Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Gazeta Wyborcza - 16/08/2003

 

 

MAGDALENA GROCHOWSKA

Coraz wyżej i wyżej

 

Konrad Swinarski

 

 

 

Widzę Konrada jako Niemca, który się zakochał w Polsce, i Polaka, który podzielał szereg polskich przesądów dotyczących Niemców, a jednocześnie bez tych Niemiec nie mógł się obejść - opowiadał Erwin Axer. - Jego talent miał całkiem inne źródło - pisała Barbara Swinarska. - Nie przez rzekomą niemieckość, nie przez rzekomy katolicyzm był tak rozdarty, ale przez dwoistość erotyczną. I to mówię ja, jego żona. 

 

Anna Polony mierzyła suknię Gertrudy do ostatniego aktu "Hamleta". Żałobna, naszywana szkiełkami w kolorze krwi. Zadzwonił telefon. Krawcowa krzyknęła. Ktoś mówił, że Konrad Swinarski zginął w katastrofie lotniczej. - Bzdura!

Niebo w Krakowie było bezchmurne tamtego dnia, 20 sierpnia 1975 roku. Aktorka patrzyła na miasto. Jak śmie być tak żywe i jasne!

Zaplanowana na jesień premiera "Hamleta" w reżyserii Swinarskiego się nie odbyła. W nekrologach pisano, że umarł młodo - jak wybrańcy bogów; że był artystą genialnym, na miarę Leona Schillera. Anna Polony popadła w chorobę.

Trans

- Rozwibrował mnie emocjonalnie. Te role, to nasze babranie się w duszy, w problemach egzystencji. Płaciliśmy za to... Jeszcze przed jego śmiercią zaczęła mi się nerwica. Rozbudził we mnie taką... histeryczną wrażliwość na wszystkie zadania aktorskie i na życie. On też szarpał sobie nerwy. "Dziady", "Wyzwolenie", "Hamlet"... coraz wyżej i wyżej. Wpadał w dygot. Po każdej premierze chorował.

Krystyna Zachwatowicz, autorka kilku scenografii do jego inscenizacji: - Po próbach chodziliśmy do restauracji Dietetyczna, kelnerki pilnowały, żeby jadł tylko to, co mu nie zaszkodzi... Jego choroby były na podłożu nerwicowym, brały się z napięcia.

Zapytano go, po czym poznaje, że scena jest dobra. - Właściwie tylko po tym, że nie odczuwam fizycznego, mięśniowego napięcia.

Bogactwo, nadmiar, ciśnienie pomysłów. Aktorzy czuli, że coś się w nim pali i nakręca. Czasem wybiegał i wymiotował z emocji.

Dwa tygodnie przed premierą prawie nie spał. Mdlał. Niektórzy sądzą, że popadał w trans.

- Co pan robi, żeby się rozluźnić? - zapytała go Nina Andrycz na próbie w Teatrze Telewizji.

- Piję koniak po kryjomu.

Rewolucja! Kopulacja! Napoleon!

Na przyjęciu w hotelu Am Steinplatz w Berlinie latem 1963 roku przedstawiono Swinarskiego dramaturgowi Peterowi Weissowi. Pisarz poszukiwał reżysera dla swej sztuki "Marat/Sade". - Ależ ja pana wcale nie chcę - grymasił poirytowany Weiss. - Ja chcę tego, który robił "Testament psa", to był świetny spektakl.

To był spektakl Swinarskiego zrealizowany w Berlinie Zachodnim kilka miesięcy wcześniej.

Wiosną 1964 roku, po prapremierze "Marata/Sade'a" w zachodnioberlińskim Schillertheater, prasa napisała, że teatr Swinarskiego jest totalny, zmysłowy i porywający.

W przytułku Charenton, za rządów Napoleona I, obłąkani grają pod kierownictwem markiza de Sade'a spektakl o rewolucji. De Sade (w fotelu) i Marat (w wannie, bo cierpi na chorobę skóry) wiodą spór.

Hedonista bólu - pisze krytyka - naprzeciw naprawiacza świata.

Racja leży pośrodku; Swinarski nie podaje gotowych recept - wspominał w autobiograficznej powieści Ernst Schroeder, odtwórca roli markiza.

Szok na widowni, gdy sflaczały markiz każe się chłostać pięknej somnambuliczce Corday i monotonnie deklamuje, dokąd prowadzi ta rewolucja: do skarłowacenia jednostki... do samozakłamania... W finale obłąkani skandują: "Rewolucja! Kopulacja! Naród! Napoleon!" i zaczynają maszerować, jakby chcieli uciec. Świat cielesności nigdy dotąd nie został w teatrze tak sugestywnie pokazany - pisał Schroeder.

Dotychczas Swinarski reżyserował w Berlinie za wikt i miejsce do spania. "Marat/Sade" otworzył przed nim drzwi do nowego świata.

Schillertheater proponuje, by wyreżyserował, cokolwiek zechce, byleby wydał dużo pieniędzy, bo od tego zależy przyszłoroczny budżet. W grudniu 1964 roku o jego "Pluskwie" Majakowskiego krytycy piszą: "Rozpętał tym razem w teatrze istne szaleństwo".

Ruch! Ruch! Jedzie samochód chłodnia z zamrożonym Prisypkinem; płoną knajpy, maszerują orkiestry; dwustu czterdziestu ludzi na scenie. Gdy szpaler żołnierzy radzieckich rusza ku widowni, publiczność wciska się w fotele.

Odmrozili Prisypkina w sterylnej "republice świata" po półwieczu, zapędzili go - ostatniego człowieka - do klatki, będzie służył pluskwie za pożywienie. Majakowski chciał go napiętnować, bo niegdyś wyparł się rewolucyjnej przeszłości. Swinarski i Schroeder-Prisypkin doszli do wniosku, że bohater nie jest ani dobry, ani zły; że kompromis, jaki się zawiera z epoką, nie musi być grzechem. Nader elastyczna i niejasna wymowa polityczna - zauważyli recenzenci.

Za "Marata" i "Pluskwę" Swinarski dostał nagrodę niemieckich krytyków teatralnych. Posypały się propozycje z filmu i telewizji. Dyrektor teatru w Duesseldorfie zaoferował mu nawet prawo wyboru sztuki, aktorów oraz samodzielnego określenia czasu prób i wysokości gaży.

A Swinarski... pojechał wypoczywać do Kazimierza.

Wędrowiec

- Mógł zyskać sławę na miarę Brooka, Strehlera; po "Pluskwie" świat stał przed nim otworem - mówi Józef Opalski, reżyser. - Ale przez te komplikacje charakteru nie umiał zadbać o własną karierę.

Ernst Schroeder: "Osiągnął spektakularny sukces i równie szybko zniknął. (...) Przez krótki czas był wyrazicielem określonego rodzaju teatru i wkrótce stał się jego ofiarą, opuszczony przez dyrektorów teatrów, pozbawiony wsparcia krytyki. Swoją klęskę próbował przez wiele lat oszukiwać alkoholem".

Jego "Romulus Wielki" Duerrenmatta (1967, Berlin Zachodni) budzi rozczarowanie: reżyser wyrwał sztuce jadowity ząb. "Wszystko dobre, co się dobrze kończy" Szekspira (1969, Duesseldorf) - wybuczane. "Ryszard III" Szekspira (1972, Darmstadt) - usypiające kartkowanie. "Sen nocy letniej" (1973, Darmstadt) - powszechna kopulacja symulowana.

