Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Gazeta Wyborcza - 07/08/2003

 

 

Miłość proszę, na lewą nóżkę

 

Z JERZYM STUHREM ROZMAWIA ANNA ŻEBROWSKA

 

 

 

Popularność ogólnopolską dały mi telewizyjne "Spotkania z balladą", ale szlify zdobywałem w obskurnych kanciapach na zapleczu gastronomicznym. Z jednej strony siedział fakir, z drugiej - tancerka topless. Przed występem charakteryzowała sobie piersi: przyciemniała sutki, żeby dobrze wyglądały w reflektorach. - Maźnij no mi trochę plecy - prosiła...

 

Objechał Pan świat z "Kontrabasistą", a to półtorej godziny gadania po włosku!

Godzina i pięćdziesiąt minut... Przypadek zdarzył. Byliśmy na festiwalu w Parmie ze "Zbrodnią i karą". Panuje tam zwyczaj, że znanym aktorom proponuje się na koniec recital. U nas to nie jest przyjęte, bośmy ze szkoły Stanisławskiego, który tępił narcystyczne popisy. - Nie mam recitalu - mówię - gram "Kontrabasistę" Sueskinda. - Patrick Sueskind? Ten od "Pachnidła"? - organizatorzy niesłychanie się ożywili, bo akurat była na to moda. Przynieśli włoski przekład, okropnie drętwy. Zamiast muzyka nieudacznika, gadającego slangiem, był sztywniak profesorek. - Nie, tego nie zagram! A oni na to, że już drukują afisze. Rada w radę, poprosiłem przyjaciółkę, Ludkę Rybę, która pracowała z Kantorem, dobrze znała język. - Ludka, ratuj! Masz tu tekst niemiecki, ja ci go będę odgrywał po polsku, a ty tłumacz na włoski... Trwało to dwie noce, poszło kilka butelek wina, lecz kuchennymi drzwiami zdobyłem tekst.

Który trzeba jeszcze bezbłędnie powiedzieć.

Bezbłędnie się nie da! Włosi nawet Papieżowi wyłapują, że nie użył rodzajnika... Mylę się, źle akcentuję, pot ze mnie spływa. Ale po jakimś kwadransie czuję, że te potknięcia idą mi na plus. Gram zresztą Niemca, a w orkiestrach włoskich pracuje wielu cudzoziemców. "My, muzycy niemieccy, jesteśmy najlepsi!" - ogłaszam za Sueskindem i widzę, jak Włosi pokładają się ze śmiechu. Z tyłu w kulisie stał impresario Wajdy Andreas Neuman.

Zobaczył reakcję widowni...

Skalkulował: jeden aktor, czterech muzyków (robiłem to z kwartetem) i komplet na sali. Gdy skończyłem spektakl, pierwszy wpadł do garderoby Neuman: "Jurek, ja to biorę!"... Przez następne cztery lata dzwonił telefon: "Za dwa tygodnie macie trzytygodniową trasę: Piza, Livorno, Florencja". Pakujemy rzeczy, wsiadamy do auta.

Ironia losu: w Polsce recenzje z premiery "Kontrabasisty" były wstrzemięźliwe.

W "Teatrze" napisano, że najlepsze są momenty, gdy się nie odzywam i gram na kontrabasie. Bo gdy się odzywam, jest gorzej... Objechałem Włochy, potem kolonie włoskie w Kanadzie i Stanach. W Montrealu po południu grałem dla Polaków, wieczorem dla Włochów, albo na odwrót. Australia... Pracowałem na swój zawał równo.

Aha!

Zwalił mnie w roku 1988, tuż po powrocie z Rosji. Skończyliśmy w Odessie kręcić "Deja vu". Mieszkałem w jakimś hotelu partyjnym, z wszystkimi luksusami. Portier gonił Julka Machulskiego do drugiego piętra, a ten uciekał ze strachu, że go ustrzelą - chciał tylko pogadać ze mną, a nie miał przepustki... Końcówka zdjęć była bardzo ciężka, w odeskiej wytwórni filmowej panował nieziemski bałagan. Przyjechałem do Krakowa, obudziłem się rano i nie mogłem wstać... Nie mówmy o tym.

