literackich. To nie jest pisarz dla krytyków, to jest pisarz dla czytelników.

Jedna z powieści Bratnego - wszyscy wiemy: Kolumbowie rocznik 20, trylogia - daleka od pisarskiego arcydzieła (Ale Trylogia tez nie jest arcydziełem!) zajęła jedno z pierwszych miejsc w literaturze naszego czasu, ma już dwadzieścia kilka wydań, wylansowała imię generacji AK-owskiej, stała się aktem pewnej świadomości narodowej. Żadna inna jego powieść nie doczekała się takiej popularności, choć wszystkie niezmiennie prowokują rozmaite furie.

Pisarstwo Romana Bratnego posiada bowiem dwa wyznaczniki, ściśle się zresztą łączące: jest ono całkowicie i najdosłowniej współczesne - fabularnie, problemowo, nawet stylistycznie, a dzięki temu nikogo nie pozostawia obojętnym, zmusza do zajęcia stanowiska, nie zawsze wobec poruszanego problemu, ale zawsze wobec książki i pozycji zajętej przez pisarza.

Ten bowiem pisarz, który jako pierwszy wystawił taki pomnik literacki młodym żołnierzom Armii Krajowej (i uczyniło w momencie najbardziej sprzyjającym - w okolicy Przełomu Październikowego) ma w sobie równocześnie temperament paszkwilanta- pamflecisty. Można zaryzykować, iż stanowi on jakby szczególną kontynuację teoretycznego skrzyżowania Juliusza Kaden-Bandrowskiego z Adolfem Nowaczyńskim. Napiszmy od razu: pamflet i paszkwil to są całkowicie równouprawnione i pełnowartościowe formy literackie - i to wielkoliterackie.

Znajomi i przyjaciele osób tak czarno sportretowanych przez Bratnego, a i karykaturalnie, a i niesprawiedliwie, wściekają się na niego. Ale przecież to nie są pretensje ani skargi, które literatura uwzględniała kiedykolwiek.

W 1983 roku Roman Bratny wydał kilka książek. Drugą część Pamiętnika moich książek, szczuplejszą, lecz ciekawszą, mniej egocentryczną, kontynuację poprzedniego Pamiętnika, teraz obejmującą lata siedemdziesiąte. Zbiór opowiadań Koszenie pawia. Oraz powieść Rok w trumnie.

Kiedyś, gdy Bratny wydal tom pierwszy Pamiętnika moich książek sformułowałem swój sąd. Artykuł się nie ukazał, maszynopis gdzieś się zgubił. Niektóre punkty niezgody spróbuję raz jeszcze sformułować w uwagach niniejszych. Tyle, że teraz pisać będę głównie o dwóch książkach: o Koszeniu pawi i o Roku w trumnie.

Koszenie pawi to książka w twórczości Bratnego ważna, choć nie najważniejsza. Ta książka mnie złości: muszę ją stale obracać, albo zdejmować jej obwolutę: rzadko na okładkach oglądam tak wstrętny rysunek, przygnębiający jak zmora z najgorszego krwawego snu.

Rysunek sadystycznej wyobraźni - jednak sugestywny, mający w sobie coś dręczącego - coś co współbrzmi z opowiadaniami Bratnego. Opowiadaniami dręczącymi. (Ale jeszcze jedna, w nawiasie uwaga: Koszenie pawi tytuł znakomity. Kolejny znakomity tytuł Bratnego. Bratny ma wielki talent do tytułów swoich powieści i opowiadań. Bratny nigdy nie był znaczącym poetą. Został wielkim poetą tytułów).

Każde z czterech opowiadań Koszenia pawi jest zaopatrzone datą miesiąca i roku. Styczeń 1981, czerwiec 1981, sierpień 1981 oraz marzec 1982. Te daty są niezmiernie istotne. Rok w trumnie to już miesiące późniejsze: 1982 i 1983 roku. Tak jak wszystkie poprzednie książki Bratnego - tak i te dwie są po prostu bezpośrednią i szybką reakcją pisarza na wydarzenia polityczne: Koszenie pawi na kryzys lat 1980-81, na czas "Solidarności", Rok w trumnie na samobójczą klęskę "Solidarności" i na sytuację w środowiskach artystycznych.

