Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Lawrence Grobel

Rozmowy z Capote'em

1997

 

(...)

 

Lawrence Grobel: Jako "subtelną, acz bezlitosną" określiłeś kiedyś różnicę pomiędzy bardzo dobrym pisarstwem a prawdziwą sztuką. Czy mógłbyś ten podział zilustrować przykładami autorów, których podziwiasz?

Truman Capote: Thackeray jest dobrym pisarzem, a Flaubert wielkim artystą. Trollope jest dobrym pisarzem, a Dickens wielkim artystą. Colette jest dobrą pisarką, a Proust wielkim artystą.

Czy mógłbyś posłużyć się przykładami bliższymi współczesności?

Katherine Anne Porter była wybitnie dobrą pisarką, a Willa Cather była wielką artystką. (Zastanawia się.) W tej chwili nie przychodzi mi do głowy nikt, kogo współcześnie mógłbym nazwać wielkim artystą.

William Faulkner powiedział, że dobry pisarz musi być absolutnie bezwzględny. Czy ty taki jesteś?

Hm, on był absolutnie bezmyślny. Nie jestem wielkim miłośnikiem Faulknera. Nie wywarł na mnie najmniejszego wpływu. Lubię ze trzy czy cztery jego opowiadania, Słońce zachodzi i bardzo mi się podoba jedna jego powieść Światłość w sierpniu. W większości wypadków jest on jednak bardzo chaotycznym, nie panującym nad sobą pisarzem. Nie pasuje do tej kategorii pisarzy, których naprawdę szanuję. Znałem Faulknera bardzo dobrze. Był moim bardzo dobrym przyjacielem. To znaczy, ja byłem jego przyjacielem na tyle, na ile można było nim być. Chyba żeby się było czternastoletnią nimfetką. Wtedy to dopiero byłaby przyjaźń!

Czy jakikolwiek amerykański pisarz miał wpływ na ciebie jako pisarza?

Żaden amerykański pisarz nie wywarł na mnie takiego wpływu.

Zawsze wierzyłeś, że styl, bardziej niż treść, jest lustrem wrażliwości artysty. Czy owi wielcy artyści bardziej dbają o styl czy o treść?

Nie da się odpowiedzieć na to pytanie. Flaubert jest wielkim pisarzem i wielkim stylistą. Bardziej przejmował się kwestią stylu niż treści. Dla niego treść to coś takiego, jak gdyby wyjął jabłko z koszyka, położył je na stole i powiedział: "A teraz zamierzam opisać to jabłko". To znaczy, nie wydaje mi się, żeby naprawdę zawracał sobie dupę panią Bovary. Bardziej troszczył się o to, jaki nadać temu wszystkiemu kształt, na ile prawdziwie uda mu się to uczynić. Był wielkim stylistą. Dziwne, że Flaubert, który potrafił pisać takie piękne, fantastyczne rzeczy, popełnił coś tak okropnego jak Petrochette czy Popachette *[Właśc. tytuł: Bouvard i Pecuchet.], czy jak tam się nazywała jego ostatnia książka. Beznadziejna. Tak więc, nie wiem. ...Henry James był totalnym stylistą.

A Faulkner nie?

Faulkner nie był stylistą. Faulkner popadł w pewien niechlujny styl, nad którym nie miał prawdziwej kontroli. On pisał o czymś. Treść była jego mocną stroną. Przyjął pewien styl, lecz stało się tak przez pomyłkę i nie był to dobry styl.

A co powiesz o Dostojewskim? Ten zdawał się, skupiać na treści. Nie nazwiesz go chyba stylistą?

Nazwę. Nazwę go beznadziejnym stylistą. (Śmiech.)

Czytasz po rosyjsku?

Nie tak dobrze, żeby wygłaszać takie opinie, ale trochę czytam.

I jak on brzmi po rosyjsku?

Strasznie. Turgieniew to stylista.

A co powiesz o Gertrudzie Stein. Znałeś ją?

Nie. Znałem Alicję Toklas.

A co sądzisz o nich obu?

Sądzę, że stanowiły znakomity duet. Taki Pat i Pataszon. (Śmiech.)

A co sądzisz o Stein jako pisarce?

Podobała mi się jej książka o Alicji. Jednakże co do reszty... "Jestem kupą gówna, jestem kupą gówna, jestem kupą gówna..." (Śmiech.)

Co sądzisz o jej pomyśle z powtórzeniami - u niej to było całkowicie świadome.

To sposób na wypełnienie strony. Może gdyby to rozstrzelić...

Czy kiedykolwiek próbowałeś przeczytać The Making of Americans?

Tak. Daleko nie zaszedłem.

Porozmawiajmy o bardziej współczesnych stylistach. Co sądzisz na temat Thomasa Pynchona?

Upiorny.

Czytałeś jego prace?

