Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Polityka - 1995

 

Ludwik Stomma

W poszukiwaniu Coluche'a

 

W końcu października 1980 r. zgłasza Coluche swoją kandydaturę w zbliżających się wyborach prezydenckich.

Kim jest niespodziewany pretendent do Pałacu Elizejskiego? Nazywa się w rzeczywistości Michel Colucci. Jest synem Honore - imigranta włoskiego, robotnika budowlanego, i Matyldy Bouyer - kwiaciarki. W ciągu pierwszych 27 lat życia pracuje w ponad piętnastu różnych zawodach. Jest między innymi: roznosicielem kwiatów, telegrafistą, fotografem ulicznym, pomywaczem, śpiewakiem kawiarnianym. W 1970 r. parę jego piosenek nadanych zostaje w radiu i telewizji.

Wulgarność tekstów budzi jednak protesty - audycje zostają wycofane. Pomimo to (a może właśnie dzięki temu) w 1975 r. odnosi w Olimpii i Bobino wielkie triumfy. Staje się istnym idolem kontestującej status quo młodzieży. Sprzedaje ponad milion egzemplarzy pierwszej swojej płyty "Schmilblick". Teraz oczywiście wszystkie mass media stają przed nim otworem. Kolejne płyty, koncerty, audycje autorskie w radiu "Europe 1", role filmowe (m.in. "Tchao Pantin")... W międzyczasie ciągłe konflikty ze stróżami porządku publicznego - parokrotne znieważenie funkcjonariuszy, zdemolowanie sklepu, obraza moralności...

18 listopada 1980 r. przedstawia Coluche swój program wyborczy: "Nasmrodzę więcej niż wam się wydaje. W tym kraju jest od cholery facetów, których problemami nikt się nie przejmuje: fryzjerzy, pederaści, kierowcy taksówek, działkowicze... Ja będę kandydatem tych mniejszości. A wszystkie mniejszości do kupy stanowią już większość...".

Dalszy ciąg proklamacji usiany jest mniej lub bardziej udanymi bon-motami, jak na przykład: o kandydacie komunistycznym Marchais - "Co by zapamiętała historia z działalności pierwszego sekretarza, gdyby jutro uderzył kopytami w kalendarz? - tyle tylko, że śmieszył ludzi w telewizji"; o prezentującym się po raz trzeci Mitterrandzie - "To prawda, że nie zdałem na studia, miałem jednak na tyle godności, żeby nie stawiać się na egzamin trzy razy"; o sytuacji politycznej we Francji - "Mówią, że Francja jest rozdarta na dwie części, ze mną będzie rozdarta na cztery, jeśli nie więcej". Czy jeszcze: "Są u nas ludzie, którzy rodzą dzieci, bo nie mogą sobie pozwolić na kupno psa". Albo też: "Co robi facet w Etiopii, kiedy znajdzie wyschnięty groszek - natychmiast zakłada dom towarowy".

Prowokacja goniła prowokację. W teatrze "du Gymnase" wygłasza Coluche błazeńskie przemówienia nago, osłonięty tylko, niczym ręcznikiem po kąpieli, narodową flagą.

W końcu listopada 1980 r. biura badania opinii publicznej przewidują, że oddane zostanie na Coluche'a między 10 a 12 proc. głosów. 9 lutego 1981 zwołuje on jednak konferencję prasową, na której informuje o swoim wycofaniu się z rywalizacji. Motyw? - "Kampania przyniosła mi już darmową reklamę na sumę około 6 milionów franków, przy moim własnym wkładzie franków siedemnastu (taki był koszt wysłania telegramu do agencji France Presse, że staję w szranki). Mogę więc odejść z honorem, czyli ze szmalem; bo przecież i tak nikomu o nic innego nie chodzi..."

19 czerwca 1986 Coluche ginie w wypadku drogowym. Oto garść wypowiedzi czołowych polityków francuskich po jego śmierci: Georges Marchais: "Śmierć Coluche'a poruszyła Francuzów. Nie sposób nie żałować jego jakże oryginalnej obecności w życiu kraju". Jack Lang: "Coluche był spadkobiercą wielkiej tradycji Rabelais w kulturze naszego kraju". Jacques Chirac: "Ten artysta, obdarzony wyjątkowym zmysłem humoru umiał wykorzystywać swój talent dla dobra słusznych spraw...".

