Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Autobiografia Rudolfa Hössa, komendanta obozu oświęcimskiego

 

(...)

Przed wojną obozy koncentracyjne były celem samym w sobie, natomiast w czasie wojny - zgodnie z wolą Reichsführera SS - stały się środkiem do celu. Miały obecnie służyć przede wszystkim wojnie i zbrojeniom. Każdy więzień miał stawać się w miarę możliwości robotnikiem przemysłu zbrojeniowego. Każdy komendant był bezwzględnie zobowiązany do przystosowania swego obozu do tego celu. Zgodnie z wolą Reichsführera SS Oświęcim miał się stać gigantyczną centralą zbrojeniową obsługiwaną przez więźniów *[Koncepcja wykorzystania obozów koncentracyjnych na potrzeby gospodarki wojennej Trzeciej Rzeszy narodziła się po wybuchu wojny w 1939 r. Ostatecznie zwyciężyła w 1942 r. z chwilą utworzenia WVHA SS pod kierunkiem Oswalda Pohla i podporządkowania mu obozów koncentracyjnych.]. Jego wypowiedzi podczas wizyty w marcu 1941 roku nie pozostawiały pod tym względem żadnych wątpliwości. Obóz dla 100 000 jeńców wojennych, rozbudowa starego obozu na 30 000 więźniów, przygotowanie dla Buny *[W 1941 r. przystąpiono w Dworach koło Oświęcimia do budowy fabryki syntetycznego kauczuku i syntetycznej benzyny Buna-Werke, należącej do IG-Farben-Industrie. W październiku 1942 r. utworzono na potrzeby fabryki podobóz w Monowicach, tzw. Nebenlager Buna.] 10 000 więźniów - to mówiło samo za siebie. Były to liczby nieznane w dotychczasowej historii obozów koncentracyjnych. Obóz liczący 10 000 więźniów uważany był w tym czasie za wyjątkowo duży.

Nacisk Reichsführera SS na możliwie szybkie i bezwzględne prowadzenie budowy, niezważanie przez niego na występujące trudności i istniejące niedomagania już wówczas zwróciły moją szczególną uwagę. Sposób, w jaki załatwił się z istotnymi zastrzeżeniami Gauleitera i prezydenta rejencji *[Gauleiterem i nadprezydentem Rejencji Górnośląskiej był Fritz Bracht. Prowincja Górnośląska została utworzona na początku 1941 r. z podziału Śląska: powierzchnia 20 293 km2, ludność 4 077 000 mieszkańców.], kazały przypuszczać coś nadzwyczajnego.

Przyzwyczaiłem się do wielu rzeczy w SS i u Reichsführera SS. Jednakże ostrość i nieubłagane zdecydowanie, z którymi dążył do jak najszybszej realizacji wydanych przez siebie rozkazów, były u niego czymś nowym. Zauważył to nawet Glücks. Za to wszystko jedynie i wyłącznie byłem odpowiedzialny ja. Z niczego i bez niczego budować jak najszybciej - według ówczesnych pojęć - coś niesłychanie wielkiego i to przy pomocy takich "współpracowników", jak to wykazały doświadczenia, bez żadnej istotnej pomocy z góry.

Jak wyglądała sprawa sił roboczych? Co uczyniono tymczasem z obozu? Kierownictwo obozu dokładało wszelkich starań, aby zachować tradycje Eickego w traktowaniu więźniów. Dachau - Fritzsch i Sachsenhausen - Palitzsch, a do tego Buchenwald - Meier starali się wzajemnie prześcigać za pomocą "lepszych metod". Nie wierzyli moim powtarzanym uwagom, iż poglądy Eickego na skutek przeobrażeń w obozach koncentracyjnych stały się już przestarzałe. Z ich ograniczonych mózgów nie byłem w stanie wyplenić zaszczepionych przez Eickego metod. Odpowiadały one zresztą lepiej ich mentalności. Moje rozkazy i zarządzenia, stojące w sprzeczności z tym nastawieniem, były przeinaczane. Nie ja bowiem, lecz oni nadawali ton obozowi. Oni wychowywali więźniów funkcyjnych - od starszego obozu do ostatniego pisarza blokowego. Oni wychowywali Blockführerów i pouczali ich o metodach obchodzenia się z więźniami.

Na ten temat dosyć jednak już powiedziałem i napisałem. Byłem bezsilny w stosunku do tego biernego oporu. Jest to zrozumiałe i wiarygodne tylko dla tego, kto przez wiele lat pełnił służbę w obozie koncentracyjnym.

Powyżej napisałem już, jaki wpływ mieli więźniowie funkcyjni na innych współwięźniów. Szczególnie wyraźnie widać to w obozie koncentracyjnym. W olbrzymich masach więźniów w obozie Oświęcim-Brzezinka był to czynnik o podstawowym znaczeniu. Zdawałoby się, iż jednakowy los i wspólne cierpienia powinny prowadzić do niezniszczalnej, nierozerwalnej wspólnoty i do niezłomnej solidarności. Nic błędniejszego. Nigdzie nie uwidaczniał się bardziej nagi egoizm jak w niewoli. Im twardsze w niej życie, tym bardziej jaskrawy egoizm, wynikający z instynktu samozachowawczego. Nawet natury, które w normalnych warunkach życia na wolności były zawsze chętne do udzielania pomocy i łagodne, w trudnym życiu więziennym potrafią bezlitośnie tyranizować współwięźniów, jeżeli pozwoli im to na znośniejsze ukształtowanie własnego życia. O ileż zaś bardziej bez serca postępują ci, którzy mają egoistyczne, zimne, a nawet zbrodnicze skłonności i bez miłosierdzia przechodzą do porządku dziennego nad nędzą współwięźniów, jeżeli spodziewają się przez to uzyskać jakąkolwiek korzyść dla siebie.

Więźniowie, których wrażliwość nie została jeszcze stępiona przez brutalność życia obozowego, przechodzą w warunkach twardego i ordynarnego traktowania ich i postępowania z nimi niesłychane tortury psychiczne niezależnie od fizycznych skutków. Żadna najgorsza samowola, żadne najgorsze traktowanie przez strażników nie dotyka ich tak boleśnie, nie działa tak na ich psychikę jak tego rodzaju postępowanie ze strony współwięźniów. Właśnie ta konieczność bezradnego przyglądania się, jak więźniowie funkcyjni męczą swoich współtowarzyszy, działa druzgocąco na psychikę więźniów. Biada więźniowi, który próbuje się przed tym bronić, występuje w obronie pokrzywdzonych. Terror wewnętrzny ze strony funkcyjnych więźniów jest zbyt silny, aby ktokolwiek się na to odważył. Dlaczego więźniowie funkcyjni w ten sposób się zachowują w stosunku do innych więźniów, swoich współtowarzyszy niedoli? Ponieważ w ten sposób chcą w oczach strażników i nadzorców o podobnym nastawieniu przedstawić się w korzystnym świetle i pokazać, jak są przydatni do pełnionej funkcji. Mogą bowiem dzięki temu uzyskać korzyści i przyjemniej ułożyć sobie życie - ale zawsze kosztem współwięźniów. Możliwość tego rodzaju działania i postępowania stwarzają im strażnicy i nadzorcy, którzy albo obojętnie się przyglądają ich postępowaniu, gdyż są zbyt wygodni, aby tego zakazać, lub też sami z niskich pobudek akceptują tego rodzaju postępowanie, a nawet je prowokują, sprawia im bowiem szatańską przyjemność, gdy mogą więźniów na siebie wzajemnie napuszczać.

Wśród więźniów funkcyjnych jest jednak dosyć i tego rodzaju kreatur, które same z siebie, z czystego sadyzmu, z chamskiego, brutalnego, podłego usposobienia i zbrodniczych skłonności dręczą współwięźniów fizycznie i psychicznie, a nawet zaszczuwają ich na śmierć. Właśnie w czasie mego obecnego pobytu w więzieniu miałem dotychczas i mam nadal dosyć sposobności, aby z mojego maleńkiego pola widzenia, choć w znacznie mniejszej skali, obserwować, jak wciąż na nowo potwierdza się to, co wyżej powiedziałem.

Prawdziwy "Adam" *[Adam - tu w znaczeniu pierwotny człowiek.] nie ujawnia nigdzie tak swego oblicza, jak to ma miejsce w niewoli. Wszystko wpojone przez wychowanie, wszystko, co nabyte, wszystko, co nie stanowi jego istoty, opada z niego. Na dłuższą metę więzienie zmusza do zarzucenia wszelkiej gry w chowanego i wszelkiego udawania. Człowiek prezentuje się takim, jakim jest w rzeczywistości: dobrym albo złym.

Jak oddziaływał całokształt życia więziennego w Oświęcimiu na poszczególne kategorie więźniów? Dla Reichsdeutschów, niezależnie od koloru trójkąta, nie było żadnych problemów. Prawie wszyscy bez wyjątku zajmowali wysokie "stanowiska", w wyniku czego mieli wszystko, co było niezbędne do zaspokojenia potrzeb ciała. To, czego nie otrzymywali w zwykły sposób, "organizowali" sobie. Ta możność "zorganizowania" wszystkiego odnosiła się w Oświęcimiu do wszystkich wysoko postawionych funkcyjnych, niezależnie od koloru trójkąta i narodowości. O sukcesie decydowała jedynie inteligencja, odwaga i brak skrupułów. Okazji nigdy nie brakowało. Po rozpoczęciu akcji żydowskiej nie było praktycznie rzeczy, której nie można byłoby "zorganizować", wysoko zaś postawieni więźniowie funkcyjni mieli poza tym niezbędną swobodę ruchów.

Do początku roku 1942 główny kontyngent obozu stanowili więźniowie polscy. Wszyscy oni wiedzieli o tym, iż muszą pozostać w obozie koncentracyjnym przynajmniej do końca wojny. Większość z nich wierzyła, że Niemcy przegrają wojnę, po Stalingradzie zaś wierzyli w to wszyscy. Dzięki wrogim wiadomościom byli dokładnie zorientowani w "prawdziwej" sytuacji Niemiec. Słuchanie wrogich audycji radiowych nie było trudne. W Oświęcimiu była dostateczna liczba radioodbiorników. Nawet w moim domu słuchano wiadomości radiowych. Poza tym było dość okazji do przemycania na szerszą skalę korespondencji przez cywilnych pracowników, a nawet SS-manów. Było więc dosyć źródeł wiadomości. Również nowo przybywający więźniowie przynosili najświeższe nowiny. Ponieważ według nieprzyjacielskiej propagandy klęska mocarstw osi była jedynie kwestią czasu, polscy więźniowie z tego punktu widzenia nie mieli powodu do rozpaczy. Zapytywano się jedynie o to, kto będzie miał szczęście przetrwać obóz. Ta niepewność była przyczyną tego, iż Polacy tak ciężko znosili psychicznie uwięzienie. Do tego obawa przed przypadkami, które każdemu codziennie mogły się przydarzyć. Mógł paść ofiarą epidemii, której nie był w stanie fizycznie przetrzymać, jako zakładnik mógł zostać nieoczekiwanie rozstrzelany lub też powieszony. Mógł również nieoczekiwanie zostać postawiony przed sąd doraźny w związku z ruchem oporu i skazany na śmierć. Mógł zostać zlikwidowany w wyniku represji. Mógł mu się przydarzyć śmiertelny wypadek przy pracy, spowodowany przez osoby źle mu życzące. Mógł również umrzeć na skutek pobicia czy też innego przypadkowego wydarzenia, na które był stale narażony.

Napawało go lękiem pytanie, czy będzie w stanie przetrzymać fizycznie obóz w warunkach coraz gorszego wyżywienia, w coraz bardziej przepełnionych pomieszczeniach, w coraz gorszych warunkach sanitarnych, przy ciężkiej pracy wykonywanej niezależnie od warunków atmosferycznych. Do tego dochodziła stała troska o rodzinę i najbliższych. Czy są jeszcze na miejscu? Czy nie zostali aresztowani i zesłani gdzieś do pracy? Czy jeszcze w ogóle żyją?

Wielu nęciła ucieczka, aby się wyrwać z tego nędznego wegetowania. W Oświęcimiu nie było to zbyt trudne, istniały niezliczone możliwości ucieczki. Łatwo można było stworzyć odpowiednie warunki. Nie trudno było obejść lub zmylić czujność strażników. Przy pewnej odwadze i odrobinie szczęścia można było ryzykować. Gdy stawia się wszystko na jedną kartę, należy się również liczyć z możliwością niepowodzenia, z tym, że może się to skończyć śmiercią.

Na przeszkodzie tym myślom o ucieczce stały represje: aresztowanie członków rodziny oraz likwidacja dziesięciu lub więcej towarzyszy niedoli. Wielu uciekających nie myślało jednak o represjach, ryzykowali ucieczkę mimo tego. Jeżeli udało im się przedostać za łańcuch posterunków, mieszkająca w okolicy ludność cywilna udzielała im dalszej pomocy. Potem wszystko szło już gładko. Jeżeli mieli pecha, wszystko się kończyło. Tak czy tak zginę - było ich hasłem *[Pierwszą udaną ucieczką z Oświęcimia była ucieczka więźnia Tadeusza Wiejowskiego dniu 6 lipca 1940 r. Poszukiwania za nim trwały 3 dni, apel więźniów trwał bez przerwy 20 godzin. Ucieczka ta posłużyła Hössowi za pretekst do uzyskania w lipcu 1940 r. zgody na wysiedlenie ludności polskiej z terenów przyległych do obozu. Każda ucieczka pociągała za sobą represje i akcje odwetowe.].

Ich towarzysze niedoli, współwięźniowie, musieli przemaszerować obok zwłok więźnia zastrzelonego podczas ucieczki, aby widzieli, czym ucieczka może się skończyć. Widok ten odwiódł wprawdzie wielu od zamiaru ucieczki, jednakże twardzi ważyli się mimo wszystko. Mogli mieć szczęście i należeć do 90% tych, którym ucieczka się udawała.

Co mogli odczuwać maszerujący obok zwłok więźniowie? Jeśli potrafię czytać w twarzach, to widziałem w nich: osłupienie wywołane losem uciekiniera, współczucie dla nieszczęśliwego i zemstę, odwet, gdy tylko nadejdzie ku temu czas. Te same twarze widziałem podczas wieszania w obecności zgromadzonych więźniów, tylko że wówczas było bardziej widoczne przerażenie, obawa przed podobnym losem.

Muszę tutaj wspomnieć jeszcze o sądzie doraźnym i likwidacji zakładników, tym bardziej iż chodziło przy tym wyłącznie o polskich więźniów. Zakładnicy przebywali przeważnie w obozie od dłuższego czasu, ani oni, ani też kierownictwo obozu nie wiedzieli, że byli oni zakładnikami. Nagle przychodził dalekopis z rozkazem BdS lub RSHA: "Następujący więźniowie mają zostać rozstrzelani lub powieszeni jako zakładnicy". W ciągu kilku godzin należało zameldować o wykonaniu rozkazu.

Więźniów tych zabierano z miejsc pracy lub też wyciągano z szeregów podczas apelu i umieszczano w areszcie. Ci, którzy już dłużej przebywali w obozie, wiedzieli, o co chodzi, a przynajmniej przeczuwali. W areszcie odczytywano im rozkaz egzekucji. W pierwszym okresie, w latach 1939/1941, zakładnicy byli rozstrzeliwani przez oddział egzekucyjny. Później byli wieszani lub też zabijani pojedynczo strzałem w potylicę z karabinu małokalibrowego *[Egzekucje odbywały się początkowo w dołach powstałych na terenie obozu macierzystego na skutek wydobycia żwiru. Potem przystosowano do tego celu podwórze miedzy blokiem 11 a 10. Więźniowie oczekujący na śmierć, kobiety i mężczyźni musieli rozebrać się do naga. Do końca 1942 r. krępowano skazańcom ręce drutem, później wobec braku przejawów zbiorowego oporu zaniechano tego zwyczaju. Podwórze zamykała pomalowana na czarno ściana zbudowana z drewna, piasku i supremy. Pod ścianą rozsypywany był piasek, w który wsiąkała krew ofiar. Rozstrzeliwano pojedynczo lub po dwie osoby strzałem w potylicę.]. Obłożnie chorzy znajdujący się w rewirze *[Rewir - skrót od Krankenrevier, czyli szpital obozowy, określany w Oświęcimiu, również jako Krankenbau. W szpitalu byli zatrudniani lekarze i sanitariusze - więźniowie. Brak było podstawowego wyposażenia, stosowano papierowe bandaże i sporadycznie niektóre lekarstwa. Do 1943 r. zarówno w obozie męskim, jak i kobiecym funkcję starszego szpitala obozowego - Lageraltesterdes Haftlings-Krankenbau pełnili wyłącznie więźniowie narodowości niemieckiej.] byli likwidowani za pomocą zastrzyków.

Sąd doraźny z Katowic przyjeżdżał zwykle do Oświęcimia co 4 do 6 tygodni i urzędował w bloku aresztu. Znajdujący się w areszcie lub też krótko przed tym doprowadzeni więźniowie, którzy mieli stanąć przed tym sądem, doprowadzani byli przed sąd i pytani przez przewodniczącego za pośrednictwem tłumacza, czy przyznają się do winy. Widziałem, jak więźniowie dobrowolnie, otwarcie i pewnie przyznawali się do popełnionego czynu. Szczególnie odważnie zachowało się kilka kobiet. W większości przypadków orzekany był wyrok śmierci i natychmiast wykonywany. Podobnie jak zakładnicy, wszyscy ci więźniowie z podniesioną głową i opanowani szli na śmierć w przekonaniu, iż oddają życie za ojczyznę. Często widziałem w ich oczach fanatyzm, który przypominał mi badaczy Pisma św. i ich zachowanie się przed śmiercią.

Inaczej jednak umierali kryminaliści, skazani na śmierć przez sąd doraźny za napady rabunkowe, kradzieże dokonane w bandzie itp. Zachowywali się z tępą obojętnością, byli na nic nieczuli lub też jęczeli i skomleli o łaskę. Występowało tutaj takie samo zjawisko jak podczas egzekucji w Sachsenhausen: ci, którzy umierali dla idei, szli na śmierć dzielni, z podniesionym czołem, jednostki aspołeczne zaś - otępiałe lub broniące się przed śmiercią.

Mimo iż ogólne warunki bytowania w Oświęcimiu były rzeczywiście złe, żaden polski więzień nie chciał, aby go przeniesiono do innego obozu. Gdy tylko więźniowie dowiadywali się, iż mają być przeniesieni do innego obozu, starali się wszelkimi sposobami, aby pozostać na miejscu. W roku 1943 wydano generalny rozkaz, iż wszyscy Polacy mają być przeniesieni do obozów na terenie Rzeszy, i wtedy zostałem zasypany prośbami ze wszystkich przedsiębiorstw. Żadne nie mogło obejść się bez Polaków. Musiano dokonać przymusowej procentowej wymiany. Nigdy nie słyszałem o tym, aby polski więzień zgłosił się dobrowolnie do innego obozu. Nie mogłem się nigdy dowiedzieć, dlaczego tak kurczowo trzymali się Oświęcimia.

Polscy więźniowie dzielili się na trzy duże polityczne grupy, których zwolennicy gwałtownie się zwalczali. Najmocniejszą z nich była grupa nacjonalistyczno-szowinistyczna. Walczyły one między sobą o zdobycie wpływowych funkcji. Jeżeli jeden z grupy uzyskał ważną funkcję w obozie, szybko ściągał do siebie tych, którzy należeli do jego grupy i usuwał z zasięgu swej władzy zwolenników innych grup, nierzadko za pomocą nikczemnych intryg. Nie waham się powiedzieć, iż niektóre przypadki tyfusu plamistego lub brzusznego ze skutkiem śmiertelnym można zapisać na konto tych walk o władzę. Często słyszałem od lekarzy, że szczególnie na rewirze zażarcie walczono o przewagę. Podobnie działo się na terenie wydziału zatrudnienia. Rewir i wydział zatrudnienia były najważniejszymi pozycjami w życiu całego obozu. Kto nimi kierował, ten rządził. Rządzono się tam, i to nie najgorzej. Zajmując ważne funkcje, można było kierować swych przyjaciół tam, gdzie się chciało ich mieć. Można było także usuwać lub nawet całkowicie pozbywać się tych, którzy byli w niełasce. W Oświęcimiu wszystko było możliwe *[O przejawach ruchu oporu w obozie oświęcimskim możemy mówić właściwie od chwili przybycia pierwszego transportu polskiego. Pierwsza faza powstawania ruchu oporu obejmowała rozwój samopomocy koleżeńskiej i utrzymywanie kontaktów ze światem poza drutami. Druga faza rozwoju wiąże się z powstaniem dróg kurierskich, którymi przekazywano na zewnątrz informacje, co się dzieje w obozie, a do obozu przychodziły żywność i lekarstwa. Jesienią 1940 r. powstała obozowa grupa PPS, a w październiku 1940 r. - Związek Organizacji Wojskowej. Po powstaniu w obozie siatki ZWZ przeprowadzono akcję scaleniową, zakończoną w październiku 1942 r. W 1943 r. Niemcy rozbili kierownictwo wojskowe ruchu oporu, nie zdołali jednak zniszczyć organizacji. Oprócz polskiego ruchu oporu istniały organizacje innych grup narodowych: austriacka, francuska, belgijska, rosyjska, niemiecka, czeska, jugosłowiańska i żydowska.].

Te polityczne walki o władzę toczyły się w Oświęcimiu nie tylko między polskimi więźniami. Antagonizmy polityczne istniały we wszystkich obozach wśród wszystkich narodowości. Nawet wśród czerwonych Hiszpanów w Mauthausen istniały dwie gwałtownie się zwalczające grupy.

Także w areszcie i później w zakładzie karnym sam byłem świadkiem, jak przedstawiciele lewicy i prawicy wzajemnie się zwalczali. Kierownictwo obozu koncentracyjnego gorliwie popierało tego rodzaju antagonizmy, a nawet do nich podżegało, aby przeszkodzić zorganizowaniu trwałej jedności więźniów. Nie tylko polityczne, lecz szczególnie "kolorowe" antagonizmy odgrywały tutaj dużą rolę. Żadnemu, nawet najsilniejszemu kierownictwu obozu nie udałoby się utrzymać w ryzach tysięcy więźniów i nimi kierować, gdyby nie pomagały im w tym istniejące wzajemne sprzeczności. Im liczniejsze antagonizmy i im bardziej zażarte walki o władzę, tym łatwiej można kierować obozem Divide et impera! - to zasada nie tylko w wielkiej polityce, lecz także w życiu obozu koncentracyjnego, której nie można nie doceniać.