Tak, jestem jedną z niewielu osób na świecie, które przeczytały Tęczę grawitacji od pierwszej do ostatniej strony, a to dlatego, że byłem jednym z jurorów, kiedy ta książka kandydowała do konkursu National Book Awards *[Narodowa Nagroda Książkowa - ustanowiona w 1950 r. nagroda literacka, przyznawana corocznie w kategoriach powieści i literatury faktu.]. Nie wygrał przeze mnie. Poza tym, wielu innych ludzi chciało głosować na tego drugiego pisarza, którego ja nie cierpię. Na Donalda Barthelme'a. To najnudniejszy, najbardziej oszukańczy pisarz.

Więc jakim sposobem stał się tak popularny?

Zaczynał w "New Yorkerze".

Jednak on swoim stylem oddziaływał na studentów w College'ach równie mocno, jak przed laty Hemingway.

Mam nadzieję, że mijasz się z prawdą, ponieważ nie cierpię Donalda Barthelme'a i nie spotkałem nikogo, kto pisałby chociaż trochę podobnie do niego.

A Tom Wolfe?

Lubię Toma Wolfe'a, choć sądzę, że jest niesłychanie nierówny. Napisał parę wyśmienitych rzeczy. Jego opis ludzi idących na przyjęcie do Leonarda Bernsteina - Radical Chic - to naprawdę znakomity kawałek współczesnego reportażu. Kiedy tak wszystko rozhuśta i nie przesadza z gumą do żucia, jest zabawny. Nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby nie wzgląd na niego samego. Wiem, że to nie ma przyszłości. Dlatego ja sam zawsze trzymam się klasycznego stylu pisania, w którym wszystko jest ponadczasowe. Nic nie jest w stanie zdezaktualizować ani jakości pisarstwa, ani tematu. Zawsze byłem o tym głęboko przekonany, a nie jest to łatwe, nie jest łatwo przewidzieć, czym stanie się to, co piszesz. Tom Wolfe po prostu nie przetrwa. Uwielbiam niektóre z jego rzeczy, są wspaniałe... lecz za jakiś czas będzie się o nich mówić coś zupełnie innego. Właśnie z powodu jego stylu. Jednak gdyby nie ten styl, nikt by nie zwrócił na niego uwagi i nie osiągnąłby on takiego sukcesu. Ale Candy-Colored Cadillac...

Masz na myśli The Kandy-Kolored Tangerine-Flake Streamline Baby.

Wszystko jedno.

Co sądzisz o Hunterze Thompsonie?

Nie wiem, czy jest naśladowcą Toma Wolfe'a. Za to jestem pewien, że Tom Wolfe nie jest jego naśladowcą. Zastanawiam się jednak, jak bardzo znajduje się on pod wpływem Toma Wolfe'a. W każdym razie napisał trzy albo cztery rzeczy nie gorsze niż Tom Wolfe, a kto wie, czy i nie lepsze. Lecz jest on jeszcze bardziej nierówny. Te trzy czy cztery znakomite kawałki, które napisał... nie wydaje się, by ktokolwiek je znał, a to opowiadanie o wyprawie na derby w Kentucky było absolutnie fantastyczne. (Śmiech.) Albo to drugie, o ludziach z otoczenia jednego z polityków. Poszedł o krok dalej niż Tom Wolfe, lecz jako pisarz jest już martwy.

A Ken Kesey?

Cóż, też jest martwy. To znaczy, napisał tylko tę jedną książkę. Padł ofiarą tego samego... Gdyby ktoś nie wiedział, mógłby uwierzyć, że cała ta trójka pisarzy wychowywała się w tym samym sierocińcu w Los Angeles. (Śmiech.)

Jest jeszcze jeden stylista, o którego chcę cię zapytać: Jack Kerouac. Wiem, że załatwiłeś go swoją słynną już uwagą w programie telewizyjnym, kiedy to Mailer wychwalał Kerouaca, a ty powiedziałeś: "On nie pisze, on pisze na maszynie". W pewnym okresie on jednak bardzo się liczył i...

Jack Kerouac? O czym ty mówisz? To jakiś ponury dowcip.

Czytałeś W drodze?

Oczywiście, czytałem.

Ta książka zapoczątkowała pewną erę.

Wolne żarty.

Jeśli tak, to ilu pisarzy zaledwie pisze na maszynie?

Dziewięćdziesiąt dziewięć przecinek dziewięć procent. (Śmiech.) I tak jest to bardzo łagodna opinia. Biedaczysko Jack Kerouac.

Co sądzisz o tak zwanych "czarnych humorystach", jak Donleavy, Southern, Heller...

Nie lubię żadnego z nich.

Czytałeś Ryżego Donleavy'ego?

Taak, nie spodobało mi się. Czytałem to w wydaniu Olimpia Press.

Rzekomo jest to bardzo cenne wydanie.

Mam tę książkę gdzieś w piwnicy.

Paragraf 22 Josepha Hellera był kolejnym kamieniem milowym.