Dieter Sturm, kierownik zachodnioberlińskiego teatru Schaubuehne am Halleschen Ufer, w którym reżyserował Swinarski: "Nie był (...) bojownikiem, który w trudnych sytuacjach, w teatrze zinstytucjonalizowanym, umiałby walczyć twardą ręką o własne interesy. (...) Dla Konrada byłoby z pewnością dobrze, gdyby mógł być tym, kim w gruncie rzeczy chciał być, to znaczy pełnym dystansu, melancholijnym i emocjonalnym, introwertycznym artystą, ale wśród przyjaciół. (...) Był zagubionym wędrowcem, który przychodził z daleka i odchodził w dal".

Niegodny miana studenta Polski Ludowej

W Akademii Teatralnej w Warszawie, w aktach Swinarskiego, znajduje się opinia z egzaminu na wydział reżyserii, rok 1951: "Inteligencja, przy braku wiedzy historycznej, literackiej i bardzo nieścisłym formułowaniu myśli".

Opinia ZMP: "Nie jest członkiem ZMP, trudno stwierdzić, jaką ma postawę ideologiczną".

Asystował Bohdanowi Korzeniewskiemu przy realizacji "Zemsty" w Narodowym w 1953 roku. "Zachowanie na terenie teatru plotkarskie i dwulicowe - pisze Korzeniewski. - Spora doza cynizmu, pokrywana zewnętrzną układnością".

Asystował Erwinowi Axerowi przy "Pensji pani Latter". "Istnieją dyspozycje reżyserskie" - stwierdza Axer.

"Różnił się od ogółu sposobem życia - wspomina Axer - niechęcią do uczestniczenia w sabatach organizacji młodzieżowych, pochodzeniem i korzeniami, talentem".

Działacze młodzieżowi donoszą dziekanowi Korzeniewskiemu, że Swinarski wznieca niepokoje. Zawiesił nad łóżkiem reprodukcje van Gogha, wszyscy przychodzą oglądać. I niemoralnie się prowadzi.

W czerwcu 1952 roku organizacja młodzieżowa wzywa Swinarskiego na nadzwyczajne zebranie. Czy przyznaje się, że przebywał w pokoju Barbary Witek po dziesiątej wieczorem? Brał tam udział w libacjach? Był przyczyną bójki koleżanki Witek z koleżanką Łopatko? I wykazał cynizm, gdy go upomniano?

Swinarski składa samokrytykę: dawał zły przykład młodszym kolegom, jego postępowanie było niegodne miana studenta Polski Ludowej.

Na drugi rok studiów Rada Wydziału dopuszcza go, pod warunkiem że zmieni swą aspołeczną postawę i podda się trosce organizacji młodzieżowej.

- Zacinali się coraz bardziej - opowiadał po latach Korzeniewski - dogrzebali się do tego, że matka Swinarskiego była Reichsdeutschką, a skoro tak, to on sam musiał należeć do Hitlerjugend. Powiedziałem, że nie będę zwoływał żadnego zebrania, bo nie interesuje mnie Konrad dwunastoletni, ale jedynie Konrad po ukończeniu osiemnastego roku życia. Tak się to skończyło.

Przecież Niemcy to kulturalni ludzie!

Fotografia z 1931 roku, miasteczko Różan. Na kolanach ordynansa siedzą Konrad i jego brat Henryk. Na kocu Irmgarda Swinarska - ma biały kołnierzyk, krótkie włosy, miłą twarz. I jej mąż Karol, w mundurze.

Poznali się przed paru laty w Katowicach. Irmgarda - z polsko-niemieckiej rodziny - obsługiwała kasę w Wiedeńskiej; kawiarnia należała do jej ojca Franciszka Ksawerego Liczbińskiego. Karol, uczestnik wojny polsko-bolszewickiej, był oficerem Wojska Polskiego. Nauczył żonę mówić po polsku.

W Różanie Karol dowodził batalionem Szkoły Podchorążych Piechoty. W tutejszym kościele ochrzcili Konrada.

Zapamiętano w miasteczku ich piękne meble. Irmgardę zajmowały robótki ręczne i moda. Woziła chłopców do rodziny w Niemczech. Do Konrada mówiła zdrobniale: Konradel... Potrafiła go uderzyć - pięć palców zostawało mu na twarzy.

W 1935 roku Karol Swinarski umiera na raka nerki. Irmgarda kupuje willę w Wieliczce. Konrad przyjaźni się tam z chłopcem z sąsiedztwa Andrzejem Włodyką, ich więź przetrwa lata. Mówi syn nieżyjącego już Włodyki, również Andrzej:

- Gdy wybuchła wojna, kto mógł, szykował się do ucieczki przed Niemcami. Ojciec opowiadał, że wtedy Irmgarda Swinarska biegała od sąsiada do sąsiada z krzykiem: "Co wy robicie! Przecież Niemcy to kulturalni ludzie!". A kiedy wkroczyli, zaraz przyjęła niemieckiego oficera na kolacji.

Prowadziła rozlewnię piwa i wód mineralnych, podpisywała się: Irmgard von Swinarsky. Zapamiętano w Wieliczce, że kogoś wybroniła od wywózki do Niemiec; że ukrywała w domu ludzi podczas łapanek.

Umieściła synów na parę miesięcy w Pszczynie, na pięterku u Niemki. Nie wiadomo, dlaczego. Konrad moczył się w nocy z tęsknoty za domem. Na lato 1940 roku Irmgarda wysyła chłopców do Rzeszy nad morze, pod opiekę swej siostry Praksedy Seyffert. Wynajęła mieszkanie w Krakowie, tam Konrad chodził do szkoły.

Andrzej Włodyka: - To zapewne była niemiecka szkoła.

Jan Paweł Gawlik, dyrektor Starego Teatru w latach 70.: - Mówił mi, że należał do Hitlerjugend. Był to naturalny wynik sytuacji, w jakiej się znalazł.

W 1944 roku Konrad odprowadza brata na dworzec w Krakowie, siedemnastoletni Henryk zaciągnął się ochotniczo do Waffen SS. Konrad ma lat piętnaście.

Gertruda

W czasie pracy nad rolą Gertrudy w "Hamlecie", w 1975 roku w Starym Teatrze, dużo mówił Annie Polony o matce. Z gorzką pretensją i miłością. Nie sposób tego wątku pominąć, jeśli chce się zrozumieć, jaką Konrad chciał mieć Gertrudę - opowiada aktorka w książce o Swinarskim. "Jakby powróciło nagle falą jego dzieciństwo, wszystkie jego kompleksy. Te sprawy nie wychodziły przy innych sztukach".

- Bolał nad tym, że matka zdradziła idee dziadka - mówi Anna Polony - bo dziadek był za Polską.

Franciszek Ksawery Liczbiński walczył w 1918 roku w powstaniu wielkopolskim.

- Konrad nie miał takiego dzieciństwa, jakie należy się dziecku - tłumaczy Anna Polony. - W głębi duszy pozostał nieszczęśliwym chłopcem. Stąd tak dobrze rozumiał Joasa w "Sędziach" Wyspiańskiego, tak cudownie ustawił mi tę rolę. Joas uważa ojca za świętość, lecz gdy dowiaduje się, że brał udział w zbrodni, to pokazuje sądowi: on winien! Było w tej scenie coś z osobistego dramatu Swinarskiego - ona winna...

Kulminacyjna scena Hamleta i Gertrudy w opisie Jerzego Radziwiłowicza (grał Hamleta): "...Bezcześci łoże matki, depcze je, rozrzuca pościel, czerpiąc z tego przyjemność: wszedł do łóżka matki. I za każdym razem, gdy mówi o jej występkach, czerpie z tego przyjemność, tak jakby je spełniał. Rozrzucając pościel, czuje się perwersyjnie w nich unurzany.