Drugi większy kontyngent stanowili radzieccy jeńcy wojenni, którzy mieli budować obóz dla jeńców wojennych w Brzezince. Przywiezieni oni zostali z podlegającego Wehrmachtowi obozu jeńców wojennych w Łambinowicach na Górnym Śląsku w stanie całkowitego wyczerpania. Do obozu w Łambinowicach doprowadzono ich po wielotygodniowych marszach. Po drodze nie otrzymywali prawie żadnego pożywienia, podczas przerw w marszu prowadzono ich na położone w pobliżu pola i tam zjadali wszystko, co się tylko nadawało do jedzenia. W obozie w Łambinowicach było podobno 200 000 radzieckich jeńców wojennych. W przeważającej części mieszkali w ziemiankach przez siebie wybudowanych. Wyżywienie było zupełnie niewystarczające i nieregularne. Gotowali sobie sami w dołach ziemnych. Większość z nich "pożerała" - bo jedzeniem tego nie można nazwać - swój przydział natychmiast na surowo. Wehrmacht nie był przygotowany w roku 1941 do przyjęcia takich mas jeńców wojennych. Aparat zajmujący się jeńcami wojennymi był zbyt sztywny i nieruchawy, aby był w stanie szybko coś zaimprowizować. Zresztą po klęsce w maju 1945 r. także niemieckim jeńcom nie powodziło się lepiej. Również alianci nie byli przygotowani na takie masy jeńców. Jeńców po prostu spędzano na odpowiedni kawałek ziemi, otaczano drutem kolczastym i pozostawiano własnemu losowi. Wiodło im się dokładnie tak samo jak Rosjanom *[Rzeczywistość była zgoła odmienna, a sytuacja jeńców nieporównywalna. Jeńcy radzieccy w niewoli niemieckiej z góry skazani byli na zagładę. Natomiast jeńcy niemieccy - żołnierze Wehrmachtu i formacji SS przebywali co prawda w bardzo trudnych warunkach panujących w obozach sowieckich, ale jeśli nie zostali sądownie skazani jako zbrodniarze wojenni i przeżyli mimo warunków wyniszczających zdrowie mogli po odsiedzeniu wyroku powrócić do Niemiec, a ściślej NRD.].

Przy pomocy tych jeńców, często ledwo trzymających się na nogach, miałem budować obóz koncentracyjny w Brzezince. Według zarządzenia Reichsführera SS do pracy mieli być doprowadzeni jedynie silni i w pełni zdolni do pracy radzieccy jeńcy wojenni. Konwojujący ich oficerowie mówili, że wybrano najlepszych spośród będących do dyspozycji w Łambinowicach.

Byli oni chętni do pracy, jednakże na skutek osłabienia nie byli w stanie niczego zrobić. Wiem dokładnie, iż gdy byli jeszcze w obozie macierzystym, dawaliśmy im stale dodatki żywnościowe, ale nie odniosło to żadnego skutku, wycieńczone organizmy bowiem nie mogły już nic trawić, cały organizm nie był już zdolny do funkcjonowania. Marli jak muchy z ogólnego wycieńczenia lub też na skutek najbłahszej choroby, bo organizm nie był w stanie się bronić. Widziałem, jak wielu z nich umierało w trakcie połykania buraków lub ziemniaków.

Przez pewien czas zatrudniałem codziennie prawie 5000 Rosjan przy wyładowywaniu pociągów z brukwi. Całe podtorze było już zapchane, góry brukwi leżały na torach. Nie można było sobie dać z tym rady. Rosjanie nie byli w stanie nic już zrobić. Otępiali chodzili wkoło bez żadnego celu lub też chowali się w jakąś dziurę, aby przełknąć coś, co znaleźli do jedzenia lub też móc gdzieś spokojnie umrzeć.

Najgorzej było w czasie odwilży zimą 1941/1942. Zimno znosili lepiej aniżeli wilgoć, nieustanne moknięcie. Do tego mieszkali w gotowych w połowie, prymitywnych, w pierwszym okresie Brzezinki naprędce postawionych barakach kamiennych. Powodowało to wciąż wzrastającą śmiertelność wśród nich. Z dnia na dzień zmniejszała się liczba tych, którzy wykazywali jeszcze pewną odporność. Nie pomagały żadne dodatki żywnościowe. Pochłaniali wszystko, co tylko mogli zdobyć, jednakże nie byli nigdy syci.

Widziałem kiedyś kolumnę Rosjan liczącą kilkaset osób na drodze między Oświęcimiem a Brzezinką, idącą z drugiej strony toru, która rzuciła się nagle z drogi w kierunku najbliżej położonych kopców kartofli. Biegli wszyscy w zwartej kolumnie tak, że zaskoczeni strażnicy nie wiedzieli, jak sobie z tym poradzić. Na szczęście akurat nadjechałem i zaprowadziłem porządek. Rosjanie rozkopywali kopce i nie można było ich odpędzić. Kilku z nich w czasie tego rozkopywania zmarło, trzymając w rękach pełno ziemniaków. Nie zwracali na siebie wzajemnie żadnej uwagi, instynkt samozachowawczy w najbardziej jaskrawej postaci nie dopuszczał żadnych ludzkich odruchów.

W Brzezince zdarzały się również przypadki kanibalizmu. Sam natknąłem się na Rosjanina leżącego między zwałami cegły, który miał jakimś tępym narzędziem rozpruty brzuch i wyrwaną wątrobę. Zabijali się nawzajem, aby zdobyć coś do jedzenia. Jadąc konno zauważyłem jakiegoś Rosjanina, który drugiego, skulonego za stertą kamieni i żującego kawałek chleba, uderzył cegłą w głowę, aby mu porwać chleb. Zanim jednak dostałem się na miejsce przez bramę, znajdowałem się bowiem poza ogrodzeniem, ten leżący za stertą kamieni był już martwy, miał rozbitą czaszkę. W kłębiącej się masie Rosjan nie mogłem znaleźć sprawcy.

Podczas wyrównywania pierwszego odcinka budowlanego, podczas kopania rowów wielokrotnie znajdowano zwłoki Rosjan, którzy - zabici przez innych i częściowo pożarci - znikali w jakimś błotnistym dole. Wyjaśniło to nam zagadkowe zniknięcie wielu Rosjan *[Opisywane wypadki kanibalizmu i walki o żywność związane były z prowadzoną z całą premedytacją polityką pośredniej eksterminacji jeńców radzieckich w obozie oświęcimskim. W odnalezionej po wojnie księdze zmarłych odnotowano, że w okresie od 7 października 1941 r. do 28 lutego 1942 r. zmarło 8 320 jeńców. Przeciętna więc śmiertelność w tej grupie w trudnych warunkach jesienno-zimowych wynosiłaby 58 osób dziennie.].

Z mego mieszkania widziałem, jak jakiś Rosjanin powlókł kocioł po jedzeniu za blok komendantury i łapczywie go wyskrobywał. Nagle zza rogu ukazał się drugi, zaskoczony zatrzymał się na chwilę, następnie rzucił się na wyskrobującego kocioł, pchnął go na ogrodzenie pod napięciem i zniknął z kotłem. Strażnik z wieży również obserwował to wydarzenie, nie zdążył jednak strzelić do uciekającego. Natychmiast wezwałem pełniącego służbę Blockführera, kazałem wyłączyć prąd z ogrodzenia i udałem się sam do obozu poszukiwać sprawcy. Pchnięty na druty już nie żył. Tego drugiego nie udało się odszukać. To nie byli już ludzie, w ciągłym poszukiwaniu pożywienia zupełnie zezwierzęcieli.

Z liczby przeszło 10 000 radzieckich jeńców wojennych, którzy mieli stanowić główną siłę roboczą przy budowie obozu jeńców wojennych w Brzezince, do lata 1942 r. pozostało przy życiu jedynie kilkuset. Tę resztę stanowili najbardziej wytrzymali. Pracowali oni bardzo dobrze i jako lotne brygady robocze byli zatrudniani wszędzie tam, gdzie trzeba było coś szybko zrobić. Nie mogłem się jednak pozbyć wrażenia, że ci, którzy przeżyli, przetrwali jedynie kosztem swych współwięźniów, ponieważ byli od nich bardziej bezwzględni i twardzi.

O ile dobrze pamiętam, latem 1942 r., tej reszcie udała się masowa ucieczka. Większość została przy tym zastrzelona, ale wielu uciekło. Schwytani podali jako powód tej masowej ucieczki obawę przed zagazowaniem, która ich ogarnęła, gdy im zakomunikowano, że zostaną przeniesieni na nowy, świeżo wykończony odcinek. Przypuszczali, że to przeniesienie ma być jedynie zwodzeniem. Nie było nigdy żadnego zamiaru, aby ich zagazować. Zapewne wiedzieli o likwidacji radzieckich "politruków" i komisarzy, dlatego też obawiali się, że czeka ich podobny los. W ten sposób może powstać masowa psychoza i pociągnąć za sobą takie skutki.

Następnym głównym kontyngentem byli Cyganie. Już na długo przed wojną w ramach akcji przeciwko aspołecznym powędrowali do obozów koncentracyjnych również Cyganie. W Urzędzie Policji Kryminalnej Rzeszy jedna placówka zajmowała się wyłącznie nadzorowaniem Cyganów. W obozach cygańskich stale poszukiwano osób niecygańskiego pochodzenia, które się przyłączyły do Cyganów, i umieszczano je w obozach koncentracyjnych jako element uchylający się od pracy bądź też aspołeczny. Poza tym w obozach cygańskich systematycznie przeprowadzano badania biologiczne.

Reichsführer SS chciał zachować dwa główne wielkie szczepy cygańskie, nazw tych szczepów nie pamiętam *[Sinte i Lallerie]. Jego zdaniem były one w prostej linii potomkami indogermańskich ludów pierwotnych i zarówno typ, jak i zwyczaje zachowali w stosunkowo czystym stanie. W celach badawczych mieli zostać dokładnie zarejestrowani i objęci ochroną. Zamierzano ich zebrać z całej Europy i przydzielić im ograniczone tereny do zamieszkiwania. W latach 1937-1938 wszyscy wędrowni Cyganie zostali zgromadzeni w tzw. obozach mieszkalnych położonych przy większych miastach, aby można było nad nimi sprawować lepszy nadzór.

W roku 1942 wydany został rozkaz, aby wszystkich Cyganów oraz cygańskich mieszkańców mieszkających w Rzeszy aresztować i dostarczyć do Oświęcimia, niezależnie od wieku i płci. Wyłączeni z tego zostali jedynie Cyganie uznani za czystych pod względem rasowym, członkowie obu głównych szczepów. Tych miano osiedlić w okręgu Odenburg nad jeziorem Neusiedler. Przywiezieni do Oświęcimia mieli na czas wojny zostać umieszczeni w obozie rodzinnym.

Jednakże wytyczne, na podstawie których dokonano aresztowań, nie były dostatecznie precyzyjne. Poszczególne placówki policji kryminalnej różnie je interpretowały, na skutek czego doszło do aresztowania osób, które w żadnym przypadku nie powinny być zaliczane do kręgu internowanych. Niejednokrotnie aresztowano urlopowanych żołnierzy frontowych, posiadających wysokie odznaczenia, którzy byli wielokrotnie ranni, a których ojciec lub matka czy też dziadek itp. byli Cyganami lub cygańskimi mieszańcami. Był między nimi również jeden stary towarzysz partyjny, którego dziadek przywędrował do Lipska jako Cygan. On sam był właścicielem dużego przedsiębiorstwa w Lipsku, wielokrotnie odznaczonym orderami uczestnikiem wojny światowej. Była również między nimi studentka, przywódczyni Związku Dziewcząt Niemieckich (BDM) w Berlinie. Przypadków tego rodzaju było znacznie więcej. Złożyłem o tym raport do RKPA, w wyniku czego w obozie cygańskim przeprowadzono badanie i zarządzono wiele zwolnień, jednakże przy tej masie uwięzionych było to ledwo widoczne.

Nie potrafię powiedzieć, ilu Cyganów lub mieszańców znajdowało się w Oświęcimiu. Wiem tylko, iż zapełniali całkowicie odcinek obozu przeznaczony dla 10 000 więźniów *[Obóz cygański mieścił się w Brzezince na odcinku B II e. Cyganów przywożono do Oświęcimia z niemal całej okupowanej Europy na podstawie zarządzenia Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy z 29 stycznia 1943 r. Również wcześniej były przypadki umieszczania ich w obozie oświęcimskim. Większość Cyganów izolowana była w wyodrębnionych częściach obozu, gdzie przebywali całymi rodzinami. Gdy Niemcy stwierdzili, że śmierć na skutek chorób i wycieńczenia przychodzi zbyt wolno, 2 sierpnia 1944 r. zagazowali 2 800 pozostałych przy życiu Cyganów. Łącznie w obozie oświęcimskim życie straciło co najmniej 20 000 Cyganów różnych szczepów z różnych krajów europejskich.]. Ogólne warunki panujące w obozie w Brzezince nie nadawały się do urządzenia obozu rodzinnego. Nie było odpowiednich warunków pozwalających na zatrzymanie Cyganów choćby do końca wojny. Nie było możliwości zapewnienia właściwego odżywienia dla dzieci, mimo iż przez pewien czas, powołując się na rozkaz Reichsführera SS, oszukiwałem urzędy wyżywieniowe i otrzymywałem żywność dla małych dzieci. Skończyło się to wkrótce, gdy Ministerstwo Wyżywienia odmówiło obozom koncentracyjnym jakichkolwiek przydziałów żywnościowych dla dzieci.

W lipcu 1942 r. wizytował Oświęcim Reichsführer SS *[W tym miejscu Hössa zawiodła pamięć. Himmler zwiedził obóz cygański nie w lipcu 1942 r., lecz w lipcu 1943 r.]. Pokazałem mu dokładnie obóz cygański. Obejrzał wszystko szczegółowo, widział przepełnione baraki mieszkalne, niezadowalające warunki sanitarne, baraki szpitalne przepełnione chorymi, oddział dla zakaźnie chorych, widział dzieci chore na nomę *[Noma - inaczej rak wodny (Cancer aquaticus), forma wrzodowego schorzenia błony śluzowej jamy ustnej, najczęściej spotykana u dzieci. Istnieje bezpośredni związek między powstawaniem choroby a niewłaściwym odżywianiem, stąd jego występowanie w warunkach panującego w obozie głodu.], chorobę, która przejmowała mnie grozą, gdyż przypominała mi chorych na trąd, których widziałem niegdyś w Palestynie, te wymizerowane ciałka dziecięce z wielkimi dziurami w policzkach, powolny rozkład żywego ciała.

Himmler wysłuchał informacji o śmiertelności, która w porównaniu z całym obozem była stosunkowo niska, śmiertelność wśród dzieci była jednak wyjątkowo wysoka. Nie przypuszczam, aby spośród noworodków wiele przeżyło dłużej niż kilka tygodni. Obejrzał on wszystko dokładnie i dał mi rozkaz ich zlikwidowania po uprzednim wybraniu zdolnych do pracy, podobnie jak to robiono z Żydami. Zwróciłem mu na, to uwagę, iż ludzie ci nie odpowiadają założeniom ustalonym przez niego do Oświęcimia. Wówczas Himmler zarządził, aby RKPA przeprowadził jak najszybciej odpowiednią selekcję uwięzionych.

Trwało to dwa lata. Zdolni do pracy Cyganie zostali przeniesieni do innych obozów. Do sierpnia 1944 r. pozostało w Oświęcimiu około 4 000 Cyganów, którzy mieli iść do komór gazowych. Do ostatniej chwili nie wiedzieli, jaki los ich czeka. Zorientowali się dopiero wówczas, gdy poszczególnymi barakami musieli maszerować do I krematorium. Nie było łatwo wprowadzić ich do komór. Ja sam tego nie widziałem, ale Schwarzhuber opowiadał mi, że żadna likwidacja Żydów nie była dotychczas tak ciężka jak tych Cyganów, szczególnie dla niego, ponieważ znał ich wszystkich dokładnie i pozostawał z nimi w dobrych stosunkach, oni zaś byli tak ufni jak dzieci.

Mimo ciężkich warunków większość Cyganów, jak mogłem się zorientować, nie cierpiała specjalnie psychicznie na skutek uwięzienia, jeśli pominąć fakt sparaliżowania ich popędu do wędrowania. Byli przyzwyczajeni do ciasnoty pomieszczeń, złych warunków higienicznych, częściowo również do niedostatecznego wyżywienia w ich dotychczasowym prymitywnym życiu. Nie brali również tragicznie chorób i wysokiej śmiertelności. W istocie swej pozostali nadal dziećmi, lekkomyślni w myśleniu i działaniu, chętnie się bawili, także i przy pracy, której nie traktowali zbyt poważnie. Starali się nawet w najgorszej sytuacji znaleźć dobre strony, byli optymistami.

Nie zauważyłem u Cyganów nigdy ponurych, pełnych nienawiści spojrzeń. Gdy się przychodziło do obozu, wychodzili natychmiast ze swych baraków, grali na instrumentach, kazali dzieciom tańczyć, pokazywali swoje zwykłe sztuczki. Był tam mały plac, na którym dzieci mogły się bawić do woli wszystkimi zabawkami. Gdy się do nich mówiło, odpowiadały swobodnie i ufnie, wypowiadały swoje różne życzenia. Miałem zawsze wrażenie, iż nie w pełni zdawały sobie sprawę ze swego uwięzienia.

W stosunkach miedzy sobą byli bardzo wojowniczy. Powodowała to różnorodność szczepów i rodów, a poza tym gorąca cygańska krew, skora do kłótni. Wewnątrz poszczególnych rodów trzymali się razem i byli bardzo do siebie przywiązani. Gdy wybierano spośród nich zdolnych do pracy, co powodowało rozdzielanie rodzin, działy się wzruszające sceny, pełne cierpienia i łez. Uspokajali się jednak nieco i pocieszali, gdy im mówiono, że później znów będą wszyscy razem.

Przez pewien czas zdolni do pracy Cyganie przebywali w Oświęcimiu w obozie macierzystym. Robili oni wszystko, aby od czasu do czasu móc zobaczyć rodziny, choćby tylko z daleka. Często musieliśmy podczas apelu szukać młodszych Cyganów, którzy z tęsknoty za swoimi rodzinami przekradali się chyłkiem do obozu cygańskiego.

Gdy byłem w Oranienburgu, w Inspektoracie Obozów Koncentracyjnych, Cyganie, którzy znali mnie z Oświęcimia, często mnie zaczepiali i pytali o swoich krewnych, nawet wówczas, gdy ci byli już dawno zagazowani. Było mi ciężko dawać im wymijające odpowiedzi, dlatego właśnie, że mieli do mnie duże zaufanie. Chociaż w Oświęcimiu miałem z nimi dużo kłopotu, byli oni jednak moimi ulubionymi więźniami - jeżeli można tak się wyrazić. Nie umieli oni przez dłuższy czas wytrwać przy jednej pracy, chętnie wałęsali się "po cygańsku". Najbardziej odpowiadało im komando transportowe, ponieważ wówczas mogli wszędzie chodzić, zaspokajać swą ciekawość i mieli przy tym okazje do kradzieży. Popęd do kradzieży i włóczęgostwa jest u Cyganów wrodzony i nie można go wykorzenić. Mają także zupełnie inne poglądy na moralność. Kradzież nie jest dla nich niczym złym, nie mogą zrozumieć, że za to się karze.

Mówię to wszystko o większości uwięzionych Cyganów, którzy rzeczywiście stale niespokojnie się włóczyli, także o mieszańcach, którzy stali się Cyganami, a nie o Cyganach osiadłych, zamieszkałych w miastach. Ci przejęli już zbyt dużo z cywilizacji, niestety jednak nie to, co najlepsze.

Byłoby rzeczą interesującą przyglądanie się ich życiu i zachowaniu się, gdybym nie widział za tym przejmującego grozą rozkazu zniszczenia, o którym w Oświęcimiu do połowy 1944 roku prócz mnie wiedzieli jedynie lekarze. Stosownie do rozkazu Reichsführera SS mieli oni dyskretnie likwidować chorych, szczególnie zaś dzieci. A właśnie dzieci miały tak wielkie zaufanie do lekarzy. Nie ma nic bardziej ciężkiego niż konieczność przechodzenia nad tym do porządku dziennego, zimno, bezlitośnie i bez współczucia.

A jak oddziaływało uwięzienie na Żydów, którzy od 1942 r. stanowili podstawową masę więźniów Oświęcimia? Jakie było ich zachowanie się?

Żydzi przebywali w obozach koncentracyjnych od samego początku. Stąd znałem ich dobrze z Dachau. Jednakże wówczas Żydzi mieli jeszcze możliwość emigracji, gdy jakieś państwo udzieliło im pozwolenia na wjazd. Ich pobyt w obozie więc był jedynie problemem czasu lub pieniędzy i kontaktów z zagranicą. Wielu z nich w ciągu niewielu tygodni uzyskiwało niezbędne wizy i mogło wyjść z więzienia. Tylko winni pohańbienia rasy *[Pohańbienie rasy - Rassenschande. Ustawy norymberskie z 15 września 1935 r. o ochronie niemieckiej krwi i niemieckiej czci (Reichsgesetzblatt 1935, część 1 s. 1146) zakazywały osobom narodowości niemieckiej zawierać małżeństwa z osobami "obcej krwi", a także utrzymywać z nimi stosunki intymne (paragraf 1 i 2) Małżeństwo zawarte pomimo zakazu pociągało za sobą karę ciężkiego więzienia. Mężczyzna winny utrzymywania stosunków cielesnych, nawet sporadycznych, z osobami "niższej rasy" podlegał karze więzienia lub ciężkiego więzienia.] lub też Żydzi, którzy w okresie panowania systemu byli szczególnie aktywni politycznie lub też odgrywali jakąś rolę w skandalicznych procesach, musieli nadal pozostawać w obozie. Wszyscy ci, którzy mieli jakieś szansę emigracji, starali się jedynie o to, aby ich życie w obozie przebiegało możliwie bez problemów. Pracowali pilnie, jeśli byli tylko w stanie - większość z nich nie była przecież przyzwyczajona do jakiejkolwiek pracy fizycznej - zachowywali się możliwie spokojnie i skrupulatnie wykonywali swoje obowiązki.

Żydzi nie mieli w Dachau lekkiego życia. Musieli oni bardzo ciężko pracować w żwirowni. Na skutek działań Eickego, jak i wpływu "Sturmera" *["Der Stürmer" - antysemicki tygodnik wydawany w Norymberdze przez Juliusza Streichera. Pierwszy numer ukazał się w listopadzie 1923 r. Pismo odwoływało się do najprymitywniejszych uczuć. Gazeta roiła się od perwersyjnych opisów i pornograficznych rysunków opisujących lubieżnych i demonicznych Żydów, deprawujących niemieckie dziewczęta. Pisano o rzekomych morderstwach rytualnych i światowym spisku żydowskim.], który w koszarach i kantynach był wszędzie wywieszany, stosunek strażników do Żydów był zdecydowanie wrogi. Jako "niszczyciele narodu niemieckiego" byli oni prześladowani i przepędzani również przez współwięźniów.