Żeby nie skłamać, nie mam na jego temat wyrobionej opinii, ponieważ nigdy nie udało mi się przeczytać Paragrafu 22. Znudził mnie. Coś takiego do mnie nie dociera, to nie jest moja literatura. Nie podoba mi się już sam wybór tematu. Nie lubię niczego, co ma jakikolwiek związek z - ogólnie mówiąc - sferą militarną. Cieszę się jednak, że Heller dochodzi do siebie po bardzo groźnej chorobie. Cierpiał na straszną chorobę, jeszcze gorszą niż to, co nazywają chorobą Lou Gehriga *[L. Gehrig (1903-1941) - sławny baseballista amerykański zmarły na stwardnienie zanikowe boczne. Od jego nazwiska wywodzi się potoczna nazwa choroby.], po prostu zaczął niknąć w oczach i rozkładać się. Choroba się jednak cofnęła, a on sam podobno dochodzi do siebie i jest w stanie funkcjonować.

Co sądzisz o Nabokovie?

Lubię Nabokova. Uważam Nabokova za artystę.

Który, według ciebie, dwudziestowieczny pisarz układa najlepsze zdania?

Z ludzi piszących prozą? E. M. Forster - wspaniały, wspaniały pisarz. Pisał cudne akapity.

A Virginia Woolf?

Oczywiście, uwielbiam starą Virginię Woolf, mimo że to kawał blagierki. Kocham jej dziwne, wirujące rytmy. Gdybym miał jednak mówić o konkretach, to nic nie przychodzi mi do głowy, może z wyjątkiem jej prac krytycznych. Nie przychodzi mi do głowy żadna powieść. A przeczytałem je wszystkie. Uwielbiam jednak jej krytykę i uwielbiam jej dziennik.

Jacy pisarze pozostaną, według ciebie, uznani w przyszłym stuleciu?

Hm, to nie tak daleko. Sądzę, że będzie ich wcale niemało. O wielu pisarzach będzie się pamiętać nie ze względu na ich powieści, ale dzięki ich opowiadaniom. Na przykład Hemingway. Za sto lat Hemingway - bez względu na to, co ja sam o nim myślę - będzie z pewnością pamiętany, ale właśnie ze względu na swoje opowiadania, nie powieści. Stary człowiek i morze bardzo mi się nie podobał. Sądzę, że także Faulkner będzie wśród pisarzy amerykańskich, znanych dzięki paru swoim opowiadaniom. Może przetrwa Światłość w sierpniu. Uważam, że zostanie Willa Cather. Mimo że nie jest dzisiaj zbyt popularna, sądzę, że nadejdzie jeszcze renesans zainteresowania jej twórczością. Jest zupełnie niezwykłą pisarką amerykańską.

A co powiesz o obcych pisarzach?

Obcy pisarze... Jest paru południowoamerykańskich pisarzy, których darzę szacunkiem. Lubię Marqueza, autora Stu lat samotności. Jest bardzo utalentowany. Nie sądzę, by Camus - mimo całej mojej osobistej sympatii dla niego - miał być pamiętany. Czy Sartre, czy - Boże uchowaj! - Simone de Beauvoir.

(W rozdziale Modlitw wysłuchanych pt. "Nie skażone potwory" Capote opisuje spotkanie z Sartre'em i de Beauvoir w paryskim barze "Pont Royal": "W owych czasach w piwnicy "Pont Royal" znajdował się niewielki, zdobny skórą barek, ulubione koryto grubych ryb haute Boheme. Zezowaty, ssący swą fajkę, ziemistocery Sartre ze swą staropanieńską kochanicą, de Beauvoir, siedzieli zwykle w rogu wyprostowani, jak para lalek porzuconych po występie przez jakiegoś brzuchomówcę".)

Lubisz Borgesa?

Jest zbyt podrzędnym pisarzem. Jest bardzo dobrym pisarzem, lubię go, ale jest bardzo podrzędny.

Czy jesteś zadowolony z faktu, że Gabriel Garcia Marquez dostał Nagrodę Nobla?

Nie traktuję Nagrody Nobla poważnie. Rok za rokiem dają ją jednemu kompletnie nie istniejącemu pisarzowi za drugim. Amerykańscy pisarze, którzy ją otrzymali - przecież to się w głowie nie mieści: Sinclair Lewis, Pearl Buck. Dali ją Hemingwayowi. W porządku. Dali ją Faulknerowi. W porządku. Ale Saul Bellow? Zresztą, chodzi nie tylko o Amerykanów. Wszystkie ich nominacje są, ogólnie rzecz biorąc, beznadziejne. Nagroda Nobla dla Camusa to przecież kpina. Za co mu ją dali? Za Obcego? Za kilka zbiorków esejów? Lubiłem Camusa tak, że bardziej już chyba nie można, lecz jeżeli istniał kiedykolwiek absolutnie przeciętny pisarz, był nim Camus. Był redaktorem dwóch moich książek; łączyła nas bardzo ciekawa znajomość, czym Gore [Vidal] zawsze czuł się dotknięty i co zawsze miał mi za złe, i to mimo to, że Camus był moim redaktorem. Gore nie chciał tego po prostu przyjąć do wiadomości. Dlaczego, nie wiem, ponieważ Camus nie był szczególnie w jego typie: on zawsze wolał niedużych tancerzy.