Nie mówmy. Zwłaszcza że po "Seksmisji" i "Deja vu" jest Pan ulubieńcem publiczności byłego ZSRR.

Miesiąc temu jakiś facet złapał mnie na Arbacie: "Dwóch was jest: Daniel Olbrychski - on taki gieroj. A ty takoj nasz liubimyj, synok!". I dawaj niedźwiedzia... Zobaczyłem w Rosji różne absurdy, ale poznałem też fantastycznych ludzi. W sierpniu, już za parę dni, znowu tam jadę na zdjęcia. Młody reżyser Roman Kaczanow przysłał mi scenariusz Aleksandra Gelmana, tego od "Ławeczki". Wzruszająca i śmieszna historia pary uratowanej z Holocaustu, taki żydowski Marquez, w tle latają chagallowskie anioły. Tekst tak mi się spodobał, że przeczytałem go prawie nie zaglądając do słownika.

A jak się odmawia Wajdzie roli w "Zemście" i "Panu Tadeuszu"?

Uff, ciężko! Andrzej się obraża, a znamy się na tyle, że nie mogę kluczyć. Do Cześnika nawet chciałem się przełamać, "kurczę, coś zrobię, nie będę patrzył w lustro" - myślałem. Ale terminy zdjęć "Zemsty" przesuwano, aż zaczęły kolidować z moim filmem, który właśnie skończyłem. W "Panu Tadeuszu" jako Rejent miałem zachwalać psa Kusego i na końcu ożenić się z Telimeną. Nawet nie chciałem próbować. No, proszę to sobie wyobrazić: ja - w peruce, z wąsem i szablą - recytuję mickiewiczowskim trzynastozgłoskowcem. Komedia!

Przecież kostium pomaga?

W teatrze - bardzo. Im dalej jestem od postaci, tym łatwiej mi ją zbudować. Będę inaczej chodził, mówił innym głosem. W "Dziadach" Swinarskiego debiutowałem w roli Belzebuba zaklejony od czubka głowy do pasa. Do garderoby przed spektaklem wchodził nieśmiały blondyn, a wypadał wściekły diabeł z przyprawionymi rogami. W filmie dla żartu przebiorę się za kobietę, jak w "Seksmisji". Ale kino artystyczne to dla mnie coś, co dzieje się tu i teraz. W kostiumie historycznym tracę energię, czuję się bezbronny.

Czy to nie wpływ Kieślowskiego?

Na pewno! Kiedy się poznaliśmy, grałem w Starym Teatrze duże role w klasyce: Piotr Wierchowieński w "Biesach", Piotr Wysocki w "Nocy listopadowej". Po przedstawieniu jechałem na zdjęcia, a Kieślowski witał mnie ironicznym: "I w jakich to sukienkach występuje teraz aktor?". To Krzysiek wpajał mi, że na ekranie nie warto zajmować się polityką, historią, liczy się człowiek. Trzeba usiąść w wytartej marynarce i opowiedzieć o tym człowieku. No i jestem ten w marynarce, co nie gra w filmach kostiumowych.

Niezapomniany Maksio Paradys z "Seksmisji" woli rozświetlać mroki egzystencji? Może to kompleks Kieślowskiego?

Nie mam kompleksu Kieślowskiego, bo nie mam w sobie jego udręki metafizycznej. Krzysiek rozpaczliwie poszukiwał wiary, ja jestem po prostu człowiekiem wierzącym. Nie mógł tego zrozumieć: - Nie masz żadnych wątpliwości? - Nie mam. - Nie dręczy cię to? - Nie... A z rozświetlaniem mroków egzystencji to chyba przesada, w każdym moim filmie jest dużo śmiesznych momentów. Myślę, że najnowszy, "Pogoda na jutro", nie sprawi pod tym względem widzom zawodu.

Dotyczy podobno odwiecznego konfliktu pokoleń.