Ponieważ "Stürmer" był również wywieszony w obozie, jego wpływ dawał się odczuć także wśród więźniów, którzy nie byli antysemitami. Żydzi bronili się przed tym w typowo żydowski sposób, przekupując więźniów. Mieli dosyć pieniędzy i dzięki temu mogli kupować w kantynie, co chcieli. Znajdowali wśród więźniów nie mających pieniędzy dostatecznie wielu chętnych, którzy za papierosy, słodycze, kiełbasę itp. byli gotowi do usług. Za pośrednictwem kapo załatwiali sobie lżejszą pracę, a przez zatrudniony tam personel - pobyt w rewirze.

Pewien Żyd dał sobie kiedyś - za paczkę papierosów daną więźniowi - zerwać paznokcie z wielkich palców u nóg, aby w ten sposób dostać się na rewir.

Najczęściej jednak dręczyli Żydów żydowscy współwięźniowie pełniący funkcje brygadzistów lub sztubowych. Wyróżniał się przy tym szczególnie blokowy Eschen, który się później powiesił, obawiając się kary za udział w aferze homoseksualnej. Blokowy ten dręczył ich nie tylko fizycznie wszelkiego rodzaju szykanami, lecz przede wszystkim psychicznie. Wywierał na nich nieustanną presję. Nakłaniał ich do przekraczania regulaminu obozowego, a potem składał meldunki. Podjudzał ich do wzajemnego znieważania się lub też funkcyjnych więźniów, aby mieć podstawy do składania meldunków. Meldunków tych jednak nie składał, lecz szantażował groźbą ich złożenia. Był on wcieleniem zła. W stosunku do SS-manów obrzydliwie służalczy, wobec współwięźniów tej samej rasy gotów był do wszelkiej podłości.

Chciałem go kilkakrotnie usunąć z funkcji, ale było to niemożliwe. Eicke osobiście żądał, aby go pozostawić.

Eicke wymyślił dla Żydów specjalną karę zbiorową. Kiedy znów rozpętano na całym świecie propagandę przeciw obozom koncentracyjnym, nakazał Żydom przez miesiąc czy też kwartał leżeć w łóżkach. Wolno im było wstawać jedynie do posiłków i wychodzić z bloku tylko na apele. Nie wolno było wietrzyć pomieszczeń, a okna zaśrubowano. Była to ciężka kara, oddziałująca szczególnie źle na psychikę. Na skutek ciągłego przymusowego leżenia stawali się oni tak nerwowi i pobudliwi, że jeden na drugiego nie mógł patrzeć, nie mogli się wzajemnie ścierpieć. Dochodziło do dzikich bijatyk.

Eicke był zdania, że inicjatorami tej nagonki propagandowej mogli być tylko Żydzi, którzy wyszli z Dachau, wobec czego karę za to powinni ponieść wszyscy Żydzi jako całość.

Muszę tutaj powiedzieć, że byłem przeciwnikiem antysemickiego tygodnika "Der Stürmer", wydawanego przez Streichera *[Julius Streicher, wydawca pisma "Der Stürmer", urodził się w 1885 r.; był z zawodu nauczycielem. Po dojściu Hitlera do władzy kierował w latach 1933-1938 akcją bojkotu Żydów. Był również posłem do Reichstagu Trzeciej Rzeszy. Wyrokiem Międzynarodowego Trybunału Wojskowego w Norymberdze z dnia l października 1946 r. został skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano.], z powodu jego złej formy, obliczonej na oddziaływanie na najniższe instynkty. Poza tym to stałe wysuwanie na pierwszy plan kwestii seksualnej w obrzydliwej, pornograficznej formie. Pismo to wyrządziło wiele szkód, nie pomagało poważnie rozumianemu antysemityzmowi, wręcz przeciwnie - przynosiło mu ujmę. I nic dziwnego, po wojnie okazało się, że pismo redagował Żyd i on też pisał najobrzydliwsze podżegające artykuły.

Jako fanatyczny narodowy socjalista byłem głęboko przekonany, że nasza idea, dostosowana do właściwości narodowych, przyjmie się we wszystkich krajach i zapanuje w nich. Tym samym zlikwidowana byłaby dominacja żydostwa. Antysemityzm nie był przecież na całym świecie niczym nowym. Objawiał się on szczególnie silnie wówczas, gdy Żydzi zbyt mocno pchali się do władzy, gdy ich podłe postępowanie stawało się zbyt widoczne dla opinii publicznej. Moim zdaniem nie służyło się antysemityzmowi przez dzikie podjudzanie w sposób, w jaki to czynił "Der Stürmer". Chcąc ideowo zwalczać Żydów, należało posługiwać się lepszą bronią. Wierzyłem, iż to, co w naszej idei było lepsze i silniejsze, będzie miało większą siłę przebicia.

Nie spodziewałem się, aby kary zbiorowe stosowane przez Eickego miały jakikolwiek wpływ na zwalczanie wrogiej propagandy przeciwko nam. Nagonka trwałaby nadal, nawet gdyby rozstrzelano z tego powodu setki czy tysiące ludzi. Uważałem wówczas za słuszne, iż karano Żydów znajdujących się w naszych rękach za nagonkę prowadzoną przeciwko nam przez ich pobratymców.

W listopadzie 1938 r. miała miejsce zainscenizowana przez Goebbelsa "noc kryształowa" *["Noc kryształowa" - Kristallnacht, kryptonim akcji antyżydowskiej zorganizowanej w rocznicę puczu monachijskiego w 1923 r. W nocy z 9 na 10 listopada 1938 r. w pogromach zginęło kilkudziesięciu Żydów, a setki poraniono. Zniszczono 7 500 sklepów żydowskich, spalono 250 synagog i wiele domów. Wszelkie koszty związane z tą akcją musieli ponieść sami Żydzi, na których nałożono kontrybucję 100 milionów marek. Policji zakazano interweniowania w obronie Żydów.], podczas której w odwet za zabicie von Ratha przez Żydów w Paryżu *[7 listopada 1938 r. w gmachu ambasady niemieckiej w Paryżu sekretarz ambasady, Ernst von Rath, został postrzelony przez 17-letniego chłopca żydowskiego Herszela Grynszpana i w wyniku odniesionych ran zmarł 9 listopada. Wydarzenie to posłużyło władzom Trzeciej Rzeszy do wprowadzenia dalszych ograniczeń udziału Żydów w życiu gospodarczym i kulturalnym państwa.] w całej Rzeszy zniszczono sklepy żydowskie lub przynajmniej powybijano w nich szyby, a także podpalono wszystkie synagogi, nie pozwalając straży pożarnej na ich gaszenie. Wszyscy Żydzi, którzy odgrywali jeszcze jakąkolwiek rolę w handlu i przemyśle, "dla zapewnienia im ochrony przed gniewem ludu" zostali aresztowani i umieszczeni prewencyjnie, w obozach koncentracyjnych.

Dopiero wówczas poznałem ich w masie. Dotąd w Sachsenhausen Żydów prawie nie było i nagle nastąpiła żydowska inwazja. Dotychczas przekupstwo w Sachsenhausen prawie nie istniało, a teraz stało się zjawiskiem masowym i przybierało różne formy. Więźniowie kryminalni z radością powitali Żydów jako obiekty eksploatacji. Musiano Żydom zablokować pieniądze, w przeciwnym bowiem razie w obozie nastąpiłoby rozprzężenie niemożliwe do opanowania.

Żydzi szkodzili sobie wzajemnie, jak tylko mogli. Każdy starał się dla siebie znaleźć jakąś "funkcyjkę", w wyniku zaś tolerancji uległych kapo wynajdywali wciąż nowe "funkcyjki", aby móc wykręcić się od pracy. Dla uzyskania "spokojnej funkcji" nie wahali się powodować usuwania z nich współwięźniów przez fałszywe oskarżenia. Gdy stali się już "czymś", bezlitośnie i po chamsku dręczyli swoich pobratymców. Pod każdym względem przewyższali "zielonych". Wielu Żydów, doprowadzonych tymi mękami do rozpaczy, aby uzyskać spokój, szło wtedy na druty, próbowało ucieczek, aby ich zastrzelono, wieszało się. Komendant meldował Eickemu o mnożących się tego rodzaju przypadkach. Eicke odpowiedział: "Nie przeszkadzajcie im, niech się Żydzi nawzajem pożerają".

Chciałbym jeszcze podkreślić, że ja sam do Żydów nie odczuwałem nienawiści. Byli oni dla mnie wrogami naszego narodu, ale dlatego też traktowałem ich na równi z innymi więźniami. Nigdy nie czyniłem żadnych różnic. Uczucie nienawiści jest mi w ogóle obce, wiem jednak, co to jest nienawiść i jak ona wygląda. Widziałem ją i sam odczułem jej skutki.

Gdy Reichsführer SS zmienił swój pierwotny rozkaz z 1941 r., że wszyscy Żydzi muszą zostać bez wyjątku zniszczeni, i nakazał zdolnych do pracy Żydów zatrudniać w zakładach przemysłu zbrojeniowego, Oświęcim stał się obozem żydowskim, żydowskim obozem zbiorczym o nieznanych dotychczas rozmiarach.

Podczas gdy Żydzi uwięzieni w poprzednich latach mogli jeszcze liczyć na to, iż pewnego dnia zostaną zwolnieni, co powodowało, iż uwięzienie nie stanowiło dla nich tak wielkiego obciążenia psychicznego, dla Żydów oświęcimskich nie było żadnej nadziei. Wszyscy bez wyjątku wiedzieli, że pozostaną przy życiu jedynie tak długo, jak długo będą zdolni do pracy. Większość nie łudziła się najmniejszą nadzieją na jakąkolwiek zmianę swego smutnego losu. Byli fatalistami. Cierpliwie i obojętnie znosili nędzę i męczarnie obozowe. Brak nadziei na uniknięcie przewidywanego końca powodował u nich całkowite zobojętnienie psychiczne wobec otaczającego ich świata. To załamanie psychiczne przyśpieszało koniec fizyczny. Nie mieli już woli życia, wszystko było dla nich obojętne, najmniejszy wstrząs fizyczny powodował całkowite załamanie. Wcześniej czy później czekała ich pewna śmierć.

Na podstawie własnych obserwacji mogę stanowczo stwierdzić, że wysoka śmiertelność Żydów spowodowana była nie tylko zbyt ciężką dla większości z nich pracą, do której nie byli przyzwyczajeni, niedostatecznym wyżywieniem, nadmiernie zagęszczonymi kwaterami i wszelkimi innymi niedomaganiami i trudnościami życia obozowego, lecz głównie i zdecydowanie ich stanem psychicznym. Śmiertelność Żydów bowiem w innych miejscach pracy, w innych obozach o korzystniejszych warunkach bytowania nie była wiele mniejsza. Była ona zawsze stosunkowo wyższa aniżeli śmiertelność innych więźniów. Podczas moich podróży inspekcyjnych z ramienia DI *[Urząd DI wchodzący w skład Amtsgruppe D (obozy koncentracyjne) WVHA SS był urzędem wiodącym w grupie i składał się z czterech komórek: DI-1 więźniowie, DI-2 informacja, ochrona obozu i psy obozowe, DI-3 środki transportu, DI-4 szkolenie oddziałów 94 wartowniczych.] widziałem i słyszałem o tym dostatecznie wiele.

Jeszcze wyraźniej występowało to u kobiet żydowskich. Ginęły one znacznie szybciej aniżeli mężczyźni, pomimo tego, iż według moich obserwacji kobiety na ogół są bardziej odporne i wytrzymałe pod względem psychicznym i fizycznym od mężczyzn. To, co powiedziałem wyżej, odnosi się do większości więźniów żydowskich.

Inaczej zachowywali się Żydzi inteligentniejsi, psychicznie silniejsi i mający więcej woli życia, pochodzący w większości z krajów Zachodu.

Zwłaszcza oni, szczególnie jeśli byli lekarzami, zdawali sobie dokładnie sprawę z tego, jaki koniec ich czeka. Mimo tego mieli jednak nadzieję i liczyli na szczęśliwy zbieg okoliczności, który może kiedyś nastąpi i uratuje im życie. Należy dodać, iż liczyli oni na klęskę Niemiec, ponieważ wroga propaganda docierała również i do nich.

Najważniejszą rzeczą dla nich było zdobycie jakiejś funkcji, dzięki której mogliby się wydostać z masy więźniów i uzyskać specjalne przywileje, które by ich do pewnego stopnia chroniły przed przypadkową śmiercią oraz poprawiły fizyczne warunki egzystencji. Aby zdobyć taką "pozycję życiową" w najprawdziwszym znaczeniu tego słowa, wysilali wszystkie swoje umiejętności i zdecydowaną wolę. Im większe bezpieczeństwo dawała funkcja, tym bardziej była pożądana, tym gwałtowniej o nią walczono. Nie było żadnych względów, w tej walce chodziło o wszystko. Nie wahano się przed użyciem najbardziej drastycznych środków, by doprowadzić do zwolnienia tego rodzaju funkcji lub też ją utrzymać. Przeważnie zwyciężał ten lub ci, którzy mieli najmniej skrupułów. Nieustannie słyszałem o tego rodzaju walkach.

W różnych obozach dostatecznie poznałem metody walk o władzę, toczonych między poszczególnymi barwami i grupami politycznymi, walk i intryg o wyższe funkcje. Jednakże od Żydów w Oświęcimiu mogłem się jeszcze pod tym względem wiele nauczyć. "Potrzeba jest matką wynalazku" - a tutaj chodziło naprawdę o nagie życie.

Zdarzało się niejednokrotnie, że liczba więźniów zajmujących bezpieczne funkcje zaczynała się zmniejszać, umierali oni po dowiedzeniu się o śmierci najbliższych członków rodziny, aczkolwiek nie było żadnego fizycznego powodu, nie byli oni chorzy ani też nie mieli złych warunków bytowych. Żydów cechują na ogół silne więzi rodzinne i śmierć najbliższych powodowała, iż życie traciło dla nich wartość i przestawali o nie walczyć.

Widziałem jednak również i wręcz odmienne przypadki - podczas akcji zagłady, o czym opowiem później.

Wszystko, co wyżej powiedziałem, odnosi się odpowiednio również do kobiet-więźniarek poszczególnych kontyngentów, z tą różnicą, iż dla kobiet wszystko było o wiele cięższe, bardziej przytłaczające i dotkliwe, ponieważ ogólne warunki życia w obozie kobiecym były bez porównania gorsze. Kobiety były o wiele bardziej stłoczone, warunki sanitarne i higieniczne były znacznie gorsze. W obozie kobiecym nie można było nigdy zaprowadzić właściwego porządku. Spowodowane to było panującym od samego początku przepełnieniem i jego skutkami. Było tam wszystko bardziej zmasowane, aniżeli to miało miejsce u mężczyzn. Z chwilą gdy kobiety osiągnęły pewien punkt krytyczny, wówczas szybko następował koniec. Snuły się one po obozie jak bezwolne widma, popychane przez innych do chwili, gdy pewnego dnia cicho umierały. Te żywe trupy stanowiły straszny widok.

"Zielone" *[W 1937 r. zaczęto wprowadzać w obozach koncentracyjnych system znakowania więźniów za pomocą kolorowych trójkątów, zwanych w gwarze obozowej winklami. Kolory trójkątów: czerwony - więzień polityczny, zielony - przestępca kryminalny, czarny - więzień aspołeczny, różowy - homoseksualista, fioletowy - badacz Pisma Świętego, żółty - Żyd. W tym ostatnim przypadku trójkąt żółty był najczęściej kombinowany z którymś z pozostałych kolorów w zestawieniu tworzącym gwiazdę Dawida. Trójkąt wraz z paskiem płótna, na którym wypisywano numer więźnia, był przyszyty na bluzie więźniarskiej na wysokości lewej piersi oraz na zewnętrznym szwie prawej nogawki spodni.] więźniarki były szczególnego rodzaju elementem. Przypuszczam, iż Ravensbrück wybrał rzeczywiście "najlepsze" do Oświęcimia. Przewyższały one o wiele swoje męskie odpowiedniki w podłości, chamstwie i nikczemności. Były to przeważnie wielokrotnie karane prostytutki, często kobiety budzące wstręt. Było do przewidzenia, że te bestie będą wyładowywały swoje nikczemne instynkty na podległych im więźniarkach, jednak nie można było tego uniknąć. Podczas swego pobytu w Oświęcimiu w 1942 r. Reichsführer SS uznał je za odpowiednie na kapo dla Żydówek. Poza przypadkami chorób zakaźnych niewiele z nich zmarło. Duchowe przeżycia były dla nich obce.

Do dziś mam przed oczyma rzeź w Budach *[W Budach utworzono w czerwcu 1942 r. karną kompanię - Strafkompanie Budy dla kobiet, więźniarek Oświęcimia. Pretekstem do stworzenia tego podobozu była ucieczka jednej z polskich więźniarek. W odwet przywieziono do Bud 200 Polek oraz 200 Żydówek z Francji, Słowacji i Niemiec. O osadzeniu więźniarek w podobozie karnym każdorazowo decydował komendant obozu na wniosek kierowniczki obozu żeńskiego. Obóz zlokalizowany był w budynku dawnej szkoły. Więźniarki pracowały przy oczyszczaniu i pogłębianiu stawów oraz przy budowie wału ochronnego. W październiku 1942 r. w podobozie wybuchł bunt, zginęło 90 więźniarek, w większości Francuzek. Bunt stłumiony został głównie siłami więźniarek funkcyjnych. 24 października 1942 r. sześć ocalałych uczestniczek buntu w Budach zostało uśmierconych zastrzykami fenolu w serce.]. Nie przypuszczam, by mężczyźni byli zdolni do takiego bestialstwa, aby móc postąpić w ten sposób jak "zielone" więźniarki, które mordowały francuskie Żydówki; rozrywały je, zabijały siekierami, dusiły. Było to straszne *[W toku przesłuchania w dniu 11. 11. 1946 r. Höss wyjaśnił, że w czasie buntu "więźniarki za pomocą kamieni i drągów próbowały sterroryzować kapo i wyłamać się z obozu. Akcją kierowały Żydówki francuskie, które w tym czasie stanowiły większość załogi obozu. W czasie bójki, która się wywiązała między więźniarkami funkcyjnymi a więźniarkami francuskimi, zginęło 90 więźniarek francuskich. Akcja miała miejsce późną nocą. Po otrzymaniu wiadomości udałem się zaraz do obozu i stwierdziłem, że Francuzki zostały zabite drągami, siekierami, niektóre miały zupełnie oderżnięte głowy, inne poniosły śmierć wyrzucone przez okno z piętra. Z walki wyszły zwycięsko funkcyjne - zawodowe przestępczynie. Były to same Niemki. Kilka z nich odniosło rany. (...) W toku dochodzeń ustalono, że strażnicy przerzucali przez ogrodzenie funkcyjnym przestępczyniom zawodowym swoje pałki. Pozostałe przy życiu więźniarki Francuzki tłumaczyły się, że do buntu porwały się z rozpaczy, ponieważ kapo maltretowały je i szykanowały" (tom 21 akt dochodzeń w sprawie Hössa)]. 

Na szczęście jednak nie wszystkie "zielone" i "czarne" *["Czarne" więźniarki to oczywiście tzw. aspołeczne, co jednak niczego nie wyjaśnia, bo w grupie tej były zarówno prostytutki, jak i np. Cyganki.] więźniarki były takimi wykolejonymi istotami. Znajdowały się wśród nich również i takie, które okazywały serce swoim współwięźniarkom, za co prześladowały je wyżej wspomniane współtowarzyszki. Również większość nadzorczyń nie miała w tej sprawie zrozumienia.

Pozytywnym ich przeciwieństwem były badaczki Pisma św., nazywane "biblijnymi pszczołami" lub "biblijnymi gąsienicami". Było jednak ich zbyt mało. Mimo swej mniej lub bardziej fanatycznej postawy były bardzo pożądanym elementem. Pracowały one przeważnie w gospodarstwach domowych wielodzietnych rodzin SS, w domu SS-manów, a nawet w kasynie oficerskim SS jako personel obsługujący, głównie zaś w rolnictwie, jak np. na fermie drobiu w Harmężach oraz na różnych folwarkach obozowych.

Nie wymagały nadzoru, niepotrzebne były posterunki. Swoją pracę wykonywały pilnie i chętnie, gdyż takie było przykazanie Jehowy. Były to głównie Niemki w starszym wieku, znajdowały się jednak wśród nich również młode Holenderki.

U mnie w domu pracowały dwie starsze kobiety przez trzy lata. Moja żona często mówiła, że nie mogłaby sama lepiej dbać o wszystko niż te dwie kobiety. Szczególnie wzruszająco troszczyły się o dzieci, zarówno duże, jak i małe. Dzieci nasze były do nich przywiązane jak do kogoś należącego do rodziny. W pierwszym okresie obawialiśmy się, aby nie próbowały one pozyskać dzieci dla Jehowy, jednakże tego nie czyniły. Nigdy nie mówiły z dziećmi na tematy religijne. Jeżeli się weźmie pod uwagę ich fanatyzm, było to do pewnego stopnia nawet zaskakujące.

Były jednak wśród nich dziwne stworzenia. Jedna z nich pracowała u pewnego oficera SS i starała się z oczu odczytywać jego życzenia, ale zdecydowanie odmawiała czyszczenia munduru, czapki, butów, wszystkiego tego, co miało jakikolwiek związek z wojskiem. Nie chciała nawet dotknąć tych przedmiotów.

Ogólnie rzecz biorąc, badaczki Pisma św. były ze swego losu zadowolone. Miały one nadzieję, że na skutek cierpień dla Jehowy, jakie znosiły podczas uwięzienia, uzyskają dobre miejsce w jego królestwie, które wkrótce nadejdzie. Ciekawe, że były one wszystkie przekonane, że cierpienie i śmierć Żydów są słuszną karą, ich przodkowie bowiem zdradzili Jehowę. Ja uważałem badaczy Pisma św. za biednych obłąkańców, którzy jednak byli na swój sposób szczęśliwi.