Jak oceniasz Gore Vidala jako pisarza?

Nigdy nie napisał powieści, którą dałoby się przeczytać, może z wyjątkiem Myry Breckinridge, którą da się przekartkować. Jest to jego jedyna książka, która nosi jakiś ślad oryginalności. Jego powieści są niewiarygodnie złe. Jego eseje za to są, ogólnie mówiąc, całkiem niezłe. Zwłaszcza jeżeli nie darzy kogoś zbytnią nienawiścią, wtedy są naprawdę dobre.

Przed Garcią Marquezem Nagrodę Nobla dostał William Golding. Co o tym sądzisz?

Hm! (Śmiech.) Uznałem to za jeden z dowcipów stulecia. Kiedy pomyśleć o tych wszystkich, którzy tej nagrody nie dostali - E. M. Forster, Proust, Isak Dinesen *[Karen Blixen], która tak bardzo pragnęła tej nagrody - i to nic... Przez ostatnie lata jednak dają tę nagrodę na zasadzie dowcipu. Władcę much uważam za jeden z największych plagiatów naszych czasów. Jest to całkowicie zerżnięty Orkan na Jamajce. Cały temat, akcja i charakterystyka postaci zostały żywcem przeniesione z Orkanu na Jamajce, rozpisane na grupę małych chłopców i ulokowane na wyspie. Poza tym mamy dokładnie tę samą powieść. Później Golding napisał jeszcze jakieś siedem powieści. Wszystkie usiłowałem w swoim czasie przeczytać. To znaczy, nie chcę przez to powiedzieć, że był to ktoś, z czyjego istnienia nie zdawałbym sobie sprawy. Nigdy jednak nie mogłem skończyć jego książek. Czułem się kompletnie zdezorientowany jego nudziarstwem. Jeżeli już się jest literackim złodziejem, dlaczego nie robić tego dobrze? A potem nagle ten numer z Nagrodą Nobla. Mam przyjaciela, a właściwie dozgonnego przyjaciela - Grahama Greene'a. Jeżeli chcieli dać nagrodę jakiemuś angielskiemu pisarzowi, z pewnością powinien to być Graham. To zupełna kpina, to się w głowie nie mieści. Bo cokolwiek by powiedzieć o Grahamie, napisał on przynajmniej jedną fantastyczną książkę pod tytułem W Brighton, która o głowę przewyższa wszystko, co kiedykolwiek zrobił czy wymyślił William Golding. Była to jedna z najwcześniejszych książek Grahama. Fantastyczna rzecz. Jeśli jej nie czytałeś, koniecznie to zrób. Jest to po prostu niewiarygodnie piękna, doskonała powieść. Ostatnie cztery akapity to najlepsze zakończenie współczesnej powieści, jakie tylko mogę sobie wyobrazić.

A jakie były twoje odczucia, gdy Sołżenicyn dostał tę nagrodę?

Tak naprawdę nie znam jego prac i nie mam na ten temat żadnego zdania. Jedyną osobą, która powinna dostać Nagrodę Nobla, kiedy nią tak obdzielali tych... była Isak Dinesen, ponieważ naprawdę na nią zasługiwała.

Zawsze twierdziłeś, że jej Pożegnanie z Afryką było jedną z najlepszych książek naszego stulecia.

O tak, ponieważ jest tak doskonale napisana. Tak pięknie się ją czuje. Wszystko, co w niej jest. Nie ma w tej książce strony, która nie trzęsłaby się jak liść drzewa na wietrze. Pięknie pisze.

Cóż, Joyce również jej nie dostał.

Jemu nigdy by nie dali tej nagrody. Spójrzmy prawdzie w oczy, to w gruncie rzeczy bardzo żałosna organizacyjka. Ktoś, kto był w stanie przyznać nagrodę Pearlowi Buckowi, powinien iść do psychiatry.

Wielu krytyków z radością powitało wybór Saula Bellowa. Co ci się nie podoba w jego pracach?

Och, Saul Bellow to żaden pisarz. On nie istnieje. Podaj mi choć jeden przykład książki Bellowa, którą w jakikolwiek sposób się pamięta, choć jeden rozdział, który się pamięta.

Zawsze podobał mi się, na przykład, Henderson król deszczu.

Och, nie. Nudy, nudy.

Czytałeś wszystkie jego książki?

Tak, śmiem twierdzić, że tak. Przejrzałem całą masę, lecz znam Saula Bellowa od samych jego początków i uważam go za nudnego faceta i nudnego pisarza. Cześć, Saul, jak leci?

Czy powiedziałbyś to samo na temat Philipa Rotha?

Och, to samo albo i więcej. Philip Roth jest całkiem zabawny towarzysko, ale... mniejsza o to.

Bernard Malamud?

Nie do strawienia.

Czy istnieją jacyś tak zwani "żydowscy" pisarze, którzy według ciebie nadają się do czytania?