Gram ojca, który po dwudziestu latach nieobecności wraca do domu. Zastaje trójkę dorosłych dzieci i nową rzeczywistość polityczną za oknem. Córka uczestniczy w idiotycznym reality-show, syna wciągnęła polityka. Mój bohater, który swego czasu porzucił rodzinę, próbuje odbudować zaufanie do siebie i podejmuje walkę o dusze dzieci. Chce je przekonać, że istnieją większe wartości niż te klocki, w które się bawią.

Przy okazji lansuje Pan syna, Maćka.

Maciek sam się wylansował. Zagrał w kilku filmach, odnajduje się w kabarecie, śpiewa piosenki Młynarskiego w Ateneum. I co mnie bardzo cieszy - nie rezygnuje z teatru. "Rewizor", "Zbrodnia i kara" to nie przelewki. W "Pogodzie na jutro" ma trudną rolę, gra zupełnie innego człowieka, niż jest w rzeczywistości - złamanego, zbuntowanego przeciwko ojcu. Nawet bałem się konfliktów w czasie zdjęć, bo dzieci najgorzej znoszą uwagi ze strony rodziców. "Tego mi brakuje, to zmień" - mówiłem. Ku mojej radości nie dyskutował, wykonywał zadanie aktorskie.

Czy w filmie są akcenty autobiograficzne?

Pewnie tak, choć nigdy nie porzucałem rodziny i mam dobry kontakt z własnymi dziećmi. Niemniej jednak nie miałem dla nich czasu. Bawiłem miliony, a jak Maćka nie było z kim zostawić, bo żonie - skrzypaczce - wypadł koncert, ciągnąłem dziecko do teatru albo na jakieś występy kabaretowe. Już z córką było inaczej, uczyłem się na własnych błędach, ale Maciek od dzieciństwa żył za kulisami. Potem w przedpokoju odgrywał sceny z "Rewizora". Kto zatem miał w moim filmie zagrać rolę mojego syna?

Dlaczego Pan, aktor, zabrał się do reżyserowania filmów?

Przez wiele lat asystowałem Jerzemu Jarockiemu i Andrzejowi Wajdzie w Starym Teatrze, podpatrywałem Kieślowskiego na planie, pisałem dialogi do filmów. Odwaga, by pójść dalej, pojawiła się - paradoksalnie - po zawale serca. W ramach rekonwalescencji chwyciłem za pióro i napisałem książkę "Sercowa choroba, czyli moje życie w sztuce". Pisząc, poczułem ogromny powiew wolności: nie byłem ograniczony przez partnerów, ekipę, kamerę, scenografię... Myślę, że moje scenariusze i filmy zrodziły się z tęsknoty za tą wolnością. Gdybym zrobił klapę, pewnie wróciłbym do aktorstwa. Sukces "Historii miłosnych" dodał mi skrzydeł. Aktor odpowiada tylko za cząstkę dzieła i jeśli się w tym nie realizuje, może narzekać na reżysera albo szukać sposobu na bardziej osobistą wypowiedź. Ja znalazłem.

Pisze Pan scenariusz i co dalej? Daje do czytania kolegom, żonie? Czy sam sobie sterem, żeglarzem?

W "Historiach miłosnych" każdą scenę opowiadałem żonie, patrzyłem, jak zareaguje. Potem nawet miała pretensje, że następnych filmów nie opowiadam, no, ale nie były o miłości... Głównie borykam się sam i nie są to łatwe decyzje. O bohaterstwie można trzepać jak z rękawa, trudniej obnażać słabości ludzkie, bo to zawsze są moje słabości. Kiedy jednak na projekcji w Polsce, Argentynie czy Jerozolimie publiczność w tych samych momentach śmieje się i wzrusza - czuję, że to wszystko nie na darmo.

Czy Pańskie filmy odnoszą sukces komercyjny?

Dostaję pieniądze publiczne na podtrzymanie kina artystycznego. Myślę, że ich nie zdefraudowałem. Filmy komercyjne wyświetla się przez miesiąc, potem kończą żywot. A ja swoje "Duże zwierzę" obwiozłem po światowych festiwalach, na telewizję polską spływały splendory, że sfinansowała kameralny, czarno-biały film. Miesiąc temu kupiono go do Stanów, będzie w kinach, na DVD i kasetach wideo. "Historie miłosne", "Tydzień z życia mężczyzny" także wielokrotnie nagradzano, sprzedano za granicę. Summa summarum - nikogo nie skrzywdziłem.

