Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Gazeta Wyborcza - 17/07/1998

 

 

Ernest Skalski

BYŁ CAR

 

 

W spokojnych czasach Mikołaj byłby zapewne, jak jego ojciec, przeciętnym władcą, i nie zająłby wiele miejsca w podręcznikach historii. Traktował swą rolę raczej mistycznie niż pragmatycznie. Robił, co mógł i uważał, że jest w porządku. A co z tego wynikało, mało go obchodziło.

Wojska stały w szpalerach po stronach ulicy - donosił reporter z koronacji Mikołaja w maju 1896 roku. Dostrzegł i gości: "Wspaniałe mundury angielskich admirałów, i Hiszpanie, i Japończycy, i Chińczycy, i piękni francuscy oficerowie kawalerii w olśniewających mundurach i hełmach na wzór starogrecki z rozwiewającymi się z tyłu ogonami".

"Wpół do trzeciej - pisze inny świadek uroczystości, malarz Niestierow - dzwony wszystkich moskiewskich cerkwi i armatnie wystrzały oznajmiły, że zaczął się uroczysty wjazd, lecz dopiero około piątej pokazał się czołowy pluton polowych żandarmów, a za nim konwój Jego Cesarskiej Mości... Powieźli w złotych karetach senatorów... Pluton kirasjerów gwardii... Lennicy z Azji, emir Buchary, chan Chiwy - w wyszywanych złotem chałatach, na cudownych koniach. Znowu kirasjerzy gwardii i dopiero wówczas rozległo się dalekie, przetaczające się >>ura<<. Zbliżało się, potężniało, zagrzmiało blisko nas z ogromną siłą. Wojska prezentowały broń, zagrała muzyka, ukazał się na białym arabskim koniu młody car. Jechał powoli, kłaniał się ludowi, był wzruszony, miał bladą, zmęczoną twarz".

DNA może sobie być, albo nie być...

W roku 1995 przeprowadzono ekspertyzę molekularno-genetyczną, w której zgodził się uczestniczyć książę Filip, mąż królowej Elżbiety II, pozwalając na pobranie moczu i krwi, w celu ustalenia DNA. Badania wykonywano w Wielkiej Brytanii i USA. Wykazały one, że z dziewięciu szkieletów znalezionych w roku 1991 w rejonie zwanym Mostotriad 72 pod Jekaterynburgiem, pięć należało do krewnych księcia i że ta piątka składała się z rodziców i trzech córek. Prawdopodobieństwo, że jest to rodzina carska, ustalono na 99,999999.

W nocy z 16 na 17 lipca 1918 roku ekipa pod dowództwem czekisty Jakowa Jurowskiego, działając najprawdopodobniej na polecenie Lenina i Swierdłowa, zamordowała w piwnicy domu inżyniera górniczego Ipatiewa w Jekaterynburgu jedenaście osób. Byli to: car i caryca, następca tronu Aleksy, córki: Olga, Tatiana, Maria i Anastazja oraz lekarz, kucharz, lokaj i pokojówka.

Nie znaleziono szkieletów Aleksego i Marii. Eduard Rossel, obecny gubernator Jekaterynburga, a właściwie obwodu swierdłowskiego (obwody zachowały sowieckie nazwy), twierdzi, że zna miejsce pochówku tych dwojga. Ujawni je, jeśli zapadnie decyzja, aby pochować wszystkich tam, gdzie zostali zabici.

Najpewniej jest to kolejny humbug. Było ich wiele. Znajdowały się cudownie ocalone wielkie księżniczki Anastazje, a niejaki Mikołaj Mikołajewicz Dalski, emerytowany kontradmirał podpuszczony przez paru znudzonych KGB-istów, występuje jako Mikołaj III, syn Aleksego, cudownie ocalonego przez... templariuszy.

Są i mniej zabawne historie. Rosyjska Cerkiew Prawosławna przymierza się do kanonizacji Mikołaja II, ale uznanie autentyczności jego szczątków uzależniła od odpowiedzi na dziesięć pytań, które sformułował metropolita Kruticki i Kołomienski, Juwenalij. Odpowiedzi mogłyby dostarczyć nowych szczegółów, ale nie mają żadnego związku z autentyzmem szczątków. Pytanie dziewiąte dotyczy potwierdzenia lub odrzucenia rytualnego charakteru zabójstwa. Wśród milionów zabójstw dokonanych w Rosji w XX wieku nie odnotowano mordów rytualnych, to pytanie zatem ma nasuwać podejrzenie, czy to aby nie Żydzi...

W konflikcie z Rosyjską Cerkwią Prawosławną znajduje się Rosyjska Cerkiew Prawosławna Zagranicą. Twierdziła ona przez lata - trudno powiedzieć, że bez podstaw - że Cerkiew w Rosji jest ekspozyturą KGB.

Rosyjska Cerkiew Prawosławna Zagranicą kanonizowała cara już w roku 1981. Jego szczątki znajdują się jakoby zamurowane w cerkwi św. Hioba w Genewie. Miał je tam dostarczyć sędzia śledczy z Omska, Nikołaj Sokołow. Faktem jest, że gdy po morderstwie do Jekaterynburga weszły wojska admirała Kołczaka, przeprowadzono fachowe śledztwo, ustalając wiele szczegółów zbrodni. Nic nie wiadomo jednak o tym, by wojska Kołczaka wywoziły ciała zmasakrowane przez morderców.