Norman napisał parę rzeczy, które mi się podobają. Mam wrażenie, że Norman Mailer spodziewa się Nagrody Nobla. Wydaje mi się, że mocno utkwiła mu w świadomości.

A inni potencjalni laureaci? Na przykład ktoś taki jak James Michener?

Hm, James Michener - to gratka dla wydawców. Cieszę się, że jest w Random House. To mój wydawca. On nabija im kabzę.

Czy kiedykolwiek czytałeś jego prace?

Nie, nigdy, nie mam więc na jego temat wyrobionego zdania. Nigdy nie napisał niczego, co by mnie w najmniejszym stopniu zainteresowało. Dlaczego, do diabła, miałbym chcieć przeczytać książkę zatytułowaną Chesapeake?

A co powiesz o kimś tak płodnym jak Joyce Carol Oates?

Ona jest istnym monstrum dowcipu, które powinno zostać ścięte w jakiejś hali widowiskowej albo na stadionie Shea *[Nowojorski stadion baseballowy, siedziba zespołu Yankees. Znany też m.in. jako miejsce pierwszego amerykańskiego koncertu grupy The Beatles.], albo na jakimś polu w obecności setek tysięcy ludzi. (Śmiech.) To ona jest autorką graffitti we wszystkich publicznych szaletach stąd do Kalifornii i z powrotem, z przystankiem w Seattle! (Śmiech.) Jest dla mnie najbardziej obmierzłą istotą w Ameryce.

Spotkałeś ją kiedykolwiek?

Widziałem ją, a widzieć ją znaczy poczuć do niej obrzydzenie. Przeczytać ją - gwarantowany paw.

Czy ona kiedykolwiek powiedziała czy napisała coś o tobie, czym zasłużyła sobie na takie inwektywy?

Tak, napisała do mnie jako fanka. Przedstawiła się jako moja ogromna wielbicielka. Taka oszustka. Założę się, że nie ma w Ameryce takiego autora, którego nazwisko ukazało się drukiem, a któremu nie usiłowałaby się podlizać. Uważam, że jest takim typem człowieka... taką istotą... mniejsza o to. Jest taka... ooooch! (Otrząsa się.)

Mimo to założę się, że ona jest jedną z potencjalnych laureatek Nagrody Nobla.

Cóż, skoro Pearl Buck ją dostał, życzę im wszystkim kolejnych sukcesów.

Co sądzisz o Johnie Updike'u, innym potencjalnym laureacie Nobla?

Jestem pewien, że nim zostanie. Nienawidzę go. Nudzi mnie w nim dokładnie wszystko. Jest jak kropla rtęci, którą kładziesz na dłoni i próbujesz utrzymać, a ona toczy się to w jedną, to w drugą stronę i nie możesz jej uchwycić, przepływa ci między palcami, a ty zastanawiasz się, o co w tym wszystkim chodzi. Tak już jest zmanierowany. Istnieje coś takiego jak styl i istnieje ktoś taki jak stylista. Siebie uważam za stylistę. A on jest tylko zmanierowany, nie ma żadnego stylu, ponieważ to coś nie jest nawet jego wymysłem. Chodzi o to, że u niego wszystko jest jakieś pokręcone. Aż słychać, jak ciężko pracuje słownictwo, to się tak narzuca, że kompletnie tracisz kontakt z fabułą, bo cały czas jesteś świadomy, jak on zakręca te zdania, jak nienaturalny jest rytm i rym - według niego ma to dać specjalny efekt, a według mnie całkowicie uśmierca jego pisarstwo. I tak to odbierałem od pierwszej chwili, kiedy tylko sięgnąłem po Jarmark domu ubogich. W momencie, kiedy przeczytałem tę książkę, zrozumiałem, co jest nie tak z jego pisarstwem i nigdy ani na jotę nie zmieniłem zdania. A on przez cały czas tylko to rozbudowuje i zagęszcza. Powiedziałem mu, jak bardzo nie cierpię jego pisarstwa.

Kiedy?

Znasz Narodowy Instytut Sztuki i Literatury *[Narodowy Instytut Sztuki i Literatury - honorowa instytucja, której członkostwo ograniczone jest do dwustu pięćdziesięciu osób, a która stawia sobie za cel promocję sztuki, literatury i muzyki w Stanach Zjednoczonych. Instytut corocznie przyznaje rozliczne nagrody w dwunastu kategoriach, w tym najcenniejszą z nich - Złoty Medal (choć ten w danym roku przyznawany jest zaledwie w dwóch kategoriach).]? Obaj jesteśmy jego członkami. Siedzieliśmy kiedyś razem na scenie; rozdawali właśnie rozmaite nagrody. On coś do mnie mówił, a ja powiedziałem: "Wiesz, John, osobiście nie cierpię twojego pisarstwa".

Roześmiał się?

Nie, wcale. Powiedziałem: "Czy ci się to podoba, czy nie - nie lubię twojego pisarstwa. Nigdy nie lubiłem. Nie ma więc sensu, by kontynuować tę dyskusję". Pewnie pomyślał, że zwariowałem. A mnie nudziło prowadzenie tej dyskusji.