A chociaż zarobił Pan?

Gdyby chodziło o pieniądze, powinienem codziennie występować z "Kontrabasistą". Gram to 17 lat i naprawdę rad bym przestać, ale zawsze ktoś mnie jeszcze ubłaga.

W teatrze imienia Wachtangowa "Księżniczkę Turandot" gra się nieprzerwanie od lat 20.

Rosyjska szkoła! W Starym Teatrze mówiliśmy między sobą, że rola jest twórcza tak do czterdziestego przedstawienia - potem zaczyna się profesja. Rany, ileż razy w "Zbrodni i karze" musiałem przygwoździć Jurka Radziwiłowicza słowami: "Pan zabił, Rodionie Romanyczu!". Przy dwusetnym "Pan zabił!" można dostać obsesji... "Kontrabasistę" zagrałem ponad 650 razy, nudzi mnie okropnie, ale od tego jestem zawodowym aktorem, żeby to ukryć. Wypatrzę na sali dwie-trzy miłe kobietki i gram dla nich. Co kwartał pokazuję to w krakowskiej szkole teatralnej. Szkoła zarabia, na schodach siadają studenci. Potem łatwiej mi na wykładzie objaśniać im różne techniki aktorskie.

W teatrze już Pan nie występuje?

Bardzo rzadko.

I nie brakuje Panu zapachu kulis?

Trochę brakuje. Ale nie mam pociągającej propozycji, jakiejś, bo ja wiem, wielkiej roli szekspirowskiej. Poza tym teatr się zmienił. Wychowałem się na repertuarze postromantycznym i dobrych autorach współczesnych: Różewicz, Mrożek, Iredyński. Z dzisiejszym teatrem, jego kompleksami, pogmatwaniem, mam niewiele wspólnego.

Ale rektoruje Pan krakowskiej PWST, uczy...

...zawodu, bo ci młodzi po to tu przyszli. Mówię: chcesz zapłakać na scenie - patrz w reflektor. Nie spuszczaj powiek, tylko patrz w reflektor, w ten sposób wysuszasz spojówki i oczy zaczynają ci łzawić. Albo pośliń rękę, zasłoń się i wprowadź ślinę do oczu... Innym tak opowiem o sztuce, że sami się popłaczą. To wtajemniczeni. Dla nich teatr nie jest miejscem pracy, tylko losem.

Jedni i drudzy będą potem grać w serialach lub reklamować proszki do prania...

Nie, ci drudzy do reklamy nie pójdą, a pierwsi zrobią ją profesjonalnie. Jak wystąpiłem w Opolu ze "Śpiewać każdy może", koledzy w Starym Teatrze ledwie się ze mną witali. Śp. Jurek Bińczycki w ogóle oświadczył, że z estradowcami na scenę nie wyjdzie. Czas zweryfikował te dąsy. Jest sztuka i Sztuka, ale aktor musi umieć wszystko.

Odkąd pamiętam, robi Pan kilka rzeczy jednocześnie. W końcu lat 60. na miniaturowej scenie teatru STU widziałam studenta polonistyki w sztuce Picassa "Pożądanie schwytane za ogon".

Scena była mi pisana od dziecka. Jako pacholę recytowałem na akademiach. W gimnazjum podrywałem już dziewczyny na wiersze Gałczyńskiego. Dzięki Gałczyńskiemu zdałem na Uniwersytet Jagielloński - na egzaminie wstępnym był temat poetycki, który naszpikowałem cytatami z jego wierszy.

Nie żałuje Pan lat spędzonych na polonistyce?

