Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Mark Sołonin

Pranie mózgu. Fałszywa historia Wielkiej Wojny

 

2009

 

(...)

 

Pożar w magazynie

Straty ZSRR w II wojnie światowej

 

Nie ma odwrotu. Pozostał nam ostatni rozdział i ostatni temat. Nie chciałbym o tym pisać w ogóle, ten temat nie pasuje do deklarowanej przeze mnie w przedmowie „łatwej i przyjemnej” książki... Z drugiej strony, nie można przejść obojętnie obok tej ilości kłamstwa i obłudy w najbardziej tragicznej kwestii historii wojny. Dla tych, którzy nie są obojętni na sprawy trudne i smutne (a czasami straszne), proponuję trzynasty rozdział. Jest o śmierci, cierpieniach, bohaterstwie i męczeństwie. Rozdział o ludzkich stratach Związku Radzieckiego w II wojnie światowej.

Zaczniemy od rzeczy prostych i niewinnych. Od pewnego paradoksu matematycznego zwanego małą różnicą dużych liczb.

1000 - 999 = 1

Są wątpliwości? Nie ma. Teraz nieco zwiększymy pierwszą liczbę, tylko o jeden procent.

A drugą liczbę nieco zmniejszymy, również o jeden procent. Co uzyskaliśmy?

1010 - 989 - 21

Właśnie to jest prawo wielkich liczb. Trochę tam, trochę tu, a różnica wzrosła dwadzieścia jeden razy! Nawiasem mówiąc, ten paradoks nie jest tylko abstrakcyjną grą umysłu. Każdy konstruktor wie, że musi go uwzględniać przy pracy nad wykresem, czyli rowek o szerokości 5 mm w odległości 670 mm od przekroju detalu powinno się obliczać za każdym razem indywidualnie i dokładnie, bo inaczej, dopasowując dwa wymiary (670 mm i 675 mm), można uzyskać każdy wynik, ale nie wymagane 5 mm...

Do czego zmierzam? Wciąż do tego samego, do 27 milionów poległych. Których wcześniej było 20 milionów. Skąd wzięły się te liczby? Dlaczego Stalin mówił o 7, Chruszczów o 20, a Gorbaczow o 27 milionach poległych?

Na pewno sądzicie, że państwo w osobach swoich specjalnie wyszkolonych urzędników zajrzało do każdego obejścia, wsi, miasteczka, miasta i metropolii, sprawdziło, policzyło i przeliczyło wszystkie kartoteki we wszystkich „urzędach paszportowych” (ciekawe, czy można przetłumaczyć to wyrażenie na któryś z języków europejskich?) i PO DODANIU danych z każdej wsi uzyskało łączną SUMĘ strat w całym kraju? Powiem szczerze - właśnie tak myślałem. Nawet ja po tylu latach spędzonych na lekturze dzieł rodzimych „historyków” nie spodziewałem się takiej bezczelności i takiej chałtury, jakie wyszły na jaw w rzeczywistości.

Okazało się, że nikt niczego nie dodawał. Okazało się, że ta święta liczba, która pojawiała się we wszystkich podręcznikach i gazetach, która brzmiała na wszystkich wiecach i uroczystych posiedzeniach („20 milionów poległych”) i która w 1990 roku nagle, bez podania powodu, wzrosła o 7 milionów, została uzyskana nie przez dodawanie, a ODEJMOWANIE. Odejmowanie dwóch wielkich i zupełnie przypadkowych liczb. Zgodnie z teorią małej różnicy dużych liczb.

Teraz będę milczał, a wy uważnie przeczytacie poniższy tekst:

Ocenę liczby ludności ZSRR na dzień 22 czerwca 1941 r. uzyskano poprzez przesunięcie do wskazanej daty wyników przedwojennego spisu ludności kraju (17 stycznia 1939 r.) z korektą liczby narodzin i zgonów za 2,5 roku, które upłynęły między spisem i atakiem faszystowskich Niemiec. Liczba ludności ZSRR na koniec 1945 r. została obliczona poprzez przesunięcie do tyłu danych z ogólnozwiązkowego spisu ludności z 1959 r. (...) Ta liczba została uzyskana w rezultacie obszernych badań statystycznych prowadzonych przez uczonych demografów, a następnie pracy (pod koniec lat 80. XX wieku) komisji państwowej, która uściśliła straty Związku Radzieckiego w ludziach podczas Wielkiej Wojny Ojczyźnianej.

Właśnie tak, „w rezultacie obszernych badań statystycznych” najważniejsze zagadnienie historii wojennej ZSRR zostało rozwiązane w łatwy i prosty sposób. „Liczba ludności ZSRR na koniec 1945 r. została obliczona poprzez przesunięcie do tyłu danych z ogólnozwiązkowego spisu ludności z 1959 r.” Czy trzeba udowadniać, że w ten sposób można było uzyskać każdą wcześniej ustaloną liczbę strat? O jakiej dokładności można mówić w przypadku przesunięcia danych ze spisu ludności o 13 lat do tyłu? I to jakich 13 lat!

Kto, jacy uczeni demografowie mogą wiedzieć, jak „przesunąć do tyłu” dane spisu, skoro te 13 lat było absolutnie unikatowych? Gdzie i kiedy w historii cywilizowanej ludzkości doszło do innej podobnej rzezi? Owszem, w czasach średniowiecznego okrucieństwa zdarzały się zbrodnie na jeszcze większą skalę (uważa się, że podczas wojny trzydziestoletniej w Europie zginął co trzeci mieszkaniec, a w Czechach - co drugi), ale wówczas nikt nie prowadził statystyk demograficznych z przyjętą w XX wieku dokładnością i szczegółowością. Jak, na jakiej bazie statystycznej, można było obliczyć wpływ ilościowy na wskaźniki demograficzne (narodziny, zgony, przyrost ludności) takich zjawisk, jak masowa śmierć mężczyzn w wieku rozrodczym (przy czym liczba tych zgonów nie jest znana, właśnie ją należy ustalić z zastosowaniem arytmetycznych gier w „przesuwanie”!), jak masowe kierowanie kobiet w wieku rozrodczym do ciężkiej pracy fizycznej, masowa bezdomność dzieci, niezwykle duża liczba rodzin niepełnych (matki z dziećmi), gigantyczna, niespotykana od czasów wielkiej wędrówki ludów migracja ludności...

Absolutnie niepodważalny moim zdaniem wniosek z powyższego jest taki, że straty ZSRR w ludziach w czasie II wojny światowej nie są nikomu znane. Jest prawdopodobne, że normalne, czyli bazujące na dodawaniu, a nie odejmowaniu „liczb wziętych z sufitu”, badanie zostało przeprowadzone od razu po zakończeniu wojny, ale jego rezultaty do dnia dzisiejszego pozostają utajnione.

Tego przypuszczenia (co do istnienia rzeczywistych, względnie wiarygodnych statystyk demograficznych) nie wziąłem z sufitu. W serii „Dokumenty radzieckiej historii” ukazał się zbiór (Sowietskaja powsiedniewnost' i massowoje soznanije 1939-1945 gg. [„Radziecka codzienność i świadomość masowa 1939-1945”], ROSSPEN, Moskwa 2003), w którym powołując się na wcześniej ściśle tajne sprawozdanie z 1959 roku „Gospodarka ZSRR podczas Wielkiej Wojny Ojczyźnianej”, opublikowano obszerną statystykę demograficzną lat 1943-1945. Jest tam wszystko - śluby, rozwody, liczba urodzeń, umieralność, umieralność dzieci, korelacja między liczbą mężczyzn i kobiet, zróżnicowana według sześciu grup wiekowych... Mieszkańcy wsi, mieszkańcy miast, na terenach, które były okupowane, i tych, które nie były okupowane... Prowadzono ewidencję. Przeliczono tych, którzy przeżyli. Szczerze mówiąc, nie mogło być inaczej w państwie, w którym bez meldunku (lub rejestracji w radzie wiejskiej) człowiek po prostu nie mógł istnieć (kartki żywnościowe, przedszkole, szkoła, zatrudnienie, pochówek - wszędzie było potrzebne zaświadczenie o meldunku). Tylko że wszystkie opublikowane dane demograficzne podano w procentach. Lub w takich wskaźnikach, jak „na tysiąc urodzeń”, „na tysiąc małżeństw”... Ale przecież człowiek, który przeliczał procenty i wskaźniki, nie mógł nie znać liczb wyjściowych!

Wobec braku wiarygodnej informacji społeczeństwo miało najpierw uwierzyć w liczbę 20, a później - 27 milionów. Te liczby uzyskano poprzez szyderczo bezsensowną metodę odejmowania dwóch wielkości uzyskanych w rezultacie absolutnie dowolnych manipulacji danymi ogólnozwiązkowych spisów ludności w 1939 i 1959 roku. Tako „metodologia” pozwoliła na uzyskanie DOWOLNEJ liczby w skali 10-50 milionów. Faktycznie jedyne rozsądne pytanie w tej sytuacji brzmi tak: Dlaczego Chruszczow chciał, żeby liczba ofiar wojny wyniosła 20 milionów, a Gorbaczow chciał zwiększyć tę liczbę do 27 milionów? Próbie uzyskania odpowiedzi na to pytanie jest poświęcony ten rozdział. Nie będę was długo trzymał w niepewności i od razu powiem, że moim zdaniem te liczby zostały ZAWYŻONE. Liczba ofiar wojny jest mniejsza niż 20 milionów i już tym bardziej mniejsza niż 27 milionów Gorbaczowa.

Najogólniej straty w ludziach składają się z dwóch części: strat składu osobowego sił zbrojnych i ofiar wśród ludności cywilnej. Względny porządek w ewidencji panuje tylko w odniesieniu do pierwszej kategorii - strat Armii Czerwonej. I od tego zaczniemy. Zaczniemy od tradycyjnego szkolnego „zadania z basenem” - z jednej rury się wlewa, z drugiej wylewa... Postarajmy się oderwać od tego morza ludzkich cierpień, które kryje się za poniższymi liczbami, i zajmijmy się czystą arytmetyką.

Na początku czerwca 1941 roku w Armii Czerwonej, Siłach Powietrznych, marynarce i zmilitaryzowanych strukturach instytucji cywilnych odbywały służbę 4 901 852 osoby (tu i dalej - jeżeli nie podano inaczej - wszystkie liczby pochodzą ze zbioru statystycznego Grif siekrietnosti sniat, opracowanego w 1993 r. przez zespół historyków wojskowości Sztabu Generalnego Rosyjskiej Armii pod redakcją generała pułkownika G. Kriwoszejewa). W ramach tajnej mobilizacji (wielkie ćwiczenia rezerwistów) do 22 czerwca 1941 roku do armii wcielono jeszcze 767 750 osób. W ciągu czterech lat wojny zmobilizowano jeszcze 28 807 150 osób. Razem: 34 476 752 osoby - oto łączne „zasoby ludzkie” do dyspozycji Sił Zbrojnych. Te liczby są bardzo dokładne i wiarygodne, ponieważ odzwierciedlają pracę wojskowych komend uzupełnień oraz innych służb, znajdujących się na tyłach i prowadzących szczegółową sprawozdawczość.

Według stanu na 1 lipca 1945 roku (czyli około 50 dni po zakończeniu działań bojowych w Europie) w Siłach Zbrojnych i strukturach zmilitaryzowanych innych resortów zgodnie z ewidencją znajdowało się 11 793 800 osób. Na leczeniu w szpitalach znajdowało się 1 046 000 żołnierzy. Nie widzę podstaw, by wątpić w dokładność i wiarygodność tych liczb. W ciągu 50 dni po wojnie dowódcy na wszystkich szczeblach mogli policzyć swoich podwładnych i sporządzić stosowne doniesienia do nadrzędnych sztabów. Ci ranni, którym pisane było umrzeć, już nie żyli (wojenno-medyczna statystyka dowodzi, że w kwestii życia i śmierci rannego w absolutnej większości przypadków decyduje pierwsze kilka dni po odniesieniu ran). Z dokładnością, z którą zostaną podane inne liczby, można założyć, że spośród 1 046 000 rannych, którzy pozostawali przy życiu 1 lipca 1945 roku, nie zmarł nikt. Co się tyczy działań wojennych przeciwko Japonii, które rozpoczęły się 9 sierpnia 1945 roku, to bezpowrotne straty Armii Czerwonej podczas tej operacji wyniosły 12 tysięcy ludzi. Ta liczba stanowi mniej niż jedną dziesiątą procenta strat w wojnie z Niemcami i ich sojusznikami, dlatego dalej strat z wojny japońskiej w ogóle nic będziemy uwzględniać.

34 476 800 - 11 793 800 - 1 046 000 = 21 637 000

W czasie wojny z Sił Zbrojnych ZSRR ubyło 21 637 000 osób.

Ubytek i straty to dwa różne słowa o różnym znaczeniu w języku wojskowych. W czasie wojny z Sił Zbrojnych ubyło 8 007 100 ludzi, którzy pozostali przy życiu. A mianowicie

- 3 614 600 skierowano do pracy w przemyśle i zmilitaryzowanych strukturach organizacji cywilnych,

- 3 798 200 zdemobilizowano z powodu ran i chorób,

- 594 300 skazano, ale przy tym nie rozstrzelano i nic wysłano do oddziałów karnych.