Bratny szeroko czerpie ze współczesności. Jak Kaden-Bandrowski. Czy będzie to śmierć zamordowanego znanego publicysty i pisarza.

Czy będzie to katastrofa samolotowa, w której ginie minister. Czy będzie to historia aktorki, która wzięła się do działań politycznych. Czy będzie to samobójstwo dyrektora wielkiego zakładu leczniczego. Wszystko jest tematem dla Bratnego - wszystko jest w gruncie rzeczy pretekstem do pokazywania, raz po raz, tego samego starcia między postawą ideową a postawą, czasem spokojnego racjonalisty, czasem oportunisty, czasem biurokraty, czasem cynika, czasem karierowicza.

Oceny Bratnego bywają niesprawiedliwe - a jakże! Po prostu: on ma odmienne zdanie o różnych ludziach, niż bywa moje o nich zdanie.

Bratny ma inny pogląd na Żydów i Palestyńczyków - na przykład. Nie akceptuję sądów Bratnego, lecz Bratny ma do swych krańcowości prawo.

Niekiedy sytuacje stworzone przez Bratnego, a raczej zaczerpnięte przez Bratnego wprost z życia są kapitalne i Bratny ma pełne prawo do ich literackiej transkrypcji (...).

Pisarze inspirowani przez współczesność narażeni bywają na rozmaite przygody. Romans ze współczesnością zawsze jest czarny. Często tańczy się wśród mieczy. A przecież to oni zawsze tworzą literaturę.

Rok w trumnie jest już frontalnym - choć powierzchownym, nazbyt wielowątkowym i plotkarskim - zderzeniem z siłami, które inspirowały "Solidarność". Pełna furii krytyka postaw intelektualistów i artystów scenicznych - w tym czołowych - w szczególności. Odpowiedź Bratnego na bojkot telewizji przez aktorów. Wściekły pamflet, o zacięciu paszkwilu, na środowisko teatralne, dobrze mu znane...

Nieokiełznana wyobraźnia fabularna Bratnego stworzyła sytuację zupełnie wyjątkową: aktor, skazany za zbrodnię popełnioną w afekcie, zostaje akurat w 1981 roku urlopowany na rok z długoterminowego więzienia. I to ten rok, a nie lata w więzieniu, jest dla niego rokiem pobytu w trumnie. Trumną bowiem - trumną dla kraju - jest szaleńcza postawa polityczna środowiska aktorskiego, na którą, ten kryminalista patrzy trzeźwymi, spokojnymi oczami człowieka jednak z zewnątrz.

Trumna jest swoiście luksusowa. Bohater z więzienia czyni sobie kochanką żonę czołowego aktora. Pół tuzina innych, niemal autentycznych anegdot stołecznych.

Obie książki Bratnego są świadectwem tego, co w jego pisarstwie jest najwartościowsze: współczesności pokazywanej poprzez wydarzenia dramatyczne oraz współczesności pokazywanej jako starcie postaw.

A i starcie rozumów również. Kiedyś Adam Ważyk troszczył się, żeby rewolucji nie zadziobały kanarki mieszczańskich gustów. Roman Bratny w swych książkach objawia inną troskę, żeby rewolucji społecznej, a dla niego również polskiej i narodowej, nie zniszczyły biurokracja, karierowiczostwo, egoizm, prywata, bałagan - to wszystko, co synów pcha do buntu przeciw uładzonemu życiu ich ojców. Na jedno należy zwrócić uwagę, bo to jest historycznie ważne: Bratny w okresie literatury socrealistycznej wprawdzie pisał, ale pisał gdzieś po marginesach - odezwał się swym pełnym pisarskim głosem dopiero w Kolumbach, już po socrealizmie. I wtedy zaczął swój literacki bój o Polskę, w jego mniemaniu sprawiedliwą, który egzemplifikował na najrozmaitszych wynaturzeniach moralnych i politycznych, często wynaturzeniach przez siebie wymyślonych, lub przez siebie wyolbrzymionych. Bratny powiększał dramaturgię życia. Karykaturował życie.

A równocześnie te dwie książki są przykładem tego, co w pisarstwie Bratnego jest najgorsze. Bowiem w pisarstwie Bratnego najznakomitszą jest jego wola literackiego uczestnictwa w rzeczywistości.