Skądże, to ogromnie rozwijające studia. I tradycja rodzinna - na UJ studiowali dziadkowie i ojciec. Mój syn chyba też czuł presję uniwersytetu, bo przed aktorstwem ukończył psychologię. W naszym galicyjskim domu mówiono: "Wykształcić się musisz, a co będziesz potem w życiu robił, to twoja sprawa". Gdy poszedłem do szkoły teatralnej, teściowa była załamana, aktorstwo kojarzyło się jej z niepewną przyszłością. "Nie mógłbyś dostać stałego zatrudnienia, na przykład w jakimś domu kultury?" - pytała... A równolegle do wykładów Kazimierza Wyki był Krzysiek Jasiński i STU, czyli kilka pomieszczeń przy ulicy Brackiej, które trzeba było wyremontować, przerobić na teatr. I była odwaga, z jaką sięgało się po "Moją córeczkę" Różewicza - równolegle z interpretacją Jarockiego w Starym Teatrze - lub po erotyczny bełkot Picassa.

Pana zawodowe początki to właśnie Stary Teatr, "Dziady" Swinarskiego i spektakle Andrzeja Wajdy.

Kiedy w 1971 roku zobaczyłem premierę "Biesów", przez trzy dni czułem się chory. Wajda tak sugestywnie pokazał ciemne strony natury ludzkiej, to, jak bardzo człowiek może się z sobą męczyć. Był to jeden z największych sukcesów Andrzeja i teatru. Po paru sezonach zaproponował mi zastępstwo za Wojtka Pszoniaka, który przeniósł się do Warszawy, i trwało ono dziesięć lat.

Spektakle Starego były ówcześnie doskonałym towarem eksportowym.

Pokazywaliśmy je od Montevideo i Caracas przez Nowy Jork, Jerozolimę, Niemcy i Włochy. Stary Teatr jeździł za granicę głównie jako teatr Wajdy. Podpisywaliśmy nawet kontrakty, niewielkie, ale było to pierwsze ustępstwo peerelowskich władz. Furorę robili "Emigranci", "Nastasja Filipowna". Za "Zbrodnię i karę" w 1986 roku Andrzej dostał Nagrodę Pirandella na festiwalu w Parmie, przyjmował nas prezydent Włoch. Graliśmy z Jurkiem Radziwiłowiczem po polsku, publiczność miała przekład symultaniczny w słuchawkach lub na ekranie.

Dostojewski dla Włochów w polskim wykonaniu?

Reagowali fantastycznie! Znali już spektakle Jurija Lubimowa, który pracował w Bolonii, pozbawiony Taganki i obywatelstwa radzieckiego. Poza tym był to czas wielkiego zainteresowania Rosją, gdzie akurat Gorbaczow ogłosił pierestrojkę, i Polską, ze względu na polskiego Papieża. Mieliśmy wtedy swoje pięć minut.

Jak pracuje reżyser Andrzej Wajda?

"Proszę to grać tak samo jak Wojtuś Pszoniak" - to była jedyna uwaga, jaką usłyszałem przy pierwszej roli... Andrzej zmusza aktorów do maksymalnie twórczego działania, utrzymując ich w straszliwym stresie. Tekst "Emigrantów" - zwały tekstu - ćwiczyliśmy z Jurkiem Bińczyckim ze trzy miesiące. Przyjechał Andrzej i od progu zapowiedział, że ma tylko dwa tygodnie, potem - premiera. "Możemy próbować dwanaście, a nawet piętnaście godzin dziennie"... Proszę pani, myśmy przez te dwa tygodnie prawie nie wychodzili z teatru! Przynoszono nam obiady z restauracji, jedliśmy w sali prób: Krysia Zachwatowicz, Andrzej, my z Jurkiem, cały czas rozmawiając o "Emigrantach". I znowu na scenę, Bińczycki mówił: "Kurna, musimy tak grać, żeby nam Andrzej nie zasnął". Bo zmęczony, po obiedzie, mógł się zdrzemnąć. Trzeba mu było stale proponować coś nowego. Kiedyś po próbie powiedział mi: "Jurku, fajny aktor z pana rośnie". Jedno zdanie, a jakiego daje kopa! Wydawało mi się wtedy, że całe życie zawodowe spędzę w teatrze.