Pozostałe więźniarki narodowości polskiej, czeskiej, ukraińskiej i rosyjskiej, jeśli tylko do tego się nadawały, były zatrudniane w rolnictwie. Dzięki temu nie musiały przebywać w przepełnionym obozie i unikały jego złych skutków. W pomieszczeniach na folwarkach i w Rajsku było im o wiele lepiej. Stale stwierdzałem, iż wszyscy więźniowie pracujący w rolnictwie i oddzielnie zakwaterowani sprawiali zupełnie inne wrażenie. Nie byli pod taką presją psychiczną jak więźniowie w obozach masowych. W przeciwnym przypadku nie mogliby wymaganej od nich pracy tak chętnie wykonywać.

Zatłoczony od samego początku obóz kobiecy oznaczał dla więźniarek w ich masie zagładę psychiczną, po której wcześniej czy później następowało załamanie fizyczne. W obozie kobiecym panowały pod każdym względem najgorsze warunki, i to już od samego początku, gdy był on jeszcze częścią obozu macierzystego. Gdy zaczęły nadchodzić transporty Żydów ze Słowacji *[Pierwszy transport kobiecy Żydówek ze Słowacji przybył do Oświęcimia 26 marca 1942 r. Akcję poprzedziło utworzenie w Słowacji czterech obozów przejściowych, w których strażnikami byli członkowie Gwardii Hlinkowej, a instruktorami podoficerowie SS. Łącznie deportowano 70 tys. Żydów słowackich. Wobec oporu umiarkowanego skrzydła partii ludackiej sejm słowacki uchwalił 16 maja 1943 r. ustawę sankcjonującą dotychczasowe deportacje, ale zarazem wyłączającą spod jej działania blisko 20 000 Żydów. Mimo nacisków niemieckich deportacje nie zostały wznowione.], w ciągu niewielu dni baraki zapełniły się aż po strychy. Umywalnie i ustępy były wystarczające w najlepszym przypadku dla jednej trzeciej ogółu więźniarek.

Aby utrzymać właściwy porządek w tych rojących się mrowiskach, konieczne były inne siły aniżeli znajdujące się w mojej dyspozycji nieliczne nadzorczynie przydzielone przez Ravensbrück. Należy stwierdzić, iż nie przydzielono mi najlepszych spośród tamtejszego personelu. Nadzorczynie w Ravensbrück miały bardzo dobre warunki. Czyniono dla nich wszystko, aby tylko utrzymać je w kobiecym obozie koncentracyjnym i dzięki korzystnym warunkom życiowym móc zdobyć nowe. Były one bardzo dobrze zakwaterowane i otrzymywały wynagrodzenie, jakiego gdzie indziej nigdy by nie dostały. Nie przeciążano ich obowiązkami służbowymi. Krótko mówiąc, Reichsführer SS, zwłaszcza Pohl życzyli sobie, aby mieć dla nadzorczyń maksymalne względy. Warunki obozowe w Ravensbrück były do tego czasu normalne, nie było mowy o nadmiernym zagęszczeniu. Teraz nadzorczynie te przybyły do Oświęcimia, przy czym żadna z nich nie przyjechała dobrowolnie, aby budować od nowa obóz, i to w najcięższych warunkach.

Już na samym początku większość z nich chciała uciekać z powrotem do spokojnego i wygodnego życia w Ravensbrück. Owczesna Oberaufseherin, p. Langefeldt, mimo iż nie była w stanie sprostać sytuacji, uporczywie odrzucała wszelkie wskazówki Schutzhaftlagerführera. Gdy stwierdziłem, iż istniejący bałagan nie może nadal istnieć, na własną rękę podporządkowałem obóz kobiecy Schutzhaftlagerführerowi. Nie było niemal dnia, aby nie występowały niezgodności w stanie więźniarek. W tym rozgardiaszu nadzorczynie biegały jak rozdrażnione kwoki i nie wiedziały, co robić. Trzy lub cztery dobre były ogłupione przez pozostałe. Ponieważ jednak Oberaufseherin uważała się za samodzielną kierowniczkę obozu, złożyła zażalenie przeciwko podporządkowaniu jej komuś, kto był jej równy rangą.

Podczas wizytacji Oświęcimia przez Reichsführera SS w lipcu 1942 roku przedstawiłem mu w obecności Oberaufseherin niedomagania i powiedziałem, iż p. Langefeldt nie będzie nigdy w stanie należycie kierować obozem kobiecym w Oświęcimiu i jego rozbudową, i prosiłem, aby nadal była podporządkowana pierwszemu Schutzhaftlagerführerowi. Odrzucił to zdecydowanie, mimo najbardziej przekonywających dowodów ogólnej nieudolności zarówno Oberaufseherin, jak i poszczególnych nadzorczyń. Wyraził życzenie, aby obóz kobiecy był kierowany przez kobietę i abym jej przydzielił do pomocy oficera SS. Który oficer jednak chciałby się podporządkować kobiecie? Każdy z nich, którego do tego celu musiałem odkomenderować, prosił mnie, aby go jak najszybciej zmienić. Przy nadejściu większych transportów, jeśli mi tylko pozwalał na to czas, sam kierowałem akcją.

Tak więc od samego początku obóz kobiecy przeszedł w ręce więźniarek. Im bardziej obóz się rozrastał i stawał się mniej dostępny dla kontroli nadzorczyń, tym silniejszy stawał się samorząd więźniarek. Ponieważ w kierownictwie górowały "zielone", bardziej przebiegłe i bezwzględne, one właściwie rządziły obozem kobiecym, mimo iż funkcję "starszej obozu", jak i innych czołowych funkcyjnych, sprawowały "czerwone". Funkcje kapo wykonywały głównie "zielone" i "czarne" więźniarki. Tylko dlatego w obozie kobiecym panowały wciąż najbardziej nędzne stosunki.

Te stare nadzorczynie przewyższały jednak o całe niebo te, które przyszły później. Ponieważ dobrowolnie, mimo gorliwego werbunku dokonywanego przez organizacje kobiece narodowosocjalistyczne, zgłaszało się bardzo niewiele kandydatek do służby w obozie koncentracyjnym, musiano wzrastające z dnia na dzień zapotrzebowanie pokrywać w drodze naboru przymusowego.

Każde przedsiębiorstwo zbrojeniowe, któremu miano przydzielić do pracy więźniarki, musiało postawić do dyspozycji pewien procent swoich pracownic w celu wykorzystania ich jako nadzorczyń. Zrozumiałe było, iż w związku ze spowodowanym przez wojnę brakiem odpowiednich kobiecych sił do pracy firmy te nie oddawały najlepszego materiału ludzkiego. Nadzorczynie te były przez okres kilku tygodni "szkolone" w Ravensbrück i następnie przydzielane do obozów. Ponieważ wybór i przydział dokonywane były w Ravensbrück, Oświęcim był znów na ostatnim miejscu. Było to zupełnie naturalne, że Ravensbrück zatrzymywał najlepsze siły dla siebie w celu wykorzystania ich w mającym powstać tam nowym kobiecym obozie pracy.

Tak więc wyglądała sprawa dozoru w kobiecym obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu. Moralne kwalifikacje tych kobiet były zwykle bardzo niskie. Wiele nadzorczyń stawało przed sądem SS z powodu kradzieży przedmiotów podczas akcji Reinhardt *[Aktion Reinhardt zapoczątkowała wiosną 1942 r. zagładę Żydów w Generalnym Gubernatorstwie. Na początku czerwca 1942 r. całość spraw żydowskich przeszła w GG w gestię sekretariatu stanu do spraw bezpieczeństwa. Odtąd kierujący akcją zagłady Odilo Globocnik uzyskał całkowitą swobodę działania. Celem akcji była zorganizowana grabież ruchomego mienia żydowskiego, eksploatacja wyselekcjonowanej siły roboczej i zagłada wszystkich pozostałych Żydów. Akcją objęto przede wszystkim Lubelszczyznę, a następnie pozostałe dystrykty GG. W celu sprawnego przeprowadzenia akcji uruchomiono trzy obozy natychmiastowej zagłady: Bełżec (17 marca 1942 r.), Sobibór (pod koniec kwietnia tego samego roku) i Treblinkę (w czerwcu).]. Były to jedynie niektóre z nich, te, które schwytano na gorącym uczynku. Mimo odstraszających kar kradły dalej, nadal wykorzystując w tym celu więźniów jako pomocników. Dla ilustracji jaskrawy przypadek.

Jedna z nadzorczyń upadła tak nisko, że utrzymywała stosunki płciowe z więźniami, przeważnie "zielonymi" kapo i za te stosunki kazała sobie płacić wartościową biżuterią, złotem itp. Dla zamaskowania uprawianego procederu nawiązała stosunek z pewnym Stabsscharführerem z garnizonu, u którego przechowywała zamknięte i zapakowane ciężko zapracowane dochody. Ten głupi człowiek nie miał pojęcia o postępowaniu swojej najdroższej i był bardzo zaskoczony, gdy znaleziono u niego te ładne rzeczy. Nadzorczyni została skazana przez Reichsführera SS na dożywotni pobyt w obozie koncentracyjnym i karę chłosty dwa razy po 25 kijów.

Podobnie jak homoseksualizm w obozach męskich, w obozie kobiecym panowała plaga miłości lesbijskiej. Najsurowsze kary, nawet skierowanie do karnej kompanii, nie były w stanie tego zwalczyć. Wielokrotnie meldowano mi o stosunkach tego rodzaju między nadzorczyniami a więźniarkami. Wszystko to świadczy o poziomie nadzorczyń. Jest rzeczą oczywistą, iż nie przejmowały się one zbytnio służbą i swoimi obowiązkami, że nie można było na nich polegać. Możliwości karania za przewinienia służbowe były niewielkie. Areszt domowy można było uważać raczej za przywilej, ponieważ nie musiały pełnić służby przy złej pogodzie. Wszelkie kary wymagały akceptacji Inspektoratu Obozów Koncentracyjnych lub Pohla. Należało stosować jak najmniej kar. "Niedociągnięcia" te miały być usuwane poprzez dobrotliwe pouczanie i odpowiednie kierowanie nimi. Nadzorczynie naturalnie wiedziały o tym wszystkim i większość z nich odpowiednio się też zachowywała.

Miałem zawsze wielki szacunek dla kobiet. W Oświęcimiu zrozumiałem jednak, że moje ogólne stanowisko musi ulec ograniczeniu i że kobiecie należy się najpierw dobrze przyjrzeć, zanim obdarzy się ją pełnym szacunkiem.

Powyższe odnosi się do większości żeńskiego personelu nadzorczego. Były jednak wśród nich, aczkolwiek nieliczne, dobre, godne zaufania, przyzwoite kobiety. Nie potrzeba specjalnie podkreślać, iż w takim otoczeniu i w takich warunkach Oświęcimia bardzo cierpiały. Nie mogły się jednak z tego wydostać, były bowiem obowiązane do służby wojennej. Niektóre z nich skarżyły mi się, a częściej jeszcze mojej żonie, na swoją niedolę. Można je było pocieszać jedynie tym, że wojna się skończy, jednak było to naprawdę niewielką pociechą.

Do nadzorowania pracujących poza terenem obozu grup więźniarek do obozu kobiecego byli przydzieleni również przewodnicy psów. Już w Ravensbrück przydzielono psy nadzorczyniom grup pracujących zewnątrz obozu w celu zmniejszenia liczby personelu strażniczego. Nadzorczynie były wprawdzie uzbrojone w pistolety, jednakże Reichsführer SS spodziewał się, że użycie psów podziała odstraszająco na więźniarki, kobiety bowiem zwykle bardzo boją się psów, podczas gdy mężczyźni mniej się z nimi liczą.

W Oświęcimiu, gdzie były wielkie masy więźniów, nadzór nad grupami roboczymi zatrudnionymi poza obozem był zawsze problematyczny. Zbyt mała była załoga. W nadzorowaniu większych terenów, na których pracowano, pomagały łańcuchy posterunków. Ze względu jednak na stale zmieniające się w ciągu dnia miejsca pracy, jak np. w rolnictwie, przy kopaniu rowów i innych pracach tego rodzaju, system ten nie mógł być stosowany. Ponieważ było mało nadzorczyń, konieczne stało się użycie możliwie wielu strażników z psami. Jednakże nawet 150 psów nie wystarczało. Reichsführer SS liczył na to, iż użycie jednego psa pozwoli zaoszczędzić dwóch strażników. Jeśli chodzi o grupy kobiece, było to możliwe, ponieważ kobiety na ogół boją się psów.

Oświęcimska "psia drużyna" była z pewnością, jeżeli chodzi o materiał żołnierski, najbardziej doborowa, ale w sensie negatywnym. Gdy zaczęto poszukiwać ochotników do przeszkolenia na przewodników psów, zgłosiła się połowa batalionu. Kandydaci spodziewali się, iż będą mieli lżejszą i bardziej urozmaiconą służbę. Ponieważ nie można było uwzględnić zgłoszeń wszystkich ochotników, kompanie znalazły sprytne wyjście z sytuacji - zgłosiły wszystkie czarne owce kompanijne, aby się ich pozbyć. Niech się teraz ktoś inny martwi, co z nimi zrobić. Wśród kandydatów jedynie niewielu nie było karanych dyscyplinarnie. Gdyby dowódca oddziału dokładniej przyjrzał się zgłoszeniom, nie pozwoliłby nigdy przysłać tych ludzi na szkolenie. Już w trakcie, szkolenia w specjalnym zakładzie doświadczalnym w Oranienburgu niektórzy z nich zostali odesłani jako całkowicie nie nadający się.

Gdy po przeszkoleniu wrócili do Oświęcimia i utworzono z nich "psią drużynę", widać było do razu, z jaką wspaniałą jednostką ma się do czynienia. A cóż dopiero przy pracy. Albo bawili się z psami, albo leżeli w jakiejś dziurze i spali, pies budził ich przecież przy "zbliżaniu się wroga" lub też zabawiali się rozmową z nadzorczyniami czy też więźniarkami. Wielu z nich miało regularne stosunki z "zielonymi" instruktorkami. Ponieważ byli stale zatrudnieni w obozie kobiecym, nie stanowiło dla nich trudności stałe przychodzenie do "swojej" grupy roboczej.

Z nudów i dla zabawy szczuli również więźniarki psami. Jeżeli ich przy tym schwytano, tłumaczyli się, że pies sam się rzucił na więźniarkę na skutek jej rzucającego się w oczy zachowania, że zgubił smycz itd. Mieli zawsze gotowe wymówki. Zgodnie z regulaminem byli obowiązani do codziennej pracy nad dalszym szkoleniem psa.

Ze względu na to, że szkolenie nowych specjalistów było bardzo uciążliwe, przewodników wolno było zwalniać jedynie z powodu szczególne ciężkich uchybień, jak np. na skutek ukarania przez sąd SS, złego obchodzenia się z psami czy też poważnego zaniedbania obowiązków.

Opiekun psów, stary wachmistrz policji, który od 25 lat miał z nimi do czynienia, wpadał często w rozpacz z powodu zachowania się przewodników. Ci jednak wiedzieli, że nie grozi im nic, że zwolnić ich ze służby nie jest tak łatwo. Inny dowódca nauczyłby tę bandę rozumu, ale ci panowie mieli inne, wiele ważniejsze zadania. Ile miałem kłopotów z tą psią drużyną, jakie starcia z jej powodu z dowódcą załogi. Glücks uważał, iż nie miałem zrozumienia dla istotnych spraw załogi. Dlatego też nigdy nie mogłem u niego uzyskać zgody na zwolnienie oficera, który był nie do zniesienia w obozie. Można byłoby uniknąć wiele zła, gdyby stosunek Glücksa do mnie był inny.

Reichsführer SS dążył do tego, aby w czasie wojny personel nadzorczy w coraz większym stopniu zastępować różnymi mechanicznymi środkami, jak np. łatwo przenośnymi zaporami z drutu, w przypadku stałych miejsc pracy zaporami z drutu pod napięciem elektrycznym, a nawet polami minowymi czy też poprzez posługiwanie się w szerszym zakresie psami. Komendant, który by wynalazł rzeczywiście nadającą się do zastosowania metodę pozwalającą na zmniejszenie personelu nadzorczego, miał otrzymać natychmiast awans. Nic jednak z tego nie wyszło.

Reichsführerowi SS zdawało się, że można tak wyszkolić psy, aby okrążały więźniów, podobnie jak to ma miejsce w przypadku stada owiec, i w ten sposób uniemożliwiały ucieczkę. Jeden strażnik z kilkoma psami byłby wówczas w stanie nadzorować nawet stu więźniów. Przeprowadzone próby nie dawały jednak żadnych wyników. Ludzie to nie bydło. Nawet wówczas, gdy psu wpoi się największe uczulenie na strój i odór więźniów, kiedy wytresuje się go, aby nie dopuszczał do siebie zbyt blisko więźniów, pies zawsze pozostanie zwierzęciem, nad którym człowiek zawsze będzie górował. Jeśli więźniom się uda w jakimś miejscu odwrócić uwagę psów, pozostawią one znaczny odcinek bez ochrony, który można wykorzystać do ucieczki. Psy nie były również w stanie przeszkodzić więźniom w masowej ucieczce. Mogły one wprawdzie uczynić kilku więźniom wiele złego, zostałyby jednak zabite wraz ze swymi "przewodnikami".

Himmler chciał dalej, aby psy zastępowały posterunki na wieżach strażniczych. Psy miały krążyć wokół obozu lub też wokół stałego miejsca pracy swobodnie między dwoma zaporami z drutu i dawać znać o ewentualnym zbliżaniu się więźniów oraz uniemożliwiać przerwanie zapory. Również i to nie dało wyników. Psy albo zasypiały w jakimś miejscu, albo też dawały się wprowadzić w błąd. Przy sprzyjającym wietrze przeciwnym pies w ogóle nie zauważał nic lub też posterunki nasłuchowe nie słyszały szczekania.

Minowanie terenu było bronią obosieczną. Miny należało dokładnie układać i precyzyjnie nanosić na plan pola minowego, ponieważ najpóźniej po upływie kwartału stawały się bezużyteczne i trzeba je było wymieniać. Przez część terenu musiano z różnych względów przechodzić, co powodowało, iż więźniowie mogli zauważyć, które miejsca są wolne od min.

Globocnik104 zastosował minowanie wokół miejsc masowej zagłady. Mimo gruntownego zaminowania Sobiboru *[Sobibór, oficjalna nazwa obozu "SS-Sonderkommando Sobibor". Budowę obozu rozpoczęto w marcu 1942 r. w pobliżu stacji kolejowej. Obszar obozu obejmował początkowo 12 hektarów, potem rozrósł się do blisko 59 ha. Załogę stanowiło 30 SS-manów i 100-150 strażników z ukraińskich formacji pomocniczych. Pierwsze ofiary - robotnicy żydowscy zgładzeni zostali prawdopodobnie 3 maja 1942 r. W okresie swojego funkcjonowania, tj. do października 1943 r., obóz zagłady przyjął 104 lub 106 transportów po 2 do 3 tysięcy ludzi każdy, nie licząc transportów pieszych i samochodowych. 14 października 1943 r. w obozie wybuchło powstanie. Przywódcami byli: oficer armii radzieckiej porucznik Aleksander Pieczerski "Sasza" i Żyd pochodzący z Żółkiewki Feldhendler. Ogółem z obozu uciekło 300 osób. Uratowali się głównie Żydzi polscy i jeńcy radzieccy. Żydzi zachodnioeuropejscy nie znający ani terenu, ani języka zostali wyłapani przez żołnierzy 689 batalionu ochronnego Wehrmachtu stacjonującego w Chełmie.] Żydom powiodła się ucieczka, przy czym zabity został prawie cały personel strażniczy. Udało im się to dzięki temu, iż znali przejścia wolne od min. Wobec ludzkiej inteligencji technika i zwierzęta są bezradne. Nawet podwójnie zabezpieczoną zaporę z drutu pod napięciem elektrycznym, przy odpowiedniej rozwadze i zimnej krwi, można w okresie suszy pokonać za pomocą najprostszych środków. Tego rodzaju próby wielokrotnie się udawały. Zdarzało się również wielokrotnie, iż strażnicy, którzy od zewnątrz zbyt blisko podeszli do przeszkody, musieli tę nieostrożność przypłacić życiem.

W wielu miejscach mówiłem już o tym, co uważałem za swoje główne zadanie: za pomocą wszelkich możliwych środków kontynuować budowę wszystkich obiektów SS należących do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Jeśli w pierwszym spokojniejszym okresie wydawało mi się, że widzę już zbliżające się zakończenie wykonania nakazanych przez Reichsführera SS działań i robót budowlanych, to przychodziły nowe plany i znów coś nowego było pilnie potrzebne.

To ciągłe poganianie przez samego Reichsführera, przez trudności, wywołane wojną, przez prawie codzienne występowanie nowych niedomagań w samych obozach wskutek nieustannego napływu nowych więźniów powodowały, iż myślałem jedynie o swej pracy i patrzyłem na wszystko pod jej kątem widzenia. Sam popędzany przez wszystkie wspomniane okoliczności, poganiałem również wszystkich moich podwładnych, niezależnie od tego, czy to byli SS-mani, pracownicy cywilni, zainteresowane komórki czy firmy, a także więźniowie. Istniało dla mnie tylko jedno posuwać się naprzód, popędzać, aby stworzyć lepsze warunki do realizacji nakazanych poleceń.

Reichsführer SS żądał wypełnienia obowiązków, dania z siebie wszystkiego aż do pełnego poświęcenia się. Wszyscy w Niemczech powinni dać z siebie wszystko, abyśmy mogli wygrać wojnę. Zgodnie z wolą Reichsführera SS obozy koncentracyjne włączone zostały w proces produkcji zbrojeniowej. Zadaniu temu należało bezwzględnie podporządkować wszystko. Jednoznacznie świadczyło o tym jego świadome przechodzenie do porządku dziennego nad ogólnymi warunkami panującymi w obozie, które były nie do utrzymania. Zbrojenia miały pierwszeństwo, należało usuwać wszystko, co stawało im w drodze.

Nie wolno mi było pozwolić sobie na jakiekolwiek uczucia, które mogłyby temu przeszkodzić. Musiałem być jeszcze bardziej twardy, zimny i bezlitosny wobec niedoli więźniów. Widziałem wszystko zupełnie dokładnie, często zbyt realnie, nie wolno mi było jednak się temu poddawać. Na drodze tej nie wolno mi było zatrzymywać się na skutek czegoś, co ginęło po drodze. Wszystko, co stało na drodze do osiągnięcia ostatecznego celu wygrania wojny, stawało się bez znaczenia.

Tak rozumiałem swoje zadanie. Nie mogłem pójść na front, dlatego też w ojczyźnie musiałem dla frontu czynić wszystko, co było w mojej mocy. Dzisiaj widzę, że moje gonienie i popędzanie nie miały żadnego wpływu na wygranie wojny. Wówczas jednak zdecydowanie wierzyłem w nasze ostateczne zwycięstwo, dla którego musiałem pracować i nie wolno mi było niczego zaniedbać.