Ostatnia kategoria wymaga komentarza. Mówimy o dwóch możliwych sytuacjach. Pierwsza: człowiek nie popełnił żadne go przewinienia, a z armii do GUŁagu wysłano go z powodu „niewłaściwej narodowości” (Niemiec, Fin, Rumun, Kałmuk, Czeczen), niewłaściwego miejsca urodzenia (urodzony w „dawnej Polsce”), budzącego wątpliwości pochodzenia społecznego (syn represjonowanego). Zabierano mu broń i wysyłano do wycinania lasu albo do Workuty, gdzie wydobywał węgiel „dla frontu i dla zwycięstwa”. Drugi wariant: człowiek zrobił coś - z punktu widzenia „wydziału specjalnego” - szczególnie niebezpiecznego. Na przykład „wykazywał terrorystyczne zamiary przeciwko wodzowi ludów”, „oszczerczo oświadczał, że w wyzwolonych od niemieckich okupantów rejonach chłopi są wrogo nastawieni do odbudowy kołchozów”, „w 1928 r. głosował za antypartyjną trockistowską rezolucją” (mam nadzieję, że rozumiecie, że to nie są żarty, a cytaty z dokumentów Smiersza). Wykrytych wrogów „wodza ludu” nie rozstrzeliwano na miejscu i nie wysyłano do batalionów karnych, żeby „odkupili krwią winy”, lecz aresztowano i kierowano z armii do dyspozycji NKWD w celu przeprowadzenia dochodzenia i następnie wydania wyroku. Wyrokiem mogła być kara śmierci, ale ta śmierć już nie znajdowała się na liście strat sił zbrojnych (co, ściśle rzecz biorąc, było całkiem zasadne - stracony nie był ofiarą wojenną).

I te trzy liczby wydają mi się dość dokładne. Wszystko to działo się poza strefą działań wojennych, było ściśle ewidencjonowane i kontrolowane, co więcej, kontrolowane co najmniej dwustronnie: armia przekazała - zakłady przemysłu zbrojeniowego lub organy NKWD przyjęły. Rannych demobilizowano na podstawie decyzji komisji, decyzję protokołowano, po powrocie do domu inwalida okazywał dokumenty w wojskowej komendzie uzupełnień w celu uzyskania renty. Błędy czy nieścisłości są możliwe, ale stosunkowo nieistotne.

Istnieje jeszcze jedna kategoria żołnierzy, którzy ubyli z czynnej armii, ale według stanu na dzień 1 lipca 1945 roku niewątpliwie żyli. To jeńcy, którzy doczekali końca wojny. Ani dokładnej, ani nawet przybliżonej ich liczby nie zna nikt, ale istnieje jedna całkiem wiarygodna liczba: liczba jeńców, którzy przeszli przez punkty filtracyjne i zostali uwzględnieni w dokumentach Zarządu do spraw Repatriacji. Jeszcze raz powtarzam - tych, którzy przeżyli, było więcej, ale nie wszyscy jeńcy chcieli znaleźć się w bramie punktu filtracyjnego, niektórzy próbowali zostać na Zachodzie, niektórzy próbowali sfałszować dokumenty i wrócić do domu, unikając spotkania z organami NKWD, ale samych tylko zarejestrowanych i wciągniętych do ewidencji nazbierało się 1 836 000 osób.

21 637 000 - 8 007 000 - 1 836 000 = 11 794 000

11 794 000 żołnierzy zginęło lub na zawsze i bez śladu opuściło granice ZSRR. Taki jest wynik, dość wiarygodne i dokładne rozwiązanie zadania z basenem.

To oznacza, że bezpowrotne straty demograficzne żołnierzy Sił Zbrojnych ZSRR ogółem nawet w teorii nie mogą być większe niż 11 794 000 osób. Wszystko ponad to jedynie czcze histerie na temat „gór ciał”. Specjalistom nazwiska współczesnych histeryków są dobrze znane, a cała reszta nie ma potrzeby utrwalania w pamięci różnych śmieci Postarajcie się zapamiętać najważniejsze: zasady zachowania materii nikt jeszcze nie odwołał i wszelkie brednie o  „25... 37... 43... milionach poległych żołnierzy” można bez wahania wyrzucić do kosza. Dalej pojawią się liczby coraz mniej wiarygodne, bo teraz zajmiemy się wydarzeniami i  procesami, które rozegrały się w ogniu, bezpośrednio na linii frontu lub za tą linią, na terytorium kontrolowanym przez nieprzyjaciela:

- 5,23 miliona żołnierzy Armii Czerwonej, Marynarki Wojennej, Sił Powietrznych, Wojsk Pogranicza i Wojsk Wewnętrznych NKWD zostało zabitych lub zmarło na etapie sanitarnej ewakuacji. Właśnie taką liczbę uzyskał zespół historyków pod kierownictwem Kriwoszejewa poprzez zsumowanie doniesień wojsk. Oczywiście nie uwzględnia ona wszystkich przypadków śmierci żołnierzy radzieckich w walkach (przede wszystkim wskutek chaosu i paniki pierwszych miesięcy wojny, gdy całe formacje znikały razem ze sztabami oraz kompletną dokumentacją).

- 1,1 miliona osób zmarło wskutek ran w szpitalach (choć brzmi to okropnie, potworna liczba miliona zmarłych jest potwierdzeniem najwyższych kwalifikacji i ofiarnego wypełnienia ludzkiego i wojskowego obowiązku przez wszystkich pracowników radzieckiej medycyny wojskowej - od szeregowego sanitariusza do głównego chirurga; z 22 milionów przypadków zranienia 21 milionów zakończyło się uratowaniem życia rannego; wobec braku najbardziej podstawowych - według standardów współczesnych - leków i straszliwego przeładowania wszystkich jednostek medycznych te liczby wyglądają na prawdziwy cud).

- 0,4 miliona zmarło wskutek chorób oraz zginęło wskutek nieszczęśliwych zdarzeń i wypadków (straty niebojowe).

Dla porównania zaznaczmy, że w Wehrmachcie w ciągu 6 lat wojny straty niebojowe wyniosły 0,2 miliona osób.

- 0,16 miliona rozstrzelano na podstawie wyroków trybunałów wojskowych lub decyzji nadrzędnych dowódców.

- 0,22 miliona zginęło, walcząc po stronie nieprzyjaciela. Na temat dokładności tej liczby nie będziemy się rozwodzić, niemniej w książce Kriwoszejewa (s. 392) podano taką właśnie liczbę strat jednostek ochotniczych Wehrmachtu i Waffen SS, sformowanych z byłych radzieckich obywateli. W ocenie liczebności tej kategorii wszystko jest bardzo niepewne: z jednej strony jeńcy wojenni i dezerterzy byli podstawowym, lecz nie jedynym źródłem żołnierzy dla jednostek ochotniczych, z drugiej strony podana liczba 0,22 miliona nie zawiera strat tych kolaborantów wśród byłych żołnierzy Armii Czerwonej, którzy walczyli z radzieckimi partyzantami w składzie batalionów policyjnych i innych jednostek karnych.

W ten sposób uzyskujemy liczbę 7,11 miliona zabitych i zmarłych, których śmierć nie budzi wątpliwości.

Najbardziej niepewna i niejasna jest statystyka dotycząca wziętych do niewoli i dezerterów - sama natura tych haniebnych zjawisk wyklucza możliwość prowadzenia dokładnej ewidencji. Według danych Kriwoszejewa zaginieni i „nieuwzględnione straty pierwszych miesięcy wojny” w sumie wynoszą 4 559 000 osób. Ale przy tym ogólny bilans zysków i strat składu osobowego Sił Zbrojnych nie pokrywa się w ogromnej liczbie 2 186 000 osób (s. 140-141). Sami autorzy zbioru tłumaczą to między innymi „znaczną liczbą nieodnalezionych dezerterów”. Po to, żeby arytmetyczny (nie historycznowojskowy, a jedynie arytmetyczny) bilans się zgodził, należy założyć, że ogólna liczba wszystkich kategorii zaginionych (jeńcy, dezerterzy, nieuwzględnieni w doniesieniach sztabów zabici, porzuceni na okupowanym przez nieprzyjaciela terytorium ranni) wynosi 6 745 000 osób (4 559 000 + 2 186 000). Olbrzymia liczba. Jak widzimy, jest większa od liczby policzonych zabitych i zmarłych w szpitalach wskutek ran. Taka była cena straszliwej klęsk i podczas pierwszych miesięcy wojny...

Według szacunków niemieckich historyków liczba radzieckich jeńców wojennych wynosi ogółem nie mniej niż 5,2 miliona osób. Jeszcze raz powtórzę, że są to bardzo ostrożne oceny (wielu autorów zwiększa liczby do poziomu 5,7-5,8 miliona). Za stosunkowo dokładną można uznać tylko liczbę wyzwolonych z niewoli: 319 tysięcy wyzwolono latem i jesienią 1941 r. (Ukraińcy, Bałtowie, etniczni Niemcy); kolejne 504 tysiące wyzwolono przed 1 maja 1941 r. (przeważnie w związku z wcieleniem do jednostek ochotniczych Wehrmachtu i Waffen SS). Tym, których jeszcze to dziwi, mogę podać stronę (Kriwoszejew, s. 334).

Liczba zmarłych jeńców wojennych przez wiele lat pozostawała przedmiotem spekulacji politycznych. Najpierw w komunikatach Radzieckiego Biura Informacyjnego podawano nierealnie małe liczby zaginionych czerwonoarmistów, następnie na procesie w Norymberdze oświadczono o 3,9 miliona zamordowanych jeńców; zbiór Kriwoszejewa, zaniżając łączną liczbę jeńców, podaje zadziwiająco małą liczbę 1,3-1,7 miliona zmarłych w niewoli niemieckiej; niemiecka statystyka wojenna mówi o 0,67 miliona zmarłych po lutym 1942 r., ale przy tym ignorowana jest najstraszliwsza i najbardziej masowa śmierć radzieckich jeńców wojennych jesienią i zimą 1941 roku. Współcześni niemieccy historycy, analizując dokumenty Wehrmachtu i SD, uzyskują liczbę 2,2-2,6 miliona, w tym około 1,5-2,0 milionów osób, które zginęły w czasie pierwszej wojennej zimy. Nie aspirując do jakiejkolwiek dokładności, proponuję policzyć w następujący sposób: od całkowitej liczby wziętych do niewoli odjąć liczbę tych, którzy wrócili do ojczyzny, oraz wyzwolonych z niewoli przez nieprzyjaciela. Razem: 5,2 - 1,84 - 0,82 = 2,54 miliona.

Po zsumowaniu podanej wyżej liczby zabitych, rozstrzelanych i zmarłych (7,11 miliona) z przypuszczalną liczbą zmarłych w niemieckiej niewoli (2,54 miliona) uzyskujemy pewną liczbę 9,65 miliona. To liczba żołnierzy, którzy najprawdopodobniej nie dożyli końca wojny. Porównując tę liczbę z uzyskaną metodą rozwiązania zadania z basenem maksymalnie możliwą liczbą bezpowrotnych strat demograficznych żołnierzy Sił Zbrojnych ZSRR (11,79 miliona), uzyskujemy różnicę arytmetyczną 2,14 miliona. Dwa miliony osób, o których losach nikt nie wie nic na pewno. I prawdopodobnie nigdy się już nie dowie. Nie będę się wymądrzał, proponuję po prostu podzielić tę liczbę na pół: połowę zaliczyć do kategorii poległych podczas walk, ale nieuwzględnionych w doniesieniach sztabów, drugą połowę uznać za zaginionych dezerterów i jeńców, którzy uciekli na Zachód albo ukrywali swoją przeszłość i pod zmyślonymi nazwiskami pozostali na terytorium ZSRR.

Teraz pozostaje nam tylko połączyć tę obfitość liczb w jednej tabeli:

Zabici podczas walk oraz zmarli wskutek ran w szpitalach

7,40 mln

Zginęli w niewoli

2,54 mln

Straty niebojowe (nieszczęśliwe zdarzenia, choroby, wypadki)

0,40 mln

Rozstrzelani lub zabici podczas walki po stronie nieprzyjaciela

0,38 mln

Łącznie polegli żołnierze

10,72 mln

Przypuszczalnie żyją (uciekli na Zachód, zdezerterowali)

1,07 mln

Za dodatkowe potwierdzenie wiarygodności podanych wyżej obliczeń mogą zostać uznane dane ewidencji zawiadomień o śmierci żołnierzy (pochoronek), które wpłynęły do wojskowych komend uzupełnień w czasie wojny. Nazbierało się ich 12 401 000 sztuk. Nie ma nic dziwnego w tym, że było ich o 600 000 więcej od sumy wszystkich wymienionych w tabeli kategorii strat. Zawiadomienia wysyłano tak w wypadku zabitych, jak i tych, których w dokumentach sztabów uznano za zaginionych. A to oznacza, że łącznie mogło zostać wystawionych około 13,6 miliona zawiadomień. Z uwzględnieniem nieuniknionego dublowania (gdy na zapytanie krewnych w związku z ich przymusowymi przeprowadzkami do różnych komend uzupełnień wysyłano po kilka zawiadomień dotyczących jednej osoby) pochoronek mogło okazać się jeszcze więcej. Innymi słowy - podane w tabeli liczby końcowe wcale nie są zaniżone. Być może są nawet nieco zawyżone.