Przejdźmy do innych pisarzy. Isaac Bashevis Singer?

Nie znam jego książek.

John Barth?

Nie znam jego książek.

Czy czytałeś kiedykolwiek Johna Fowlesa?

Tak. Czytałeś jego kawałek o mnie? Napisał znakomitą rzecz. Wyszło to w "Saturday Review" jakieś półtora roku temu. Uważa mnie za najlepszego amerykańskiego pisarza.

Norman Mailer powiada, że gdyby zapytać dwudziestu czołowych amerykańskich autorów, kto jest najlepszy, wszyscy odpowiedzą, że oni sami, ponieważ nie ma już takich gigantów jak Hemingway czy Faulkner, a wszyscy inni są do siebie podobni jak szprychy w kole. Zgadzasz się z tym?

Nie, niekoniecznie. To znaczy, Norman niewątpliwie uważa siebie samego za najlepszego amerykańskiego pisarza. Saul Bellow zapewne też.

Wróćmy do twojej opinii na temat Fowlesa.

Bardzo spodobała mi się jego książka, w której facet porywa dziewczynę... Kolekcjoner. Uważam, że gdyby wyrzucił środkowe fragmenty, większą część, byłoby to prawdziwe arcydzieło.

Czytałeś jakieś inne jego rzeczy?

Czytałem Maga, ale mi się nie spodobał. Czytałem Kochanicę Francuza, ale... i tak uważam, że pisze bardzo dobrze.

A co powiesz o kimś takim jak James Baldwin?

Pierwsza książka Jimmy'ego Baldwina pod tytułem Głoś to na górze ukazała się dzięki mnie. A to dlatego, że ciągle nie dawał mi spokoju. Mieszkałem wtedy w Paryżu. Był znajomym moich znajomych. Przeczytałem w gazecie, że miał atak serca czy coś takiego. Ale jak słyszę, jest w tej chwili profesorem Uniwersytetu Michigan i uczy studentów pisarstwa na zaawansowanym poziomie. (Rozbawiony, wybucha śmiechem.)

A co powiesz o Jamesie Jonesie, twoim sąsiedzie z Long Island?

Biedaczek James Jones. Był uroczym chłopcem. Uroczym, choć niezbyt utalentowanym. Ale go lubiłem.

A czy kiedykolwiek czytałeś kogoś takiego jak Jacqueline Susann albo kogoś z takich autorów bestsellerów jak Irving Wallace czy Harold Robbins?

Nie. Jedynie stroję sobie z nich żarty. (Śmiech.) Jacqueline Susann doprowadziłem do śmierci! Miała raka, leżała w łóżku umierająca. Nie wiedziałem o tym. Występowałem w telewizji i ktoś zapytał mnie, co sądzę na temat Jacqueline Susann. Powiedziałem: "Wygląda jak kierowca ciężarówki w przebraniu". A ona oglądała ten program. Spadła z łóżka. (Śmiech.) Jej mąż ją podniósł. Kaszlała krwią i nigdy już nie wyzdrowiała. Wytoczyła mi proces o milion dolarów. (Śmiech.) Poradzono jej, by lepiej wycofała oskarżenie, ponieważ wystarczy przyprowadzić do sądu dziesięciu kierowców ciężarówek, ustawić ich w ławie dla świadków, a wtedy sprawę ma przegraną. Bo ona naprawdę wyglądała jak kierowca ciężarówki w przebraniu. (Śmiech.)

Nie rozmawialiśmy na temat dramaturgów. Lubiłeś Eugene'a O'Neilla?

Szczerze mówiąc, uważam, że był beztalenciem.

Naprawdę? Przez wielu uważany jest za największego dramaturga amerykańskiego. O'Neill, Tennessee Williams i Arthur Miller.

Cóż, możesz spokojnie wykreślić pierwszego i ostatniego. Tenessee był dobry.

A Edward Albee?

Nie wiem, co się stało z Edwardem Albee.

A co powiesz o współczesnych poetach. Kogo lubisz?

To nie jest moja działka. Z amerykańskich poetów naprawdę lubię Walta Whitmana. Naprawdę lubię Emily Dickinson. Co do młodszych poetów, sądzę, że James Merrill ma duży talent. Lubię Marianne Moore i Elizabeth Bishop. Póki żyła, uważałem ją za najlepszego żyjącego amerykańskiego poetę. Umarła kilka lat temu.

Nazwałeś kiedyś W. H. Audena dyktatorskim sukinsynem.

On był dyktatorskim sukinsynem. To był tyran.

Jak dobrze go znałeś?

Znałem go bardzo dobrze, poczynając od 1948 roku. Miałem kiedyś we Włoszech dom na wyspie, na której on też miał dom. Bardzo zraził mnie do siebie.

Dlaczego?