Zgodnie z wolą Reichsführera SS Oświęcim stał się największym w dziejach zakładem uśmiercania ludzi. Gdy latem 1941 r. wydał on mi osobiście rozkaz przygotowania w Oświęcimiu miejsca dla masowej zagłady ludzi i przeprowadzenie tej zagłady, nie miałem najmniejszego wyobrażenia o rozmiarach i skutkach tej akcji. Rozkaz ten był wprawdzie czymś niezwykłym, czymś niesłychanym, jednakże jego uzasadnienie sprawiło, iż ta akcja zagłady wydała mi się słuszna. Nie zastanawiałem się nad tym, otrzymałem rozkaz i miałem go wykonać. Czy ta masowa zagłada Żydów była konieczna czy też nie, nie zastanawiałem się nad tym; tak daleko nie mogłem patrzeć. Jeżeli sam Führer nakazał "ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej", stary narodowy socjalista, a tym bardziej oficer SS, nie mógł się nad tym zastanawiać. "Führer rozkazuje, my słuchamy" - hasło to nie było dla nas bynajmniej pustym frazesem. Traktowaliśmy je bardzo poważnie. Od chwili mego uwięzienia wielokrotnie mi mówiono, że mogłem sprzeciwić się temu rozkazowi, że mogłem nawet zastrzelić Himmlera. Nie wierzę, aby wśród tysięcy oficerów SS choć jednemu przyszła taka myśl do głowy. Coś takiego było po prostu niemożliwe. Wprawdzie wielu oficerów SS szemrało, a nawet złościło się z powodu niejednego surowego rozkazu Reichsführera SS, ale wszystkie wykonywali. Na skutek nieubłaganej surowości Reichsführer SS niejednego oficera SS boleśnie dotknął, jednakże żaden z nich nie odważyłby się - jestem o tym głęboko przekonany - targnąć się na niego, choćby w najskrytszych, myślach.

Osoba Reichsführera SS była nietykalna. Jego zasadnicze rozkazy wydawane w imieniu Führera były święte. Nie podlegały one żadnej wykładni czy interpretacji, nie zastanawiano się nad nimi. Wykonywane były aż do ostatecznych konsekwencji, do świadomego oddania życia, jak to uczyniło wielu oficerów SS w czasie wojny. Nie na darmo w czasie szkolenia stawiano za przykład Japończyków jako świetlane przykłady poświęcenia się dla państwa i dla cesarza, który był zarazem ich bogiem. Szkolenie oficerów SS nie przemijało bez śladu jak wykłady uniwersyteckie. Tkwiło ono głęboko i Reichsführer SS wiedział o tym, czego może wymagać od swych sztafet ochronnych.

Osoby postronne nie potrafią tego zrozumieć, że nie było oficera SS, który by odmówił wykonania rozkazu Reichsführera SS lub też mógł go zabić na skutek wydania okrutnego rozkazu. Każdy rozkaz Führera lub najbliżej stojącej osoby Reichsführera SS był zawsze słuszny. Również demokratyczna Anglia ma swoją zasadę w sprawach państwowych "right or wrong - my country!" *[w tłumaczeniu dosłownym; dobrze czy źle, lecz to mój kraj.], którą kieruje się każdy Anglik o wyrobionej świadomości narodowej.

Zanim jednak zaczęła się masowa zagłada Żydów, we wszystkich prawie obozach koncentracyjnych w latach 1941-1942 przeprowadzono likwidację radzieckich "politruków" i komisarzy politycznych. Zgodnie z tajnym rozkazem Führera we wszystkich obozach jenieckich specjalne oddziały Gestapo wyszukiwały wszystkich rosyjskich politruków i politycznych komisarzy *[17 lipca 1941 r. Reinhard Heydrich jako szef Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa (RSHA) wydał rozkaz nr 8 o powołaniu przy każdym obozie jeńców radzieckich specjalnych 4-6-osobowych komórek Gestapo, których zadaniem byłoby "oczyszczenie obozów jenieckich z elementów bolszewickich".]. Tych, których znaleziono, kierowano do najbliżej położonego obozu koncentracyjnego w celu likwidacji. Jako powód wydania tego zarządzenia podano, że Rosjanie natychmiast likwidują każdego niemieckiego żołnierza, który jest członkiem partii lub należy do jakiejkolwiek organizacji NSDAP, a w szczególności członków SS, oraz że polityczni funkcjonariusze Czerwonej Armii otrzymali polecenie, aby w przypadku dostania się do niewoli w obozach jeńców wojennych i miejscach pracy siali niepokój lub sabotowali pracę. Tacy wybrani funkcjonariusze polityczni Czerwonej Armii przysłani zostali również w celu ich likwidacji do Oświęcimia. Pierwsze niewielkie transporty były rozstrzeliwane przez oddziały egzekucyjne. W czasie mojej podróży służbowej mój zastępca, Schutzhaftlagerführer Fritzsch, zastosował do zabijania tych więźniów gaz, a mianowicie preparat kwasu pruskiego - cyklon B *[Cyklon B - masa chłonna, np. ziemia okrzemkowa lub bibuła nasycona środkiem trującym - cyjanowodorem z dodatkiem stabilizatora w postaci chloromrówczanu metylu.], używany systematycznie w obozie do niszczenia robactwa. Zapas tego preparatu znajdował się na miejscu. Po moim powrocie Fritzsch zameldował mi o tym i przy następnym transporcie ponownie użyto tego gazu. Zagazowanie przeprowadzono w celach aresztu bloku 11. Ja sam, założywszy maskę gazową, przyglądałem się uśmiercaniu. W zatłoczonych celach śmierć następowała natychmiast po wrzuceniu preparatu. Tylko krótki, prawie zdławiony krzyk i było po wszystkim. Ten pierwszy przypadek zagazowania ludzi nie dotarł w pełni do mojej świadomości, byłem prawdopodobnie pod zbyt silnym wrażeniem tego wydarzenia. Bardziej utkwiło mi w pamięci zagazowanie krótko po tym 900 Rosjan w starym krematorium, ponieważ korzystanie z bloku 11 stwarzało zbyt wiele zachodu. Podczas wyładowywania transportu wybito kilka otworów w suficie kostnicy i nasypie ziemnym nad nią. Rosjanie musieli się rozebrać w przedsionku i weszli spokojnie do kostnicy. Powiedziano im, że mają być odwszeni. Cały transport wypełnił akurat kostnicę. Zamknięto drzwi i przez otwory wsypano gaz. Nie wiem, jak długo trwało uśmiercanie, ale przez pewien czas słychać jeszcze było brzęczenie. Przy wrzucaniu gazu kilku jeńców krzyknęło "gaz", po czym rozległ się głośny ryk i zaczęto napierać na obydwoje drzwi, które jednak wytrzymały napór.

Dopiero po kilku godzinach otwarto i przewietrzono pomieszczenie. Po raz pierwszy widziałem taką liczbę zagazowanych ludzi. Mimo iż znacznie gorzej wyobrażałem sobie śmierć w wyniku zagazowania, poczułem się jednak nieswojo, odczułem zgrozę. Wyobrażałem sobie tego rodzaju śmierć jako bolesne uduszenie. Zwłoki nie nosiły jednak śladów jakichkolwiek skurczów. Jak mi wyjaśnili lekarze, kwas pruski działa paraliżująco na płuca, działanie jego jednak jest tak szybkie i silne, że nie wywołuje objawów uduszenia, jak to ma miejsce np. przy uduszeniu gazem świetlnym bądź też przy pozbawianiu dopływu tlenu.

Nie zastanawiałem się wówczas nad kwestią zabijania jeńców radzieckich. Taki był rozkaz i musiałem go wykonać. Muszę jednak otwarcie powiedzieć, że zagazowanie to wpłynęło na mnie uspokajająco, wkrótce bowiem miało się rozpocząć masowe uśmiercanie Żydów, a do tej chwili ani Eichmann, ani też ja nie zdawaliśmy sobie sprawy, w jaki sposób te masy będą zabijane. Miało to następować za pomocą gazu, ale jak i jakiego gazu? Teraz znaleźliśmy zarówno gaz, jak i sposób postępowania.

Ogarniała mnie groza, gdy myślałem o rozstrzeliwaniach, masowych egzekucjach dzieci i kobiet. Miałem już dosyć egzekucji zakładników i grupowych rozstrzeliwań dokonywanych na rozkaz Reichsführera SS lub RSHA. Teraz byłem spokojny, że oszczędzone zostaną nam wszystkim te krwawe łaźnie, że ofiarom do ostatniego momentu zaoszczędzi się cierpień. Było to największą moją troską, gdy myślałem o opowiadaniach Eichmanna o masowym rozstrzeliwaniu Żydów za pomocą karabinów i pistoletów maszynowych. Rozgrywały się przy tym podobno straszliwe sceny: ucieczki postrzelonych, dobijanie rannych, przede wszystkim kobiet i dzieci. Następowały częste samobójstwa w szeregach oddziałów operacyjnych *[Oddziały operacyjne - Einsatzkommandos wchodziły w skład specjalnych formacji Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa, tzw. Einsatzgruppen. Einsatzgruppen działały na tyłach Wehrmachtu podczas aneksji Austrii i Czechosłowacji, a także w wojnie obronnej Polski i w wojnie ze Związkiem Radzieckim. Do zadań tych oddziałów należała fizyczna likwidacja lub izolacja politycznych i ideologicznych przeciwników Rzeszy na tyłach obszaru operacyjnego armii. Eksterminacja w tej formie objęła np. w Polsce uczestników powstań śląskich i powstania wielkopolskiego, a w Związku Radzieckim komisarzy politycznych w wojsku, członków WKP(b) i pracowników aparatu policyjnego. Równocześnie Einsatzkommandos przeprowadziły likwidację fizyczną Żydów napotkanych w strefie przyfrontowej. W wyroku z 10 kwietnia 1948 r. Amerykański Trybunał Wojskowy w Norymberdze uznał Einsatzgruppen za odpowiedzialne za wymordowanie około 2 milionów mężczyzn, kobiet i dzieci. Spośród 22 dowódców Einsatzgruppen i Einsatzkommandos sądzonych przez ATW trybunał na karę śmierci skazał 14 osób.], które nie wytrzymywały tego ciągłego nurzania się we krwi. Kilku członków tych oddziałów zwariowało. Większość członków oddziałów operacyjnych podtrzymywała się alkoholem przy wykonywaniu tej straszliwej pracy. Według opowiadań Hoflego, również ludzie z Globocnikowych miejsc eksterminacji pochłaniali niesamowite ilości alkoholu.

Wiosną 1942 roku przybył pierwszy transport Żydów z Górnego Śląska, którzy mieli być wszyscy zabici. Zaprowadzono ich z rampy przez łąki, na których znajdował się III odcinek budowlany, do zagrody chłopskiej - bunkra I *[Bunkrem l nazywano w Brzezince pierwszą komorę gazową urządzoną w specjalnie do tego celu przebudowanym budynku mieszkalnym jednego z wysiedlonych mieszkańców wsi Brzezinka. Zamurowano okna, wzmocniono i uszczelniono drzwi. W ścianach zewnętrznych zrobiono otwory wrzutowe na gaz. Rozwieszono napisy informacyjne mające uspokoić transport - "do łaźni", "do dezynfekcji".]. Aumeier, Palitzsch i jeszcze kilku Blockführerów prowadziło ich i spokojnie rozmawiało, wypytując o zawody i umiejętności, aby ich w ten sposób wprowadzić w błąd. Po przyjściu na miejsce Żydzi musieli się rozebrać. Początkowo wchodzili całkiem spokojnie do pomieszczeń, w których miała się odbywać dezynfekcja. Kilku jednak z nich zaczęło okazywać zaniepokojenie i mówić o duszeniu, o zagładzie. Powstała pewnego rodzaju panika. Szybko jednak wepchnięto znajdujących się jeszcze na zewnątrz Żydów do komór i zaśrubowano za nimi drzwi. Przy następnych transportach z samego początku wyławiano niespokojne elementy i nie spuszczano z nich oka. Jeżeli zauważono zaniepokojenie, szerzących je niepostrzeżenie prowadzono za dom i tam zabijano z małokalibrowego karabinu w taki sposób, aby inni nie mogli tego zauważyć. Również obecność Sonderkommando *[Wszystkie czynności, takie jak usuwanie zwłok z komór gazowych, obcinanie włosów, wyrywanie złotych zębów i palenie trupów, wykonywali więźniowie wchodzący w skład specjalnej grupy roboczej - Sonderkommando. Wybierano ich przeważnie spośród więźniów żydowskich z kraju, z którego aktualnie przychodziły transporty. Byli oni starannie izolowani od reszty więźniów w obozie. W obozie macierzystym umieszczano ich w piwnicach bloku 11, natomiast w Brzezince w wydzielonym bloku, a od czerwca 1944 r. na strychach krematoriów. Więźniów pracujących w Sonderkommando po paru miesiącach likwidowano i zastępowano nowymi, z wyjątkiem tzw. fachowców, tj. palaczy, mechaników i funkcyjnych.] i jego uspokajające zachowanie zmniejszało zaniepokojenie tych, którzy przeczuwali, co ich czeka. Poza tym uspokajająco działał również fakt, iż niektórzy członkowie Sonderkommando wchodzili do pomieszczeń i pozostawali w nich do ostatniego momentu, podobnie jak i jeden z SS-manów, który stał w drzwiach. Ważne było przede wszystkim, aby przy całym procesie doprowadzania i rozbierania się panował możliwie jak największy spokój. Żadnych krzyków, żadnego popędzania. Jeśli ktoś nie chciał się rozebrać, musieli im pomagać ci, którzy już byli rozebrani lub członkowie Sonderkommando. W drodze łagodnej perswazji uspokajano opornych i skłaniano do rozebrania się.

Więźniowie z Sonderkommando starali się, aby rozbieranie odbywało się szybko i ofiary nie miały czasu na zastanawianie się. W ogóle gorliwa pomoc Sonderkommanda przy rozbieraniu i wprowadzaniu więźniów do komór gazowych była czymś szczególnym. Nigdy się z tym nie spotkałem ani też nie słyszałem, aby kiedykolwiek przeznaczonym do zagazowania powiedzieli cokolwiek na temat tego, co ich czeka. Wręcz przeciwnie, starali się czynić wszystko, aby ich wprowadzić w błąd, przede wszystkim zaś uspokoić tych, którzy coś przeczuwali. Jeśli ludzie ci nie wierzyli SS-manom, to mieli jednak zaufanie do więźniów swojej rasy, choćby tylko dlatego, że mogli się z nimi porozumieć. Również dlatego, aby mogli oddziaływać uspokajająco, Sonderkommanda składały się wyłącznie z Żydów pochodzących z tych samych krajów, z których przybywały transporty w ramach danej akcji. Przybyli kazali sobie opowiadać o życiu w obozie i pytali przeważnie o miejsce pobytu znajomych i krewnych z wcześniejszych transportów. Interesujące było, jak członkowie Sonderkommando ich okłamywali, z jaką siłą przekonywania i za pomocą jakich gestów podkreślali swoje opowiadania. Wiele kobiet ukrywało swoje niemowlęta w stosach ubrań. Członkowie Sonderkommando szczególnie zwracali na to uwagę i tak długo przekonywali kobietę, aż ta w końcu zabierała dziecko z sobą. Kobiety były przekonane, że dezynfekcja może być szkodliwa dla dzieci, dlatego też je ukrywały. Mniejsze dzieci przeważnie płakały przy rozbieraniu w tak niezwykłych warunkach, uspokajały się jednak, gdy matki lub też członkowie Sonderkommando do nich przemówili i bawiąc się lub przekomarzając wchodziły do komór z zabawkami w ramionach.

Zauważyłem, że kobiety, które przeczuwały lub też wiedziały, co je czeka, z wyrazem śmiertelnej trwogi w oczach zdobywały się na to, aby żartować z dziećmi lub też je łagodnie przekonywać. Pewnego razu w przejściu podeszła do mnie zupełnie blisko jedna z kobiet i wskazując na czworo swoich dzieci, które grzecznie trzymały się za ręce, aby przeprowadzić najmniejsze przez nierówności terenu, szepnęła mi: "Jak możecie zdobyć się na to, aby zabijać te piękne, miłe dzieci? Czy nie macie serc?". Pewien starzec syknął do mnie, przechodząc "Za ten masowy mord na Żydach Niemcy będą musieli ciężko odpokutować". Oczy jego płonęły przy tym nienawiścią. Mimo to poszedł spokojnie do komory, nie zwracając uwagi na innych. Pewna młoda kobieta zwróciła na siebie moją uwagę, gdy biegając tu i tam, bardzo gorliwie pomagała rozbierać małe dzieci oraz starszym kobietom. Przy selekcji miała przy sobie dwoje małych dzieci. Już wówczas swym wyglądem i podnieceniem zwróciła na siebie moją uwagę. Nie wyglądała wcale na Żydówkę. Teraz nie miała przy sobie żadnych dzieci. Do końca kręciła się wokół kobiet, które miały dużo dzieci i nie były jeszcze rozebrane. Do bunkra weszła jako jedna z ostatnich. W drzwiach zatrzymała się i powiedziała: "Od samego początku wiedziałam, że przywieziono nas do Oświęcimia na zagazowanie. Uniknęłam przy selekcji zaliczenia mnie jako zdolnej do pracy, biorąc do siebie dzieci. Chciałam to wszystko przeżyć z całą świadomością. Myślę, że nie będzie to trwało długo. Bądźcie zdrowi".

Od czasu do czasu zdarzało się, że przy rozbieraniu się kobiety wydawały nagle wstrząsające krzyki, poczynały sobie wyrywać włosy z głowy i zachowywały się jak szalone. Wówczas szybko wyprowadzano je za dom, gdzie natychmiast zabijano strzałem w potylicę z małokalibrowego karabinu. Zdarzało się również, że w momencie gdy członkowie Sonderkommando opuszczali komorę, kobiety zdając sobie sprawę z tego, co ich czeka, wykrzykiwały pod naszym adresem wszelkie możliwe przekleństwa. Przeżyłem również to, że pewna kobieta przy zamykaniu komory chciała wypchnąć swoje dzieci i wołała z płaczem: "Pozostawcie przynajmniej moje drogie dzieci przy życiu".

Wiele było takich wstrząsających scen, które robiły wrażenie na wszystkich obecnych.

Na wiosnę 1942 r. setki młodych ludzi szło pod kwitnącymi drzewami owocowymi zagrody chłopskiej, w większości nie przeczuwając, że idą na śmierć w komorach gazowych. Ten obraz budzenia się życia i przemijania stoi mi jeszcze dziś dokładnie przed oczyma.

Już sama selekcja na rampie obfitowała w różne wydarzenia. Na skutek rozdzielania rodzin, oddzielania mężczyzn od kobiet i dzieci, w całym transporcie panowało duże poruszenie i niepokój. Następnie oddzielanie zdolnych do pracy zamęt ten jeszcze powiększało. Rodziny chciały koniecznie być razem. Wyselekcjonowani uciekali z powrotem do swoich rodzin lub matki z dziećmi próbowały przedostać się do swoich mężów czy też starszych dzieci wyselekcjonowanych do pracy. Powstawało często takie zamieszanie, że musiano nieraz przeprowadzać ponowna selekcję. Panująca ciasnota nie pozwalała na stosowanie lepszych metod selekcji. Wszystkie próby uspokojenia podnieconych mas ludzkich nie skutkowały i często musiano przywracać porządek siłą.

Jak już wielokrotnie wspominałem, Żydzi mają silnie rozwinięty zmysł rodzinny. Czepiają się siebie wzajemnie jak łopian. Według moich obserwacji brak im jednak poczucia wzajemnej przynależności. Należałoby przypuszczać, iż w takiej sytuacji jeden powinien chronić drugiego. Nie, przeciwnie, często spotykałem się z tym, a także słyszałem, że Żydzi - szczególnie pochodzący z Zachodu - podawali adresy ukrywających się jeszcze współplemieńców. Pewna kobieta już z komory gazowej krzyknęła do podoficera jeszcze jeden adres żydowskiej rodziny. Jakiś mężczyzna, sądząc po ubraniu oraz zachowaniu się, z najlepszych sfer, podał mi przy rozbieraniu się kartkę, na której były zapisane adresy szeregu rodzin holenderskich, u których ukrywali się Żydzi. Nie potrafię sobie wyjaśnić, co skłaniało tych ludzi do doniesień. Czy płynęło to z chęci osobistej zemsty, czy z zawiści, ponieważ zazdrościli im dalszego życia? Równie dziwne było całe zachowanie się członków Sonderkommando. Wiedzieli oni dokładnie, iż po zakończeniu akcji spotka ich ten sam los jak tysiące ich współplemieńców, przy których eksterminacji aktywnie pomagali. Pracowali mimo to z gorliwością, która mnie zawsze dziwiła. Nie tylko nigdy nie mówili ofiarom o tym, co ich czeka, nie tylko troskliwie pomagali im przy rozbieraniu się, lecz także stosowali siłę wobec opierających się, jak np. wyprowadzając ich i trzymając przy rozstrzeliwaniu. Prowadzili oni ofiary w ten sposób, że nie mogły one widzieć podoficera stojącego z karabinem, aby ten mógł niepostrzeżenie przyłożyć karabin do potylicy ofiary. Tak samo postępowali z ułomnymi i chorymi, których nie można było wprowadzić do komory gazowej. Czynili to wszystko tak naturalnie, jak gdyby sami należeli do grona przeprowadzającego akcję zagłady. Następnie wyciągali zwłoki z komór, wyrywali złote zęby, obcinali włosy, wlekli zwłoki do dołów lub też pieców. Podtrzymywali ogień w dołach, polewali zwłoki zebranym tłuszczem, rozgrzebywali palące się zwały zwłok w celu zapewnienia dopływu powietrza. Wszystkie te prace wykonywali z tępą obojętnością, jak gdyby to było czymś powszednim. Wlokąc zwłoki jedli lub palili. Nawet przy takiej okrutnej pracy jak spalanie zwłok leżących już przez dłuższy czas w masowych grobach nie przestawali jeść. Często zdarzało się, iż Żydzi z Sonderkommando napotykali wśród trupów zwłoki swoich najbliższych lub wśród idących do komór gazowych. Dotykało to ich widocznie, jednakże nigdy nie doszło do jakiegokolwiek zajścia. Jeden taki przypadek sam widziałem. Przy wyciąganiu zwłok z komory jeden z członków Sonderkommando stanął jak wryty, następnie jednak wraz z towarzyszem wyciągnął zwłoki. Spytałem kapo, co się stało. Stwierdził on, iż Żyd ten znalazł wśród zwłok własną żonę. Obserwowałem tego Żyda jeszcze przez pewien czas, nie zauważyłem jednak nic szczególnego. Nadal wyciągał zwłoki. Gdy w jakiś czas później ponownie przyszedłem do tego kommanda; siedział on między drugimi i jadł, jak gdyby nic się nie stało. Czy potrafił tak dobrze ukryć swoje wzruszenie, czy już tak otępiał, że to przeżycie nie mogło go poruszyć?