Najprawdopodobniej otrzymany rezultat zdziwił cię, szanowny czytelniku, swoją „małością”. Doskonale cię rozumiem - przez ostatnie 20 lat nasi rodzimi publicyści prowadzili szalony „wyścig na trumnach”, ogłuszając siebie samych histerycznym lamentem: „góry ciał”, „jeden karabin na trzech”, „dwudziestu naszych żołnierzy na jednego zabitego Niemca”. Na mniej niż 20-25 milionów poległych - przy czym tylko żołnierzy - nikt już się nie zgadzał. Ale my nie będziemy straszyć siebie lamentami. Jeżeli nieszczęsny jeden karabin na trzech ma jakieś przełożenie na rzeczywiste wydarzenia, to przypadki tak karygodnego braku organizacji mogły się zdarzać jedynie latem i jesienią 1941 roku. Co więcej, powodem podobnych sytuacji wcale nie był obiektywny brak broni - posiadaną bronią strzelecką można było wyposażyć według pełnych norm etatowych czasu wojny 450-750 dywizji... W latach 1944-1945 Armia Czerwona zostawiła nieprzyjacielowi nie góry ciał, a góry pocisków artyleryjskich. Radziecka nauka wojskowa nie bez podstaw była dumna z tego, że na końcowym etapie wojny Armia Czerwona zastosowała w praktyce takie pojęcie jak „natarcie artyleryjskie”. Średnią normą była gęstość 150-200 dział na 1 kilometr frontu natarcia i 50 tysięcy pocisków kalibru 122 mm łub większego do stłumienia obrony jednej dywizji piechoty Wehrmachtu (co daje trzy pociski o masie nie mniej niż 22 kilogramy każdy na jednego niemieckiego żołnierza). Średnio. W największych operacjach ofensywnych końca wojny jeszcze bardziej wykorzystywano artylerię. Podczas przełamania niemieckiej obrony w czasie operacji wiślańsko-odrzańskiej (styczeń 1945 r.) w pasie głównego uderzenia zgromadzono niewiarygodną liczbę 420 dział na 1 kilometr frontu. Na każdym metrze obrony niemieckich wojsk zdetonowano po 15 pocisków średniego i dużego kalibru. W pasie natarcia 5. Armii Uderzeniowej w ciągu godziny zużyto 23 kilotony amunicji - to siła bomby atomowej w Hiroszimie.

Dla zobrazowania końcowego etapu wojny należy wziąć pod uwagę wielokrotną przewagę Armii Czerwonej w czołgach i absolutną przewagę ilościową w powietrzu. Od jesieni 1944 roku na niebie nad frontem wschodnim rzadko pojawiały się niemieckie myśliwce, a niemieckie bombowce - prawie nigdy (resztki niemieckiego lotnictwa, zużywając ostatnie zapasy paliwa lotniczego, usiłowały zapobiec zniszczeniu niemieckiego przemysłu i sieci transportowej, wywołanego przez nieustanne zmasowane naloty amerykańskich „latających fortec”. To, że przy takiej przytłaczającej przewadze ogniowej straty Armii Czerwonej w ludziach wielokrotnie (nie dziesięć razy, lecz wielokrotnie) przewyższały straty nieprzyjaciela, nie powinno dziwić. To, proszę wybaczyć mi cynizm, było „normalne”. Straty nacierającego powinny być większe od strat broniącego się - szczególnie gdy broniący się wykazuje bardzo wysokie zdyscyplinowanie, męstwo i odwagę.

Tu muszę na chwilę odejść od omawianego tematu, ponieważ na własnym przykładzie mogłem się przekonać, że zdanie na temat męstwa i odwagi żołnierzy niemieckich powoduje utratę zmysłu słuchu i wzroku u niektórych czytelników. Nie tak dawno, w marcu 2008 r., miałem zaszczyt występować przed zgromadzeniem szacownej piterskiej inteligencji. I nawet w tym towarzystwie wybranych po słowach o męstwie i odwadze natychmiast zadano mi następujące pytanie: „Powiedział pan, że żołnierze Wehrmachtu walczyli w słusznej sprawie...”. Niczego takiego nie mówiłem i nie pisałem. W ogóle nie mam pojęcia, o co walczył ten czy inny konkretny Hans czy Fritz. Być może za Fuhrera i Wielkie Niemcy, być może w imię marzeń o własnej posiadłości i chłopach w podbitej Rosji, być może za swojego najlepszego przyjaciela Kurta, który zginął w ubiegłym tygodniu... Nie wiem, to nie moja sprawa. Nie jestem ani poetą, ani pisarzem, ani filozofem. Jako historyk mam obowiązek stwierdzić fakt - Niemcy walczyli z największym uporem, nie oddając bez walki ani jednego skrawka naszej ziemi; przez kilka miesięcy prowadzili walki w całkowitym okrążeniu; przy najmniejszej możliwości przechodzili do dobrze zorganizowanej kontrofensywy. Żeby przełamać opór takiego nieprzyjaciela i odrzucić go na 3 tysiące kilometrów od Wołgi na Łabę, żołnierze Armii Czerwonej musieli wykazać się nie mniejszym męstwem i odwagą. Oraz ponieść znaczące straty.

Podam kilka konkretnych przykładów.

Praktycznie jedynym przypadkiem udanej strategicznej operacji ofensywnej Armii Czerwonej na początkowym etapie wojny jest kontrnatarcie pod Moskwą. W ciągu miesiąca (od 5 grudnia do 7 stycznia) bezpowrotne straty (zabici i zaginieni) wyniosły 139 600 osób. Niemcy stracili podczas bitwy o Moskwę 77 820 zabitych i zaginionych - są to jednak straty całej operacji, od 3 października do 10 stycznia, czyli z uwzględnieniem strat dwóch miesięcy bezskutecznych prób dotarcia do murów Kremla. Z dokładnością możliwą do zaakceptowania w tym przypadku można uznać niemieckie straty z grudnia 1941 roku za jedną trzecią łącznych bezpowrotnych strat. Przy takim założeniu stosunek strat obu stron wynosi 5,35 do 1. Straty nacierającej Armii Czerwonej były pięciokrotnie wyższe od strat Wehrmachtu. Ale to grudzień 1941 roku. To natarcie wspierane samym tylko entuzjazmem, po pas w śniegu, przy trzaskającym mrozie, prawie bez artylerii. Jak pisze we wspomnieniach G. Żuków (wówczas dowódca Frontu Zachodniego), „musieliśmy zakładać normę zużycia amunicji 1-2 strzały na jedno działo na dobę. I to, proszę zauważyć, w czasie ofensywy!”.

Teraz weźmiemy statystyki strat drugiego półrocza 1943 roku. To okres wielkich operacji ofensywnych prowadzonych przez Armię Czerwoną (wyzwolenie Smoleńska i Donu, forsowanie Dniepru, wyzwolenie lewobrzeżnej Ukrainy i Kijowa). Straty łączne (zabici, zaginieni, ranni) Armii Czerwonej wyniosły 4 809 300 osób. Straty łączne Wehrmachtu i Waffen SS w tym samym okresie wynoszą 1 413 200 osób. Stosunek strat 3,4 do 1.

Warto przyjrzeć się oddzielnie trzeciemu kwartałowi 1943 r. (lipiec, sierpień, wrzesień). W tym okresie odbyła się bitwa na Łuku Kurskim - jedno z największych starć II wojny światowej. Łączne straty Armii Czerwonej wyniosły 2 748 000, w tym bezpowrotne (zabici i zaginieni) - 694 000.

Straty Wehrmachtu i Waffen SS: łączne - 709 000, w tym bezpowrotne - 231 000. Stosunek strat łącznych: 3,8 do 1. Stosunek bezpowrotnych strat: 3 do 1.

Drugie półrocze 1944 roku. Armia Czerwona praktycznie ciągle naciera na całej linii frontu. W tym okresie prowadzono trzy wielkie strategiczne operacje ofensywni': „Bagration” (rozbicie niemieckiej Grupy Armii „Środek” na Białorusi), lwowsko-sandomierską i jasso-kiszyniowską. Przy tym w liczbach absolutnych straty Armii Czerwonej (w porównaniu z drugim półroczem 1943 r.) są wyraźnie mniejsze: łączne - 3 258 800 i bezpowrotne - 690 200. Niemcy stracili 1 300 300, w tym bezpowrotnie - 650 400. W strukturze strat nieprzyjaciela po raz pierwszy olbrzymi odsetek stanowią zaginieni (463 300). Stosunek strat łącznych: 2,5 do 1. Przy szacowaniu stosunku strat bezpowrotnych powstaje problem ustalenia liczby poległych wśród „zaginionych” Niemców. Faktycznie musimy zgadywać. Biorąc pod uwagę, że masowego oddawania się do niewoli, porównywalnego z sytuacją z 1941 roku, w Wehrmachcie mimo wszystko nie było, można bardzo i to bardzo umownie przypuszczać, że połowę liczby zaginionych żołnierzy niemieckich stanowią polegli. Przy takim założeniu stosunek liczby poległych zmniejsza się do 1,7 do 1.

Bezpośrednio podczas operacji „Bagration” (a jest to największa - zarówno według liczebności wojsk radzieckich, jak i osiągniętego sukcesu - strategiczna operacja ofensywna) straty Armii Czerwonej wyniosły: łączne - 765 800, w tym bezpowrotne - 178 500 osób. Straty nieprzyjaciela: 26 400 zabitych, 263 100 zaginionych, 109 700 rannych. Stosunek łącznych strat: 1,9 do 1.

Stosunek liczby poległych (przy takich samych założeniach co do ich liczby) wynosi 1,13 do 1.

Rzecz jasna, dokładność każdej z podanych powyżej liczb można zakwestionować. Nie ma dwóch źródeł, w których liczby strat (według okresów lub operacji) nie różniłyby się o 10-15 procent. Niemniej jednak te wszystkie zastrzeżenia nie zmieniają istotnie ogólnego obrazu, który jest całkowicie jasny i oczywisty - stosunek strat stale się zmieniał w lepszą (jeżeli w historii śmierci milionów ludzi może być coś „dobrego” czy nawet „lepszego”) dla Armii Czerwonej proporcję. I mimo że w nieodpowiedzialnej publicystyce ostatnich dziesięcioleci przyjęło się piętnować „nieudolnych i krwawych generałów Stalina”, nie można nie przyznać, że stosunek strat osiągnięty podczas operacji „Bagration” można uznać za wzorcowy (chociaż oczywiście najlepszym wzorem do naśladowania nie jest ta potworna rzeź, a pokój i harmonia, panujące w Europie w ostatnim półwieczu).

Łącznie od 22 czerwca 1941 r. do 31 grudnia 1944 r. Wehrmacht i Waffen SS bezpowrotnie (z uwzględnieniem zaginionych i wziętych do niewoli) straciły na froncie wschodnim 2,62 miliona osób. Między innymi Grupa Armii „Środek”, której oficerowie w listopadzie 1941 r. przez lornetkę oglądali ulice Moskwy, bezpowrotnie straciła 844 000 żołnierzy (w tym 401 000 zabitych i 443 000 zaginionych). Dla porównania zaznaczmy, że na wszystkich frontach od 1 września 1939 r. do 31 grudnia 1944 r. straty Wehrmachtu i oddziałów SS wyniosły 3 360 000 zabitych i zaginionych (w tym około 2 850 000 na początku lat 50. uznano za poległych). Inaczej mówiąc, straty na froncie wschodnim wyniosły 78 procent (ponad trzy czwarte) wszystkich niemieckich strat - to całkiem wymowna odpowiedź na pytanie, jaka armia „przetrąciła kręgosłup faszystowskiej bestii”.

Trudno powiedzieć - z czym, z jakimi liczbami strat Armii Czerwonej, ma sens porównywanie liczby strat bezpowrotnych wojsk lądowych Rzeszy. Czy właściwe będzie porównanie ich z ogólnymi stratami bezpowrotnymi Armii Czerwonej, których znaczną część stanowią zmarli w niewoli, ci, którzy zginęli od kul radzieckich żołnierzy czy oddziałów egzekucyjnych NKWD? Najogólniej rzecz biorąc, można stwierdzić, że straty Armii Czerwonej były większe trzy, cztery razy od strat nieprzyjaciela. Chyba nie ma sensu dyskutować o możliwości sprawdzenia tej liczby. Trzy, cztery razy. Te proporcje dość realistycznie odzwierciedlają to, co działo się na polach wielkiej bitwy.

