Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Gazeta Wyborcza - 06/01/1996

 

 

LIDIA OSTAŁOWSKA

Plaga nadeszła nocą

 

 

Stonka ziemniaczana - Leptinotarsa decemlineata - kolorowy dywersant i wróg, bohaterka plakatów, haseł, filmów, wierszyków dziecięcych. Wleciała do historii nocą - z 24 na 25 maja 1950 roku. Przez parę lat była częścią wyobraźni człowieka na Wschodzie.

Zapamiętano ją. Poprosiłam czytelników, by mi opowiedzieli o swoich przygodach ze stonką z lat pięćdziesiątych. Zadzwoniło kilkadziesiąt osób.

Jan Gondowicz, krytyk literacki: - "Przyleciały szkodniki z daleka, z Ameryki"... Zdenek Zaoral napisał "Wesołe trzy po trzy dla naszych najmłodszych". Czeska książeczka, a żuczki w prążki narysowane w stylu radzieckiego "Krokodyla". Mam to w oczach. Ja się na tym nauczyłem czytać.

Krystyna Boglar, pisarka: - Zbierałam stonkę, żeby przejść na drugi rok orientalistyki. Kto znalazł więcej, dostawał więcej na kolację.

Beata Penderecka, studentka, córka kompozytora Krzysztofa: - Tatę zapędzili w pole z całą klasą. Zbierał stonkę w rękawiczkach, tak się brzydził. Następnego dnia mojego dziadka wezwali do szkoły. Powiedzieli, że wychowuje dzieci po burżujsku.

Aleksander Rozenfeld, poeta: - W 1952 roku miałem 11 lat, byłem w zakładzie wychowawczym. Wozili nas na stonkę. Kto najwięcej nazbierał, dostawał po obiedzie deser. Siedem lat później sam byłem wychowawcą w pogotowiu opiekuńczym w Koszalinie. Znów kazali nam jechać na stonkę. Powiedziałem, że dobrze, ale jak dzieci dostaną ubrania, bo mają po jednym dresie. To wypieprzyli mnie z roboty.

Jan Dobrowolski, wtedy student Akademii Wychowania Fizycznego, dziś emeryt: - W wakacje dorabiałem sobie stonką. Byłem jednym z lustratorów Wojewódzkiej Stacji Kwarantanny i Ochrony Roślin. Jeździłem na rowerku po powiatach Poznańskiego, miałem w probówce zakonserwowany okaz, dwie albo trzy fazy larwy i jajeczka. Pokazywałem to sołtysom i wygłaszałem pogadanki w szkołach. Był koniec lat czterdziestych, ustrój jeszcze nie widział w stonce wroga.

Zofia Kowalska w książce "Stonka ziemniaczana" (1951):

"Jeszcze przed stu laty mało kto na świecie interesował się pewnym żukiem wykrytym przez uczonych na stepowych obszarach Ameryki Północnej u podnóża Gór Skalistych. Żuk ten żywił się głównie psianką kolczastą, złośliwym chwastem, szeroko rozprzestrzenionym w całych Stanach Zjednoczonych. Z braku psianki żuk przerzucał się na blekot, bieluń, belladonnę. Nazwano tego żuka liściojadem dziesięcioliniowym, gdyż w odróżnieniu od innych liściojadów miał na grzbiecie dziesięć czarnych, lśniących pasów na żółtym tle. Nie zajmowalibyśmy się dzisiaj z pewnością tym żukiem, gdyby nie zaszły okoliczności, które ujawniły zaborczą i złowrogą naturę tego >>Amerykanina<<. Zmienił on bowiem swą karmicielkę - psiankę kolczastą - i przerzucił na uprawy ziemniaka. Tak silnie dawał się we znaki w stanie Colorado, że nazwano go żukiem Colorado. Potem żuk rozpostarł skrzydła i ruszył na nowe podboje".

Wróg przybija do Bordeaux

Jan Dobrowolski: - Stonka przy sprzyjającym wietrze może pokonać do 400 kilometrów w jednym masowym przelocie. Kiedy wiatr gwałtownie się zmienia, to chmara opada na drodze, na polu, nad morzem. Stonkę można porównać z szarańczą.

Migracja stonki według biologów:

1918 - stonka z transportem amerykańskich ziemniaków płynie przez ocean do Bordeaux;

1935 - stonka jest już w całej Francji, niedługo przekroczy Ren;

1939 - wojska niemieckie w wagonach z żywnością wwożą ją do Polski.