Skąd Żydzi w Sonderkommando czerpali siły do wykonywania tej straszliwej pracy dniem i nocą? Czy liczyli na jakiś szczególny przypadek, który im pozwoli ujść z życiem? Czy przez to wszystko tak stępieli, czy też byli zbyt słabi, aby skończyć z sobą i w ten sposób uciec od takiej "egzystencji"? *[Członkowie Sonderkommando czynnie uczestniczyli w obozowym ruchu oporu, dostarczali wiadomości o wydarzeniach, których byli świadkami, wykonali potajemnie trzy zdjęcia z akcji zagłady latem 1944 r., dostarczali środki materialne znalezione przy zabitych na finansowanie ucieczek. Niejednokrotnie namawiali do buntu transporty idące na śmierć, zresztą bez widocznego rezultatu. Już po odejściu Hössa z Oświęcimia Żydzi pracujący w Sonderkommando zorganizowali w dniu 7 października 1944 r. bunt i podpalili krematorium IV. Bunt został opanowany, większość członków Sonderkommando zginęła.]

Obserwowałem ich bardzo uważnie, nie zdołałem jednak zgłębić naprawdę ich zachowania się. Życie i umieranie Żydów stanowiły dla mnie prawdziwe zagadki, których nie byłem w stanie rozwiązać. Wszystkie te przeżycia, te wydarzenia, które tutaj opisałem, a do których mógłbym dodać jeszcze niezliczoną liczbę innych, stanowią jedynie wycinki i migawki z całego procesu zagłady.

Ta masowa zagłada wraz z towarzyszącymi jej okolicznościami nie przeszła bez śladu wśród uczestniczących w niej. Pozostawiła ona głębokie ślady, nie licząc wyjątków, wśród wszystkich, którzy zostali odkomenderowani do tej niesłychanej "pracy", do tej "służby". Również i mnie wydarzenia te dały wiele do myślenia i pozostawiły głębokie wrażenie. Większość uczestniczących w tej akcji podchodziła do mnie podczas mych kontrolnych obchodów miejsc zagłady, aby pozbyć się przygnębienia, podzielić się wrażeniami, abym ich uspokoił. Z ich poufnych rozmów wynikało stale powtarzające się pytanie: czy to, co czynimy, jest konieczne? Czy konieczna jest zagłada setek tysięcy kobiet i dzieci? I ja, który sam sobie w głębi duszy niezliczoną liczbę razy stawiałem takie samo pytanie, musiałem ich zbywać rozkazem Führera, musiałem ich tym pocieszać. Musiałem im mówić, że to zniszczenie żydostwa jest konieczne, aby Niemcy, aby naszych potomków uwolnić po wsze czasy od najzagorzalszych przeciwników.

Wprawdzie rozkaz Führera, jak i to, że wykonać go musiano, było czymś niewzruszonym, ale wszystkich dręczyły tajone wątpliwości. Ja sam również w żadnym przypadku nie mogłem przyznać się do podobnych wątpliwości. Chcąc zmusić innych do psychicznego przetrwania, musiałem okazywać niezłomne przeświadczenie o konieczności wykonania tego okrutnego i twardego rozkazu. Wszyscy patrzyli na mnie, jakie wrażenie robią na mnie tego rodzaju sceny, jak to wyżej przedstawiłem, jak ja na nie reaguję. Byłem dokładnie pod tym względem obserwowany. Komentowano każdą moją wypowiedź. Musiałem bardzo panować nad sobą, aby pod wpływem wzburzenia spowodowanego powyższymi przeżyciami nie dać po sobie poznać wewnętrznych wątpliwości i przygnębienia. Musiałem wydawać się zimnym i bez serca w okolicznościach, w których każdemu czującemu po ludzku kurczyło się serce. Nie wolno mi się było nawet odwrócić, gdy ogarniało mnie naturalne ludzkie wzburzenie. Musiałem chłodno przyglądać się, gdy matki szły do komór gazowych ze śmiejącymi się lub płaczącymi dziećmi. Pewnego razu dwoje małych dzieci tak pogrążyło się w zabawie, że nie chciały matce pozwolić się od niej oderwać. Nawet Żydzi z Sonderkommando nie chcieli zabrać dzieci. Nigdy nie zapomnę błagającego o zmiłowanie spojrzenia matki, która na pewno wiedziała, co się stanie. W komorze poczęto się niepokoić - musiałem działać. Wszyscy patrzyli na mnie. Dałem znak podoficerowi służbowemu, ten wziął opierające się dzieci na ręce i zaniósł je do komory wśród rozdzierającego płaczu matki. Pod wpływem współczucia najchętniej zapadłbym się pod ziemię, nie wolno mi jednak było okazać najmniejszego wzruszenia.

Musiałem na wszystko patrzeć. Dniem i nocą musiałem się przypatrywać wyciąganiu i paleniu zwłok, musiałem godzinami oglądać wyrywanie zębów, obcinanie włosów i inne okropności. Przebywałem godzinami wśród odrażającego odoru rozchodzącego się podczas rozkopywania masowych grobów i spalania zwłok. Na skutek uwagi zwróconej mi przez lekarzy musiałem przez okienko komory gazowej przyglądać się śmierci. Musiałem czynić to wszystko, ponieważ byłem osobą, na którą wszyscy patrzyli, ponieważ musiałem wszystkim okazać, że nie tylko wydaję rozkazy i zarządzenia, lecz także jestem gotów wszędzie być przy ich wykonywaniu, jak tego wymagam od swoich podkomendnych.

Reichsführer SS przysyłał od czasu do czasu różnych dygnitarzy partyjnych i oficerów SS do Oświęcimia, aby mogli przyjrzeć się eksterminacji Żydów. Wszyscy byli pod jej głębokim wrażeniem. Niektórzy z tych, którzy przed tym bardzo gorliwie prawili na temat konieczności tej zagłady, cichli i milkli na widok "ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej". Pytano mnie zawsze, jak możemy wytrzymać, jak ja i moi ludzie możemy nieustannie na to patrzeć? Odpowiadałem na to, że żelazna konsekwencja, z jaką wykonujemy rozkaz Führera, powoduje, iż muszą zniknąć wszelkie ludzkie odruchy. Każdy z tych panów mówił, że nie chciałby wykonywać takiego zadania. Nawet Mildner i Eichmann, którzy byli dostatecznie gruboskórni, nie mieli ochoty, aby się ze mną zamienić. Nikt mi nie zazdrościł tego zadania. Wielokrotnie i szczegółowo rozmawiałem z Eichmannem o wszystkim, co wiązało się z "ostatecznym rozwiązaniem kwestii żydowskiej", nie ujawniając jednak swoich wewnętrznych rozterek. Próbowałem wszelkimi środkami wydobyć z Eichmanna, jak w głębi duszy zapatruje się na "ostateczne rozwiązanie". Nawet wówczas, gdy byliśmy sami, w stanie oszołomienia alkoholowego, Eichmann był wprost opętany obsesją całkowitego zniszczenia wszystkich możliwych do osiągnięcia Żydów. Bez miłosierdzia i z zimną obojętnością musimy jak najszybciej przeprowadzić zagładę. Jakiekolwiek względy, nawet najmniejsze, gorzko by się później na nas zemściły. W obliczu takiej twardej konsekwencji musiałem głęboko kryć swoje ludzkie "zahamowania". Muszę otwarcie przyznać, że tego rodzaju odruchy po rozmowach z Eichmannem wydawały mi się niemal zdradą Führera. Nie miałem wyjścia z tej rozterki duchowej. Musiałem nadal kontynuować proces masowej zagłady, nadal przeżywać, nadal zimno przyglądać się temu, co mnie wewnętrznie najgłębiej poruszało.

Musiałem być zimny wobec wszelkich wydarzeń. Jednakże nawet mniejsze przeżycia, które niejednokrotnie nie dochodziły do świadomości innych, nie zacierały się szybko w mojej pamięci. A przecież w Oświęcimiu nie mogłem się naprawdę nigdy skarżyć na nudę. Jeżeli jakieś wydarzenie mnie szczególnie wzburzyło, nie mogłem udać się do domu, do mej rodziny. Dosiadałem konia i w szalonej jeździe starałem się pozbyć straszliwych obrazów albo też nocą chodziłem do stajni i tam, wśród moich ulubieńców znajdowałem uspokojenie. Często zdarzało się, że podczas pobytu w domu wracałem nagle myślami do jakiegoś szczegółu akcji eksterminacyjnej. Musiałem wówczas wychodzić z domu. Nie mogłem wytrzymać w serdecznej atmosferze rodzinnej. Często, gdy widziałem szczęśliwie bawiące się nasze dzieci, jak szczęśliwa jest moja żona ze swoją najmłodszą córeczką, nachodziły mnie myśli, jak długo będzie trwać jeszcze nasze szczęście. Moja żona nigdy nie umiała sobie wytłumaczyć moich posępnych nastrojów i przypisywała je służbowym kłopotom. Stojąc nocą na dworze przy transportach, przy komorach gazowych, przy płomieniach, często myślałem o mojej żonie i dzieciach, nie łącząc jednak ich bliżej z tym, co się wokół mnie działo. Często słyszałem to samo od ludzi żonatych pełniących służbę przy krematoriach czy też otwartych urządzeniach. Gdy widziało się kobiety z dziećmi idące do komór gazowych, mimo woli myślało się o własnej rodzinie. Od chwili rozpoczęcia akcji masowej zagłady nie zaznałem w Oświęcimiu nigdy szczęścia. Byłem z siebie niezadowolony. Do tego dochodziło główne zadanie, nie kończąca się praca i niesolidność współpracowników. Niezrozumienie i brak posłuchania u przełożonych. Rzeczywiście ani przyjemny, ani też godny pozazdroszczenia stan. A jednak mimo tego wszyscy w Oświęcimiu sądzili, że komendant dobrze sobie żyje. Prawda, że mojej rodzinie było w Oświęcimiu dobrze. Każde życzenie mojej żony i dzieci było spełniane. Dzieci mogły swobodnie szaleć do woli. Żona moja żyła wśród kwiatów jak w raju. Więźniowie czynili wszystko, aby wyświadczyć mojej żonie lub dzieciom jakąś przysługę lub zrobić im coś przyjemnego. Żaden były więzień nie mógłby zapewne powiedzieć, że kiedykolwiek w naszym domu został źle potraktowany. Każdemu więźniowi, który u nas pracował, moja żona chciała coś podarować, dzieci zaś stale żebrały u mnie o papierosy dla nich. Szczególnie przywiązane były do ogrodników. Całą naszą rodzinę charakteryzowała miłość do rolnictwa, szczególnie zaś do zwierząt. Co niedziela musiałem z rodziną objeżdżać pola, obchodzić stajnie, nie pomijaliśmy nawet psiarni. Szczególnymi względami cieszyły się oba nasze konie i źrebak. Dzieci miały zawsze w ogrodzie jakieś szczególne zwierzęta, znoszone przez więźniów: żółwie, kuny, koty lub jaszczurki. W ogrodzie było stale coś nowego i interesującego. Latem dzieci pluskały się w basenie w ogrodzie lub kąpały w Sole.

Największą radością była jednak wspólna kąpiel z tatusiem. On jednak miał mało czasu na te wszystkie dziecięce zabawy. Dzisiaj gorzko żałuję, że nie poświęcałem więcej czasu swojej rodzinie. Zawsze uważałem, iż muszę być stale na służbie. Przez to przesadne poczucie obowiązku czyniłem swe życie jeszcze cięższym, aniżeli było ono samo przez się. Moja żona wielokrotnie mnie ostrzegała: nie myśl tak ciągle o służbie, myśl również o swojej rodzinie.

Co jednak mogła wiedzieć moja żona o sprawach, które mnie dręczyły. Nigdy się o tym nie dowiedziała.

 

 

"Ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej" w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu

Latem 1941 r., dokładnej daty obecnie nie pamiętam, zostałem nagle wezwany do Reichsführera SS do Berlina bezpośrednio przez jego adiutanturę. Wbrew swemu zwyczajowi, bez asysty adiutanta, Himmler powiedział mi, co następuje: Führer nakazał ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej, my zaś, SS, mamy ten rozkaz wykonać. Istniejące na wschodzie miejsca zagłady nie są w stanie zrealizować zakrojonych na wielką skalę akcji. Wobec tego wyznaczyłem na ten cel Oświęcim, z jednej strony z powodu jego korzystnego położenia pod względem komunikacyjnym, jak również dlatego, że przeznaczony na ten cel teren będzie łatwo odizolować i zamaskować. Zamierzałem początkowo zadanie to powierzyć jednemu z wyższych dowódców SS, aby jednak wykluczyć możliwe trudności w zakresie podziału kompetencji, zrezygnowałem z tego i polecam panu przeprowadzenie tego zadania. Jest to trudna i ciężka praca, wymagająca całkowitego poświęcenia się, bez względu na trudności, jakie mogą się wyłonić. Bliższych szczegółów dowie się pan od Sturmbannführera Eichmanna z RSHA, który w najbliższym czasie zgłosi się do pana. Zainteresowane urzędy zostaną przeze mnie powiadomione we właściwym czasie. Rożka/, ten ma pan zachować w najściślejszej tajemnicy, również w stosunku do swoich przełożonych. Po rozmowie z Eichmannem prześle mi pan natychmiast plany zamierzonego urządzenia. Żydzi są odwiecznymi wrogami narodu niemieckiego i muszą zostać wytępieni. Wszyscy Żydzi, których dostaniemy w nasze ręce, muszą zostać zniszczeni bez wyjątku, jeszcze w czasie wojny. Jeżeli nie uda się nam teraz zniszczyć biologicznych sił żydostwa, to Żydzi zniszczą kiedyś naród niemiecki.

Po otrzymaniu tego ważnego rozkazu wróciłem natychmiast do Oświęcimia, nie meldując się u swej władzy przełożonej w Oranienburgu. Krótko po tym przyjechał do mnie do Oświęcimia Eichmann i wtajemniczył mnie w plany akcji w poszczególnych krajach. Nie jestem obecnie w stanie dokładnie podać kolejności.

Najpierw wchodziła w grę wschodnia część Górnego Śląska oraz graniczące z nią części Generalnego Gubernatorstwa, a następnie w zależności od sytuacji jednocześnie Żydzi z Rzeszy i Czechosłowacji, wreszcie z zachodu: z Francji, Belgii, Holandii. Podał mi on przewidywane dane liczbowe odnośnie do oczekiwanych transportów, nie potrafię ich jednak podać. Następnie omawialiśmy zagadnienie przeprowadzenia zagłady. W grę wchodził jedynie gaz, ponieważ likwidacja takich mas ludzkich, jakich oczekiwaliśmy, za pomocą rozstrzeliwania była absolutnie niemożliwa, a ze względu na kobiety i dzieci byłaby zbyt dużym obciążeniem dla SS-manów, którzy by musieli ją wykonać.

Eichmann zapoznał mnie z zabijaniem za pomocą gazów spalinowych w samochodach ciężarowych, jak to dotychczas robiono na wschodzie *[Pierwsze doświadczenia zdobyły Einsatzgruppen na terenach Związku Radzieckiego. Wzrost terroru wobec ludności zamieszkującej okupowane tereny doprowadził do zastąpienia egzekucji mordowaniem ludzi w ruchomych komorach gazowych. Wykorzystywano do tego celu specjalnie przystosowane 3- i 5-tonowe samochody ciężarowe. Do szczelnie zamykanych kabin dla przewozu ludzi był doprowadzany wylot rury wydechowej silnika. Po uruchomieniu pojazdu spaliny wypełniały kabinę i ofiary się dusiły. Kierowcy samochodów - komór 42 gazowych byli specjalnie wybierani i szkoleni.]. Tego rodzaju procedura wobec oczekiwanych masowych transportów nie wchodziła jednak w grę. Zabijanie tlenkiem węgla przez natryski w łaźni, jak to robiono w niektórych miejscowościach w Rzeszy przy likwidacji umysłowo chorych, wymagało zbyt wielu budynków. Problematyczne byłoby również dostarczenie wielkich ilości gazu, niezbędnych do likwidacji wielkiej liczby ludzi. Nie podjęliśmy w tej sprawie żadnej decyzji. Eichmann chciał się rozejrzeć za jakimś gazem, który można by łatwo zdobyć i którego stosowanie nie wymagałoby specjalnych urządzeń. Pojechaliśmy w teren, aby ustalić odpowiednie miejsce. Uznaliśmy, iż do tego celu nadaje się zagroda chłopska położona w północno-zachodnim rogu późniejszego odcinka budowlanego III w Brzezince. Znajdowała się ona na uboczu, zasłonięta przez znajdujące się w pobliżu laski i zarośla i nie była zbyt odległa od kolei. Zwłoki miały być grzebane na przyległej łące w głębokich, długich dołach. Obliczyliśmy, że w istniejących pomieszczeniach po ich uszczelnieniu będzie można na raz zabijać około 800 osób przy użyciu odpowiedniego gazu. Obliczenie to okazało się później właściwe. Eichmann nie mógł mi jeszcze podać daty rozpoczęcia akcji, ponieważ wszystko znajdowało się dopiero w stadium przygotowania i Reichsführer SS nie wydał jeszcze rozkazu jej rozpoczęcia.

Eichmann powrócił do Berlina, aby złożyć raport Reichsführerowi SS o naszej rozmowie. Kilka dni później przesłałem Reichsführerowi SS przez kuriera dokładny plan sytuacyjny wraz ze szczegółowym opisem urządzenia. Nigdy nie otrzymałem odpowiedzi ani decyzji w tej sprawie. Później kiedyś powiedział mi Eichmann, że Reichsführer SS projekt akceptował.

W końcu listopada odbyła się w biurze Eichmanna w Berlinie konferencja całego referatu żydowskiego, na którą wezwano również i mnie. Pełnomocnicy Eichmanna w poszczególnych krajach informowali o stanie akcji i trudnościach, jakie występowały przy ich realizacji, jak zakwaterowanie aresztowanych, podstawianie pociągów do transportu, ustalenie rozkładu jazdy itp. Nie mogłem się dowiedzieć o terminie rozpoczęcia akcji. Eichmann nie znalazł również odpowiedniego gazu.

Jesienią 1941 roku, na podstawie specjalnego tajnego rozkazu Gestapo wyławiało w obozach jenieckich rosyjskich politruków, komisarzy i ważniejszych funkcjonariuszy politycznych, aby ich dostarczyć do najbliższego obozu koncentracyjnego w celu likwidacji. Do Oświęcimia przybywały stale mniejsze tego rodzaju transporty, które rozstrzeliwano w żwirowni koło budynków Monopolu lub na podwórzu bloku 11. W czasie jednej z moich podróży służbowych mój zastępca Hauptsturmführer Fritzsch zastosował z własnej inicjatywy gaz do zabijania jeńców radzieckich.

Wypełnił jeńcami cele znajdujące się w piwnicy i włożywszy maskę gazową wrzucał do cel gaz cyklon B, który powodował natychmiastową śmierć. Gaz cyklon B używany był w Oświęcimiu przez firmę Tesch und Stabenow *[Firma "Tesch und Stabenow", znana również jako "Testa" pośredniczyła w dostarczaniu cyklonu B do obozów koncentracyjnych, natomiast producentem była firma "Degesch - Deutsche Gesellschaft fur Schadlings-Bekampfung" (Niemieckie Towarzystwo Zwalczania Szkodników), należąca do koncernu IG Farben-lndustrie. W 1942 r. obóz koncentracyjny Oświęcim otrzymał 7 500 kg cyklonu B, a w 1943 r. przeszło 12 tys. kilogramów. Obie firmy miały świadomość, do czego środek ma być użyty, gdyż wbrew niemieckim przepisom sanitarnym cyklon B dla Oświęcimia pozbawiony był komponentu ostrzegającego zapachem o zatruciu atmosfery.] do tępienia robactwa i dlatego też administracja obozu dysponowała zawsze pewną liczbą puszek z tym gazem. W pierwszym okresie gaz trujący, preparat kwasu pruskiego, stosowany był jedynie przez pracowników firmy Tesch und Stabenow *[Dr Bruno Tesch został po wojnie skazany na karę śmierci. Generalny dyrektor firmy Degesch, dr Gerhard Peters, osiem razy stawał przed sądami niemieckimi. Tłumaczył się on między innymi tym, że produkując cyklon B, działał w najlepszej wierze, iż "przynosi ulgę ludziom i tak skazanym na śmierć". Po raz ostatni zasiadł Peters na lawie oskarżonych w 1955 r. przed sądem przysięgłych we Frankfurcie nad Menem, który uniewinnił go "z braku dowodów winy". W motywach wyroku sąd przysięgłych podkreślił, "że wprawdzie Peters zgodził się dobrowolnie dostarczać trującego gazu do obozu, ale dzisiaj nie można bez zarzutu dowieść, czy rzeczywiście przy użyciu cyklonu B uśmiercano ludzi w Oświęcimiu".] przy zachowaniu jak najdalej idącej ostrożności. Później jednak przeszkolono w firmie kilku sanitariuszy jako dezynfektorów, którzy stosowali gaz przy odkażaniu i tępieniu robactwa.

Podczas następnej wizyty Eichmanna poinformowałem go o zastosowaniu cyklonu B i postanowiliśmy, aby przy przyszłej akcji masowej zagłady stosować ten gaz. Kontynuowano zabijanie wspomnianych radzieckich jeńców wojennych za pomocą cyklonu B, jednak już nie w bloku 11, ponieważ po gazowaniu musiano wietrzyć budynek przynajmniej przez dwa dni. Na komorę gazową adaptowano kostnicę krematorium przy rewirze, uszczelniając jej drzwi oraz wybijając w suficie kilka dziur do wrzucania gazu.

Przypominam sobie jednak jeszcze tylko jeden transport 900 radzieckich jeńców wojennych, którzy tam zostali zagazowani i których palenie trwało kilka dni. W zagrodzie chłopskiej, urządzonej specjalnie do niszczenia w niej Żydów, Rosjan nie gazowano. Nic potrafię podać, kiedy rozpoczęto zagładę Żydów, prawdopodobnie było to w grudniu 1941 r., a być może w styczniu 1942 r. Najpierw byli to Żydzi ze wschodniej części Górnego Śląska, aresztowani przez Stapo w Katowicach i przywiezieni transportem kolejowym na bocznicę położoną po zachodniej stronie linii kolejowej Oświęcim-Dziedzice, gdzie ich wyładowano. O ile sobie przypominam, transporty te nie liczyły nigdy więcej niż tysiąc osób.