Najgorszy jest sposób w jaki to czyni.

Pośpiech, bylejakość w literackiej robocie. Stylista Bratny nie umie okiełznać wyobraźni Bratnego tabulatora. Bratny nie ma czasu na pisanie. Prędzej, prędzej... jakby poganiali go czytelnicy, czekający na jego nowe książki...

A równocześnie temu nieporządkowi fabularnemu, kompozycyjnemu towarzyszy - a to już szczególnie w Roku w trumnie- nieokiełznana wulgarność słownictwa erotycznego, seksualnego. Pod tym względem Bratny osiąga dobrą normę pisarzy amerykańskich. A to już źle bardzo! Maniera epatowania czytelników. Język uliczny, język "męski" w nieprzyjemnym znaczeniu. Maniera na stylistyczny brutalizm. Literatura tak stylistycznie traktowana, przestaje być literaturą, szkołą języka i smaku, staje się dokumentem patologii językowej. Literatura nie jest salonem, ale nie powinna być rynsztokiem.

Podobna pedagogika językowo-kompozycyjna ze strony jednego pisarza, w stosunku do drugiego, sześćdziesięcioparoletniego, jest czymś właściwie śmiesznym. Jeżeli Bratny pisze tak szybko, aż niechlujnie, jeżeli nie potrafi przepisywać poprawiając swe teksty, jeżeli troskaj. o kompozycję i styl nie jest w stanie okiełznać erupcji fabularnej to": dlatego, że taka jest jego struktura nerwowo-pisarska. Gdyby zaczął , poprawiać swą super-kadenowską stylistykę - przestałby być pisarzem.

Natomiast gdyby elegancją złagodził wulgaryzm swego erotycznego języka - niczego by nie stracił, wszystko by zyskał.

Pobożne życzenia zgłaszane pod .adresem pisarza - są tylko pobożnymi życzeniami, opinią, może wskazówką dla innych, młodszych, ale nie akurat już dla Bratnego. - Bratny nie będzie pisał inaczej jeżeli nadal ma być Bratnym. Niemniej krytyk musi powiedzieć swoje zdanie nie tylko o tym, co w literaturze Bratnego jest wartościowe, ale i o tym, co jest w niej tandetne.

Kiedy doktor Hole popełniał swe bardzo wyrafinowane samobójstwo - samobójstwo lekarza - usłyszał zardzewiały, posępny krzyk pawi.

Przypomniał sobie tupot ciężkich buciorów, błysk kosy zamieniającej eksplozje niebieskości na czerwono pulsujące światło.

Wycinanie pawi, ptaków będących zabawką zamożnych ludzi, jawi się w opowiadaniu Bratnego jako symbol rewolucji. Bratnemu idzie o to, żeby rewolucja się nie znieprawiła -głupotą, podłością, karierowiczostwem. Przeciw temu pisze ten pisarz! W Pamiętniku moich książek zrelacjonowane zostały poszczególne bitwy, toczone o to, żeby mogło ukazać się jedno, drugie (a było ich wiele) opowiadanie. Bratny, pisarz partyjny, miał duże kłopoty wydawnicze. Krzysztof T. Toeplitz przeczytawszy Pamiętniki moich książek zatęsknił do tego, aby już nigdy nie mógł on zostać powtórzony.

Bratny to ciekawe zjawisko twórcze i odrzucamy z niego dużo, i aprobujemy też dużo. Gdyby zabrakło w naszej literaturze Kolumbów byłaby ona znacznie uboższa. Gdyby zabrakło w niej dwudziestu innych książek Bratnego, tak źle czasem napisanych, byłaby ona również zubożała o niezmiernie ciekawą indywidualność pisarską.

Romanowi Bratnemu należy dać wysoką nagrodę za to pisanie i myślenie. Należy mu dać ostrą naganę za to, jak pisze i za niektóre jego myśli.

Tak czy inaczej: jakiż to piekielnie żywy pisarz! Ani kwadransa w żadnej trumnie!