Rosyjska Cerkiew Prawosławna Zagranicą nie mogła przewidzieć, że nastąpi upadek komunizmu, że odnajdą się autentyczne szczątki cara i jego rodziny, że możliwy będzie ich uroczysty pogrzeb w Rosji. Musi więc teraz brnąć dalej. Dla niej jekaterynburskie szczątki są nieautentyczne, a cały pogrzeb to ponura mistyfikacja.

Może też dlatego, aby nie zaostrzać konfliktu z Cerkwią Zagranicą, patriarcha Aleksij z rezerwą podchodzi do tego pogrzebu.

Namaszczonemu przez Cerkiew pobożnemu carowi w jego ostatniej drodze, której się wreszcie doczekał w osiemdziesiąt lat po śmierci, towarzyszy ta jego Cerkiew w sposób dwuznaczny i małoduszny.

Życie rodzinne i uczuciowe

Był człowiekiem rodzinnym. Z tego, jak pisał w swoim dzienniku (do którego przecież nikt poza nim nie miał zaglądać) o chorobie i śmierci ojca, Aleksandra III, w roku 1894, widać, jak bardzo był przejęty i przybity. I nie widać, że pisał to człowiek, który wraz z tą śmiercią stawał się absolutnym władcą światowego mocarstwa.

Wzrostu Mikołaj był niewielkiego. Miał krótkie nogi, szeroką szyję i szerokie ramiona. Twarz o regularnych rysach. Oczy bez wyrazu. Był silny, aktywny fizycznie. Lubił rąbać drwa, co szło mu zgrabnie. Jeździł na rowerze, konno - co było dlań konieczne i oczywiste - żeglował, pływał, grał w różne gry. Był dobrym strzelcem i zapalonym myśliwym. Najchętniej polował w Puszczy Białowieskiej, czasami w Spale. Stał się zapalonym fotoamatorem i zaraził tym hobby swoje córki. Stąd spore fotograficzne dossier po rodzinie.

Przez całe życie skrupulatnie prowadził dziennik, zapisując wszystkie swoje czynności, niekiedy uczucia i opinie.

Do obowiązków rodzinnych należało sprawowanie pieczy nad ogromnym osobistym majątkiem. Posiadłości cara obejmowały 700 tysięcy kilometrów kwadratowych, mniej więcej dwa razy tyle, ile wynosi powierzchnia Polski. Były tam folwarki, lasy, winnice, zakłady przetwórcze, stadniny, niezliczone rezydencje, unikatowe zbiory.

Car jako pracodawca nie odznaczał się specjalną wyrozumiałością. Nie był też hojny. Za jego panowania doszło do dwóch krwawych wojen z mnóstwem ofiar, trafiały się klęski żywiołowe, masowe głody i epidemie. Chrześcijański władca, nie tracąc wiele ze swego majątku, mógł zrobić dużo dobrego i zdobyć uznanie w narodzie swym miłosierdziem, lecz Mikołaj nie skorzystał z tej szansy.

Żonę sobie wybrał sam i w ten sposób kolejna niemiecka księżniczka została cesarzową Rosji. Alicja Wiktoria Helena Luiza Beatrice Hessen-Darmstadt, córka księcia Ludwiga IV, początkowo się wahała, głównie dlatego, że nieodzownym warunkiem zawarcia małżeństwa było jej przejście z luteranizmu na tak odległe od niego prawosławie. Ale zgodziła się i rolę ruskiej carycy traktowała potem bardzo poważnie.

W młodości wielki książę i cesarzewicz Mikołaj zabawiał się w sposób przyjęty w jego wieku i środowisku. Miał jakieś młodzieńcze miłości, jedną nawet traktowaną poważnie. Poza tym w towarzystwie innych wielkich książąt zabawiał się z panienkami lekkich obyczajów czy nawet z dziewczynami z nieco lepszych rodzin, którym imponował splendor wielkoksiążęcy. Nazywano je w tym gronie "kartoflami". W dzienniku Mikołaj skrupulatnie odnotowywał wspólne kolacyjki i spotkania z "kartoflami". Równie skrupulatnie odnotował podczas pobytu w Egipcie wizyty u tamtejszych prostytutek.

Potem jednak był przykładnym mężem i ojcem. Urodziły mu się kolejno cztery córki, które wyrosły na piękne i eleganckie panny o miłym usposobieniu. Upragniony następca tronu, mający panować jako Aleksy II, urodził się jako piąty, w roku 1904.

Rodziny cesarskie były zwykle bardzo liczne. W Rosji w okresie panowania Mikołaja liczba wielkich książąt, członków domu panującego, wahała się w granicach od 25 do 40. Wszyscy musieli mieć wysokie apanaże, pałace, liczną służbę. Z tytułu urodzenia należały się im najwyższe stanowiska wojskowe i cywilne w państwie, odpowiednio wysoko płatne. Towarzystwo, pewne siebie i spoufalone z carem, przysparzało mu, jako głowie rodziny, sporo kłopotów. Nieraz musiał reagować na różne wyskoki i obyczajowe skandale. Najchętniej udzielał reprymendy na piśmie, bo jako człowiek nieśmiały krępował się mówić wprost.

Poza tym cesarz był skoligacony ze wszystkimi domami panującymi Europy, co wymuszało liczne kontakty i rzutowało na tryb życia dworu. Ponieważ stale ktoś w tym kręgu krewnych i powinowatych umierał, częste były na dworze ceremonialne żałoby różnego stopnia, trwające krócej lub dłużej.

