Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Joanna Siedlecka

Jaśnie panicz

1987

 

(...)

 

 

WDYCHAŁEM SZALEŃSTWO

 

[...] Moja matka z domu Kotkowska. Bodzechów, gniazdo ich rodzinne (gdzie część dzieciństwa spędziłem), za czasów dziadka mego, Ignacego Kotkowskiego, trzysta włók liczył przedniej ziemi sandomierskiej. Dwór czcigodny, przez Małachowskich stawiany, w parku stuletnim, w którym duch kanclerza Małachowskiego przechadzał się w noce drżące księżycową pełnią...

Witold Gombrowicz, Dziennik.

W Bodzechowie niemal w każdym domu powiedzą coś o Kotkowskich. Ostatnia właścicielka - pani Jankowska, Kotkowska z domu, siedziała tu przecież do roku 1945. Tak jak i większość okolicznych ziemian wyjechała wtedy do Warszawy. Poza tym Kotkowszczacy wbili się w pamięć. Nie było z nich bowiem zwyczajne sobie państwo, tylko - jak się tu mówi - fisie, czyli dziwadła, oryginały. Wszystko pewnie stąd, że przez pokolenia większość z nich żeniła się w rodzinie [Jerzy Gombrowicz Komentarz biograficzny do twórczości Witolda Gombrowicza napisany w 1967 dla IBL PAN, str. 62-63: "Dwór ten stanowił pewnego rodzaju curiozum, opisane przez Sobieszczańskiego w jego Wędrówkach po Polsce. (...) Bracia Kotkowscy pożeniwszy się zamieszkali wszyscy w obszernym dworze i okalających dziedziniec oficynach. Powstała w ten sposób w Bodzechowie pierwsza i jedyna w Polsce spółdzielnia rodzinno-szlachecka. (...) To skupienie rodzinne dało pewne niekorzystne rezultaty. Już wnukowie Ignacego zaczęli żenić się w rodzinie. (...) Doprowadziło to nie tylko do pewnych zdziwaczeń, ale nawet chorób umysłowych potomstwa..."].

W 1838 r. Bodzechów kupił od Małachowskich Kotkowski Ignac. Jego czterej synowie: Józef, Marceli, Franciszek i Seweryn pożenili się, każdy miał kupę dzieciaków. Jak to zwykle bywało, nie podzielili się majątkiem. Razem mieszkali i gospodarowali. A mieli na czym.

Przeszło tysiąc mórg wspaniałej ziemi z lasem oraz łąkami i co ważniejsze - przemysł. Huta z piecami pudlinkami, gdzie wytapiano żelazo, papiernia, cegielnia, tartak, młyny, goździarnia. Szklarski Józef, który był u ostatniej dziedziczki za lokaja, trzyma w domu jeszcze kilka takich goździ, bo dziś już takich nie robią - mają trzy kanty.

W oddalonych o dwadzieścia kilometrów Dołach mieli również kopalnię dolomitu i piaskowca, fabrykę wyrobów kamieniarskich oraz papieru. Bodzechów był bardzo zamożny, ludzie mieli gdzie zarobić i nie narzekali.

Na dodatek wszystkiego, co sobotę robotnicy szli do karczmy, jedli, pili, bawili się - płacili Kotkowscy - wspomina Zofia Łapianka, lat 85.

W Bodzechowie założono też pierwszy w okolicy telefon między dworem i fabryką, w fabryce światło elektryczne. Jeden z pierwszych samochodów miał właśnie Stanisław Kotkowski. Wszyscy okoliczni panowie jeździli jeszcze końmi, a Kotkowszczak z domu do fabryki - samochodem! Bodzechów był wtedy ważniejszy od Ostrowca.

Więc żeby nie wypuszczać z rąk pięknego majątku, większość wnuków i prawnuków Ignacego żeniła się ze sobą. Albo co najwyżej z sąsiadami Cichowskimi, którzy przez liczne z nimi małżeństwa stali się szybko kuzynami. Na przykład dwie z czterech córek Marcelego Kotkowskiego wyszły za Kotkowskich - swoich stryjecznych braci, jedna za ciotecznego [Według pracy Jerzego Gombrowicza (str. 13) Maria Kotkowska wyszła za Bolesława Kotkowskiego, Aniela za Ignacego Kotkowskiego, Bronisława za brata ciotecznego - Włodzimierza Jakubowskiego z Fałkowa. Jedynie Emilia nie poślubiła krewniaka, tylko Ludwika Paszkiewicza z Żórawicy.]. Tylko najmłodsza złączyła się z obcymi, na co Kotkowscy zawsze patrzyli kosym okiem.

Druga żona Stanisława Kotkowskiego była nie byle kim - z domu Leszczyńska, i to bodajże z tych, którzy wydali samego króla Stanisława. Kotkowscy jednak uważali ją za coś gorszego tudzież godnego politowania. Owszem, ładna, miła, dobra, ale obca - nie Kotkowska ani Cichowska.

Żenili się między sobą i nie brakło rezultatów, czego najlepszym przykładem był Kaźmierz oraz Bolek.

Kaźmierz Kotkowszczak zmarł w 1936, tak że wiele starszych osób dobrze ma go jeszcze na oczach. Łapały go często - jak sam mówił - złe wpływy, które przeczekiwał albo przeskakiwał. Tego samego nauczył również swego psa Kastora, a nigdy się z nim nie rozstawał. Kawałek drogi zajmował im kilka godzin. Poza tym nawet był przytomny: zagadał, zadeklamował Pana Tadeusza - umiał go na pamięć. Jego rodzona siostra Aniela miała w niedalekich Małoszycach córkę Antoninę, która nie wyszła za żadnego z Kotkowszczaków czy Cichowszczaków, tylko wzięła sobie obcego - Jana Gombrowicza. Miała z nim czwórkę drobiazgu: Jurka, Nanka (Janusza), Renę i Witka. Kaźmierz często chodził do Małoszyc - Gombrowiczka zawsze wciskała mu na odczepnego parę złotych - było nie było, zawsze to jednak wuj.

Chodził też Kaźmierz na sąsiednią Wolę do Maryśki, którą rzucił jej chłop, choć zdatna z niej była kobita. Miał z nią troje dzieci: Józka, Marysię oraz Stasiunię. Z Józka - tak jak i z Kaźmierza - był koł, córki jednak w porządku. Stasiunia nawet się wyuczyła - skończyła powszechniak, a dziś to tyle samo co gimnazjum.

Marysia żyje jeszcze, wyjechała jednak na stałe z Bodzechowa i nikt nie zna jej adresu. Pelagia Malinowska, lat 81, znała zarówno ją, jak i Stasiunię - swoją rówiennicę. Chodziła na Wolę, żeby się z nimi bawić. Choć była córką jednego z bogatszych bodzechowskich gospodarzy, bardzo często im zazdrościła. Bo mimo że nosiły nazwisko Maryśki, Kotkowscy mieli na nich uważanie. Maryśka brała w sklepie u Żyda, co tylko się jej podobało, i Kotkowscy płacili. Co raz przynosiła swoim dzieciom w zajdce to kiełbasę, to słodkie bułeczki, a nawet pomarańcze!

Kotkowscy obiecywali również zapisać im kawałek placu oraz dom, w którym mieszkał Kaźmierz razem ze swoim lokajem Pajdą - nie trzymano go bowiem we dworze. Ale dopóki żył, patrzyli łaskawym okiem na spacery do Maryśki. Wiadomo, każde stworzenie czuje bożą wolę. Gdy zmarł, zapomnieli o przyrzeczeniach. Kiedy umierał, ani Maryśki, ani dzieci nie dopuścili nawet na pokoje. Dom i plac zapisali kościołowi na plebanię, która mieści się tam do dziś. Maryśka desperowała, płakała, żałowała, że zadawała się z Kaźmierzem.

A co do Bolka, Kotkowscy tłumaczyli niby, że był całkiem w porządku, dopóki na studiach w Petersburgu nie dostał podczas pojedynku szablą w głowę. - Tylko co tu mydlić oczy pojedynkami - mówią w Bodzechowie. Rodzice Bolka: Aniela oraz Ignacy byli przecież stryjecznym rodzeństwem; ich ojcowie - Józef i Marceli - rodzonymi braćmi. Po prostu, jak to w tej rodzinie często bywało, Kotkowski ożenił się z Kotkowską [Z pracy Jerzego Gombrowicza, str. 74: "Jedyny brat naszej matki Bolesław Kotkowski w czasie studiów uniwersyteckich w Wiedniu dostał nagle i niespodziewanie choroby umysłowej, która trwała aż do śmierci w 1937 roku i odebrała mu wszelką świadomość. Choroby umysłowe często zdarzały się w rodzinie Kotkowskich, prawdopodobnie wiążąc się z ciągłymi małżeństwami z bliskim pokrewieństwem".]. Mówili niby, że z litości - wiedział, że nikt inny jej nie weźmie; po ospie, na którą chorowała, zostały jej na twarzy szpecące ślady. Na pewno chodziło jednak i o to, żeby nie rozdrabniać majątku.

No i synek był zupełnie nieprzytomny. Mimo to początkowo trzymano go we dworze, tyle że w wydzielonych pokojach. Ciągle śpiewał, bełkotał i choć miał swego lokaja Skrabiczyńskiego, ciągle w samych kalesonach uciekał na podwórze, do parku.

We dworze było pełno dzieciaków. Przyjeżdżała też często z Małoszyc, a od 1905 mieszkała tu kilka lat na stałe, rodzona siostra Bolka - Antonina Gombrowiczowa - i jej dzieciaki, szczególnie najmłodszy Witek, strasznie się tego wuja bały. Nic więc dziwnego, że matka Bolka - Ignacowa, zamieszkała z nim w Dołach, potem w domku przy ulicy Opatowskiej, który stoi w Bodzechowie do dziś. Była z niej niezwyczajna kobieta - całe życie poświęciła opiece nad Kaźmierzem oraz Bolkiem, czyli bratem i synem. Tyle tylko było jej szczęścia, że zmarli w jednym roku - w 1936.

[...] "W rodzinie Kotkowskich, sporo było chorób umysłowych; gdy przyjeżdżałem do mojej babki na wieś, bałem się okropnie; dom duży, parterowy, przedzielony był na dwie części; w jednej mieszkała moja babka, w drugiej syn jej, brat mojej matki, wariat nieuleczalny, który chodząc w nocy po pustych pokojach usiłował zagłuszyć strach dziwnymi rozhoworami, przetaczającymi się w pienia jakieś przedziwne, które kończyły się nieludzkim wrzaskiem; całą noc to trwało; wdychałem szaleństwo. Ja jestem artystą po matce, a po ojcu jestem trzeźwy, spokojny, opanowany" - wspominał potem Gombrowicz rozmawiając z Dominique de Roux.

Ignacowej, babce Witolda, zawdzięcza też przede wszystkim swoje istnienie bodzechowski kościółek. Przedtem chodziło się do kościoła w Denkowie, Ignacowej jednak trudno było opuszczać Bodzechów. Jak mówi księga parafialna:

"Miała ona na swojej opiece syna i brata, obydwu chorych umysłowo. Pragnęła więc bardzo mieć bliżej kościół, żeby u stóp Boga częściej czerpać siłę do spełniania trudnych obowiązków. Dla swoich pragnień zdołała pozyskać zięcia - Jana Gombrowicza".

Ignacowa dała plac, lecz śmierć zięcia odsunęła budowę. Dopiero w roku 1937 jej dorosłe już wnuki - Witold i Janusz - przenieśli do Bodzechowa drewniany kościółek ze Wsoli, gdzie postawiono akurat murowany. I do dziś na wiernych spogląda Zofia Baczyńska z domu Kotkowska, która pozowała do obrazu świętej Zofii.

Z resztą Kotkowskich nie było aż tak, jak z Kaźmierzem czy Bolkiem. Po prostu nie brakowało wśród nich fisiowatych, i to wszystko.

Weźmy chociażby siostrę Bolka - Antoninę Gombrowiczową.