Lecz w połowie lat 70. pojawił się Kieślowski... W teatrze, starannie ucharakteryzowany, mówił Pan dobrze postawionym głosem; u Kieślowskiego miał Pan zszarganą dykcję i nie tuszował braków urody.

Kieślowski nie widział moich ról teatralnych. Znał mnie z telewizji jako prowadzącego "Spotkania z balladą", przy których zaśmiewał się z żoną. Zaryzykował, angażując showmana.

Ja też ryzykowałem: scenariusz, który przyniósł, wydawał mi się mętny, nudnawy, tytuł "Blizna" - nieatrakcyjny. Zdjęcia: lipiec, sierpień, w Petrochemii Płockiej na wydziale mocznika.

Mleko za szkodliwość pracy?

Wódka, nie mleko! Przed zmianą robotnicy dostawali setkę wódki, bo tylko ona wytrącała amoniak...

"Rola jest właściwie nienapisana, jeśli pan czegoś z niej nie zrobi - w ogóle ją wykreślę" - powiedział. - Kpiny, czy co? - pomyślałem. - Tu mi mówią, że jestem nadzieją polskiego teatru, "stary, depczesz Łomnickiemu po piętach", a ten mi proponuje rolę, której w ogóle może nie być. I dwa miesiące zdjęć w Petrochemii, cały mój urlop. Akurat miało mi się urodzić pierwsze dziecko, Maciek...

Mimo to Pan nie odmówił.

Palec boży! Bardzo szybko zrozumiałem, że ten chudy okularnik może zmienić całe moje życie. Zbliżyło nas pochodzenie: nasza młodość upłynęła na tych samych podwórkach, chociaż znajdowały się one na różnych krańcach Polski. Krzysiek nie był typem kreatora, usytuowanego w centrum życia stołecznego. Stał z boku i przyglądał się. Pracowaliśmy na zasadzie "wiódł ślepy kulawego": wraz z Franciszkiem Pieczką byliśmy pierwszymi aktorami zawodowymi, z którymi się zetknął. Patrzył na nas jak na rarogi: faceci, co za pieniądze potrafią zapłakać! Potrafią odtworzyć ten sam stan duszy! Nie umiał wyjaśnić, czego ode mnie potrzebuje, więc pokazywał swoje filmy dokumentalne: "Zobacz, jaką tu minę zrobił. O, tu jest wzruszający, nic nie robi, ale to jego zachowanie!"... Ten świat mnie pochłonął, zwłaszcza że wcześniej obracałem się w rzeczywistości scenicznej, tworzonej z własnej wyobraźni.

Podpatrywacz z prowincji znalazł aktora o wyglądzie prowincjonalnego urzędnika.

Taki był ogólny trend: wraz z filmem "Absolwent" zmienił się typ urody męskiej. W filmach amerykańskich zniknęły Johny Wayne'y, a pojawiły się te karakony, niewysocy aktorzy o przeciętnej urodzie - Dustin Hoffman, Al Pacino, Jack Nicholson... "Panowie, pora umierać! - żartował Janek Nowicki i nasi krakowscy amanci. - Przyszedł czas Hoffmana, Pszoniaka i Stuhra!".

Świetny rosyjski aktor teatralny Kostia Rajkin twierdzi, że w filmie można osiągnąć sukces, nic nie umiejąc.

Swoim studentom na jednym z pierwszych wykładów powtarzam: - Niech wam się nie wydaje, że w filmie będziecie grać jakieś role! Dostarczacie po prostu materiału aktorskiego. Jak wam z tego w montażowni, w dźwiękowni zrobią rolę, to się cieszcie i na mszę dajcie... Ale to niezupełnie tak. Dyscyplina wyniesiona z teatru sprawiła, że każdą sekwencję mogłem powtórzyć dowolną ilość razy. Kazano mi oprzeć się na ręce, to w dziesiątym dublu trzymałem łokieć idealnie w tym samym miejscu. Bo jeśli aktor się poruszy - nie można potem zmontować. "Bardzo proszę jeszcze raz to wyznanie miłosne, tylko ciężar ciała na lewą nóżkę" - mówił operator. I pamiętaj tu, człowieku, żeby wyznawać miłość tylko na lewej nodze, bo inaczej jesteś poza kadrem. Kilka takich pomyłek i po środowisku filmowym szła fama: "On nie trzyma pozycji. Nadaje się tylko do planów ogólnych". Takie są czasem sekrety karier aktorskich.