Na zakończenie tego tematu muszę zaznaczyć, że zespół Kriwoszejewa dolał jednak sporą chochlę dziegciu do wyników swojej niezwykłej i profesjonalnej pracy. Być może ktoś złożył Kriwoszejewowi propozycję nie do odrzucenia. Nie wiem - ale na stronie 390, po szczegółowej i całkowicie poprawnej (czyli w całości pokrywającej się z wynikami fundamentalnych prac niemieckich historyków) analizie struktury i liczby niemieckich strat, nagle niczym diabeł z pudełka pojawia się następujące zdanie: „Analiza niektórych materiałów archiwalnych oraz publikacji w prasie radzieckiej i zagranicznej pokazuje, że...”. Po czym bezpowrotne straty Niemiec tylko na froncie wschodnim zwiększają się do nieprawdopodobnej liczby 6 923 700 osób! A to dopiero początek. Następnie zostają do nich dodane równie oszałamiające straty sojuszników Niemiec w liczbie 1 725 800 osób. Same tylko Węgry, jak się okazuje, „zdołały” stracić na froncie wschodnim 864 tysiące żołnierzy! W przybliżeniu dziewięć razy więcej niż Włochy i dokładnie dziesięć razy więcej niż Finlandia (s. 392), mimo że Finowie wystawili do walki z ZSRR 16 dywizji, które latem 1941 roku i latem 1944 roku prowadziły krwawe starcia, nawet z grubsza nieprzypominające „dokonań” oddziałów węgierskich pod Stalingradem. Ale tego też wydało się mało - w ogólnej masie „bezpowrotnych strat nieprzyjaciela” pojawiają się Japończycy, Chińczycy i Koreańczycy w bardzo skromnych (dla nich) liczbach 723 800 osób. Wskutek tych wszystkich manipulacji udało się uzyskać stosunek strat Armii Czerwonej i nieprzyjaciela wynoszący 1,3 do 1.

Rozwiązanie tej zagadki jest nadzwyczaj proste. Dla Niemiec wojna zakończyła się całkowitą i bezwarunkową kapitulacją. Następnie każdy niemiecki żołnierz (na przykład wartownik przy składzie amunicji w Niemczech, który w czasie wojny nie strzelił ani razu) mógł na zasadach formalnoprawnych zostać uznany za jeńca wojennego. Ta kolizja prawna otwiera olbrzymie możliwości do manipulowania liczbami (nie zapominajmy, że na dwóch żołnierzy czynnej armii i u nas, i u Niemców przypadało „półtorej osoby” w różnego rodzaju służbach tyłowych i pomocniczych). Właśnie wskutek zsumowania rzeczywistych strat bojowych Wehrmachtu z olbrzymią liczbą „jeńców majowych” zostały uzyskane powyższe liczby. Ten sam chwyt zastosowano wobec Węgier. Natomiast Finlandia nie skapitulowała, druga wojna radziecko-fińska zakończyła się podpisaniem układu o zawieszeniu broni (19 września 1944 r.), więc na s. 392 rzeczywiste straty fińskiej armii okazały się 10 razy mniejsze od spekulacyjnej liczby węgierskich „strat”. Pojawienie się w obliczeniach 640 tysięcy Japończyków i Chińczyków wziętych do niewoli w Mandżurii (przeważnie już po kapitulacji Japonii) można określić tylko jako „czarny humor”...

20 - 11 = 9

27 - 11 = 16

Są wątpliwości? Myślę, że już są. I zupełnie nieprzypadkowo o liczbie 20 (a później 27) milionów radzieckich obywateli, którzy zginęli w czasie wojny, wiedzą (lub przynajmniej słyszeli) wszyscy, o liczebności strat sił zbrojnych (9-10-11 milionów) wie każdy czytelnik literatury historycznowojskowej i publicystycznej - ale przy tym o oczywistej i niezaprzeczalnej różnicy arytmetycznej pomiędzy liczbą 27 i liczbą 11 nie wspomina się praktycznie nigdzie i nigdy. Co też można wyjaśnić - nawet tym, którzy zamówili liczbę 27 milionów, zabrakło odwagi, żeby głośno i otwarcie założyć, że Niemcy wymordowali 16 milionów cywilów. To przesada - nawet dla późnoradzieckich, jak i obecnych „imperialnych” propagandystów. Dlatego różnica arytmetyczna pomiędzy założoną na najwyższym szczeblu liczbą 27 milionów i liczbą bezpowrotnych strat Armii Czerwonej istnieje jak „rzecz sama w sobie” u Kanta. Nie mówi się o niej głośno - nawet wówczas, gdy, wydawałoby się, nie można jej nie zauważyć.

Na przykład w 2001 roku wspomniany już zespół historyków wojskowości pod kierownictwem generała pułkownika G.F. Kriwoszejewa wydał nowy, poprawiony i uzupełniony wariant swego studium statystycznego (Rossija i SSSR w wojnach XX wieka. Potieri woorużonnych sił. Statisticzeskoje issledowanije, Olma Press, Moskwa). Liczbę bezpowrotnych demograficznych strat wojskowych autorzy pozostawili bez zmian, czyli 8,7 miliona osób. A co za tym idzie, do 27 musieli „dołożyć” całe 18,3 miliona. Dzięki rozpaczliwym staraniom (o których mowa będzie później) udało się doliczyć 13,7 miliona. Po czym pojawia się następujące zdanie: „Liczba poległych w czasie wojny cywilów wskutek okupacji niemieckiej wynosi ponad połowę wszystkich strat Związku Radzieckiego w ludziach (porównajcie 13,7 miliona osób i 26,6 miliona osób)”. Do porównania podanej liczby 13,7 z arytmetycznie pożądaną liczbą 18,3 i dyskusji nad olbrzymim „niedoborem” 4,6 miliona ludzi autorzy zbioru rozsądnie nie nawołują...

Oczywiście liczba strat 13,7 miliona osób wśród ludności cywilnej również jest potworna. Na szczęście jest znacznie zawyżona. Doliczono brakujące 13,7 miliona w następujący sposób. Po oczywistym i nie budzącym żadnych zastrzeżeń stwierdzeniu straszliwego faktu („barbarzyńskie unicestwienie ludności cywilnej przeprowadzono we wszystkich republikach ZSRR, które narażone zostały na zajęcie przez wroga”) natychmiast pojawia się wniosek końcowy: „Ogółem z premedytacją zamordowano ponad 7,4 miliona cywilów na terenach okupowanych”. Odsyłacz do źródła nr 526. Czym jest 526? To informator encyklopedyczny Wielikaja Otieczestwiennaja wojna. 1941-1945 („Wielka Wojna Ojczyźniana. 1941-1945”), wydany w 1985 roku. Nie mówię już o tym, że w fundamentalnej monografii z 2001 roku sam tylko odsyłacz do wydanego w epoce totalnej cenzury informatora encyklopedycznego wygląda dość dziwnie. Jak odsyłacz do powieści Juliusza Verne’a we współczesnej monografii poświęconej projektowaniu okrętów podwodnych. Ważne jest co innego - w 1985 r. prawdę o wojnie wyrażała liczba 20 milionów poległych. W jaki sposób te liczby mogą pasować do „nowej prawdy” o 27 milionach? I nie pasują. Dlatego autorzy zbioru, bez krzty zażenowania, do liczby ofiar hitlerowskiego terroru dodają uzyskaną na podstawie jakichś „badań socjologicznych” nadwyżkę rzeczywistej liczby umieralności ludzi na terenach okupowanych wobec średnich liczb czasu pokoju. W rezultacie zyskują jeszcze 4,1 miliona. Kto i jak ustalił tę „nadwyżkę”, skoro nawet liczba ludności, która znalazła się pod okupacją, znana jest z dokładnością nie większą niż „plus minus 5 milionów”? A skoro istnieją, jak się okazuje, konkretne statystyki zgonów gwałtownych i naturalnych na terenach okupowanych, to po co potrzebna była gra w „przesunięcie” wyników spisu ludności o 13 lat? Na te pytania udzielono zwięzłej i przekonującej odpowiedzi: „Na podstawie posiadanych danych”.

Kolejne 2,16 miliona poległych autorzy zbioru odnaleźli wśród tak zwanych ostarbeiterów - obywateli radzieckich wywiezionych do prac przymusowych do Niemiec. Metodologia uzyskania tej liczby jest tradycyjna: odejmowanie zamiast dodawania. Liczba ostarbeiterów, którzy powrócili do Związku Radzieckiego, jest znana. Dokumenty Zarządu do spraw Repatriacji podają liczbę 2 654 000 osób. Wielki rozrzut jest w szacunkach liczb ludzi wywiezionych do prac przymusowych. Według niemieckich danych to nie więcej niż 2,8-3,0 miliony osób (przy czym ta liczba zawiera zarówno cywilów, jak i jeńców przekazanych do dyspozycji niemieckich przemysłowców). Według danych Nadzwyczajnej Komisji Państwowej do spraw Ustalenia i Zbadania Zbrodni Niemieckich Najeźdźców oraz Ich Wspólników okupanci wywieźli do prac przymusowych 4,3 miliona osób. Autorzy zbioru statystycznego podają „dokładną liczbę” 5 269 513 osób. Później poprzez odejmowanie zostaje uzyskana liczba zmarłych.

Jednocześnie autorzy zbioru nie zwrócili uwagi na to, że sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem są podane przez nich stosunki liczby zmarłych jeńców wojennych (1,78 miliona) i ostarbeiterów (2,16 miliona). Oczywiście warunki pracy i życia pracowników przymusowych były bardzo ciężkie. Szczególnie w porównaniu do tych wyobrażeń o „pracy”, które ma współczesny pracownik biurowy. W istocie w jednej z moskiewskich gazet niedawno przeczytałem bardzo dramatyczną historię dwóch Ukrainek, które przymusowo zostały wywiezione do Niemiec. Trafiły do gospodarstwa, gdzie właściciel kazał im zajmować się stadem 40 krów. Zdaniem moskiewskiego dziennikarza była to katorga. Niestety, syty głodnego nie zrozumie. 40 krów w gospodarstwie zamożnego niemieckiego „kułaka” to co najmniej 400 litrów mleka dziennie. Kraina mlekiem i miodem płynąca. Nawet jeżeli ten „kułak” był nieczułym i złośliwym bydlakiem, dla którego nieszczęsne, oderwane od domu i rodziny dziewczęta były jedynie częścią trzody chlewnej, to nawet w tym przypadku kapitalistyczna natura podpowiedziała mu, że trzodę chlewną trzeba nakarmić. O takiej „katordze” nie mógł nawet marzyć umierający z głodu radziecki jeniec, którego latem 1941 r. rozstrzelano za próbę doczołgania się do kałuży i napicia się wody, a katowano codziennie bez jakiegokolwiek powodu...

Zdumiewające liczby dotyczące losów ostarbeiterów autorzy „nowego Kriwoszejewa” popierają odsyłaczem nr 537. To artykuł w magazynie „Sociołogiczeskije Issledowanija” nr 12, 1991 r. Do tego odsyłacza dołączono również godny uwagi przypis autorów zbioru: „Oprócz zmarłych w czasie prac przymusowych w Niemczech do łącznych strat ludności cywilnej zaliczono 451 100 tak zwanych „zbiegów” wśród ostarbeiterów, którzy przy aktywnym udziale władz wojskowych Anglii, USA i Francji zostali zwerbowani jako tania siła robocza do krajów Europy Zachodniej, Ameryki Łacińskiej, USA i Australii”.

Oto brutalne oblicze kapitalizmu - zwabili naiwnych kołchoźników i wykorzystali ich jako „tanią siłę roboczą”. Liczbę oszukanych „socjolodzy” policzyli po raz kolejny z godną pozazdroszczenia dokładnością - do 100 osób. Musieli po prostu objechać całą Australię, Kanadę i USA. Szkoda, że nie podali równie dokładnych kwot zarobków „tanich pracowników”...

(...)

To wszystko jest bardzo dziwne. Na pierwszy rzut oka. Po co było wymyślać wyimaginowane zbrodnie, skoro Hitler i jego pomagierzy dokonali tylu rzeczywistych najcięższych zbrodni, że na ich wyliczenie nie starczyłoby 576 stron 576 książek? Po co uciekać się do manipulacji, wymyślając jakieś fikcyjne liczby strat ludności cywilnej ZSRR, kiedy nawet najbardziej minimalne oceny świadczą o tym, że okupanci i ich zwolennicy wymordowali miliony ludzi? Miliony. Czy, powiedzmy, 5 milionów zabitych dzieci, kobiet i starców to mało? Koniecznie „trzeba” 15 czy 25 milionów, żeby uznać Hitlera za potwora? Każdy żołnierz Wehrmachtu, nawet ten, który palcem nie dotknął rosyjskiej kobiety i poczęstował czekoladą jej dziecko (a tacy żołnierze byli, i nie należeli do rzadkości), jest winny. Winny tego, że przyszedł z bronią tam, gdzie go nikt nie prosił. Winny tego, że przyprowadził ze sobą oprawców z SS. Do tej winy przyznał się sam naród niemiecki. Po co nadwerężać chorą wyobraźnię, wymyślając pianę na ustach, długie sztylety w zębach i oszalały wzrok?

„Jeżeli zapalają gwiazdy, to znaczy, że komuś jest to potrzebne. To znaczy, że jest niezbędne”. Uważam, że na tę całą obfitość znaków zapytania można udzielić jak najbardziej konkretnej odpowiedzi. Są co najmniej TRZY PRZYCZYNY, dla których radziecka i postradziecka propaganda gorąco pragnęła wyolbrzymić liczbę ofiar wśród ludności cywilnej na okupowanych obszarach ZSRR i odszukać nieistniejące „plany hitlerowskiej zagłady narodu rosyjskiego”. Te przyczyny mają bardzo różną „wagę” - od prawie kaprysu, małostkowego świństwa, do najważniejszego ogniwa wiążącego całą radziecką mitologię. Proponuję omówić je w odwrotnej kolejności, od trzeciorzędnej do najważniejszej.