Wójcik Wincenty był u Kotkowskich karbowym i dobrze miał - na koniu sobie jeździł, pędził innych do roboty. Dziś ma 85 lat i lichy już jest, w łóżku tylko leży, jednak - jak mówią w Bodzechowie - na umyśle jeszcze niestracony. I tę Gombrowiczkę, Kotkowszczankę z domu, dobrze pamięta. Choć jej rodzice byli stryjecznym rodzeństwem, ona sama w porządku, ale mumia straszna. Nigdy - jak to inne panie - nie zagadała, nie raczyła nic powiedzieć, gdy zdejmowało się przed nią czapkę, grzecznie kłaniało. Pyszna, dumna, sztywna. Zawsze też ubrana na czarno, z parasolką, choć świeciło słońce. Często też sama do siebie gadała, zapominała o wszystkim.

Złączyła się z obcym mężczyzną, więc jej dzieci, owszem, niczego sobie. Z tym jednak, że nie wszystkie. Wójcik dobrze je pamięta - podawał im przecież piłki do tenisa.

Córka Rena i syn Jurek - mądrale, jak najbardziej przytomni.

Najmłodszy Witek też niby taki sam, nie wiadomo jednak, co z niego wyrosło. Podobno mumia bardzo chciała mieć jeszcze jedną córkę - Rena była nieładna. Urodził się trzeci syn - Witek. Więc długo - tak jak dziewczynkę - ubierała go w sukieneczki z falbankami, nie strzygła mu długich włosów. A chłopakowi na pewno coś takiego nie wychodzi na dobre.

Syn Nanek był najbardziej niewyraźny. Wdał się w Kotkowszczaków. Ożenił się ze swoją kuzynką, Dzidką Kotkowska. Jego matka też przecież Kotkowska, więc jak to tak? Jakby brakowało rodzinnego poplątania - Dzidka była rozwódką, dla Nanka rozwodziła się przez Rzym! Za pierwszego męża miała bowiem - jak typowa Kotkowszczanka - swego kuzyna, Jana Cichowskiego z Linowa, spokrewnionego na dodatek również z Gombrowiczami!

Albo inny, Bolesław, syn - zdaje się - Franciszka Kotkowskiego. Trudno dziś dać za to głowę - rodzina była ogromna, każdy z Kotkowskich miał pełno dzieci, nie sposób spamiętać dokładnie, kto kogo rodził. Bolesław mieszkał na sąsiedniej leśniczówce zwanej Kotówką. Śmiechu było z niego co niemiara. Gdy się ożenił - wsiadł na konia, pojechał zameldować o tym na policję. Kiedy sobie podpił - co się często zdarzało - dostawał nieludzkiej siły i łamał w ręku podkowy, sztaby. Całkiem nieprzytomny jednak nie był. Niektórzy mówili, że udaje tylko fisia, żeby straszyć Żydów, za czym również przepadał.

A Henryk, syn Bronisława Kotkowskiego? Pan przecież, a tymczasem jeździł do Rakowa na zaloty do zwykłej Żydówki! Kupił sobie żydowską myckę, paradował w niej, jakby nigdy nic.

A znów Franciszek Kotkowski, jeden z czterech synów Ignacego, wpadł na pomysł, żeby zamiast wyrzucać gnój na pole, płacić ludziom z Bodzechowa za to, żeby od razu szli na dworskie pola. Bo po co podwójna robota? Wynajął stróża, który płacił. Wkrótce jednak trzeba było z pomysłu zrezygnować - bodzechowscy latali w pole po kilka razy dziennie. Bez żadnej potrzeby, skoro jednak dostawali po kopiejce...

Swój majątek na niedalekim Podlesiu nazwał po francusku "Malgretu" (malgre tout - pomimo wszystko) i siedział tam niczym kret. Bez żony, dzieci, milczący, samotny, z włosami i brodą niemal do ziemi, obdarty, choć pieniędzy mu przecież nie brakowało.

* * *

Tylko co się dziwić. Zła krew robiła na pewno swoje, lecz bódł też ich dobrobyt, to życie, jakiego nie będą mieli nawet w niebie. Było wśród Kotkowskich kilku bardzo pracowitych - przede wszystkim Stanisław, Ignacy, potem jego zięć Gombrowicz, który na kilka lat przeniósł się z rodziną z Małoszyc do Bodzechowa, zarządzał fabryką oraz całym majątkiem. Robili od świtu do nocy i oni to właściwie uprzemysłowili Bodzechów. Stworzyli pozostałym rajskie życie. Reszta mogła nic nie robić. A wtedy wiadomo - przychodzą człowiekowi do głowy różne fanaberie.

Cały czas przecież tylko śniadania, podobiadki, obiadki, podwieczorki, kolacje, podkurki. (Do stołu zasiadało kilkadziesiąt osób). Polowania, karty, tenisy, spacery, bale, goście. Tak tam było wesoło, gwarno, rojno, towarzystwo w każdym wieku, że okoliczni panowie - ci wszyscy Jakubowscy, Piotrowscy, Koziełł-Poklewscy, Baczyńscy, Cichowscy - ciągnęli do Bodzechowa niczym pszczoły w grykę.

Bo cóż, Kotkowszczacy całymi dniami zabawiali się jak dzieci. Raz na przykład któryś z nich dostał list: "Gdy nie położysz pod kamień w parku dziesięciu tysięcy rubli, zginie cała twoja rodzina!" Zamykali się, barykadowali, w końcu znudziło im się siedzieć ciągle we dworze, wychodzili wobec tego z nabitą bronią, uciekali z krzykiem przed byle podmuchem wiatru. Potem okazało się, że to któryś z nich, wielki kartołup, zgrał się zupełnie i chciał wykombinować trochę grosza.

Ich dzieci miały niańki, bony z Francji i Niemiec, potem studia w Wiedniu czy Petersburgu. Panie Kotkowskie - zagraniczne damy do towarzystwa, do pomocy czy sprawunków - oprócz służby oczywiście - najrozmaitsze ubogie krewne, które miały we dworze żywotkę. Nic więc dziwnego, że prawie w ogóle nie mówiły po polsku, tylko po francusku, nie znały wartości pieniądza. Jedna z nich: Maria Kotkowska (z domu również Kotkowska) kładła na tacę w kościele, ile miała przy sobie - nieraz i sto rubli! Nie wiedziała wcale, czy to mało, czy dużo. Kiedy mąż przestał dawać jej pieniądze, rzucała na tacę drogocenne pierścionki, bransolety. Mąż leciał do księdza, błagał o zwrot...

Z kolei Bronka Kotkowska zawsze mówiła, że niemal codziennie spotyka się z duchami. Coraz widziała w parku białą damę albo czarnego pana.

W ogóle można byłoby o Kotkowskich opowiadać bez końca. Już czego jak czego, dziwaków wśród nich nie brakowało [Z pracy Jerzego Gombrowicza, str. 78-79: "Rodzina Kotkowskich stanowiła prawdziwą galerię typów udziwacznionych odrębnością bytowania. Jeden z naszych ciotecznych dziadków uchodził na przykład w dzieciństwie za niemowę, gdyż do 7-mego roku życia nie wypowiedział ani jednego słowa. Jakaż była radość rodziców, gdy jadąc z nimi przez łąki do kościoła, całkiem wyraźnie rzekł: >>oto kopka siana<<. (...) Jedna z ciotek, wielka moralizatorka, kupowała portmonetki bawiąc w mieście i wkładała w nie sentencje umoralniające zamiast pieniędzy. Siadała na ławce w parku, udawała, że śpi, trzymając portmonetkę na kolanach. Była uszczęśliwiona, gdy ją skradziono i uważała swój pomysł za wybitnie pedagogiczny. (...) Jak w każdym skupieniu, powstawały w kochającej się i solidarnej rodzinie nieustanne zatargi wywołane najbłahszymi przyczynami. Oczywiście, jak w każdym partykularzu, zatargi te były przedmiotem szerokich omówień, powtarzanych dzieciom przez niezbyt dyskretną służbę. Myślę, że stać się to mogło zaczątkiem tak wyraźnego u Witolda kompleksu >>ciotecznego<<. Typy, różne od egzystujących w mniej anachronicznych warunkach, mogły też wywrzeć wpływ na postacie jego bohaterów, nieraz bardzo psychicznie zdeformowanych".].

* * *

Przeszło osiemdziesięcioletnia pani Maria Marchwińska z domu Kotkowska, córka Seweryna Kotkowskiego - zamieszkała dziś w Warszawie, nie bez wzruszenia wspomina Bodzechów oraz swoją rodzinę. Weseli, pełni życia, wręcz Tarletonowie z Przeminęło z wiatrem. Naturalnie, wielkie dziwadła - częste małżeństwa w rodzinie robiły swoje.

Tylko prawdę mówiąc, czyż najbliżsi sąsiedzi, ci wszyscy Baczyńscy, Piotrowscy, Jakubowscy, Koziełł-Poklewscy, różnili się od nich tak bardzo? Sandomierskie - trudno ukryć - było miejscem najbardziej chyba tradycyjnego, zasiedziałego i zdziwaczałego ziemiaństwa.

Taki na przykład Leon Baczyński z Pisar, skoligacony zresztą z Gombrowiczami - żonaty z Zofią Kotkowska.

Bogaty i ogromnie skąpy. Zamykał do cukierniczki muchę, żeby sprawdzić, czy nikt przypadkiem nie podkradał cukru. Zawsze też był u niego darmowy administrator. Jego siostra miała bowiem sześciu synów. Brał więc któregoś na bok, obiecywał, że zapisze mu Pisary (własnych dzieci nie miał), ale pod warunkiem pomocy w gospodarstwie. Wybraniec wstawał o czwartej rano, robił do północy. Za rok lub dwa wuj Baczyński oświadczał, że jest z niego niezadowolony, po czym brał na bok następnego i obiecywał mu Pisary. Kolejny wybraniec wstawał o czwartej rano przez rok lub dwa... itd.

Mimo jednak swego skąpstwa, w 1939 zapakował do walizeczki milion złotych, wsiadł w pociąg do Warszawy. Do trzeciej klasy oczywiście - na lepszą żałował pieniędzy. W Warszawie poszedł na Klonową do Rydza-Smigłego, oświadczył w sekretariacie, że daje milion na polską łódź podwodną. Zobaczyli jednak obdartego dziada ze starą tekturową walizką, nie chcieli nawet gadać. Otworzył walizkę, pokazał pieniądze i zaraz wprowadzono go do Rydza. Na drugi dzień w gazetach było zdjęcie - Rydz bez czapki, odprowadza grzecznie do samochodu obdartego wuja Baczyńskiego - ofiarodawcę miliona na łódź podwodną!

- Trudno się właściwie dziwić antyziemiańskiej fobii kuzyna Witolda - mówi pani Marchwińska.

Pamięta go doskonale. Śmiał się, drwił z Kotkowskich, niby to ubolewał, że został przez nich dziedzicznie obciążony. Mimo to dobrze rozumiał, ile im zawdzięcza. Niesłychanie go fascynowali, ubóstwiał o nich słuchać, przyjeżdżał często do Bodzechowa.

Wiele bodzechowskich postaci, sytuacji, krajobrazów, wyrażeń odnajdywała potem w jego utworach. W powieści kryminalnej Opętani, drukowanej przed wojną w "Expressie Wieczornym", akcja toczy się w dziwnym dworze, do złudzenia przypominającym bodzechowski. A znów w Ślubie, Pijak mówi na tak ważny w tym utworze palec - "palic", czyli właśnie po bodzechowsku.

- Gdy oglądałam Ślub, poczułam się jak w domu - mówi pani Marchwińska.

Oczywiście - jak w dawnym domu. Z Bodzechowa, który pamięta, zostało bowiem bardzo niewiele.

* * *

Pani Jadwiga Czechowa, primo voto Cichowska, rocznik 1918, mieszka dziś w Nowej Hucie, jest emerytką nowohuckich zakładów mięsnych. Jej świętej pamięci matka - Władysława Mrozińska z domu Kotkowska (córka Marii i Bolesława), tak że pani Czechowa ma o Kotkowskich sporo do powiedzenia. Najkrócej mówiąc - oryginalni, barwni, niepowtarzalni, czego najlepszym przykładem była właśnie jej matka.