"Tu i Teraz" nr 2/84, 11.1.1984

 

 

 

Jan Lewandowski

NA GRUZACH "REDUTY ORDONA"

Trzeba prawdziwej odwagi, by przełamywać umowne, nieoficjalne "tabu", nie zważać na (za cichą zgodą administracji i społeczeństwa) ustanowione "mury" lub choćby tylko "płoty" milczenia. Pisarzem, który już niejako "z nawyku" podejmuje się takich zadań, jest jeszcze wciąż Roman Bratny. Okrzyczany przez zadufków "pismakiem rządowym" (o jaki konkretnie rząd chodzi - nikt nie zdołał wyjaśnić...) - on właśnie, jako jeden z nielicznych, potrafił za czasów "propagandy sukcesu" wytykać władzy prosto w nos popełnione błędy, a nawet nadużycia, miał odwagę upominać się o los krzywdzonych z racji kombatanckiej przeszłości - wreszcie on z całą świadomością wystawiał swoją pozycję pod ciosy dawnych towarzyszy broni z AK.

Teraz Bratny wydał powieść pt. Rok w trumnie, która znów nie zjedna mu przyjaciół, a z pewnością przysporzy i tak licznych wrogów.

Rok w trumnie dotyczy dramatycznego okresu najnowszej historii Polski - mianowicie kilkunastu miesięcy między szczytem rozbujanych emocji politycznych, a manifestacjami ulicznymi w dniu 3 maja 1982, już po wprowadzeniu stanu wojennego. Tematyka owa, jeśli była poruszana w legalnej publicystyce, nie wykraczała, z reguły, poza propagandowe lub demagogiczne (a w najlepszym razie "pedagogiczne") artykuły, choćby i zręcznie skonstruowane. Postawienie drażliwych problemów wspomnianego czasu w literaturze wydawało się niemożliwością choćby z tego względu, że historia nie zdążyła jeszcze dokonać wszechstronnej weryfikacji burzliwych chwil - a z drugiej strony rozdrapywanie ledwie zasklepionych (?) blizn mogło ściągnąć na autora klątwę zarówno oportunistów, rozgoryczonych, jak i samej władzy, borykającej się wciąż z trudnościami. Próby takiej mógł dokonać człowiek na tyle cieszący się autorytetem, że nie zważający na łatwe do przewidzenia gromy, jakie musiały nieuchronnie paść ze strony tych "możnych", dla których czas między Sierpniem a Grudniem był jednoznacznym "buntem", którym wygodnie było i jest nie dostrzegać przyczyn kryzysu, upatrywać w nim jeno wichrzycielstwo, erupcję, wrogich socjalizmowi sił, inspirowanych przez imperialistyczne ośrodki.

Gromy, acz mniej głośne (z natury rzeczy) - muszą paść także ze strony zawiedzionych w swych nadziejach polityków lub politykierów, ze strony rozmiłowanych w pieszczeniu romantycznych rojeń o "drugiej Japonii" wyznawców absurdu politycznego. Bratny podjął ryzyko, podjął je nie w imię własnego, wąsko pojmowanego interesu (cóż można bowiem zyskać pisząc taką książkę) - chyba w imię swej od lat niezmiennej koncepcji pojednania Polaków, przedstawienia racji najgłębszych, bo odwołujących się do poczucia moralnej współodpowiedzialności za losy kraju.

Tyle o pisarzu.

Książka została napisana - mimo wszystko - przy zastosowaniu chytrego "asekuranckiego" zabiegu: oto bohater (występujący w pierwszej osobie) został w jakiejś mierze wyobcowany ze społeczeństwa, nie ma nic do stracenia ani do zyskania w owej Polsce, rozpłomienionej i balansującej na cyrkowej linie. Bohater, Julian Petryk, jest tylko "gościem", któremu ten czy inny układ rzeczywistości, rozwój wypadków nie jest w stanie przynieść odmiany losu. Julian wyszedł z więzienia, gdzie spędził już dziesięć lat, wyszedł tylko na krótkotrwałą przerwę w karze (wyrok opiewa na 25 lat pozbawienia wolności), dla dokonania operacji serca. Żeby było jasne - Julian siedzi za przestępstwo kryminalne, za zabójstwo pospolite, a więc nie jest osobiście zainteresowany w zwycięstwie żadnej ze stron: socjalistyczna władza "gwarantuje" mu dalsze 15 lat odsiadki, ewentualna wygrana polityczna "Solidarności" daje mu gwarancje podobne. Zyskując tym manewrem możliwość obiektywizmu, Bratny każe Julianowi przeżywać zmagania przeciwstawnych sil na statusie jakby korespondenta zagranicznego, albo lepiej: obserwatora z innej planety. Jego rzeczywistość to cela więzienna, gdzie kobietę zastępuje fotos pięknej pani z okładki tygodnika "Ekran", wypożyczanej sobie wzajemnie przez towarzyszy celi za "dwa szlugi" (papierosy) dla wspomożenia wyobraźni.