W roku 1917, po abdykacji, kiedy car był przetrzymywany pod strażą w Carskim Siole, Rząd Tymczasowy usiłował go wyprawić wraz z rodziną za granicę. Nie zgodził się go przyjąć i ocalić król Anglii Jerzy V, Danii - Christian X, Grecji - Konstantyn I, cesarz Wilhelm II - wszystko "drodzy kuzyni" Nikiego. Nie pomogła także królowa Hiszpanii, siostra carycy, Eugenia. Nie chcieli kłopotów, ale nie mogli przewidzieć, że po pierwszej rewolucji przyjdzie druga, o wiele straszniejsza.

Rasputin

Osobą, która miała największy wpływ na cara i zarazem na państwo, była ukochana Alicja, cesarzowa Aleksandra Fiodorowna. Nie była lubiana i popularna. Inaczej niż cesarzowa matka, Maria Fiodorowna, córka króla duńskiego Christiana IX. Matka zdawała sobie sprawę, i mówiła to niekiedy, że jej synowie mają słabe charaktery. Jej wpływ na panującego syna uważano za rozumny i dobry. Przeciwstawiano ją chorobliwie ambitnej, histerycznej i zaciekłej cesarzowej.

Sądząc z listów Aleksandry Fiodorowny do Mikołaja, kochała go namiętnie. Jego listy do niej są suche i powściągliwe, ale to wynikać miało z jego trudności w komunikowaniu się. Mimo to byli kochającym się małżeństwem i kochającą się rodziną. Jej nieszczęściem, a zarazem zagrożeniem dla Rosji stała się hemofilia cesarzewicza Aleksego. To za sprawą tej choroby w roku 1907 na dworze pojawił się Grigorij Rasputin.

Caryca miała skłonność do mistycyzmu i różnych ezoterycznych działań. Wciągała w to Mikołaja. Rasputin nie był pierwszym "bożym człowiekiem", mistykiem i uzdrowicielem, z którego usług korzystała panująca rodzina. Jemu jednak udało się powstrzymać krwotok u Aleksego, czym przekonał do siebie Aleksandrę, a ta poleciła go posłusznemu jej mężowi.

W ten sposób zaczęła się oszałamiająca kariera tego słabo piśmiennego chłopa z guberni tobolskiej, przyłapanego w młodości na złodziejstwie. Zachowały się nabazgrane przez niego nieortograficzne notatki - polecenia do ministrów Jego Cesarskiej Mości. Nie musiał już nawet korzystać z pośrednictwa cesarza.

Rasputin był skandalem na skalę światową już wówczas i do dziś stanowi pożywkę bulwarowej literatury. Największe zainteresowanie budzą jego liczne romanse i hulaszczy tryb życia. W państwie Romanowów wszyscy śledzili wszystkich, więc policja skrupulatnie spisywała wszystko, co dotyczyło "świętego męża". Sporo było tam o pijaństwach Grigorija z wysoko postawionymi osobami i z lumpami, o orgiach, kochankach. Nie potwierdza się jednak plotka, że był kochankiem carycy.

W sprawach państwowych poruszał się z gracją słonia w składzie porcelany. Szkodził bezpośrednio, głównie lansując na wysokie stanowiska niekompetentnych, oddanych sobie ludzi. Kompromitował też cara i dom panujący, co było szczególnie dotkliwe podczas wojny. A ponieważ car nie dawał sobie otworzyć oczu, przeciwnikom Rasputina został stary wypróbowany sposób: spisek i morderstwo. Wciągnięte w to były najwyżej postawione osoby. Za najważniejszą uważa się zmarłego niedawno na Zachodzie członka rodziny cara, księcia Feliksa Jusupowa.

Samo zabójstwo też było godne dramatycznych filmów. 17 grudnia 1916 roku Rasputina poczęstowano w domu Jusupowa ciastkami z kremem, naszpikowanymi cyjankiem potasu w ilości wystarczającej do wytrucia stadniny. Zadziwiająco długo nie reagował. W końcu upadł, ale wkrótce odzyskał przytomność. Wtedy strzelono doń kilkakrotnie. Postrzelony wyrwał się i uciekł. Złapano go i wrzucono do lodowatej Newy. Jak wykazała sekcja zwłok, przyczyną śmierci było utonięcie.

Choć car był niepocieszony, a policja wszystko ustaliła, oficjalnego śledztwa nie było, nikogo nie ukarano. Tylko książę Jusupow musiał wyjechać do swojego majątku. Spełniła się wszakże zapowiedź Rasputina, że jego koniec będzie końcem dynastii.

Car Chodyński

Przygotowano 400 tysięcy, a jak twierdzą inni pół miliona podarków. Były to węzełki z ozdobnych chust, a w każdym pół funta kiełbasy, bułka, cukierki, orzechy, pierniki i pamiątkowy emaliowany kubek.

W kolejnym dniu uroczystości koronacyjnych w Moskwie w maju 1896 roku miał się bowiem odbyć wielki festyn ludowy na Chodynce. Było to wybrane bez wyobraźni pole ćwiczeń moskiewskiego garnizonu, pełne głębokich okopów i naturalnych stromych wąwozów.