Hamlet kilkakrotnie żegna się z Gertrudą (...), wraca jednak znowu, aż do momentu, kiedy następuje prawie całkowite zbliżenie. (...) Dawałem jej te wszystkie pieszczoty bardzo gwałtownie, aż prawie do spełnienia erotycznego, i potem zwijałem się na kolanach matki, wracając do pozycji syna. (...) Scenę z matką próbowaliśmy dość długo i ostro, dla samego Konrada była ona jakaś wstydliwa, nigdy nie chciał czyjejkolwiek obecności w czasie jej próbowania".

"Otóż Konrad właściwie robił przedstawienia o sobie" - stwierdza Anna Polony w książce.

To gówno hitlerowskie jeszcze żyje?

Pod koniec 1944 roku mieszkał w domu tylko ze służącą. Matka wciąż wyjeżdżała. Kąty Wrocławskie - zakopać złoto (przepadło). Berlin, Gliwice, Wrocław. "Jest w tym dla mnie coś niepojętego - pisała po latach żona Swinarskiego. - Zostawiać jedyne dziecko bez opieki?".

Przychodziły do rodziny w Hamburgu listy od Henryka: że nie ma wiadomości od mamy; że leży w rowie strzeleckim; że został ranny w głowę, ale na pewno z tego wyjdzie. Nigdy nie wspominał o Konradzie, jakby nie miał brata. Zmarł 8 marca 1945 roku. "Poległ dla Wielkich Niemiec" - napisano w zawiadomieniu.

Ktoś rozpoznał Irmgardę na ulicy w Katowicach. Aresztowana wraz z Konradem na podstawie dekretu o zdrajcach narodu. Syna zaraz wypuszczono, matkę internowano w obozie w Mysłowicach. Latem 1945 roku przysłała gryps: dziękowała za placki i prawdziwą Bohnenkaffe... Zmarła na tyfus w grudniu.

Z listu Konrada do przyjaciół, krótko po wojnie: "...Miałem wiele możliwości wyjazdu, ale nie - wolałem zostać; myślałem przecież, że odnajdę brata. Ale już po paru dniach dowiedziałem się o jego śmierci. Nie zostało mi więc nic. W gimnazjum miałem wiele trudności, zaczęli wymagać papierów. (...) Wyniosłem się do Sopot do Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych. (...) Chwilami żołądek człowiekowi w Sopocie trzeszczał".

Spotkał w Sopocie kobietę z Wieliczki. Zasyczała na jego widok: - To gówno hitlerowskie jeszcze żyje?

Był z kolegami.

"...Pozostał wewnętrznie obcy - pisze Małgorzata Dziewulska, reżyser i eseistka teatralna. - Patrzył na polskie sprawy z pozycji odsuniętego, wyklętego i dlatego właśnie miał nam tak wiele do powiedzenia".

Adwokat Polski

Niektóre uwagi w egzemplarzu "Dziadów" pisał po niemiecku. I notatki do "Hamleta", którego realizował w Tel Awiwie w 1966 roku. Gdy przystępował do "Hamleta" w Starym, znał dramat po niemiecku i angielsku, lecz nie po polsku. Wyreżyserował więcej sztuk w krajach niemieckojęzycznych niż w Polsce. W jakim języku śnił?

- Nie nadawał się na patriotę żadnego kraju - mówi reżyser Jerzy Markuszewski. - Był osobny.

O kulturze Zachodu wypowiadał się z sarkazmem: czy narody syte mogą myśleć metaforycznie? Dobrobyt czyni z ludzi cywilizowane zwierzęta. Publiczność niemiecka, płacąc za bilet, wymaga, aby ją uwolnić od myślenia i niepokoju. W Ameryce (poznał ją podczas pobytu na stypendium Forda w 1963 roku) mają wszystko, lecz tęsknią do najprostszych ludzkich uczuć.

W Polsce idea nie jest zabita. W "niespełnieniu" Polaków tkwi wielka twórcza siła. Tutaj istnieje idealny grunt dla teatru.

Odwiedził go w Krakowie reżyser Dieter Sturm, był rok 1965. Jakiego Konrada znał z Berlina? Gdy Konrad opowiadał o Polsce - to z dystansem, lekko, ironicznie, jak człowiek, który usiłuje się ze swego kraju wyswobodzić. Teraz Sturm miał przed sobą zacietrzewionego adwokata Polski.

Sturm oglądał na Śląsku zniszczone niemieckie cmentarze i kościoły i przeżywał narodowy szok. "A on jakby wywęszył we mnie Niemca (...), który w cichości ducha - bo nigdy nie powiedziałem tego głośno - mówi sobie: to był kiedyś kwitnący niemiecki kraj, a teraz to jest częściowo zrujnowany polski kraj".

W Krakowie Sturm chciał poznać styl teatralny Wajdy. Obejrzawszy jego próbę "Wesela", był rozczarowany:

- Wajda prawie nie reżyseruje, siedzi i nie rusza się... Swinarski: "Krzyknij Hande hoch! Może się ruszy... Żebyście się wy, Niemcy, zesrali od Siegessaule aż po sam Koepenick, to takiego reżysera nie będziecie mieli".

Potem w liście do Sturma wyliczył jego winy. Na pierwszym miejscu było: "Nie podobał ci się mój kraj".

- Dwa narody miały swoją siedzibę w sercu i umyśle Swinarskiego, tę rzecz się wstydliwie przemilcza - mówił w filmie o Swinarskim Erwin Axer. - Ja widzę Konrada jako Niemca, który się zakochał w Polsce i którego kultura polska zdobyła, i widzę w nim Polaka, który podzielał szereg polskich przesądów dotyczących Niemców, a jednocześnie bez tych Niemiec nie mógł się obejść. Jego umiejętność zobaczenia na nowo, z taką siłą, naszej literatury romantycznej to efekt obcości. Chłopak wychowany w atmosferze niemieckiej spojrzał na tę literaturę świeżym okiem.

Gdy na pierwszym roku studiów Swinarski przyniósł Axerowi egzemplarz "Nie-Boskiej komedii" usiany własnymi uwagami, Axer poradził mu po ojcowsku, żeby dał spokój z Krasińskim. I pomyślał: gdzie Niemcowi do "Nie-Boskiej"... Trzynaście lat później, jesienią 1965 roku, wszedł po premierze "Nie-Boskiej" za kulisy Starego Teatru i wzruszony uściskał reżysera.

Skłonności anarchistyczno-inteligenckie

Bertolt Brecht przyjechał ze swym Berliner Ensemble do Warszawy w grudniu 1952 roku. Swinarski rozgorączkowany. Przed spektaklem "Matka Courage i jej dzieci" nie śpi całą noc, do teatru przychodzi parę godzin wcześniej. "To był największy wstrząs ostatnich czasów" - pisze do Barbary Witek.

- W tym czasie partia przypuściła atak na Brechta, opisali to świadkowie - ludzie teatru - opowiada Elżbieta Wysińska, teatrolog. - Oskarżano go o odchylenia formalistyczne.

Prasa pisze: Brecht ma skłonności anarchistyczno-inteligenckie, wykazuje bezgraniczny indywidualizm, fałszywe, bo nierealistyczne widzenie świata.

Przez dwa najbliższe lata nie będzie w Polsce grany. Dopiero Swinarski uczyni wyłom swym warsztatowym przedstawieniem Brechta "Karabiny matki Carrar".

Pierwszy list do Brechta napisał jeszcze przed jego przyjazdem do Warszawy - prosił o przysłanie jego pism teoretycznych. Na adres akademika nadeszły dwa utwory Brechta. Swinarski zaprzyjaźnił się z Kathe Ruelicke, asystentką mistrza i pierwszą sekretarz organizacji partyjnej w teatrze. W 1955 roku Berliner Ensemble zaprasza do siebie Swinarskiego na stypendium.