Jan Górski: - To było w Generalnej Guberni, pod Piotrkowem. Powiedzieli nam w szkole, że idziemy szukać żuczka podobnego do biedronki, który nazywa się jak amerykański stan. Nikt nie znalazł, ale nikt nie wiedział, co to jest.

1950 - stonka zaczyna zimnowojenną karierę.

Nadlatuje nad Saksonię

Rok 1950, maj. Janek Walczak - student medycyny - przygotowuje się do egzaminów. Dla odprężenia idzie do kiosku po "Trybunę Ludu".

"NIESŁYCHANA ZBRODNIA IMPERIALISTÓW AMERYKAŃSKICH" - krzyczy tytuł. Potem mniejszymi literkami: "Berlin. Urząd Informacji Niemieckiej Republiki Demokratycznej przekazał prasie komunikat".

Janek czyta. "Władze Republiki ujawniły niesłychaną zbrodnię. Samoloty amerykańskie, naruszając ustalone strefy lotów, zrzuciły nocą ogromną ilość stonki ziemniaczanej w okolicach Zwikau, Werdau, Lichtentanne, Eibenstock i Bernsdorf. (...) Wielu naocznych świadków potwierdziło fakt zrzucenia stonki ziemniaczanej na obszar zachodniej Saksonii. W gminie Schoenfeld zebrano i unieszkodliwiono do piątku wieczorem 2600 sztuk stonki ziemniaczanej. W gminie Ebersbrunn znaleziono do soboty w południe 800 sztuk tych owadów".

Janek jest tak wstrząśnięty, że nie słyszy, jak matka woła go na barszcz. Rozmyśla: po przelocie stonkę zauważono nie tylko na zasiewach, ale i na ulicach miast, na drogach. Niektóre zapakowano w pudełeczka lub koperty, więc nie ma wątpliwości, że to celowa robota. Ale zbrodnia na zimno czy tylko zbrodnicza złośliwość?

Janek Walczak to postać z książki Bohdana Arcta "Ekipa pokoju" (1952). Dowiedzmy się, co było dalej.

" - Janku! Nie wstyd ci? Wołam i wołam, obiad stygnie, zupa już zimna, a ty ciągle nad książkami - pani Walczakowa stanęła w drzwiach i ze smutkiem kiwała głową.

- Przepraszam, mamo, ale to naprawdę ważne - usprawiedliwiał się Janek. - Stonkę zrzucili z samolotów.

- Stonkę? Nic nie rozumiem. Z samolotów?

- Posłuchaj, mamo... - Janek zaczerpnął oddechu i dzielił się wiadomościami. Na twarzy pani Walczakowej widniało rosnące oburzenie. - Łajdactwo - wybuchnęła wreszcie, nie mogąc się powstrzymać. - To... To... nie mam słów. Jakże to? Niewinnym ludziom jedzenie od ust odbierać, dzieci głodzić!".

1 czerwca "Trybuna Ludu" donosi: "Ogniska stonki ziemniaczanej wykryto w zachodnich województwach Polski. Skutki zbrodniczego zrzutu w NRD".

Janek Walczak porzuca książki. Jest pilotem-sportowcem. Wsiada w kukuruźnika - dar lotników radzieckich - i leci na Wybrzeże Szczecińskie, by z narażeniem życia walczyć ze stonką za pomocą środka owadobójczego DDT.

Wkrótce polowanie na stonkę staje się częścią letniego socjalistycznego rytuału. Czytelnicy opowiadają przez telefon.

Marian Kluba z Częstochowy: - Zbieranie było obowiązkiem. Raz na dwa tygodnie każda rodzina, która miała gospodarstwo, musiała kogoś wydelegować na akcję. Przez wieś szła wataha ludzi z butelkami i kijami.

Kije służyły do odgarniania liści, butelki z naftą do topienia żuków Colorado.

W Polsce wschodniej przez kilka lat poszukiwano stonki bezskutecznie.

Zofia Militowska z Lublina: - Rodziny delegowały staruszków albo dzieci nieprzydatne w polu. Siadało się na miedzy, gadało. Staruszkowie sobie, a my sobie.

Jan Bartmiński z Przemyśla: - Mnie, małego brzdąca, posyłali. Każda grupa miała prowodyra, on decydował, gdzie się idzie. W końcu czerwca szło się w stronę truskawek, a na początku lipca tam, gdzie dojrzewały czereśnie. Zbieracze wystawiali czujki. Ostrzegały, że zbliża się kontrolna komisja z gromady. Nie bardzo wierzyliśmy, że stonka istnieje.