Zbity tłum spędził tam całą noc. A kiedy rankiem cała ta masa naparła na stragany, z których rozdawano podarki, ludzie wpadali do rowów, na nich wpadali następni. Ci, którzy się chcieli zatrzymać, byli tratowani przez innych. Było 2690 ofiar, z czego 1389 śmiertelnych.

Car był prawdziwie przejęty, co znalazło potem wyraz w jego dzienniku ("Ohydne wrażenie zostało po tej wiadomości"), ale uroczystości trwały dalej. Z Chodynki wywożono wozy pełne zmasakrowanych trupów, a kilkaset metrów obok Mikołaj z żoną, w otoczeniu świty, pozdrawiał tłumy ze zbudowanego na tę okazję pawilonu. Wieczorem zaś, w paradnym mundurze ułańskiego pułku gwardii, ze wstęgą francuskiej Legii Honorowej, tańczył z piękną żoną ambasadora Francji, hrabiego Montebello, otwierając wydany przez niego bal.

Nie był ani bezduszny, ani bezmyślny. Podjął decyzję o kontynuowaniu uroczystości, bo najprawdopodobniej nie potrafił odmówić tym, którym zależało na ich dalszym ciągu. Dziś byśmy powiedzieli, że nie był asertywny. Nie lubił bezpośrednio sprawiać przykrości ludziom. Dość często zdarzało się, że długo i łaskawie rozmawiał z jakimś ministrem, a gdy ten rozpromieniony wracał do swego gabinetu, zastawał tam podpisany przez cara papier o dymisji. Zdarzało się, że z dopiskiem, że "poręczniej mu to robić na piśmie".

Wtedy, po Chodynce, mógł zlekceważyć naród, ponieważ nie musiał się liczyć z jego reakcją. Bardziej mu zależało na reakcji ambasadora Francji czy licznych delegacji przybyłych z hołdowniczymi adresami, w tym delegacji szlachty z Warszawy. Takie zachowanie się mściło. W narodzie długo jeszcze trwała wiara w cara, lecz niekoniecznie w Mikołaja Aleksandrowicza, który zyskał przezwisko "Car Chodyński".

W dziewięć lat później pojawi się "Mikołaj Krwawy".

Przeciętny władca w trudnych czasach

"Gospodarz ziemi rosyjskiej" - w ten sposób Mikołaj odpowiedział na pytanie o zawód, wypełniając ankietę podczas spisu ludności w 1897 roku. Cesarzowa figuruje tam jako "gospodyni ziemi rosyjskiej, z językiem ojczystym niemieckim". Jedyna jeszcze wówczas córka jest "bez zawodu".

Za Mikołaja absolutyzm był już w Europie przeżytkiem. Wcześniej był loterią; czasem się sprawdzał, jeśli władcą z łaski bożej i prawa o dziedziczeniu tronu oraz na skutek spisków i kombinacji zostawała jednostka wybitna. w dynastii Romanowów były i takie, choć nieraz kontrowersyjne. Piotr I Wielki, Elżbieta Pietrowna, przyszywana do dynastii Katarzyna II, też Wielka, Aleksander II, skuteczny car reformator. Mikołaj II nie zaliczał się do jednostek wybitnych. Nie był też jednak podobny do Piotra III czy Pawła I, którzy nie mieścili się w normie psychicznej i których dlatego w interesie państwa zamordowano. W rosyjskim absolutyzmie był to jedynie skuteczny sposób impeachmentu, jak nazywają Amerykanie usunięcie najwyższych funkcjonariuszy. Piotra zgładzono za wiedzą i wolą żony Katarzyny, Pawła przy cichym udziale syna Aleksandra.

W spokojnych czasach Mikołaj byłby zapewne, jak jego ojciec, przeciętnym władcą, nie zająłby wiele miejsca w podręcznikach historii.

Przerzucając ongiś liczne tomy Zbioru Praw Imperium Rosyjskiego, zauważyłem dokument wyznaczający normę furażu dla koni kawalerii gwardii, podpisany przez któregoś z cesarzy. Nawet jeśli imperator podpisał to machinalnie czy zezwolił na użycie faksymile, to widać z tego, że absolutny władca miał decydować absolutnie o wszystkim w ogromnym państwie.

Mikołaj wierzył w swoją misję samodzierżawcy. Wiedział, że rola cara wymaga pracy, więc wertował sterty dokumentów. Jego adnotacje widnieją na wydanych w Warszawie raportach warszawskich oberpolicmajstrów, zawierających jakieś podstawowe dane statystyczne i opisy różnego rodzaju wydarzeń. Car czytał te raporty w rok lub dwa po wysłaniu, kiedy to nie miało już żadnego sensu. Niczemu też nie służyły jego uwagi.

Traktował rolę władcy raczej mistycznie niż pragmatycznie. Robił, ile mógł i uważał, że jest w porządku, a co z tego wynikało, mało go obchodziło. Nie miał wyczucia hierarchii ważności spraw. Czasami bywał dziko uparty, lecz częściej przyznawał rację każdemu kolejnemu rozmówcy. Niewykluczone, że ustępował dla świętego spokoju, który był dlań ważniejszy od meritum sprawy.

Różne rzeczy wymuszało na nim otoczenie, chociaż bardzo tego nie lubił. Posiedzenia rozlicznych rządowych komitetów i innych gremiów traktował jako przykry obowiązek. Źle się czuł w otoczeniu ludzi mądrzejszych od siebie, o większej wiedzy, o co było nietrudno.