Niby typowa panna z dobrego domu, a jednak, gdy została nagle młodą wdową (ojciec pani Jadwigi zmarł, gdy miała 2 lata) - nie sprzedała gospodarstwa, czyli Jędrzejowa. Prowadziła je - i to z sukcesem - sama, to znaczy przy pomocy rządcy oraz "rady rodzinnej", w skład której wchodził między innymi wuj Gombrowicz, ojciec Witolda.

Była dzielna, pracowita, świetnie radziła sobie z okolicznymi chłopami. Znała perfect francuski, niemiecki, kochała karty; grała z miejscowym proboszczem, a gdy nie przyjeżdżał, cóż - rżnęła sama, musiała mieć trochę odpoczynku od gospodarki! Prawdę mówiąc, wyswatała swoją córkę, czyli pannę Jadwigę tak wcześnie za mąż, bo przyszły zięć - Stanisław Cichowski - też lubił karty! Co więcej - jak to u Kotkowskich - był ich kuzynem, na szczęście dalekim, tak że nie trzeba było dyspensy.

Albo z kolei Kaźmierz Kotkowski. Niewątpliwie chory umysłowo, ale jednocześnie - szalenie ciekawy. Bał się przede wszystkim tak zwanych złych prądów, wpływów, biorytmów, które rzeczywiście wyczuwał. Dlatego unikał pewnych miejsc i ludzi, bo emanowało z nich "coś złego". Może dziś byłby znanym różdżkarzem?

A znów wuj Baczyński z Pisar to właściwie postać także i tragiczna. Gdy przyszli Niemcy, odciął się zupełnie od świata, udawał, że nie pojmuje, co się wokół niego stało, uważał Niemców za Francuzów, zwracał się do nich po francusku! Nie udało mu się utrzymać ukochanych Pisar, zmarł u sióstr zakonnych, które go na starość przygarnęły.

Rację miał kuzyn Witold, który - mimo krytycyzmu wobec "Kotkowszczaków" - miał do nich słabość. Zawsze powtarzał, że co wuj to temat na opowiadanie, co ciotunia - na powieść! To Kotkowscy właśnie dostarczyli mu materiału na całe życie.

Pani Czechowa dobrze go pamięta. Uczęszczała przed wojną na pensję w Warszawie i odwiedzała wtedy często na Służewskiej wujostwa Gombrowiczów. Ciocia Tosia przepadała za wizytami krewniaków z kochanego Bodzechowa, a i kuzyn Witek też jakoś znajdował dla nich czas. Nazywał ją Dziudłą i dokuczał oczywiście, ale serdecznie.

Na imieniny, na które go kiedyś zaprosiła, przyniósł jej na przykład tylko kwiaty, prezent natomiast - co oczywiście wprawiło ją w fatalny humor - pięknej kuzynce Marceli Mrozińskiej, później Cichowskiej, która na pewno mu się podobała. Była to płyta z nagranymi przez niego życzeniami. Jedną stronę dedykował na szczęście solenizantce, drugą kuzynce Marceli. Nie zawierała jednak wcale miłych, stereotypowych życzeń. Na "jej" stronie bowiem znajdował się tekst mniej więcej następujący:

"Mówią, że Dziudła nie jest łakoma, choć zjada tysiące napoleonek! Dziudła podobno nie jest łakoma, a pochłania tyle na obiad! I nawet gdy Dziudła nie będzie się już mieściła w drzwiach, zawsze będę powtarzał - że nie jest łakoma!"

Strona dla kuzynki Marcelki była w podobnym stylu:

"Parasol marki >>Słoń<< ma piękną rączkę, kuzynka Marcela - piękne nogi. Parasol marki >>Słoń<< chroni nas od deszczu - Marcela od nudy. Dlatego radzę - kupujcie parasol marki >>Słoń<<, a kochajcie się w Marceli!"

Gdy wydał Ferdydurke, wielu z Kotkowskich nie ukrywało, że to - według nich - idiotyzmy. Współczuli cioci Tosi za "niewydarzonego" syna. Niektóre z ciotek uważały nawet, że powinna teraz - przy spotkaniu z nimi - przechodzić na drugą stronę ulicy, bo jak spojrzy im w oczy? Gdy nie przyszła na żurek do Manci Paszkiewiczówny, były przekonane, że to ze wstydu za Witka...

Pani Czechowa też nie ukrywa, że woli Dobraczyńskiego, Krawczuka, Kossak-Szczucką. Nie lubi jego "oderwanej" od życia twórczości. Ale mimo to, ona osobiście, ogromnie go ceni, wspomina z sympatią. Był przecież z Kotkowskich, z Bodzechowa, a zna go prawie cały świat.

* * *

Babka pana Antoniego Arkuszewskiego, Helena Cichowska to córka Seweryna Kotkowskiego, stryjeczna siostra Ignacego Kotkowskiego, dziadka Witolda.

Blisko siedemdziesięcioletni dziś pan Arkuszewski, emerytowany inżynier zamieszkały w Warszawie, ma u siebie w domu cenną pamiątkę - kronikę rodzinną spisaną przez jednego z nieżyjących już dziś Kotkowskich. Zawiera ona krótką historię rodu oraz dokładne drzewo genealogiczne. Wyszczególnieni są wszyscy potomkowie czterech synów (piąty, Fryderyk, zginął młodo) i dwóch córek Ignacego Kotkowskiego. Ich daty urodzenia oraz śmierci, zawody czy zajęcia, miejsca zamieszkania, współmałżonkowie, dzieci itp.

Witoldowi Gombrowiczowi poświęcone są jedynie  t r z y  wiersze, tak jak każdemu przeciętnemu potomkowi Kotkowskich:

"Witold Gombrowicz, ur. 1904, zm. 1969,  m g r  p r a w  (podkreślenia moje - J.S.), autor Ferdydurke, Dziennika, Kosmosu i innych, do roku 1939 mieszkał w Warszawie, po czym w Argentynie, następnie do śmierci we Francji".

Wielu przedstawicielom rodu kronika poświęca więcej miejsca.

Po prostu jej autor uważał, że nie brakowało Kotkowskich nieporównanie bardziej od Witolda zasłużonych dla kraju. Bo był to - zdaniem pana Arkuszewskiego - ród światły, wykształcony, i to często za granicą. Przed wojną kończono przeważnie Instytut Rolnictwa na Marymoncie, Szkołę Główną w Warszawie, politechniki w najróżniejszych krajach Europy, głównie w Niemczech. Po wojnie też przeważnie uczelnie techniczne i gospodarcze. Trudno wprost zliczyć wybitnych inżynierów, profesorów, adwokatów, lekarzy, rolników.

Tak że Witold Gombrowicz wcale nie jest dumą ani chlubą Kotkowskich. Przeciwnie, na ogół mają do niego żal, że bardzo podkreślał ich dziwactwa i szaleństwa. Słowem natomiast nie napomknął o zasługach.

A weźmy chociażby Zygmunta Skibniewskiego (jego matka z domu Kotkowska): wybitny architekt - współorganizator Biura Odbudowy Stolicy, współtwórca Trasy W-Z, były poseł na Sejm, laureat nagrody państwowej, profesor Politechniki Warszawskiej. Jego żona to Halina Skibniewska, również architekt, wicemarszałek Sejmu, również laureatka nagrody państwowej.

O, to są - według kroniki - chluby Kotkowskich, a nie Witold Gombrowicz!

Czyż jego dziwne książki mogą się równać z osiągnięciami jednego chociażby Zygmunta?

Naprawdę, w kronice rodu wystarczą mu więc tylko trzy wiersze.

* * *

Dziś w dawnej posiadłości Kotkowskich mieści się PGR.

Nie ma już murowanego "dworu czcigodnego", stawianego jeszcze przez Małachowskich, gdzie do roku 1933 mieszkali Gombrowiczowie. Została po nim tylko piwnica oraz nie uprzątnięte gruzy i resztki znajdującej się we dworze kaplicy ariańskiej. Po drugiej wojnie nikt dworu nie remontował, więc walił się, marniał. W końcu gmina rozebrała go na belki do mostu. Za władzą gruchnęli ludzie - każdy przecież potrzebował cegieł czy desek.

Stoją natomiast dwa drewniane skrzydła dworu. W lepiej utrzymanym mieszczą się biura PGR-u. Bardziej zniszczone przeznaczone jest - według dyrektora PGR-u - na wyburzenie. Na razie mieszka tam pięć rodzin pegeerowskich pracowników, którzy zamiast cieszyć się, że historia rzuciła ich na, było nie było, pańskie pokoje, bardzo na nie narzekają. Trudno się oczywiście dziwić. Bez żadnych wygód, od trzydziestu przeszło lat nie remontowane, tyle tylko, że po wojnie podzielono je na małe izby i pokryto dach.

- Gombrowicz? - dziwi się dyrektor PGR-u - ja takiej osobistości nie znam! Dawno rozebrałbym wszystko, co przedwojenne, tylko nie mam środków!

Jeszcze po przejściu frontu był obok dworu stuletni, piękny, ogrodzony park. Pełen alejek, klombów, strzyżonych drzew, za Kotkowskich pielęgnowany przez ogrodników. Zdobiły go liczne figury. Park przechodził w Lisiny - las uwieczniony w Pornografii: [...] "To nie krzaki, tylko czuby drzew, z wąwozu, z Lisin, które łączą się z lasem bodzechowskim..." - pisał Gombrowicz.

Tam gdzie był park, są dziś tereny PGR-u, więc wszędzie pełno kur, kaczek, szop, składzików. Choć na zachowanej bramie wjazdowej do dworu umieszczono tablicę: "Zabrania się wyrzucać śmieci i wylewać zlewki" - co krok puste butelki, połamane wiadra, zardzewiałe miednice. Na skraju parku postawiono ubikację dla pracowników, ale wolą oni, niestety, łono natury.

Lisiny uznano wprawdzie za zabytek przyrody, mieszkańcy Bodzechowa nie ukrywają jednak, że gdy potrzebują drzewa - idą do Lisin, których nikt przecież nie pilnuje.

Z rzeźb jest jeszcze - jak się tu mówi -  b o g i n i a  Ceres, tyle że przewrócona, z odłupanymi rękoma. Ktoś puścił plotkę, że Małachowscy zakopali pod nią złoto. Podkopano stojącą od XVIII wieku figurę i nic nie znaleziono, odłupano więc młotem głowę i ręce szukając złota w jej wnętrzu.

[...] "W powozie, którego koła zapadając się w piaszczyste koleiny wydają głuchy jęk - jedziemy. Mnie śmiać się chciało. Powóz, konie, ten furman, kurz, jęk tych gum ocierających się o piasek - ależ od wieków to znane i nic, zupełnie nic się nie zmieniło!" - opisywał Gombrowicz w Pornografii drogę z Bodzechowa do pobliskich Małoszyc.

Teraz jednak takie same pozostały jedynie lessowe wąwozy. Poza tym zmieniło się wszystko. Droga utwardzona, żadnego śladu piachu, ani jednego drzewa; zamiast nich przy drodze wysypiska pegeerowskich śmieci. Po prawej stronie poszatkowane pola bodzechowskich gospodarzy, z miedzami, przydrożnymi kapliczkami, ze świętymi figurkami. Po lewej - wielkie pola pegeerowskie.

Najlepiej zachowały się dawne pomieszczenia gospodarcze Kotkowskich. Do dziś mieszczą się tam pegeerowskie stajnie, stodoły, magazyny, piwnice.

W niedalekich Dołach Biskupich stoi nadal - i w dość przyzwoitym stanie - fabryczna osada oraz fabryka papieru, zwana przez miejscowych "Witulinem". W roku 1905 ojciec Witolda założył Towarzystwo Akcyjne, do którego przystąpił właśnie z udziałem Dołów. Ponieważ udział ten oraz dochody przeznaczył Witoldowi, nazwał Towarzystwo "Witulinem", a miejscowi mówią tak również i na fabrykę oraz przyfabryczną osadę. Do dziś pracują te same dziewiętnastowieczne maszyny, nadal produkuje się tekturę. Lecz są to już raczej ostatnie dni fabryki. Jej dzisiejsi szefowie, czyli Warszawskie Zakłady Papiernicze w Konstancinie, odmawiają pieniędzy na renowację i generalny remont. Czekają po prostu na powolną śmierć techniczną starej fabryki.