Anna D. z Nowego Sącza: - Kiedyś do akcji zgłosiła się ciotka. Była z miasta, przyjechała na wakacje. Uzbroiła się na stonkę w widły. Widziała stonkę tylko na plakacie i myślała, że jest wielka jak plakat.

Inaczej było na zachodzie Polski.

Bolesław K. spod Szczecina: - Za nowe ognisko stonki w 1950 roku dostawało się 10 tysięcy. Gazeta kosztowała wtedy pięć złotych. Ja dobrze stonkę wspominam, bo byłem chłopak biedny i latem sobie dorabiałem.

Jadwiga C. ze Zgorzelca: - Wtedy mało kto wierzył, że to szkodnik. Ale za każdą znalezioną stonkę dostawało się pieniądze. Ludzie skupywali stonkę w innych rejonach i przywozili do Zgorzelca.

Jerzy S. z Białegostoku: - Na koloniach w Zielonogórskiem szukanie stonki i balonów Wolnej Europy z ulotkami to był żelazny punkt programu. Raz się znajdowało stonkę, raz biedronkę, raz trafiliśmy na pole minowe. A z balonów dywersyjnych robiliśmy małe baloniki. Wychowawcy twierdzili, że wróg wysypuje szkodniki z pociągu. Tata mi wyjaśnił, że to bzdura. Na koloniach dawali nieźle jeść, a wtedy dzieci żyły w nędzy, więc im się to wszystko podobało.

"Dzieci uszły już kawałek pola, gdy nagle Antek z Wojtkiem razem rzucili się do jednego krzaka.

- Cóż to, maliny? - zawołał Antek, ale zobaczywszy pobladłą z wrażenia twarz Wojtka nachylił się niżej.

- Co to?! Larwy czerwone? Wojtek! To stonka, naprawdę stonka!

I nagle obaj wrzasnęli dzikim głosem:

- Palik! Dawajcie nam palik, mamy stonkę!

Nauczyciel już był przy chłopcach i sprawdzał. Tak, tym razem to była stonka.

Wojtek nieprzytomnie kręcił się koło krzaka, strącał larwy do butelki i krzyczał:

- Trzeba szukać, tu muszą być chrząszcze! Chodźcie wszyscy! O, jeszcze jedna larwa! I skąd się one tu wzięły? Ojej, ojej!

Nauczyciel chwycił go mocno za ramię. - Uspokój się, chłopcze - zawołał. - Zachowujesz się jak głuptas. - Potem zwrócił się do dzieci:

- Zaznaczcie wszyscy kołkami miejsca, do których doszliście, i chodźcie zobaczyć, jak wyglądają żywe larwy.

A gdy dzieci podeszły, zawołał: - Stała się rzecz bardzo ważna! Znaleźliśmy stonkę. Sam jestem tym poruszony, ale nie możemy tracić głowy. Co powinniśmy teraz uczynić?

- Zawiadomić gminę - odpowiedziano chórem". (Irena Ruszkowska, "Stonka z Colorado - kolorowy dywersant", 1950).

"Słownik języka polskiego" zawiera zoologiczną definicję stonki (Leptinotarsa decemlineata, amerykański chrząszcz przywleczony do Europy itd.); brak takiego hasła w słownikach etymologicznym i frazeologicznym.

Jednak słowo "stonka" w znaczeniu przenośnym weszło do języka. Nazwano tak turystów wykupujących towary ze sklepów w miejscowościach wypoczynkowych.

Wróg pod strażą

Antoni Kroh, etnolog, tłumacz, wydawca z Nowego Sącza: - Przez parę lat mieszkałem w Pradze. Stonka nazywa się w Czechach mandelinka - migdałek, ale wtedy mówiło się amerykański żuk - americki brouk. To było wyzwisko. Przy głównej ulicy redakcja tygodnika "Svet v obrazach" miała na zewnątrz gablotę. Pewnego razu umieszczono tam butelkę z naftą, w której pływał americki brouk, żeby lud zobaczył wroga. Działacze partyjni wyskoczyli z awanturą - tylko jedna szyba, stonka jest słabo strzeżona, na pewno ją ukradną amerykańscy dywersanci. Przez tydzień przed gablotą stało dwóch żołnierzy: bagnet na broń, ostra amunicja, rozkaz - w razie czego strzelać.