Komitety powoływał i rozwiązywał, uczestniczył w ich obradach, gdy już musiał, nie miał natomiast praktycznie rządu, który by się regularnie zbierał i który by dysponował - określonymi przez niego - prerogatywami. Pracował z każdym ministrem oddzielnie.

W gronie "monarchów konstytucyjnych"

Był jednak przy tym Mikołaj człowiekiem bystrym i inteligentnym o tyle, że w lot chwytał treść przedstawianej mu sprawy, ale nie lubił, czy nie potrafił, wgłębiać się w nią. Nie wykazał się zrozumieniem procesów dziejowych, wyobraźnią. Taki miał charakter i takie odebrał wykształcenie - "domowe uniwersyteckie".

Jego nauczycielem i mentorem był Konstantin Pobiedonoscew, współpracownik ojca i współtwórca reakcyjnych kontrreform, oberprokurator Najświętszego Synodu (od Piotra I, który zlikwidował patriarchat, synodem kierował świecki urzędnik). Dla tego człowieka liczyło się tylko prawosławie i samodzierżawie, a reszta - "od złego jest". Dla postępowej inteligencji rosyjskiej i liberalnych kręgów politycznych Pobiedonoscew był symbolem wstecznictwa, choć jednocześnie miał być człowiekiem o wielkiej wiedzy i kulturze, skromnym i czarującym w obejściu. Mikołaj przejął jego poglądy i nie widział potrzeby konfrontowania ich z rzeczywistością.

17 października 1905 roku, w wyniku strajku generalnego i w toku narastającej rewolucji, wymuszono na carze wydanie historycznego manifestu. Rosja otrzymywała namiastkę parlamentu - Dumę. Entuzjazm był ogromny, w Rosji i za granicą. Powstała nawet partia oktiabrystów - październikowców (której nie należy łączyć z rewolucją październikową).

Carowi gratulowano. Obszerną depeszę przysłał cesarz Wilhelm II, witając "najmilszego Nikiego" w gronie konstytucyjnych monarchów.

Jednak dla Nikiego, przywiązanego do samodzierżawia, była to katastrofa, choć do konstytucyjnej monarchii było jeszcze bardzo daleko. Otwierając potem wspólne posiedzenie Dumy pierwszej kadencji i mianowanej przez siebie Rady Państwowej, mówił wyraźnie, że to wszystko jest z jego nadania, że to on oczekuje, że to on liczy...

Przedstawicielstwa z wyboru, takie jak parlament czy samorząd, uważał w najlepszym razie za niepotrzebne. Czuł, czy raczej antycypował mistyczną więź ze swym ludem i uważał, że lud go kocha, bo lud kocha cara z definicji. Tu nie miał żadnego wyczucia. Trwał w tym przekonaniu aż do chwili, kiedy ów lud z udziałem jego gwardii obalił monarchię podczas rewolucji lutowej w 1917 roku.

Nie potrafił przemawiać do ludzi, porwać ich, przekonać do siebie. Puszkin w poemacie "Połtawa" opisuje entuzjazm, gdy "pułki zobaczyły Piotra". Mikołaj miesiącami objeżdżał front zachodni podczas wojny światowej. Wcześniej odprawiał pułki na wojnę z Japonią. Zawsze mówił zdawkowo i sucho, przeważnie napisane przez innych zdania. Był chłodny, grzeczny dla wszystkich, lecz pozbawiony majestatu, który emanował z poprzednich Romanowów.

Niki fatalista

- Czy pan wie, kiedy są moje urodziny? - spytał kiedyś premiera i ministra spraw wewnętrznych Piotra Stołypina, a co przekazał w swych wspomnieniach francuski ambasador Maurice Paleologue.

- Jakże mógłbym nie wiedzieć, Wasza Cesarska Mość. Szóstego maja.

- A jakiego świętego to dzień?

- Proszę o wybaczenie, Najjaśniejszy Panie, nie pamiętam...

- Hioba cierpiętnika.

- Chwała Bogu. Panowanie Waszej Cesarskiej Mości będzie uwieńczone sławą. Patriarcha Hiob, przecierpiawszy z pokorą najstraszniejsze próby, został nagrodzony błogosławieństwem bożym i pomyślnością.

- Nie. Niech pan mi wierzy, Piotrze Arkadiewiczu, mam więcej niż przeczucie. To pewność, że nie otrzymam nagrody tutaj, na ziemi. Mówił Hiob: "Jeśli przeczuwam zagrożenie, ono się spełnia i spadają na mnie wszystkie nieszczęścia, których się boję".

Jednak wcześniej niż cara nieszczęście dosięgło Stołypina. Zastrzelił go, z inspiracji ochrany, jej agent Bogrow. Stołypin, wybitny polityk reformator, siedział wówczas obok cesarza w loży kijowskiego teatru.

Ochrana wiedziała, że nie wywoła to gniewu monarchy. Był rok 1911. Premier był już w niełasce, którą wszyscy odczuwali.

Mikołaj był człowiekiem głęboko wierzącym i fatalistą zarazem. Nie było jego dewizą stare rosyjskie powiedzenie: "Miej w Bogu nadzieję, lecz sam nie przegapiaj". Wiedział, że ma robić to, co do niego należy, lecz sprowadzało się to do wykonywania codziennych obowiązków. Nie mieściła się w tym inwencja, rozmach, szybka i zdecydowana reakcja, elastyczność.