Na cmentarzu w pobliskim Denkowie jest dobrze utrzymana kaplica, będąca jednocześnie grobem rodzinnym kilku pokoleń Kotkowskich. Bo oni nawet i w ziemi leżą razem.

* * *

Wójcik Wincenty, który najlepiej pamiętał Kotkowskich oraz Gombrowiczów i najwięcej opowiedział, trochę z niepokojem patrzy na moje notatki.

- Z jakiej to właściwie okazji wypytuje pani o Kotkowskich? Wskrzesza nieboszczyków? - pyta.

Niby wprawdzie pod niczym się nie podpisywał, żeby tylko nie miał jednak potem jakichś przykrości.

- Nie będzie żadnych nieprzyjemności - uspokajam. - Po prostu Witold, syn Gombrowiczowej z domu Kotkowskiej, został pisarzem!

- Syn mumii, Ignacowej córki - pisarzem? Proszę, w nim też się jednak odezwało!

 

 

ANIELA CIEMNA

 

Aniela Brzozowska-Łukasiewiczowa - wieloletnia służąca i właściwie członek rodziny Gombrowiczów ma dziś 87 lat. Była rówieśnicą Janusza, najstarszego z braci Gombrowiczów, urodzonego w roku 1894.

Mimo to - jak mówią w jej rodzinnym Sokołowie Podlaskim - jest jeszcze w  s z y k u.  Nie przypomina niedołężnej staruszki. Mieszka sama i obywa się bez czyjejkolwiek pomocy. Opiekun społeczny posłał do niej pielęgniarkę środowiskową - grzecznie podziękowała. Chwała Bogu, sama jeszcze wszystko koło siebie zrobi: posprząta, nagotuje, wyciągnie wodę ze studni, pójdzie do sklepu i codziennie do kościoła - prowadzi kółko różańcowe.

Tyle tylko, że nie widzi już na jedno oko i pamięć dawno nie ta, lecz coś jednak powie. Było nie było, przeżyła z Gombrowiczami prawie trzydzieści lat.

Urodziła się w Sokołowie, ojciec był szewcem, miał czternaścioro dzieci. Siedmioro z pierwszą żoną, siedmioro z drugą. Nic więc dziwnego, że gdy miała 15 lat, starsza siostra, która urządziła się w Warszawie jako bona do dzieci, załatwiła jej posadę numerowej w lecznicy "Omega" na Marszałkowskiej. Pracowała tam kilka lat i w 1915 - z ogłoszenia - poszła stamtąd na pokojówkę do państwa Gombrowiczów. Odeszła z "Omegi", ponieważ portier, w którym się kochała, zaczął umawiać się z inną numerową i nie mogła na to patrzeć.

A u państwa Gombrowiczów było jej więcej niż dobrze. Pokoik miała wprawdzie bez okna, przy kuchni, jednak samodzielny, nie jak w "Omedze", gdzie mieszkała we czwórkę. Płacili bardzo dobrze, przez lata, które u nich spędziła, uskładała sobie trochę grosza i posag: maszynę do szycia, pierzynę, poduszki. Najwięcej jednak pchała w kształcenie swojej siostrzenicy, bo szwagier szewc pił i o nic nie dbał. W niedzielę miała wychodne - szła do sióstr, które też poszły za chlebem do Warszawy.

Na robotę również nie narzekała - po prostu domowe zajęcia. Sprzątnąć, podać do stołu, napalić w kotle do centralnego ogrzewania, a przede wszystkim - zakrzątnąć się wokół garderoby. Przygotować do prania, uprasować, przyszyć guziki, w ogóle przyszykować do włożenia na grzbiet. Oprócz niej była także na przychodne gruba kuchmistrzyni pani Maria, praczka Józefa i na stałe - lokajczyk Pajda, syn dawnego lokaja państwa Gombrowiczów jeszcze z Bodzechowa. Długo jednak nie popracował - pan Janusz polecił go do żandarmerii, skąd wziął go na lokaja sam Paderewski, potem zabrał ze sobą do Szwajcarii.

Dopiero w 1933 po śmierci wielmożnego pana, czyli już na Chocimskiej, przybyło jej roboty. Pieniędzy było już trochę mniej i wymówiono reszcie służby. Została sama. Prowadziła dom - robiła zakupy, gotowała - nauczyła się przy pani Marii. Wszystko było na jej głowie.

Zadomowiła się u Gombrowiczów na dobre. I nic dziwnego. Z wielmożnej pani była prawdziwa dama. Rozmawiała po niemiecku, francusku, urządzała pięknie mieszkanie. Zawsze jednak "bujała w obłokach" i nie znała się na kuchni czy innych domowych sprawach. Za bardzo się nie wtrącała.

Z wielmożnym panem przemówiła się tylko raz. I to dopiero po dziesięciu latach pracy. Był bardzo punktualny, wymagał też tego samego od innych. O pierwszej przychodził do domu na obiad i wracał jeszcze potem do biura. Wszystko musiało być gotowe. Kiedyś - nie wiadomo już z czyjej winy - obiad się spóźnił, pan Gombrowicz powiedział jej kilka przykrych słów. Odpłaciła tym samym, po czym wymówiła w złości posadę. Rok pracowała u innych ludzi, dłużej jednak męczyć się nie mogła. Wróciła do Gombrowiczów. Przyjęli ją z powrotem jakby nigdy nic.

A gdy wielmożny pan umierał i leżał nieprzytomny, sparaliżowany, niczym kłoda, pielęgnowała go całymi dniami. Wielmożna pani i panna Rena uciekały, bały się umierającego. Lecz Aniela - i co najdziwniejsze pan Witold - ani trochę. Bardzo jej wtedy pomagał. Zajmował się ojcem jak nigdy - nie brzydził się go, nie bał. Czuwał w sąsiednim pokoju - czytał coś wtedy albo nawet pisał. Chyba wtedy się najbardziej z Witoldem zaprzyjaźniła.

Choć z dzieci wielmożnych państwa najbardziej powinna lubić pannę Renę. Religijna, nieśmiała, szlachetna, prawdę mówiąc - niehabitowa zakonnica. I tak jak Aniela - stara panna. Nie pozwalała nawet sprzątać swego pokoju. - Sama to przecież mogę zrobić - mówiła i wyrywała Anieli szczotkę z rąk.

Mimo to najwięcej serca miała jednak dla Witolda. Była z nim bardziej zżyta niż z innymi służącymi z kamienicy. O czym mogła z nimi rozmawiać? To były proste, niepiśmienne wsiowe dziewuchy. Ona tymczasem pochodziła z Sokołowa, czyli jednak z miasteczka, miała za sobą całą szkołę powszechną, a to dziś niemal jak gimnazjum. Czytała gazety, książki; przede wszystkim powieści.

Witold nie pozostawał jej dłużny, choć lubił i resztę służby, również i panią Marię. - Pani Mario, kuchmistrzynio! - mówił do niej, a ona zostawiała mu najlepsze kąski. Zagadywał nawet i do praczki Józefy, nie bardzo mu się to jednak udawało. Była nierozmowna, nierozgarnięta, głupia aż strach. Mówił na nią "babina od brudnej bielizny".

Dlaczego właściwie tak Witolda lubiła, nie wiadomo. Był przecież niewierzący. Nie chodził do spowiedzi i komunii. Było też wokół niego najwięcej roboty. Wnosił zamieszanie w ten spokojny dom.

Brudził strasznie - w jego pokoju było pełno papierów, niedopałków, bo ciągle coś czytał albo pisał. I to najczęściej w łóżku. Zapominał wtedy o bożym świecie, nie słyszał, co się do niego mówiło. Siedział do późnej nocy, potem spał nawet i do pierwszej w południe. Gdy wychodził na miasto, dziwił się, że wszyscy dawno już na nogach, pracują. Nie przychodził rano na śniadanie i musiała chodzić z tacą do jego pokoju. Często czytał jej wtedy to, co napisał wieczorem. I słuchał, co mówiła. Kiedyś spóźniał się jak zwykle na śniadanie, poszła więc do jego pokoju.

- Skończyłem właśnie książkę - powiedział. - Tylko nie wiem jeszcze, jakie dać zakończenie. - Po czym przeczytał jej kawałek.

- Koniec i bomba, a kto czytał, ten trąba! - zaśmiała się.

Krzyknął, że to wspaniałe i dopisze na zakończenie. Co też i zrobił - takie to widać były i książki.

- Aniela jest najinteligentniejszą osobą w tym domu - powtarzał od tego czasu.

Przepadał za tym, gdy mówiła po swojemu: "po sokołowsku". Na przykład, że to czy tamto jest "do podziwienia". To "do podziwienia" - i nie tylko to - bardzo mu się podobało. Też zaczął tak mówić.

- Sędziulku - dziwiła się - sędzia powinien mówić pięknie, po warszawsku!

Lecz on się śmiał i mówił, że wręcz przeciwnie.

Najczęściej właśnie mówiła do niego "sędzio, sędziulku". Nie per panie, czy wielmożny panie, jak do jego starszych braci. Tak jak jego ojciec zawsze chciała, żeby był sędzią, nie pisarzem. Miała żal do wielmożnego pana, że dopłacił do pierwszej książki Witolda. Od biedniejszych nie żądano wcale, żeby dopłacali. Od niego natomiast jakiś - zdaje się - Wańkowicz wyciągnął całe 300 złotych! Wiedział, że ojciec Witolda ma pieniądze, niech więc płaci za książkę synka. Co też i oczywiście zrobił.

A Witold nazywał ją bardzo różnie. Bardzo często Anielą "Więc", bo do każdego niemal zdania wtrącała "więc". Lecz gdy zwracała mu uwagę, była Anielą Ciemną.

- Sługo ciemna - krzyczał wtedy - winnaś szacunek swemu panu i chlebodawcy!

Nie mówił tego poważnie, mimo to nigdy nie pozostawała mu za coś takiego dłużna. Odpowiadała raz dwa, a nigdy nie zdarzyło się jej stracić rezonu. Zawsze pierwsza ze wszystkich miała odpowiedź - i to nie byle jaką. Wymyślali sobie od ciemnych sług i jaśnie panów. A bywało - rzucała w niego poduszką albo czymś, co akurat wpadło pod rękę. Gonił ją wtedy, gdy złapał - bili się, szarpali, kuksali. Choć powtarzał zawsze, że gdy sługa podniesie rękę na swego pana - ręka jej uschnie, pan natomiast straci przez to dotknięcie swoją błękitną krew. Przepadnie jego wyższość.

Pobili się na przykład, gdy wyszło na jaw, że czekoladki, którymi ją poczęstował, okazały się środkiem przeczyszczającym! I żeby to jeszcze zachował się tak tylko wobec niej. Nie ukrywał jednak, że poczęstował nimi znajome panienki od Platerówny, z którymi wybrał się na spacer do Ogrodu Saskiego. Doszły tylko do Placu Piłsudskiego...

Bardzo lubił się z nią drażnić.

- Anielo Więc - pytał poważnym głosem - czy grasował tutaj dzisiaj kot?

- Jaki kot? - dziwiła się - na szczęście w tym domu nie ma kotów, wystarczy kłopotów z sędziulkiem...

Chodziło mu tymczasem o kuzyna Gucia Kotkowskiego, którego nazywał kotem...

Kiedy szła na zakupy, dysponował, jak mówił,  j e d n o  ciastko z cukierni, i to koniecznie starannie zapakowane. - Wybieram się do znajomych - tłumaczył - usiądę sobie w salonie, odwinę ciastko z papierka, zjem i będę się śmiał, widząc zgorszenie naokoło...

Gdy miał gości - rodzinę czy znajomych - ni stąd, ni zowąd otwierał swoją szafę z ubraniami. Niby to czegoś szukał i mówił: - "Ach, to tylko jedna czwarta tego, co mam..." Choć przecież było to wszystko - wiedziała o tym najlepiej.

Kiedyś znów poszedł na wieczorek do jednej z kuzynek Kotkowskich, która zaprosiła swoje koleżanki z gimnazjum. Gdy wrócił, opowiadał, jakie wywołał zamieszanie - ugryzł w ramię pulchną panienkę, krzyknął: "Kobieta szampan!" Panienka wystraszyła się, matki siedzące pod ścianą narobiły krzyku...