Taka pozycja Juliusza sprawia, że potrafi on w miarę obiektywnie przyglądać się wyzwolonym namiętnościom politycznym, nie życząc zwycięstwa ani jednym ani drugim, reagując po ludzku wyłącznie na najbardziej oczywiste przejawy niesprawiedliwości czy też głupoty.

Julian dostrzega rzeczywistość lata 1981 roku jako nieustający festyn świąteczny, jako niezrozumiałą zabawę rodaków, którzy zrzucili kaganiec nałożony przez ludzi cwanych, rządzących krajem w imię osobistych interesów. Dostrzega też, jak pod płaszczykiem owej groźnej, nieodpowiedzialnej zabawy zaczynają dochodzić do głosu inni cwaniacy, pragnący zbić kapitał na negacji, na mitologizowaniu historii Polski, na hasłach bez pokrycia. Julian widzi z jednej strony pozbawiony krytycyzmu entuzjazm maluczkich, z drugiej dość jasno widzi, kto próbuje zająć miejsce w "loży honorowej", jakimi kieruje się motywami. Szermowanie górnolotnymi hasłami, jak zwykle w takich przypadkach, staje się przykrywką dla chęci zdobycia władzy, dla zaspokojenia osobistych ambicji, dla "dorwania się do żłobu". Na przykład dobry znajomy Juliana, który przez długie lata wiernie służył chwiejącemu się reżimowi, korzystając ze wszelkich niedostępnych maluczkim dobrodziejstw i zaszczytów - ten kolega, prezes Zając, przywdziewa togę nieskalanego trybuna ludu, uzurpuje sobie autorytet o zasięgu krajowym, niedwuznacznie dąży do objęcia moralnego przywództwa, które kto wie? - w najbliższym czasie może przynieść mu przywództwo realne, upragnioną władzę.

Julian dostrzega też zadziwiające, karkołomne manewry innych pupilków obalonej personalnie władzy, którzy przez lata uczepieni mlekodajnego cycka (darmowe przydziały najlepszych mieszkań, talony samochodowe od bonzów, zaszczyty na akademiach.,.) - naraz zmieniają front i posługując się terminologią zaczerpniętą z arsenału . starych i nowych antypartyjnych i antysojuszniczych sloganów - chcą uzyskać więcej, chcą uzyskać prymat w Polsce. Nie dostrzega się w opowieści Juliana sprawy robotniczej, sprawy autentycznego protestu przeciw metodom zarządzania stosowanym przez ekipę Gierka Jaroszewicza - dostrzega się tych robotników jako tłum, mogący wynieść na swych barkach nową elitę...

Kapitalny wręcz jest - także ze względu na swą absolutną prawdziwość (jeżeli chce się odczytać Rok w trumnie jako powieść z kluczem) ten fragment opowieści, w którym, już po ogłoszeniu stanu wojennego, prezes Zając "ukrywa się" przed ewentualnym internowaniem. Zając znika z oficjalnej widowni i przyczajony w luksusowym mieszkaniu znajomej (właśnie owej pani z okładki "Ekranu") - oczekuje internowania. Julian odwiedza go i daje do zrozumienia, że kryjówka Zająca nie jest bynajmniej dla sił bezpieczeństwa tajemnicą, że po prostu

Zająca zlekceważono i nikt nie ma zamiaru go internować. Prezes jest oburzony do głębi, gdyż niczego tak gorąco nie oczekuje, jak właśnie internowania, aby uzyskać upragnioną "palmę męczeństwa". Ale, by pogłębić dowcip sytuacyjny, Julian szykuje mu jeszcze gorszą, znaną sobie już prawdę. Oświadcza koledze, że owszem, były zamysły, aby internować prezesa... razem z innymi skompromitowanymi szyszkami spośród prominentów.