Jeśli w ogóle miał jakąś wizję państwa, była nią prawosławna i samodzierżawna Rosja, jaką zostawił mu ograniczony i konserwatywny, choć pełen życiowego rozmachu, ojciec, Aleksander III. Nie był jego ideałem dziad reformator, Aleksander II, który - podobnie jak Katarzyna II - absolutystyczne imperium stopniowo i planowo unowocześniał i wzmacniał, czyniąc to bez gwałtowności i okrucieństwa Piotra I.

- A teraz, ekscelencjo, niech pan wyrwie telefon ze ściany - powiedział szef sztabu generalnego, generał Żyliński do ministra wojny, generała Suchomlinowa, kiedy ten po raz kolejny uzyskał od bawiącego w Carskim Siole cara kilkakrotnie wcześniej odwoływaną telefoniczną zgodę na ogłoszenie powszechnej mobilizacji. Była ona faktycznym sygnałem rozpoczęcia pierwszej wojny światowej w 1914 roku. Podobnie w roku 1917 nie mógł się na nic zdecydować, gdy wzbierała rewolucja lutowa. Przesiadywał w kwaterze głównej w Mohylowie lub jeździł pociągiem na tyłach frontu i mimo uszu puszczał rady bliskich mu osób oraz apele carycy. Maria Fiodorowna wzywała go, aby żelazną ręką zdławił zalążki buntu w stolicy, co zapewni mu posłuch i autorytet.

Bezczynność cara

Miał takie możliwości. Buntował się garnizon piotrogrodzki (po rozpoczęciu wojny z Niemcami niemiecką nazwę Sankt Petersburg zamieniono na swojski Piotrogród), przestraszony perspektywą wyjazdu na front w ramach rotacji wojsk. Ale wojska na froncie, chociaż miały już dosyć wojny, były jeszcze posłuszne i pewnie nie miałyby nic przeciw temu, aby rozprawić się z buntem dekowników.

Nie wiadomo, czy to by uratowało Mikołaja i monarchię, wiadomo jednak, że zgubna się okazała bezczynność cara.

Wcześniej, po rewolucji 1905 roku, z entuzjazmem odniósł się do rozprawy z buntowszczikami, dokonywanej przez gubernatorów, policmajstrów i dowódców wojskowych. Ale teraz to on musiałby podjąć decyzję, bo podwładni nie kwapili się już do brania na siebie odpowiedzialności za ryzykowną rozprawę. Nie był jednak w stanie tego zrobić, a nikt nie chciał bronić cara, który się sam nie bronił.

- Jeśli tak dalej pójdzie - przekonywał go wierny monarchista, przewodniczący Dumy Rodzianko - imperium upadnie i Wasza Cesarska Mość nie będzie dłużej panować!

- Bóg da...

- Bóg niczego nie da. Trzeba działać.

Wreszcie dał się namówić na abdykację. Wszyscy przyjęli ją z ulgą, bo myślano, że rozładuje kryzys i uspokoi Rosję. W otoczeniu cara nie zdawano sobie sprawy, że było to nie tylko odejście nieudolnego panującego, lecz koniec dynastii, monarchii i Rosji w jej dotychczasowym kształcie.

Miliony ludzi przysięgały wierność i posłuszeństwo Mikołajowi, lecz gdy odszedł, nikt nie chciał za niego ginąć. Tylko jeden człowiek popełnił samobójstwo na wiadomość o jego ustąpieniu. Był to naczelnik ochrany w Moskwie, Zubatow.

Pułkownik Romanow

Pewnego dnia car założył buty i mundur szeregowego piechocińca, wziął karabin z przepisową liczbą naboi i cały ekwipunek. Tak wyposażony przemaszerował 40 wiorst w ciągu ośmiu godzin z regulaminową przerwą na obiad. Po czym stwierdził, że wyposażenie żołnierza i normy marszu są prawidłowe. I to był jego wkład w rozwój wojskowości.

Czuł się wojskowym. Jak wszyscy cesarze od czasów Piotra I, chodził przeważnie w mundurze. Nawet spacerując po alejkach parku w Carskim Siole i bawiąc się z dziećmi nad morzem na Krymie miał na sobie polowy mundur pułkownika. Jego zdjęcia w cywilnym ubraniu należą do rzadkości.

Służbę wojskową pełnił skrupulatnie jeszcze jako następca tronu. Rzecz jasna awansował szybko, dochodząc do stopnia pułkownika w roku 1894, przed wstąpieniem na tron. Potem jednak uznał, że nie wypada samego siebie awansować.

Lubił przeglądy wojsk, defilady, manewry. Najlepiej się czuł - poza rodziną - w towarzystwie oficerów gwardii. Z nimi łatwo znajdował wspólny język, był bezpośredni i rozluźniony. Gruntownej wiedzy wojskowej nie miał. Talentów dowódczych - także nie. Podczas wojny japońskiej głównie uczestniczył w nabożeństwach dla pułków odprawianych na Daleki Wschód i przyjmował ich defilady. Nie potrafił również wybrać odpowiednich dowódców. Zostawali nimi albo wielcy książęta, którym się to należało z urodzenia, albo ludzie odpowiednio protegowani.

Kiedy dowodzący obroną Port Arthur nieudolny generał Stessel zdradziecko skapitulował, mając możliwość dalszej obrony i przy jednomyślnym sprzeciwie swoich podwładnych (za co w końcu stanął przed sądem), Mikołaj w swym dzienniku skwitował tę kompromitującą klęskę jako rezultat "woli bożej".