Był strasznie gburowatym chamem. Miał też okropnie odpychającego przyjaciela. Jak on się nazywał? Mniejsza z tym; pamiętam, że kiedy Tennessee przyjechał do mnie w gości do Włoch, Auden i ten jego przyjaciel przeleźli wiele mil po to tylko, żeby przejść koło niego na takiej małej plaży i naubliżać mu. Tak byli zazdrośni o jego powodzenie. Tak, w gruncie rzeczy Auden był malutkim człowieczkiem.

A co sądzisz o jego poezji?

Nigdy jej nie ceniłem.

Mieszkając we Włoszech, poznałeś Andre Gide'a, który podarował ci kiedyś pierścień z szafirem. Czy to prawda?

Nie. To historyjka wymyślona przez Tennessee. Wymyślił ją po to, żeby napsuć mi trochę krwi. (Śmiech.) Napisał to chyba w swoim pamiętniku.

Gide powiedział kiedyś: "Nie zrozum mnie za szybko". Czy ty powtórzyłbyś jego słowa?

Niepotrzebnie się martwił. (Śmiech.) Nie było znowu aż tak wiele do rozumienia. Był po prostu wielką starą francuską ciotą z ordynarną gębą. (Śmiech.) Bardzo dobrze go znałem. Miał dom niedaleko mnie. Przez dwa lata miałem na Sycylii dom, a on przez ostatni rok swego życia miał dom tuż obok mojego. Często przychodził i siadywał u mnie na balkonie. Miałem taki piękny balkon z widokiem na morze. Przesiadywał tam całymi popołudniami i tak chyba nie do końca wiedział, gdzie jest, bo bywał na przemian albo bardzo zdziecinniały, albo znów bardzo sensowny. W jednej chwili potrafił mówić bardzo inteligentnie, by za moment znów odpłynąć w swoje zdziecinnienie. Musiałem go znosić, bo nie miałem możliwości tego uniknąć. Był bardzo samotny. Napisałem o nim długi szkic. Jest w mojej książce Psy szczekają.

W tym szkicu piszesz, że Cocteau nie wywarł na Gidzie najlepszego wrażenia.

Cocteau był moim serdecznym przyjacielem. Był wspaniałym człowiekiem. Był niesłychanie wielkoduszny. Bardzo, bardzo miły człowiek. No i miał prawie aż za wiele talentów. Często mówił o sobie, że byłoby o wiele lepiej, gdyby mógł skoncentrować się na jednej rzeczy, na tym, tamtym czy owym. Gide żadną miarą nie był tak utalentowany jak Cocteau.

Ale chyba i tak uważał, że jest o wiele bardziej utalentowany?

O, Gide uważał się za bardziej utalentowanego niż Marcel Proust, i to mimo to, że to on - Gide - napisał do Prousta i pojechał odwiedzić go w łóżku. Wiem to wszystko dzięki pamiętnikom Gide'a. To fascynująca historia. Bo wiesz, to Gide był tym redaktorem u Gallimarda, który odrzucił W poszukiwaniu straconego czasu. Proust wydał tę książkę własnym sumptem, ponieważ nikt nie chciał mu jej wydać. Zapłacił za to z własnej kieszeni. To wtedy właśnie Gide niemalże umarł ze wstydu, ponieważ on czytał manuskrypt i odrzucił go. Czy możesz wyobrazić sobie tego starego durnia! Ten zaskorupiały staruch uganiał się za piętnastoletnimi chłopcami po alejkach Taorminy; ciągnął ich do swojej sypialni w godzinach popołudniowej sjesty. Wszystkie dzieciaki nazywały go "O piątej straszy". (Śmiech.) Zawsze umawiał się z nimi o piątej, a cinq heures. Zawsze chciałem napisać na ten temat opowiadanie - używając jego prawdziwego nazwiska - pod tytułem "O piątej straszy". (Śmiech.)

Czy miał jakiś wpływ na ciebie? Czy kiedykolwiek rozmawialiście na temat pisarstwa?

Nie, Boże broń, nie. Ale dość dużo mówiłem mu o Oscarze Wildzie.

A co on ci opowiadał o Wildzie?

Och, nic. Nie wiedział zbyt wiele. Żartuję. On znał Oscara Wilde'a i zawsze mi to imponowało. Miałem jeszcze jednego przyjaciela, który znał Oscara Wilde'a. Oscar Wilde jest jednym z tych ludzi, których najbardziej pragnąłbym poznać. Pewien jestem, że bardzo bym go polubił.

Jakich innych pisarzy chciałbyś poznać?

Och, jest ich bardzo wielu. Chciałbym poznać Marcela Prousta.

Proust powiedział kiedyś, że wielcy pisarze są twórcami jednego tylko dzieła.

Cóż, miał powód do takiego stwierdzenia! (Długi śmiech.) Głównodowodzącym floty to on nie był. Nie był nawet sternikiem kajaka.

Powiedział też, że najtrudniejszym do uniknięcia plagiatem jest plagiat z nas samych.

No cóż, nie miał specjalnej okazji, żeby to sprawdzić.

A ty?

Nigdy nie popełniłem plagiatu z samego siebie.