Jako trzecią według ważności (ale jednocześnie pierwszą według chronologii) należy wymienić „kwestię żydowską”. Tak, właśnie ją. Ilf i Pietrow bardzo się mylili. Wprost przeciwnie: Żydów w Rosji prawie już nie ma, a nieszczęsna kwestia żydowska ciągle istnieje.

Doskonale rozumiem, że normalnemu człowiekowi, na dodatek nieobeznanemu z „okolicznościami”, moje przypuszczenie może wydać się bardzo dziwne. Jestem gotów z góry wybaczyć normalnemu człowiekowi to, co pomyślał teraz o mojej normalności. Rzeczywiście, z punktu widzenia zdrowego rozsądku trudno jest zrozumieć, dlaczego w Wielkiej Encyklopedii Radzieckiej jest hasło „Oświęcim”, ale w tym haśle ani razu nie podaje się słowa „Żyd”. Normalny człowiek nigdy się nie domyśli, jaki to dziwaczny znak widnieje na płycie nagrobku w Newelu (obwód pskowski). To sześcioramienna gwiazda Dawida nad braterską mogiłą zamordowanych Żydów, „skrócona” przez czujne władze do pięcioramiennego stanu. Dlatego że „nie ma po co epatować”...

Normalny człowiek (jeżeli tylko sam nie zobaczył tego w telewizji) nigdy nie uwierzy, że 19 kwietnia 2001 r. kilkudziesięciu deputowanych Dumy Państwowej (najznakomitsi ludzie kraju) odmówiło uczczenia minutą ciszy pamięci ofiar ludobójstwa (19 kwietnia 1943 r. rozpoczęło się powstanie w warszawskim getcie). Zresztą minuty ciszy nie było w ogóle, ponieważ sala wypełniła się hałaśliwą pyskówką, dzikimi okrzykami Żyrinowskiego i Szandybina, a wzmocniony mikrofonami głos przewodniczącej, naszej niezrównanej L. Sliski, wzywał, żeby każdy „ustosunkował się do tej kwestii we własnym zakresie”.

Niby jak? Jak ustosunkować się „do tej kwestii”, skoro obowiązek uczczenia pamięci milionów niewinnych zamordowanych ludzi w ogóle staje się kwestią? Większość deputowanych i wyborców nie czytała niczego poza szkolnym podręcznikiem historii. W szkolnym (podobnie jak w jakimkolwiek radzieckim akademickim) podręczniku nie było ani słowa o zagładzie Żydów. Najbardziej dociekliwi mogli nabyć zbiór statystyczny Rossija i SSSR w wojnach XX wieka, który ukazał się właśnie w 2001 roku. I co tam mogli przeczytać? Na przykład to:

Wojna rozpętana przez hitlerowców przeciwko ZSRR była wojną w celu wymordowania całych narodów, przede wszystkim słowiańskiej, rosyjskiej ludności. (...) Barbarzyńskie działania faszystowskich najeźdźców skierowane na eksterminację radzieckich obywateli, szczególnie ludów słowiańskich i w pierwszej kolejności narodu rosyjskiego, pochłonęły miliony ludzkich istnień. (...) Ulec zagładzie miały nie tylko ludy słowiańskie, lecz również inne narodowości zamieszkujące terytorium ZSRR. Najokrutniejszy był stosunek do Żydów, których Niemcy mordowali w pierwszej kolejności tak samo jak komunistów.

Skoro profesjonalni historycy, kandydaci i doktorzy nauk rzeczywiście uważają, że Żydów mordowano tak samo jak inne narody i komunistów, to nie są żadnymi uczonymi, tylko nieukami i samozwańcami. Skoro znają prawdę, a przy tym piszą o „eksterminacji radzieckich obywateli, szczególnie ludów słowiańskich i w pierwszej kolejności narodu rosyjskiego”, to są kłamcami.

Hitler nie planował zmniejszenia liczebności ludności żydowskiej w ciągu 30 lat po zakończeniu wojny poprzez rozdawanie prezerwatyw i propagowanie aborcji. W ogóle nie zamierzał zmniejszać ich liczebności. Wszyscy Żydzi - dorośli i dzieci, niemowlęta i starcy - zostali skazani na całkowitą, powszechną zagładę. Ten wyrok nie wynikał z jakiegokolwiek ekonomicznego czy politycznego celu. Nie brano pod uwagę ani wyznania ofiary, ani jej zachowania, ani nawet zgody na współpracę. Masowe mordy Żydów rozpoczęły się w pierwszych dniach (nie tygodniach -dniach!) po hitlerowskiej napaści na terytorium ZSRR. Tam, gdzie powszechna eksterminacja ludzi, których winy, poza żydowskim pochodzeniem, nie widzieli nawet kaci, odbywała się z niemiecką dyscypliną i metodycznością, ofiary mogły liczyć na szybkie i „lekkie” rozstrzelanie. Tam, gdzie lokalni aktywiści przejmowali inicjatywę, o rozstrzelaniu Żydzi mogli tylko marzyć...

Do 22 czerwca 1941 roku na terenach, które miały zostać okupowane, mieszkało około 4 milionów Żydów (w tym 1,9 miliona na zajętych w latach 1939-1940 terenach krajów nadbałtyckich, Polski Wschodniej, Besarabii). Na wschód zdążyło ewakuować się około miliona Żydów (głównie z rejonów lewobrzeżnej Ukrainy i środkowej Rosji, gdzie Niemcy wkroczyli dopiero jesienią 1941 roku). Spośród pozostających do dyspozycji najeźdźców 3 milionów Żydów zginęło nie mniej niż 2,83 miliona osób.

Ocalałe 150-200 tysięcy Żydów (około 5 procent pierwotnej liczby) przeżyło nie dlatego, że Niemcy okazali im łaskę. Po prostu w ramach skomplikowanych gier politycznych Hitler zwrócił Rumunii Besarabię i Bukowinę oraz podarował tak zwaną Transylwanię, czyli terytorium Ukrainy między Dniestrem i Bohem. I jeżeli na początku wojny mordowanie Żydów przez oddziały rumuńskie oraz żandarmerię miało charakter masowy i bestialski, to po klęsce pod Stalingradem rumuńscy przywódcy zaprzestali masowych eksterminacji i nawet pozwolili na dostarczanie do żydowskiego getta żywności przez organizacje międzynarodowe. Co się tyczy strefy okupacji niemieckiej, to zginęli tam prawie wszyscy Żydzi, którzy nie zdążyli się ewakuować.

W mieście-bohaterze Brześciu przed wojną mieszkało 25 tysięcy Żydów. Do wyzwolenia dożyło 19. Nie 19 tysięcy, a 19 osób (sześciu z nich uratowała, ukrywając w swoim domu, rodzina Poliny Makarenko). Takie rodziny Sprawiedliwych wśród Narodów Świata znalazły się prawie w każdym okupowanym mieście i miasteczku. Obecnie izraelski instytut Jad Waszem ustaliło ponad 18 tysięcy nazwisk ludzi, którzy ratowali Żydów w czasach ludobójstwa. Ta największa i wyjątkowa w historii ofiara poświęcenia (za ukrywanie Żydów oprawcy bezwzględnie rozstrzeliwali wszystkich mających z tym związek) statystycznie daje znikomy odsetek tych, którzy przeżyli. Kolejne kilkadziesiąt tysięcy Żydów dożyło wyzwolenia, walcząc w oddziałach partyzanckich.

Porównując Żydów do komunistów (Niemcy mordowali Żydów „tak samo jak komunistów”), historycy ze Sztabu Generalnego w najlepszym przypadku wykazali się potworną ignorancją. Komuniści na terenach okupowanych zobowiązani byli do zarejestrowania się w miejscowej komendanturze. Tylko tyle. Jeśli nie przeszkadzali Niemcom, to względnie spokojnie doczekali przyjścia Armii Czerwonej. Później ich znowu rejestrowano - tym razem w organach NKWD. Rozkaz NKWD ZSRR nr 001683 z 12 grudnia 1941 r., uzupełniony 18 lutego 1942 r., zarządzał jedynie „zapewnienie obserwacji agenturalnej” w stosunku do takich, dwukrotnie rejestrowanych komunistów. A Żydów spędzano do rowów przeciwczołgowych wcale nie w celach „obserwacji agenturalnej”...

W tej sprawie rosyjscy historycy w 2001 roku jedynie kontynuowali tradycje sprzed 60 lat. W pierwszych dniach wojny radziecka propaganda straciła głowę wobec gradu niemieckich ulotek z krótkim, ale wymownym hasłem: „Bij Żyda politruka, jego gęba cegły szuka”. Nie wymyślono niczego lepszego od postawy wystraszonego strusia. Wszelkie wzmianki o mordowaniu Żydów zaczęto starannie usuwać z łamów prasy. Obecnie dobrze znana jest historia „redagowania” komunikatów Nadzwyczajnej Komisji Państwowej o bestialstwach faszystowskich okupantów w Kijowie. 25 grudnia 1943 r. został sporządzony i parafowany przez przewodniczącego Komisji Szwernika tekst oficjalnego komunikatu, w którym o Babim Jarze mówiło się, że „hitlerowscy bandyci dokonali masowych bestialskich mordów na ludności żydowskiej”. Potem, zgodnie z ustaloną procedurą, tekst komunikatu wysłano do uzgodnienia do KC WKP(b).

2 lutego 1944 r. (po upływie miesiąca!) tekst wrócił do Komisji z poprawką, naniesioną przez szefa Zarządu Agitacji i Propagandy, towarzysza G.F. Aleksandrowa (przyszłego poważnego uczonego, członka Akademii Nauk ZSRR). „Ludność żydowska” została skreślona i zamieniona na „tysiące cywilnych obywateli radzieckich”. Szwernik zrozumiał sugestię i w następnych komunikatach nie pisano już o żadnych Żydach (tylko w akcie dotyczącym Mińska - a to miasto i jego okolice było miejscem zagłady 100 tysięcy Żydów - wspomniano o istnieniu getta).

27 stycznia 1945 r. oddziały 1. Frontu Ukraińskiego wyzwoliły obóz śmierci Oświęcim. To, że w Oświęcimiu zamordowano setki tysięcy Żydów, dowództwo wojskowe ustaliło od razu. Wydział polityczny Frontu stworzył specjalną komisję, która do 5 lutego przekazała szczegółowe sprawozdanie, wskazujące między innymi na zamordowanie w Oświęcimiu latem 1944 r. 600 tysięcy węgierskich Żydów. Jednak oficjalny komunikat Nadzwyczajnej Komisji Państwowej pojawił się dopiero trzy miesiące później, 7 maja 1945 r. Z niego wynikało, że w Oświęcimiu systematycznie mordowano nie Żydów, a „miliony obywateli wszystkich krajów Europy”.

Ten, kto raz skłamał, musi kłamać dalej i częściej. Gdyby w Babim Jarze i setkach innych podobnych miejsc rozstrzeliwano nie Żydów, a radzieckich cywilów, to należało wymyślić jakieś wytłumaczenie, jakiś motyw dokonanej zbrodni. W epoce radzieckiej punktem wyjścia było podejście klasowe. Faszyzm został okrzyknięty terrorystyczną dyktaturą wielkiej monopolistycznej burżuazji i zgodnie z tą logiką pisano: „Ofiarami hitlerowskich oprawców zostały dziesiątki tysięcy robotników stachanowców i najlepszych kołchoźników”. Ponieważ w dzisiejszych czasach wzmianka o stachanowcach i najlepszych kołchoźnikach wywołuje raczej krzywy uśmieszek, fałszerze musieli przerzucić się na „tory narodowe”, czyli przypisać Niemcom zamiar fizycznej eksterminacji narodu rosyjskiego.

W porównaniu z taką niedorzecznością nawet klasyczne radzieckie sformułowanie („chcieli zmienić kochających wolność radzieckich obywateli w niewolników”) jest znacznie bliższe prawdy. A gdyby usunąć niestosowne określenie „kochających wolność” i nie zwracać uwagi na to, że status prawny radzieckich kołchoźników znajdował się gdzieś pomiędzy niewolnikiem państwowym w starożytnych Chinach i chłopem pańszczyźnianym końca XVIII wieku, to wówczas wszystko staje się jasne. Tak, właśnie tego pragnął Hitler - zmienić Rosję w kolonię, a z Rosjan zrobić „białych Murzynów”. Dla osiągnięcia tego zbrodniczego celu mordowano wszystkich, którzy się temu sprzeciwiali. Nie wszystkich po kolei (wszystkich bez wyjątku mordowano tylko i wyłącznie Żydów), a wszystkich, którzy się sprzeciwiali.

„Ciężar właściwy” eksterminacji Żydów w ogólnej skali represji okupantów zmieniał się w czasie i przestrzeni. W pierwszych tygodniach i miesiącach wojny zabijanie ludności żydowskiej było w zasadzie jedyną formą masowego terroru hitlerowców i ich pomagierów na okupowanym terytorium. Prawie wszystkie opisy rozstrzeliwań i egzekucji latem i jesienią 1941 roku, jeżeli tylko nie zostały zmyślone, w rzeczywistości opisują masowe mordy na Żydach. Później w związku z nasileniem ruchów partyzanckich ofiarami okupantów coraz częściej stawała się ludność nieżydowska. Ale nawet na Białorusi, w tej „partyzanckiej republice”, gdzie ogólna liczba ofiar wśród ludności cywilnej według oświadczeń Nadzwyczajnej Komisji Państwowej wyniosła 1 547 tysięcy osób, połowę poległych (około 730 tysięcy) stanowili Żydzi. W krajach nadbałtyckich i Mołdawii pomiędzy pojęciami „terror okupantów” i „eksterminacja Żydów” praktycznie można postawić znak równości. Na wschodzie Ukrainy i w okupowanych rejonach Rosji odsetek Żydów w stosunku do ludności ogółem był znacznie niższy, ponadto wielu z nich zdążyło się ewakuować. W tych rejonach okupowanego terytorium ZSRR ludność nieżydowska przeważa wśród ogólnej liczby ofiar.