"To jeden z najbardziej uzdolnionych studentów" - pisze Axer do Ministerstwa Kultury. I ręczy za Swinarskiego, że nie ucieknie na Zachód. "Co do mnie, mam do niego zaufanie".

Przed wyjazdem, jesienią 1955 roku, ożenił się z Barbarą Witek. Na lotnisku żegnała go kwiatami. W Berlinie wręczył te kwiaty Kathe Ruelicke.

Niech idzie do domu i myśli

Zapach wentylacji U-Bahnu wywołuje wspomnienie z dzieciństwa. Dziwią się w Berliner Ensemble, że Swinarski tak świetnie zna śródmieście; wykręca się od wyjaśnień.

Na ulicach, w rosyjskim sektorze, mętne twarze jak w Gliwicach. Pojechał do ciotki Praksedy do zachodniego sektora. Ich pierwsze spotkanie po latach. Chaotyczna rozmowa przy smażonych kartoflach. Ona wybebesza szafy, żeby mu znaleźć buty, on nie czuje wzruszenia.

Potem widują się często. Na Stalinallee ciotka sprawiła mu elegancki materiał na garnitur.

W teatrze Swinarski jest jednym z asystentów Brechta.

Będzie się potem w Polsce wyzwalał z etykiety: uczeń Brechta. Po latach mówił, że metoda poznawcza Brechta nie służy poznaniu pełni człowieka; bliższy mu jest Majakowski ze swoim niedopowiedzeniem niż Brecht ze swoim przegadaniem.

Elżbieta Wysińska: - Teatr Brechta był dydaktyczny, serio. Pokazywał, że sytuacja społeczna człowieka ma wpływ na jego działanie. To nie było w duchu Konrada Swinarskiego, ironisty z natury... Swinarski zawsze patrzył na człowieka jak na jednostkę. Kiedy zetknął potem to Brechtowskie myślenie z polską dramaturgią romantyczną, to dopiero wybuchło.

Tam, w Berlinie, czerpie jakąś nową przyjemność z obcowania ze światem. Nie chodzi o te gatunkowe wełny ani o taftowe halki, które posyła Barbarze. Czuje, jakby mu się otwierały oczy. Gdy leży w łóżku, zastanawia się, jaki stworzy teatr. Nurtuje go myśl, że podstawą życia są sprzeczności, jak na obrazie Breughla. Chrystus wisi na krzyżu, a pod krzyżem dziecko coś zajada... Rzeczywistość jest wieloraka - rozwijał potem tę myśl w wywiadach - gdzieś odbywa się ślub, a równocześnie gdzie indziej pogrzeb; tu wypadek na ulicy, tam się rodzi człowiek. Można życie tak pokazać na scenie, żeby widz nie podążał tylko za jedną sprawą, żeby tworzył sobie obraz świata z brzydoty i piękna, szlachetności i łajdactwa, istniejących równolegle. Jak interpretować ten świat? Gotowej tezy Swinarski nie chce podsuwać, niech widz idzie do domu i wciąż o tym myśli.

I będzie w jego teatrze tak: Pankracy w finale "Nie-Boskiej" krzyczy "Galilaee, vicisti!", zapala się Oko Opatrzności. Ale to nie koniec. Wchodzą maszyniści i przy dźwiękach "Ciao, ciao, bambina" demontują Oko Opatrzności i dekoracje. Dla przypomnienia, że to wszystko było na niby.

W jego "Dziadach" podczas Wielkiej Improwizacji Konrada chłopi na scenie chrapią i jedzą jaja na twardo. Ironiczny kontrapunkt dla wzniosłego sporu z Bogiem.

Fantazy, przybysz z Italii, kulturalnego centrum Europy, zajęty poetyckim gadaniem; a w tle zapuszczony polski dwór ziemiański. Po salonie biegają kury i wala się kapusta. Oto prawda i kontrprawda.

Zaś scenografom będzie Swinarski kazał łączyć jedwabie i aksamity z kawałkami papy i zardzewiałą blachą.

Pisał Konstanty Puzyna, krytyk i eseista, nazajutrz po śmierci reżysera: "... był romantykiem, ale w pełnym sensie tego słowa. To znaczy: kłębem sprzeczności uczuciowych i myślowych (...). Podobnie jak romantycy pojmował konflikty jednostki i społeczeństwa, moralności i rzeczywistości, uczucia i polityki. (...) Miał w sobie namiętności i poczucie tragizmu równie głębokie jak inteligencję, ironię, chętkę do żartu, przekorę, przewrotność, kapryśność. W obserwacjach był realistą, cenił konkret i szczegół, nie cierpiał ogólników. Świat widział ostro, z drapieżnością brutalną, czasem okrutną, ale i z delikatnością...".

Inne źródło

A dwoistość w jego życiu? Jak w teatrze - raz jedwab, raz kawałki papy.

Miał twarz o wciąż zmieniającym się wyrazie - od jezuickiej elegancji do chińskiego uśmiechu (wrażenie Schroedera). Chłopięcy. Z wibrującym "r" i prychającym śmiechem. W sztruksach i swetrze. Z jakąś siłą przyciągania i ciepłem wokół siebie. Mówił cicho. Wyglądał na nieśmiałego. "Widzą we mnie zagubionego chłopczyka, w czym ja im skutecznie pomagam".

- Rybko - mówił do żony przed premierą - teraz przećwiczę skromny ukłon i zawstydzenie.

Oceniała: - Za nisko, za sztywno, w sam raz.

Porzucał przyjaciół. "Jak wiesz, nudzą mnie do głębi poznani ludzie".

Brzydota, kalectwo, pokręcenie... fascynowały go. Karmił szczury na podwórku Starego Teatru. Wymyślił termin: biologicznie zły; czasem to zło komuś wmawiał. Zabiegał, by pozwolono mu odwiedzić w krakowskim więzieniu Kota, słynnego mordercę psychopatę. O czymś pięknym mówił: - Mydło Palmolive.

Anna Polony: - Miał oczy wielkie, migdałowe... Kiedy spojrzał na człowieka, to jakby przewiercał.

"Tak mi się zdaje, że mnie jest jakoś więcej wewnątrz niż na zewnątrz, z tą mydlaną twarzą".

O ciemnych pokładach w Konradzie mówi się niewiele - stwierdza Józef Opalski w swej książce o Swinarskim - omijając ten temat, nie da się zrozumieć, dlaczego on, otoczony uznaniem i przyjaciółmi, tak dotkliwie przeżywał swą samotność.

Był bar kawowy w Sukiennicach zwany tramwajem; siedziało się twarzą do ulicy. Tam poznali się w 1968 roku z Kazimierzem Wiśniakiem, scenografem. Swinarski zaproponował mu współpracę przy "Wszystko dobre, co się dobrze kończy". "Konrad uważał, że w tym dramacie Szekspira tkwią tematy homoseksualne - pisze Wiśniak. (...) Świetnie wiedział, że nie jest mi obce środowisko takich mężczyzn. On sam zresztą też je znał, i w Krakowie, i w Niemczech".

Pojechali do Berlina Zachodniego. Odwiedzają słynne kabarety transwestytów. Noc, wiadukty, odrapane mury, pustka. Stoi rząd motocykli. Bar. Goła żarówka u sufitu. Mężczyźni w czarnych skórach, z łańcuchami popijają piwo. Swinarski: - Oni pracują gdzieś na uczciwych posadach, ale czasem lubią się przebierać, żeby budzić strach...

Barbara Swinarska: "Jak wytłumaczyć ludziom, (...) że jego talent miał całkiem inne źródło. I wszyscy, przynajmniej w środowisku, o tym wiedzą. Że nie przez rzekomą niemieckość, nie przez rzekomy katolicyzm był tak rozdarty, ale przez dwoistość erotyczną. I to mówię ja, jego żona".