Przy rampie kolejowej przejmowało Żydów od Stapo pogotowie obozowe, po czym Schutzhaftlagerführer prowadził ich w dwóch oddziałach do bunkra, jak nazywano miejsce zagłady. Bagaż pozostawał na rampie, skąd transportowano go do sortowni zwanej Kanada *[Kanadą nazywano w Oświęcimiu-Brzezince obóz, gdzie gromadzono rzeczy po pomordowanych, tzw. Effektenlager, oznaczony B II g, rozbudowywany do końca 1943 r. Dobytek więźniów sortowało przeszło 2 000 więźniów i więźniarek.], położonej między zakładami DAW *[Firma "DAW - Deutsche Ausrüstungswerke" (Niemieckie Zakłady Wyposażenia) została założona w maju 1939 r. w celu przebudowy architektonicznej Berlina i Norymbergi, przy użyciu do pracy więźniów obozów koncentracyjnych. Po wybuchu wojny DAW przekształciła się w wielki koncern przemysłowy SS. W Oświęcimiu DAW prowadziła m.in. roboty naprawcze dla armii.] a składem materiałów budowlanych. Żydzi musieli się przy bunkrze rozbierać, przy czym mówiono im, iż mają udać się do odwszalni. Wszystkie pomieszczenia, a było ich pięć, jednocześnie zapełniano ludźmi, zaśrubowywano gazoszczelne drzwi i następnie wsypywano zawartość puszek z gazem przez specjalne otwory.

Po upływie pół godziny drzwi otwierano, w każdym pomieszczeniu było dwoje drzwi, wyciągano zmarłych i przewożono zwłoki wagonikami kolejki polowej do dołów. Ubrania przewożono samochodami ciężarowymi do sortowni. Całą tę pracę - pomoc przy rozbieraniu, wypełnianie bunkra ludźmi, opróżnianie bunkra, usuwanie zwłok, jak również wykopywanie i zasypywanie masowych grobów - wykonywało Sonderkommando składające się z Żydów, którzy byli zakwaterowani w wydzielonych pomieszczeniach i stosownie do zarządzenia Eichmanna po każdej większej akcji mieli być również likwidowani. Podczas pierwszych transportów Eichmann przywiózł rozkaz Reichsführera SS, według którego zwłokom należało wyrywać złote zęby *[Usunięte przez Sonderkommando złote zęby były przetapiane w sztabki na terenie obozu. Czynność tę wykonywali początkowo lekarze dentyści pracujący w szpitalu SS. Później utworzono przy III krematorium specjalną pracownię dla przetapiania złota. Dzienny wytop złota w niektóre dni sięgał 12 kg. W pierwszym okresie złoto przekazywano na potrzeby Głównego Urzędu Sanitarnego SS. Od 1942 r. złoto było przekazywane do Banku Rzeszy.], a kobietom obcinać włosy. Praca ta była również wykonywana przez Sonderkommando. Nadzór nad akcją zagłady sprawował w tym czasie każdorazowo Schutzhaftlagerführer lub Rapportführer. Chorzy, których nie można było zaprowadzić do komory gazowej, zabijani byli strzałem w potylicę z karabinu małokalibrowego. Przy akcji musiał być również obecny lekarz SS. Gaz wrzucany był przez przeszkolonych dezynfektorów służby sanitarnej.

Podczas gdy wiosną 1942 r. chodziło jeszcze o mniejsze akcje, w lecie transporty tak się zwiększyły, że byliśmy zmuszeni do urządzenia dalszego miejsca zagłady. Na ten cel wybrano i odpowiednio urządzono zagrodę chłopską położoną na zachód od późniejszych krematoriów III i IV. Dla rozbierania się postawiono przy bunkrze i dwa baraki i przy bunkrze II trzy baraki. Bunkier II był większy, mieścił około 1200 osób.

Jeszcze w lecie 1942 r. chowano zwłoki w masowych grobach. Dopiero pod koniec lata zaczęliśmy palić zwłoki - początkowo na stosach drewnianych, na których mieściło się około 2 000 zwłok, później w dołach wraz ze zwłokami z wcześniejszego okresu. Zwłoki oblewano początkowo odpadami ropy naftowej, później zaś metanolem. W dołach palono zwłoki bez przerwy, dniem i nocą. W końcu listopada 1942 r. wszystkie masowe groby zostały opróżnione. W masowych grobach było pochowanych 107 000 zwłok. Liczba ta obejmuje nie tylko zagazowanych Żydów z transportów od samego początku akcji aż do chwili rozpoczęcia palenia zwłok, lecz również zwłoki więźniów zmarłych w obozie w Oświęcimiu zimą 1941/1942 w okresie, gdy przez dłuższy czas nieczynne było krematorium przy rewirze. Liczba ta obejmuje również zmarłych więźniów obozu w Brzezince.

Podczas wizyty w Oświęcimiu latem 1942 r. Reichsführer SS obejrzał dokładnie cały przebieg akcji zagłady, począwszy od wyładunku aż do opróżnienia bunkra II. W okresie tym zwłok jeszcze nie palono. Nie kwestionował niczego, nie wypowiadał się również na ten temat. Obecni byli przy tym Gauleiter Bracht i Obergruppenführer Schmauser. Wkrótce po wizycie Himmlera przyjechał Standartenführer Blobel *[Paul Blobel urodził się 13 sierpnia 1894 r. Był członkiem NSDAP nr 844662 i SS nr 29100, wyróżnionym odznakami pierścienia SS i szpady SS. W 1941 r. doszedł do stopnia SS-Standartenführera. Od czerwca 1941 r. do stycznia 1942 r. był dowódcą Sonderkommando 4a działającego w ramach Einsatzgruppe C na Ukrainie w obszarze Kijów - Połtawa. W czerwcu 1942 r. objął kierownictwo akcji zacierania śladów masowych zbrodni popełnionych na wschodzie, polegającą na rozkopywaniu grobów i paleniu wydobytych zwłok. Wyrokiem Amerykańskiego Trybunału Wojskowego w Norymberdze z 8 kwietnia 1948 r. został skazany na karę śmierci.] z biura Eichmanna i przywiózł rozkaz opróżnienia masowych grobów oraz spalenia zwłok. Należało również usunąć popioły, aby w późniejszym okresie nie można było obliczyć, ile spalono zwłok. Blobel przeprowadzał już w Chełmnie *[Chełmno nad Nerem - hitlerowski ośrodek zagłady, czynny z przerwami od 1941 do 1945 r. pod nazwami: SS-Sonderkommando Schultze, SS-Sonderkommando Kulmhof, SS-Sonderkommando Bothmann. 8 grudnia 1941 r. zostały tu przyjęte pierwsze transporty Żydów z okolic Łodzi i Kraju Warty. Obóz zagłady po raz pierwszy uległ likwidacji 7 kwietnia 1943 r. Wiosną 1944 r. wznowiono jego działalność i ponownie przerwano w połowie lipca 1944 r. Nieliczna grupa więźniów pozostała na terenie obozu do ostatniej likwidacji w nocy z 17 na 18 stycznia 1945 r. Ogółem w Chełmnie nad Nerem zginęło 310 000 osób.] próby różnych sposobów spalania zwłok. Eichmann polecił mu, aby pokazał mi te urządzenia. W tym celu udałem się wraz z Hösslerem do Chełmna. Blobel kazał tam wybudować różne prowizoryczne piece, w których palono drewnem i odpadami benzyny. Próbował również niszczyć zwłoki za pomocą środków wybuchowych, co nie dało jednak zadowalających rezultatów. Popioły rozsypywano na rozległym terenie leśnym, przy czym uprzednio mielono je na proszek. Standartenführer Blobel otrzymał polecenie wyszukania i zlikwidowania wszystkich masowych grobów na terenach wschodnich. Jego sztab roboczy otrzymał kryptonim "1005". Prace wykonywane były przez komanda żydowskie, które rozstrzeliwano po ukończeniu każdego odcinka. Obóz koncentracyjny Oświęcim miał dostarczać stale Żydów do pracy w komandzie "1005".

Podczas pobytu w Chełmnie widziałem również tamtejsze urządzenia do zagłady ludzi - auta ciężarowe przystosowane do zabijania za pomocą gazów spalinowych. Tamtejszy Kommandoführer określił jednak ten sposób zabijania jako bardzo zawodny; ponieważ gaz wytwarza się nieregularnie i często nie wystarcza do spowodowania śmierci.

Nie mogłem się dowiedzieć, jaka liczba zwłok znajdowała się w masowych grobach w Chełmnie i ile zostało już spalonych. Standartenführer znał dość dokładnie liczby masowych grobów na terenach wschodnich, zobowiązany był jednak do zachowania najściślejszej tajemnicy.

Początkowo, zgodnie z rozkazem Reichsführera SS, wszyscy Żydzi dostarczani do Oświęcimia za pośrednictwem placówki Eichmanna mieli być bez wyjątku niszczeni. Miało to miejsce również w przypadku Żydów z terenu Górnego Śląska, jednakże już przy pierwszych transportach Żydów niemieckich nadszedł rozkaz, aby wszystkich zdolnych do pracy mężczyzn i kobiety wydzielać i kierować do pracy w zakładach zbrojeniowych. Było to jeszcze przed urządzeniem obozu kobiecego; konieczność urządzenia w Oświęcimiu obozu kobiecego powstała dopiero na skutek tego rozkazu.

Na skutek utworzenia przy obozach koncentracyjnych zakładów zbrojeniowych oraz rozpoczęcia zatrudniania więźniów w fabrykach zbrojeniowych położonych poza obozami wystąpił nagle duży brak więźniów, podczas gdy dawniej komendanci obozów w starych obozach na terenie Rzeszy musieli szukać możliwości zapewnienia pracy dla wszystkich więźniów. Żydzi mieli pracować tylko w obozie w Oświęcimiu. Oświęcim-Brzezinka miał być obozem czysto żydowskim, więźniowie zaś wszystkich innych narodowości mieli zostać przeniesieni do innych obozów. Rozkaz ten nigdy nie został całkowicie wykonany, w późniejszym okresie ze względu na brak siły roboczej zatrudniano Żydów również w zakładach zbrojeniowych poza terenem obozu.

Wyszukiwaniem zdolnych do pracy Żydów mieli zajmować się lekarze SS. Zdarzało się jednak wielokrotnie, że dokonywał tego Schutzhaftlagerführer lub kierownik Wydziału Zatrudnienia bez mej wiedzy i aprobaty. Na tym tle dochodziło do tarć między lekarzem SS a kierownikami Wydziału Zatrudnienia. Powstały różnice poglądów między oficerami w Oświęcimiu, podsycane przez rozbieżności w interpretacji rozkazu Reichsführera SS przez najwyższe władze w Berlinie.

RSHA w osobach Müllera i Eichmanna był jak najbardziej zainteresowany w zgładzeniu możliwie maksymalnej liczby Żydów. Naczelny lekarz SS, który dawał lekarzom SS wytyczne odnośnie do selekcji, był zdania, że do pracy kwalifikują się jedynie Żydzi całkowicie zdolni do jej wykonywania, ponieważ słabowici, starsi i częściowo zdolni staną się w krótkim czasie do niej niezdolni, wskutek czego spowodują dalsze pogorszenie się już wówczas niezadowalającego ogólnego poziom u zdrowotnego, konieczność niepotrzebnego zwiększenia liczby rewirów, lekarzy i lekarstw, a w końcu i tak będą musieli być zabici. WVHA w osobach Pohla i Maurera był zainteresowany tym, aby uzyskać dla przemysłu zbrojeniowego jak najwięcej sił roboczych, nawet wówczas, gdy w przyszłości miały się one stać niezdolne do pracy. Tę sprzeczność interesów zaostrzały jeszcze nieograniczone wręcz żądania ze strony Ministerstwa Uzbrojenia *[Urząd Ministra Uzbrojenia i Amunicji - Reichsminister für Bewaffnung und Munition utworzony został 14 lutego 1942 r Na czele nowego ministerstwa stanął 36-letni architekt Albert Speer. W ciągu trzech miesięcy od lutego do maja 1942 r. Albert Speer podporządkował sobie wszystkie związane z produkcją zbrojeniową instytucje Trzeciej Rzeszy, uzyskując decydujący wpływ na kształtowanie polityki ekonomicznej państwa. Miał prawo wydawania dyspozycji wszystkim centralnym organom zarządzania gospodarką Rzeszy i ich egzekwowanie. 2 września 1943 r. Ministerstwo przekształcono w Ministerstwo do Spraw Zbrojeń i Produkcji Wojennej - Reichsministerium für Rüstung und Kriegsproduktion.] lub Organizacji Todt *[Organisation Todt - zmilitaryzowana organizacja budowlana powołana w Trzeciej Rzeszy w 1938 r. do budowy obiektów wojskowych. Nazwa jej pochodzi od nazwiska jej szefa, inż. Fritza Todta. Obowiązkowi pracy w OT podlegali Niemcy niezdolni do służby wojskowej i przedpoborowi. W czasie wojny zatrudniano również inżynierów i robotników innych narodowości, w wielu wypadkach ofiary przymusu zastosowanego przez okupanta. OT wykorzystywała w charakterze sił pomocniczych około 1 mln jeńców wojennych i więźniów obozów hitlerowskich.] dostarczania więźniarskich sił roboczych. Obu tym urzędom Reichsführer SS ciągle obiecywał takie liczby więźniów, iż nie było możliwości ich realizacji. Standartenführer Maurer, szef urzędu D II, miał trudne zadanie choćby częściowego uwzględniania stałych nacisków tych placówek. Nakazał on kierownikom Wydziałów Zatrudnienia, aby starali się uzyskać jak największą liczbę sił roboczych. Nie można było uzyskać jasnej decyzji Reichsführera SS. Ja osobiście byłem zdania, że do pracy należało wybierać jedynie takich Żydów, którzy byli całkowicie zdrowi i silni.

Selekcje miały następujący przebieg: wagony wyładowywano kolejno, jedne po drugich. Po odłożeniu bagażu Żydzi musieli pojedynczo przechodzić przed lekarzem SS, który w trakcie przechodzenia przed nim decydował o ich przydatności do pracy. Zdolnych do pracy odprowadzano natychmiast do obozu w małych oddziałach. Przeciętna liczba zdolnych do pracy wszystkich transportów wynosiła średnio 25 do 30%, ulegała jednak dużym wahaniom w poszczególnych transportach. Tak więc średnia zdolnych do pracy w transportach Żydów greckich wynosiła jedynie 15%, podczas gdy bywały transporty ze Słowacji, które były w 100% zdolne do pracy. Żydowscy lekarze i personel pielęgniarski kierowani byli bez wyjątku do obozu.

Już przy pierwszych próbach palenia zwłok na wolnym powietrzu okazało się, że nie będzie tego można stale robić. Przy złej pogodzie lub silnym wietrze odór spalenizny rozchodził się na wiele kilometrów i powodował, iż cała ludność mieszkająca w okolicy mówiła o paleniu Żydów, mimo kontrpropagandy prowadzonej przez partię i administrację. Wszyscy funkcjonariusze SS uczestniczący w akcji zagłady otrzymali wprawdzie szczególnie surowy nakaz zachowania całej sprawy w tajemnicy, jednakże późniejsze procesy przed sądem SS wykazały, że instrukcje te i nakazy nie były przestrzegane. Nawet wysokie kary nie były w stanie zapobiec gadulstwu *[W tomie XII akt dochodzenia w sprawie Hossa zachował się tekst oświadczenia składanego przez funkcjonariuszy SS uczestniczących w akcji zagłady Żydów. "1. Jest mi wiadomo i zostałem o tym dzisiaj pouczony, że zostanę ukarany śmiercią, jeżeli targnę się na mienie żydowskie. 2. O wszystkich czynnościach, które należy przeprowadzić przy ewakuacji Żydów, mam zachować bezwzględne milczenie, także wobec innych kolegów. 3. Zobowiązuję się całą moja osobą i ze wszystkich sił współdziałać przy sprawnym wykonywaniu tych czynności".].

Przy tym obrona przeciwlotnicza protestowała przeciwko ogniom widocznym w nocy z daleka. Musiano jednak zwłoki spalać również i w nocy, jeżeli nie chciało się zahamować przyjmowania nadchodzących transportów. Rozkład jazdy związany z poszczególnymi akcjami, ustalony ściśle w trakcie konferencji przez Ministerstwo Komunikacji Rzeszy, musiał być bezwarunkowo przestrzegany, aby uniknąć zablokowania i zamętu na liniach kolejowych, co było istotne szczególnie ze względów wojskowych.

Powyższe względy doprowadziły do szybkiego zaplanowania i następnie wybudowania obu wielkich krematoriów, a w roku 1943 do budowy dalszych dwóch mniejszych obiektów. Budowa później zaplanowanego, znacznie większego krematorium nie została zrealizowana, ponieważ jesienią 1944 r. Reichsführer SS wydał rozkaz natychmiastowego wstrzymania zagłady Żydów.

Oba wielkie krematoria I i II zostały wybudowane w zimie 1942/1943 r. i oddane do użytku wiosną 1943 r. Każde z nich miało pięć pieców trzyretortowych, w których można było spalić w ciągu 24 godzin po 2 000 zwłok. Ze względów technicznych nie było możliwości zwiększenia liczby spalanych zwłok. Dokonywane próby prowadziły do ciężkich uszkodzeń pieców, które kilkakrotnie powodowały całkowite ich unieruchomienie. Oba krematoria I i II miały podziemne rozbieralnie i komory gazowe, zaopatrzone w instalację nawiewną i wietrzenia. Zwłoki przewożono windą do wyżej położonych pieców. Komory gazowe mieściły po 3 000 osób, jednakże liczby tej nigdy nie osiągnięto, ponieważ poszczególne transporty nie były tak liczne.

Oba mniejsze krematoria III i IV, według obliczeń erfurckiej firmy budowlanej Topf *[Firma J. A. Topf und Söhne z Erfurtu prowadziła w Oświęcimiu budowę pieców krematoryjnych oraz prace instalacyjno-montaźowe przy budowie komór gazowych.], miały spalać po 1 500 zwłok w ciągu 24 godzin. Na skutek spowodowanych wojną braków materiałowych kierownictwo budowy było zmuszone do oszczędnościowej ich budowy, na skutek czego rozbieralnie i komory gazowe zbudowano na powierzchni ziemi piece zaś były lżejszego typu. Wkrótce jednak się okazało, że zbudowane w ten sposób piece, po dwa czteroretortowe, nie mogły sprostać zadaniom. Krematorium III po krótkim okresie eksploatacji nie nadawało się do dalszego użytkowania i później już z niego zupełnie nie korzystano. Krematorium IV musiano wielokrotnie wyłączać z eksploatacji, ponieważ po krótkim okresie palenia zwłok przez cztery do sześciu tygodni przepalały się piece lub komin. Zagazowanych palono najczęściej w dołach za IV krematorium.

Prowizoryczne urządzenie i rozebrano z chwilą rozpoczęcia zabudowy III odcinka obozu w Brzezince. Urządzenie II, zwane później krematorium na wolnym powietrzu lub bunkrem V, było czynne do samego końca jako obiekt zastępczy w przypadkach awarii w krematoriach I do IV. Przy akcjach, podczas których pociągi przyjeżdżały częściej, dokonywano gazowania w ciągu dnia w bunkrze V, w nocy zaś transporty likwidowano w krematoriach I do IV. Możliwości spalania zwłok w bunkrze V były praktycznie nieograniczone do chwili, dopóki można było je palić dniem i nocą. Na skutek działalności nieprzyjacielskiego lotnictwa od roku 1944 nocą nie wolno było palić.

Największa liczba zagazowanych i spalonych osiągnięta w ciągu 24 godzin wyniosła nieco powyżej 9 000 we wszystkich urządzeniach z wyłączeniem III. Miało to miejsce latem 1944 roku podczas akcji węgierskiej *[Akcja węgierska nosiła wówczas kryptonim "Aktion Höss" i była osobiście przezeń kierowana. Sprawę deportacji Żydów węgierskich przygotowali w warunkach okupacji wojskowej tego kraju przez Niemców Adolf Eichmann i dwóch sekretarzy stanu w węgierskim ministerstwie spraw wewnętrznych, generałów policji. L. Baky i L. Endre. Akcja deportacji Żydów rozpoczęła się 7 kwietnia 1944 r. i trwała do końca czerwca. Została przerwana na wyraźne żądanie Regenta Węgier Miklosa Horthy'ego 26 czerwca 1944 r.], kiedy to w wyniku opóźnień pociągów zamiast przewidzianych trzech nadeszło w ciągu 24 godzin pięć pociągów, i to w dodatku przeładowanych.

Krematoria wybudowano na końcu obu wielkich arterii obozu w Brzezince, aby po pierwsze nie powiększać jeszcze bardziej obszaru obozu i tym samym stwarzać problemu jego zabezpieczenia, po drugie zaś nie powinny one być zbyt oddalone od obozu, ponieważ po zakończeniu akcji zagłady komory gazowe i rozbieralnie miały służyć jako zakłady kąpielowe.

Budynki miały być zasłonięte murem lub żywopłotem, ale z powodu braku materiału zamiaru tego zaniechano. Wszystkie miejsca zagłady zamaskowano prowizorycznie płotami. Trzy tory kolejowe między odcinkami budowlanymi I i II obozu w Brzezince miały zostać przebudowane na dworzec kolejowy i przykryte dachem oraz doprowadzone aż do krematoriów III i IV tak, aby chronić wyładowanie przed okiem osób niepowołanych. Brak materiału spowodował również zaniechanie i tego planu.

Na skutek coraz mocniejszego forsowania przez Reichsführera SS zatrudniania więźniów w przemyśle zbrojeniowym Obergruppenführer Pohl był zmuszony do sięgnięcia po Żydów, którzy utracili zdolność do pracy.