"Niewielka zwycięska wojna"

Romanowowie przegrywali wojny z Polską, Szwecją, Turcją, Francją, Anglią, ale autorytet monarchy z bożej łaski na tym nie cierpiał, bo za każdym razem był to groźny i godny zarazem przeciwnik. Klęska w wojnie z Japonią była wstydliwym zaskoczeniem. Dla biednej i zacofanej Rosji Japończycy to byli "dzikusy", "makaki", "żółtki". Z kolei wytworne towarzystwo Petersburga i Moskwy wyrażało obawę, że żołnierze rosyjscy, zajmując w nieunikniony przecież sposób Japonię, zrujnują jej subtelną sztukę, cenioną i lubianą w ówczesnej Europie. Członkowie kamaryli dworskiej i dowódcy wojskowi chcieli "niewielkiej zwycięskiej wojny". Car był zainteresowany poszerzeniem swego władania. Nikt się jednak nie pofatygował, aby ocenić postęp cywilizacyjny, w tym gospodarczy, dokonany przez Japonię po rewolucji Mejdżi, zbadać jej stopień przygotowań do wojny, w tym determinację wojska i społeczeństwa.

Wojnę zaczęli, bez wypowiedzenia, pragmatyczni Japończycy, atakując z morza rosyjską eskadrę w Port Arthur i zadając jej duże straty. Jednocześnie zablokowali w neutralnym koreańskim porcie Czemulpo rosyjski krążownik "Wariag" i kanonierkę "Koriejec". Komandor Rudniew przez wiele godzin toczył nierówny bój z japońską eskadrą, lecz było z góry wiadomo, że się nie przebije. Zatopił więc "Wariaga" i wysadził "Koriejca". Był to jedyny bohaterski epizod - wkrótce trafił do popularnych pieśni - którym Rosja mogła się szczycić w tej wojnie.

Nic nie mogło potem w oczach opinii zdjąć z absolutnego monarchy i zwierzchnika sił zbrojnych imperium odpowiedzialności za klęskę.

Wódz naczelny

Na początku wojny światowej car mianował głównodowodzącym swojego stryja, wielkiego księcia Mikołaja Mikołajewicza. Był to wysoki, postawny mężczyzna, świetnie wyglądający w mundurze. Lecz na tym jego walory dowódcze się kończyły. Po serii klęsk i utracie ziem polskich wielki książę został dowodzącym wojskami rosyjskimi na Kaukazie, gdzie jakoś dawał sobie radę z Turkami, a naczelne dowództwo objął sam cesarz.

I ten obowiązek spełniał przykładnie. Przebywał w kwaterze głównej, codziennie naradzał się z generałami, lecz nie miał faktycznie wpływu na przebieg wydarzeń, z braku kompetencji.

Rosja słabła. Ponosząc ogromne straty, z coraz większym trudem utrzymywała front. W roku 1916 najzdolniejszy rosyjski dowódca, generał Brusiłow (był później w Armii Czerwonej), podjął udaną ofensywę, która jednak szybko się skończyła z powodu braków w zaopatrzeniu.

Odpowiedzialność cara za tę wojnę nie była już tak wielka, jak za japońską. Wszystkie dwory, rządy i sztaby generalne w Europie popełniły pomyłkę, nie przewidując, że będzie to długotrwała wojna pozycyjna na wyniszczenie. Armia rosyjska, która w pierwszym, manewrowym stadium wojny ponosiła klęski, ale i odnosiła sukcesy, w wojnie pozycyjnej miała, na skutek biedy i zacofania kraju, niewielkie szanse na przetrwanie.

Car nie był entuzjastą wojny ze swoim "drogim kuzynem Willym". Caryca - Niemka - była jej przeciwna. Patriotycznie nastawiona część społeczeństwa, w tym kadra oficerska, wyczuwała ten brak zdecydowania ze strony rodziny cesarskiej. W miarę trwania wojny coraz częściej padały oskarżenia o zdradę. Zwłaszcza gdy Goriemykina zastąpił z woli cara premier Sturmer. Jego pochodzenie i nazwisko nie musiało świadczyć o proniemieckich sympatiach, lecz nominacja w takiej chwili świadczyła raz jeszcze o kompletnym braku wyczucia nastrojów wojska i społeczeństwa przez naczelnego wodza.

Mikołaj Krwawy

Niedzielę 9 stycznia 1905 roku car spędzał w swej wspaniałej rezydencji w Carskim Siole. Była to właściwie ucieczka. Wiedział, że tego dnia do jego oficjalnej siedziby w Pałacu Zimowym miał ruszyć wiernopoddańczy pochód petersburskich robotników z błaganiem, by "ulżył ich doli". Prosty lud w Rosji wierzył w dobrego cara, który zapewne nie wie, jak urzędnicy i wyzyskiwacze traktują jego poddanych. Gdy się dowie, zrobi porządek.

Kulis tego wydarzenia, które przeszło do historii jako "krwawa niedziela", nigdy nie udało się ustalić. Organizator marszu, pop Gieorgij Hapon, przedtem, za zgodą ochrany, a może i na jej polecenie, organizował piotrogrodzkich robotników. Konkurował z wpływami różnej maści lewicowców i to się mieściło w regułach gry. Natomiast pomysł pochodu jest zupełnie niezrozumiały.