Nie dawał też spokoju wielmożnej pani. Ile razy powiedziała na przykład, że ma takie i takie zdanie, a on zaraz, że czytał to w tej czy tamtej książce, co też zaraz jej udowadniał. Przez nią chyba stracił wiarę. Była bardzo religijna, może nawet za mocno przypominała mu, co jest grzechem. On natomiast przepadał za robieniem jej na złość. Nie mówił do niej inaczej, tylko: "Matko, moja matko!" Do babki zresztą tak samo: "Babko, moja babko!" Bo starsza pani Kotkowska, matka wielmożnej pani, mieszkała z nimi jakiś czas.

Z panną Reną podobne zabawy mu nie wychodziły, nawet ich prawdę mówiąc nie zaczynał. Żeby nie wiem co jej powiedział - zawsze go rozgrzeszała, nie podnosiła na niego głosu. Traktowała jak młodszego, nie najmądrzejszego brata. Tak samo jak swoich podopiecznych, pracowała przecież z potrzebującymi zrozumienia i pomocy - kalekami, sierotami, wariatami...

I tak można by o nim opowiadać godzinami. Bo cóż - robił sobie żarty albo pisał lub czytał w swoim pokoju. Nie musiał zarabiać na chleb. 

* * *

 W 1939 wyjechał do Ameryki, bo chciał być jak najdalej - czuł, że w powietrzu wisi wojna. A wojsko było ostatnią rzeczą, do której się nadawał. Fizycznie był chuchrem. Na wakacjach w Jastarni wypłynął kiedyś łódką w morze z kuzynką Stasią Cichowską i nie miał siły wrócić. Panna Stasia musiała łapać za wiosła, dzięki niej przybili jakoś do brzegu. Całe szczęście, nie umiał przecież pływać.

Namawiał na wyjazd i pana Janusza, który miał głowę do interesów, a w Ameryce wiadomo, są dla takich duże możliwości. Pan Janusz jednak nie chciał, miał rodzinę, musiał pilnować swego majątku - Potoczku.

Witold popłynął polskim statkiem, akurat zaczęła się moda na takie wycieczki, pojechał więc i on. Wziął nawet porządną wyprawę: frak, smoking, dwa letnie ubrania, dwa cieplejsze swetry, chyba wszystkie lepsze buty. I parę tysięcy złotych, czyli sporo jak na tamte czasy, za cztery złote dostawało się przecież dolara.

Ona natomiast została z wielmożnymi paniami. Przeszła z nimi okupację, powstanie warszawskie. Straciła swój posag. Co najdziwniejsze jednak - wielmożna pani, która tak bardzo nawykła przecież do wygód, a straciła więcej niż Aniela, była bardzo dzielna. Nie narzekała, nie rozpaczała, no, może raz, gdy w obozie w Pruszkowie oblazły ją strasznie wszy.

Bardziej niż nalotów i ognia bała się o Witolda. Jak sobie radzi? A przecież ulica Moniuszki, gdzie się schroniły, była jednym wielkim morzem ognia - w "Adrii" znajdowała się kantyna powstańcza. Cudem przeszły stamtąd do piwnicy na Chmielną, gdzie przesiedziały do kapitulacji. Reszta rodziny: pan Janusz, jego syn, pasierbica, którzy byli w tym czasie na Powiślu, trafili do niewoli. Byli przekonani, że ona oraz wielmożna pani z Reną nie przeżyły powstania. Odnaleźli się dopiero przez Czerwony Krzyż. Rozstała się z wielmożnymi paniami w 1944 r. w obozie w Pruszkowie - wzięli ją na roboty do Niemiec. Miała już wprawdzie swoje lata, ciągle jednak wyglądała dobrze, zdrowo. Pożegnały się i nigdy więcej się już nie widziały. 

* * *

 W Niemczech nie była długo - przyszli wkrótce Amerykanie, wojna się skończyła. Wróciła do swego Sokołowa - Warszawa była przecież w gruzach, nie wiedziała, co z wielmożnymi paniami, żyją czy nie.

Świat jest jednak mały. Jedną z sióstr Anieli los rzucił do Radomia, gdzie miała mały prywatny sklepik, którego długo jej nie upaństwowiono. Siostra napisała jej kiedyś, że w Radomiu mieszka pan Jerzy z rodzina, a wielmożne panie biedują gdzieś w Kielcach. Co więcej - pan Janusz siedzi w więzieniu radomskiego Urzędu Bezpieczeństwa, naprzeciwko jej sklepu. Oskarżyli go niby dworscy z majątku, jako elementowi "obcemu klasowo" grożą mu trzy lata. Gdy Gombrowicze - Januszowa, jej córka i panna Rena - przyjeżdżają do więzienia na widzenia, załatwione dzięki znajomej adwokatce, zawsze wstępują do jej sklepu, rozmawiają. Wielmożna pani Gombrowiczowa już się z Kielc nie ruszała, miała swoje lata.

Tak, wszystko wywróciło się do góry nogami!

U niej zresztą też. Na starsze lata, gdy miała już pięćdziesiąty szósty rok, podswatano jej dzieciatego wdowca, namówiono na małżeństwo. Posłuchała głupia, chciała przestać być wreszcie starą panną. Przeniosła się do domu męża i skończył się jej spokój. Pasierbowie ciągle wypominali, że weszła na ich ojcowiznę, maż stawał po ich stronie.

Zaczęła starać się o rentę, żeby mieć swój grosz. Musiała jednak mieć świadków, papiery. Napisała przez siostrę z Radomia do wielmożnej panny Reny, która poświadczyła, że Aniela Brzozowska pracowała u jej rodziców, była ubezpieczona. Musiała jednak mieć jeszcze z kilku świadków, pojechała więc do Warszawy. Chwała Bogu, praczka Józefa mieszkała na Pradze w tym samym domu co i przed wojną. Dostała też od niej nowy adres byłego dozorcy kamienicy państwa Gombrowiczów na Wspólnej. Od niego natomiast adres pana Janusza, który, jak się okazało, mieszkał na Grochowie.

Odwiedziła go i przeraziła się. Pan z panów w takiej biedzie! Malutki pokoik u obcych ludzi. A w nim tylko barłóg; nawet nie łóżko. Pan nie ogolony, zarośnięty; istny pustelnik. Leżał przez cały czas jej wizyty - to była zawsze jego ulubiona pozycja.

On również poświadczył, że pracowała. Dostała rentę, którą bierze do dziś. Od tego czasu odwiedzała go, gdy przyjeżdżała do Warszawy. Wypytywała też o sędziulka, więc pan Janusz dał jej jego adres w Ameryce. - Sam Anieli wszystko najlepiej opisze - powiedział.

Pojechała też kiedyś do siostry do Radomia i przy okazji odwiedziła pana Jerzego, Jerzową i ich córkę, pannę Terenię. Żyli na szczęście lepiej od pana Janusza - pan Jerzy pisywał do gazet. Chociaż też, tak jak Witold, pisał książki. Ile razy jednak zabrał się już za pisanie, zaraz miał chęć na drzemkę i szedł spać - raczej sobie nie żałował. Prowadził też w domu klub - goście płacili za wstęp, potem jedli, pili, grali na pieniądze w karty. Dzięki kartom nie było w tym domu biedy. Pani grała jak maszyna, każdego wieczoru zarobiła sto, dwieście złotych i następnego dnia starczało na zakupy.

A do Witolda napisała o swoich przejściach. Przede wszystkim to, że każdy człowiek popełnia w swoim życiu przynajmniej jedno wielkie głupstwo. Ona właśnie wyszła na stare lata za mąż i ma za swoje.

Odpisał nawet szybko. Wysłał też swoje zdjęcie. Ma to wszystko w pudełku po czekoladkach pod łóżkiem. To jego pierwszy list:

 

Aniela Ciemna

Jak tylko kopertę z Sokołowa zobaczyłem, zaraz pomyślałem, że to od Anieli list jest - i zaraz mi w pamięci stanęło, jak na Służewskiej z Anielą wojowałem i od Ciemnych i Sług wyzywałem, z żartów naturalnie, bo bardziej Aniela przyjaciółką nam była. Dobre to były czasy, kiedy JW. Ja do góry brzuchem, leżałem, albo łajdaczyłem się, albo z naszą Panią dyskutowałem, albo >>Ferdydurke<< pisałem, a Aniela zawsze mnie wszystko przyszykowała.

Niech tam Aniela napisze obszernie, jak i co, odkąd się pożegnaliśmy na Chocimskiej, i jak Anieli teraz się w Sokołowie powodzi, jakiego męża ma i tak dalej.

Nasza Pani zmarła 25 lipca 59 r. bez większych cierpień, bo zresztą już i w wieku bardzo podeszłym. Tak że teraz z nas wszystkich tylko JW. Panowie pozostali, bo JW. Panie już na tamtym świecie. A JW. Januszowi rękę częściowo sparaliżowało i niezbyt dobrze się miewa (w Warszawie mieszka). JW. Jerzy i JW. Ja jakoś trzymamy się. Ja, jak Aniela widzi z fotografii (niezbyt dobra, ale innej nie mam), trochę skapcaniałem, ale (jak z listu tego widać) niezbyt spoważniałem.

Teraz bardzo sławny jestem i z każdym rokiem coraz sławniejszy, bo moje książki we Francji, Niemczech, Anglii, Stanach Zjednoczonych, Włoszech i w innych krajach wydają, artykuły o mnie w największych gazetach świata się ukazują jako o największym polskim pisarzu i jednym z najważniejszych w świecie. Tylko w Polsce o mnie gazety bardzo mało piszą - łatwo zgadnąć dlaczego - i właśnie we własnym kraju najmniej jestem znany. Ale jak skonam, pewnie mnie w końcu na Wawelu pochowają, jak Słowackiego.

Argentyna przyjemny kraj, ciepły, bogaty, mieszkam w dużym pokoju, podnajętym, ładnie umeblowanym i tak samo prawie żyję, jak w Warszawie, po południu piszę, czytam, wieczorem najczęściej do kawiarni idę. Moje książki dużo mi sławy przysparzają, ale mniej pieniędzy, bo tylko dla Jaśniejszych pisane, nie dla Ciemniejszych, więc sprzedaż wolno idzie. Ale coraz więcej mam pieniędzy i myślę do Paryża się przenieść za jakiś czas.

Mam nadzieję, że Aniela mnie fotografię przyśle i obszernie napisze. Ja mało mam czasu na pisanie listów, bo nieraz na 7, 8 dziennie muszę odpowiadać, ale zawsze Anielę czule wspominam i z wielką przyjaźnią. Nisko kłaniam się (niech Aniela nie myśli że w nie wyprasowanych spodniach chodzę, to taki garnitur ze specjalnego materiału, który zawsze wygląda jak psu z gardła wyciągnięty). Uszanowanie.

21 Maj 1961

Witold G.

 

Mąż Anieli ciężko zachorował. Gdy zmarł, pasierbowie tak jej dokuczali, że się wyniosła, choć miała przecież prawo do swojej części domu, gospodarki. Wynajęła pokoik u Stanisława Włodawca, znajomego gospodarza, gdzie mieszka do dziś. Dopiero wtedy odpisała Witoldowi. A to jego drugi list, już z Francji:

 

Aniela Ciemna: tak już Anielę do samej śmierci Anieli i mojej będę nazywał. Bardzo mi przyjemnie, że Aniela napisała, nie odpisałem zaraz, bo we Włoszech byłem, stąd bardzo blisko. Widzę, że Aniela jako tako jeszcze się trzyma, ja też, choć astma mnie przydusza, ale nie tak silnie jak Renę biedaczkę. Pan Janusz, czyli Janusz, już w grobie i to lepiej, bo ostatnie lata ledwo zipał, na szczęście śmierć dość lekką miał. Dobrze, że Aniela o sobie opowiedziała, przynajmniej wiem, jak to było.