Profesor Zbigniew Osiński w 1973 roku został kierownikiem literackim w Starym. Przyjął tę pracę z jednego powodu - chciał zbliżyć się do warsztatu Swinarskiego, miał zamiar napisać o nim książkę. Opowiada: - Po każdym jego przedstawieniu ja się czegoś o sobie i świecie dowiadywałem. Że życie jest walką o jakąś prawdę; o siebie samego - wbrew okolicznościom. Że w brudzie życia dąży się do jakiegoś rodzaju czystości. Co to jest czystość i brud? On to pokazywał językiem poetyckim. Stawiał pytania podstawowe: Po co ja jestem na tym świecie? Jakie są moje relacje z ludźmi? Pytał o sens miłości i śmierci. Jego teatr był niesłychanie humanistyczny. To zabrzmi dziś głupio i patetycznie - był wielką obroną godności ludzkiej - przy całej naszej skłonności do czynów podłych. Jasna strona od ciemnej jest nieoddzielna. On był dla mnie pięknym człowiekiem.

W rubaszce ze stójką

W warszawskim środowisku teatralnym mieli go za spryciarza, który wkręcił się do Brechta. (Wrogom wysyłał z Berlina pozdrowienia). Zazdrościli mu tej zagranicy. Wraca w 1957 roku. - Odmieniony artystycznie i intelektualnie - opowiadał Erwin Axer.

Swinarscy dostają kąt do spania w Narodowym. Ich dobytek: książki, fotografie, płyty z Piaf, Weillem, Brassensem i piosenkami kabaretów niemieckich. I papiery - Barbara pisze opowiadania, tłumaczy sztuki z niemieckiego. Po przedstawieniach biegną przez ciemną scenę do natrysku.

Wyreżyserował kilka sztuk. "Wyglądało, że nic więcej nie wyrośnie z tego reżysera niż przeciętniak" - wspominał Konstanty Puzyna.

Do Warszawy przyjechał Thomas Christopher Harlan, by zbierać materiały o getcie. Syn hitlerowskiego reżysera Veita Harlana, autora antysemickiego filmu "Żyd Suess", szeroko wykorzystywanego przez hitlerowską propagandę. Thomas pisze sztukę "Bez pomocy anioła. Kronika z getta warszawskiego", reżyserię w Berlinie Zachodnim powierza Swinarskiemu. Pracę owiewa atmosfera skandalu - oskarżają Harlana o próbę rehabilitacji ojca. Sztuka - przy wielkim zainteresowaniu berlińczyków - idzie w Kongresshalle ponad rok. Udał się Swinarskiemu ten taniec na linie, opowiadał Dieter Sturm, reżyser nie popadł ani w sentymentalizm, ani w propagandę.

Kiedy więc Sturm zakłada w 1962 roku teatr Schaubuehne, zaprasza do współpracy Swinarskiego.

U Sturma, gdzie mieszkają krótko Swinarscy, młodzi podekscytowani rewolucjoniści wychwalają socjalizm. W oczach Swinarskiego szyderstwo.

Nie wiąże się z żadnym środowiskiem. Knajpa w Moabicie interesowała go bardziej - wspomina Sturm - niż Freie Universitat. Gdy na niedzielne popołudnie zaprasza go Witold Gombrowicz, reżyser mówi żonie, żeby poszła sama, bo już naoglądał się emigrantów w Ameryce. W gruncie rzeczy obawia się o karierę.

Sturm wystylizowany na Rosjanina - w rubaszce ze stójką - ma głowę nabitą teoriami. - Więc czyje interesy należy reprezentować w teatrze? - rozważa. - W imieniu jakiej klasy grać? Swinarski każe mu jechać na Kreuzberg.

"Przez całą noc oprowadzał mnie po spelunkach i najgorszych mordowniach, gdzie w smrodzie straszliwej nędzy ludzie się narkotyzowali, pokładali we własnych rzygowinach. (...) I to pokazał on, Polak, mnie, Niemcowi, w moim własnym mieście. Nigdy tego przedtem nie widziałem. (...) A on mnie zmusił, żebym tam poszedł, po czym stanął obok mnie, wskazał na tych ludzi i zapytał: A co powiesz na to?".

Jego "Testament psa" Ariano Suassuny i inne sztuki, które realizował w Schaubuehne, wzruszały Sturma swym pokornym stosunkiem do świata i współczuciem dla człowieka. A potem Peter Weiss oznajmił na przyjęciu latem 1963 roku, że chce dla swojego "Marata/Sade'a" tego reżysera, który zrobił "Testament psa".

Od palca u nogi do czubka głowy

Właśnie u szczytu sukcesów w Berlinie, pomiędzy "Maratem" a "Pluskwą", Swinarski angażuje się w Starym Teatrze. Od dziesięciu lat proponował największym scenom stolicy "Nie-Boską" i "Woyzecka" Georga Buechnera. Teraz Zygmunt Huebner w Krakowie wyraża zgodę. Jesienią 1965 roku odbywa się premiera "Nie-Boskiej".

Kto to jest romantyk? - pytają go. Człowiek niepogodzony z tym światem; on świat chce zmienić na lepsze.

A teatr romantyczny? To była dotąd maniera patetycznego mówienia, upoetyzowana recytacja. To był bohater na piedestale; pokazany od głowy do pępka - pruderyjnie, pod wpływem tradycyjnej moralności.

Jeśli bohater romantyczny jest nieprzeciętny, to nie w ponadludzki sposób, podkreśla Swinarski. Bohater romantyczny składa się z ciała i krwi, jest człowiekiem od palca u nogi do czubka głowy.

Pankracy z jego "Nie-Boskiej" - chory na serce. Fantazy - szalony. Konrad w "Dziadach" - epileptyk; w "Wyzwoleniu" doznaje cierpień całym sobą. Woyzeck ma głodowe omamy.

- A zatem ty bohatera romantycznego chcesz docieleśnić, z powrotem wbić w ciało? - pytał Jan Błoński, kierownik literacki Starego. Będą się w Krakowie gorszyć i oburzać.

W "Nie-Boskiej" teatr zamienił w barokowy kościół. Oto ołtarz - raz stół ofiarny, to znów małżeńskie łoże. Tłum rewolucjonistów szykuje szubienice. Przed ołtarzem-łożem Pankracy odprawia obrzęd nowej wiary.

Anna Polony: - Pankracy odprawiał czarną mszę. Mieszał coś w kielichu i chlust - wylewał czerwoną krew na białe płótno, które wisiało za nim. Jakby sprofanował ofiarę mszy świętej. Konrad pokazał rewolucję w sposób drastyczny, co wstrząsnęło krakowską publicznością.

Kapłanki rewolucji wiją się w orgiastycznym tańcu na ołtarzu. Chór Rzeźników odcina piłą głowę jednemu z hrabiów; wieszają szlachcica. Arystokraci siedzą w Okopach Świętej Trójcy pośród tobołów i pierzyn.

W tym samym czasie na ostatnim balkonie, niedostępnym dla publiczności, Swinarski - ze strachu, z napięcia, z nerwów - popija wódkę.

Splugawił dobre wyobrażenie

Jarosław Iwaszkiewicz pokrzykiwał w trakcie spektaklu i próbował gwizdać. Cyrk, music-hall! "To >>Casino de Cracovie<<, jakie nam pokazano w Starym Teatrze, powinno spotkać się z powszechną reakcją pisarzy. Tak naszych romantycznych pisarzy traktować nie wolno".