Julian zdaje się nieźle bawić pośród tej tragifarsy, wypełnianej niestety prawdziwymi dramatami. Zabawa kończy się tam, gdzie w grę wchodzi życie ludzkie. Siedem trupów z kopalni "Wujek", kiedy poczynają służyć zabiegom teatralnym, w dosłownym tego słowa znaczeniu, przestaje bawić dość cynicznego Juliana. Przestaje go też bawić samobójcza śmierć siostrzeńca, gdy samobójstwo to okazuje się aktem straceńczej odwagi, gestem wobec konspirujących kolegów-licealistów.

Śmierć poniesiona dla niezrozumiałych ideałów, w imię jakiejś tradycji, wyciągniętej ponownie na codzienny użytek dla zaspokojenia ambicji prezesa Zająca i jemu podobnych. Julian nie bez kozery wspomina wciąż o micie "Reduty Ordona", powstańczego porucznika artylerii, który według narodowego podania, utrwalonego przez Mickiewicza, miał wysadzić się w powietrze wraz z towarzyszami, "aby nie oddać prochów". Otóż - co jest dla fabuły Bratnego tym razem typową komplikacją - legendę Ordona miał obalić publicznie właśnie prezes

Zając w czasach, gdy występował przeciw polskiemu romantyzmowi.

Prawdziwa reduta wyleciała w powietrze wskutek nieostrożności tępego kanoniera, który wszedł do prochowni z zapalonym lontem. Porucznik Ordon miał - przeżywszy - rzekomo opowiadać z niesmakiem o tym fakcie.

W owym odbrązowianiu historii romantyzmu polskiego trudno uczestniczyć ludziom, wychowanym na jego wzorach. Dla nas, łącznie z Bratnym, łącznie z Julianem Petrykiem i prezesem Zającem, istniał świetlany porucznik Ordon, ze swą redutą, co sześć tylko miała armat...

Tuż po wojnie 1939 roku krążyły słuchy, że wzór z Ordona (a raczej Mickiewicza) wzięli obrońcy Westerplatte, którzy - po wyczerpaniu możliwości walki - wysadzili wraz z sobą małą, nie zdobytą twierdzę nadbałtycką. Nawet K.I. Gałczyński, już chyba w obozie jenieckim, pisał:

 

A gdy się wypełniły dni

I przyszło ginąć latem

Prosto do nieba czwórkami szli

Żołnierze z Westerplatte...

 

Prawda była nieco inna, nie umniejszająca bohaterstwa wrześniowych żołnierzy - ale nie aż tak wstrząsająca. Niemniej pokolenia

Polaków wychowały się na legendzie, a kiedy dorastały, tworzyły nowe legendy - jak sam Bratny i jemu współcześni. Wyrosła potężna legenda źołnierzy-konspiratorów, żołnierzy-powstańców warszawskich. Pisaliśmy i piszemy o niej nadal pełni czołobitności, uwielbienia. I oto okazuje się, że legenda padła na podatny grunt, że wyrosło już nowe pokolenie, przesycone nie mniej nową legendą niż my przesiąkliśmy "Redutą Ordona". Młodzi, którzy zazdroszczą ojcom, dziadkom i braciom tego, że osobiście uczestniczyli w Wielkiej Legendzie. A kiedy trafia się okazja konspirowania, naśladownictwa herosów, korzystają z owej szansy nie dbając o ostateczny cel, zwracając główną uwagę na akcesoria. Dotyka to również starszych: i jakby na pamięć kobiet, obnoszących latami żałobę po padłym powstaniu styczniowym - tak teraz pali się w oknach żałobne świeczki w miesięcznicę ogłoszenia stanu wojennego. Treść zanika, pozostaje forma, pozostaje gest.

Młodzi - nastolatkowie - przyswajają sobie najnowszą historie Polski i zaczynają traktować własne role poważnie. Uczeń liceum (Bratny przez roztargnienie używa słowa "gimnazjum") idzie spełnić "zbrojny czyn": zastrzelić dwóch żołnierzy, pełniących wartę przed Belwederem... Idzie zastrzelić dwóch polskich żołnierzy...