Inny pisarz, Yukio Mishima, który popełnił harakiri, przepowiedział kiedyś, że pewnego dnia się zabijesz.

Mm-hmmm.

Jak dobrze cię znał?

Nie tak dobrze jak ja jego.

A jak dobrze go znałeś?

Znałem go bardzo dobrze. Nie wiem, skąd przyszło mu to do głowy. Muszę przyznać, że ja nigdy bym nie przepowiedział, że popełni samobójstwo czy zrobi to, co zrobił. Byłem absolutnie zaskoczony. Nie poznałem zbyt wielu Japończyków, ale on był jednym z tych niewielu, z którymi mogłem się doskonale porozumieć. Jego umysł w jednej chwili zdolny był przestawić się na zachodni sposób myślenia, dlatego tak zaskoczyło mnie to wszystko, co się z nim stało, samobójstwo popełnione w taki sposób, przez ścięcie, i cała ta militarna otoczka. Chociaż pewnie nie byłem aż tak zaskoczony tą militarną otoczką, bo wiedziałem, że ma na poły faszystowski sposób myślenia.

Czy uważałeś go za dobrego pisarza?

Tak, sądzę, że był wyśmienitym pisarzem.

Który autor zyskałby na reputacji, gdyby jutro odszedł z tego świata?

Właściwie każdy.

Chcesz przez to powiedzieć, że nie czeka nas już nic lepszego?

Cóż, pomogłoby to J. D. Salingerowi.

Wydawało mi się, metaforycznie rzecz biorąc, że umarł już wiele lat temu.

Tak, hm, równie dobrze mógłby uczynić tak w rzeczywistości.

Dlaczego, według ciebie, Salinger przestał pisać?

Mówili mi - informacja z bardzo dobrego źródła - że on wcale nie przestał pisać. Podobno napisał przynajmniej pięć czy sześć niedużych powieści i podobno wszystkie one zostały odrzucone przez "New Yorkera", a on nie chce publikować nigdzie indziej. Podobno wszystkie te powieści są bardzo dziwaczne i wszystkie są o buddyzmie zen.

Naprawdę w to wierzysz, biorąc pod uwagę jego reputację i popularność? Czy "New Yorker" nie opublikowałby przynajmniej jednej czy dwóch takich książek?

Tak.

To mi się wydaje bardzo wątpliwe. Czy sądzisz, że tobie mogłoby się to również przytrafić?, że "New Yorker" powiedziałby ci: "Wybacz, Truman, ale nie jesteśmy zainteresowani kolejnym odcinkiem Modlitw wysłuchanych?"

Żaden odcinek Modlitw wysłuchanych by się im nie spodobał.

Nawet gdyby się im nie spodobał, czy sądzisz, że by go nie opublikowali?

Jestem tego całkiem pewien.

Elitarny magazyn, co?

Ale nie przepadają tam za szczerością, nie uważasz? (Śmiech.)

Co nieco tam jednak opublikowałeś.

To nie jest kwestia tutaj czy tam; wiesz, co mam na myśli.

W porządku, przejdźmy do pisarzy, którzy wystartowali w wyścigu do urzędów politycznych, takich jak Michener, Mailer, Vidal i Hunter Thompson. Michener powiedział mi kiedyś, że zamieniłby wszystkie swoje książki na miejsce w Kongresie. Ja myślałem, że odwrotnie - jakiś kongresman chętnie zamieniłby swoją urzędniczą karierę na jedną przyzwoitą, uznaną książkę.

On niczego takiego nie napisał, nie ma więc powodów do obaw. Zawsze miałem wrażenie, że Gore i Norman robią to ze względu na darmową reklamę. Nie mogli być aż tak głupi, żeby sądzić, że mogą zostać wybrani.

Mailer twierdzi, że naprawdę wierzył w to, iż zostanie wybrany, zwłaszcza kiedy drugi raz startował na urząd burmistrza Nowego Jorku i został brutalnie sprowadzony na ziemię.

(Śmiech.) Tym gorzej dla niego. Więc sądził, że go wybiorą? Jakim cudem? Gore dwukrotnie zrobił z siebie dupka. Startował na jakiś urząd w Nowym Jorku, a potem pojechał do Kalifornii i tam jeszcze bardziej się zbłaźnił. Naprawdę zrobił z siebie durnia, wydzwaniając do różnych ludzi z prośbą, żeby organizowali przyjęcia, na których mieliby zbierać fundusze na jego kampanię.

Czy widzisz siebie jako rywala któregoś z pisarzy, o których tutaj wspomnieliśmy?

Nigdy nie myślę o sobie w odniesieniu do innych pisarzy ani nie czuję się rywalem innych pisarzy. Dlatego że nie słyszałem o żadnym, który by pisał o tym samym co ja. Mam też zupełnie inne zainteresowania. Nie uważam też, bym miał pozostawać w konflikcie z jakimkolwiek innym pisarzem. Absolutnie też o żadnego innego pisarza nie jestem zazdrosny.