O mnie też pewnie Anieli w Warszawie i Radomiu coś niecoś opowiedzieli. Teraz tu mieszkam z jedną Kanadyjką, co na fotce, bardzo póki co o mnie dba, mieszkanie mamy, psa Psinę, tu bardzo ładnie, ciepło, morze, góry, do morza mamy 6 kim, a góry tuż za oknem, w dole palmy, róże, mimozy, w górze śnieg. Okolica bardzo bogata, z całego świata ludzie przyjeżdżają. Lepiej mi się powodzi, bo już moje książki we wszystkich językach się ukazują, nawet po japońsku, tylko jakoś w Polsce nie mam powodzenia, ale może i to przyjdzie. Ale dużo pieniędzy z tego nie ma, bo ja nie dla ciemniejszych, a tylko dla samych rozjaśnionych, więc mało kto kupuje. >>Ferdydurke<< bardzo sławna się stała i nieraz w wywiadach mówiłem, że "Koniec i bomba, a kto czytał, ten trąba!" jak na końcu stoi, to Aniela mnie powiedziała.

Wszystko byłoby nie tak źle, ale człowiek skapcaniał, wprawdzie ataków silnych astmy nie mam, ale powietrza brak i muszę lekarstwa brać. No, Aniela, z Panem Bogiem, kłaniam się i serdecznie pozdrawiam. W osobnej kopercie fotkę przesyłam, zobaczymy czy dojdzie

15.02.68

Witold Gombrowicz

 

Doszła. Ma ją do dziś. Ona na niej taka ładna, młoda, on już stary, zmęczony, lecz nadal piękny.

Wielmożni państwo Gombrowiczowie byli przepiękną parą. Kiedy jako młodzi pojawiali się na balach, goście bili im brawo. Dzieci - z wyjątkiem panny Reny - odziedziczyły ich urodę. I nie traciły jej z biegiem lat. Przeciwnie, zarówno pan Janusz, jak i Jerzy, nie mówiąc już o Witoldzie, również i w starszym wieku wyglądali na prawdziwych panów - nadal te twarze i postacie piękne, szlachetne. Od razu widać było, że sroce spod ogona nie wypadli.

Szybko odpisała, lecz Witold milczał. I wkrótce, latem 1969 roku, przeczytała w którejś z naszych gazet, że zmarł. Napisał jej przecież, że pan Janusz w grobie, tak że nie jeździła już do Warszawy. Bo do kogo? Nie wiedziała nawet, że nie żyje również i pan Jerzy. Nie czyta już przecież tak jak dawniej gazet ni książek - nie widzi na jedno oko. 

* * *

Myśli o Gombrowiczach bardzo często. Przeżyła przecież z nimi tyle lat. Mimo to dopiero dziś wie, że nie znała właściwie Witolda.

Nigdy nie mówiła o tym wielmożnej pani, nie chciała jej martwić. Lecz gdy wyjechał, nie wierzyła, że da sobie radę. Taki paniczyk, kawalarz? Zginie jak ruda mysz. Nie potrafił właściwie nic - podawało mu się nawet herbatę, opierało od stóp do głów. Nigdy nie musiał zarabiać na życie, był bardzo nieżyciowy, niezaradny.

Wziął przecież ze sobą kilka tysięcy złotych, trochę dolarów. Inny zaraz w coś by to zainwestował, w końcu to Ameryka. On tymczasem - jak pisał potem - wydał to po prostu przez pierwszy rok, został goły niczym święty turecki. Pan Janusz chciał mu nawet coś słać - podczas okupacji siedział jeszcze w swoim majątku. Ale w 1943 musiał stamtąd uciekać, po wojnie nie miał już z czego.

A jednak Witold dał sobie radę. Nauczył się hiszpańskiego, wysiedział - o co go nie posądzała - tyle lat na posadzie referenta w banku. Napisał wiele książek i obeszło się bez żadnych pieniędzy ojca. Podobno stał się sławny na cały świat. O jego śmierci pisały nawet gazety.

Ciekawe, skąd miał tyle siły?

Zawsze też myślała, że nie lubił swojej rodziny. Tymczasem nie tylko pisał często do wielmożnej pani i panny Reny, lecz także słał dolary. A już pana Janusza niemal że utrzymywał.

Potem już ta jego Kanadyjka wzięła te sprawy w swoje ręce. Też jednak pamiętała o panu Januszu. Gdy Aniela kiedyś go odwiedziła, akurat - zamiast kwartalnej raty - Rita wysłała mu błam pięknych, karakułowych łapek. Pan Janusz bardzo się cieszył, dostał już od niej taką paczkę drugi raz i wyszedł na karakułach lepiej niż na dolarach. Tylko że miał trochę kłopotów ze sprzedażą - nigdzie już przecież nie wychodził. Pytał nawet Anieli, czy nie znalazłaby mu dobrego kupca.

I ona, i pan Janusz cieszyli się, że nareszcie Witold znalazł sobie taką życiową kobietę. Tego mu przede wszystkim było brak. Teraz już nie zginie na pewno, myślała.

Co najdziwniejsze jednak - ona właśnie, Aniela Ciemna, przeżyła wszystkich Gombrowiczów. Nawet młodszych od siebie: pannę Renę, pana Jerzego, Witolda. Nigdy nawet przez myśl jej nie przeszło, że tak będzie.

Witold lubił często używać francuskich słów. Był - jak mówił - "guwernowany". A już najczęściej wtrącał słowo "prowidąs" (providence). Dosłownie niemal do co drugiego zdania. - Co to znaczy, sędziulku? - pytała. - Opatrzność, sługo - tłumaczył. - Wszystko jest w rękach opatrzności.

I słusznie mówił, choć przecież niewierzący.

 

 

KRYSTA, MOJA MIŁOŚĆ

 

W przygotowanym przez Konstantego A. Jeleńskiego i Dominique de Roux numerze "Cahier de l'Herne" poświęconym Gombrowiczowi, zamieszczono dość dokładny życiorys pisarza autorstwa jego samego. Pod datą roku 1926 wspomniał:

"Jego pierwszą miłością jest młoda sąsiadka brata Jerzego, mieszkającego w majątku we Wsoli. Spotykał się z nią w nocy, ryzykując swoim życiem - przechodził przez wąski i niebezpieczny most, szedł dla niej 8 kilometrów na piechotę. Spotykali się nieregularnie, lecz miłość trwała kilka lat".

W listach do brata Jerzego, znajdujących się obecnie w Instytucie Badań Literackich, pisał:

23.01.57 [...] Najbardziej interesuje mnie Krysia, moja eks-miłość. [...] Napiszcie mi coś niecoś na te tematy...

14.01.57 [...] I ja wiele rzeczy wspominam ze Wsoli: tenis, ping-pongi z Olenią, Krystą (co porabia?), mam stamtąd rzeczywiście mile wspomnienia.

7.11.57 [...] Co się dzieje z Krystą? napiszcie mi o niej i prześlijcie adres, może się do niej odezwę...

Z listów do brata Janusza przechowywanych w Muzeum Literatury:

25.06.62 [...] Napisz mi przy sposobności więcej o Kryśce Janowskiej, dawnej mojej flamie. Nie rozumiem, dlaczego pracuje w wypożyczalni książek, ja wyobrażałem sobie, że wyszła za mąż za Konarskiego i siedzą w Bartodziejach, tak mi pisał bodaj Jurek. Czy ma dzieci?

W stosunku do istot z tego świata, co ona, nie zgłaszam pretensji - to są istoty, którym raczej przystoi niewiedza we wszystkim, co mnie tyczy. 

* * *

Pani Krystyna Konarska z domu Janowska jest dziś starszą panią, ma kilkoro dorosłych dzieci, trzech wnuków. Jest już wdową, mieszka w Warszawie.

Niezbyt chętnie zgodziła się na rozmowę o swojej znajomości z Witoldem. Przeszło półtora roku wymawiała się brakiem czasu, potem znów brakiem ochoty na wspomnienia o "tym dziwaku i oryginale". Nie widziała też sensu rozmowy - tyle już przecież o nim napisano! Z nią wprawdzie nikt nie rozmawiał, nie uważała tego za wystarczający powód do spotkania.

Zgodziła się wreszcie, przede wszystkim jednak ze względu na pamięć o jego rodzinie, którą dobrze znała. Do dziś ma dla niej ogromny szacunek. Przyjaźniła się z nieżyjącym już Jerzym Gombrowiczem, jego żoną. 

* * *

Trudno powiedzieć, gdzie i kiedy poznała Witolda.

- Wydaje mi się - mówi - że znaliśmy się od zawsze.

Znali się bowiem ze sobą ich rodzice. Państwo Janowscy mieli Bartodzieje koło Radomia, Gombrowiczowie - Małoszyce koło Opatowa. Trochę za daleko na bliższe kontakty, bywali jednak u wspólnych znajomych - państwa Maleszewskich. Zresztą w środowisku sandomierskich ziemian wszyscy znali się przynajmniej ze słyszenia.

A później państwo Gombrowiczowie zaczęli bywać w Bartodziejach. Jeszcze dziś stoją przed dworem ich prezenty dla rodziców panny Krystyny: wielkie marmurowe wazy na kwiaty z fabryki wyrobów kamieniarskich w Dołach koło Ostrowca, własności Gombrowiczów.

Odwiedzali Bartodzieje podczas swoich pobytów u syna Jerzego. W 1924 Jerzy Gombrowicz ożenił się z jedną z najlepszych partii w Radomskiem - panną Aleksandrą Pruszakówną z Wośnik, zamieszkał z nią we Wsoli. Panna Krystyna często tam bywała - ze Wsoli do Bartodziejów było przez łąki najwyżej 4 kilometry. Olenia była jej dobrą przyjaciółką, a Jerzy dla wszystkich gościnny i niebywale towarzyski. Właśnie u Jerzych widywała Witolda. Szczególnie latem przyjeżdżał często do brata i bratowej.

Razem z nimi oraz ich znajomymi bywał również w Bartodziejach.

- Jerzy zapowiadał się w maju na grzyby - wspomina brat pani Konarskiej, Józef Janowski. - Grzybów oczywiście jeszcze nie ma, mówiliśmy, lecz to nie powód, żebyś nie przyjeżdżał...

Zjawiał się zwykle z całym towarzystwem, choć i tak w Bartodziejach zawsze było rojno i gwarno. Pełno gości, letników - państwo Janowscy przeznaczyli część swego domu na dochodowy pensjonat. Nigdy nie brakowało też młodzieży. Pannę Krystynę odwiedzały koleżanki z okolicznych dworów, chociażby Wanda Przyłęcka z Bierwiec, Ludwika Lewandowska z Dąbrówki Podłężnej. Z sąsiedztwa: przyjeżdżali koledzy Józefa, brata panny Krystyny: Antoni Arkuszewski z Chruściechowa, Maciej Pruszak z Wośnik, trzech młodych Daszewskich z Orońska i inni.

Spotykała też Witolda podczas swoich pobytów w Warszawie. Tak naprawdę, tam się właśnie poznali u którychś "znajomych znajomych". Kilka razy odwiedziła również mieszkanie państwa Gombrowiczów na Służewskiej. A jednej z zim widywała się z Witoldem w pensjonacie "Mirabella" w Zakopanem, gdzie przyjechała razem z ojcem.

Przebywali zwykle w większym towarzystwie. Rozmów i spotkań w cztery oczy było bardzo niewiele.

- Naprawdę nie łączyło nas nic poważnego. Po prostu bardzo mu się podobałam, i to wszystko.

Dobrze o tym wiedziała. Dawał jej to nieraz do zrozumienia, wspominał w listach pisanych z Warszawy (dawno gdzieś zginęły, specjalnie ich nie przechowywała).

Zresztą dziewczęta zawsze takie sprawy wyczuwają.

Jej znajomi z tego okresu, żyjący do dziś sąsiedzi z okolic Bartodziejów, chociażby pani Wanda Przyłęcka, pan Antoni Arkuszewski podkreślają, że panna Krystyna podobała się mężczyznom, miała spore powodzenie, wielu konkurentów. Prezentowała typ urody przypominający Ritę Gombrowicz, późniejszą żonę Witolda. Była do niej podobna. Szatynka z dużymi oczami, wysoka, zgrabna, szczupła. Bardzo wysportowana - jeździła świetnie konno, na nartach, grała w tenisa. Inteligentna, czasem nawet ostra w sądach. Elegancka, zadbana, szykowna - najpiękniej wyglądała w stroju do konnej jazdy. Korzystnie odbijała od jasnowłosych, pulchnych, ociężałych i "słodkich" ziemiańskich panien.