Na tym kończymy omawianie „kwestii żydowskiej” i przechodzimy do drugiej, nieporównywalnie ważniejszej przyczyny tego rozpaczliwego dążenia do odszukania nieistniejącego planu eksterminacji narodu rosyjskiego, które zdradzała i zdradza komunistyczna i neostalinowska propaganda historyczna.

Nawet paranoik Hitler nie był klinicznym idiotą i doskonale rozumiał, że bułki i parówki same z siebie z ziemi nie wyrosną, ktoś na niej powinien pracować, a wymianę rosyjskich (ukraińskich, białoruskich, mołdawskich) chłopów na niemieckich kolonistów planowano, jeśli w ogóle, dopiero „w ciągu 30 lat po zakończeniu wojny”, bynajmniej nie latem 1941 roku, gdy toczyły się działania bojowe. Pragmatyzm i wyrachowanie słusznie uchodzą za cechy narodowe Niemców, a najprostsza i oczywista kalkulacja podpowiadała, że spokój na tyłach najprościej i najtaniej jest zapewnić bez niepotrzebnego zaogniania stosunków z miejscową ludnością. Nawet jeżeli ktoś w dowództwie Wehrmachtu i niemieckiej administracji okupacyjnej widział w Rosjanach słowiańsko-azjatyckich degeneratów, to wymogi dyscypliny zmuszały go do trzymania na wodzy swych niskich uczuć. Przynajmniej do czasu, gdy Rosja zostanie całkowicie i ostatecznie rozgromiona.

Przyczyny tego, że tereny okupowane zostały ostatecznie zalane morzami krwi, nie można zrozumieć, nie biorąc pod uwagę drugiego uczestnika wojny, a fałszywki w rodzaju słynnego „Poradnika żołnierza niemieckiego” („zabij każdego Rosjanina, nie zawahaj się, jeżeli przed tobą jest starzec lub kobieta, dziewczynka lub chłopiec”) zostały wymyślone właśnie w celu odwrócenia uwagi od zamiarów i działań radzieckiego kierownictwa.

Jeśli nie sam hitlerowski plan Ost, to poszczególne dokumenty pisemne dotyczące pracy nad nim zachowały się i zostały przedstawione w Norymberdze. Stalin zachowywał się znacznie ostrożniej - nie przelewał na papier swoich przemyśleń o losie, który zgotował ludności okupowanych przez Niemców zachodnich rejonów ZSRR. Niemniej jednak zachowało się sporo dokumentów i relacji świadków, które pozwalają na dość dokładne zrekonstruowanie stalinowskiego planu West.

3 lipca 1941 r. w dwunastym dniu wojny Stalin wreszcie zwrócił się do swoich poddanych z wielkim przemówieniem. Odmawiając przyznania się chociażby do najmniejszego błędu, uczciwie uprzedził: „Wojny z faszystowskimi Niemcami nie można traktować jako zwykłej wojny. Jest ona nie tylko wojną pomiędzy dwoma armiami”. I to jest czysta prawda. Dwa totalitarne reżimy do tego czasu już zdążyły zdobyć krwawe doświadczenie w masowych represjach, tak wobec własnych obywateli, jak i ludności podbitych państw Europy. Nie było wątpliwości, że byli wspólnicy rozboju w równej mierze postarają się zmienić zbrojne zderzenie własnych armii w niespotykaną w swojej brutalności rzeź. We wspomnianym przemówieniu z 3 lipca 1941 r. pojawiło się zdanie zapowiadające metody, którymi towarzysz Stalin zamierzał prowadzić tę niesłychaną wojnę:

Przy wymuszonym odwrocie jednostek Armii Czerwonej nie zostawić nieprzyjacielowi ani kilograma zboża, ani litra paliwa. Kołchoźnicy powinni wypędzić całe bydło, przekazać zboże organom państwowym, aby je wywieźć na tyły. Wszelkie wartościowe mienie, w tym metale kolorowe, zboże i paliwo, którego nie można wywieźć, powinno zostać zniszczone.

Ścisłe wykonanie tego polecenia (a przemówienie Stalina, który do tego czasu wyznaczył już siebie na przewodniczącego Państwowego Komitetu Obrony, było właśnie poleceniem, zobowiązującym każdego do jego wykonania) oznaczało śmierć głodową milionów ludzi na terenach okupowanych. Co prawda surowość rosyjskiego prawa jest rekompensowana przez fakt, że nie jest ono wykonywane. Polecenie zniszczenia wszystkich zapasów żywności i paliwa nie zostało wykonane w pełnym zakresie, ale ogromne i liczne zniszczenia systemu zaopatrzenia mieszkańców (wodociągi, elektrownie, składy zbożowe) przeprowadzono w wielu miejscach.

Głód dla rosyjskiego chłopa nie jest niczym nowym. Niekończący się szereg wojen, buntów, najazdów i nieurodzajów nauczył ludzi gotować zupę na gwoździu. Ale w Rosji bywa zimno, a zima 1941-1942 roku na nieszczęście była bardzo wczesna i bardzo mroźna. Tę okoliczność też wzięto pod uwagę. 17 listopada 1941 roku Stalin osobiście podpisał rozkaz Stawki Najwyższego Naczelnego Dowództwa nr 0428:

Rozkazuję:

1. Niszczyć i palić doszczętnie wszystkie miejscowości na tyłach wojsk niemieckich w odległości 40-60 km w głąb od linii frontu i 20-30 km na prawo i na lewo od dróg. Do niszczenia miejscowości we wskazanym promieniu natychmiast skierować lotnictwo, szeroko wykorzystywać ogień z armat i moździerzy, oddziały rozpoznawcze, narciarzy i wyszkolone grupy dywersyjne, zaopatrzone w butelki z płynem zapalającym, granaty i materiały wybuchowe.

Głód i chłód nie wyczerpują listy plag egipskich, które Stalin postanowił zesłać na ludność cywilną okupowanych terenów. Nawet masowe palenie domów, po którym mieszkańcy z dziećmi znaleźli się na trzydziestostopniowym mrozie, można potraktować jako niewinną zabawę w porównaniu z tą wojną ludową, którą wszelkimi dostępnymi środkami rozpętali radzieccy przywódcy.

Już 1 lipca 1941 r. KC WKP(b) Białorusi wydał dyrektywę, w której wzywał, aby „niszczyć wrogów wszędzie, gdzie uda się ich dopaść, zabijać ich wszystkim, co wpadnie w rękę: siekierą, kosą, łopatą, widłami, nożami. (...) Likwidując wrogów, nie bójcie się używać różnych środków - duście, rąbcie, palcie, trujcie faszystowskie potwory”. Za kierownictwem partyjnym nie pozostało w tyle kierownictwo wojskowe. 6 sierpnia 1941 r. były ludowy komisarz obrony marszałek Timoszenko - tym razem jako dowódca wojsk Frontu Zachodniego - zwrócił się „do wszystkich mieszkańców okupowanych przez wroga terytoriów”. Marszałek, który zgubił swoją armię, stracił dziesiątki tysięcy czołgów, samolotów, dział, wzywał teraz bezbronnych ludzi do takich działań: „Atakujcie i niszczcie niemieckie transporty i kolumny, palcie i niszczcie mosty, podpalajcie domy i lasy. (...) Bijcie wroga, zamęczcie go na śmierć głodem, palcie ogniem, niszczcie go kulą i granatem. (...) Podpalajcie magazyny, niszczcie faszystów jak wściekłe psy”.

Tak, zdaję sobie sprawę, jak powinno to brzmieć poprawnie: „Ziemia płonęła pod nogami okupantów”. Z tym że ta ziemia płonęła razem z mieszkańcami. I hasło „Wszystko dla frontu, wszystko dla zwycięstwa” jest mi znane. Chcę jedynie zrozumieć: Do jakiego stopnia sięga to „wszystko”?

Zupełnie wszystko? Żadna cena nie jest wygórowana? I jeżeli zamianę swojego kraju w wypaloną, bezludną pustynię da się pogodzić z pojęciem zwycięstwa, to czyje to zwycięstwo?

Dla osiągnięcia zwycięstwa dowództwo brytyjskich sił powietrznych wybrało taktykę dywanowych nocnych nalotów na niemieckie miasta. Pod zgliszczami domów i w ogniu pożarów zginęły setki tysięcy cywilów. Nie zdążyła skończyć się wojna, a w Anglii rozpętała się zagorzała polemika społeczna w sprawie dopuszczalności tak nieludzkiego traktowania kobiet i dzieci nieprzyjaciela. Temperatura dyskusji była taka, że dowódca brytyjskiego lotnictwa bombowego, generał Harris, był zmuszony do opuszczenia kraju i udania się do Afryki Południowej. Sprzeciwiano się wpisaniu nazwisk poległych pilotów bombowców na listy bohaterów wojennych... Dlaczego więc my nie możemy nawet zastanowić się nad dopuszczalnością poświęcenia WŁASNYCH kobiet i dzieci?

Co najmniej wątpliwa jest również wojskowo-operacyjna wartość wojny partyzanckiej, realizowanej za pomocą łomu, wideł, kosy i noża. Oczywiście postępując w ten sposób - i płacąc za każdego zaszlachtowanego Niemca pracującego na tyłach życiem setek radzieckich obywateli - można było zadać pewne straty żywej sile nieprzyjaciela. Czy na tym polegało główne zadanie walki zbrojnej na tyłach wroga? Wehrmacht prowadził działania bojowe na froncie znajdującym się tysiące kilometrów od fabryk w Niemczech. I jeżeli „jajka i mleko” jeszcze można było zarekwirować lokalnej ludności, to naboje, pociski, miny, paliwo trzeba było tysiącami składów dowozić koleją z Bawarii i Saksonii do Wołgi, Donu i Kubania. Faktycznie cała machina wojenna Wehrmachtu wisiała na kilkunastu stalowych niciach kolei, które biegły przez olbrzymie połacie lasów Białorusi i okolic Briańska. Systematyczne niszczenie tych szlaków komunikacyjnych mogło postawić Niemców w bardzo ciężkiej sytuacji. Ale nie było to zadanie, któremu mogli podołać bezbronni chłopi z siekierami i widłami...

Czy nie nadeszła pora, żeby przyznać się, że zdaniem towarzysza Stalina mieszkańcy terenów okupowanych stali się bezużytecznymi śmieciami, nie posiadającymi już żadnej wartości: tych ludzi nie można było wykorzystać ani jako siły roboczej, ani jako mięsa armatniego. Co gorsza - ci ludzie znajdowali się poza jego kontrolą, mogli teraz mieć własne zdanie i podzielić się nim z sąsiadem, mogli zobaczyć cudzoziemców i w miarę możliwości znakami i gestami porozumiewać się z nimi, mogli zostać zarówno wykorzystani przez nieprzyjaciela do pracy, jak i wcieleni do antyradzieckich oddziałów zbrojnych. Minie wiele lat, a pytanie „czy mieszkaliście na terenach okupowanych?” pozostanie w ankietach, które wypełniały miliony radzieckich obywateli, i odpowiedź twierdząca uważana będzie za „plamę na biografii”. Tym bardziej w szczytowym okresie wojny Stalin nie zamierzał patyczkować się z tymi ludźmi, więc spaloną razem z mieszkańcami wieś traktował jako dość niską cenę za zabicie kilku niemieckich żołnierzy, którzy zagapili się podczas powrotu z urlopu...

Można dyskutować, czy znalazłaby się na świecie armia, której dowództwo nie odpowiedziałoby brutalnymi represjami na takie działania („duście, rąbcie, palcie, trujcie faszystowskie potwory”). Nie ma wątpliwości, że reakcje dowództwa Wehrmachtu i SS łatwo było przewidzieć. Jednak radzieccy przywódcy nie tylko zdawali sobie sprawę, że następstwem obranej przez nich wojny partyzanckiej będą masowe rozprawy z ludnością - na wszelkie sposoby popychali nieprzyjaciela do jak najbrutalniejszego obchodzenia się z ludnością cywilną.

Dokumenty Wehrmachtu - na nieszczęście zbyt liczne - świadczą, że w pierwszych dniach wojny, w czerwcu 1941 roku, nacierające wojska niemieckie w wielu miejscach znajdowały trupy swoich żołnierzy, którzy z różnych przyczyn dostali się do niewoli (pozostali w tyle, ranni, załogi zestrzelonych samolotów) i zostali zamęczeni z niewyobrażalnie sadystycznym okrucieństwem. Wydaje mi się zupełnie niewyobrażalne, że czerwonoarmiści, czyli w swojej zasadniczej masie rosyjscy, ukraińscy, białoruscy chłopi, już w pierwszych dniach wojny zdążyli zapałać taką szaloną nienawiścią. Prawdziwsza wydaje się hipoteza, że tych zbrodni dokonywały specjalne jednostki NKWD, żeby prowokować niemieckie wojska do odwetowych rozpraw z ludnością cywilną i jeńcami.