Nie jestem pewien czy Bratny zdaje sobie sprawę z faktu, że do ukształtowania psychiki, do wymodelowania wzorców godnych naśladowania - przyczynił się sam na równi z wieloma pisarzami, odtwarzającymi romantyzm pięciu lat walki podziemnej. Chyba wie o tym, ale przypuszcza, że najważniejszy był cela nie d z i a ł a n i e, że młodzi to potrafią zrozumieć i że zbyt mglisty cel, wyznaczony przez prezesa Zająca (którego nawet nie chciano internować...) - nie wystarczy, aby młodzież podjęła działanie. I myli się, gdyż samo działanie wystarcza, cel może być atrapą.

Julian Petryk jest przerażony, wytrącony ze swego stoicyzmu, pragnie niemal wrócić do więziennej celi, gdzie wszystko wydaje się proste i ustabilizowane, gdzie nie trzeba podejmować decyzji ani wyborów, gdzie istnieje ład.

Przejmująca jest ta książka, ten Rok w trumnie spędzony wśród opętania i wrzawy... I co ważne, Bratny nie korzystał z okazji, aby dogrywać w powieści jakąś "karierę polityczną", obnosząc swoją lojalność wobec socjalizmu, wydając potępienie na ruch "Solidarności", co niektórzy czytelnicy zapewne przyjmą za imperatyw powieści...Bratny daleki jest od potępienia samego protestu przeciw niesprawiedliwości, zapoczątkowanego strajkiem stoczniowców. Nie pochwala jedynie metod i celów, jakie przyjął słuszny protest. Dlatego Rok w trumnie zasługuje na uwagę, na życzliwe przyjęcie i wyciągnięcie z książki właściwych wniosków.

Na zakończenie trzeba koniecznie powiedzieć, że obok wątków ściśle politycznych, powieść zawiera potężny ładunek erotyzmu, bardzo drastyczne sceny, seks pokazywany od podszewki, pozbawiony hamulców. Dla wielu czytelników, niezaangażowanych zupełnie w sprawy publiczne, powieść Bratnego może być pornograficznym studium o "chcicy" człowieka - więźnia pozbawionego przez lata kobiety, a przecież nie rezygnującego z męskich ambicji. Ambicje spełniają się ponad wszelkie oczekiwania: oto Julian Petryk zdobywa faktycznie kobietę, której fotos z okładki "Ekranu" krążył po celi za "dwa szlugi".

Jest to dlań tak nierealne, że nie dopuszcza myśli, aby kumple z więzienia dali wiarę jego przygodzie miłosnej...

Niewątpliwie jesteśmy świadkami wydarzenia literackiego i politycznego, solidnej próby ujęcia historii "na gorąco", bez pełnej weryfikacji, możliwej dopiero po dziesiątkach lat.

Można mieć do powieści wiele zastrzeżeń, nie można jednak posądzać autora o krętactwo i służalczość - wybrał on trudną drogę, aby trafić nie tylko do serc ale do umysłów rodaków - co zresztą starał się zawsze czynić konsekwentnie od chwili napisania Kolumbów.

"Kler-U" nr 50/1418, 17.X.1983

 

 

 

 

 

Książki dla dzieci i młodzieży wydawane przez KAW otrzymały wiele nagród i wyróżnień na wystawach i targach międzynarodowych.

Tworzą je najlepsi pisarze i plastycy.

Dla najmłodszych KAW poleca serie: "Z wiewiórką", "Z nożyczkami", "Daleko, blisko, wysoko, nisko", "Kolorowe zagadki", "Bawię się i myślę".

Młodzieży KAW oferuje "Niezwykłe sprawy zwykłego świata", "Biblioteka szczęśliwej siódemki", "Przyjaciele z bliska i z daleka", "Latający dywan".

Pamiętajcie o tym, że książki dla dzieci KAW wydaje tanio i w dużych nakładach.

Jeśli interesują was sprawy społeczno-polityczne współczesnego świata, w książkach KAW znajdziecie materiały do porównań i refleksji.

Zainteresujcie się barwną serią "Kontynenty" przedstawiającą problemy różnych regionów naszej planety.

Seria "U przyjaciół" - to bogato ilustrowane książki o życiu krajów socjalistycznych.

W książkach z serii "Konflikty" znajdziecie najnowsze rozważania o problemach militarnych i społecznych, o wydarzeniach w odległych rejonach świata, które mają wpływ na życie każdego z nas.