- Zazdrościłam jej zawsze sukienek - wspomina pani Wanda Przyłęcka, mieszkająca dziś w Radomiu. - Miała je z drogich warszawskich firm. Państwo Janowscy bardzo dbali o dwójkę swoich dzieci, o ich wychowanie, wykształcenie, rozrywki. W karnawale na przykład zawsze jeździli z córką na bale. Tak samo też chuchali na Bartodzieje - dwór, park, sad zawsze były wypielęgnowane, wypracowane.

Pamiętam, razem z Witoldem obserwowaliśmy Krystynę z werandy "Mirabelli" w Zakopanem. W zgrabnym stroju narciarskim mknęła na nartach. A my o nartach nie mieliśmy pojęcia, byłam w długim zimowym palcie. Witold w grubej, ciężkiej bekieszy na baranie. "Szykowna dziewczyna!" - rzucił z uznaniem.

- Nigdy nie mówił mi o swoich uczuciach - wspomina pani Konarska. - Nie deklarował się poważnie ani nie wspominał o małżeństwie. Nie starał się bardziej mnie sobą zainteresować, przywiązać do siebie.

Najwyraźniej chciał być sam. I w sumie, choć podobała mu się - trzymał się jednak z daleka.

W ogóle, poza nią, dziewczęta specjalnie go nie interesowały. Nie słychać było - tak jak o innych chłopcach - że flirtował z tą, spotykał się z tamtą.

I panna Krystyna nie myślała o nim poważnie. Trudno było przecież wiązać z nim najmniejsze nawet nadzieje. Przyszłość z nim absolutnie nie wchodziła w rachubę. Nie potrafiłaby związać z nim życia. Wiele jego cech bardzo ją raziło. W rezultacie - i ona trzymała się z daleka.

- Był po prostu z innego, obcego mi świata. Nie tylko ja czułam jego inność.

Pochodził wprawdzie z tego samego środowiska, wyraźnie jednak się od niego różnił.

Przede wszystkim drukował już wtedy w prasie artykuły, recenzje, felietony, wydał Pamiętnik z okresu dojrzewania, potem Iwonę. Trudno ukryć, że radomscy ziemianie uważali jego twórczość za co najmniej osobliwą, jej autora za dziwaka. A takie opinie nie mogły przecież zachęcać do niego panny Krystyny. W pełni utożsamiała się ze swoim środowiskiem, to był jej świat.

[...] "przyzywałem ja, dzisiejszy Gombrowicz, tamtego dalekiego mego protoplastę - pisał potem w Dzienniku - w całej jego drżącej i młodej bezbronności. [...] Więc przypominałem sobie jak na przykład, pewnego wieczoru pojechał on - ja w sąsiedztwo do Bartodziej na zabawę, gdzie była osoba, która jego - mnie - wprowadzała w stan oczarowania i przed którą ja - on - chciałem wykazać się, zabłysnąć; i to było mnie - jemu - koniecznie potrzebne. Ale wchodzę do salonu a tam, miast podziwu, politowanie ciotek, żarty kuzynek, grubawa ironia tych wszystkich okolicznych ziemian. Cóż się stało? Stało się, że Kaden-Bandrowski >>zjechał<< jakąś moją nowelkę w słowach zresztą pełnych pobłażliwości, ale niedwuznacznie odsądzając mnie od talentu. I ta gazeta wpadła im w ręce. I oni uwierzyli jej, bo przecież >>pisarz zna się na rzeczy<<. Więc tego wieczoru nie wiedziałem rzeczywiście, gdzie się schować".

Nie pokazywał nigdy tego, co pisał, specjalnie o tym nie opowiadał. Chłopcy go krytykowali, zarzucali nielojalność i niehonorowość - wyśmiewa ziemiaństwo, któremu wszystko zawdzięcza. Dobrze mu szydzić, gdy utrzymują go rodzice. Czasem jednak, gdy spacerowali lub rozmawiali wyłącznie we dwójkę, opowiadał jej swoje nowe pomysły na nowelę czy powieść.

- Kto cię będzie czytał, Witoldzie - martwiła się - gdy opiszesz te okropieństwa? Dlaczego tylko one cię interesują?

- Bo nic innego nie chcą drukować - śmiał się.

Rzeczywiście, pomysły miał dziwaczne, koszmarne, często obrzydliwe. Sporo ich było przecież w Pamiętniku, nie mówiąc już o Ferdydurke. Szalenie ją raziły, a lubił też w ten sposób żartować.

W Bartodziejach przyłapał kiedyś jedną z panien na wąskich i krętych schodach - zapowiedział, że gdy zrobi jeszcze jeden krok niżej - utnie jej nogę. Przyniósł skądś wielki sekator i groził nim dziewczynie, która ze strachu bała się nawet mocniej odetchnąć. Wybawili ją dopiero goście, wchodzący akurat do sieni.

Gdy pomagał czasem wiązać krawat ojcu panny Wandy Przyłęckiej - udawał, że za chwilę go udusi. Podwiązywał mu krawat niemal pod brodę, ściskał, rozluźniał. Pastwił się po prostu nad starszym człowiekiem i bardzo go to bawiło.

Choć panna Krystyna raczej go onieśmielała, zdarzało mu się zwierzać jej ze spraw, które co najmniej ją żenowały. W Zakopanem opowiedział na przykład, że nie ma ochoty wracać do domu. Starł się bardzo poważnie z ojcem. Napisał bowiem, czy też tylko powiedział, że nie rozumie właściwie stosunku między kobietą a mężczyzną. Ojciec zareagował wtedy bardzo ostro - martwił się dziwactwami najmłodszego syna. Witold wrócił jakoś do domu, choć sytuacja nadal była napięta. Cóż jednak mogła mu powiedzieć czy poradzić? Raziło go przecież wszystko, co normalne i zwyczajne.

Szydził na przykład bardzo, że w każdym ziemiańskim domu jest identycznie pod każdym względem. W Bartodziejach, Chruściechowie, Wsoli. Dwór, park ze szpalerem drzew, staw, sad. Takie samo urządzenie wnętrz. I gdzie się nie przyjedzie - najpierw obiad, potem kawa w salonie, spacer po parku, kolacja, brydż...

Nie mogło mu również zjednać jej sympatii towarzystwo, w którym obracał się w Warszawie. Ci wszyscy aktorzy, pisarze, poeci. Znał m.in. Czajkę i różne młode poetki, aktorki o niezbyt surowych obyczajach, obyte, wygadane, nowoczesne. Chodził po znanych kawiarniach i lokalach. To wszystko onieśmielało nawet ziemiańskich chłopaków, a co dopiero mówić o dziewczynie.

Większość panien nawet się go bała. Mógł przecież ośmieszyć, wydrwić. Te naiwniejsze lubił bardzo dręczyć.

- Nigdy się go nie bałam - mówi pani Konarska. - Mnie wyraźnie oszczędzał. Wiedziałam, że mnie nie zrani, nigdy tego nie zrobił. Nie było o tym mowy. Mimo to nie czułam się przy nim bezpieczna.

Tak samo było i z resztą panien. Niektóre z nich nawet się specjalnie w jego towarzystwie nie odzywały, żeby się nie narazić na nieoczekiwany obrót rozmowy.

- Porozmawiajmy lepiej na tematy seksualne - mówił na przykład do panny Wandy Przyłęckiej. A ona bladła i rumieniła się. Wstyd przyznać, była bardzo naiwna, nie miała pojęcia, co to za sprawy, czuła jednak, że chyba nieprzyzwoite...

Nazywał pannę Wandę Przyjaźnią lub Przyjazną, co też ją krępowało, lecz gdy protestowała, proponował: - To może lepiej Czułość?

- Przyjazna - mówił na spacerze w Zakopanem - kupię ci coś na szyję... Po czym kupował mydełko. Nie wiedziała, jak reagować. Może ma rzeczywiście niezbyt czystą szyję? A może powinna się obrazić? Choć dziś oczywiście zaśmiałaby się, to wszystko.

- Kiedy ostatni raz ugryzła panią jemioła w udo? - pytał śmiertelnie poważnie, albo: - Czy i do pani wpadają kwiczoły przez otwarte okna?

Prawie żadna nie zdobyła się na jako tako sensowną odpowiedź, nie wiedziała, czy mówi serio, czy żartuje. A z kwiczołami chodziło mu po prostu o to, że podczas pobytów we Wsoli miał pokój gościnny, którego okna wychodziły na świniarnik. Kwiki świń faktycznie "wpadały" mu przez okno.

Którejś pannie groził, że opisze ją w gazetach. Napisze, że składał jej nieprzyzwoite propozycje, a ona chętnie przystała. Wymyśli list, opublikuje i skompromituje jej cześć do końca życia. Umierała ze strachu, wierzyła, że to zrobi - pisywał przecież do gazet.

Nie oszczędzał przecież nawet swego brata. Drwił z zamiłowania Jerzego do wojska, które dla Witolda było instytucją najbardziej chyba obcą. Jerzy natomiast skończył szkołę wojskową w Grudziądzu, miał stopień porucznika, nosił mundur, a na zabawy i polowania we Wsoli zapraszał swoich znajomych wojskowych.

Istniała też między braćmi cicha rywalizacja. Jerzy był bardzo błyskotliwy i w towarzystwie lubił gasić Witolda. Raczej mu się to udawało - Witold był mniej swobodny i naturalny, wrażliwy na krytykę. Bił brata jednak oryginalnością poglądów i powiedzeń. Właściwie może nie chciał dokuczać, tylko powiedzieć coś nadzwyczajnego. Gdy zupełnie nie miał już konceptu, deklamował w kółko ułożony przez siebie wierszyk:

 

W małym, cichym ogródku, gdzie rosły białe i czerwone róże,

mieszkał pewien duchowy nonkonformista,

który nigdy, nigdy nie był w Wimbledon.

Siedząc często nad kryształową tonią, powtarzał:

czemuż, ach czemuż, nie byłem nigdy w Wimbledon?

Pewnego razu znaleziono  t r u p,

a w jego kieszeni nic, jak tylko bilet

do Mackenzie i z powrotem.

Tak oto żył i zginął ten blady król Bimentalistów.

 

- Witoldzie, co to wszystko znaczy? - pytali, sam jednak nie bardzo wiedział. - A dlaczego Bimentalistów?

- Bo to bardzo piękny wyraz, ja go wymyśliłem.

Panna Krystyna więc interesowała się nim wyłącznie w sensie towarzyskim. Jako egzotyczną ozdobą salonu. I nie tylko ona. Z urody bardzo się pannom podobał, nigdy nie myślały o nim tak jak o innych chłopcach. Nie widziały go jako ewentualnego narzeczonego, męża, ojca dzieci, głowy rodziny. Zbytnio szokował innością i dziwacznością.

Nawet panna Marynia Arkuszewska trzymała się od Witolda raczej z daleka. Choć jedynie ona mogła być dla niego partnerką. Bardzo inteligentna, myśląca, oczytana. Potrafiła mu odpowiedzieć, zmiażdżyć nawet.

W dyskusjach i - jak mówił - tworzeniu intelektualnego nastroju był zdecydowanie najlepszy.

- Najchętniej właśnie - wspomina pani Konarska - wyciągał mnie na spacery i rozmowy.

W innych dziedzinach znajdował się jednak w tyle za swoimi rówieśnikami. Przede wszystkim nie tańczył, co było wtedy wielką wadą kawalera. Podpierały ściany jedynie wyjątkowe fajtłapy. Bale, zabawy, kuligi urządzano przecież nie tylko w karnawale.

- Na jednym z wieczorków u państwa Gombrowiczów w Warszawie ojciec Witolda bardzo go namawiał, żeby choć raz ze mną zatańczył. Cierpiał, że syn nie tańczy, nie bryluje wśród panien. Witold wymawiał się, że nie lubi froterować podłóg, nie ma słuchu, nie wie, jakie stawiać kroki. W końcu poprosił mnie jednak do tańca, lecz męczył się wyraźnie. Czerwony, zawstydzony, niezgrabny, co raz zerkający w wielkie lustra na ścianach, żeby sprawdzić, jak wyglądamy. Byłam z nim równa, na obcasach wyższa, co go szalenie peszyło.