Podobnie postępowały zrzucone na tyły nieprzyjaciela „oddziały partyzantki”, które - gdy mówimy o sytuacji z 1941 roku - składały się prawie wyłącznie z funkcjonariuszy operacyjnych NKWD, a nie, jak na obrazie radzieckiego malarza, z wyrostków i starca z karabinem. Ze względu na charakter działań w rzeczywistości były to grupy dywersyjne, które nie tylko prowokowały Niemców do represji odwetowych przeciwko cywilom, ale same również bezlitośnie rozprawiały się z chłopami, którzy nie wykazali się wystarczającą gorliwością przy wspieraniu tych „mścicieli ludowych”.

Ludność, która znalazła się między młotem a kowadłem, zaczęła spontanicznie zbroić się i tworzyć oddziały lokalnej samoobrony dla ochrony przed „partyzantami” i grasującymi w lasach bandami uzbrojonych dezerterów. Niemcom pozostawało jedynie przejęcie tych uzbrojonych grup i przekształcenie ich w podporządkowaną im policję. Polecenia Stalina, żeby zamienić tereny okupowane w wypaloną pustynię, sprzyjały wzrostowi liczby „policjantów”. Legendarny patriarcha radzieckich dywersantów, uczestnik czterech wojen, pułkownik I. Starinow w artykule napisanym w 2000 roku stwierdził: „Stało się tak, że sami popchnęliśmy lokalną ludność ku Niemcom. (...) Po pojawieniu się hasła »wygnaj Niemca na mróz« Niemcy stworzyli policję liczącą około 900 tysięcy ludzi”. Liczba (900 tysięcy) jest wielokrotnie przesadzona, odzwierciedla raczej osobiste odczucie praktyka wojny partyzanckiej, że „policjanci byli na każdym kroku”.

O stosunku cywilów do „partyzantów spod znaku NKWD” mogą świadczyć następujące, przerażające w swej wymowności liczby. Na Ukrainie organy bezpieki pozostawiły i przerzuciły na tyły wroga 778 oddziałów i grup liczących 28 753 ludzi. Według stanu z 25 sierpnia 1942 roku pozostały z nich 22 oddziały liczące 3310 ludzi. Na Białorusi z 437 grup i oddziałów, które przerzucono na tyły nieprzyjaciela, pod koniec stycznia 1942 roku przestało istnieć 412. Zarząd NKWD obwodu leningradzkiego skierował na tyły nieprzyjaciela 287 oddziałów liczących łącznie 11 733 ludzi. Do lutego 1942 roku pozostało z nich zaledwie 60 oddziałów liczących 1965 członków. To wszystko można określić jednym krótkim słowem - klęska.

Do listopada 1942 roku ogólna liczebność „policji pomocniczej” wzrosła do 320 tysięcy osób, kolejne 48 tysięcy znajdowało się w specjalnych policyjnych (według zakresu zadań - karnych) batalionach. Stworzono również większy związek przeciwpartyzancki, na przykład tak zwaną Rosyjską Armię Narodowo-Ludową, liczącą 10 tysięcy żołnierzy, której Niemcy przekazali funkcje walki z radziecką partyzantką na rozległych terenach obwodów briańskiego i orłowskiego. Można długo się spierać o to, czy stosowne jest użycie określenia „druga wojna domowa” w stosunku do tego, co w latach 1942-1943 działo się na okupowanych terenach Rosji. Nie określenia są tu ważne, ważne jest to, że w starych briańskich lasach oddziały uzbrojonych Rosjan zawzięcie mordowały się nawzajem, podpalały wsie, rozprawiały się z tymi, których każda ze stron na swój sposób uznała za zdrajcę, nie mając litości ani dla starców, ani dla dzieci. A już o tym, że na Ukrainie Zachodniej rozpoczęła się wielka, okrutna wojna domowa z udziałem polskiej Armii Krajowej, banderowskiej Ukraińskiej Armii Powstańczej, radzieckiej partyzantki, ukraińskich policjantów, nie może być nawet dyskusji.

A strzelanina już ze wszystkich stron. Już się pali. Schowaliśmy się, a Gala sąsiadów - nie. I wujka mojego nie ma, wcześniej wyszedł do chlewa. (...) Kiedy się wszystko uspokoiło, dowiedzieliśmy się, że to pietrowcy okrążyli Starą Rafałówkę i walczyli z banderowcami. Zabili kilku banderowców, a nasze miasteczko prawie całe zniszczyli. I ludzi pomordowali, nie powiem nawet ilu. Galę żywcem rzucili do ognia. Nadpalone ciało wujka znaleźliśmy koło chlewu. A na podwórku i obok domu - jeszcze sześć spalonych trupów.

W naszym gospodarstwie ocalała tylko piwnica. W niej znaleźliśmy Oleżkę sąsiadów. Był w nowiutkich, uszytych przez babcię bucikach i z rozprutym przez bagnet brzuszkiem.

Stara Rafałówka to wieś na ukraińskim Polesiu, niedaleko linii kolejowej Kowel-Sarny. Pietrowcy to partyzanci z oddziału „wujka Pieti” (pułkownik Anton Brinski). Trzy miesiące po zakończonej sukcesem operacji w Rafałówce pułkownik Brinski został odznaczony tytułem Bohatera Związku Radzieckiego; obecnie w Niżnim Nowogrodzie jego imię nosi ulica i biblioteka dla dzieci. Historyk z Petersburga A. Gogun (z którego książki został zacytowany fragment o rzezi w Rafałówce) odnalazł jeszcze kilka relacji o tym wydarzeniu i tym Bohaterze. 20 czerwca 1943 roku szef sztabu ruchu partyzanckiego obwodu rówieńskiego, towarzysz Biegma, napisał do Malenkowa i Chruszczowa:

W obwodzie rówieńskim na początku wojny ojczyźnianej zarząd wywiadu pozostawił nieduże grupy specjalne z radiostacjami w celach wyłącznie wywiadowczych. Wraz z rozwojem ruchu partyzanckiego na Ukrainie te grupy zaczęły się szybko powiększać dzięki lokalnej ludności (...), na przykład pułkownik Brinski - „wujek Pietia” - miał do 300 ludzi, kapitan Kapłun - 150-400, major Miedwiediew - do 600. (...) Wszyscy znajdujący się w tych grupach ludzie zajmują się ochroną sztabów, zdobywaniem żywności, ale w ciągu roku nie przeprowadzono ani jednej operacji bojowej. (...) Ludzie się degenerują, pojawia się masa przypadków samowolnych egzekucji niewinnej ludności, masowe libacje, chuligaństwo itd.

W doniesieniu sztabu UPA okręgu Zahrawa o wydarzeniach w Starej Rafałówce pisze się jak o zwyczajnym wydarzeniu: „Bolszewicy zaatakowali Starą Rafałówkę, którą spalili. Zabili 60 osób, w tym 8 z rejonowego aktywu. Zabito referenta politycznego Tietierię”. Rzeczywiście niczego nadzwyczajnego w tym nie było. W sprawozdaniu rejonu Dunaj z listopada 1943 roku odnotowano następujące zdarzenia: „Wieś Karpiłowkę zaatakowały w nocy czerwone bandy, obrabowano, spalono i zabito przy tym 183 naszych chłopów. Wieś Derć okrążono, obrabowano, zabrano 300 szt. bydła. 3 listopada znowu napadli wieś Borow, spalili gospodarstwa, których nie podpalili Niemcy, i zabili 20 chłopów”. Łącznie jesienią 1943 roku czerwona partyzantka rozprawiła się z mieszkańcami 29 wsi ukraińskiego Polesia, Niemcy w tym samym okresie spalili tam 77 wsi...

Oczywiście Hitler (określając w ten sposób całą machinę totalitarnego faszystowskiego reżimu) jest głównym winnym tej tragedii. Wszyscy polegli w krwawej orgii masowego terroru na terenach okupowanych ZSRR powinni zostać uznani za ofiary faszystowskiej agresji - nawet gdy ich oprawcy mówili po rosyjsku czy ukraińsku. Właśnie hitlerowska agresja umożliwiła tę wieloletnią rzeź, właśnie Hitler włożył w ręce broń, skierował i rozpalił ogień bratobójczej wojny. Nie mam co do tego żadnej wątpliwości. Chcę tylko zapytać: A towarzysza Stalina to nie dotyczy? Nie ponosi winy za tę krew? Czy to nie stalinowski reżim doprowadził naród do takiego szaleństwa, w którym obcy uzbrojony wróg przez chwilę wydał mu się wyzwolicielem?

 

A teraz przejdziemy do najważniejszego. Do pożaru w magazynie.

Pożar w magazynie zdarza się wówczas, gdy nieuczciwy pracownik musi ukryć ślady swych wieloletnich przekrętów. Doświadczeni oszuści zdają sobie sprawę, że pożar powinien być duży, „solidny” i przede wszystkim odnotowany w rejestrach policji i straży pożarnej. A wtedy można spisać na straty wszystko, czego dusza zapragnie. No a gdy pożar wybuchł samoistnie z powodu wykluczającego podpalenie - na przykład od uderzenia pioruna - wtedy jest to najszczęśliwszy dzień w życiu oszusta...

W styczniu 1937 roku w ZSRR przeprowadzono ogólnozwiązkowy spis powszechny. Jednak obywatele nie dowiedzieli się o wynikach tego wielkiego przedsięwzięcia. Wyniki spisu uznano za szkodliwe, utajniono sprawozdania końcowe, aresztowano szefów zespołu naukowego przeprowadzającego spis. Dwa lata później, w styczniu 1939 roku, przeprowadzono jeszcze jeden spis ludności, a przy tym zanim podano jego rezultaty, towarzysz Stalin ogłosił „poprawny” wynik: w kraju zwycięskiego socjalizmu mieszka 170 milionów osób.

Obecnie na temat spisu 1937 roku napisano monografie i setki artykułów prasowych. Uważa się, że rzeczywista liczba ludności ZSRR na początku 1937 roku wynosiła 160-162 miliony osób (według danych rachmistrzów spisano 155,6 miliona, kolejne 5,5 miliona spodziewano się odnaleźć w systemie NKWD i Ludowego Komisariatu Obrony, choć w rzeczywistości „mieszkańców” GUŁagu było - wskutek wysokiej śmiertelności - 1,5 miliona mniej). Po uwzględnieniu przyrostu ludności w latach 1937-1938 (a był to okres największych represji, więc przyrost nie był szczególnie duży i według ocen współczesnych demografów roczny przyrost zmniejszył się do 2,3-2,5 miliona osób) ogłoszone oficjalnie rezultaty spisu 1939 roku zawyżono o 3-5 milionów osób. Innymi słowy rzeczywistą liczbę ofiar stalinowskich represji w latach 30. (a to nie tylko „wielki terror” 1937 roku, ale też likwidacja kułaków, wielki głód okresu kolektywizacji, usuwanie z miast elementu niepracującego, czystki etniczne) odzwierciedlają nie te setki tysięcy istnień, które bezpośrednio zostały potwierdzone w dokumentach organów partyjnych i represyjnych, a wiele milionów ludzi.

W ten sposób „w magazynie” powstało wielomilionowe „manko”. W przyszłości tylko się zwiększało, ponieważ wojna i powojenny „okres odbudowy” nie zmniejszyły ani nacisku na bezlitosne wykorzystywanie niewolniczej siły roboczej, ani skali represyjnej polityki państwa. Miliony ludzi w zupełnie nieludzkich warunkach nadal kopały kanały, budowały drogi, wydobywały węgiel i wznosiły kolejne „giganty stalinowskiego przemysłu”. Spośród niekończącego się szeregu świadectw zacytujemy tylko jedno - list anonimowego robotnika do M.I. Kalinina z 18 czerwca 1945 roku:

Jedzenie jest gorsze od tego, jakim dobry gospodarz karmiłby świnie. Siła robocza jest wykorzystywana nie tylko na budowie, ale nawet bardziej do prywatnych celów: kierownika budowy, majstrów i innych urzędników. (...) Warto powiedzieć kilka słów o dzieciach, które jak ich rodzice prowadzą tu żałosny żywot. Maluchy oprócz 300 gramów czarnego kwaśnego (od którego za uszami trzeszczy) chleba nie dostają nic. W sklepie pojawia się raz na trzy miesiące cukier, ale jest wydawany z różnych niejasnych powodów w całości. (...) Zeszłej zimy robotników, nie tylko głodnych, ale dosłownie nagich, zmuszono do pracy przy dwudziesto-stopniowym mrozie, część z nich zmarła, a reszta doznała poważnych odmrożeń.

Ilu ludzi na zawsze pozostało na tych „budowach wieku” - Bóg jeden wie. Na pewno nie wie nikt, czy Stalin wierzył w Boga i gotów był stanąć przed Nim na Sądzie Ostatecznym. Ale doskonale wiadomo, że Stalin nie planował stanąć przed sądem ludzkim, nie spodziewał się komisji rewizyjnej i nie zamierzał się tłumaczyć przed otaczającą go hałastrą cienkoszyich wodzów. Stalin uznał, że nie musi uciekać się do sztuczek, żeby ukryć „brak” wielu milionów swoich niewolników, więc bez cienia zażenowania podał liczbę 7 milionów poległych na wojnie - mniej więcej tyle, ile zginęło w Niemczech. I na tym koniec.