Reżyser tłumaczył: szukał analogii między myślą Krasińskiego a myślą współczesną. Dziś człowiek też zmaga się ze sprawami historii, narodu, Boga.

Kilka lat później, po "Dziadach", będą mówić, że przywrócił kulturze współczesnej Krasińskiego, Mickiewicza i Wyspiańskiego.

- Nikt nie był wtedy przyzwyczajony do takich środków ekspresji - mówi Elżbieta Wysińska - a ponieważ to się odbywało na ciele Zygmunta Krasińskiego, budziło sprzeciw. W Krakowie Swinarski miał wówczas bardzo złą prasę, w Warszawie entuzjastyczną; my w "Dialogu" broniliśmy "Nie-Boskiej".

Adam Hanuszkiewicz: - W Warszawie jest maniera czytania wszystkiego przez pryzmat polityki, w Krakowie czyta się obyczajowo - czy to wypada...

- Co pana tak fascynuje w Krakowie, że jest mu pan wierny? - zapytał Swinarskiego Zbigniew Osiński, gdy reżyser pracował nad "Fantazym".

Swinarski: - Ci krakowianie są powyżej pępka partyjni, poniżej - katoliccy, a w jednym i drugim obłudni. To jest ekscytujące!

Opowiadał o próbach "Woyzecka" (1966). Pobożni aktorzy mieli skrupuły, gdy trzeba było powiedzieć: "Wysikajmy się na krzyż, może jaki Żyd umrze". Swinarski: - Pół godziny dyskutowali, czy można ze sceny powiedzieć: "Wysikajmy się na krzyż". Ale żaden nie zastanowił się nad tym, czy godzi się mówić: "Może jaki Żyd umrze"...

Była w "Woyzecku" scena brutalnego gwałtu. Oskarżono Swinarskiego o niemoralność. W liście do dyrekcji teatru Bolesław Drobner, działacz socjalistyczny, pisał: "Bo cóż to widziałem: między innymi dzieci jakieś pijane, mordercę, który z całą precyzją morduje swą kochankę na oczach dzieci...".

Pracownica Starego radziła widzom, żeby raczej poszli do innego teatru, bo tutaj będą pokazywane same świństwa. Zabraniano młodzieży oglądać to gorszące widowisko.

Ale Jerzy Koenig napisał, że Swinarski - z hałasem i efektownie - wszedł do klubu najwybitniejszych reżyserów współczesnego teatru.

O "Fantazym" (1967) mówiono, że tym zapuszczonym salonem z kurą, sianem i cebulą Swinarski splugawił dobre wyobrażenie o polskim dworku na kresach.

Mitom zaglądał pod podszewkę - pisze Małgorzata Dziewulska; wiedział sporo o polskich grzeszkach i stawiał znaki zapytania nad naszym dobrym samopoczuciem moralnym. Nie wymknąłby się z tego polskiego savoir-vivre'u, nie stałby się tak dalece Europejczykiem, gdyby nie Berlin.

Nie mów mi, że ktoś jest lepszy

Wiosną 1966 roku reżyseruje "Hamleta" w Tel Awiwie. Kłopoty - główny wykonawca oddał rolę. Swinarski nie wstaje z łóżka, pisze pożegnalny list do Barbary. Gwałtownie chudnie. Asystenci pilnują go w obawie, że się powiesi.

Potem pisze: "...Wszystko, co zrobiłem, to gówno, (...) do tego dochodzi mój kompleks w innych sprawach. Czasami mi się wydaje, że powinienem zmienić zawód, nic już więcej nie mam do powiedzenia. (...) Właściwie wszystko, co robię, nie ma najmniejszego sensu, jest fikcją - powolnym samobójstwem (...). Wciąż jeszcze wierzę, że kiedyś nastąpi moment, że uwierzę w coś do końca i że zmienię całe swoje życie".

Miesiąc później, po serii zastrzyków: "Teraz mi lepiej. Sram na to wszystko i wszystkich".

Ktoś powiedział w Warszawie, że stał się prowincjonalnym reżyserem. Żona: "Udawał, że to dobry dowcip, ale bardzo go to gryzło. Ciągle wracał do >>Marata<< i >>Pluskwy<<".

"Ale nie mów mi więcej, że ktoś jest lepszy ode mnie, bo mnie to jednak drażni" - wyznał Barbarze na początku swej kariery.

Pod koniec 1971 roku Swinarski reżyseruje "Ryszarda III" Szekspira w Darmstadcie. Półlitrowa butelka już mu nie wystarcza na rozluźnienie. Recenzje złe.

Zaczyna w Darmstadcie "Troilusa i Kressydę" Szekspira; zrywa próby i wyjeżdża. Robi w Wiedniu "Edwarda II" Marlowe'a; przedstawienie kończy inny reżyser. Przygotowuje "Affabulazione" Pasoliniego w Zurychu. Po kilku dniach ucieka do Krakowa. W 1972 roku zdołał zrealizować tylko jedną sztukę.

Krystyna Zachwatowicz: - Wkrótce po jego wyjeździe z Zurychu pracowaliśmy z Andrzejem Wajdą w tym samym teatrze. Wpływ administracji na decyzje artystyczne był tam silny, zrozumieliśmy trudności Konrada w jego pracy twórczej. Pracowałam też w Niemczech kilkakrotnie i wiem, jak rygorystycznie trzeba tam dostosowywać się do terminów premiery. To było niemożliwe dla Konrada. W polskich teatrach nie było wtedy takich rygorów.

Konstelacja

W Krakowie przeciągał próby, jak chciał. Raz przedłużył próbę w Berlinie. Minutę po drugiej związki zawodowe wygasiły światła.

W Krakowie dosiadał się do aktorów w SPATiF-ie, dwie bramy od teatru, i przy kolacji i wódce dalej nicowali sztukę. Albo zapraszał aktora do swego pokoju na ostatnim piętrze Starego i - jak mawiał - szukali konstelacji. Budowali wewnętrzny świat postaci i jej relacje z innymi. Aktorzy czuli, że uczestniczą w procesie tworzenia; mówili: duchowa wędrówka, wspinaczka na coraz wyższe piętra, wejrzenie w głąb natury ludzkiej... W Zurychu był po prostu kontrakt.

W Krakowie obnażał ich psychicznie i efekt wyzyskiwał na scenie, a oni byli wdzięczni, że wydobywa z nich takie tony, jak nikt dotąd. Stary Wiktor Sadecki był gotowy grać gołego Senatora, jeśli Kondzio tak każe... Jerzy Trela był gotowy zmierzyć się z Konradem, choć czuł wielki lęk, nie rozumiał postaci, a ostatnia jego rola to Bacuś w "Janosiku"... Trzy aktorki w "Pokojówkach" pozwalały, by Swinarski je rozdrażniał, manipulował nimi, doprowadzał do wściekłości - byle z tych emocji wyłoniła się sztuka.

W Darmstadcie nikt mu nie mówił, że od pracy z nim rosną człowiekowi skrzydła.

Wymyślił wszystko w łóżku

Z pociągu z Zurychu, latem 1972 roku, odebrał go Kazimierz Wiśniak. Twarz Swinarskiego jak kostka szarego mydła. Zgubił klucze i 1500 franków szwajcarskich. Boi się przejść przez jezdnię. Boi się wyjść na balkon.

Nie tknął obiadu, chce wódki. Otwiera torbę podróżną. W środku stos butelek owiniętych w swetry.

Po tygodniu zabrakło wódki. Kazimierz Wiśniak prowadzi go przez park Jordana i Błonia - żeby uniknąć ruchu - do Cracovii. I wtedy spotyka ich dyrektor Starego Teatru Jan Paweł Gawlik.