Władze wiedziały, że ma to być pokojowa manifestacja, a mimo to wystawiły wojsko z ostrą amunicją. Żołnierzom kazano strzelać do liczącego około stu czterdziestu tysięcy osób zaskoczonego tłumu, ze świętymi ikonami i portretami cara. Ofiar, według różnych wersji, było od tysiąca do pięciu tysięcy; nie wiadomo, ilu było zabitych.

Wstrząs był ogromny. Rosję ogarnęła zgroza. Świat się oburzył. Parlamenty ogłaszały rezolucje potępiające. Wstrzymywano kredyty dla Rosji. Cieszyli się jedynie rewolucjoniści rosyjscy, gdyż dla nich to była doskonała pożywka. Trudno sądzić, aby prowokatorzy marszu i autorzy rozprawy z nim - a nie wiadomo, czy to byli ci sami ludzie - chcieli osiągnąć ten cel. Można przypuszczać, że przebieg wydarzeń wynikał z niedomyślenia, braku wyobraźni i bałaganu.

Mikołaj, jeśli nawet nie był współautorem tego planu, to mógł i powinien przewidzieć przebieg wydarzeń. I na pewno mógł nie dopuścić do tego, co się stało. Wolał jednak uciec.

Tak jak po Chodynce miał jeszcze szanse podratowania swego prestiżu. Mógł udać zaskoczenie, wyrazić ból, zapowiedzieć ukaranie winnych. Zamiast tego, 27 stycznia przemówił do przedstawicieli robotników stolicy, których mu zebrała policja. Łaskawie wybaczył uczestnikom demonstracji, stwierdził, iż wie o biedzie, lecz że nie upoważnia ona do samodzielnych wystąpień, nawet pokojowych, gdyż to narusza porządek.

Ta postawa zapowiadała jego akceptację dla terroru władz podczas rewolucji 1905 roku i kilku następnych lat. Szacuje się, że objęto wówczas represjami około pięćdziesięciu tysięcy osób, z czego powieszono lub rozstrzelano około czternastu tysięcy.

Aleksander Sołżenicyn w "Archipelagu GUŁag" przeciwstawia sowiecki terror liberalnemu caryzmowi, podając, że od czasu, gdy w XIX wieku pojawiła się statystyka sądowa, do upadku monarchii skazano na śmierć niewiele ponad trzy tysiące osób.

To pewnie prawda, ale to nic nie mówi o faktycznych represjach w tym państwie. Rosja po Aleksandrze II miała nowoczesne, jak na owe czasy, i liberalne sądownictwo. Sąd do skazania wymagał dowodów winy, sędziowie przysięgli często bywali wspaniałomyślni i uniewinniali politycznych. Tyle że uniewinnionych nieraz już następnego dnia wysyłano na Syberię w trybie administracyjnym. Karne ekspedycje powoływały sądy doraźne, a te skazywały na śmierć bez żadnych ceregieli. Szczególnie podczas buntów chłopskich, na prowincji, w sporej odległości od postępowej inteligencji. To, co się tam działo, urągało zdecydowanie europejskim standardom. Na raportach o rozprawach widnieją notatki Mikołaja w rodzaju: "tak trzeba" czy krócej: "zuch!" pod adresem dowódców policji, żandarmerii i wojska. Zabronił nawet zwracać się do siebie z prośbą o ułaskawienie. Znacznie wcześniej, jeszcze jako następca tronu, w roku 1892 pochwalił charkowskiego gubernatora Obolenskiego, uważanego już wówczas powszechnie za łajdaka, za bestialską rozprawę z buntem chłopskim. Popierał prowokowane przez ochranę pogromy Żydów. W państwie rządzonym przez Mikołaja obowiązywała zasada "naboi nie oszczędzać" i "aresztantów nie mieć".

Ostatnia gala

Z programu ceremonii pogrzebowej:

"Trumny ze szczątkami Mikołaja II, członków jego rodziny i sług przybędą z Jekaterynburga na lotnisko Pułkowo [pod Petersburgiem - red.] specjalnym lotem 16 lipca 1998 roku o godz. 14.00. Gdy samolot ze szczątkami zatrzyma się, podstawia się trap, od którego rozwija się chodnik długości 20-30 m. Gdy jest wynoszona pierwsza trumna, dobosze i fleciści zaczynają grać marsz żałobny, przewidziany przez regulamin musztry 1908 roku... W momencie pojawienia się na trapie trumny ze szczątkami cesarzowej Aleksandry Fiodorowny orkiestra zaczyna grać "Jak sławny jest Panie twój gród w Syjonie" i gra do odjazdu karawanu ze szczątkami cesarza Mikołaja II.

Pochowanie szczątków cesarza Mikołaja II, członków jego rodziny i sług odbywa się 17 lipca 1998 roku w kaplicy św. Katarzyny katedry św. św. Piotra i Pawła Twierdzy Pietropawłowskiej... O 12.00 rozlegają się trzy wystrzały armatnie. Duchowieństwo zaczyna odprawiać mszę żałobną. W momencie opuszczania do grobu trumny cesarza Mikołaja II bateria armat oddaje salut z 19 salw. Uczestnicy ceremonii przechodzą wzdłuż miejsca pochówku i rzucają do grobu szczyptę ziemi. Może to być biały piasek nasypany do czary stojącej na trójnogu. Uczestnicy ceremonii kierują się na stypę".