- Zaskakujące? - Pozornie tylko. Dojrzali politycy rozumieli, że gdzieś na drugim czy trzecim piętrze swoich prowokacji przypomina Coluche o realnych i bolesnych niekiedy problemach. Z tym "chodzi tylko o szmal" na czele. Jednocześnie prześmiewca nie wychodził ani przez chwilę ze swojej roli prześmiewcy. W tym sensie rację miał Lang odwołując się do pamięci Gargantui. Im bardziej mnożył Coluche świętokradztwa i skandale, tym mniej w istocie szkodził instytucjom, a może nawet je wspierał. Śmiech bowiem w dwóch tylko przypadkach zabija: kiedy przestaje być bezinteresowny i kiedy sam siebie nie rozumie...

A jak tam z Coluche'ami w naszej prezydenckiej kampanii?

Miał szansę Jan Pietrzak. Ongiś, niestety dosyć już dawno temu, całkiem dowcipny kabareciarz. Gdybyż się zgłosił śmiało pod hasłem walki z rzeczpospolitym ponuractwem. Uśmiechnijcie się obywatele - świat jest wesoły, skoro i ja mogę kandydować. A potem gag i jeszcze jeden gag i perskie oko i morskie oko... Otóż nie, przeczytałem w tygodniku "Angora" wywiad z Pietrzakiem, który (daję uczciwe słowo honoru) bierze się najzupełniej na serio! "- Czy stanie się coś - pyta dziennikarz - jeżeli nie wygra pan tych wyborów?". "Stanie się krzywda Polsce" - odpowiada Pietrzak. Oto przykład doskonały morderczego śmiechu, który sam siebie nie rozumie.

Jacek Kuroń. Leży przede mną "Książka dla Jacka", wydana przez "Fundację Nowej", a dotowana przez Fundację im. Stefana Batorego. Czyżby Kuroń nie wiedział, że rzecz się szykuje? Starzy wyjadacze: Geremek czy Turowicz uniknęli pisania hagiografii wprost (stary to taki międzyprofesorski obyczaj podrzucania do ksiąg wzajemnej adoracji tzw. obiektywnych szkiców, zalegających w szufladach).

Mniej obstukana w jubileuszowych etykietach młodzież poszła jednak na całość. Już na pierwszej kartce czytamy: "Z Jackiem pragną przyjaźnić się wszyscy". Skąd autor wie, że wszyscy, skoro mnie nie pytał o zdanie? A im dalej, tym lepiej. Pisze Anna Dodziuk: "W zeszłym roku jeden z moich kolegów ze środowiska zawodowego zapytał: »Aniu, czy ty jesteś siostrą Kuronia?« Oczywiście zaprzeczyłam, ale uświadomiłam sobie, że chciałabym i że to dla mnie bardzo pochlebne podejrzenie".

Nie ma nic przypadkowego w tej tkliwo-równiarskiej poetyce. Kuroń sam ją narzucił w swoich książkach. Nic w niej złego. Tylko wtedy sympatyczniej by już było pozostać Coluche'em. Po co te marynarki i jeszcze Belweder na dokładkę?!

Janusz Ryszard Korwin-Mikke. Ten jeszcze najbliższy by się zdawał gargantuańskiemu ideałowi. Śmiechu ani śmieszności się nie boi. Jedno mi tylko przeszkadza - książeczki kupowane przez moje dzieci w kapitalistycznych księgarniach. Nie ma już tytułów: "Samochód", "Dom" czy "Ogród". Są tylko "Mój samochód", "Mój dom" "Mój ogród", a nawet... "Mój ptak". Tak oto realizuje się od dzieciństwa Korwina program wyższości własności prywatnej. Tylko co wtedy po śmiechu, który winien być bezinteresowny. Zastępując śmiech przez "mój śmiech", zaradził i Korwin-Mikke przesłanie Rabelais,

Tak więc, gdzie się człowiek rozejrzy - wszędzie Coluche; tylko że niedorobione jakoś. Może nawet śmieszniejsze, ale też mniej pożyteczne jakby...

O innych kandydatach innym razem.