We wszystkich krajach Europy Wschodniej stonkę opisywano językiem walki, a jej inwazję jak wkroczenie obcych wojsk. Obywateli wzywano do obrony. To nie przypadek. Przyjrzyjmy się datom. 25 maja 1950 - Berlin oskarża amerykańskich lotników o zrzucenie stonki. 25 czerwca - o świcie czasu lokalnego kontrolowane przez ZSRR jednostki północnokoreańskie atakują Koreę Południową (wojna trwała cztery lata). 2 lipca - radziecka nota w sprawie stonki przekazana dyplomatom USA. Tydzień później - nota rządu czechosłowackiego.

Zapytany o żuka Andrzej Werblan, były kierownik wydziału propagandy KC PZPR: - Stonkę upolityczniono z powodu Korei. Wydaje mi się, że to w Moskwie wymyślono. Masowo rozpowszechniało się wieści, że Amerykanie używają "zwierzęcych sposobów walki". Nam wysyłają stonkę, Koreańczykom wszy zarażone tyfusem.

"Przy takim nastawieniu stonka ziemniaczana nie mogła oczywiście pozostać zwykłą stonką ziemniaczaną" - pisze Vladimir Macura, czeski badacz kariery żuka z Colorado, w piśmie "Teksty Drugie" (1/1994). - "Stawała się wrogiem numer jeden, przeciwnikiem ludu budującego niezłomnie socjalistyczną ojczyznę. >>Nasze talerze będą bezpieczne dopiero wtedy, gdy zniszczymy ostatnią stonkę. A świat odpocznie dopiero wtedy, gdy unieszkodliwimy ostatnich wrogów pokoju<<. Stonka przeistoczyła się natychmiast w symbol, w zwierzę - emblemat Zachodu".

Koloradskij żuk, americki brouk, żuk z Colorado to pasożyt, istota agresywna i żarłoczna. Alegoria "pasożytów z Wall Street", "imperialistów", "imperialistycznych popleczników", "wrogów socjalizmu" i "faszystów".

"Zawleczenie stonki ziemniaczanej na nasze pola to tylko kolejne ogniwo w łańcuchu prowokacji imperialistów amerykańskich, w łańcuchu, który łączy nasyłanie agentów w rodzaju Tity i Rajka do państw demokracji ludowej ze wspieraniem szpiegów i zdrajców w Czechosłowacji" ("Rude Pravo" 1950).

"Amerykańscy kandydaci na zbrodniarzy wojny atomowej pokazali obecnie próbkę tego, co szykują ludzkości. Tylko ludobójcy mogą zdobyć się na taką ohydę, jaką jest celowe niszczenie pokojowego dorobku pracy ludzkiej, niszczenie plonów przez stonkę ziemniaczaną" ("Trybuna Ludu" 1950).

Film "Walczymy ze stonką" ("Boj proti mandelince"), piętnastominutówka wyprodukowana w Pradze (1951). Opis metod walki kolektywnej ze szkodnikiem. Bratnia pomoc lotnictwa radzieckiego, które w chwili, gdy "imperialiści amerykańscy wolą samolotami bombardować Koreę, wykorzystuje swe lotnictwo do celów pokojowych".

Na okładce, na wystawie

Mała bitwa na wielkim froncie propagandy. Archiwum Państwowe w Pile. Wśród dokumentów z lat 1953-1956 zatwierdzony i ostemplowany przez cenzurę tekst pogadanki wygłoszonej w wiejskim radiowęźle przez Jerzego Chudzińskiego, sekretarza gminy Czarnków: "Z nauką w Liceum Leśnym wiążę swoje najdonioślejsze przemiany. Pamiętam, jak wielkie wrażenie wywarła na mnie troska o dzieło rolnika. Musieli oni uważać nie tylko na imperialistyczne podszepty kułaków, lecz zwalczać musieli jeszcze gorszego wroga - stonkę ziemniaczaną. Na ten problem naszą uwagę zwrócił delegat z Rady Narodowej. Pod wrażeniem założyliśmy drużynę poszukiwaczy stonki. Z głębokim zrozumieniem obowiązku obywatelskiego wyszliśmy w pola. Zostałem kierownikiem naszej grupy i otrzymałem przeszkolenie w urzędzie. Była to moja pierwsza funkcja w partii".