Jak kariera, to "Seksmisja": hit kinowy i wzlot możliwości artystycznych.

E tam! Kręciliśmy długo i żmudnie, ale rola była łatwa i spłynęła po mnie jak woda po gęsi. Żaden kamień milowy. Najmilej wspominam spotkanie z Julkiem Machulskim, człowiekiem o podobnym poczuciu humoru, z którym nadal się przyjaźnimy.

W "Wodzireju" ponoć wymusił Pan zmianę zakończenia?

W scenariuszu Feliksa Falka bohater nie wytrzymywał napięcia, w finale wariował, zaczynał opowiadać bzdury przy mikrofonie. Pracowałem w charakterze takiego wodzireja i wiedziałem, że to nierealne: esbecja zwinęłaby takiego faceta w sekundę. I tak długo męczyłem Falka, aż zmienił zakończenie: pojawia się były przyjaciel i wymierza bohaterowi policzek, wykonuje na nim symboliczny wyrok. To było realistyczne, ale dzisiaj trochę żałuję swojego uporu: w pierwszym wariancie miałbym ciekawsze zadanie aktorskie.

"Wodzirej" nie miał kłopotów z cenzurą?

Głównie żądano, by akcję przenieść z Warszawy na prowincję. Końcowy bal miał się odbyć w Pałacu Kultury i Nauki. - Nie! - powiedziano. - W stolicy takie nieprawości, taki typ karierowiczostwa nie mogą się pojawić.

Nakręciliśmy tę scenę w hotelu Holliday Inn w Krakowie. I cały film przeniesiono do Krakowa, co dla mnie było wygodne, bo znałem te środowiska, miałem za sobą kilka lat pracy w nocnych lokalach. Na studiach aktorskich byłem biedny jak mysz kościelna. Ożeniłem się i, żeby jakoś związać koniec z końcem, w dzień studiowałem, nocą zarabiałem w knajpach.

Cracovia? Feniks?

W gorszych! Feniks to centrum miasta, mógł mnie zobaczyć któryś z profesorów szkoły teatralnej. Działałem na obrzeżach: Kryształowa w Nowej Hucie, Warszawianka... Popularność ogólnopolską dały mi telewizyjne "Spotkania z balladą", ale szlify zdobywałem w obskurnych kanciapach na zapleczu gastronomicznym. Z jednej strony siedział fakir, czyli facet w turbanie, który chodził po gwoździach, z drugiej - tancerka topless. Przed występem charakteryzowała sobie piersi: przyciemniała sutki, żeby dobrze wyglądały w reflektorach. - Maźnij no mi trochę plecy - prosiła... Oprowadzałem potem Falka po tych zakamarkach, tam kręciliśmy zdjęcia, w epizodach grali znajomi estradowcy.

"Wodzirej" był bardzo ważnym filmem dla widzów. Ale postać obrzydliwego karierowicza otrzymała Pańskie rysy.

Były takie lata, gdy bardzo źle się kojarzyłem ludziom - po "Wodzireju" Falka, po "Aktorach prowincjonalnych" Agnieszki Holland... Kręcąc potem "Amatora", Kieślowski miał wielki zgryz: jak faceta, który uosabiał pierwszą gnidę PRL-u, obsadzić w roli poczciwego filmowca amatora Filipa Mosza? Żeby zmienić mi wizerunek, wymyślił pierwszą sekwencję filmu. Bohater, czuły i przejęty, odprowadza ciężarną żonę pod szpital... "Dajemy sobie dwadzieścia minut, żeby widz zapomniał o tobie jako o wodzireju"... Ale była i druga strona medalu: po premierze "Wodzireja" oferty prowadzenia zabaw posypały się z całej gierkowsko-balującej Polski, z połowy Europy i nawet z Chicago. "Przecież ja w filmie szydzę z tego człowieka!" - tłumaczyłem. "Nieważne, panie Jurku, jest pan wspaniały i świetnie zapłacimy!". Gdybym się raz skusił - już bym się pewnie nie wykręcił.