Nadszedł rozkaz, aby wszystkich niezdolnych do pracy Żydów którzy w ciągu 6 tygodni mogli zostać wyleczeni i odzyskać zdolność do pracy, szczególnie starannie pielęgnować i dobrze odżywiać. Dotychczas wszyscy niezdolni do pracy Żydzi byli zagazowywani z najbliższymi transportami lub też uśmiercani za pomocą zastrzyków, jeśli jako chorzy znajdowali się na rewirze. Dla Oświęcimia-Brzezinki rozkaz ten był czystą kpiną. Brak było wszystkiego. Nie było lekarstw, miejsca zaś tak niewiele, że mogli leżeć tylko najciężej chorzy. Wyżywienie było całkiem niewystarczające i z miesiąca na miesiąc coraz bardziej ograniczane przez Ministerstwo Wyżywienia. Wszystkie krytyczne uwagi nie odnosiły żadnego skutku, należało próbować. Na skutek tego powstał w obozie brak pomieszczeń dla zdrowych więźniów, którego nie udało się już nigdy usunąć. Spowodowało to pogorszenie się ogólnego stanu zdrowotnego i rozprzestrzenianie się chorób zakaźnych. Rozkaz spowodował prawie natychmiastowy wzrost śmiertelności i bezgraniczne pogorszenie się ogólnego stanu; nie przypuszczam, aby choć jeden z Żydów, którzy utracili zdolność do pracy, wrócił ponownie do pracy w przemyśle zbrojeniowym.

Transport-Juden - tak nazywano wszystkich Żydów przywożonych do obozu na polecenie urzędu Eichmanna - RSHA IV B4. Zawiadomienia o ich przybyciu opatrzone były uwagą: "Transport odpowiada podanym dyrektywom i powinien być włączony do SB (akcji specjalnej)".

Wszyscy inni Żydzi z wcześniejszego okresu, a więc przed wydaniem rozkazu zagłady, byli "Żydami w areszcie ochronnym" lub też Żydami należącymi do innych kategorii więźniów.

W poprzednich przesłuchaniach podałem, iż liczba Żydów przywiezionych na zagładę wynosiła dwa i pół miliona. Liczba ta pochodzi od Eichmanna, który ją podał memu przełożonemu Glücksowi przed okrążeniem Berlina, gdy został wezwany do raportu przez Reichsführera SS. Eichmann lub jego stały zastępca Günther byli jedynymi osobami, które dysponowały materiałami dotyczącymi ogólnej liczby zgładzonych. Po każdej większej akcji musiano w Oświęcimiu, zgodnie z rozkazem Reichsführera SS, palić wszystkie dokumenty, które mogły stanowić źródło informacji o liczbie zamordowanych. Jako szef Urzędu D I zniszczyłem osobiście wszystkie dokumenty, jakie znajdowały się w moim biurze. W innych urzędach zrobiono to samo. Według relacji Eichmanna również u Reichsführera SS i w RSHA zniszczono wszelkie dokumenty. Jedynie jego podręczne notatki mogły stanowić źródło jakichś informacji. W tym lub innym urzędzie na skutek niedbalstwa mogły pozostać pojedyncze pisma, dalekopisy czy też radiogramy, nie mogły jednak one zawierać informacji odnośnie do ogólnej liczby ofiar.

Ja sam nie znałem również ogólnej liczby i nie rozporządzam żadnymi danymi, na podstawie których mógłbym je podać. Pozostały mi w pamięci jedynie liczby odnoszące się do większych akcji, które wielokrotnie podawał mi Eichmann czy też jego pełnomocnik.

Z Górnego Śląska i Generalnego Gubernatorstwa 

250 000 Niemcy i Terezin 100 000 *[Na terenie Protektoratu Czech i Moraw ludność żydowska zamknięto w gettach w listopadzie 1941 r. Największym gettem - obozem przejściowym dla Żydów stał się Terezin (Theresienstadt). Począwszy od 1942 r. rozpoczęty się deportacje Żydów czeskich do obozów hitlerowskich. W Oświęcimiu w obozie B II b utworzono obóz rodzinny dla Żydów z Terezina. zwany też Familienlager Theresienstadt. Pierwszy transport 5 006 osób przybył 9 września 1943 r. 9 marca 1944 r. z tego transportu pozostało już tylko 3 791 kobiet, mężczyzn i dzieci, reszta zmarła na skutek głodu i chorób. Prawie wszyscy zginęli tego dnia w komorach gazowych, przy życiu pozostali tylko lekarze-więźniowie i bliźnięta zdatne do eksperymentów pseudomedycznych.] 

Holandia 95 000

Belgia 20 000

Francja 110 000

Grecja 65 000

Węgry 400 000

Słowacja 90 000

Nie pamiętam liczb odnoszących się do mniejszych akcji, ale w porównaniu z powyższymi były one nieznaczne. Uważam, że liczba dwa i pół miliona jest za wysoka. Możliwości zagłady miały i w Oświęcimiu swoje granice. Liczby podawane przez byłych więźniów są wytworami fantazji i nie są oparte na żadnych podstawach.

"Akcja Reinhardt" - określenie to było kryptonimem, którym oznaczano zabieranie, sortowanie i wykorzystywanie wszystkich rzeczy uzyskiwanych z przybywających transportów Żydów po ich zniszczeniu. Każdy członek SS, który przywłaszczył sobie własność żydowską, zgodnie z rozkazem Reichsführera SS podlegał karze śmierci. Przejęte rzeczy sięgały niewyobrażalnej wartości setek milionów. Ogromne bogactwa były kradzione przez członków SS i policjantów, więźniów, pracowników cywilnych i robotników, personel kolejowy. Wiele z tego leży jeszcze dzisiaj schowane i zakopane na terenie obozu Oświęcim-Brzezinka.

Po wyładowaniu przybyłych transportów żydowskich cały bagaż pozostawał na rampie aż do chwili, gdy wszyscy Żydzi zostali zaprowadzeni na miejsce zagłady bądź też do obozu. Potem specjalna drużyna transportowa przewoziła wszystkie bagaże, początkowo do sortowni Kanada I, gdzie je sortowano lub dezynfekowano. Również ubrania ludzi zagazowanych w bunkrach I i II lub krematoriach l do IV przewożono do sortowni. Już w roku 1942 Kanada I nie była w stanie nadążyć z bieżącym sortowaniem rzeczy. Mimo iż wciąż wznoszono nowe baraki, sortujący zaś więźniowie pracowali dniem i nocą, mimo zwiększenia liczby pracujących, wciąż piętrzyły się góry nie posortowanego bagażu, niezależnie od tego, iż codziennie załadowywano wiele wagonów, nawet do 20, wysortowanym materiałem. W roku 1942 przystąpiono do budowy magazynu Kanada II, graniczącego od zachodu z odcinkiem budowlanym II w Brzezince, jak również odwszalni i łaźni dla nowo przybyłych więźniów. Ledwo zdążono postawić 30 baraków, były one już całkowicie zapełnione. Góry nie posortowanego bagażu piętrzyły się między barakami. Mimo zwiększenia liczebności drużyn roboczych nie było mowy, aby w czasie poszczególnych akcji, trwających 4 do 6 tygodni, podołać zadaniu. Dopiero w okresie dłuższych przerw można było zaprowadzić jakiś porządek. Zarówno odzież, jak i obuwie przeglądane w poszukiwaniu ukrytych przedmiotów wartościowych - co przy takiej masie można było czynić jedynie pobieżnie - i następnie posortowane składano w magazynie lub też przekazywano do obozu w celu uzupełnienia odzieży więźniów, później zaś przesyłano również do innych obozów. Dużą część odzieży przekazywano opiece społecznej dla przesiedleńców, a później dla ofiar bombardowań lotniczych. Wiele rzeczy otrzymały również zakłady zbrojeniowe dla zaopatrzenia robotników cudzoziemskich. Koce, pościel itp. przekazywano ponadto opiece społecznej. Jeżeli w obozie powstawało zapotrzebowanie na tego rodzaju rzeczy, było ono pokrywane z tych zapasów, również do innych obozów przekazywano większe przesyłki.

Przedmioty wartościowe przejmował specjalny wydział zarządu obozu, po czym fachowcy segregowali je według wartości. Podobnie działo się ze znalezionymi pieniędzmi.

Wśród znalezionych przedmiotów wartościowych - szczególnie jeśli chodzi o transporty Żydów z zachodu - znajdowano nadzwyczaj cenne rzeczy: kamienie szlachetne milionowej wartości, zegarki wysadzane brylantami, złote i platynowe zegarki o bezcennej wartości, pierścienie, kolczyki, naszyjniki o szczególnej wartości ze względu na swą osobliwość, milionowe sumy w banknotach wszystkich krajów. Często znajdowano przy jednej osobie setki tysięcy, przeważnie w banknotach tysiącdolarowych. Nie było schowka w ubraniu, bagażu czy też w ludzkim ciele, z którego by nie korzystano.

Po zakończeniu sortowania po większych akcjach pakowano przedmioty wartościowe i pieniądze w kufry i przewożono samochodami ciężarowymi do Berlina do WVHA, a stamtąd do Banku Rzeszy. W Banku Rzeszy był specjalny wydział, który zajmował się wyłącznie przedmiotami uzyskanymi podczas akcji żydowskich. Pewnego razu Eichmann mi powiedział, iż kosztowności i dewizy sprzedawano w Szwajcarii, opanowano w tym zakresie cały szwajcarski rynek kosztowności. Zwykłe zegarki wysyłano tysiącami do Sachsenhausen. Znajdował się tam wielki warsztat zegarmistrzowski, zatrudniający setki więźniów. Funkcjonował on pod bezpośrednim kierownictwem D II (Maurera). W warsztacie tym sortowano i reperowano te zegarki. Najwięcej zegarków przekazano do dyspozycji oddziałów frontowych do celów służbowych Waffen-SS i armii.

Złoto dentystyczne lekarze dentyści w rewirze SS przetapiali w sztaby i co miesiąc przekazywali do Głównego Urzędu Sanitarnego. Również w plombowanych zębach znajdowano szlachetne kamienie olbrzymiej wartości.

Obcięte włosy kobiece przesyłano do pewnej fabryki w Bawarii dla celów zbrojeniowych.

Nie nadającą się do użytku odzież przekazywano do przeróbki w zakładach przemysłu włókienniczego, nie nadające się zaś do użytku obuwie cięto na kawałki, wykorzystując to, co było możliwe, resztę zaś przerabiano na mączkę skórzaną.

W związku z żydowskimi kosztownościami w obozie powstała niesłychanie trudna sytuacja, której nie dało się opanować. Wpływała ona demoralizująco na członków SS, którzy nie zawsze byli na tyle odporni, aby zwalczyć pokusę wzbogacenia się łatwymi do zdobycia żydowskimi kosztownościami. Zarówno kara śmierci, jak i najcięższe kary pozbawienia wolności nie działały dostatecznie odstraszająco. Dzięki kosztownościom Żydów otworzyły się również niespodziewane możliwości dla więźniów *[Ze źródła tego mogli korzystać więźniowie Sonderkommando i więźniowie zatrudnieni przy sortowaniu rzeczy.]. Można z tym powiązać większość ucieczek. Za łatwo zdobyte pieniądze lub zegarki, pierścionki itp. więźniowie kupowali wszystko od członków SS lub też cywilnych robotników. Transakcje, których przedmiotem był alkohol, wyroby tytoniowe, żywność, fałszywe dokumenty, broń i amunicja, były na porządku dziennym. W Brzezince więźniowie uzyskali nocą dostęp do obozu kobiecego, kupili sobie nawet niektóre dozorczynie. Na skutek tego cierpiała oczywiście również ogólna dyscyplina obozowa. Ci, którzy posiadali kosztowności, mogli sobie kupić lepszą pracę, życzliwość kapo i blokowych, a nawet stały pobyt w rewirze z najlepszym zaopatrzeniem. Mimo najsurowszej kontroli nie udało się tego zmienić. Żydowskie złoto stało się przekleństwem dla obozu.

O ile mi wiadomo, oprócz Oświęcimia istniały następujące miejsca zagłady Żydów:

Chełmno koło Łodzi - gazy spalinowe

Treblinka nad Bugiem - gazy spalinowe 

Sobibór koło Lublina - gazy spalinowe 

Borżec koło Lwowa - gazy spalinowe *[Borżec koło Lwowa to Bełżec. Obóz zagłady powstał tu 1 listopada 1941 r i istniał do 30 czerwca 1943 r. Oficjalne nazwy: Sonderkommando Bełżec lub Dienststelle Bełżec der Waften-SS. Załoga składała się z 33 SS-manów i 200 strażników. Ogółem w Bełżu zginęło 600 000 Żydów oraz Polaków udzielających im pomocy.]

Lublin (Majdanek) - cyklon B

Poza tym wiele miejsc zagłady znajdowało się na terenach Komisariatu Rzeszy Wschód, np. koło Rygi. W tych miejscowościach Żydów rozstrzeliwano, a zwłoki palono na stosach drewna.

Ja sam widziałem jedynie Chełmno i Treblinkę. Chełmno było już nieczynne. W Treblince obejrzałem całą procedurę. Znajdowało się tam kilka komór mogących pomieścić kilkaset osób. Położone one były bezpośrednio przy torze kolejowym. Po rampie położonej na wysokości wagonów Żydzi - jeszcze ubrani - szli bezpośrednio do komór. W wybudowanym w pobliżu pomieszczeniu znajdowały się różne silniki spalinowe dużych samochodów ciężarowych i czołgów, które następnie zapuszczano. Gazy spalinowe z pracujących silników doprowadzano rurociągami do komór, powodując śmierć znajdujących się w nich ludzi. Upływało ponad pół godziny, zanim w komorach się uciszyło. Po godzinie otwierano komory i wyciągano zwłoki, rozbierano je i następnie palono na podkładzie z szyn. Ogień podtrzymywano za pomocą drewna, zwłoki zaś od czasu do czasu polewano benzyną. W czasie zwiedzania przeze mnie Treblinki wszyscy zagazowani zmarli. Powiedziano mi jednak, że silniki nie zawsze pracują równomiernie, dlatego też spaliny często nie wystarczają do zabicia wszystkich osób znajdujących się w komorach. Wiele z nich traciło tylko przytomność i musiano ich jeszcze rozstrzeliwać. To samo słyszałem również w Chełmnie. Mówił mi także Eichmann, że w innych miejscach występowały podobne usterki. W Chełmnie zdarzyło się również, iż znajdujący się w samochodzie ciężarowym Żydzi wyłamali ściany i usiłowali uciec.

Doświadczenie wykazało, iż preparat kwasu pruskiego, cyklon B z niezawodną pewnością i szybko powoduje śmierć, szczególnie w całkowicie wypełnionych, suchych i szczelnych pomieszczeniach z możliwie licznymi otworami do wrzucania gazu. Nigdy nie widziałem ani też nie słyszałem, aby choć jeden człowiek zagazowany w Oświęcimiu żył jeszcze po otwarciu komór w pół godziny po wrzuceniu gazu.

Zagłada w Oświęcimiu wyglądała następująco.

Przeznaczonych na zagładę Żydów, mężczyzn i kobiety oddzielnie, prowadzono możliwie spokojnie do krematoriów. W rozbieralni zatrudnieni tam więźniowie z Sonderkommando mówili Żydom w ich ojczystym języku, że przyszli tylko do kąpieli i odwszenia, że mają porządnie poukładać swoje rzeczy, a przede wszystkim zapamiętać miejsce, aby po odwszeniu mogli je szybko znaleźć. Więźniowie z Sonderkommando byli sami jak najbardziej zainteresowani w tym, aby wszystko przebiegało szybko, spokojnie i sprawnie.

Po rozebraniu się Żydzi wchodzili do komory gazowej, zaopatrzonej w natryski i rury wodociągowe, sprawiającej wrażenie łaźni. Najpierw wchodziły kobiety z dziećmi, a następnie mężczyźni, których zawsze było mniej. Odbywało się to prawie zawsze spokojnie, ponieważ trwożliwych lub też przeczuwających nieszczęście uspokajali więźniowie z Sonderkommando. Poza tym zarówno ci więźniowie, jak i jeden z SS-manów pozostawali do ostatniej chwili w komorze.

Następnie szybko zaśrubowywano drzwi, a oczekujący dezynfektorzy natychmiast wrzucali przez otwory w suficie gaz, który specjalnymi przewodami opadał aż do podłogi. To powodowało natychmiastowe rozchodzenie się gazu. Przez wziernik w drzwiach można było widzieć, że osoby stojące najbliżej przewodów wrzutowych natychmiast padały martwe. Można powiedzieć, iż około jednej trzeciej ofiar umierało natychmiast. Pozostali zaczynali się zataczać, krzyczeć i chwytać powietrze. Krzyk jednak przechodził wkrótce w rzężenie, a po kilku minutach leżeli wszyscy. Najdalej po upływie 20 minut nikt już się nie poruszał. W zależności od pogody, czy było mokro czy też sucho, zimno czy ciepło, poza tym zależnie od jakości gazu, który nie zawsze był jednakowy, wreszcie zależnie od składu transportu, czy było w nim dużo zdrowych, starych czy chorych lub też dzieci, skutek działania gazu występował po 5-10 minutach. Utrata przytomności następowała już po kilku minutach, w zależności od odległości od szybów wrzutowych. Krzyczący, starsi, chorzy, słabi i dzieci padali szybciej niż zdrowi i młodzi. W pół godziny po wrzuceniu gazu otwierano drzwi i włączano wentylatory.

Natychmiast przystępowano do wyciągania zwłok. Nie wykazywały one żadnych zmian cielesnych, nie było widać ani skurczów, ani też zmian zabarwienia. Dopiero po dłuższym leżeniu, a więc po kilku godzinach, występowały zwykłe pośmiertne plamy opadowe. Także zanieczyszczenie kałem należało do rzadkości. Nie stwierdzano żadnych okaleczeń. Twarze nie były wykrzywione.

Sonderkommando wyrywało zwłokom złote zęby. kobietom zaś obcinało włosy. Następnie przewożono zwłoki windami na górę do już rozpalonych pieców. W zależności od budowy ciała do jednej komory piecowej wchodziło do trzech zwłok. Od właściwości zwłok zależny był również czas spalania, który wynosił przeciętnie 20 minut.

Jak już wyżej wspomniałem, krematorium I i II mogły łącznie w ciągu 24 godzin spalić około 2 000 zwłok. Spalenie większej liczby nie było możliwe bez powodowania uszkodzeń. Krematoria III i IV miały spalać 1 500 zwłok w ciągu 24 godzin, o ile mi jednak wiadomo, liczby tej nigdy tam nie osiągnięto. W czasie trwającego bez przerwy spalania, popioły spadały przez ruszty i były bieżąco usuwane oraz rozdrabniane. Rozdrobnione popioły wywożono samochodami ciężarowymi do Wisły i tam wrzucano łopatami do wody, z którą natychmiast odpływały i rozpuszczały się. Podobnie postępowano z popiołami z dołów przy bunkrze II i krematorium IV, w których spalano zwłoki. Proces zagłady w bunkrze I i II przebiegał tak samo jak w krematoriach, bardziej odczuwało się tam jednak wpływy warunków atmosferycznych.

Wszelkie prace związane z zagładą wykonywane były przez Żydów pracujących w Sonderkommando. Tę straszną pracę wykonywali oni z tępą obojętnością. Jedynym ich dążeniem było, aby się z tą pracą jak najszybciej uporać, by móc mieć dłuższą przerwę i poszukać tytoniu oraz jedzenia w ubraniach zagazowanych. Mimo iż byli dobrze odżywiani i dostawali obfite dodatki, często widziało się, jak jedną ręką ciągnęli zwłoki, a w drugiej trzymali jedzenie i żuli. Nawet najbardziej okropna praca, jaką było wykopywanie i palenie zwłok zakopanych w masowych grobach, nie przeszkadzała im w jedzeniu. Z równowagi nie wytrącało ich nawet palenie najbliższych krewnych.

Latem 1943 roku, w czasie służbowej podróży do Budapesztu na spotkanie z Eichmannem, dowiedziałem się od niego o planowaniu dalszych akcji przeciwko Żydom. W okresie tym na Węgrzech było aresztowanych 200 000 Żydów z Ukrainy Zakarpackiej. Umieszczeni byli w cegielniach i oczekiwali na transport do Oświęcimia. Eichmann spodziewał się, że z Węgier przybędzie około 3 milionów Żydów *[Dane dotyczące liczby Żydów w państwach sprzymierzonych z Niemcami, podawane przez Hössa są całkowicie fikcyjne. Podczas konferencji w Wansee 20 stycznia 1942 r. oceniano liczbę Żydów europejskich na 11 milionów, w tym: Bułgaria 48 000, Rumunia 342 000 i Węgry 742 800. Nawet jeżeli założyć, że miejscowe policje mogły później skorygować te liczby w górę, to różnica nie mogła przekroczyć kilku procent.]. Taką liczbę otrzymał od żandarmerii węgierskiej, która przeprowadzała aresztowania.

Aresztowania i wywiezienie miały być przeprowadzone jeszcze w roku 1943. Na skutek politycznych trudności w rządzie węgierskim termin ten był stale przesuwany. Szczególnie armia węgierska, tzn. wyżsi oficerowie, była przeciwna wydaniu Żydów i ułatwiła większości mężczyzn schronienie w oddziałach roboczych przy dywizjach frontowych, uniemożliwiając tym samym żandarmerii ich aresztowanie. Jesienią 1944 roku, gdy akcją został objęty Budapeszt, znajdowali się tam jeszcze tylko starzy i chorzy Żydzi. Ogółem wywieziono z Węgier prawdopodobnie nie więcej aniżeli pół miliona Żydów.

Jako następny kraj przewidziana była Rumunia. Stamtąd Eichmann spodziewał się - na podstawie danych swego pełnomocnika w Bukareszcie - około czterech milionów Żydów. Rokowania z rządem rumuńskim były jednak bardzo trudne. Wrogie Żydom koła chciały przeprowadzić akcję zagłady Żydów we własnym kraju. Miały już miejsce poważne wystąpienia antyżydowskie, porwanych Żydów mordowano, zrzucając ich w Karpatach w głębokie przepaście. Część rządu była jednak za wywiezieniem Żydów do Niemiec.

Jednocześnie miała przyjść kolej na Bułgarię z przypuszczalną liczbą 2,5 milionów Żydów. Kompetentne tamtejsze władze zgadzały się na wywiezienie, chciały jednak zaczekać na zakończenie rokowań z Rumunią.

Dalej Mussolini miał jakoby obiecać wydanie włoskich Żydów, jak również Żydów z okupowanej przez Włochy części Grecji. Nie można jednak było otrzymać żadnych przybliżonych danych liczbowych. Watykan i dom królewski, a tym samym wszyscy przeciwnicy Mussoliniego, chcieli jednak temu za wszelką cenę przeszkodzić. Eichmann z tego względu na wydanie wcale nie liczył.

Wreszcie Hiszpania. Wpływowe koła zwróciły się do przedstawicielstwa Niemiec, aby się pozbyć Żydów, jednakże Franco i kręgi będące pod jego wpływem byli temu przeciwni Eichmann nie przypuszczał, aby wydanie doszło do skutku. Przebieg wojny udaremnił te plany i milionom Żydów uratował życie.

Rudolf Höss 

Kraków, w listopadzie 1946 r.