Do redakcji dzwoni Bożydar Górnicki z Warszawy: - Wtedy wśród chłopów krążył taki wierszyk: "To nie żuczek z Colorado, lecz kto inny nas okrado". Chodziło oczywiście o ZSRR.

Inny telefon z Warszawy: - Pojemniki ze stonką pokazywali wtedy na wystawie.

"Piękni dwudziestoletni", Marek Hłasko: "W roku 1952 urządzono w Arsenale wystawę pod dramatycznym tytułem: >>Oto Ameryka<<. Nazbierano do cholery i trochę eksponatów; pistolety dla szpiegów, bomby napalmowe, komiksy zrobione z >>Braci Karamazow<< i trupy jakichś Murzynów. Skutki wystawy były straszliwe; godzinami czekało się w kolejce na wejście, gdyż ludzie chcieli zobaczyć cokolwiek amerykańskiego; ludzie chcieli zebrać jakiekolwiek informacje o kraju czterdziestu ośmiu gwiazd".

"Szpilki" 1950. Na okładce amerykański oficer. W jednej ręce trzyma probówkę ze stonką, drugą pokazuje lotnikom krzak kartofla. Podpis: " - Oto wasz obiekt bojowy!...". Rysunek Eryka Lipińskiego.

- Lipińskiego wyzwalali Amerykanie. Przywiózł sobie do Polski zapas koncentratu coca-coli - mówi Waldek Petryk, artysta nowoczesny. - Rysunki przeciw coli robił z colą w ręku. Sam się do tego przyznał, słyszałem go w radiu. On nie wierzył w tę stonkę, ja widzę po okładce, że sprawa jest lipna. Kartofel i "obiekt bojowy" to zestawienie absurdalne.

Na rysunkach z epoki stonka w cylindrze albo w czapce generała obgryza demokratyczne kartofle, a generałowie i prezydent Truman pomalowani są w paski, jakie stonka ma na pancerzyku.

Waldek Petryk: - W bajkach lew jest groźny, zając tchórzliwy, lis chytry. Ale zwierzęta nie są jednoznacznie złe. Lew ma piękną grzywę, lis - ogon, a zając jest miły. Stonka to robak odpychający, obrzydliwy.

Vladimir Macura: "Stonka pozwalała charakteryzować Zachód jako groteskowy świat nędznego, zwierzęcego motłochu. Obraz świata był wówczas rozdarty na nie dające się pogodzić przeciwieństwa: na jednym biegunie Kreml, na drugim Wall Street, tu raj, a tam piekło, tu dobro, a na drugim brzegu zło, naprzeciw walki - pokój. Plaga stonki musiała być do tego włączona".

W 1950 roku naukowcy ze Związku Radzieckiego, NRD i Czechosłowacji przekazali Amerykanom protest przeciw zrzutom. Uczeni polscy mieli zrobić to samo. Profesor Władysław Węgorek: - Na spotkaniu w Warszawie powiedziałem: nie. Pokazałem wykresy, mówiłem, że owady wędrują, że to naturalna migracja.

Profesor był wówczas pełnomocnikiem rządu do zwalczania stonki, twórcą Instytutu Ochrony Roślin w Poznaniu, powstającego jako stacja badania szkodnika. W 1959 roku wydał monografię o stonce. W 1989 odszedł na emeryturę.

Jego następca profesor Stefan Pruszyński:

- Stonkę lubię. Jest duża, jaskrawo ubarwiona. Żeruje nie tylko na ziemniakach. Po zimnych ogrodnikach, w końcu maja, pojawia się na działkach, na pomidorach. Wtedy mam masę telefonów. Co z tą stonką? Co wy w tym Instytucie robicie? Wszyscy przypominają sobie o nas.

Polska zajmuje na świecie drugie po Rosji miejsce w zbiorze ziemniaka. Stonka to nadal najgroźniejszy szkodnik naszych upraw. Gdyby się jej nie przeciwstawiać, straty doszłyby do stu procent - przeprowadzono taki eksperyment. W walce ze stonką zużywa się połowę środków ochrony roślin przed szkodnikami. Próbowano innych sposobów. Specjalnie hodowano bażanty na wielką skalę, na przykład w Puszczy Kampinoskiej. Potem wypuszczano je na pola, bo tylko one trawiły chitynową powłokę stonki.