Opowiada: - "Konrad, powinieneś się leczyć", mówię. On na to: "Ja to wiem". "Więc się zgadzasz?". "Tak". Następnego dnia zawiozłem go do kliniki psychiatrycznej.

Z listu do żony: w klinice jest bardzo interesująco. Miał wstrząsy i czuje się otępiały. Chce mu się płakać - to skutki leków. Zbadali go - wszystkie organy w porządku.

Zorganizował brygadę pacjentów i porządkują rabaty. Dużo śpi. Rysy mu złagodniały.

Gawlik przyniósł "Warszawiankę" Wyspiańskiego. - Błahe - skrzywił się Swinarski. Przyniósł "Dziady". Nazajutrz Swinarski z płonącymi oczami kreśli wizje spektaklu.

Pisze do żony, że wymyślił już wszystko, leżąc w łóżku. Foyer przerobi się na kaplicę. Będzie się grać we wszystkich salach teatru. Rollison naprawdę wyskoczy przez okno. "Zacząłem wierzyć w tzw. małe szczęście (...). Zafascynował mnie ten Mickiewicz naprawdę (...) wcale nie ze względów patriotycznych, ale raczej mistycznych".

Koniec lata spędził w Lanckoronie. Z Krystyną Zachwatowicz, autorką kostiumów do "Dziadów", robili pierwsze szkice. Chodzili do Kalwarii Zebrzydowskiej. W święto Matki Boskiej kościół i krużganki klasztorne wypełnił tłum pielgrzymów i żebrzących dziadów. Ludzie kładli się na ławach, stopniach ołtarza, na posadzce. Swinarski patrzył zafascynowany.

Żałoba w nieskończoność"

Nie wystawiano "Dziadów" od czasu inscenizacji Kazimierza Dejmka zdjętej przez partię w 1968 roku. Teatrolog Zbigniew Raszewski pisze, że SPATiF podjął wtedy uchwałę, by nie wznawiać sztuki, dopóki władze nie pozwolą na jej wznowienie w Narodowym. W protokole z zebrania poświęconego "Dziadom" Dejmka nie ma śladu takiej uchwały. Bohdan Korzeniewski wspominał, że był to raczej wniosek nieformalny, jednak zobowiązujący dla środowiska.

Dyrektor Starego zapytał Zbigniewa Raszewskiego, człowieka cieszącego się w środowisku dużym autorytetem, co sądzi o ewentualnej premierze. Profesor był przeciwny. Po latach napisał, że inspiratorką decyzji Gawlika była partia. Chciała wykorzystać krakowskie przedstawienie, by pokazać, że nie boi się Mickiewicza; a Dejmka potępiła nie za "Dziady", lecz za ich antyrosyjskie wypaczenie.

Sam Dejmek przez lata powtarzał, że krakowskie "Dziady" zrobiono na zamówienie polityczne.

- To był dramatyczny wybór między lojalnością wobec środowiska a lojalnością wobec samego utworu - opowiada Jan Paweł Gawlik. - Albo dochowam wierności stanowisku wobec krzywdy, jaka spotkała Dejmka, i będę kontestował to zdjęcie "Dziadów" i nosił żałobę w nieskończoność... albo potraktuję "Dziady" jako żywy element kultury narodowej, który należy się nowemu pokoleniu. Epoka Gomułki się skończyła, Gierek dawał nadzieję na jakąś wolność twórczą. Kierowałem ważną w Polsce sceną; zadawałem sobie pytanie o dalszy los i miejsce "Dziadów". Tak, pozostałem głuchy na perswazje profesora, lecz nie z inspiracji partii! Pojechałem do Dejmka i zachowałem się jak gangster. "Konrad chce robić >>Dziady<<, mówię, czy my to możemy wystawić?". Co on mógł powiedzieć? Albo "pocałujcie mnie w dupę", albo "proszę bardzo". Powiedział: "proszę bardzo". I z tym glejtem od Dejmka idę do pierwszego sekretarza komitetu miejskiego PZPR Józefa Klasy i proponuję "Dziady". On mówi, że musi się skonsultować z Warszawą. Kilka dni później dostałem odpowiedź: dają zgodę, ale najmniejszy ruch na widowni - i przedstawienie schodzi z afisza. Na każdym spektaklu siedzieli funkcjonariusze UB. Tylko raz zaszumiało - przy kwestii: "Ruble rosyjskie, widzę, bardzo niebezpieczne".

Nikt po wyjściu z teatru nie manifestował. Tylko szedł do domu i myślał: o Polsce, o człowieku wobec historii, gdzie jest dobro, gdzie zło, a gdzie Bóg i kim ja jestem. Tak o swym wrażeniu opowiadał Tadeusz Słobodzianek, dramaturg, który mówi, że obejrzał "Dziady" Swinarskiego pięćdziesiąt razy.

Każę im usiąść, to usiądą

Na próbę generalną Gawlik zaprosił krakowską śmietankę i ważnych ludzi z Warszawy. Był gabinet lekarski w sąsiednim budynku. Swinarski dostaje zastrzyk, ale wciąż dygocze. Ucieka z teatru. Jest lutowy wieczór 1973 roku.

Na schodach siedzą krakowscy żebracy. Pachnie kaszą. Płonie ogień. Zawodzą baby. Publiczność tłoczy się pośród wieśniaków w scenie obrzędu.

Swinarski drży na tapczanie.

Weszli na widownię, sadowią się w krzesłach - salę otacza żandarmeria rosyjska.

Swinarski zwinięty w kłębek.

W trakcie Wielkiej Improwizacji Jerzy Trela tak szarpie rękawy koszuli (przez pomyłkę włożył za dużą), aż je urywa. Belzebub wczepia się w Konrada.

Starsza pani pochyla się nad tapczanem: - Może herbaty miętowej?

Pokrwawiony Rollison skacze przez okno Starego Teatru - prosto na plac Szczepański. Zdumiona milicja żąda od aktora wyjaśnień.

Na ołtarzu, pod obrazem Matki Boskiej Ostrobramskiej, Zosia wpada w trans erotyczny. Umęczona dziewictwem, którego nie wyrzekła się w porę. Nie gorszą się, widzą w tym misterium cierpienia.

Herbata miętowa nietknięta.

Chłopi rozdrapują sprzęty, zdzierają z Konrada szynel i buty. Prószy śnieg. Owacja.

I wtedy dzwoni Gawlik. Mówi, że zwycięstwo! W tej sekundzie dygot ustępuje, Swinarski ma apetyt na kolację.

Półtora miesiąca przed śmiercią mówił, że tamtego wieczoru przełamał w krakowskiej publiczności - tej najbardziej konserwatywnej, jaką w Polsce mamy - barierę dawnych przyzwyczajeń. Kazał im stać i się nie poobrażali. Dawniej oburzał ich jego teatr, teraz czują się tym teatrem wyróżnieni. Mógłby im kazać usiąść na podłodze, zrobią to. Bo wiedzą, że reżyser ma im do powiedzenia coś interesującego.

Cała Polska pielgrzymuje na jego "Dziady". Będą grane przez dziesięć lat.

Kocyk

Od władz miasta dostał dwupokojowe mieszkanie na Kazimierzu. Jest na szczycie, jak niegdyś w Berlinie. Ale pisze jakby z dna: "Bo mnie przecież mój mit własny w Krakowie nie obchodzi - wręcz nienawidzę. To moje mieszkanie jest niewolą wolności. Wyobraź sobie Telewizor, Adapter, Książki, Magnetofon, Lodówka, Elektrolux - Śmierć. Wyjeżdżam na przyszły rok na marny los na Zachodzie, ażeby zacząć od początku".

A u władz stara się o następne mieszkanie, większe, żeby mógł w nim prowadzić próby.