Chruszczów również nie przygotowywał się do wizyty komisji rewizyjnej (i właśnie ten brak przygotowania doprowadził go ostatecznie w październiku 1964 roku do plenum KC), a gwałtownego, trzykrotnego zwiększenia liczby ofiar wojny potrzebował tylko do celów zewnętrznych. W zasadzie Chruszczów był pierwszym przywódcą, który zaczął prowadzić normalną politykę zagraniczną. Normalną w formie: wyjeżdżał za granicę, do niego przyjeżdżali przywódcy obcych państw; Moskwa zgodziła się na Międzynarodowy Festiwal Młodzieży i burżuazyjnych reżyserów z burżuazyjnymi filmami. Normalną w treści: świat w końcu przestano traktować jak wrogie otoczenie, a słowo „pokój” przestało być synonimem krótkiego zacisza przed nową wojną. W tej nowej rzeczywistości olbrzymia liczba ludzkich strat ZSRR potrzebna była Chruszczowowi jako „ideologiczny but”, którym mógł w odpowiednim momencie uderzyć w stół podczas negocjacji. Na wszystkie „niewygodne” pytania - od nieśmiałych przypomnień o konieczności zapłacenia za dostarczoną w ramach lend-lease’u broń do żądań zwrócenia niezależności państwom Europy Wschodniej - padała jedna ogłuszająca odpowiedź: „Dwadzieścia milionów ludzkich istnień! Jakie pieniądze? Uratowaliśmy świat! Zapłaciliśmy własną krwią...”. Doskonale pamiętam, jak w sierpniu 1968 roku naród radziecki wrzał szczerym oburzeniem: „Wyzwoliliśmy ich! Tylu ludzi straciliśmy, a oni chcą nas wyrzucić?”.

A później nastąpiła wspaniała epoka pierestrojki i głasnosti. Przeglądając to, co dostał w spadku, Gorbaczow nie mógł nie zauważyć „cudów” stalinowskiej statystyki demograficznej. Co za tym idzie, w szeregu działań zmierzających do budowy państwa prawa postanowiono uporządkować kwestie związane ze statystyką ludności. Prawdopodobnie tak pojawiła się liczba 27 milionów. W nie budzącym żadnych wątpliwości „pożarze” II wojny światowej postanowiono spalić „manko” ogólnozwiązkowego spisu 1939 roku, przerażający wzrost śmiertelności cywilów na tyłach, masowe ucieczki z „kraju zwycięskiego socjalizmu” i masowe represje okresu przed- i powojennego.

Jednym słowem - przypisać Hitlerowi zbrodnie Stalina.

Powołano szacowną komisję sprawdzonych przez partię docentów i kandydatów pod kierownictwem członka Akademii Nauk ZSRR J.A. Poliakowa. Jeden z wybitnych członków tej komisji, doktor nauk historycznych A. A. Szewiakow, opublikował bardzo interesujący artykuł („Sociołogiczeskije Issledowanija”, nr 12, 1991 r.), w którym opowiadał o pracy komisji i uzyskanych przez nią rezultatach. A dokładniej mówiąc, o tym, jak komisja walczyła, żeby uzyskać zlecony jej wynik 27 milionów. Jak się okazuje, istnieją jakieś „dane Gosplanu i Centralnego Zarządu Statystycznego ZSRR”, ale „jeszcze nie udało się ich odnaleźć”. Co znaczy „nie udało się”? Co znaczy „odnaleźć”? Rozumiem, dlaczego wyprawom zapaleńców jeszcze nie udało się odnaleźć w dzikiej bezludnej tajdze resztek tunguskiego meteorytu. Co oznacza zastosowanie czasownika „odnaleźć” do pracy komisji państwowej z dokumentami Gosplanu?

Z artykułu Szewiakowa wynika, że jedyną udokumentowaną podstawą były i pozostają akta i sprawozdania Nadzwyczajnej Komisji Państwowej. A z tych dokumentów wynika, że na terenach okupowanych zginęło 6 milionów 390 tysięcy osób. Ponieważ komisja Poliakowa już wiedziała, że straty sił zbrojnych zostały wyznaczone na 8,7 miliona i wojskowi nie chcą zwiększać tej liczby, więc musiała do zadanych jej 27 milionów dodać 18,3 miliona. Co za tym idzie, jedyne stosunkowo wiarygodne źródło - dokumenty Nadzwyczajnej Komisji Państwowej - od razu zostało posądzone o to, że podane w nim liczby „są znacznie zaniżone”. Jak przystało doktorowi nauk, Szewiakow nie tylko stwierdza fakt zaniżenia, ale też go tłumaczy. Podaje trzy powody. Jeden jest lepszy od drugiego. Pierwsze dwa są takie: „intensywna migracja ludności” i „niezakończona repatriacja obywateli radzieckich zza granicy”.

Dziwne. I jedno, i drugie może prowadzić tylko i wyłącznie do zwiększenia liczby ofiar. Na przykład oprawcy spalili białoruską wieś i rozstrzelali jej mieszkańców, więc wszystkich uznano za zmarłych. A ktoś przeżył, zaciągnął się do partyzantów, został ranny, przetransportowany do szpitala za Wołgą, tam ożenił się i z młodą żoną wyjechał do pracy na Daleki Wschód. Człowiek żyje, ale nikt na Białorusi o tym nie wie. Właśnie na tym polega „intensywna migracja ludności” i jej wpływ na dane w sprawozdaniach. Do zawyżenia liczby ofiar prowadziła w pierwszych miesiącach po wojnie także i „niezakończona repatriacja obywateli radzieckich zza granicy” - człowieka uznano za zmarłego, a w rzeczywistości trafił na obławę, został przymusowo wywieziony do Niemiec i niedługo wróci do domu.

Najciekawszy, trzeci powód tak zwanego zaniżenia liczby ofiar w danych Nadzwyczajnej Komisji Państwowej zdaniem doktora nauk Szewiakowa polega na tym, że jej pracownicy „nie mieli wyczucia politycznego i metodyki wykrywania faszystowskich zbrodni”. A z tym muszę się kategorycznie nie zgodzić. Czego jak czego, ale wyczucia politycznego radzieccy urzędnicy epoki Stalina mieli pod dostatkiem. Bez niepotrzebnych wytycznych Komisja przypisała Niemcom rzeź w Katyniu, wykryła „faszystowskie zbrodnie” w sprawie dokonanych przez oddziały NKWD masowych egzekucji osadzonych w więzieniach Lwowa i Winnicy. Każde sprawozdanie przed publikacją przechodziło wielostopniową procedurę zatwierdzenia „na samej górze”. Więc jeśliby już w 1945 roku miała za zadanie zwiększyć liczbę ofiar do 18 milionów, to pracownicy Komisji doskonale by to wyczuli. Bo inaczej sami znaleźliby się na liście „ofiar niemieckich okupantów”. Ale nie wiedzieli, jakie właściwie zadanie dostaną radzieccy historycy pod koniec lat 80. I o socjalizmie z ludzką twarzą też jeszcze nie mieli pojęcia. Ale czy to jest powód do oskarżeń o utratę czujności?

Jeżeli jednak mówimy poważnie, to liczby z dokumentów Komisji rzeczywiście budzą spore wątpliwości. Szewiakow przytacza dane w odniesieniu do każdej republiki ZSRR, podając przy tym odsetek poległych w stosunku do liczby przedwojennej (dla Rosji - w stosunku do liczby mieszkańców, którzy znaleźli się pod okupacją, ta liczba została określona jako 28 milionów). W tabeli zamieszczonej obok wygląda to następująco:

tys. osób

%

Łotwa

313,8

6,5

Litwa

436,5

5,1

Białoruś

1 547,0

5,0

Ukraina

3 256,2

8,1

Estonia

61,3

6,1

Rosja

706,0

2,5

Mołdawia

61,2

2,4

Czy może to być prawda? Oczywiście, że nie. Przed wojną Litwę zamieszkiwało 2,9 miliona ludzi, Łotwę - 1,9 miliona ludzi. A liczba ofiar wśród cywilów w tych dwóch republikach okazała się w liczbach bezwzględnych większa niż w Rosji? A odsetek ofiar na Łotwie jest większy niż w jakiejkolwiek innej republice, łącznie z Białorusią (obszarem najaktywniejszych działań partyzantów)? Jak to rozumieć? I kim są ofiary okupantów na Łotwie? Żadnych dużych ruchów partyzanckich tam nie było, ponadto Łotwa była „eksporterem” eksterminacyjnych batalionów policji, które dopuszczały się zbrodni na terytorium sąsiedniej Białorusi i Rosji. Na Łotwie nie było żadnego innego „terroru faszystowskich okupantów” oprócz zagłady Żydów, ale tych przed wojną było tam nie 314 tysięcy, a jedynie 90 tysięcy (na sąsiedniej Litwie 250 tysięcy). Bardzo dziwnie wygląda również stosunek strat na Ukrainie i na okupowanych terenach Rosji. Nawet jeśli uwzględnimy fakt, że na Ukrainie zginęło około 1,5 miliona Żydów - dziwne...

Smutne, że w takiej sprawie trzeba zgadywać, ale prawdopodobnie rozwiązanie zagadki sprzecznych liczb polega na tym, że w sprawozdaniach NKP (przynajmniej w wielu spośród opublikowanych) podano liczby ofiar wśród cywilów i jeńców łącznie, a Szewiakow interpretuje je jako liczbę ofiar wśród cywilów, ale nie uwzględnia jeńców wojennych. Przy takim założeniu wszystko staje się jasne: kraje nadbałtyckie były obszarem, gdzie do obozów koncentracyjnych kierowano zarówno jeńców wojennych, jak i ostarbeiterów. Owszem, brzmi to nieco dziwnie, ale „radzieckie” kraje nadbałtyckie były odbiorcą (!!!) przymusowej siły roboczej. Według danych Zarządu do spraw Repatriacji na Litwie, Łotwie i Estonii pod koniec wojny znajdowało się 227 044 cywilów i 56 363 jeńców, przywiezionych tam do prac przymusowych z innych okupowanych terenów ZSRR. Olbrzymie obozy jenieckie powstały również na Ukrainie, gdzie ponadto liczba wziętych do niewoli przez Wehrmacht jeńców była ogromna (ponad 1,1 miliona tylko w pięciu „kotłach”: humańskim, kijowskim, melitopolskim, kerczeńskim i charkowskim).

Pozostaje przypuszczać, że wskutek błędnego (żeby nie powiedzieć - celowego) dodawania liczby ofiar wśród jeńców (które uwzględniliśmy w łącznej liczbie poległych żołnierzy) nawet liczba 6 milionów 390 tysięcy zabitych cywilów jest zawyżona. Dalsze rozważania Szewiakowa o tym, że hitlerowcy celowo szerzyli groźne choroby zakaźne na terenach okupowanych (czyli na tyłach własnych wojsk), że wielu ostarbeiterów wróciło do ojczyzny z nieuleczalnymi chorobami, do których zaliczono kiłę i rzeżączkę, że okupanci potajemnie naświetlali mężczyzn promieniami rentgenowskimi w celu zmniejszenia liczby urodzeń, są interesujące tylko dlatego, że poważne pismo naukowe nie wstydziło się czegoś takiego opublikować...

Jakie są wnioski po omówieniu tego niezwykle smutnego tematu? Tragedia, której doświadczył naród radziecki, jest potworna i nic podobnego nie wydarzyło się w historii cywilizowanego świata.

11 milionów poległych żołnierzy.

5-6 milionów zwykłych ludzi, zamordowanych i zakatowanych przez okupantów niemieckich.

Ponad milion zwykłych ludzi, którzy zginęli w okrążonym Leningradzie i doszczętnie zniszczonym Stalingradzie.

Nieznana dokładnie, lecz wielka (około 6-9 milionów) liczba ofiar stalinowskich represji.

I niewiarygodne morze kłamstwa.

Mówią, że teraz z tym kłamstwem zaczną walczyć. Mówią w radiu. Dziś, 16 kwietnia 2008 r., wystąpił z publicznym oświadczeniem zastępca szefa Sztabu Generalnego rosyjskiej armii, generał pułkownik Skworcow. „Walka z fałszowaniem historii Wielkiej Wojny Ojczyźnianej przestała być zadaniem tylko Ministerstwa Obrony. (...) Należy poprzeć inicjatywę MSZ dotyczącą powołania międzyresortowej grupy roboczej do spraw historii przy rządzie, która zwalczałaby próby fałszowania historii szkodzące interesom Rosji”. Proszę bardzo! Nie wiedziałem, że wśród zadań, którymi zajmuje się resort obrony wielkiego mocarstwa atomowego, znajduje się polemika z byłym zastępcą szefa Sztabu Generalnego, profesorem M.A. Gariejewem, i adeptami jego szkoły naukowej. Mimo wszystko miła jest świadomość, że napisałem bardzo aktualną książkę. Jeżeli, szanowny czytelniku, zdążysz ją kupić i przeczytać, zanim komisja międzyresortowa przy rządzie Federacji Rosyjskiej weźmie się do walki z fałszerstwami, będzie to oznaczało, że nie zmarnowałem ani swojego, ani twojego czasu.