Jedyny sport, który uprawiał, to tenis. Grał nawet nieźle, często grywał z panną Krystyną - we Wsoli i Bartodziejach były korty tenisowe. Poza tym nie grał w karty, nie jeździł konno, choć jeździły nawet panny. Gdy pędzili gdzieś z całym towarzystwem, Jerzy Gombrowicz krzyczał na całą okolicę: "A na przedzie jedzie Krysia, jedzie Krysia, co ma hysia..."

Pani Wanda Przyłęcka pamięta, że bał się konia. Gdy przyjechała kiedyś konno do Wsoli, Witold chciał ją zatrzymać. Złapał konia za uzdę, lecz gdy koń mocno zarżał, natychmiast go puścił, cofnął się kilka kroków.

Nie pływał, nie jeździł na nartach. W "Mirabelli" pokpiwał niby z narciarzy, że to bez sensu - zimno, można złamać nogę. Wyraźnie jednak im zazdrościł. Jeździła większość młodzieży, panny także. On tymczasem zostawał z tymi, które nie jeździły, albo z chorymi, którym zalecono wyłącznie leżakowanie. Nudził się wyraźnie, czekał, aż narciarze wrócą.

Leżakował bowiem całymi dniami na werandzie, przekomarzał się z pannami, aż znudzony - jak mówił - jałowością ich umysłu szedł do sąsiedniego pensjonatu "Notre-Dame" na szachy ze znajomym Żydem. Najczęściej jednak wyciągał na spacer pannę Wandę Przyłęcką. Przyjechała wprawdzie do "Mirabelli" z siostrą, lecz ta była akurat bardzo zakochana i nie chciała im towarzyszyć. Pisała tylko do narzeczonego albo czytała listy od niego. Witold zaglądał nawet przez dziurkę od klucza, żeby sprawdzić, czy je czyta z wypiekami na twarzy. Gdy obie wyjechały, wysłał im kartkę:

Dobra Przyjaźni! Przesyłam obu Paniom cały pakiet najwytworniejszych komplementów i miłych słów z leżaka, na którym tarzam się, w samotności.

Próbował nawet uczyć się jeździć na nartach, nie miał jednak, jak inni chłopcy, krótkiej kurtki, w swojej długiej bekieszy przewracał się tylko, co go szybko zniechęciło.

Nie wstydził się jednak swego niedołęstwa albo też tylko tak udawał.

- Przyjechał kiedyś linijką do Bartodziejów - wspomina Józef Janowski. - Było już dość późno, nie zapowiedział się wcześniej, spuściliśmy już więc psy z łańcuchów. Dopadły go, gdy tylko wysiadł. Przerażony wdrapał się na płot i darł się tak, że go usłyszeliśmy, wyszliśmy i odgoniliśmy psy. "Zaglądałem już śmierci w oczy" - przechwalał się potem Witold, dramatyzując całą historię.

Żaden inny kawaler, który przyjeżdżał z wizytą do panny, za nic nie przyznałby się, że przestraszył się psów, nie krzyczałby, nie uciekał przed nimi na płot. Raczej dałby się pogryźć.

Mimo to Witold nadal drwił z "młodych, poczciwych ziemian". - Mieliśmy już tak tego dość - mówił Józef Janowski - że razem z kolegami zagroziliśmy mu kiedyś porządną "kocówą". Przestraszył się i dał nam jaki taki spokój. Nie miał szans - był jeden, a nas wielu.

Pani Konarska nie przypomina sobie (albo też nie chce sobie przypomnieć) żadnych spotkań z Witoldem w nocy, o których pisał w "l'Herne". Co do mostu natomiast, przesadził wyraźnie. Owszem, między Wsolą a Bartodziejami płynęła rzeczka, lecz niewielka i niegroźna. Most był na niej chybotliwy, niezbyt solidny, ale bezpieczny. Nie istniało żadne ryzyko, robił tymczasem z siebie bohatera. A może rzeczywiście bał się tamtędy przechodzić? Nawet dość prawdopodobne, a w każdym razie nie wstydził się swoich lęków, co też ją w nim raziło. Był w końcu mężczyzną.

- Rozumiałam - mówi - że jest inny, ciekawy, oryginalny. O wiele lepiej czułam się jednak w towarzystwie zwyczajnych chłopców z sąsiedztwa.

I jednego z nich wybrała sobie w końcu na męża. Najpierw zaręczyła się z panem Grodzińskim z Oblasu, potem jednak zerwali. W 1934 roku wyszła szczęśliwie za mąż za Stanisława Konarskiego z Kluczewska, pięknego majątku z hodowlą bażantów. Urodziła trójkę udanych dzieci: dwóch synów i córkę. I nawet nie pamięta, kiedy ostatni raz widziała Witolda.

On zresztą coraz rzadziej pojawiał się we Wsoli. Miał początkowo aplikować u ojca Wandy Przyłęckiej, znanego w Radomiu adwokata. Byłby jego dependentem - tak to się wtedy nazywało.

- Już się z tego cieszyłam - mówi pani Przyłęcka - lubiłam Witolda i aplikanci ojca zawsze dotrzymywali mi towarzystwa.

Nic jednak z tych planów nie wyszło. Palestra radomska nie zgodziła się na jego kandydaturę, a kandydatów miała sporo. Zaszkodziła mu opinia zbyt nowoczesnego liberała, nie bez "winy" był także Jerzy Gombrowicz, który cieszył się wspaniałym darem wymowy, elokwencją, humorem. Radomscy adwokaci sądzili, że jego brat jest najprawdopodobniej taki sam. Przestraszyli się konkurenta. 

* * *

Po wojnie pani Konarska mieszkała z rodziną w Warszawie. Mąż miał dobrą posadę w Ministerstwie Rolnictwa, ona natomiast zajmowała się dziećmi. Dopiero gdy podrosły, zaczęła pracę w prywatnej wypożyczalni książek.

Nadal utrzymywała kontakty z "Jerzami", którzy mieszkali teraz w Radomiu, lecz odwiedzali czasem Bartodzieje i gospodarującego tam brata pani Konarskiej.

Los oszczędził bowiem miejsce, gdzie Witold Gombrowicz przyjeżdżał "z bijącym sercem". Jeszcze w roku 1938 ojciec pani Krystyny rozparcelował sporą część majątku, zostawił jedynie 50 hektarów - i tak dochody pochodziły głównie z pensjonatu. Jak się okazało, "miał nosa". Reforma rolna po wojnie oszczędzała majątki nie przekraczające właśnie pięćdziesięciu hektarów.

Oprócz nich rodzinie Jankowskich został także - ku zazdrości i goryczy innych - dwór, park, sad.

W praktyce parcelowano jednak nawet mniejsze majątki. Projekt parcelacji Bartodziejów też już był gotowy, z dworu zaczęto zrywać dach. Pan Józef Janowski uratował jednak rodzinny majątek, powołując się na swoje wojenne zasługi - był w końcu porucznikiem II Armii Wojska Polskiego. Chcąc nie chcąc, miejscowe władze musiały się z tym liczyć. Żeby jednak za bardzo nie przewróciło mu się w głowie, umieściły w dworku w Bartodziejach Radę Narodową, posterunek MO i milicjanta z rodziną. Pan Janowski z żoną nie palili przez całe zimy w piecach, tłumacząc się trudnościami z opałem. Sami bardzo marzli, ale udało im się w końcu wykurzyć Radę i posterunek - poszukali sobie cieplejszych lokali. Zawzięła się jedynie milicyjna rodzina, siedziała w oficynie całe trzynaście lat.

Najtrudniej było utrzymać majątek w latach pięćdziesiątych. "Duch przeszłości straszy w Bartodziejach" - pisało miejscowe "Słowo Ludu", nazywając ich ostatnimi krwiopijcami, wrzodami na ciele demokratycznego społeczeństwa. Któregoś dnia otrzymali zawiadomienie, że z dniem tym i tym w ich salonie mieścić się będzie świetlica tutejszego ZMP. Przegrodzili więc szybko salon na dwa małe pokoje. Gdzie mogli, chodzili na skargę. To przecież zabytek pełen antyków, w sadzie szklarnie, a młodzi wiadomo - popiją się, poniszczą.

- Pilnujcie! - słyszeli w odpowiedzi.

Uratował Bartodzieje Jerzy Gombrowicz, świetnie do nowych warunków zaadaptowany. Wszędzie miał znajomych.

Nie udało mu się wprawdzie wybronić dworku przed przymusowymi lokatorami, zamienił ich jednak na znośniejszych. Dzięki znajomym w Związku Artystów Plastyków, zorganizował w Bartodziejach dom pracy twórczej dla artystów, który był tu trzy lata. Państwo Janowscy odetchnęli. Do Bartodziejów przyjeżdżali profesorowie ASP, malarze, graficy. Ludzie kulturalni, inteligentni, doskonale układający stosunki z gospodarzami. Nie było mowy o zniszczeniach. Przeciwnie, przybyło kilka cennych prac, syn państwa Janowskich nosił za artystami blejtramy, w wieku ośmiu lat potrafił dyskutować o taszyzmie.

A dziś w Bartodziejach jest tak, jakby stanął czas.

Piękny dwór pełen starych mebli, rodzinnych pamiątek. Park, sad ze szklarniami. Nadal gospodarzy pan Józef Janowski z dorosłym już synem. Pokryli niedawno dach dworu nową blachą, a zdobyć teraz blachę to cud. Dbają, jak mogą, mimo to dwór jest w coraz gorszym stanie. Na jego generalny remont potrzebne są miliony. Starali się wprawdzie o uznanie go za zabytek pierwszej klasy i uzyskanie tym samym państwowych funduszy na remont. Już same te zabiegi były bardzo kosztowne - architekt oraz historyk sztuki musiał przecież opisać i wycenić każdą rzecz. Wszystko jednak na nic, nie udało się. Choć jest to rzeczywiście cenny zabytek - został wybudowany na przełomie XVIII i XIX wieku jako pałacyk myśliwski rodziny Gordonów; naokoło przecież Puszcza Kozienicka. Należał potem do rodziny Strojanowskich, później Maleszewskich. 

* * *

W roku 1971, kiedy zmarł Jerzy Gombrowicz, umarło także życie towarzyskie dawnych okolicznych ziemian. Skończyły się wizyty w Bartodziejach, brydże u pani Wandy Przyłęckiej w Radomiu. Pani Konarska straciła ostatecznie kontakt z Gombrowiczami.

Choć Witold prosił w listach do Jerzego o jej warszawski adres, nie napisał do niej. Pani Konarska uważa to za niewielką stratę. Bardzo nie lubi wspomnień nie tylko o nim, lecz w ogóle o "tamtym świecie". Przeszło, minęło, jest zupełnie co innego. Nawet dzieciom nie mówiła o swojej znajomości z Witoldem. Po co? Jest po prostu ostatnio modny, stąd ten szum.

Jej zdaniem, trzeba żyć teraźniejszością. Pomagać dzieciom, zajmować się wnukami. Robić zakupy, z którymi takie teraz przecież kłopoty.

Na wspomnienia naprawdę nie ma miejsca.

* * *

W dalszym ciągu noty biograficznej dla "l'Herne" Gombrowicz pisał m.in.

"Rok 1926 - Pierwsze flirty z kuzynkami i przyjaciółkami siostry, którym dokuczał za ich żarliwy katolicyzm.

Rok 1936 - Miłostki z kucharką.

- Flirt z młodą i piękną poetką. 

Rok 1941 - Doświadczenia homoseksualne z młodymi chłopakami z ludu Buenos Aires.

- Miłostki z córką poety.

Rok 1964 - Pobyt [...] w opactwie Royaumont, gdzie poznaje młodą Kanadyjkę, studentkę Marie-Rita Labrosse.

Rok 1968, 28 grudzień - poślubia swoją towarzyszkę Marie-Rita Labrosse".

Słowa miłość użył tylko raz. Nigdy więcej.