Do Europy dotarł Pan inaczej - przez Włochy.

Moja żona, skrzypaczka, dostała stypendium w Wenecji, zaczęła jeździć za granicę. Zazdrościłem muzykom, że są tacy wolni, nie mają barier językowych. Ja swoją sztukę mogłem demonstrować góra w Zgorzelcu, kilometr dalej nikt by mnie nie zrozumiał.

Tymczasem Andrzej Seweryn i Wojtek Pszoniak wyjechali do Paryża i zaczęli grać po francusku. - Więc to jednak możliwe? - pomyślałem. I postanowiłem przyjąć pierwszą propozycję, jaka przyjdzie. Gdyby była z Finlandii, grałbym dzisiaj po fińsku.

Zgłoszono się z Toskanii.

Z Ośrodka Praktyk Teatralnych w Pontederze, mekki polskiego teatru, gdzie pracował Jerzy Grotowski. Ośrodek miał ambitne plany i pieniądze, skądinąd od tamtejszych komunistów.

W roku 1980 zrobili promocję Witkacemu: sesja, wystawa portretów i polsko-włoskie przedstawienie "Onych". Reżyserował Giovanni Pampiglione, który swego czasu studiował w Warszawie. Dostałem ze Starego zwolnienie na półtora miesiąca, wykułem tekst po włosku. Próbowałem bez zrozumienia, "na małpę", ale jako filolog nie potrafiłem. Wziąłem lektora, który mi wyjaśniał: to jest przedrostek, a to czas plusquamperfectum. Jak wiedziałem, o co chodzi, łatwiej mi szła nauka.

I ugrzązł Pan we Włoszech na kilka lat.

Miał być miesiąc przygody, ale ktoś zobaczył przedstawienie: "O, jaki dziwny autor, zapraszamy na tydzień do Rzymu"... Wystarczy zagrać w Rzymie i Mediolanie, żeby recenzje przeczytały całe Włochy. Można potem objechać cały but wzdłuż i wszerz. Dzwonię do Starego Teatru, prosząc o jeszcze trochę zwolnienia. - Nie ma mowy, repertuar ułożony, musisz przyjechać! Mnie to stresuje, bo jestem człowiekiem obowiązkowym i jeśli coś zawalam - mam kłopoty ze zdrowiem. To wtedy zaczęło mi dokuczać serce.

I wtedy zaczęło się rozstanie ze Starym Teatrem - temat jakoś rozmyty w Pańskich książkach biograficznych: "Sercowa choroba" i "Udawać naprawdę".

Bo to nie był raptowny ruch. Punktem zwrotnym był chyba dialog podsłuchany pod kasą teatralną: "Proszę cztery bilety na Stuhra. Wszystko jedno na co". Powinienem być zadowolony, ale... już mi było w Starym za ciasno. Teatr wymaga dyscypliny, trzeba mu służyć, tylko nim żyć. Jak Jurek Trela. A mnie temperament wciąż pchał w nieznane.

Jest sierpień - wyjeżdża Pan zatem kręcić film w Rosji?

We wrześniu ciąg dalszy zdjęć w Izraelu. Październik to początek roku w PWST, od 8 mam wykłady w Barcelonie. I zaraz wracam, bo 19 i 20 odbędzie się w Warszawie premiera mojego filmu "Pogoda na jutro".

Czy Pan nie za dużo pracuje? Aktor, reżyser, profesor, rektor...

Nie, bo nauczyłem się dobrego płodozmianu. Sam sobie wyznaczam, co i kiedy. Lepiej się czuję, gdy mam terminarz wypełniony niż pusty. Andrzej Wajda powiedział mi kiedyś: "Wiesz, Jurku, trzeba w życiu bardzo dużo rzeczy zrobić, żeby ze dwie-trzy zostały".