Ciągle uciekał, gdzieś pędził - mówił Józef Opalski; udawał, że nie chce się przywiązywać do nikogo i niczego.

Siedział na plaży w Gdańsku z przyjaciółmi. Wrzesień; od piasku ciągnęło chłodem. Jerzy Trela podał mu kocyk swojego synka: - Weź, usiądź na nim, masz chore korzonki...

- Odebrał ten prosty gest bardzo emocjonalnie - wspomina Trela. - Nie wiedział, jak usiąść, żeby kocyka nie zabrudzić, bo to dziecka... Jak on strasznie łaknął ludzkiego odruchu! Mimo wielkich gestów, jakie wykonywano wobec niego, tych ludzkich było mu brak.

Pełnia

- Kiedy po "Dziadach" przyszedł do mnie z pomysłem "Wyzwolenia", powiedziałem: "Konrad, rozłożysz się" - opowiada Jan Paweł Gawlik. - Widziałem szereg inscenizacji tej sztuki i żadna nie była dobra. On na to: "Ale mnie to ciągnie".

Analizował umieranie Wyspiańskiego. Pisząc "Wyzwolenie", poeta odczuwał nieuchronność swej choroby i śmierci, mówił Swinarski. Ale uwierzył, że można przedłużyć życie - poprzez idee. "To, co w >>Wyzwoleniu<< wydaje mi się najważniejsze, to próba wyzwolenia człowieka od bezsensowności jego śmierci" - wyznaje reżyser.

Krzysztof Miklaszewski, wówczas szef Teatru Telewizji w Krakowie: - Dostarczałem mu materiały o syfilisie Wyspiańskiego. W czasie pisania drugiego aktu choroba zaczęła działać, powodowała u poety wizje. Swinarskiego to fascynowało, badał "natężenie syfilitycznej wizji" w poszczególnych aktach. Studiował podręczniki medyczne, również niemieckie. Mój dziadek był w Krakowie ginekologiem, przyjaźnił się z doktorem Nowakiem, który leczył Wyspiańskiego rtęcią. Znalazłem w domu listy Nowaka do dziadka, w których relacjonuje on stan Wyspiańskiego. Czytaliśmy te listy nocami, gadaliśmy o syfilisie i piliśmy.

Studiuje opis ostatnich godzin poety. Wstrzykiwanie morfiny; duszność; szkliste oczy; "światła!". Cierpienie, "jakby mu kto wieżę mariacką postawił na piersiach"... Drobiazgowy opis Konstantego Srokowskiego, świadka tej śmierci, jest wstrząsający.

Tak reżyser sumował życie Wyspiańskiego: nie zawsze był wierny głoszonym przez siebie ideałom, podobnie jak Gogol, Dostojewski, Krasiński... "Trzeba to o człowieku powiedzieć i nie wolno go z tego powodu potępiać. Pełnia człowieka polega między innymi na tym, że poznaje samego siebie od kołyski do śmierci, że w życiu zmienia się i zmienia również swoje poglądy, że nie jest monolitem i dlatego niekiedy sprzeniewierza się głoszonym przez siebie ideom".

Krzysztof Miklaszewski: - Wreszcie o piątej zasnęliśmy. Rano podał mi przed wyjściem garść tabletek, "będziesz trzeźwy natychmiast". Zażyliśmy. Pot mnie oblał straszny i nagle całe to zamroczenie spadło ze mnie. On mówi: "No widzisz". I poszedł na próbę.

Konrad w "Wyzwoleniu" nie zgadza się na te wszystkie mity, że "Polska Chrystusem narodów"; na wykręty, jakie sobie Polacy wymyślili, by usprawiedliwić siebie. W kulminacyjnej scenie krzyczy, że ogłasza się wolnym i nikt ducha jego skrępować nie zdoła. Ale już nadciąga łóżko szpitalne; już chwytają Konrada, zdejmują surdut, nakładają kaftan z długimi rękawami.

Zbigniew Osiński: - Ten chory człowiek, przytwierdzony do łóżka szpitalnego, uważany za przypadek patologiczny, jest najbardziej ludzki. W przeszywający sposób Trela mówił, działał i reprezentował najgłębszą prawdę i tęsknotę Swinarskiego - żeby wyzwolić się z brudów i masek.

W finale Konrad osuwa się przy łóżku udręczony. Mówi w przejmującej ciszy: "Chcę, żeby w letni dzień,/w upalny letni dzień/przede mną zżęto żytni łan...". Na widowni płaczą.

Premiera odbyła się w maju 1974 roku. Pisano, że "Wyzwolenie" jest najbardziej osobistą wypowiedzią Swinarskiego.

Czarna sylwetka wskakuje do wody

Półtora miesiąca przed jego śmiercią nagrano w redakcji "Dialogu" rozmowę o teatrze. Ostatni fragment brzmi:

Axer: - To byłby nawet ładny koniec: wylecieć któregoś dnia w powietrze.

Swinarski: - Wylecieć w powietrze, żeby nic nie zostało.

Próbował "Hamleta" w Starym i "Pluskwę" w Narodowym. Było lato 1975 roku. Znów ma lęki; coś go dusi, gdy jedzie pociągiem.

Zapędzono do klatki Prysypkina-Łomnickiego na próbie "Pluskwy". Swinarski się rozpłakał i przerwał próbę.

W bufecie Narodowego powiedział Zbigniewowi Osińskiemu: - Przeniósłbym się z grupką aktorów do jakiegoś Sandomierza...

Anna Polony: - Konrad potwornie bał się starości. Nie chciał zramoleć, zgłupieć, zestarzeć się artystycznie. Było mu to oszczędzone, tylko w tym widzę sens tego przedwczesnego odejścia.

Przyszło zaproszenie na festiwal teatralny w Iranie.

Adam Hanuszkiewicz, wówczas dyrektor Narodowego:

- Zdumiałem się: "Zostawiasz generalne próby na tydzień przed premierą i lecisz do Teheranu!?". W Pagarcie powiedzieli mu, że wiza będzie na pojutrze. On mówi: "Musi być na jutro". Urzędniczka - że to niemożliwe. Stał tam jakiś chłopak i mówi: "Mam znajomości w ambasadzie, ja to panu załatwię". I załatwił. Konrad poleciał w żądanym dniu. Samolot czechosłowackich linii lotniczych Ił-62 został zestrzelony przez Arabów. Dla mnie to jest wyrok przeznaczenia. Krakowscy przyjaciele Konrada opowiadali mi, że kiedy wpadał w wisielczy humor, tańczył na jednej nodze i śpiewał: "Nienawidzę tych ruskich latających kibitek; krótkie życie, śmierć w wypadku!".

Tym samym samolotem miał lecieć Konstanty Puzyna, lecz nie dostał wizy na czas.

Tej nocy Hanuszkiewicz miał sen: płynie zieloną wodą; czarny horyzont zlewa się z morzem. Czarna sylwetka wskakuje do wody. Nie słychać plusku.

 

Korzystałam m.in. z książek: "Konrad Swinarski i jego krakowskie inscenizacje" Joanny Walaszek, "Rozmowy o Konradzie Swinarskim i >>Hamlecie<<" Józefa Opalskiego, "Ćwiczenia pamięci" Erwina Axera, "Z życia scenografa" Kazimierza Wiśniaka, "Teatr Dionizosa" Zbigniewa Osińskiego, "Artyści i pielgrzymi" Małgorzaty Dziewulskiej, wstęp Małgorzaty Dziewulskiej do katalogu "Konrad Swinarski i teatr niemieckojęzyczny" oraz filmów "Lot" Krzysztofa Miklaszewskiego, "1973 >>Dziady<< Swinarskiego" Witolda Beresia