Profesor Pruszyński: - Po drugiej wojnie w ochroniarstwie panowała era optymizmu, wiara w chemię. Z radością wprowadzano preparaty z grupy DDT. W 1962 roku w Szwecji ukazała się książka M. Karlson "Milcząca wiosna" o szkodach, jakie wywołują pestycydy. To był przełom, zaczęła się era zwątpienia. W tym czasie stonka ziemniaczana skończyła propagandową karierę. Krytykowano DDT, na które się uodporniła. Teraz ciągle badamy to uodpornienie i wprowadzamy nowe preparaty. Szuka się środków biologicznych. W ochroniarstwie modne jest dziś łączenie wszystkich metod. Ograniczamy chemię. Stosuje się ją, jeśli przewidywana strata jest wyższa niż koszt zabiegu. Z Kanady i USA sprowadzamy gatunki drapieżne żerujące na stonce. Amerykanie proponują nam współpracę w badaniu stonki, na którą się zdecydujemy.

Stonka w swym pochodzie przeszła przez całą Europę. Posuwa się dalej. Przekroczyła Ural.

Wróg przed sądem

Jadwiga C. ze Zgorzelca: - Zakładanie spółdzielni produkcyjnych było groźne. Tata mi opowiadał, jak przyjeżdżali aktywiści z miasta i obstawiali domy. Chłopi po trzy dni siedzieli w chałupach. Wolno im było wyjść dopiero, jak się skolektywizują. Tata przez okno wyskakiwał. Ale ze stonką inaczej, stonka jest po prostu śmieszna. Z powodu stonki nikomu włos z głowy nie spadł.

Profesor Andrzej Paczkowski, historyk: - Nie było rozkazów Radkiewicza w sprawie stonki. Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego nią się nie interesowało.

"Instrukcja w sprawie walki ze stonką ziemniaczaną w 1956 roku opracowana na podstawie Uchwały nr 284 Prezesa Rządu z dnia 9 kwietnia 1955 roku" kończy się "wskazówkami w zakresie postępowania karno-administracyjnego".

Kto nie stosuje się do przepisów o tępieniu chwastów i szkodników roślin, musi za to odpowiedzieć. Wykroczenia są zagrożone karą aresztu do trzech miesięcy i grzywny do 4500 zł. Emilia Drobnik z Leszna wysłała do redakcji kopię orzeczenia kolegium w Zielonej Górze, które przechowywała jej mama Wanda Zaradna. Oskarżono ją o to, że "w dniu 3-4 czerwca 1952 r. w Ciosańcu uchyliła się od udziału w poszukiwaniu stonki ziemniaczanej". Uznano ją za winną i ukarano grzywną w wysokości 150 złotych z zamianą na pięć dni pracy poprawczej.

Instrukcja: "O ile przestępstwo popełniono wśród okoliczności szczególnie niebezpiecznych - przesłać zawiadomienie o dokonaniu przestępstwa do prokuratora".

Telefon od mężczyzny, który nie chce się przedstawić ani niczego powiedzieć o sobie: - W 1952 roku Sąd Warszawskiego Okręgu Wojskowego wydał wyrok śmierci i dwa wyroki po 13 lat. Zarzut: "Czynili przygotowania do akcji sabotażowej. Zebrali 75 sztuk stonki przeznaczonej do rozrzucenia na pola PGR-u celem zniszczenia zbioru ziemniaka". Sprawa była banalna, ci ludzie chcieli zarobić, a oskarżono ich o spisek.

Mężczyzna - może sędzia - podaje sygnaturę akt: SO 396/52. Mówi, że sama się wszystkiego dowiem - czy wyrok wykonano, czy była rehabilitacja. On niczego więcej nie może mi zdradzić.

Szukam w archiwum Sądu Warszawskiego Okręgu Wojskowego. Pod tą sygnaturą kryje się inna sprawa.

Przypływa pod wodą

"Piękni dwudziestoletni", Marek Hłasko: "Commies stworzyli świat fantastyczny".

Andrzej W. z ziemi lubuskiej: - U nas we wsi był konkurs, kto najwięcej stonek zbierze. No i wygrał ślepiec, bo zawsze przychodził na akcję.

Józef Masterzak z Gdańska: - W latach pięćdziesiątych zbierałem stonkę pod Koszalinem. Uczono mnie, że Amerykanie ją zrzucają z samolotów, pociągów i łodzi podwodnych. W odwecie. Kilka lat temu to samo powiedział mój syn po powrocie ze szkoły. Pytam go: "Skąd to wiesz?" On mówi, że nauczyła go pani od biologii.